ZBIÓR ZNAROWIONEGO PEGAZA:  Z-6

 

 

wróć, ucałuj...

® © Mirosław Krupiński

 

Karaluch, co w mieszkaniu zagnieździł się w pieczeni,

zatęsknił za krewniakiem co poza domem żył.

A że był na posadzie i klucze miał w kieszeni

gościnnie drzwi otwierał, zapraszał z całych sił:

 

- „Mój bracie karaluchu, już nie ma żadnych proszków,

żadnego azotoksu, żadnego DDT...

I wszystko jak przed laty powraca znów po troszku

- więc wracaj, bracie, wracaj - nie będziesz miał tu źle...

 

Nikomu by cię tępić nie przyjdzie dziś do głowy,

przeciwnie - tępić innych jak niegdyś będziesz mógł.

Bo widzisz - my ponownie jesteśmy święte krowy,

i dzisiaj nas z pieczeni nie spędza żaden wróg...

 

Radośnie i bezkarnie znów możesz być czerwony,

przewodniej jeszcze nie ma, lecz  wkrótce może być,

czekamy aż powrócą czerwone karakony,

by wtedy znów przewodzić i kosztem innych żyć.

 

I wkrótce czas nadejdzie - podamy sobie ręce.

Ja raz to już zrobiłem, a jutro zrobisz ty,

bo na tym wszak polegał ten szwindel w Magdalence,

że z każdej strony stołu byliśmy tylko my.

 

Więc wracaj bracie, wracaj. O, tu masz kęs pieczeni,

byś znowu czuł się pewnie i znowu nabrał sił.

Potrzeba nam tu swoich by biel znów w czerwień zmienić

i wziąć za mordę motłoch, by znowu spokój był...

 

A gdy  się już odkarmisz, odbielisz, uposadzisz

byś wreszcie mógł nas wspierać - nie będzie wtedy źle !

My damy ci zarobić, ty będziesz nas wybierać

i większe niż przed laty móc robić kroczki w g.

 

*   *   *

 

Znów będziesz mógł wykładać, lub szefem być w UBecji,

sąsiadom kwiatki podać gdy przyjdą nas wyzwolić,

No wracaj, szybko wracaj - bo cóż tam masz w tej Szwecji ?

tam Gucia musisz słuchać; tu będziesz mógł swawolić...

 

Nie będziesz słuchał prawa, tłumaczyć się przed nikim,

Lenina znasz na pamięć, Bieruta wagę słów...

Więc medal tu ci dadzą, uświęcą cię pomnikiem,

i  znów będziemy razem na liście świętych krów…”

 

 

 

recepta końcowa

® © Mirosław Krupiński  

       

o przewagę nad światem straszne toczą boje

markietantki i ciury, pachołki i woje...

a największe na świecie wykazują męstwo

typy:  Małe Kochaństwo - Kochane Maleństwo,

którzy z koni nie schodząc, resztką sił co drzemie,

dali życie i przykład Dziewicy Allenie...

 

bo na świecie nic większej nie ma dzisiaj ceny

niźli  kłamstwa Kochaństwa i pupa Alleny ;

a sztandarem tej trójcy, jak wieść głosi głucha,

zafajdana, na kiju, Maleństwa pielucha...

 

impresariom Alleny jednak też się zdarza ,

niespodzianie oberwać kopytem Pegaza

- pokornieją i cichną, kryjąc przerażenie,

na tak długo jak słychać Pegazowe  rżenie ,

potem chodzą nieswoi, słuchają przez ramię

czy przypadkiem podkowa nie zgrzyta o kamień…

lecz się w końcu ośmielą, znów podnoszą głowę ,

obrażają Świat znowu myślą, gestem, słowem

i są znowu gieroje, do następnej wpadki

kiedy muszą ratować skopycone zadki…

 

gdy więc znowu ktoś taki bruździć Wam zaczyna

- czas najwyższy skorzystać z recepty Darwina   

i w obliczu agresji, która Wam zagraża,

wyhodować kopyta - zwyczaje  Pegaza.

by, gdy znów im Was drażnić  nadejdzie ochota,

nie gorszego niż Pegaz  wymierzyć im kopa…

 

*  *  *

 

I ta radą tom kończę.  Czegoś Was nauczył ?

Cóż, odpowiedz zapewne nam przyszłość pokaże.

Pamiętajcie - gdy ktoś Wam naprawdę dokuczył

nie musicie mordować  - śmiejcie im się w twarze…

 

 

Wyjec Vulgaris

® © Mirosław Krupiński  

       

Bryś, któremu raz ogon przyciśnięto drzwiami,

zawył: - "w wyciu żałosnym nikt nie wygra z nami,

bo choć rację w dyskusji ma przeciwna strona,

ale cóż to za wycie bez bólu ogona..."

 

A więc wycie po ściepie smętne echo niesie

przeszkadzając w dyskusjach. To wyją ObWiesie...

Lecz choć wyją tak długo, głośno i żałośnie

- próżne trudy. Od  wycia ogon nie odrośnie...

 

no jeszcze troszkę – fortisssiiiiiiiiimoooooooo

 

 

dobrotliwe Anioły            

® © Mirosław Krupiński  

       

Gdzieś w Europie, w małym Kraiku

rożnych Aniołów było bez liku

Naród tam chodził z tyłkiem dość gołym,

w czym też zasługi miały Anioły...

 

Ten tłum Aniołów - siła przewodnia

- rożne dowody miał swej świętości ;

czasem nad głową , w kieszeni, w spodniach,

- gdy ktoś je sprawdzał - zawsze je złościł...

 

  Były zrzeszone w przeróżnych kółkach

  w partii, milicji, sądach, w ubecji...

  Później, gdy rządził brzydki Gomułka,

część tych Aniołów zwiała do Szwecji....

 

  Największą troską owych Aniołów,

  jak wszyscy wiedzą , był Diabłów połów.

  A Diabłów były w tym Kraju stada.

  A bycie Diabłem to była zdrada…

 

  Obok polowań bawił je równie

  drobniutkim kroczkiem spacerek w gównie,

  co odnotował, temu cos z miesiąc,

  znany historyk szwedzki - ObWiesio:

 

On Fri, 03 Mar 2000 06:34:38 GMT, Wieslaw Kochanski, Szwecja, (wieslaw_no_spam@algonet.se) tak uzasadniał przynależność do PZPR na forum grupy <soc.culture.polish>:

 

>Ludzie którzy cos chcieli mieli do wyboru :

...

>c) wleźć w to gówno i powoli cos robić. Nie wielkie kroki ale   małe kroczki, >pomagać zwykłym małym ludziom.

 

Aniołów celem, walczących tłumem,

było bezkrwawo zniszczyć komunę.

Więc, by zwycięstwa owego dożyć,

musiały najpierw komunę stworzyć…

 

Trwało to tylko (ucz się człowieku)

latek pięćdziesiąt, czyli pół wieku.

Do dziś żałują - nie mogli wcześniej,

Ruskich zabrakło. Ci przyszli wrześniem,

no i przynieśli, prawda to znana,

pierwszy komunizm. Do obalania...

 

Hen, na początku, sami to wiecie,

obalać jęli solą i kwieciem,

czerwone flagi wcisnęli dziatkom...

Pierwsze pół wieku poszło im gładko...

choć przeszkadzały, cóż - nie ma rady,

owe wspomniane Diabłów gromady,

które zaczęły to sabotować

by „nie obalać” - przez „nie budować”.

 

Lecz w końcu praca była skończona.

Diabłów ubili tak z pół miliona,

setki tysięcy gniło w podziemiach...

Wszak obalania bez ofiar nie ma…

         

Wśród tych w podziemiach, dla wyższych racji,

kilka Aniołów na delegacji,

które by ukryć wznoszenia kanty

„przeciw wznoszeniu wciąż były anty”

i które miały, gdy czas nastanie,

jakoś sie wkręcić w to obalanie...

         

Jedyny problem był dzięki szujom.

co to publicznie jęły sie żalić,

że co Anioły od lat budują

byłoby nieźle w końcu rozwalić...

 

Cała nadzieja w Anielskim Wojsku,

którym dowodził Archanioł Wojtuś.

Więc jego rozkaz - i w oka mgnieniu

„współobalacze” byli w więzieniu,

gdzie już czekali, w myśl znanych racji,

diabłoanieli na delegacji.

W oddzielnych celach, gdzie tworzyć mogli

zarys obaleń ideologii...

 

Ci na wolności ciągle się bali,

że ten komunizm sam się rozwali,

bo wtedy pewnie Diabli by wzięli

to obalanie w wersji – „Anieli”

         

Ostatnią blotkę ściskając w ręce,

wśród Pseudodiabłów, w swej Magdalence,

zawarli traktat w ostatniej chwili:

- że z własnej woli się obalili

i że w uznaniu za te zasługi

- ciach - grubą krechą zbrodnie i długi!

 

A więc ordery, krzyże, medale,

rożne Gazety i MSZety,

głosy: - „byłoby wszystko wspaniale,

lecz przeszkadzają Diabły niestety”...

bo by obalać wpierw trzeba wznosić,

a nie mogliśmy Diabłów uprosić”...

 

Więc to spóźnienie to Diabłów wina,

powód, nieszczęście i praprzyczyna,

zakała jutra, spisek i zbrodnia

- i gdy Anioły, siła przewodnia,

już uporają sie z Diabłów czystką ,

popłynie Kraj nasz w świetlaną przyszłość...

 

Komendę  Kraju, mostek no i ster,

obejmie wódz nasz - Olo „Magister”,

Więc oczywiście - najwyższa pora

by nań głosować.  Jutro, w wyborach !

 

 

 

aria rozszczepionego ObBrysia

® © Mirosław Krupiński  

 

ogon złamany przez Pegaaaaaaaza...

na tyłku  ślad  kopyyyyyyyyyyyta...

on znowu skopał mnie,  zaraaaaza....

a mnie tu nikt nie  czyyyyyyyyyta....

 

owies skrzydlatym sypią kooniom...

nikt nic rzuca  psuuuuuuuuuuuuu...

jam biedny Brysio; wciąż mnie gooonią...

au... au... auuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu....

 

by te nieszczęścia skończyć swoooooooje,

nie zmykać już przed niiiiiiiiiiiiiiiiiiiiikiem,

na dwa półBrysie się rozdwooooooooooję,

będę poetą i krytyyyyyyyyyyyyyyyyykiem....

 

tylny Półbrysio coś nafaaaaaaaaaaaaaaajda...

w budzie uWiesi to u skooooooooooooobla...

przedni zaszczeka : „ale fraaaaaaaaaaaajda,

dać mu, ach dać, nagrodę Nooooooooobla !”

 

i nikt już więcej mnie nie zgaaaaaaaaaaaaani.....

uroda wróci żyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyycia......

z wyjątkiem może pani Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaani,

która nie lubi wyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyycia....

 

lecz ktoś na ściepie znów podnieeeeesie,

z uśmiechem na swej twaaaaaaaaarzy:

- „to fakt - od wycia są ObWieeeeeeeeeeeesie;

- od wierszy są Pegaaaaaaaaaaaaazy”....

 

owies skrzydlatym sypią kooooooniom...

nikt nic nie rzuca psuuuuuuuuuuuuuuu...

jam biedny Brysio -  wciąż mnie goooonią...

au... au... auuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu....

 

 

               

ballada romantyczna

® © Mirosław Krupiński  

                                    

Na łączce turkusowej, co w dali sięga nieba

był stawek z brudną wodą , a w stawku tym ameba...

Nie była wcale piękna, lecz miała serce wielkie

i sama żyła w stawku, tęskniąc za pantofelkiem...

 

tęskniła i tęskniła...

 minęły lata pierwsze...

                      i tu sie spoeciła,

                              by białym pisać wierszem:

 

- „zachodem słońca łąka płonie,

          lśni diamentami rosa,

jak nie dowiozą pantofelkow

                               - to pewnie umrę bosa”...

 

                  (cholera, znów sie rym przybłąkał !)

 

„plazma ma kształty tworzy serca...

jednokomórki dusza łka...

drży eufemizmem blask księżyca...

a ja... a ja ? ... a jaaaaaaaaa !!!”

         

znów do mych rymów wrócić mogę

(od białych to ameba):

- Bóg co pocieszyć chciał niebogę

przyjaźnie spojrzał z nieba...

 

a że Bóg cuda sprawia wielkie

- zesłał jej męża cud,

co wprawdzie nie był pantofelkiem,

lecz głupi był jak but...

 

w świetle księżyca słowik śpiewa...

ze stawka bryzga woda...

liście nerwowo drżą na drzewach...

i jęczy panna młoda,

bo choć był głupi mąż ameby

to impotentem nie był...

 

minęły dwie godziny świetlne...

już słońce barwi wschodu stronę...

w stawku małżeństwo wielodzietne...

wszystkie amebki są zielone...

 

tylko w odległym stawka mule,

gdzie ciemno, brudno, źle,

- jedna, czerwona, kwili z bólem

bo nie ma w stawku g.

                     

miesiące płyną, potem roczki,

chodzą -  pływają inne dzieci,

w czym ma czerwona robić kroczki ?

- więc tylko się PCeci...

 

I choć rozumu nie ma wiele

(jak tata but, nie-pantofelek)

to wkrótce PCet jej pokaże

że ma braciszka w Zanzibarze,

                     

Na łączce w Zanzibarze, co w dali sięga nieba

jest stawek z brudną wodą , a w głębi brat - ameba,

którego pochodzenie jest ciągle tajemnicą ,

samotnie żyje w stawku, tęskniąc za pantoflicą...

 

I jeśli, moje dziatki, dziś mądre nie będziecie,

amebki choleryczne rozmnożą się na Świecie

i żyć będziecie w trudzie, wasz będzie sól i chlebek,

a wszystko inne będzie wyłącznie dla amebek...

 

*  *  *

 

Na łączce w Europie, gdzie Bug się łączy z Wisłą ,

sadzawki naród kopie, amebom tworząc przyszłość,

i toną w brudnej wodzie ameby brudne sprawki,

bo umarł duch w narodzie, a mnożą sie sadzawki...

 

 

 

Inspiracja: On Wed, 09 Aug 2000 14:03:46 +0200, <wieslaw@algonet.se>  wrote:

> P.S. Swoja droga masz już całkiem pokaźny dorobek poetycki na scp.  Może >warto sie za wydawca rozejrzeć? (chętnie bym kupił w skore  oprawione,

> poważnie).

Leszek ja sie z muza i Pegazem rozminąłem jeszcze w młodość.  Mam natomiast piersiówkę oprawiona w skore  która Ci mogę ofiarować (pełną)

W.

 

 

z dziejów Muzy

® © Mirosław Krupiński  

       

1969        z rozwianem włosem Muza mknie,

do piersi wsiech przytula,

wtem poślizgnęła się na g.

i chodzi dziś o kulach...

 

 2000       Pegaz” - najmłodszy Muzy brat

kultury daje lekcje...

Muza mu radzi: - „twój jest świat

lecz raczej omiń Szwecję...

 

A jeśli już, w ramionach Muz

zawitasz tam, mój drogi,

nie musisz bać się żadnych burz

lecz lepiej patrz pod nogi...

 

bo ci się zdarzy, tak jak mnie

poślizgnąć się na minie...

Lecz ty masz szczęście,

- z tobą g. na pewno się rozminie”...

 

> Wspaniały wiersz. Jak to dobrze że ten mój sławny współlokator

> wie że musi pod nogi patrzeć...  Dzięki temu pod moją lodówką

> czystą poezją pachnie...

                                                                      Lizzie    

 

ściepicznaja jaczejka

® © Mirosław Krupiński  

 

W szarym mroku poranka, po ściepowym błoniu,

jedzie jeździec półślepy na kulawym koniu;

obok biegnie z wysiłkiem obdarty pachołek,

nie ma szabli ni miecza, w ręce dzierży kołek,

a na kołku powiewa strzep czerwonej szmaty

- to czerwona jaczejka stworzona przed laty

by przed niecnym knowaniem ratować zdobycze,

które światu przynieśli Marksy i Iljicze...

 

Na kołpaku półslepca lśni czerwona gwiazda,

koń kulawy ma także podobną do pańskiej,

jeździec ledwie sie trzyma, tak go męczy jazda

na rumaku trzynogim rasy nadodrzańskiej...

Pachoł zmarzły i głodny brudne składa dłonie

prosząc Boga w modlitwie o rychłe awanse

- by za służby swe wierne został choćby koniem,

bo półślepym rycerzem być ma nikłą szansę...

 

Tak sie we dnie i w nocy błąkają po ściepie

ucząc głupich głupoty, chlapiąc bryzgi błota,

jeździec ślepy co zawsze wszystko widzi lepiej,

koń najszybszy, trzynogi i pachoł niecnota...

W cieniu nikną by znowu wynurzyć sie z cienia,

Ślepiec ObWieś, Odrzański pod siodłem kulawy,

Pachoł głupi co nie ma jak dotąd imienia,

- sciepicznaja jaczejka w obronie złej sprawy...

 

A w Warszawie, w centrali, czyjaś tłusta ręka

chorągiewki na szpilkach na mapie przypina

i do księgi wpisuje - w akcji „Magdalenka”

wsio przebiega jak trzeba - w myśl nauk Lenina...

 

 

 

skunks

® © Mirosław Krupiński  

 

Skunks, co w klatce zamkniętej hermetycznie siedział,

fajdać chciał na każdego kto ZOO odwiedzał.

Ja, jak wszyscy przed klatką , cieszyłem sie równie

obserwując ObSkunksa małe kroczki w gównie;

tylko napis nad klatką zmienić mi chciało się

ze „Skunks”, na „Skunks ze Szwecji w swoim własnym sosie” 

 

 

 

malowane wrota Brysia

® © Mirosław Krupiński  

          

Raz Brysiowi, co ujrzał malowane wrota ,

na dyskusję o wrotach nadeszła ochota

- o konstrukcji, o drewnie i o klamce chciał...

lecz co paszczę otworzył to wyszło: - „hau, hau”...

 

Więc go wzięli na łańcuch, co u budy skobla.

Teraz czeka, za wrota, na nagrodę Nobla;

bo komitet noblowy ma już dawno w ręku

- spenetrował ich wszystkich przez dziurę po sęku

 

 

 

Inspiracja: On Tue, 22 Aug 2000 11:57:42 +0200, "wieslaw@algonet.se"  wrote w grupie <s.c.p.>:

 

>http://www.gazeta.pl/Iso/Wyborcza/Opinie/01/index.html

 

>Norman Davies

 

> "No właśnie. "Solidarność" była bardzo umiarkowana. Nie dążyła   do        >rewolucji,  do  powstania. Ludzie "S"  wiedzieli, jaka siła  militarna >dysponuje  reżim. Szukali  innych  sposobów.  Zamiast  obalać partie, można > ja było  przecież penetrować."   

 

miękko, miękko...

® © Mirosław Krupiński  

                                          

Cóż, w dyskusji Bryś ma rację

- sam planował penetrację

kiedy w Partii był za młodu

członkiem (lecz bez prawa wzwodu)

 

Potem przyszły czasy ciężkie:

- w penetracji poniósł klęskę;

bo po  Wiesia -Wodza  lekcji

kraj opuścił (bez erekcji)...

 

dziś sie chwali, nie bez racji,

że był wrogiem konfrontacji.

Nie przyłożył do niej ręki!

Jako członek był za miękki...

 

*  *  *

 

Cóż, strategów nie brakuje,

dzięki którym Kraj nasz stoi;

mendalami  dzwonią raźnie,

a wokoło sami swoi...

 

 

Oj Brysiu, Brysiu...

co tyż z was zostało...

® © Mirosław Krupiński  

             

Raz przejechał żabę walec,

co na drodze chciała zalec.

Bo myślało żabsko głupie:

- „żaden walec!” – „po mym trupie!”

 

Wlókł sie drogą ObBryś stary;

- patrzy - żaby trzy hektary,

rozścielone jak pergamin...

- trzeba coś napisać na nim...

 

Zaczął pisać. Pisze głownie

swój życiorys: - kroczki w gównie,

walterowcy, zetempowcy,

smutny los czerwonej owcy,

KGBisci, ci z  UBecji,

jego własna rola w Szwecji,

tom Lenina skryty w sianie

i poradnik „Zagłuszanie”...

                     

Nim dobiegła końca praca

walec właśnie drogą wracał...

Pomyślało psisko głupie:

- „żaden walec!” – „po mym trupie!”

 

Dzięki temu mamy dzisiaj

trzy hektary drogoBrysia,

a gdzie Bryś się kończy lepki

- rozpłaszczone cztery klepki..   

 

Taaak, cztery tylko i w dodatku takie malutkie, spróchniałe...  Ale ja zawsze wiedziałam że piątej mu brakuje...  Mulasty był taki  na umyśle, tylko na czerwone chwostem machał...  Na wszystko  inne warczał... Biedny Brysio, biedulek jeden - wszyscy sie nad nim znęcali...                                         / Lizzie

 

 

 

ściepowy balecik

® © Mirosław Krupiński  

 

z czerwonej szmaty kukiełkę zrobię,

sznurek przywiąże do siurka,

gdy znowu zechcę dać znać o sobie

- posting uczepię u sznurka.

 

wtedy wyskoczy na środek Ściepki

moja kukiełka Kochana

i wytrząsając swe cztery klepki

raźnie odtańczy kankana.

 

choć starczym wdziękiem wszystkich zniesmaczy

i aplauz wzbudzi niewielki

posting mój Ściepa cała zobaczy

dzięki hołubcom kukiełki...

                                 

A ja tez czasem za sznurek pociągnę, jak mój Pan.  O!

 

                                                                              Lizzie

 

 

aria Wallenroda

® © Mirosław Krupiński  

 

Raz było wielkie miasto co miało cztery strony

i w mieście tym żył jamnik, niezwykły bo czerwony...

Żył najpierw na East Endzie, gdzie wielkie miał zasługi:

po pierwsze - był czerwony;  rasowy był po drugie...

 

Wspaniale było życie i dobre były czasy

bo, będąc z rodu kiełbas, najdłuższe jadł kiełbasy.

To było dlań normalne, bo gdy był nieco mniejszy

to tata mu tłumaczył, że z równych jest równiejszy...

 

Ogonkiem wdzięcznie machał, na tylnich łapkach służył,

i tylko to przeoczył że zbytnio się wydłużył...

Więc na nic jego kolor i na nic te zasługi;

- od wodza stał się dłuższy, więc stał sie nazbyt długi...

 

Lecz wódz, co rzecz niezwykła, niezwykły zrobił gest:

- miast wysłać go do hycla to wysłał go na West...

Że przerósł swego wodza z daleka wszak nie widać;

- czerwony jest i długi, więc wciąż się może przydać....

 

Instrukcje były proste - gdy zbliży sie ku wiośnie

ma pchłami wokół sypać i musi wyć żałośnie...

W ten sposób niech każdego przekonać wkrag się stara

że nie jest tam służbowo,  lecz że jest ex-ofiara...

 

* * *

Powiało wkrótce wiosną - niezwykłą wiosną ludów

i wiosna na East Endzie przyniosła kilka cudów:

Cud pierwszy - gdy w East Endzie wiatr przemian powiał dziki

w bieluchne bernardyny zmieniły sie jamniki...

 

Czerwony kolor zniknął, choć ciągle pełno pcheł,

a wkrąg modlitewniki zamiast Lenina dzieł...

Dostojnie z beczka chodzą , nie warczą i nie broją ,

i  wódką (G. Wyborczą) natrętnie wszystkich poją...

 

I z góry wszystko wiedzą; kto nowym wodzem będzie

by zadbać by bernardyn na każdym był urzędzie.

I świat sie cały dziwi, że miedzy Odrą , Bugiem

te wszystkie bernardyny tak niskie i tak długie...

                     

* * *

 

A nasz czerwony jamniś, wysłany hen na West,

ponownie jest kochany - dziś wunderwaffe jest...

Więc szczeka, warczy, drapie i sypie wokół pchłami,

ujada : -” bernardyny od dawna były z nami!

Dlatego takie niskie, dlatego takie długie,

by łatwiej penetrować  pomiędzy Odra – Bugiem”.

 

- „Zrozumcie moją czerwień, długości mej przyczynę,

bez tego wszak nie mógłbym być białym bernardynem.

Kiełbasy, które jadłem - to nie to że bym chciał!

To była ma strategia!  Hau hau... hau hau... hau hau...”

 

 

Inspiracja: On Wed, 13 Sep 2000 23:53:21 +0200, "J.M." <jerzym@newsguy.com> wrote (do p. Popiela):

 

Bawi mnie jednak panska bezgraniczna bezczelnosc i panski tupet. Pan i ludzie do Pana podobni przegnali z s.c.p. pp Freiera, Kochanskiego, Ilickiego, Goldberga, Jedrzejewskiego, Richtera, Makowska - krotko mowiac kazdego kto (niezaleznie od "pochodzenia") odwazyl sie zaoponowac przeciwko rozpowszechnianej w grupie wariackiej propagandzie nienawisci. I teraz ma Pan czelnosc powolywac sie na wypowiedzi czlowieka ktorego w lajdacki sposob usilowal Pan publicznie gnoic?

                

Reduta

® © Mirosław Krupiński  

 

Nad samotną redutą powiewa pielucha.

Pośród wrogów tysięcy, lecz nie tracąc ducha;

czasem wzorem ratlerka, czasem skunksa wzorem,

wielu imion wódz straszny o buźce malucha

broni wciąż Satelitów przed Anty naporem...

 

Hen, w odwodzie dalekim, cztery setki głowic

nuklearnych w połowie, a w połowie z gówna,

baczy pilnie gdy wódz nasz komendę wypowie,

by na Ściepę uderzyć i krzywdy wyrównać...

 

Lecz nie czas na odwody, ciągle bitwy frajda,

lecą pełne nocniki, wiatr rozwiewa smrodek...

Gdy ładunków zabraknie - Wódz znowu nafajda ,

by garściami pełnymi rzucać w Ściepy środek...

 

* * *

 

A skąd bitwa tak straszna, te ranne, zabite,

obfajdane, oplute i te wszystkie Anty ?

no cóż, z dziecka ktoś kiedyś zrobił Satelitę...

- Na orbitę ich wysłał.  Za czerwone kanty...

 

A za płotem, ukryty w mulistym bagienku,

Bryś, reporter wojenny, co to z prawdy słynie,

„słusznej sprawie” pomaga, wyjąc smętnie, cienko,

aby pomóc w fajdaniu walczącej dziecinie...

 

 

 

Inspiracja: POLAND'S SOLIDARITY TRADE UNION FEATURED AT UNIVERSITY OF MICHIGAN EVENTS

 

From September 21-23, the University of Michigan Center for Russian and East European Studies will sponsor a major conference and the Annual Copernicus Lecture to celebrate the twentieth anniversary of the Polish Solidarity movement.  The conference,  "The Silences of Solidarity," will include key participants in the events of 1980-81, as well as American and Polish scholars who have analyzed these events in an attempt to fully appreciate Solidarity's achievements as one of the great social movements of the 20th century. Some of the leading figures from the Solidarity movement will participate including: Wladyslaw Frasyniuk, Ryszard Bugaj, Bogdan Cywinski, Danuta Kuron, Barbara Labuda, and Father Stanislaw Musial.

 

 

a cnoty znów wszczepiają w Michiganie

® © Mirosław Krupiński  

                                        

Wędrownisia znużona, buty wiszą z kija

Ku uczelni w Michigan resztką sił swych dąży,

niecnej Polski pułapki z daleka omija...

Znów po cnotę z importu. Bo znowu jest w ciąży…

 

Narzeczeństwo się rypło,  jak sie zdarza czasem...

Miast lubemu serwować i wdzięki i cnotę,

wszystko dała rzeźnikom czerwonym pod lasem,

bo jej rolę przewodnią przyrzekali potem...

 

Nie ma roli przewodniej, popularność spada,

brzusio rośnie, choć taty nie widać dokoła...

Może jeszcze by wyszła za durnia sąsiada

lecz ten chciałby dziewicę. Więc pomocy woła...

 

Grać dziewicę u swoich nie bardzo jest w stanie,

bo to brzuszek, świadkowie, opinia publiczna...

więc już lepiej tę cnotę kupić w Michiganie...

I świadectwo -  że wierna, cnotliwa i śliczna...

 

Potem nowe nazwiska (starych nikt nie pomni),

nowe mity, legendy, przeszłość i zasługi...

I w nadziei że przeszłość jej każdy zapomni

kokietować wyborców...  zacząć po raz drugi...

 

Choć niewielu ją znało przed dwudziestu laty,

bo jej przeszłość czerwona i kręta i długa,

lecz Michigan, wraz z cnotą , da certyfikaty

że ten AIDS wśród czerwonych - to jest jej zasługa.

 

*     *     *

 

I wykrzykną wyborcy - w bój, Unisiu, prowadź,

chociż droga twej cnoty jest kręta i cienka,

lepiej nikt nie potrafi wrogów penetrować...

Bo kto raz penetrował - ten zawsze pamięta !

 

 

 

Finezje - czyli sciepowy kabarecik

® © Mirosław Krupiński  

 

Babcia E.W. śpiewa, tańcząc kankana-lumbago:

 

na diabła mi poezje

czy jakieś tam romanse

- przechodzę na finezję

- w tym będę miała szansę !

 

modliszka jestem, wampir,

od dawna o tym wiem:

- użyję najpierw marchew

- a potem to ją zjem !

 

jam pajączysko nocne

(Krupiński się uśmieje),

rozpinam sieci mocne

po parkach pod Jerseyem...

 

Jak jakiś chłop się chyci

zaciupciam go po grób!

zejść nie pozwolę z rzyci !

ciup, ciup... ciup, ciup... ciup ciup...

 

Lecz coraz trudniej złapać,

potrafią zwiać na słup...

ze złości zacznę płakać!

ciup, ciup... ciup, ciup... ciup ciup...

 

Już nie pamiętam kiedy...

znów nawrót mam amnezji...

ostatnie były Szwedy

- po Marcu.  Bez finezji...

 

I strasznie dziś się martwię

(choć późno dziś żałować)

jak oni mogli partię

czymś takim penetrować...

 

*  *   *

 

Na diabla mi romanse,

bezsilne tu poezje,

ostatnie tracę szanse

by wdać sie w te finezje...

 

Bo który mnie zobaczy

to zaraz zimny trup,

choć śpiewam mu w rozpaczy:

- ach ciup mnie... ciup... no ciup !!

 

Więc w świecie tym fatalnym,

gdzie krzywda dzieje mi się ,

uprawiam seks werbalny

na Ściepie razem z Brysiem...

 

bo los nas złączył razem

od  Ściepy aż po grób

i  poszczuł złym Pegazem...

- ach ciup mnie, Brysiu, ciup...

 

Porady kostiumowe i scenograficzne:

 

Babcia - fartuszek z koronkamy, majtasy nr 27, do kolan, z różowego milanezu, przerośnięta, lekko zwiędła marchew w ręku.

W głębi - milczący Bryś z nitka śliny sięgająca od dolnej wargi do podłogi. Ubiór - wyliniały rudy kubrak ze starymi śladami tłustej zupki, różowe okulary bez jednego szkła na  oczach. W łapie numer "Nowych Dróg"  z podtytułem "Wislocka o tow. Leninie". Ogon w gipsie. (rysunki kostiumów i postaci na oddzielne życzenie)

 

 

Sciepowe  Dziady (i Babcie)

® © Mirosław Krupiński  

                     

Ewolucja się sposobi

(Darwin mówił że sie zdarza)

Bryś na drutach wiersze robi,

zęby rosną u mlecarza...

                          

Obie zmiany niebezpieczne

mlecarzowe zęby - mleczne

drutorymy jakieś krzywe,

tylko błędy są prawdziwe...

 

Ściepa traci już nadzieję...

co się dzieje... co się dzieje...

 

W ObBrysiowych drutorymach

trudno znaleźć o co chodzi,

cos kulawe te poezje...

Mlecarz Babcię w bólach rodzi...

Babcia w zębach ma finezję...

wielką marchew w garści trzyma....

 

stęchłym śledziem z marchwi wieje

co się dzieje... co się dzieje...

 

Lament Babci - noworodka

wciąż przerywa Ściepy ciszę...

Mleczarz wciska ją do środka

- nie chce rodzic.. ObBryś pisze...

po tym łyka co napisał,

w pocie czoła wiersze trawi,

kupkę zrobi jeszcze dzisiaj...

Jutro wyda. I oprawi...

 

poczujecie gdy powieje...

co się dzieje... co się dzieje...

 

Widać cienie w Ściepy mroku...

chociaż mgła okrutna taka...

Babcia marchwi się gdzieś z boku...

Bryś jest znowu za Kozaka

- leninowskie wznosi hasła,

choć ruptura znów mu trzaska...

 

ciągle warczy, chociaż mdleje...

co się dzieje... co się dzieje…

 

Zapomnieliśmy o Smyku !

Ten pojawił sie nad ranem...

Niesie Babcię na patyku

bo pieluchy zafajdane...

Recytuje - ot tak z głowy

Brysia wierszyk kominowy...

 

wzbudzić protest ma nadzieję...

świat się śmieje... świat się śmieje...

 

 

pułapki życia

® © Mirosław Krupiński  

 

Raz Babcia (Upiór Ściepy)

do domu wpadła blada...

Czując się nieco lepiej,

szeptała do sąsiada:

 

- „To straszne, straszne, synku

(przed wojną był ułanem),

- do sklepów, tych przy rynku,

wybrałam się nad ranem...

 

by kupić kotom żarcie,

szpinaku cztery pęki,

pigułki na zaparcie

(bo bez nich cierpię męki)...

 

 

Świerszczyki,  'NIE' Urbana ,

bo pisze chłop ciekawie;

lubię to czytać z rana...

Kupiłam wszystko prawie...

                     

Był kłopot ze szpinakiem.

Ogrodnik był za rogiem.

Czytając 'NIE’ ze smakiem

za róg ruszyłam w drogę...

 

Kupiłam szpinak tanio

dzięki już późnej wiośnie

i myśląc o śniadaniu

zerknęłam gdzie on rośnie...

 

I nagle... mdlejąc z trwogi

ujrzałam rzecz upiorną  

- w ogrodzie, koło drogi

rósł cały zagon porno !!!

 

*  *  *

            

Uciekłam, drżąc okropnie,

Urbana gubiąc z dłoni...

Sprawdź synku ! Stan przy oknie !

- Czy żadna mnie nie goni !!?”

 

 

zbawcze przebudzenie

® © Mirosław Krupiński   30 wrzesień 2000

       

Żył raz kacyk czerwony w podzielonym grodzie

co przez błaznów sprzedany przy okrągłym stole...

I żadnego oporu nie było w narodzie,

który po tej sprzedaży stracił walki wolę...

         

Żadne szwindle satrapy nie budziły ludzi,

którym ręce obwisły i umarły serca...

Bo cóż mogło w tym grodzie tych ludzi obudzić,

gdzie bezkarnym był złodziej a wolnym morderca...

 

Kiedy błazen kacyka obraził co święte

przy kacyka poparciu i nagrody pewny,

chociaż tłum w swym letargu miał oczy zamknięte

- do niektórych dotarło, wzbudzając szum gniewny...

I jak kamyk co z góry zaczyna sie toczyć ,

budząc inne kamyki by stać sie lawiną ,

tak tym śpiącym żart błazna zerwał łuski z oczu ,

zniechęconych obudził i popchnął ku czynom.

 

*  *  *

 

No cóż - gdy ta lawina kacyka przepędzi ,

co wciąż nie jest tak pewne i od Was zależy,

wciąż nie znaczy, że nagle wszystko proste będzie

i że naród zbudzony następnym uwierzy...

 

Lecz lawina , co z waszych kamyków złożona,

będzie dla Was pobudką , zwyczajem i bronią.

I następcę satrapy wymownie przekona

że gdy zbłądzi - lud nie śpi.  Jego też wygonią...

 

*  *  *

 

Zachowajcie ten wierszyk. Jest memento kartą

przeznaczoną dla wodzów co lekcję zapomną.

Przed następną lawiną przypomnieć im warto,

mówiąc: - milion kamyków wagę ma ogromną...

I znów - może wszystkiego to nagle nie zmieni.

- Ale bać sie Was zaczną. I zaczną Was cenić.

 

 

Gratulacje

® © Mirosław Krupiński   9 października 2000

 

Radujcie się w Krakowie ! Radujcie się w Warszawie !

Radujcie się na Śląsku (nie wszyscy, ale prawie) !

oddajcie się uciechom i śpiewom i hołubcom

- znów zbawca się urodził ! I znów z czerwoną pupcią !

 

Radujcie się Górnicy, radujcie się Stoczniowce !

I wara się buntować - to wiedzie na manowce...

Choć  Wasze było wczoraj  - dwadzieścia latek wstecz

- co dzisiaj robią z Polska  to już nie Wasza rzecz !

Więc cieszcie się z wolności - wszak wciąż Was nie zamknięto.

„Doradcy”  Wam „pomogli”  - i stąd dzisiejsze święto...

 

Radujcie się po wioskach ! Radujcie się po miastach !

Radujcie się z historii, której „rzetelność” wzrasta !

oddajcie się uciechom i śpiewom i hołubcom

- znów zbawca się urodził ! I znów z czerwoną pupcią !

 

 

październikowa na sciepie znów 

® © Mirosław Krupiński  

 

Październikowa w listopadzie

rozjaśnia znów jesieni mrok,

to tak jak śledzik w marmoladzie ...

- socjalizm znów o krok...

 

lśni na sławojce krasna flaga,

w ObBrysia oczach czerwień lśni

i z „Nowych Dróg” odgrzana blaga

- i  postęp znów u drzwi...

 

czerwone znów na masztach szmaty

zwisają w zaduszkowej mgle

i wszystko znowu jak przed laty

- czyli wspaniale, chociaż źle...

 

u wodza pupcia znów czerwona ,

chociaż ukryta w spodniach,

i znowu przyszłość w pewnych dłoniach,

- bo pewne dłonie ma przewodnia...

 

na postumencie duch Lenina,

ktoś pierścień włożył mu na palec

by kapitalizm przypominał...

- postument - bomba „made by Malec”...

 

radośnie tłum świętuje dzisiaj,

krzycząc „heil Lenin”  i „niech żyje”

ktoś znów nadepnął ogon Brysia

- więc ObBryś wyje... wyje...

 

Gorbaczow nosi włosienicę

a  ObWieś portret swego przodka,

tłumy znów wyszły na ulice

- nie wiedząc co je spotka...

 

*  *  *

 

a gdzieś w Australii, hen daleko,

w tyłku, jak dawniej, mając święto

Krupinski z wędka znów nad rzeką

i znowu z buźka uśmiechniętą...

bo jak przed laty tak i dzisiaj

w d. ma Lenina i ObBrysia...

 

 

 

 

Inspiracja: Emilia Wisniewska pisała na forum s.c.p.:

>Czyżby [Krupinski?] miał zamiar naruszać mnie na sciepie i w internecie?

 

 

Posłuchaj wnusiu babci 

® © Mirosław Krupiński  

 

Posłuchaj wnusiu babci. To z lat doświadczeń płynie...

- wiek temu byłam młoda, lecz w życiu wszystko minie...

dziś próżno męczę oczy... próżno wytężam uszy,

w nadziei : - ktoś się trafi!   Ktoś znowu mnie naruszy...

 

Poprawiam mą perukę, unosze kiecki rąbek,

wskazuje palcem w buźce - o tu jest jeszcze ząbek...

Zostawiam drzwi otwarte, uśpiłam psa co szczekał...

Na próżno!  Kto zobaczy - to mdleje lub ucieka !

 

Więc cóż mam biedna robić, znów napaść mnie nie przyszli... 

Cóż,  oczy chyba zamknę - by lepiej ich wymyślić...

O ! ... Znów w kolejce stoją  - Mlecarz i dwóch McCarthów...

tatusiów znów udają - jak wtedy... tak dla żartów  :)...

 

 

 

Inspiracja: On Wed, 18 Oct 2000 15:34:27 +0200, <wieslaw@algonet.se> wrote na s.c.p.:

 

>jerzym@newsguy.com wrote:

 

>Panie Malec a kto tu chowa glowe w piasek i kto strzela gole do wlasnej

> bramki?

>1) Glowa w piasek. Spotkanie w Sthlm w Synagodze.

>2) Tyle gadania na temat Zydow i Komunizmu.Widocznie ten szwedzki

> komunizm importowany  z jakiegos innego miejsca - bo antysemicki.

>W.

 

Kali być myśleć...

® © Mirosław Krupiński     

 

Od dzisiaj Stalin na czarnej liście

- Kali się zawieść na komuniście!

Od dziś z Hitlerem to jedna maść;

nie chcą pomagać... Z kim krowy kraść?!

 

Już go nie kochać; precz z takim synem?!

Jak Kali zrobić dobry uczynek ?...

Kali być walczyć jak ten Gołata

- we dwójkę z Malcem na resztę Świata!

 

Kali być model, współczucie szerzyć,

Malec - rakietą w tych co nie wierzyć,

że chociaż Kali być oszust, złodziej

- lecz czynić słusznie.  A o to chodzić!

       

>W Izraelu Madalenka - kompromis jak narazi nie wyszedł. Krupinski powinien >się cieszyć. Ciekawe >jednak z czyjego powodu. Izraela czy Arafata?

 

>W

 

A w pierwszym rzędzie to musi Kali

poderżnąć gardło temu z Australii!

Bo on nie tylko pisze i czyta,

on coś tam myśli - antysemita!!!

Choć z tym pisaniem nie jest tak źle

- o czym on myśli - to Kali  wie!

 

Więc pewnie wkrótce w stronę Australii

pierwszą rakietę Malec odpali...

A że ma jeszcze braki w praktyce

- pewnie Kalego wsadzi w głowicę ,

I dobra Bozia znów sprawi cud:

- zniszczeń nie będzie. Lecz będzie smród ...

 

 

 

wataha

® © Mirosław Krupiński  

 

po szarej łące co się gubi w wełny runie.

kryjąc w swych fałdach rozpadliny i parowy,

gromada wilków ku zwycięstwu w ciszy sunie,

by wspólnym łupem uczcić łowy... wspólne łowy...

 

półślepy samiec wiedzie w ciszy swą watahę.

czerwienią błyszczy groźne oko, pysk i grzbiet,

inne za samcem z posłuszeństwem i ze strachem,

bo wszystkie wiedzą że anarchii żadnej niet...

 

watahy prawa zapisane w dżungli księgach,

watahy cele zapisane w krwi co krąży,

bo w tych zapisach ich nadzieja i potęga

i cel odległy, ku któremu stado dąży...

 

w tych swoich łowach rozumieją się bez słowa,

choć tu i ówdzie smutne wycie wzbiera w krtani...

ich całe życie wszak upływa w wiecznych łowach;

wszystko co wokół wszak jest łupem... łupem dla nich...

 

- „jeszcze nie dzisiaj, lecz zwycięstwo będzie nasze,

bo ku zwycięstwu wszak istnienie nasze zmierza.”

niedługo ranek, właśnie świta, czas watasze

skryć się w zaszewce, gdzie podstawa jest kołnierza...

 

gdy dzień przeminie i nie będzie słonka w górze,

które mogłoby je oświetlić i pokazać,

znów pójdą naprzód szybkim marszem sześciu nóżek,

by szukać łupów, by się cieszyć.  I rozmnażać...

 

każda ObWeszka jest sokołem, orłem, foxem,

każda ma plany jak się żywic i polować...

i jeśli nawet ktoś tam sypnie azotoxem

to tez przeżyje... aby zacząć znów fałszować...

 

bo zawsze znajdzie jakiś kołnierz gdzie zamieszka...

taka czerwona... taka biedna... taka weszka...