ZBIÓR ZNAROWIONEGO PEGAZA:  Z-16

 

 

 

świetlana przyszłość

® © Mirosław Krupiński   pazdziernik  2004

Małpia Rada już od latów

ludziom Ziemi mózgi pierze.

Kiedy zrobią z nich wariatów

- rządzić będą nią Małpierze.

 

Każdy będzie, zanim uśnie,

małpie prawa recytował,

będzie myślał małpiosłusznie,

potakiwał i małpował.

 

A najgorszą będzie zbrodnią

antymałpizm – gdy ktoś powie

że nie małpy są przewodnią

tylko… jak mu… ten… tam… człowiek.

 

Ten człowieczyzm to przyczyna

co tak trudnym postęp czyni.

Bo wszak stoi u Darwina

że to człowiek żył w jaskini…

 

Do jaskini człowiek zwiewał

i w najdalsze krył się kąty,

kiedy Małpa, z czubka drzewa,

miała szersze horyzonty!

 

*  *  *

 

A więc koniec!   Amen!   Kropka!

Antymałpizm kto dziś szerzy

- tego śmierć ognista spotka

- co mu słusznie się nalezy !

 

no gdzie ten czerwony guzik… hu… hu…hu…

 

 

 

 

chyba o rybach...

® © Mirosław Krupiński   listopad  2004

Był staw ogromny, a błotnisty,

do stawu strumyk wpadał...

Pijawki żyły w nim i glisty

i ryb ogromne stada.

 

Były w nim sumy i szczupaki,

okoni też nie mało.

A różnych płotek – tłum był taki

że aż w tym stawie wrzało.

 

Rządziły w stawie te zębate

i żarły inne bractwo.

I rosły tłuste i pękate...

A miętus był doradcą...

 

Miętus był mały, brzydki, śliski.

I nie mógł spać nocami,

myśląc jak wielkie traci zyski

gdy wszyscy żrą się sami...

 

A więc przekonał te zębiaszcze,

że aby jeść wykwintne dania,

mają otworzyc tylko paszcze.

- On będzie żer naganiał.

 

A te najgorsze, te niesuuuuszne,

co rosną tu wbrew prawu

i są miętusom nieposłuszne

- wytępi się ze stawu.

 

Więc zęboryby – w suuuusznej  sprawie

tępiły wsio dokładnie

i wktótce staw był pusty prawie

a zdechłe płotki – na dnie.

Co niech za bardzo was nie dziwi

- wszak miętus się padliną żywi...

 

Kiedy zabrakło w stawie płotek

zatarł nasz miętus płetwodłonie,

i puścił wokół parę plotek

- że najsmaczniejsze są okonie.

 

A potem wielkim rybom w stawie 

podsunął mit wygodny,

że mniejszy szczupak – przysmak prawie,

gdy większy szczupak głodny.

 

A gdy już zginął cały tłum,

co miętus chytrze sprawił

- szczupakiem wielkim wielki sum

na końcu sie zadławił.

 

*  *  *

 

Cóż, z wiersza pewnie się dowiedzą

wszyscy co zechcą znać przyczynę:

- sumy, szczupaki – żywcem jedzą,

a miętus żre padlinę...

 

A że padlina dla miętusa

jest tym co żywi i bogaci

- nie martwi go że będzie musiał

w końcu padlinę żreć swych braci...

 

Bo tak już jest na naszym Świecie,

którego urok coraz mniejszy,

że wśród miętusów też, jak wiecie

- są suuuuszni  i suuuuszniejsi...

 

co w tej historii jest pewną pociechą, nieprawdaz?

 

 

a w Cebrzyku......

® © Mirosław Krupiński   listopad  2004

Wyszczekały się Biedactwa

i wyżarły kości z michy...

Teraz wszystkie mają kaca

i wydają skowyt cichy.

 

Jeszcze ślina z pysia kapie,

jeszcze w buzi smak pieczeni,

resztka szmalu ciągle w łapie

- lecz pustawo już w kieszeni...

 

Te agenty z Rosji, z Kuby,

zaczynają znowu brykać!

Każdy w garści kij ma gruby...

Coraz bliżej są Cebrzyka...

 

Jak tu jechac po mendale

do tej Polski?  Oj, pomyłka...

Nie kochają ich tam wcale...

Mogą nogi wyrwac z tyłka...

 

*  *  *

 

Suche dno w Cebrzyku błyska...

Los ich czeka opłakany...

Ach... Zawisnąć znów u cycka

jakiejkolwiek kurtyzany...

 

Zrobią wszystko co im każe!

Nawet niebem nazwą piekło!

Zwłoki sumień zlożą w darze!

- Byle z cycka mleko ciekło...

 

I tak w nocy spać nie mogąc

znowu ma ambitne plany,

znów o cycku marzy błogo,

Mały Bobas Kurtyzany...

 

 

megamaluśkizm

® © Mirosław Krupiński   listopad  2004

Nadchodzi nowe. Tamy pękły

i woda ryczy po kamieniu.

Nawet Maluśki, nieulękły,

nazywa rzeczy po imieniu!

 

Dawniej to prawdę, z lękiem w duszach,

ostrożnie czytał  lud w Pegazie.

Dzisiaj, z tą prawdą, w szranki rusza

Maluśki. - Wreszcie im  pokaże!

 

Za lata cierpień i milczenia,

tematow suuusznych i bezpiecznych,

potakiwania, współgłoszenia

- pora dziś sądow ostatecznych.

 

Więc dziś odkrywa to raz jeszcze

co lud już odkrył na swej skórze,

by swej odwagi zlany deszczem

mógł wjechać w Polskę, dziurą w murze,

wykutą twardych głów wysiłkiem

przez niepokornych, wśród boleści,

gdy on, w fotelu siedząc tyłkiem,

swoją suuuusznoscią AIPA pieścił.

 

I kiedy plan mu przydzielony

w swej rozciągłosci całej ziści

- powstanie, samoobalony,

jak w Magdalence komuniści.

 

I zamelduje Mędrców Radzie,

co sponsoruje go w tej pracy,

że może, przy tym jego wkładzie,

wreszcie Polonię mieć na tacy.

 

Rada, uznając ten wysiłek,

wynik (Polonia bez ucieczki),

fotel mu ciepły da pod tyłek

i roczny przydział śledzi z beczki.

 

I będzie siedział w szczęscia glorii

na swym cokole z pink marmuru,

bo się przyczynił do victorii,

którą odnieśli jego guru...

 

 

kijowski scenariusz

® © Mirosław Krupiński   listopad  2004

Ciotka Lola dziś w Kijowie.

Pióra w tyłku. I na głowie.

Jakiś medal zwisa z nosa.

W łapie - ściąga od Sorosa...

 

Cóż, nie chciała, ale musi

- rój sponsorów wciąż ją dusi

że ten szmal i doktoraty

musi spłacać im na raty.

Więc nie ważne co ma w głowie

- ale musi być w Kijowie!

 

Ukraińce wiwatują!

Wszyscy cieszą się jak dzieci.

Nic nie słyszą, ale czują

że jest z nimi.  Albo przeciw...

 

Za, czy przeciw... Za, czy przeciw...

- Sfrustrowana Ciotka taka...

Do Warszawy śpiesznie leci,

zostawiając im Bujaka.

 

A z Warszawy, drżącym głosem,

chce uzgodnić z hmmm... Sorosem

co właściwie chce, cholera!

Czy Putina ma popierać?...

Czy ma stać tam przodem ? Tyłem ?

Mowić „byłem, zwyciężyłem” ?

Czy, by zwiększyć swoje zyski,

ma kolejno poprzeć wszystkich ?

 

*   *   *

 

Sorosowi – wszystko jedno.

- Po to wysłał Ciotkę biedną

by umocnić jej pozycję,

uratować inwestycję,

koszty Nobla, doktoratów

i pocieszyć swych kamratów

że, choć brednie Ciotka plecie,

wciąż ją można użyć przecie.

 

Krzyczeć „Lola!” - po imieniu,

a samemu zostać w cieniu...

 

 

wybawienie

® © Mirosław Krupiński   grudzień  2004

Mafiosy dziś ze szpar wyłażą ,

gdzie unikały prawa dłoni

i o tryzubie zbawczym marzą

który ich poprze. I obroni.

 

Te Lole, Kwachy, Frasyniuki,

Adaś co AIDS tajlandzki leczy...

Złodzieje, zdrajcy i nieuki

- odżyli. Cieszą się jak dzieci.

 

Dziś poprą OUN, tryzub, UPA,

za co im Soros sypnie szmalem.

Jutro przybędzie głosów kupa

gdy się sąsiedzi do nas zwalą.

 

Cóż, znów, Polacy - macie pecha

coście od zdrajców otrzymali.

Wpierw was dobiła gruba krecha,

pomarańczowy jutro szalik...

 

Wara Wam szukać starych grzechów,

pomordowanych Orląt Lwowa.

Polska znów w dziadku do orzechów,

tym Ribbentropa – Mołotowa.

 

A wszystko po to by mafiosi

- Kwachy, Wałęsy i Millery,

za to że będą szalik nosić,

mogli wariackie mieć papiery.

 

Bo z żółtym glejtem, sami wiecie,

najłatwiej rządzić na tym Świecie.

Zwłaszcza jeżeli, bez pomyłki,

będą całować suuuszne tyłki.

 

*   *  *

 

A wy –  Polacy, na swej słomie,

na której śpicie już dekady,

zaśnijcie, tuląc do niej skronie.

Cóż was obchodzą jakieś zdrady...

 

 

kolęda Polonii w intencji Polski

® © Mirosław Krupiński   grudzień  2004

Nad zdeptaną polską ziemią

rój szarańczy lata z szumem,

chwasty na niej się zielenią

i bezdomni poszczą tłumem...

 

Pod zdeptaną polską ziemią

leżą kości Ojców naszych.

Ich mordercy wciąż się plenią

i SBecja ciągle straszy...

 

Po zdeptanej polskiej ziemi

stada hien ciągle błądzą.

Tu się czują między swymi...

Tu są święte...  Tutaj rządzą...

 

*   *   *

 

Idą Święta.  Dobrą Bozię jest okazja prosić o to

by w swej łasce nieskończonej obdarzyła nas podarkiem:

- Niechaj sprawi w Polsce potop

- a uczciwym ześle Arkę.

 

Gdy już wody wyparują

Polska będzie znów Ojczyzną.

- Bo uczciwi odbudują

- a wrogowie Ją użyźnią.

 

 

 

i po Świętach...

® © Mirosław Krupiński   ciagle grudzień  2004

Mamy Święta. Szumią skrzydła, rój Aniołów lata wokół...

Te kalorie i promille, w towarzystwie samych swoich,

czynią lwy z nas i tygrysy.  Mamy zęby raz do roku

i powiedzieć głośno prawdę nikt z nas dzisiaj się nie boi.

 

Drzwi zamknięte. W przedpokoju dziadek ułan Biblię czyta,

i wytęża sztuczne ucho by nas ostrzec zdążyć w porę

gdy po schodach, jak przed laty, znowu jakiś czołg zazgrzyta.

Aby skórę zdjąć tygrysa i uderzyć znów w pokorę.

 

Ty mnie chwalisz, ja Cię chwalę,  patriotyzm rwie jak rzeka,

podlewany po śledziku wyborowej wódki morzem.

Nie boimy się dziś pały, ani Unii, ni SBeka... 

- Tylko wrogów jak najwięcej na zakąskę daj nam Boże!

 

*   *   *

 

I tak mija noc swiąteczna – świt nadchodzi, KOR już pieje

(bo te KORy to sie mnożą od trzydziestu lat już prawie),

w Belwederze do roboty zabierają sią złodzieje,

a nas znowu główcia boli i po klęsce serce krwawi...

 

Były Święta... Już po Świętach...

Kac nas męczy jak cholera...

O wczorajszych szarżach zbrojnych nikt już dzisiaj nie pamięta,

„deklaracją niezaleznej” głuchy dziadek d. podciera...

 

Lecz wspomnienia nam zostaną...  Gdy nas kac przestanie złościć

bedą plastrem naszym ranom i świadectwem moralnosci.

Patriotyzm, udział w walce -  poświadczymy sobie wzajem.

Suuuszna mafia to potwierdzi.  Dzięki temu rządzi Krajem.

 

 

 

Z kroniki towarzyskiej Australii:   W numerze 10 „Naszego Pisma” (Tasmania), na stronach 30/31  jego Redaktor Naczelny A. Jasinski informuje Czytelnikow iz jest napastowany telefonicznie przez Czytelniczke domagajaca sie zaprzestania drukowania w „NP” tekstow Ks. Bartnika i M. Krupinskiego. Zachecam czytelnikow do prenumerowania „Naszego Pisma” – gdyz dzieki wspomnianej Czytelniczce jego przyszlosc wyglada rozowo J - mniej wiecej jak nizej :

 

frywolnosci cebrzykowe...

® © Mirosław Krupiński   grudzień  2004

 

Zadzwoniła Cebrzyk-mama

by Redakcję obsztorcować:

- czytalaby „NP” sama,

lecz Krupińskich – nie drukować !

 

Bo Krupiński – to zaraza !

O Cebrzyku pisze źle !

I podgląda ją z Pegaza

gdy się pławi tam z MB.

 

Potem ich uciechy gani

w porównaniach coraz gorszych

- że z MB się kurtyzani !

Kłamstwo ! – Ona się szymborszczy !

 

A Ks. Bartnik jeszcze gorszy

i obciąża swe sumienie:

- zamiast chwalić jej szymborszczyzm

- dał Krupińskim rozgrzeszenie!

 

*   *   *

 

Więc niech lepiej Pan Antoni,

jeśli chce uniknąć krzyku,

ze swych szpalt ich won wygoni

i swawoli z nią w Cebrzyku J.

 

 

belzebubizm dialektyczny

® © Mirosław Krupiński   styczień  2005

 

Raz do Kraju na Padole,

gdzie już więdła kreska gruba,

by umacniał Piekła rolę,

podesłano przebranego Belzebuba.

 

Przykrócono ogon w dole,

dano sztuczną aureolę

i pastorał mu wręczono suuuusznej marki.

Przekazano w piekieł szkole

co jest suuuuszne na Padole

i piekele podrobione na dolarki...

 

Dziś ogonem na mszę dzwoni,

przykazując gestem dłoni

aby wierni już z tą wiarą dali spokój.

A jeżeli wierzyć muszą

- niech handlują własną duszą,

a nagrodę on im wręczy sam, na boku...

 

*  *  *

 

Dzisiaj zanim naród uśnie

sprawdza czy się biesił suuuusznie,

w myśl przykazań Eminencji z piekła rodem.

Bo gdy naród będzie brykać,

nosy w sprawy Piekła wtykać

-  Eminencja się rozprawi z tym narodem !

 

 

 

jak z Mniszkówny:

w szponach miłości  – akt pierwszy

® © Mirosław Krupiński   styczeń  2005

 

Raz pod Rzeszowem żyła Dama,

dość przechodzona, lecz wciąż gładka.

Okropnie się tam czuła sama.

Szukała nadzianego dziadka...

 

Aż raz dotarły do niej wieści

z Kangurolandu, skądś z Albany:

- że dziadek, pies na wdzięk niewieści,

żyje tam tam sam i jest nadziany...  *

 

Jakoś dotarła w dziadka progi

i wyciągając wokół szyję

stwierdziła że jest nieubogi

i zbyt już długo nie pożyje...

 

Nagłą  miłością  porażona

zaserwowała mu swe wdzięki

i mdlejąc padła mu w ramiona...

I po dniach kilku jadł jej z ręki...

 

Dziadek był strasznie wyposzczony

i widząc nagą Damy krasę

zapomniał wszystkie byłe żony...

Otworzył serce. No i kasę...

 

Lecz kasa – to dla Damy mało,

Wszak trudno wiecznie żyć z... miłości...

Więc osłoniła wstydem ciało

i zażądała dziadka włości,

małżeństwa, renty i statusu,

kolii z opali, własnych kapci,

i wszelkich praw kangurobabci...

 

Jeżeli nie – choć serce płonie

- rzuci się nazad w Polski tonie !

I z tym okrzykiem, we łzach cała,

by dziadek skruszał – odleciała...

                                                       

- nie myslic z autorem, ktory nadziany nie jest.

 

 

 

® © Mirosław Krupiński   jak z Mniszkówny:

w szponach miłości   akt drugi

styczeń  2005

 

Dziadek się poczuł niewyraźnie,

i w ramki ją oprawił z jodły.

Po nocach grzeszył w wyobraźni,

a w dzień odprawiał do niej modły...

 

Listonosz listy nosił mnogie...

Telefonicznych rozmów rzeki...

- „Przyjedź”... – „Bez ślubu to nie mogę”...

Więc Dziadek kruszał i słał czeki.

 

A że miłości czas nie łamie,

bo miłość to jest wieczna wpadka

- pewność korzyści rosła w Damie

- i wizja uciech we snach Dziadka.

 

I wreszcie posłał jej na bilet

wraz z zaproszeniem do ołtarza.

I nocnych wizji miewał tyle... 

I zrywał kartki z kalendarza...

 

I w końcu ujrzał ją na progu...

Z wrażenia blady był jak trup...

Wreszcie wyszeptał: - „dzięki Bogu...”

A ona na to – „kiedy ślub?!”

 

*   *   *

 

No cóż – to był początek piekła.

Lekarz był przeciw i rodzina.

Dama ze złości była wściekła

i Dziadek w skórę brać zaczynał.

 

Do banku chadzał wolnym krokiem

aby poprawić humor lubej,

lecz już nie było jak przed rokiem

i Dziadek juz przeczuwał zgubę.

 

A narzeczona, wymarzona,

z którą rok wcześniej flirt zaczynał,

gdy kasa była opróżniona

- do Perth przeniosła się, do syna.

Aby z daleka od tej dziczy

zbyt małe łupy w złości liczyć.

 

A że poniosła kosztów kupę,

zmniejszając łupy z Dziadka kasy

- za nowym się rozgląda łupem.

Bo przecież wszędzie są głuptasy...

 

                                                         

 

® © Mirosław Krupiński   jak z Mniszkówny:

w szponach miłości   akt trzeci

styczeń  2005

 

Dziadek nie żyje, umarł w marcu.

Zabrał ze sobą rentę starczą

i romantyczne swe porywy.

Wiem że umierał nieszczęśliwy.

 

Byłem w Albany na pogrzebie,

a że i mnie się poryw zdarza

- pan Jurek dzisiaj czyta w niebie

wraz z nim spalony tom „Pegaza”.

 

Grobu tu nie ma – prochy w Łodzi

śpią na cmentarzu, wśród rodziny

i tych wśród których się urodził.

Pewnie się wkrótce zobaczymy.

 

Mam po nim ksiązki i obrazy

które wisiały w jego domu,

gdzie je widziałem wiele razy.

Też je przekażę... Tylko komu...

 

Nie narzeczonej, tej z Rzeszowa.

Ta - to je sprzeda, grosze schowa

i bedzie liczyć je w kieszeni

klnąc go, że z nią się nie ożenił.

 

Bo kasa – to dla Damy mało,

Wszak trudno wiecznie żyć z... miłości...

Więc osłoniła wstydem ciało

i zażądała Dziadka włości,

małżeństwa, renty i statusu,

kolii z opali, własnych kapci,

i wszelkich praw kangurobabci...

 

A on się, łobuz, na nią wypiął!

I w wietrze, w którym drzewa skrzypią ,

w niebo uleciał wraz z „Pegazem”.

Gdzie dziś ich dymy błądzą razem...

 

*   *   *

Coż Dama? – Dajmy spokój Damie.

Pewnie poleci na Tasmanię,

gdzie na swe zwiędłe wdzięki schwyta

innego „męża” emeryta...

Koniec – czyli requiem in peace.

 

 

wspólnicy pilnie poszukiwani

® © Mirosław Krupiński   styczeń  2005

 

W całej Polsce radość wielka.

Lud o plany prosi Belka!

 

Mafia Polskę juz rozkradła,

więc jak z akcji tej wynika,

by we własne g. nie wpadła

- znowu musi mieć wspólnika...

 

Wszystkie łupy już ukryte

- u Szwajcarów, w Telaviwie,

aby żyć z tym dobrobytem

- trzeba wymknąć się szczęśliwie.

Więc byłoby calkiem w dechę

znowu dostać grubą krechę.

 

Niezależnie więc od planów

- mądre czy też farsa wielka

- lud jest winien bałaganu,

a nie mafia czy też Belka.

 

*  *  *

 

Z czym o dziwo – ja się zgadzam,

choć podkłada Belka swinię:

- że nie wisi mafiowładza

tylko głupi lud jest winien.

 

Choć latarnie są Stoenu,

wciąż są w Polsce jakimś cudem...

Więc nie wisi mafia czemu?

- Bo ma dobrze z głupim ludem.

 

Przy okazji, tak nawiasem:

- czy nie bedzie to tak czasem,

że mafijne wlasne plany

bedzie zglaszal Lud Wybrany?

 

A tak już bardziej zrozumiałą prozą: - Czy nie lepiej zrobić wreszcie z mafią koniec, wybrać uczciwy i propolski rząd i dopiero wtedy wraz z nim  planować i plany  realizować?

 

 

 

heroizm  zdrady

® © Mirosław Krupiński   styczeń  2005

 

Cały naród dziś się burzy,

oburzenie wzbiera święte

- czemu w Polsce tylu tchórzy

co nie byli konfidentem!

Kraj przeżywał trudne chwile,

zagłodzony był i nagi...

SB potrzeb miała tyle

- ale brakło wkrąg odwagi...

 

Gdyby nie tych kilku śmiałych

co podjęli trudów mękę

i zbawili naród cały

z SBekami ręka w rękę

- nie byłoby Trzeciej Polski

- nie byłoby Euromafii...

Cóz, musieli sami sypać

kiedy naród nie potrafił...

 

Sypał  Zbysio, ten z Warszawy

i od Nobla sypał Lesio,

Adaś strasznej nabrał wprawy

by nie ulec w tym kolesiom.

Sypał Kuroń i g. Remek,

przyuczając Frasyniuka

że nie sztuka bić się w ciemię,

ale zdradzić - to jest sztuka !

 

Usypali Polskę nową ,

sypiąc wszystkich jak popadło...

I zaczęli kręcić głową

z kim najlepiej by się kradło.

I tak jakoś samo wyszło

- ot, z rozpędu i nawyku

że najlepsza z wrogiem przyszłość.

- Gruba krecha – i po krzyku...

 

*  *  *

 

I tak rosła Polska bujnie

na glinianych cienkich nogach.

Trzeba bylo kraść podwójnie

by wykarmić także wroga...

Ale kraść to małe piwo.

Lud oglupić – sprawa gorsza.

 

Cóz,  SBecja ciągle żywa

i pomaga jej Wyborcza.

I tak wspólnie – dają radę

malkontentow zwalczyć hordę.

- Adaś kłamstwem ich zagada

- a rząd  bierze ich za mordę...

 

Bo w tym kraju Zbyszka, Bolka,

Frasyniuków i Adasi,

który ciągle zwie się Polska

- wciąż ci sami rządzą. Nasi.

 

I jedyna w tym zagwozdka,

która przyszłość czyni mglistą

- że się budzić zdaje Polska

i potrząsa jakąś listą !

 

*  *  *

 

Więc jedyną dziś jest radą

popróbować znowu blagi:

- że parając się swą zdradą

dowodzili swej odwagi...

A wiec wyją , jęczą , kwiczą ,

i z Wyborczej gnojem chlapią ,

aby z życiem ujść przed dziczą.

Ujdą?  Czy ich wreszcie złapią?

 

 

znów cuś z Mniszkówny

® © Mirosław Krupiński   luty  2005

 

Wymyślili trędowaci, którzy Polski dziś są rządem,

że by ukryć w gęstym tłumie swoich złodziejstw rezultaty

to najbardziej się opłaci cały Kraj zarazić trądem...

Bo za skutki będzie wtedy winny każdy trędowaty.

 

Więc wysłali kilku swoich, którym już odpadły palce

i już więcej kraść nie mogli - bo bez palców co za kradzież,

by swej reszcie na fotelach choć w ten sposób pomóc w walce,

że – gdy sami  kraść nie mogą – pomagali w suuusznej  zdradzie.

 

Posadzili więc na rogach, otulonych w śnieżne szaty,

które kryły w palcach braki i na licach sine plamy,

sprawiedliwych  z których każdy machał listą trędowatych,

nawołując aby naród stał w kolejce z podpisami

- że to każdy waaaadzy członek ma na szyi nosić dzwonek...

 

Tłum się cisnął do podpisów, pragnąc Kraju skrócić mękę.

I nie tylko sprawiedliwych za ich pomoc błogosławił;

- biorąc listę i ołówek, z dumą wieszcza ściskał rękę

i się dziwił tylko trochę  gdzie tak palce wykoślawił.

 

*   *   *

 

Był to pomysł doskonały. Nikt nie został w Polsce zdrowy

a mutacje nowe trądu przyśpieszyły wszystkich koniec.

Nie ma w Polsce okradanych, ni złodziei – tych rządowych.

Cała Unia dziś się dziwi – czemu w Polsce nic nie dzwoni...

 

Osiągnęła Trzecia Polska pomyślności apogeum.

Nikt nie płaci żadnych długów, już nie ważne żadne raty...

Na Powązkach bielą świeci Michnikowe Mauzoleum,

w którym leży wśród medali jego siusiak. Trędowaty...

 

Cały Świat w milczeniu stoi, czcząc utratę Polski ciszą ,

choć Świat nie wie czy te żale to za ludem czy za rządem.

W Michiganie profesory znów historię suuuszną piszą,

podkreślając w niej Michnika wielką rolę w walce z trądem...

 

No i słusznie. Niepotrzebnie do Adasia ten lud polski się przyczepił!

Nie byłoby dziś bez niego tych medycznych odkryć wszystkich !

Bo to Adaś wraz z Wałęsą w Magdalence trąd zaszczepił,

czyniąc z Polski Terra Leprum, a z Polaków białe myszki.

 

 

proroczy sen Krasuli

® © Mirosław Krupiński   luty  2005

 

Na zgniłej słomie, śpiąc głęboko,

śniła Krasula sny pogodne:

- że jej do rzeźni nie powloką...

- i że się skończą jej dni głodne...

- że w żłobie bedzie pełno paszy...

- że gnój z klepiska ktoś wywiezie...

I tylko musi słuchać naszych,

jak ich słuchała w PGRze...

 

Obok obory i kurnika

jej właściciele snuli plany:

- Już ją oddamy do rzeźnika,

czy jeszcze trochę poczekamy?

I zakończyli zgodnym głosem,

że do wyborów niechaj żuje.

A potem, zgodnie z krowim losem,

zarżną. Gdy na nich zagłosuje.

 

*  *  *

 

I kiedy dzień wyborów nastał

rzeźnik z sołtysem, jadąc  pędem,

powieźli krówcię wprost do miasta,

gdzie w rzeźni urny stały rzędem...

 

I kiedy tłum już krzyczał – „ hurrra,

znowu wygrali nasi  dzielni !!!”

- zawisła w rzeźni krowia skóra

i krowi sen się wreszcie spełnił...

 

 

ogłoszenia drobne (GW)

® © Mirosław Krupiński   luty  2005

 

zamienię

 

Chcem zamienic pomnik – płotek,

ten na któren siem nie wspinał,

na skradzionom z mych kartotek

motorówke Janczyszyna.

 

szukam zguby

 

Szukam znaczka zgubionego,

com na klapie przypiął renkom,

któren znaczka suuużbowego

pod tom klapom - był nakrentkom.

 

matrymonialne

 

W kraju zwanem Ameryka

Polonusów poznam wielu,

co miast wspierać  O. Rydzyka

bendom wrzucać w mój kapeluch.

 

 

banda czworga

® © Mirosław Krupiński  

 

Strugol :

( http://www.wirtualnapolonia.com/opinie.asp?opinia=30562 ) :

 

 - …sobie na Lecha ,ktory mial plan by ta trzodka wyhamowala i podsadzila go raz jeszcze przynajmniej do sznura ktory przerzucila ze swojej strony UW. Z racji tego ze to o(d)grodzenie od wladzy jet zbyt wysokie by przeskoczyc je samemu, potrzebna jest niewatpliwie pomoc (UW juz nizej sznura nie opusci)…

 

My som czterech hochsztaplerów

z piętnastoma lat praktyki.

Założymy rząd paserów,

by nie dzielić zysków z nikim.

Niech kto głupi – w Polsce tyra.

My – do worka i do TIRa !

 

Ten... no ... „byłem, zwyciężyłem”,

choć już wpada w rezonanse,

będzie szedł za TIRa tyłem

powiększając nasze szanse.

 

Bo, gdy naród się obudzi

i wybuchnie jakieś starcie,

to rzucimy go dla ludzi

- na pokutę i pozarcie...

 

 

bal na bagnie

® © Mirosław Krupiński   luty  2005

 

Orkiestra gra. W orkiestrze tłum Jankieli.

I zombie Bolka na swoim  rogu gra.

Raz zgubił róg – lecz Adaś znów przydzielił,

nie złoty już,  lecz trąbić na czym ma.

 

Orkiestra gra, fałszuje róg cynowy...

Wyłażą zombie z kryjówek i ze szpar...

Ostatni bal – bo jutro spadną głowy.

A tak im bagna... tak im bagna żal...

 

Mendali brzęk, gdy toczą się pod stołki...

Jesiennym lisciem spadają doktoraty...

Za oknem tłum z osiki struga kołki,

by zombie znów nie wstały jak przed laty...

 

Orkiestra gra. Jankiele wszyscy grają...

I zombie Bolka na swoim  rogu gra.

Kazali grać ci co ich w garści mają.

Tylko hałas zapomnienie da....

 

Gdzieś w kącie Miecio video puszcza w tłumie,

te z Arłamowa, z pałacu prezydenta...

Buziaczki z Czesiem,  dziewczynkę która umie...

I tylko Bolek nic dzisiaj nie pamięta...

 

Klaszczą klakierzy, z tej partii która zdechła...

Biją się w piersi SBecy, za psi grosz,

że podrabiali papiery Bolka – Lecha.

I tylko Kiszczak dziś śmieje im się w nos.

 

Bo Czesio ma, pod łóżkiem w swej alkowie,

te mikrofilmy co sny im w nocy płoszą...

Ostroznie z nim – pokaże albo powie...

Więc zdrowie Czesia po każdym tańcu wznoszą.

I choć im kozik w kieszeni się otwiera

- błagaja diabła by długo zył Generał...

 

*   *   *

 

A gdy mrok nocy na bagnie wolno znika,

pomimo kaca co trwogą ściska skronie

- znów z pianą z pysków pietnują O. Rydzyka,

iż on jest winien że ich bagienko tonie.

 

 

 

Mój serwer internetowy i Outlook zatykają się ostatnio stadami listów wysyłanych przez niesławnej pamięci b. prezydenta – Lecha Wałęsę. Listy te to kiepsko sformułowane stadne zbiorówki, wysyłane hurtem wielokrotnie – zapewne do każdego Polaka i Polonusa w Ukladzie Slonecznym. Chcąc uniknąć spamu wsadziłem Pana Prezydenta do killfila, z poleceniem deletowania Jego maili na pniu na serwerze. Zabezpiecza to serwer od zatykania się, a mnie od czytania. Ponieważ jednak nie odpowiadać jest niegrzecznie – zamieszczam tu odpowiedz zuniformizowaną na wszystkie odebrane i zdeletowane pisma kierowane z tego adresu. Udostępniam ją również zainteresowanym uproszczeniem sobie korespondencji.

 

auuuuuuuuuuu...

® © Mirosław Krupiński   luty  2005

 

Cicho siedzą biedni w krzakach

mimo głodu i niedoli

- jakże biednym głośno płakać,

kiedy Lesia brzuszek boli...

Więc choć ciężkie biednych życie

- słychać tylko Lesia wycie...

 

Umierają chorzy w domu,

bo w szpitalach nie ma łóżek.

Ale wara płakać komuś

Kiedy Lesia boli brzuszek.

Wiec choć krótkie chorych życie

- słychać tylko Lesia wycie...

 

Przemysł leży,  kolej leży,

nędza rośnie, rosną długi,

nie ma pracy dla młodzieży...

Więc zapomniał lud „zasługi”

i odwraca dziś się tyłem

słysząc „byłem, zwyciężyłem”...

Miast go sławić należycie !!!

- A więc Lesia słychać wycie...

 

Wycie w radio, w TV, w prasie,

g. wyborcze ciurkiem płynie,

piszą Władki i Adasie

o RMa niecnym czynie,

które się swym wiernym zwierza:

„Lesio konfitury zeżarł

i miast kornie pić rycynę,

złą Sbecje wspierał czynem”...

 

W internecie też panika,

bo internet się zatyka

wymyślaniem na psycholi,

- tych spod znaku O. Rydzyka,

co miast brzuszek leczyć Lecha

grzebią w jego starych grzechach.

Czyniąc trudnym po raz wtóry

wsadzić łapy w konfitury...

 

 

Dobra Bozia zsyła szansę

® © Mirosław Krupiński   marzec 2005

 

W kraju między Odrą, Bugiem,

gdzie dobrobyt jak cholera,

dziś dysputy trwają długie

- kogo znowu tu wybierać...

 

Na uczciwych byłby popyt.

Z drugiej strony – kraść już mało,

a uczciwych znaleźć – kłopot.

Już się nie raz ich wybrało

gdy mówili - że potrafią...

Nie dodając – że być mafią...

 

I zapewne lud by przespał

te wybory, węsząc kanty,

lecz się pchają na piedestał

dobrze znane mu mutanty.

Co już byli za i przeciw,

kradli wszystko jak podleci,

sprzedawali własne matki

za łapówki i posadki.

 

Którzy nie wiem po raz który

pragną wyżreć konfitury

gubiąc, by w nie wsadzić łapy,

Matkę Boską z własnej klapy.

 

Niech więc Kraj sie czai ciszą...

- Gdy złodzieje się zapiszą

do tej partii byłych Zombi

- Ojciec Rydzyk w róg zatrąbi.

 

Na to hasło - alarm trwogi,

- naród wytnie ich do nogi

wirtualnie – w tych wyborach.

Bo już raka wyciąć pora.

 

*  *  *

 

A wiec – ććciiiiicho, bo się spłoszą.

Niech się zrzeszą, niech donoszą,

niech planują głośno zbrodnie

- mieć ich w kupie wszak wygodnie.

 

By, gdy taka Boża Łaska,

wysłać ich na Madagaskar.

Gdzie, gdy będą poza Krajem,

niech mordują się nawzajem.

 

Tylko:  - Śpiochy, Obiboki!

Weźcie wreszcie pupy w troki

i odrzućcie swe zwyczaje

gdy Wam Bozia szansę daje.

Druga szansa się nie zdarzy

by ich wymadagaskarzyc J

 

 

 

jeszcze raz? 

® © Mirosław Krupiński   marzec 2005

Pod kamieniem, w pewnym bagnie,

rój pijawek radzi na dnie

jak założyć mafię nową ,

patriotyczną , urzędową

i jak ukryć stare sprawki

(bo krwiopijce te pijawki).

Wspominają z rozrzewnieniem

jak pod innym... hmm... kamieniem,

okrąglutkim i cieplutkim,

wśród zakąsek, wina, wódki,

zaklepały sobie waaaaaadzę

- by z pająkiem rządzić razem...

 

Jak to było wtedy w dechę!

Pająk dostał grubą krechę

za morderstwa, inne czyny,

za stawianie pajęczyny,

w którą anty  mieli wpaść...

No i prawo: - „wolno kraść”!

 

Prezydentem, hen przed laty,

to karaluch był wąsaty,

któren zgarniał wsio pod siebie,

sprawiał sobie klamki złote,

wśród pijawek miał jak w niebie...

Lecz na więcej miał ochotę...

 

Od sponsorów brał zapłaty

za to co miał dla nich zrobić.

Nobel, zrzutki, doktoraty...

- by Bagienko z nimi dobić.

I obiecał w końcu tyle,

inkasując wciąż bez liku,

że przeliczył się w swej sile

i się znalazł na śmietniku...

 

Więc upatrzył sobie stawek

i upadłych rój pijawek,

które znowu marzą o tym by krew possać...

I wraz z młodym karaluszkiem

 

kręci pupcią , wąsem, brzuszkiem,

aby znowu prezydentem w Bagnie zostać.

 

*  *  *

 

Cóż – bywają różne cuda,

lecz tym razem się nie uda.

Bo już przejrzał naród głupi.

Karalucha już nie kupi...

 

Raczej czyścić zacznie stawek

z karaluchów i pijawek

i unikać strategicznie

poprawionych genetycznie,

którzy widzą własną siłę

w swoim „byłem - frymarczyłem”...

 

*   *   *

 

P.S. Moje wahadełko glosi dziś nowinę wielką ,

że karaluch to już nie ma czasu tyle...

Za swe grzechy, za swe zdrady i za częsty flirt z butelką

- w ciagu lipca go dopadnie suuuuuszny  wylew.