Madzia Balcerzak i Marcin
Sztuka są razem od kilku lat, ale ślubu na razie nie wzięli, bo na wesele
trzeba by zaprosić do Canberry rodziców, a z Polski do Australii kawał drogi,
więc i koszty nie byle jakie. Zresztą tutaj ślub nie ma takiego znaczenia jak w
Polsce, związki partnerskie są na porządku dziennym. Planują jednak w
niedalekiej przyszłości dziecko i wtedy na pewno zdecydują się na
zalegalizowanie związku. Madzia zajdzie w ciążę gdy już będą mieli obywatelstwo
australijskie. Wtedy, za rok będzie jej przysługiwać stosowna wyprawka dla
dzidziusia: pięć tysięcy dolarów. Coś w rodzaju naszego becikowego. Madzia i
Marcin to przykład pary, której na emigracji udało się szybko osiągnąć sukces.
Oboje są absolwentami Poltechniki Szczecińskiej i oboje nie widzieli dla siebie
przyszłości w Polsce.
Siedzimy we włoskiej restauracji w Canberze i popijamy pizzę wybornym
australijskim winem. Najpierw opowiadają o tym, jak Marcin harował w Londynie,
a ona po siedmiu miesiącach przyjechała do niego stęskniona, z walizeczką pełną
kiełbas i szynki. Był już wtedy menadżerem w niezłej restauracji.
Najpierw pomyśleli o Stanach, ale tam jeśli chce się zrobić karierę trzeba
włączyć się na maxa w wyścig szczurów, a to im nie odpowiadało. Kupili bilet do
Sydney, gdzie już byli ich koledzy. To miała być roczna przygoda. Początki były
zniechęcające, praca byle jaka i miasto ogromne, nie do życia. Któregoś dnia
pojechali do Canberry, zobaczyli brzozy, o Jezu, zupełnie jak w Polsce,
rozrzewnili się. No, kangury też zobaczyli, ale to bardzo miłe zwięrzątka
przecież. Postanowili, że tu osiądą na dłużej.
I udało się. Trafili na okres, gdy w Australii otworzyły się wrota dla
inżynierów. Marcin awansował w zawrotnym tempie i dziś jest menadżerem w dużej
firmie zajmującej się wystrojem biur. Obecnie, po czterech latach, koordynuje
sześćdziesiąt projektów. Madzia pracuje w tym samym przedsiębiorstwie.
Organizuje przetargi. Firma realizuje nawet zamówienia dla rządu, bo Canberra,
o czym niekiedy w Polsce się zapomina, to stolica Australii. Obracją się prawie
wyłącznie wśród Australijczyków, mają też przyjaciół Holendrów i jest naprawdę
świetnie. Zadowolenie z pracy, pieniądze i last but not least – luz. Co to
znaczy luz? To znaczy, że żyjesz dniem dzisiejszym, nie przyjmujesz się tym co
było, nie napinasz się co będzie jutro, bo – jeśli masz pracę - to jutro
wszystko będzie OK. Zarobisz na rodzinę i jeszcze odłożysz. Piękna pogoda,
ciepło, pływanie, weekendy za miastem, grille z przyjaciółmi…
- Chcemy dać Australii szansę – śmieje się Marcin - a jak nie skorzysta z
naszej wiedzy i umiejętności, to spakujemy się i pojedziemy dalej. Dokąd? Na
przykład do Dubaju.
- Dlaczego właśnie tam?
- Bo oglądaliśmy na Discovery program o tym kraju i zobaczyliśmy jakie tam
realizują śmiałe projekty. Wielka sztuczna wyspa w kształcie palmy, czy to nie
jest wyzwanie dla ambitnych inżynierów? – retorycznie pyta Madzia kończąc
pizzę. Marcin siada za kierownicą swojego terenowego subaru i wioząc nas do
ambasady przekonuje, że do lewostronnego ruchu można się bardzo szybko
przyzwyczaić.
*
Gdy podjeżdżamy do budynku ambasady, akurat zatrzymuje się przed nią czarny
mercedes. Wysiada nobliwy starszy pan.
- O, Boże skąd ja go znam? Kto to jest?
- To przecież Słowik, jeden z przywódców łódzkiej Solidarności z lat
osiemdziesiatych – podpowiada mi konsul Grzegorz Jopkiewicz.
Rzeczywiście to Andrzej Słowik, aczkolwiek z siwą czupryną. Od 2001 roku
pracuje w ambasadzie jako kierowca. Wita się właśnie ze swoim dawno
niewidzianym kolegą, Bogdanem Borusewiczem, marszałkiem Senatu.
- Skąd się pan tu wziął? - pytam Słowika podczas przyjęcia wydanego dla Polonii
przez ambasadora Jerzego Więcława.
Historia jest długa i romantyczna. Przyjechał tu w 2001 roku, by wziąć ślub.
Historia, jak mówię, jest długa, bo Andrzej poznał Elę w 1980 roku w Zarządzie
Regionu NSZZ Solidarność w Łodzi. Ela opowiada mi, że zakochała się w nim od
pierwszego wejrzenia. Ale był żonaty, miał małe dzieci, była bez szans. Stan
wojenny jeszcze bardziej wszystko skomplikował. Andrzej Słowik siedział trzy
lata w więzieniu, trzykrotnie proponowano mu wyjazd za granicę, straszono, ze
żadnej pracy w PRL nie dostanie. Odmawiał. Wypuszczono go w 1984, a dwa lata
później Elżbieta zdecydowała się na emigrację. Sama. Nie miała pracy, nie miała
z czego żyć.
Andrzej po 1989 roku został taksówkarzem (wcześniej był kierowcą autobusu),
trochę pracował w Solidarności, w rządzie Jana Olszewskiego był posekretarzem
stanu w Ministerstwie Pracy, startował bez powodzenia w wyborach
parlamentarnych.
Tymczasem dzieci rosły i kiedy najmłodszy syn skończył studia, Andrzej Słowik
uznał, że swój obowiązek wobec rodziny wypełnił i może pojechać do Eli. Kupił
obrączki, wsiadł w samolot i w lipcu 2001 roku, gdy tylko wylądował w
Australii, wzięli ślub.
To była podwójna ucieczka: na płaszczyźnie prywatnej oraz na płaszczyźnie
politycznej, bo wybory parlamentarne wygrał wówczas SLD, a to dla
solidarnościowego radykała było nie do zniesienia.
Oczywiście na bieżąco śledzi to, co dzieje się w Polce, ogląda Polonię, TVN i
Polsat, szczególnie gorliwie program swojego przyjaciela Marka Markiewicza,
który ma nawet australijski tytuł, a mianowicie „Bumerang”. Prawo i
Sprawiedliwość to jego partia, głosował na Kaczyńskich i ma nadzieję, że uda im
się przeprowadzić lustrację.
*
Lustracja podzieliła Polonię autralijską, ale rozmowę na ten temat musimy
przerwać, bo Agata Pukiewicz chce mi opowiedzieć o Aborygenach. Jest
prawniczką, pracuje dla rządu i zajmuje się przemocą domową wśród Aborygenów
właśnie (Family Violence Legal Service) w mieście Darwin i okolicach, w
Północnej Australii,. Ma ręce pełne roboty, bo Aborygeni niemiłosiernie tłuką
swoje żony. Wystarczy, że któraś spojrzy na innego mężczyznę, a mąż okłada ją
nie bacząc nawet na zaawansowaną ciążę więc Agata musi wzywać helikopter, który
transportuje pobitą kobietę do szpitala, co kosztuje krocie, a Aborygenka i tak
następnego dnia ze szpitala ucieka. I on znowu ją bije i Agata znowu wzywa
helikopter i tak da capo al fine, dobrze, że to taki bogaty kraj…
Aborygeni na ogół nie pracują, żyją z zasiłków i niestety dużo piją oraz
wąchają rozpuszczalniki – wyjaśnia mi Agata i dodaje, że Australijczycy mają
wobec nich wyrzyuty sumienia, za to, że tak okrutnie obeszli się z nimi w
przeszłości. Teraz starają się im to wynagrodzić. Agata tłumaczy Aborygenkom
jakie mają prawa i że mąż nie może ich bezkarnie bić, ale jakoś to do nich nie
dociera. Natomiast australijski partner Agaty jest zły, bo Agata przepada na
długie godziny i wraca brudna, więc niewykluczone, że będzie musiała zmienić
pracę. Bo partner jest OK.
*
W Melbourne wracamy do Solidarności. Marszałek Borusewiczem przypina medale
zasłużonym Polonusom i Polonuskom, między innymi tym z emigracji
solidarnościowej. Tak się tu mówi „emigracja solidarnościowa”, ale to wcale nie
znaczy, że chodzi wyłącznie o represjonowanych w stanie wojennym działaczy
związku, którzy otrzymali paszporty w jedną stronę. Owszem, są tu tacy, to
grupa mniej więcej pięćdziesięcioosobowa, ale do „emigracji solidarnościowej”
należą także ci, którym udało się wyjechać z kraju w czasie karnawału panny „S”
i którzy po trzynastym grudnia nie chcieli wracać pod skrzydła WRON-y.
Krystyna Ruchniewicz, dziś Misiak, bo w 1992 roku wyszła za mąż za pana Misiaka,
prezesa Stowarzyszenia Polskich Kombatantów w Australii, jest prezeską Koła
Polek. Działała w Solidarności w regionie gdańskim. W grudniu 1981 roku z
kilkunastoosbową delegacją pojechała do Paryża na zaproszenie związkowców
francuskich, i generał nagle zatrzasnął jej drzwi przed nosem. Miotała się, to
tu to tam i po wielu perypetiach udało jej się dostać do Australii, gdzie już
był jej syn. W 1987 wypuszczono z Polski także córkę z mężem i dziećmi. Córka
zrobiła furorę w polskim środowisku, bo nazywa się Violetta Bujak i początkowo
wszyscy myśleli, że jest spokrewniona ze Zbyszkiem Bujakiem.
Krystyna i Violetta cieszą się, że żyją w Australii. Mają znajomych rozsianych
po całym świecie, w Niemczech, we Francji, w Stanach, ale nigdzie Polacy nie są
traktowani tak dobrze jak tu. A od chwili, gdy Polska stała się członkiem Unii
Europejskiej, zainteresownie Australijczyków naszym krajem znacznie wzrosło.
Violetta i jej mąż pracują, pływają łódką, łowią ryby, kształcą dzieci, córka
pracuje w prywatnym szpitalu jako pielęgniarka i dobrze zarabia, syn jest
elektrykiem i własnie kończy studia.
Pewnie, że czasem tęsknią, Violetcie najbardziej brakuje bicia dzwonów
kościelnych. Gdy niedawno bedąc w Sopocie spacerowała po Monciaku i usłyszała
nagle dzwony kościoła świętego Jerzego, chciało się jej płakać. Ale to tylko
taka chwila wzruszenia. Ich dom jest w Melbourne.
Wspomina czasem profesora Golca ze swojej sopockiej szkoły, nauczyciela z
prawdziwego zdarzenia, który uczył ją plastyki i miał wielki wpływ na jej
wychowanie. Każdemu z uczniów pomógł znaleźć swoją drogę.
Krystyna nie jest tak skora do wzruszeń. Pojechała na obchody XXV-lecia
Solidarności do Gdańska, ale wcale się nie rozczuliła, przeciwnie szlag ją
trafił, gdy ujrzała Lecha Wałęsę obok przezydenta Kwaśniewskiego, a
stoczniowców gdzieś za płotem! Ale jednak gdy tu, w Australii zobaczy w
telewizji Gdańsk, to płacze.
- Proszę spróbować tej ryby – zachęca mnie Violetta.
- A co to za ryba?
- Rekin. Pyszny, prawda?
*
W Brisbane w polskim klubie White Eagle, doktor Janusz Rygielski, prezes Rady
Naczelnej Polonii tłumaczy, że gdy się podejmuje decyzje o emigracji, trzeba
się nauczyć dobrze języka, poznać kulturę kraju osiedlenia i wtopić w
środowisko, w którym się żyje. Wielu Polaków zrobiło w Australii prawdziwe
kariery. Jest tu wielu profesorów, bankowców, pracowników administracji
państwowej, lekarzy, architektów, informatyków. A Michael Klim, pochodzący z
Gdyni, mistrz olimpijski w pływaniu, to prawdziwa perła w koronie. Jakiś czas
temu ożenił się z piękną księżniczką z Bali, a ich roczna córeczka też już
oczywiście pływa.
No, może mniejszy talent mają Polacy do biznesu, choć i w tej dziedzinie można
znaleźć kilka osób prawdziwie bogatych.
- Poznam panią z milionerem – prowadzi mnie do postawnego mężczyzny.
Miloner nazywa się Wes (kiedyś Wiesław)Walczuk i jest właścicielem firmy
„Jetcut” (Ultra High Pressure Water Engineering). Pochodzi z Zamościa. Z Polski
uciekł z dwoma kolegami w 1980 roku. W kieszeni miał 14 dolarów. Na granicy
czesko-austriackiej pili z radości, że udało się wyrwać z PRL.
Potem obóz dla uchodźców i … cały świat stanął otworem. Wybrał Australię. Uczył
się jezyka jak szalony, pracował po szesnaście godzin na dobę przez siedem dni
w tygodniu, budował mosty, domy i huty, awansował, pracodowacy byli z niego
zadowoleni, ale on marzył o własnej firmie. Po to uciekł z Polski, żeby mieć
własny biznes. Własny! Po dwu latach udało mu się ściągnąć żonę i córkę. Żona
otworzyła sklep. Sprzedawała sukienki z Bielska i z Honkongu. To już było coś.
Ale to była żony firma, nie jego. Pomógł mu przypadek. Najechał samochodem na
wąż, w którym - jak się okazało – płynęła woda pod wysokim ciśnieniem.
Właściciel węża miał firmę, która wodą pod ciśnieniem czyściła zakłady
przemysłowe. Zainteresował się tym, po pewnym czasie odkupił połowę udziałów, a
potem resztę. Rozszerzył asortyment…..
W pierwszym roku zarobił ponad milion dolarów, w następnym prawie dwa i pół,
dziś - osiemnaście milionów. Córka Agata jest już doktorem psychologii i pomaga
mu w interesach, konkretnie zajmuje się nieruchomościami. - Ostatnio kupiła
kamienicę przy ulicy Floriańskiej w Krakowie - mówi z dumą tata. Syn Marcin,
który urodził się już w Australii, studiuje na politechnice.
Wes Walczuk zwolnił tempo. Już się w życiu napracował. Podróżuje teraz z żoną
po świecie. Luksusowe hotele, dobre restauracje, kasyna… Trzeba umieć korzystać
z ciężko zarobinych pieniędzy.
*
Ewa Rygielska, żona Janusza, pochodzi z Gdyni. Wspominamy, jak dobrze było w
PRL. Jej ojciec był marynarzem i w 1950 roku został w Szwecji. Matkę z trojgiem
małych dzieci wyrzucono za karę z mieszkania. Zajęła na dziko jakiś
strych. Gdy Ewa wyszła za mąż za Janusza, który mieszkał w Warszawie, nie
chciano jej zameldować w stolicy. Gdy Janusz razem z Witoldem Michałowskim
napisali książkę „Spór o Bieszczady”, w ktorej znalazła się krytyka planu
zagospodarowania tej części Polski, I sekretarz PZPR w Krośnie tak się
zirytował, że wstrzymano rozpowszechnianie części nakładu.
W kraju robiło się coraz bardziej duszno, a im stale odmawiano paszportów,
Janusz nie mógł wyjechać nawet do Bułgarii na konferencję dotyczącą ochrony
przyrody. Wreszcie w 1982 roku otrzymali paszporty z prawem jednokrotnego
przekroczenia granicy. Musieli jednak oddać mieszkanie. Zostali z kilkoma
walizkami.
Gdy 7 listopada wyjeżdżali, na Okęciu było zimno, gdy przylecieli do Brisbane
temperatura dochodziła do 40 stopni Celsjusza.
Janusz przewędrował już tam i z powrotem wszystkie góry Australii i Nowej
Zelandii. Wspiął się na najwyższa górę na Borneo.
Czasem rozważa, czy nie przenieść się na Tasmanię, bo tam jeszcze są prawdziwie
dzikie góry.
Ale cały czas tęskni za Bieszczadami. •••