„Zobacz to” – przytaczam tak zaanonsowane materialy, warte moim zdaniem poznania,
otrzymane przeze mnie 8 maja 2010 r z
Polski, wsciekle hackerowane w przesyle i po odbiorze. Ten tekst jest antywirusowo sprawdzony, ale
radze go tez sprawdzic u siebie bo zapewne ci sami hackerzy maja go na oku.
Tekst publikuje bez zmian, porzadkujac jedynie uklad tekstu do celow wersji html.
Miroslaw Krupinski
katastrofa
pod Smoleńskiem
„Zapach likwidacji". W ten sposób izraelski "Maariv"
komentuje Katastrofę lotniczą pod Smoleńskiem, w której
zginął prezydent Lech Kaczyński z małżonką oraz kluczowe osoby z
punktu widzenia funkcjonowania
ibezpieczeństwa państwa, w tym dowódcy wszystkich rodzajów
sił zbrojnych.
Na prawdopodobieństwo zamachu
wskazuje też rumuński portal "Global News" i - owołując się na
własne źródła w strukturach bezpieczeństwa NATO- za
bezpośrednich sprawców tragedii uznaje rosyjską Federalną
Służbę
Bezpieczeństwa. Zamachu nie wyklucza również były agent
GRU, Wiktor Suworow, który zwraca
uwagę, że rosyjskie służby, zaraz po katastrofie zabrały z wraku samolotu czarne
skrzynki, tak jakby strona rosyjska
próbowała coś ukryć. Odczytanie zapisów trzech czarnych
skrzynek znalezionych na miejscu
katastrofy mogłoby być kluczowe w śledztwie, pozwalałoby bowiem odtworzyć
wydarzenia na pokładzie minuta po
minucie. W sytuacji
(stwarzającego duże pole do fałszerstw) dekodowania ich przez
Rosjan ostrożnie jednak należy podchodzić do
wiarygodności tych zapisów. Zamiast wyjaśnić przyczyny tragedii
pod Smoleńskiem mogą jeszcze
pogłębić chaos informacyjny (jedna z głównych broni
m.in. KGB) wokół niej narosły,
czego próbkę mieliśmy już w postaci publikacji w rosyjskich mediach fałszywki
udającej nagraną Rozmowę załogi samolotu przed
katastrofą z wieżą. "Rozmowa" miała
pochodzić ze źródeł
rządowych Rosji po otwarciu
czarnej skrzynki.
Wojna
polsko - polska
Przy
katastrofach lotniczych zawsze bada się czy nie doszło do
udziału osób trzecich, tu jak gdyby
nigdy nic od razu odrzucono tezę o zamachu, Mimo
że na pokładzie samolotu zginął i prezydent RP i
kluczowi dowódcy wojskowi, a
więc"mózg" polskiej armii. Media w Polsce (z wyjątkiem Radia
Maryja, "Naszego Dziennika", "Gazety Polskiej")
przeszły nad tym do porządku
dziennego. Tematem numer jeden dla mainstreamowych dziennikarzy
stały się karesy Putina, to jest osławione
"pojednanie" i list Andrzeja Wajdy sprzeciwiającego się
pochowaniu pary prezydenckiej na Wawelu,
która to kwestia trąci na odległość tematem
zastępczym. Może jednak
nie przypadkiem została
wykreowana wojna polsko-polska ("Wawel dla królów" etc.), dla odwrócenia uwagi tzw. ulicy od
tego, że coś się w tych
relacjach ze Smoleńska nie klei, jak choćby liczba prób
lądowania - najpierw cztery razy
(według rosyjskiej stacji telewizyjnej
Wiesti-24), później dwie, a
w końcu jedna.
"Ubijaj tuda !"
Rosjanie
obsługujący lotnisko w Smoleńsku od razu próbowali
zrzucić odpowiedzialność
za katastrofę na pilotów. Strona rosyjska
utrzymuje, że zignorowali
oni zalecenia wieży kontrolnej, aby nie lądowali w Smoleńsku, tylko polecieli do
Mińska albo do Moskwy. Jednak według
nieoficjalnych informacji (podawanych m.in. przez "Nasz
Dziennik")
Pilot otrzymał z wieży
niewłaściwe parametry lotu i był niżej, niż mu
się wydawało. Tu-154M opadał
zbyt ostro i nie udało się już poderwać go w górę. Rosjanie tymczasem próbowali
obarczyć winą rzekomo nie znających rosyjskiego pilotów oraz prezydenta, który
miał wywierać presję, by
rządowy Tupolew lądował bez względu na warunki czyli
jak utrzymywała strona rosyjska w
gęstej mgle. Zarzuty poza tym, że kłamliwe to jeszcze
uwłaczające stronie polskiej, która jednak woli
zasłaniać się rzekomym
zbliżeniem rosyjsko- polskim, aniżeli zareagować na
zniewagi, a przede wszystkim
dołożyć wszelkich starań, by wyjaśnić przyczyny
tej bezprecedensowej i zarazem
zagadkowej katastrofy. Wyobraźmy sobie,
że na terytorium Polski rozbił
się samolot z prezydentem Niemiec na
pokładzie.
Po kilku godzinach przyleciałyby niemieckie
służby i przejęły kontrolę nad wyjaśnianiem przyczyn. Polski
premier nie wysłał do Smoleńska
jednostki Grom, by przynajmniej zabezpieczyć miejsce. Nie
wystąpił też z wnioskiem o powołanie
międzynarodowej komisji w celu zbadania
przyczyn i przebiegu katastrofy.
Rząd Tuska wyraził zgodę, aby śledztwo Prowadzili
Rosjanie, a dopiero później przekazywali polskiej Prokuraturze Wojskowej swoje ustalenia. Rząd polski nie
protestował przeciwko transportowi
ciał polskich obywateli do
Moskwy bez nadzoru polskich przedstawicieli oraz dopuścił do ich badania pod
kierownictwem rosyjskim. Zaskakujący jest
także fakt, że szczątki rozbitego samolotu prezydenckiego
ciągle nie są transportowane do polskiego ośrodka
badawczego w celu zbadania ich
przez międzynarodową
komisję. Polska zatem lekkomyślnie zdała się w pełni
na stronę rosyjską. Zastanawiające zważywszy
pojawiające się co rusz nowe znaki zapytania, jak choćby relacje świadków
przeczące temu, że prezydencki samolot lądował w ekstremalnych warunkach
atmosferycznych. Dowodzi tego dostępny
w sieci krótki amatorski film z miejsca
zdarzenia, nakręcony tuż po
katastrofie, na którym trudno dopatrzeć się mgły. Mimo
kiepskiej jakości filmu dobrze widać miejsce katastrofy i
to co zostało z samolotu. Słychać
jednocześnie strzały i polecenie "ubijaj tuda", co
szczególnie zastanawia w związku z
podawaną informacją zaraz po katastrofie, że przeżyły trzy osoby. Skąd się
mogła wziąć taka informacja? Jeśli była prawdziwa, to co się stało z tymi
osobami? Jeżeli film okazałby się autentyczny, to czy nie zawiera on
jednocześnie odpowiedzi na pytanie
dlaczego ciało prezydenta Lecha Kaczyńskiego rozpoznał
brat Jarosław, podczas gdy
zwłoki małżonki prezydenta Marii Kaczyńskiej zidentyfikowano dopiero po charakterystycznej obrączce.
Czy to oznacza, że ciało
Pierwszej Damy było zmasakrowane? Dziwne, skoro wiadomo, że
para prezydencka siedziała razem.
Dlaczego wreszcie Rosjanie nie wezwali na
miejsce zdarzenia karetek, co jest w takich przypadkach działaniem rutynowym? Ktoś założył,
że wszyscy zginęli? Jeśli tak, to na jakiej podstawie? A może świadkowie byli
po prostu niemile widziani? Podobnie jak
dziennikarze, których nie wpuszczano na miejsce zdarzenia, albo konfiskowano im kamery. Czy np. nie po to,
byśmy się nigdy nie
dowiedzieli co się stało z ciałami pilotów, które
się dotąd nie odnalazły,
mimo iż kokpit był cały. Albo dlaczego na zdjęciach z miejsca
tragedii nie widać samolotu, tylko znikomą
część potężnej ważącej ponad
50 ton maszyny. Co się stało z kadłubem? Dlaczego,
biorąc pod uwagę niewielką prędkość przy
lądowaniu i małą
wysokość, z której po zahaczaniu o drzewa spadł (ok. 20 m) wrak samolotu nie był w jednym kawałku?
Rosjanie użyli EMP?
W CNN
głośno mówi się, że samolot leciał zbyt nisko (problem
z instrumentami?) i że zbyt szybko
zniżał swój lot czyli opadał (brak adekwatnego napędu silników?), co
zostało potwierdzone przez naocznych
świadków. Jaka mogła być tego przyczyna, zważywszy
że upadł pierwotny zarzut
strony rosyjskiej o złym stanie technicznym samolotu? Czy można wykluczyć, że w trakcie podchodzenia
do lądowania mierniki i inne
elektroniczne urządzenia nawigacyjne samolotu nie były
poddawane działaniu
zewnętrznych pól elektromagnetycznych dużej mocy? Takie oddziaływanie mogłoby zmienić
wskazania urządzeń nawigacyjnych w
samolocie i wskutek tego wywołać błąd pilota.
Wyjaśnienia tej i innych zagadek
związanych ze smoleńską tragedią (m.in.
możliwości sztucznego
wywołania mgły) przez polskie władze domaga się
Stowarzyszenie Inżynierów Polskich.
Nie bez kozery, bo opadanie samolotu mogło być spowodowane użyciem broni zwane jEMP,i
mpulsu elektromagnetycznego,
powodującego zakłócenie bądź zniszczenie
sprzętu elektronicznego
znajdującego się w pobliżu generatora. Według
"Prawdy" Rosjanie w 2008 r.,
zaprezentowali działanie EMP wywołujące rezultaty podobne
do uderzenia pioruna bądź
wybuchu jądrowego. Broń nazwana Nike, została po raz pierwszy przedstawiona w Jekaterynburgu.
Według rumuńskiego
portalu Global News Rosjanie
mieli eksperymentować z EMP w bazie wojskowej znajdującej się w obrębie
lotniska w Smoleńsku. Powołując się na polskie
źródła wojskowe portal stwierdza, iż użycie EMP
może spowodować
właśnie zakłócenia
urządzeń elektronicznych i silników wszystkich typów samolotów, przy czym wykrycie przyczyny jest
bardzo trudne ze względu na krótki okres stosowania wiązki
elektromagnetycznej. EMP nie jest bronią nową - Amerykanie są w
nią wyposażeni już od lat
60.Tym co wyróżnia Nike jest mały rozmiar oraz znacznie
krótsze, ale potężniejsze
impulsy elektromagnetyczne, o mocy - jak podkreśla Giennadij Mesyats, wiceprezes Rosyjskiej
Akademii Nauk i dyrektor Instytutu
Fizyki Lebiediewa - sięgającej miliardów watów.
Tupolew
zablokowany
Jeśli
nawet okazałoby się, że Rosjanie nie użyli EMP, to samolot
można było zniszczyć w
inny sposób. Ryszard Drozdowicz z Laboratorium
Aerodynamicznego Politechniki Szczecińskiej (ZUT) ocenia, że "sugerowany w mediach błąd pilota jest
mało prawdopodobny. Na podejściu do
lądowania nie wykonuje
się żadnych manewrów typu silne przechylenie lub nagłe zmiany prędkości. takie silne
przechylenie zauważyli świadkowie. Pilot wykonał dodatkowe kręgi
nadlotniskowe, aby upewnić się co do warunków lądowania i na tej podstawie
podjął uzasadnioną decyzję o lądowaniu.
Nieprawdopodobne też jest, aby
doświadczony pilot wraz z drugim
pilotem pomylili się co do
wzrokowej oceny wysokości, nawet w przypadku awarii przyrządów, która jest również
nieprawdopodobna. Należy tutaj
zauważyć, że
mgła jest na ogół z prześwitami i przy dziennym świetle nie
stanowi istotnej przeszkody do wzrokowej
oceny warunków lądowania.
Okoliczności wskazują jednak na poważną awarię
lub celowe zablokowanie układu
sterowania. Taką blokadę można celowo zamontować tak, aby uruchomiła się przy wypuszczeniu
podwozia lub klap bezpośrednio na
prostej przed lądowaniem. Przy blokadzie klap lub lotek na
proste katastrofa była
nieunikniona, gdyż pilot nawet zwiększając nagle ciąg, nie był w stanie wyprowadzić mocno
przechylonej ciężkiej maszyny,
mając wysokość
rzędu 50-100 m i prędkość rzędu 260 km/h".
Więcej pytań, niż odpowiedzi
Amerykański dziennik "USA
Today" podkreśla, że prezydencki Tupolew był wyposażony w system TAWS, który ostrzega
pilotów przed nadmiernym zbliżeniem
się do ziemi. Ten fakt pogłębia tylko tajemnicę upadku
i eksplozji samolotu z Lechem
Kaczyńskim. Jeśliby nawet przyjąć za dobrą monetę tezę, że samolot nie
był poddawany działaniu z zewnątrz i doszło do katastrofy z powodu błędu pilota,
to twierdzenia w "USA Today"
zadają jej kłam. System
TAWS, który zawiera skomputeryzowane mapy świata i ostrzega pilotów o zbliżaniu się do
przeszkód, takich jak wieża
radiowa, komin czy
nierówności terenu, montowany jest od pięciu lat we wszystkich
nowo wyprodukowanych samolotach lotniczych linii komercyjnych.
Jeśli samolot jest na zbyt
małej wysokości, TAWS reaguje głośnym sygnałem dźwiękowym. Również i
prezydencki samolot Tu-154M wyposażony miał być w
taki system i fakt, że samolot uległ wypadkowi "stawia
więcej pytań niż odpowiedzi" - twierdzi John Cox,
konsultant ds. bezpieczeństwa i
ekspert od wypadków.
"Naprawdę chciałbym wiedzieć, co działo się na
pokładzie, ponieważ
niezależnie od tego, pod jaką presją byli piloci i z jakimi warunkami pogodowymi mieli do czynienia,
nigdy żaden pilot nie zignorował ostrzeżenia TAWS. Czym
różnił się ten samolot, że stało się inaczej?" - pyta Cox. Pytanie tym
bardziej zasadne, że dzięki
zastosowaniu tego systemu doprowadzono do całkowitego
wyeliminowania katastrof lotniczych przy
lądowaniu. Od końca lat 90., gdy zaczęto montować TAWS w starych i nowych
maszynach, żaden samolot z tym systemem
nie uległ katastrofie. Do 10 kwietnia 2010 r. żaden z
wyjątkiem Tu-154M z prezydentem Lechem Kaczyńskim i
polską delegacją na pokładzie. Nic więc dziwnego, że John Hamby,
rzecznik Universal Avionics Systems of
Tucson - producenta TAWS - również
zwrócił uwagę na zagadkowość katastrofy prezydenckiego samolotu.
Na rosyjskim podsłuchu?
Jest i inne
pytanie, na które nie znamy odpowiedzi: czy polskie służby specjalne poza prowadzeniem nasłuchu w
ogóle badały, czy rządowe
Tupolewy mogły mieć stały podsłuch elektroniki
pokładowej nakierowanej na odbiór
przez Rosjan. Oznaczałoby to, że przez 20 lat najważniejsze osobistości w Polsce mogły być
monitorowane przez służby Putina. Skoro jesteśmy przy polskich
służbach, to również zastanawiające jest jak mogło dojść do tego, że
na jednym pokładzie rządowego samolotu znalazł się i prezydent i całe dowództwo
armii. Zwłaszcza, że po wypadku
wojskowej Casy 23 stycznia 2008 r z wyższymi oficerami
polskiego lotnictwa podkreślano
wymóg bezpieczeństwa, że kiedy leci kilku dowódców to trzeba ich rozdzielać. A z polskimi
generałami leciał prezydent,
nie tylko głowa
państwa, ale zwierzchnik sił zbrojnych, osoba odpowiedzialna za całe bezpieczeństwo kraju. Bez
odpowiedzi pozostaje pytanie dlaczego
prezydent zdecydował się w ostatniej chwili na podróż samolotem, i odstąpił
od pierwotnego planu wybrania się na
obchody 70.rocznicy mordu w Katyniu pociągiem razem z
rodzinami katyńskimi? Ten wariant
podróży pociągiem był brany pod uwagę, podkreślał to m.in. minister Władysław
Stasiak. Czy ktoś wpłynął na zmianę planów prezydenta, a jeśli
tak, to kto? Zwróciła na to uwagę
m.in. Anna Pietraszek, doradca Zarządu Telewizji Polskiej.
"Jeśli ktoś
myślał nad przygotowaniem tego lotu, a zapewne myśleli
różni ludzie, to ktoś myślał, żeby
stało się tak jak się stało. Nie widzę innego wyjaśnienia. Komuś
zależało, żeby tak się stało. Szef sztabu...dowódcy...
niemożliwe. Ktoś nad tym
myślał. Nie jesteśmy państwem głupków. Nie
jesteśmy też wojskiem
ciemniaków. Mamy służby specjalne i mamy Biuro Bezpieczeństwa Narodowego. Mamy generałów z prawdziwego
zdarzenia z nominacji natowskich. Nie
jest możliwe, żeby taka głupota zawładnęła wszystkimi i
żeby doszło do wysłania najważniejszych w
państwie osób jednym
samolotem"- ocenia Pietraszek. Dwie wizyty Wiele osób zadaje sobie
też pytanie, dlaczego odbyły
się dwie uroczystości katyńskie. Pierwsza, 7 kwietnia, z udziałem premierów Tuska i
Putina oraz - niedoszła – 10
kwietnia z udziałem prezydenta RP. Głównym rozgrywającym
w tej sprawie po stronie polskiej
był Tusk, który w kutym 2010 r. zaakceptował przedstawiony przez Rosję plan obchodów
katyńskich. Warto przypomnieć stosowny komunikat prasowy z Kancelarii
Premiera Federacji Rosyjskiej z 3 lutego br.: "Z inicjatywy strony
rosyjskiej doszło do rozmowy
telefonicznej premiera Rosji Władimira Putina z prezesem Rady Ministrów
Polski Donaldem Tuskiem. (...) Podczas rozmowy Władimir Putin
zaprosił Donalda Tuska do
udziału w uroczystościach rocznicowych w Katyniu, gdzie
pod koniec lat trzydziestych, w wyniku represji politycznych,
zginęło wielu obywateli
radzieckich, w latach czterdziestych rozstrzelano polskich oficerów, a później z rąk
nazistowskich okupantów – zginęło
wielu żołnierzy Armii Czerwonej. Szef polskiego rządu
przyjął zaproszenie z
zadowoleniem".
"Putin
jest zdolny do wszystkiego"
Zwróćmy
uwagę, że premier Tusk nie zabiegał u władz rosyjskich
o obecność Prezydenta RP na
tej samej, oficjalnej uroczystości. Czy plan obchodów katyńskich przedstawiony przez
stronę rosyjską i wystosowanie
zaproszenia do Donalda Tuska, który ten skwapliwie przyjął, a
więc de facto opowiedział
się za rozdzieleniem uroczystości rocznicowych w Lesie Katyńskim na te z udziałem premiera
i te z prezydentem, mogły mieć
drugie dno? Rumuński portal Global News powołując
się na źródła
zbliżone do NATO zwraca
uwagę, że wyjazd do Katynia stanowił wymarzoną szansę dla Rosji zmiany polityki zachodniego
sąsiada, który jako aktywny członek
NATO miałby u granic Rosji amerykańskie bazy wojskowe
wyposażone w broń elektroniczną i systemy
elektromagnetyczne. "Sama zaś operacja, będąca sprawdzianem dzielności sowieckich i
rosyjskich służb specjalnych
określana jest jako "zagłada antyrosyjskich przywódców
politycznych i wojskowych w kraju
wroga""- pisze Global News. Według portalu za kamuflaż dla tej operacji miało
służyć wysunięcie natychmiast oskarżeń pod adresem polskich pilotów o spowodowanie
tzw. błędu ludzkiego Wiktor
Suworow, który co prawda dystansuje się od opinii, że pod
Smoleńskiem mogło
dojść do zamachu, jednocześnie też nie pozostawia
złudzeń co do tego, że
Putin w swoich zapędach neoimperialnych nie cofa się przed niczym i że w Rosji rozszerzył
się terroryzm, gdy do władzy doszedł obecny premier. W ocenie Suworowa "to
rosyjskie służby stoją za
organizacją aktów terroryzmu. Liczba zbrodni politycznych jest niespotykana. Chodzi w tym momencie
głównie o dziennikarzy, których
Putin traktował jako swoich wrogów (...) Putin jest zdolny do wszystkiego" - podkreśla.
Kaczyński jako zagorzały antykomunista był znakomitym celem: odegrał
ważną rolę w tworzeniu kordonu sanitarnego wokół Rosji. Pomarańczowa rewolucja
na Ukrainie, zacieśnienie
stosunków z Litwą. Wreszcie
to on, a nie Tusk, opowiedział się po stronie Gruzji podczas agresji sowieckiej na ten kraj. To
wówczas padły pamiętne
słowa, że
dokonując inwazji na Gruzję "Rosja pokazała swoją
prawdziwą twarz." Putin takich
rzeczy nie zapomina. Na te same motywy ewentualnej likwidacji Kaczyńskiego wskazuje 12
kwietnia izraelski dziennik
"Ha'aretz", który pisze że prezydent Lech Kaczyński
był jednym z najbardziej zaufanych
partnerów Stanów Zjednoczonych w Europie oraz
aktywnie wspierał Ukrainę i Gruzję w ich konfrontacji z
Kremlem. Demonstrowana po tragedii przez
Rosję solidarność z Polską to według izraelskiej gazety gra pozorów obliczona na
odwrócenie uwagi światowej opinii
publicznej od faktycznych przyczyn tragedii pod Smoleńskiem.
Polskie łupki nad Katyniem
Reelekcja Lecha
Kaczyńskiego i parlamentarne zwycięstwo PiS byłyby dla Moskwy nie do przełknięcia nie
tylko dlatego, że nieżyjący prezydent stał się najbardziej znienawidzonym
politykiem przez Władze Federacji
Rosyjskiej i postrzegany był jako istniejące zagrożenie
dla rosyjskich planów imperialnych, ale
może nawet bardziej z tego względu, że bezpośrednio uderzałaby w jej
interesy gospodarcze. Najczęściej
mówi się tu o Gazpromie i
Gazociągu Północnym, którego prezydent i PiS byli przeciwnikami, traktując go jako
inwestycję sprzeczną w polską racją stanu. Doradcy prezydenccy, m.in. Piotr
Naimski odpowiadający za
bezpieczeństwo energetyczne krytykowali decyzję rządu
Tuska przedłużającą,
na skrajnie niekorzystnych dla Polski warunkach, umowę gazową z Rosją do 2037 roku, jako
całkowicie uzależniającą nas od dostaw
gazu ze Wschodu. W ostatnich tygodniach doszedł jeszcze nowy
element: tzw. niekonwencjonalny gaz, pozyskiwany
z łupków, którego wielkie
pokłady odnaleziono w Polsce. Niedługo amerykańskie
koncerny miały rozpocząć
wiercenia w poszukiwaniu surowca. Jeśli potwierdzą się szacunki, złoża pozwolą
się nam uniezależnić od Rosji. Sięgnięcie po zasoby gazu łupkowego zmienia układ
sił na scenie surowcowej świata. Gazprom w specjalnym raporcie
podkreślił niedawno, że wzrost wydobycia gazu z niekonwencjonalnych złóż w
Stanach Zjednoczonych może
radykalnie zmienić cały
światowy rynek gazowy i zagrozić takim strategicznym projektom rosyjskiego koncernu, jak
zagospodarowanie gigantycznego
złoża gazowego paliwa
Sztokman, na Morzu Barentsa. Z dokumentu wynika, iż gaz
łupkowy przekształcił rynek gazowy USA z deficytowego w samowystarczalny, a także, iż nadmiar
gazu skroplonego (LNG) uderza w
konkurencyjność rosyjskiego surowca w Unii Europejskiej. Po
wejściu do Polski Amerykanów i
rozpoczęciu przez nich eksploatacji złóż w naszym kraju, skorzystałaby także Polska,
która za kilka lat stałaby się
samowystarczalna pod względem zaopatrzenia w gaz ziemny. Tym
bardziej, że analitycy Wood
Mackenzie ocenili złoża gazu łupkowego na ponad 1,4 bln m
sześc. (według innych wyliczeń jest to pomiędzy 1,4 bln a
3 bln m
sześć). Oznacza to, że - przy wykorzystaniu ich do pokrycia
całego krajowego zapotrzebowania, -
surowca wystarczyłoby nam na co
najmniej100 lat. Tym tropem
poszła w "Moscow Times" z 14 kwietnia 2010 r. znana komentatorka Julia Łatynina w artykule
pod jednoznacznym tytułem "Woń gazu łupkowego unosi się nad
Katyniem". "Co jeśli Polska stałaby się eksporterem gazu?" - pyta Łatynina,
podkreślając że uniezależnienie się
od dostaw rosyjskich zależałoby przede wszystkim od
wyników najbliższych wyborów parlamentarnych. Moskwa o tym
doskonale wiedziała. "Jedna z
opcji to partia byłego prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego.
Był on żarliwym (...)
antykomunistą, człowiekiem, który doświadczył
osobistej tragedii związanej z
masakrą w Katyniu. Pojawiał się tam na uroczystościach co roku. Z drugiej
strony mamy partię premiera Donalda
Tuska, pragmatyka, który jest gotowy przyjaźnić się z
każdym, tylko nie z Kaczyńskim" - ocenia publicystka.
WSI spokojna...
Po katastrofie
pod Smoleńskiem obowiązki prezydenta przejął
urzędujący marszałek
Sejmu Bronisław Komorowski z Platformy Obywatelskiej, partii wrogiej wobec prezydenta, wobec koncepcji
budowy suwerennego państwa.
Na pokładzie Tu -154 M
znalazło się kilka osób, których zniknięcie może ułatwić PO przejęcie
całkowitej władzy w państwie, a także odbudować wpływy środowiskom powiązanym
z b. WSI. W najbliższych wyborach parlamentarnych w 2011 r. rokowania dla PO nie
wyglądały różowo. O ile
Platforma przez 4 lata nie przeprowadziła żadnych reform, to
zdążyła
zasłynąć aferą stoczniową i hazardową,
uzależnianiem Polski od dostaw gazu
z Rosji. Platformie, która w tej sytuacji potrzebuje sukcesu, na drodze do pozyskania z kasy NBP 8 mld
zł. stał tragicznie zmarły w
Smoleńsku Sławomir Skrzypek. Zwróćmy też uwagę,
że to Lech Kaczyński
był w posiadaniu aneksu do Raportu
z likwidacji WSI, który czekał na
odtajnienie oraz publikację. Jak wielkie emocje budzi ów dokument
w PO i
u samego faworyta tej partii w wyborach prezydenckich, popieranego nota
bene w walce o prezydenturę przez lobby b. WSI, można sobie wyobrazić po tym, gdy sam zarzut dotarcia do
części aneksu spowodował rewizję służb podległych Tuskowi u członków
Komisji Weryfikacyjnej WSI oraz
aresztowanie i szykanowanie dziennikarza Wojciecha Sumlińskiego.
Raport z likwidacji WSI wskazuje na powiązania
wielu znanych polityków i
urzędników państwowych (w tym Bronisława Komorowskiego) z
WSI, której funkcjonariusze szkoleni
byli w Moskwie przez sowieckie GRU.
Publikacja aneksu do Raportu z
likwidacji WSI mogłaby tę wiedzę jeszcze pogłębić i odbrązowić ostatecznie postać
choćby ubiegającego się o prezydenturę Komorowskiego, gdyby feralnego 10 kwietnia
prezydent Lech Kaczyński oraz ministrowie Aleksander Szczygło i
Władysław Stasiak nie zabrali tej
wiedzy do grobu. Dokumenty dotyczące agentury GRU w WSI oraz SB
wśród polityków i działaczy
państwowych posiada także IPN w swoich zbiorach zastrzeżonych, do których dostępu
strzegł nieżyjący prezes IPN Janusz Kurtyka. Ustawę przegłosowaną
w marcu głosami Platformy i Lewicy
mającą doprowadzić
do zmiany prezesa IPN na kandydata popieranego przez front antylustracyjny blokował jednak
prezydent Lech Kaczyński. Zapowiedział skierowanie jej do Trybunału
Konstytucyjnego.Teraz Lech Kaczyński nie
żyje. Przeszkody zniknęły... *
Ciekawa rola MSZ i Sikorskiego
Nie jestem
zwolennikiem tzw. teorii konspiracyjnych, Państwa tekst jednak, napisany bardzo konkretnie i
analitycznie, zmusza do zastanowienia
się, czy Prezydent, Pierwsza Dama i kluczowi przedstawiciele Państwa Polskiego nie
zostali rzeczywiście zlikwidowani.
Myślę, że w tym kontekście
warto poszerzyć wątek dwóch uroczystości. Przecież komunikat rosyjski, o którym
Państwo piszecie nie pozostawiał
najmniejszej wątpliwości, że Kaczyński nie był
w Katyniu mile widziany. To po
pierwsze. Rosja więc nie mogła przełknąć, ze polski
prezydent nie będzie się do niej łasił,
by oddać hołd pomordowanym w Katyniu.
Jeszcze bardziej
zastanawiająca jest późniejsza rozgrywka w kwestii obchodów, jaką z Pałacem Prezydenckim
prowadziła Kancelaria Premiera. Po tym jak
Tusk dogadał się z Putinem prezydent Kaczyński publicznie
zapowiadał, że chce uczestniczyć w uroczystościach
jako najwyższy przedstawiciel RP. Przeciwko tej propozycji wystąpiło
Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Minister Radosław Sikorski, mimo że
wiedział już od 27 stycznia że
prezydent Kaczyński chce wziąć udział w rocznicowych
uroczystościach, sprzeciwiał
się obecności Prezydenta, chcąc by patriotyczny splendor spłynął na jego
pryncypała (nie ma to jak pijar!), wysyłając Kaczyńskiego do Moskwy w rocznicę
zwycięstwa nad hitlerowskimi
Niemcami w Moskwie. By robić
dobrą minę do tej politycznej rozgrywki zastrzegał, że gdyby preydent nie zmienił zdania
to MSZ "oczywiście mu w tym
pomoże"."
Przypomnę,
że na sugestie Sikorskiego zareagował natychmiast prezydencki minister Paweł Wypych (również
zginął pod Smoleńskiem), który
poinformował, że Lech Kaczyński nie zmieni zdania w
sprawie udziału w
uroczystościach katyńskich, gdyż "Katyń jest
miejscem, które w sercach Polaków
zajmuje szczególne miejsce i nie ulega wątpliwości, że w 70
rocznicę tej tragedii, mordu polskich oficerów, w tym miejscu powinni być najważniejsi polscy politycy,
zarówno pan prezydent, jak i pan
premier, marszałkowie Sejmu, Senatu (...)- Prezydent Kaczyński
chce być tego dnia w Katyniu, ponieważ taka jest
powinność głowy państwa, to
jest miejsce, w którym w tym dniu
należy oddać hołd pomordowanym oficerom - podkreślił
Wypych (cyt. za tvn24.pl).
Dalej:
zdecydowane stanowisko Pałacu Prezydenckiego powoduje zmianę stanowiska MSZ, które w liście
przesłanym do Kancelarii Prezydenta
zwróciło się do Lecha Kaczyńskiego, by uczestniczył
w polskiej delegacji w Katyniu. I teraz uwaga: w liście
podano dokładną datę obchodów: 10 kwietnia, która została zaakceptowana ze
względów oczywistych. A zaraz potem
okazało się, że że Putin i Tusk będą
"obchodzić" Katyń trzy dni
wcześniej, mimo apeli ośrodka prezydenckiego, że obchody
te nie mogą być tematem rozgrywek politycznych. Uważam,
że w kontekście tego co stało
się pod Smoleńskiem, mataczenia śledztwem przez Rosjan,
zbyt wielu niejasności
towarzyszących katastrofie, rola MSZ w doprowadzeniu do dwóch uroczystości wymaga gruntownego
zbadania. Tym bardziej, że MSZ
już po 1989 r. było
matecznikiem agentury obcej, tajnych
współpracowników i
komuny i nie
zostało przewietrzone.
Jeżeli zależy Ci na Polsce to
przeslij tę wiadomość dalej.