ZAMIAST PRZEDMOWY DO PUBLIKACJI
KSIĄŻKI
ZAUŁKI
ZBRODNI
® © Mirosław M.
Krupiński
Tysiącom „usprawiedliwionych ofiar” byłych i
wciąż obecnych wsród nas właścicieli Polskiej Rzeczpospolitej
Ludowej i Polski pomagdalenkowej dedykuję,
oraz wraz z dokumentami dostępnymi pod adresem URL:
http://members.iinet.net.au/~miroslaw/zzdokumenty.htm
offline (na CD): zzdokumenty.htm
polecam uwadze Instytutu Pamięci
Narodowej i Posłow do Sejmu Rzeczpospolitej, aby nie dopuścili do
dalszego fałszowania historii Polski
- autor
20 grudzień 2006 roku
KSIĄŻKA IPN: „Olsztyńska Solidarność 1980-1981” http://members.iinet.net.au/~miroslaw/IPN2008.htm
otrzymana 16 lutego 2009
INNA CIEKAWOSTKA ZOOLOGICZNA - otrzymana z Polski dnia 28 kwietnia 2009 roku
korespondująca z treścią dokumentu SB opublikowanego na tylnej
okł. w/w książki IPN i
wskazująca na to że
Olsztyńska SBecja nie była
odosobniona w zamiarach uczynienia mnie
„wrogiem PRL i socjalizmu” ale że były również jakieś
zaniechane nie wiadomo dlaczego próby przypisania mi tajnych i szyfrowanych
konszachtów z jakimś wrogiem zewnętrznym, zapewne ze skompromiotowanym
ZSRR, o liście do wladców którego
wspominam w mojej książce. Najdziwniejsze w tym jest że
żadne z tych moich zbrodni nie dotarły do sądzącego mnie
sądu ani do prokuratury.
wrzesien
2009: Rocznicowe „niescislosci” w tygodniku „Solidarnosc”
WSTĘP
PREHISTORIA
(ten rozdział tylko
w wersji książkowej)
(ten
rozdział tylko w wersji książkowej)
CZAS
WZBUDZONYCH I ZAWIEDZIONYCH NADZIEI
Rok 1980. Rok polskiej
solidarności i NSZZ „Solidarność”. Rok pomników poległych
robotników i rok pokornej władzy
oddającej krok za krokiem wiele komunistycznych przywilejów - z
przywilejem odstrzału robotników włącznie. Tak się
przynajmniej wówczas wydawało...
„Pokorna”
władza zaczęła manipulacje żywnością. Po pierwsze
- trwałe środki żywnościowe, jak masło, cukier,
wędliny zaczęły znikać ze sprzedaży. Po co -
okazało się półtora roku później, kiedy „dobrobyt” stanu
wojennego retuszowano pojawieniem się tychże samych artykułów ze
stemplami datowymi z okresu „kryzysu głodowego” 1980. Przy okazji
chomikowania żywności - wymyślono najpewniejszy sposób
manipulowania nastrojami społecznymi, Recepta była prosta - chcemy
zamieszek czy strajków - pozwólmy ludziom po dniu pracy postać w kolejce 6
- 10 godzin, a następnie zapewnijmy masło czy mięso dla jednej
trzeciej czekających. Kierunek reakcji zawiedzionego tłumu podpowie
służbowy krzykacz zamontowany gdzieś na końcu kolejki - i
można drukować uprzednio przygotowany reportaż o „niepokojach
publicznych i destabilizacji gospodarki”. Ileś tam takich sterowanych
niepokojów i można mówić o zbawczym stanie wojennym lub bratniej
inwazji. Proste? Oczywiście że
proste - ale jak skuteczne!
W atmosferze takich
działań odbyło się
przedostatnie posiedzenie Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”
- 4 grudnia 1981 roku. Posiedzenie zaczęło się w Warszawie, ale
po południu zostało przeniesione do Radomia gdzie sytuacja była
zapalna. Pośpiech i nerwowa atmosfera zaowocowały - obrady były
chaotyczne a wiele wypowiedzi dziecinnie agresywnych. Dziecinnie - bo jak
można mówić poważnie o konfrontacji rozkrzyczanego i celowo
wyprowadzonego z równowagi związku z wyspecjalizowanym aparatem przemocy,
za którym stoi armia i wierni sojusznicy, sprawdzeni w Budapeszcie i Pradze.
Oczywiście nikt tego systemu ani tej władzy nie kochał, nikt tego
nie krył - ale, jak do tej pory,
nikt nie dyskutował otwarcie konfrontacji sił w starciu. Tym razem
nawet samozachowawczy zawsze Wałęsa zaprodukował kilka bojowych
słów o nieuniknionym „targaniu się po szczękach” co
spotkało się z radosnym zdziwieniem najbardziej zażartych radykałów
jak Słowik (uczestniczący w obradach leżąc wygodnie pod
ścianą) czy Rulewski.
Sala była, jak
zapewne zawsze, na podsłuchu i na drugi dzień prasa, radio i
telewizja pełne były wyrwanych
z kontekstu cytatów nawołujących do otwartej konfrontacji z
władzą. Społeczeństwo przycichło i zainteresowanie
zwróciło się w kierunku gromadzenia zapasów pozwalających przetrwać
nadchodząca wojnę. Normalnie przed każdą oczekiwaną
wojną wykupywano tłuszcz, cukier, mąkę, sól. Tym razem
możliwa była tylko sól i podejrzewam że niektórzy z moich
rodaków do tej pory mają zapasy sięgające daleko w 21 stulecie.
Ale władzy to było na rękę. Po raz pierwszy od ponad roku władza miała „udokumentowany” argument, którego nie
zamierzała zmarnować. Tydzień później Jaruzelski ogłosił
stan wojenny.
W świetle następujących wydarzeń i
opisanych powyżej „przygotowań
strategicznych” - zamiar był prosty - obezwładnić opozycję
siłą, jak to zrobiono przed laty w Poznaniu, Budapeszcie,
Radomiu czy Gdańsku, nie uchylając się w razie potrzeby
od rozlewu krwi. Następnie przywrócić porządek i zakłócony
przez „Solidarność” socjalistyczny dobrobyt - rzucając na rynek
normalne ilości żywności, w tym zachomikowane uprzednio
masło, mięso, cukier i papierosy. Dla niepokornych przewidziano więzienia i obozy internowanych,
pokornym obiecano przebaczenie i powrót do „normalnego” ładu.
Strategia
zawiodła z kilku przyczyn. Po pierwsze - solidarnościowa odnowa
trwała zbyt długo i ludzie zasmakowali w swobodach demokratycznych.
Przestraszona na początku władza przyznała się do zbyt
wielu tak czy inaczej ujawnionych grzechów, posypało się zbyt wiele
nietykalnych głów i pomników. Bełkot zaskoczonych przywróceniem do
odpowiedzialności prominentów pokazał ich takimi jakimi byli -
małego kalibru złodziejaszkami korzystającymi z okazji. Tego
już nikt nie mógł zapomnieć.
Po drugie - reakcja świata. To nie były czasy rewolucji
październikowej z niedorozwiniętymi środkami masowego przekazu i
opóźnioną informacją. Przez półtora poprzedzającego
stan wojenny roku wydarzenia w Polsce były na łamach prasy i ekranach
telewizji całego świata a „Solidarność” w okresie
półtorarocznej egzystencji zdobyła sympatie społeczeństw i
rządów. Próba zamordowania związku, którego powstanie zrodziło
tyle nadziei, wywołało szeroką reakcję. To musiało
być zaskoczeniem dla całego bloku wschodniego kiedy Komunistyczna
Partia Włoch jako jedna z pierwszych organizacji światowych
odżegnała się od jakiegokolwiek związku ze sprawcami
wydarzeń w Polsce i z takim obliczem komunizmu. Zachód tym razem nie
zwlekał z sankcjami gospodarczymi i odmówił przychylnego traktowania
dwudziestomiliardowego długu PRL. A dwadzieścia miliardów dolarów US
dla kraju gdzie przeciętny dochód obywatela wynosił kilkaset dolarów
rocznie nie jest wprost porównywalne z takim samym zadłużeniem krajów
„naturalnie dolarowych”. Zachomikowane środki żywnościowe nie
zapewniły przywrócenia „raju”. Inflacja była ogromna,
niespłacone odsetki długu przerastały pożyczoną
pierwotnie sumę a argumenty „zbawcy ojczyzny”, Jaruzelskiego, nie
trafiały ani do przekonania wyzwolonych z anarchii rodaków ani do
zagranicznych rządów kontrolujących stosunki ekonomiczne i
obsługę długów.
Skuteczność
tej światowej reakcji i niepewność WRONy (Wojenna Rada Ocalenia
Narodowego) szybko uwidoczniła się w
zmitygowaniu zastosowanych w stosunku do niepokornych represji. Pomimo
mnogości paragrafów zagrożonych karą śmierci - nie
uśmiercono na drodze „prawnej” nikogo. Prawda , że opór
przepłaciło życiem siedmiu górników kopalń „Wujek” i „Manifest Lipcowy" i blisko
sto innych ofiar, czego społeczeństwo nigdy Jaruzelskiemu nie
zapomniało i nigdy nie wybaczy. Prawda,
że w pierwszych dniach stanu wojennego gorliwe sądy
doraźne wydały kilka dziesięcioletnich wyroków więzienia i
prawda że były próby obchodzenia się z uwięzionymi
brutalnie, zgodnie z najlepszymi radomskimi tradycjami systemu. Ale bardzo
szybko wydawane wyroki zaczęły
się kurczyć i sądy doraźne stały się mniej
częste. Wybiegając nieco do przodu - skazani z największymi
wyrokami, najbardziej kompromitującymi dla przymierzającej owczą
skórę kliki Jaruzelskiego, byli na wolności jako jedni z pierwszych.
Ta ustępliwość wojennej władzy szybko przekonała
najbardziej gorliwych funkcjonariuszy więziennych że lepiej jest trzymać swędzące
ręce przy sobie - bo a nuż się odmieni...
Fiasko stanu
wojennego stało się oczywiste po około roku. Zaczęły
się pertraktacje (dziś już wiemy jakie) z internowanym
Wałęsa i towarzyszące temu jego „uwolnienie”. Wprowadzono
ułaskawienia. Pierwszeństwo
mieli Ci którzy prosili o ułaskawienie sami, kolejne w skuteczności
były prośby rodzin, ostatnie - zakładów pracy i grup
społecznych. Władza usiłowała upiec dwie pieczenie -
zademonstrować wrogiemu światu ludzką twarz oraz
zneutralizować ułaskawionych. Ułaskawienia były warunkowe -
to znaczy uwolniony skazany ryzykował powrót do więzienia
jeżeli, zdaniem władzy, wznowił swoją
działalność. Dwa lata po Grudniu 1981 większość
więźniów była na wolności . Zachód w nagrodę
pokazał czubek marchwi - część długów i odsetek
była renegocjowana i zredukowana. Rząd nie kwapił się
jednak do „fair play”. Resort bezpieczeństwa pracował nadal starymi
metodami - odnosi się to zarówno do intensywności tej pracy jak i
metod. Zwolnieni z więzień
pozostawali na czarnej liście - często bez pracy, często
narażeni na inne szykany, w których ta ojcowska władza celowała
od dziesiątków lat. Niektóre
inicjatywy pracowników bezpieczeństwa były uznawane jako „prywatne”-
jak porwanie i morderstwo księdza Popiełuszki. Nie jest wykluczone
iż sprawa księdza Popiełuszki miała na celu
sprowokować wrogą reakcję
społeczeństwa, uzasadniającą kolejną radykalną
akcję typu „stan wojenny”. Mam również prywatne powody
sądzić iż Ksiądz Popiełuszko był jedną z
alternatywnych ofiar wytypowanych w tym celu. Scenariuszy było kilka. Tuz
przed porwaniem księdza generał Kiszczak i kilku ludzi z jego
świty wybrało się na polowanie do Łanska. Mieszkańcy
okolicznej wioski Pluski nie słyszeli, inaczej niż w przypadku
poprzednich polowań, o jego wynikach. Ale rozmawiano po kątach o dziwnych
zainteresowaniach Kiszczaka odwiedzającego kilku mieszkających tu
ludzi. Wśród nich gajowego Bandta (obecnie na emigracji w Niemczech). Z
Bandtem Kiszczak rozmawiał nie o dzikach czy jeleniach ale o
Mirosławie Krupińskim - zwyczajach, stosunkach z miejscową
ludnością, antypanstwowej działalności. Mój letni dom
graniczył z lasem Łanskim. W tym samym czasie miałem wizytę
osobnika, który przedstawił się jako pułkownik Ułanowski z
Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Przyszedł w towarzystwie oficera
olsztyńskiego SB i na uboczu napomykał o możliwości
spotkania z Kiszczakiem. Nie podawał powodu. Odmówiłem i na wszelki
wypadek powiadomiłem mojego adwokata Andrzeja Mużę o tej dziwnej
wizycie i propozycji. Kilka dni później porwano, a następnie
zamordowano księdza Popiełuszkę. Sprawcami byli wysocy
oficerowie SB, działający “prywatnie”.
JAK RATOWANO ZDYCHAJĄCY SYSTEM
Jaruzelskiemu & Co wiodło się coraz gorzej.
Sytuacja pogarszała się również w wyniku wydarzeń
mających miejsce za wschodnią miedzą. Po śmierci
Breżniewa kolejnymi Capo Mafioso w ZSRR zostali, w szybkiej sukcesji
Andropow i Czernienko, którzy niczym nie przyczynili się do wzmocnienia
tego największego sojusznika PRL. Ekonomicznie Rosja stała nie lepiej
niż Polska a współautorstwo stanu wojennego w Polsce, podobnie jak
inne grzechy polityczne, uniemożliwiało uzyskanie koncesji
ekonomicznych na Zachodzie. Zbliżała się era Gorbaczowa i oparte
na sojuszu z sąsiadem podwaliny ustrojowe topniały szybko pod nogami
skompromitowanych władz polskich. System zdychał naturalną
śmiercią i gdyby Wałęsa i
reszta solidarnościowej opozycji wykazali mądrość
polityczną i powstrzymali się od przedwczesnej koalicji z Jaruzelskim
- wkrótce otrzymaliby władzę w spadku.
Niestety nie
wytrzymali pokusy. Koalicja przyniosla krotko i długoterminowy ratunek
skompromitowanemu i dogorywającemu ustrojowi. Krótkoterminowy ratunek
obejmował bezbolesną zmianę szyldu i statusu niedoszłych
bankrutów. Zamiast bankructwa i pełnej odpowiedzialności za wszystkie
przeszłe grzechy - polityczne, gospodarcze, kryminalne itd otrzymali oni
pełnoprawny współudział w dalszych rządach . Była to
sytuacja bez możliwości przegranej. Sukces oznaczałby pełne
rozgrzeszenie i argument „współpraca buduje”, niepowodzenie nowego rządu
oznaczało fifty/fifty współwinę obu stron i zatarcie granicy
odpowiedzialności za czterdziestoletnią degenerację
gospodarczą i polityczną. Ale ministerialne stołki
zapachniały tak miło, że dla opozycji była to pokusa
nieodparta. Tak więc Prezydent Jaruzelski, wolny od jakichkolwiek zarzutów
za popełnione winy zasiadł w rządzie wraz z premierem
Mazowieckim wolnym od groźby postawienia przed doraźnym sądem
wojskowym w przypadku kolejnego proklamowania stanu wojennego i
zaczęła się nowa, długo oczekiwana era polityczna w historii
Polski.
Tak naprawdę
to era nie była zbyt długa ani zbyt nowa. Trwała
wystarczająco długo aby uprzednia mafia polityczna
przekształciła się w sprawnie działająca mafię
gospodarczą, dysponującą niewiadomego pochodzenia poważnymi
środkami finansowymi.
Wystarczająco długo aby uprzednia opozycja,
współzawodnicząca w walce o stołki i urzędy, została
skłócona i rozbita, przestając być licząca się
siłą w kolejnych wyborach. Ale największą i
nieodżałowaną stratą całego narodu było
zniechęcenie i będąca jego rezultatem pasywność społeczeństwa. Po pierwszych
spontanicznych wyborach w 1989, kiedy to wybierano prawie wyłącznie
kandydatów „Solidarności” a na obsadzenie przydzielonych „z klucza” foteli komunistów trzeba było
urządzać kolejne elekcyjne łapanki - nastąpił zawód i
głęboki kryzys społeczny. To samo społeczeństwo, które
pomimo tragicznych lekcji Poznania, Budapesztu, Radomia i Gdańska
potrafiło skoczyć do gardła despotycznej władzy - politycznie
umarło. Ludzie, którzy lekceważyli paragrafy karne stanu wojennego i
drogo płacili za to lekceważenie - opuścili ręce.
Frekwencja wyborcza w następnych wyborach była minimalna,
głosowali w głównej mierze ci, którzy w sposób zorganizowany i
zaplanowany obracali bankructwo w nową szansę. Inni, widząc
sytuację, przeczuwając powrót do starego - woleli zademonstrować
swój udział i głosować bezpiecznie. Wynik znamy.
KOLOR
I PLAMY
Na początku
wstępu zwróciłem uwagę jak mądry był wybór koloru
sztandarów rewolucji i komunizmu. Czerwień. Jakie znakomite tło,
maskujące większe i mniejsze plamy rozlanej krwi. Krwi arystokracji i
robotników, wrogów i swoich, w imię idei i dla korzyści, często
dla zaspokojenia sadystycznych upodobań lub dla wzbudzenia strachu
rodzącego lojalność i pokorę.
Ale system
produkował nie tylko czerwone plamy.
Gdyby obejrzeć te czerwone sztandary pod lupą można by
dostrzec miliony czarnych plamek - podobnych do tych dostrzeżonych przez
Szwejka na portretowym obliczu Franciszka Józefa. Każda taka plamka to
bezkrwawa zbrodnia, ale niemniej zbrodnia, przeciwko prawom ludzkim,
popełniona przez system. W latach
1980/81 wielu ludziom poprawił się wzrok i wielu
sięgnęło po ową lupę i właśnie tego ówczesna
władza obawiała się najbardziej. Już w pierwszych dniach
nienazwanej jeszcze Solidarności minister Jeż i kilku innych
popełniło niezrozumiałe dla nikogo samobójstwa. Czy zresztą
były to samobójstwa czy też wyeliminowanie ulegających odruchom
sumienia ludzi nikt do dziś nie wie. Ale krył się za tym strach samobójców lub ich morderców, że
ten kod muszych kupek na czerwonym sztandarze stanie się publicznie
czytelny. A tego woleli oni uniknąć za wszelką cenę.
Powyższy wstęp nie pretenduje do miana historii
komunizmu w ogóle i historii polskiego komunizmu w szczególności. Są
to jedynie moje własne, chaotyczne refleksje na temat tła, na którym
pragnę pokazać w mikroskopowym powiększeniu jedna z
takich brudnych plamek, stanowiących niezbywalny element komunistycznych
sztandarów. Czerwień sztandarów publicznie zamalowano, a co z brudnymi
plamami? Ale zanim sięgniemy po
lupę i przejdziemy do tej wyselekcjonowanej plamki - popatrzmy najpierw na
to czerwone tło wydarzeń:
Ostatnie dni wolności. Z późniejszych rewelacji uciekiniera
na Zachód, pułkownika Kuklińskiego, wynika że stan nadzwyczajny
przygotowywany był od wczesnych dni solidarnościowej opozycji.
Zgodnie z tymi relacjami w grudniu 1981 nadeszła oczekiwana chwila i lont
już się palił. Dywizje rosyjskie, jak publikowała zachodnia
prasa, rozlokowane były w pobliżu wschodnich granic Polski, garnizony
rosyjskie w Polsce i NRD w stanie ciągłego pogotowia, sojusznicza
armia wschodnich Niemiec - jak zawsze gotowa do blitzkrigu. Dzisiaj już
trudno ocenić czy zagrożenie inwazji było rzeczywiste czy tez
stanowiło kunsztowny kamuflaż, rodzaj politycznego alibi dla
Jaruzelskiego i jego pomocników. Ale psychoza inwazji została
zaszczepiona, a w tym samym czasie
Wałęsa krążył po biurowcu „Solidarności” z
oczami w podłodze, unikając dziennikarzy i kolegów. Gafa radomska
była dla niego ewidentna od momentu ujawnienia podsłuchu lub
przecieku. W tej atmosferze doszło do kolejnego posiedzenia Komisji
Krajowej w dniach 11 i 12 grudnia 1981. Wspołprzewodniczyłem tym
obradom, różnica atmosfery w stosunku do chaosu posiedzenia radomskiego
była widoczna. Pomimo zakłopotania i zawstydzenia z tytułu
wpadnięcia w głupią pułapkę - obrady były
rzeczowe. Głównie dyskutowano politykę związku w rożnych wersjach rozwoju
najbliższych wydarzeń. A rozwój tych najbliższych wydarzeń
stawał się coraz bardziej oczywisty. Od wczesnych godzin wieczornych
12 grudnia - do siedziby Komisji Krajowej napływały telefony i telexy
informujące o ruchach dużych kolumn zmotoryzowanych wojska i ZOMO. Uchwalono decyzję o strajku
powszechnym jeżeli rząd zdecyduje się wystąpić
zbrojnie (czołgi już grzechotały na zmarzniętym bruku
całego kraju) przeciwko Solidarności i świeżo nabytym
swobodom politycznym. O dziwo nikt nie mówił o Budapeszcie i Pradze - ale
mogę się założyć że każdy o tym
myślał. O dziwo również - te same telexy, które mówiły o
ruchach wojsk - informowały o nieograniczonym poparciu dla decyzji Komisji
Krajowej.
Obrady
skończyły się późno - znacznie po północy.
Większość z nas, uczestników obrad zakwaterowanych w hotelu Monopol, szła
ze Stoczni do hotelu pieszo. Po dwóch dniach w zadymionej sali, lekko
mroźna noc z czystym powietrzem, była jak odtrutka. Kilku
niespokojnych dyskutowało sytuację i drogi ewentualnej ucieczki.
Wydaje mi się, że byli to nieetatowi członkowie Komisji, którzy
przybyli na dwudniowe obrady pozostawiając niespokojne i oczekujące
ich powrotu rodziny w domu.
Przyznam,
że ja byłem tak zmęczony, że myślałem tylko o
łóżku i odpoczynku. Zasnąłem też od razu,
zaniedbując nawet zamknięcie drzwi na klucz. Gdzieś nad ranem zbudził mnie jeden
z kolegów - chyba Konarski, ale dziś już nie jestem pewny -
informując w podnieceniu, że bezpieka aresztuje działaczy
„Solidarności” mieszkających w
hotelu. Może trudno w to uwierzyć - ale powiedziałem aby
dał mi spokój i zasnąłem znów.
Przez sen słyszałem jakąś bieganinę,
hałasy a później głośniki uliczne powtarzające bardzo
głośno jakiś komunikat. To ostatnie obudziło mnie w
końcu. Przemawiał Jaruzelski - uchwyciłem zdanie - .. „jak długo wyciągnięta ręka
może napotykać zaciśnięta pieść”’... i
gdzieś w późniejszym kontekście słowa – „stan wojenny”.
Potem nastąpił bełkot cytujący jakieś przepisy prawne
- i przestałem słuchać. Znów zapadłem w sen.
Nazwa
Wojenna Rada Ocalenia Narodowego pojawiła się w pierwszych
deklaracjach stanu wojennego wczesnym rankiem 13 grudnia 1981 i w tym samym
dniu zyskała sobie nadany społecznie pseudonim “Wrona”. Była to śnieżna zima i jak
każdego roku stada głodnych wron błąkały się po
ulicach Trójmiasta, konkurując z mewami o odpadki żywności. Ale
w tym roku ignorowane zawsze wrony spotykały się, w imię
politycznego pokrewieństwa, z wrogimi gestami. Padały kamienie,
ludzie spluwali i mruczeli epitety, kilka niewinnych ptaków zawisło nawet
na latarniach.
Tymczasem
WRON-a, polityczne dziecię Jaruzelskiego, zachowywała się
zgodnie ze skrupulatnie przygotowanym planem. Wczesnym rankiem, po
sygnalizowanych w nocy z 12 na 13 ruchach kolumn samochodów i czołgów w
całym kraju, Służba Bezpieczeństwa, Zmotoryzowane
Oddziały Milicji Obywatelskiej i wybrane oddziały Wojska Polskiego
były na stanowiskach i gotowe do akcji.
W oznaczonym czasie zaczęto wyłamywać drzwi biur
„Solidarności” i aresztować działaczy. Wczesne edycje prasy
codziennej były przygotowane, tak samo programy radia i telewizji. Zgodnie
z krzykliwą propagandą stan wojenny był ostatnią deską
ratunku przed agresją antysocjalistycznych sił atakujących
ustrój i święte polityczne sojusze
i usiłujących siłą wydrzeć władzę z przyjaźnie
wyciągniętych rąk Rządu PRL. Zgodnie z cytowanymi we
wszystkich środkach masowego przekazu długimi listami nakazów,
zakazów i kar - prawa obywatelskie zredukowano do możliwości
oddychania i wytężonej pracy dla dobra socjalizmu. Czas stania w
kolejkach po żywność został drastycznie ograniczony przez
wprowadzenie godziny policyjnej (milicyjnej?). Kolejki zresztą
zostały zdelegalizowane przez zakaz gromadzenia się. Kary za
naruszanie dekretów stanu wojennego były surowe - tryb doraźny,
trzykrotne „przebicie” maksymalnych kar przewidzianych kodeksem karnym, wiele
wykroczeń zagrożonych karą śmierci. W sądach stanu
wojennego mogli bronić wyłącznie wytypowani przez WRON adwokaci.
Tryb doraźny nie przewidywał odwołań od wyroków.
Czytając dużo później, już na emigracji,
książkę Wiliama Shirera „Wzrost i upadek Trzeciej Rzeszy”
stwierdziłem dziwną analogię praw stanu wojennego w Polsce z opisanymi w rozdziale „Życie w
Trzeciej Rzeszy 1933 -37” prawami hitlerowskich Niemiec. Myślę
obecnie, że jedynie zawdzięczana reakcji świata
nieskuteczność i krótkotrwałość stanu wojennego
zapobiegła pogłębieniu tej analogii.
Jak
to wyglądało w praktyce? Nie miałem zbyt wiele czasu na
gruntowne obserwacje tego co się działo w Trójmieście. Po
pierwsze - byłem na wolności krótko, tylko do 16 grudnia. Po drugie -
mój cały czas wypełniony był naruszaniem owych praw stanu
wojennego. Aby wywiązać się z tych moralnych i społecznych
zobowiązań narzuciłem sobie jeden podstawowy rygor - nie
czytać i nie słuchać detali wprowadzonych „praw”. Drugi rygor -
nie myśleć o pozostawionej w domu żonie w dziewiątym
miesiącu ciąży, co było trudniejsze do wykonania.
Ranek
13 grudnia, już po moim ostatecznym przebudzeniu, rozpoczął się hałasem
głośników ulicznych i jakąś bieganiną pomiędzy
hotelem Monopol, gdzie służbowo mieszkałem, a Dworcem
Głównym. Kiedy podszedłem do okna, z obu tuneli wiodących pod
ulicą do dworca unosił się błękitnawy dymek. Na
przeciwległym chodniku parkowały dwie milicyjne „suki” do których
ludzie w mundurach pakowali cywilów. Ktoś, nie goniony, uciekał
chodnikiem aby po chwili być zatrzymanym przez wyskakujących z bramy
innych mundurowych. Głośniki ryczały niezrozumiale - dwa z nich
były w rożnej odległości i wpadały sobie w pół
słowa. Ale sytuacja, w świetle wczorajszych informacji o ruchach
wojsk, wcześniejszych zapowiedzi stanu nadzwyczajnego i nocnych
niepokojów, była klarowna. Mamy stan nadzwyczajny! Zasłyszane w
półśnie, w nocy, słowa „stan wojenny” nie kojarzyły
się jeszcze z sytuacją - bo kto mógł nas napaść?
Przyzwyczajony
do głośnikowych wrzasków towarzyszących „Solidarności” od
półtora roku i do kilku wydawałoby się podobnie podbramkowych
sytuacji, zachowywałem się jak codzień. A więc prysznic,
golenie i śniadanie. Byłem zawsze oszczędny - a więc
miałem jedzenie i czajnik w hotelowym pokoju. Siedziałem przy oknie
obserwując trwające ciągle zamieszanie pod dworcem i żułem
dość czerstwy chleb - dwa ostatnie dni wypełnione posiedzeniem
Komisji Krajowej nie pozwoliły na zakupy. Prawie skończyłem
kiedy wpadł któryś z naszych i stanął w drzwiach
patrząc na mnie jak na wariata - śniadanie na stole, pościelone
łóżko i pełna gęba. Jego relacja była czarna - wielu
naszych aresztowano, część w ucieczce okrężnymi
drogami do rodzin (wielu uczestników konferencji przyjechało tylko na dwa
dni). Wiele drzwi w hotelu z wywalonymi zamkami. Reszta niewiadoma.
Po
chwili dołączyło kilku innych niedobitków i Andrzej - kierowca
Wałęsy, ciągle w posiadaniu zatankowanego samochodu (mój
własny, prywatny, samochód stał przed hotelem z opróżnioną
chłodnicą i wymontowanym akumulatorem). Kierunek działania
był praktycznie tylko jeden - jedziemy na Grunwaldzką do biur
Krajowej Komisji. Przed KK nie było
wojska ani ZOMO, był za to mały tłumek zaskoczonych i
przestraszonych rozwojem wydarzeń ludzi. Między nimi był też
Henio Mażul - nieodstępna prawie ochrona Wałęsy - tym razem
roztrzęsiony i ze łzami w oczach. – „Lechu aresztowany”
powiedział i wyraźnie oczekiwał od nas rady czy słów
otuchy. Tego samego oczekiwali od nas ludzie z tłumu. Ale były
też inne nastroje. Kilku uczestników tego „niedostrzeganego” ostentacyjnie
przez wojowniczą władzę zgromadzenia wznosiło coraz
śmielsze okrzyki typu –„czerwona zaraza” ,”ruskie pachołki” i coraz
częściej napomykało o komitetach i butelkach z benzyną.
Późniejsze doświadczenia stanu wojennego nauczyły mnie, że
w tłumie zawsze najgłośniej krzyczy prowokator. Najwyraźniej
to było widoczne dwa dni później w Stoczni Gdańskiej, w nocy -
kiedy „anonimowi aktywni”, w ciemności, wyrażali obawy, że
przywódcy już uciekli, prowokując tym samym do odpowiedzi i
ujawnienia naszych miejsc w ciemnych halach.
Ale o tym później. W ten zimowy ranek 13 grudnia, wojownicze
okrzyki zapachniały Poznaniem, Budapesztem i Gdańskiem sprzed lat.
Wyprowadzić ludzi na ulice i pozwolić sprowokować do agresji -
to było to na co Jaruzelski i WRONa liczyli najbardziej. W obronie
komitetów, jak uczyła historia, można było mordować
bezkarnie. Trudno byłoby o lepsze uzasadnienie stanu wojennego w oczach
świata niż palący i rabujący tłum na ulicach. A kto w
tym tłumie palił i rabował pozostałoby słodką
tajemnicą WRONy. Myśl o prowokacji nie była tak klarowna wtedy
jak dzisiaj, z pozycji retrospekcji. Ale były klarowne inne rzeczy: Po
pierwsze - siłowego konfliktu przeciwko czołgom i wojsku nie
można było wygrać. Po drugie - jak wskazywało
doświadczenie ostatnich osiemnastu miesięcy - ludzie w konflikcie z wyrodną władzą byli
najbezpieczniejsi w zakładach pracy. We własnych domach byli rozbici
na jednostki, podatni na strach, perswazje powtarzających dekrety rodzin,
podatni na indywidualne represje i przesłuchania. W zakładach pracy
ciągle byli siłą zdolną do demonstracji dostrzegalnej przez
resztę świata woli poszanowania praw człowieka, których przez
wiele lat PRL im odmawiała.
Kilkadziesiąt
minut zajęło przekonywanie obecnych, że w zaistniałej
sytuacji jest to jedyna możliwość. Po tym czasie krzykacze stali
się widoczni i zaczęli zwracać uwagę otoczenia, więc sprawnie rozproszyli się i
zamilkli. Można było sprawdzić co się stało w budynku
Komisji Krajowej.
Na
parterze budynku mieściła się sala obrad i pracownia
fotograficzna „Solidarności”. W obu zamki były wyłamane - podłoga pracowni zasłana papierami,
wybebeszone szafki, rozlane odczynniki. Pomyślałem – „diabli
wzięli moje negatywy z Filipin, Rzymu i Paryża”, które oddałem
tu do obróbki dwa dni temu. Poszliśmy na górę, na piętra
zajmowane przez biura KK. Tutaj wyglądało nawet gorzej - sprzęt
porozbijany, papierów po kostki, szafy pootwierane. Moje zdziwienie
wzbudził fakt, że wiele materiałów atrakcyjnych dla
służb bezpieczeństwa zostało po prostu wmieszane w ten
gigantyczny śmietnik a nie skrupulatnie zabrane. Ktoś z ukrytych
sympatyków zrobił dobrą robotę na początku włamania,
albo też spodziewano się tak totalnego zniszczenia wrogów ustroju,
że babranie się z dowodami nie wydawało się konieczne.
Telefony były nieczynne. Tu już nie było co robić.
Przed
Stocznią Gdańską zbierali się ludzie. Nie był to
jeszcze gęsty tłum jaki wypełniał plac w ciągu
następnych dni, ale było ich sporo.
Wielu ludzi szło w kierunku bramy i po krótkiej wymianie słów
ze służbą porządkową wchodziło.
Wyglądało, że sytuacja rozwija się jak powinna. Nie
pamiętam obecnie, czy zatrzymaliśmy się wtedy na chwilę czy
nie. Naszym zamiarem było sprawdzić co się stało z Lechem
Wałęsą - więc pojechaliśmy na Zaspę. Mundurowych
nie było widać, żona Lecha i gromada dzieci byli w domu. Z
relacji pani Danuty wynikało,
że scenariusz jego zatrzymania nie był wyreżyserowany do
końca. Służba Bezpieczeństwa zaczęła się
dobijać do drzwi wcześnie przed świtem i przez wizjer było widać, że
było ich dużo. Ale nie zostali wpuszczeni i nie forsowali drzwi
siłą. Część została na schodach a
część opuściła dom aby po jakimś czasie
powrócić z jednym z gdańskich oficjeli - chyba pierwszym sekretarzem
KW Fiszbachem. Był on w dobrych układach z „Solidarnością”
w ciągu ostatnich miesięcy i miał swojego rodzaju,
niezdewaluowany jeszcze, kredyt zaufania. Został wpuszczony z kilku
innymi, pozostali czekali nadal na schodach. Wałęsa perswazją i
groźbą użycia siły został przekonany i udał
się do czekającego samochodu.
Tyle z tej relacji pamiętam, nie wykluczam że mogłem po
latach coś przekręcić - to byla ta sfera działań w
których nie brałem bezpośredniego udziału. Ciągle w
czwórkę, bo tylu mieścił poza kierowcą Andrzejem, służbowy fiat KK,
udaliśmy się do Portu Północnego, gdzie według pochwyconych
po drodze informacji, zebrało się wystarczająco wielu ludzi aby
myśleć o zorganizowanej formie oporu.
Musze
tu zrobić jedno zastrzeżenie - w dalszym opisie będę
unikał posługiwania się nazwiskami i imionami uczestników
wydarzeń. Przepraszam wszystkich, którzy poczują się tym
dotknięci - nie mam na celu umniejszania ich roli. Po prostu po
dziesięciu latach mieszkania w Australii, bez możliwości
powracania w dyskusjach i spotkaniach do tamtych dni, mogę
przekręcać lub mylić nazwiska i osoby. Proszę
pamiętać, że były to czasy szybko następujących
po sobie wydarzeń, kiedy znacznie ważniejsze były dla mnie
podejmowane decyzje niż szczegóły otoczenia. Proszę również
pamiętać, że w ciągu następnych dwóch lat byłem
pozbawiony wszelkiego kontaktu z współuczestnikami owych wydarzeń i
że w owych czasach zapominanie ich nazwisk było dobrym zwyczajem
i mogło leżeć w ich
interesie.
W
Porcie Północnym sala stołówki była pełna. Grupy
pracowników gromadziły się również w innych miejscach rozległego
portu. Część ludzi pracowała, odcinając się od
jakiegokolwiek udziału w wydarzeniach politycznych, ale była to
mała część. Reszta oczekiwała informacji, propozycji i
nade wszystko potwierdzenia, że „Solidarność” nadal istnieje i
jest zdolna do działania. Myślę że Zarząd Okręgu
Gdańskiego i zarządy dużych zakładów przemysłowych jak
Port czy Stocznia miały przygotowane scenariusze działania na wypadek
stanu nadzwyczajnego, który od tygodnia wisiał w powietrzu. Jednakże
ludzie bali się odosobnienia od innych zakładów i szukali
potwierdzenia, że nadal są częścią wielomilionowej
organizacji. Dlatego nasza obecność i nasze wystąpienia
były przyjmowane z aplauzem.
Nigdy
przedtem nie byłem na terenie Portu Północnego, nie znałem tu
żadnych ludzi. Ale byłem znany z nazwiska i dzięki nie zawsze przychylnej telewizji,
z wyglądu i to w tym pierwszym wojennym dniu zjednywało mi przychylność i zaufanie otoczenia.
Czasami sympatia okazywana była w sposób tak prosty i nieostentacyjny,
że pomimo napięcia sytuacji wzruszała. Pamiętam była
pora posiłku - kuchnia serwowała kawałki kurczaków. Ludzie w
tych czasach nigdy nie byli przekarmieni i nikt nie wiedział czy
będzie jadł jutro. Stali w długiej kolejce i każdy
brał swoją porcję na talerzu a następnie szukał
miejsca przy stole, przy parapecie lub
na podłodze pod ścianą. Ja nie bardzo miałem na to czas,
ponieważ ciągle ktoś miał dla mnie nowiny, pytania,
coś ważnego do przedyskutowania. Stałem więc otoczony
grupką zmieniających się ludzi i robiłem co mogłem aby
moi rozmówcy czuli się ważni i doceniani - bo naprawdę byli. W
pewnym momencie ktoś podszedł, bez słowa wcisnął mi w
rękę papierową torbę i bez słowa odszedł. Dwa
kawałki kurczaka. Nie miałem okazji podziękować ani nawet
zanotować twarzy w pamięci. Ale po chwili ktoś inny, a po nim
następny powtórzył ten gest i zaczęło brakować mi
rąk do trzymania papierowych torebek i serwetek. Dyskusja została
przerwana, znalazło się jakieś krzesło przy stole i moi rozmówcy
zaczęli demonstrować, że mają własne sprawy do
załatwienia. Ktoś zapytał jaką herbatę pije, z cukrem
czy bez. Odruchowo i głupio odpowiedziałem że z cukrem i
cytryną - był to mój zakorzeniony nawyk, który ostatnio
kosztował mnie wiele czasu w kolejkach aby być zaspokojonym. Wstyd mi
się zrobiło, ale znów nie miałem kogo przeprosić, bo
pytający odszedł. Minęło może pięć minut i
miałem przed sobą kubas herbaty i o dziwo - pól cytryny.
Odciąłem oszczędny plasterek i usiłowałem oddać
resztę, ale nie było komu. Wymruczałem cos o
demoralizujących luksusach i zająłem się kończeniem
posiłku. Zaoferowałem nadmiar kurczaków otoczeniu, jeden
wziął, zanotował dezaprobatę innych i wymknął
się. Ktoś przyniósł czystą serwetkę, zawinął
moje kurczakowe dary i po prostu wpakował do mojej torby, w której do tej
pory kołatały się tylko przybory do golenia i moja
pieczątka wiceprzewodniczącego KK. Ktoś powie - normalne, nie
było czym się wzruszać. Może, ale to nie był jeszcze
koniec. Spędziłem w tej sali następną godzinę i w tym
czasie moje kieszenie i torba zaczęły wypełniać się wciskanymi
tam cytrynami. Nikt nie robił z tego demonstracji i to najbardziej
brało za serce w tym dziwnym czasie wypełnionym obawami,
pogróżkami kar śmierci i całym tym pokrakiwaniem WRONy.
W tym
samym dniu, w biurach Portu Północnego, utworzony został Krajowy
Komitet Strajkowy, którego dwoma głównymi celami było sprzeciwienie
się bezprawnie wprowadzonemu stanowi wojennemu i doprowadzenie do
uwolnienia uwięzionych działaczy. Komunikat o jego powstaniu
poszedł na mury miasta i w eter - załoga Portu miała dostęp
do nadajników radiowych.
Noc,
dla bezpieczeństwa, spędziliśmy na holowniku ciągle
zmieniającym miejsce postoju. Henio Mażul, ochrona przyboczna
Wałęsy, był tu
członkiem załogi i pełnił honory domu. Niewiele spaliśmy tej nocy - ciągle
było wiele do zrobienia a mało czasu. Na holowniku pracował
jeden z ocalonych z pogromu powielaczy, drukujący całą noc
proklamacje Krajowego Komitetu Strajkowego. Dyskutowano plany i szanse. Radio
Wolna Europa nadawało pierwsze reportaże z Polski i praktycznie
było to dla nas podstawowe źródło informacji. Sytuacja nie
była różowa, nie mieliśmy szans wygrania wojny z WRONą, ale
„Solidarność” ciągle istniała i miała
żywiołowe poparcie społeczeństwa.
Pół
nocy spędziłem na działaniu, które mogłoby być uznane
za inspiracje do późniejszej Gorbaczowskiej „pierestrojki”. Publicznie
wspominam to pierwszy raz - ale tej nocy, w kooperacji ze związanym z
Watykanem doradcą
„Solidarności” pisałem odezwę do naszych wschodnich
sąsiadów. Proponując im zamiast współpracy ze skorumpowaną
i znienawidzoną w Polsce PZPR współpracę, na zasadach rzetelnego
sąsiedztwa i poszanowania, z klasą robotniczą wolnej i
niepodległej Polski. Nad ranem ten w pełni opracowany dokument ukryty został pod jednym z oprawionych obrazków
lub dokumentów, wiszących na ścianie kabiny. O jego istnieniu
wiedziała, oprócz mnie, tylko jedna
osoba - wspomniany doradca. Nie wiem co się z tym dokumentem stało -
mój współkonspirator upoważniony
został do zrobienia z niego użytku. Mógł zostać
zniszczony, co jest najbardziej prawdopodobne, biorąc pod uwagę fakt,
że nie zniszczono mnie. Mógł zostać zatrzymany przez kogoś
z dobrze rozwiniętym instynktem samozachowawczym, ciągle w
strefie „nadawcy”. Mógł zostać
doręczony i zignorowany. A może ciągle wisi ukryty pod obrazkiem
lub dokumentem w kabinie holownika.
Rankiem
wysadzono nas na ląd . Naszym zamiarem było dotarcie do Stoczni
imienia Lenina, która z racji historycznej przeszłości
przyciągała największe tłumy i była niejako symbolem
„Solidarności”. Nie nastręczyło to większych kłopotów.
W
Stoczni panował porządek. Warta sprawdzała dokumenty,
wydawała przepustki upoważniające do pobytu na terenie
zakładu. Plac przed bramą, z górującymi nad otoczeniem
krzyżami pomnika poległych stoczniowców, szczelnie wypełniony
był tłumem mieszkańców Trójmiasta, wojskiem i ZOMO. W tyle
stały czołgi. Nie było widocznej agresji pomiędzy
wymienionymi frakcjami tworzącymi tłum. Kuchnia wydawała
posiłki i gorące napoje i często w stołówce widoczne
były mundury żołnierzy. Po otrzymaniu przepustek
rozlokowaliśmy się w biurach, w parterowym baraku po przeciwnej
niż stołówka stronie bramy. Działacze Stoczni patrzyli na nas
trochę zezem, ale szybko dotarliśmy się - nie mogliśmy ani
nie mieliśmy zamiaru konkurować z nikim w organizacji akcji w Stoczni
- to było ich wyłączne prawo. Z drugiej strony
przejmowaliśmy główną odpowiedzialność za
całą akcję protestacyjną, a to było dla nich nie do pogardzenia w gąszczu paragrafów
stanu wojennego.
Jako
wiceprzewodniczący Komisji Krajowej, objąłem w dniu poprzednim
proponowane stanowisko przewodniczącego Krajowego Komitetu Strajkowego,
biorąc tym samym główną odpowiedzialność za jego
poczynania. Szybko okazało się, że sprawa była
organizacyjnie trudna. W całej swojej krótkiej historii
„Solidarność” celowała w rozwlekłym dyskutowaniu swoich
uchwał, a tutaj nie było na to czasu. Drugą
specjalnością naszych działaczy była spirala radykalizacji
wypowiedzi w toku dyskusji, co wynikało zapewne z podświadomej potrzeby
udowadniania sobie i innym lojalności dla sprawy. Pierwszy dzień
działania Komitetu, jeszcze w Porcie, przebiegał podobnie. Komunikat
proklamacyjny zawierał kilka zbędnych moim zdaniem epitetów, ale w
zasadzie odpowiadał potrzebom. Trudniej było z tworzeniem następnych
komunikatów. Każdy forsował swoje zdanie, problem polegał na
tym, że te indywidualne zdania miały być podpisane w imieniu
Komitetu przez jedną osobę - mnie.
Nigdy nie uchylałem się od formułowania radykalnych
żądań ale nigdy też nie tolerowałem w swoich
własnych wypowiedziach obraźliwych epitetów za którymi nie stały
udowadniające je fakty. Tutaj, w tym pierwszym dniu, doszło do tego,
że został wydany bez mojej
wiedzy nieznany mi zupełnie komunikat podpisany moim nazwiskiem. Tak
dłużej nie mogło być i kategorycznie zapowiedziałem,
że komunikaty będę pisał sam lub nie będę ich
podpisywał. Zagroziłem nawet, że w przypadku powtórnego
użycia mojego nazwiska bez mojej wiedzy opublikuje dementi. To ostatnie
poskutkowało, ale nadmiaru przyjaźni sobie nie zaskarbiłem.
Pomógł
mi dalszy rozwój wydarzeń. W drugim dniu, już w Stoczni doszło
do obrad, w których uczestniczył jako mediator ze strony władz
ksiądz Jankowski. Jego stanowisko było bardzo zachowawcze i
umiarkowane, powiedziałbym odbierające ducha strajkującym.
Namawiał do umiarkowania, podjęcia dialogu i zaakceptowania pewnych
realiów stanu wojennego. W swoim, następującym po jego
wypowiedzi, wystąpieniu
oświadczyłem, że to byłoby łatwe do zaakceptowania,
gdyby stan wojenny nie rozpoczął się od aresztowania przywódcy i
innych działaczy Związku. W świetle posierpniowych
porozumień i legalnego statusu „Solidarności” ich stanowiska gwarantowały im
nietykalność. Dalej stwierdziłem, że
„Solidarność” nie uchyla się od dialogu, ale jego
rozpoczęcie uzależnione jest od dwóch warunków - odwołania stanu
wojennego wypowiedzianego własnemu narodowi, i uwolnienia aresztowanych
związkowców. Wystąpienie spotkało się z aplauzem,
zostało przegłosowane jako decyzja obecnego gremium i powtórzone w
formie pisemnej celem przekazania władzom. Informacje o treści wystąpienia
szybko przeniknęły za bramę stoczni i spotkały się z
równym aplauzem tłumów zgromadzonych przed stocznia. Po zakończeniu
spotkania z mediującym księdzem Jankowskim, wywołany przez
tłum, wyszedłem na
będący od tej pory
trybuną dach wartowni i poinformowałem o stanowisku i polityce
„Solidarności” w obliczu stanu wojennego. Wystąpienie
zakończyło się dyskusją na tematy „strategiczne” co
pozwoliło mi przekazać opinię o konieczności strajku w zakładach
a nie demonstracji na ulicach, które mogłyby stać się
przedmiotem prowokacji i zapoczątkować zbrojną pacyfikację jak
dziesięć lat temu. Zrozumienie było powszechne, ale w
pojęciu mieszkańców Trojmiasta wyjątkiem był plac przed
Stocznią, który ze swoimi krzyżami pomnika stał się dla
nich symbolem długo oczekiwanej demokracji i wolności. Nigdy nie
protestowałem przeciwko zgromadzeniu w tym miejscu. Tłum dodawał
otuchy strajkującym, stanowił miejsce pokojowego kontaktu
ludności cywilnej z wojskiem i co było niemniej ważne - był
pod obserwacją i kamerami dziennikarzy zagranicznych. Po tym dniu nikt nie
kwestionował mojego prawa do samodzielnego redagowania podpisywanych
przeze mnie dokumentów i wystąpień, a gromadzące się nad
głową coraz czarniejsze chmury nie zachęcały również
zbyt wielu do udziału w przyjętej przeze mnie jednoosobowej
odpowiedzialności.
Jak
wspomniałem uprzednio, wojskowi byli częstymi gośćmi w
położonej przy bramie stołówce i byli przyjmowani serdecznie
przez obecnych. Te przyjazne wizyty dawały ludziom poczucie
bezpieczeństwa - nie wyobrażali sobie aby ich obecni goście
mogli w przyszłości użyć przeciwko nim broni. Jestem
przekonany, że mieli całkowitą rację. Czołgi na
dalszym planie otoczone były również przez przyjaznych, głownie
młodych, cywilów. W drugim dniu stanu wojennego na czołgach
pojawiły się przyjazne napisy
i symbole „Solidarności”. Żołnierze znajdujący
się przed Stocznią to byli “Niebieskie Berety”, stacjonujący
stale na wybrzeżu i silnie związani więziami rodzinnymi i
sympatiami z tutejszą ludnością. Rankiem następnego dnia
miałem bardzo budujące spotkanie przy jednej z bocznych bram Stoczni.
W odróżnieniu od bramy głównej – po drugiej stronie tej bramy nie
było cywilów, było natomiast wielu wojskowych, wojskowe pojazdy.
Podszedłem do samej bramy i patrzyłem na nich. Nie wiem czy
zostałem poznany, ale po chwili do bramy podszedł major w niebieskim
berecie. Nie pamiętam jak zaczęła się rozmowa, ale w toku
rozmowy przedstawiliśmy się sobie i bezpośrednio potem
zapytałem: - „Będziecie strzelać do nas?” Major popatrzył na mnie bardzo
poważnie, odwrócił się i przywołał jednego z
pobliskich żołnierzy, wskazując gestem aby pokazał swojego
Kałasznikowa. –„Otwórz zamek”‘ powiedział do zdziwionego,
stojącego z bronią w ręku
wojaka i ten posłuchał bez wahania. – „Pokaż”. Żołnierz, tym razem z zadowolonym
zrozumieniem, pokazał otwartą komorę nabojową - bez naboi.
Po chwili obustronnego i pełnego powagi milczenia major zasalutował,
odwrócił się i odszedł, żołnierz za nim. Przyglądała
się temu duża grupa żołnierzy po tamtej stronie bramy.
Żałowałem, ze po mojej stronie byłem tylko ja sam.
Pewne
jest, że w pobliżu, lub pomiędzy żołnierzami byli
również inni obserwatorzy. Następnego dnia oddziały Niebieskich
Beretów zostały odwołane sprzed Stoczni. Pomalowane przez tłum
jak wielkanocne pisanki czołgi odeszły również. Na ich miejsce przyszło inne wojsko i
inne czołgi. Było wiele pogłosek o rosyjskich i esbeckich
załogach, prawdopodobnie dalekich od prawdy. Ale nastrój zbratania
już nie powrócił. Zaczęła się natomiast intensywna
akcja przygotowawcza do tego co
nieodzownie miało nastąpić. Głośniki na placu
zaczęły powtarzać skierowane do zgromadzonych w Stoczni
ultimatum, wzywające do jej opuszczenia. Gwarantowano bezpieczeństwo
i „wybaczenie” każdemu kto zastosuje się do wezwania i surowe kary
stanu wojennego dla nieposłusznych. Na okrągło powtarzano
wezwania i dekrety, wyliczając kary i umiejętnie wplatając
słowa o zdradzie i trybie doraźnym. Tłum przed Stocznią
ciągle był obecny. Wewnątrz oprócz stoczniowców było wielu
„akredytowanych” związkowców -
studentów, pracowników małych bezbronnych instytucji, sympatyków.
W tym
dniu wydałem mój „Apel do stoczniowców, gdańszczan i
żołnierzy” powtarzający nasze postanowienia i wzywający do
stanowczości, spokoju i unikania rozlewu krwi. Przypomniałem
żołnierzom, że ich
broń skierowana jest przeciwko ich własnym rodzinom i
współobywatelom. Jeszcze raz stwierdziłem, że to władza
wypowiedziała bezprawnie wojnę własnemu narodowi. „Apel”
poszedł na mury, do dystrybucji wśród cywilów i wojska i w eter. Później,
będąc już w więzieniu, dowiedziałem się iż
wielokrotnie był powtarzany przez rozgłośnie zagraniczne.
Kurierzy przemycali jego treść do odciętej od nas reszty kraju.
Kurierzy i dystrybutorzy wpadali, byli aresztowani, płacili później
więzieniem. Ale apel stal się powszechnie znany i chciałbym
wierzyć, że przyczynił się do uniknięcia powtórki
masakry. Zdanie to podzielił nawet prokurator wojskowy oskarżający mnie przed Sądem
Marynarki Wojennej, sądzącym mnie na wyjazdowej sesji w Bydgoszczy 29 lipca 1982 roku.
Ostatnie słowa prokuratora w tej rozprawie były: -„Zgadzam się,
że być może oskarżony Krupiński uratował
Gdańsk od rozlewu krwi. Ale
naruszył on postanowienia stanu wojennego i z tego powodu domagam się
kary czterech plus czterech, w połączeniu sześciu, lat
pozbawienia wolności”. Jeżeli obaj z prokuratorem mieliśmy
rację w ocenie skutków apelu, to uważałem i uważam, że
cena nie była zbyt wysoka. Ale to późniejsza historia.
W
owym dniu - 15 grudnia 1981 roku - zacząłem odczuwać zmęczenie
i widziałem, że inni też je odczuwali. Nie spałem
więcej niż cztery godziny w ciągu ostatnich dwóch nocy,
wydarzenia na to nie pozwalały. Sprawy polityki związku,
poczynań Krajowego Komitetu Strajkowego w obliczu zachodzących
głównych wydarzeń nie zajmowały wbrew pozorom tak wiele czasu.
Jałowe dyskusje zostały zredukowane prawie do zera, na
większość poczynań WRONy nie mogliśmy mieć
bezpośredniego wpływu, nasze deklaracje zostały sformułowane
w pierwszym dniu. Planowanie przyszłości chwilowo nie wchodziło
w rachubę, o naszej najbliższej przyszłości praktycznie
decydowały dekrety stanu wojennego; o dalszej - poczynania naszych
następców. Ale było wiele drobnych spraw, na które nie można
było nie zwracać uwagi.
Mieliśmy
w Stoczni wielu wpuszczonych z zewnątrz młodych ludzi ze
skłonnościami do zachowań agresywnych. Trudno, nawet z
perspektywy lat, ocenić jak wielu z nich było „na etacie” z zadaniem
prowokacji a ilu bezmyślnych. Ale jedni i drudzy byli groźni dla
otoczenia. Pomysły użycia butelek z benzyną, butli tlenowych, przewodów elektrycznych pod
napięciem, nie były jedynymi inicjatywami wykrzykiwanymi i szeptanymi
w zależności od okoliczności. Stoczniowcy konfiskowali tu i
ówdzie gazrurki wypełnione ołowiem czy nawet zwykłe skarpety z
kamieniem wewnątrz. Ci sami Stoczniowcy byli zmuszeni
ściągać z płotów agresywnych krzykaczy, wykrzykujących
niewybredne przezwiska pod adresem ludzi w mundurach. To była wyraźna
prowokacja obliczona na wzbudzenie agresji wśród tych, którzy w
najbliższej przyszłości mieli wejść do stoczni z
bronią i pałami w ręku. To wymagało interwencji -
komentarzy, wyjaśnień i publicznego odżegnywania się od
prowokatorów.
W
nocy z 14 na 15 grudnia grupy SB i ZOMO zostały „podrzucone” na teren
Stoczni wodą, przy pomocy małych jednostek jak kutry czy holowniki.
Jak raportowano, część z nich zajęła bunkry
przeciwatomowe, wejścia do których były znane załodze.
Natychmiast pojawiła się prowokacyjna propozycja aby włazy
zaspawać i bunkry zatopić. Pomijając samą
zbrodniczość pomysłu, kto przy zdrowych zmysłach może
prowokować uzbrojonego po zęby i zdolnego do rozlewu krwi
przeciwnika, którego na smyczy trzyma tylko opinia światowa? Jedynie Ci,
którzy po podrzuceniu idei byli skłonni wymknąć się ze
Stoczni przez okna stołówki i mówić o swoim bohaterstwie lub
liczyć zapłatę. WRONa byłaby chętna zapłacić
wagę w złocie za kilku umundurowanych męczenników,
uzasadniających krwawy odwet. Na szczęście nie pomyślano o
pełnej powtórce planu „radiostacja Gliwice” a same prowokacje udało
nam się powstrzymać.
Inne
czasochłonne zajęcie zapewniali dziennikarze zagraniczni,
żądni wywiadów i fotoreportaży. Na szczęście dla mnie
w moim najbliższym otoczeniu zawsze było kilku chętnych,
sprawdzających swój wygląd w lustrze kolegów, którzy
pełnili „honory domu”. Nie oznacza
to, że mam żal do dziennikarzy. Wprost przeciwnie - ich
obecność gwarantowała, że to co robimy będzie
światu znane i że cena jaka zapłacimy za tą bezbronną
demonstrację przekonań nie pójdzie na marne. Ale dobry dziennikarz,
mający wstęp na arenę i za kulisy, powinien pracować
niedostrzegany, co zresztą jest warunkiem dostrzegania prawdy. Przyznaje,
że większość z nich była dobra. Pamiętam jedno
krótkie spotkanie z dziennikarzem, z którym zamieniłem dosłownie
kilka słów w nocy z 15 na 16 grudnia. Na zakończenie, powodowany
niezamierzonym impulsem, poprosiłem go o przekazanie naszych
życzeń świątecznych związkowcom wolnego świata.
Nie zapamiętałem wtedy jego nazwiska i zapomniałem o całym
wydarzeniu na długie lata. W roku 1989, już jako emigrant w
Australii, otrzymałem od znajomych egzemplarz międzynarodowego magazynu „Newsweek” z
4 stycznia 1982 roku. Wewnątrz - reportaż Alexandra Muenninghoffa
zatytułowany „Ostatnie dni Solidarności w Stoczni Gdańskiej”
opisujący ostatnie dni i godziny przed pacyfikacją Stoczni. W
ostatnim zdaniu autor wiernie cytuje moje wzmiankowane wyżej
życzenia. Nie wiem czy odbiorcy życzeń przeżywali
jakiekolwiek wzruszenia czytając je -
prawdopodobnie uchodziły one uwadze - ale ja czytając moje
własne słowa po latach, byłem naprawdę wzruszony. Thanks
Alex.
Pożegnanie. 15 grudnia był, jak pisał później w „Newsweeku”
Alexander Muenninghoff, dniem powolnego umierania stoczniowego oporu. Do
powtarzanego, głośnikowego ultimatum WRONy doszło przekazane
przez dyrektora Stoczni: - strajkujący mają jedną godzinę
na jej opuszczenie - po tym terminie odpowiedzialność karna jest
nieunikniona. Powoli lecz we wzrastającym tempie ponad połowa
załogi opuściła zakład. Tłum przed bramą
próbował ich zatrzymywać - padały słowa otuchy, wyrzuty,
obelgi, Były nawet wypadki szarpaniny. Intrweniowalismy - każdy ma
moralne prawo decydowania o swoim postępowaniu. W tym dniu, jakby dla
zachęcenia pokornych, czołgi i wojsko wycofano z zasięgu wzroku.
Pozostał tylko wzburzony tłum i ci którzy pozostali w Stoczni. Nikt z
nas tej nocy nie spał. Krążyliśmy po Stoczni
odwiedzając hale gdzie zgromadzeni byli ci uparci i ci „na
służbie”. Okazało się później, że tych ostatnich
było sporo. Już w nocy, w
ciemnych halach pełnych ciągle ludzi, co kilka minut wybuchały
niepokoje: - „gdzie są przywódcy - już zwiali?” Niesposób było
nie odpowiadać na te prowokacyjne okrzyki, a każda odpowiedz
umiejscawiała nas precyzyjnie. Wczesnym rankiem bramy Stoczni zostały
sforsowane przez czołgi, jak słyszeliśmy - byli ranni. Nie od
kul - nie strzelano. Ale czołgi forsowały barykadujące lory z
betonowymi prefabrykatami, a wokół byli ludzie. Obiektywnie przyznam - nie
widziałem ofiar ani nawet śladów.
Wejście ZOMO i SB wykazało jak
wielu pomocników mieli wmontowanych pomiędzy strajkujących. Wiedzieli
wszystko - gdzie, czego i kogo szukać. Myślę że każdy
z nas, tych „most wanted”, miał w najbliższym otoczeniu
swojego nieodstępnego „cienia“. Na
wyniosłych dziobach statków, na nadbudówkach i dachach pojawili się
ludzie w waciakach i kaskach stoczniowców, z radiotelefonami w rękach,
dyrygując ruchem kolumn ZOMO. Napastnicy ignorowali stłoczone grupy
studentów i sprawnie wyławiali jednostki, wiedząc dokładnie kto
jest kto.
Gościem Jaruzelskiego -
Gdańsk. Byłem łatwy do rozpoznania. W ciągu ostatnich
trzech dni wielokrotnie pokazywałem się publicznie w tym samym
wyszarganym ubiorze i futrzanej czapce. Ukrywanie się byłoby
zresztą bezsensowne. Moje aresztowanie było oczywiste, było taką
samą częścią demonstracji przekonań jak podpisywane
własnym imieniem i nazwiskiem dokumenty i apele. Zwolniony od
obowiązku czynnego udziału i myślenia czułem się
zmęczony i wewnętrznie pusty. Miałem bóle w mostku (od pewnego czasu
zażywałem z przepisu lekarza nitroglicerynę). Ale generalnie fizycznie
byłem sprawny i poruszałem się bez trudu.
Wszystkich nas - wyselekcjonowanych
oficjeli „Solidarności” - zgromadzono w budynku tej samej stołówki w
której mieliśmy ostatnie spotkania. Siedziałem w hollu, o kilka
metrów ode mnie mój prywatny stróż, młody umundurowany. Chciało
mi się siusiać, ale nie chciało mi się ruszać. Kiedy w
końcu zmusiłem się - mój aktualny właściciel grzecznie
zaprowadził mnie do toalety, ale próba siusiania przy otwartych drzwiach
nie powiodła się - te głupie nawyki cywilizowanego
człowieka. Wróciliśmy do hollu. Po drodze zostałem zastopowany
przez kogoś znajomego z widzenia, idącego naprzeciw. Był to
Fiszbach. Nie znaliśmy się osobiście, ale z konieczności
działań na tym samym terenie wiedziałem jak wygląda.
Zatrzymał się o krok i obaj odruchowo (znów ten cywilizacyjny nawyk)
podnieśliśmy do połowy ręce
- do powitania. I obaj z pewnym
ociąganiem powstrzymaliśmy się w połowie odruchu.
Myślę, że patrzył na mnie z rodzajem sympatii, a może
zadowolenia z mojego obecnego statusu - byłem zbyt zmęczony aby
analizować. Staliśmy tak bez słowa kilka sekund po czym
odszedłem w kierunku najbliższego krzesła.
W sąsiednim pomieszczeniu
wybuchła jakaś głośna szamotanina, krzyki, odgłosy
uderzeń. Trwało to krótko. Po pewnym czasie do hollu wypchnięto
młodego człowieka z zakrwawioną twarzą i w poszarpanym,
prawie nowym, kożuchu. Miał chyba skute ręce i zadowolony wyraz
twarzy - co za dziwne zestawienie, pomyślałem wtedy.
Trwało to dosyć długo zanim
nas obszukano i wyprowadzono do parkującej przed drzwiami milicyjnej
ciężarówki. Albo może raczej więziennej, bo bez okien ale
za to z osiatkowanymi dwoma przedziałami i rzędem opatrzonych
stalowymi drzwiami „szaf” na przedzie. Pobity też był tutaj i opowiedział,
ciągle z zadowoleniem, co się stało. Jeżeli pamiętam
dobrze nazywał się Stanisław Kwoka, był miejscowym
działaczem „Solidarności”. W
sąsiedniej sali, gdzie go zaprowadzono, wynikła jakaś drobna
przepychanka ze zbyt gorliwą eskortą. Szybko by to zapomniano, gdyby
nie obecny pułkownik, mały skundrel, ale z charakterem pinczera.
Zarzucił on eskorcie nieudolność i nakazał użycie
pały. Eskorta, młodzi zomowcy, wyraźnie nie mieli ochoty na
pałowanie i zabierali się do tego z ociąganiem. Pułkownik
się wściekł, nakazał skucie delikwentowi rak i
zażądał bojowej pały. Pala była chyba tak duża
jak pan pułkownik, ale zabrał się do niej raźno. Niestety,
zanim osiągnął zamierzony wynik, otrzymał od skutego
kopniaka, który posłał jego i pałę koziołkując po
podłodze. Podwładni źle
ukrywali śmiech co wprowadziło małego sadystę w furię.
Dostał wprawdzie drugiego, równie skutecznego kopniaka, ale w końcu
skaleczył ofiarę i poszarpał kożuch. Kwoka praktycznie
został uratowany przez młodych funkcjonariuszy, którzy markując
bicie, wypchnęli go z sali i przystąpili do udzielania pierwszej
pomocy zmachanemu i rozmamłanemu sadyście dowódcy. Myślę
że sława pana pułkownika, skopanego przez skutego
więźnia, została ugruntowana w macierzystej jednostce do końca
jego kariery. Kwoka w każdym razie
był zadowolony.
Więzienna karetka, w której
byliśmy zamknięci, na coś czekała. Z początku nie
wiedzieliśmy na co ale później dotarła do nas wrzawa spoza murów
Stoczni gdzie tłum coś skandował, głośniki
ryczały, po jakimś czasie zaczęły pukać odgłosy
strzelanych granatów łzawiących. Nawet do nas, zamkniętych,
docierał wiercący w nosie zapach. Trwało to godziny, cichło
i wzmagało się na przemian. W końcu zaczęły
basować czołgowe armaty. Z
braku odgłosów uderzenia lub wybuchu armatniego pocisku można
było wywnioskować ze strzelano ślepakami lub ładunkami
łzawiącymi. Trwało to bardzo długo - zaczynało
robić się szaro. W końcu samochód ruszył. Pomimo braku
okien mogliśmy się zorientować że krążymy
ciągle po stoczni. W końcu zaskrzypiała jakaś brama,
odgłosy rozmowy - i zaczęliśmy jechać szybko. Znów
krążyliśmy i trwało to chyba z godzinę zanim samochód
stanął. Byliśmy na ogrodzonym wysokim murem dziedzińcu. Nie
znalem Gdańska na tyle, żeby wiedzieć gdzie to było, ale
okazało się, że to siedziba SB. Pęcherz dokuczał mi
strasznie i zacząłem domagać się wyjścia do toalety.
Nie pozwolono ale powiedziano że możemy to robić na
podłogę. Ponownie nic mi z tego nie wyszło i czułem
się naprawdę źle. Jedynie zadowoleniem napawał mnie fakt
iż zdołałem zniszczyć swoja pieczątkę
wiceprzewodniczącego KK i że nikt nie będzie jej mógł
użyć w moim imieniu. W końcu przetransportowano nas gdzieś
ponownie i wprowadzono do budynku. Znów czekanie, tym razem samotnie i pod
strażą. W końcu zaczęło się przesłuchanie.
Przesłuchujący przedstawił
się jako kapitan Grzybowski z SB ale swojego nazwiska w formularzu
przesłuchania nie wpisał, więc było prawdopodobnie
fałszywe. Przesłuchanie było rozwlekłe i chaotyczne,
trwało dosyć długo. Ponieważ moja
działalność była jawna, moje podpisy widniały pod
każdym wydanym dokumentem, ominęły mnie emocje podchodów z
przesłuchującym. Praktycznie podpadałem pod każdy z
głównych paragrafów stanu wojennego i znalazło to odbicie w
formularzu mojego zatrzymania. Na pytanie kogo należy zawiadomić
podałem adres żony z prośbą aby zawiadomienie
(zawierające owe groźne paragrafy) doręczono jej dopiero po
urodzeniu dziecka (to był zaawansowany dziewiąty miesiąc). Po
podpisaniu protokołów wstępnego przesłuchania poprosiłem o
papier i długopis i napisałem oświadczenie iż uważam stan
wojenny za nielegalny i sprzeczny z konstytucją. Przesłuchujący
skomentował – „Dlaczego usiłuje pan zostać męczennikiem?” i
gestem sugerował wycofanie deklaracji. Ja jednak nalegałem i w
końcu wpiął je w teczkę przesłuchania. W roku 1986,
kiedy procesowałem się z Dowództwem Marynarki Wojennej o
odszkodowanie za mój „aresztowany” jak
ja samochód, miałem chwilowy dostęp do tej teczki. Mojego oświadczenia w niej nie
było.
Miałem dwie podstawy do takiego
oświadczenia: pierwszą - moje wewnętrzne przekonanie, na którym
do tej pory polegałem i drugą
- oświadczenie prawników Trójmiasta stwierdzające to samo w pierwszym
dniu strajku. To było dziwne - ich oświadczenie właściwie
nie istniało, gdyż żaden z nich nie był wystarczająco
odważny aby je podpisać. Była to odpowiedż na moja
prośbę o opinię, przekazaną ich reprezentantowi który
pojawił się w Stoczni
gdzie właśnie
zaczęliśmy działać. Zabrał moje pytanie i
osobiście dostarczył pisemną, kolegialną odpowiedź po
kilku godzinach. Był zakłopotany moim zdziwieniem że nie jest
podpisana. Ja jednak byłem naprawdę zdziwiony - dopiero następne
miesiące i lata przekonały
mnie, że istnieją dwa rodzaje odwagi i uczciwości - jawna i bezwzględna
oraz ta bezpieczna, konspiracyjna - we własnym gronie zaufanych albo pod
fałszywym nazwiskiem. Później to ugruntowujące się
przekonanie stało się jednym z powodów mojej decyzji emigracji.
Okna pomieszczenia w którym byłem
przesłuchiwany wychodziły na ulice i przyległy otwarty teren. Do
tej pory nie potrafię precyzyjnie określić gdzie to było.
Prawdopodobnie w rejonie lub nawet w budynku Aresztu przyległego do
Sądu Wojewódzkiego. Za oknami cały czas trwała potyczka
pomiędzy tłumem i całą tą umundurowaną
mieszaniną, którą WRONa spuściła ze smyczy. Gaz
łzawiący, porykiwanie armat czołgowych strzelających
ślepymi ładunkami, ryk głośników, krzyki. Kilkakrotnie
tłum docierał prawie pod okna pomieszczenia. Był moment, rodzaj
przerwy w oficjalnych czynnościach, kiedy stałem przy oknie.
Usłyszałem dźwięk rozbitej szyby w którymś z pobliskich
pomieszczeniach i mój esbek pospiesznie odciągnął mnie od okna,
wierzę że w szczerej trosce o własność za którą
był chwilowo odpowiedzialny.
W GOŚCINIE
U WRONY
(17 grudnia 81 - 17 wrzesnia 83)
Gdańsk.
Około
północy poprowadzono mnie krętym korytarzem a następnie schodami
w dół - do podziemi. Sprawnie zostałem pozbawiony paska,
sznurowadeł i wszystkich przedmiotów osobistych łącznie z
zegarkiem. Kiedy odbierano mi fiolkę z nitrogliceryną (moje serce nie
było ostatnio w najlepszym stanie) - zaprotestowałem. Z
ociąganiem poprowadzono mnie do innego pomieszczenia, gdzie człowiek
w białym fartuchu, lekarz lub felczer przeprowadził krótkie badanie -
puls, ciśnienie etc. Zanotował cos w książce i wydal mi
dokładnie taką samą fiolkę jaką mi zabrano,
mówiąc znana mi formułę: - „ jedna lub dwie tabletki pod
język w razie bólu pod mostkiem lub w okolicy”. Wróciliśmy do izby przyjęć,
gdzie ten sam człowiek co poprzednio natychmiast odebrał mi nowo
otrzymany lek. Zaprotestowałem, tym
razem naprawdę oburzony głupotą postępowania. Agresywnie
podał mi fiolkę i warknął: - „zażyj teraz jak musisz,
ale to zostanie tutaj!” Inni obecni obojętnie milczeli. Bardziej zdziwiony
po raz pierwszy użytą w stosunku do mnie formą „ty” niż
głupotą sytuacji, zrezygnowałem z dalszych protestów.
Poprowadzono mnie znów - chyba o jedną kondygnację niżej, do
celi. Było to dość duże pomieszczenie bez okien, z kilkoma
pryczami, jedna z nich była zajęta. Jej użytkownik nie wykazywał
żadnego zainteresowania sytuacją, choć nie spał i
patrzył na mnie przez chwilę.
Cela miała
brudne, niegdyś bielone ściany, jedno zakratowane ślepe okno w
niezwykle grubym murze, wychodzące do swojego rodzaju murowanej studni lub
tunelu. Szyb nie było i wiało stamtąd chłodem.
Oświetlenie stanowiła jedna słaba i brudna żarówka pod
wysokim dosyć sufitem, kąty były w półmroku. Gdyby nie
elektryczne oświetlenie mogłaby to być sceneria z „Hrabiego
Monte Christo” lub „Nędzników” Dumasa.
Ubranie zabrano
mi przed wejściem do celi, więc w gaciach i przepoconej koszuli
wlazłem pod dwa brudne koce na wyrku pod oknem. Popatrzyłem na sufit,
żarówkę i zakratowane okno nad głową i nagle uderzyło
mnie, że ja ten widok już znam. Rzeczywiście - kilka
miesięcy, może nawet pół roku temu, miałem kilkakrotnie
mgliste sny w których pojawiała się scena jaką obecnie
miałem przed oczami. Szczegóły były tak zbieżne ze snem,
że na chwilę zapomniałem o wszystkim innym. Nie był to
pierwszy przypadek „znajomości” nieznanych
mi uprzednio miejsc. Miałem
kilka podobnych wydarzeń. Kiedyś,
mając około 15 lat, w zupełnie nowym miejscu, w którym nigdy
przedtem nie byłem, odnalazłem „znaną mi” ulicę i narożny dom. Co
więcej, zbliżając się do tego domu „pamiętałem”
nie widoczną jeszcze ścianę i wybitą szybę w jednym z
jej okien. Kiedy ominąłem narożnik - ściana i wybite okno
były dokładnie takie jak w mojej wyobraźni. Teraz myślałem o tych proroczych
snach i usiłowałem znaleźć ich logiczną
wykładnię, być może jakieś ukryte w nich wytyczne czy
proroctwa. Jednak zmęczenie ostatnich nieprzespanych nocy wzięło
górę - i zasnąłem.
Obudziłem się zlany potem i z
bólem w klatce piersiowej. Odruchowo rozejrzałem się za
pigułkami i równocześnie stwierdziłem gdzie i w jakiej sytuacji
jestem. Miałem już trochę treningu w pertraktacjach z własnym
zbuntowanym sercem, więc próbowałem oddychać wolno i
głęboko. Szklanka zimnej wody mogła pomóc ale nie byłem
jeszcze obeznany z geografią i wyposażeniem celi, więc nie bardzo wiedziałem co
robić. Usiłowałem wstać i wyro zaskrzypiało
niemiłosiernie budząc mojego współlokatora, o którym
zupełnie zapomniałem. Jak domyśliłem się później,
musiał być w tej celi ze mną służbowo lub co najmniej
półsłużbowo (więzień - konfident). Zamiast
próbować znów zasnąć przyglądał się moim
niezdarnym ruchom i coś musiało go zaniepokoić bo podszedł.
Wymamrotałem, że potrzebuję wody i podał mi ją w
aluminiowym kubasie. Woda pomogła,
ból zelżał, ale zacząłem marznąć, odkryty i w
przeciągu. Zęby zaczęły mi dzwonić i musiałem
wyglądać naprawdę źle bo mój kompan zaczął
walić w drzwi. Było
trochę ruchu na korytarzu i po około dwudziestu minutach, ciągle
dzwoniąc zębami, byłem niesiony w górę po schodach
podziemia. Ciągle byłem tylko w gaciach i koszuli, ale narzucono na
mnie kilka koców, co prawdopodobnie uratowało mnie od zapalenia płuc.
Samochód czekał na zaśnieżonym dziedzińcu i znów
gdzieś byłem wieziony. Z fragmentów rozmów przez radiotelefon zrozumiałem że jedziemy do
wojskowego szpitala i tak też było.
Tutaj już
był postęp, nawet zrobiono mi EKG, które musiało zrobić
wrażenie, bo lekarz zaczął mówić do sanitariuszy o
przygotowaniu separatki. Niestety, moi prawni właściciele, czyli
funkcjonariusze, nie mieli ochoty się ze mną tak łatwo
rozstać i sprzeciwili się kategorycznie. Myślę ze
hierarchicznie, w tym wojennym czasie, mieli więcej do powiedzenia, bo
lekarzom pozwolono jedynie na zaaplikowanie dobrze mi znanej nitrogliceryny i
jakiegoś zastrzyku. Nie wiem czy to
w wyniku zastrzyku czy tez temperatury znacznie wyższej niż w moim
poprzednim lokum przestałem szczękać zębami. Wspomnienie
bólu ciągle kołatało się pod mostkiem. Ale mogła to
być reakcja klatki piersiowej po uprzednim forsownym oddychaniu.
Postawa lekarzy
odniosła jednak jakiś skutek bo do lochów już nie
wróciliśmy. Zamiast tego, po kolejnej podroży samochodem i na
noszach, wylądowałem w
jakimś dużym, cuchnącym karbolem pomieszczeniu, które pomimo
krat w oknach przypominało pomieszczenie szpitalne. Był już
prawie ranek ale, znów może w wyniku zastrzyku, dość szybko
zasnąłem. Rano okazało się, że był to szpital
Aresztu Śledczego w Gdańsku, a co ważniejsze, że nie
byłem tu jedynym gościem WRONy
Obudziły mnie pojedyncze basowe
wystrzały dział czołgowych i daleka wrzawa. Ale nie
zdążyłem się zbyt dobrze wsłuchać, kiedy pojawili
się ludzie w fartuchach (obu płci!) i po chwili zmieniałem
salę. Znalazłem się w kołchozie pełnym znających
mnie i częściowo znanych mi działaczy, wymieszanych z bardziej
typowymi mieszkańcami tej instytucji - czyli w dotychczasowej nomenklaturze
- kryminalistami. Wszyscy byli jednakowo przyjaźni i pełni chęci
pomocy, układy pomiędzy obu „grupami społecznymi” znakomite.
Kiedy się wprowadzałem, nasi działacze - więźniowie z
dwudniowym stażem, ochoczo uczyli się zasad grypsery i więziennego
kodu sygnałowego.
Dzięki obecności cywilnego personelu
medycznego i zatrudnionych na części etatu lekarzy Akademii Medycznej
w Gdańsku wiadomości o przebiegu wydarzeń docierały bez
zakłóceń i bez deformacji. Mieszkańcy Trójmiasta, jak zawsze
niepokorni i mający z socjalistyczną władzą na pieńku,
ciągle kotłowali się na ulicach. Nie palono tym razem komitetów
i jako część tego samego savoir vivre’u nie bito aresztowanych.
Ale leciały kamienie, pojawialy sie na murach ulotki i karykatury, po
ulicach biegaly niezjedzone pomimo deficytu żywnosci pomalowane na
czerwono swinie. Powieszono umundurowaną kukłę Jaruzelskiego i
niezliczone bogu ducha winne wrony. W odpowiedzi byly aresztowania, zalzawione od gazu i zalu oczy i dudniace
slepakami armaty czołgów. Wojsko
nie przykladalo się nadmiernie do tej przepychanki. Praktyka ubierania, w
imię stanu wojennego, w jednakowe mundury wojska , ZOMO i SB mogła
wprowadzić w błąd cywilów i obserwatorów zagranicznych, ale nie
owocowała jednością tych umundurowanych. W późniejszych
miesiącach i latach różnice i nienawiści stały się
bardziej widoczne. Ale już w pierwszym dniu stanu wojennego na poboczach
szos znajdowało się dziesiątki pojazdów ZOMO uszkodzonych przez
ich kierowców i pasażerów. Wspominali o tym w reportażach dziennikarze
zagraniczni, dawali też temu świadectwo więźniowie skazani
za odmowę służby w ZOMO.
Nowe miejsce okazało się być
izbą chorych czy też szpitalem Aresztu Śledczego w
Gdańsku. Po kilku dniach pobytu w
tych jakże rożnych od poprzednich kazamat w podziemiu warunkach,
fizyczne zmęczenie które znieczulało umysł, zaczęło
ustępować. To, w połączeniu z nagłym ustaniem absorbującej
umysł aktywności, przyniosło stress. W ciągu ubiegłych
kilku dni, w nawale wydarzeń wymagających ciągłego
podejmowania decyzji i reagowania na wydarzenia, nie miałem czasu na
myślenie o rodzinie czy samym sobie. Nadmiar adrenaliny we krwi
znieczulał, lub raczej usuwał na dalszy plan ból pod mostkiem, na
który znalem tylko jedno lekarstwo - przepisane mi wcześniej tabletki
nitrogliceryny. Obecnie mogłem
tylko myśleć - a myślenie nie poprawiało mojego
samopoczucia. Po tamtej stronie krat
została żona w ostatnim miesiącu ciąży, masa przerwanych spraw zawodowych i osobistych. W
hotelu Monopol, gdzie mieszkałem ostatnie kilka miesięcy,
pozostały opuszczone moje rzeczy, wiele z nich wartościowych. Przed
hotelem został mój Fiat 125P, z opróżnioną na
szczęście chłodnicą. Obok tego wszystkiego - sytuacja
się przewartościowała. W ciągu ostatnich dni ja byłem
w centrum zagrożenia i pod lufami stojących przed Stocznią
czołgów a moi bliscy i znajomi w relatywnym bezpieczeństwie swoich
mieszkań czy zakładów pracy. Obecnie, w tych szpitalnych warunkach,
nie byłem fizycznie zagrożony - za to oni byli tam gdzie trwało
zamieszanie i dudniły czołgowe działa. Jak długo
będzie to tylko ślepa amunicja i gazy łzawiące?
O dziwo, ciągle potrafiłem
odsuwać od siebie rozważania swojego własnego bliższego i
dalszego losu. Oczywiście zdawałem sobie sprawę że wisi
nade mną ileś tam dekretów stanu wojennego i pamiętałem co
działo się z przywódcami opozycji po Budapeszcie 56 czy po uprzednich
rozruchach w Polsce i w Pradze. Ale myślenie o tym ograniczałem do
zarejestrowania takich możliwości w mózgownicy i odsuwania
myślenia o detalach. Oprócz tego odczuwałem zadowolenie, że
wywiązałem się, na miarę możliwości, z
obowiązków sumienia i zobowiązań w stosunku do swoich wyborców.
Może to brzmi obecnie pompatycznie - ale w owych pierwszych dniach stanu
wojennego - stworzono wiele okazji dla pokornych i przestraszonych do
padnięcia na kolana przed „prawowitą władzą” - i wielu
kupiło sobie przebaczenie odszczekując uprzednio głoszone
przekonania. Jak przekonałem się nieco później - stworzono
również inne pokusy. Umożliwiono, i poprzez akredytowanych przez WRON
adwokatów sugerowano, obronę poprzez negowanie „popełnionych”
działań i deklaracji przed sądami. To wprawdzie nie
zapewniało przebaczenia ale pozbawiało działaczy twarzy a ich
poprzednie działania i deklaracje znaczenia. Wielu uległo tym
sugestiom. O dziwo, skazani, nadal byli skłonni popełniać anonimowe akty bohaterstwa, okrzyki zza
węgła czy choćby nieprzyjazne gesty za plecami swoich
prześladowców. Nigdy nie potrafiłem tego zaakceptować ani w
pełni zrozumieć. Myślę, ze częściowym
wyjaśnieniem jest iż byli to ludzie wyhodowani przez system.
Socjalistycznej władzy było obojętne co ludzie mówią i
robią za jej plecami - tak długo jak okazywali należyty strach i
posłuszeństwo postawieni z nią twarzą w twarz.
Powracając do realiów owych
przedświątecznych dni w Areszcie Śledczym -
bezczynność rodziła stress. Ból pod mostkiem, pomimo opieki
medycznej nie ustępował, budziłem się zlany potem i
generalnie zapadałem w rodzaj niezdrowego letargu. Wiem, że
świadomi mego stanu medycy czynili starania o przeniesienie mnie do
normalnego szpitala, ale bez wyników. Myślę, że w owym okresie,
moja „naturalna” śmierć nie byłaby zbyt niemiła kochanej
władzy - rozwiązywałaby
bowiem cały szereg przyszłych problemów, wśród których wroga stanowi wojennemu i
aresztowaniom opinia światowa nie była ostatnim.
Trwało to do wigilii Bożego
Narodzenia. Służba więzienna zaczęła
świętować wcześnie. Najpierw z pola widzenia zniknęli
oficerowie, potem inni funkcjonariusze zaczęli wymykać się do
służbowych pomieszczeń. Późnym wieczorem było
bezludnie i spokojnie. Czułem się podle - było mi duszno, serce
pracowało nieregularnie, więzienna piżama lepiła się
od potu. Towarzysze niedoli usiłowali mi pomóc jak mogli, ale mój stan
raczej się pogarszał. W końcu czułem się tak podle,
że chyba zacząłem jęczeć - bo wszyscy zgromadzili
się przy moim łóżku. Ktoś usiłował
wołać lekarza, inni podawali mi wodę. W końcu zaczęto
mi robić masaż klatki piersiowej. Ostatnie co pamiętałem
był strumień wody z kubka chluśnięty na moją twarz - i
film mi się urwał. Ocknąłem się w normalnej karetce
pogotowia, lekarz lub sanitariusz pochylał się nade mną.
Wylądowałem w sali intensywnej
opieki jakiegoś szpitala, przyklejano mi elektrody do piersi, siostra
instalowała kroplówkę. Równocześnie przebierano mnie w
czystą i suchą piżamę. Stara wydawała się
być znacznie bardziej mokra i cuchnąca niż mógł to spowodować pot. Obawiam
się, ze moje funkcje fizjologiczne w ciągu poprzednich minut nie
podlegały kontroli. Zasnąłem.
Rano okazało się, że
byłem w Gdańskiej Akademii Medycznej i że przeszedłem
zawał. Leżałem w pokoju intensywnej opieki, oddzielony od innego
pacjenta parawanem, przy łóżku siedziały dwie młode,
uzbrojone funkcjonariuszki więzienne. One i ich współpracownice
towarzyszyły mi przez kilka pierwszych dni - do czasu wydarzenia, które
opiszę nieco później.
W czasie porannej wizyty lekarskiej, której
przewodniczył, jak się później dowiedziałem, profesor
Leonowicz, dostrzegłem w grupie lekarza, który praktykował
również w Areszcie Śledczym. Był wyraźnie ucieszony sytuacją
i uśmiechał się do mnie z triumfalnym wyrazem oczu. Niestety -
jego nazwiska dziś już nie pamiętam. Profesor Leonowicz bardzo
przyjaźnie poinformował mnie o sytuacji, dodając na końcu,
że niebezpieczeństwo przeszło i że w moim obecnym stanie nie
ma mowy o powrocie do więzienia. Życie miało dowieść,
że w tym ostatnim stwierdzeniu się mylił, ale żaden z nas
nie mógł o tym wówczas wiedzieć.
Był 25 grudzień 1981.
Patrząc wstecz, muszę stwierdzić że były to jedne z
moich najbardziej udanych świąt
Bożego Narodzenia. Nie w znaczeniu dosłownym - spędzałem
przedtem i potem święta w górach na nartach, święta
łowiąc ryby na zaśnieżonym jeziorze, inne - nurkując w
jeziorach Snowy Mountains w Australii.
Ale w tym dniu, pomimo czarnych chmur nad głową, czułem się
nieporównanie bardziej świątecznie niż kiedykolwiek. Po pierwsze
- odczuwałem sympatię i troskę otoczenia i co najważniejsze
była to sympatia bezinteresowna , czysto ludzka. Była w niej odrobina
uznania dla tego co zrobiłem i co spowodowało moją tutaj obecność.
Po drugie - ten dzień był tak świątecznie rożny od
dnia poprzedniego. I wreszcie po trzecie - moja sytuacja w tym dniu była
dowodem, że pomimo trwającego od prawie dwóch tygodni terroru WRONy
ludzie nie przestali być ludźmi. Ciągle byli zdolni do
wyrażania swoich opinii i uczuć, nawet jeżeli stawiało to
ich i ich kariery na pograniczu niebezpieczeństwa.
W jednym z następnych dni Halina -
moja żona - dotarła do szpitala. Słowo „dotarła” ma
swoją wagę. Wymagało to uzyskania zgody wrogich organów
administracyjnych, pokonania trudności komunikacyjnych - komunikacja
prawie nie istniała, a podróże wymagały przepustek. Obok tego
wszystkiego - taszczyła ze sobą imponujące brzuszysko, w którym
kopal żwawo potomek o przyszłym imieniu Dominik. I wszystko to w imię
ograniczonego, godzinnego, spotkania pod nadzorem czujnych esbeków. Tak
więc zespół warunków psychicznych do rekonwalescencji został
zbudowany i rozpoczął się pierwszy etap tejże
rekonwalescencji.
Oczywiście nie obeszło się
bez kilku prób pogorszenia tego dobrego samopoczucia. Pierwsza była
spóźniona już nieco wiadomość, że jeszcze w czasie
kiedy ja wojowałem w Stoczni - władza wymierzyła pierwszego
kopniaka mojej rodzinie, odbierając w pełni opłacone i formalnie
przydzielone mieszkanie spółdzielcze. Aby je uzyskać,
zlikwidowałem na rzecz i na formalne wezwanie Spółdzielni
Mieszkaniowej w Jarotach posiadaną książeczkę
mieszkaniową. Była to książeczka z ponad dwudziestoletnim
stażem, przekraczającym wymagany okres wyczekiwania. Dziesiątego
grudnia 1981r. zostałem wezwany do dokonania przelewu pieniędzy i
odbioru mieszkania, co oczywiście zrobiłem. Niestety transakcja
okazała się jednostronna - kluczy do mieszkania nigdy nie
otrzymaliśmy.
Druga próba
była bardziej spodziewana. Trzy dni po przebytym zawale otrzymałem
formalny akt oskarżenia. Zawierał zarzuty określone przez trzy
rożne paragrafy dekretu o stanie wojennym. Dwa z nich były
zagrożone karą śmierci. W obligatoryjnym trybie doraźnym
należało się spodziewać wyroków w pobliżu górnej granicy.
Pan prokurator pofatygował się do szpitala osobiście w celu
uzyskania potwierdzenia odbioru.
Wahadełkiem. Pomimo tych czarnych chmur nad głową stan zdrowia
powoli się poprawiał. Po tygodniu pozwolono mi, w obu znaczeniach -
medycznym i więziennym - na spacery po korytarzu. Początkowo
szło to trochę opornie, miałem zawroty głowy, pociłem
się, drętwiała lewa ręka. Ale wkrótce poruszałem
się dosyć sprawnie. Oprócz tego miałem dwa zajęcia -
czytanie książek i niepoważne wydawałoby się hobby -
ćwiczenia z wahadełkiem. Moje
„własności” różdżkarskie zostały odkryte przez znanego
radiestetę Trusielewicza, który był w tej dziedzinie znany w kraju i
za granicą. Nigdy nie miałem przedtem czasu na tego rodzaju praktyki,
ale różdżka i wahadełko reagowało w moich rękach dosyć
żwawo. Teraz, mając nadmiar wolnego czasu i potrzebę odwrócenia
uwagi od czarno wyglądającej przyszłości - zaczynałem
od podstaw. Pierwsze wahadełko, zrobione z ugniecionego chleba i nitki - o
dziwo pracowało. Drugie - spiralka zrobiona z miedzianego drutu
pracowało nawet lepiej. Nigdy nie wyszedłem poza najprostsze
ćwiczenia typu odpowiedzi „tak”
i „nie” na zadawane w myśli pytania, ale w tej metodzie uzyskiwałem
zadziwiające i sprawdzalne wyniki - może dlatego, że
podświadomie, w ucieczce przed stressem, wyłączałem
się w tym czasie z myślenia o czymkolwiek innym.
Najpierw praktykowałem z pogodą,
próbując przepowiedzieć czas opadów śniegu. Sprawdzało
się w około 90 procentach. Zadawałem wahadełku również
inne, bardziej istotne pytania, ale tu nie mogłem sprawdzić
prawidłowości odpowiedzi. Dwie uzbrojone funkcjonariuszki
dyżurujące przy moim łóżku przyglądały się
tym praktykom początkowo podejrzliwie a później z rozbawieniem. Z
wymienianych spojrzeń mogłem wywnioskować iż
podejrzewały pozawałowe uszkodzenie mojego mózgu, ale nie było
to dla nich powodem do rozpaczy. Przez zupełnie niespodziewany, tragiczny,
przypadek ich pogodne lekceważenie ustąpiło miejsca zdrowemu
strachowi i w rezultacie ich odwołaniem z tej służby -
przypuszczalnie na własna prośbę.
Zdarzało się, co w mojej sytuacji
było raczej zrozumiałe, że miałem krótsze lub
dłuższe okresy niepokoju. Zawsze były one związane ze
świadomym myśleniem o mojej lub moich bliskich sytuacji i
kończyły się jeżeli potrafiłem skierować moja
uwagę w inną stronę. Ów tragiczny przypadek, pierwszy z serii
kilku, miał miejsce w pierwszych dniach mojego pobytu w Klinice.
Leżałem w łóżku, elektrody monitora EKG ciągle na
mojej piersi, i bez zbytniego zapału obserwowałem ruchy
wahadełka. Nagle, bez żadnego powodu i bez żadnego związku
z moimi myślami (praktycznie nie myślałem o niczym)
poczułem silny niepokój. Usiłowałem się
wyłączyć z tego uczucia - ale nie mogłem. Nie mogąc
znaleźć przyczyny zacząłem „pytać” wahadełka:
-‘Czy coś się wydarzyło?’
Odpowiedź: -
‘Nie’.
-‘Czy coś się wydarzy?’
-‘Tak.’
-‘Czy ze mną ?’
-‘Nie.’
-‘Ze strażniczkami?’
-‘Nie.’
Rozejrzałem się w poszukiwaniu
następnych logicznych pytań. W tym samym pokoju, oddzielmy parawanem,
leżał inny pozawałowy pacjent. Jego rekonwalescencja
przebiegała bardzo dobrze, poruszał się zupełnie
żwawo, od kilku dni golił się sam przed lustrem nad
umywalką. Odwiedzała go rodzina i wszystko wskazywało że
był „na wylocie”.
-‘Mój sąsiad?’
-‘Tak.’
-‘Sprawa
zdrowia?’
-‘Tak.’
-‘Pogorszenie?’
-‘Tak.’
-‘Nagłe?’
-‘Tak.’
-‘Poważne?’
-‘Tak’
Ciągle byłem „naukowo” zdziwiony
logicznym zachowaniem wahadełka ale równocześnie zacząłem
czuć się nieswojo. Jako rozrywka zmierzało to zdecydowanie w
niewłaściwym kierunku. Ale po prostu nie mogłem przestać,
mój niepokój był zbyt silny. Zadałem kolejne, ostrożne, pytanie:
-‘Mogę w
czymś pomoc?’
-‘Nie.’
Przerwałem na chwilę.
Musiałem zachowywać się nerwowo, bo obie strażniczki
przyglądały mi się z mieszaniną rozbawienia i niepokoju.
Wiedziały z grubsza, z moich informacji, do czego służy mi wahadełko
- ale jak nadmieniłem, uważały to za formę łagodnego
pomylenia. Powróciłem do pytań:
-‘Atak serca?’
Odpowiedź
była mało czytelna, ze skłonnością do ‘tak’.
-‘Śmiertelne?’
-‘Tak.’
‘Umrze?’
-‘Tak.’
-‘Dzisiaj?’
-‘Tak.’
-‘Wkrótce?’
-‘Tak.”
-‘Przed
południem?’ (był ranek)
-‘Tak.’
-‘Kiedy?’ - i
mając do wyboru ‘tak’ lub ‘nie’, poprawiłem: -‘Przed upływem godziny?’
-‘Tak’.
Odłożyłem wahadełko i próbowałem
sobie wytłumaczyć, że to idiotyczne i że to po prostu
jeszcze jedna pomyłka. Ale niepokój nie ustępował.
- „Co to
było - znowu będzie śnieg?”
- to była jedna ze strażniczek.
Rozmowa wydawała się być tym
co może rozproszyć mój niepokój. Spojrzałem na parawan, za
którym szeleścił stronicami
czytanej gazety mój współpacjent i skinąłem ręka aby
pytająca pochyliła się nade mną.
- „Nie, to poprostu to głupie wahadło
powiedziało mi, że sąsiad za parawanem umrze w ciągu
godziny” - wyszeptałem wprost w ucho. Odsunęła się,
spojrzała na mnie z rozbawieniem i spytała - „Wierzy pan?”
Nie potrafiłem odpowiedzieć.
Wierzyłem że nie, ale mój niepokój przedtem i obecnie był raczej
niezwykły. Strażniczka odeszła i zaczęła szeptać
z drugą. Nie pokazała kółka na czole, ale to musiał
być zgodny werdykt, bo zaczęły się uśmiechać
porozumiewawczo.
Pacjent, niestety, umarł przed
upływem godziny. Wyszedł w szlafroku zza parawanu, wyjrzał na
korytarz, podszedł do umywalki. Wyglądał wypoczęty i
zadowolony. Pogładził wcześniej ogoloną twarz i wyszczerzył
zęby do lustra. Następnie sięgnął po szklankę i wypił
łyk wody. Zakrztusił się i zaczął gwałtownie
kaszlać. Po chwili leżał na podłodze w spazmie kaszlu,
który przechodził w rzężenie. Pomoc była natychmiastowa i
trwała około 20 minut. Użyto zastrzyki a na końcu
wstrząsy elektryczne aby przywrócić akcję serca. Bezskutecznie.
Pospiesznie podłączony monitor produkował tylko prostą,
horyzontalną linię.
Mój niepokój w swojej uprzedniej formie
ustąpił. Ale czułem się paskudnie. Wahadełko
udowodniło swoją sprawność, ale wołałbym nigdy
nie mieć go w ręce. Obie strażniczki siedziały blisko
siebie, blade i bez słowa. Obie patrzyły na leżące na moim
kocu wahadełko i obie unikały mojego wzroku. Po chwili jedna, ta do
której szeptałem, pospiesznie wybiegła. Druga wytrzymała kilka
minut dłużej zanim zrobiła to samo. Następnego dnia
pilnowało mnie dwóch mężczyzn. Mundury i pistolety pod
pachą były takie same. Zachowywali się poprawnie i neutralnie.
Nie rozmawialiśmy. Po kilku dniach zostali zastąpieni przez innych.
W ciągu całego czasu
spędzonego w klinice, dzień w dzień moja świta czternastu
oddelegowanych esbeków towarzyszyła mojej „rekonwalescencji”. Wygląda
to jak megalomania z mojej strony - ale rachunek był prosty: dwóch
strażników w moim pokoju (początkowo były to kobiety), po jednym
na końcu korytarza mojego piętra, po jednym w bramach
wyjściowych obu klatek schodowych, jeden w zaparkowanym przed budynkiem
samochodzie. Razem siedem - pomnożone przez dwie dwunastogodzinne zmiany.
Mogli mieć innych poza mną podopiecznych - jeden z pobitych w czasie
ulicznych demonstracji studentów umierał w tym czasie nieprzytomny na
korytarzu oddziału, ale myślę że głównym podopiecznym
byłem ja.
Biorąc pod uwagę mroźną zimę,
wyżywienie i otoczenie pielęgniarek - dla funkcjonariuszy nie powinna
to być zła służba. Ale dokuczał im wyraźny brak
sympatii otoczenia. Z jednym wyjątkiem. Jedna z pielęgniarek, wysoka
i przystojna blondynka, dotrzymywała im towarzystwa znacznie
częściej i znacznie chętniej niż wynikało to z jej
obowiązków. Bardzo szybko pracownicy szpitala i pacjenci zaczęli to
dostrzegać. Nikt jej nic nie powiedział. Ale rozmowy cichły
kiedy się zbliżała i nigdy nie widziałem jej w
przyjacielskiej rozmowie czy w żartach z innymi.
Pomimo znakomitej opieki lekarskiej i
szpitalnych warunków poprawa mojego stanu zdrowia nie postępowała
najlepiej. Powody były dwa - mój status więźnia wraz ze
sformułowanymi zarzutami aktu oskarżenia i szpitalny tryb życia.
Brakowało mi świeżego powietrza, lasu, skutych lodem jezior -
miejsc gdzie spędzałem normalnie mój wolny czas. Mając takie możliwości
szybko powróciłbym do normy. Tutaj do mojej dyspozycji pozostawały
dwie uprzednio wymienione czynności - czytanie książek i
wahadełko. Powróciłem do wahadełka, pomimo pierwszego szoku,
stosunkowo szybko. Z ugruntowanym doświadczeniami zaufaniem do jego
„prawdomówności” znajdowałem odpowiedzi, nie zawsze niestety
optymistyczne, na wiele pytań. Wypadek z przeczuciem śmierci pacjenta
powtórzył się jeszcze dwukrotnie, zawsze poprzedzany przez
atawistyczny niepokój i zakończony precyzyjną w określeniu czasu
prognozą. Ale były też bardziej optymistyczne informacje
otrzymywane ta drogą.
Jak już wspomniałem, moja
żona była w momencie mojego aresztowania w ostatnich tygodniach
ciąży. Obawiałem się bardzo o wpływ wszystkich
zaistniałych kłopotów na jej stan zdrowia i przebieg porodu.
Informacje do mnie i ode mnie wędrowały długo, cenzurowane i
analizowane przez wielu WRONowskich psychologów. Tak samo było z
wiadomością o urodzeniu dziecka.
„Wahadłowałem” więc pracowicie aby uzyskać
prognozę lub potwierdzenie faktu, ale moje emocje utrudniały
sprawę - wyniki były rożne. W końcu 8 stycznia wahadło
potwierdziło fakt, datę i nawet wagę - dwa razy pod rząd.
Werdykt brzmiał - chłopiec, urodzony 8 stycznia, wagi dziś nie
pamiętam. Ale minęło kilka dni i nie otrzymywałem
żadnej informacji z domu. Znów wracałem do swoich guseł i prawie
zawsze wynik się powtarzał. W końcu około 15 stycznia,
poprzez lekarza odbierającego telefon, otrzymałem wiadomość
- chłopiec, urodzony 11 stycznia, oboje OK. Ucieszyłem się
bardzo i nie analizowałem dlaczego moja prognoza była
nieprawidłowa - pomyślałem tylko, że w sprawach osobistych
i emocjonalnych wahadełko jest raczej zawodne. Dwa dni później (!)
Halina dotarła do Kliniki - odchudzona i w dobrej formie. Kiedy
zacząłem robić wyrzuty, że powinna ciągle
leżeć a nie wojażować po wojennych ścieżkach pana
Jaruzelskiego - nie rozumiała. – „Przecież to już prawie
tydzień!” była jej zdziwiona odpowiedź.
Okazało się, że wszystkie
trzy szczegóły dostarczone przez wahadełko były prawidłowe.
Informacja telefoniczna, przesłana okrężną droga była
niedokładna! Lekarz, który przekazywał mi telefon i któremu
mówiłem wtedy o rzekomej pomyłce wahadełka, pamiętał to ale nie był zbyt
zdziwiony. Sam parał się trochę różdżkarstwem i
bioprądową terapią, wiedział jak precyzyjne mogą
być uzyskane tą drogą wyniki. Ja
jednak do tej pory mam wewnętrzne opory przed nadużywaniem tej
metody w sprawach osobistych i emocjonalnych. Prawdę mówiąc, nigdy
nie udało mi się uzyskać takiego stopnia koncentracji i tak
dokładnych wyników jak w owych pierwszych dniach spędzonych w Klinice
Akademii Medycznej. Myślę że zadecydowały o tym przyjazna
atmosfera otoczenia i moja potrzeba ucieczki od realnych problemów
powodujących stress.
Koniec sielanki w Akademii
nastąpił po dwóch miesiącach. Moi „prywatni” esbecy - ci
pełniący służbę w moim pokoju, pomimo zachowania typu
„swój chłop” nie mogli pochwalić się żadnymi wynikami - ani
wychowawczymi ani wywiadowczymi. Ja po prostu nie miałem żadnych
ukrytych sekretów, a co więcej nie ukrywałem braku entuzjazmu dla ich
obecności. Myślę że
ich jedynym wymiernym sukcesem było uzyskanie wystarczającej
ilości informacji o moim mieniu i samochodzie pozostawionym w hotelu
Monopol i stanowiącym depozyt
Prokuratury Marynarki Wojennej - co umożliwiło kradzież
samochodu z tego depozytu. Tuż przed zawałem złożyłem
wniosek o przekazanie mego Fiata 125P mieszkającej w Trójmieście
żonie jednego z wspołaresztowanych - celem zabezpieczenia.
Później, w Klinice odwiedził mnie jakiś osobnik, przedstawiający
się jako funkcjonariusz odpowiedzialny za zrealizowanie mojego wniosku i
zażądał upoważnienia do zabrania samochodu syna a nie
żony kolegi. Uzasadnił, że żona nie ma prawa jazdy.
Był on w dobrej komitywie z obu esbekami co wskazywało iż
był im znany (lub że byli wspólnikami). W każdym razie samochód
niezwłocznie po tym zniknął, ku konsternacji Prokuratury
zmuszonej do wypłacenia odszkodowania piec lat później, po
zaciekłych potyczkach przed sadami wszystkich możliwych instancji.
W dniu 22 lutego profesor Leonowicz, po raz
pierwszy bez białego fartucha i świty lekarzy, ale za to w garniturze
i krawacie, wszedł do mojego pokoju. Zmieszany i wzburzony zawiadomił
mnie, że pomimo jego i innych lekarzy protestu Prokuratura wydala nakaz
ponownego przeniesienia mnie do więzienia. Stwierdził, na mój i
innych obecnych użytek, że w sytuacji nie zakończonej i
zakłóconej postępowaniem karnym kuracji pozawałowej stanowi to
zagrożenie mojego zdrowia i życia i że ulega przemocy, na
którą nie ma wpływu. Zaskoczony mogłem tylko
podziękować mu za tę wysoce ludzką postawę i
groźne dla jego kariery oświadczenie. Zostałem przekazany w
ręce lekarza wojskowego, majora, kobiety. Po bardzo krótkiej zwłoce
na dopełnienie nielicznych formalności, w których nie brałem
udziału - znalazłem się w sanitarnej nysce, w otoczeniu
uzbrojonej w pistolety maszynowe i broń boczną eskorty. Pani major
była tu tez. Poprzedzani przez gazik z inną, tak samo uzbrojoną
eskorta i z podobnym gazikiem za nami -
ruszyliśmy w nieznane. Pani major, czytająca plik dokumentów ze
wzburzeniem pokazała jeden z nich mówiąc – „Gdybym znała
treść tego, nie brałabym w tym udziału. To jest
świństwo!” Dokument był
świadectwem opuszczenia Kliniki i zawierał medyczne informacje
będące powtórzeniem tego co oświadczył na moje
pożegnanie profesor Leonowicz.
Bydgoszcz.
Do celu
dotarliśmy wieczorem. Poprzez stalową więzienną bramę
samochody wjechały na dziedziniec otoczony wysokim murem. Bez żadnych
dalszych formalności poprowadzono mnie na piętro i otworzono drzwi celi.
Wionęło stężonym zapachem chemicznego rozpuszczalnika. Po
chwili drzwi zamknęły się za mną i klucz
zgrzytnął kolejno w dwóch zamkach. Byłem sam.
Cela była duża, z czterema nie
zajętymi łóżkami. Okno
szczelnie zamknięte, ciężkie kraty. Ściany nie więcej
niż kilka godzin przedtem malowane farbą olejną, która do tej
pory spływała łzami rozpuszczalnika i lepiła się do
ręki pod dotknięciem. Smród chemikaliów był niesamowity.
Dziesięć minut po moim
wejściu światło zgasło. Cela była oświetlona
jedynie odblaskiem lamp dziedzińca odbijanym przez mokre ściany.
Czułem się podle i jedynym rozwiązaniem wydawało się
pójście do łóżka. Niestety łóżko przystawione
było do mokrej i cuchnącej ściany, a ja byłem zbyt
słaby aby je przesunąć. Wszedłem pod koc i próbowałem
zasnąć, jednak nadmiar wrażeń i rozpuszczalnik nie
pozwalały. Przeleżałem tak z godzinę i poczułem
się dokładnie tak jak w nocy poprzedzającej zawał.
Wstałem i zacząłem walić w drzwi. Bezskutecznie.
Kilkakrotnie ponawiałem próbę - za każdym razem bez skutku. W
końcu dowlokłem się do łóżka i po jakimś czasie
zacząłem zapadać w coś co było mieszaniną snu i
zatrucia.
Kiedy piszę o tym teraz i
rozważam wszystkie okoliczności - nie mogę oprzeć się
wrażeniu, że była to
pierwsza świadoma i wyreżyserowana próba pozbawienia mnie życia.
Mój stan zdrowia był w pełni udokumentowany a zabranie mnie z kliniki oprotestowane przez
profesora Leonowicza i innych lekarzy. Kuracja, zakłócona przez warunki
stressowe nie była zakończona. Dodatkowy szok spowodowany nagłym
i niezapowiedzianym powrotem do warunków więziennych sam w sobie mógł
być zabójczy. W tych warunkach umieszczenie mnie samego w zamkniętej
na głucho celi, o ścianach ociekających rozpuszczalnikiem i
farbą zwiększało to prawdpodobienstwo. Brak reakcji na moje
wielokrotne walenie w drzwi, chociażby ze względu na warunki
zabezpieczenia wiezienia, nie mógł być nie zamierzony - był on
częścią scenariusza.
A wiec ktoś, gdzieś, zadecydował, że jest to najlepsze rozwiązanie i
zalecił jego realizację. Kto i gdzie? Nie wiem tego do tej pory.
Przed 13 grudnia i później, w stanie wojennym, nadepnąłem na
odciski wielu nietykalnych - czyżby to była zemsta
okrężną drogą? Czy też ten system, świadomy
cienkości wojennych paragrafów i ich wątpliwej legalności,
wołał nie zostawiać potencjalnych przyszłych wrogów.
Może czas lub ktoś z czytających na to pytanie odpowie.
Przeżyłem. Ranek powitał
mnie straszliwym bólem głowy, gardła i pieczeniem w płucach.
Rozpuszczalnik docierał wszędzie. Ale poza tym i poza
zrozumiałą słabością funkcjonowałem prawie
normalnie. Dokwaterowano mi
współlokatora - silnie zbudowanego mężczyznę koło
czterdziestki, łysiejącego ale o zdrowym wyglądzie. W trosce o własne płuca
zdołał on uchylić okno i powietrze zaczęło
docierać do celi. Poza tym farba schła, powoli - ale schła. To
schnięcie trwało około dwóch dni i po tym czasie poprawa
była wyraźna. Wreszcie można było oddychać.
Mój współlokator przedstawił
się jako Benek, więzień od 18 lat, skazany za próbę
ucieczki z kraju ze strzelaniną na granicy. Wyrok 25 lat. Jak
głośno deklarował - nienawidził komunistów i
tęsknił do schorowanej staruszki mamusi. Jego marzeniem życiowym
był RKM w ręce i miejsce przed bramą komitetu PZPR, aby
strzelać do wychodzących partyjniaków. Byłem zbyt zielony w
pierwszym dniu aby poznać tą stereotypową legendę
prowokatora, ale tego całego sosu było trochę za dużo nawet
dla zielonego. Trochę dla przekory, a trochę dla ewentualnego
podsłuchu zacząłem go przekonywać, że komuniści
to też ludzie, tylko takie zbłąkane owieczki - którym trzeba
dać możliwość poprawy a nie kulę w łeb.
Bronił swoich przekonań dzielnie - a w końcu zmienił temat
na mamusię - jak to marzy o powrocie do niej i o spokojnym życiu we
dwoje. Uprzejmie nie pytałem go czy mamusia umie ładować
magazynki RKMu i powoli zostawaliśmy przyjaciółmi.
Gdzieś po tygodniu cera pana Benka
zaczęła więdnąć, co wskazywało że
więzienny klimat mu nie służy, ale trwał przy legendzie - a
ja przy swoim pełnym zrozumieniu. Oczywiście nadal nie byłem
pewny jego roli - mógł być świeżo aresztowanym
złodziejaszkiem czy sutenerem, ale że łgał było
widoczne. Niemniej sprawował
się na medal - otwierał i zamykał okno, z codziennych
wędrówek do lekarza (więzienie okazało się Szpitalem
Aresztu Śledczego w Bydgoszczy) przynosił cebulę i nowiny i
nigdy w dyskusjach nie był agresywny. W tychże dyskusjach,
odpowiadając na jego marzenia o spokojnym życiu, powiedziałem
że zarekomenduję go pani Lucynie Winnickiej (aktorka - znana z roli
„Matki Joanny od Aniołów”). Pani Lucyna była moją
sąsiadką w Pluskach, gdzie miałem letni domek. Jej hobby
było stworzenie samowystarczalnych „komun” grupujących ludzi
zmęczonych życiem. Jako przewodniczący regionu
„Solidarności” pomagałem jej, przed rokiem, uzyskać miejsce dla
takiej komuny.
Po kilku dniach bomba wybuchła.
Oficerem wychowawczym w Areszcie była siostra mojego kolegi z pracy.
Byłem świadomy jej sympatii, choć nigdy nie wykraczała poza
swoje obowiązki. Do tej pory sympatia przejawiała się na ostrożnym
przygotowywaniu mnie do 15 letniego wyroku, który jej zdaniem „jest do
przeżycia”. Tym razem,
korzystając z braku świadków zapytała mnie, czy naprawdę
nie zdaję sobie sprawy z roli „pana Benka”. Odpowiedziałem, że
częściowo tak. Na to usłyszałem dobrą i prawdziwą
radę, że muszę być przygotowany na towarzystwo konfidentów
tak długo jak będę w wiezieniu lub nawet dłużej.
Następnie opisała mi kilka najbardziej powszechnych „legend’ i podkreśliła symptom w postaci
kuracji lub obowiązków
zapewniających codzienne lub częste wyjścia z celi. To
potem sprawdzało się zawsze - dzięki jej za to.
Zaraz po tej radzie usłyszałem,
że SB przewróciło do góry nogami warszawskie mieszkanie Lucyny
Winnickiej. Pan Benek był naprawdę sprawny! Musiał również cos zaimprowizować
- gdyż to co usłyszał ode mnie było wątłym powodem
do rewizji - powinni czekać na więcej.
Od tej pory moja z nim „przyjaźń”
opierała się na bardziej obustronnym zrozumieniu. Wiądł
coraz bardziej i gdzieś po około miesiącu zniknął z
horyzontu. Ale przed tym zaprodukował następny chwyt -
usiłował zdobyć pisany przeze mnie list. Zaczął od
tęsknoty do kochanej mamusi i od zaległości w korespondencji z
nią. Bardzo chciałby napisać list - ale niestety okulary ma w
naprawie a bez nich nie może. Może bym mu pomógł?
Przemilczałem, że wczoraj nawlekał iglę bez okularów i
doradziłem pomoc oficera wychowawczego - gdyż list i tak będzie
cenzurowany. Po dwóch dniach go nie było.
Ale to wszystko były niewinne
rozrywki. Prawdziwe problemy rozwijały się równolegle. Przede
wszystkim postępujące przygotowania do procesu i nieustanny
ciężar zarzutów aktu oskarżenia. Bronić mnie miało
dwóch adwokatów - Andrzej Muża i Stefan Łapicki - obaj z zespołu
Nr 6 w Gdańsku. Podejście do sprawy mieli różne. Muża
stawiał na dopuszczalność moich akcji w świetle przepisów
prawa, Łapicki był gorącym zwolennikiem forsowania mojej
niepoczytalności. Obaj podnosili stan mojego zdrowia jako powód do warunkowego zwolnienia i
opóźnienia rozprawy. Byli zgodni w zamiarze zastosowaniu paragrafu 25/2KPK
przypisującego ograniczona możliwość pokierowania swoimi
czynami. Odmawiałem używania
argumentu niepoczytalności, bo zniweczyłoby to cały sens mojego
działania, ale art 25/2 był do przyjęcia , przy czym
uchylał stan doraźny .
Moja własna interpretacja tego
paragrafu jest, że nie ma on nic wspólnego z moją
poczytalnością. Natomiast wprowadzenie stanu wojennego stworzyło
taki zespół warunków, że każdy posłuszny sumieniu i
poczuciu obowiązków moralnych działacz nie miał wyboru -
musiał się stanowi wojennemu sprzeciwić. Miłośnik
zwierząt zaatakowany przez psa nie ma wyboru - bierze kij do ręki.
Nie wiem czy moi obrońcy formułowali to tak samo - ale ja
przedstawiałem ten punkt widzenia przy każdej możliwej okazji.
Reakcje Prokuratury Marynarki Wojennej na
wnioski o uchylenie aresztu ze
względu na stan zdrowia były sadystycznie - humorystyczne.
Prokuratura oświadczała, że wprawdzie stan zdrowia jest
krytyczny i areszt może spowodować pogorszenie lub śmierć -
ale ciężar popełnionych czynów nie pozwala na uchylenie aresztu.
Poza tym zachodzi obawa iż „oskarżony będzie skłaniał
do składania fałszywych zeznań”. Absurd tego argumentu
polegał na fakcie iż moja działalność była w
pełni udokumentowana wydanymi i podpisanymi przeze mnie dokumentami i
cały akt oskarżenia opierał się wyłącznie na
owych dokumentach. Ale Prokuratura była agencją WRON i musiała
krakać zgodnie z instrukcjami.
W każdym razie z aktu oskarżenia
zalatywało zapachem śmierci, co w pełni korespondowało z
podobnym zapachem produkowanym przez Szpital Aresztu Śledczego w zakresie
kłopotów ze zdrowiem.
W czasie całego pobytu w Areszcie Śledczym w
Bydgoszczy, trwającego z małą przerwą prawie siedem miesięcy, pozbawiony
byłem spacerów. Nie tylko nie wychodziłem na świeże
powietrze, ale nawet na korytarz. Protesty nie odnosiły skutków - ani moje
ani adwokatów. W celach przestrzeń miedzy łóżkami wynosiła
40-60 centymetrów, posiłki były jadane na łóżkach.
Pierwszym skutkiem był stopniowy zanik
mięsni łydek. Ciśnienie krwi było bardzo niskie - czasami
90/60 - więc dotkliwie marzłem. Kłopoty z oddawaniem moczu
trwały od dnia aresztowania, kiedy ta funkcja została wstrzymana na ponad 12 godzin przez
zamkniecie w samochodzie. Paznokcie i palce nóg zaczęły czernieć
- zapewne niedostatek krążenia przy zbyt niskim ciśnieniu.
Lekarze „Szpitala” Aresztu Śledczego w Bydgoszczy byli wobec tych
symptomów całkowicie obojętni. Ale ja, z w miarę wysportowanego
czterdziestolatka, szybko zamieniałem się w niedołęgę.
Próbowałem się gimnastykować - ale coraz mniej chętnie.
Brakowało powietrza i odpowiedniego pożywienia.
Jedynym lekiem, który administrowano bez
ograniczeń i nawet bez udziału lekarza, były środki
uspokajające. Sądząc jednak jak łakomie patrzyli na nie
więźniowie, nie wyłączając konfidentów, uprzywilejowany
w tej mierze byłem tyko ja.
Zbudowałem swoista strategie.
Zażywałem od czasu do czasu zalecony roztwór jodku potasu (KJ), 10-15
kropli na kieliszek wody i brałem bez sprzeciwu inne czerwono-niebieskie i
różowo - niebieskie kapsułki - nigdy ich nie zażywając. Fakt,
że hodowałem jedno-dwu tygodniowy zapas owych „laleczek” musiał
być znany - trzymałem je w szufladzie stolika. Co więcej - konfidenci musieli być
instruowani aby ich nie ruszać - bo nie ruszali. A wiem, że oczy im
się do nich śmiały, piguły były znakomitymi
zamulaczami. Żarli więc dziesiątkami aspiryny, gardany i inne
paskudztwo - ale moje samobójcze zapasy były „tabu”. Co jakiś czas spławiałem, po
kryjomu, zgromadzony zapas do zlewu, budząc nadzieje, podejrzenia i konsternacje.
Snem wiecznym nie zasypiałem - więc chyba ich nie zjadłem.
Być może wyrzuciłem - ale w takim razie po co gromadziłem
zapas budząc ciche nadzieje?
Prawdopodobne było że konfident zeżarł, więc
delikwent okresowo miał kłopoty z tłumaczeniem się..
W końcu cierpliwość
czekających na mój przypadkowy lub samobójczy zgon wyczerpała
się i sięgnięto do wypróbowanej metody pana Adolfa H. znanej z
historii i epidemii „zapalenia płuc” w obozach koncentracyjnych Trzeciej
Rzeszy.
W połowie marca zaaplikowano mi kolejną dawkę
kropelek KJ, którą odruchowo połknąłem. Tyle tylko, że
ta dawka nie zawierała roztworu 15 kropli w wodzie. Zawierała
pełny kieliszek czystego jodku potasu.
Niewielu ludzi zapewne wie jak wygląda
umieranie na spowodowane taką dawką „zapalenie płuc”. Reakcja
nie jest natychmiastowa - symptomy występują po kilkunastu, o ile
pamiętam dobrze, minutach. Symptom jest właściwie jeden - bardzo
bolesny i dławiący obrzęk wszystkich wewnętrznych błon
śluzowych - płuca, przełyk, podniebienie, dziąsła.
Obrzęk postępuje wolno ale do niewyobrażalnego stopnia -
błony śluzowe podniebienia i języka, nawet przy szeroko
otwartych ustach, zaczynają się schodzić, wypełniając
szczelnie jamę ustną. Koniec oddychania.
Wpychanie palców między te dwie
poduchy nie pomaga - zwiększa to jedynie ów knebel. Czytałem
kiedyś o traperze, który w ataku dyfterytu uratował się
wpychając w przełyk lufę sztucera. Sztucera nie miałem ale
miałem długopis, którego obudowę udało mi się
złamać. Była za krótka aby sięgnąć przełyku,
ale wciśnięta miedzy język i podniebienie pozwalała na
bardzo ograniczony dostęp powietrza do tchawicy. Każdy oddech
bolał i oczy wyłaziły mi z oczodołów z braku tlenu.
Leżałem na wznak na wyrku, rzężąc przy każdym
oddechu i widziałem nad sobą twarze konfidenta, lekarza chirurga i
chyba pielęgniarki, która popełniła „pomyłkę”. Nikt praktycznie nic nie robił. Stali i
patrzyli. Nie wiem jak długo to trwało, ale w pewnym momencie
stwierdziłem że oddycham nieco lżej. Później poczułem że
ów zbawczy złomek długopisu
stał się luźny i jakoś przewróciłem się na bok
aby go wypluć. Rozkaszlałem się przy tym i to było bolesne!
Ale żyłem i oddychałem. Wyglądało że jest 2:0 dla
mnie. Nie wiedziałem jeszcze, że zapewne byłem pierwszym
Polakiem, którego w ten sposób zaszczepiono profilaktycznie przeciwko
Czernobylowi ’86.
Na drugi dzień pielęgniarki,
która potraktowała mnie ową trutką, nie było. Mój adwokat,
powiadomiony przy okazji wizyty, chyba zadziałał bo po kilku dniach
wylądowałem w znanym mi Szpitalu Aresztu Śledczego w Gdańsku
- wśród całej bandy solidarnościowców. Największa przyjemnością
były codzienne tu spacery, na które w Bydgoszczy nie pozwalano. Niestety -
pobyt w Gdańsku trwał krotko, zaledwie kilka tygodni. Powróciłem
do Bydgoszczy. Spacery się skończyły, pielegniarka - trucicielka była
spowrotem.
Trzecia próba pozasądowego rozliczenia się ze
mną miała miejsce trzy miesiące później:
Była wiosna. Maj 1982. Piąty miesiąc stanu
wojennego w Polsce.
Żeby naprawdę dostrzec urodę
słonecznego majowego poranka nie wystarczy być uczulonym na
piękno przyrody - trzeba zapomnieć jak taki poranek
wygląda i odkryć go na nowo. Byłem do tego odkrycia doskonale
przygotowany - pięć ostatnich miesięcy spędziłem
kolejno w zamkniętym i strzeżonym przez uzbrojonych esbeków pokoju szpitalnym
a następnie w celach więziennych Bydgoszczy i Gdańska. W
imię bezpieczeństwa znajdującego się w stanie wojny z
własnym społeczeństwem Rządu Polskiej Rzeczpospolitej
Ludowej i jej Siły Przewodniej -
nie pozwalano mi opuszczać celi. Takie rzeczy jak regulaminowy
spacer czy czynności poza celą, dostępne dla normalnych,
miłujących ustrój kryminalistów, były mi zabronione.
Trudno więc się dziwić,
że pomimo towarzystwa uzbrojonych milicjantów i umundurowanej pielęgniarki,
otaczających mnie w więziennej nysce, czułem się wiosennie
i nieomal świątecznie. Byłem wieziony z więzienia w
Bydgoszczy do Kliniki w Łodzi na badania, których głównym celem
miało być wykazanie iż mój stan zdrowia nie stoi na przeszkodzie
działaniom karzącej ręki sprawiedliwości ludowej.
Milicjanci byli młodzi i nie demonstrujący urzędowej
wrogości, pielęgniarka młoda i mila, wczesny, majowy, ranek
słoneczny, na drzewach młode jasno zielone liście.
Mijaliśmy budzące się
miasteczka, potem śpieszących do pracy posępnych ludzi, dzieci
idące do szkoły. Taka oszałamiająca dawka codziennego życia
prawie zapomniananego po miesiącach zamkniętej celi. Po około
pięciu godzinach tej piknikowej
podroży nyska zaczęła się przepychać przez
zatłoczone ulice Łodzi, przystając z konieczności przy
obleganych tłumnie przystankach tramwajowych. Obecność milicji i
więźnia wzbudzała umiarkowane zainteresowanie przechodniów,
przyzwyczajonych do widoków stanu wojennego. Było trochę sympatii w
niektórych spojrzeniach, kilka pokazanych z rękawa “V”, jeden uśmiech
młodej kobiety sponad bukiecika fiołków. Były tez pospiesznie
odwracane spojrzenia tych, którzy bali się przyłapania na nadmiarze spostrzegawczości.
Klinika w Łodzi była otoczona
dużym parkiem z pięknymi starymi drzewami, krzewami i
masą śpiewających ptaków. Ku mojemu zdziwieniu i zadowoleniu
nikomu się nie śpieszyło, po raz pierwszy nie dostrzegałem
demonstracyjnej czujności eskorty, po raz pierwszy oszczędzono mi
parodii bransoletek na rękach.
Wolno, z długimi przerwami,
krążyliśmy od oddziału do oddziału, czekaliśmy w
holach i w parku - jednym słowem sielanka. Dziwna, niezrozumiała
sielanka. Jeżeli dodać do
tego, że pielęgniarka w czasie podroży długo i
interesująco opowiadała o fakcie i przyczynach swojej nienawiści
do męża, pułkownika Wojska Polskiego, interesowała się
moim zdrowiem i ewentualna potrzebą medycznego dozoru w nocy, a milicjanci
kupując śniadanie i piwo (!) dla siebie nie zapomnieli i o mnie - nie
wyglądało to prawie jak PRL
‘82. Czułem się świątecznie i ... nieswojo.
Po okresie podziwiania drzew i ptaków
szpitala mimowolnie zacząłem, trochę ukradkiem, przyglądać się
ludziom. Wyobrażałem sobie ich życie prywatne, zawód,
kłopoty ze zdrowiem które przywiodły ich do Kliniki - obserwowałem życie „normalnych”
ludzi. Wciągało mnie to bardziej i bardziej i po okresie
błądzenia miedzy wydziałami zacząłem poznawać
kilka osób obserwowanych poprzednio. Najczęściej pojawiało się, na drugim planie ale
zawsze blisko, kilku błądzących jak my mężczyzn, w wieku
25-35 lat, wyglądających raczej zdrowo, czasem z papierosem w
ręce, czasem wymieniających spojrzenia, zawsze unikających
wzroku mojej eskorty. Próbowałem ignorować to spostrzeżenie i
kierować moja uwagę na innych, normalnych, ludzi.
Właśnie nawinął mi
się, na dalszym planie, taki normalny, wyszarzały obywatel.
Około sześćdziesiątki, z bladą zniszczoną
twarzą, siwymi włosami i w przydługim, wyświechtanym
płaszczu z dużymi kieszeniami. „No, ten to ma przynajmniej powód
być tutaj” pomyślałem i
widząc jego spojrzenie odwróciłem wzrok. Straciłem go z oczu.
Po chwili dostrzegłem go znowu, z innej
strony; nasze spojrzenia znów się spotkały. Obaj odwróciliśmy
wzrok. Trzeci raz dostrzegłem go
kątem oka, z boku, przechodzącego bardzo blisko i jak mi się
wydawało patrzącego na mnie. Zmusiłem się do nie patrzenia
wprost, ale ciągle widziałem go i czułem jego wzrok. Czyżby
znajomy? Miałem kilka publicznych
spotkań przed stanem wojennym, występowałem w telewizji,
mógł mnie poznać...
Zniknął mi z pola widzenia na
około dziesięć minut, ale ciągle byłem zaintrygowany.
Kiedy znów zobaczyłem go kątem oka, za plecami innych ludzi, patrzącego w moja stronę,
zacząłem, nie okazując tego, utrzymywać go w polu widzenia.
Zmieniał miejsce i raz przeszedł bardzo blisko, znów patrząc na
mnie. Spojrzałem mu przelotnie, starając się nie
demonstrować zainteresowania, prosto w twarz. Była absolutnie
beznamiętna, z jasno szarymi lub szaro niebieskimi, pozbawionymi wyrazu
ale bardzo zimnymi oczami. „Jak wąż” pomyślałem i
wzdrygnąłem się. Podobnie jak ja nie skoncentrował wzroku,
ale wiedziałem że patrzył na mnie. Znów straciłem go z
oczu.
Jeden z milicjantów spojrzał na
zegarek - „Mamy pół godziny czasu, chodźmy na
dwór, szkoda słońca”. Prowadził
tym razem w kierunku odległej części parku, w stronę
ławki pod dużym drzewem, tuż przy ogradzającej klinikę
wysokiej siatce. Reszta eskorty zatrzymała się gdzieś po drodze
i usiedliśmy na ławce tylko we dwóch. To było miłe miejsce,
wiosna, więc odprężyłem się zupełnie i
zacząłem słuchać ptaków. Dokoła nie było
żywej duszy, tylko po drugiej stronie drzewa coś poruszyło
się z szelestem w krzakach.
W odróżnieniu ode mnie, milicjant nie
był odprężony. Nie zachowywał się niespokojnie ale w
jego sylwetce było jakieś napięcie. Miał też drobne
kropelki potu nad górną wargą, uzasadnione zapewne, jak
pomyślałem, mundurem i
ciepłym wiosennym słońcem.
Jakby potwierdzając moją
myśl przeciągnął się, rozpiął kilka guzików
bluzy a po chwili zdjął pas z ciężką kaburą
pistoletu. Powoli przewiesił pas przez oparcie ławki pomiędzy
nami i zaczął opalać twarz. Wiercił się trochę
nerwowo, ale trwał w tej demonstracyjnie relaksowej postawie około
dziesięciu minut. W końcu
wstał, mruknął: - „chodźmy” i nie czekając na
mnie ruszył w stronę budynku.
Z humorem zarejestrowałem -
‘zapomniał armatę’ - i
odruchowo pomyślałem o podaniu mu pasa. Było mi tu jednak tak
dobrze, że powstrzymałem odruch i leniwie czekałem aż wróci po obie zguby -
więźnia i pistolet.
Za drzewem znów zaszeleściło.
Spojrzałem dookoła i po raz pierwszy zauważyłem
dużą dziurę w siatce, miedzy moją ławką i
drzewem. Nie wyglądała na zbyt starą, rozepchaną przez
użytkowników. Nie było też wyraźnej ścieżki przez
gęste krzaki za dziurą.
Coś tu nie pasowało: - oddalający się milicjant,
„zapomniany” pistolet, szelesty za drzewem. Nie miałem jeszcze
pełnego obrazu jaki jest powód zbiegu tak wielu dziwnych okoliczności
ale poczułem się nieswojo.
Wstałem bardzo wolno
odstępując krok w lewo, oddalający mnie od kabury i dziury w
płocie. Wolno zrobiłem kilka kroków w stronę ciągle
oddalającego się milicjanta i zawołałem – „Hej, nie
zapomniał pan czegoś?” .
Zatrzymał się w pół kroku i wolno, bardzo wolno,
odwrócił się do mnie, patrząc jednak nie na mnie ale w kierunku
„naszego” drzewa... Był bardzo blady. Odwróciłem się,
równie wolno jak on, ale
wystarczająco szybko aby spostrzec stojącego za drzewem, z ręka
w przepastnej kieszeni płaszcza, mojego „schorowanego staruszka” o zimnym
wzroku. Tym razem jego wzrok koncentrował się na mnie. Oczy były
nadal zimne - ale tym razem nie były
bez wyrazu - miał wzrok wygłodniałego i zawiedzionego grzechotnika.
Reszta dnia upłynęła
normalnie, badania przebiegały szybko i sprawnie. Noclegu w Klinice,
prawdę mówiąc nie pamiętam, spałem bez opieki
sanitariuszki.
Pogoda na drugi dzień, kiedy
wracaliśmy do Bydgoszczy, była równie piękna. Tylko rozmowa
się nie kleiła i nie było już wspólnego śniadania z
eskortą. Cela więzienna, wraz z
dokwaterowanym zwyczajowo konfidentem, wydala mi się prawie domowo
przytulna. Na dworze ciągle był maj i wiosna.
Opis wydarzenia jest wierny. W
odróżnieniu od dwóch uprzednio opisanych prób, w których zarówno
okoliczności jak i szkodliwy dla mego zdrowia wynik były widoczne i
namacalne - tutaj możemy się
jedynie domyślać zamiaru. Pułapka była ewidentna - ale co
było planowane? - Zastrzelenie w czasie próby ucieczki? - Zastrzelenie podczas zamiaru zawładnięcia
bronią? - Zatrzymanie po zabójstwie
funkcjonariusza (grzechotnika lub milicjanta można było dla dobra
sprawy poświęcić)? A może po prostu był to eksperyment
psychologiczny? Diabli i organizatorzy wiedzą. Ale oczy owego
podstarzałego grzechotnika mi się nie podobały. Ręka w
kieszeni też nie.
Następne dwa miesiące
przebiegały monotonnie. Ciągle dokuczał brak spacerów - to
miało trwać aż do czasu opuszczenia Bydgoszczy. Wszelkie
interwencje adwokatów, lekarzy i rodziny w tej sprawie były bezskuteczne.
Przygotowania do procesu postępowały. Otrzymałem ostateczną
wersję aktu oskarżenia, która zasadniczo nie różniła
się od pierwszej. Zaistniały równocześnie dwa wydarzenia.
Pierwsze, istotne, uchylenie trybu doraźnego po uznaniu przez
Prokuraturę Marynarki Wojennej, iż miałem ograniczone
możliwości pokierowania swoim postępowaniem - czyli że
zaistniały okoliczności przewidziane w paragrafie 25.2 KK. Drugie
wydarzenie raczej humorystyczne - milicja w Olsztynie dostarczyła nowy
dokument procesowy - moją „opinię środowiskową”. Osoba, która ją sporządzała
musiała posługiwać się szablonem typu „jak wygląda
typowy kryminalista". A więc byłem alkoholikiem (w
rzeczywistości nie piję, co raczej utrudniało moje życie
towarzyskie w PRL), i miałem
oczywiście zakonspirowaną kochankę - co było prawie bliskie
prawdy. Od pełnej prawdy dzieliły opinię dwa fakty -
“zakonspirowana kochanka” była od pół roku moja prawowitą
żoną a poza tym nie była
osobą, której nazwisko podawano w opinii. Moja żona mieszkała we
wspólnym mieszkaniu z młodym małżeństwem - i gorliwy redaktor opinii podał
pierwsze nazwisko jakie mu się nawinęło - a wiec
zamężnej sąsiadki. Nie wiem czy był to dla niej powód do
politycznej nobilitacji - byłem przecież chwilowo wrogiem publicznym
numer 1, czy też do podbitych oczu - małżonek mógł
uwierzyć. Ale może państwo Szulowie nie mieli pojęcia o co
panią Krystynę pomawiano, czyli że była to fałszywa
informacja wyłącznie na użytek sądu.
Oczywiście moi obrońcy
podnieśli absurdalność całej opinii, zarzucając
tendencyjność procesu. Sąd odpowiedział spokojnie iż
prawda jest w moim przypadku nieistotna - odpowiadam wyłącznie za
czyny popełnione po 13 grudnia a nie za „moje wybryki” przed tą
datą. Tym samym zignorowany został zarzut fałszowania faktów
przez oskarżenie i sprawę
uznano za „niebyłą”. Co się stało z oryginałem
dokumentu - nie wiem. Prawdopodobnie został przechowany na użytek
jakiegoś przyszłego postępowania , które w tym systemie zawsze
było prawdopodobne.
Datę procesu wyznaczono na 29 lipca.
Miała to być sesja wyjazdowa Sądu Marynarki Wojennej,
odbywająca się w siedzibie Sadu Wojewódzkiego w Bydgoszczy.
Dzień procesu rozpoczął się wizytą starszego wiekiem
sądowego lekarza wojskowego, który przeprowadził szereg badań, z
EKG włącznie. Nie mówił wiele, ale kręcił głowa i
klął pod nosem. W końcu poinformował mnie abym się nie
obawiał - będzie wraz z personelem i sprzętem reanimacyjnym
obecny na rozprawie i w razie potrzeby udzieli mi natychmiastowej pomocy.
Ostrzegł abym się nie unosił i nie denerwował (!) a
wszystko powinno być OK.
Następnie dostarczono mi przywiezione
przez żonę cywilne ubranie, od którego już odwykłem. Na
szczęście Halina nie wykroczyła poza spodnie i koszulę -
tak że nie musiałem okazywać sadowi szacunku ubierając
garnitur i krawat.
Rozprawa rozpoczęła się z
nieznacznym opóźnieniem. Sala rozpraw była bardzo mała. Znaczna
część miejc przeznaczonych dla publiczności wypełniali
esbecy - co było typową metodą ograniczania liczby innych
obecnych. Oprócz nich i mojej żony było kilku dziennikarzy, z których
znałem tylko jednego - Zemanowicza z „Gazety Olsztyńskiej”.
Skrzętnie unikał mojego wzroku - był służbowo, gazeta
była organem PZPR w Olsztynie. A poza tym był znaną mendą.
Rozprawa rozpoczęła się
odczytaniem aktu oskarżenia, którego treść, w mojej opinii, jest
warta przytoczenia w całości. Oryginalna, posiadana przeze mnie
kopia, opatrzona oryginalnymi pieczęciami i podpisami jest w pełni
czytelna, ale z uwagi na bardzo kiepską jakość papieru i
mało kontrastowy tekst maszynopisu - jej fotokopie są mało
wyraźne. Przytaczam więc jej pełny odpis, zachowując
oryginalna strukturę tekstu i zawarte w nim błędy maszynopisu:
-------------------------------------------------------------------------------------
pieczęc : PROKURATURA
MARYNARKI WOJENNEJ
ul.
Sienkiewicza 1
81-912
Gdynia
Pm.S1.II-5/81
A K T O S K A R Z E N I A
przeciwko:
Mirosławowi
Krupińskiemu s.Teofila, podejrzanemu o popełnienie przestęp - stwa
z art. 46 ust. 1 i 2 oraz art 48 ust. 1, 3 i 4 dekretu z dnia 12.12.1981 r. o
stanie wojennym,
o s k a r z a m :
Mirosława
Krupińskiego s Teofila i Heleny z d. Kondrackiej, ur 8.09.1939 r w Swiniuchach /ZSRR/, narodowości i
obywatelstwa polskiego, żonatego, ojca trojga dzieci, zam. W Olsztynie,
ul. Zbożowa 32, o wykształceniu wyższym, z zawodu inżyniera
instalacji sanitarnych, ostatnio zatrudnionego na stanowisku
wiceprzewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ “Solidarność”,
pochodzenia społecznego inteligenc- kiego, bez majątku, orderów i
odznaczeń, plut. pchor. rezerwy, członka NSZZ
“Solidarność”, sądownie nie karanego, tymczasowo aresztowanego
na mocy postanowienia Prokuratury Marynarki Wojennej w Gdyni z dnia 16.12.1981
r., o to, że :
1.
będąc wiceprzewodniczącym
Komisji Krajowej NSZZ “Solidarność”, którego
działalność w czasie trwania stanu wojennego została
zawieszona, nie odstąpił od udziału w działalności
tego Związku przez to, ze w dniach 13-15.12.1981 r w Gdańsku, jako
przewodniczący Krajowego Komitetu Strajkowego z siedzibą w Stoczni
Gdańskiej im. “Lenina”
organizował strajk generalny,
-- tj. o popełnienie
przestępstwa z art.46 ust. 1 i 2
dekretu z dnia 12.12.1981 r o stanie wojennym -
2.
będąc
wiceprzewodniczącym Komisji Krajowej NSZZ “Solidarność” oraz
przewodniczącym Krajowego Komitetu Strajkowego z siedzibą w Stoczni
Gdańskiej im. “Lenina” podczas
obowiązywania stanu wojennego dnia
15.12.1981 r w celu osłabienia gotowości obronnej PRL
sporządził i podpisał do
rozpowszechnienia “Apel” skierowany do stoczniowców, gdańszczan i
żołnierzy W.P., Oświadczenie” i inne pisma zawierające wiadomości mogące
gotowość te osłabić,
a także fałszywe wiadomości, które wywołały niepokój
publiczny i rozruchy,
-- tj. o popełnienie przestępstwa z art. 48 ust.
1, 3 i 4 dekretu z dnia 12.12.1981 r. o stanie wojennym --
Stosownie
do treści art. 21 par 1 kpk w zw. Z art. 565 pkt. 3 kpk w zw. Z art. 1
ust. 1 pkt. 9 i art. 2 z dekretu z dnia 12.12.1981 r. o przekazaniu do
właściwości sądów wojskowych spraw o niektóre
przestępstwa oraz zmianie ustroju sądów wojskowych i wojskowych
jednostek organizacyjnych Prokuratury PRL w czasie obowiązywania stanu
wojennego /Dz.U. Nr 29/81 poz. 157/ właściwym do rozpoznania
niniejszej sprawy jest Sad Marynarki Wojennej w Gdyni.
U Z A S A D N I E N I E
Mając na uwadze zagrożenie
najistotniejszych interesów państwa i narodu w celu przeciwdziałania
dalszemu obniżaniu dyscypliny i rozrywaniu więzi społecznych
oraz dla stworzenia warunków skutecznej ochrony ładu i porządku
publicznego także zapewnienia ścisłego przestrzegania przepisów
prawa i stworzenia warunków do
wyjścia z kryzysu ekonomicznego, Rada Państwa PRL uchwałą z
dnia 13.12.1981 r wprowadziła na terytorium kraju stan wojenny.
Z chwila
wprowadzenia stanu wojennego w ośrodkach masowego przekazu; radiu,
telewizji i prasie wielokrotnie podawano do wiadomości postanowienia
dekretu Rady Państwa z dnia 12.12.1981 r. o stanie wojennym i przepisów
wykonawczych, mocą których zawieszona została działalność
wszelkich związków zawodowych, prawo do strajku, jak również
objęto zakazem rozpowszechnianie , sporządzanie, gromadzenie,
przechowywanie, przewożenie, przenoszenie
i przesyłanie w celu rozpowszechnienia wszelkich wiadomości
mogących osłabić gotowość obrony PRL, jak również
fałszywych wiadomości mogących wywołać niepokój
publiczny lub rozruchy.
Podejrzany
Mirosław Krupiński w NSZZ “Solidarność” pełnił
funkcje wiceprzewodniczącego Komisji Krajowej i w okresie
poprzedzającym wprowadzenie stanu wojennego przebywał i
prowadził działalność związkową w Gdańsku.
W dniu
13.12.1981 r po powzięciu
wiadomości o wprowadzeniu na terytorium kraju stanu wojennego
Mirosław Krupiński nie
podporządkował się obowiązującym zakazom i nakazom, a niezwłocznie udał się
do Stoczni im. “Lenina" w Gdańsku, gdzie pozostawał do
16.12.1981 r intensywnie
kontynuując działalność związkową
głownie poprzez inspirowanie, organizowanie i koordynowanie wszelkich
akcji strajkowych, protestacyjnych i propagandowo-informacyjnych na terenie
województwa gdańskiego skierowanych przeciwko wprowadzeniu stanu
wojennego.
I tak po przybyciu na
teren Stoczni Gdańskiej im.
“Lenina” Mirosław Krupiński stworzył calą strukturę
komitetów strajkowych, sam natomiast stanął na czele Krajowego Komitetu Strajkowego jako
jego przewodniczący. Działalność Krajowego Komitetu
Strajkowego skierowana była na skłonienie ludzi pracy do
podjęcia strajku generalnego w kluczowych obiektach gospodarczych
województwa gdańskiego, a następnie rozszerzenie tej akcji na
cały kraj.
Realizując
zamierzony cel Mirosław Krupiński podpisał Komunikat nr 1 z dnia
13.12.1981 r, w którym proklamował strajk generalny. Komunikat i inne
pisma drukowane w zorganizowanej bazie poligraficznej rozpowszechniano w
Gdańskiej Stoczni im. “Lenina” i innych zakładach pracy Trójmiasta.
Treść ich podawano również do wiadomości załogom
poprzez zakładowe urządzenia
nagłaśniające.
W wyniku tych
poczynań doszło do przerwania pracy i proklamowania strajków
okupacyjnych w wielu kluczowych zakładach, wśród których
przykładowo można wymienić; Stocznie Gdańska im. “Lenina”,
Stocznie im. Komuny Paryskiej” w Gdyni, Gdańskie Zakłady Rafineryjne,
Gdańska, Stocznie Remontowa, Stocznie Północną, Zarząd
Portu w Gdańsku i Fabrykę Przekładni Samochodowych “Polma” w
Tczewie.
Po
szeregu wezwaniach władz o zaprzestanie działalności sprzecznej
z prawem Mirosław Krupiński i podległe mu Komitety Strajkowe nie
podjęły jakichkolwiek przedsięwzięć, które
rozładowałyby nabrzmiała sytuację, a wręcz przeciwnie
zaktywizowali nacisk propagandowy na cześć strajkujących
załóg.
Z
kolei w dniu 15.12.1981 r Mirosław Krupiński w celu osłabienia
gotowości obronnej PRL sporządził i podpisał do
rozpowszechnienia “Apel” do stoczniowców,
gdańszczan i żołnierzy WP oraz ogłosił
“Oświadczenie”, w którym nawoływał do kontynuowania strajków,
nie opuszczania zakładów pracy dobrowolnie oraz wzywał
żołnierzy WP wykonujących zadania porządkowo-ochronne do
nieposłuszeństwa. Wymienione dokumenty zawierały wiadomości
mogące osłabić gotowość obronną PRL, jak
również fałszywe
wiadomości, których rozpowszechnianie w dniach 16 i 17.12.1981 r na
terenie Gdańska doprowadziło do wywołania niepokoju publicznego
i rozruchów.
Ponieważ
opisana działalność Mirosława Krupińskiego
wyczerpała ustawowe znamiona przestępstw określonych w art. 46
ust. 1 i 2 oraz 48 ust. 1, 2 i 4 dekretu z dnia 12.12.1981 r o stanie wojennym
– przedstawiono mu stosowne zarzuty.
Przesłuchany
w charakterze podejrzanego Mirosław Krupiński nie przyznał
się do popełnienia zarzucanych mu
przestępstw i wyjaśnił miedzy innymi, że
działalność jego była legalna, stanowiła wykonywanie
wcześniejszych uchwał oraz uprawnień statutowych NZSS “Solidarność”
W
przyjętej linii obrony Mirosław Krupiński dal wyraz negacji
wprowadzonego na mocy dekretu z dnia 12.12.1981 r o stanie wojennym
porządku prawnego, bowiem wbrew zakazowi w swoich poczynaniach znacznie
wykroczył poza kontynuowanie działalności związkowej
godząc w konsekwencji również w gotowość obronną PRL
oraz spokój i bezpieczeństwo publiczne.
Za
taką oceną działalności Mirosława Krupińskiego
prze - mawiają materiały dowodowe
zebrane w toku śledztwa, a w szczególności treść
sporządzonych, podpisanych i rozpowszechnionych dokumentów.
Przestępstwa
jakich dopuścił się Mirosław Krupiński po wprowadzeniu
stanu wojennego charakteryzują się dużym ładunkiem
społecznego niebezpieczeństwa gdyż w wyniku zorganizowanych
strajków i akcji propagandowych doprowadziły do znacznych strat
ekonomicznych oraz spustoszenia obywatelskiej świadomości
części ludzi pracy
zwłaszcza młodych. Stanowiły one przedłużenie
konfrontacyjnej linii polityki kierownictwa NSZZ “Solidarność”
kwestionującej w tym przypadku konstytucyjne uprawnienia Rady Państwa
PRL oraz zmierzające do wymuszenia na władzach ustępstw
sprzecznych z interesami państwa i społeczeństwa.
W
tym stanie rzeczy wniesienie przeciwko Mirosławowi Krupińskiemu aktu
oskarżenia jest w pełni zasadne.
I WEZWANIU NA
ROZPRAWĘ PODLEGAJĄ:
1.
Podejrzany: Mirosław Krupiński - Areszt
Śledczy
w Bydgoszczy /Szpital/
/k.14-17 ,219, 223/
2.
Świadkowie:
1 . Klemens Gniech - Gdańsk ul. Abrahama
39d/k45/
2.
Jan Zapalnik - Gdańsk - Wrzeszcz ul
Kościuszki 18/2
II. DOWODY RZECZOWE
1.
oświadczenie /k.3 i 5/
2.
komunikat nr 1 /k6 i 9/
3.
apel /k7/
4.
komunikat nr 5 /k35 i 130/
III.
DO UJAWNIENIA NA
ROZPRAWIE
1.
protokół
przeszukania /k1/
2.
karta zatrzymania
osoby /k11/
3.
dane o
karalności /k10/
4.
wywiad
środowiskowy /k34-37/
5.
świadectwa
lekarskie /k38, 70, 84/
6.
postanowienia /k41, 42,
59, 63, 78, 100, 118, 142
159, 170, 199/
7.
orzeczenie komisji
lekarskiej /k 62/
8.
notatka
służbowa /k91/
9.
pismo Kliniki Chorób
Serca /k107/
10. opinie sądowo psychiatryczne /k108-116 i 178-191/
11. opinie psychologiczne
/k117 i 194-196/
12. informacja /k126-128/
13. sprawozdanie /k134-136/
Akt oskarżenia
sporządzono dnia 9 lipca 1982 r.
Pieczątka
okrągła z orłem:
PROKURATURA MARYNARKI
WOJENNEJ
pieczątka:
Wiceprokurator
Prokuratury Marynarki Wojennej
(podpis nieczytelny)
(-) kmdr por. mgr
Paweł EJSMONT
U W A G I :
- przestępstwo
popełniono w dniach 13-15.12.1981 r.
- śledztwo
rozpoczęto w dniu 16.12.1981 r.
- zarzuty przedstawiono
w dniu 16.12.1981r.
- tymczasowe
aresztowanie zastosowano 16.12.1981 r.
- śledztwo
zamknięto 28.12.1981 r.
- śledztwo
zwrócono do uzupełnienia 30.04.1982 r
- zarzuty
uzupełniono 25.06.1982 r.
- śledztwo
zamknięto 3.07.1982 r.
PE/UN
-------------------------------------------------------------------------------------
W porównaniu z pierwszym aktem oskarżenia,
otrzymanym w klinice 28 grudnia 1981 - paragrafów było więcej - nowe
pojawiły się po zwróceniu materiałów „do uzupełnienia” w
kwietniu 1982. Materiał dowodowy nie uległ zmianie -
całość oskarżenia opierała się na opublikowanych
przeze mnie dokumentach i moim oświadczeniu złożonym w dniu
aresztowania. Znikło jedynie z widoku publicznego moje oświadczenie o
nielegalności stanu wojennego.
Prokurator nie
dodał nic w tym wstępnym oświadczeniu. Moich dwóch obrońców
zajęło rożne stanowiska - mecenas Łapicki nie negował
sformułowań zarzutów i wnosił jedynie o łagodny wymiar
kary, Andrzej Muża kwestionował przestępczy charakter
popełnionych czynów i wnosił o uniewinnienie. Zaczęły
się przesłuchania.
Jedyne istotne postawione mi pytania były: czy wiedziałem
o wprowadzonym stanie wojennym i jego prawach i dlaczego się do nich nie
zastosowałem. Na obydwa odpowiedziałem zgodnie z prawdą:
O stanie wojennym wiedziałem, nie
miałem wątpliwości co do srogości jego kar - ale
zapoznawania się z detalami dekretów i kar świadomie unikałem,
aby nie osłabiać własnej woli zgodnego z sumieniem i
obowiązkiem wobec ludzi
działania.
Działanie
było moim obowiązkiem. Pozbawieni kierownictwa ludzie mogli
wyjść na ulice, zaatakować komitety, ulec prowokacji.
Groziło to powtórzeniem krwawych zajść Poznania, Budapesztu i
Gdańska z lat ubiegłych. Jedynym ratunkiem przed rozlewem krwi na
ulicach było utrzymanie ludzi w zakładach pracy - co skutecznie
uczyniłem. Uśmierzanie reakcji
społeczeństwa na fakt aresztowania ich legalnie
działających przywódców nie miało szans powodzenia a poza tym
moje własne poglądy nie odbiegały od poglądów tego
społeczeństwa. Uważam że moim obowiązkiem było
uchronić ich przed masakrą. Biorąc pod uwagę iż
sąd był wojskowy - zapytałem jak tenże sąd oceniłby
kapitana okrętu, który wezwany do kapitulacji dalby nura za
burtę, pozostawiając pod
ogniem walczącą, pomimo braku szans, załogę.
Przesłuchanie świadków
oskarżenia nie wniosło nic nowego i chyba zawiodło oczekiwania
oskarżenia. Świadkowie musieli we wstępnym przesłuchaniu
przypisywać mi cos więcej - gdyż inaczej nie było powodu
przypozywać ich na salę rozpraw. Tutaj jednakże byli raczej
świadkami obrony.
Klemens Gniech, jeden z dyrektorów Stoczni
imienia Lenina, zeznał zgodnie z prawdą, że organizacja strajku
zapewniała ochronę zakładu i że ludzie nie byli zmuszani
przez Komitet Strajkowy do uczestnictwa w akcji protestacyjnej.
Podkreślił również, że nie używano w stosunku do niego
żadnych nacisków ani przymusu.
Drugi świadek oskarżenia, niewielki
i wyraźnie przestraszony swoją rolą człowieczek, Jan
Zapalnik, w drodze na miejsce zeznań, odwrócił się na chwile
plecami do sądu aby po kryjomu, na wysokości brzucha, pokazać mi
palce w geście „V”, który to gest w początkach ruchu był
symbolem walczącej „Solidarności”. Gest ten rozczulił mnie i
rozśmieszył - bo jak wspomniałem większość miejsc
publiczności zajmowali esbecy, w których stronę świadek
sygnalizował. Mam nadzieję, że nic go to później nie
kosztowało. Jego zeznania były tak pochlebne dla moich
„patriotycznych poczynań”, że w pewnym momencie prokurator zapytał go dlaczego we
wstępnych przesłuchaniach zeznawał inaczej. „Bo byłem
przestraszony i zdenerwowany” zeznał świadek i prokurator pospiesznie
zaniechał dalszych pytań.
Świadków wnioskowanych przez
obronę sąd nie dopuścił - uznając iż ich zeznania
adresowane są do mojej „przedprzestępczej działalności”,
czyli żę nie są istotne dla sprawy.
Największym zaskoczeniem było
końcowe wystąpienie prokuratury. Prokurator oświadczył,
że w świetle przedstawionych
informacji oskarżenie odstępuje od trzech najbardziej drastycznych
paragrafów - tych o działaniu na szkodę obronności kraju i o
wzbudzaniu niepokojów publicznych. „Zgadzam się, iż być
może oskarżony Krupiński uratował Gdańsk od rozlewu
krwi” stwierdził ku zdziwieniu sali prokurator. Po czym, ku kolejnemu
zdziwieniu, zakończył: - “ale oskarżony naruszył prawa
stanu wojennego i dlatego prokuratura wnosi o karę cztery plus cztery, w połączeniu
sześć lat pozbawienia wolności”.
Sąd zarządził przerwę,
w czasie której lekarz wojskowy przeprowadził badania z EKG
włącznie. Ja byłem zmęczony, ale sala podniecona
niezwykłym oświadczeniem prokuratora. Milicjant z mojej eskorty z
uśmiechem zaprorokowal - “jutro pan wraca do domu” - ale ja byłem
zbyt zmęczony aby o tym myśleć.
Wyrok brzmiał - trzy i pół roku
pozbawienia wolności, z zaliczeniem okresu tymczasowego aresztowania.
Pozostawało wiec 34 miesiące. Biorąc pod uwagę prognozy
pani oficer wychowawczy, która przygotowywała mnie do wyroku 15 lat i
prognozy adwokata Łapickiego, który rozważał 10 lat w
kategoriach sukcesu obrony - było to mało. Ale w świetle
oświadczenia prokuratury o uratowaniu Gdańska od rozlewu krwi - to
był nóż w plecy. Wszystko to w imię „praw stanu wojennego”,
których daty wprowadzenia były cytowane sprzecznie z sobą nawet w
kolejnych paragrafach aktu oskarżenia.
Musze przyznać, że pomimo tego
wyroku postawa prokuratora zrobiła na mnie wrażenie. Takie
oświadczenie w czasie terroru stanu wojennego wymagało odwagi. Gdyby
taką samą odwagę wykazał sąd i dopatrzył się
oczywistej niezgodności pomiędzy wnioskowaną karą i
wynikiem „przestępstwa” - wyszedłbym z rozprawy wolny, jak
prorokował milicjant. Ale los i WRON chciały inaczej. Zostałem
skazany „bo naruszyłem dekrety stanu wojennego”. Czy „dekrety” te
rzeczywiście były prawnie obowiązujące - to inna sprawa,
wyjaśniona wiele lat później.
W dalszym postępowaniu prokurator
wykazał konsekwencję. Kiedy obrona
wniosła rewizją od wyroku do Izby Wojskowej Sadu
Najwyższego - prokurator, pomimo iż wyrok był niższy
niż wnioskowany, rewizji nie wniósł. Inna sprawa -
rewizja obrony nie przyniosła zmiany wyroku. Ale o tym dowiedziałem
się znacznie później - bo dopiero w połowie września 1982.
Po rozprawie i nieprawomocnym jeszcze wyroku
(odwołanie obrońców) fizycznie moja sytuacja nie uległa zmianie
- ta sama cela, nadal pozbawiony spacerów, nadal współlokator konfident.
Ci zmieniali się dosyć regularnie. Po pierwszym, „panu Benku”, który wnosząc z faktu że źle
znosił warunki aresztu był raczej oddelegowanym esbekiem - pojawili
się następni.
Drugim był Bernard Szynwelski,
złodziej, narkoman i - wnosząc z jego opowieści - zboczeniec
pedofil. Myślę, że ten działał opłacony
oddelegowaniem do aresztu, dostępem do najtańszych „zamulaczy” jak
tabletek aspiryny, środków uspokajających i „czaju” -
stężonego wywaru herbaty, który w więzieniu był
popularny. Pomimo wyraźnych,
spotęgowanych narkotykami cech psychopaty - był cwany. Prowadził rozległą
korespondencję (inny przywilej konfidenta), głownie z kobietami,
które naciągał na paczki i pieniądze. Jedna romantyczna
brzydula, półślepa, w grubych okularach krótkowidza, odwiedzała
go w więzieniu. Planowali małżeństwo, ale „pan Benek II”
miał co innego na widoku, z czym w chwilach zamulenia zdradzał
się otwarcie. Narzeczona miała dużą gospodarkę
gdzieś na południu Polski - i dwoje dzieci, nastolatków. I o tej
dwójce dzieci marzył głośno zamulony Benio pedofil. Pisał
więzienno cwaniackie listy do narzeczonej, prosił aby na wizytę
przyjechała z dziećmi i wpadał po wizycie w furię
jeżeli odwiedziła go sama. Pisał zresztą do każdego
kogo mógł naciągnąć. Odpisał po kryjomu adresy z
przychodzących do mnie listów i wkrótce jego listy „biednego,
uwięzionego Solidarnościowca, który opiekuje się
ciężko chorym Mireczkiem” dotarły do mojej żony i do
siostry. Obie mogły zrozumieć prośbę o pieniądze, ale
były zdziwione powtarzającymi się prośbami o duże
ilości herbaty, którą Benio regularnie się zamulał. Listy
te docierały do mojej siostry przez kilka kolejnych lat, nawet kiedy
już byłem na wolności. Kiedy przesłałem je do
Prokuratury w Olsztynie z prośba o interwencję - odpisano mi, że
nic nie mogą zrobić bo to jest „korespondencja i inicjatywa adresatki".
Biedny wykolejeniec do tej pory nie jest
świadom, że kilkakrotnie uchroniłem go od utraty zdrowia lub
nawet życia, mitygując innych więźniów. Ale pomimo iż
Benio był ewidentną szmatą - jakoś nie mógłbym
zaakceptować świadomości, że skręcono mu kark za
moją zgodą.
Aby to zrozumieć - trzeba być
świadomym istnienia i nastawienia „grypsery”, tych doświadczonych,
zatwardziałych i kreujących prawa więzienne kryminalistów,
którzy w więzieniach tworzą coś w rodzaju rady starszych.
Więzienia mają swój niepisany kodeks i swoja hierarchię.
Więźniowie dzielą się na tych którzy są
„grypsujący”, przestrzegają swojego kodeksu i są posłuszni
wyrokom hierarchicznych autorytetów i takich którzy tego nie robią. Ranga
owych autorytetow - wyroczni jest taka
iż w pewnych przypadkach, dla uzyskania rozpatrzenia spornej sprawy i
orzeczenia, więźniowie są w stanie załatwić tymczasowy
transfer stron lub „autorytetu” z więzienia do więzienia. Od
orzeczeń praktycznie nie ma odwołania. W cieniu prawdziwych
„grypsujących” kręci się
plejada praktykujących gorliwie „małolatów” i nowych kandydatów
skłonnych przestrzegać więziennych kodeksów. Na zewnątrz
tej całej sfery krążą pretendujący być
„grypsującymi” - odrzuceni przez tych prawdziwych lub nie znających,
a częściej nie stosujących się do kodeksu, ale
udających „swoich”. Na tym udawaniu budują oni własne, czasem
znaczne, sfery wpływów i „autorytetu”, które funkcjonują do czasu
konfrontacji z prawdziwą „grypserą”. Poza wymienionymi grupami jest
trzecia - odrzuconych, pogardzanych i
często prześladowanych przez dwie pierwsze grupy donosicieli,
zboczeńców, i „upadłych aniołów” - byłych funkcjonariuszy
milicji, więziennictwa i aparatu prawa, którzy wylądowali w
więzieniu. Ci wszyscy są wyjęci spod prawa i jeżeli nie
podlegają odstrzałowi to tylko w obawie przed dodatkową
karą za ów nielegalny odstrzał. Odrzuceni i zagrożeni przez
kryminalne społeczeństwo wszyscy ci delikwenci z
łatwością padają w ramiona władz więziennych i
służb śledczych - przedłużając swoimi donosami
karzące ramie sprawiedliwości ludowej PRL.
W okresie stanu wojennego w
więzieniach pojawiła się nowa grupa - uwięziona
„Solidarność”. W krótkim okresie swojej legalnej i nawet
przedlegalnej działalności NSZZ „Solidarność”
usiłowała zreformować system penitencjarny, który w
komunistycznym wydaniu był siedliskiem korupcji, przemocy, degeneracji -
wszystkim tylko nie aparatem poprawy i resocjalizacji. Młodzi ludzie,
którzy trafiali do wiezienia za drobne przewinienia najczęściej
kończyli jako zatwardziali recydywiści - lub konfidenci milicji i SB.
Funkcjonariusze więzienni wszystkich szczebli żerowali na taniej,
prawie niewolniczej pracy więźniów - jawnie i bez skrupułów. Te
niewolnicze usługi z donosicielstwem włącznie, opłacane
były, jak w przypadku Benia, dostępem do tanich narkotyków,
alkoholu i drobnych przywilejów. Jednym
słowem to było bagno.
W latach 1980/81 bylo wiele buntów w
więzieniach PRL, w czasie których więźniowie stawiali postulaty
domagające się sprawiedliwych i ludzkich warunków odbywania kary.
„Solidarność” publikowała te postulaty, domagała się
ich rozpatrzenia, delegowała do tego prawników i obserwatorów. W wielu przypadkach dokonano
rzeczy prawie niemożliwej - uzyskano poprawę warunków i poszanowanie
praw więźnia jako
człowieka. To nie pozostało niezauważone.
Kiedy w grudniu 1981 pierwsi aresztowani solidarnościowcy
znaleźli się w wiezieniu – „grypsera”, z dużą
godnością, zaczęła spłacać dług
wdzięczności. Nikt nie dyktował solidarnościowcom kodeksów
i nie wymagał od nich grypsowania. Przeciwnie - spontaniczne próby
części aresztowanych związkowców zostania z dnia na
dzień „grypsującymi”
wywoływały uśmiechy politowania, ale uśmiechy te
ciągle zawierały odcień sympatii. Jedynie więzienne
małolaty miały radochę - nareszcie mogli z praktykantów
zostać profesorami i robili to z zapałem. Ale wszyscy pomagali nam
jak mogli zaadoptować się do warunków więziennych i uniknąć pułapek.
Pamiętam, kilka dni po zainstalowaniu
Bernarda Szynwelskiego w mojej celi, ktoś załomotał
gwałtownie do drzwi i krzyknął – „Krupiński tutaj?”. „Tak” odkrzyknąłem zdziwiony. „ Niech pan uważa - Szynwelski to kurwa,
powtarzam - Szynwelski kurwa!”
- „Co on mowi?” zapytał
półspiący Szynwelski. - „On
mówi że pan jest kurwa, panie Benku”, odpowiedzialem nieco zdziwiony.
Dopiero pozniej dowiedzialem sie, ze „kurwa" w więziennym żargonie
oznacza konfidenta - prowokatora. Informacja była, oczywiście,
prawdziwa. Kilka dni później - kiedy Benia wywołano na jeden z
powtarzających się „zabiegów” - czyli na spowiedź, ten sam glos
za drzwiami, tym razem dużo ciszej, zapytał: „Panie Krupiński -
czy Szynwelski ma mieć wypadek pod prysznicem?”. Po chwili, po
wywołanym moim zdziwieniem braku odpowiedzi: „Niech pan się nie boi -
sprawcy nie znajdą; a zresztą ja i tak zaczynam dopiero kiblować
25 lat za zabójstwo.”
Ta deklaracja powróciła kilkakrotnie w
nieco złagodzonej formie - publicznie, na korytarzu, w obecności
Szynwelskiego. Tym razem mój sympatyk, pomińmy nazwisko, wystąpił jawnie, nie zwracając
się do żadnego z kilku obecnych ale raczej do wszystkich razem – „Ja
zabiłem jednego skurwysyna, zabicie
drugiego nie robi mi różnicy. Jeżeli któryś ruszy
Krupińskiego - będzie następny”. Ta ochrona mnie imiennie nie
wynikała z mojej ważności - choć o mojej funkcji i roli
przed i w czasie stanu wojennego wiedziano powszechnie. Myślę po
prostu, że byłem w tym czasie jedynym solidarnościowcem w
bydgoskim areszcie i stąd zebrałem całą należną
związkowi sympatię. I muszę przyznać, że w tym
okresie, w oczekiwaniu na ów zapowiadany przez własnego adwokata 10 -15
letni wyrok, to pomagało żyć z dnia na dzień.
Myślę również, że taka postawa więźniów -
kryminalistów, jak mniemam powszechna we wszystkich więzieniach wojennego
PRL, miała również swój wpływ na postępujące
zmiękczenie wojowniczej władzy.
Drugi przypadek kiedy Szynwelski był
niebezpiecznie blisko śmierci nie miał żadnego związku ze
mną, ale fakt że jej uniknął być może miał.
Do celi kolejno dokwaterowano nam dwóch
lokatorów - małolata po samouszkodzeniu lub operacji
żołądka i innego osobnika, którego twarz, pomimo braku przednich
zębów, była mi dziwnie znana. Okazało się że był
to mój rówieśnik, były wieloletni członek polskiej kadry
bokserskiej Wąsikowski. Kiedyś, w dzieciństwie, bardzo krotko,
próbowałem boksować - szkoła, chyba na szczęście,
zabroniła. Ale sympatia do tego sportu pozostała i kibicowałem
zawodom międzynarodowym. Wasikowski był wtedy dobry i
pamiętałem jego zdjęcia. Teraz mentalnie był to wrak - dwa
zabójstwa w ręcznych bijatykach, lata więzienia, pobyty w szpitalu
psychiatrycznym. Ciągle fizycznie bardzo sprawny, z ciałem atlety,
bez grama tłuszczu. Tylko twarz zdeformowana no i te pieńki
zębów. Opowiadał mi o swoich perypetiach.
Miał jeden powód, dla którego
żył - żonę, która pomimo jego upadku nie opuściła
go. Była nauczycielką i odbierała go zawsze z kolejnych szpitali
psychiatrycznych jak tylko nadchodził czas zwolnienia. O ile pamiętam
była również w jakiejś mierze przyczyną jego
nieszczęść. Pierwsze zabójstwo nastąpiło w odpowiedzi
na zaczepienie żony. Jest prawdopodobne, że reakcja i jej wynik
były wysoce nieproporcjonalne do przyczyny - ale jego mózg był
już zbyt poobijany na ringu, a poza tym on z nawyku swoich dni sławy
był maszyną do bicia. Sprawną - uderzył gołą
ręką tylko raz. Nie było to morderstwo, prowokacja była
ewidentna, wyrok był zredukowany. Z więzienia przeniesiono go do
szpitala psychiatrycznego i wkrótce zwolniono. Ale to nie był koniec
kłopotów. Pracy nie znalazł. W jego wieku i z jego
doświadczeniem ringowym mógł być doskonałym trenerem - ale
kto zatrudni trenera kryminalistę. Nie chciał być na utrzymaniu żony
- wiec najczęściej szuflował węgiel w porcie, co
utrzymywało go w znakomitej formie fizycznej. Z formą psychiczną
było gorzej. Niedawny kadrowicz, idol kibiców, bez trosk materialnych -
czuł się zdegradowany i poniżony. Nerwy były w
proszku. W tej sytuacji kolejna zaczepka
lub głupi żart po adresem jego żony, na klatce schodowej domu
gdzie mieszkał, zakończyła się następną
bójką a właściwie znów jednym uderzeniem. Zaczepiający
poleciał do tyłu i uderzył głową w kaloryfer. Nigdy
nie odzyskał przytomności. Wąsikowski był znów w
więzieniu i oczekiwał na kolejne badania psychiatryczne.
Myślę, że pobyt w
więzieniu był dla niego ulgą. Pozwalało mu to unikać
codziennego poniżenia degenerata, który kiedyś był idolem i
sarkastycznych uśmiechów otoczenia i znajomych. Nawet to, że
mógł rozmawiać ze mną o swoich perypetiach i że ja
zdawałem się go rozumieć - sprawiało mu chyba ulgę.
Pomimo życiowej degrengolady - wykazywał dużo godności
własnej; być może nawet nadmiar tej godności własnej był
przyczyną jego zabójczych reakcji. Z obecnym w celi małolatem
rozmawiali chętnie i otwarcie. Obaj
grypsowali.
Małolata dokwaterowano nam pierwszego
i Szynwelski skumał się z nim szybko. Rozmawiali godzinami, być
może że Benio ulegał swoim zboczonym apetytom i
usiłował go uwieść. Przybycie Wąsikowskiego
zmieniło sytuację. Małolat przysłuchiwał się
mojej z nim rozmowie i widać było że Wąsikowski mu
imponował - sprawnością fizyczna, olimpijską
przeszłością, chyba nawet owymi nieszczęsnymi zabójstwami w
bójce. Benio czuł się opuszczony i zazdrosny - stracił nowego
kumpla, a wszystko szło tak dobrze… Na drugi dzień Szynwelski
przystąpił do akcji. Obaj z Małolatem zaczęli cicha
rozmowę, która przeszła w
szepty. Małolat początkowo był oporny i niedowierzający.
Kilka razy podnosił głos i usiłował przerwać
rozmowę. Ale wyglądało że powoli daje się
przekonać. Sam fakt że szeptali musiał zdziwić byłego
kadrowicza - to było sprzeczne z więziennym savoir vivre. Ale
się nie wtrącał. Po jakiejś godzinie wywołano go na
badania, które trwały prawie pół dnia. Pozostali dwaj prawie
cały ten czas kontynuowali swoja konspiracyjna pogawędkę.
Kiedy Wąsikowski wrócił
Małolat udawał że śpi. Ja czytałem
książkę. Zamieniliśmy kilka zdań, ale
książka była dobra i powróciłem do niej. Bokser
zwrócił się wiec do przebudzonego Małolata z jakimś
pytaniem, które powinno zapoczątkować dyskusję jak wczoraj. Ten
odpowiedział jakimś pomrukiem. Po drugiej nieudanej próbie rozmowa
zamilkła.
Sytuacja powtórzyła się
następnego ranka. Małolat rozmawiał ze mną i Szynwelskim,
ale unikał rozmowy z Wąsikowskim. Ten ostatni najpierw był
zaskoczony a następnie zły. W końcu stracił
cierpliwość: - „Małolat,
co ci odbiło? Gadaj!” zwrócił się do byłego kumpla,
siadając na łóżku. Dzieliła ich odległość mniej
niż metra. Szynwelski wycofał się na swoje wyrko.
- „Nie chce z tobą gadać”
mruknął Małolat, ale głos miał niezbyt pewny. „Daj mi
spokój.”
-
„Co się stało od wczoraj?”
„ … „
Wąsikowskiemu zaczęło coś
świtać. Pochylił się i biorąc chłopca za ramię zmusił go do postawy
siedzącej. Ten wzruszył ramieniem z odrazą, ale pozycji nie
zmienił. Siedzieli teraz twarzą w twarz, prawie stykając
się kolanami - przejście między pryczami było wąskie.
Starszy
przyglądał mu się przez chwilę, a następnie wolno zaczął
mówić: - „ Słuchaj, szepczecie coś od wczoraj i zachowujesz
się inaczej. To musiało być o mnie. Co on ci powiedział?”
Odpowiedzi
praktycznie nie można było uniknąć bez utraty twarzy.
Małolat zacinając się nieco powiedział: - „Benek wie o
tobie wszystko. Ty siedzisz za zabójstwo
dzieciaka. Z gwałtem. Zostaw mnie - ja nie twój kumpel.”
Wąsikowski
zbladł, żyły nabrzmialy mu na szyi i mięśnie
szczęk zacisnęły się w węzły. Wstał bardzo
wolno. Myślałem że uderzy Małolata, ale on rozejrzał
sie dookoła patrząc kolejno na każdego z nas, a następnie
odrzucił poduszkę swojego łóżka i sięgnął
pod materac. Wyciągnął małą torbę z
przezroczystej folii z kilkoma papierami i chyba jedną wytartą
fotografią. Wolno wygrzebał jeden dokument, rozprostował i
podał Małolatowi – „czytaj głośno” powiedział nieswoim
głosem. Usiadł.
To był akt
oskarżenia z opisem stawianych zarzutów i obszernym uzasadnieniem.
Treść dokumentu potwierdzała dokładnie wszystko to co
opowiedział nam Wąsikowski kilka dni temu. Co więcej - w
charakterystyce oskarżonego podany był artykuł poprzedniego
wyroku. Ja nie byłem zbyt biegły w artykułach ale Małolat
był. Skończył czytać, popatrzył w oczy swojego vis a
vis - i nie powiedział nic. Na Szynwelskiego nie spojrzał. Opuścił głowę.
Na Szynwelskiego
spojrzałem za to ja. Był blady jak ściana i mierzył
wzrokiem odległość do drzwi. Ale drzwi były zamknięte
a poza tym przejście do nich zablokowane przez obu siedzących.
Więc wcisnął sie w kąt ścian w rogu
swojego łóżka i trząsł sie.
Bokser
wstał ponownie, wyjął spomiędzy palców chłopaka
dokument i wolno włożył go spowrotem do torby. Poprawił
materac i poduszkę i wolno zwrócił sie w stronę
przerażonego Benia. Ten ostatni chwycił ze stolika nocnego małe
lusterko, rozbił je o kaloryfer i gorączkowo zaczął
podcinać sobie żyły na przegubach dłoni. Później
dowiedziałem się, że
samobójcze samookaleczenie jest uważane za coś jak okazanie skruchy i
może, ale nie musi, uchronić przed karą. Tu wyglądało,
że nie uchroni. Bokser był w połowie drogi, mijając mnie
właśnie. Złapałem go za rękaw. Nie było mi szkoda
Benia, ale trzecie zabójstwo na koncie było czymś, czego
Wąsikowski potrzebował najmniej - tak przynajmniej
pomyślałem wówczas. Odwrócił sie do mnie patrząc nieco
przytomniej i zapytał ze zdziwieniem: - „Szkoda ci tej szmaty?” To
było prawdziwe zdziwienie, nie zwrot retoryczny. Wyglądało,
że ocalenie konfidenta jest bez szans. I nagle zobaczyłem tę
szansę. Używając tej nowej dla mnie w wiezieniu formy „ty” poprosiłem
: - „Słuchaj - ja mam kłopoty z sercem. Widok bijatyki czy zabójstwa
może być czymś czego nie przeżyję. Zostaw go.
Proszę...”
O dziwo - poskutkowało. Patrzył
jeszcze przez chwilę na przestraszonego szczura w kącie a potem
wrócił do wyrka, obrócił sie do ściany i przez pozostałe
pół dnia nikt w celi nie odzywał sie słowem. Wieczorem
wywołano Szynwelskiego z celi. Musiał mieć, skubaniec,
jakiś telegraficzny sygnał poprzez rury, lub musieliśmy
mieć podsłuch, co jest prawdopodobne. Obu - Małolata i
Wąsikowskiego zabrano z rzeczami o świcie - transport do innego
szpitala. Szynwelski został. Myślę, że jeżeli opis tej
afery dotarł kiedyś spowrotem do Bydgoszczy - jego szanse na wypadek
pod prysznicem wzrosły.
Trzecim, którego pamiętam z imienia,
konfidentem był Miecio. Dzięki „zaprzyjaźnionym, wrogim
ustrojowi siłom” pracującym w areszcie - miałem pełne o nim
informacje na dzień przed jego przybyciem. Znałem również
legendę jaką będzie się posługiwał.
Pan Miecio, nazwiska niestety nie
pomnę, zachowywał sie zgodnie z legendą - z pompatyczną
godnością. „Był” kierowcą biskupa, zaplątanego po uszy
w konspiracyjną działalność podziemnej „Solidarności”.
Poza tym, był dobrowolnym męczennikiem typu „Ojciec Kolbe”
poświęcającym sie dla ratowania ważniejszego dla sprawy
biskupa, poprzez wzięcie na siebie jego „winy” . Przyjechał na
badanie histopatologiczne raka przełyku. W rzeczywistości był
złodziejaszkiem odsiadującym znaczny wyrok i biorąc pod
uwagę tymczasową funkcję konfidenta - zwolennikiem łatwiejszego
życia penitencjarnego.
Pozwoliłem mu opływać w splendory
jego legendy prawie dwa dni, po czym wyciąłem mu brzydki kawał,
którego do dzisiaj sie wstydzę.
Inspiracją do kawału było inne zabawne wydarzenie w tym
samym areszcie. Opisywałem już uprzednio swoje doświadczenia z
wahadełkiem w Klinice Akademii Medycznej. Coś o tym przeciekło
do Aresztu w Bydgoszczy - bo moje sporadyczne powroty do wahadelkowych praktyk
były powodem rożnych reakcji. Najpierw mi wahadełko konfiskowano
pod zarzutem iż przypomina połykaną przez samouszkodzeniowców
„choinkę”. Ale w końcu moje argumenty, że co to za szkoda dla
ojczyzny jeżeli jej wróg połknie kawał drutu, trafiły do
przekonania - i wahadełko pozostawiono mi oficjalnie.
Jednym z ciekawskich był młody
porucznik ochrony aresztu. Widział mnie badającego własna
dłoń i zaczął
pytać o szczegóły. Odpowiedziałem iż ten sposób badania
pozwala określić stan zdrowia i posiadane zdolności - i ochoczo
wyciągnął łapę aby poznać swoje. Po zbadaniu
kilku typowych miejsc dłoni i komentarzach, które widocznie trafiały
mu do przekonania - przeszedłem do
nasady lewego kciuka, gdzie wahadło zachowywało sie nader żwawo.
Zaintrygowany tym zapytał co to oznacza. Z poważną miną
zażartowałem: - „przekonania polityczne’. Reakcja była natychmiastowa -
wyszarpnął dłoń i schował ją za plecy, zanim
zdążył o tym geście pomyśleć. „Za późno” -
powiedziałem wtedy –„ja i tak już wiem”... Śmialiśmy sie potem obaj - ale jego
odruchowa reakcja była szczera.
Kiedy pan Miecio wyczerpał po dwóch
dniach opowiadanie o sobie i biskupie - zacząłem sie bawić wahadełkiem,
wzbudzając jego oczekiwane zainteresowanie. Rozmawialiśmy o tym przez
jakiś czas i chyba w połowie uważał mnie za pomyleńca.
Ale musiał o tym później z kimś rozmawiać i usłyszeć
starą historię, bo do tematu powrócił. W końcu
urządziłem mu demonstrację i napomknąłem, że
zarówno przyszłość jak i przeszłość
podlegają „wahadelkowaniu”.
Pozwoliłem mu ponalegac i w końcu zgodziłem sie na próbę.
Okrężną drogą i
dodając wahadełku masę zbędnych pytań
zacząłem dochodzić szczegółów jego prawdziwego „ja” - skąd przyjechał, za co i
gdzie odsiaduje karę - wszystko to co z góry znałem. Z początku
był zaniepokojony, ale trochę przesadziłem z nadmiarem
szczegółów, bo zaczął słusznie podejrzewać, że
ktoś go sypnął, co w pewnym momencie nawet powiedział. Nie
skomentowałem, tak że nie mógł mieć zupełnej
pewności. Myślę, że w trosce o zachowanie luksusów szpitala
nie powiedział o tym nikomu, woląc zostać ze mną
dłużej.
Następnego dnia pobrano mu próbkę
tkanki z przełyku i nie mógł mówić zbyt wiele. Wieczorem otrzymał wiadomość, że
test się nie udał i próbka musi być pobrana ponownie. I wtedy
zachowałem sie naprawdę brzydko. Zacząłem wahadelkować
w jego stronę, nic nie mówiąc. Widziałem, że dostrzega moje
działania więc, udając wewnętrzne zamyślenie,
zrobiłem zdziwioną i zaskoczoną minę. Z namysłem
powtórzyłem wszystko jeszcze raz. Pomimo bólu gardła po zabiegu,
Miecio zaczął domagać się wyjaśnienia. Celowo
udawałem, że unikam odpowiedzi i że jestem całą
sprawą zakłopotany. W końcu dałem się „zmusić”.
- „Wie pan, panie Mietku” -
zacząłem – „jakoś zaniepokoiło mnie to ponowne pana badanie
i zacząłem coś sprawdzać. Ale myślę że to
wahadło jest głupie - bo odpowiedź jest zbyt bzdurna”. Zamilkłem, oczekując na
ciągnięcie mnie za język. Nie zawiodłem sie i po
naleganiach z jego strony ciągnąłem dalej: -- „Czy ma pan tutaj
jakichś wrogów? Podpadł pan komuś? Nie? To dobrze. Bo widzi pan
to głupie wahadło sugeruje, że w czasie badania nie tylko
można pobrać próbkę ale także raka wszczepić - tak jak
białym myszkom”. Znów odczekałem
chwilę i nie patrząc na niego ciągnąłem: --
„Właściwie to najbardziej mnie niepokoi, że taka jest
właśnie sugestia wahadełka. Ale to głupie - niech pan
zapomni o tym idiotycznym wahadełku - ja musze być chyba zbyt
zmęczony”.
Spojrzałem na niego i naprawdę
się przestraszyłem. Mój nieszczęsny konfident wyglądał
jak w agonii. Był blado - żółty. Zapadł się w
poduszkę i patrzył niewidzącym wzrokiem na gołą
żarówkę na suficie. Slina z ust ciekła mu po policzku i po szyi.
Kiedy spojrzał na mnie po chwili - usiłował cos powiedzieć,
ale nie mógł. Trwał w tym letargu do wieczora. Z badania
następnego ranka już nie wrócił. Rzeczy zabrano. Nikt nie
wspomniał o nim więcej ani słowa. Wtedy czułem coś w
rodzaju satysfakcji - ale szybko przerodziło sie to we wstyd, który trwa
do dzisiaj.
Po rozprawie sądowej w Bydgoszczy
trzymano mnie tutaj przez następne sześć tygodni - tyle ile
trwało rozpatrywanie rewizji obrony w Sądzie Najwyższym. Nie
wiedziałem oczywiście nic o postępie i wyniku rewizji to
też byłem całkowicie zaskoczony kiedy pewnego dnia zbudzono mnie
o świcie i kazano się pakować. Samochód, który czekał,
był taki sam jak w czasie aresztowania w Stoczni - dwa wieloosobowe
przedziały i cztery stalowe „szafy” bez okien, jedynie z małymi
otworami do oddychania. W otwartych przedziałach zakwaterowano kilku
kryminalnych - mnie wciśnięto do szafy. Przyznam, że tego nie
oczekiwałem, specjalnie po wystąpieniu prokuratora na rozprawie.
Pomyślałem że był to rewanż za mój ostatni grzech
popełniony dzień przedtem.
Wieczorem poprzedzającym wydarzenie
wszedł do celi szef ochrony Aresztu i niespodziewanie zapytał czy mam
jakieś zażalenia. Przekonałem sie już do tego czasu,
że sprawa spacerów, których byłem pozbawiony od ośmiu
miesięcy, jest nie do załatwienia - więc odpowiedziałem
„nie”. Po tej odpowiedzi zostaliśmy
(ja i dwóch innych lokatorów celi) poinformowani, że jutro „góra” wizytuje
więzienie i że ja mam zameldować celę do przeglądu. Nigdy
tego nie robiłem i uważałem że nikt nie ma prawa tego ode
mnie jako więźnia politycznego wymagać. Powiedziałem to -
ale nie zrobiło to żadnego wrażenia na moim rozmówcy.
Kontynuując, poinformował mnie o formie raportowania i wyszedł.
Wyraźnie chciał sie pochwalić że mnie wytresował.
Na drugi dzień rano wysoki,
wnioskując ze świty, wizytator wszedł do celi. Świta z
szacunkiem zatrzymała się na zewnątrz - między
łóżkami nie było zbyt wiele miejsca. Wszyscy, wizytator i ci za
progiem, oczekiwali na spektakl, ale ja jedynie usiadłem na
łóżku a inni wstali. Po przeciągającym się ciężkim
milczeniu wizytator zapytał: -- „Jakieś problemy?” i zapewne nie
oczekując potwierdzenia zrobił pół kroku do tyłu. Ale ja
bez namysłu powiedziałem „tak” i ze szczegółami opisałem
sprawę braku spacerów. Wysłuchał i nic nie odpowiadając
wyszedł. Za zatrzaśniętymi drzwiami słyszałem glosy
świty tłumaczącej coś gorączkowo.
O świcie następnego dnia
wylądowałem w „szafie” więziennej ciężarówki, gotowy
do przesyłki w nieznanym mi kierunku.
Nie było to wygodne. Siedziałem na twardej ławce, z
kolanami wpartymi w drzwi i łokciami uciskanymi przez ściany. Drzwi,
jak wspomniałem, nie miały okna - jedynie kilka szpar
osłoniętych od zewnątrz stalową żaluzją.
Wewnątrz panował półmrok i zaduch. Był wczesny,
chłodny, ranek i ciasnota i niewygoda były na razie jedynymi
dolegliwościami. Ale to wkrótce miało się zmienić.
Najpierw oczywiście ścierpłem w
niewygodnej pozycji. Wiercenie się było ograniczone i nie
pomagało zbytnio. Usiłowałem drzemać, ale nie
wychodziło. Samochód po krętej wędrówce ulicami Bydgoszczy
musiał wyjechać na szosę lub autostradę bo jechał
dość szybko.
Dzień musiał być
słoneczny bo po kilku godzinach wczesnego poranka temperatura stawała
się coraz wyższa. Pomimo ciasnoty jakoś
ściągnąłem sweter, ale to też nie rozwiązało
sytuacji. Pot spływał strumieniem po drzwiach, o które opierałem
czoło, siedzenie było mokre od
potu płynącego z tułowia i pośladków. Pot z siedzenia
kapał na podłogę. Powietrza było mało, odór potu
wypełniał szafę. Pod siedzeniem leżała moja torba z
jedzeniem, ale nie było w niej picia a poza tym nie mógłbym jej
stamtąd wyciągnąć. Próbowałem z kolei oprzeć
plecy o tylną ścianę, ale z uwagi na ciasnotę nie było to oparcie. Stawałem
się powoli półprzytomny, serce pracowało z wysiłkiem i
nieregularnie. Chyba film mi sie na chwile urwał bo niespodziewanie
wyrżnąłem głową o stalowe drzwi, co mnie ocuciło.
Poza guzem na czole spowodowało to głośny łomot, który
musiał zaniepokoić strażnika. Uchylił drzwi szafy (miały
ogranicznik otwarcia na zewnątrz) i cos zagadał. Nie
zrozumiałem, a poza tym było mi wszystko jedno. Nie
odpowiedziałem.
Musiał być zły albo
zaniepokojony bo otworzył drzwi. Zacząłem bezwiednie
wdychać „normalne” powietrze jak robi to zdychająca ryba - otwartymi
ustami. Musiałem wyglądać bardzo źle, a może to ten
smród i kałuża potu wywołały samarytański odruch tego
bydlaka - bo drzwi już całkowicie nie zamknął. Co
więcej - dostałem kubek więziennej kawy, chyba ze zwykłym w
więzieniu bromem - bo uczucie odrętwienia stało się mniej
dotkliwe. Myślę, że dowiezienie mnie żywego nie było
konieczne, ale dla eskorty mniej kłopotliwe niż formalności
związane z przekazaniem zwłok.
Wczesnym popołudniem samochód
zatrzymał się na chwilę w jakimś więzieniu, gdzie
wyładowano część konwojowanych. Prawdę mówiąc,
nie wiem gdzie to było, zupełnie mnie to nie interesowało. Ale
pozwolono mi wyjść na chwile do ustępu i umywalni. Najpierw
myłem tylko ręce i twarz, ale woda była tak niezwykłym i
luksusowym odczuciem, że w końcu schlapałem prawie całe
ubranie rozkoszując się chłodem. Po tej operacji i w wyniku
rozprostowania odmawiających posłuszeństwa nóg - poczułem
się prawie normalnie. Serce ciągle trochę się
zacinało, ale w tym przedmiocie miałem dość
doświadczenia aby nie wpadać w panikę.
Moja podroż trwała dalsze kilka
godzin, ale na szczęście drzwi szafy pozostawiono nadal
częściowo uchylone a poza tym temperatura na zewnątrz
zaczęła opadać. Zdrętwienie powróciło, ale w
porównaniu do poprzedniego etapu była to poprawa warunków, tak że czułem
się prymitywnie zadowolony. Zacząłem myśleć o nieznanym
celu podroży i powodzie tak bezsensownie brutalnego potraktowania mnie.
Był to, poza opisanymi uprzednio
próbami wykończenia, najbardziej nieludzki i wyraźnie wrogi akt. Nie
znalazłem wtedy żadnego
logicznego wytłumaczenia jego przyczyny. Po rozprawie sądowej
spodziewałem się i częściowo doświadczyłem czegoś w rodzaju zdziwionej sympatii,
jak myślę - w wyniku niezwykłej deklaracji prokuratora. Ta sama
eskorta, kilka miesięcy wcześniej, zademonstrowała
niezwykłą i wartą chyba opisania przychylność w czasie
transportu z Bydgoszczy do Gdańska:
Wieziono mnie wtedy na kolejne badania do
Kliniki Wojskowej Akademii Medycznej, będące wynikiem rozgrywek
pomiędzy obroną i prokuraturą. Eskortujący, kierowca i
strażnik, wsadzili mnie, bez zwykłych bransoletek, do pustej budy z
pootwieranymi drzwiami przedziałów. Zanim samochód ruszył
dokwaterowano mi młodą, również nie skutą kobietę -
całkiem przystojną. Nie wiem czy był to swojego rodzaju test
psychologiczny, pułapka czy dowód sympatii, prezent. W każdym razie obojgu
z nas, zakładając iż dama nie była tu służbowo -
stworzono pokusę i możliwość. Nie wiem czy była ukryta
kamera ale obaj, kierowca i strażnik jechali w szoferce - przedział
był pusty. Taka sytuacja trwała około dwóch godzin. Nie
zamieniłem ze wspolpasażerką ani słowa. Oboje
przyglądaliśmy się sobie ze zrozumiałym zainteresowaniem,
ale na tym się skończyło. Skuto i wyprowadzona ją w
leżącym po drodze więzieniu dla kobiet. Nastąpił drugi
dziwny akt podroży - przeniesiono mnie do szoferki, gdzie siedziałem
na masce silnika, pomiędzy kierowcą i strażnikiem.
Rozmawialiśmy przyjaźnie - obaj okazali się być
mieszkańcami Bydgoszczy, jeden był, jak deklarował,
młodszym przyjacielem Rulewskiego - bydgoskiego szefa „Solidarności“.
Podroż powrotna upłynęła w podobnej atmosferze. Mówiąc
prawdę - głupio wypaplałem o tym (pomijając damę)
konfidentowi, i jeżeli nie było to reżyserowane jako test lub
pułapka obaj „sympatycy” mogli mieć kłopoty. Obecna podroż,
a właściwie jej warunki, mogła być rewanżem za
paplanie, tym bardziej że obecny strażnik mógł być jednym z
nich.
Innym powodem owej prawie zabójczej dla
mnie złośliwości mógł być fakt iż
opuszczałem bydgoski areszt żywy i z niespodziewanie niskim wyrokiem.
Jeżeli, jak wskazywały zaistniałe fakty, usiłowano mnie tam
dwu lub trzykrotnie, z premedytacją, wyprawić na tamten świat -
mój wyjazd mógł być przyszłym zagrożeniem dla inspiratorów
i wykonawców owych zamachów. Jeszcze jedna próba mogła być więc
ostatecznym rozwiązaniem problemu.
Późnym popołudniem samochód zatrzymał
się, kierowca zatrąbił. Łomot żelaznej bramy
wskazywał, że wjeżdżamy na teren kolejnego więzienia.
Tak też było, ale nie wiedziałem - czy jest to cel podroży,
czy tylko przystanek na noc. Ciągle mogło się zdarzyć,
że jedziemy do położonego na radzieckiej granicy Hrubieszowa,
pod opiekę lub w gościnę wschodnich przyjaciół.
Łęczyca. Był to jednak cel podroży - więzienie w
Łęczycy. Jak dowiedziałem się później było to cos
w rodzaju nobilitacji - więzienie miało tradycje polityczne.
Siedzieli tu Kardynał Wyszyński i Władysław Gomułka,
zanim został pierwszym sekretarzem PZPR po Czerwcu 1956.
Wywlokłem się z szafy i z
samochodu poruszając się bardzo niepewnie. „Komitet powitalny”
składał się z oficera w mundurze służby
więziennej i kilku innych ludzi, w tym porządkowych w
więziennych drelichach. Wszyscy stali i patrzyli - więc odruchowo
przedstawiłem sie głośno – „Solidarność”.
Oficer niespodziewanie się
zaperzył : „Jaka Solidarność, jaka Solidarność - KPN
chyba! Solidarność to byli robotnicy!” Wówczas odebrałem to jako
deklarację wrogości ale, analizując jego późniejsze
zachowanie, chyba się myliłem. W każdym razie po tym
emocjonalnym powitaniu i mojej późniejszej o nim relacji
przylgnęło do niego imię „KPN-owiec”, powszechnie używane i
chyba mu znane. Nie protestował o ile wiem.
Przygody dnia jeszcze się dla mnie nie
skończyły. Po odprawie na korytarzu więziennym zostałem
wyeskortowany do… ciemnej izolatki w podziemiu. Grubaśne i wilgotne mury,
brak dziennego światła, wyro bez materaca. Kilka minut po zatrzaśnięciu za
mną drzwi miałem naprawdę tego dość.
Zacząłem w nie walić z niespodziewaną dla mnie samego
energią. Otworzono dosyć szybko i naprawdę zły zacząłem
mówić chaotycznie o kolejnej próbie
wykończenia, chorobie serca i potrzebie lekarza. Myślę obecnie
że izolatka po przyjeździe nie była aktem
złośliwości - była rutyną tego więzienia. W
każdym razie mój pierwszy rozmówca i wezwany na pomoc „KPN-owiec”
wyglądali na rzeczywiście nieświadomych - wyprowadzono mnie
spowrotem na korytarz parteru i ktoś przyniósł moje akta przywiezione
razem ze mną. Teczka była gruba i dwie trzecie tej
objętości stanowiły dokumenty medyczne, będące
wynikiem korespondencji pomiędzy prokuraturą i obroną. Po
przejrzeniu kilku pierwszych - poprzedzany przez porządkowego
taszczącego moje klamoty, zostałem
zaprowadzony na piętro i wprowadzony do celi. Drzwi
trzasnęły za mną.
Cela była mała, z wysokim
klasztornym sufitem. Piętrowe prycze, cztery. I co najważniejsze -
dwóch więźniów patrzących na mnie z zaskoczeniem. Jeden -
potężne chłopisko z sumiastym wąsem i nie mniej
potężnym brzuszyskiem, drugi - wysoki i wysportowany, chyba z
brodą (a może wyhodował ją później). Ten
właśnie wykrzyknął:
-„Mirek?! Co te skurwysyny z
tobą zrobili!.” Zapomniałem
już trochę o przyjemnościach podroży i okrzyk mnie raczej
zdziwił. Ale musiałem wyglądać jak widmo i
śmierdzieć jak skunks - więc okrzyk, patrząc wstecz,
był całkowicie usprawiedliwiony. Tak więc wydawałem sie
być „w domu”. Dopiero zasypiając uświadomiłem sobie,
że był to 8 września - dzień moich urodzin. 1982. Właśnie
skończyłem czterdzieści
trzy lata.
Następny dzień różnił sie od poprzednich
dwustu siedemdziesięciu. Jeszcze o tym nie wiedziałem, ale
przestałem być aresztowanym - od wczoraj byłem skazanym. Jak
później zostałem zawiadomiony oficjalnym pismem - Izba Wojskowa
Sądu Najwyższego zatwierdziła poprzedni wyrok. Tak więc w
celi było obecnie trzech skazanych i co wydawało się
niezwykłe - nie było konfidenta.
Kilka dni
upłynęło głównie na wymianie wiadomości i wspomnień.
Po raz pierwszy mogłem usłyszeć o przebiegu pierwszych dni stanu
wojennego w Olsztynie, postawach, reakcjach, wydarzeniach. Jedno było
humorystyczne: - kurier z Gdańska, który przywiózł do
rozpowszechnienia moje proklamacje i „Apel”, brylował i opływał
w chwałę w Olsztynie przez chyba dwa dni. Najpierw, o ile dobrze
pamiętam relacje, odwiedził moją żonę. Następnie,
po przekazaniu dokumentów komuś skłonnemu je wziąć,
zaczął urzędowanie w jednej z olsztyńskich kawiarń,
zdając relację każdemu kto chciał słuchać.
Chciało wielu rożnych ludzi, w tym kilku cierpliwych esbeków, którzy
oczywiście chcieli usłyszeć jak najwięcej. A wiadomości były „nie z tej
ziemi”. Zgodnie z relacją kuriera strajk krzepł z dnia na dzień,
zwycięstwo było bliskie, a „wojska Krupińskiego” czekały
pod Gdynią aby przejąć władzę. Tu entuzjazm i
radykalizacja poglądów słuchaczy zaczęły rosnąć
do tego stopnia, że esbecy, bojąc się zamachu stanu w Olsztynie,
kuriera zwinęli. Przy okazji zapamiętali i później
zapudłowali tych najbardziej poza kurierem
radykalnych.
W Olsztynie,
jak usłyszałem, było wielu internowanych i aresztowanych, ale
pojawiło sie tez kilku lojalnych,
deklarujących pospiesznie miłość do władzy.
Szef więzienia w Bartoszycach głosił na wszystkie strony,
że ma przygotowaną dla mnie celę. Znając jego mafijne
powiązania z olsztynskim I sekretarzem KW PZPR Wojnowskim, któremu
wielokrotnie nadepnąłem na bolące odciski, doprowadzając do
jego „rezygnacji” i śledztwa w sprawie jego nadużyć -
cieszyłem się że uniknąłem tej gościny.
Myślę, że w Bartoszycach próby wykończenia mnie
miałyby większe szanse powodzenia.
Wojnowski, o
dziwo, stanął przed sądem. W stanie wojennym prokuratura w
Olsztynie musiała mieć mocne dowody jego winy aby do rozprawy
doprowadzić. Był sądzony przez sąd w Bartoszycach (!).
Został uniewinniony. Ale sprawa miała humorystyczny ciąg dalszy.
Oskarżyciel, wiceprokurator wojewódzki pani Krystyna Kida,
zażądała uzasadnienia wyroku, co jest sygnałem zamiaru i pierwszym krokiem do odwołania.
Natychmiast została wezwana do WRONiego gniazda i otrzymała
reprymendę, po której się „rozchorowała” i nie mogła
pełnić dalej swoich obowiązków. Dużo później, już
po zwolnieniu, miałem wielką ochotę pogadać z panią
Krystyna o sprawie i o reprymendzie - ale nie mogłem. W trwającym
stanie wojennym rozmowa ze mną mogła być gwoździem do
trumny jej zawodowej kariery. Mam nadzieję, że teraz nie jest to
już taką tajemnicą ani niebezpieczeństwem i że
może kiedyś usłyszę tę relację.
Łęczyca
miała dobre tradycje i dobrą atmosferę, przynajmniej w moich
odczuciach. Utrata wolności, szczególnie w wyniku przemocy, boli. Tego
bólu nie można wyeliminować dobrym wyżywieniem, ludzkim
traktowaniem czy zapewnieniem podstawowych praw więźnia. Ale
wszystkie te wymienione elementy pozwalają przetrwać.
Wyżywienie
więzienne w Łęczycy było znacznie lepsze niż w
aresztach. Kucharz był znośny, dużo warzyw, porcje poprzez
prosolidarnosciowe sympatie służbowych więźniów często
nadmierne. Ale była to tylko cześć naszego papu. WRONa
traciła rozpęd, a w raz z rozpadem autorytetu samozwańczej kliki
- na nasze więzienne ograniczenia patrzono przez palce. Tak więc
paczki docierały dosyć swobodnie i nie były ważone.
Karmienie nas w więzieniu było bezpiecznym dla karmiących
wyrażaniem sympatii - znacznie bezpieczniejszym niż głośne
i otwarte domaganie się naszego uwolnienia. Tak więc paczkowano nas
obficie i obiektywnie muszę stwierdzić, że w wielu przypadkach
było to mniej zdrowe niż więzienna dieta. Szczególnie w okresie
Wielkanocy i Bożego Narodzenia zablindowane od zewnątrz okna cel,
pełniące rolę lodówek, wyglądały jak delikatesy.
Przeważała żywność trwała - tłuszcze, suche
i wędzone wędliny, czekolada itp. Przy ograniczonych możliwościach ruchu rujnowało to zdrowie.
Drugim sposobem
przyjacielskiego rujnowania zdrowia były papierosy. W stanie wojennym
były one na kartki. Przydziały więzienne były duże, w
dodatku w Łęczycy sprzedawano nieograniczone ilości uszkodzonych
papierosów „na wagę”. Poza tym Zachód zasypywał „patriotów”
czekoladą i papierosami. Kopcono więc znacznie więcej niż
na wolności, co było zrozumiałe przy więziennym stressie.
Ale stress stressem - dla mnie to była powolna agonia. Przy moim chorym
sercu każdy zapalony w celi papieros był kolejnym gwoździem do
trumny. A w miarę rosnącej liczby
„naszych” w Łęczycy cele zagęszczały sie. Był okres, że w celi około 3 x
6 m było nas dwunastu, w tym dziesięciu palaczy. Prycze były
trzypoziomowe, pomimo to zajmowały wraz ze stołem, kiblem i
umywalką połowę powierzchni podłogi. Po około ośmiu miesiącach
nieustannej mordęgi przedłożyłem żądzę
przeżycia ponad towarzystwo i poprosiłem o pojedynkę. Po
wstępnych oporach przeniesiono mnie i do dzisiaj żałuję,
że nie prosiłem wcześniej. Ale część palaczy i
tak poczuła się moim posunięciem obrażona. Jedynie jeden
nie palący, Jurek Chiżyński, poszedł w moje slady i
przeniósł się do mojej celi,
która w ten sposób przestała być pojedynką.
Tak naprawdę to do dzisiaj, 15 lat od
tamtego czasu, moje płuca nie wróciły do normy i nie potrafię
oddychać tak skutecznie jak przed więzieniem. Badania przeprowadzone
w roku 1987 w Sydney wykazały w moich płucach taką
ilość smoły ponikotynowej jak u nałogowego palacza - a ja
nie paliłem nigdy.
Największym
jednak plusem więzienia w Łęczycy były spacery. Byłem
ich pozbawiony przez ponad dziewięć i pól miesiąca i moje nogi
przypominały patyki. Mój adwokat, Andrzej Muża, po całym tym
okresie nieudanych interwencji medyczno formalnych, wywojował dla mnie w
Łęczycy podwójny, jednogodzinny czas spaceru. Wobec bezsensu spacerowania
pojedynczego więźnia - przedłużony czas miała
cała cela. W czasie kiedy moi pobratymcy siedzieli na wybiegu i kopcili -
ja chodziłem jak nakręcony, cale 60 minut. Co więcej,
błogosławiłem każdego wypalonego tu przez nich papierosa w
płonnej nadziei, że w celi wypalą mniej. Nadzieja była
płonna, ale czas zadymionej celi był już tylko 23 a nie 24
godziny na dobę.
WRONa, jak
wspomniałem, słabła choć jeszcze nie zdychała. Ale
poza rozluźnieniem stosowanych wobec nas rygorów były i inne, czasem
humorystyczne tego objawy. Oto pewnego dnia reporter stołecznego radia
sztucznie poważnym głosem zakomunikował iż „na personalny
rozkaz premiera i szefa WRON generała Jaruzelskiego, w dniu dzisiejszym
przesunięto zegary o godzinę, przechodząc na czas letni. Operacja
przebiegła bez zakłóceń”. Było to wdzięczne i
publiczne robienie balona z kochanego wodza narodu i chwała dziennikarzowi
za to. Rok temu to było nie do
pomyślenia.
Była tez,
niestety, druga strona medalu. Któregoś dnia usłyszałem w
więziennym głośniku dziwnie znajomy, ociekający
miłością i lojalnością głos, podnoszący
chwałę i zasługi Okręgowych Komitetów Odrodzenia
Narodowego, powołanych jako terenowe
agendy WRON. Słuch mnie nie mylił. Przemawiał mój dobry znajomy
- Władysław Makówka, inżynier elektryk z Kołobrzegu, z
którym w latach sześćdziesiątych pracowaliśmy razem w
tamtejszym „Miastoprojekcie”. W tamtych czasach, jako były oficer
zwolniony z armii, smarował wazeliną nowe ścieżki kariery
zawodowej - przynależność do PZPR, komercyjne
koleżeństwo z kierownikiem pracowni, śliska
uprzejmość w stosunku do
bossów. Ślizgał sie w górę wolno ale z uporem, skłonny do
pocałowania każdego tyłka na kolejnym szczeblu. Teraz miał
wreszcie okazję na cmok wysoko w gorę i jego głos ociekał
lojalnością. Były to bezmyślne slogany - na sprzedaż
były głównie głos i nazwisko. Może trudno w to
uwierzyć - ale w tamtym momencie naprawdę ucieszyłem się,
że jesteśmy z Makówką po przeciwnej stronie krat.
Wymieniając
uprzednio czynniki ułatwiające przetrwanie zapomniałem o owym
zadowoleniu. Paradoks. W zasadzie nikt się nie cieszy, że pozbawiono
go wolności. Ale istnieje inny rodzaj zadowolenia - że obawa przed
uwięzieniem nie pozbawiła człowieka sumienia i godności,
że umiał wbrew instynktowi samozachowawczemu zrobić to co
zrobił. Nawet w okresach depresji, kiedy zachodziła potrzeba
zrobienia następnego kroku odsuwającego wolność dalej i
dalej - było to łatwe w tej atmosferze wewnętrznej samoaprobaty.
Pamiętam, około maja 1983 roku,
kiedy WRONa zaczynała oferować warunkowe zwolnienia tym którzy
wystąpią z prośbą o ułaskawienie osobiście -
naczelnik więzienia zaczął wzywać solidarnościowców na
rozmowy. Ja zostałem wezwany razem z innym olsztyniakiem - Włodkiem
R. Naczelnik poinformował nas o
przepisach i oświadczył, że poprze każdy wniosek jaki
otrzyma. Następnie zapytał o nasze stanowisko w tej sprawie.
Zwracał sie do mnie pierwszego i ja, wbrew wolnościowym
ciągotom, odpowiedziałem, że w więzieniu
znaleźliśmy sie w wyniku naszych poglądów i nakazu sumienia i w
związku z tym nie będziemy się z niego wyczołgiwać na
kolanach. Naczelnik spojrzał na Włodka ale ten milczał.
Wróciliśmy do celi.
Włodek
walnął się na łóżko z twarzą w poduszce i nie
reagował na żadne pytania o przebiegu wizyty. Ja ciągle
czułem się bardzo pewny swojej decyzji, która zresztą była
zgodna z zaleceniem skierowanym do adwokatów - żadnych próśb ode mnie
ani rodziny. Ale widok Włodka w skrajnej depresji sprawił że
czułem się źle. Wiedziałem że bardzo przeżywa
rozłąkę z rodziną, ale nie przypuszczałem że ta
marchew Jaruzelskiego rozbierze go tak bardzo. Dla mnie było oczywiste,
że marchew cuchnie. Warunkowe zwolnienie pozwalało kochanej
władzy na ponowne zapudłowanie delikwenta w przypadku prawdziwego lub fałszywie
zarzucanego powrotu do działalności związkowej lub politycznej.
Amnestia wisiała w powietrzu i od wolności dzieliły nas
miesiące - dawanie władzy dodatkowego kija do ręki byłoby
głupotą. Powrót do więzienia oznaczałby cofkę nie
tylko o te urwane miesiące ale i o całą część
wyroku objętą generalną amnestią. Czyli Jaruzelski nie
ryzykował nic. Neutralizował działaczy, a równocześnie
miał w ręku bat, który mógł w dowolnej chwili użyć pod
lada pozorem.
Usiłowałem
powiedzieć to Włodkowi, ale on tylko na chwile pokazał wilgotne
oczy i jedynie wymruczał – „nie powinieneś mówić za obu”. I w
tym momencie zrozumiałem że ma rację. Mogłem
powiedzieć co powiedziałem używając słowa „ja” zamiast
„my” i nie miałem prawa decydować za niego. Teraz miałem tylko
jedno wyjście. Wziąłem papier i długopis i napisałem oświadczenie
do naczelnika wiezienia. Stwierdziłem, że to co powiedziałem na
spotkaniu było moim wyłącznym stanowiskiem. Dodałem,
że Włodek ma bardzo trudną sytuację rodzinnę i poprosiłem
o ponowne wezwanie go na rozmowę - tym razem samego. Załomotałem
w drzwi i oddałem pismo służbowemu. Włodek został
ponownie wezwany tego samego dnia. Wrócił trochę smętny ale
spokojny i jakby rozmarzony. Warunkowe dostał; wyszedł jako jeden z pierwszych.
Mój adwokat potwierdził listownie
moje polecenie nie składania wniosku o ułaskawienie i
skontaktował się z moją żoną. Jak prosiłem - o
ułaskawienie nie występowali. Ale wystąpiła niespodziewanie
załoga mojego zakładu - Biura Projektów Budownictwa Komunalnego w
Olsztynie. Wniosek był bardzo samozachowawczy - wyliczał moje
zasługi i osiągnięcia jako inżyniera i zawierał
prośbę o zwolnienie. Brakowało moim zdaniem czegoś bardzo
ważnego - że działałem w imieniu i w obronie swoich
wyborców. Ale to i tak nie miało żadnego znaczenia. Po mojej rozmowie
z naczelnikiem, oraz po otrzymaniu cenzurowanego listu od adwokata,
stwierdzającego iż zgodnie z moim poleceniem o zwolnienie warunkowe
występował nie będzie - decyzja mogła być tylko jedna.
Toteż nie zdziwiłem się kiedy otrzymałem podpisaną
przez Prezesa Rady Państwa Jabłońskiego bumagę,
stwierdzającą iż „Rada Państwa postanowiła z prawa
łaski nie skorzystać”.
W
międzyczasie, na tle wniosku o ułaskawienie złożonego bez
mojej wiedzy i bez porozumienia ze mną przez BPBK, zaistniała inna –
jak pierwotnie myślałem – dość humorystyczna sytuacja.
Że dzięki jednemu durniowi lub, co jest możliwe,
będącemu już wówczas na usługach późniejszej
spółki magdalenkowej swojemu,
przekształciła się w historię dość
obrzydliwą dowiedziałem sie dużo później, już
będąc w Australii i po napisaniu tej książki. Ponieważ
książkę publikowałem w miarę jej pisania na swojej
witrynie internetowej w czasie kiedy interesy „Solidarności” jako
całości były dla mnie pierwszoplanowe – tego aspektu „solidarności
więziennej” nie poruszałem, aby obrazu nie psuć. Teraz, w roku
2001, zaczynają docierać do mnie układające sie w
całość dalsze fragmenty politycznej prostytucji, których dalej
maskować powodu nie mam. Ale aby
owo wydarzenie zrozumieć – należy wrócić w czasie nieco wstecz:
Gdzieś na
przełomie lat 82/83 przywieziono do Łęczycy Władysława
Frasyniuka. Przez kilka dni trzymano go
oddzielnie a następnie „dokwaterowano” do nas. Było nas już wtedy ponad dziesięciu
i od czasu do czasu zmieniano nam strategicznie cele. Po jednej z takich roszad
znalazłem sie sam na sam z Frasyniukiem w małej celi z czterema
pryczami. Zastanawiałem sie nad
celem takiej rozrzutności metrażowej – cele były zwykle
przepełnione, a tutaj pomimo dwóch pustych prycz nie dokwaterowano nam
nawet wtyczki (byli tacy). Najmniej
machiawelicznym wytłumaczeniem mogło być że cela miała
dobry podsłuch i chciano posłuchać naszych rozmów.
Rozbawiony
pomyślałem że
słuchających spotka raczej zawód bo Frasyniuka za tytana
intelektu raczej nie uważałem - przeto szans na ekstrawertyczne
dyskusje z mojej strony nie było. W
jakimś jednak stopniu sie pomyliłem – Władek miał dziwnie
wiele do powiedzenia. Nie mówił wprawdzie własnym językiem tylko
cytatami z Michnika, Kuronia & Co, ale mówił zadziwiająco wiele i
zadziwiająco płynnie. Wręcz recytował. Nie było w tym
„prawie monologu” nic o „Solidarności” członkami KK której obaj
byliśmy, ani o sytuacji Polski której wykładnikiem była nasza
obecność w Łęczycy. Było natomiast bardzo wiele o
strategii dojścia do władzy i
o władzy tej przyszlym składzie. A ów referowany skład byl z
grubsza taki, jak to dziś bym
określił, pomagdalenkowy – czyli Frasyniuka idole, Frasyniuk i ci co
z nimi trzymać będą.
Frasyniuk
mówił, a mnie przed oczami rysowała sie scena z Sienkiewiczowego
potopu, kiedy to książę Bogusław Kmicicowi o postawie
czerwonego sukna referował…
Do tej pory nie jestem pewien co było
powodem tej wylewności. Może
wcześniejsza ulotka Grunwaldu, która po storpedowaniu Zjazdu tej
organizacji w Grunwaldzie w lipcu 1981 i
zapobieżeniu druku materiałów zjazdowych przez Zarząd
Regionu Warminsko Mazurskiego, którego byłem wybranym właśnie
przewodniczącym, deklarowała mnie Żydem. Może inspiracja Kiszczaka & Co,
którzy mogli uważać mnie za kandydata na przyszłego
magdalenkowca. Może wreszcie
Frasyniukowe mniemanie że nikt okazji przyłączenia sie do
przyszłej waadzy sie nie oprze i będzie o jej względy czynem i
lojalnością zabiegał. Najbardziej dziś prawdopodobna wydaje
mi sie mieszanina wszystkich trzech powodów
- bo przecie ktoś musiał nam to tet a’tet w pół pustej
celi zorganizować, a mój „wykładowca teorii przyszłej waaadzy”
mówił otwarcie jak do swojego.
A ja go, nieszczęsny, zbyłem jak
głupiego dzieciaka i wyśmiałem (nie próbując nawet, z uwagi
na spodziewany podsłuch i Frasyniuka własne walory intelektualne,
polemizować) wywołując najpierw zdziwienie i konsternację,
a następnie wyraźną wrogość. Musi co jakiś plan w
stosunku do mnie się wtedy rypnął… Czyj?
Była jeszcze później jakaś
próba z jego strony podsunięcia mi do podpisania deklaracji że
„uważam TKK za jedyną
siłę przewodnią i reprezentację „Solidarnosci” i
społeczeństwa”, a kiedy i to wyśmiałem – zostaliśmy
wrogami. Właściwie - Frasyniuk został moim wrogiem, bo ja go po
prostu lekceważyłem.
Lekceważyłem niesłusznie – jak dowiodła
późniejsza Magdalenka, której prescenariusz było mi dane
wysłuchać w cztery oczy od Władyslawa Frasyniuka w wiezieniu w
Łęczycy na początku roku 1983.
A teraz powróćmy do wzmiankowanego na wstępie
obrzydlistwa:
Jakiś czas
po sprzecznym z moimi intencjami wniosku BPBK o ułaskawienie, chyba w
drugiej połowie maja lub w czerwcu, do ZK Łęczyca
przyjechała grupa kilku wyglądających na wysokich oficjeli
cywilów MSW, aby wybadać co z „ułaskawiania Krupinskiego” można zrobić. Zrobić nie można było nic bo
moje stanowisko w sprawie ułaskawiania na dwa miesiące przed
wiszącą w powietrzu amnestią
zostało zadeklarowane przez opisaną wcześniej
rozmowę z naczelnikiem i poprzez
cenzurowany list od mojego adwokata potwierdzającego moje polecenie
nie składania przez niego ani przez moją rodzinę prośby o
ułaskawienie. Niemniej, ponieważ „władza” wydawała się
desperacko szukać zainteresowanych amnestią – przybysze pod koniec
nieudanej rozmowy zaczęli prosić abym przynajmniej zadeklarował
czy „usunięty z wiezienia wbrew mojej woli” będę naruszał
prawo.
W zasadzie
mogłem to zignorować, ale doszedłem do wniosku że jest to
okazja do podkreślenia jeszcze raz legalności wszystkich moich
działań w stanie wojennym i nielegalności tego stanu. Jak już dużo wcześniej
pisałem – w dniu aresztowania (16.12.81) złożyłem
opierającemu się UBekowi pisemne oświadczenie, że stan
wojenny jest nielegalny i sprzeczny z konstytucją. Zostało to
wypunktowane w moim akcie oskarżenia oraz stało się linią
obrony jednego z moich obrońców – mecenasa A. Muży. Teraz miałem
okazję postawić kropkę nad „i”.
Z poważną miną wziąłem podsuwaną
kartkę i napisałem (cytuję z przekazanego wówczas żonie,
dla olsztyniakow, zapisu z pamięci,
który dotąd mam): „“Oświadczam
że nie zamierzam podejmować żadnych działań
sprzecznych z prawem. Równocześnie oświadczam, że nigdy nie
występowałem spoza węgła ani cudzych pleców, a wszystkie
swoje działania firmowałem własnym nazwiskiem, ponosząc za
nie pełną odpowiedzialność. Ten sposób postępowania
zamierzam kontynuować nadal”.
Odbierający to expose esbek zgrzytnął
zębami i rozmowa się skończyła. Zadowolony z zagrywki opowiedziałem o
wydarzeniu po powrocie do celi, nie wywołując nadmiernego
zainteresowania u naszej chyba dziesięcioosobowej grupy. Z jednym
wyjątkiem – Władysława Frasyniuka, który zaczął
marudzić że „on jest Roch a to pani Kowalska” – czyli że
„podpisać jest podpisać”, bez względu na to co. Dyskusja mijała sie z celem bo tytanem
intelektu, jak już wspomnialem, to Frasyniuk nie był. Jak sam
często deklarował – uznawał jedynie „głupotę nie
maskowaną wyższym wykształceniem” - a tej mu nie brakowało.
Zaczął coś poszeptywać z dwoma wielbicielami-adiutantami po
kątach i okazywać mi wyraźną wrogość. Ponieważ wrogość okazywał już wcześniej, za
każdym razem kiedy nie wpadałem w ślepy zachwyt nad jego
cytatami Michnika, Kuronia & Co – pogodnie to zignorowałem.
W
międzyczasie wydarzyły sie dwie nastepne rzeczy – otrzymałem
odmowę ułaskawienia, co zgrzyt zębów SBeka zapowiedział mi
już wcześniej, a żona w czasie odwiedzin nadmieniła o
plotkach w Olsztynie, że ja „wstąpiłem do SBecji”.
Załatwiłem, jak mi sie wydawało, obie sprawy jednocześnie
przekazując jej podpisaną przez Jabłońskiego odmowę
łaski miłościwej PRL reprezentowanej przez Radę Panstwa,
nad Krupińskim, a przy okazji na odwrocie tego dokumentu napisany w czasie
widzenia tekst owego niekoszernego oświadczenia i kilka słów na temat
metod działania prowokatorów. Było to na początku lipca.
Wybiegając nieco poza ramy czasowe tej książki – po powrocie do
Olsztyna zaobserwowałem zjawisko
pewnego ode mnie dystansu otoczenia – co mnie dość cieszyło, bo
ogonów za sobą byłem pewny i nikogo im na oczy naprowadzić nie
chciałem. W mieszkaniu miałem, w tym samym celu, napis „uwaga
podsłuch” na ścianie przedpokoju.
Wybiegając jeszcze dalej – sytuacja owego dystansu
trwała aż do mojego wyjazdu do Australii w maju 1987 roku, co
pozwoliło mi na odrabianie zaległości w wędkowaniu i
borykanie się ze znalezieniem źródeł dochodu w miejsce
poprzedniej pracy, której mnie pozbawiono. Moje obrzydzenie sytuacją
jednak rosło, przyczyniając sie w jakimś stopniu do decyzji
wyjazdu, głównie tym że nikt jakoś nie miał odwagi
powiedzieć mi o powodzie owego dystansu w oczy ani zapytać o
moją własną relację. Jedynym który o jakichś „moich
grzechach” napomknął był przeprowadzający w dniu mojego
wyjazdu wywiad ze mną „dziennikarz podziemia”, który na taśmie
się nie przedstawił i którego nazwiska nie pamiętam.
Wyśmiałem go pogodnie, bo taką to u mnie reakcję wtedy
wzbudzało. Wywiad, jak się niedawno dowiedziałem, poszedł
na piśmie w wydawnictwie podziemnym w dwóch sfałszowanych i
pokrojonych częściach jesienią 87 i wiosną 88. Mam
swoją jego taśmę, co pozwoliło porównać moje
wypowiedzi z fotokopiami owych
falszywek. O zasięgu zaplecowego opluwania przez Frasyniuka & Co
dowiedziałem się dopiero teraz, po czternastu latach, co jest powodem
iż o ten wątek tematyczny
„Zaułki Zbrodni” tu rozszerzam. Dodam jeszcze, w temacie już
będąc, trochę rozważań:
Nie wiem czy Frasyniuk
już w czerwcu roku 1983, w wiezieniu w Łęczycy, był
człowiekiem przejętym gdzieś po drodze przez Kiszczaka i jego
służby. Mógł być, mógł nie być. Z pewnoscią
był pod kontrolą późniejszych magdalenkowcow, tych ex
czerwonych, spoza władz „Solidarnosci” z wyboru – o czym swiadczą
jego wypowiedzi w czasie obrad w Magdalence, zarejestrowane w zapisie rozmów
okrągłostołowych autorstwa
Krzysztofa Dubińskiego “Magdalenka transakcja epoki”. Polecam szczególnie uwadze zawartą tam
deklarację Frasyniuka pod adresem Kiszczaka: “dla dobra kraju, dla dobra społeczeństwa
które wam nie wierzy i które nie chce was słuchać, staramy sie
zapewnić waszą wiarygodność”… (str 29 w/w książki). Mógł
być na usługach jednych i drugich, bo w końcu i tak okazało
się że było to i jest towarzystwo wzajemnej adoracji.
Dalej – pisałem już kilkakrotnie w rożnych
publikacjach internetowych, że pierwsze objawy bezimiennej jeszcze
Magdalenki wyczuwałem jeszcze przed moim wyjazdem. Być może
wycinanie w pień tych którzy Magdalence mogli się sprzeciwiać
było jednym z pierwszych etapów, a
opisane frasyniukowanie w mojej sprawie jego elementem. Może powodem
były moje chłodne komentarze w Łęczycy pod adresem idoli
Frasyniuka, które zostały im przekazane i wywołały akcję
prewencyjną przeciwko mojej obecności w czasie
okrągłostołowania. Niezależnie od owego prawdziwego
„może” – największy żal mam do tych którzy niegdyś wydawali
sie mnie znać dość dobrze i którzy w te szyte grubą
nicią kłamstwa uwierzyli. Bo pomijając już ocenę mojej
takiej czy innej odporności na marchew i kije przed owym kłamstwem –
czy ja rzeczywiście wyglądałem na takiego durnia, który na dwa
miesiące przed upływem odsiadki, po odmówieniu wystąpienia o
ułaskawienie i po wszystkich poprzednich demonstracjach, które
przecież były jakimś spójnym planem postępowania - rzeczywiście mogłem tej kochanej
władzy aż tak sie przymilać?
I czy ta władza mając jakąś „deklarację
miłości Krupińskiego” nie pośpieszyłaby ją
upublicznić? I czy ja, będąc, jak głosiły owe
kłamstwa, jednych z nich, łowiłbym (co robiłem) ryby czy
też raczej usiłowałbym się wkręcić jak
najszybciej spowrotem w ramiona i zaufanie moich „wiernych i lojalnych
wyborców”, aby ich sypać lub na nich wpływać? To pytanie do
Olsztyniaków, których jeszcze kilka lat wcześniej za durniów nie miałem.
Pragnę to dodać jeszcze jedną obserwację: - osoba z którą dyskutowałem
ostatnio w korespondencji internetowej o szczegółach tej sprawy
użyła sformułowania: "pisałeś o tym co podpisywałeś"... I ręce mi opadły, bo w tym tkwi
moim zdaniem podstawa dzisiejszej mentalności i sposobu rozumowania
Polaków. Bo ja niczego nie
"podpisywałem" -
„podpisać coś” to moim zdaniem
złożyć swój podpis na podsuniętym tekście,
który został sporządzony przez i odpowiada intencjom
podsuwającego. W ciągu
pierwszych dwóch lat stanu wojennego ja napisałem wiele opatrzonych moim
imieniem, nazwiskiem i podpisem oświadczeń, dokumentów, komunikatów,
które w pierwszych dniach stanu wojennego wisiały na murach Trójmiasta i
rozwożone były po Polsce i które wyrażały moje przekonania
i apele. W dniu aresztowania, w trakcie przesłuchania napisałem
oświadczenie o nielegalności i niezgodności z konstytucją stanu wojennego i
zażądałem umieszczenia go w aktach sprawy. W czasie śledztwa
i procesu i ja i moja obrona twierdziliśmy że moje działania
byly zgodne z prawem i wynikały z moich praw i obowiązków. I w lipcu 1983 roku napisałem,
formułując to sam, dokładnie to samo - że zamierzam
postępować tak samo jak dotąd, jawnie i podpisując sie
własnym nazwiskiem - a więc nie zamierzam naruszać prawa. Bo postępować tak to jest
właśnie moje prawo, czego dowodziła cała linia mojej obrony
i całe moje zachowanie od Grudnia ‘81.
Tak długo jak Polacy nie nauczą
sie że słowo pisane jest bronią, którą można
użyć w każdej sytuacji, kierując je zarówno do
przyjaciół i do wrogów - będzie trwała sytuacja medialnego
ogłupiania, przedelekcyjnego i elekcyjnego milczenia i zastraszenia - o
które chodziło w stanie wojennym, w czasie Magdalenki, w czasie wyboru
Jaruzelskiego na prezydenta z przydziału i chodzi w czasie obecnej
wyprzedaży Polski. Bo Polak będzie sie długo zastanawiał
czy ma prawo rozmawiać z wrogiem mówiąc mu prawdę w oczy, czy ma
prawo polemizować ze swoimi „autorytetami” które zawiodły go do bagna
Magdalenki i czy ma prawo w ogóle się odezwać bez posądzenia go
o niekoszerność myśli i zamiarów.
Tyle dziś, w roku pańskim 2001, w Australii. A teraz
wracamy znów do akcji książki, czyli lat 1981-1983 a w tym - ZK
Łęczyca:
Myślę, że warto też
powrócić do innego epizodu „prawnego” który miał miejsce nieco
wcześniej. Moja żona, która po pozbawieniu mieszkania mieszkała
wraz z urodzonym 8 stycznia dzieckiem kątem u znajomych, zajmując
wraz z nimi pojedynczy pokój w olsztyńskim samotniaku, zaczęła
podupadać na zdrowiu i w końcu wylądowała w szpitalu.
Powiadomiony o tym i na jej prośbę wystąpiłem o udzielenie
przerwy w wykonywaniu kary - dla umożliwienia opieki nad żoną i
dzieckiem do czasu poprawy jej zdrowia. Taki sam wniosek, poparty przez
lekarzy, złożyła żona. Kilka tygodni później,
około dziewiątej rano, zostałem odwołany ze spaceru i
wezwany na spotkanie z, jak sie później dowiedziałem,
przewodniczącym Sądu Garnizonowego w Łodzi -
podpułkownikiem WP, Józefem Sobieskim. Pan pułkownik, chorobliwie
czerwony na twarzy, z nosem jak nadgniła truskawa i pijacko mętnymi
oczami, siedział za biurkiem naczelnika wiezienia. Naczelnik skromnie
przycupnął na jednym z krzeseł. Mój „sędzia”
zionął oparami alkoholu, co mnie stojącego około trzy metry
od niego przyprawiało o mdłości. Myślę że
pierwszym co dostrzegł był mój nieformalny strój - na spacerze
było zimno i miałem na sobie cywilny, wyszargany sweter. Z pewnym
wysiłkiem skoncentrował na mnie wzrok i musiał również
dostrzec obrzydzenie na mojej twarzy - nie cierpię alkoholików i sytuacja
w której moczymorda miał decydować o moim losie była trudna do
zniesienia. W każdym razie od początku antypatia była obustronna
i wyraźna. Pytania z jego strony były agresywne i złośliwe,
moje odpowiedzi obraźliwie lakoniczne. Naczelnik musiał czuć
się źle i było to widoczne. Musiał być odpowiedzialny za
to poranne pijaństwo; zrobił co mógł aby zmiękczyć
sumienie „pana sędziego", ale zamiast tego jedynie je rozmoczył.
Reszta była moją winą - nie potrafiłem jednak maskować
mojego obrzydzenia.
Otrzymane
później postanowienie Wojskowego Sadu Garnizonowego w Łodzi było
oczywiste, a jego uzasadnienie było powtórzeniem, w bardziej trzeźwej
formie, pijackiego bełkotu pana pułkownika Józefa Sobieskiego,
sędziego wojskowego PRL.
W lipcu została
ogłoszona warunkowa amnestia. Uwalniała ona skazanych z wyrokami do
trzech lat włącznie i redukowała wyższe niż trzy lata
kary do połowy. Perfidia amnestii polegała na fakcie iż bardzo
niewiele wydawanych w trybie doraźnym wyroków sądów wojennych
było poniżej trzech lat. Skazani z wyższymi wyrokami zostali
automatycznie zatrzymani na sicie - do dalszej obróbki. Ci działacze,
którzy uniknęli wczesnego aresztowania, podjęli
działalność i zostali aresztowani później byli najbardziej
przegrani. Ale więzienia znacznie opustoszały - masa kryminalistów z
drobnymi wyrokami wyszła na wolność a wraz z nimi rzesze
„półetatowych” konfidentów i prowokatorów. Ci półetatowcy, zwerbowani
w czasie normalnej odsiadki wizją lepszego traktowania, skróconych wyroków
i innych przywilejów pozostawali na
zawsze na smyczy - groźba ujawnienia była gorsza niż
zaoszczędzona odsiadka.
Po ogłoszeniu amnestii mój zredukowany
do 21 miesięcy wyrok kończył sie 17 września 1983 roku. Te
ostatnie dwa miesiące charakteryzowały sie czymś w rodzaju stanu
nieważkości. Solidarnościowcy wychodzili na wolność;
pojedynczo, po kilku. Wśród nich byli również ci z większymi
wyrokami - ci którzy zdecydowali sie prosić o warunkowe zwolnienie. WRONa
w tych przypadkach była podstępnie ustępliwa - delikwenci
podpisywali warunek iż w razie powrotu do zakazanej działalności
ich amnestia zostanie unieważniona i powrócą do wiezienia. Tak wiec w
ostatnim momencie, w wielu przypadkach przyśpieszając
wolność jedynie o miesiące czy nawet tygodnie - poddawali
się. Jestem w stanie ich zrozumieć - rodziny, dzieci, lato - to wszystko
czekało po drugiej stronie kraty. Nigdy WRONowska marchew nie była
tak pachnąca i skuteczna jak w tych ostatnich miesiącach.
Pomimo wzmiankowanego wyżej „stanu
nieważkości” - o dziwo nie miałem żadnych pokus. Zamiast
tego odczuwałem wyraźną satysfakcję. Satysfakcję z
wytrwania i zadowolenie, że cena owego wytrwania była znacznie
niższa niż to sie zapowiadało. Powracałem myślami do
owych pierwszych dni, skierowanych na bramę Stoczni luf czołgów. Te
czołgi mogły strzelać - nie strzelały. Myślałem o
pierwszej celi w podziemiach gdańskiej bezpieki, kiedy serce fikało
koziołki a lekarstwa zostały skonfiskowane - przeżyłem.
Przeżyłem tez kolejno opisywane uprzednio: chemiczną saunę
jaką powitano mnie pierwszej nocy w Bydgoszczy, spowodowane truciem
„zapalenie płuc” a’la Adolf, spotkanie z grzechotnikiem w krzakach
łódzkiej kliniki.
W styczniu 1982 mój własny adwokat
pocieszał mnie wizją “wygrania sprawy” wyrokiem 10-15 lat, wbrew
oskarżeniom zagrożonym karą śmierci. Do podobnego wyroku
przygotowywała mnie przed rozprawą pani Got - oficer wychowawczy
Aresztu Śledczego w Bydgoszczy. Przez osiem i pół miesiąca nie
opuszczałem celi, pozbawiony regulaminowych spacerów. Przeżyłem,
pomimo choroby serca, całodniową podroż w zamkniętej
stalowej szafie. A teraz pozostało mniej niż dwa miesiące - pod
opieką zakłopotanych wyraźnie rozwojem sytuacji funkcjonariuszy
więziennych.
Dni spędzałem na czytaniu
książek, znaczną cześć nocy - na rybach.
Potrafiłem, pół drzemiąc, opłynąć w
wyobraźni jezioro w Pluskach, mijając znajome drzewa, wysepki i pola.
I tak dwa miesiące przeszły.
Nadszedł ów oczekiwany 17 września.
Po śniadaniu przyniesiono moje cywilne
ciuchy i zaprowadzono mnie do łaźni. Po powrocie spakowałem
nieliczne posiadane klamoty i poprowadzono mnie do budynku administracyjnego.
Odbiór depozytu nie trwał zbyt długo - większość
rzeczy pozwolono żonie, na moja prośbę, zabrać prawie rok
temu. Tak więc około dziesiątej byłem formalnie gotowy do
opuszczenia gościny pana Jaruzelskiego - ale jakoś nie spieszono
się z otwieraniem bramy. Po około godzinie zostałem
poinformowany, iż ze względu na mój stan zdrowia, czekamy na
przybycie mojej żony. Dwie
następne godziny przeczekałem „czytając” ostentacyjnie jedyną posiadaną
książkę - szkolny podręcznik angielskiego. Przyznam,
że moją największą troską było uniknięcie
trzymania jej do góry nogami - ale zdziwione spojrzenia przechodzących
funkcjonariuszy więziennych sprawiały mi przyjemność.
Nie zastanawiałem się wtedy,
dlaczego nie wychodzę po prostu jak inni - na własną rękę.
Teraz myślę, że może ważniejsza niż
obecność żony była obecność właścicieli
samochodu, zapewniających transport. Znajomość i reżyseria
moich pierwszych kroków na wolności mogła być istotna. Ale w
sumie nie miało to większego znaczenia.
Moi odbiorcy przyjechali z
opóźnieniem. Na krótko przed opuszczeniem więzienia spotkał mnie
naczelnik i obaj nie bardzo wiedzieliśmy co mówić. Uważałem
i uważam że zachowywał sie na tym stanowisku przyzwoicie,
zachowując tradycje więzienia, które gościło Kardynała
Wyszynskiego i Wiesława Gomułkę. Tak więc bez słowa
podaliśmy sobie rękę i po chwili znalazłem sie na
zewnątrz.
Przed odjazdem odwiedziliśmy
łęczyckiego księdza, aby podziękować za jego rolę
w życiu więziennym. Nigdy nie byłem gorliwie praktykującym
katolikiem i poza mszami w łęczyckiej kaplicy, w ciągu ostatnich
trzydziestu lat byłem jedynie w kościele z okazji celebracji
nominacji biskupa Glempa na kardynała, poświęcenia kilku
sztandarów i wcześniej - pogrzebu ojca. Ale msze w Łęczycy
były dla mnie bardziej polityczną niż religijną
celebracją - z możliwością wysłuchania zmodyfikowanego
na użytek sytuacji hymnu, zawierającego słowa „ojczyznę
wolną racz nam zwrócić Panie”. Mam więc nadzieję, że
ksiądz łęczycki zechce zapomnieć moją jednorazowa
improwizację, kiedy mając prawą rękę zajęta
trzymaniem śpiewnika, przeżegnałem się lewą. Mea culpa, proszę księdza - i
proszę przyjąć spóźnione wyrazy sympatii pod adresem
plebani i łęczyckiej parafii. Ksiądz był rodzajem odtrutki
na obecność takich ludzi jak WRONowski pijaczyna podpułkownik
Józef Sobieski.
Z Łęczycy jechaliśmy do
Gdańska, gdzie czekało mnie kilka spotkań. Najpierw
wpadliśmy do mojej siostrzenicy Ludmiły Smólskiej, mieszkajacej wraz
z mężem Tomkiem i dwójką dzieci na Zaspie. Następnie
spotkałem się z Andrzejem Mużą - moim adwokatem i
późniejszym przyjacielem. Andrzej zawiózł mnie do Lecha
Wałęsy. Rozmowa z Lechem nie bardzo się kleiła -
zraził mnie bardzo pierwszymi słowami – „Co tak późno? Czekałem
na ciebie trzy miesiące temu, kiedy wyszedłeś z więzienia”…
Pomyślałem wtedy, że ja byłem u jego żony kilka godzin
po jego internowaniu, stawiałem jego uwolnienie jako warunek dialogu z
władzą i pomimo mojego późniejszego uwięzienia
wiedziałem o jego losach. On nawet
nie wiedział, że do dzisiaj byłem w więzieniu…
Próbowaliśmy rozmawiać o planach
działania, ale świadomość podsłuchu i brak
jakiegokolwiek scenariusza ze strony Wałęsy przeszkadzały.
Raziły mnie jego slogany, które masy odbierały tak dobrze a jego
chyba raził mój brak zapału do sloganów. Byłem zmęczony i
zniechęcony tą wycieczką do Mekki.
Na drugi dzień odwiedziłem
księdza Jankowskiego z podziękowaniem za pomoc prawną - adwokat
Andrzej Muża działał z jego ramienia. Ksiądz nie
omieszkał podkreślić faktu i celu mojej wizyty przy okazji
najbliższego kazania - co znów zraziło mnie trochę.
Wyraźnie nie nadawałem się do powrotu do normalnego świata.
Tego samego dnia, późnym wieczorem, Tomek Smólski zawiózł mnie i
Halinę do Olsztyna.
* * *
Mieszkanie
w Olsztynie powitało nas rozgardiaszem. Były to dwa kwaterunkowe
pokoje z kuchnią, na dziesiątym piętrze, które tuż przed
moim powrotem przydzielono nam „tymczasowo" w miejsce bezprawnie
odebranego, w pełni opłaconego i już raz „przekazanego nam” spółdzielczego
M5.
Wszędzie
leżały kartonowe pudła, w kącie większego pokoju
materac na podłodze, w małym pokoju łóżeczko Dominika.
Zosia Piskunowicz, prawnik zatrudniony w Regionie przed stanem wojennym,
stanowiła komitet powitalny. Tomek, po wypiciu herbaty pojechał
spowrotem do Gdańska. Dominik spał. Nie bardzo wiem jak to było
tego pierwszego wieczora, byłem zbyt zmęczony. Na drugi dzień
pojechaliśmy na Pluski - moje Pluski, o których marzyłem w czasie
bezsennych nocy w więzieniu, słuchając spiewających za
kratą łęczyckich słowików.
I które, o czym jeszcze nie
wiedziałem, wkrótce mi przyszło utracić.
Albany, Australia, 1997, tresc uzupelniona w
2001,
przygotowana do druku w 2005.
Druk pierwszego wydania – A, Kozłowska,
Ottawa, lipiec 2005.
Przekazano za pokwitowaniem IPN dnia 6
lutego 2006.
UWAGA: Do książki, na życzenie
jej nabywcy, może być
dołączony za oddzielną oplata AU$15 dysk (CD) zawierający
fotokopie dokumentów procesowych i sądowych korespondujących z
treścią tej książki. Dyski nie są sprzedawane bez
książki.
Autor