ZBIÓR ZNAROWIONEGO PEGAZA:  Z-9

 

 

 

okropna pomyłka

® © Mirosław Krupiński

 

Pewna krowa wlazła w szkodę

- i zaczęła - Wójt rzekł - broić.

- Więc za karę i w nagrodę

pokrzywdzony ma ją doić...

 

A że Wicek smakosz mleka

i śmietankę chętnie pija,

- ciężka praca krowę czeka...

Wicek wiadrem już wywija...

 

Zmrok nad wioską już zapada

i dość ciemno jest w oborze.

Światła nie ma. - Trudna rada,

choć po ciemku doić gorzej...

 

Nagle ryk w oborze słychać

i z obory Wicek goni,

lecz miast mlekiem wokół prychać

puste wiadro ma wciąż w dłoni...

 

- Uś! - Ta krowa ma felera!

- w glosie Wicka strach brzmi szczery:

- Jeden cycek ma, cholera,

a powinna mieć ich cztery!

 

Wicek z żalu spać nie może:

- Zafajdana Wicka dola!

- Bo po ciemku w tej oborze

zaczął doić Wójta Ola,

któren (bywa u człowieka)

tyż miał smak na kwartę mleka.

 

 

 

 

cena 

® © Mirosław Krupiński  

     

W Polszcze, prawem co słynie, co ze Wschoda przyszło,

blady strach na dostojnych głowach włosy jeży

cień topora i pniaka między Odrą, Wisłą…

Ścięty jeden Minister, Prezes plackiem leży

zapewniając Premiera i Starszych Mniejszości,

że choć trochę się jąkał – myślał jak należy

i przez myśl mu nie przeszło by bronić polskości…

 

Że na marne nie poszła dlań żadna nauka

męczenników czerwonych o śnieżystej bieli,

przekazana ustami Mistrza Frasyniuka

ktoren wiernie powtarza, co oni rzec chcieli…

 

Że gdy Marzec przemijał w bohaterskich czynach

on weń także sie włączył i władzy przyłożył

- co nie dała mu czytać ksiąg Solzenicyna

(pięc lat całe nim tenże owe księgi stworzył)…

 

No i teraz, po nocach wytężonej pracy,

świadom zbrodni ogromu co nad światem ciąży,

on przyznaje: – te zbrodnie - to wszystko Polacy…

I boleje, że wcześniej tak przyznać nie zdążył…

 

I dziękuje, że Ojciec tej zbrodniczej nacji

co sąsiadów zgładziła wbrew Hitlera woli,

Pan Prezydent, co Ojcem Polskiej Demokracji,

w czasie spotkań inaczej myśleć nie pozwolił…

Bo by zbłądził zapewne – jak minister ścięty,

A tak - zbłądzić nie zdążył i jest nadal święty…

 

I jedyne co zgrzeszyl, za podszeptem dziczy

- Ministrowi pozwolił by ofiary liczył…

- A ta liczba, od Grossa, to wszak liczba swięta…

Więc zapłacił Minister. Jego głowa scięta…

 

*   *   *

 

I tak w Kraju co prawem i co prawdą stoi,

gdzie ministrów ścinają za uczciwą pracę,

ten przeżyje nietknięty co się prawdy boi

- więc przeżyją oszuści, przekupni, krętacze,

co - by własnej kariery nie wypuścić z ręki,

będą kręcić jak każą…  W duchu Magdalenki.

 

 

idą zmiany

® © Mirosław Krupiński  

 

Polska znowu na zakręcie

swej historii  - co sie jąka…

W rządzie się zaczyna rżnięcie…

Lady Macbet duch się błąka

po krużgankach Sejmu nocą

i Caprichos jakieś psocą…                                                        

Przesunięcia i roszady…

Helikopter ściga promy,

by przechwycić owoc zdrady

ministrowi ukradziony…

 

Wprawdzie jeszcze krew nie chlapie

na ulicę z Sejmu schodów,

lecz siekierę wódz  ma w łapie…

I list  pisze.  Do narodu:

 

- że zakończyć trzeba waśnie,

- demokracja to jest zbrodnia,

- czas najwyższy nadszedł właśnie

by nastała znów przewodnia!

 

że przewodniej są filarem:

- Pan Prezydent i rodzina,

- komunisty byłe stare,

- mniejszosciowce od Lenina

duch którego wciąż sie wznosi,

- Walterowcy,  Komandosi,

- tych od KORa grupa spora

co  wrogamy  byli wczoraj

i czekali od lat wielu,

by ich dziś w tym użyć celu…

 

Czesio Kiszczak już się zużył

- choć Michników trzymał w ryzach,

na spoczynek więc zasłużył

- niech sumienie go zagryza…

 

Jaruzelski – do wypchania,

by w muzeum  kurze zbierał

i uwiecznił sie w kulturze

jako polskich wron general…

 

*  *  *

 

I niech naród cały czuje,

by tradycja trwała żywa,

że o wszystkim decyduje

Ober-Senat z Telaviva…           

 

A jak słuchać nie zechcecie

- znów sie skończy na Dekrecie…

                 

                  (takim jak ten z 13 Grudnia 81)

 

 

Potop III

® © Mirosław Krupiński  

            

Znowu powódź w PRLu,

choć nie leją żadne deszcze…

W mętnej toni tonie wielu

i się wznosi poziom jeszcze…

 

Rozbitkowie się trzymają

na spadzistym Sejmu dachu,

lecz żywności już nie mają

- więc nadzieja cała w Kwachu

 

Nie – to nie to że ich zbawi

prosząc niebo o odpusty…

To Bóg dobry cud już sprawił:

każdy głodny – a Kwach tłusty…

 

Gdy powodzi spadnie fala,

na sejmowym stromym dachu

będzie można widzieć z dala

kości kilka – to po Kwachu…

 

*    *    *

 

Wizję taką mając w planie

śle lud modły ku niebiosom:

- „ ześlij na nas powódź Panie

i apetyt dobry posłom”…

 

 

 

szczęki IV

® © Mirosław Krupiński  

       

Są rekiny w Ocenie,

które jedzą z mojej ręki

i z wdzięczności mają w planie

w słusznej sprawie użyć szczęki…

 

Ich nie trapią brzucha bóle,

trawią wszystko bez problemu…

Dziś o Kwachu myślą czule,

uśmiechając się ku niemu…

Z telewizji już go znają…

Więc czekają… I mlaskają…

 

*  *  *

 

A Polacy obserwują,

zacierając skrycie dłonie.

Nowy sztandar już planują

- White Pointera - też w koronie…

 

 

 

pokrewieństwo dusz

® © Mirosław Krupiński  

                 

Pastuch, zwykle co Bysia wlókł za kółko w nosie,

wywołując zachwyty  za pasterstwo swoje,

chciał tą samą metodą poprowadzić prosię

tak niesforne, że ciągłe musiał toczyć boje...

 

A że chłop byl ambitny, nie chciał dzielić z nikiem

swoich zasług pasterskich - bo wszak byk go słucha...

Całą wioskę zaskoczył niezwykłym wynikiem:

- wszyscy patrzą jak prosię dziś wiedzie pastucha...

 

*    *    *

 

Morał: - gdy chcesz swej wioski wzbudzić podziw szczery

nie wystarczy wlec bysia co ma kółko w nosie;

jeśli nazbyt się lubi prosięcia maniery

- pastuch chrumkać zaczyna, a pastuszyc prosię...

 

I nie trzeba dla wioski czasu nazbyt wiele

by zrozumieć że świnka i że pastuś wsiowy

w gruncie rzeczy serdeczni z dawna przyjaciele

- wspólne mają poglądy i wspólne narowy...

 

i ze instynkt przemożny za serca ich chwyta,

by prowadzić ich wspólnie w kierunku koryta...

 

 

 

wilcze stado

® © Mirosław Krupiński  

                          

od wieczorów, co mrokiem otulają Ziemię,

aż po świtu promienie co noc czynią bladą,

setką ścieżek, co kręte, krąży wilcze plemię

grożąc śmiercią ofiarom i szkodą sąsiadom…

 

niczym dzisiaj odległość i granice niczym

w dobie fal, satelitów i netu bez granic.

wilk nie musi sie zdradzać dziś wyciem zwodniczym

więc pułapki i paści nie są zdatne na nic…

 

tak więc wycie bezgłośne krąży bez ustanku,

nie słyszalne dla ucha wilczych ofiar - żeru

i dociera do wilków – tych w szpitalu, w banku,

w rządzie, w sądzie, w gazecie, czy do tych u steru

 

i bieleją dziś kości po Świecie rozsiane,

ślady wilczej biesiady, tknięte zemstą wilczą,

a ofiary w większości zostają nieznane,

bo ofiary nie żyją, a świadkowie milczą…

 

bo regułą się stało, która rządzi Światem,

że kto wilka nie chwali, nie karmi, nie głaszcze

antywilkiem jest zwanym, a co idzie za tym,

zasługuje na karę, czyli wilczą paszczę…

 

***

 

i zapewne potrzeba ofiar jeszcze wiele

by na oczy Świat przejrzał, uznał faktów kilka…

by w zgładzonych oszczerstwem, kredytem, skalpelem,

mogl rozpoznać ofiary świętej krowy – wilka…

 

 

 

od wahadełka…

® © Mirosław Krupiński  

 

niby ćma wokół świecy, która skrzydła pali,

we mgle słodkiej hipnozy co rozum zaćmiewa,

gonię miraż – raz  bliski, raz niknący w dali…

strach że zniknie w tej dali mą duszę omdlewa…

 

precz rozsądek, precz lustra co mnie zwykłą czynią,

podejrzenia co rozum mi szeptem zaleca…

w tym szaleństwie chce nimfą być… wieczną boginią…

byc niepomną oszustwa i że pali świeca…

 

cóż, że szał mój przeminie w bezskrzydłym popiele

co zmieszany ze łzami wosku co skamieniał

- wszak spłonęłam na duszy szczęśliwa… na ciele…

dzięki niemu… co odszedł,  bez serca… sumienia…

 

i nie będę z zaświatów jęczeć ni się żalić…

bo wszak spłonąć  - ćmy losem… prawem świecy - palić…

 

         

                                                                 

z życia ćmów

® © Mirosław Krupiński  

       

ćma swych skrzydeł pożary kocha tak dalece,

że gdy świeca stopniała we łzach wosku tonie,

nową, lotem kuszącym, atakuje święcę

aby sprawdzić rzetelnie która lepiej płonie...

po czym czarnym welonem otula oblicze

i porzuca stopione, znajdujac gromnicę…

 

 

Echa wiersza: zawsze wiedzialam, ze jak sie zamkne w sobie, to mam swiety spokoj, praca, praca, to jedno sie oplaca... ile razy wyjde na swiat (a ograniczam te wyjscia) to zaraz musi cos  na styku "samotnia"-"swiat" glupio i bolesnie zaiskrzyc i zawsze konczy sie sie dochodzeniem do tego samego wniosku: mowilam ci, siedz cicho, a ciebie znow podkusilo wyjrzec przez okno na ten swiat, co znow mnie walnal przez plecy jak bat...  i niniejszym  wracam w zacisze skorupki....

 

krolowa cmow

 

 

 

szalenstwo ostrygi

® © Mirosław Krupiński  

              

raz Ostryga, Ćmy krewna, żyjąca w błękicie

oceanu, co chroniąc ukrywał jej życie,

zapragnęła szaleństwa, publiki, splendoru…

opuściła więc muszlę pewnego wieczoru

 

i ubrana w swe perły, co jej życia plonem,

wśród korale ruszyła z zamiarem szalonem

by się stracić w uciechach szampańsko, zupełnie…

jednym słowem – rzuciła swą muszlę - pustelnię….

 

kiedy słońca promienie tropikalny ranek

na błękicie zapalił oświetlając tonie,

na dna piasku wciąż lśniły perły rozsypane…

lecz ostryga zniknęła, wraz z pamięcią o niej…

 

a jedynym wspomnieniem tłustego catfisha,

ktoren nie mogl uwierzyć w ten prezent nieznany,

(o ostrydze bez muszli przenigdy nie słyszał)

smak pozostal ostrygi  i ząb wyłamany

 

                                              …na perle J

 

 

 

 

z historii Żabolandu

® © Mirosław Krupiński  

 

Kiedyś Ropuch czerwony zdołał wszystkich wzruszyć:

- reprymendą zrażony jął antyropuszyć,

fikać rożne koziołki, na stołki się wspinać,

i na Ropuch Komitet tłusty zad wypinać…

 

Dostał klapsa po zadku, po ojcowsku, lekko

bo wszak wspólne bagienko było ich kolebką,

i z tym śladem męczeństwa, co musnęło skórę,

po dwóch rożnych drabinach zaczął pełznąć w górę…

 

Zagraniczne ropuchy sypnęły mu groszem,

do przeróżnych sadzawek miał masę zaproszeń,

gdzie był antyczerwonym , jak to zaczął głosić…

a gdy wracał – szedł siedzieć. Bo łatwiej donosić…

w kiciu mając państwowy wikt i opierunek,

- nie potrzeba z donosem iść na posterunek…

 

Pewnie wolno, z talentem, sprawozdania pisał:

- co zobaczył, wypytał, podszepnął, usłyszał…

Wydojony do sucha i instrukcji świadom

czekał w mamrze spokojnie, aż go znów wyjadą…

 

Przy okazji kontaktów miał masę szalonych:

żabich, mysich, czerwonych i antyczerwonych,

dziergał zdrady kaftanik, bo pamiętać musiał,

że czerwonym jest zawsze ten kto raz skomusiał

i - jak kiedyś  druh Żaboń po mentorsku radził

- zdradzić zawsze jest łatwo, gdy ktoś raz już zdradził.

 

Perswadował kijankom co wolno a co nie

by od ropuch nie dostać po wątłym ogonie,

co jest cacy dla waaadzy i u swoich koszer,

a co może zaszkodzić gdy trafi do dossier…

 

W końcu taki bałagan w swych zasługach stworzył,

że świat z góry był pewien że to on założył

„Kijankowość” –  tą której powstawać odradzał,

że on nowe budował (kiedy on je zdradzał),

że narodu byl wieszczem, wodzem i sumieniem,

kiedy sobie i swoim napychał kieszenie…

 

Czasem miewał zachwiania gdy sie kryzys zbliżał,

więc się miotał od sierpa i młota do krzyża,

przed ołtarzem mu obcym leżał wtedy plackiem,

prawie mszę tam odprawiał (wraz z Żaboniem Jackiem),

ale potem, gdy los się mu znowu odmienił,

wiał od wody święconej i znów się czerwienił…

 

I tak został  pomnikiem, Brązowym Ropuchem,

dawnych ropuch czerwonych wybawcą i uchem,

poprawności obrońcą, wspólnoty podnietą,

wyborczosci sternikiem (ze swoją Gazetą),

piewcą zasług sąsiadów (tych przy apetycie),

ich wdzięczności odbiorcą (co ułatwia życie),

Michiganu wybrańcem, gdzie mu wszyto cnotę,

zbawcą Czesia (co milczy – a więc płaci zlotem),

 

prezydenta podporą i bratem po mycce,

pośrednikiem, żyrantem przy każdej pożyczce

wspierającej przekonań poprawność i wolę

i wyrocznią co trzeba odnaleźć w stodole…

 

* * *

 

I tak lata mijały, aż pewnego rana

ujrzał symbol wsi polskiej – polskiego bociana…

i już wiedział biedaczek co zaraz go spotka…

Bociek zeżarł Ropucha, przyniósł noworodka,

co potomkiem Prapiasta był z myśli, z wyglądu

i położył tym koniec latom żabich rządów…

 

 

 

 

podrzutek odrzutek

          

gdzie bielinek kapustnik nad głąbem polata,

słychać łkanie żałosne, pupcia lśni czerwona,

na wygnanie i nędze zabiera go tata,

gdzie z miłości wzgardzonej będzie maluch konał...

 

i dziś krąży po świecie, eks-kapustnik, zombie,

pełen wspomnień żałosnych cyca co zabrano,

każda noc sen podsuwa - a więc śni o głąbie,

łan kapusty rodzinnej wspomina co rano...

 

a że sny  dokuczają, a że dni tak puste,

że wątroba się kwasi krzywdą urojoną,

daje upust swym żalom plując na kapustę,

w której, nim go wygnano, wszak go znaleziono...

 

i swym życiem przegranym nowy mit nam utka

- równiejszego od równych, wygnańca – podrzutka.

 

 

 

znieczulica

® © Mirosław Krupiński  

 

Pewien jamnik, po biciu za zmoczony dywan,

wlazł pod szafę, bo niski -  gdzie dotąd się skrywa.

Tak tygodnie mijają, miesiące i lata ,

ciężar winy i szafa jamnika przygniata,

lecz niepewny pęcherza i reakcji swoich

wyjść spod szafy na dywan spowrotem się boi...

 

A więc siedzi pod szafą i wyciąga szyję

by zobaczyć kto przyszedł i rozmawia o czym,    

czasem zdzierżyć nie może - więc cicho zawyje

i w odruchu jamniczym kąt pod szafą moczy...

 

I choć żyje w ukryciu, nie gryzie się z nikiem,

goście krzywią się ciągle, chociaż milczą grzecznie,

bo spod szafy, tej w kącie, wciąż cuchnie jamnikiem...

Cóż, skubaniec, ukryty, wciąż sika.  Bezpiecznie...

 

*  *  *

 

O!  Usłyszał że o nim!  - Co za rzadka frajda...

Pewnie wyjdzie spod szafy kiedy nocy głusza

i w ciemności odważnie na dywan nafajda,

aby racji swych bronić, które Świat narusza...

 

I nie pojmie, że Światu jego protest wisi,

bo zbyt długo świat patrzył jak on się jamnisi...

I nie wrócą już czasy gdy winą dywana

były jęki jamnisia i cuchnąca plama :)

 

 

 

Machiavelli to małe piwo…

® © Mirosław Krupiński  

 

poszła Ćmicja na policję, jeżąc grzywę,

że ten Oleś straszy Ćmicję Telaviwem,

a w dodatku wiedzie wojnę podjazdową,

napuszczając na E. Ćmównę jej szefową…

 

a ten Oleś to niewinny – tylko pyta

czy Krupinski kołki ciosa na Semitach,

co przeszkadza Olesiowi robić kanty,

bo jak robić gdy na ręce patrzą anty,

a on musi odpracować paszport w ręce

co mu dali po geschefcie w Magdalence…

 

ten paszporcizm, Ćmicja twierdzi, stąd wynika

że postawił nieopatrznie na Michnika,

ktoren wybór mu podsunął w swej Gazecie

(a gdzie Polska ma ten wybór – sami wiecie)…

 

policjanci  teraz smutni i zmartwieni

bo ich także już ten Aviw ma w kieszeni…

lecz niesłusznie  policjanty mają boja

bo wahadło jasno mówi    Ćmicja swoja

 

- kiedy ciemno i już wilki wyją w lesie

wraz z szefowa naradzają się z Olesiem

jak ukrócić Krupiniaka by nie broił

i by w Polsce spać spokojnie mogli swoi

 

cóż… sen znowu dzisiaj miałem blisko rana:

- plan się rypnie, dzięki skórce od banana,

która anty podrzucili w Olka bramie

i na której cała trójka nogę złamie…

 

o czym potem, jak juz gminna plotka niesie,

wywiad będzie z  M. Krupinskim.  W SBSie L…..

 

 

 

 

okiem Kassandry

® © Mirosław Krupiński  

 

Adaś czoło zmęczone na dłoni opiera,

Drugi kur już za oknem wita ranek mglisty…

Spać by trzeba, lecz jakże tutaj spać, cholera!

Gdy z Pceta, z Australii, ciągle lecą listy…

 

Pani Anna, wyborczo co Sydneyem rządzi

SBSu wędzidłem powożąc Polonią,

właśnie list wystukała, że z objawów sądząc

uprząż z ręki jej wydrą… do Polski pogonią…

A w tej Polsce to zimno, wilki w lesie wyją;

jak jej rola sie wyda – to zapłaci szyją…

 

Równie mroźnym powiewem z listów Ola niesie:

- jakiś kryzys w Centrali, plajtują Olesie,

powódź wierszy w Australii całkiem nie po myśli

- pewnie lepiej by było gdyby swoje  przyśli

i Krupińskich pod murem ustawiając w rządek

raz na zawsze z wierszamy zrobili porządek…

 

Nie pomogły porady, wyrzuty, podsłuchy…

Ciągle koleś Olesia na Michników głuchy,

znanej prawdy wyborczość bezwstydnie odrzuca

i tym samym plan swoich rozmyślnie zakłóca…

 

Jak nie kula - to chociaż niech jakiś paragraf

na skubańca się znajdzie, niech ktoś proces nagra,

parę latek mu wrzuci, jakąś trutkę poda,

może ktoś go udusi (wysoka nagroda),

lub co najmniej, by klęskę odsunąć totalną

niech go jakimś podatkiem albo cegłą walną…

 

*  *  *

 

Adaś czoło zmęczone na dłoni opiera;

- „może lepiej pakować pierzyny, cholera,

i nad Morze Czerwone na wycieczkę ruszyć,

gdzieś w kibucu się zaszyć, czy w pustyni głuszy,

potem zmylić pogonie i zmienić nazwisko

by choć życie zachować, gdy przepada wszystko…

 

Na nic Ola i Anny zagraniczny zapał,

- w proch padają ołtarze skąd ordery kapią,

pewnie także wiać muszą by ich nikt nie złapał…

No cóż, trudno, pies drapał…  jak złapią to złapią…

 

 

 

 

maus story

® © Mirosław Krupiński

 

Raz myszy wiec zwołały

- bo naszła je ochota

by, gdy Świat patrzy cały,

popędzić kotu kota…

 

A że ten kot niecnota

pazury wciąż ma dzisiaj

- by w ryzach trzymać kota

najęły myszki Brysia…

 

Zjechały tłumy gości 

ze wszystkich zwierząt nacji,

by się na koty złościć

co wrogiem demokracji…

                                 

zwołano media wszelkie

i radio i TiVi

by święcić święto wielkie

gdy wskażą kotu drzwi….

 

Zaczęło się wspaniale

- o pieskach na łańcuchu;

wytknięto kto je wiązał

i dano mu do słuchu…

 

I wielkie było święto

i wszystko było jasne,

do czasu aż  zaczęto

im liczyć grzechy własne…

 

wytknięto im ich grzechy,

wytknięto mysie rządy,

wytknięto ofiar krocie

(w tym świnki i wielbłądy)

                     

i w księgach wiecu zgodnie       

(co kota miało dobić)…

spisano myszy zbrodnie

- by radzić co z tym zrobić…

 

Wrzask mysi chmurą wisi

co sięga dziś do gwiazd:

- że zjazd jest anty-mysi

- że czass opuścić zjazd…

 

Więc mysie razem z Brysiem

trzasnęły głośno drzwiami

czas reszcie dając myśleć

co zrobić z wielbłądami…

 

*  *  *

 

W Michiganie mają w planie

celebrować to spotkanie

gdy już dosyc minie długo

aby zbrodnie zwać zasługą…

Wtedy świat usłyszy może

- że wielbłądy jedzą zboże

które wsiewa w żyzną ziemię

pokrzywdzonych myszy plemię…

- że najbardziej myszy złości

nadmiar w niej wielbłądzich kości…

 

 

 

propozycja

® © Mirosław Krupiński  

 

Ciężka w Polsce idzie zima,

na Wyborczą chętnych ni ma…

A więc - zwroty i kłopoty…

Nie docenia nikt roboty,

którą Adaś musiał włożyć

by okrągły stół wyłożyć:

 

- że nie szwindel, ani zdrada,

- że popierać go wypada,

- że ten Czesio, co to strzelał,

to komunizm tym wybielał,

i że  Wojtuś, ten od Wrony,

to patriota dowiedziony,

ktoren na złość tym znad Wołgi

użył w Polsce polskie czołgi…

 

W Michiganie zamieszanie

- wielka gala była w planie,

że to Adaś „S” założył,

a tu twierdzą że… rozłożył…

- UW poparł, która znikła,

- w sojusz z Czesiem się uwikłał,

- po kryjomu knuł coś z Grossem,

- na Herberta kręcił nosem,

i choć w Polsce się rozgościł

kochał tylko,  hmm...  mniejszości…

 

Po wyborach, kazdy wie,

cmoknął w pupcię SLD…

 

Może więc rozważyć pora:

Polska właśnie po wyborach,

i czerwoni święcą święto…

Ich wspólników w pień wycięto,

(choć dwanaście lat po czasie)…

Nie czas rozwieść się Adasiem??

 

Więc Polacy – do roboty,

wszak się przyda każdy złoty

oszczędzony na Gazecie

Tylu biednych jest na świecie,

cienko przędzie Polska nasza…

Po co łożyć na Adasia?…

 

Wiem że Polska ciężko chora,

że ma śpiączkę elektorat…

Lecz kto śpi  - nie czyta Gazet

Wiec pośpijmy z roczek razem…

 

Najpierw gromy zaczną błyskać,

G. nam zaczną darmo wciskać,

potem będą płacić – bierzcie,

lecz uwierzcie i wybierzcie…

Aby w końcu czarnoliścić

żeście anty Gazecisci

 

A my nic… my śpimy świetnie…

Sny się śnią nam czteroletnie…

Gdy nas w końcu zbudzą dzwony

Świat ujrzymy odmieniony :

- bez Wyborczych i Adasi ,

- nie ma swoich – wokół nasi

- SLD wyszczuto psami…

I jesteśmy w Polsce sami !

 

*  *  *

 

Więc - ze snu się otrząśniemy,

wszyscy wybrać się pójdziemy

i zaczniemy, wreszcie my,

sprzed ćwierć wieku wdrażać sny.

 

 

obfajdywacz vulgaris

® © Mirosław Krupiński  

 

gdy łowienie ryb mnie znudzi,

lub swą morską tracę krzepę

- aby znów zobaczyć ludzi

czasem zajrzę tu, na Ściepę...

tu sie Świata losy warzą*,

tu dosypać można przypraw,

wiec choć czasem wszy obłażą

(to jest Ściepy strona przykra),

warto zajrzeć tu na Ściepę

by sie Światu przyjrzeć lepiej...

 

zostać długo tu nie sposób,

więc nie wszyscy tu wytrwają

- fakt, jest wiele mądrych osób,

lecz ObBrysie zagłuszają...

 

kiedy  skrzypną drzwi wejściowe

co oznacza: - wszedł ktoś z ludzi,

ObBryś czujnie wznosi głowę,

bo ten skrzyp ObBrysia budzi...

bo ten skrzyp i Brysia głowa

to programu część Pawłowa...

 

tak więc przybysz co wszedł drzwiami

i na ścianie posting przypiął

wie już (mówiąc między nami)

co się stanie gdy drzwi skrzypią:

 

najpierw czuje śledzi zapach,

potem słychać jakieś jęki

i na kaczych czterech łapach

lezie ObBryś, szczerząc pieńki...

 

warczy, charczy, czasem stęka...

chociaż gryźć się nie sposobi,

bo już siły nie ma w pieńkach

- lecz śmierdząca kupkę robi...

 

a gdy kupka już gotowa,

nos po oczy w kupce chowa

i jęk szczescia w Brysiu wzbiera:

prawda szczera... prawda szczera...

 

cóż, wchodzących setki dziennie,

we dnie, w nocy, czasem z rana

- a wiec codzień, nieodmiennie,

Brysiem ściepa obfajdana...      

 

*  *  *

 

gdy nad ranem, Pan przyjedzie,

najpierw Brysia pałą zdzieli,

potem rzuci mu dwa śledzie,

czasem gnata przy niedzieli

i przykaże - rób tak dalej...

może kiedyś cię pochwalę...

Brysia łza na śledzie kapie,

druga spływa mu po nosie...

uciec? ugryźć? - Pan ma w łapie

broń potężną - jego dossier.

więc, choć klnie na los cholerny,

ObBryś Panu będzie wierny...

 

                        *) się warzą - gotują się, są przyrządzane

 

 

 

awans społeczny

® © Mirosław Krupiński  

                     

wielkie święto mamy dzisiaj!

- jakie święto?  - święto Brysia!

wykorzystał swoje szanse,

więc mandale ma, awanse,

zdjęcia pupci, zdjęcia twarzy...

bo Bryś wcześniej był towarzysz,

lecz że teraz jest swój chłop

- więc przed „Brysiem” ma dziś „Ob”!

 

jak w high-lifie chodzą słuchy

- ma też święto inny święty.

przedtem fajdał był w pieluchy

- dziś w Wyborczą zawinięty...

 

skąd te nagłe praso-wzloty?

oooo! - Wyborcza znów ma zwroty...

wiec limitów żadnych nie ma,

można zmieniać, tyłek suchy,

kupką pachnie każdy temat...

- to Adasie i Maluchy

zapełniają szpalty równo

produkując rzadkie ... wieści,

które cuchną miast szeleścić…

dzień za dniem tak w bólach mija

w G. darmową świat zawija

kocie kupki, kości, śledzie,

a red. Adaś zębem  zgrzyta

- zawijają! - nikt nie czyta!...

- wiadomości nikt nie śledzi,

ni unici, ni sąsiedzi...

tam się prawda grossi w pęczkach;

- tłum miast czytać ją na klęczkach

oderwany od lemiesza,

G. na gwoździu w kiblu wiesza...

                                   

*    *     *

 

cóż, choć nie ma dziś uciechy

że trafiła G. pod strzechy

- lecz zadanie spełnia swoje

- wszak trafiła do sławojek

 

 

 

pora na Nikifora

® © Mirosław Krupiński  

 

Była partia wspaniała… Partia mnogich zalet,

która swoich wspierała, no bo kogo wspierać…

Dzięki wsparciu od swoich żyło się wspaniale,

Ale motłoch sie zaparł… I przestał wybierać…

 

Profesory tam były, dzierżąc partii stery…

Przełykały pochwały, jak gęś kluchy łyka…

Te tytuły na wyrost, z „Polish News” premiery,

prezydenty niedoszłe… Lecz musiały zmykać…

 

Cóż, zamilkły fanfary… Dziś na skromność pora,

Bo te zasług ogromy dziś są bliskie zera

i te szwindle przy Stole lud wypomnieć skory

- wprawdzie głów im nie urwał, lecz przestał wybierać…

         

Senatorskie fotele przeszły koło nosa…

Kurz pokrywa portrety Kiszczaka, Sorosa…

Smętnym wyciem zawodzi fujarka Adasia…

Pustej michy dno widać… I Polska nie nasza …

 

*   *   *

 

Czas wiec zmienić sztandary! I przywódców zmienić,

by za grzech  profesora przestać się rumienić!

Klina trzeba dziś klinem! I w ten czas przegrany

- będzie partii przewodził Głąb.  Niemaskowany.

                 

:

 

więc hosanna…

® © Mirosław Krupiński  

 

kręte są historii ścieżki i historia się powtarza,

cichną już wyborców śmieszki, wieje groza…

na ulicach rzezimieszki a na wzgórzu młyn młynarza,

który miele czerwonego wory zboża …

                                                                                 

wiatr od wschodu chłodem wieje, mrożąc skórę…

kameleon kolor zmienił już trzy razy,

- u młynarza dzisiaj krzewić ma kulturę,

któż więc w młynie biezkulturzyc się odważy…

 

wtedy pewnie, po lamentach, się okaże ,

że kulturze wódz minister to za mało,

wiec zostanie w tej kulturze Generalnym Sekretarzem,

co się wtedy, w tamtym Grudniu, nie udało…

 

pusta kiesa, lecz dobrobyt wokół wszelki…

jeszcze trochę do sprzedania… tanio…  swoim…

skryptów dłużnych cała torba, ta u belki…

lud by płakał, lecz nie płacze bo się boi…

 

czerwień mąki pod czerwonym młyna dachem…

co tez będzie z owej maki? – chleb, czy gniot?

zamiast drożdży doprawiona mąka kwachem,

więc hosanna!  Polska znów nie propadiot

 

bo młynarza  to od dzisiaj przecież głowa

by porządek na podmłyniu nastał znów….

aby więcej nikt nie straszył Alganowa,

gdy Olowi zechce szepnąć parę słów…  

                                 

*    *  *

 

znów na stołkach w dyplomacji będą nasi

i porządek na wykresach wzrośnie stromo,

bo warchołom to Wyborcza  przyadasi,

jeśli przedtem nie wystarczy zwykłe zomo…

 

na uciechach i w nirwanie dni upłyną…

dopuszczalne będą uciech wsie warianty…

a sąsiedzi  będą mieszać… hm… popioły z heroiną ,

i sprzedawać…  kto ich spłoszy – będzie anty !

 

 

szymboryzmy Pegaza

® © Mirosław Krupiński  

 

dedykacja wstępna

                                 

Demokracji Krynico!  Przesławny Magistrze,

co w socjalizm nas wiedziesz Prawdy wąską groblą,

setką rymów płomiennych chwałę Twą opiszę,

abym, łaski Twej godzien, przedarł się ku Noblom

 

chociem niecnym swym piórem zaplątał się w grzechy

gdym czerwieni Twej blaski rymów plamił pawiem,

gdy mi Nobla obiecasz, dasz dotrzeć po strzechy

- ja potomnym Twą postać na wieki rozsławię…

 

będziesz jeździł rydwanem, ktoren sypie iskry

jak wyborcom niektórzy kłamstwa wymyślone…

ja Rydwanu Ci nadam tytuł Maszynisty,

a gdy rzekną: - fałszywy – wezmę Cię w obronę!

                                 

czy u wrót Belwederu, czy sławojki skobla,

będę czci Twojej bronił nie gorzej Urbana,

ale z większym zapałem – bo w nadziei Nobla

będę pomny – Twa sława to moja wygrana…

         

                     

ratunek

 

Polska.  Widać już z fusów i z na niebie znaków,

że dobrobyt nas czeka… swobód manna spadnie,

gdy nasz Prawie Magister, Ojciec Wsiech Polaków,

by się odbić ku górze – stopy stawia na dnie…

 

Wprawdzie dno jest bagniste i muł jak cholera

a i pełne kieszenie wypłynąć nie dają,

ale zawsze ma wyjście – stanąć na Millera

- wszak już prawie pół wieku w tym bagnie pływają…

 

 

ojcowska decyzja

 

słonko wstaje od Moskwy i promienie złote

ozłacają swym blaskiem naszej nacji chlubę,

Ojca Wszystkich Polaków, budząc w nim ochotę

do działania dla swoich, nieswoim na zgubę…

 

i gdy ranek jesienny złote sypie liście

przeplatając je wspomnień szczęśliwych czerwienią,

Ojciec Wszystkich Polaków głosi jedwabiście:

- dzieci moje są winne, niech więc się rumienią…

 

po czym, gestem Zeusa o zmarszczonym czole,

nakazuje swym dzieciom  zamknąć się w stodole,

by w pokucie za grzechy, po szczerej spowiedzi, 

jęli błagać – zapalcie zapałkę sąsiedzi,

bo choć win nie pomnimy, lecz czcząc Ojca wolę,

rozumiemy to dobrze – znowu wasza kolej…

 

 

kulturtreager

 

między Odrą a Wisłą kultura nam świta,

którą przyniósł minister co dzisiaj czerwony,

co to wczoraj byl anty, dziś krasnonajmita…

wszak kultury mistrzami są kameleony,

które tęczy barwami wędrują przez życie,

by w tych barw kamuflażu być wciąż przy korycie…

 

 

dalekowzroczność

 

 

cały naród się raduje i nadzieja w tłumie wielka,

gdy cos Polskę uratuje – to na pewno nowa belka…

słupy wznieśliśmy już wczoraj, choć wiedliśmy przy tym sprzeczkę,

ale dzisiaj – po wyborach – mamy belkę na poprzeczkę!

z Belwedera jadą fury, a na każdej kasa wielka,

już na belce wiszą sznury…  czy utrzyma kasy belka?

tylko w Olu spokój wielki, więc brzuszysko klepie tłuste,

on jest całkiem pewien belki – belka nowa, kasy puste…

niezależnie co się stanie, zagrożenie jest niewielkie,

czy się złamie czy nie złamie – zawsze można zmienić belkę…

 

najważniejsze – nie czerwona, więc nie wiele się tu straci,

będzie można lud przekonać, że poprzednich grzechy płaci…

gdy będziemy w Europie – któżby Polsce płacił długi…

belki, grzechy, się zakopie… i zostaną nam zasługi…

 

 

 

 

Szesnasty Grudnia – znów o górnikach

® © Mirosław Krupiński  

 

w zaduszkową noc, gdy spałem,

sen,  proroczy może, miałem:

Grudzień znowu był, rocznica,

smutni ludzie na ulicach,

smutne groby na cmentarzu,

szesnastego w kalendarzu,

a w gazetach,  jak co roku,

cała hańba o wyroku.

 

że zbrodniarze to znów zbawcy,

nie mordercy i oprawcy...

że już czas zapomnieć grzechy…

że to czasy grubej krechy…

że zawracać zbrodnią głowę

jest dziś anty Adasiowe…

bo Wyborcza wciąż adasi

że zbrodniarze też są nasi

 

*   *   *

cóż, musiałem się przewrócić,

bo sen zniknął, by powrócić

znów grudniowy, znów proroczy?

- na ulicach tłum się tłoczy…

większość  tłumu  na ulicy

w czerni, w piórach – to górnicy…

 

tłum górników w łapy bierze

Czesia, Wojtka i Adasia

w smołę wsadza… wsadza w pierze…

i na spacer ich zaprasza…

 

ulicami,  przez Jastrzębie,

placem przed kopalnią Wujek,

Gdańsk zaprasza ich do siebie

i Warszawa też planuje

defiladę niewiniątek…

- wokół  Ronda  na początek…

 

przed Sądami, gdzie Temida,

bo Temidzie też się przyda

by sie przyjrzeć, tak na żywo,

jak wygląda sprawiedliwość…

 

i tak idą – smołopiórce,

Przed Świętami, po Barbórce,

Szesnastego - w tę rocznicę

gdy puścili na ulice

uzbrojone swoim słowem

wojny psy.  PRLowe…

 

dwaj przynajmniej,  bo ten trzeci,

to jest kundel co gazeci…

 

kraj się cieszy rozśmieszony

i za brzuchy aż się bierze

widząc czarną smołę wrony

i gołębie na niej pierze…

 

*   *   *

miną lata… lat dekady…

zanim winni zbrodni, zdrady,

jeśli lata te przeżyją,

smołę z pierzem z siebie zmyją…

 

a ofiary, gdzieś tam w niebie,

też uśmiechną się do siebie :

- wreszcie zesłał Bóg  nagrodę…

- wskazał Polsce broń, metodę,

która zawsze Jej się przyda…

- szkoda  tylko że Temida,

która hańbę ma na czole,

też nie z nimi… w pierzu… w smole…

 

                          

 

zbrodnia świata

® © Mirosław Krupiński  

 

raz, pod płaskim kamieniem porośniętym trawką ,

pająk - redback, się spotkał z sąsiadką szczypawką...

 

- wicie kumo, rzekł redback, cuś mi się tak widzi

że ten Świat nas nie lubi, wyśmiewa i szydzi...

czas najwyższy by mocą  naszych światłych racji,

naszych myśli potęgi, samoadoracji,

Świat przekonać że bluźni, że racji nie mają

ci co nie chcą dziś przyznać że szczypawka, pająk,

to jest Świata śmietanka i wzorce urody,

przykład męstwa, mądrości, braterstwa i zgody,

znana Miss Universu i znany Adonis...

- więc wyłóżmy to Światu, jasno jak na dłoni...

 

po czym, pierwsza, szczypawka zaczęła z patosem:

- redback wzór to piękności, porośnięty włosem,

jadowity śmiertelnie gdy kogoś nie lubi...

- a szczypawka, rzekł pająk, setką nóg się chlubi,

co używa czasami na swoja obronę

pozwalając iść nogom - każdej w inną stronę,

co alibi zapewnia i ratuje życie

gdy śladami szczypawki zajmie się tropiciel...

 

i tak  roczek po roczku, co płyną strumieniem,

potok pochwał wzajemnych płynie pod kamieniem...

 

no a Świat?  Świat już dawno nie patrzy, nie słucha,

do kamienia w bagienku nie przykłada ucha,

sprawy inne, ciekawe, obserwuje co dnia...

psssst... nie mówcie szczypawce - bo to Świata zbrodnia...

 

* * *

 

nie wierzycie?  to sprawdźcie - siądźcie przy kamieniu

by szczypawki z pająkiem posłuchać w milczeniu...

zobaczycie:

                 -  że pająk,

           -szczypawka,

        - znów pająk...

od wieczora

- do ranka

   - ten  „dialog”

               - nadają...

podkręcając spiralą swej reklamy zapał...

no a  Świat? - Świat nie słucha... a więc pies ich drapał J...

 

 

 

aliens

® © Mirosław Krupiński  

 

Sami, w milionów zagubieni tłumie,

labirynt ścieżek wydeptując swoich,

krążymy...  Tłum nas nie zna, nie rozumie,

jeśli dostrzega - to pewnie się boi...

 

Sześć mamy palców, choć nie widać tego,

ukryte oko, co na wylot widzi,

duszę rogatą - co tęskni do swego...

Goście z zaświatów.  Ziemianie Hybrydzi...

 

Rentgenem wzroku poznajemy myśli,

szóstego palca dotykiem - ich plany,

wiemy o innych - jak żyją, skąd przyszli,

gdy dla nich mózg nasz ciągle jest nieznany…

 

Gdy umieramy, co i nam sie zdarza,

przyleci UFO i w Kosmos zabierze

do czarnej dziury gwiezdnego cmentarza,

gdzie wiatr kosmiczny śpiewa swe pacierze...

 

Niepełna pamięć zostanie tu po nas

i na pomnikach, co nam kiedyś wzniosą,

ziemskie pięc palców wyrzeźbią na dłoniach.

Lecz trzecie oko ukryte pod włosem

i na pomniku ciągle będzie żywe,

widząc ich czyny i myśli prawdziwe...

 

Gdy innym życiem nas Kosmos obdarzy,

by znów na Ziemi byc okiem Wszechświata,

z zapisów oka poznamy po twarzy

tych co zdradzili, co sprzedali brata,

przy tym udając, że są godni, święci...

Z nieba ich wtedy porwiemy w zaświatach

strącając w piekło zbudzonej pamięci...

 

Gdy Świat ich pozna, zrozumie głęboko,

jaka ich rola była w jego biedach,

również Ziemianom Los da trzecie oko

i Świat ponownie oszukać sie nie da…