Jestem koleżanką Pani syna. Choć się nie znamy, czuję się w obowiązku
napisania do Pani. Nie donosu, ale czegoś, co może ułatwi Pani zrozumienie
'tych dzisiejszych dziewczyn' oraz zastanowienie się przed wygłoszeniem
maksymy o moim egoizmie, braku serca i nieustabilnej gospodarce hormonalnej.
Z Michałem-Marcinem poznaliśmy się w renomowanym liceum na kursie językowym,
ewentualnie w pubie. Nie wyszło nam - cóż, nie umiałam być z człowiekiem,
który nie traktował mojego zaangażowania poważnie, a w łazience spędzał
więcej czasu niż ja. Syn Pani związał się potem z W, ale rzucił ją po dwóch
miesiącach - zresztą i tak sypiał regularnie z X. Następnie Pani
Antoś-Piotruś był z Y, klasową matematyczką, z którą zerwał po pół roku,
oświadczając bez zażenowania, iż 'przeszkadza mu, że Y ma takich rodziców,
jakich ma' - a rodzice Y są na rencie inwalidzkiej. Pani Mateuszka dobrze
zna też Z, pamięta ją Pani? To ta, która wtedy nie zgodziła się na zabieg,
dziś mama półrocznej Agnieszki. Ona akurat widuje Pani syna wcale często,
cóż, urok mieszkania w tej samej dzielnicy.
Ależ ja wiem, że oni wszyscy w tym wieku są tacy, a większość jego kolegów z
podwórka jest gorsza, wiem, to im, nie jemu należałoby tatuować na czołach:
UWAGA! OSTATNI Z OSTATNICH - taki znak ostrzegawczy. Pani syn nikogo nie
pobił, nikogo nie okradł, żadnej dziewczyny do łóżka wbrew jej woli nie
zaciągnął. I maturę pięknie zdał, i na studia się dostał. Złoto, nie
chłopak. Tak, to właśnie Pani Złoto-Synek siedział ze mną na ławeczce i
między jednym a drugim papierosem raczył powiedzieć mi, że to go przerasta i
że czuje się zmęczony tym wszystkim. 'Tym wszystkim' - czyli mną. 'Tym
wszystkim' - czyli każdą dziewczyną, która ciut poważniej zaangażowała się w
związek z nim.
I niech mi Pani nie mówi, że to dziewczyny krzywdzą chłopaków brakiem
dojrzałości i zdecydowania, bo sama Pani wie, że to nieprawda. A jeżeli tym
dwudziestoletnim skończonym egocentrykom ktokolwiek kiedykolwiek wyrządził
krzywdę, to przede wszystkim ci, a właściwie te, które ich wychowały - ich
matki, w tej liczbie i Pani. Matki - kobiety rocznik 1960+, które nie
musiały o nic walczyć, które zdobycze rewolucji seksualnej dostały za free z
Zachodu, jak wyprawkę komunijną. Kobiety, które były w stanie łączyć
prowadzenie domu z pracą zawodową, które w chorym gospodarczo systemie
zawsze zdobyły ten schab czy rajstopy, które potrafiły w TV obwieścić koniec
komunizmu w Polsce - i które nie umiały nauczyć swoich Jasiów, Piotrusiów i
Mareczków, że na ich potrzebach świat się nie kończy. Że Drugi Człowiek
również ma emocje, które należy szanować. Mężatki, a równocześnie Samotne
Matki (wszak ON był zawsze nieobecny, najbardziej wtedy, gdy tępo patrzył w
ekran), które w synkach jedynakach lokowały uczucia należne mężom, partnerom
i kochankom. I hodowały psychopatów.
Gdy jadę tramwajem/metrem/autobusem, przyglądam się Pani i Pani koleżankom -
Pięknym Czterdziestoletnim z obwisłymi piersiami zdradzającymi troskliwe
odchowanie kolejnych obywateli, wiozącym w siatkach świeże warzywa, chleb i
gazetę. Och, jak mam ochotę czasem podejść i wysyczeć to, co zawieram w
niniejszym piśmie: 'Ile dziewczyn do tej pory skrzywdził pani wychuchany
syn? Z iloma lizał się na imprezie, by następnego dnia udawać, że nic się
nie stało, że nie pamięta? Ile przekonał, że guma to syf, że po prostu
wyjmie wcześniej? Ile razy nie oddzwonił, nie odpisał, nie pomyślał? Ile
kurewstw jeszcze zrobi, zanim wreszcie dostanie od życia po dupie i MOŻE
zrozumie rzeczy podstawowe, których pani nie raczyła mu w swoim czasie
wytłumaczyć? Czy zrobiła coś pani, by synek, myśląc 'kobieta', nie miał
skojarzeń z niańko-kucharko-sprzątaczką? Dlaczego nie nauczyła go pani, że
kobieta jest człowiekiem takim jak on, nie automatem do zaspokajania jego i
tylko jego potrzeb?'.
Ale na pewno się poznamy. Na proszonym obiedzie Pani własny syn przedstawi
mnie Pani i małżonkowi. Akceptacji syn będzie szukał w Pani oczach, nie w
moich. Będziemy siedzieć przy biedermeierowskim stole lub przy stole z Ikei,
będziemy przeżuwać kurczaka, mizerię i sernik, a do mnie będzie powoli
docierać to, co wiem już teraz - że będę taka jak Pani.
Bo mnie też kiedyś pojawienie się glutowatej, autonomicznej substancji pod
żołądkiem zrewolucjonizuje parę istotnych dziedzin życia. Z tą różnicą -
niech Pani słucha - że moja komórka jajowa nie zostanie zapłodniona na
zakrapianej imprezie ani podczas powielania KPN-owskich ulotek, nie, moje
jajeczko przyjmie nasionko w przerwie między jedną serią pigułek a drugą,
przerwie planowanej z dwuletnim wyprzedzeniem w asyście lekarza położnika.
(Wzdryga się Pani, gdy mówię o pigułkach? No cóż, niech Pani wie, że to
dzięki Pani synowi regularnie wrzucam w siebie antykoncepcyjny syf, to Pani
pociecha jest zdania, że najsmaczniejszy cukierek to ten bez papierka.
Proszę wybaczyć, ale jeżeli temat Panią bulwersuje, to może pomówi Pani z
synem?)
A zatem bez przypadku - zwłaszcza w jednej sprawie - ja będę mieć córkę,
córkę, słyszy Pani? Nie wiem, jak to zrobię, ale, Boże dopomóż, tak zrobię,
tak jak modlę się, by medycyna zdążyła pójść naprzód, bym mogła, gdy już
będę gotowa, móc powiedzieć: NIE CHCĘ SYNA, i nie mieć syna, i nie zostać
napiętnowana jako matka nie-Polka. Bo nie chcę, by jakakolwiek kobieta
płakała z powodu mojego dziecka. Za dużo widziałam dziewczyn zawodzących
dramatycznie: DLACZEGO?!-ON!!!-MI!!-TO!!-ZROBIŁ?! I wiem, że jak urodzę
syna, nie powstrzymam go, by swym dwudziestoletnim ja nie zadawał innym
bólu, czuję po prostu, że sama nie będę umiała wychować syna inaczej.
Ale wróćmy do podobieństwa między nami, bo patrzę na Panią i widzę, że Pani
się też napłakała przez jakiegoś skurwiela. Takie rzeczy zostawiają trwałe
ślady. Po Pani widać od razu: Pani kochała i nie była kochana. To naturalnie
nie ma teraz znaczenia, a raczej nie miałoby - bo teraz też Pani kocha,
kocha swego Krzysia-Adasia, kocha tak, jak kochała kiedyś JEGO, prawda? I
tylko przez myśl Pani nie przejdzie, że Grześ-Michałek kocha Panią jeszcze
mniej niż tamten. Od kogo miał się nauczyć Panią kochać?
Nie chcę wpisać siebie i Pani w stereotyp, iż nikt tak kobiecie nie dowali,
jak druga kobieta. Proszę przeczytać ten list jeszcze raz - i spróbować
ujrzeć w jego autorce nie rywalkę-złodziejkę, tylko młodą kobietę, która
mogłaby Panią pokochać i szanować. Ujrzeć tę, którą - nie tak dawno - była
również i Pani.
Z poważaniem.
Oto odpowiedź jednego tatusia.
Droga Kasiu, Beatko, Karolino czy inna Klaudio.
Z wyjątkową uwagą i zrozumieniem przeczytałem Twoj mail do redakcji wysokich
Obcasów" opublikowany na początku sierpnia.
Ponieważ byłem na urlopie, odpisuje Ci dopiero teraz.
Tak, masz rację. Młodzi chłopcy, nawet ci z tzw. dobrych domów, bywają
okropni. Dokładnie tak, jak to napisałaś. Są zarozumiali, traktują dziewczyny
przedmiotowo, bardziej kochają siebie niż kogoś. Wiem, bo mam takiego
"osobnika" w domu. Widzę, słyszę, domyślam się i czuję jak mogą Cię traktować.
Przykro mi i przepraszam, bo choć wraz z żoną staramy się go wychować w
poszanowaniu do kobiet i choć ma zupełnie inny - niż opisujesz - przykład
stosunków damsko męskich w domu, chyba jest w stosunku z równieśnicami taki,
jak to opisujesz.
Tak, jest inteligentny, zabawny, trudno się z nim nudzić, na dodatek jest
przystojny, wysportowany, ma gust od ubraniowego, przez kulinarny (co jest
chyba wyjątkiem wśród tak młodych ludzi) aż po muzyczny. Dlatego trudno się
dziwić (co wiemy i widzimy), że otacza go nieustannie tłum dzewczyn takich jak
Ty (a nawet starszych o dwa-trzy lata, co w tym wieku jest raczej rzadkie).
Dziewczyn, które chcą go bliżej poznać, zaprzyjaźnić się, a może nawet pokochać.
Wiem, że miał już kilka tzw. dziewczyn od mniej więcej 15 roku życia. Wiem, że
nawet te niektóre "byłe" do dziś przysyłają widokówki, więc może i SMS czy maile.
Nie wiem natomiast, czy którąś z nich zranił i czy zraniłby Ciebie. Czy jest
taki dokładnie taki, jak to opisujesz w swoim mailu.
Nie wiem - on nie chce się dogłębnie zwierzać, my dyskretnie tylko pytamy go o
takie sprawy. A na pewno nie ędziemy "truć" a`priori "pąmiętaj synku, żeby nie
krzywdzić, bla, bla, bla..."
;)
Ale wiem jeszcze jedno - my dajemy mu raczej dobry przykład w każdym dniu.
Widzi (obecnie) parę czterdziestoparolatków, którzy mimo dwudziestoletniego
stazu małżeńskiego i dwudziestopięcioletniej znajomości nadal nie wstydzą się
w domu przed telewizorem pocałować, przytulić, którzy rozmawiają ze sobą, nie
krzyczą nigdy na siebie, którzy robią soie codziennie drobne przyjemności,
którzy mimo bagażu doświadczeń przeżyc chcą bywać ze sobą, wychodzić razem,
tańczyć, kochać się ze sobą...
Ba, nawet teraz, gdy syn wyjechał, chciało im się "uciec" jak za starych
studenckich czasów z plecakami w góry...
Coż jeszcze Dorotko, Marcelino, Agato czy Kasiu możemy dać jeszcze naszemu
synowi na etapie wychowywania jeśli chodzi o sferę "uczuć" czy "spraw damsko -
męskich"???
Nie wiem, może Ty mi podpowiesz...
Może mój chłopak jest faktycznie niezbyt dobrym da Ciebie człowiekiem, może
faktycznie bardziej jeszcze kocha siebie niż CIebie?
Może...
:(
Ale może jednak to nie do końca moja i żony wina?
Może w "tych" sprawach więcej właśnie masz do powiedzania Ty i Twoje
koleżanki? Tzw. środowisko?
Wiesz? Z racji mojego zawodu spotykam się bardzo dużo z studentami. Dużo z
nimi rozmawiam - oficjanie i (później) nieoficjanie, często przy piwie na
"takie" tematy.
I co się okazuje?
Że mój syn, podobnie jak jego rówieśnicy mają teraz "fajne" życie!!!! Trochę
mu zazdroszczę ;)
Teraz np. nie musi odprowadzać dziewczyny po randce do domu, może się na nią
spóźnić (zresztą od czego komórka), możecie iść potańczyć codziennie, w
zależności od kaprysu, tanie są taksówki, rozwinięta sieć komunikacji
zbiorowej...
... no żyć nie umierać, po prostu z "tymi" sprawami.
Tym bardziej, że łatw teraz o "wolny kwadrat", gdzie "starzy" nie trują,
prezerwatywy są wszędzie a seks...
No wlasnie - seks!
Młody, niegłupi i niebrzydki chłopak dostaje go z taką samą łatwością, jak
wzyscy inni dostają proļki np. sera albo jogurtu w hipermarkecie!!!
I nie mówie tu o jakiś blacharach, osiedlowych panienach z zakolczykowanym
brzuchem na wierzchu i ze złotymi paskami czy butami, które robią "to" w
dyskotekowej toalecie a za punkt honoru mają utratę dziewictwa w gimnazjum,
nie tych, które traktują mówienie do siebie "towar", "laska" "spierd..." itp,
ale mówię o Tobie i Twoich kolezankach
Tak, tych "mądrzejszych" (bo za taką się pewnie uważasz), tych lepiej
wykształconych, tych, co nie oglądają "M jak miłość" czy "Jak oni śpiewają"
tylko tych co czytają Prousta i dyskutują nad ściągniętm z Internetu filmem
"niszowym" (bez polskich napisów, bo i tak znają świetnie angielski). Tych, co
słuchają "Kapeli ze wsi Warszawa" i znają na pamięć całe słowa piosenek
"U2", bo tak się przejęły ich głębią. Te, które dobierają swoje ubiory nie wg.
konfekcji z sieciowych sklepów, ale samodzielnie komponują indywidualnestroje,
które starannie dobierają nawet perfumy, posiadając na ten temat zadziwiającą
wiedzę.
Ale... co robią takie "inteligentne" dziewczyny? Otóż... też zachowują się jak
kotki w marcu. Tyle, że przez cały rok.
Zarzuciłaś mojej żonie (pośrednio i mnie) w liście do redakcji "WO", że
wychowaliśmy sobie samoluba, egoistę, sobka...
Ale... z kim i z CZYM (z jakim podejsciem) on się spotyka na co dzień?
Wiesz? Jest takie stare ludowe przysłowie. Wulgarne, ale jakże prawdziwe: "jak
suka nie da, pies nie weźmie".
Tłumacząc to na bardziej cywilizowany język powiem Ci tak: JESLI CHCESZ, BY
MOJ SYN CIE ZASZANOWAŁ, ZASZANUJ WCZESNIEJ SIEBIE.
Na razie efekt jest taki, że nie mój syn może nie szanuje czegoś, co jest
takie łatwie, takie proste. Pstryk! I jest! Wiesz - jak w kawale o piskownicy:
jak "mięśko, co siamo przipełzło".
A Ty? Ty swoim podejściem do seksu, pozwalaniem sobie na takie, a nie inne
traktowanie, tym, że jesteś "łatwa" wytrąciłaś sobie największą kobiecą broń z
ręki. Jesteś bezbronna, jedyne co możesz to pisać na forum i wypłakiwać się
innym skrzywdzonym koleżankom.
I nie mówm mi proszę o swoim prawie do orgazmu, o tym że też chcesz, że czasy
się zmieniły, że rewolucja seksualna była już dawno, że nie żyjemy w
średniowieczu itd. Ja mówię o szanowaniu siebie, a nie celibacie.
Zaszanuj siebie najpierw sama, a potem wymagaj, by inni szanowali Ciebie.
PS: Nie mamy córki. Ale dwie ma np. brat. Są szczęśliwe. Jedna ma już dzieci,
druga jest w podróży poślubnej. I zaęczam Ci, że nie martwiły się o
przypadkowość "galarety" w swoim brzuchu (tak to bodajze napisalas) z której
pocznie się kolejne życie. Nie mam córki, ale mam wiele, wiele kolezanek,
które z racji wieku mogly by nimi być. Lubią mnie, zwierzają mi się. Niektóre
to wiedziały, niektóre już zrozumiały to, co teraz Tobie chcę wytłumaczyć.
Że trzeba się szanować. Od łóżka (czytaj seksu) po traktowanie w szkole, na
uczelni czy tańcach aż po sposób, w jaki się do Ciebie zwacają czy nawet, w
jaki chcesz, by na Ciebie patrzono.
Pomóż mi wychować mojego syna!!!
Zródło - Wysokie Obcasy