Mówi
się, że w odróżnieniu od mężczyzn kobieta oprócz inteligencji wyposażona jest
jeszcze w intuicję. I w rozum.
Jak
się dowiedzieliśmy, decyzję o usunięciu z programu TVP Polonia audycji Mówi
się podjął mężczyzna. Przez niedelikatność pominę tu jego
nazwisko. Żeby nie robić zbędnej reklamy komuś, kto powinien być zapomniany
najchętniej od razu i raz na zawsze.
Tę
samą płeć miał dostojnik, którego raził prowadzony od lat w TVP3 przez Tadeusza
Górnego program Książki z Górnej Półki. Co w
popularyzowanych przez sympatycznego redaktora książkach oraz w ich autorach
dostojnikowi telewizyjnemu się nie podobało, tylko on, pan Bóg i jego własna
mądrość raczą wiedzieć.
Podobnie
jak i w pierwszym wypadku nazwiska nie podajemy. Tym razem jednak z obawy przed
napytaniem sobie biedy. Wiadomo, zawiść ludzka mściwą jest. Ileż to roboty?
Szósta rano, czterech w kominiarkach, dziurkacz pod domem, skrybę w kajdany,
komputer pod pachę i koniec zabawy w felietony.
Miliony
słuchaczy na całym świecie zasiadało przed telewizorami w porze audycji Mówi
się z nadzieją nie tylko zabawy, jaką niezmiennie fundował
nam dzięki swojej popartej ogromną wiedzą elokwencji prof. Bralczyk, ale i z
potrzeby dokształcania się. Z potrzeby szukania odpowiedzi na wciąż powstające
pytania, z nadzieją, że a nuż tym razem uda się nam znaleźć właściwą odpowiedź.
Program
Książki z górnej półki spełniał inną, jednak nie mniej
ważną rolę. Tadeusz Górny - w odróżnieniu od programów nagrywanych w świetle
reflektorów telewizyjnego studia – zapraszał nas do popularnej w Warszawie
księgarni, by tam, na żywo niejako, z książkami i obecnymi wokół klientami,
prezentować autorów dzieł i dziełek, które sam uznał za pokazania warte.
Prowadzone
bez pompy, na luzie rozmowy z pisarzami (głównie, ale i z wydawcami oraz ludźmi
z branży) jakże skutecznie spełniały swoją popularyzatorską rolę. W czasach,
kiedy media mokre są od łez wypłakiwanych z powodu malejącego czytelnictwa,
książki rekomendowane przez Tadeusza Górnego często stanowiły wyjątek na listach
bestsellerów ogromnej ilości księgarń.
Przez
siedem lat trwania emisji programu przyzwyczailiśmy do wizyt, jakie składał nam
Tadeusz w towarzystwie coraz to nowego gościa. Bywał jakby u nas, przy stole,
chciało się go niemalże zapytać, czy napije się z nami herbaty i zje kawałek
wyjętego akurat z piekarnika ciasta. Doprawdy trudno zrozumieć, jakimi powodami
kierowano się, zabraniając nam przyjmowania w gości Pana Tadeusza i jego
książek.
Dawno
temu, jeszcze za dyrekcji Leszka Wasiuty, ośmieliłem się był zaproponować TVP
Polonia sprzedaż taśm z nagraniem audycji Mówi się. Okazało
się wówczas, że audycje te w ogóle nie były nagrywane.
Mam
znajomych, którzy zbierają się w gronie przyjaciół – do których należę - i
bawią w następujący sposób: Puszcza się płytę z nagraniem audycji Mówi się,
telefonujący do programu zadaje pytanie, robi się „klatka stop” i uczestnicy
zabawy mają trafnie przewidzieć, co powie profesor. Spróbujcie Państwo sami.
Jeśli ktoś lubi tego rodzaju towarzyskie gry, zaręczam, można się świetnie
bawić. Naturalnie trzeba mieć dostęp do nieco starszych nagrań.
Wprawdzie
przez cały zmierzający do swego zasłużonego końca okres błędów i wypaczeń
publikacje felietonów ograniczyłem do minimum, stosując dwuletnią ciszę
przedwyborczą, ale jednak... W dniu, kiedy to piszę, ostateczny koniec jeszcze
nie nadszedł, choć królewskie szaty już się w nowym przymierzu przymierza.
Miejmy nadzieję, że panowie, którym nie podoba się popularyzacja słowa tak
pisanego w wydaniu Tadeusza Górnego, jak i mówionego w formie stosowanej przez
prof. Jerzego Bralczyka, „pójdom innom drogom” i nie będą się już „włanczać” w
podejmowanie decyzji szkodliwych dla wszystkich Polaków, a rodaków
zamieszkałych poza krajem zwłaszcza.
Nie
będę na potrzebę tego tu felietonu obniżał poziomu swojej wytwórczości
robieniem spisu oczywistych argumentów za i za odnoszących się do istnienia w
eterze obu wymienionych audycji. Audycji ze wszech miar nie tylko potrzebnych,
ale wręcz niezbędnych, jeśli chcemy nadal mówić i pisać po polsku. Doprawdy,
trudno o nazwę dla nonszalancji popularyzatorów wykluczenia nosowych samogłosek
„ą” i „ę” czy wprowadzania rozlicznych grubiaństw, by nie wspomnieć o braku
poszanowania wobec „kontraktu”, jaki każdy z nas zawarł był ze społeczeństwem,
uczęszczając na przymusowe zajęcia w początkowych klasach szkoły podstawowej.
Nakłoniono nas wówczas do uznania za fakt, że w sprawie korzystania z języka
Polacy umówili się co do pewnych reguł, za nieprzestrzeganie których
przewidziano karę w postaci dwói na świadectwie. W jaki sposób ludzie z tom
dwójom dochrapali się wyglądających na poważne tytułów naukowych od doktora
wzwyż, nie zgłębię.
Czyżby
„posiedli wiedzę”, idąc opłotkami, na skróty, omijając podstawowy stopień
wykształcenia, zaś w CV piszą: „Po ukończeniu zerówki w nagrodem za wysokom
inteligencjem przyjęto mnie do od razu do czwartej klasy szkoły podstawowej, po
czym uzyskałem doktorat”.
My,
którym z różnych powodów przyszło żyć za granicą, jesteśmy szczególnie
uwrażliwieni na językową poprawność. Być może dlatego, że mamy z tą sprawą do
czynienia na co dzień. Piszący te słowa, usiłujący mówić poprawnie po szwedzku
od czterdziestu lat, nadal ćwiczy się w wymowie niektórych samogłosek, które co
rusz chcą się upodabniać do wzwyczajonych polskich. (Szczęśliwi, którym los
wyznaczył miejsce zakotwiczenia na przykład we Włoszech czy w Japonii, gdzie
kłopotów tego typu nie ma.) Niewykluczone, dlatego właśnie uważa się ogólnie,
że użytkownicy języka polskiego przykładający wagę do poprawności wymowy największą
mieszkają poza granicami Kraju. Poza ciepłym bezpieczeństwem domowych,
ojczyźnianych pieleszy.
Jakże
często, a choćby nierzadko spotykamy się z kierowanym w naszą stronę pytaniem:
„Ursäkta, vad sa du?”, „Was sagten Sie?” czy „Could you repeat it, please? Z
pytaniem wywołującym rumieniec zakłopotania, bo to chcielibyśmy się już nie
wyróżniać, a jednak trudno ukryć nietutejsze pochodzenie.
Pamiętam
rozczarowanie kolegi pianisty z orkiestry, w której przed laty grałem. Antoni
Skowronek, pogodny zwykle i radosny jak wróbel o poranku, tym razem minę miał
zasępioną, czym sprowokował nas do pytania:
-
Co się stało, Tośku?
-
Nic, nic, wszystko w porządku.
Jednak
wszystko w porządku najwyraźniej nie było, więc nagabywaliśmy kolegę dalej. W
końcu wyznał nam powód spuszczenia nosa na kwintę. Okazało się, że śpiesząc na
próbę, przed drzwiami restauracji zatrzymany został przez elegancką starszą
Szwedkę pytaniem:
-
Przepraszam, wie pan może, która jest która godzina?
-
Ett.
-
Dziękuję. A, jeśli można wiedzieć: z jakiego kraju pan pochodzi?
Było
to po wielu latach pobytu Tośka w Szwecji, kiedy zaczynał się już przyzwyczajać
do myśli, że po mówiąc po szwedzku, nie odróżnia się od obywateli tego kraju.
Pani przed drzwiami przypomniała mu, że tak nie jest. Słowo „ett” - będące
liczebnikiem „jeden” używanym także jako nazwa godziny pierwszej - ma w sobie
dwa „haki” dla słowiańskiego instrumentu mowy: Potknąć się można zarówno o „e”
jak i podwójne „tt”. Mieszkający w Skandynawii wiedzą, o czym mówię, inni
znajdą zapewne własne przykłady.
Aparat
głosowy, to instrument, jak każdy inny. Kiedy przyszło nam zacząć używać go w
wieku dorosłym do zadań innych niż te, z jakimi mieliśmy do czynienia od
dziecka, konieczność codziennych ćwiczeń porównywalna jest do tej, jakiej
wymaga się podczas nauki gry na skrzypcach, klarnecie czy fortepianie. Dlatego
tak łatwo zauważamy błędy, dlatego tak nas one irytują. Dlatego, bo jest to
problem, z którym sami mamy do czynienia na co dzień.
W
liście przewodnim do redaktorów naczelnych polonijnych czasopism, w których
felieton ten zostanie opublikowany napisałem:
„Aby
akcja miała szansę osiągnięcia zamierzonego celu, liczę na aktywność Państwa,
którym podobnie do autora felietonu nieobca jest wartość przedstawiona w nim
jako istotna i tycząca nas, Polaków mieszkających poza Krajem w szczególności.
Wartością tą jest język. Serce i krew łączące nas w jedno. Język, którym
wyrażamy siebie, nasze emocje i myśli. Którym tęsknimy, kochamy i który czyni z
nas tych, kim jesteśmy– Polakami. Nasza duma z tego faktu w niemałej mierze
uzależniona jest od tego, jakim językiem się posługujemy.
Jaką osiągnęliśmy sprawność, jak o niego dbamy, z jakim szacunkiem się do spraw
z nim związanych odnosimy.
Jest
oczywistością, że mieszkając poza krajem, jak roślina wody potrzebujemy stałego
kontaktu z rodzimym językiem. Obie wymienione audycje telewizyjne rolę takiego
wzorcowego kwietnego ogrodu na tle nie za kolorowej szarzyzny tła właśnie
spełniały. Aż do momentu, kiedy z jakichś przyczyn „mówiący inaczej” zyskali
przewagę. Zyskali przewagę nad troskliwymi ogrodnikami pielęgnującymi to, co
wraz z myślami i czynami stwarza
nas ludźmi. Za każdym słowem stoi bowiem myśl, a za każdą myślą – człowiek. Nie
bójmy się patetycznej konstatacji: Takimi jesteśmy ludźmi, jakim językiem się
posługujemy.
Skoro
rozpocząłem felieton zacytowaniem własnego aforyzmu, i skończyć by wypadało
podobnie. Jednak nic mądrego nie przychodzi mi do głowy. Poza jednym:
I
bądź tu mądry, czemu człowiek głupi!