KRAJ  UTRACONY
CZYLI:  BOLACE BLIZNY & CO NAM SIE SNI PO NOCACH
® © Miroslaw M. Krupinski
58
 

10
lipiec
2001

strategie

                I. cena
                        ® © Miroslaw Krupinski

    W Polszcze, prawem slynacej, co ze Wschoda przyszlo,
    blady strach  na dostojnych glowach wlosy jezy,
    cien topora i pniaka miedzy Odra, Wisla
    - sciety jeden Minister, Prezes plackiem lezy
    zapewniajac Premiera  i  Starszych Mniejszosci,
    ze choc troche sie jakal - myslal jak nalezy
    i przez mysl mu nie przeszlo by  bronic polskosci,

    Ze na marne nie poszla dlan zadna nauka
    meczenników czerwonych o sniezystej bieli,
    przekazana ustami Mistrza Frasyniuka,
    ktoren wiernie powtarza, co oni rzec chcieli…

    Ze gdy Marzec przemijal w bohaterskich czynach,
    on wen takze sie wlaczyl i wladzy przylozyl:
    - ze nie dala mu czytac ksiag Solzenicyna
    (piec lat cale nim tenze owe ksiegi stworzyl)…

    No i teraz, po nocach wytezonej pracy,
    swiadom zbrodni ogromu co nad swiatem ciazy,
    on przyznaje: - te zbrodnie - to wszystko Polacy…
    I boleje, ze wczesniej tak przyznac nie zdazyl…

    I dziekuje, ze Ojciec tej zbrodniczej nacji
    co sasiadów zgladzila wbrew Hitlera woli,
    - Pan Prezydent, co Ojcem Polskiej Demokracji,
    w czasie spotkan inaczej myslec nie pozwolil…

    Bo by zbladzil zapewne - jak minister sciety,
    A tak - zbladzic nie zdazyl i jest nadal swiety…

    I jedyne co zgrzeszyl, za podszeptem dziczy
    - Ministrowi pozwolil by ofiary liczyl…
    - A ta liczba, od Grossa, to wszak liczba swieta…
    Wiec zaplacil Minister. Jego glowa scieta…

    * * *

     I tak w Kraju co prawem i co Prawda stoi,
     gdzie ministrów scinaja za uczciwa prace,
     ten przezyje nietkniety co sie prawdy boi
     - wiec przezyja oszusci, przekupni, kretacze,
     co - by wlasnej kariery nie wypuscic z reki,
     beda krecic jak kaza…  W duchu Magdalenki...


II. „Gazeta Wyborcza”:
http://www.wyborcza.pl/Ascii/Wyborcza/Magazyn/01/020mag51816.html

Najgorszych listow mi nie daja
Z Leonem Kieresem, prezesem Instytutu Pamieci Narodowej, rozmawia Teresa Toranska

Nie chcial Pan byc prezesem Instytutu Pamieci Narodowej, prawda?

Nie. Bardzo nie. Ja bylem, prosze pani, szczesliwym czlowiekiem. Bylem senatorem! Dla mnie zostanie senatorem Najjasniejszej Rzeczypospolitej bylo ukoronowaniem calej mojej drogi zyciowej. Ja przeciez pochodze z bardzo prostej rodziny. Moja mama swoja kariere zawodowa rozpoczynala od zmywania naczyn w barze Popularny, w jednej z trzech mordowni w Koszalinie, gdzie wpadalo sie na setke i sledzia. Potem awansowala na  pomoc kuchenna i o piatej rano musiala rozpalac kuchnie weglowa, a ze byla bardzo rzetelna - ja mam to po niej - skierowano ja na kurs i zdobyla papiery kucharki. Mowila nam, mnie i siostrze: musicie sie uczyc, i pilnie chodzila na wszystkie wywiadowki. Wyklocalem sie z nauczycielami o stopnie (smiech), lubilem byc prymusem. Ja na senatora na dodatek nie zostalem wystawiony przez jakas partie,  ale do wyborow zastartowalem jako kandydat niezalezny. Unici mnie poparli. By zrobic na zlosc AWS-owi, uslyszalem niedawno. I dostalem prawie 140 tys. glosow. Czy moglo sie stac cos piekniejszego?

Nie.

Ja zreszta jestem klasycznym przykladem drogi, jaka powinien przejsc kazdy polski parlamentarzysta. Najpierw bylem zwyklym radnym miejskim we Wroclawiu, pozniej szefem klubu, przewodniczacym komisji, przewodniczacym sejmiku samorzadowego i marzylem, przyznam sie pani, marzylem o uzyskanie statusu parlamentarzysty w Parlamencie Europejskim w Strasburgu, kiedy juz nas przyjma i odbeda sie wybory bezposrednie.

Na stanowisko prezesa IPN-u byl Pan osmym z kolei kandydatem.

A pamieta pani atmosfere, ktora towarzyszyla powstawaniu Instytutu? Dyskusje koncentrowaly sie wokol sluzb specjalnych. Chodzilo o teczki. IPN kojarzyl sie wszystkim - mnie tez - z archiwami z czasow PRL-u i z teczkami agentow.

Do ktorych SLD nie chcial dopuscic kandydatow  przedstawionych przez AWS.

Ta walka trwala chyba z osiemnascie miesiecy. I wtedy wymyslono mnie.  Z pol roku nade mna pracowano, bym sie zgodzil. Zaczal Andrzej Chronowski, wicemarszalek Senatu. Powiedzialem mu: nie, dziekuje, sa od mnie godniejsi i lepsi. Ja, prosze pani, bardzo dobrze sie czulem w roli senatora, kochalem te prace i musze sie pochwalic, bylem naprawde nie najgorszym senatorem. Moze pani zapytac o to moich kolegow ze wszystkich klubow. Oni, jak mnie teraz spotykaja, mowia: brakuje nam pana. Bo ja mam temperament rasowego parlamentarzysty i jestem czlowiekiem kompromisu. Taka mam konstrukcje psychiczna, ze staram sie raczej widziec dobro niz zlo, zle sie czuje w krytyce i nigdy w polemikach czy w sporze nie uzywam ostrych slow. Zawsze z szacunkiem traktuje adwersarza, a gdy wychodzi na moje, nie wdeptuje go w ziemie.

Kto Pana wymyslil?

Chyba pani marszalek Alicja Grzeskowiak. Ona mnie zagadnela raz i drugi. Tez odmowilem. Potem byly rozmowy z Marianem Krzaklewskim, Andrzejem Szkaradkiem, Jerzym Buzkiem. Tlumaczylem im, ze nie jestem historykiem czy archiwista, ale prawnikiem, a oni przekonywali mnie, ze jak sie nie zgodze, to Instytut nie powstanie. Koledzy i przyjaciele mowili: po co ci to, idziesz na niepewne, w tych archiwach nie wiadomo, co jest, za duzo zagrozen, mozesz stracic wszystko, na co z mozolem pracowales kilkadziesiat lat swego zycia. A ci z kolei przekonywali, ze ja bardzo sie na to stanowisko nadaje. Nadajesz sie - powtarzali - dasz sobie rade, jestes powszechnie akceptowany i jak odmowisz, to do konca zycia bedziesz zyc z problemem, ze przez ciebie nie powstala tak wazna dla Polski instytucja. A Marian Krzaklewski oswiadczyl: - Tego wymaga od pana polska racja stanu. I co mialem robic? Zgodzilem sie.

Szkoda profesora - rzekl po wyborze Wladyslaw Frasyniuk - jego tam zadepcza.

Caly Wladek! "Mlody" o mnie mowil, dwadziescia lat temu, a dzisiaj on ma 44, a ja 53. Wypatrzyl mnie na I Zjezdzie "Solidarnosci" w gdanskiej Oliwii, na ktory pojechalem jako prawnik piszacy statuty dla komisji zakladowych i rad robotniczych, i zarekomendowal do dolnoslaskiego zarzadu regionu, na spolecznego doradce. Byli tam juz m.in. Roman Duda z Uniwersytetu Wroclawskiego, Adolf Juzwenko, obecny szef Ossolineum, i Karol Modzelewski, ktory zajmowal sie gospodarka.  Och, jak ja sie z nim klocilem o sprawy gospodarcze! W zarzadzie regionu odbywaly sie rozne narady i na koniec Wladek mowil zawsze: a teraz niech "mlody" sie wypowie, bo ja z nich wszystkich bylem najmlodszy. Wiec sie wypowiadalem (smiech).  A potem w dwa tygodnie po wybuchu stanu wojennego otrzymalem wiadomosc, ze mnie szuka. Piekna scena, musze opowiedziec. Wyszedlem z Prokuratury Wojskowej, gdzie trzymano tlum prawnikow przez caly dzien, by ich zwerbowac na prokuratorow i sedziow wojskowych, a mnie udalo sie wymigac. Byla chyba 11, 12 w nocy, mroz okropny. I nagle na przystanku tramwajowym zobaczylem skulona postac. Mieczyslaw Zlat, historyk sztuki z Uniwersytetu Wroclawskiego, tez doradca "Solidarnosci". - Mieciu, a ty co tu robisz? A on: - Ukrywam sie (smiech). Jechal do znajomych, bo jego mieszkanie bylo namierzone. – A w ogole - powiedzial - to Wladek Frasyniuk cie szuka (smiech).

Zaluje Pan?

Dluga chwila milczenia, prawda? Niech pania to nie dziwi. Ja zupelnie nie orientowalem sie, co mnie spotka.

Bo teraz o teczki agentow dziennikarze juz Pana nie pytaja?

Nie.

Tylko kto zamordowal Zydow w Jedwabnem?

I jeszcze w Radzilowie, Wasoszu, Tykocinie, Rutkach, w Wiznie.

A Pan odpowiada, ze w Jedwabnem - Polacy.

Jeden z moich znajomych, senator AWS-u, powiedzial mi, ze wybor mnie na prezesa jest jedna z tych decyzji, z ktorych AWS bedzie dumna.  Zaskoczyla mnie tez swoja opinia dziennikarka z telewizji.Wchodzilem  do studia, by wziac udzial w dyskusji po emisji filmu Agnieszki Arnold, i ona zatrzymala mnie nagle, mowiac: - Opatrznosc nad Polska chyba czuwa, ze zeslala nam pana w tym trudnym czasie.

Watpliwosci zadnych Pan nie ma?

Niestety, nie.

Od kiedy?

Od przeczytania akt sledztwa z 1949 r.

A nie po ksiazce Jana Grossa "Sasiedzi"?

Nie, nie. Ja ksiazke przeczytalem w lipcu ub. roku. Antoni Galinski, moj wspolpracownik z pionu sledczego, mi ja przyniosl. Powiedzial: -  Przeczytaj, za chwile bedziemy musieli sie tym zajac. Ani ja, ani on nie przewidzielismy, ze na nasze glowy spadnie za to tyle obelg, przeklenstw i oszczerstw. Przezylem szok.

Nic wczesniej Pan nie wiedzial?

Wiedzialem, bo wczesniej byl przeciez artykul w "Rzeczpospolitej". Ja go czytalem. Ale wtedy, nie wiem, jak to sie stalo, serce mocniej mi nie zabilo. Nic nie scisnelo mnie za gardlo. Naprawde jestem czlowiekiem wrazliwym, niektorzy nawet uwazaja, ze zbyt wrazliwym.  Zastanawiam sie wiec, dlaczego. Moze jakis rodzaj strachu? Albo forma  samoobrony?

Przed czym? Ze nasz antysemityzm nie ogranicza sie tylko do okazywania pogardy i zlych slow?

Nie, nie. Prosze nie mowic "nasz" antysemityzm. On jest w Polsce zjawiskiem marginalnym. Dla mnie zbrodnia w Jedwabnem wpisywala sie po prostu we wszystkie zbrodnie popelnione w czasie okupacji, a moja wiedza na temat stosunkow polsko-zydowskich w czasie II wojny swiatowej zatrzymala sie na szmalcownikach. I tej karuzeli w Warszawie, ktora krecila sie obok walczacego i umierajacego getta, umilajac czas polskim dzieciom. Do mnie informacje o Jedwabnem dochodzily z wielkim trudem. I kto wie, czy te tlumaczenia, jakie slysze, iz jacys Zydzi wczesniej wspolpracowali z NKWD, takze nie sa proba - nieudana - przerzucenia odpowiedzialnosci albo moze znowu jakas forma podswiadomej samoobrony, ze nie jestesmy tacy zli. Tam zostaly zamordowane male dzieci, nawet niemowleta. Ja tych faktow nie chcialem przyjac do wiadomosci. Boze, jak ja sie gryzlem, ile ja nocy nie przespalem! Ja bronilem sie przed ta prawda. Nie chcialem, by byla prawdziwa! Ktoregos razu nawet w nocy zadzwonilem do prof. Witolda Kuleszy, zeby mi jeszcze cos wyjasnil. Byl dla mnie w tym dramatycznym czasie wielkim wsparciem. Wtedy, w nocy, oczekiwalem od niego, moze to naiwne, ale nie wstydze sie tej naiwnosci. Ja chcialem, bardzo chcialem, by powiedzial: to nie Polacy, to Niemcy.

I ze Zydzi amerykanscy, ziejacy do Polakow nienawiscia, znowu szukaja pretekstu, by nas zaatakowac, prawda?

Nie, nie. Ja potem wielu z nich poznalem. Oni poczatkowo traktowali mnie z rezerwa. Mysleli zapewne, ze ot, znowu do Ameryki przyjechal jakis Polak, ktory bedzie probowal kluczyc, oszukiwac i opowiadac im o chwalebnych stronach polskiej duszy. Oni rozmowy ze mna zaczynali po angielsku, a potem, gdy nabierali zaufania, przechodzili na polski.  Wielu z nich zna jezyk polski. Ale ujawnienie tego traktuja jako dowod zaufania, bo jest on dla nich symbolem przywiazania do Polski, z ktorym nie przed kazdym sie chca zdradzac. Rabin Jakub Baker – z Jedwabnego, ma 87 lat, chodzaca dobroc, zyczliwosc, rozmawialem z nim - zamiast przewidzianych 45 minut - poltorej godziny. Zyczliwa atmosfera towarzyszyla tez spotkaniom z Milesem Lermanem i Irvingiem Greenbergiem z Muzeum Pamieci Holocaustu. Ich pytania: czym jest Instytut, co robimy, by wyjasnic sprawe Jedwabnego, jaki byl wedlug nas udzial Polakow? Odnioslem wrazenie, ze rozmawialismy szczerze i otwarcie. By poznac prawde.

Nie znali jej?

Och, prosze pani, znali, od dawna. Od wojny gromadzili dokumentacje.  Opisali ja w Ksiegach Jedwabinskich wydanych w 1980 r., a relacja Szmula Wassersteina znana byla od 1945 r.

Tu nie?

Tez! W Glownej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich lezaly w zapomnieniu tony dokumentow i akt, olbrzymia kartoteka, budowana dziesiatki lat, dotyczaca osob i faktow, dobrze opracowana, ze wskazaniami zrodel informacji. Nie rozumiem, dlaczego wczesniej nikt do tych archiwow nie zagladal. One byly przeciez caly czas otwarte.  Kazdy historyk mogl do nich siegnac. Kazdy, ktory by zechcial.

Dlaczego wiec nie chcial?

Wlasnie pytam o to, publicznie. Ksiazka "Sasiedzi" powinna byc napisana dwadziescia, trzydziesci lat temu. Najpozniej w 1990 r. Wtedy byl chyba dobry czas na uczciwa dyskusje. I najlepiej by bylo, gdyby napisal ja historyk z uniwersytetu wroclawskiego, warszawskiego lub bialostockiego. Moim utrapieniem sa, powiem wprost, zaniedbania z piecdziesieciu co najmniej lat. Z czego one wynikaly, nie wiem. Sam sie nad tym zastanawiam. Moze z lenistwa, balaganu, niedbalstwa, braku odwagi? A moze ze zle pojmowanego interesu Polski?

Nie, nie, chodzi prawdopodobnie o mit.

Jaki mit?

Ze jestesmy lepszym od innych narodem. I ze przez cala wojne pomagalismy Zydom.

Bo jestesmy, prosze pani. I pomagalismy. Za przechowywanie Zydow grozila kara smierci.
Ale ja nie mowie o przechowywaniu, ktore bylo bohaterstwem. Mnie chodzi tylko o to, ze i tych bohaterow byloby duzo wiecej, gdyby tak strasznie nie bali sie swoich sasiadow. I ocalonych, gdybysmy im w ratowaniu sie nie przeszkadzali.

Sadze, ze jednak naszym historykom czy wladzom pilnujacym archiwow nie chodzilo o tworzenie czy podtrzymywanie mitow. Oni nie mysleli perspektywicznie, tylko w kategoriach aktualnej polityki i uwazali po prostu, ze zajmowanie sie zbrodnia w Jedwabnem zle by sluzylo interesom panstwa polskiego. Dzisiaj tez tak niektorzy uwazaja. Niedawno uslyszalem od znaczacego polityka, ze w drazliwych sprawach nalezy kierowac sie instynktem politycznym, a teraz zblizaja sie wybory parlamentarne i dlatego z ujawnieniem wszystkich dokumentow nalezy poczekac, az przyjda lepsze czasy. Nie zgadzam sie z tym. Na publiczne mowienie o naszych bolesnych sprawach nigdy nie bedzie dobrych czasow i lepiej, jak sami o nich bedziemy mowic, bez czekania, az inni nam o nich przypomna. Chcialbym byc dobrze zrozumiany. Ja do tej strasznej prawdy, ze Zydow w Jedwabnem mordowali Polacy, doszedlem sam. Nikt mi nie narzucal swojej interpretacji zdarzen.  Przeprowadzilem dziesiatki rozmow z wieloma osobami, korzystalem z pomocy historykow i prawnikow, ktorzy przedstawiali mi wlasne interpretacje zdarzen oraz podawali fachowe wyjasnienia akt sledztw z 1949, 53 i 67 r. Tych sledztw przeciez w Polsce bylo kilka. I caly czas sobie mowilem: pamietaj, nie wolno ci pochopnie uwierzyc w zadna podpowiedz, w zadna z tez, sam musisz dojsc, ktora jest sluszna. Jeszcze na uniwersytecie przyjalem zasade, ktora bardzo mi pomaga w polityce - kiedy cie krytykuja, nie szukaj winy w krytykujacym, ale przeanalizuj, sprawdz, zastanow sie, czy ta krytyka nie jest sluszna,  co jest w niej wartosciowego.

Powiedzial Pan o Jedwabnem osobom, ktore wysunely Pana na prezesa IPN-u?

Nie.

Pytali?

Nie. Widocznie maja swoje sprawy i swoje zmartwienia. Nie chce sie skarzyc, bo byloby to dowodem slabosci, ale gdy wybuchla sprawa Jedwabnego, nikt nie zadzwonil. Moze i lepiej. Uwazam, ze jesli to ja kieruje Instytutem, to swojej odpowiedzialnosci za jego prace nie moge ani na nikogo przerzucac, ani z nikim sie nia dzielic. Nawet gdyby ich wsparcie wzmacnialo moja pozycje.

A jest?

Prof. Kulesza niedawno zauwazyl: - Widze, ze pan, panie profesorze, ma coraz wieksze poczucie osamotnienia w swojej dzialalnosci. I to nie chodzi o kalumnie, jakie sie na mnie rzuca, czy oskarzenia. Chodzi o to, ze ja wcale nie jestem pewny, czy mam akceptacje tych, ktorzy mnie zaproponowali na ten urzad. I o to, ze nie mam zaplecza politycznego, nie mam za soba zadnej partii politycznej. Czuje samotnosc dlugodystansowca, jak z tego filmu Tony'ego Richardsona. Tylko w odroznieniu od bohatera ja nie zatrzymam sie przed meta. Nie zatrzymam sie demonstracyjnie przed meta, ale bede walczyl do konca. Nie zloze tez rezygnacji i nie schowam jakichs dokumentow do szuflady.

Nie boi sie Pan?

Czego?

Calej prawdy.

Nie, prosze pani. Ja jestem raczej odwaznym czlowiekiem i balem sie tak naprawde chyba tylko raz. Pamietam dokladnie, kiedy. To byl poczatek maja 1968 r. Boze, jak ja sie wtedy balem. Bylem studentem drugiego roku prawa na Uniwersytecie Wroclawskim. Wczesniej bralem, oczywiscie, udzial w wydarzeniach marcowych. Najpierw byl wiec, chyba 10 marca. Uslyszalem o nim w Ulu, naszym akademiku, ze oto spotykamy sie, wszyscy studenci, pod pomnikiem pomordowanych profesorow lwowskich przy politechnice, dzisiaj wieczorem, o 19. Pobieglem. Byl to moj pierwszy protest w zyciu.

A wiedzial Pan, o co chodzi?

Dla mnie te wydarzenia byly protestem przeciwko ustrojowi, prymitywnej gomulkowszczyznie. Nie wiazalem ich z antysemicka polityka owczesnych wladz, przyznaje sie. Protestowalem, ze nie ma demokracji, ze nie mozna czytac paryskiej "Kultury" i dlaczego - pytalem - "Archipelagu GULag"  ( napisany przez Solzenicyna w latach 1973-74  - uwaga M.K.)  nie moge normalnie kupic w ksiegarni, tylko musze z czytaniem kryc sie po katach. No i sluchalem oczywiscie Wolnej Europy. Ja, prosze pani, Wolnej Europy sluchalem od zawsze, z moim wujkiem ksiedzem, ktory mieszkal na zabitej deskami wsi bialostockiej i do ktorego jezdzilem na kazde wakacje. On byl bardzo biedny, zyl od intencji do intencji, ale mial jako jedyny we wsi radioodbiornik Pionier, na ogniwa, bo nie bylo tam elektrycznosci. Potem byl strajk w auli, przemawialem. Nie nalezalem do grupy kierowniczej, gdzie byli Oles Labuda i Wladek Sidorowicz, ale wspomagajacej. Swietej pamieci rektor Alfred Jahn znakomicie sie wtedy zachowal. Przyszedl do nas do auli i powiedzial: jezeli wy zostajecie, to moim obowiazkiem jako rektora jest uznac ten strajk za legalny. Bardzo nam tym pomogl, bo inaczej milicja by wpadla i nas spalowala.

Zdjeto go za to ze stanowiska.

Tak, tak. A potem byl 1 Maj. Nie wiedzialem, ze studenci szykuja pochod "drugiego obiegu", nie mialem bliskich kontaktow z elitami studenckimi. Przypadkowo znajdowalem sie pod PDT-em, gdy nagle zobaczylem grupe studentow z politechniki z antysocjalistycznymi, jak sie wtedy mowilo, transparentami. Przylaczylem sie do nich.  Przemaszerowalismy pod trybuna honorowa, wznoszac okrzyki: "Prawde dzis mowi tMisT" oraz "Czytajcie tSwierszczykT, bo nie klamie".  Oficjele, slyszac, co krzyczymy, stali przerazeni, a general wojsk sowieckich, ktory nie znal polskiego, z usmiechem bil nam brawo. Myslal prawdopodobnie, ze jestesmy wspaniala mlodzieza, ktora spontanicznie wylegla na ulice. Potem byla niedziela. Poszedlem jak co  tydzien do kosciola, po drodze kupilem gazete, "Slowo Polskie", wtedy gazety ukazywaly sie chyba takze w niedziele, i zobaczylem wstepniak na pierwszej stronie. Ze elementy warcholskie i antysocjalistyczne usilowaly wczoraj wywolac zamieszki w miescie i tylko dzieki zdecydowanej i odpowiedzialnej postawie wladz i milicji obywatelskiej nie doszlo do tragedii. Zaczalem sie bac. Poszedlem do akademika i przestraszylem sie jeszcze bardziej. Kolega z pokoju wrocil z przesluchania i powiedzial: w komendzie pokazywali mi zdjecia z pochodu, na jednym cie rozpoznalem, ale nie powiedzialem, ze to ty. Bylem przerazony. Cala dusza syna prostych ludzi, ktoremu swiat moze sie zapasc pod nogami, jesli go zlapia i wyleja ze studiow. Bo wtedy co? Wroce do Koszalina? Zgarna mnie do wojska? Kuzyna mojej zony po Marcu zabrali przeciez, na rok. Wiedzialem wiec, co moga zrobic.

Z wojewodztwa wroclawskiego wyemigrowalo wtedy okolo 3000 osob, w tym kilkuset studentow.

Nie znalem zadnego. Raz tylko widzialem w telewizji Natana Tenenbauma. Byl kapitanem warszawskiej druzyny w teleturnieju politechnika - uniwersytet, studiowal w Warszawie.

A z Wroclawia?

Byl prof. Rafal Sorgenstein, zdawalem u niego egzamin z ekonomii politycznej kapitalizmu na I roku, nie wyjechal. Byl prof. Szyja Bronstein od statystyki, bardzo go lubilem, juz nie zyje, jest tutaj pochowany, mial zone Polke. Ich syn za to wyjechal do Izraela, ale slyszalem, ze juz wrocil, mieszka we Wroclawiu.

A Zydzi z Koszalina?

Znalem dwoch, w szkole podstawowej. Byli inaczej ubrani. Nie chodzili na religie, nie chodzili do kosciola, ale mnie to nie przeszkadzalo. Gralismy razem w palanta. Dobrzy byli w lapaniu kamp. Jak sie wybilo kijem pilke lewa reka, to byla kampa lewa za dwa punkty, jak prawa - to za jeden punkt. I nagle w 1957 roku oni mowia, ze wyjezdzaja. Wtedy duzo Zydow wyjezdzalo do Palestyny. Najpierw jechali do Gdyni, a potem statkiem do Hajfy. Pamietam scene pozegnania. Stoimy - ja i tych dwoch rudzielcow - i placzemy. Nie rozumiejac, dlaczego nas rozdzielaja, dlaczego oni musza wyjezdzac.

Nie pytal Pan matki?

Pytalem, oczywiscie, ze pytalem. Moja mama miala przed wojna kolezanki Zydowki, bawila sie z nimi. Bieda tam byla straszna wsrod tych Zydow,  ale one dzielily sie z nia kanapkami. I byl dziadek Wiktor, ktory gral na organach w kosciele i zeby utrzymac rodzine dorabial w Szczekocinie graniem w kinie do niemych filmow. Nie znalem go. Gral tam na pianinie na zmiane ze swoim kolega, miejscowym Zydem.

W Szczekocinie chyba Zydkiem.

Nie wiem. U siebie w domu nigdy takiego slowa nie slyszalem. W opowiadaniach mamy nie bylo na pewno ciepla, jak pamietam, o Zydach mowila z dystansem, ale nigdy nie padaly pod ich adresem okreslenia, ktore by uchybialy ich godnosci. W moim domu nawet dowcipow zydowskich sie nie opowiadalo. A moj ojciec, to bardzo ciekawe, na stare lata zaprzyjaznil sie z koszalinskim Zydem. Poznali sie pod jakims sklepem,  przypadli sobie do gustu i prosze sobie wyobrazic, ze ci dwaj ludzie,  innej wiary, innych obyczajow, innej tradycji, zaczeli bywac u siebie prawie codziennie, gadac i zabijac czas, grajac w tysiaca. To byl Zyd,  ale to byl polski Zyd. Oni wszyscy byli naszymi rodakami, tylko innej wiary. Oni byli obywatelami Rzeczypospolitej i jezeli my powaznie deklarujemy, iz dzisiejsza Trzecia Rzeczpospolita jest kontynuacja przedwojennej, to musimy sie upomniec o prawde o tych pomordowanych, bo oni wlasnie jej oddali sie w opieke. Jest to sprawa, za ktora powinien stac autorytet panstwa. Uwazam, ze upominajac sie o to, realizuje wartosci, na ktorych budujemy polska demokracje. Staram sie byc im wierny, kieruje sie nimi w zyciu - uczciwosc, rzetelnosc,  prawosc. Prosze mi powiedziec, czy ja swoim postepowaniem uchybiam tym wartosciom?

Nie.

Do kogo mam wiec isc, by uzyskac moralne wsparcie dla odkrywania prawdy. Nawet nie do odkrywania, ale do wypowiedzenia jej glosno.

Do prezydenta.

Widzialem sie z nim, wielokrotnie. Za pierwszym razem umowila nas Basia Labuda. Spotykalem sie z nia miedzy regalami biblioteki w Instytucie Romanistyki. Osiemnascie lat temu. Ona tam pracowala i ja jej przekazywalem ekspertyzy prawne, ktore ktos od Wladka Frasyniuka wozil do Gliwic. Teraz wiadomo, do kogo, do Jerzego Buzka, ktory dzialal w sekretariacie tajnej komisji krajowej. Z prezydentem mam bardzo dobry kontakt. Oswiadczyl mi, bym kontaktowal sie z nim bez posrednikow. Dwukrotnie mi oswiadczyl: ma pan moje pelne poparcie.

Prymas Glemp nie?

Z Ksiedzem Prymasem rozmawialem o mojej pracy w Instytucie. Powiedzial mi, zebym dzialal zgodnie z nakazami wlasnego sumienia. Bardzo bylem zdenerwowany, gdy szedlem do niego. Wiedzialem, ze ta wizyta i rozmowa z nim musi przebiegac na gruncie naszej wiary. Ktos poradzil mi, zebym powiedzial Ksiedzu Prymasowi, iz jako czlowiek wierzacy, katolik,  narazilbym sie na popelnienie smiertelnego grzechu, gdybym ukryl prawde. Wyszedlem z tego spotkania bardzo wzmocniony. Nie rozmawialismy o Jedwabnem.

A o tym, ze zostal Pan Zydem?

Nie, nie, to bylo calkiem inaczej. Ale dlaczego pani tak pyta?

Bo w Polsce, jak ktos osiaga jakies stanowisko czy pozycje, zostaje Zydem. Po prostu.

Nie, nie, ze mna bylo inaczej. Miesiac przed moim wyborem na prezesa Instytutu Pamieci Narodowej w jednym z dziennikow napisano o mnie artykul, na cala strone, ze jestem niegodziwcem i wybor Leona Kieresa bedzie oznaczal oddanie IPN-u w rece niekompetentne i obce. Absolutnie mnie to zaskoczylo. Bo ze kompetentne czy niekompetentne, mozna sie spierac, kazdy ma prawo do wlasnej oceny, ale obce? Nie zrozumialem. Dlaczego obce, zapytalem znajomego biskupa. Usmiechnal sie i powiedzial: - No wie pan, gdyby pan nazywal sie Kieresowski, to bylby pan nasz, ale jak ma pan nazwisko Kieres, to musi pan byc obcy.

Nie, nie, ja mam dobre, na "-ska", a ludu polskiego tez nie udalo mi sie oszukac.

Dlaczego pani mowi "ludu". Antysemityzm w Polsce, juz to pani powiedzialem, jest zjawiskiem marginalnym.

Tez mi sie tak kiedys zdawalo.

Absolutnie marginalnym! W tym miejscu bedziemy w sporze.
Skad wiec obce rece?

Zrozumialem wtedy, ze rece obce to prawdopodobnie zydowskie, ale nie bylem jeszcze pewny. Jeszcze nie dotarlo do mnie, ze poglady moga spowodowac, iz nazwa cie Zydem, i ze slowo Zyd bedzie uzywane w znaczeniu pejoratywnym.

To jak sie Pan dowiedzial?

Jest masa anonimowych telefonow nie tylko do Instytutu, ale i do domu.  Zona odbiera i wysluchuje. Sa tez listy. W Instytucie jest cala teczka z roznymi grozbami, inwektywami, obelgami.

Pan je czyta?

Nie wszystkie. I powiem pani, dlaczego. Bo mi ich nie daja.  Najgorszych nie daja. Ks. biskup Glodz, gdy bylem u niego i rozmawialismy o roznych atakach,  z jakimi sie spotykam, powiedzial memu asystentowi: - Niech pan zapamieta, jak bedzie pan dawal prezesowi te listy, to ja rozgrzeszenia panu nie udziele (smiech). Moja zona tez wszystkiego mi nie pokazuje. Ostatnio chronila mnie przez dwa miesiace, taka mam kochana zone, ukrywajac przede mna gazetke, jaka koledzy mojej corki kupili. Legalnie, we wroclawskim Empiku. Za dwa zlote. Zainteresowali sie nia, poniewaz zobaczyli w niej moje zdjecie. I zaczeli pokazywac w klasie. A tam na pierwszej stronie byl zamieszczony "list otwarty do Rektora Uni-wersytetu Wroclawskiego", w ktorym oskarzono mnie o ochrone zbrodniarzy ukrainskich a u dolu znajdowaly sie cztery zdjecia, w jednym rzedzie. Najpierw jakiegos zbrodniarza ukrainskiego,  potem moje z podpisem Leon Kieres - Zyd, prezes Instytutu Pamieci Narodowej, obok bylo zdjecie jednego z politykow, bardzo szanowanego czlowieka, nie publikujmy jego nazwiska, a dalej znowu zdjecie ukrainskiego zbrodniarza. Moja corka sie rozplakala, przy calej klasie. Cala klasa, wszyscy bez wyjatku, zaczeli ja pocieszac, zeby sie nie przejmowala, ze oni wszyscy sa ze mnie dumni, ze dobrze robie, iz ujawniam prawde o naszej przeszlosci, powiedz mu to. Wszystko moge, prosze pani, wybaczyc, po chrzescijansku wybaczyc, i wierze, ze uda mi sie zapomniec, ale dziwie sie, ze ktos moze taka gazetke wydawac i rozprowadzac po ksiegarniach. Bo ja, prosze pani, nie boje sie zadnych polemik czy dyskusji, ale nie znosze dwoch rzeczy: niegodziwosci i ludzi bez klasy.

To cena za wolnosc slowa.

Ja to wszystko rozumiem. Ale jest roznica miedzy wolnoscia a dowolnoscia slowa. Ja, konspirujac, potem siedzac w areszcie, krotko, bo tylko pare dni, ale jednak walczac o Polske, jak umialem najlepiej, walczylem takze o to, by kazdy mogl mnie krytykowac. Ale niech nikt nie mysli, ze nazywajac mnie Zydem, obraza mnie. Nie obraza. Zydow szanuje. To bardzo dzielny narod, duzo wycierpial i ma ogromne zaslugi w rozwoju wspolczesnej cywilizacji. Musze jednak przy okazji oswiadczyc, ze jestem Polakiem i bede Polakiem. Nie tylko z urodzenia i z krwi, ale przede wszystkim ze swiadomego wyboru. I dlatego mam obowiazek powiedziec, ze wielkosc narodu poznaje sie po woli dotarcia do prawdy o nim samym. Wielki narod zdolny jest nie tylko do przyjecia prawdy, ale i do uporania sie z ta prawda. Chocby byla najbolesniejsza. Zrobic to trzeba jak najszybciej, bo od prawdy sie nie ucieknie. Ja nie mam zadnych zapedow mesjanistycznych, ale jak patrze na moje dzieci, na moich  seminarzystow z uniwersytetu, to sobie mysle, to przeciez ja, a nie ci krzykacze, ktorzy selekcjonuja fakty, by wybrac najbardziej dla siebie wygodne w danej chwili, staje w obronie ich godnosci. Bo prawda dogoni nas i t k, za piec czy dziesiec lat. Jak dogonila nas teraz po  szescdziesieciu.

Rozmawiala Teresa Toranska
04-07-2001 13:00

III. „Zycie” (09.07.2001):
Historia czy propaganda
Podsumowanie debaty o ksiazce Jana Tomasza Grossa ”Sasiedzi”

Mniej wiecej rok temu ukazala sie glosna juz praca Jana Tomasza Grossa pod tytulem ”Sasiedzi”. Zadna inna ksiazka wydana ostatnimi laty w Polsce nie wzbudzila tak zywego zainteresowania. I nic dziwnego - jej glówne tezy w jednoznaczny sposób godza bowiem w swiadomosc historyczna Polaków.  Wedle scenariusza przedstawionego przez Grossa, 10 lipca 1941 r. Polacy,  mieszkancy Jedwabnego, wpadli na pomysl wymordowania wszystkich  miejscowych Zydów. Jak postanowili, tak zrobili. Najpierw rajcy miejscy podpisali umowe z gestapo w sprawie wymordowania Zydów, a potem jedwabianie przystapili do pracy. Przez wiele godzin znecali sie nad  swoimi sasiadami, czesc z nich wymordowali siekierami, lomami i bagnetami,  a nastepnie reszte spalili w stodole. W taki to sposób spoleczenstwo polskie mialo wymordowac 1600 swoich zydowskich sasiadów. Niemcy, którzy wówczas okupowali tereny lomzynskiego, mieli tylko stac z boku i  fotografowac, jak Polacy morduja Zydów. Niektórych z nich zandarmi chcieli  nawet uratowac, tylko ze im Polacy nie pozwolili.

Ksiazka spotkala sie z dosc chlodnym przyjeciem ze strony wielu historyków, którzy od poczatku wskazywali na widoczne golym okiem  mankamenty. Bogdan Musial z Niemieckiego Instytutu Historycznego wskazal  na analogie pomiedzy ”Sasiadami” a wystawa ”Zbrodnie Wehrmachtu” oraz  ksiazka Daniela Goldhagena ”Gorliwi kaci Hitlera” - obydwa wspomniane  przedsiewziecia robily na Zachodzie medialna furore, póki nie zostaly  zdemaskowane jako prymitywne manipulacje zródlami. Ktos inny porównal cala  sprawe do kariery pamietników niejakiego Wilkomirskiego, którego ksiazke niedawno obwolano na Zachodzie najbardziej wartosciowa i autentyczna relacja o Zagladzie opublikowana w ciagu ostatnich kilku lat. Tyle ze -  jak potem wyszlo na jaw - Wilkomirski wszystko zmyslil, bo wcale nie jest Zydem i nigdy nie byl ofiara holocaustu...

Krytyczne uwagi zglaszalo takze wielu innych naukowców. Godna podziwu trzezwosc umyslu, a takze niewatpliwa odwage cywilna zademonstrowal prof. Jerzy Eisler. Podczas dyskusji nad ”Sasiadami” w Instytucie Historii PAN glosno powiedzial, ze gdyby taka ksiazke przyniósl mu jakis student jako prace magisterska, to by go wyrzucil za drzwi.

Jednak mimo krytycznych opinii historyków, ksiazka Grossa spotkala sie z owacyjnym przyjeciem mediów. Ze zbrodni w Jedwabnem uczyniono temat dnia,  otaczajac cale wydarzenie mistyczna historiozofia. Z autora ”Sasiadów”  zrobiono proroka, który, dzieki swemu nowatorskiemu spojrzeniu i wybitnym  kwalifikacjom, dokonal prawdziwie epokowego odkrycia. Próby naukowej weryfikacji tez postawionych w jego ksiazce traktowano jak cos wrecz nieprzyzwoitego, niemal swietokradztwo. Prawie w kazdym numerze ”Wprost”  czy ”Polityki” ukazywaly sie artykuly dotyczace Jedwabnego. Najwieksza kampanie rozpetala ”Gazeta Wyborcza” - co dzien analizowano  historiozoficzny, socjologiczny, psychologiczny, filozoficzny,  metafizyczny sens tej polskiej zbrodni, której inny aspekt zostal omówiony dnia poprzedniego. Brak poczucia odpowiedzialnosci wspólczesnych za  wydarzenia sprzed 60 lat - ja urodzilem sie lat temu trzydziesci - Marek  Beylin przyrównal do czegos w rodzaju choroby roznoszonej przez ”wirus  obojetnosci” ( ”GW” z 2 grudnia 2000 r.).

Pojawily sie wiec wyznania winy i pokutnicze rytualy. Kolejne autorytety  moralne bily sie w piers, przepraszajac za nasza wspólna zbrodnie. Moralny i intelektualny poziom calej tej kampanii najlepiej obrazuje przypadek prezydenta Aleksandra Kwasniewskiego. On tez poczul sie winny i za nas wszystkich przeprosi. Zapewne uczyni to z taka sama szczeroscia i z takim samym glebokim zalem, z jakimi wczesniej w imieniu milionów Polaków przepraszal w Knesecie za wypedzenie Zydów w 1968 r. Nie za siebie, nie swoja partie (PZPR), która wówczas tymi milionami cokolwiek niedemokratycznie rzadzila. A w jego kancelarii, jak gdyby nigdy nic, nadal spokojnie pracuja towarzysze, którzy te antyzydowska nagonke w 1968 roku organizowali.

W marcu 2001 r. w calej sprawie pojawil sie pewien zgrzyt. Do akt  archiwalnych dotyczacych Jedwabnego - przez dlugi czas nieosiagalnych ze wzgledu na zamieszanie wokól tworzenia Instytutu Pamieci Narodowej - dostali sie historycy. Natychmiast wyszlo na jaw, ze cos sie z tymi  ”Sasiadami” nie zgadza. W prasie pojawilo sie kilka artykulów, w których  ksiazce Grossa postawiono bardzo powazne zarzuty: braki w podstawowej  wiedzy, liczne bledy faktograficzne, ominiecie niewygodnych zródel,  notoryczne przemilczenia i manipulacje. Nie chodzilo bynajmniej o jakies drobiazgi, tylko o rzeczy zupelnie podstawowe, rozstrzygajace o wiarygodnosci ksiazki. Z akt archiwalnych wynika bowiem, ze zbrodnia w Jedwabnem nie byla pomyslem Polaków, jak przedstawil to Gross, tylko elementem zaplanowanej polityki hitlerowskiej na terenach zajmowanych po  22 czerwca 1941 r. Niemcy nie ograniczyli sie wylacznie do fotografowania wydarzen, lecz byli glównym czynnikiem sprawczym tragedii zydowskich mieszkanców Jedwabnego. A Polacy nie dokonali jakiegos mistyczno-rytualnego mordu, ale zachowywali sie róznie. Jedni, wciagnieci w wir wydarzen przez uwarunkowania historyczne, wojenne zdziczenie lub obydwa czynniki naraz, wzieli udzial w zaplanowanej przez Niemców zbrodni.  Inni zostali do tego zmuszeni przez hitlerowców. Jeszcze inni ratowali Zydów.

Takze kolejne niezwykle istotne fragmenty Grossowskiego scenariusza wydarzen - takie jak umowa w sprawie mordu podpisana z gestapo przez jedwabnienskich ”radnych miejskich” - okazaly sie smutnym skutkiem  ignorancji pomieszanej z bujna wyobraznia autora.

Na takie dictum w kwietniu 2001 r. wiekszosc mediów zamilkla jak nozem ucial. Jedni juz poczuli, ze sie osmieszyli, inni zas czekali, co bedzie dalej. Poniewaz kaliber zastrzezen zgloszonych pod adresem ”Sasiadów” byl bardzo duzy, Jan Tomasz Gross stanal przed prosta alternatywa: albo rzeczowymi argumentami zechce dowiesc, ze to on ma racje, albo wycofa sie z tez i twierdzen, które wczesniej opublikowal w ”Sasiadach”. Tertium non  datur - mawiaja - lecz Gross wybral mimo to trzecie wyjscie. Zupelnie pomijajac meritum sporu, zaczal mieszac z blotem swoich adwersarzy.  Najbardziej dostalo sie prof. Tomaszowi Strzemboszowi, który zostal  ogloszony falszerzem historii i antysemita. W sukurs Grossowi przyszla niezawodna ”Gazeta Wyborcza”, która przeciwko naukowym zarzutom szacownego profesora wyciagnela argumenty nie lada. Okazalo sie, ze Strzembosz nie ma moralnej legitymacji, zeby krytykowac ”Sasiadów”, bo ma niewlasciwy zyciorys: zawsze taki niezlomny, patriota i jeszcze cale zycie oddany harcerstwu. Gdyby tak kiedys dal sie ukasic Heglowi, napisal ksiazke o gen. Swierczewskim czy chocby wierszyk o ”Sloncu Stalinie”.

Co ciekawe - ale i niezbyt zaskakujace - drugim pismem, które wzielo udzial w próbach dyskredytacji prof. Strzembosza, byl miesiecznik ”Wiez”.  Opublikowano w nim niezbyt rzeczowy i taktowny atak autorstwa prof.  Israela Gutmana z Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie - wplywowego zwolennika tez Grossa. Postawa tego naukowca nie jest niczym nowym.  Wczesniej byl on goracym zwolennikiem i prominentnym promotorem  wspomnianych juz pamietników Wilkomirskiego. Kiedy tamto oszustwo zostalo zdemaskowane, stanal w obronie jego autora. Pisal, ze wprawdzie pamietnik Wilkomirskiego jest byc moze (!) nie do konca prawdziwy, ale ból autora jest na tyle autentyczny, ze jego ksiazka i tak jest cennym wkladem w historiografie holocaustu.

Zeby bylo smieszniej, angielskojezyczne wydanie ”Wiezi” z tekstem prof. Gutmana jest rozdawane w polskich placówkach dyplomatycznych i konsularnych jako cos w rodzaju oficjalnego stanowiska wladz polskich w sprawie Jedwabnego. I jak tu nie nazywac Polski krajem wszechobecnej paranoi?

Wprawdzie publikacje prof. prof. Grossa czy Gutmana nie zawieraja godnych uwagi argumentów rzeczowych, jednak stanowia ciekawa ilustracje calej dyskusji. Sa namacalnym dowodem, ze robic z kogos falszerza historii i antysemite jest dzis znacznie taniej, latwiej i bezpieczniej niz  podejmowac merytoryczna dyskusje.

Dodatkowo powazniejsze badania w sprawie Jedwabnego rozpoczal Instytut Pamieci Narodowej. Jego ustalenia w calej rozciaglosci potwierdzily zastrzezenia zglaszane wczesniej przez historyków. Odnaleziono dokumenty wskazujace, ze grupa Niemców, która byla glównym sprawca zbrodni, to prawdopodobnie komando Schapera z Ciechanowa. Badania ekshumacyjne na miejscu wydarzen przyniosly kolejne wazkie informacje. Okazalo sie, ze feralnego 10 lipca 1941 r. zginelo ok. 150–250 Zydów, a nie 1600 i, co znacznie wazniejsze, odnaleziono kule oraz luski, jednoznacznie swiadczace o rzeczywistej roli Niemców.

W sadzie pojawil sie pierwszy pozew cywilny przeciwko autorowi ”Sasiadów”.  Jego autorem jest Kazimierz Laudanski, którego ojca, Czeslawa, Gross zaliczyl w swej ksiazce do grupy najaktywniejszych uczestników zbrodni. Nie ma cienia watpliwosci, ze racje w tym sporze ma powód: dokumenty archiwalne jednoznacznie wskazuja, ze jego ojciec byl 10 lipca 1941 r.  ciezko chory po wyjsciu z sowieckiego wiezienia i zadnego udzialu w  tragicznych wydarzeniach nie bral. Byl ofiara, nie zbrodniarzem. Kiedy kilka miesiecy wczesniej ukazaly sie na ten temat pierwsze doniesienia prasowe, Gross powtórzyl w ”Rzeczpospolitej” wszystkie postawione wczesniej pod adresem Czeslawa Laudanskiego oskarzenia i zarzuty (”Rz” z 21 kwietnia 2001 r.) Nawet gdy autor ”Sasiadów” dowiedzial sie z mediów o pozwie, dalej byl pewny siebie. Oswiadczyl, ze sad rozstrzygnie kto ma racje i cokolwiek zabawnie dodal, ze ”wiarygodnosc tej ksiazki jak dotad nie zostala przez nikogo podwazona” (”Rz” z 16 czerwca 2001 r.)  Jednak tydzien pózniej, zapewne po konsultacji z prawnikiem, radykalnie zmienil zdanie. Opublikowal w ”Rzeczpospolitej” bardzo ciekawe oswiadczenie. Stwierdzil w nim, ze w ”pomylce” w sprawie Czeslawa Laudanskiego zorientowal sie juz jakis czas temu, przed przyjazdem do Polski, i jeszcze w Ameryce podjal kroki, zeby usunac jej skutki (”Rz” z 23–24 czerwca 2001 r.). Czyzby Gross zapomnial, co mówil kilka dni wczesniej? Co ciekawe, we wspomnianym oswiadczeniu nie ma slowa ”przepraszam” czy chocby cienia zalu za bezpodstawne pomówienie. Sa za to kolejne insynuacje pod adresem Czeslawa Laudanskiego.

Cala sprawa rzuca jednoznaczne swiatlo na kwestie wiarygodnosci ”Sasiadów” i publicznych wypowiedzi Jana Tomasza Grossa. Kazdy z nas moze sie mylic i wszyscy popelniamy bledy. Ale rzetelny i odpowiedzialny naukowiec ma obowiazek odpowiadac na stawiane publicznie zarzuty i rzeczowo ustosunkowac sie do zastrzezen innych historyków. Chyba ze prawde traktuje sie instrumentalnie - tacy historycy do ostatniej chwili glosza urbi et orbi o swej nieomylnosci, kreca, kombinuja i przyznaja sie do ”drobnej pomylki” dopiero ze strachu przed sadem.

Mniej wiecej w kwietniu tego roku ”polska zbrodnia w Jedwabnem” niemal zupelnie znikla z pierwszych stron gazet. Przepadly gdzies krzykliwe tytuly, historiozoficzne analizy i pokutnicze rytualy. Jedynie ”Gazeta Wyborcza”, w mysl starej peerelowskiej zasady, ze ”rzad sie sam wyzywi”, wyniosla sie z Jedwabnego do sasiedniego miasteczka. Zajmuje sie teraz ”polska zbrodnia w Radzilowie”. Narratorami historii sa przewaznie anonimowi swiadkowie (nikt ich nie widzial poza autorami artykulów), kilkuletnie wówczas dzieci. Nawet osoby, które urodzily sie juz po wojnie.  Nic to - wszystko dobrze wiedza i wszystko ”nieomal widzialy”. Historia pisze sie sama: a to jakis ksiadz katolicki wysyla parafian, zeby poderzneli gardlo jakiemus Zydowi i przyniesli mu zloto ( ”GW” z 2 kwietnia 2001 r.), a to przedwojenny wikary Kaminski ”tak nienawidzil Zydów, ze jak sobie popil, strzelal w okna [zydowskiego] sasiada” (”GW” z 16 kwietnia 2001 r.). Tu nie ma akt sadowych, jak w przypadku Jedwabnego. Kto udowodni, ze to nieprawda?

Sam Jan Tomasz Gross nieco przycichl i raczej unika dziennikarzy. Telewizja Puls nakrecila nawet material, jak uciekal duzymi susami po pierwszym niewygodnym pytaniu. Ale niedawno zwolal w Krakowie konferencje prasowa, w której ostro skrytykowal IPN za dokonanie ustalen, które nie byly zgodne z tezami jego ksiazki. Utrzymuje, ze ofiar zbrodni w Jedwabnem bylo 1600 (a nie ok. 200) oraz ze za zbrodnie odpowiedzialna jest polska polowa miasteczka, która ”po zejsciu diabla na ziemie” wymordowala swoich sasiadów. Przekonuje o swym poslannictwie i historycznej roli swojego dziela. Niektórzy dziennikarze juz sie nawet usmiechali.

Wbrew zachwytom mediów i twierdzeniom samego Grossa, jego ksiazka nie wnosi do nauki nic nowego czy wartosciowego. Przeciwnie - zarówno w sferze wizji historii, jak i w ogóle naukowej wiarygodnosci, ”Sasiedzi” sa typowa wizytówka patologicznych zjawisk od dlugiego czasu obserwowanych w USA. Tam literatura dotyczaca holocaustu dawno stala sie odrealnionym elementem masowej kultury, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Takze i ta najsmutniejsza: ilosc zastapila jakosc. ”Niewiele umiesz a chcesz zrobic kariere? Napisz ksiazke o holocauscie!” - zasada ta niemal zupelnie zdominowala wspólczesna historiografie amerykanska. Odkryjesz nowe,  brakujace ogniwo Zaglady (czy nie taki tytul miala pierwotnie nosic amerykanska wersja ”Sasiadów”?), a na pewno cie zauwaza. Potem dostaniesz zaproszenie na konferencje naukowa i napisza ci zyczliwa recenzje w ”New York Timesie”. Malo kto w Ameryce wie, gdzie w ogóle lezy Polska, wiec tym bardziej nikt nie sprawdzi, czy z twoja ksiazka na pewno wszystko jest w porzadku.

Racje mial chyba prof. Norman Finkelstein, który niedawno napisal w ”Rzeczpospolitej”: ”Przypominajac >> Gorliwych katów Hitlera<< , w jednych miejscach bardziej, w innych mniej, >> Sasiedzi<< maja latwo rozpoznawalny  znak firmowy>> Przedsiebiorstwa Holocaust>> . Poprzez >> Przedsiebiorstwo Holocaust<< rozumiem te osoby i instytucje, które wykorzystuja dla celów politycznych i finansowych ludobójstwo dokonane na Zydach w czasie drugiej wojny swiatowej” (”Rz” z 20 czerwca 2001 r.)

Niestety, pojawianie sie tego typu ksiazek wystawia na posmiewisko autentyczna tragedie, która pochlonela miliony europejskich Zydów. Osmiesza tez dzialania tych, którzy glosno mówia, ze stosunek Polaków do Zydów nie zawsze byl najlepszy i ze warto szczerze pisac, jak bylo naprawde. Nie ma dzis w Polsce klimatu dla solidnych badan naukowych, które ustepuja pod presja nachalnej propagandy i modnej tandety. Chociazby przebieg publicznej debaty na temat Jedwabnego wskazuje, ze pod wzgledem orwellizacji historii i wszechobecnosci intelektualnej mizerii jestesmy juz swiatowym mocarstwem, co najmniej na miare USA.

Nie ludzmy sie - byl Wilkomirski, byl Goldhagen, a i po Grossie przyjda nastepni. Stana sie bohaterami ”Wprost”, ”Polityki” i ”Wyborczej”, wystapia wieczorem w ”Kropce nad i” oraz w ”Monitorze Wiadomosci”. Wyrosna na intelektualnych herosów, którzy wlasnie dokonali wielkiego przelomu.  Pan prezydent uderzy sie w piers wspólnie z kolegami z kancelarii, inni tez odprawia pokutnicze rytualy. I co z tego, ze w pewnym momencie znów ktos sie w tym wszystkim polapie?

Piotr Gontarczyk

IV.  patrz KU nr 56



      Kilka dodatkowych eksponatow do wystawy "DROGI DO WOLNOSCI"
 
Uwaga: ostatnio w internecie ukazuja sie skradzione z moich witryn  i sfalszowane, jako moje, teksty  publikowane przez Wieslawa Kochanskiego ze Sztokholmu (Szwecja).  O tym zawszeniu internetu informuje czytelnikow ktorzy mogli zostac wprowadzeni przez w/w i jego pomocnikow w blad