ZBIÓR ZNAROWIONEGO PEGAZA:
Z-9
okropna pomyłka
® © Mirosław Krupiński
Pewna krowa wlazła w
szkodę
- i zaczęła - Wójt
rzekł - broić.
- Więc za karę i w
nagrodę
pokrzywdzony ma ją
doić...
A że Wicek smakosz mleka
i śmietankę chętnie
pija,
- ciężka praca krowę
czeka...
Wicek wiadrem już wywija...
Zmrok nad wioską już
zapada
i dość ciemno jest w
oborze.
Światła nie ma. - Trudna
rada,
choć po ciemku doić
gorzej...
Nagle ryk w oborze
słychać
i z obory Wicek goni,
lecz miast mlekiem wokół
prychać
puste wiadro ma wciąż w
dłoni...
- Uś! - Ta krowa ma felera!
- w glosie Wicka strach brzmi
szczery:
- Jeden cycek ma, cholera,
a powinna mieć ich cztery!
Wicek z żalu spać nie
może:
- Zafajdana Wicka dola!
- Bo po ciemku w tej oborze
zaczął doić Wójta
Ola,
któren (bywa u człowieka)
tyż miał smak na kwartę mleka.
cena
® © Mirosław
Krupiński
W Polszcze, prawem co słynie,
co ze Wschoda przyszło,
blady strach na dostojnych
głowach włosy jeży
cień topora i pniaka między Odrą,
Wisłą…
Ścięty jeden Minister, Prezes plackiem leży
zapewniając Premiera i Starszych Mniejszości,
że choć trochę się jąkał –
myślał jak należy
i przez myśl mu nie przeszło by bronić
polskości…
Że na marne nie poszła dlań żadna nauka
męczenników czerwonych o śnieżystej bieli,
przekazana ustami Mistrza Frasyniuka
ktoren wiernie powtarza, co oni rzec chcieli…
Że gdy Marzec przemijał w bohaterskich czynach
on weń także sie włączył i
władzy przyłożył
- co nie dała mu
czytać ksiąg Solzenicyna
(pięc lat całe nim tenże owe księgi
stworzył)…
No i teraz, po nocach wytężonej pracy,
świadom zbrodni ogromu co nad światem
ciąży,
on przyznaje: – te zbrodnie - to wszystko Polacy…
I boleje, że wcześniej tak przyznać nie
zdążył…
I dziękuje, że Ojciec tej zbrodniczej nacji
co sąsiadów zgładziła wbrew Hitlera woli,
Pan Prezydent, co Ojcem Polskiej Demokracji,
w czasie spotkań inaczej myśleć nie
pozwolił…
Bo by zbłądził zapewne – jak minister
ścięty,
A tak - zbłądzić nie zdążył i
jest nadal święty…
I jedyne co zgrzeszyl, za podszeptem dziczy
- Ministrowi pozwolił by ofiary liczył…
- A ta liczba, od Grossa, to wszak liczba swięta…
Więc zapłacił Minister. Jego głowa
scięta…
* * *
I tak w Kraju co prawem i co prawdą stoi,
gdzie ministrów ścinają za uczciwą
pracę,
ten przeżyje nietknięty co się prawdy boi
- więc przeżyją oszuści, przekupni,
krętacze,
co - by własnej kariery nie wypuścić z
ręki,
będą kręcić jak każą… W duchu Magdalenki.
idą zmiany
® © Mirosław
Krupiński
Polska znowu na zakręcie
swej historii - co sie jąka…
W rządzie się zaczyna rżnięcie…
Lady Macbet duch się błąka
po krużgankach Sejmu nocą
i Caprichos
jakieś psocą…
Przesunięcia i roszady…
Helikopter ściga promy,
by przechwycić owoc zdrady
ministrowi ukradziony…
Wprawdzie jeszcze krew nie chlapie
na ulicę z Sejmu schodów,
lecz siekierę wódz
ma w łapie…
I list pisze. Do narodu:
- że zakończyć trzeba waśnie,
- demokracja to jest zbrodnia,
- czas najwyższy nadszedł właśnie
by nastała znów przewodnia!
że przewodniej są
filarem:
- Pan Prezydent i rodzina,
- komunisty byłe stare,
- mniejszosciowce od Lenina
duch którego wciąż sie wznosi,
- Walterowcy,
Komandosi,
- tych od KORa grupa spora
co wrogamy
byli wczoraj
i czekali od lat wielu,
by ich dziś w tym użyć celu…
Czesio Kiszczak już się zużył
- choć Michników trzymał w ryzach,
na spoczynek więc zasłużył
- niech sumienie go zagryza…
Jaruzelski – do wypchania,
by w muzeum kurze
zbierał
i uwiecznił sie w kulturze
jako polskich wron general…
* * *
I niech naród cały czuje,
by tradycja trwała żywa,
że o wszystkim decyduje
Ober-Senat z Telaviva…
A jak słuchać nie zechcecie
- znów sie skończy na Dekrecie…
(takim jak ten z 13 Grudnia 81)
Potop III
® © Mirosław Krupiński
Znowu powódź w PRLu,
choć nie leją żadne deszcze…
W mętnej toni tonie wielu
i się wznosi poziom jeszcze…
Rozbitkowie się trzymają
na spadzistym Sejmu dachu,
lecz żywności już nie mają
- więc nadzieja cała w Kwachu
Nie – to nie to że ich zbawi
prosząc niebo o odpusty…
To Bóg dobry cud już sprawił:
każdy głodny – a Kwach tłusty…
Gdy powodzi spadnie fala,
na sejmowym stromym dachu
będzie można widzieć z dala
kości kilka – to po Kwachu…
* * *
Wizję taką mając w planie
śle lud modły ku niebiosom:
- „ ześlij na nas powódź Panie
i apetyt dobry posłom”…
szczęki IV
® © Mirosław Krupiński
Są rekiny w Ocenie,
które jedzą z mojej ręki
i z wdzięczności mają w planie
w słusznej sprawie użyć szczęki…
Ich nie trapią brzucha bóle,
trawią wszystko bez problemu…
Dziś o Kwachu myślą czule,
uśmiechając się ku niemu…
Z telewizji już go znają…
Więc czekają… I mlaskają…
* * *
A Polacy obserwują,
zacierając skrycie dłonie.
Nowy sztandar już planują
- White Pointera - też w koronie…
pokrewieństwo dusz
® © Mirosław
Krupiński
Pastuch, zwykle co Bysia wlókł za kółko w nosie,
wywołując zachwyty za pasterstwo swoje,
chciał tą samą metodą poprowadzić
prosię
tak niesforne, że ciągłe musiał
toczyć boje...
A że chłop byl ambitny, nie chciał
dzielić z nikiem
swoich zasług pasterskich - bo wszak byk go
słucha...
Całą wioskę zaskoczył niezwykłym
wynikiem:
- wszyscy patrzą jak prosię dziś wiedzie
pastucha...
* * *
Morał: - gdy chcesz swej wioski wzbudzić podziw
szczery
nie wystarczy wlec bysia co ma kółko w nosie;
jeśli nazbyt się lubi prosięcia maniery
- pastuch chrumkać zaczyna, a pastuszyc prosię...
I nie trzeba dla wioski czasu nazbyt wiele
- wspólne mają poglądy i wspólne narowy...
i ze instynkt przemożny za serca ich chwyta,
by prowadzić ich wspólnie w kierunku koryta...
wilcze stado
od wieczorów, co mrokiem otulają Ziemię,
aż po świtu promienie co noc czynią
bladą,
setką ścieżek, co kręte,
krąży wilcze plemię
grożąc śmiercią ofiarom i szkodą
sąsiadom…
niczym dzisiaj odległość i granice niczym
w dobie fal, satelitów i netu bez granic.
wilk nie musi sie zdradzać dziś wyciem zwodniczym
tak więc wycie bezgłośne krąży bez
ustanku,
nie słyszalne dla ucha wilczych ofiar - żeru
i dociera do wilków – tych w szpitalu, w banku,
w rządzie, w sądzie, w gazecie, czy do tych u steru…
i bieleją dziś kości po Świecie
rozsiane,
ślady wilczej biesiady, tknięte zemstą
wilczą,
a ofiary w większości zostają nieznane,
bo ofiary nie żyją, a świadkowie
milczą…
bo regułą się stało, która rządzi
Światem,
że kto wilka nie chwali, nie karmi, nie głaszcze
antywilkiem jest zwanym, a co idzie za tym,
zasługuje na karę, czyli wilczą paszczę…
***
i zapewne potrzeba ofiar jeszcze wiele
by na oczy Świat przejrzał, uznał faktów
kilka…
by w zgładzonych oszczerstwem, kredytem, skalpelem,
mogl rozpoznać ofiary świętej krowy – wilka…
od wahadełka…
® © Mirosław
Krupiński
niby ćma wokół świecy, która skrzydła
pali,
we mgle słodkiej hipnozy co rozum zaćmiewa,
gonię miraż – raz
bliski, raz niknący w dali…
strach że zniknie w tej dali mą duszę
omdlewa…
precz rozsądek, precz lustra co mnie zwykłą
czynią,
podejrzenia co rozum mi szeptem zaleca…
byc niepomną oszustwa i że pali świeca…
cóż, że szał mój przeminie w
bezskrzydłym popiele
co zmieszany ze łzami wosku co skamieniał
- wszak spłonęłam na duszy szczęśliwa…
na ciele…
dzięki niemu… co odszedł, bez serca… sumienia…
z życia ćmów
® © Mirosław
Krupiński
że gdy świeca stopniała we łzach wosku
tonie,
nową, lotem kuszącym, atakuje
święcę
aby sprawdzić rzetelnie która lepiej płonie...
po czym czarnym welonem otula oblicze
i porzuca stopione, znajdujac gromnicę…
Echa wiersza: zawsze
wiedzialam, ze jak sie zamkne w sobie, to mam swiety spokoj, praca, praca, to
jedno sie oplaca... ile razy wyjde na swiat (a ograniczam te wyjscia) to zaraz
musi cos na styku
"samotnia"-"swiat" glupio i bolesnie zaiskrzyc i zawsze
konczy sie sie dochodzeniem do tego samego wniosku: mowilam ci, siedz cicho, a
ciebie znow podkusilo wyjrzec przez okno na ten swiat, co znow mnie walnal
przez plecy jak bat... i niniejszym wracam w zacisze skorupki....
krolowa cmow
szalenstwo ostrygi
® © Mirosław
Krupiński
raz Ostryga, Ćmy krewna, żyjąca w
błękicie
oceanu, co chroniąc ukrywał jej życie,
zapragnęła szaleństwa, publiki, splendoru…
opuściła więc muszlę pewnego wieczoru
i ubrana w swe perły, co jej życia plonem,
by się stracić w uciechach szampańsko,
zupełnie…
jednym słowem – rzuciła swą muszlę -
pustelnię….
kiedy słońca promienie tropikalny ranek
na błękicie zapalił oświetlając
tonie,
na dna piasku wciąż lśniły perły
rozsypane…
lecz ostryga zniknęła, wraz z pamięcią
o niej…
a jedynym wspomnieniem tłustego catfisha,
(o ostrydze bez muszli przenigdy nie słyszał)
smak pozostal ostrygi
i ząb wyłamany
…na perle J…
z historii Żabolandu
® © Mirosław
Krupiński
Kiedyś Ropuch czerwony zdołał wszystkich
wzruszyć:
- reprymendą zrażony jął
antyropuszyć,
fikać rożne koziołki, na stołki
się wspinać,
i na Ropuch Komitet tłusty zad wypinać…
Dostał klapsa po zadku, po ojcowsku, lekko
i z tym śladem męczeństwa, co
musnęło skórę,
po dwóch rożnych drabinach zaczął
pełznąć w górę…
Zagraniczne ropuchy sypnęły mu groszem,
do przeróżnych sadzawek miał masę
zaproszeń,
gdzie był antyczerwonym
, jak to zaczął głosić…
a gdy wracał – szedł siedzieć. Bo
łatwiej donosić…
w kiciu mając państwowy wikt i opierunek,
- nie potrzeba z donosem iść na posterunek…
Pewnie wolno, z talentem, sprawozdania pisał:
- co zobaczył, wypytał, podszepnął,
usłyszał…
Wydojony do sucha i instrukcji świadom
czekał w mamrze spokojnie, aż go znów
wyjadą…
Przy okazji kontaktów miał masę szalonych:
żabich, mysich, czerwonych i antyczerwonych,
dziergał zdrady kaftanik, bo pamiętać
musiał,
że czerwonym jest zawsze ten kto raz skomusiał
i - jak kiedyś
druh Żaboń po mentorsku radził
- zdradzić zawsze jest łatwo, gdy ktoś raz
już zdradził.
Perswadował kijankom co wolno a co nie
by od ropuch nie dostać po wątłym ogonie,
co jest cacy dla waaadzy i u swoich koszer,
a co może zaszkodzić gdy trafi do dossier…
W końcu taki bałagan w swych zasługach
stworzył,
że świat z góry był pewien że to on
założył
„Kijankowość” –
tą której powstawać odradzał,
że on nowe budował (kiedy on je zdradzał),
że narodu byl wieszczem, wodzem i sumieniem,
kiedy sobie i swoim napychał kieszenie…
Czasem miewał zachwiania gdy sie kryzys
zbliżał,
więc się miotał od sierpa i młota do
krzyża,
przed ołtarzem mu obcym leżał wtedy
plackiem,
prawie mszę tam odprawiał (wraz z Żaboniem
Jackiem),
ale potem, gdy los się mu znowu odmienił,
wiał od wody święconej i znów się
czerwienił…
I tak został
pomnikiem, Brązowym Ropuchem,
dawnych ropuch czerwonych wybawcą i uchem,
poprawności obrońcą, wspólnoty
podnietą,
wyborczosci sternikiem (ze swoją Gazetą),
piewcą zasług sąsiadów (tych przy apetycie),
ich wdzięczności odbiorcą (co ułatwia
życie),
Michiganu wybrańcem, gdzie mu wszyto cnotę,
zbawcą Czesia (co milczy – a więc płaci
zlotem),
prezydenta podporą i bratem po mycce,
pośrednikiem, żyrantem przy każdej pożyczce
wspierającej przekonań poprawność i
wolę
i wyrocznią co trzeba odnaleźć w stodole…
* * *
I tak lata mijały, aż pewnego rana
ujrzał symbol wsi polskiej – polskiego bociana…
i już wiedział biedaczek co zaraz go spotka…
Bociek zeżarł Ropucha, przyniósł noworodka,
co potomkiem Prapiasta był z myśli, z
wyglądu
i położył tym koniec latom żabich
rządów…
podrzutek odrzutek
gdzie bielinek kapustnik nad głąbem polata,
słychać łkanie żałosne, pupcia
lśni czerwona,
na wygnanie i nędze zabiera go tata,
gdzie z miłości wzgardzonej będzie maluch
konał...
i dziś krąży po świecie, eks-kapustnik,
zombie,
pełen wspomnień żałosnych cyca co
zabrano,
każda noc sen podsuwa - a więc śni o
głąbie,
łan kapusty rodzinnej wspomina co rano...
a że sny
dokuczają, a że dni tak puste,
że wątroba się kwasi krzywdą
urojoną,
daje upust swym żalom plując na kapustę,
w której, nim go wygnano, wszak go znaleziono...
- równiejszego od równych, wygnańca – podrzutka.
znieczulica
® © Mirosław
Krupiński
Pewien jamnik, po biciu za zmoczony dywan,
wlazł pod szafę, bo niski - gdzie dotąd się skrywa.
Tak tygodnie mijają, miesiące i lata ,
ciężar winy i szafa jamnika przygniata,
lecz niepewny pęcherza i reakcji swoich
wyjść spod szafy na dywan spowrotem się boi...
A więc siedzi pod szafą i wyciąga szyję
by zobaczyć kto przyszedł i rozmawia o czym,
czasem zdzierżyć nie może - więc cicho
zawyje
i w odruchu jamniczym kąt pod szafą moczy...
I choć żyje w ukryciu, nie gryzie się z
nikiem,
goście krzywią się ciągle, chociaż
milczą grzecznie,
bo spod szafy, tej w kącie, wciąż cuchnie
jamnikiem...
Cóż, skubaniec, ukryty, wciąż sika. Bezpiecznie...
* * *
O!
Usłyszał że o nim!
- Co za rzadka frajda...
Pewnie wyjdzie spod szafy kiedy nocy głusza
i w ciemności odważnie na dywan nafajda,
aby racji swych bronić, które Świat narusza...
I nie pojmie, że Światu jego protest wisi,
bo zbyt długo świat patrzył jak on się
jamnisi...
I nie wrócą już czasy gdy winą dywana
były jęki jamnisia i cuchnąca plama :)
® © Mirosław
Krupiński
poszła Ćmicja na policję, jeżąc
grzywę,
że ten Oleś straszy Ćmicję Telaviwem,
a w dodatku wiedzie wojnę podjazdową,
napuszczając na E. Ćmównę jej szefową…
a ten Oleś to niewinny – tylko pyta
czy Krupinski kołki ciosa na Semitach,
bo jak robić gdy na ręce patrzą anty,
a on musi odpracować paszport w ręce
co mu dali po geschefcie w Magdalence…
ten paszporcizm,
Ćmicja twierdzi, stąd wynika
że postawił nieopatrznie na Michnika,
ktoren wybór mu podsunął w swej Gazecie
(a gdzie Polska ma ten wybór – sami wiecie)…
policjanci teraz
smutni i zmartwieni
bo ich także już ten Aviw ma w kieszeni…
lecz niesłusznie
policjanty mają boja
bo wahadło jasno mówi
– Ćmicja swoja…
- kiedy ciemno i już wilki wyją w lesie
wraz z szefowa naradzają się z Olesiem
jak ukrócić Krupiniaka by nie broił
i by w Polsce spać spokojnie mogli swoi…
cóż… sen znowu dzisiaj miałem blisko rana:
- plan się rypnie, dzięki skórce od banana,
która anty podrzucili
w Olka bramie
i na której cała trójka nogę złamie…
o czym potem, jak juz gminna plotka niesie,
wywiad będzie z
M. Krupinskim. W SBSie L…..
Drugi kur już za oknem wita ranek mglisty…
Spać by trzeba, lecz jakże tutaj spać,
cholera!
Gdy z Pceta, z Australii, ciągle lecą listy…
Pani Anna, wyborczo co Sydneyem rządzi
SBSu wędzidłem powożąc Polonią,
właśnie list wystukała, że z objawów
sądząc
uprząż z ręki jej wydrą… do Polski
pogonią…
A w tej Polsce to zimno, wilki w lesie wyją;
jak jej rola sie wyda – to zapłaci szyją…
Równie mroźnym powiewem z listów Ola niesie:
- jakiś kryzys w Centrali, plajtują Olesie,
powódź wierszy w Australii całkiem nie po
myśli
- pewnie lepiej by było gdyby swoje przyśli
i Krupińskich pod murem ustawiając w rządek
raz na zawsze z wierszamy zrobili porządek…
Nie pomogły porady, wyrzuty, podsłuchy…
Ciągle koleś Olesia na Michników głuchy,
znanej prawdy wyborczość bezwstydnie odrzuca
i tym samym plan swoich
rozmyślnie zakłóca…
Jak nie kula - to chociaż niech jakiś paragraf
na skubańca się znajdzie, niech ktoś proces
nagra,
parę latek mu wrzuci, jakąś trutkę
poda,
może ktoś go udusi (wysoka nagroda),
lub co najmniej, by klęskę odsunąć
totalną
niech go jakimś podatkiem albo cegłą
walną…
* * *
Adaś czoło zmęczone na dłoni opiera;
- „może lepiej pakować pierzyny, cholera,
i nad Morze Czerwone na wycieczkę ruszyć,
gdzieś w kibucu się zaszyć, czy w pustyni
głuszy,
potem zmylić pogonie i zmienić nazwisko
by choć życie zachować, gdy przepada
wszystko…
Na nic Ola i Anny zagraniczny zapał,
- w proch padają ołtarze skąd ordery
kapią,
pewnie także wiać muszą by ich nikt nie
złapał…
No cóż, trudno, pies drapał… jak złapią to złapią…
- bo naszła je ochota
by, gdy Świat patrzy
cały,
popędzić kotu kota…
A że ten kot niecnota
pazury wciąż ma dzisiaj
- by w ryzach trzymać kota
najęły myszki Brysia…
Zjechały tłumy
gości
ze wszystkich zwierząt nacji,
by się na koty
złościć
co wrogiem demokracji…
zwołano media wszelkie
i radio i TiVi
by święcić
święto wielkie
gdy wskażą kotu drzwi….
Zaczęło się
wspaniale
- o pieskach na łańcuchu;
wytknięto kto je
wiązał
i dano mu do słuchu…
I wielkie było
święto
i wszystko było jasne,
do czasu aż zaczęto
im liczyć grzechy własne…
wytknięto im ich grzechy,
wytknięto mysie rządy,
wytknięto ofiar krocie
(w tym świnki i
wielbłądy)
i w księgach wiecu zgodnie
(co kota miało dobić)…
spisano myszy zbrodnie
- by radzić co z tym
zrobić…
Wrzask mysi chmurą wisi
co sięga dziś do gwiazd:
- że zjazd jest anty-mysi
- że czass opuścić
zjazd…
Więc mysie razem z Brysiem
trzasnęły
głośno drzwiami
czas reszcie dając
myśleć
co zrobić z
wielbłądami…
W Michiganie mają w planie
celebrować to spotkanie
gdy już dosyc minie długo
aby zbrodnie zwać
zasługą…
Wtedy świat usłyszy może
- że wielbłądy jedzą zboże
które wsiewa w żyzną ziemię
pokrzywdzonych myszy plemię…
- że najbardziej myszy złości
nadmiar w niej wielbłądzich kości…
propozycja
Ciężka w Polsce idzie zima,
na Wyborczą chętnych ni ma…
A więc - zwroty i kłopoty…
Nie docenia nikt roboty,
którą Adaś musiał włożyć
by okrągły stół wyłożyć:
- że nie szwindel, ani zdrada,
- że popierać go wypada,
- że ten Czesio, co to strzelał,
to komunizm tym wybielał,
i że
Wojtuś, ten od Wrony,
to patriota dowiedziony,
ktoren na złość tym znad Wołgi
użył w Polsce polskie czołgi…
W Michiganie zamieszanie
- wielka gala była w planie,
że to Adaś „S” założył,
a tu twierdzą że… rozłożył…
- UW poparł, która znikła,
- w sojusz z Czesiem się uwikłał,
- po kryjomu knuł coś z Grossem,
- na Herberta kręcił nosem,
i choć w Polsce się rozgościł
kochał tylko,
hmm... mniejszości…
Po wyborach, kazdy wie,
cmoknął w pupcię SLD…
Może więc rozważyć pora:
Polska właśnie po wyborach,
i czerwoni święcą święto…
Ich wspólników w pień wycięto,
(choć dwanaście lat po czasie)…
Nie czas rozwieść się Adasiem??
Więc Polacy – do roboty,
wszak się przyda każdy złoty
oszczędzony na Gazecie…
Tylu biednych jest na świecie,
cienko przędzie Polska nasza…
Po co łożyć na Adasia?…
Wiem że Polska ciężko chora,
że ma śpiączkę elektorat…
Lecz kto śpi -
nie czyta Gazet…
Wiec pośpijmy z roczek razem…
Najpierw gromy zaczną błyskać,
G. nam zaczną darmo wciskać,
potem będą płacić – bierzcie,
lecz uwierzcie i
wybierzcie…
Aby w końcu czarnoliścić
żeście anty
Gazecisci…
A my nic… my śpimy świetnie…
Sny się śnią nam czteroletnie…
Gdy nas w końcu zbudzą dzwony
Świat ujrzymy odmieniony :
- bez Wyborczych
i Adasi ,
- nie ma swoich –
wokół nasi
I jesteśmy
w Polsce sami !
* * *
Więc - ze snu się otrząśniemy,
wszyscy wybrać się pójdziemy
i zaczniemy, wreszcie my,
sprzed ćwierć wieku wdrażać sny.
obfajdywacz vulgaris
gdy łowienie ryb mnie znudzi,
lub swą morską tracę krzepę
- aby znów zobaczyć ludzi
czasem zajrzę tu, na Ściepę...
tu sie Świata losy warzą*,
tu dosypać można przypraw,
wiec choć czasem wszy obłażą
(to jest Ściepy strona przykra),
warto zajrzeć tu na Ściepę
by sie Światu przyjrzeć lepiej...
zostać długo tu nie sposób,
więc nie wszyscy tu wytrwają
- fakt, jest wiele mądrych osób,
lecz ObBrysie zagłuszają...
kiedy skrzypną
drzwi wejściowe
co oznacza: - wszedł ktoś z ludzi,
ObBryś czujnie wznosi głowę,
bo ten skrzyp ObBrysia budzi...
bo ten skrzyp i Brysia głowa
to programu część Pawłowa...
tak więc przybysz co wszedł drzwiami
- lecz śmierdząca kupkę robi...
a gdy kupka już gotowa,
nos po oczy w kupce chowa
i jęk szczescia w Brysiu wzbiera:
prawda szczera... prawda szczera...
cóż, wchodzących setki dziennie,
we dnie, w nocy, czasem z rana
- a wiec codzień, nieodmiennie,
Brysiem ściepa
obfajdana...
* * *
gdy nad ranem, Pan przyjedzie,
najpierw Brysia pałą zdzieli,
potem rzuci mu dwa śledzie,
czasem gnata przy niedzieli
i przykaże - rób tak dalej...
może kiedyś cię pochwalę...
*) się warzą -
gotują się, są przyrządzane
- więc przed „Brysiem” ma dziś „Ob”!
- wszak trafiła do sławojek
która swoich
wspierała, no bo kogo wspierać…
Dzięki wsparciu od swoich
żyło się wspaniale,
Ale motłoch sie zaparł… I przestał
wybierać…
Profesory tam były, dzierżąc
partii stery…
Przełykały pochwały, jak gęś
kluchy łyka…
Te tytuły na wyrost, z „Polish News” premiery,
prezydenty niedoszłe… Lecz musiały
zmykać…
Cóż, zamilkły fanfary… Dziś na
skromność pora,
Bo te zasług
ogromy dziś są bliskie zera
i te szwindle przy Stole
lud wypomnieć skory
- wprawdzie głów im nie urwał, lecz przestał
wybierać…
Senatorskie fotele przeszły koło nosa…
Kurz pokrywa portrety Kiszczaka, Sorosa…
Smętnym wyciem zawodzi fujarka Adasia…
Pustej michy dno widać… I Polska nie nasza …
* * *
Czas wiec zmienić sztandary! I przywódców
zmienić,
by za grzech profesora przestać się
rumienić!
Klina trzeba dziś klinem! I w ten czas przegrany
- będzie partii przewodził Głąb. Niemaskowany.
:
cichną już wyborców śmieszki, wieje groza…
na ulicach rzezimieszki a na wzgórzu młyn
młynarza,
który miele czerwonego wory zboża …
wiatr od wschodu chłodem wieje, mrożąc
skórę…
kameleon kolor zmienił już trzy razy,
- u młynarza dzisiaj krzewić ma kulturę,
któż więc w młynie biezkulturzyc się
odważy…
wtedy pewnie, po lamentach, się okaże ,
że kulturze wódz minister to za mało,
wiec zostanie w tej kulturze Generalnym Sekretarzem,
co się wtedy, w tamtym Grudniu, nie udało…
pusta kiesa, lecz dobrobyt wokół wszelki…
jeszcze trochę do sprzedania… tanio… swoim…
skryptów dłużnych cała torba, ta u belki…
co tez będzie z owej maki? – chleb, czy gniot?
zamiast drożdży doprawiona mąka kwachem,
więc hosanna!
Polska znów nie propadiot…
bo młynarza to
od dzisiaj przecież głowa
by porządek na podmłyniu nastał znów….
aby więcej nikt nie straszył Alganowa,
gdy Olowi zechce szepnąć parę słów…
* * *
znów na stołkach w dyplomacji będą nasi
i porządek na wykresach wzrośnie stromo,
bo warchołom to Wyborcza przyadasi,
jeśli przedtem nie wystarczy zwykłe zomo…
na uciechach i w nirwanie dni upłyną…
dopuszczalne będą uciech wsie warianty…
a sąsiedzi będą mieszać… hm… popioły
z heroiną ,
i sprzedawać…
kto ich spłoszy – będzie anty
!
szymboryzmy Pegaza
dedykacja
wstępna
Demokracji Krynico!
Przesławny Magistrze,
co w socjalizm nas wiedziesz Prawdy wąską groblą,
setką rymów płomiennych chwałę Twą
opiszę,
abym, łaski Twej godzien, przedarł się ku Noblom…
chociem niecnym swym piórem zaplątał się w
grzechy
gdym czerwieni Twej blaski rymów plamił pawiem,
gdy mi Nobla
obiecasz, dasz dotrzeć po strzechy
- ja potomnym Twą postać na wieki
rozsławię…
będziesz jeździł rydwanem, ktoren sypie
iskry
jak wyborcom niektórzy kłamstwa wymyślone…
ja Rydwanu Ci nadam tytuł Maszynisty,
a gdy rzekną: - fałszywy
– wezmę Cię w obronę!
czy u wrót Belwederu, czy sławojki skobla,
będę czci Twojej bronił nie gorzej Urbana,
ale z większym zapałem – bo w nadziei Nobla
będę pomny – Twa sława to moja wygrana…
ratunek
Polska. Widać
już z fusów i z na niebie znaków,
że dobrobyt nas czeka… swobód manna spadnie,
gdy nasz Prawie
Magister, Ojciec Wsiech Polaków,
by się odbić ku górze – stopy stawia na dnie…
Wprawdzie dno jest bagniste i muł jak cholera
a i pełne kieszenie wypłynąć nie
dają,
ale zawsze ma wyjście – stanąć na Millera
- wszak już prawie pół wieku w tym bagnie
pływają…
ojcowska decyzja
słonko wstaje od Moskwy i promienie złote
ozłacają swym blaskiem naszej nacji chlubę,
Ojca Wszystkich
Polaków,
budząc w nim ochotę
do działania dla swoich,
nieswoim na zgubę…
i gdy ranek jesienny złote sypie liście
przeplatając je wspomnień szczęśliwych
czerwienią,
Ojciec Wszystkich
Polaków głosi
jedwabiście:
- dzieci moje są winne, niech więc się
rumienią…
po czym, gestem Zeusa o zmarszczonym czole,
nakazuje swym
dzieciom zamknąć się
w stodole,
by w pokucie za grzechy, po szczerej spowiedzi,
jęli błagać – zapalcie zapałkę sąsiedzi,
bo choć win nie pomnimy, lecz czcząc Ojca wolę,
rozumiemy to dobrze – znowu wasza kolej…
kulturtreager
między Odrą a Wisłą kultura nam
świta,
którą przyniósł minister co dzisiaj czerwony,
co to wczoraj byl anty,
dziś krasnonajmita…
wszak kultury mistrzami są kameleony,
które tęczy barwami wędrują przez
życie,
by w tych barw kamuflażu być wciąż przy
korycie…
dalekowzroczność
cały naród się raduje i nadzieja w tłumie
wielka,
gdy cos Polskę uratuje – to na pewno nowa belka…
słupy wznieśliśmy już wczoraj,
choć wiedliśmy przy tym sprzeczkę,
ale dzisiaj – po wyborach – mamy belkę na
poprzeczkę!
z Belwedera jadą fury, a na każdej kasa wielka,
już na belce wiszą sznury… czy utrzyma kasy belka?
tylko w Olu spokój wielki, więc brzuszysko klepie
tłuste,
on jest całkiem pewien belki – belka nowa, kasy puste…
niezależnie co się stanie, zagrożenie jest
niewielkie,
czy się złamie czy nie złamie – zawsze
można zmienić belkę…
najważniejsze – nie czerwona, więc nie wiele
się tu straci,
będzie można lud przekonać, że
poprzednich grzechy płaci…
gdy będziemy w Europie – któżby Polsce
płacił długi…
w zaduszkową noc, gdy spałem,
sen, proroczy
może, miałem:
Grudzień znowu był, rocznica,
smutni ludzie na ulicach,
smutne groby na cmentarzu,
szesnastego w kalendarzu,
a w gazetach, jak co
roku,
cała hańba o wyroku.
że zbrodniarze to znów zbawcy,
nie mordercy i oprawcy...
że już czas zapomnieć grzechy…
że to czasy grubej krechy…
że zawracać zbrodnią głowę
jest dziś anty Adasiowe…
bo Wyborcza
wciąż adasi
że zbrodniarze też są nasi…
* * *
cóż, musiałem się przewrócić,
bo sen zniknął, by powrócić
znów grudniowy, znów proroczy?
- na ulicach tłum się tłoczy…
większość
tłumu na ulicy
w czerni, w piórach – to górnicy…
tłum górników w łapy bierze
Czesia, Wojtka i Adasia
w smołę wsadza… wsadza w pierze…
i na spacer ich zaprasza…
ulicami, przez
Jastrzębie,
placem przed kopalnią Wujek,
Gdańsk zaprasza ich do siebie
i Warszawa też planuje
defiladę niewiniątek…
- wokół
Ronda na początek…
przed Sądami, gdzie Temida,
bo Temidzie też się przyda
by sie przyjrzeć, tak na żywo,
jak wygląda sprawiedliwość…
i tak idą – smołopiórce,
Przed Świętami, po Barbórce,
Szesnastego - w tę rocznicę
gdy puścili na ulice
uzbrojone swoim słowem
wojny psy. PRLowe…
dwaj przynajmniej,
bo ten trzeci,
to jest kundel co gazeci…
kraj się cieszy rozśmieszony
i za brzuchy aż się bierze
widząc czarną smołę wrony
i gołębie na niej pierze…
* * *
miną lata… lat dekady…
zanim winni zbrodni, zdrady,
jeśli lata te przeżyją,
smołę z pierzem z siebie zmyją…
a ofiary, gdzieś tam w niebie,
też uśmiechną się do siebie :
- wreszcie zesłał Bóg nagrodę…
- wskazał Polsce broń, metodę,
która zawsze Jej się przyda…
- szkoda tylko
że Temida,
która hańbę ma na czole,
też nie z nimi… w pierzu… w smole…
zbrodnia świata
raz, pod płaskim kamieniem porośniętym
trawką ,
pająk - redback, się spotkał z
sąsiadką szczypawką...
- wicie kumo, rzekł redback, cuś mi się tak
widzi
że ten Świat nas nie lubi, wyśmiewa i
szydzi...
czas najwyższy by mocą naszych światłych racji,
naszych myśli potęgi, samoadoracji,
Świat przekonać że bluźni, że
racji nie mają
ci co nie chcą dziś przyznać że
szczypawka, pająk,
to jest Świata śmietanka i wzorce urody,
przykład męstwa, mądrości, braterstwa i
zgody,
znana Miss Universu i znany Adonis...
- więc wyłóżmy to Światu, jasno jak na
dłoni...
po czym, pierwsza, szczypawka zaczęła z patosem:
- redback wzór to piękności, porośnięty
włosem,
jadowity śmiertelnie gdy kogoś nie lubi...
- a szczypawka, rzekł pająk, setką nóg
się chlubi,
co używa czasami na swoja obronę
pozwalając iść nogom - każdej w
inną stronę,
co alibi zapewnia i ratuje życie
gdy śladami szczypawki zajmie się tropiciel...
i tak roczek po
roczku, co płyną strumieniem,
potok pochwał wzajemnych płynie pod kamieniem...
no a Świat?
Świat już dawno nie patrzy, nie słucha,
do kamienia w bagienku nie przykłada ucha,
sprawy inne, ciekawe, obserwuje co dnia...
psssst... nie mówcie szczypawce - bo to Świata
zbrodnia...
* * *
nie wierzycie? to
sprawdźcie - siądźcie przy kamieniu
by szczypawki z pająkiem posłuchać w
milczeniu...
zobaczycie:
- że pająk,
-szczypawka,
- znów
pająk...
od wieczora
- do ranka
- ten „dialog”
-
nadają...
podkręcając spiralą swej reklamy
zapał...
aliens
Sami, w milionów zagubieni tłumie,
labirynt ścieżek wydeptując swoich,
krążymy...
Tłum nas nie zna, nie rozumie,
jeśli dostrzega - to pewnie się boi...
Sześć mamy palców, choć nie widać tego,
ukryte oko, co na wylot widzi,
duszę rogatą - co tęskni do swego...
Goście z zaświatów. Ziemianie Hybrydzi...
Rentgenem wzroku poznajemy myśli,
szóstego palca dotykiem - ich plany,
wiemy o innych - jak żyją, skąd przyszli,
gdy dla nich mózg nasz ciągle jest nieznany…
Gdy umieramy, co i nam sie zdarza,
przyleci UFO i w Kosmos zabierze
do czarnej dziury gwiezdnego cmentarza,
gdzie wiatr kosmiczny śpiewa swe pacierze...
Niepełna pamięć zostanie tu po nas
i na pomnikach, co nam kiedyś wzniosą,
ziemskie pięc palców wyrzeźbią na
dłoniach.
Lecz trzecie oko ukryte pod włosem
i na pomniku ciągle będzie żywe,
widząc ich czyny i myśli prawdziwe...
Gdy innym życiem nas Kosmos obdarzy,
by znów na Ziemi byc okiem Wszechświata,
z zapisów oka poznamy po twarzy
tych co zdradzili, co sprzedali brata,
przy tym udając, że są godni,
święci...
Z nieba ich wtedy porwiemy w zaświatach
strącając w piekło zbudzonej pamięci...
Gdy Świat ich pozna, zrozumie głęboko,
jaka ich rola była w jego biedach,
również Ziemianom Los da trzecie oko
i Świat ponownie oszukać sie nie da…