W Rumunii, największym po Polsce nowoprzyjętym państwie
Unii Europejskiej, doszło w ostatnich miesiącach do niebywałych wydarzeń: impeachmentu
prezydenta państwa, jego zawieszenia przez Parlament, licznych masowych
demonstracji Rumunów w samej Rumunii i na świecie, ogólnonarodowego referendum
w tej sprawie i triumfalnego powrotu Traiana Basescu na odebrany mu urząd.
Prezydent Rumunii ogłosił swoje priorytety programowe, w których na pierwszym
miejscu postawił nowe wybory z nową ordynacją wyborczą i wyborami w
jednomandatowych okręgach wyborczych. Rumunia była obecna w światowych mediach,
wywiady z prezydentem Basescu zamieszczały najważniejsze gazety, z londyńskim
„The Thimes” na czele.
Z jakiegoś tajemniczego powodu o wszystkich tych
niezwykłych i niecodziennych wydarzeniach zabrakło w polskich mediach
jakiejkolwiek informacji, zupełnie tak, jakby Rumunia była krajem za jakąś
informatyczną żelazną kurtyną. Mojego artykułu w tej materii, Tak w Rumunii,
a Jak w Polsce? nie przyjęła do druku żadna licząca się
gazeta czy pismo. Zbulwersowany tą sytuacją poseł II Kadencji, dr Wojciech
Błasiak, wystosował list otwarty do prezesa TVP, pod którym podpisało się wielu
ludzi. List pozostał bez odpowiedzi, a cisza wokół wydarzeń w Rumunii pozostała
niezakłócona.
W sobotę, 30 czerwca, w samo południe, III Program
Polskiego Radia przeprowadził półgodzinną rozmowę z red. Bogumiłem Luftem,
byłym ambasadorem Rzeczypospolitej w Rumunii, wybitnym polskim specjalistą od
spraw rumuńskich, dziennikarzem „Rzeczpospolitej”, „Więzi” i czego tam jeszcze.
Jego Ekscelencja, w zgrabnych słowach, opisał wielkie przemiany, jakie dokonują
się w Rumunii, dynamiczny rozwój gospodarczy i kulturalny, a także problemy, z
jakimi boryka się społeczeństwo rumuńskie. Opowiedział i o Traianie Basescu,
byłym kapitanie Żeglugi Wielkiej, potem ministrze transportu i merze
Bukaresztu, powiedział o jego impeachmencie i powrocie
do władzy. Długo rozwodził się nad trapiącym Rumunię problemem korupcji i co na
ten temat Unia Europejska. Z jakiegoś jednak powodu ani się nie zająknął o tym,
jak Basescu ma zamiar rozprawić się z tą korupcją, nie wspomniał o punkcie
Numer Jeden jego prezydenckiego programu: o postulacie jednomandatowych okręgów
wyborczych. Także prowadzący rozmowę dziennikarz Polskiego Radia, taktownie,
tej przykrej sprawy nie poruszył.
Już przed wielu laty doszedłem do niesłusznego
przekonania, że na słowa jednomandatowe okręgi wyborcze
istnieje w polskich mediach jakiś zapis, a
przywilej ich wymieniania zastrzeżony jest tylko dla szefów najważniejszych
partii politycznych. Kiedy kilka tygodni temu, przy okazji burzy wokół ustawy
lustracyjnej, zaprosił mnie do rozmowy radiowej red. Egon Janke, to od razu się
zastrzegł, że – tym razem! – o moich ulubionych okręgach jednomandatowych
rozmawiać nie będziemy (aczkolwiek, moim zdaniem, temat ten wiąże się z
lustracją jak najbardziej). Dzięki temu słuchacze mogli się chociaż dowiedzieć,
że jest w Polsce taki nieszkodliwy staruszek, którego idee fixe
stanowią inkryminowane JOW. Z rozmowy z Bogumiłem Luftem polscy radiosłuchacze
nie dowiedzieli się – na szczęście – że podobnego bzika ma
Prezydent Republiki Rumuńskiej.
Istnieje w Polsce sławne i wielkie Stowarzyszenie Wolnego
Słowa, a w nim pełno gwiazd polskiego dziennikarstwa. Na czele
polskich mediów, publicznych i niepublicznych, stoją znani bohaterowie
podziemnych i naziemnych walk o wolność słowa: Andrzej Urbański, Krzysztof
Czabański, Jerzy Targalski,. Bronisław Wildstein, Adam Michnik i inni, których
pominę. Jako przyrodnika ciekawi mnie ten fenomen przyrodniczy: w jaki sposób
zapewniają oni, że to, co jest najbardziej niewygodne dla władzy będzie zawsze
pomijane i nikt o tym niczego sensownego nie powie? To naprawdę ciekawe! Nie ma
przecież żadnego urzędu cenzury i kontroli prasy i mediów?
Pytam o to, jako człowiek z głębokiej prowincji, dla
którego sekrety politycznych salonów warszawskich są niedostępne. Ale może
chociaż w Internecie znajdą się dziennikarskie zuchy, które bodaj pod jakimś
nowym nikiem powiedzą parę słów prawdy o tym, jak to się
dzieje? Przecież trudno wątpić, że im ten kaganiec doskwiera niemniej niż ich
czytelnikom, pomimo że im za pisanie płacą, a nam za czytanie jakoś nie?