ZBIÓR ZNAROWIONEGO PEGAZA:  Z-8

 

 

zaułki historii

® © Mirosław Krupiński 

 

gdzieś za kratą krążyli strażnicy,

co jak ja owej nocy nie spali…

i śpiewały za oknem te łęczyckie słowiki…

i pachniały jaśminy z oddali…

 

prowokator przez sen raport mruczał,

jastrząb Stefan z Leninem spał w ręce,

Frasyniuka w snach Michnik o strategii pouczał,

bo Frasyniuk miał być w Magdalence…

 

ja płynąłem jeziorem mą łódką,

wzdłuż Plusznego, przy brzegu, za trzciną,

noc bezsenna, czerwcowa, była dla mnie za krotką

bo na rybach za szybko czas płynął…

 

i tak noc upływała za nocą,

a po każdej się dzionek zaczynał

Szyper grzmiał na komunę, że go więzi przemocą ,

Stefan czytał, krytycznie, Lenina ,

 

Piotr Kochanski z oczami umykał,

bo nie bardzo był pewny legendy,

tydzień później pospiesznie wielką łyżkę połykał,

by  powrócić na łono komendy…

 

były bridże, rozmowy i kłótnie,

były „listy do braci za murem”,

że „my za nich w tym mamrze tak cierpimy okrutnie”

- może jakoś umilą torturę…

 

nie cierpienie” rodziło pyskówki…

jak nie cierpieć - gdy cierpieć wypada…

a Wrocławski Janosik i dwa inne półgłówki

Magdalenkę szeptali w naradach…

 

*  *  *

 

po miesiącach, do domu na kluski,

WRONa groźbą żegnała i złością …

ja, tym razem już we dnie, na okonie na Pluski

- Janosiki  - frymarczyć polskością…

 

lat minęło dwadzieścia już  prawie,

u mnie rekin udaje okonia,

Frasyniuki, Michniki, dzielą łupy w Warszawie,

z Magdalenki  plamami na dłoniach…

 

bo w te losy co Parki nam przędą

życie wplotło swych węzłów bez liku,

na swiecznikach oszusci z fałszowaną legendą,

a Polacy znów z ręką w nocniku…

 

 

prawdotwórca

® © Mirosław Krupiński  

       

w samym środku ściepołąki

gdzie się prawda ściepogrosi,

Brysio gromkie puszcza bąki

i do góry niuch podnosi...

 

po czym biegnie z wiatrem łaką

by wyprzedzić własny smrodek

i niuchając szczeka gromko:

- znów trafiłem w prawdy środek!

 

bo choć lewe są te swiadki

i na czarne mówią białe,

ja potwierdzam  świadków gadki

- właśnie prawdę wywąchałem !

 

kto zaprzecza - kłamstwa klepie

- wkrótce gniew go spotka boży,

bo któż  wiedzieć może lepiej

niźli ten co prawdę tworzy...

         

ja tę prawdę wam wyłożę;

prawda wszak jest w Brysiow guście,

a najwięcej prawdy tworzę

po grochówce lub kapuście;

więc wam, kłamcom, uszu natrę

towarzysząc prawdzie z wiatrem...

 

 

curiculum vitae

® © Mirosław Krupiński

 

I.

 

w Szwecji, tuż przy Olaf Fiordzie

Bryś żył - strasznie mocny w mordzie...

nie czas mu wytykać grzechy

- podam tylko jego cechy:

 

bo:

 

mokre łuski cechą ryby,

kapelusze maja grzyby,

w tyłku pióra miewa kura,

u hipola gruba skóra,

kogut zawsze stacza boje,

J.M. miewa  paranoje,

smak na myszy cechą kota.

- cechą Brysia jest głupota...

 

II.

 

Leży Brysio na przypiecku,

na Polaków klnie po szwecku,

- że na Polskę już sie wypiął...

klepki wcale mu nie skrzypią

- bo nasz Brysio, nacji zlepek,

nie ma we łbie żadnych klepek...

 

nagle w górze leci mucha...

- i już Ściepa cała słucha,

że ta mucha to jest anty,

bo przez swoje nazi  kanty

się wywyższa ponad Brysia,

co jest zbrodnią w świecie dzisiaj...

 

przy tym mucha ma pokusę

rąbnąć Brysia numerusem,

- że to  Brysiów  wciąż za mało

może fruwać pod powałą...

 

Kot mu mówi, jak do dziecka:

Brysiu - toć ta mucha szwecka,

a ty Polskę wciąż opieprzasz...

Brysio: - szwecka też nie lepsza,

bo to, k...wa, zamiast fruwać

mogła by ich też opluwać!

To jest muchy widzimisię

by nie ująć sie za Brysiem,

bo mogłaby choć, zaraza,

zacząć fajdac na „Pegaza”!

albo mogłaby, w niedzielę,

obzykolic Piotra Trelę,

co reguły wszelkie łamie

mówiąc, że ja czasem kłamię...

no bo trzeba być k...sem

mówiąc że ja kłamię „czasem”!

 

*   *   *

 

teraz mucha w mamrze siedzi,

dziób na kłódkę mają Szwedzi,

Gucio drży na swoim tronie,

Bryś kokardę ma w ogonie...

 

Polska płaci co godzinę

Brysiom w Szwecji dziesięcinę,

 

jutro Bryś w  Toruniu gości,

nie pierniki gdzie, lecz kości

na jabłoniach mają rosnąć

i dojrzewać mają wiosną!

pani Anna ma od dzisiaj

dom opuścić - dom  jest Brysia !

 

no i dosyc tych herezji,

żadnych listów czy poezji,

zakazane są Pegazy,

dosyć w Polsce tej zarazy!

pani Anna - won do kąta

- wyjść jej wolno kiedy  sprząta!

 

zrozumiano?! - bo od dzisiaj

Polska jest przedbudziem Brysia !

 

III.

 

nagle drzwi trzasnęły w budzie,

jakieś glosy, jacyś ludzie...

Bryś otwiera jedno oko

(z dużym trudem - spał głęboko)

i jak wszystkie kundlo psy

znowu miał wspaniałe sny:

- że jest mądry, wyszczekany,

rozumiany i kochany,

w świątek, piątek i niedzielę...

- że jest świata właścicielem…

 

po czym Bryś żałośnie wzdycha,

bo przed nosem pusta micha,

mucha łazi mu po nosie...

- cóż, nadzieja cała w Grossie...

razem pójdą, ramię w ramię,

sprawdzać który lepiej kłamie...

 

dzień jak codzień…

                          

tematów brak - zupełna już posucha,

na diabła płacz, gdy płaczu nikt nie słucha...

i tylko deszcz o szyby brudne wali

i tylko Bryś wciąż żali sie i żali...

 

pijaków dwóch usnęło po obiedzie,

cóż zmogło ich - czy wódka czy te śledzie,

które co dzień wyławia karczmarz palcem

starając sie nie mylić śledzia z Malcem...

za oknem mrok, za oknem same anty...

nazistów tłum i starsze projektanty,

co w tamte dni Gomułkę wsparli czynem

by zdobyć łup - tom Marksa i pierzynę...

 

żałosna łza ozdabia kroplą nos...

na skrzypkach gra, fałszując, Janko Gross...

choć nie Menuchin, lecz ciągle gra i graaa...

- tylko Ściepa zapomnienie daaaaaa.....

 

* * *

 

więc kielich znów i śledzik pod cebulę...

siwuchy łyk - by znów zawodzić z bólem...

a potem gdy ogarnie Świat frasunek

- obetrzeć łzy i wcisnąć mu rachunek...

 

dzień jak co dzień, ten smutny dzień jak co dzień...

śledziowe łzy, co kapią nam po brodzie...

to ciężka praca tak wzbudzać płaczem żal...

lecz każda łza - to dla nas szmal... to szmal...

 

 

Tajemnicze koncerty

® © Mirosław Krupiński 

 

Tam gdzie fala przyboju o skały sie łamie,

o pół Ziemi odległy od własnego domu,

szkocki kobziarz stał z kobzą ujętą pod ramię

i grał smutną melodię wiatrowi i … komu ?…

 

Dla mnie  - w pieśniach kobziarzy zawsze oręż dzwoni,

albo żal za wzgórzami  gdzie kwiat ostu kwitnie

- lecz tym razem nie oręż lecz serce na dłoni

brzmiały w nutach piszczałek. Dziś nie grał o bitwie…

 

Znam kobziarza sprzed  roku, z rozmowy na skale,

miedzy dwoma obcymi, którzy rany liżą.

Zapytałem go wtedy czy zaklina fale

czy tez Szkotkę samotną, co mieszka w pobliżu…

 

Ją też znam z kilku rozmów, choć unika ludzi

bo sterana przez życie, choć jeszcze nie stara…

Cóż, ta kobza nad morzem, gdzie zdziwienie budzi,

mniej się zdaje niezwykła gdzie jest Szkotów para…

 

Nic nie odrzekł mi wtedy i odszedł po chwili,

zasłuchany w melodię, którą wciąż miał w duszy,

chociaż wiatr już ją uniósł tam gdzie mewa kwili,

gdzie horyzont się gubi w bezimiennej głuszy…

 

Wtedy Szkotki nie było – w podroży przez miesiąc,

własne ścieżki deptała,  hen ku źródłom wspomnień…

Powiedziałem jej później – martwiąc ją, lub ciesząc,

lecz o żadnym z tych uczuć nie mówiła do mnie.

 

Dziś spojrzałem w jej okno zasłuchany w granie,

kiedy kobziarz wzrok smutny kierował na fale

i ujrzałem ja w głębi – stała przy firanie,

zasłuchana w melodię lub w swej duszy żale…

 

Wiem że kobziarz odejdzie, by za rok powrócić,

znów z tą samą melodią – tu na świata koniec

i znów będą przez chwilę martwic sie lub smucić;

kobziarz znowu na skale, ona przy zasłonie…

 

kiedy zasnę tej nocy, to z pomocą bożą,

w moich snach niech się razem ich wspomnienia złożą,

niech zaśpiewa w duecie, co sie przecież zdarza,

Szkotki życie przegrane z muzyką kobziarza.

 

 

Może wtedy, po roku, gdy kobziarz powróci,

Szkotka z domu wybiegnie, na pierś mu się rzuci

i gdy będą szczęśliwi, gdy im będzie dobrze,

wytłumaczą mi razem historię o kobzie…

 

 

jest na ściepie kataryniarz

® © Mirosław Krupiński  

 

Po ucieczce w obce kraje

dziś na Ściepie koncert daje

wnuk Jankiela. Jest za mały

aby w dziadka grać cymbały

i za trudne to dla niego

- więc uprawia coś nowego:

 

Jankiel - Malec nie jest głupem,

wsadził Brysia w śledzi skrzynkę,

i wsadzając korbę w pupę

zrobił z niego katarynkę...

 

Krążą razem jak noc długa

korba - Brysia rodzi jęki...

towarzyszy im Papuga,

która przeszłość wróży z ręki...

Warto dodać dla ścisłości:

- z owej ręki zawartości....

 

- Jak to z czyjej...  ćśśśśśśś.... się wyda...

z każdej ręki szmal się przyda...

 

                         Tak Bryś, Malec i Papuga,

                         w światek, piątek i niedzielę,

czy to upał czy szaruga

nie ustają w swoim dziele....

 

Jazgot Brysia wszystko głuszy

choć sam Brysio ledwie dyszy:

- „gdy zatkają w końcu uszy

nikt już prawdy nie usłyszy”...

 

*   *   *

Lecz choć gardło Brysia boli,

chociaż Malca boli ręka,

Ściepa zamiast się brysiolić

od zdrowego śmiechu pęka...

 

I nieważne są te wycia,

drobne kłamstwa i przycinki

- wszystkich cieszy w pupie Brysia

owa korba katarynki.

 

Z korbą w pupie, w swoim wyciu,

Brysio znalazł miejsce w życiu …

 

*    *    *

 

Tak więc Malec wokół lata

kataryniąc płacz niedojdy

(może korba zbyt sękata...

może Bryś ma hemoroidy),

wywołując jak na razie

śmiech na Ściepie... wiersz w Pegazie...

 

I tak będą cale lata,

do us..nej Brysia śmierci,

póki korba - ta sękata -

mózgu Brysia nie przewierci...

Malec, wtedy już nie mały,

zmieni Brysia na cymbały. ..

 

Nikt na ściepie, w swej prostocie,

nie dostrzeże zmiany całej,

bo Bryś, jak to Brysiów krocie,

przecież także jest cymbałem…

 

 

brysiowe requiem 

® © Mirosław Krupiński  

                                             

Bryś sie wkurza… Bryś sie wścieka...

wunderwaffe mu zacina się w nogawkach...

Jak Bryś w marcu - pchła ostatnia zeń ucieka,

no bo jak tu żyć na Brysiu  w takich drgawkach ...

 

Korbą Malec, ten sadysta,  kręci jeszcze...

podpowiada nowe brednie i docinki...

Lecz miast wycia - zgrzyty,  dreszcze,

zawałowe i złowieszcze

dolatują z  malca brysiokatarynki...

 

Wkrótce Gucio i poddani krzykną – „hura!

Szwecja wolna już od wściekłych krów i Brysi”...

I zawiśnie przed pałacem Brysia skóra...

I król rzeknie – „niech mementem  tutaj wisi”...

 

Rożne Grossy, za podszeptem A. Michnika,

któren w Szwecji takie rożne ma koneksje,

zrobią z Brysia marcowego męczennika,

zatajając tą z przepicia apopleksję...

 

I na wielu polskich drogach, placach, rynkach,

ku uciesze polityków i gawiedzi,

stanie pomnik - katarynki Brysia skrzynka,

na koszt państwa pełna tłustych, szweckich, śledzi.

 

I pijaczki pod pomnikiem siądą sobie,

i pociągną prosto z gwinta łyk siwuchy,

i zakąszą brysiośledziem  w swej żałobie,

i zamruczą – „przesolone te  komuchy”...

 

 

nowe trendy w edukacji narodowej

® © Mirosław Krupiński  

 

kiedy Ziemia była płaska

to bakałarz uczył Jaśka,

że ta płaskość Świata bytu jest podstawą...

teraz Ziemia jest kulista

a więc w szkołach, oczywista,

trzeba głosić polskim dziatkom nowe prawo:

 

„nasza Ziemia jest kulista,

to jest prawda oczywista,

- tylko trochę na biegunach obrzezana...

miejcie dziatki w swej  pamięci

- dzięki temu tak się kreci

że od Moskwy zawsze słonko świeci z rana”...

 

no a teraz, drogie dziatki,

już pakujcie swe manatki,

wdzięczne za to że Glob kreci się, nie kiwa.

i  zadbajcie, drogie dziatki,

by ojcowie, bracia, matki,

byli wdzięczni za to Panom z Telaviva...

 

gdyby jednak odmówili,

zaprzeczali, nie wierzyli,

lub zaczęli protestować w swej rozpaczy,

- nie przejmujcie się tym wcale

szybko skończą swoje żale,

Adaś Michnik im z Kiszczakiem wytłumaczy...

 

 

ale sie narobiło

® © Mirosław Krupiński  

 

>    Dwaj posłowie do Zgromadzenia Stanu Nowy Jork Jeffrey

>    Klein i Dove Haikin oraz przedstawiciele żydowskiej

>    Komisji ds. Restytucji Mienia Ofiar Holokaustu maja

>    ogłosić projekt sankcji w niedziele przed nowojorskimi

>    biurami LOT-u na 5 Alei na Manhattanie.      

 

straszny kłopot ma New Yorek,

na lotnisku straszny korek,

a największe w tym kłopoty

to te polskie samoloty...

 

właśnie radio głosi że to:

- nie wysiądą podróżnicy

co nie maja pod  biletem

podczepionej kamienicy.

 

jedną babcię na Kennedym

celnik Rozenkranc zatrzymał

- napytała sobie biedy:

- paszport ma, a gdzie pierzyna...

 

no i słusznie - zgodnie z prawem

nie odwiedzi Yorku franca,

gdy nie odda na lotnisku

siedmiu pierzyn Rozenkranca!

 

szef lotniska rozdarł mordę

wrzeszcząc – „cały rozkład leży!

opóźniamy się z Concordem,

który zniknął w stosie pierzyn!

 

na rosnącym stosie pierzyn

cos gołego (rzeźba?) leży

i choć już jest trochę rotten

konkuruje w zyskach z LOTem,

- reklamuje się zawzięcie

wypinając d. w zachęcie...

 

tydzień później - w normie wszystko,

bo George Bush, po radach wielu,

kazał wszystkie te pierzyny

zdeponować w Izraelu,

(tak po cichu, między nami

- wraz  z ich ex-właścicielami)...

 

teraz wzbudza podziw szczery

warstwa pierzyn w Tel Avivie,

która sięga stratosfery...

wszyscy pocą się straszliwie…

         

a w dodatku ich rakiety

też ugrzęzły w tym niestety

nad czym płacze nocą, dniem,

rakietomistrz Jerzy M...

 

a szczęśliwe Palestyńce

nie rzucają już kamieni

bo w tej „oddaj nam” pierzynce

ich wrogowie otuleni,

miast Arabów strzelać nocą.

drapią… hmmm… co im sie pocą....

 

 

maus story

® © Mirosław Krupiński  

                                                       

w Nowym Yorku myszek szereg

chętkę ma na cudzy serek,

by dorzucić go do złota

co kapnęło im od kota...

 

lecz choć myszek głodne stadko

głośno piszczy i się ślini

to nie mogą (słuchać hadko),

serka dostać - bo ser świni...

 

nie pomaga żadna groźba,

wdzięku porcje i powabu,

ugryźć świni też nie można

- bo dla myszy szynka tabu...

 

obiecują najazd zbrojny,

pełne fikcji książki piszą,

oczekując świętej wojny

przeciw świniom - antymyszom...

 

u bram sądu siedzą tłumem,

na chodniku kładąc czapki

i tłumaczą zgodnym szumem,

że są winą świń pułapki,

które kocur, chroń go Bozia,

niegdyś stawiał w workach zboża...

 

fakt ze kocur myszy zeżarł,

ale worek, wszyscy wiedzą,

wcześniej to do świń należał,

kusząc kota, co za miedzą...

 

wiec ten kiciuś myszki kocha...

zła ostatnio im nie czyni...

cóż to będzie za radocha

gdy przyświadczy zbrodniom świni...

 

i z miłością i nadzieją

mysz na kota dzisiaj zerka...

i wydaje się złodziejom

że są coraz bliżej serka…

 

a prosiaczek w błocie leży

i nie chwali sie przed nikiem,

że już dawno, jak należy,

ser doprawił arszenikiem,

który znalazł w głębi błota

- porzucony tam przez kota...

 

 

nareszcie dialog...

® © Mirosław Krupiński  

                                               

świat do oczu sobie skacze,

zakłócając spokój Bogu

- ciągłe żale, ciągłe płacze

miast miłości i dialogu...

 

a tymczasem tu, na Ściepie,

mikrokosmos rośnie sobie

gdzie jest znacznie, znacznie, lepiej

niż na całym ziemskim globie...

 

miast podrzynać sobie krtanie

i culturę skrapiać juchą,

mikrochłopy, mikropanie,

napawają świat otuchą...

 

a w miłości prymat wiedzie

swą culturą bijąc wszystko:

- ludzi, ptaszki, pieski, śledzie,

wspólny produkt świnki z myszką...

 

i poprawia humor Pański

myszkoprosiak, Szwet Bezpański,

wyprzedzając w lidze szweckiej

prosiomyszkę – bombardiera,

który słysząc o Osieckiej

za rakiety się zabiera...

 

i tak trwają w tym dialogu,

myszkoprosiak z prosiomyszką,

które zawsze, dzięki Bogu,

oceniają zgodnie wszystko...

 

zbawiłyby świat do końca

gdyby nikt się w to nie wtrącał...

bo ten świat to wszak, cholera,

jeden wielki kawał sera,

który, wszyscy codzień słyszą,

dobry Bóg obiecał myszom,

                     

i jedynym tu zmartwieniem,

co za serce żalem bierze,

są Polaki, co plemieniem

zamieszkują dziury w serze...

                     

przez to wredne plemię Piasta,

co mu mysi jazgot wisi,

przekonanie w świecie wzrasta,

że świat wcale nie jest mysi...

 

i świat wkrótce stworzy prawo:

- „dziury w serze są podstawą”

i przez resztę świata dni

dziury będą myszy free ...

 

*   *   *

 

teraz mysi płacze chór:

- czym jest dla nas ser bez dziur?

- wszak my jedząc luby serek

znowu dziur stworzymy szereg,

które wtedy, z woli Boga ,

staną się siedliskiem wroga...

 

 

zostawiliśmy za sobą…

® © Mirosław Krupiński

                                                   

zostawiliśmy za sobą tamte dni,

zapał walki o utopie i marzenia ,

cel wczorajszy, który dotąd nam się śni,

tylko śni się…  nic  na lepsze się nie zmienia…

 

zostawiliśmy za sobą czas stracony,

świat ubrany w rudy wzorek rdzawych krat,

tą niepewność - z której wolność kraty  strony

- czy tu z nami, czy też  tam gdzie skuty ład.

                     

gdzieś w zaułkach już lęgła sie zdrada,

już myślano kto z kim, kiedy, za co,

planowano w KCecie, planowano w Bieszczadach,

kto się zgodzi i czym mu zapłacą…

 

hodowano w cieplarniach gieroi,

wymyślano zasługi i czyny,

wszystko poszło jak w planie - tu i tam sami swoi

i pigmeje udają  olbrzymy…

 

*    *    *

 

tak… minęło już prawie ćwierć wieku

od tych marzeń co wiatr już rozgonił,

cóż  byliśmy za głupi, a więc ucz się człowieku:

- w walce na nic marzenia bez broni…

 

te ćwierć wieku nie przeszło bez zysku

chociaż kieszeń i serce masz puste…

zamiast marzyć na jawie, patrz  uważnie na wszystko

i  nie wdawaj się w sojusz  z oszustem…

 

i pamiętaj – gdy zebrać chcesz plony

nie wystarczy narobić się wiele,

nie powtarzaj więc błędów, jesteś już doświadczony

- najpierw  usuń i chwasty i ziele…

                                               

jeżeli już  nauczyłeś się  je rozpoznawać…

 

 

bilans                                               

® © Mirosław Krupiński  

                      

Niegdyś było to moje po widnokrąg w dali,

lasy, jezior bezmiary i ludzie i miasto,

miałem prawo być pewny, że ludzie mnie znali

i że ja znam to wszystko niby kieszeń własną.

 

Nic dalszego od prawdy, jak się przekonałem.

Wystarczyło kłamstw kilka, każde głupie, tanie,

aby ludziom - tym ludziom, których niby znałem,

którzy niby mnie znali – dać się złapać na nie…

 

Wielu z drogi zepchnięto tą samą metodą

aby przeciw zdrad planom nie podnieśli ręki,

by być pewnym, że zbrodniarz wraz ze zdrajcą mogą

być bezpieczni w półcieniu szwindla - Magdalenki.

 

Dziś płacimy za kłamstwa, łatwowierność, zdradę,

sojusz durniów z oszustów samozwańczą zgrają,

ja w Australii, skąd wiem już, nigdy nie wyjadę,

inni w Polsce, co jak ją stworzyli tak mają…

 

W cieple miękkich foteli wypełnionych niczym,

które niczym się stało przez słabość lub zdradę,

więdną dawne nadzieje, ten miraż zwodniczy

zamieniony na ochłap - poselską posadę,

co nikomu nie służy poza dzierżcą smyczy,

który w cieniu zostając, własne zyski liczy…

 

te dziesiątki, co wdzięczne za swą d. w fotelu,

w kraju pełnym złodziei i obcych sługusów

żyją obok milionów bez grosza, nadziei,

co walczyły o nowe, a dziś żyć w nim muszą…

 

*    *    *

 

Dziś nie bolą mnie blizny, oszczerstwa nie bolą,

mogę patrzeć na kłamców z podniesionym czołem.

Tylko żal mnie ogarnia nad Waszą niedolą ,

bo przed laty dwudziestu sam Was w nią popchnąłem…

 

Próbowałem być z Wami choć nie z bliska – z dala

swoim słowem i myślą, mimo kłamstwa płota...

Nie odległość przeszkadza – tym co nie pozwala

jest dziś Wasza uległość i Wasza ślepota…

I właściwie dziś nie ma różnic miedzy nami:

ja - kłamstwami wygnany,  Wy - truci kłamstwami…

 

 

o wasze głosy dzisiaj…

® © Mirosław Krupiński  

 

O dobry ludu miedzy Wisłą a rzeką Odrą z ich fenolem!

Spójrz na me cnoty, swoją przyszłość i zdradź w wyborach swoją wolę…

Gdy dziś przed ludem swoim stoję, w wianku nie z lilii lecz z dziurawca,

rozważ zasługi wszystkie moje i swoje zyski com ich sprawca…

 

To ja pokryłam czerwień wroga skór owczych bielą co się śnieży,

ja przekonałam Was, nieboga, że znów wybierać go należy,

ja zasłoniłam jego zbrodnie  welonem zdrady, niepamięci…

I ja karciłam was łagodnie gdy wam go wybrać brakło chęci…

 

Ja rozdzieliłam między swoich  media, Gazety, MSZety,

bo bez  nich przecież, drodzy moi, zbłądzić moglibyście niestety

i zamiast cnoty mojej drogą w ramiona wroga iść pod lasem,

mogliście poznać mnie, niebogę, przed końcem planu – więc przed czasem…

 

A przecie tyle jeszcze trzeba w tym kraju zrobić, ukraść, sprzedać,

biednym odebrać kromkę chleba, swoich złodziei chwycić nie dać,

w pacht oddać w Polskę za urzędy co gdzieś czekają w Europie,

i dyskontując wasze względy patrzeć jak Polska grób swój kopie…

 

Nie przekonujcie mnie, Polacy, że zmarnowane me nauki,

że ma przewodniość nic nie znaczy, że te Michniki, Frasyniuki,

fundacje rożne, Michigany, Kiszczak wciąż wolny i kochany,

sprzedane stocznie, pafawagi, sprzedane banki, dalsze plany

jak i gdzie znaleźć szmal, łapówki, nie są dowodem mej miłości

do Was, ma trzodo wolnożujców, żujących siano  przewrotności… 

 

Nie wypinajcie na mnie tyłka i nie skreślajcie mnie w wyborach…

Już wiem że była to pomyłka gdy was zdradziłam – lecz nie pora

by za pomyłkę mścić się  na mnie, teraz - gdy partner w mojej zdradzie,

który mnie kochać miał dozgonnie, krzyżyk (nie tylko) na mnie kładzie

i w odnowionej swej czerwieni, uratowanej mym krętactwem,

jedynym się zwyciężcą mieni, oddając mnie na waszą pastwę…

 

Słuchajcie, przecież ja sie zmienię!  Michigan cnotę wszyć znów może

i mając pełne wciąż kieszenie, znów nowe związki wam założę…

I znów pójdziecie z mojej woli na barykady, siejąc trupy,

bym ja, w zwycięstwa nowej glorii,  mogła z czerwonym dzielić łupy…

 

Do was, wyborcy, dzisiaj idę, na głowę moją popiół sypiąc,

więc zapomnijcie mą ohydę, bym znów się mogła na was wypiąć…

 

 

 

inspiracja:  On Wed, 30 May 2001 02:02:23 +0200, "Michał Babilas" <babilas@icpnet.pl> wrote:

 

Morał - cóż, nie każdy Jerzy, co sie na smoki wybiera by z 'brunatna zgnilizna' walczyć, zaraz musi byc bohater i święty. Czasami to zwykły chuligan, gwałtownik i raptus. Czasami. Warto sie najpierw przyjrzeć smokowi zanim sie za kruszenie kopii człowiek zabierze.

 

smokogromiciel

® © Mirosław Krupiński  

            

wirtualnym dziedzińcem, gdzieś tak temu z roczek,

malec szedł zafajdany, niosąc w reku smoczek...

przedtem miał go na szyi, lecz urwał się sznurek,

teraz w ręku go niesie zafajdany Jurek

spoglądając z odrazą i w dziejowej męce

na ciumciadło gumowe, co go nie ssie więcej...

 

w końcu złość i nienawiść opadła go taka,

że ów smoczek (był polski) włożył na siusiaka

dopychając go słomą bo nieco za duży,

po czym przysnął pod wierzba, bo się strasznie znużył...

 

gawiedź szła od kościoła (bo kościół - opoka)

i dostrzegła Jerzego, krzycząc – „ przebódł smoka!!!”

i radują się wszyscy, śpiewają i tańczą,

bo choć smok przebodziony siusiakiem, nie lancą,

ale reszta historii jest wszak jak należy:

- bo choć Jerzy jest malec a nie Święty Jerzy,

ale smok jest brunatny i pachnie pieluchą,

no i jest „made in Poland”, co wszakże na sucho

ujść smokowi nie może, bo ten kraj przed laty

wygnać malca pozwolił towarzyszom taty...

 

*   *   *

 

dziś na słupach, latarniach, wisi jak należy

plakat: - smok „made in Poland” i Świętoszek Jerzy,

ktoren chwałą niezmierną na Ściepie się cieszy,

grożąc swoim siusiakiem każdemu co grzeszy...

 

na co: On 30 May 2001 05:42:58 -0700, Jerzy Malec

- jerzym@newsguy.com wrote:

>In article <3b1450bb.178827171@news.omen.net.au>, miroslaw@iinet.net.au >says...

>>malec szedł zafajdany,

 

re Malcowi:

® © Mirosław Krupiński  

 

zbrodnia sumienie skałą mi gniecie,

śpieszę opatrzyć więc rany:

- jest ćwierć miliarda malców na świecie,

co drugi jest zafajdany...

 

wszystkie fajdają z wdziękiem w pieluchy,

od Himalajów do Tatr

i tylko jeden głupi lub głuchy

- bo zawsze fajda pod wiatr...

 

i stąd te żale mikroczlowieka

- gdy kupka wraca doń z wiatrem,

nasz maluch zawsze potem narzeka,

że wszystko widzi brunatne...

 

 

 

budujemy nowy…

® © Mirosław Krupiński 

             

Jest pusty cokół, po Leninie

co szczuł czerwonych na Was gestem…

Wnieście nań pomnik po drabinie,

by mógł powiedzieć:  -„znowu jestem”…

 

Aby zachować bieg historii,

w którą podstępne anty godzą,

wnieście na cokół, w nowej glorii,

tych co z Lenina się wywodzą,

 

tych walterowców, towarzyszy,

ofiary bójek wewnątrz mafii,

tych co „zbawili” – Polak słyszy,

lecz „jak” – zrozumieć nie potrafi…

 

Wnoście na cokół, moi drodzy,

dla waszej chwały i dla sportu,

tych co sprzedali Was po drodze,

no i koniecznie – tych z importu…

 

Bo wszakże to co dzisiaj wokół

„jest zbudowane na ich czynie”…

Więc, choć wysoki strasznie cokół,

wnoście ich… Wnoście!..  Po drabinie!

 

By, gdy już będą na cokole

a Wy spadniecie już z drabiny,

mogli umocnić swoją rolę,

wciągnąć nań kumpli i rodziny…

 

*    *    *

 

Budujcie gniazdo na cokole

w krwi swoich ofiar, w pocie czółka,

a potem patrzcie, stojąc w dole,

jak jajko znosi w nim kukułka …

 

 

 

Inspiracja: On Thu, 21 Jun 2001 00:05:04 GMT, annais@torun.pdi.net (Anna) wrote:

 

>"J.M." <jerzym@newsguy.com> wrote:

 

>[sodomia wycieta]

 

>Prosze nie podsylac mi takiej ohydy.:-(

>Jesli odczuwa Pan potrzebe, aby jakiejs kobiecie to czy tamto

>podsylac  - prosze sobie poszukac kogos, kto podziela > panskie upodobania. Ja ich nie podzielam.

 

 

biedne maleństwo, Pani Anno...

® © Mirosław Krupiński  

 

biedne dziecię, od cycka oderwane wcześnie,

wciąż w konwulsjach przeżywa krzywdę uczynioną,

we dnie płacze, po nocach cycek widzi we śnie

i choć stary i głupi - wrócić chce na łono...

 

ssać próbował już krowę, kozę i królika,

odrzucany kolejno (zęby ma jak strzyga),

kiedyś w czarnej rozpaczy dopadł nawet byka

co - jak Freud już wyjaśniał - wspomnieniem mu miga...

 

od tej pory wspomnienie kolejnym nawrotem

prawie co dzień doń wraca, w wizję sie układa,

co - jak Freud już wyjaśniał - maskuje ochotę

i złudzenie że każdy coś mu w usta wkłada...

 

więc nie bądźcie wciąż anty, pocałujcie w czółko,

bacząc pilnie by dziecię nie odgryzło nosa,

przekonajcie:  - nie każdy jest brzydkim Gomułką;

ten Wasz czyn miłosierny nagrodzą niebiosa

i gdy dziecko rakiety już na Was odpali

- wprost do nieba pójdziecie, boście go kochali......

 

 

 

flądra w sosie senatorskim …

® © Mirosław Krupiński  

                          

odkąd kuchnia w Magdalence wzięła w ręce losy Polski,

specjalnością jest tej kuchni flądra w sosie senatorskim…

jej składnikiem podstawowym, jak w kucharskiej książce stoi,

jest dorodna flądra płaska, co deptania się nie boi…

 

szefa kuchni tajemnicą naszej flądry jest rodowód:

- mogła wczoraj byc łososiem, co uprawiał harce, skoki,

ale teraz, w tej potrawie, by byc flądra ma swój powód

- wie, jak każda inna flądra  - najważniejsze dziś są boki…

 

płaskim brzusiem dna sie przyssie, by się z miejsca nie dać ruszyć,

nie wychyli się, nie błyśnie, by nie zdradzić że wciąż żyje…

jeśli trzeba skryć się w piasku – będzie w piasku się komuszyć

i na wierzchu mając oczy w piasku resztę całą skryje…

 

i tak leży, dni, miesiące, zapadając w sen głęboki

i pomysłów ma tysiące jak utłuścić swoje boki…

obudzona by głosować zgodnym gestem ogon wznosi

i by znów się w piasku schować, w piasku brzusiem się kokosi…

 

aby rosnąc i się tłuścić i jedzenia mieć do woli,

puści się z kim ma sie puścić, z wielorybem poswawoli

i wciupciana w piasek nosem, ale za to w jego łaskach,

w senatorskim tonie sosie, śniąc o sławie i oklaskach…

 

mając brzusia pół hektara, nikt pod który nie zagląda,

dla korzyści skryć się stara pod tym brzusiem, jak to flądra,

rożne stwory, pasożyty, węże, kleszcze i pijawki,

co odpłacić się potrafią za ukryte  pod nim sprawki…

 

* * *

 

co lat cztery - z piasku wstanie, rząd mendali sobie przypnie

i flądrować mając w planie, ku wyborcom znów się wypnie,

prezentując swe zasługi, ex rodowód, lewy… długi…

stemple i błogosławieństwa, ślady gwałtów i męczeństwa…

załka, że jest walczyć skorą - więc wyborcy znów wybiorą…

bo wszak jest specjałem polskim –  flądrą w sosie senatorskim …

 

 

to wszystko dla Was…

® © Mirosław Krupiński  

          

Słońce, huragan, czy plucha - siedzę przed swoim urzędem.

Gdy tłum wyborców posłucha - to wiecznie siedzieć tu będę.

Taka posada, jak wiecie, to rożnych zalet ma szereg;

- mogę pojeździć po świecie, na drutach zrobić sweterek,

mogę tu przysnąć, poczytać, wczorajszych wrogów miłować...

Więcej mnie proszę nie pytać - bo zaraz muszę głosować!

 

Co za pytanie „ - na kogo !?" - przestańcie męczyć niebogę!

Wszak kiedy drzemię tu błogo - wszystkiego wiedzieć nie mogę.

W mej wiecznej trosce o ludzi, nawet tych z brakiem kultury,

muszę się w porę obudzić i rękę podnieść do góry!

Na co lub kogo głosuję - wie ten co płaci mi pensję,

a więc przestańcie marudzić, wyrażać jakieś pretensje...

 

Dobra - a teraz wynocha. Wiecznie nie mogę pracować!

Wy nie musicie mnie kochać! Wy macie na mnie głosować!!!

 

 

Tajemnice Pegazowej stajenki

® © Mirosław Krupiński  

            

Australijski busz już drzemie

zacierając wokół wszystko,

mrok stopniowo swoim cieniem

kryje żłoby i klepisko...

 

Pegaz liczy swe złotówki,

sybaryty wiodąc życie,

kielich owsa, hmmm...  żytniówki,

trzyma w łapie, hmmm... w kopycie...

wtem przez stajni ciemne wrota,

tych z napisem „nur fur Pegaz”,

zostawiając ślady błota,

Pyzolowa z Malcem wbiega

i wśród pieluch i uciechy

Pegazowe liczą  grzechy:

 

- że jest czarny jak SS,

- że rasowy także jest,

- że kopyta ma podkute,

- że kopyto też jest butem,

- że ma zęby...  tego... żercy,

- nie obcięty..   hmmm...  mu sterczy...

- że jak Adolf czesze grzywę,

- że jest anty i złośliwiec,

- że alibi ma coś słabe,

- że z pewnoscią jest Arabem,

- że podszeptów wrogich słucha,

- że pluł owsem na Malucha,

- że, gdy pana jego wola,

rży złośliwie na Pyzola...

 

Malec mruczy: - „straszne zwierzę”...

Po kryjomu w buzię bierze

- i tak będzie na „sąsiada”,

że mu toto w buzię wkłada...

a Pyzówna w swym zapale

nie dostrzega tego wcale...

Bo w jej walce z „anty” dziczą

grzechy malców się nie liczą

i w myśl zasad w takiej walce

- ofiarami zawsze malce...

 

Cala noc się para trudzi,

a gdy wczesny świt się budzi

zasypiają w kącie głucho

pachnąc koniem i pieluchą...

 

Potem dają sobie buzi,

bo dorośli są i duzi

i by czuć się jeszcze lepiej

- striptiz robią nam na ściepie,

przekonując wszystkich wokół,

że ten malec to jest sokół

i w dodatku prawie święty...

Chociaż - trochę oberżnięty.

 

(to nie rasizm - chodzą słuchy

że znów narżnął  do pieluchy.)

 

 

ot wyrodek... 

                   ® © Mirosław Krupiński  

          

Walnął premier z grubej rury

i we „wrogów” trafił środek

- bo ministra trafił, który

nie chciał słuchać - ot wyrodek !

 

Rząd pan premier trzyma w ręce,

bo mu przecież waaaaaadzę dano

aby szwindla w Magdalence

strzegł, jak wtedy podpisano...

 

Bo bez tego wszystko pada

i choć Adaś wrogów chwali

Czesio może zacząć gadać:

- archiwami sie pochwali,

  

- po podpisy w aktach sięgnie,

- delegacje - te do „S”

i - nazwijmy to oględnie

- odgrzebany będzie pies...

 

- każdy podpis, każda ksywa,

- każdy przekaz  z Tel Aviva,

- wszystkie „kursy Wallenroda”,

- szmal przepadnie i nagroda,

- wymkną sie spod tyłka stołki,

- naród krzyknie „won matołki”,

- a że Polska ciągle słaba

zechce wodza mieć Araba...

A ten Arab to, zaraza,

moze kumplem być Pegaza...

         

- Jaruzelski wezwie ZOMO,

ZOMO będzie... hmmm.. wiadomo...

- Czesio zacznie strzelać znów

do wczorajszych świętych krów

co dostawszy wolna rękę

przechrzaniły Magdalenkę

i miast „wroga” chronić d..y

swoich dają wziąć do ciupy...

 

  *  *  *

 

Więc ministra, co wciąż żyje,

w cement wsadzić trza po szyję,

i na Wisły spuścić dno

by naprawić wszelkie zło...

 

A samemu? - Cóż  u czarta?

- przecie został tylko kwartał,

a więc jakoś to przeżyje,

choć obroża dusi szyję,

choć właściciel czasem kopie...

lecz za kwartał w Europie,

tej już wspólnej, dla wybranych,

będzie można lizać rany,

pensję brać i zgodę dawać,

Polskę z dala wyprzedawać…

 

Bo choć Polska da mu kopa

- to przytuli Europa...i uczyni swoim posłem,

no i szefem „Drang Nach Osten"...