ZBIÓR ZNAROWIONEGO PEGAZA:
Z-1
trzynasty Grudnia
® © Mirosław Krupiński
grudzień 1997
Trzynasty grudnia. Ludzie
godni
kolędy wkrótce
śpiewać będą…
Zbrodniarz, szesnaście lat po
zbrodni,
przedłoży spowiedź
nad kolędą.
Nie mogąc karze już
umykać,
zapragnie winę wyznać
szczerze
i pożegnalny list
podpisać
kulą, co czeka w rewolwerze.
A ktoś nieznany, z jego woli,
na grobach ofiar złoży
kwiaty
z przeprosinami, że przed laty
wolności dożyć nie pozwolił...
December 13th
December thirteenth, soon all
neigbours
carols will sing at Christmas tables.
The guilty, sixteen years past
murder,
make last confession will be able.
From endless running he'll resign
and, when his conscience will take
over,
then last his letter will be signed
with bullet, waiting in revolver.
And unknown person in his name
flowers will put on victims graves,
asking forgiveness for those years
they lost, before the freedom came...
z posylwestrowej mgły
® © Mirosław Krupiński
styczeń 1998
Nowy Rok w krótkich majtkach po
kraju się pęta
oglądając co stary
narozrabiał tata,
z głów zawianych powoli wiatr
wywiewa święta
i gdzieniegdzie w tym wietrze
luźna klepka lata.
i w tym kraju świętego
karpia i śledzika
co tak łatwo się z
wódką gonią w piruecie,
w łbach zmęczonych
się rodzi jakaś chętka dzika
aby nagle wytrzeźwieć w
całkiem innym świecie.
takie trochę to mgliste jak
oczęta Frania,
który trzecie pół litra na
widelec chyta,
ale przecie powoli z tej mgły
się wyłania
rzecz zupełnie nam nowa -
rzecz niepospolita:
- złodziejaszki w więzieniu noszą włosienice,
zbrodniarz wisi na haku i z wiatrem się kiwa,
Ruskie nawet nie patrzą na nasze granice,
a wczorajszy wronozbir zbawcy nie odgrywa…
- stocznia statki buduje za ciężkie dolary
zamiast głowę na pieńku kłaść za sierpnia
grzechy,
Chiny grzecznie zwracają Tajwan (Ola dary)
i poezje, miast porno, trafiają pod strzechy…
- pafawagi, ursusy - ciągle w naszych łapach
(„kupcom” kilo kiełbasy wpłat pokrywa zwroty)
po czerwonych konsulach znika w świecie zapach,
a skurwiona Temida znów jest wzorem cnoty…
- u rzeźników szeregiem wiszą urbanosy
(receptura jest prosta: pół gnidy – pół wieprza),
Koreańce ostanie wyrywają włosy
bo żeranska warszawa znów na rynku lepsza...
tak możnaby wyliczać
tę niepospolitą,
gdyby ręka usłużna
nie podała klina…
a po klinie - mgła
szczęścia... i już nikt nie pyta
co się stało z tą wizją. Zwykłość się zaczyna…
wielkanocne alternatywy
® © Mirosław Krupiński Wielkanoc 1998
Jak to szybko Świat się
zmienia...
Nowy zwyczaj się
wyłania:
wczoraj były do
święcenia
- dzisiaj są do obrzucania.
Wiec podsyłam strusie jajo
by w najbliższych gronie
spożyć,
ale jeśli już
rzucają
- też możecie nim przyłożyć!
Struś nie będzie
obrażony
(wyrobiony politycznie),
wie że żółtko na
czerwonym
jest wymowne i praktyczne.
A jeżeli będzie
trzeba
- nasze strusie zwiększą
plany
i podwoją (z woli nieba)
swą produkcję. Tych
rzucanych...
portrety bliskich i znajomych
® © Mirosław Krupiński
Tłusta owca o futrze
białym jako śniegi
o najwyższe zaszczyty zaczyna
przedbiegi.
Gdy tak wizję roztacza
szczęśliwego jutra,
nagle długie pazury
wyłażą spod futra...
Więc, nie myśląc
zbyt wiele, jednym wilczym kłapem
zębatego pyszczydła
skraca swoją łapę,
a rozlicznym wyborcom, co dziwią się
szczękom,
mówi - „dawne metody dobrze
mieć pod ręką”…
Chwilę później,
skróconej dotykając ręki,
nie jest w stanie powstrzymać
jęku „auuu” z paszczęki,
- więc, nim padły możliwe słuchaczy przytyki,
rzecze - „dzisiaj prezydent musi
znać języki”…
Na nieśmiałe
pytanie – „co poza językiem?”
odpowiada : „o, jestem magistrem
rzeźnikiem”,
myśląc, zdrową
swą łapą drapiąc się po głowie:
- „nawet jeśli to
kłamstwo - to tylko w
połowie”…
*
* *
No, wybrali. Wyborcze zabiegi
skończone;
śnieżne futro na
lewą więc wywraca stronę
i
w czerwieni podszewki przepasanej pasem
wiedzie swoich wyborców do
rzeźni pod lasem…
…gdzie cały personel właśnie zdejmuje
źle dopasowane,
śnieżnobiałe futra…
ku przestrodze
® © Mirosław Krupiński
Kapturek raz (Czerwony) szedł
do babci z wielkim koszem..
Pomykał za nim szary wilk
(kapturków był smakoszem)…
Las ciemny straszył
gęstwą swą
- złych wilków złe
siedlisko.
Wiewiórki dwie na drzewie
drżą:
- „zje dziecko złe wilczysko”…
Lecz gdy się
skończył ciemny las i drzew rzedniało kilka,
Kapturek był i koszyk był
…lecz już nie było wilka.
Strumyka błękit
plamiąc krwią Kapturek
umył łapcie,
pogładził brzuch,
zarzucił kosz i poszedł wrąbać babcię…
*
* *
Cóż - bajka winna
morał dać
dla tych mniej doświadczonych:
- przestańcie wy się
wilków bać,
pilnujcie się czerwonych…
(zwłaszcza tych zakapturkowanych)
jest drzewo nad Wisłą…
® © Mirosław Krupiński
Od prawieków, gdzie Wisły wiatr muska szuwary,
stoi drzewo ogromne z suchymi
konary.
I choć mroźna za
zimą przeciągała zima,
mimo braku opału, nikt drzewa
nie ścinał,
bo jak głosi wieść
gminna, o której lud śpiewa,
nikt nie może przed czasem
tknąć siekierą drzewa,
zasianego przed wieki zgodnie z
bożą wolą,
z określoną przez bogów
historyczną rolą.
A szczególną
miłością lud nad Wisłą darzy
jeden konar, najgrubszy wśród
braci konarzej.
Bo ten konar, jak głosi
legenda po strzechach,
wyciągnięty cierpliwie,
czeka na Wojciecha...
Z nim, wśród wichru
zawodzeń, nad morzem szuwarów,
czeka równie
cierpliwie gąszcz mniejszych konarów…
wczoraj i dziś
® © Mirosław Krupiński
wczoraj zbrodniarz paznokcie
ofiarom wydzierał,
bo ofiary nie miały głosu
ani prawa.
bo nie było to ważne kto
za co umierał,
bo ten sam co mordował wyroki
wydawał.
wczoraj zbrodniarz był
władcą i przewodnią siłą,
mnożył prawa zbrodnicze i
ferował kary,
rozsprzedawał ojczyznę,
opluwał sztandary
gdy nie były czerwone i gdy
gwiazd nie było.
wczoraj strzelał do tłumu
co skandował „chleba!”,
ścieżki zdrowia
urządzał, wysyłał w nieznane,
chował w grobach bez nazwy, po
cichu, nad ranem
i morderców nasyłał gdy
zaszła potrzeba.
wczoraj wojnę wydawał
własnemu ludowi
co miał czelność to
wszystko nazwać po imieniu,
wczoraj spisek knuł tajny, z
najeźdźcami w zmowie,
aby własny swój naród
osadzić w więzieniu...
* * *
między wczoraj a dzisiaj
była taka chwila
gdy zatruty swym jadem nie miał szans przetrwania,
gdy już wszyscy widzieli -
godzina wybiła,
gdy nie zdolny się leczyć
- na nogach się słaniał.
i zapewne by skończył po
piekle się snując
gdyby dziwki nie znalazł,
chętnej do ołtarza,
co zechciała pół
władzy, z pośpiechem przyjmując
za trzydzieści srebrników
pół winy zbrodniarza…
* * *
dzisiaj dziwka i zbrodniarz
cieszą się pospołu,
pierwsza - mnożąc
srebrniki, drugi - z rozgrzeszenia,
uzyskanych oszustwem
małżeńskiego stołu
gdzie interes mierzono
sprzedając sumienia.
dzisiaj dziwka ma majtki i kierpce
czerwone,
chociaż wszystko to kryje
śnieżnobiała szata.
w torbie ciężkiej
wciąż brzęczy swym srebrem zapłata,
a niedoszły nieboszczyk ma
sługę i żonę.
* * *
dzisiaj zmieni się w jutro,
urodzą się dziatki
pełne genów i dziwki i taty
zbrodniarza.
dzięki torbie mamusi
opłyną w dostatki.
a po ojcu ? - historia się zwykle powtarza…
niestrudzeni - z kart historii
® © Mirosław Krupiński
śpi pies w kota objęciach, porzekadłom przecząc,
myszy sennie się
włóczą po pustej spiżarni,
śpi wapniaczka i wapniak,
spokojnie, nie grzesząc,
brak zapału
tłumacząc bliskością dzieciarni.
lube dziatki śpią
także, mnożąc sny wesołe
zanim ranek brutalnie je zwlecze z
poduszki.
w swych marzeniach ponownie
podpalają szkołę,
jękiem belfrów
smażonych radując swe uszki.
na sąsiadce śpi
sąsiad, miłością znużony,
budzik musi go zerwać tuż
przed wschodem słońca,
bo przed świtem ma wrócić
do opasłej żony,
nim nasenne pigułki
odeśpi do końca.
włamywacze po schodach
wynosząc pianino,
bo kradzieże portfeli
zaczęły ich nudzić,
przystanęli na
chwilkę, przed jakąś
godziną
i troszeczkę przysnęli,
nie mogąc się zbudzić.
śpi milicjant na straży
porządku i prawa,
nie wiadomo co chrapie - czy to on
czy spluwa,
śpi najmniejszy
przysiółek i wielka Warszawa.
w całym kraju śpią
wszyscy - tylko partia czuwa:
musi nocą prostować
skrzywione granice,
które znów ktoś
złośliwy wykrzywił do wschodu,
sto cokołów zbudować,
znów przezwać ulice,
i dekretem się wpisać do serca narodu.
musi wroga wymyślić, bo z
kim tu wojować
- a bez walki dziś nie ma
sukcesów i sławy,
musi swoich nakarmić, dać
innym głodować
i pilnować by przy tym nie
podnieśli wrzawy.
musi dzieła Lenina
przepisać od nowa
bo wczorajsze wydanie
spłowiało od prania,
kilka faktów zamazać, kilka
dat sfałszować,
zachowując okładkę i
datę wydania.
nie zapomnieć prazdnikow i
rożdieńja daty
aby w porę przyjaciół
pocałować pupy.
temu trzeba łapówkę a
tamtemu kwiaty,
bo od tego zależą
zaszczyty i łupy.
*
* *
i tak mija noc ciemna.
słońca rąbek złoty
już zagląda od Moskwy do
zmęczonych ocząt.
teraz tylko zagonić
motłoch do roboty,
a samemu przed nocą następną odpocząć…
® © Mirosław
Krupiński
gdzie Krasnaja Płoszczad’ rozpada się w proch
i piołun wyrastać zaczyna,
mysz z dwiema głowami rozgląda się w krąg
ze szczytu grobowca Lenina.
wspomina historię, co z myszy na mysz
wieść gminna od wieku przesyła,
że niegdyś tu Kreml stał i cerkwi lśnił
krzyż,
gdzie teraz zbiorowa mogiła...
właściwie mogiłę też rozwiał już
wiatr,
choć blaskiem wciąż jarzy się ziemia.
kto w grobie tym leży zapomniał dziś Świat
- bo przecież i Świata już nie ma...
bo żywe zostały karaluch i mysz,
gdy resztę wybiło skażenie
i wbrew ewolucji
wypchnęło je wzwyż,
spełniając najskrytsze marzenie.
- „towariszcz Karaluch” - zagaja głów dwie,
bo z jednej wywodzą się szyi,
- „być siłą przewodnią nie całkiem
jest źle,
choć nikt, by nim rządzić, nie żyje”...
- „towariszczka Mysza - sogłasnyj s toboj
ja budu do końca mych czasów.
A głód nam nie grozi, bo Lenin liuboj
jest dla nas dziś źródłem zapasów”..
- „bo Lenin nie tylko wszak oddał nam Świat
- towariszczka Mysza - Świat cały!
on byt nam zapewnił - dwa wiekim go jadł,
a jeszcze dwie trzecie zostały”…
- „potomstwa nie mamy, radiacji to pech,
lecz za to w dostatku żyjemy,
bo choćby każdemu z nas życiem żyć trzech
i tak go do końca nie zjemy”…
pożalusta Mysza - wozmitie kusok Iljicza - takoj wkusnyj...
okropny sen
® © Mirosław
Krupiński
noc pierwsza
z powiewem wiatru słowo szło
od
Moskwy do Paryża,
na
Polskę nacji patrzy sto:
-
wyborów czas się zbliża...
* *
*
wczoraj
przywieźli skały złom
pokryty
białym tynkiem.
pomnik
pod murem wznosi dłoń
i
widać dźwig nad rynkiem.
* *
*
dziś
przybył Hero - już tu jest
i
pomnik i kandydat,
-
„ta sama postać, ten sam gest!”
-
„to tak splendoru przyda!”
-
„że kradnie? - cóż, nie powód to
by
miał ze stołka spaść;
by
stworzyć mu korzystne tło
my
też będziemy kraść”...
-„my
chcemy Ola” - słychać szum,
-„by
rządzić nam nie przestał”.
potężny
dźwig i kumpli tłum
ma
złom wznieść na piedestał..
dwóch
ludzi w hełmach niesie sznur
i
wkłada go na szyję,
entuzjazm
tłumu sięga chmur:
-„niech
żyje nam! - niech żyyjeee!”...
powoli
postać idzie wzwyż
nad
dachy i nad drzewa,
ksiądz
Rydzyk w górę wznosi krzyż,
a
tłum „powstańcie...” śpiewa...
wtem
nagle z tyłu słychać krzyk…
już
ludzie wrzeszczą chórem:
-
„zatrzymać kran!!” – „zatrzymać dźwig!!!”
-„toż
pomnik wciąż pod murem”...
faktycznie...
pomnik wciąż tu jest,
milczący
miedzy nami...
więc
nagły przestrach mrozi krew:
-
„ach, cóż jest pod chmurami!!?”..
wszak
tam na górze dynda coś
i
wrony nad tym kraczą...
-
potworny błąd popełnił ktoś...
a kumple cicho płaczą...
* *
*
i tylko żebrak, co wśród
nas
od tłumu zbierał grosze,
szepce: -„mój Boże, tracisz
czas...
następnych w górę...
proszę...”
następna
noc
dziś już po wioskach szepce lud
(bo lud zna prawdę
całą):
- „to Ojciec Rydzyk sprawił
cud,
zmieniając kamień w
ciało”...
zaś „autorytet”, co co dnia
na nowo zmienia skórę ,
rzekł : - „cóż na rynku
była mgła
i drogę miał pod
górę”...
kilka nocy później...
niedługo trwał ten kumpli
płacz.
nadzieja znów w nich wzbiera:
- „niech rzeźbiarz szybko
zmieni twarz
w Kiszczaka lub Humera!”
- „wyborcy znowu będą
spać
miast tłoczyć się
przy urnie,
wiec pełny żłób znów
będzie nasz
i głodni znowu durnie”...
requiem Horpyny
® © Mirosław Krupiński
Horpyna w kotle cos warzy,
bulgoce z ropuch polewka,
sadze osiadły na twarzy
i liście więdną na
drzewkach...
polewka kipi i chlupie,
wokół i mokro i ślisko,
Horpyna z chochlą wkrąg
tupie,
drewka wrzucając w ognisko...
gdy się nad kotłem nagina
aby pomieszać nadziewkę,
noga się ślizga (ta
glina...)
i wpada z chochlą w
polewkę...
*
* *
zajrzeli ludzie w niedzielę
by
zbadać smrodu przyczyny;
znaleźli kocioł w
popiele,
z zimną polewką z
Horpyny…
® © Mirosław
Krupiński
coraz
trudniej zwerbować coś z głową
a
więc nawet półgłówek się liczy;
nie
zdzierżyła wierchuszka nerwowo
i
spuściła ratlerka ze smyczy…
nasz
ratlerek, by kości odsłużyć,
wyszczekuje
swą duszę sobaczą,
-
nie ma prawa na służbie się znużyć…
(on
bezzębny, lecz pchły z niego skaczą).
a
gdzieś z boku, lecz zawsze w pobliżu,
czujnym
okiem sprawdzając dokoła ,
ober-ratler
przemyka się chyżo
-
aby pomóc gdy pierwszy zawoła…
gdzieś
po latach takiego szczekania
i
za pchły co rozsiewał na
wroga,
stanowisko
się nowe wyłania:
-
wciąż ratlerek, lecz w randze buldoga…
a
gdy starość mu zajrzy w oczęta
i
nie będzie pożytku już z gościa,
dadzą
medal, kiełbasy pół pęta
i butelkę wiśniówki na kościach…*
gdy kostucha zabierze go z
kosą
choć się
życia dziąsłami uczepi,
- to za ogon na śmietnik wyniosą,
bo pieniądze na pogrzeb już przepił…
* - potoczna nazwa
denaturatu w Polsce, którego etykietka opatrzona jest czaszka i piszczelami
ratujcie !!!
® © Mirosław Krupiński
włożę kamienie w
pończochę
aby się obić po plecach,
jak mi instrukcja zaleca…
dwadzieścia cztery wyzwiska
wpiszę na plecki i tyłek,
w lustrze wypiąwszy
się z bliska,
aby uniknąć pomyłek…
wyłamię sztuczne
zębiska
i bosą kopnę w
stół nogą,
kot mi podrapie pół pyska,
gdy go pociągnę za ogon…
nogę wykręcę se w biedrze,
sama obrzucę się
błotem,
aby się w końcu
rozedrzeć:
- „ratujcie biedną
sierotęęęęę !!!”
- „zbili, wyzwali, zgwałcili,
kończąc jak zwykle przed
czasem!!!
wsio notowałam: - mówili
że to za wiek, płeć
i rasę”…
*
* *
- „że co? Ze na plecach
odwrotnie ??
tak nie traktuje się damy !!!
czytajcie w lustrze lub w oknie !
- „czemu śmiejecie się,
chamy ??!!!”
ryzyko
® © Mirosław Krupiński
jest sto milionów dziwek na
świecie;
łysych, w perukach i z
grzywką.
biada wam, biada,
jeśli powiecie:
„wczoraj przespałem się z
dziwką”...
choćby to było w
zupełnej dziczy
a dziwka żółtą lub ciemną,
znam jedna Panią co się
rozkrzyczy:
- „kłamstwo! - on nie chciał spac ze mną !!!”
ostateczne rozwiązanie
® © Mirosław Krupiński
Drodzy sąsiedzi -
moja wina !
W mym przeoczeniu tkwi przyczyna:
- litością w sercu
się uniosłem
gdy Ratler wszawym machał
chwostem…
Chciałem
pogłaskać to niebożę
i nawet zdjąłem mu
obrożę.
I tu już wstąpił w
niego bies
i znowu w tango poszedł pies…
Ugryzł sąsiada - Piotra F.,
Lechowi z łydki
puścił krew,
zgwałcił wielkiego
bernardyna ,
choć sam ratlerkiem. Moja wina
!…
Choć sam nie
większy jest od żaby
i szczurowate ma powaby,
lecz pcheł jest na nim jak na
ośle
i wierzga tak jak on na oślep…
A wiec nadzoru swego brak
co Was naraził na cierpienia,
naprawić mogę tylko tak:
- Wam go oddaję do
uśpienia…
patriotyczna kołysanka
® © Mirosław Krupiński
Pod Giewontem śpi Rycerzy
tysiąc zbrojnych,
czasem słychać ich
chrapanie cichą nocą…
Nikt nie budzi ich, bo nie ma przecież
wojny,
- „spać im dajcie, wara
budzić! No bo po co !?”
Nieco dalej, od Giewontu ciemnej
strony,
gdzie słoneczko się
wolności miesza z mrokiem,
dziś Polaków - Patriotów śpią miliony,
gdy się budzą -
patrzą na nas sennym okiem…
I Rycerze i ci senni Patrioci
nic nie mają do roboty w
naszych czasach…
Życie bez nich jak
toczyło się tak toczy
i jak dawniej tłum czerwonych
wokół hasa…
Nie zbudzili się Rycerze tego
Grudnia
kiedy wojną zapachniało
dookoła…
Lepiej pospać niźli
WRONie plan utrudniać…
Lepiej pospać. Zresztą
przecież nikt nie wołał…
Nie zbudzili się zaspani
Patrioci,
choć okazji, tych wyborczych,
było kilka…
Pewnie śnili, ze Czerwony ich
ozłoci…
Pewnie bali się rozdrażnić owco-wilka…
I za klęską tak
przychodzi na nas klęska…
Śpią Rycerze, Patrioci
śnią znużeni,
a po kraju stu skłóconych
się wałęsa…
- „Po co zmieniać, jak i tak
się nic nie zmieni”…
A czerwonym to tak tanio i po
myśli,
tych Wałęsów
namnożyli by bez liku,
bo inaczej jedność
mogła by się przyśnić,
a to przecież by im mogło
napsuć szyków…
*
* *
A wiec śpijcie - WRON wam,
bracia, buźkę lizał !
Wasz to kraj i wasze własne
legowisko…
Już nie będę was
rozbudzał ni ubliżał…
Szkoda tylko… Bo to było
już tak blisko…
psychodelicje
® © Mirosław Krupiński
Pani Hrabina we śnie psy
liczy,
lecząc kompleksy Edypa.
Psy pan Psycholog wiedzie na
smyczy,
wiedząc że wszystko to
lipa…
W śnie
hipnotycznym ubaw niewąski
leczyć pacjentkę co
płaci…
Jej zawsze po tym giną
podwiązki,
jemu guziki od gaci…
Potem pan Cholog jak pies zmachany
i tapczan prawie w ruinie,
psychodeliczne psy drapią
ściany,
a Edyp ciągle w Hrabinie…
* * *
Hrabina całej używa woli
by się nie zbudzić za
wcześnie,
- nie pierwszy cholog tak z
nią swawoli
i każdy myśli, że we
śnie…
Ale Hrabina zaczyna tracić
wiarę, co kryła ją
tarczą:
- po co chologom rachunki
płacić?
- może psy same
wystarczą….
I tutaj nowy problem medyczny
i nowy rodzi się status:
- jak tu przestrzegać kodeks
etyczny
w obliczu canis deviatus ?
bal na
ściepie
® © Mirosław Krupiński
mamy dzisiaj bal na ściepie,
bal maskowy, proszę
Państwa!
więc Horpyna majtki trzepie
w dzikiej orgii
przebieraństwa...
przybywają rożne zmory
i prywatnie i służbowo,
z przepustkami z kasy chorych,
te bez głowy i te z
głową...
większość kryje
maską twarze,
zamiast włosów mają
żmije...
ale może też się
zdarzyć
że prawdziwa twarz je kryje...
bo na codzień kryć
się muszą
i kryć buźki od widoku,
więc choć zwykle
maską kuszą
- są bez maski raz do roku...
a wiec patrzcie im w oczęta
gdy wybuchnie orgia płocha...
może ktoś z Was
zapamięta
twarz Ratlera albo Rocha...
tuż po balu
® © Mirosław Krupiński
Już po balu. Kac pod
czaszką
jak ogromna chmura płynie...
czy zajrzałeś, Jack, pod
maskę
Philomenie lub Horpynie?
Czy też rankiem przebudzony
gdy zadzwonił dzwon w
kościele,
zamiast rączek upachnionych
miałeś w dłoniach
dwa piszczele?...
A na bieli Twej poduszki,
gdzie wciąż widać
odcisk głowy,
przypominał pocałunki
zapomniany ząb trzonowy...
cnota z importu
® © Mirosław Krupiński
marzec 1999
Zapytała Wrona Ciotkę
czy jej może zaszyć
cnotkę,
bo podobno nici tanie
w tym odległym Michiganie...
Wprawdzie cnotka to przeżytek,
żaden profit ni pożytek,
lecz okazja się nadarza
by się przepchnąć do
ołtarza.
A bez cnotki Wrony tato
nie wyrazi zgody NA TO...
Niech więc Ciotka, za
opłatą,
zaceruje dziurę
łatą...
Ciotka była z gniewu chora,
bo ma tytuł profesora,
czym się chlubi
należycie…
A tu... proszą ją o
szycie!
By jej pomóc w tej rozterce
Wrona niesie Ciotce kierpce
i wielgachną torbę szmalu
(o co Ciotka nie ma
żalu).
Rozważywszy za i przeciw,
na spotkanie Wronie leci:
- „Gdy tak cenisz mą
robotę,
własną ci przeszyję
cnotę!”
- „Przyceruje i
przygładzę
i nikomu nic nie zdradzę!
Mnie tu krzywda się nie
stanie,
któż ma cnotę w
Michiganie!?”
Ranek. Noc poślubna mija...
a w sypialni straszna chryja:
- mąż sprośnego
chcąc całusa.
ujrzał napis made in USA !!!
Grzebiąc głębiej,
gdzieś na dnie,
znalazł medal KGB...
Bo Ciotunia już od lat
chciała pozbyć się
tych łat,
które jej zostały po tym
jak sprzedała w Moskwie
cnotę...
Cóż, pamiątek trochę
żal...
Ale kierpce ma! I szmal...
I z tym wszystkim już zostanie.
Na
uczelni. W Michiganie.
nadchodzą Święta
® © Mirosław Krupiński
Pamiętacie te
Święta, te rozkosze stołu,
i ten zapach choinki i te strucle z
makiem?
Gdy za oknem, by skruszeć,
wisiały pospołu
oskubany już bażant z
ubitym szarakiem...
Dziś z bażantem jest
trudniej, coraz mniej w sprzedaży,
choć choinki świeczkami w
każdym domu płoną...
Zając jeszcze się trafia.
I niejeden marzy
aby wisiał pospołu z
oskubaną wroną...
Nawet żebrak, co ręce
zaciera zziębnione,
który masło na chlebie
widział przed miesiącem,
prosi, oczy do nieba wznosząc
rozmodlone:
- „Boże! Powieś tę
Wronę, do diabła z zającem”..
kolęda krówci na odległej placówce
® © Mirosław Krupiński
Ty mój żłobie, kochany
mój żłobie,
przez dzień cały
rozmyślam o tobie...
Taki pełny, pachnący
łopianem,
z
nadajnikiem ukrytym pod sianem...
Pełen ziarna, w protezach co
chrupie,
wszystko inne przy tobie mam w
nosie...
Ty dobrobyt zapewniasz w
chałupie
i dlatego ci wszystko
donoszę...
Och mój żłobie, z
portretem Lenina,
co pod sianem na powrót swój czeka...
Dziś Wigilia, więc
mówić zaczynam,
bo dziś wolno udawać Człowieka...
wigilijne patologie
Wczesne gwiazdy już
mrugają...
Każdy zwierzak i gadzina
mówić ludzko zaczynają...
Tylko jedna nie zaczyna!
Krówki miłe dla człowieka
poświęconą piją
wodę,
obiecując więcej mleka...
Tylko jedna włazi w
szkodę!
Nawet w piekle jest Wigilia,
diabły jak kocięta
mruczą...
Tylko jedna Mefifilia*
świętowanie im zakłóca...
*) Mefifilia - najstarsza,
jędzowata małżonka szefa piekielnego UB Mefistofelesa. Ze względu na paskudny
charakter oddelegowana do zamiatania
przedsionków piekieł.
Ptasio
® © Mirosław Krupiński
Żył w New Jersey ptaszek
Kiwi,
który się muszkami żywi.
I tu problem: - każda muszka
uciekała pupcią z
brzuszka
i szczęśliwa i
wesoła
pstrzyła kupką wsio
dokoła…
A więc: - szybę na PCecie,
artykuły, co w gazecie,
Ciemnogrodu ciemne mury,
miejsca kultu i kultury,
W. Lenina komplet dzieł
i witrynę Poland L.
Ale czuła się najlepiej
robiąc kupki tu - na
Ściepie.
Ober-Kiwi, co nim władał
patrząc w górę ręce
składał:
- „skutek mały, a smród
duży,
czy to naszej sprawie
służy?”
Wysłał rozkaz więc,
co radził
by nasz Kiwi anarchista
dzióbek sobie w pupcię
wsadził.
Tak nadzieja muszek prysła...
* * *
Siedzi Kiwi pod topolą,
dzióbek w pupci ma po oczy,
bez tych muszek, co swawolą
wyżej pupci nie podskoczy...
ech...co to za życie...
więc
zapewne już wkrótce usłyszymy:
Kiwi dzióbek z pupci
wyjął.
Pewnie muszki znów
odżyją...
A ptaś będzie toczył
boje:
- „Jakie muszki?! - To nie moje!!”
I przysięgał na swą
duszę:
- „ktoś mi wmawia muszki w
brzuszek”...
- „Toż to jasna sprawa
cała!
-
Na rozsądek weźcie zdrowy:
moja pupcia taka mała
a te muszki jak te krowy”...
* * *
I możnaby wierzyć
zgoła
w te obronę... Ale cóż,
- odcisk pupci jak
stodoła
figuruje w Dejanews...
echo echa
Och jakież
piękne wzbudziłem porywy
w tej duszy
czułej, co poezją żyje
- to jemu order i
szarfy na szyję
bom ja
rzemieślnik, a on wieszcz prawdziwy...
To jego dusza
błądzi nad Hudsonem,
gdzie w białym
śniegu, który słońce złoci,
drobniutkie ślady
symbolu dobroci,
ptaszęcia Kiwi,
widać odciśnione...
Tam jego myśli gdy
się dzień zaczyna,
tam jego serce, kiedy
zmrok zapada...
Na próżno
żona ręce łamie blada,
na próżno wzywa
wycie Rasputina...
wszystko
przesłonił mu ten odcisk luby
co w Dejaniusie
olśnił go urodą
i bieży ślepo
na spotkanie zguby,
która w przerębli
nad Hudsonu wodą...
* * *
Gdzie utonęli w
pojednaniu szczerym
żałobne
słońce lśni smutnym zarzewiem...
te wielkie ślady -
Włodka znad Izery,
te mniejsze, ptasie,
czyje są - ja nie wiem...
ptasiowy epilog
(zatwierdzony do czytanek klas pierwszych, do
chóralnego skandowania):
Dziś Włodek w
ciemności pod lodem gdzieś płynie,
lecz nic się nie stało
kochanej ptaszynie.
Bo zamiast się topić -
unosi się w górze
i w dzióbku, tym z pupci, pachnąca ma różę...
A w móżdżku się rodzi
plan nowy ciekawy:
- że warto by
spławić i Piotra z Ottawy...
Ta wizja ją właśnie
podniecać zaczyna.
Jak wszystkie jej wizje… Kochana
ptaszyna...
I jedno co radość
wciąż mąci ptaszynie:
- „Jak topić Mireczka ?! - Ten z rybą wypłynie !!...
I nie dość że wygra
ten mokry sąd boży,
to jeszcze się wkurzy. I
wierszem przyłoży”...
taki brutal...
® © Mirosław Krupiński
Jak zapewne wszyscy wiecie,
żył raz straszny Byk na
Krecie
w Labiryncie, co zawiłe
miał ulice.
Minotaur miał na imię,
bycze rogi, krowie wymię
i najczęściej na
śniadanie jadł dziewice.
Dziś dziewica towar rzadki,
choć zdarzają się
przypadki,
że wszczepiają sztuczne
cnoty w Michiganie.
Ale nawet z tą pomocą
Byk by z głodu zdechł
przed nocą,
gdyby innych jeść
przekąsek nie był w stanie...
Byk na dobre żarcie łasy
- w worze trzyma swe zapasy
i rogami często bilans w nim
podlicza...
Z wora szwami płynie krew,
w worze jęczy Peter F.,
i do jęków glos dodaje ex-dziewica,
z Poganiaczem jakiś Muł,
państwa Wlodków gorsze
pół,
kilku innych, tych z łapanek
na ulicach...
Lista innych też
szeleści,
ale worek ich nie mieści,
więc wolnością
ciągle kilku się zachwyca.
Lecz na Krecie dziś jest
lepiej:
Byk już przeniósł się na Ściepę.
Co? - Już widzę jak wam,
biedni, bledną twarze...
Trzeba było mity czytać,
- teraz Byk wam empirycznie to
pokaże....
A ja za to lubię Bysia,
chociaż znam go nie od
dzisiaj...,
bo gdy trzeba to ja wierszem go
rozmarzę...
takie,
biedactwo, na poezję wrażliwe...
ocean
® © Mirosław Krupiński
Czasem razi słonecznym,
szmaragdowym blaskiem
i zaprasza plaż czystych
wybielonym piaskiem.
Innym razem rwie setką
białogrzywych koni,
strasząc pianą na falach
i czarnoscią toni.
Czasem łódkę kołysze
niby matka dziecię,
innym razem znów w twarze
białą pianą miecie.
Łódź nie płynie
już prosto, z grzbietów w doły skacze,
wiatr w antenie i linkach
rozpaczliwie płacze...
Kryje w sobie potwory, zębate
i śmieszne
i delfiny figlarne i foki ucieszne,
co igrają na fali niepomne
rekina...
To przestaje mi szumieć, to
znowu zaczyna...
Ale zawsze - w pogodę i w
momencie burzy
wabi swoją urodą i nigdy
nie nuży,
karmi, kąpie, kołysze,
wabi swą otchłanią.
I urzeka mą duszę. I wciąż czeka na nią...
usłyszane w wyciu wiatru...
® © Mirosław Krupiński
Gdzieś w Neapolu, pod
Wezuwiuszem,
w smutnym zaułku zgubiłam
duszę...
Wlokłam ją wtedy na
starej smyczy,
tkanej z przeszłości co
się nie liczy...
I pewnie teraz gdzieś tam
się błąka,
ciągle z kawałkiem smyczy
- postronka...
Czasem jest blisko, to znowu
ginie...
Czasem zawyje wiatrem w kominie...
Czasem ją wabią zapachy
wspomnień
i wtedy czuję - jest gdzieś
koło mnie,
to znów, ukłuta soplem
oschłości,
podwija ogon, znika w
ciemności...
Więc ogłoszenia
ślę w wiatru jęku:
- niech ktoś się zjawi z
tą smyczą w ręku,
niech duszę odda mi za
nagrodą,
albo z nią razem weźmie
mnie z sobą...
chciałbym
® © Mirosław Krupiński
Było, przeszło,
minęło - zostały wspomnienia
i zamknięty w pamięci
Świat co się nie zmienia:
Stare łodzie co jezior
przemierzały szlaki,
wszystkie ryby złowione, napotkane ptaki...
Psy co wierność i
miłość wyrażały wzrokiem,
bocian w gnieździe na dachu,
wierzby nad potokiem...
Lato senne, słoneczne, potem
zima sroga...
I uśmiechy przyjaciół i
napaści wroga...
Gdy już umrę - to
chciałbym, jeśli Bóg się zgodzi,
aby duch mój wędrował z
duchem starej łodzi
po tych wodach rozległych, w
kraju wiecznych łowów,
abym to com już
przeżył mógł przeżywać znowu....
*
* *
Może w owej wędrówce,
gdzieś nad Plusek brzegiem,
ujrzę domek na wzgórzu i lasy
pod śniegiem.
Może ujrzę mą
Azę, jak wśród bryzgów goni,
z wywalonym jęzorem, za
łódką w pogoni.
I w zadumę popadnę nad
tajemną siłą
co mi zsyła wspomnieniem co
tak dawno było;
bo w tym życiu przeżytym,
co się w mgle już nurza
wszak już nie ma mej Azy i
domku na wzgórzach...
*
* *
A gdy będę odchodził
w krainę podziemną
wraz z Charonem, co czeka przy
Styksu strumieniu,
to w mej dłoni stygnacej niech
stygnie wraz ze mną
wędkarz z wędka, na brzegu, zaklęty w kamieniu...
to nie ja
- to
tamta...
® © Mirosław Krupiński
Każdy z Was by też
narzekał, gdyby los go taki spotkał:
- posadzili mnie przy stole, a
naprzeciw mnie - idiotka!
Obraźliwa, bełkotliwa -
pluje, warczy, pianą pryska,
Nie pojęłam ani
słowa, choć wrzeszczała na mnie z bliska...
Oskarżała mnie o
zbrodnie, plotąc brednie przez godzinę,
obrzucała gęstym
błotkiem mnie, znajomych i rodzinę...
Chciałam babsku podbić
oko by w ten sposób nos jej utrzeć!
Zamachnęłam się
szeroko i ...zrobiłam dziurę w lustrze!!!
A najgorzej, że w tym czasie
gdy szkła tafla się sypała,
jakimś cudem niepojętym,
w jednej chwili sprytnie zwiała!
Rozejrzałam się
dokoła: klamki nie ma, sala pusta,
a straszydło gdzieś
zniknęlo - tylko ja i resztki lustra...
Jasio z Czarnolasu na s.c.p.
® © Mirosław Krupiński
Nie uciekam od Ciebie, Czarnoleski
Janie,
jeno smutek mnie trapi - gdy Ciebie
nie stanie
stracę korzeń i czosnek i
ten ogon kota…
I cóż zrobiem, cóż
zrobiem, gdy przyjńdzie ochota?
Czasem chęć mnie ogarnia
na korzeń Piotera,
lecz ten ręką
wygraża z mego kompiutera
i miast kieckę mi zadrzeć,
jak chłop czynić musi,
moje majtki rozwiesza gdzieś
na Dejaniusie.
Więc nie będem
uciekać i dam co potrzeba,
lecz obiecaj, że zanim
odeńdziesz do nieba
to przekonasz Piotera, że i ja
nieboga
zdolnam widzieć w nim
chłopa a nie psychologa...
I zaniecham jendzolić i
gadać od rzeczy,
ino niech mnie korzeniem a nie
Frojdem leczy.
Będę kuchcić i
śmiecie zamiatać z polepy,
byle gacie zdjął czasem.
I posty ze ściepy.
(MK -z nowo odkrytych manuskryptów Jana z
Czarnolasu)