ZBIÓR ZNAROWIONEGO PEGAZA:  Z-3

 

 

nocne galopy Pegaza

® © Mirosław Krupiński

 

Gdy w Polsce wszyscy spać się kładą

(nie śpią złodzieje i czerwoni),

gdzieś w górze, gwiezdną promenadą,

Pegaz z rozwianą grzywą goni

i siódmym zmysłem zauważy

o czym kto w dole we śnie marzy:

 

O - tu prezydent ciężko chrapie

(dawkę siwuchy zażył sporą),

tom dzieł Lenina wciąż ma w łapie

i śni że znowu go wybiorą;

że znów przydzieli wujkom, ciotkom,

czerwonym kumplom, tym z ex KC,

jakąś posadkę, ciepłą, słodką,

jakiś tam medal, wyższą płacę...

 

Tam znów w obłokach swego snu

marzy naczelny - ten z GW,

że ma posadę w Polsce nową

i cenzuruje każde słowo

w każdym programie, w radiu, w prasie,

by każde słowo było „nasze”,

by nie mówiono na ulicy

i nie szeptano w kawiarenkach

kto kogo sprzedał w Targowicy,

znanej pod nazwą Magdalenka...

 

Tam znów szef MSZetu drzemie

planując we śnie, jak w swej pracy,

siatką czerwonych pokryć Ziemię,

by ci czerwoni hmmm... Polacy

wyłącznie słuszne wiedli boje

i popierali co jest swoje...

 

Temida skuta dzieli łoże

z panią minister co nią rządzi;

na cienkiej szyi ma obrożę,

bo jak na smyczy - to nie zbłądzi...

I jak by przyszło co do czego

to nie popełni tej pomyłki

by zbawców - W. Jaruzelskiego,

albo Kiszczaka, wziąć za tyłki.

Nic w Polsce bardziej się nie przyda

niż łańcuchowa ex-Temida...

 

Za rzeką Odrą Niemcy marzą

że jak już wciągną Polskę głupią

do Unii - wtedy jej pokażą:

ustalą ceny i wykupią...

I wtedy wszystko będzie proste

- taki bezkrwawy Drang nach Osten...

 

I chociaż świtać już zaczyna

Pegaz w galopie, hen nad Bugiem,

dostrzega również sny Putina,

co Polsce stare spłaca długi.

Wlasnie wyliczac je zaczyna:

za Ukrainę, Cud nad Wisłą,

Katynia prawdy, stratę zysków...

W marzeniach Polska znow czerwona,

a Putin trzyma ja przy pysku

jak Doński Kozak trzyma konia.

 

Choć świta, Pegaz skutkiem czarów,

czyjś inny  w mózgu sen powiela:

na polskim niebie klucz Huzarów,

każdy z rakietą z Izraela...

 

 

Wróg już ma stracha, widać z dala

że o przez skrzydło myśli zwrocie...

- Huzar rakiety swe odpala…

- Huzara nie ma! - Po kłopocie…

Bo nie wiedzieli nic lotnicy,

że przez przyjaźni nadmiar znany

zapalnik fire  był w głowicy

a nie w rakiecie wmontowany...

 

Zmachany Pegaz rankiem wraca,

by noc odespać, ale pierwsze

- mimo zmęczenia, jeszcze praca,

aby opisać wszystko wierszem.

Aby ci wszyscy którzy śnili,

sny swoje w wierszach zobaczyli

i pomyśleli w nagłym gniewie:

„a ja myślałem, że nikt nie wie"

 

 

prawdę mówiąc

® © Mirosław Krupiński

                    

nikt nam dzisiaj  nie jazgoli,

wreszcie mamy błogą ciszę

- wyszczekawszy się do woli

nasz ratlerek donos pisze..

 

obsikawszy  rogi płota

by oznaczyć swoje włości,

pisze właśnie wiersz na kota,

broniąc  własnej ratlerskosci.

 

straszna zemsta kota czeka

bo niemiły fakt odsłonił,

że to ratler pierwszy szczekał

a kot później go nie bronił…

w wierszach ratler wciąż się wścieka

i w tysiącu rymów kładzie,

iż dlatego go obszczekał

bo o przyszłej wiedział zdradzie

(co sprawiło iż przed laty

z lisem zbójem popadł w braty)...

 

*  *  *

 

kot, na  płota siedząc słupie,

spod przymkniętych powiek zerka...

wszystko ma w puszystej pupie

- donos, jazgot i ratlerka,

myśląc sennie - daj mu Boże

aby w lisiej skończył norze...

 

 

aria Kozaka

 

Jam ci jest Kozak z bagien Podola

gdzie wolny Sowiet i ptak...

Prawdę przynoszę na Ściepy Pola,

a moja prawda brzmi tak:

 

Nie było zbrodni, nie było zdrady...

Mija sześćdziesiąt już lat,

wiatr białych kości zawiał już ślady...

Był tylko postęp i ład...

 

Ja, Wolny Kozak z woli Sojuza,

swobód przyniosłem wam kwiat...

Kto temu  przeczy, ten  szuka guza!

Ściepa ma wierzyć!  I Świat!

 

*    *    *

 

Na Polach Ściepy burzan się kłosi

i Bastion Prawdy wciąż trwa...

Bo tu na Ściepę prawdę donosi

Malec, Emilia i Jaaaaaaaaaaaa...

 

 

adultery

® © Mirosław Krupiński

 

Mąż zarzucał swojej Ewci

że z sąsiadem  się geschefci,

twierdząc że to jawna zdrada

gdy za miedzą się pokłada...

 

Ewcia na to: - „Szowinisto!

Fakt, ja noszę twe nazwisko,

fakt - pod twoim żyję dachem

(czasem nawet razem z gachem),

twe pierścienie mam na ręce

(choć mogłabym mieć ich więcej)...

 

Fakt - kupiłeś mi szynszyle

i kapeluch z piórem strusia

- Ale jako mąż i tyle…

- Wiec dawałeś coś dać musiał...

 

Wiem że sąsiad bił swe żony,

czasem nawet głodem morzył,

gdy ty, człowiek ułożony,

- tyś mi nigdy nie przyłożył...

 

Wiem że w nocy sąsiad chrapie,

że niewiele ma w swych spodniach

- lecz na władzę się załapię

- będę ważna i przewodnia!

 

Nie - nie nad nim - on mnie skopie

gdy nie zrobię co mi każe...

Tobą będę rządzić, chłopie,

o czym już od ślubu marzę!”

 

*    *    *

 

Parę wiosen wiatr przegonił,

sąsiad inną teraz ciupie,

mąż swą Ewcię won wygonił

- wreszcie spokój ma w chałupie...

No a Ewcia? Z bólu kona,

że niewinna i skrzywdzona...

 

 

Październikowa znów

® © Mirosław Krupiński

 

Aurory salwa w radiu brzmi,

samogon pije CZEKA,

Ratlerka medal w słońcu lsni

i każdy wróg ucieka...

 

Kozaków szwadron wpada w kłus,

jak wtedy - na kułaków...

prawda im szczera płynie z ust

- jak zwykle u kozaków...

 

Lenina w górze widać gest

i wali tłum ulicą;

dziś Ratler bernardynem jest,

a Milcia  znów  dziewicą...

 

* * *

Lecz jutro znowu szary dzień

i kac, po święcie, w głowie

- wiec znów w ratlerka zmieni się...

I kawał wam opowie...

 

     oooobrzydliwy  kawał!

 

 

kochane  maleństwo

® © Mirosław Krupiński

 

Gdy mały Ziutek ma zły dzień

i pragnie ukryć psoty

to własną buźkę chowa w cień

i szuka szaty cnoty...

 

Gdy chce pokazać Babci kły

(bo babcia się najeża:

„Ziutek jest Brzydki, Ziutek zły,

znów konfitury zeżarł!”)

 

- to beczkę wdziewa mały Ziutek,

na głowę rondel z półki

i Babci druty od robótek

(bo dobre są na czułki),

 

skrzywdzonej cnoty robi gest,

na Babcię zębem zgrzyta

i wrzeszczy: -„Babcia znowu jest

zły antysatelitaaaaaaa !!!”

 

* * *

 

I nie przypuszcza, że z kolei,

zmęczona  jego zgrzytem,

ta pragnie znaczek mu nakleić

i wysłać na orbitę...

 

 

 

Inspiracja: On 22 Oct 1999 00:32:23 -0700, jerzymlc@yahoo.com wrote na s.c.p. (w wątku "Biegacz"):

Jeśli się chce dla rozrywki (?) psu dokopać (?) - może nastąpić niespodzianka. Może się okazać ze to nie  był ratlerek tylko na przykład owczarek, za przeproszeniem, alzacki. Albo dajmy na to rotweiler. Jak najłatwiej uniknąć paskudnych ran na pośladkach (takie po ugryzieniu długo się goja)? Można po  prostu nie drażnić i nie kopać psów.

J.M.

 

olimpijczyk

® © Mirosław Krupiński

 

Wrzask na trybunach ucho rwie,

z podziwem każdy zerka

- nie uda się, czy uda się,

kolejny skok ratlerka?...

                   

Ratlerek w ciągu wielu lat,

w kolejnych próbach wielu,

pragnie zadziwić cały Świat

swym skokiem wzwyż, do celu...

 

Popełnia właśnie pierwszy skok...

a po nim drugi...  trzeci...

przyspiesza bieg, wydłuża krok,

a potem leeeeci... leeeci...

 

Opada potem w mokry  piach...

z wysiłku ledwie dyszy...

ostatnie milkną „och” i „ach”...

i stadion tonie w ciszy...

 

Gdy trener z trudem tłumi łzy,

po gardła próbach wielu

ratlerek szepce: „powiedz mi

- daleko byłem celu?”...

 

Wiec trener tłumi ból i takt

i glos mu drży z miłości,

gdy cicho stwierdza smutny fakt:

-  „do pupy ? - dwie długości”...

 

 

nie bij, Wlodku, kijkiem psinki

® © Mirosław Krupiński

 

Nie bij, Włodku, kijkiem psinki;

rzuć tej psince kilo szynki.

Lecz nim zaczniesz karmić psinkę

- przypraw dobrze owa szynkę:

weź portfelik i koszyczek,

kup strychninkę, arszeniczek,

tłuczonego szkła garsteczkę,

botulinum daj troszeczkę,

 

salmonellę albo dwie,

dodać nerw gaz nie jest źle,

semtex w kostkach z lontem krótkim,

metylowej dodaj wódki,

i pakując wszystko w worku

nie zapomnij o kawiorku...

 

weź kieliszki i widelce

bo przydadzą też się wielce

- od przysmaków wszak nie stronią

ci co wściekłej psinki bronią.

 

no i nie bądź małej duszy

- stypę później urządź godnie;

dobry pogrzeb wszystkich wzruszy

więc wybaczą ci tę zbrodnię,

chwaląc później, ile wlizie,

że już w parku nic nie gryzie ...

 

 

raz do roku

® © Mirosław Krupiński

 

Na wierzchołku Łysej Góry,

koło konia z czarnym skrzydłem,

równie czarny i ponury

stoi jeździec w czarnej masce,

na kamieniu pisząc szydłem...

To co pisze, wraz z kamieniem,

jest tajemnym zaproszeniem

dla czarownic  i latawic

by doroczny bal odprawić...

 

Po ostatnim szydła zgrzycie,

co w Pegaza ginie uchu,

pierwsza Zmora zdąża skrycie

kota wlokąc na łańcuchu...

Choć pod maską kryje lica

by uniknąć świadków kroci

- jeździec wie - to Poganica,

którą poznał wśród paproci...

 

Zaraz po niej, z miotłą w dłoni

co orężem i rumakiem,

w woni jabłek i jabłoni

(co dla jeźdźca też jest znakiem)

inna postać staje w cieniu,

kładąc piernik na kamieniu...

 

Nieco później, gdy dzień zdycha,

gdy się zmierzch zagubi w nocy,

sześciu kotów tętent słychać

zaprzęgniętych do karocy,

gdzie na koźle batem śmiga

jamszczik Pająk. W środku Strzyga,

która w liści mknąc zamieci

nuklearnym blaskiem świeci...                          

 

Kiedy wszyscy są już razem,

miast się wiedźmić w guseł mroku,

wraz z kotami i Pegazem

chcą mieć ubaw raz do roku:

- pić spirytus pod jabłonią

zakąszając go piernikiem,

chwytać myśli co się gonią

i nie kryjąc się przed nikim

to i owo musnąć dłonią...

 

Lecz  nim trzeci kur  zapieje

znikną koty wraz z karocą,

brzęk łańcucha wiatr rozwieje,

Pegaz z jeźdźcem znikną z nocą,

- by po pięknej orgii w stepie

znów sabacic się na Ściepie...

 

 

w słońcu ranka…

® © Mirosław Krupiński

 

U podnóża Łysej Góry,

gdzie na szczycie tętnił sabat,

rozdeptane łażą szczury,

zżuty wąż, wyssana żaba...

Tam złe duchy bez zaproszeń

przeżywały swe rozkosze,

tworząc mafie i sojusze,

zapisując diabłu dusze;

klnąc - że wejść na szczyt nie dają

siedem kotów, jamszczik Pająk...

 

A na szczycie - wsio kultura;

lśni czystością Łysa Góra,

w gęstej trawie szybko znika

ślad kopyta, kruch piernika,

odcisk kilku wdzięcznych pup,

ziarno owsa - gdzie był żłób,

skryptokamień - skryptem w dół

i kociego ucha pół...

 

*   *   *

 

Przez rok będą, marząc, jędze

prząść na sciepie intryg przędzę

i wspominać czyjąś dłoń

(lub kopyto - był też koń)...

czekać aż milenium minie...

aż koń zarży znów w kominie...

szydło zgrzytnie na kamieniu...

aż znów wezwą po imieniu,

by na Łysą Góre wzlecieć

wprost w następne tysiąclecie...

 

 

Aria ObWiesia

® © Mirosław Krupiński

 

W mym kramie beczkę farby mam

(bo mam malarski kram).

Czerwonym więc maluję wszystko:

ptaszki, jelenia, rykowisko,

Kossaka konie, słońca wschody,

zieleń jabłoni, błękit wody...

              

Czerwień mym życiem, mym wspomnieniem,

przekleństwem, pasją, przeznaczeniem...

Zapewne mógłbym bez niej żyć,

lecz jak tu z siebie czerwień zmyć...

Nie schodzi z brzusia, z plecków, z nóg,

gdzie palcem ją wskazuje wróg...

 

On nie rozumie, głowa pusta,

że to był talon, żłób, przepustka

o lepszych posad, własnych M

(które dla innych były snem),

że kokietując przyszłe WRONy

każdy z nas musiał być czerwony...

że z beczką farby (jak na wstępie)

poszliśmy świadczyć o postępie,

o morzu zasług, morzu cnót

 (pocerowanych już ciut-ciut),

zadbać by Zachód się nie zmienił

w swojej miłości do czerwieni

 

- by ci co tutaj nas wysłali

prosperowali, panowali,

 - by nadal mogli kraść, sprzedawać,

owieczki w bieli dziś udawać,

wpierw zakazane święcić święta

i - przede wszystkim - nas pamiętać...

Bo, niech zrozumie, głowa pusta:

- to przyszły talon,  żłób, przepustka

do lepszych posad, własnych M

(które dla innych ciągle snem)...

Stąd, kokietując białe WRONy,

każdy z nas pędzel ma czerwony...

 

bo wyjeżdżając na „wycieczkę”,

każdy z nas dostał pędzel, beczkę,

aby czerwonym czynić wszystko:

ptaszki, jelenie, rykowisko...

 

*     *  *

 

Więc od wczesnego codzień rana

z  wiadrem czerwonej farby latam,

by mój czerwony zad pawiana

przesłonił ludziom obraz świata...

 

By Iljicz z grobu mógł mi rzec:

- wracaj nad Wisłę, mołodiec...

Medal mi przypną, ścisną łapę

i skrycie każą dać mi w czapę,

bo kiedy świat tak malowałem

zbyt wiele rzeczy obejrzałem...

wspomnieniem mógłbym zgrzeszyć... myślą...

lub płakać z żalu. Tam. Nad Wisłą...

 

I moje prochy wiatr rozwieje,

użyźni ziemię com okradał...

 Krupiński wierszem mnie wyśmieje...

i więcej głupstw nie będę gadał...

 

 

Echa wiersza:

 

Świetne...Wyślij do Kultury albo do wydawców Czarnej Księgi komunizmu.. napewno zamieszcza...:))

 

Jak pójdę na kangurza emertyturę tak jak Ty Mireczku  wtedy nadrobię. Jak narazie nie mam czasu na odpowiadanie na twoje kupleciki...:)) klamczuszczku .. afe...:))

 

Wieslaw

 

 

po zasługam budu nagrażdion

® © Mirosław Krupiński

 

gdybym miał czasu chociaż ździebko

i za ogonem gnać nie musiał,

to bym za pióro chycił krzepko

i wnowodrożył Owidiusza

 

potem trylogię bym skopiował,

zmienił nazwisko na S. Henio,

w szparze w podłodze bym się schował

nim mnie wśród Nobli nie wymienią...

Lecz K.C. z czasu mnie rozlicza

(bo dziś potrzebne wszystkie głupki),

- przeżuwam kartki W. Iljicza

by z nich na „Księdze” robić kupki...

 

A gdy już zmienię „Księgę” w błoto,

zafajdam fakty i nazwiska,

to na okładce mnie rozgniotą

abym jej tytuł  też zapryskał...

 

Rzeźbiarz mój pomnik mi wyzgrzyta

i wiatr ma sławę w świat poniesie...

bo nikt już „Księgi” nie odczyta...

bo zafajdana  jest ObWiesiem...

 

strach na wróble

® © Mirosław Krupiński

       

Spłowiała czerwień, sosów ślad

(to plama i zaplata),

tu kilka dziur, tu kilka łat

a tam na łacie łata...

 

była u żłobu i na dnie,

za płot ją  wywalili,

darmowa sytość marzy się,

więc kwili, kwili, kwili...

 

pamięta szum czerwonych flag,

prezenty, złote, ruble,

teraz, gdy wszystko trafił szlag,

przystraja strach na wróble...

         

dokucza deszcz, dokucza grad,

łopocze, z wiatrem lata,

nocą się śni czerwony ład...

żałosna stara szmata...

 

aria ornitologa

® © Mirosław Krupiński

 

Odchodzę. Odchodzęęę... odchooodzęęęęęę…

To żadne oszustwo ni bajka

- w pustkowia Kołymy,

od wczoraj już w drodze,

bo muszę wysiedzieć tam jajka...

 

Niejeden był ptasior na Ściepie

com począł, wysiedział,  wychował...

Zarżnęli... pożarli... 

                                   - więc znacznie jest lepiej

bym zaczął gdzieś indziej od nowa...

 

Tym razem nie tylko wysiedzę

lecz jajko sam zniosę... urodzę...

dlatego wyruszam

                                   daleko, za miedzę...

żegnajcie. Odchodzęęę... odchodzęęęęę...

 

Posłuszny rozkazom i gwiazdom,

od których idea ta błyska,

               podążam gdzie czeka 

                                   mnie ciepłe już gniazdo

- by światu w nim dać Bazyliszka...

 

Tam także się będzie coś kłosić...

Ambonę zbudować się da...

              Będziemy w tym gnieździe

się obaj kokosić:

- me dziecię (Bazyli) i jaaaaaaaaaa....

 

*   *   *

 

  żegnajcie... Trzymajcie się razem!

  Ostrożnie na Ściepie z tym M.,

          bo jeszcze poszczuje

                                  was swoim Pegazem,

  nie owsem karmionym lecz złem...

 

"Prywatnym" szantażem nie bawcie się dzieci,

- on wtedy się nie netykieci  L...

 

 

strateg

® © Mirosław Krupiński

 

Jak rozpętać Trzecią Wojnę??

Myślę...  myślę...  Wiem co zrobię!!

- Nie przez żadne czyny zbrojne!

- Komunistą będę sobie!

 

Z demonstracją i na pokaz,

chwaląc zbrodnie i gułagi

- komisarza będę okaz,

niekochany za me blagi...

 

Dam się skopać, sponiewierać,

bo czerwonych nikt nie kocha...

Skrzętnie sińce będę zbierać...

No i zacznie się radocha:

 

- Ściągnę portki w jednej chwili

(jedna pani się zachwyci),

- udowodnię : ci co bili

to są antysatelici!

 

Nawet się nie będą bronić

tak ich zatka ze zdziwienia;

- będą chcieli mnie zasłonić,

(względem dziatek i zgorszenia)...

Nie pozwolę, wszystko wypnę,

- „satelita jestem” - krzyknę!

 

(o, nawet czubek anteny urwali!)

 

Jak już zamkną ich w więzieniu

za ten Reichstag co spalili

- siądę sobie na kamieniu,

zmyję sińce (gdzie mnie bili)...

 

W zamieszaniu Trzeciej Wojny

zgubię „Józia” i „Piotrusia”

- usnę ufny i spokojny,

już się kryć nie będę musiał!

Bo nikt nie wie. Ci co wiedzą

już pod kluczem...  I posiedzą!

 

 

znów Grudzień, trzynasty…

® © Mirosław Krupiński    grudzien 1998

 

dwunastego padał śnieg

wdzięku świąt dodając domom,

gdyńskiej plaży bieląc brzeg,

tłumiąc, nocą , kroki ZOMO…

 

to był zwykły szary dzień

i zasypiał kraj znużony,

ludzie w snu wpadali cień…

by się zbudzić w cieniu wrony...

 

gąsienicą zgrzytał brzask,

drzwi łamaniem się zakrztusił,

megafony… komend wrzask…

i głos „zbawcy - który musiał”,

 

co „w przyjazną chwycił dłoń

zaciśniętą pieść narodu”,

co nie wierząc w własną broń

skomlał wsparcia - tych ze wschodu…

 

pierwsza krew splamiła śnieg

tworząc barwy - te zdradzone

i szeptała fala w brzeg,

prosząc niebo o obronę…

 

przyszły dni, ponure dni,

przerywane zdrajcy łganiem;

węgiel…śnieg… i więcej krwi

co dekretem spadła na nie...

 

czas zakazów, świat zza krat

co dzieliły obie strony;

skajdaniony „spokój, ład”

i ojcowskie skrzydła wrony…

 

cichy pogrzeb, ciche łzy

nad trumnami w grobu dole

i nadziei zludne sny,

że na zdrajców przyjdzie kolej…

 

osiemnaście mija lat…

śnieg jak wtedy groby bieli…

w śniegu kwiaty… matki ślad…

wszyscy inni  zapomnieli…

 

naród siebie zwieść się stara

w te kolejne smutne święta,

że pamięta o ofiarach

gdy  zbrodniarzy nie pamięta…

 

winni dumnie nosza glowę…

winni  z krwi obmyli ręce,

rozgrzeszeni zdrajców słowem

w  Targowicy-Magdalence…

 

 

tratwa…

® © Mirosław Krupiński

 

To o mnie będzie śpiewać tłum

i cala szkolna dziatwa,

To ja - przez fale, śruby szum,

podążam.  Jako tratwa...

 

Na wątłej nitce moich tez,

co będą mym pomnikiem,

wśród blasku słońca, piany łez,

w dal mknę za Tytanikiem...

 

Wśród dwóch tysięcy żywych dusz,

co po pokładach krąży,

- jest kilku, ktorzy ani rusz

nie mogą się pogrążyć...

 

         

Jam dla nich tutaj - każdy wie;

to dla nich morza pruję...

Inni - niech toną. Ci - och, nie!

Tych swoich uratuję!

 

Gdy ich za burtę rzuci wiatr

lub nadmiar alkoholu,

- ja zawsze widzę gdzie kto spadł,

- bo po tom tu, na holu...

 

Jeżeli trzeba - nura dam,

choć wbrew to tratw naturze;

wyłowię, otrę, wyślę tam

na pokład, hen ku górze...

 

Gdyby Tytanik szedł na dno

- mą nitkę też odwiążę

i pilnie patrząc kto jest kto,

szukając swoich, krążę...

 

Ja nie mam uszu, na nic krzyk,

wołania tych co toną

- spoza tych swoich niechaj nikt

nie liczy na mą pomoc...

 

*   *   *

 

O zgrozo!  - Sama w falach skaczę...

Tytanik znikł w oddali...

Nie ujrzę swoich... nie zobaczę...

- to oni nić przerwali...

         

Doszli do wniosku, że ja - tratwa

hamuję okręt w biegu...

Dla nich decyzja była łatwa

już byli blisko brzegu...

 

 

aria Kozaka II

® © Mirosław Krupiński

 

Jam stary Kozak, mam siwą brodę...

Świata zwiedziłem zaułki....

Byłem już zbawcą i Wallenrodem,

mam beczkę, rondel i czułki...

Gdy ktoś na kłamstwie zdoła mnie chwycić

 

                  - to będę się satelicic.....

 

Ten drugi z brodą, nad moim łożem,

to Marks,  Karolek - mój guru...

On moim bredniom blasku dołoży

gdy ktoś mnie przyprze do muru...

Jak mnie okrzyczą tutaj cymbałem

 

- to pieprznę w stół "Kapitałem"....

                

Zbrodnie Hitlera to małe piwo,

Stalina grzechy tyż małe...

Jeden Krupiński dotknął mnie żywo:

- nie płakał gdy wyjeżdżałem !!!

Miast w Kołobrzegu łososie smażyć

 

          - mógł chociaż to zauważyć...

 

Teraz w Australii kartkami z Marksa

pupę, skubaniec, podciera...

I nie tragedia dlań tylko farsa

gdy ja tu z żalu umieeeeeraaaaaam !!!...

Robi na czole zajączki palcem !

 

- chyba poszczuję go Malcem!

 

 

 

Prawdziwki

® © Mirosław Krupiński

 

Choć Bastion „Prawdy” w gruzach już leży

i wolno w proch się rozpada,

lecz zespół „Prawdy” wciąż się walterzy

i „prawdoteki” zakłada.

 

Czerwony Wiesio jest komisarzem,

Milcia - na koncie jest zerem,

Malec taczkami wozi bagaże

- bo maluch jest kolporterem...

 

Jak to wieść niesie - chociaż Ob. Wiesie

Wiedzą - ich czasy nie wrócą

- lecz każdej nocy  po Ściepy lesie

widłami „Prawdę” rozrzucą...

 

Im nie przeszkodzą „Prawdy” tej smrody,

oni kochają kłamstw smaczki;

oni wciąż w myślach liczą dochody

- bo wciąż im płacą od taczki.

 

 

 

tajemnice Ściepolasu

® © Mirosław Krupiński

 

W użyźnionym „Prawdą” lesie

rosną grzyby - ściepowiesie.

Zjeść się tego raczej nie da;

z powąchaniem - także bieda...

 

W mroku lasu lśnią czerwienią.

Nadepnięte - rok się pienią.

Obwieszczają , żądne sławy,

że krewnymi są purchawy,

z której własnych słów wynika

ze odmianą jest rydzyka  J

 

 

milenium

® © Mirosław Krupiński

                

Milenium drugie strząsa świat

jak piach strzepują dzieci...

- Przetrwa następne tysiąc lat,

czy z hukiem się  się rozleci?

 

Od  prawie wieku lont się tli

u bomby zwanej Ziemią...

Kto go zapalił - nie wie nikt

i wszyscy smacznie drzemią...

 

Wiatr już po świecie rozwiał pył

tego co lont podpalił;

może by zgasił, gdyby żył...

Wspólnicy zaniedbali...

 

Wspólnicy wciąż mu każą żyć

legendy mierząc w zyskach,

dawne konszachty muszą kryć,

a lont iskrami pryska...

 

A z czarnej chmury w dół, na świat,

stroskana Bozia zerka...

- Czy dać następne tysiąc lat,

czy spalić w fajerwerkach...

 

Bo może właśnie nadszedł czas

by lont się miał dopalić;

aby przewodnią  wszystkich ras

z innymi w proch rozwalić...

 

Aby na sicie przesiać pył,

odrzucić ten przewodni,

- świat nowy stworzyć, aby żył

bez oszustw. I bez zbrodni.

       

 

w  nowe  milenium

® © Mirosław Krupiński  grudzien 1999

 

Sznur okrętów pustyni wędruje na zachód

ku  bliskiemu Betlejem. Wydmy giną w cieniu;

patrzą w niebo z ich garbów, z odrobiną strachu,

jeźdźcy w długich burnusach. Kończy się Milenium...

 

Wąskim szlakiem, po którym szedł wielbłądów szereg,

z wywalonym jęzorem, z oczami na wierzchu,

wlokąc wdzięki po piachu, wlecze się ratlerek,

obszczekując wielbłądy od świtu do zmierzchu...

 

Perwsza gwiazda na niebie nad Betlejem mruga,

od dwudziestu stuleci wiodąc karawany;

dziś - ku miejscu gdzie z masztu zwisa gwiazda druga...

Jutro trzecie Milenium. Świata los nieznany...

 

Te poprzednie lat tysiąc, przepełnione treścią

- postęp, wojny i zbrodnie, sukcesy i grozy...

Ile Ziemia w następnym potrafi znieść jeszcze?

I czy "jeszcze" ludzkości nie znudzi się Bozi...

 

*   *   *

Siedzę. Piszę.  Dość ciężko - cos natchnienia nie ma;

we wspomnieniach i troskach pogrążon po szyję...

- W głębi duszy nie wierzę, że przeżyje Ziemia

chociaż jeden dzień dłużej niźli ja przeżyję...

 

A że zmysł obowiązku   wciąż  mocny w człowieku

te wielbłądy... i ludzkość z dumą na mnie zerka...

Jakoś muszę wiec przetrwać przyszłe dziesięć wieków,

- wspominając,  przez  wieki,  smutny los ratlerka:

 

W cieniu palmy oazy, gdzie pleni się szalej,

o pół kroku od wody, zdechły ratler leży...

Karawana, jak codzien powędruje dalej

i przed nowym Milenium Betlejem dobieży...

 

Suchy piasek pustyni w tej  klepsydrze świata

ślad wielbłądów i ciało ratlerka zapyli;

aby w piasku, pod palmą, przez kolejne lata

owocował szalejem i garstką daktyli...

 

 

znow letni wiatr na Oceanie...

® © Mirosław Krupiński

 

Ocean znowu białogrzywią wiatry wschodnie,

na plaży muszle wyrzucone fal niechęcią...

i chociaż niebo wschodnim wiatrem jest pogodne,

ten błękit nieba znowu szarzy się pamięcią...

 

- te letnie deszcze, przed którymi las nie chronił,

- te wczesne grzyby, które rosły w sosen cieniu,

- biedronka, która zatrzymała się na dłoni,

- i pot na czole, gdy przysiadłem na kamieniu...

 

- wiatr na jeziorze co szeleścił brzegów trzciną ,

- bocian na słupie - co był biały (tu są czarne),

- bryzgi uklei - okoń gonił nad głębiną ,

- i pierwszy piorun, który straszył niebo parne...

 

Na płytkiej wodzie Indyjskiego Oceanu

skrzydlate raje krążą wlokąc czarne chwosty

i wywołują w mej pamięci taką samą ,

- w nurcie Krutyni, udającą wodorosty...

 

I nawet rekin co rozcina płetwą fale

i zębów setki pokazuje fokom w szczęce

- w moich wspomnieniach się nie rożni prawie wcale

od bobra, gałąź ciągnącego na Pasłęce...

 

*  *  *

 

I tak w Australii, wczesnym latem, przy niedzieli,

widziany z okna, ten Indyjski w pianach fali,

falami wspomnień mi się w myślach PRLi...

- Zabrali wszystko. Czemu wspomnień nie zabrali...

 

 

modlitwa o nawrócenie grzeszników

® © Mirosław Krupiński

               

O dobra Boziu, w swej miłości

zapędź Ratlerka w potrzask cnoty...

Jeżeli trzeba - rzuć mu kości

- lecz spraw by przestał pleść głupoty...

Spraw aby przyrzekł, ślepe szczenię,

że swą pokutę już zaczyna,

że boso będzie deptał Ziemię

w stroju Świętego Bernardyna...

 

Gdy jakiś grzesznik zbłądzi w lesie

gdzie masoneria i swawola

- w zębach ku cnocie go przyniesie

(głównie ObWiesia i Pyzola).

 

A gdy znów ujrzy ich na Ściepie

jak swój bezbożny dialog wiodą

- z obroży beczkę swą odczepi

by ich święconą skropić wodą...

 

I kiedy znikną w pary syku,

bo świętej wody znieść nie mogą

- znów beczkę przypnie u przełyku

i dalej pójdzie cnoty drogą...

 

 

świętokrowie

 

Święta krowa świętej krowie

jakiś kawał czasem powie,

rozglądając się z nadzieją ,

że się inne krowy śmieją...

I nie mieści im się w głowie

aby kawał ktoś o krowie

dziś publicznie opowiedział...

Niech spróbuje - będzie siedział !

 

Tak więc krowy, owe święte,

chodzą dumne i nadęte

i jak z krowich praw wynika

- nikt ponad nie (oprócz byka)...

 

Wszyscy inni, dzięki temu,

myśleć muszą po krowiemu.

Bo inaczej, drodzy moi,

święta krowa was wydoi,

 

a że znana krów jest bieda

- mleko jako własne sprzeda ,

pamiętając z każdej kanki

zlizać skrzętnie litr śmietanki.

 

* * *

 

Więc wybijcie sobie z głowy

krytykować święte krowy...

Każdy, który z krówci drwi

- stawia kropkę nad swym i!

                     

zgodnie z cytatem:

“Nauczcie się (Wy Krupiński) poza tym co to jest żart a co to jest stawianie kropki nad "i". Nawet wierszokleta powinien zacząć karierę od takich podstaw“

Wiesław

 

odcienie czerni…

® © Mirosław Krupiński

 

Gdzie Breaksea Island w czarnej wodzie skały moczy,

pod czarnym niebem co piorunem skałom błyska,

na skalnej półce kilka fok się plackiem foczy,

ciesząc się pustką i urokiem uroczyska...

 

Często odwiedzam foczą skałę w swojej łodzi;

foki mnie znają i traktują mnie jak brata,

moja obecność już wyraźnie im nie szkodzi

- moja paszczęka od rekiniej mniej zębata...

 

Zwykle jest cisza, przerywana hukiem fali

co  nieskończoną cierpliwością rzeźbi skałę,

lecz raz słyszałem małą fokę jak się żali

i z tej rozpaczy tylko tyle zrozumiałem:

 

- właśnie przepłynął szary rekin wielkim cieniem,

- cień ten przesłonił w szarej wodzie matki ciało,

- czerwień wzdłuż skały rozcieńczyła się strumieniem..

- wszystko jak dawniej, tylko niebo pociemniało...

 

gdy wycie szarej wiatr rozwiewał gdzieś wśród chmur,

milczące zwykle inne foki zgodnym głosem

podjęły skargę i przez chwilę foczy chór

zagłuszał fale, czerniąc niebo foczym losem...

 

siedziałem cicho, zasłuchany w focze łkanie,

co czarne niebo tak łączyło z fal atłasem

i tak myślałem - jak już rekin mnie dostanie,

czy ktoś się znajdzie kto zawyje po mnie czasem...

 

potem spojrzałem w szarej foki czarne ślepie

co z czarnej skały spoglądało na mnie w górę

i zrozumiałem - że naprawdę tak jest lepiej

- być pożegnanym, tak przed czasem, foczym chórem...

 

 

Bo zawsze będzie Breaksea Island w szumie fali

i jeśli nawet pamięć po mnie prąd rozmyje,

znów rekin sprawi że chór foczy się użali

nade mną  razem z foczą matką , co nie żyje...

      

 

definicja stulecia

® © Mirosław Krupiński

 

Jak w konstytucji dumnie stało,

której uczono w szkołach co dnia,

Polską rządziło wtedy ciało

imieniem "Partia" - ta przewodnia .

 

I tylko jedno czego brakło

w tej konstytucji (czysta bieda)

to wyjaśnienia ludziom jasno

na czym przewodniość ta polega ,

 

czy to te sklepy "nur fur swoi",

talon, mieszkanko, czy posada,

decyzja - kto w kolejkach stoi,

czy -  komu przeczyć nie wypada

 

Trudno. Nie było definicji.

I choćby myślał lud przez miesiąc

pewnie nie zdołał by wymyślić,

lecz w końcu podał ją ObWiesio,

który, że ciągle jest czerwony,

tej przewodniości zna kanony:

 

On Fri, 03 Mar 2000 06:34:38 GMT, Wieslaw Kochanski, (wieslaw_no_spam@algonet.se) tak uzasadnial przynaleznosc do PZPR na forum grupy <soc.culture.polish>:

 

>Ludzie ktorzy cos chcieli mieli do wyboru :  

>c) wlezc w to gowni i powoli cos robic. Nie wielkie kroki ale male kroczki, pomagac zwyklym malym ludziom….

 

I teraz ludzie mówią co dnia

w Yorku, Stambule i w Paryżu,

że w PRLu ta przewodnia

to taki Franio był  z Asyżu

co wchodził w gówno jeśli trzeba

skąd, by zapewnić wszystkim dochód,

wyławiał biednym kromkę chleba

(a sobie talon na samochód)...

 

Inspiracja:  On Thu, 16 Mar 2000 11:09:52 GMT, wieslaw_no_spam@algonet.se  wrote on <soc.culture polish>:

On 16 Mar 2000 02:06:05 -0800, jerzym@newsguy.com wrote:

 

>>Nigdy o tym nie słyszałem. Zechce Pan podać jakiś odnośnik? A > może już był tylko ja przegapiłem?

 

>Stara sprawa sprzed kilku lat..

 

>Czasopismo NIE opublikowało to już dawno temu. Matka >Jankowskiego była gdańską Niemką tatuś polpolak który zginął >służąc w Wermachcie. Chyba w Rumuni - nie pamiętam.

 

Wiesław

 

 

szczekanie pod wiatr

                     

hau, hau - to basem większy Bryś,

yap, yap - wtóruje Mały

- „nam się nie zdarza rasy mix,

lecz innym się zdarzały !!!

 

Tatuś tamtego - Wehrmacht był

a mamcia szwabskim zerem,

podczas gdy mój w PZPR

był  Obersturmfuhrerem...

 

Co gorsze - to wyrocznia NIE

o tamtym mówi źle,

a jeśli już wspomina mnie

- to rozumiemy się...”