ZAMIAST PRZEDMOWY
DO PUBLIKACJI KSIĄŻKI
ZAUŁKI ZBRODNI
® © Mirosław M. Krupiński
Tysiącom
„usprawiedliwionych ofiar” byłych i wciąż obecnych wsród nas
właścicieli Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i Polski pomagdalenkowej
dedykuję, oraz
wraz z dokumentami dostępnymi pod adresem URL:
http://members.iinet.net.au/~miroslaw/zzdokumenty.htm
offline
(na CD): zzdokumenty.htm
polecam
uwadze Instytutu Pamięci Narodowej i Posłow do Sejmu Rzeczpospolitej,
aby nie dopuścili do dalszego fałszowania historii Polski
- autor, 20
grudzień 2006 roku
Komplet dotyczacych
mnie dokumentow policyjnych, SBeckich, aresztowych, sadowych i wieziennych (okolo
dwa tysiace stron razem) odtajniony i przeslany mi przez IPN w polowie roku
2011.
http://members.iinet.net.au/~miroslaw/ZAULKI%20ZBRODNI%20I%20ZDRADY.htm
(kompletny dvd
zawierajacy fotokopie wszystkich tych dokumentow (3.71GB) zostal przeze mnie
powielony w kilkudziesieciu egzemplarzach i jest przekazywany przeze mnie
instytucjom i osobom ktore moim zdaniem moga i powinny je miec. Dysk zostal
przekazany przeze mnie rowniez IPN-owi - dla umozliwienia sprawdzenia
zawartosci z wyslanymi mi oryginalnymi kopiami IPNowskimi).
(-) Miroslaw Krupinski
ODCIENIE PÓŹNIEJSZYCH PRAWD I „PRAWD”:
DEFINICJE OPOZYCJI wg OSRODKA
„KARTA”
WIECEJ O
OSRODKU KARTA – RAPORT 2004
(profil zainteresowań tematycznych
i personalnych Osrodka)
„POKRZYWDZENI” WG WIKIPEDII SOLIDARNOSCI (KRYTERIA 2006)
http://www.encyklopedia-solidarnosci.pl/wiki/index.php?title=IX_Ludzie_Alfabet_Pe%C5%82ny
zawiera
alfabetyczną listę imienną
i relacjonowane przez nich biogramy „pokrzywdzonych”
KSIĄŻKA IPN: „Olsztyńska Solidarność 1980-1981”
http://members.iinet.net.au/~miroslaw/IPN2008.htm
otrzymana od IPN 16 lutego 2009
PUBLIKACJA IPN: „13 grudnia 81”
(styczen 2010: oskarzeni/skazani - oskarzajacy/skazujacy/orzekajacy –
rehabilitujacy)
http://www.13grudnia81.pl/sip/index.php?opt=3&n=K&sprawa=4839&idO=3671
zawiera alfabetyczną listę
imienną wszystkich wymienionych kategorii oraz dokumenty zrodłowe
--------------------------------------------------------
----- Original Message -----
From: miroslaw
To: andrzej.arseniuk@ipn.gov.pl
Cc: r.gieszczynska@poczta.fm ; Andrzej
von Borne
Sent: Thursday, February 04, 2010 6:59 AM
Subject: podziekowanie plus zawiadomienie o pomylce w pisowni imienia
Szanowny
Panie Andrzeju,
Z jednej strony przesylam na Pana (jako rzecznika IPN) rece
podziekowanie Instytutowi za pojawienie sie, po 27 latach, dotyczacych mnie
dokumentow stanowojennych dostepnych pod adresem:
http://www.13grudnia81.pl/sip/index.php?opt=3&n=K&sprawa=4839&idO=3671 , a rownoczesnie zawiadamiam ze zarowno w dokumentach
dotyczacych mnie imiennie jak i w liscie nazwisk tamze, dostepnych pod
adresem:
http://www.13grudnia81.pl/sip/index.php?opt=3&n=K
moje imie jest znieksztalcone i wystepuję tam jako Mirroslaw
(przez 2 r) Krupiński co, poza niedokladnoscia historyczna, moze powodowac
i zapewne powoduje niemozliwosc odnalezienia moich danych przy
uzyciu popularnych wyszukiwarek imiennych jak Google czy Yahoo. Blad ten
powtarza sie w roznych dostepnych dokumentach - zarowno w dokumentach
imiennych jak i w dokumencie zbiorowym jakim jest lista nazwisk. Nie wiem czy
wsrod imion polskich imie o pisowni Mirroslaw wogole
wystepuje. Poza tym w samej tresci publikowanych oryginalnych
dokumentow ktore posiadam i ktorych fotokopie sa dostepne na mojej witrynie i w
mojej ksiazce "Zaulki Zbrodni" dane te sa podane prawidlowo. Z
gory dziekuje za sprostowanie wymienionych pomylek w publikacji IPN.
Bylbym rowniez wdzieczny - choc nie jestem pewien czy moge sie tego domagac -
za uzupelnienie informacji w sprawie dotyczacej mojego ulaskawienia o
fakty ze ani ja sam, ani moj owczesny adwokat p. Andrzej Muża (obecnie
Andrzej vonBorne), ani poinstruowana przez niego moja rodzina - o
ulaskawienie nie wystepowali. Z tej prostej przyczyny ze wystepowanie o
ulaskawienie wymaga przyznania sie do okreslonej w wyroku winy - do ktorej sie
nigdy jako do winy nie poczuwalem. Wniosek o ulaskawienie mnie pochodzil z
mojego Biura Projektow Budownictwa Komunalnego w Olsztynie a pierwszym
podpisanym pod wnioskiem byl zatrudniony tam pracownik SB. Pomijajac inne
wzgledy - osoba wystepujaca o ulaskawienie (ja nie wystapilem) stwarzala
mozliwosc uniewaznienia ulaskawienia i amnestii w razie prawdziwego lub
klamliwego zarzutu powrocenia do dzialalnosci bedacej powodem skazania, oraz
dodatkowego wyroku "za recydywe" dzialan - z czego wiekszosc
wystepujacych o ulaskawienie nie zdawala sobie sprawy. A co wyjasnia obecnosc
na wniosku wymienionego pierwszego pod nim pospisanego. O powyzszych
okolicznosciach informowalem w swojej IPN-owskiej ankiecie, ktora w calosci
dostepna byla i jest na mojej witrynie:
http://members.iinet.net.au/~miroslaw/index.htm .
Z szacunkiem dla IPN
i jego zapracowanych Pracownikow
- Miroslaw Krupinski
(wszystkie pomylki zostaly przez IPN sprostowane,
informacja dotyczaca wniosku
o ulaskawienie uzupelniona - o czym zostalem
poinformowany. Dziekuje / MK)
---------------------------------------------------------------
CIEKAWOSTKA ZOOLOGICZNA - otrzymana z Polski dnia 28 kwietnia 2009 roku
korespondująca z treścią dokumentu SB opublikowanego na tylnej
okł. w/w książki IPN i wskazująca na
to że Olsztyńska SBecja
nie była odosobniona w zamiarach uczynienia mnie „wrogiem PRL i
socjalizmu” ale że były również jakieś zaniechane nie wiadomo
dlaczego próby przypisania mi tajnych i szyfrowanych konszachtów z jakimś
wrogiem zewnętrznym, zapewne ze skompromiotowanym ZSRR, o liście do wladców którego wspominam w
mojej książce. Najdziwniejsze w tym jest że żadne z tych
moich zbrodni nie dotarły do sądzącego mnie sądu ani do
prokuratury.
wrzesien 2009: Rocznicowe
„niescislosci” w tygodniku „Solidarnosc”
WSTĘP
PREHISTORIA
(ten rozdział tylko w wersji książkowej)
(ten rozdział tylko w wersji
książkowej)
CZAS WZBUDZONYCH I ZAWIEDZIONYCH NADZIEI
Rok 1980. Rok polskiej
solidarności i NSZZ „Solidarność”. Rok pomników poległych
robotników i rok pokornej władzy
oddającej krok za krokiem wiele komunistycznych przywilejów - z przywilejem
odstrzału robotników włącznie. Tak się przynajmniej wówczas
wydawało...
„Pokorna” władza zaczęła manipulacje
żywnością. Po pierwsze - trwałe środki
żywnościowe, jak masło, cukier, wędliny zaczęły
znikać ze sprzedaży. Po co - okazało się półtora roku
później, kiedy „dobrobyt” stanu wojennego retuszowano pojawieniem się
tychże samych artykułów ze stemplami datowymi z okresu „kryzysu
głodowego” 1980. Przy okazji chomikowania żywności -
wymyślono najpewniejszy sposób manipulowania nastrojami społecznymi,
Recepta była prosta - chcemy zamieszek czy strajków - pozwólmy ludziom po
dniu pracy postać w kolejce 6 - 10 godzin, a następnie zapewnijmy
masło czy mięso dla jednej trzeciej czekających. Kierunek
reakcji zawiedzionego tłumu podpowie służbowy krzykacz
zamontowany gdzieś na końcu kolejki - i można drukować
uprzednio przygotowany reportaż o „niepokojach publicznych i
destabilizacji gospodarki”. Ileś tam takich sterowanych niepokojów i
można mówić o zbawczym stanie wojennym lub bratniej inwazji. Proste? Oczywiście że proste - ale
jak skuteczne!
W atmosferze takich działań odbyło
się przedostatnie posiedzenie
Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” - 4 grudnia 1981 roku.
Posiedzenie zaczęło się w Warszawie, ale po południu
zostało przeniesione do Radomia gdzie sytuacja była zapalna.
Pośpiech i nerwowa atmosfera zaowocowały - obrady były
chaotyczne a wiele wypowiedzi dziecinnie agresywnych. Dziecinnie - bo jak
można mówić poważnie o konfrontacji rozkrzyczanego i celowo wyprowadzonego
z równowagi związku z wyspecjalizowanym aparatem przemocy, za którym stoi
armia i wierni sojusznicy, sprawdzeni w Budapeszcie i Pradze. Oczywiście
nikt tego systemu ani tej władzy nie kochał, nikt tego nie krył
- ale, jak do tej pory, nikt nie
dyskutował otwarcie konfrontacji sił w starciu. Tym razem nawet
samozachowawczy zawsze Wałęsa zaprodukował kilka bojowych
słów o nieuniknionym „targaniu się po szczękach” co
spotkało się z radosnym zdziwieniem najbardziej zażartych radykałów
jak Słowik (uczestniczący w obradach leżąc wygodnie pod
ścianą) czy Rulewski.
Sala była, jak zapewne zawsze, na podsłuchu i na
drugi dzień prasa, radio i telewizja pełne były wyrwanych z kontekstu cytatów
nawołujących do otwartej konfrontacji z władzą.
Społeczeństwo przycichło i zainteresowanie zwróciło
się w kierunku gromadzenia zapasów
pozwalających przetrwać nadchodząca wojnę. Normalnie
przed każdą oczekiwaną wojną wykupywano tłuszcz,
cukier, mąkę, sól. Tym razem możliwa była tylko sól i
podejrzewam że niektórzy z moich rodaków do tej pory mają zapasy
sięgające daleko w 21 stulecie. Ale władzy to było na
rękę. Po raz pierwszy od ponad
roku władza miała
„udokumentowany” argument, którego nie zamierzała zmarnować.
Tydzień później Jaruzelski ogłosił stan wojenny.
W świetle
następujących wydarzeń i opisanych powyżej „przygotowań strategicznych” - zamiar
był prosty - obezwładnić opozycję siłą, jak to
zrobiono przed laty w Poznaniu, Budapeszcie, Radomiu czy Gdańsku, nie uchylając
się w razie potrzeby od rozlewu krwi. Następnie przywrócić
porządek i zakłócony przez „Solidarność” socjalistyczny
dobrobyt - rzucając na rynek normalne ilości żywności, w
tym zachomikowane uprzednio masło, mięso, cukier i papierosy. Dla
niepokornych przewidziano więzienia
i obozy internowanych, pokornym obiecano przebaczenie i powrót do „normalnego”
ładu.
Strategia zawiodła z kilku przyczyn. Po pierwsze -
solidarnościowa odnowa trwała zbyt długo i ludzie zasmakowali w
swobodach demokratycznych. Przestraszona na początku władza
przyznała się do zbyt wielu tak czy inaczej ujawnionych grzechów,
posypało się zbyt wiele nietykalnych głów i pomników.
Bełkot zaskoczonych przywróceniem do odpowiedzialności prominentów
pokazał ich takimi jakimi byli - małego kalibru złodziejaszkami
korzystającymi z okazji. Tego już nikt nie mógł zapomnieć. Po drugie - reakcja świata. To nie
były czasy rewolucji październikowej z niedorozwiniętymi
środkami masowego przekazu i opóźnioną informacją. Przez
półtora poprzedzającego stan wojenny roku wydarzenia w Polsce
były na łamach prasy i ekranach telewizji całego świata a
„Solidarność” w okresie półtorarocznej egzystencji zdobyła
sympatie społeczeństw i rządów. Próba zamordowania związku,
którego powstanie zrodziło tyle nadziei, wywołało szeroką
reakcję. To musiało być zaskoczeniem dla całego bloku wschodniego
kiedy Komunistyczna Partia Włoch jako jedna z pierwszych organizacji
światowych odżegnała się od jakiegokolwiek związku ze
sprawcami wydarzeń w Polsce i z takim obliczem komunizmu. Zachód tym razem
nie zwlekał z sankcjami gospodarczymi i odmówił przychylnego
traktowania dwudziestomiliardowego długu PRL. A dwadzieścia miliardów
dolarów US dla kraju gdzie przeciętny dochód obywatela wynosił
kilkaset dolarów rocznie nie jest wprost porównywalne z takim samym
zadłużeniem krajów „naturalnie dolarowych”. Zachomikowane środki
żywnościowe nie zapewniły przywrócenia „raju”. Inflacja
była ogromna, niespłacone odsetki długu przerastały
pożyczoną pierwotnie sumę a argumenty „zbawcy ojczyzny”,
Jaruzelskiego, nie trafiały ani do przekonania wyzwolonych z anarchii
rodaków ani do zagranicznych rządów kontrolujących stosunki
ekonomiczne i obsługę długów.
Skuteczność tej światowej reakcji i
niepewność WRONy (Wojenna Rada Ocalenia Narodowego) szybko
uwidoczniła się w zmitygowaniu
zastosowanych w stosunku do niepokornych represji. Pomimo mnogości
paragrafów zagrożonych karą śmierci - nie uśmiercono na
drodze „prawnej” nikogo. Prawda , że opór przepłaciło
życiem siedmiu górników kopalń
„Wujek” i „Manifest Lipcowy" i blisko sto innych ofiar, czego
społeczeństwo nigdy Jaruzelskiemu nie zapomniało i nigdy nie
wybaczy. Prawda, że w pierwszych
dniach stanu wojennego gorliwe sądy doraźne wydały kilka
dziesięcioletnich wyroków więzienia i prawda że były próby
obchodzenia się z uwięzionymi brutalnie, zgodnie z najlepszymi radomskimi
tradycjami systemu. Ale bardzo szybko wydawane wyroki zaczęły się kurczyć i
sądy doraźne stały się mniej częste. Wybiegając
nieco do przodu - skazani z największymi wyrokami, najbardziej
kompromitującymi dla przymierzającej owczą skórę kliki
Jaruzelskiego, byli na wolności jako jedni z pierwszych. Ta
ustępliwość wojennej władzy szybko przekonała
najbardziej gorliwych funkcjonariuszy więziennych że lepiej jest trzymać swędzące
ręce przy sobie - bo a nuż się odmieni...
Fiasko stanu wojennego stało się oczywiste po
około roku. Zaczęły się pertraktacje (dziś już
wiemy jakie) z internowanym Wałęsa i towarzyszące temu jego
„uwolnienie”. Wprowadzono ułaskawienia.
Pierwszeństwo mieli Ci którzy prosili o ułaskawienie sami,
kolejne w skuteczności były prośby rodzin, ostatnie -
zakładów pracy i grup społecznych. Władza usiłowała
upiec dwie pieczenie - zademonstrować wrogiemu światu ludzką
twarz oraz zneutralizować ułaskawionych. Ułaskawienia były warunkowe
- to znaczy uwolniony skazany ryzykował powrót do więzienia
jeżeli, zdaniem władzy, wznowił swoją
działalność. Dwa lata po Grudniu 1981 większość
więźniów była na wolności . Zachód w nagrodę
pokazał czubek marchwi - część długów i odsetek
była renegocjowana i zredukowana. Rząd nie kwapił się
jednak do „fair play”. Resort bezpieczeństwa pracował nadal starymi
metodami - odnosi się to zarówno do intensywności tej pracy jak i
metod. Zwolnieni z więzień
pozostawali na czarnej liście - często bez pracy, często
narażeni na inne szykany, w których ta ojcowska władza celowała
od dziesiątków lat. Niektóre
inicjatywy pracowników bezpieczeństwa były uznawane jako „prywatne”-
jak porwanie i morderstwo księdza Popiełuszki. Nie jest wykluczone
iż sprawa księdza Popiełuszki miała na celu
sprowokować wrogą reakcję
społeczeństwa, uzasadniającą kolejną radykalną
akcję typu „stan wojenny”. Mam również prywatne powody
sądzić iż Ksiądz Popiełuszko był jedną z
alternatywnych ofiar wytypowanych w tym celu. Scenariuszy było kilka. Tuz
przed porwaniem księdza generał Kiszczak i kilku ludzi z jego
świty wybrało się na polowanie do Łanska. Mieszkańcy
okolicznej wioski Pluski nie słyszeli, inaczej niż w przypadku
poprzednich polowań, o jego wynikach. Ale rozmawiano po kątach o
dziwnych zainteresowaniach Kiszczaka odwiedzającego kilku mieszkających
tu ludzi. Wśród nich gajowego Bandta (obecnie na emigracji w Niemczech). Z
Bandtem Kiszczak rozmawiał nie o dzikach czy jeleniach ale o
Mirosławie Krupińskim - zwyczajach, stosunkach z miejscową
ludnością, antypanstwowej działalności. Mój letni dom
graniczył z lasem Łanskim. W tym samym czasie miałem wizytę
osobnika, który przedstawił się jako pułkownik Ułanowski z
Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Przyszedł w towarzystwie oficera
olsztyńskiego SB i na uboczu napomykał o możliwości
spotkania z Kiszczakiem. Nie podawał powodu. Odmówiłem i na wszelki
wypadek powiadomiłem mojego adwokata Andrzeja Mużę o tej dziwnej
wizycie i propozycji. Kilka dni później porwano, a następnie
zamordowano księdza Popiełuszkę. Sprawcami byli wysocy
oficerowie SB, działający “prywatnie”.
JAK RATOWANO ZDYCHAJĄCY SYSTEM
Jaruzelskiemu &
Co wiodło się coraz gorzej. Sytuacja pogarszała się
również w wyniku wydarzeń mających miejsce za wschodnią
miedzą. Po śmierci Breżniewa kolejnymi Capo Mafioso w ZSRR
zostali, w szybkiej sukcesji Andropow i Czernienko, którzy niczym nie
przyczynili się do wzmocnienia tego największego sojusznika PRL.
Ekonomicznie Rosja stała nie lepiej niż Polska a współautorstwo
stanu wojennego w Polsce, podobnie jak inne grzechy polityczne,
uniemożliwiało uzyskanie koncesji ekonomicznych na Zachodzie.
Zbliżała się era Gorbaczowa i oparte na sojuszu z sąsiadem
podwaliny ustrojowe topniały szybko pod nogami skompromitowanych
władz polskich. System zdychał naturalną śmiercią i
gdyby Wałęsa i reszta solidarnościowej
opozycji wykazali mądrość polityczną i powstrzymali
się od przedwczesnej koalicji z Jaruzelskim - wkrótce otrzymaliby
władzę w spadku.
Niestety nie wytrzymali pokusy. Koalicja przyniosla krotko
i długoterminowy ratunek skompromitowanemu i dogorywającemu
ustrojowi. Krótkoterminowy ratunek obejmował bezbolesną zmianę
szyldu i statusu niedoszłych bankrutów. Zamiast bankructwa i pełnej
odpowiedzialności za wszystkie przeszłe grzechy - polityczne,
gospodarcze, kryminalne itd otrzymali oni pełnoprawny
współudział w dalszych rządach . Była to sytuacja bez
możliwości przegranej. Sukces oznaczałby pełne
rozgrzeszenie i argument „współpraca buduje”, niepowodzenie nowego rządu
oznaczało fifty/fifty współwinę obu stron i zatarcie granicy
odpowiedzialności za czterdziestoletnią degenerację
gospodarczą i polityczną. Ale ministerialne stołki
zapachniały tak miło, że dla opozycji była to pokusa
nieodparta. Tak więc Prezydent Jaruzelski, wolny od jakichkolwiek zarzutów
za popełnione winy zasiadł w rządzie wraz z premierem
Mazowieckim wolnym od groźby postawienia przed doraźnym sądem
wojskowym w przypadku kolejnego proklamowania stanu wojennego i
zaczęła się nowa, długo oczekiwana era polityczna w
historii Polski.
Tak naprawdę to era nie była zbyt długa ani zbyt
nowa. Trwała wystarczająco długo aby uprzednia mafia polityczna
przekształciła się w sprawnie działająca mafię
gospodarczą, dysponującą niewiadomego pochodzenia poważnymi
środkami finansowymi.
Wystarczająco długo aby uprzednia opozycja, współzawodnicząca
w walce o stołki i urzędy, została skłócona i rozbita,
przestając być licząca się siłą w kolejnych
wyborach. Ale największą i nieodżałowaną stratą
całego narodu było zniechęcenie i będąca jego
rezultatem pasywność
społeczeństwa. Po pierwszych spontanicznych wyborach w 1989,
kiedy to wybierano prawie wyłącznie kandydatów „Solidarności” a
na obsadzenie przydzielonych „z klucza”
foteli komunistów trzeba było urządzać kolejne elekcyjne
łapanki - nastąpił zawód i głęboki kryzys
społeczny. To samo społeczeństwo, które pomimo tragicznych
lekcji Poznania, Budapesztu, Radomia i Gdańska potrafiło skoczyć
do gardła despotycznej władzy - politycznie umarło. Ludzie,
którzy lekceważyli paragrafy karne stanu wojennego i drogo płacili za
to lekceważenie - opuścili ręce. Frekwencja wyborcza w
następnych wyborach była minimalna, głosowali w głównej
mierze ci, którzy w sposób zorganizowany i zaplanowany obracali bankructwo w
nową szansę. Inni, widząc sytuację, przeczuwając powrót
do starego - woleli zademonstrować swój udział i głosować
bezpiecznie. Wynik znamy.
KOLOR I PLAMY
Na początku wstępu zwróciłem uwagę jak
mądry był wybór koloru sztandarów rewolucji i komunizmu.
Czerwień. Jakie znakomite tło, maskujące większe i mniejsze
plamy rozlanej krwi. Krwi arystokracji i robotników, wrogów i swoich, w
imię idei i dla korzyści, często dla zaspokojenia sadystycznych
upodobań lub dla wzbudzenia strachu rodzącego lojalność i
pokorę.
Ale system produkował nie tylko czerwone plamy. Gdyby obejrzeć te czerwone sztandary pod
lupą można by dostrzec miliony czarnych plamek - podobnych do tych
dostrzeżonych przez Szwejka na portretowym obliczu Franciszka Józefa.
Każda taka plamka to bezkrwawa zbrodnia, ale niemniej zbrodnia, przeciwko
prawom ludzkim, popełniona przez system. W latach 1980/81 wielu ludziom poprawił się
wzrok i wielu sięgnęło po ową lupę i właśnie
tego ówczesna władza obawiała się najbardziej. Już w
pierwszych dniach nienazwanej jeszcze Solidarności minister Jeż i
kilku innych popełniło niezrozumiałe dla nikogo samobójstwa. Czy
zresztą były to samobójstwa czy też wyeliminowanie
ulegających odruchom sumienia ludzi nikt do dziś nie wie. Ale
krył się za tym strach
samobójców lub ich morderców, że ten kod muszych kupek na czerwonym
sztandarze stanie się publicznie czytelny. A tego woleli oni
uniknąć za wszelką cenę.
Powyższy
wstęp nie pretenduje do miana historii komunizmu w ogóle i historii
polskiego komunizmu w szczególności. Są to jedynie moje własne,
chaotyczne refleksje na temat tła,
na którym pragnę
pokazać w mikroskopowym powiększeniu jedna z takich brudnych plamek,
stanowiących niezbywalny element komunistycznych sztandarów. Czerwień
sztandarów publicznie zamalowano, a co z brudnymi plamami? Ale zanim sięgniemy po lupę i
przejdziemy do tej wyselekcjonowanej plamki - popatrzmy najpierw na to czerwone
tło wydarzeń:
Ostatnie dni wolności. Z późniejszych rewelacji uciekiniera na Zachód,
pułkownika Kuklińskiego, wynika że stan nadzwyczajny
przygotowywany był od wczesnych dni solidarnościowej opozycji.
Zgodnie z tymi relacjami w grudniu 1981 nadeszła oczekiwana chwila i lont
już się palił. Dywizje rosyjskie, jak publikowała zachodnia
prasa, rozlokowane były w pobliżu wschodnich granic Polski, garnizony
rosyjskie w Polsce i NRD w stanie ciągłego pogotowia, sojusznicza
armia wschodnich Niemiec - jak zawsze gotowa do blitzkrigu. Dzisiaj już
trudno ocenić czy zagrożenie inwazji było rzeczywiste czy tez
stanowiło kunsztowny kamuflaż, rodzaj politycznego alibi dla
Jaruzelskiego i jego pomocników. Ale psychoza inwazji została
zaszczepiona, a w tym samym czasie
Wałęsa krążył po biurowcu „Solidarności” z
oczami w podłodze, unikając dziennikarzy i kolegów. Gafa radomska
była dla niego ewidentna od momentu ujawnienia podsłuchu lub
przecieku. W tej atmosferze doszło do kolejnego posiedzenia Komisji
Krajowej w dniach 11 i 12 grudnia 1981. Wspołprzewodniczyłem tym
obradom, różnica atmosfery w stosunku do chaosu posiedzenia radomskiego
była widoczna. Pomimo zakłopotania i zawstydzenia z tytułu
wpadnięcia w głupią pułapkę - obrady były
rzeczowe. Głównie dyskutowano politykę związku w rożnych wersjach rozwoju
najbliższych wydarzeń. A rozwój tych najbliższych wydarzeń
stawał się coraz bardziej oczywisty. Od wczesnych godzin wieczornych
12 grudnia - do siedziby Komisji Krajowej napływały telefony i telexy
informujące o ruchach dużych kolumn zmotoryzowanych wojska i ZOMO. Uchwalono decyzję o strajku
powszechnym jeżeli rząd zdecyduje się wystąpić
zbrojnie (czołgi już grzechotały na zmarzniętym bruku
całego kraju) przeciwko Solidarności i świeżo nabytym
swobodom politycznym. O dziwo nikt nie mówił o Budapeszcie i Pradze - ale
mogę się założyć że każdy o tym
myślał. O dziwo również - te same telexy, które mówiły o
ruchach wojsk - informowały o nieograniczonym poparciu dla decyzji Komisji
Krajowej.
Obrady skończyły się
późno - znacznie po północy. Większość z nas,
uczestników obrad zakwaterowanych w
hotelu Monopol, szła ze Stoczni do hotelu pieszo. Po dwóch dniach w
zadymionej sali, lekko mroźna noc z czystym powietrzem, była jak
odtrutka. Kilku niespokojnych dyskutowało sytuację i drogi
ewentualnej ucieczki. Wydaje mi się, że byli to nieetatowi
członkowie Komisji, którzy przybyli na dwudniowe obrady pozostawiając
niespokojne i oczekujące ich powrotu rodziny w domu.
Przyznam, że ja byłem tak
zmęczony, że myślałem tylko o łóżku i odpoczynku.
Zasnąłem też od razu, zaniedbując nawet zamknięcie
drzwi na klucz. Gdzieś nad ranem
zbudził mnie jeden z kolegów - chyba Konarski, ale dziś już nie
jestem pewny - informując w podnieceniu, że bezpieka aresztuje
działaczy „Solidarności” mieszkających w hotelu. Może trudno w to uwierzyć -
ale powiedziałem aby dał mi spokój i zasnąłem znów. Przez sen słyszałem jakąś
bieganinę, hałasy a później głośniki uliczne
powtarzające bardzo głośno jakiś komunikat. To ostatnie
obudziło mnie w końcu. Przemawiał Jaruzelski - uchwyciłem
zdanie - .. „jak długo
wyciągnięta ręka może napotykać zaciśnięta
pieść”’... i gdzieś w późniejszym kontekście
słowa – „stan wojenny”. Potem nastąpił bełkot cytujący
jakieś przepisy prawne - i przestałem słuchać. Znów
zapadłem w sen.
Nazwa Wojenna Rada Ocalenia Narodowego
pojawiła się w pierwszych deklaracjach stanu wojennego wczesnym
rankiem 13 grudnia 1981 i w tym samym dniu zyskała sobie nadany
społecznie pseudonim “Wrona”.
Była to śnieżna zima i jak każdego roku stada
głodnych wron błąkały się po ulicach Trójmiasta,
konkurując z mewami o odpadki żywności. Ale w tym roku
ignorowane zawsze wrony spotykały się, w imię politycznego
pokrewieństwa, z wrogimi gestami. Padały kamienie, ludzie spluwali i
mruczeli epitety, kilka niewinnych ptaków zawisło nawet na latarniach.
Tymczasem WRON-a, polityczne dziecię
Jaruzelskiego, zachowywała się zgodnie ze skrupulatnie przygotowanym
planem. Wczesnym rankiem, po sygnalizowanych w nocy z 12 na 13 ruchach kolumn
samochodów i czołgów w całym kraju, Służba
Bezpieczeństwa, Zmotoryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej i
wybrane oddziały Wojska Polskiego były na stanowiskach i gotowe do
akcji. W oznaczonym czasie zaczęto
wyłamywać drzwi biur „Solidarności” i aresztować
działaczy. Wczesne edycje prasy codziennej były przygotowane, tak
samo programy radia i telewizji. Zgodnie z krzykliwą propagandą stan
wojenny był ostatnią deską ratunku przed agresją
antysocjalistycznych sił atakujących ustrój i święte
polityczne sojusze i
usiłujących siłą wydrzeć władzę z
przyjaźnie wyciągniętych rąk Rządu PRL. Zgodnie z
cytowanymi we wszystkich środkach masowego przekazu długimi listami
nakazów, zakazów i kar - prawa obywatelskie zredukowano do możliwości
oddychania i wytężonej pracy dla dobra socjalizmu. Czas stania w
kolejkach po żywność został drastycznie ograniczony przez
wprowadzenie godziny policyjnej (milicyjnej?). Kolejki zresztą zostały
zdelegalizowane przez zakaz gromadzenia się. Kary za naruszanie dekretów
stanu wojennego były surowe - tryb doraźny, trzykrotne „przebicie”
maksymalnych kar przewidzianych kodeksem karnym, wiele wykroczeń
zagrożonych karą śmierci. W sądach stanu wojennego mogli
bronić wyłącznie wytypowani przez WRON adwokaci. Tryb
doraźny nie przewidywał odwołań od wyroków. Czytając
dużo później, już na emigracji, książkę Wiliama
Shirera „Wzrost i upadek Trzeciej Rzeszy” stwierdziłem dziwną
analogię praw stanu wojennego w Polsce
z opisanymi w rozdziale „Życie w Trzeciej Rzeszy 1933 -37” prawami
hitlerowskich Niemiec. Myślę obecnie, że jedynie
zawdzięczana reakcji świata nieskuteczność i
krótkotrwałość stanu wojennego zapobiegła
pogłębieniu tej analogii.
Jak to wyglądało w praktyce?
Nie miałem zbyt wiele czasu na gruntowne obserwacje tego co się
działo w Trójmieście. Po pierwsze - byłem na wolności
krótko, tylko do 16 grudnia. Po drugie - mój cały czas wypełniony
był naruszaniem owych praw stanu wojennego. Aby wywiązać się
z tych moralnych i społecznych zobowiązań narzuciłem sobie
jeden podstawowy rygor - nie czytać i nie słuchać detali
wprowadzonych „praw”. Drugi rygor - nie myśleć o pozostawionej w domu
żonie w dziewiątym miesiącu ciąży, co było
trudniejsze do wykonania.
Ranek 13 grudnia, już po moim
ostatecznym przebudzeniu,
rozpoczął się hałasem głośników ulicznych
i jakąś bieganiną pomiędzy hotelem Monopol, gdzie
służbowo mieszkałem, a Dworcem Głównym. Kiedy
podszedłem do okna, z obu tuneli wiodących pod ulicą do dworca
unosił się błękitnawy dymek. Na przeciwległym chodniku
parkowały dwie milicyjne „suki” do których ludzie w mundurach pakowali
cywilów. Ktoś, nie goniony, uciekał chodnikiem aby po chwili być
zatrzymanym przez wyskakujących z bramy innych mundurowych.
Głośniki ryczały niezrozumiale - dwa z nich były w
rożnej odległości i wpadały sobie w pół słowa.
Ale sytuacja, w świetle wczorajszych informacji o ruchach wojsk,
wcześniejszych zapowiedzi stanu nadzwyczajnego i nocnych niepokojów,
była klarowna. Mamy stan nadzwyczajny! Zasłyszane w
półśnie, w nocy, słowa „stan wojenny” nie kojarzyły
się jeszcze z sytuacją - bo kto mógł nas napaść?
Przyzwyczajony do głośnikowych
wrzasków towarzyszących „Solidarności” od półtora roku i do
kilku wydawałoby się podobnie podbramkowych sytuacji,
zachowywałem się jak codzień. A więc prysznic, golenie i
śniadanie. Byłem zawsze oszczędny - a więc miałem
jedzenie i czajnik w hotelowym pokoju. Siedziałem przy oknie
obserwując trwające ciągle zamieszanie pod dworcem i
żułem dość czerstwy chleb - dwa ostatnie dni
wypełnione posiedzeniem Komisji Krajowej nie pozwoliły na zakupy.
Prawie skończyłem kiedy wpadł któryś z naszych i
stanął w drzwiach patrząc na mnie jak na wariata -
śniadanie na stole, pościelone łóżko i pełna
gęba. Jego relacja była czarna - wielu naszych aresztowano,
część w ucieczce okrężnymi drogami do rodzin (wielu
uczestników konferencji przyjechało tylko na dwa dni). Wiele drzwi w
hotelu z wywalonymi zamkami. Reszta
niewiadoma.
Po chwili dołączyło kilku
innych niedobitków i Andrzej - kierowca Wałęsy, ciągle w posiadaniu
zatankowanego samochodu (mój własny, prywatny, samochód stał przed
hotelem z opróżnioną chłodnicą i wymontowanym
akumulatorem). Kierunek działania był praktycznie tylko jeden -
jedziemy na Grunwaldzką do biur Krajowej Komisji. Przed KK nie było wojska ani ZOMO,
był za to mały tłumek zaskoczonych i przestraszonych rozwojem
wydarzeń ludzi. Między nimi był też Henio Mażul -
nieodstępna prawie ochrona Wałęsy - tym razem roztrzęsiony
i ze łzami w oczach. – „Lechu aresztowany” powiedział i wyraźnie
oczekiwał od nas rady czy słów otuchy. Tego samego oczekiwali od nas
ludzie z tłumu. Ale były też inne nastroje. Kilku uczestników
tego „niedostrzeganego” ostentacyjnie przez wojowniczą władzę
zgromadzenia wznosiło coraz śmielsze okrzyki typu –„czerwona zaraza”
,”ruskie pachołki” i coraz częściej napomykało o komitetach
i butelkach z benzyną. Późniejsze doświadczenia stanu wojennego
nauczyły mnie, że w tłumie zawsze najgłośniej krzyczy
prowokator. Najwyraźniej to było widoczne dwa dni później w
Stoczni Gdańskiej, w nocy - kiedy „anonimowi aktywni”, w ciemności,
wyrażali obawy, że przywódcy już uciekli, prowokując tym
samym do odpowiedzi i ujawnienia naszych miejsc w ciemnych halach. Ale o tym później. W ten zimowy ranek 13
grudnia, wojownicze okrzyki zapachniały Poznaniem, Budapesztem i
Gdańskiem sprzed lat. Wyprowadzić ludzi na ulice i pozwolić
sprowokować do agresji - to było to na co Jaruzelski i WRONa liczyli
najbardziej. W obronie komitetów, jak uczyła historia, można było
mordować bezkarnie. Trudno byłoby o lepsze uzasadnienie stanu
wojennego w oczach świata niż palący i rabujący tłum
na ulicach. A kto w tym tłumie palił i rabował pozostałoby
słodką tajemnicą WRONy. Myśl o prowokacji nie była tak
klarowna wtedy jak dzisiaj, z pozycji retrospekcji. Ale były klarowne inne
rzeczy: Po pierwsze - siłowego konfliktu przeciwko czołgom i wojsku
nie można było wygrać. Po drugie - jak wskazywało
doświadczenie ostatnich osiemnastu miesięcy - ludzie w konflikcie z wyrodną władzą byli
najbezpieczniejsi w zakładach pracy. We własnych domach byli rozbici
na jednostki, podatni na strach, perswazje powtarzających dekrety rodzin,
podatni na indywidualne represje i przesłuchania. W zakładach pracy
ciągle byli siłą zdolną do demonstracji dostrzegalnej przez
resztę świata woli poszanowania praw człowieka, których przez
wiele lat PRL im odmawiała.
Kilkadziesiąt minut zajęło
przekonywanie obecnych, że w zaistniałej sytuacji jest to jedyna
możliwość. Po tym czasie krzykacze stali się widoczni i
zaczęli zwracać uwagę otoczenia,
więc sprawnie rozproszyli się i zamilkli. Można było
sprawdzić co się stało w budynku Komisji Krajowej.
Na parterze budynku mieściła
się sala obrad i pracownia fotograficzna „Solidarności”. W obu zamki
były wyłamane - podłoga
pracowni zasłana papierami, wybebeszone szafki, rozlane odczynniki.
Pomyślałem – „diabli wzięli moje negatywy z Filipin, Rzymu i
Paryża”, które oddałem tu do obróbki dwa dni temu. Poszliśmy na
górę, na piętra zajmowane przez biura KK. Tutaj wyglądało
nawet gorzej - sprzęt porozbijany, papierów po kostki, szafy pootwierane.
Moje zdziwienie wzbudził fakt, że wiele materiałów atrakcyjnych
dla służb bezpieczeństwa zostało po prostu wmieszane w ten
gigantyczny śmietnik a nie skrupulatnie zabrane. Ktoś z ukrytych
sympatyków zrobił dobrą robotę na początku włamania,
albo też spodziewano się tak totalnego zniszczenia wrogów ustroju,
że babranie się z dowodami nie wydawało się konieczne.
Telefony były nieczynne. Tu już nie było co robić.
Przed Stocznią Gdańską
zbierali się ludzie. Nie był to jeszcze gęsty tłum jaki
wypełniał plac w ciągu następnych dni, ale było ich
sporo. Wielu ludzi szło w kierunku
bramy i po krótkiej wymianie słów ze służbą porządkową
wchodziło. Wyglądało, że sytuacja rozwija się jak
powinna. Nie pamiętam obecnie, czy zatrzymaliśmy się wtedy na
chwilę czy nie. Naszym zamiarem było sprawdzić co się
stało z Lechem Wałęsą - więc pojechaliśmy na
Zaspę. Mundurowych nie było widać, żona Lecha i gromada
dzieci byli w domu. Z relacji pani
Danuty wynikało, że scenariusz jego zatrzymania nie był
wyreżyserowany do końca. Służba Bezpieczeństwa
zaczęła się dobijać do drzwi wcześnie przed
świtem i przez wizjer było
widać, że było ich dużo. Ale nie zostali wpuszczeni i nie
forsowali drzwi siłą. Część została na schodach a
część opuściła dom aby po jakimś czasie
powrócić z jednym z gdańskich oficjeli - chyba pierwszym sekretarzem
KW Fiszbachem. Był on w dobrych układach z „Solidarnością”
w ciągu ostatnich miesięcy i miał swojego rodzaju, niezdewaluowany
jeszcze, kredyt zaufania. Został wpuszczony z kilku innymi, pozostali
czekali nadal na schodach. Wałęsa perswazją i groźbą
użycia siły został przekonany i udał się do
czekającego samochodu. Tyle z tej
relacji pamiętam, nie wykluczam że mogłem po latach coś
przekręcić - to byla ta sfera działań w których nie
brałem bezpośredniego udziału. Ciągle w czwórkę, bo
tylu mieścił poza kierowcą
Andrzejem, służbowy fiat KK, udaliśmy się do Portu
Północnego, gdzie według pochwyconych po drodze informacji,
zebrało się wystarczająco wielu ludzi aby myśleć o
zorganizowanej formie oporu.
Musze tu zrobić jedno
zastrzeżenie - w dalszym opisie będę unikał
posługiwania się nazwiskami i imionami uczestników wydarzeń.
Przepraszam wszystkich, którzy poczują się tym dotknięci - nie
mam na celu umniejszania ich roli. Po prostu po dziesięciu latach
mieszkania w Australii, bez możliwości powracania w dyskusjach i
spotkaniach do tamtych dni, mogę przekręcać lub mylić
nazwiska i osoby. Proszę pamiętać, że były to czasy
szybko następujących po sobie wydarzeń, kiedy znacznie
ważniejsze były dla mnie podejmowane decyzje niż szczegóły
otoczenia. Proszę również pamiętać, że w ciągu
następnych dwóch lat byłem pozbawiony wszelkiego kontaktu z
współuczestnikami owych wydarzeń i że w owych czasach
zapominanie ich nazwisk było dobrym zwyczajem i mogło leżeć w ich interesie.
W Porcie Północnym sala
stołówki była pełna. Grupy pracowników gromadziły się
również w innych miejscach rozległego portu. Część
ludzi pracowała, odcinając się od jakiegokolwiek udziału w
wydarzeniach politycznych, ale była to mała część.
Reszta oczekiwała informacji, propozycji i nade wszystko potwierdzenia,
że „Solidarność” nadal istnieje i jest zdolna do działania.
Myślę że Zarząd Okręgu Gdańskiego i zarządy
dużych zakładów przemysłowych jak Port czy Stocznia miały
przygotowane scenariusze działania na wypadek stanu nadzwyczajnego, który
od tygodnia wisiał w powietrzu. Jednakże ludzie bali się
odosobnienia od innych zakładów i szukali potwierdzenia, że nadal
są częścią wielomilionowej organizacji. Dlatego nasza
obecność i nasze wystąpienia były przyjmowane z aplauzem.
Nigdy przedtem nie byłem na terenie
Portu Północnego, nie znałem tu żadnych ludzi. Ale byłem
znany z nazwiska i dzięki nie
zawsze przychylnej telewizji, z wyglądu i to w tym pierwszym wojennym dniu
zjednywało mi
przychylność i zaufanie otoczenia. Czasami sympatia okazywana
była w sposób tak prosty i nieostentacyjny, że pomimo napięcia
sytuacji wzruszała. Pamiętam była pora posiłku - kuchnia
serwowała kawałki kurczaków. Ludzie w tych czasach nigdy nie byli
przekarmieni i nikt nie wiedział czy będzie jadł jutro. Stali w
długiej kolejce i każdy brał swoją porcję na talerzu a
następnie szukał miejsca przy stole, przy parapecie lub na podłodze pod
ścianą. Ja nie bardzo miałem na to czas, ponieważ
ciągle ktoś miał dla mnie nowiny, pytania, coś ważnego
do przedyskutowania. Stałem więc otoczony grupką
zmieniających się ludzi i robiłem co mogłem aby moi
rozmówcy czuli się ważni i doceniani - bo naprawdę byli. W
pewnym momencie ktoś podszedł, bez słowa wcisnął mi w
rękę papierową torbę i bez słowa odszedł. Dwa
kawałki kurczaka. Nie miałem okazji podziękować ani nawet
zanotować twarzy w pamięci. Ale po chwili ktoś inny, a po nim
następny powtórzył ten gest i zaczęło brakować mi
rąk do trzymania papierowych torebek i serwetek. Dyskusja została
przerwana, znalazło się jakieś krzesło przy stole i moi
rozmówcy zaczęli demonstrować, że mają własne sprawy
do załatwienia. Ktoś zapytał jaką herbatę pije, z
cukrem czy bez. Odruchowo i głupio odpowiedziałem że z cukrem i
cytryną - był to mój zakorzeniony nawyk, który ostatnio
kosztował mnie wiele czasu w kolejkach aby być zaspokojonym. Wstyd mi
się zrobiło, ale znów nie miałem kogo przeprosić, bo
pytający odszedł. Minęło może pięć minut i
miałem przed sobą kubas herbaty i o dziwo - pól cytryny.
Odciąłem oszczędny plasterek i usiłowałem oddać
resztę, ale nie było komu. Wymruczałem cos o
demoralizujących luksusach i zająłem się kończeniem
posiłku. Zaoferowałem nadmiar kurczaków otoczeniu, jeden
wziął, zanotował dezaprobatę innych i wymknął
się. Ktoś przyniósł czystą serwetkę, zawinął
moje kurczakowe dary i po prostu wpakował do mojej torby, w której do tej
pory kołatały się tylko przybory do golenia i moja
pieczątka wiceprzewodniczącego KK. Ktoś powie - normalne, nie było
czym się wzruszać. Może, ale to nie był jeszcze koniec.
Spędziłem w tej sali następną godzinę i w tym czasie
moje kieszenie i torba zaczęły wypełniać się
wciskanymi tam cytrynami. Nikt nie robił z tego demonstracji i to
najbardziej brało za serce w tym dziwnym czasie wypełnionym obawami,
pogróżkami kar śmierci i całym tym pokrakiwaniem WRONy.
W tym samym dniu, w biurach Portu
Północnego, utworzony został Krajowy Komitet Strajkowy, którego dwoma
głównymi celami było sprzeciwienie się bezprawnie wprowadzonemu
stanowi wojennemu i doprowadzenie do uwolnienia uwięzionych
działaczy. Komunikat o jego powstaniu poszedł na mury miasta i w eter
- załoga Portu miała dostęp do nadajników radiowych.
Noc, dla bezpieczeństwa,
spędziliśmy na holowniku ciągle zmieniającym miejsce
postoju. Henio Mażul, ochrona przyboczna Wałęsy, był tu członkiem załogi i
pełnił honory domu. Niewiele
spaliśmy tej nocy - ciągle było wiele do zrobienia a mało
czasu. Na holowniku pracował jeden z ocalonych z pogromu powielaczy,
drukujący całą noc proklamacje Krajowego Komitetu Strajkowego.
Dyskutowano plany i szanse. Radio Wolna Europa nadawało pierwsze
reportaże z Polski i praktycznie było to dla nas podstawowe
źródło informacji. Sytuacja nie była różowa, nie
mieliśmy szans wygrania wojny z WRONą, ale „Solidarność”
ciągle istniała i miała żywiołowe poparcie
społeczeństwa.
Pół nocy spędziłem na
działaniu, które mogłoby być uznane za inspiracje do
późniejszej Gorbaczowskiej „pierestrojki”. Publicznie wspominam to pierwszy
raz - ale tej nocy, w kooperacji ze związanym z Watykanem doradcą „Solidarności” pisałem
odezwę do naszych wschodnich sąsiadów. Proponując im zamiast
współpracy ze skorumpowaną i znienawidzoną w Polsce PZPR
współpracę, na zasadach rzetelnego sąsiedztwa i poszanowania, z
klasą robotniczą wolnej i niepodległej Polski. Nad ranem ten w
pełni opracowany dokument ukryty
został pod jednym z oprawionych obrazków lub dokumentów,
wiszących na ścianie kabiny. O jego istnieniu wiedziała, oprócz
mnie, tylko jedna osoba - wspomniany
doradca. Nie wiem co się z tym dokumentem stało - mój
współkonspirator upoważniony
został do zrobienia z niego użytku. Mógł zostać
zniszczony, co jest najbardziej prawdopodobne, biorąc pod uwagę fakt,
że nie zniszczono mnie. Mógł zostać zatrzymany przez kogoś
z dobrze rozwiniętym instynktem samozachowawczym, ciągle w
strefie „nadawcy”. Mógł zostać
doręczony i zignorowany. A może ciągle wisi ukryty pod obrazkiem
lub dokumentem w kabinie holownika.
Rankiem wysadzono nas na ląd .
Naszym zamiarem było dotarcie do Stoczni imienia Lenina, która z racji
historycznej przeszłości przyciągała największe
tłumy i była niejako symbolem „Solidarności”. Nie
nastręczyło to większych kłopotów.
W Stoczni panował porządek.
Warta sprawdzała dokumenty, wydawała przepustki
upoważniające do pobytu na terenie zakładu. Plac przed
bramą, z górującymi nad otoczeniem krzyżami pomnika
poległych stoczniowców, szczelnie wypełniony był tłumem
mieszkańców Trójmiasta, wojskiem i ZOMO. W tyle stały czołgi.
Nie było widocznej agresji pomiędzy wymienionymi frakcjami
tworzącymi tłum. Kuchnia wydawała posiłki i gorące
napoje i często w stołówce widoczne były mundury
żołnierzy. Po otrzymaniu przepustek rozlokowaliśmy się w
biurach, w parterowym baraku po przeciwnej niż stołówka stronie
bramy. Działacze Stoczni patrzyli na nas trochę zezem, ale szybko
dotarliśmy się - nie mogliśmy ani nie mieliśmy zamiaru
konkurować z nikim w organizacji akcji w Stoczni - to było ich
wyłączne prawo. Z drugiej strony przejmowaliśmy główną
odpowiedzialność za całą akcję protestacyjną, a
to było dla nich nie do pogardzenia
w gąszczu paragrafów stanu wojennego.
Jako wiceprzewodniczący Komisji
Krajowej, objąłem w dniu poprzednim proponowane stanowisko
przewodniczącego Krajowego Komitetu Strajkowego, biorąc tym samym
główną odpowiedzialność za jego poczynania. Szybko
okazało się, że sprawa była organizacyjnie trudna. W
całej swojej krótkiej historii „Solidarność” celowała w
rozwlekłym dyskutowaniu swoich uchwał, a tutaj nie było na to
czasu. Drugą specjalnością naszych działaczy była
spirala radykalizacji wypowiedzi w toku dyskusji, co wynikało zapewne z
podświadomej potrzeby udowadniania sobie i innym lojalności dla
sprawy. Pierwszy dzień działania Komitetu, jeszcze w Porcie,
przebiegał podobnie. Komunikat proklamacyjny zawierał kilka
zbędnych moim zdaniem epitetów, ale w zasadzie odpowiadał potrzebom.
Trudniej było z tworzeniem następnych komunikatów. Każdy
forsował swoje zdanie, problem polegał na tym, że te
indywidualne zdania miały być podpisane w imieniu Komitetu przez
jedną osobę - mnie. Nigdy nie
uchylałem się od formułowania radykalnych żądań
ale nigdy też nie tolerowałem w swoich własnych wypowiedziach
obraźliwych epitetów za którymi nie stały udowadniające je
fakty. Tutaj, w tym pierwszym dniu, doszło do tego, że został
wydany bez mojej wiedzy nieznany mi
zupełnie komunikat podpisany moim nazwiskiem. Tak dłużej nie
mogło być i kategorycznie zapowiedziałem, że komunikaty
będę pisał sam lub nie będę ich podpisywał.
Zagroziłem nawet, że w przypadku powtórnego użycia mojego
nazwiska bez mojej wiedzy opublikuje dementi. To ostatnie poskutkowało,
ale nadmiaru przyjaźni sobie nie zaskarbiłem.
Pomógł mi dalszy rozwój
wydarzeń. W drugim dniu, już w Stoczni doszło do obrad, w
których uczestniczył jako mediator ze strony władz ksiądz
Jankowski. Jego stanowisko było bardzo zachowawcze i umiarkowane,
powiedziałbym odbierające ducha strajkującym. Namawiał do
umiarkowania, podjęcia dialogu i zaakceptowania pewnych realiów stanu
wojennego. W swoim, następującym po jego wypowiedzi, wystąpieniu oświadczyłem,
że to byłoby łatwe do zaakceptowania, gdyby stan wojenny nie
rozpoczął się od aresztowania przywódcy i innych działaczy
Związku. W świetle posierpniowych porozumień i legalnego statusu
„Solidarności” ich stanowiska
gwarantowały im nietykalność. Dalej stwierdziłem, że
„Solidarność” nie uchyla się od dialogu, ale jego
rozpoczęcie uzależnione jest od dwóch warunków - odwołania stanu
wojennego wypowiedzianego własnemu narodowi, i uwolnienia aresztowanych
związkowców. Wystąpienie spotkało się z aplauzem,
zostało przegłosowane jako decyzja obecnego gremium i powtórzone w
formie pisemnej celem przekazania władzom. Informacje o treści
wystąpienia szybko przeniknęły za bramę stoczni i
spotkały się z równym aplauzem tłumów zgromadzonych przed
stocznia. Po zakończeniu spotkania z mediującym księdzem
Jankowskim, wywołany przez tłum, wyszedłem na będący od tej pory trybuną dach wartowni i
poinformowałem o stanowisku i polityce „Solidarności” w obliczu stanu
wojennego. Wystąpienie zakończyło się dyskusją na
tematy „strategiczne” co pozwoliło mi przekazać opinię o
konieczności strajku w zakładach a nie demonstracji na ulicach, które
mogłyby stać się przedmiotem prowokacji i
zapoczątkować zbrojną
pacyfikację jak dziesięć lat temu. Zrozumienie było
powszechne, ale w pojęciu mieszkańców Trojmiasta wyjątkiem
był plac przed Stocznią, który ze swoimi krzyżami pomnika
stał się dla nich symbolem długo oczekiwanej demokracji i wolności.
Nigdy nie protestowałem przeciwko zgromadzeniu w tym miejscu. Tłum
dodawał otuchy strajkującym, stanowił miejsce pokojowego
kontaktu ludności cywilnej z wojskiem i co było niemniej ważne -
był pod obserwacją i kamerami dziennikarzy zagranicznych. Po tym dniu
nikt nie kwestionował mojego prawa do samodzielnego redagowania
podpisywanych przeze mnie dokumentów i wystąpień, a gromadzące
się nad głową coraz czarniejsze chmury nie zachęcały
również zbyt wielu do udziału w przyjętej przeze mnie jednoosobowej
odpowiedzialności.
Jak wspomniałem uprzednio, wojskowi
byli częstymi gośćmi w położonej przy bramie
stołówce i byli przyjmowani serdecznie przez obecnych. Te przyjazne wizyty
dawały ludziom poczucie bezpieczeństwa - nie wyobrażali sobie
aby ich obecni goście mogli w przyszłości użyć
przeciwko nim broni. Jestem przekonany, że mieli całkowitą
rację. Czołgi na dalszym planie otoczone były również przez
przyjaznych, głownie młodych, cywilów. W drugim dniu stanu wojennego
na czołgach pojawiły się przyjazne napisy i symbole „Solidarności”.
Żołnierze znajdujący się przed Stocznią to byli
“Niebieskie Berety”, stacjonujący stale na wybrzeżu i silnie
związani więziami rodzinnymi i sympatiami z tutejszą
ludnością. Rankiem następnego dnia miałem bardzo budujące
spotkanie przy jednej z bocznych bram Stoczni. W odróżnieniu od bramy
głównej – po drugiej stronie tej bramy nie było cywilów, było
natomiast wielu wojskowych, wojskowe pojazdy. Podszedłem do samej bramy i
patrzyłem na nich. Nie wiem czy zostałem poznany, ale po chwili do
bramy podszedł major w niebieskim berecie. Nie pamiętam jak
zaczęła się rozmowa, ale w toku rozmowy przedstawiliśmy
się sobie i bezpośrednio potem zapytałem: - „Będziecie
strzelać do nas?” Major popatrzył
na mnie bardzo poważnie, odwrócił się i przywołał
jednego z pobliskich żołnierzy, wskazując gestem aby
pokazał swojego Kałasznikowa. –„Otwórz zamek”‘ powiedział do
zdziwionego, stojącego z bronią w ręku wojaka i ten posłuchał bez wahania.
– „Pokaż”. Żołnierz, tym
razem z zadowolonym zrozumieniem, pokazał otwartą komorę
nabojową - bez naboi. Po chwili obustronnego i pełnego powagi
milczenia major zasalutował, odwrócił się i odszedł,
żołnierz za nim. Przyglądała się temu duża grupa
żołnierzy po tamtej stronie bramy. Żałowałem, ze po
mojej stronie byłem tylko ja sam.
Pewne jest, że w pobliżu, lub
pomiędzy żołnierzami byli również inni obserwatorzy.
Następnego dnia oddziały Niebieskich Beretów zostały
odwołane sprzed Stoczni. Pomalowane przez tłum jak wielkanocne
pisanki czołgi odeszły również.
Na ich miejsce przyszło inne wojsko i inne czołgi. Było
wiele pogłosek o rosyjskich i esbeckich załogach, prawdopodobnie
dalekich od prawdy. Ale nastrój zbratania już nie powrócił.
Zaczęła się natomiast intensywna akcja przygotowawcza do tego co nieodzownie miało
nastąpić. Głośniki na placu zaczęły powtarzać
skierowane do zgromadzonych w Stoczni ultimatum, wzywające do jej
opuszczenia. Gwarantowano bezpieczeństwo i „wybaczenie” każdemu kto
zastosuje się do wezwania i surowe kary stanu wojennego dla
nieposłusznych. Na okrągło powtarzano wezwania i dekrety,
wyliczając kary i umiejętnie wplatając słowa o zdradzie i
trybie doraźnym. Tłum przed Stocznią ciągle był
obecny. Wewnątrz oprócz stoczniowców było wielu „akredytowanych” związkowców - studentów, pracowników
małych bezbronnych instytucji, sympatyków.
W tym dniu wydałem mój „Apel do
stoczniowców, gdańszczan i żołnierzy” powtarzający nasze
postanowienia i wzywający do stanowczości, spokoju i unikania rozlewu
krwi. Przypomniałem żołnierzom,
że ich broń skierowana jest przeciwko ich własnym
rodzinom i współobywatelom. Jeszcze raz stwierdziłem, że to
władza wypowiedziała bezprawnie wojnę własnemu narodowi.
„Apel” poszedł na mury, do dystrybucji wśród cywilów i wojska i w
eter. Później, będąc już w więzieniu,
dowiedziałem się iż wielokrotnie był powtarzany przez
rozgłośnie zagraniczne. Kurierzy przemycali jego treść do
odciętej od nas reszty kraju. Kurierzy i dystrybutorzy wpadali, byli
aresztowani, płacili później więzieniem. Ale apel stal się
powszechnie znany i chciałbym wierzyć, że przyczynił
się do uniknięcia powtórki masakry. Zdanie to podzielił nawet
prokurator wojskowy
oskarżający mnie przed Sądem Marynarki Wojennej,
sądzącym mnie na wyjazdowej
sesji w Bydgoszczy 29 lipca 1982 roku. Ostatnie słowa prokuratora w
tej rozprawie były: -„Zgadzam się, że być może
oskarżony Krupiński uratował Gdańsk od rozlewu krwi. Ale naruszył on postanowienia stanu
wojennego i z tego powodu domagam się kary czterech plus czterech, w połączeniu
sześciu, lat pozbawienia wolności”. Jeżeli obaj z prokuratorem
mieliśmy rację w ocenie skutków apelu, to uważałem i
uważam, że cena nie była zbyt wysoka. Ale to późniejsza
historia.
W owym dniu - 15 grudnia 1981 roku -
zacząłem odczuwać zmęczenie i widziałem, że inni
też je odczuwali. Nie spałem więcej niż cztery godziny w
ciągu ostatnich dwóch nocy, wydarzenia na to nie pozwalały. Sprawy
polityki związku, poczynań Krajowego Komitetu Strajkowego w obliczu
zachodzących głównych wydarzeń nie zajmowały wbrew pozorom
tak wiele czasu. Jałowe dyskusje zostały zredukowane prawie do zera,
na większość poczynań WRONy nie mogliśmy mieć
bezpośredniego wpływu, nasze deklaracje zostały
sformułowane w pierwszym dniu. Planowanie przyszłości chwilowo
nie wchodziło w rachubę, o naszej najbliższej
przyszłości praktycznie decydowały dekrety stanu wojennego; o
dalszej - poczynania naszych następców. Ale było wiele drobnych
spraw, na które nie można było nie zwracać uwagi.
Mieliśmy w Stoczni wielu
wpuszczonych z zewnątrz młodych ludzi ze skłonnościami do
zachowań agresywnych. Trudno, nawet z perspektywy lat, ocenić jak
wielu z nich było „na etacie” z zadaniem prowokacji a ilu
bezmyślnych. Ale jedni i drudzy byli groźni dla otoczenia.
Pomysły użycia butelek z benzyną, butli tlenowych, przewodów elektrycznych pod
napięciem, nie były jedynymi inicjatywami wykrzykiwanymi i szeptanymi
w zależności od okoliczności. Stoczniowcy konfiskowali tu i
ówdzie gazrurki wypełnione ołowiem czy nawet zwykłe skarpety z
kamieniem wewnątrz. Ci sami Stoczniowcy byli zmuszeni ściągać
z płotów agresywnych krzykaczy, wykrzykujących niewybredne przezwiska
pod adresem ludzi w mundurach. To była wyraźna prowokacja obliczona
na wzbudzenie agresji wśród tych, którzy w najbliższej
przyszłości mieli wejść do stoczni z bronią i
pałami w ręku. To wymagało interwencji - komentarzy, wyjaśnień
i publicznego odżegnywania się od prowokatorów.
W nocy z 14 na 15 grudnia grupy SB i ZOMO
zostały „podrzucone” na teren Stoczni wodą, przy pomocy małych
jednostek jak kutry czy holowniki. Jak raportowano, część z nich
zajęła bunkry przeciwatomowe, wejścia do których były znane
załodze. Natychmiast pojawiła się prowokacyjna propozycja aby
włazy zaspawać i bunkry zatopić. Pomijając samą
zbrodniczość pomysłu, kto przy zdrowych zmysłach może
prowokować uzbrojonego po zęby i zdolnego do rozlewu krwi przeciwnika,
którego na smyczy trzyma tylko opinia światowa? Jedynie Ci, którzy po
podrzuceniu idei byli skłonni wymknąć się ze Stoczni przez
okna stołówki i mówić o swoim bohaterstwie lub liczyć
zapłatę. WRONa byłaby chętna zapłacić wagę w
złocie za kilku umundurowanych męczenników, uzasadniających
krwawy odwet. Na szczęście nie pomyślano o pełnej powtórce
planu „radiostacja Gliwice” a same prowokacje udało nam się
powstrzymać.
Inne czasochłonne zajęcie
zapewniali dziennikarze zagraniczni, żądni wywiadów i fotoreportaży.
Na szczęście dla mnie w moim najbliższym otoczeniu zawsze
było kilku chętnych, sprawdzających swój wygląd w lustrze
kolegów, którzy pełnili „honory
domu”. Nie oznacza to, że mam żal do dziennikarzy. Wprost przeciwnie
- ich obecność gwarantowała, że to co robimy będzie
światu znane i że cena jaka zapłacimy za tą bezbronną
demonstrację przekonań nie pójdzie na marne. Ale dobry dziennikarz,
mający wstęp na arenę i za kulisy, powinien pracować
niedostrzegany, co zresztą jest warunkiem dostrzegania prawdy. Przyznaje,
że większość z nich była dobra. Pamiętam jedno
krótkie spotkanie z dziennikarzem, z którym zamieniłem dosłownie
kilka słów w nocy z 15 na 16 grudnia. Na zakończenie, powodowany
niezamierzonym impulsem, poprosiłem go o przekazanie naszych
życzeń świątecznych związkowcom wolnego świata.
Nie zapamiętałem wtedy jego nazwiska i zapomniałem o całym
wydarzeniu na długie lata. W roku 1989, już jako emigrant w
Australii, otrzymałem od znajomych egzemplarz międzynarodowego magazynu „Newsweek” z
4 stycznia 1982 roku. Wewnątrz - reportaż Alexandra Muenninghoffa
zatytułowany „Ostatnie dni Solidarności w Stoczni Gdańskiej”
opisujący ostatnie dni i godziny przed pacyfikacją Stoczni. W
ostatnim zdaniu autor wiernie cytuje moje wzmiankowane wyżej życzenia.
Nie wiem czy odbiorcy życzeń przeżywali jakiekolwiek wzruszenia
czytając je - prawdopodobnie
uchodziły one uwadze - ale ja czytając moje własne słowa po
latach, byłem naprawdę wzruszony. Thanks Alex.
Pożegnanie. 15
grudnia był, jak pisał później w „Newsweeku” Alexander
Muenninghoff, dniem powolnego umierania stoczniowego oporu. Do powtarzanego,
głośnikowego ultimatum WRONy doszło przekazane przez dyrektora
Stoczni: - strajkujący mają jedną godzinę na jej opuszczenie
- po tym terminie odpowiedzialność karna jest nieunikniona. Powoli
lecz we wzrastającym tempie ponad połowa załogi
opuściła zakład. Tłum przed bramą próbował ich
zatrzymywać - padały słowa otuchy, wyrzuty, obelgi, Były
nawet wypadki szarpaniny. Intrweniowalismy - każdy ma moralne prawo
decydowania o swoim postępowaniu. W tym dniu, jakby dla zachęcenia
pokornych, czołgi i wojsko wycofano z zasięgu wzroku. Pozostał
tylko wzburzony tłum i ci którzy pozostali w Stoczni. Nikt z nas tej nocy
nie spał. Krążyliśmy po Stoczni odwiedzając hale gdzie
zgromadzeni byli ci uparci i ci „na służbie”. Okazało się
później, że tych ostatnich było sporo. Już w nocy, w ciemnych halach
pełnych ciągle ludzi, co kilka minut wybuchały niepokoje: -
„gdzie są przywódcy - już zwiali?” Niesposób było nie
odpowiadać na te prowokacyjne okrzyki, a każda odpowiedz
umiejscawiała nas precyzyjnie. Wczesnym rankiem bramy Stoczni zostały
sforsowane przez czołgi, jak słyszeliśmy - byli ranni. Nie od
kul - nie strzelano. Ale czołgi forsowały barykadujące lory z
betonowymi prefabrykatami, a wokół byli ludzie. Obiektywnie przyznam - nie
widziałem ofiar ani nawet śladów.
Wejście ZOMO i SB wykazało jak wielu pomocników mieli
wmontowanych pomiędzy strajkujących. Wiedzieli wszystko - gdzie,
czego i kogo szukać. Myślę że każdy z nas, tych „most wanted”, miał w najbliższym otoczeniu
swojego nieodstępnego „cienia“. Na
wyniosłych dziobach statków, na nadbudówkach i dachach pojawili się
ludzie w waciakach i kaskach stoczniowców, z radiotelefonami w rękach,
dyrygując ruchem kolumn ZOMO. Napastnicy ignorowali stłoczone grupy
studentów i sprawnie wyławiali jednostki, wiedząc dokładnie kto
jest kto.
Gościem Jaruzelskiego - Gdańsk. Byłem
łatwy do rozpoznania. W ciągu ostatnich trzech dni wielokrotnie
pokazywałem się publicznie w tym samym wyszarganym ubiorze i
futrzanej czapce. Ukrywanie się byłoby zresztą bezsensowne. Moje
aresztowanie było oczywiste, było taką samą
częścią demonstracji przekonań jak podpisywane własnym
imieniem i nazwiskiem dokumenty i apele. Zwolniony od obowiązku czynnego
udziału i myślenia czułem się zmęczony i
wewnętrznie pusty. Miałem bóle
w mostku (od pewnego czasu zażywałem z przepisu lekarza
nitroglicerynę). Ale generalnie fizycznie byłem sprawny i
poruszałem się bez trudu.
Wszystkich nas - wyselekcjonowanych oficjeli „Solidarności” -
zgromadzono w budynku tej samej stołówki w której mieliśmy ostatnie
spotkania. Siedziałem w hollu, o kilka metrów ode mnie mój prywatny
stróż, młody umundurowany. Chciało mi się siusiać, ale
nie chciało mi się ruszać. Kiedy w końcu zmusiłem
się - mój aktualny właściciel grzecznie zaprowadził mnie do
toalety, ale próba siusiania przy otwartych drzwiach nie powiodła się
- te głupie nawyki cywilizowanego człowieka. Wróciliśmy do hollu.
Po drodze zostałem zastopowany przez kogoś znajomego z widzenia,
idącego naprzeciw. Był to Fiszbach. Nie znaliśmy się
osobiście, ale z konieczności działań na tym samym terenie
wiedziałem jak wygląda. Zatrzymał się o krok i obaj
odruchowo (znów ten cywilizacyjny nawyk) podnieśliśmy do połowy
ręce - do powitania. I obaj z pewnym ociąganiem
powstrzymaliśmy się w połowie odruchu. Myślę, że
patrzył na mnie z rodzajem sympatii, a może zadowolenia z mojego
obecnego statusu - byłem zbyt zmęczony aby analizować.
Staliśmy tak bez słowa kilka sekund po czym odszedłem w kierunku
najbliższego krzesła.
W sąsiednim pomieszczeniu wybuchła jakaś głośna
szamotanina, krzyki, odgłosy uderzeń. Trwało to krótko. Po
pewnym czasie do hollu wypchnięto młodego człowieka z
zakrwawioną twarzą i w poszarpanym, prawie nowym, kożuchu.
Miał chyba skute ręce i zadowolony wyraz twarzy - co za dziwne
zestawienie, pomyślałem wtedy.
Trwało to dosyć długo zanim nas obszukano i wyprowadzono do
parkującej przed drzwiami milicyjnej ciężarówki. Albo może
raczej więziennej, bo bez okien ale za to z osiatkowanymi dwoma
przedziałami i rzędem opatrzonych stalowymi drzwiami „szaf” na
przedzie. Pobity też był tutaj i opowiedział, ciągle z
zadowoleniem, co się stało. Jeżeli pamiętam dobrze nazywał
się Stanisław Kwoka, był miejscowym działaczem „Solidarności”. W sąsiedniej sali,
gdzie go zaprowadzono, wynikła jakaś drobna przepychanka ze zbyt
gorliwą eskortą. Szybko by to zapomniano, gdyby nie obecny
pułkownik, mały skundrel, ale z charakterem pinczera. Zarzucił
on eskorcie nieudolność i nakazał użycie pały.
Eskorta, młodzi zomowcy, wyraźnie nie mieli ochoty na pałowanie
i zabierali się do tego z ociąganiem. Pułkownik się
wściekł, nakazał skucie delikwentowi rak i
zażądał bojowej pały. Pala była chyba tak duża
jak pan pułkownik, ale zabrał się do niej raźno. Niestety,
zanim osiągnął zamierzony wynik, otrzymał od skutego
kopniaka, który posłał jego i pałę koziołkując po
podłodze. Podwładni źle
ukrywali śmiech co wprowadziło małego sadystę w furię.
Dostał wprawdzie drugiego, równie skutecznego kopniaka, ale w końcu
skaleczył ofiarę i poszarpał kożuch. Kwoka praktycznie
został uratowany przez młodych funkcjonariuszy, którzy markując
bicie, wypchnęli go z sali i przystąpili do udzielania pierwszej
pomocy zmachanemu i rozmamłanemu sadyście dowódcy. Myślę
że sława pana pułkownika, skopanego przez skutego
więźnia, została ugruntowana w macierzystej jednostce do
końca jego kariery. Kwoka w
każdym razie był zadowolony.
Więzienna karetka, w której byliśmy zamknięci, na coś
czekała. Z początku nie wiedzieliśmy na co ale później
dotarła do nas wrzawa spoza murów Stoczni gdzie tłum coś
skandował, głośniki ryczały, po jakimś czasie
zaczęły pukać odgłosy strzelanych granatów łzawiących.
Nawet do nas, zamkniętych, docierał wiercący w nosie zapach.
Trwało to godziny, cichło i wzmagało się na przemian. W
końcu zaczęły basować czołgowe armaty. Z braku odgłosów uderzenia lub wybuchu
armatniego pocisku można było wywnioskować ze strzelano
ślepakami lub ładunkami łzawiącymi. Trwało to bardzo
długo - zaczynało robić się szaro. W końcu samochód
ruszył. Pomimo braku okien mogliśmy się zorientować że
krążymy ciągle po stoczni. W końcu zaskrzypiała
jakaś brama, odgłosy rozmowy - i zaczęliśmy jechać
szybko. Znów krążyliśmy i trwało to chyba z godzinę
zanim samochód stanął. Byliśmy na ogrodzonym wysokim murem
dziedzińcu. Nie znalem Gdańska na tyle, żeby wiedzieć gdzie
to było, ale okazało się, że to siedziba SB. Pęcherz
dokuczał mi strasznie i zacząłem domagać się
wyjścia do toalety. Nie pozwolono ale powiedziano że możemy to robić
na podłogę. Ponownie nic mi z tego nie wyszło i czułem
się naprawdę źle. Jedynie zadowoleniem napawał mnie fakt
iż zdołałem zniszczyć swoja pieczątkę
wiceprzewodniczącego KK i że nikt nie będzie jej mógł
użyć w moim imieniu. W końcu przetransportowano nas gdzieś
ponownie i wprowadzono do budynku. Znów czekanie, tym razem samotnie i pod
strażą. W końcu zaczęło się przesłuchanie.
Przesłuchujący przedstawił się jako kapitan Grzybowski
z SB ale swojego nazwiska w formularzu przesłuchania nie wpisał,
więc było prawdopodobnie fałszywe. Przesłuchanie było
rozwlekłe i chaotyczne, trwało dosyć długo. Ponieważ
moja działalność była jawna, moje podpisy widniały pod
każdym wydanym dokumentem, ominęły mnie emocje podchodów z
przesłuchującym. Praktycznie podpadałem pod każdy z
głównych paragrafów stanu wojennego i znalazło to odbicie w
formularzu mojego zatrzymania. Na pytanie kogo należy zawiadomić
podałem adres żony z prośbą aby zawiadomienie
(zawierające owe groźne paragrafy) doręczono jej dopiero po
urodzeniu dziecka (to był zaawansowany dziewiąty miesiąc). Po
podpisaniu protokołów wstępnego przesłuchania poprosiłem o
papier i długopis i napisałem oświadczenie iż uważam
stan wojenny za nielegalny i sprzeczny z konstytucją.
Przesłuchujący skomentował – „Dlaczego usiłuje pan
zostać męczennikiem?” i gestem sugerował wycofanie deklaracji.
Ja jednak nalegałem i w końcu wpiął je w teczkę
przesłuchania. W roku 1986, kiedy procesowałem się z Dowództwem
Marynarki Wojennej o odszkodowanie za
mój „aresztowany” jak ja samochód, miałem chwilowy dostęp do
tej teczki. Mojego oświadczenia w
niej nie było.
Miałem dwie podstawy do takiego oświadczenia: pierwszą -
moje wewnętrzne przekonanie, na którym do tej pory polegałem i drugą - oświadczenie prawników
Trójmiasta stwierdzające to samo w pierwszym dniu strajku. To było
dziwne - ich oświadczenie właściwie nie istniało, gdyż
żaden z nich nie był wystarczająco odważny aby je
podpisać. Była to odpowiedż na moja prośbę o
opinię, przekazaną ich reprezentantowi który pojawił się w
Stoczni gdzie właśnie zaczęliśmy
działać. Zabrał moje pytanie i osobiście dostarczył
pisemną, kolegialną odpowiedź po kilku godzinach. Był
zakłopotany moim zdziwieniem że nie jest podpisana. Ja jednak
byłem naprawdę zdziwiony - dopiero następne miesiące i lata przekonały mnie, że istnieją
dwa rodzaje odwagi i uczciwości - jawna i bezwzględna oraz ta
bezpieczna, konspiracyjna - we własnym gronie zaufanych albo pod
fałszywym nazwiskiem. Później to ugruntowujące się
przekonanie stało się jednym z powodów mojej decyzji emigracji.
Okna pomieszczenia w którym byłem przesłuchiwany wychodziły
na ulice i przyległy otwarty teren. Do tej pory nie potrafię
precyzyjnie określić gdzie to było. Prawdopodobnie w rejonie lub
nawet w budynku Aresztu przyległego do Sądu Wojewódzkiego. Za oknami
cały czas trwała potyczka pomiędzy tłumem i całą
tą umundurowaną mieszaniną, którą WRONa spuściła
ze smyczy. Gaz łzawiący, porykiwanie armat czołgowych strzelających
ślepymi ładunkami, ryk głośników, krzyki. Kilkakrotnie
tłum docierał prawie pod okna pomieszczenia. Był moment, rodzaj
przerwy w oficjalnych czynnościach, kiedy stałem przy oknie.
Usłyszałem dźwięk rozbitej szyby w którymś z
pobliskich pomieszczeniach i mój esbek pospiesznie odciągnął
mnie od okna, wierzę że w szczerej trosce o własność
za którą był chwilowo odpowiedzialny.
W GOŚCINIE U WRONY
(17 grudnia 81 - 17 wrzesnia 83)
Gdańsk. Około
północy poprowadzono mnie krętym korytarzem a następnie schodami
w dół - do podziemi. Sprawnie zostałem pozbawiony paska,
sznurowadeł i wszystkich przedmiotów osobistych łącznie z
zegarkiem. Kiedy odbierano mi fiolkę z nitrogliceryną (moje serce nie
było ostatnio w najlepszym stanie) - zaprotestowałem. Z
ociąganiem poprowadzono mnie do innego pomieszczenia, gdzie człowiek
w białym fartuchu, lekarz lub felczer przeprowadził krótkie badanie -
puls, ciśnienie etc. Zanotował cos w książce i wydal mi
dokładnie taką samą fiolkę jaką mi zabrano,
mówiąc znana mi formułę: - „ jedna lub dwie tabletki pod
język w razie bólu pod mostkiem lub w okolicy”. Wróciliśmy do izby przyjęć,
gdzie ten sam człowiek co poprzednio natychmiast odebrał mi nowo
otrzymany lek. Zaprotestowałem, tym
razem naprawdę oburzony głupotą postępowania. Agresywnie
podał mi fiolkę i warknął: - „zażyj teraz jak musisz,
ale to zostanie tutaj!” Inni obecni obojętnie milczeli. Bardziej zdziwiony
po raz pierwszy użytą w stosunku do mnie formą „ty” niż
głupotą sytuacji, zrezygnowałem z dalszych protestów.
Poprowadzono mnie znów - chyba o jedną kondygnację niżej, do
celi. Było to dość duże pomieszczenie bez okien, z kilkoma
pryczami, jedna z nich była zajęta. Jej użytkownik nie
wykazywał żadnego zainteresowania sytuacją, choć nie
spał i patrzył na mnie przez chwilę.
Cela miała brudne, niegdyś
bielone ściany, jedno zakratowane ślepe okno w niezwykle grubym
murze, wychodzące do swojego rodzaju murowanej studni lub tunelu. Szyb nie
było i wiało stamtąd chłodem. Oświetlenie
stanowiła jedna słaba i brudna żarówka pod wysokim dosyć
sufitem, kąty były w półmroku. Gdyby nie elektryczne oświetlenie
mogłaby to być sceneria z „Hrabiego Monte Christo” lub
„Nędzników” Dumasa.
Ubranie zabrano mi przed wejściem
do celi, więc w gaciach i przepoconej koszuli wlazłem pod dwa brudne
koce na wyrku pod oknem. Popatrzyłem na sufit, żarówkę i
zakratowane okno nad głową i nagle uderzyło mnie, że ja ten
widok już znam. Rzeczywiście - kilka miesięcy, może nawet
pół roku temu, miałem kilkakrotnie mgliste sny w których
pojawiała się scena jaką obecnie miałem przed oczami.
Szczegóły były tak zbieżne ze snem, że na chwilę
zapomniałem o wszystkim innym. Nie był to pierwszy przypadek
„znajomości” nieznanych mi uprzednio miejsc. Miałem kilka podobnych
wydarzeń. Kiedyś, mając
około 15 lat, w zupełnie nowym miejscu, w którym nigdy przedtem nie
byłem, odnalazłem „znaną mi”
ulicę i narożny dom. Co więcej, zbliżając
się do tego domu „pamiętałem” nie widoczną jeszcze
ścianę i wybitą szybę w jednym z jej okien. Kiedy
ominąłem narożnik - ściana i wybite okno były
dokładnie takie jak w mojej wyobraźni. Teraz myślałem o tych proroczych
snach i usiłowałem znaleźć ich logiczną
wykładnię, być może jakieś ukryte w nich wytyczne czy
proroctwa. Jednak zmęczenie ostatnich nieprzespanych nocy wzięło
górę - i zasnąłem.
Obudziłem się zlany potem i z bólem w klatce piersiowej. Odruchowo
rozejrzałem się za pigułkami i równocześnie
stwierdziłem gdzie i w jakiej sytuacji jestem. Miałem już
trochę treningu w pertraktacjach z własnym zbuntowanym sercem,
więc próbowałem oddychać wolno i głęboko. Szklanka
zimnej wody mogła pomóc ale nie byłem jeszcze obeznany z
geografią i wyposażeniem celi,
więc nie bardzo wiedziałem co robić. Usiłowałem
wstać i wyro zaskrzypiało niemiłosiernie budząc mojego współlokatora,
o którym zupełnie zapomniałem. Jak domyśliłem się
później, musiał być w tej celi ze mną służbowo
lub co najmniej półsłużbowo (więzień - konfident).
Zamiast próbować znów zasnąć przyglądał się moim
niezdarnym ruchom i coś musiało go zaniepokoić bo podszedł.
Wymamrotałem, że potrzebuję wody i podał mi ją w
aluminiowym kubasie. Woda pomogła, ból
zelżał, ale zacząłem marznąć, odkryty i w
przeciągu. Zęby zaczęły mi dzwonić i musiałem
wyglądać naprawdę źle bo mój kompan zaczął
walić w drzwi. Było
trochę ruchu na korytarzu i po około dwudziestu minutach, ciągle
dzwoniąc zębami, byłem niesiony w górę po schodach
podziemia. Ciągle byłem tylko w gaciach i koszuli, ale narzucono na
mnie kilka koców, co prawdopodobnie uratowało mnie od zapalenia płuc.
Samochód czekał na zaśnieżonym dziedzińcu i znów gdzieś
byłem wieziony. Z fragmentów rozmów przez radiotelefon zrozumiałem że jedziemy do
wojskowego szpitala i tak też było.
Tutaj już był postęp,
nawet zrobiono mi EKG, które musiało zrobić wrażenie, bo lekarz
zaczął mówić do sanitariuszy o przygotowaniu separatki.
Niestety, moi prawni właściciele, czyli funkcjonariusze, nie mieli
ochoty się ze mną tak łatwo rozstać i sprzeciwili się
kategorycznie. Myślę ze hierarchicznie, w tym wojennym czasie, mieli
więcej do powiedzenia, bo lekarzom pozwolono jedynie na zaaplikowanie
dobrze mi znanej nitrogliceryny i jakiegoś zastrzyku. Nie wiem czy to w wyniku zastrzyku czy tez
temperatury znacznie wyższej niż w moim poprzednim lokum
przestałem szczękać zębami. Wspomnienie bólu ciągle kołatało
się pod mostkiem. Ale mogła to być reakcja klatki piersiowej po
uprzednim forsownym oddychaniu.
Postawa lekarzy odniosła jednak
jakiś skutek bo do lochów już nie wróciliśmy. Zamiast tego, po
kolejnej podroży samochodem i na noszach,
wylądowałem w jakimś dużym, cuchnącym karbolem
pomieszczeniu, które pomimo krat w oknach przypominało pomieszczenie
szpitalne. Był już prawie ranek ale, znów może w wyniku
zastrzyku, dość szybko zasnąłem. Rano okazało
się, że był to szpital Aresztu Śledczego w Gdańsku, a
co ważniejsze, że nie byłem tu jedynym gościem WRONy
Obudziły mnie pojedyncze basowe
wystrzały dział czołgowych i daleka wrzawa. Ale nie
zdążyłem się zbyt dobrze wsłuchać, kiedy pojawili
się ludzie w fartuchach (obu płci!) i po chwili zmieniałem
salę. Znalazłem się w kołchozie pełnym znających
mnie i częściowo znanych mi działaczy, wymieszanych z bardziej
typowymi mieszkańcami tej instytucji - czyli w dotychczasowej
nomenklaturze - kryminalistami. Wszyscy byli jednakowo przyjaźni i
pełni chęci pomocy, układy pomiędzy obu „grupami
społecznymi” znakomite. Kiedy się wprowadzałem, nasi
działacze - więźniowie z dwudniowym stażem, ochoczo uczyli
się zasad grypsery i więziennego kodu sygnałowego.
Dzięki obecności cywilnego personelu medycznego i zatrudnionych
na części etatu lekarzy Akademii Medycznej w Gdańsku
wiadomości o przebiegu wydarzeń docierały bez zakłóceń
i bez deformacji. Mieszkańcy Trójmiasta, jak zawsze niepokorni i
mający z socjalistyczną władzą na pieńku, ciągle
kotłowali się na ulicach. Nie palono tym razem komitetów i jako
część tego samego savoir vivre’u nie bito aresztowanych. Ale
leciały kamienie, pojawialy sie na murach ulotki i karykatury, po ulicach
biegaly niezjedzone pomimo deficytu żywnosci pomalowane na czerwono
swinie. Powieszono umundurowaną kukłę Jaruzelskiego i
niezliczone bogu ducha winne wrony. W odpowiedzi byly aresztowania, zalzawione od gazu i zalu oczy i dudniace
slepakami armaty czołgów. Wojsko
nie przykladalo się nadmiernie do tej przepychanki. Praktyka ubierania, w
imię stanu wojennego, w jednakowe mundury wojska , ZOMO i SB mogła
wprowadzić w błąd cywilów i obserwatorów zagranicznych, ale nie
owocowała jednością tych umundurowanych. W późniejszych
miesiącach i latach różnice i nienawiści stały się
bardziej widoczne. Ale już w pierwszym dniu stanu wojennego na poboczach
szos znajdowało się dziesiątki pojazdów ZOMO uszkodzonych przez
ich kierowców i pasażerów. Wspominali o tym w reportażach
dziennikarze zagraniczni, dawali też temu świadectwo
więźniowie skazani za odmowę służby w ZOMO.
Nowe miejsce okazało się być izbą chorych czy też
szpitalem Aresztu Śledczego w Gdańsku. Po kilku dniach pobytu w tych jakże
rożnych od poprzednich kazamat w podziemiu warunkach, fizyczne
zmęczenie które znieczulało umysł, zaczęło ustępować.
To, w połączeniu z nagłym
ustaniem absorbującej umysł aktywności, przyniosło stress.
W ciągu ubiegłych kilku dni, w nawale wydarzeń wymagających
ciągłego podejmowania decyzji i reagowania na wydarzenia, nie
miałem czasu na myślenie o rodzinie czy samym sobie. Nadmiar
adrenaliny we krwi znieczulał, lub raczej usuwał na dalszy plan ból
pod mostkiem, na który znalem tylko jedno lekarstwo - przepisane mi
wcześniej tabletki nitrogliceryny.
Obecnie mogłem tylko myśleć - a myślenie nie
poprawiało mojego samopoczucia. Po
tamtej stronie krat została żona w ostatnim miesiącu
ciąży, masa przerwanych spraw
zawodowych i osobistych. W hotelu Monopol, gdzie mieszkałem ostatnie kilka
miesięcy, pozostały opuszczone moje rzeczy, wiele z nich
wartościowych. Przed hotelem został mój Fiat 125P, z
opróżnioną na szczęście chłodnicą. Obok tego
wszystkiego - sytuacja się przewartościowała. W ciągu
ostatnich dni ja byłem w centrum zagrożenia i pod lufami
stojących przed Stocznią czołgów a moi bliscy i znajomi w
relatywnym bezpieczeństwie swoich mieszkań czy zakładów pracy.
Obecnie, w tych szpitalnych warunkach, nie byłem fizycznie zagrożony
- za to oni byli tam gdzie trwało zamieszanie i dudniły czołgowe
działa. Jak długo będzie to tylko ślepa amunicja i gazy
łzawiące?
O dziwo, ciągle potrafiłem odsuwać od siebie rozważania
swojego własnego bliższego i dalszego losu. Oczywiście
zdawałem sobie sprawę że wisi nade mną ileś tam
dekretów stanu wojennego i pamiętałem co działo się z
przywódcami opozycji po Budapeszcie 56 czy po uprzednich rozruchach w Polsce i w
Pradze. Ale myślenie o tym ograniczałem do zarejestrowania takich
możliwości w mózgownicy i odsuwania myślenia o detalach. Oprócz
tego odczuwałem zadowolenie, że wywiązałem się, na
miarę możliwości, z obowiązków sumienia i
zobowiązań w stosunku do swoich wyborców. Może to brzmi obecnie
pompatycznie - ale w owych pierwszych dniach stanu wojennego - stworzono wiele
okazji dla pokornych i przestraszonych do padnięcia na kolana przed
„prawowitą władzą” - i wielu kupiło sobie przebaczenie
odszczekując uprzednio głoszone przekonania. Jak przekonałem
się nieco później - stworzono również inne pokusy.
Umożliwiono, i poprzez akredytowanych przez WRON adwokatów sugerowano,
obronę poprzez negowanie „popełnionych” działań i
deklaracji przed sądami. To wprawdzie nie zapewniało przebaczenia ale
pozbawiało działaczy twarzy a ich poprzednie działania i
deklaracje znaczenia. Wielu uległo tym sugestiom. O dziwo, skazani, nadal
byli skłonni popełniać
anonimowe akty bohaterstwa, okrzyki zza węgła czy choćby
nieprzyjazne gesty za plecami swoich prześladowców. Nigdy nie
potrafiłem tego zaakceptować ani w pełni zrozumieć.
Myślę, ze częściowym wyjaśnieniem jest iż byli to
ludzie wyhodowani przez system. Socjalistycznej władzy było
obojętne co ludzie mówią i robią za jej plecami - tak długo
jak okazywali należyty strach i posłuszeństwo postawieni z
nią twarzą w twarz.
Powracając do realiów owych przedświątecznych dni w Areszcie
Śledczym - bezczynność rodziła stress. Ból pod mostkiem,
pomimo opieki medycznej nie ustępował, budziłem się zlany
potem i generalnie zapadałem w rodzaj niezdrowego letargu. Wiem, że
świadomi mego stanu medycy czynili starania o przeniesienie mnie do
normalnego szpitala, ale bez wyników. Myślę, że w owym okresie,
moja „naturalna” śmierć nie byłaby zbyt niemiła kochanej
władzy - rozwiązywałaby bowiem
cały szereg przyszłych problemów, wśród których wroga stanowi wojennemu i
aresztowaniom opinia światowa nie była ostatnim.
Trwało to do wigilii Bożego Narodzenia. Służba
więzienna zaczęła świętować wcześnie.
Najpierw z pola widzenia zniknęli oficerowie, potem inni funkcjonariusze
zaczęli wymykać się do służbowych pomieszczeń.
Późnym wieczorem było bezludnie i spokojnie. Czułem się
podle - było mi duszno, serce pracowało nieregularnie, więzienna
piżama lepiła się od potu. Towarzysze niedoli usiłowali mi
pomóc jak mogli, ale mój stan raczej się pogarszał. W końcu
czułem się tak podle, że chyba zacząłem
jęczeć - bo wszyscy zgromadzili się przy moim łóżku.
Ktoś usiłował wołać lekarza, inni podawali mi
wodę. W końcu zaczęto mi robić masaż klatki piersiowej.
Ostatnie co pamiętałem był strumień wody z kubka
chluśnięty na moją twarz - i film mi się urwał.
Ocknąłem się w normalnej karetce pogotowia, lekarz lub
sanitariusz pochylał się nade mną.
Wylądowałem w sali intensywnej opieki jakiegoś szpitala,
przyklejano mi elektrody do piersi, siostra instalowała kroplówkę.
Równocześnie przebierano mnie w czystą i suchą piżamę.
Stara wydawała się być znacznie bardziej mokra i cuchnąca
niż mógł to spowodować
pot. Obawiam się, ze moje funkcje fizjologiczne w ciągu poprzednich
minut nie podlegały kontroli. Zasnąłem.
Rano okazało się, że byłem w Gdańskiej Akademii
Medycznej i że przeszedłem zawał. Leżałem w pokoju
intensywnej opieki, oddzielony od innego pacjenta parawanem, przy
łóżku siedziały dwie młode, uzbrojone funkcjonariuszki
więzienne. One i ich współpracownice towarzyszyły mi przez kilka
pierwszych dni - do czasu wydarzenia, które opiszę nieco później.
W czasie porannej wizyty lekarskiej, której przewodniczył, jak
się później dowiedziałem, profesor Leonowicz, dostrzegłem w
grupie lekarza, który praktykował również w Areszcie Śledczym.
Był wyraźnie ucieszony sytuacją i uśmiechał się
do mnie z triumfalnym wyrazem oczu. Niestety - jego nazwiska dziś już
nie pamiętam. Profesor Leonowicz bardzo przyjaźnie poinformował
mnie o sytuacji, dodając na końcu, że niebezpieczeństwo
przeszło i że w moim obecnym stanie nie ma mowy o powrocie do
więzienia. Życie miało dowieść, że w tym ostatnim
stwierdzeniu się mylił, ale żaden z nas nie mógł o tym
wówczas wiedzieć.
Był 25 grudzień 1981. Patrząc wstecz, muszę
stwierdzić że były to jedne z moich najbardziej udanych
świąt Bożego Narodzenia.
Nie w znaczeniu dosłownym - spędzałem przedtem i potem
święta w górach na nartach, święta łowiąc ryby na
zaśnieżonym jeziorze, inne - nurkując w jeziorach Snowy Mountains w Australii. Ale w tym dniu,
pomimo czarnych chmur nad głową, czułem się nieporównanie
bardziej świątecznie niż kiedykolwiek. Po pierwsze - odczuwałem
sympatię i troskę otoczenia i co najważniejsze była to
sympatia bezinteresowna , czysto ludzka. Była w niej odrobina uznania dla
tego co zrobiłem i co spowodowało moją tutaj obecność.
Po drugie - ten dzień był tak świątecznie rożny od
dnia poprzedniego. I wreszcie po trzecie - moja sytuacja w tym dniu była
dowodem, że pomimo trwającego od prawie dwóch tygodni terroru WRONy
ludzie nie przestali być ludźmi. Ciągle byli zdolni do
wyrażania swoich opinii i uczuć, nawet jeżeli stawiało to
ich i ich kariery na pograniczu niebezpieczeństwa.
W jednym z następnych dni Halina - moja żona - dotarła do
szpitala. Słowo „dotarła” ma swoją wagę. Wymagało to
uzyskania zgody wrogich organów administracyjnych, pokonania trudności
komunikacyjnych - komunikacja prawie nie istniała, a podróże wymagały
przepustek. Obok tego wszystkiego - taszczyła ze sobą imponujące
brzuszysko, w którym kopal żwawo potomek o przyszłym imieniu Dominik.
I wszystko to w imię ograniczonego, godzinnego, spotkania pod nadzorem
czujnych esbeków. Tak więc zespół warunków psychicznych do
rekonwalescencji został zbudowany i rozpoczął się pierwszy
etap tejże rekonwalescencji.
Oczywiście nie obeszło się bez kilku prób pogorszenia tego
dobrego samopoczucia. Pierwsza była spóźniona już nieco
wiadomość, że jeszcze w czasie kiedy ja wojowałem w Stoczni
- władza wymierzyła pierwszego kopniaka mojej rodzinie,
odbierając w pełni opłacone i formalnie przydzielone mieszkanie
spółdzielcze. Aby je uzyskać, zlikwidowałem na rzecz i na
formalne wezwanie Spółdzielni Mieszkaniowej w Jarotach posiadaną
książeczkę mieszkaniową. Była to książeczka
z ponad dwudziestoletnim stażem, przekraczającym wymagany okres
wyczekiwania. Dziesiątego grudnia 1981r. zostałem wezwany do
dokonania przelewu pieniędzy i odbioru mieszkania, co oczywiście
zrobiłem. Niestety transakcja okazała się jednostronna - kluczy
do mieszkania nigdy nie otrzymaliśmy.
Druga
próba była bardziej spodziewana. Trzy dni po przebytym zawale
otrzymałem formalny akt oskarżenia. Zawierał zarzuty
określone przez trzy rożne paragrafy dekretu o stanie wojennym. Dwa z
nich były zagrożone karą śmierci. W obligatoryjnym trybie
doraźnym należało się spodziewać wyroków w
pobliżu górnej granicy. Pan prokurator pofatygował się do
szpitala osobiście w celu uzyskania potwierdzenia odbioru.
Wahadełkiem. Pomimo
tych czarnych chmur nad głową stan zdrowia powoli się
poprawiał. Po tygodniu pozwolono mi, w obu znaczeniach - medycznym i
więziennym - na spacery po korytarzu. Początkowo szło to
trochę opornie, miałem zawroty głowy, pociłem się, drętwiała
lewa ręka. Ale wkrótce poruszałem się dosyć sprawnie.
Oprócz tego miałem dwa zajęcia - czytanie książek i
niepoważne wydawałoby się hobby - ćwiczenia z
wahadełkiem. Moje
„własności” różdżkarskie zostały odkryte przez znanego
radiestetę Trusielewicza, który był w tej dziedzinie znany w kraju i
za granicą. Nigdy nie miałem przedtem czasu na tego rodzaju praktyki,
ale różdżka i wahadełko reagowało w moich rękach
dosyć żwawo. Teraz, mając nadmiar wolnego czasu i potrzebę
odwrócenia uwagi od czarno wyglądającej przyszłości -
zaczynałem od podstaw. Pierwsze wahadełko, zrobione z ugniecionego
chleba i nitki - o dziwo pracowało. Drugie - spiralka zrobiona z
miedzianego drutu pracowało nawet lepiej. Nigdy nie wyszedłem poza
najprostsze ćwiczenia typu odpowiedzi „tak”
i „nie” na zadawane w myśli pytania, ale w tej metodzie uzyskiwałem
zadziwiające i sprawdzalne wyniki - może dlatego, że
podświadomie, w ucieczce przed stressem, wyłączałem
się w tym czasie z myślenia o czymkolwiek innym.
Najpierw praktykowałem z pogodą, próbując
przepowiedzieć czas opadów śniegu. Sprawdzało się w
około 90 procentach. Zadawałem wahadełku również inne,
bardziej istotne pytania, ale tu nie mogłem sprawdzić
prawidłowości odpowiedzi. Dwie uzbrojone funkcjonariuszki
dyżurujące przy moim łóżku przyglądały się
tym praktykom początkowo podejrzliwie a później z rozbawieniem. Z
wymienianych spojrzeń mogłem wywnioskować iż
podejrzewały pozawałowe uszkodzenie mojego mózgu, ale nie było
to dla nich powodem do rozpaczy. Przez zupełnie niespodziewany, tragiczny,
przypadek ich pogodne lekceważenie ustąpiło miejsca zdrowemu
strachowi i w rezultacie ich odwołaniem z tej służby -
przypuszczalnie na własna prośbę.
Zdarzało się, co w mojej sytuacji było raczej
zrozumiałe, że miałem krótsze lub dłuższe okresy
niepokoju. Zawsze były one związane ze świadomym myśleniem
o mojej lub moich bliskich sytuacji i kończyły się jeżeli
potrafiłem skierować moja uwagę w inną stronę. Ów
tragiczny przypadek, pierwszy z serii kilku, miał miejsce w pierwszych
dniach mojego pobytu w Klinice. Leżałem w łóżku, elektrody
monitora EKG ciągle na mojej piersi, i bez zbytniego zapału
obserwowałem ruchy wahadełka. Nagle, bez żadnego powodu i bez
żadnego związku z moimi myślami (praktycznie nie
myślałem o niczym) poczułem silny niepokój. Usiłowałem
się wyłączyć z tego uczucia - ale nie mogłem. Nie
mogąc znaleźć przyczyny zacząłem „pytać”
wahadełka:
-‘Czy
coś się wydarzyło?’
Odpowiedź: - ‘Nie’.
-‘Czy
coś się wydarzy?’
-‘Tak.’
-‘Czy
ze mną ?’
-‘Nie.’
-‘Ze
strażniczkami?’
-‘Nie.’
Rozejrzałem się w poszukiwaniu następnych logicznych pytań.
W tym samym pokoju, oddzielmy parawanem, leżał inny pozawałowy
pacjent. Jego rekonwalescencja przebiegała bardzo dobrze, poruszał
się zupełnie żwawo, od kilku dni golił się sam przed
lustrem nad umywalką. Odwiedzała go rodzina i wszystko
wskazywało że był „na wylocie”.
-‘Mój sąsiad?’
-‘Tak.’
-‘Sprawa zdrowia?’
-‘Tak.’
-‘Pogorszenie?’
-‘Tak.’
-‘Nagłe?’
-‘Tak.’
-‘Poważne?’
-‘Tak’
Ciągle byłem „naukowo” zdziwiony logicznym zachowaniem
wahadełka ale równocześnie zacząłem czuć się
nieswojo. Jako rozrywka zmierzało to zdecydowanie w niewłaściwym
kierunku. Ale po prostu nie mogłem przestać, mój niepokój był
zbyt silny. Zadałem kolejne, ostrożne, pytanie:
-‘Mogę w czymś pomoc?’
-‘Nie.’
Przerwałem na chwilę. Musiałem zachowywać się
nerwowo, bo obie strażniczki przyglądały mi się z
mieszaniną rozbawienia i niepokoju. Wiedziały z grubsza, z moich
informacji, do czego służy mi wahadełko - ale jak
nadmieniłem, uważały to za formę łagodnego pomylenia.
Powróciłem do pytań:
-‘Atak serca?’
Odpowiedź była mało
czytelna, ze skłonnością do ‘tak’.
-‘Śmiertelne?’
-‘Tak.’
‘Umrze?’
-‘Tak.’
-‘Dzisiaj?’
-‘Tak.’
-‘Wkrótce?’
-‘Tak.”
-‘Przed południem?’ (był
ranek)
-‘Tak.’
-‘Kiedy?’ - i mając do wyboru
‘tak’ lub ‘nie’, poprawiłem:
-‘Przed upływem godziny?’
-‘Tak’.
Odłożyłem
wahadełko i próbowałem sobie wytłumaczyć, że to
idiotyczne i że to po prostu jeszcze jedna pomyłka. Ale niepokój nie
ustępował.
- „Co to było - znowu będzie
śnieg?” - to była jedna ze
strażniczek.
Rozmowa wydawała się być tym co może rozproszyć
mój niepokój. Spojrzałem na parawan, za którym szeleścił stronicami czytanej
gazety mój współpacjent i skinąłem ręka aby pytająca
pochyliła się nade mną.
-
„Nie, to poprostu to głupie wahadło powiedziało mi, że
sąsiad za parawanem umrze w ciągu godziny” - wyszeptałem wprost
w ucho. Odsunęła się, spojrzała na mnie z rozbawieniem i
spytała - „Wierzy pan?”
Nie potrafiłem odpowiedzieć. Wierzyłem że nie, ale mój
niepokój przedtem i obecnie był raczej niezwykły. Strażniczka
odeszła i zaczęła szeptać z drugą. Nie pokazała
kółka na czole, ale to musiał być zgodny werdykt, bo
zaczęły się uśmiechać porozumiewawczo.
Pacjent, niestety, umarł przed upływem godziny. Wyszedł w
szlafroku zza parawanu, wyjrzał na korytarz, podszedł do umywalki.
Wyglądał wypoczęty i zadowolony. Pogładził
wcześniej ogoloną twarz i wyszczerzył zęby do lustra.
Następnie sięgnął po szklankę i wypił łyk
wody. Zakrztusił się i zaczął gwałtownie kaszlać.
Po chwili leżał na podłodze w spazmie kaszlu, który
przechodził w rzężenie. Pomoc była natychmiastowa i
trwała około 20 minut. Użyto zastrzyki a na końcu
wstrząsy elektryczne aby przywrócić akcję serca. Bezskutecznie.
Pospiesznie podłączony monitor produkował tylko prostą,
horyzontalną linię.
Mój niepokój w swojej uprzedniej formie ustąpił. Ale czułem
się paskudnie. Wahadełko udowodniło swoją
sprawność, ale wołałbym nigdy nie mieć go w ręce.
Obie strażniczki siedziały blisko siebie, blade i bez słowa.
Obie patrzyły na leżące na moim kocu wahadełko i obie
unikały mojego wzroku. Po chwili jedna, ta do której szeptałem,
pospiesznie wybiegła. Druga wytrzymała kilka minut dłużej
zanim zrobiła to samo. Następnego dnia pilnowało mnie dwóch
mężczyzn. Mundury i pistolety pod pachą były takie same.
Zachowywali się poprawnie i neutralnie. Nie rozmawialiśmy. Po kilku
dniach zostali zastąpieni przez innych.
W ciągu całego czasu spędzonego w klinice, dzień w
dzień moja świta czternastu oddelegowanych esbeków towarzyszyła
mojej „rekonwalescencji”. Wygląda to jak megalomania z mojej strony - ale
rachunek był prosty: dwóch strażników w moim pokoju (początkowo
były to kobiety), po jednym na końcu korytarza mojego piętra, po
jednym w bramach wyjściowych obu klatek schodowych, jeden w zaparkowanym
przed budynkiem samochodzie. Razem siedem - pomnożone przez dwie
dwunastogodzinne zmiany. Mogli mieć innych poza mną podopiecznych -
jeden z pobitych w czasie ulicznych demonstracji studentów umierał w tym
czasie nieprzytomny na korytarzu oddziału, ale myślę że
głównym podopiecznym byłem ja.
Biorąc
pod uwagę mroźną zimę, wyżywienie i otoczenie
pielęgniarek - dla funkcjonariuszy nie powinna to być zła
służba. Ale dokuczał im wyraźny brak sympatii otoczenia. Z
jednym wyjątkiem. Jedna z pielęgniarek, wysoka i przystojna blondynka,
dotrzymywała im towarzystwa znacznie częściej i znacznie
chętniej niż wynikało to z jej obowiązków. Bardzo szybko
pracownicy szpitala i pacjenci zaczęli to dostrzegać. Nikt jej nic
nie powiedział. Ale rozmowy cichły kiedy się zbliżała
i nigdy nie widziałem jej w przyjacielskiej rozmowie czy w żartach z
innymi.
Pomimo znakomitej opieki lekarskiej i szpitalnych warunków poprawa mojego
stanu zdrowia nie postępowała najlepiej. Powody były dwa - mój
status więźnia wraz ze sformułowanymi zarzutami aktu oskarżenia
i szpitalny tryb życia. Brakowało mi świeżego powietrza,
lasu, skutych lodem jezior - miejsc gdzie spędzałem normalnie mój
wolny czas. Mając takie możliwości szybko powróciłbym do
normy. Tutaj do mojej dyspozycji pozostawały dwie uprzednio wymienione
czynności - czytanie książek i wahadełko. Powróciłem
do wahadełka, pomimo pierwszego szoku, stosunkowo szybko. Z ugruntowanym
doświadczeniami zaufaniem do jego „prawdomówności” znajdowałem
odpowiedzi, nie zawsze niestety optymistyczne, na wiele pytań. Wypadek z
przeczuciem śmierci pacjenta powtórzył się jeszcze dwukrotnie,
zawsze poprzedzany przez atawistyczny niepokój i zakończony
precyzyjną w określeniu czasu prognozą. Ale były też
bardziej optymistyczne informacje otrzymywane ta drogą.
Jak już wspomniałem, moja żona była w momencie mojego
aresztowania w ostatnich tygodniach ciąży. Obawiałem się
bardzo o wpływ wszystkich zaistniałych kłopotów na jej stan
zdrowia i przebieg porodu. Informacje do mnie i ode mnie wędrowały
długo, cenzurowane i analizowane przez wielu WRONowskich psychologów. Tak
samo było z wiadomością o urodzeniu dziecka. „Wahadłowałem” więc pracowicie
aby uzyskać prognozę lub potwierdzenie faktu, ale moje emocje
utrudniały sprawę - wyniki były rożne. W końcu 8
stycznia wahadło potwierdziło fakt, datę i nawet wagę - dwa
razy pod rząd. Werdykt brzmiał - chłopiec, urodzony 8 stycznia,
wagi dziś nie pamiętam. Ale minęło kilka dni i nie
otrzymywałem żadnej informacji z domu. Znów wracałem do swoich
guseł i prawie zawsze wynik się powtarzał. W końcu
około 15 stycznia, poprzez lekarza odbierającego telefon,
otrzymałem wiadomość - chłopiec, urodzony 11 stycznia,
oboje OK. Ucieszyłem się bardzo i nie analizowałem dlaczego moja
prognoza była nieprawidłowa - pomyślałem tylko, że w
sprawach osobistych i emocjonalnych wahadełko jest raczej zawodne. Dwa dni
później (!) Halina dotarła do Kliniki - odchudzona i w dobrej formie.
Kiedy zacząłem robić wyrzuty, że powinna ciągle
leżeć a nie wojażować po wojennych ścieżkach pana
Jaruzelskiego - nie rozumiała. – „Przecież to już prawie
tydzień!” była jej zdziwiona odpowiedź.
Okazało się, że wszystkie trzy szczegóły dostarczone
przez wahadełko były prawidłowe. Informacja telefoniczna,
przesłana okrężną droga była niedokładna! Lekarz,
który przekazywał mi telefon i któremu mówiłem wtedy o rzekomej
pomyłce wahadełka,
pamiętał to ale nie był zbyt zdziwiony. Sam parał
się trochę różdżkarstwem i bioprądową terapią,
wiedział jak precyzyjne mogą być uzyskane tą drogą
wyniki. Ja jednak do tej pory mam
wewnętrzne opory przed nadużywaniem tej metody w sprawach osobistych
i emocjonalnych. Prawdę mówiąc, nigdy nie udało mi się
uzyskać takiego stopnia koncentracji i tak dokładnych wyników jak w
owych pierwszych dniach spędzonych w Klinice Akademii Medycznej.
Myślę że zadecydowały o tym przyjazna atmosfera otoczenia i
moja potrzeba ucieczki od realnych problemów powodujących stress.
Koniec sielanki w Akademii nastąpił po dwóch miesiącach. Moi
„prywatni” esbecy - ci pełniący służbę w moim pokoju,
pomimo zachowania typu „swój chłop” nie mogli pochwalić się
żadnymi wynikami - ani wychowawczymi ani wywiadowczymi. Ja po prostu nie
miałem żadnych ukrytych sekretów, a co więcej nie ukrywałem
braku entuzjazmu dla ich obecności.
Myślę że ich jedynym wymiernym sukcesem było uzyskanie
wystarczającej ilości informacji o moim mieniu i samochodzie
pozostawionym w hotelu Monopol i
stanowiącym depozyt Prokuratury Marynarki Wojennej - co
umożliwiło kradzież samochodu z tego depozytu. Tuż przed
zawałem złożyłem wniosek o przekazanie mego Fiata 125P
mieszkającej w Trójmieście żonie jednego z
wspołaresztowanych - celem zabezpieczenia. Później, w Klinice
odwiedził mnie jakiś osobnik, przedstawiający się jako
funkcjonariusz odpowiedzialny za zrealizowanie mojego wniosku i
zażądał upoważnienia do zabrania samochodu syna a nie
żony kolegi. Uzasadnił, że żona nie ma prawa jazdy.
Był on w dobrej komitywie z obu esbekami co wskazywało iż
był im znany (lub że byli wspólnikami). W każdym razie samochód
niezwłocznie po tym zniknął, ku konsternacji Prokuratury
zmuszonej do wypłacenia odszkodowania piec lat później, po
zaciekłych potyczkach przed sadami wszystkich możliwych instancji.
W dniu
22 lutego profesor Leonowicz, po raz pierwszy bez białego fartucha i
świty lekarzy, ale za to w garniturze i krawacie, wszedł do mojego
pokoju. Zmieszany i wzburzony zawiadomił mnie, że pomimo jego i
innych lekarzy protestu Prokuratura wydala nakaz ponownego przeniesienia mnie
do więzienia. Stwierdził, na mój i innych obecnych użytek, że
w sytuacji nie zakończonej i zakłóconej postępowaniem karnym
kuracji pozawałowej stanowi to zagrożenie mojego zdrowia i życia
i że ulega przemocy, na którą nie ma wpływu. Zaskoczony
mogłem tylko podziękować mu za tę wysoce ludzką
postawę i groźne dla jego kariery oświadczenie. Zostałem
przekazany w ręce lekarza wojskowego, majora, kobiety. Po bardzo krótkiej
zwłoce na dopełnienie nielicznych formalności, w których nie
brałem udziału - znalazłem się w sanitarnej nysce, w
otoczeniu uzbrojonej w pistolety maszynowe i broń boczną eskorty. Pani
major była tu tez. Poprzedzani przez gazik z inną, tak samo
uzbrojoną eskorta i z podobnym
gazikiem za nami - ruszyliśmy w nieznane. Pani major, czytająca plik
dokumentów ze wzburzeniem pokazała jeden z nich mówiąc – „Gdybym
znała treść tego, nie brałabym w tym udziału. To jest
świństwo!” Dokument był
świadectwem opuszczenia Kliniki i zawierał medyczne informacje
będące powtórzeniem tego co oświadczył na moje
pożegnanie profesor Leonowicz.
Bydgoszcz. Do celu
dotarliśmy wieczorem. Poprzez stalową więzienną bramę
samochody wjechały na dziedziniec otoczony wysokim murem. Bez żadnych
dalszych formalności poprowadzono mnie na piętro i otworzono drzwi
celi. Wionęło stężonym zapachem chemicznego rozpuszczalnika.
Po chwili drzwi zamknęły się za mną i klucz
zgrzytnął kolejno w dwóch zamkach. Byłem sam.
Cela była duża, z czterema nie zajętymi
łóżkami. Okno szczelnie
zamknięte, ciężkie kraty. Ściany nie więcej niż
kilka godzin przedtem malowane farbą olejną, która do tej pory
spływała łzami rozpuszczalnika i lepiła się do
ręki pod dotknięciem. Smród chemikaliów był niesamowity.
Dziesięć minut po moim wejściu światło
zgasło. Cela była oświetlona jedynie odblaskiem lamp
dziedzińca odbijanym przez mokre ściany. Czułem się podle i
jedynym rozwiązaniem wydawało się pójście do
łóżka. Niestety łóżko przystawione było do mokrej i
cuchnącej ściany, a ja byłem zbyt słaby aby je
przesunąć. Wszedłem pod koc i próbowałem zasnąć,
jednak nadmiar wrażeń i rozpuszczalnik nie pozwalały.
Przeleżałem tak z godzinę i poczułem się
dokładnie tak jak w nocy poprzedzającej zawał. Wstałem i
zacząłem walić w drzwi. Bezskutecznie. Kilkakrotnie
ponawiałem próbę - za każdym razem bez skutku. W końcu
dowlokłem się do łóżka i po jakimś czasie
zacząłem zapadać w coś co było mieszaniną snu i zatrucia.
Kiedy piszę o tym teraz i rozważam wszystkie okoliczności -
nie mogę oprzeć się wrażeniu, że była to pierwsza świadoma i
wyreżyserowana próba pozbawienia mnie życia. Mój stan zdrowia
był w pełni udokumentowany a
zabranie mnie z kliniki oprotestowane przez profesora Leonowicza i
innych lekarzy. Kuracja, zakłócona przez warunki stressowe nie była
zakończona. Dodatkowy szok spowodowany nagłym i niezapowiedzianym
powrotem do warunków więziennych sam w sobie mógł być zabójczy.
W tych warunkach umieszczenie mnie samego w zamkniętej na głucho
celi, o ścianach ociekających rozpuszczalnikiem i farbą
zwiększało to prawdpodobienstwo. Brak reakcji na moje wielokrotne
walenie w drzwi, chociażby ze względu na warunki zabezpieczenia
wiezienia, nie mógł być nie zamierzony - był on
częścią scenariusza.
A wiec ktoś, gdzieś,
zadecydował, że jest to
najlepsze rozwiązanie i zalecił jego realizację. Kto i gdzie?
Nie wiem tego do tej pory. Przed 13 grudnia i później, w stanie wojennym,
nadepnąłem na odciski wielu nietykalnych - czyżby to była
zemsta okrężną drogą? Czy też ten system,
świadomy cienkości wojennych paragrafów i ich wątpliwej
legalności, wołał nie zostawiać potencjalnych
przyszłych wrogów. Może czas lub ktoś z czytających na to
pytanie odpowie.
Przeżyłem. Ranek powitał mnie straszliwym bólem głowy,
gardła i pieczeniem w płucach. Rozpuszczalnik docierał
wszędzie. Ale poza tym i poza zrozumiałą
słabością funkcjonowałem prawie normalnie. Dokwaterowano mi współlokatora - silnie
zbudowanego mężczyznę koło czterdziestki,
łysiejącego ale o zdrowym wyglądzie. W trosce o własne płuca
zdołał on uchylić okno i powietrze zaczęło docierać
do celi. Poza tym farba schła, powoli - ale schła. To schnięcie
trwało około dwóch dni i po tym czasie poprawa była
wyraźna. Wreszcie można było oddychać.
Mój współlokator przedstawił się jako Benek,
więzień od 18 lat, skazany za próbę ucieczki z kraju ze
strzelaniną na granicy. Wyrok 25 lat. Jak głośno deklarował
- nienawidził komunistów i tęsknił do schorowanej staruszki
mamusi. Jego marzeniem życiowym był RKM w ręce i miejsce przed
bramą komitetu PZPR, aby strzelać do wychodzących partyjniaków.
Byłem zbyt zielony w pierwszym dniu aby poznać tą stereotypową
legendę prowokatora, ale tego całego sosu było trochę za
dużo nawet dla zielonego. Trochę dla przekory, a trochę dla
ewentualnego podsłuchu zacząłem go przekonywać, że
komuniści to też ludzie, tylko takie zbłąkane owieczki -
którym trzeba dać możliwość poprawy a nie kulę w
łeb. Bronił swoich przekonań dzielnie - a w końcu
zmienił temat na mamusię - jak to marzy o powrocie do niej i o
spokojnym życiu we dwoje. Uprzejmie nie pytałem go czy mamusia umie
ładować magazynki RKMu i powoli zostawaliśmy przyjaciółmi.
Gdzieś po tygodniu cera pana Benka zaczęła więdnąć,
co wskazywało że więzienny klimat mu nie służy, ale
trwał przy legendzie - a ja przy swoim pełnym zrozumieniu.
Oczywiście nadal nie byłem pewny jego roli - mógł być
świeżo aresztowanym złodziejaszkiem czy sutenerem, ale że
łgał było widoczne. Niemniej
sprawował się na medal - otwierał i zamykał okno, z
codziennych wędrówek do lekarza (więzienie okazało się
Szpitalem Aresztu Śledczego w Bydgoszczy) przynosił cebulę i
nowiny i nigdy w dyskusjach nie był agresywny. W tychże dyskusjach,
odpowiadając na jego marzenia o spokojnym życiu, powiedziałem
że zarekomenduję go pani Lucynie Winnickiej (aktorka - znana z roli
„Matki Joanny od Aniołów”). Pani Lucyna była moją
sąsiadką w Pluskach, gdzie miałem letni domek. Jej hobby
było stworzenie samowystarczalnych „komun” grupujących ludzi
zmęczonych życiem. Jako przewodniczący regionu
„Solidarności” pomagałem jej, przed rokiem, uzyskać miejsce dla
takiej komuny.
Po kilku dniach bomba wybuchła. Oficerem wychowawczym w Areszcie
była siostra mojego kolegi z pracy. Byłem świadomy jej sympatii,
choć nigdy nie wykraczała poza swoje obowiązki. Do tej pory
sympatia przejawiała się na ostrożnym przygotowywaniu mnie do 15
letniego wyroku, który jej zdaniem „jest do przeżycia”. Tym razem, korzystając z braku
świadków zapytała mnie, czy naprawdę nie zdaję sobie sprawy
z roli „pana Benka”. Odpowiedziałem, że częściowo tak. Na
to usłyszałem dobrą i prawdziwą radę, że
muszę być przygotowany na towarzystwo konfidentów tak długo jak
będę w wiezieniu lub nawet dłużej. Następnie opisała
mi kilka najbardziej powszechnych „legend’
i podkreśliła symptom w postaci kuracji lub
obowiązków zapewniających
codzienne lub częste wyjścia z celi. To potem sprawdzało
się zawsze - dzięki jej za to.
Zaraz po tej radzie usłyszałem, że SB przewróciło do
góry nogami warszawskie mieszkanie Lucyny Winnickiej. Pan Benek był
naprawdę sprawny! Musiał
również cos zaimprowizować - gdyż to co usłyszał ode
mnie było wątłym powodem do rewizji - powinni czekać na
więcej.
Od tej pory moja z nim „przyjaźń” opierała się na
bardziej obustronnym zrozumieniu. Wiądł coraz bardziej i gdzieś
po około miesiącu zniknął z horyzontu. Ale przed tym
zaprodukował następny chwyt - usiłował zdobyć pisany przeze
mnie list. Zaczął od tęsknoty do kochanej mamusi i od
zaległości w korespondencji z nią. Bardzo chciałby
napisać list - ale niestety okulary ma w naprawie a bez nich nie
może. Może bym mu pomógł? Przemilczałem, że wczoraj
nawlekał iglę bez okularów i doradziłem pomoc oficera
wychowawczego - gdyż list i tak będzie cenzurowany. Po dwóch dniach
go nie było.
Ale to wszystko były niewinne rozrywki. Prawdziwe problemy
rozwijały się równolegle. Przede wszystkim postępujące
przygotowania do procesu i nieustanny ciężar zarzutów aktu
oskarżenia. Bronić mnie miało dwóch adwokatów - Andrzej
Muża i Stefan Łapicki - obaj z zespołu Nr 6 w Gdańsku.
Podejście do sprawy mieli różne. Muża stawiał na
dopuszczalność moich akcji w świetle przepisów prawa,
Łapicki był gorącym zwolennikiem forsowania mojej
niepoczytalności. Obaj podnosili stan mojego zdrowia jako powód do warunkowego zwolnienia i
opóźnienia rozprawy. Byli zgodni w zamiarze zastosowaniu paragrafu 25/2KPK
przypisującego ograniczona możliwość pokierowania swoimi
czynami. Odmawiałem używania
argumentu niepoczytalności, bo zniweczyłoby to cały sens mojego
działania, ale art 25/2 był do przyjęcia , przy czym
uchylał stan doraźny .
Moja własna interpretacja tego paragrafu jest, że nie ma on nic
wspólnego z moją poczytalnością. Natomiast wprowadzenie stanu
wojennego stworzyło taki zespół warunków, że każdy
posłuszny sumieniu i poczuciu obowiązków moralnych działacz nie
miał wyboru - musiał się stanowi wojennemu sprzeciwić.
Miłośnik zwierząt zaatakowany przez psa nie ma wyboru - bierze
kij do ręki. Nie wiem czy moi obrońcy formułowali to tak samo -
ale ja przedstawiałem ten punkt widzenia przy każdej możliwej
okazji.
Reakcje Prokuratury Marynarki Wojennej na wnioski o uchylenie aresztu ze względu na stan
zdrowia były sadystycznie - humorystyczne. Prokuratura
oświadczała, że wprawdzie stan zdrowia jest krytyczny i areszt
może spowodować pogorszenie lub śmierć - ale
ciężar popełnionych czynów nie pozwala na uchylenie aresztu.
Poza tym zachodzi obawa iż „oskarżony będzie skłaniał
do składania fałszywych zeznań”. Absurd tego argumentu polegał
na fakcie iż moja działalność była w pełni
udokumentowana wydanymi i podpisanymi przeze mnie dokumentami i cały akt
oskarżenia opierał się wyłącznie na owych dokumentach.
Ale Prokuratura była agencją WRON i musiała krakać zgodnie
z instrukcjami.
W każdym razie z aktu oskarżenia zalatywało zapachem
śmierci, co w pełni korespondowało z podobnym zapachem
produkowanym przez Szpital Aresztu Śledczego w zakresie kłopotów ze
zdrowiem.
W
czasie całego pobytu w Areszcie Śledczym w Bydgoszczy,
trwającego z małą przerwą
prawie siedem miesięcy, pozbawiony byłem spacerów. Nie tylko
nie wychodziłem na świeże powietrze, ale nawet na korytarz.
Protesty nie odnosiły skutków - ani moje ani adwokatów. W celach
przestrzeń miedzy łóżkami wynosiła 40-60 centymetrów, posiłki
były jadane na łóżkach.
Pierwszym skutkiem był stopniowy zanik mięsni łydek.
Ciśnienie krwi było bardzo niskie - czasami 90/60 - więc
dotkliwie marzłem. Kłopoty z oddawaniem moczu trwały od dnia
aresztowania, kiedy ta funkcja została
wstrzymana na ponad 12 godzin przez zamkniecie w samochodzie. Paznokcie
i palce nóg zaczęły czernieć - zapewne niedostatek
krążenia przy zbyt niskim ciśnieniu. Lekarze „Szpitala” Aresztu
Śledczego w Bydgoszczy byli wobec tych symptomów całkowicie
obojętni. Ale ja, z w miarę
wysportowanego czterdziestolatka, szybko zamieniałem się w
niedołęgę. Próbowałem się gimnastykować - ale
coraz mniej chętnie. Brakowało powietrza i odpowiedniego
pożywienia.
Jedynym lekiem, który administrowano bez ograniczeń i nawet bez
udziału lekarza, były środki uspokajające. Sądząc
jednak jak łakomie patrzyli na nie więźniowie, nie
wyłączając konfidentów, uprzywilejowany w tej mierze byłem
tyko ja.
Zbudowałem swoista strategie. Zażywałem od czasu do czasu
zalecony roztwór jodku potasu (KJ), 10-15 kropli na kieliszek wody i
brałem bez sprzeciwu inne czerwono-niebieskie i różowo - niebieskie
kapsułki - nigdy ich nie zażywając. Fakt, że hodowałem
jedno-dwu tygodniowy zapas owych „laleczek” musiał być znany -
trzymałem je w szufladzie stolika. Co więcej - konfidenci musieli być
instruowani aby ich nie ruszać - bo nie ruszali. A wiem, że oczy im
się do nich śmiały, piguły były znakomitymi
zamulaczami. Żarli więc dziesiątkami aspiryny, gardany i inne
paskudztwo - ale moje samobójcze zapasy były „tabu”. Co jakiś czas spławiałem, po
kryjomu, zgromadzony zapas do zlewu, budząc nadzieje, podejrzenia i
konsternacje. Snem wiecznym nie zasypiałem - więc chyba ich nie
zjadłem. Być może wyrzuciłem - ale w takim razie po co
gromadziłem zapas budząc ciche nadzieje? Prawdopodobne było że konfident
zeżarł, więc delikwent okresowo miał kłopoty z
tłumaczeniem się..
W końcu cierpliwość czekających na mój przypadkowy lub
samobójczy zgon wyczerpała się i sięgnięto do wypróbowanej
metody pana Adolfa H. znanej z historii i epidemii „zapalenia płuc” w
obozach koncentracyjnych Trzeciej Rzeszy.
W połowie marca zaaplikowano mi
kolejną dawkę kropelek KJ, którą odruchowo
połknąłem. Tyle tylko, że ta dawka nie zawierała
roztworu 15 kropli w wodzie. Zawierała pełny kieliszek czystego jodku
potasu.
Niewielu ludzi zapewne wie jak wygląda umieranie na spowodowane
taką dawką „zapalenie płuc”. Reakcja nie jest natychmiastowa -
symptomy występują po kilkunastu, o ile pamiętam dobrze,
minutach. Symptom jest właściwie jeden - bardzo bolesny i
dławiący obrzęk wszystkich wewnętrznych błon
śluzowych - płuca, przełyk, podniebienie, dziąsła.
Obrzęk postępuje wolno ale do niewyobrażalnego stopnia -
błony śluzowe podniebienia i języka, nawet przy szeroko
otwartych ustach, zaczynają się schodzić, wypełniając
szczelnie jamę ustną. Koniec oddychania.
Wpychanie palców między te dwie poduchy nie pomaga - zwiększa to
jedynie ów knebel. Czytałem kiedyś o traperze, który w ataku
dyfterytu uratował się wpychając w przełyk lufę
sztucera. Sztucera nie miałem ale miałem długopis, którego
obudowę udało mi się złamać. Była za krótka aby
sięgnąć przełyku, ale wciśnięta miedzy język
i podniebienie pozwalała na bardzo ograniczony dostęp powietrza do
tchawicy. Każdy oddech bolał i oczy wyłaziły mi z oczodołów
z braku tlenu. Leżałem na wznak na wyrku, rzężąc przy
każdym oddechu i widziałem nad sobą twarze konfidenta, lekarza
chirurga i chyba pielęgniarki, która popełniła
„pomyłkę”. Nikt praktycznie
nic nie robił. Stali i patrzyli. Nie wiem jak długo to trwało,
ale w pewnym momencie stwierdziłem że oddycham nieco lżej.
Później poczułem że ów zbawczy
złomek długopisu stał się luźny i jakoś
przewróciłem się na bok aby go wypluć. Rozkaszlałem
się przy tym i to było bolesne! Ale żyłem i
oddychałem. Wyglądało że jest 2:0 dla mnie. Nie
wiedziałem jeszcze, że zapewne byłem pierwszym Polakiem, którego
w ten sposób zaszczepiono profilaktycznie przeciwko Czernobylowi ’86.
Na drugi dzień pielęgniarki, która potraktowała mnie
ową trutką, nie było. Mój adwokat, powiadomiony przy okazji
wizyty, chyba zadziałał bo po kilku dniach wylądowałem w
znanym mi Szpitalu Aresztu Śledczego w Gdańsku - wśród
całej bandy solidarnościowców. Największa
przyjemnością były codzienne tu spacery, na które w Bydgoszczy
nie pozwalano. Niestety - pobyt w Gdańsku trwał krotko, zaledwie
kilka tygodni. Powróciłem do Bydgoszczy. Spacery się
skończyły, pielegniarka -
trucicielka była spowrotem.
Trzecia
próba pozasądowego rozliczenia się ze mną miała miejsce
trzy miesiące później:
Była
wiosna. Maj 1982. Piąty miesiąc stanu wojennego w Polsce.
Żeby naprawdę dostrzec urodę słonecznego majowego
poranka nie wystarczy być uczulonym na piękno przyrody -
trzeba zapomnieć jak taki poranek wygląda i odkryć go na
nowo. Byłem do tego odkrycia doskonale przygotowany - pięć
ostatnich miesięcy spędziłem kolejno w zamkniętym i
strzeżonym przez uzbrojonych esbeków pokoju szpitalnym a następnie w
celach więziennych Bydgoszczy i Gdańska. W imię bezpieczeństwa
znajdującego się w stanie wojny z własnym społeczeństwem
Rządu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i jej Siły Przewodniej - nie pozwalano mi opuszczać celi. Takie
rzeczy jak regulaminowy spacer czy czynności poza celą, dostępne
dla normalnych, miłujących ustrój kryminalistów, były mi
zabronione.
Trudno więc się dziwić, że pomimo towarzystwa
uzbrojonych milicjantów i umundurowanej
pielęgniarki, otaczających mnie w więziennej nysce, czułem
się wiosennie i nieomal świątecznie. Byłem wieziony z
więzienia w Bydgoszczy do Kliniki w Łodzi na badania, których głównym
celem miało być wykazanie iż mój stan zdrowia nie stoi na
przeszkodzie działaniom karzącej ręki sprawiedliwości
ludowej. Milicjanci byli młodzi i nie demonstrujący urzędowej
wrogości, pielęgniarka młoda i mila, wczesny, majowy, ranek
słoneczny, na drzewach młode jasno zielone liście.
Mijaliśmy budzące się miasteczka, potem
śpieszących do pracy posępnych ludzi, dzieci idące do
szkoły. Taka oszałamiająca dawka codziennego życia prawie
zapomniananego po miesiącach zamkniętej celi. Po około
pięciu godzinach tej piknikowej
podroży nyska zaczęła się przepychać przez
zatłoczone ulice Łodzi, przystając z konieczności przy
obleganych tłumnie przystankach tramwajowych. Obecność milicji i
więźnia wzbudzała umiarkowane zainteresowanie przechodniów,
przyzwyczajonych do widoków stanu wojennego. Było trochę sympatii w
niektórych spojrzeniach, kilka pokazanych z rękawa “V”, jeden uśmiech
młodej kobiety sponad bukiecika fiołków. Były tez pospiesznie
odwracane spojrzenia tych, którzy bali się przyłapania na nadmiarze spostrzegawczości.
Klinika w Łodzi była otoczona dużym parkiem
z pięknymi starymi drzewami, krzewami i masą
śpiewających ptaków. Ku mojemu zdziwieniu i zadowoleniu nikomu
się nie śpieszyło, po raz pierwszy nie dostrzegałem
demonstracyjnej czujności eskorty, po raz pierwszy oszczędzono mi
parodii bransoletek na rękach.
Wolno, z długimi przerwami, krążyliśmy od oddziału
do oddziału, czekaliśmy w holach i w parku - jednym słowem
sielanka. Dziwna, niezrozumiała sielanka.
Jeżeli dodać do tego, że pielęgniarka w czasie
podroży długo i interesująco opowiadała o fakcie i
przyczynach swojej nienawiści do męża, pułkownika Wojska
Polskiego, interesowała się moim zdrowiem i ewentualna potrzebą
medycznego dozoru w nocy, a milicjanci kupując śniadanie i piwo (!)
dla siebie nie zapomnieli i o mnie - nie wyglądało to prawie jak PRL ‘82. Czułem się
świątecznie i ... nieswojo.
Po okresie podziwiania drzew i ptaków szpitala mimowolnie
zacząłem, trochę
ukradkiem, przyglądać się ludziom. Wyobrażałem
sobie ich życie prywatne, zawód, kłopoty ze zdrowiem które
przywiodły ich do Kliniki -
obserwowałem życie „normalnych” ludzi. Wciągało mnie
to bardziej i bardziej i po okresie błądzenia miedzy wydziałami
zacząłem poznawać kilka osób obserwowanych poprzednio.
Najczęściej pojawiało
się, na drugim planie ale zawsze blisko, kilku błądzących
jak my mężczyzn, w wieku 25-35 lat, wyglądających raczej
zdrowo, czasem z papierosem w ręce, czasem wymieniających spojrzenia,
zawsze unikających wzroku mojej eskorty. Próbowałem ignorować to
spostrzeżenie i kierować moja uwagę na innych, normalnych,
ludzi.
Właśnie nawinął mi się, na dalszym planie, taki
normalny, wyszarzały obywatel. Około sześćdziesiątki,
z bladą zniszczoną twarzą, siwymi włosami i w
przydługim, wyświechtanym płaszczu z dużymi kieszeniami.
„No, ten to ma przynajmniej powód być tutaj” pomyślałem i widząc jego spojrzenie odwróciłem
wzrok. Straciłem go z oczu.
Po chwili dostrzegłem go znowu, z innej strony; nasze spojrzenia znów
się spotkały. Obaj odwróciliśmy wzrok. Trzeci raz dostrzegłem go kątem
oka, z boku, przechodzącego bardzo blisko i jak mi się wydawało
patrzącego na mnie. Zmusiłem się do nie patrzenia wprost, ale
ciągle widziałem go i czułem jego wzrok. Czyżby
znajomy? Miałem kilka publicznych
spotkań przed stanem wojennym, występowałem w telewizji,
mógł mnie poznać...
Zniknął mi z pola widzenia na około dziesięć
minut, ale ciągle byłem zaintrygowany. Kiedy znów zobaczyłem go
kątem oka, za plecami innych ludzi,
patrzącego w moja stronę, zacząłem, nie
okazując tego, utrzymywać go w polu widzenia. Zmieniał miejsce i
raz przeszedł bardzo blisko, znów patrząc na mnie. Spojrzałem mu
przelotnie, starając się nie demonstrować zainteresowania,
prosto w twarz. Była absolutnie beznamiętna, z jasno szarymi lub
szaro niebieskimi, pozbawionymi wyrazu ale bardzo zimnymi oczami.
„Jak wąż” pomyślałem i wzdrygnąłem
się. Podobnie jak ja nie skoncentrował wzroku, ale wiedziałem
że patrzył na mnie. Znów straciłem go z oczu.
Jeden z milicjantów spojrzał na zegarek -
„Mamy pół godziny czasu, chodźmy na dwór, szkoda
słońca”. Prowadził tym
razem w kierunku odległej części parku, w stronę ławki
pod dużym drzewem, tuż przy ogradzającej klinikę wysokiej
siatce. Reszta eskorty zatrzymała się gdzieś po drodze i
usiedliśmy na ławce tylko we dwóch. To było miłe miejsce,
wiosna, więc odprężyłem się zupełnie i
zacząłem słuchać ptaków. Dokoła nie było
żywej duszy, tylko po drugiej stronie drzewa coś poruszyło
się z szelestem w krzakach.
W odróżnieniu ode mnie, milicjant nie był odprężony. Nie
zachowywał się niespokojnie ale w jego sylwetce było jakieś
napięcie. Miał też drobne kropelki potu nad górną
wargą, uzasadnione zapewne, jak pomyślałem, mundurem i ciepłym wiosennym
słońcem.
Jakby potwierdzając moją myśl przeciągnął
się, rozpiął kilka guzików bluzy a po chwili zdjął pas
z ciężką kaburą pistoletu. Powoli przewiesił pas przez
oparcie ławki pomiędzy nami i zaczął opalać twarz.
Wiercił się trochę nerwowo, ale trwał w tej demonstracyjnie
relaksowej postawie około dziesięciu minut. W końcu wstał, mruknął: -
„chodźmy” i nie czekając na mnie ruszył w stronę budynku. Z humorem
zarejestrowałem - ‘zapomniał
armatę’ - i odruchowo
pomyślałem o podaniu mu pasa. Było mi tu jednak tak dobrze,
że powstrzymałem odruch i leniwie czekałem aż wróci po obie zguby -
więźnia i pistolet.
Za drzewem znów zaszeleściło. Spojrzałem dookoła i po
raz pierwszy zauważyłem dużą dziurę w siatce, miedzy
moją ławką i drzewem. Nie wyglądała na zbyt
starą, rozepchaną przez użytkowników. Nie było też
wyraźnej ścieżki przez gęste krzaki za dziurą. Coś tu nie pasowało: -
oddalający się milicjant, „zapomniany” pistolet, szelesty za drzewem.
Nie miałem jeszcze pełnego obrazu jaki jest powód zbiegu tak wielu
dziwnych okoliczności ale poczułem się nieswojo.
Wstałem bardzo wolno odstępując krok w lewo, oddalający
mnie od kabury i dziury w płocie. Wolno zrobiłem kilka kroków w
stronę ciągle oddalającego się milicjanta i
zawołałem – „Hej, nie zapomniał pan czegoś?” . Zatrzymał się w pół kroku i
wolno, bardzo wolno, odwrócił się do mnie, patrząc jednak nie na
mnie ale w kierunku „naszego” drzewa... Był bardzo blady. Odwróciłem
się, równie wolno jak on, ale
wystarczająco szybko aby spostrzec stojącego za drzewem, z ręka
w przepastnej kieszeni płaszcza, mojego „schorowanego staruszka” o zimnym
wzroku. Tym razem jego wzrok koncentrował się na mnie. Oczy były
nadal zimne - ale tym razem nie
były bez wyrazu - miał wzrok wygłodniałego i zawiedzionego
grzechotnika.
Reszta dnia upłynęła normalnie, badania przebiegały
szybko i sprawnie. Noclegu w Klinice, prawdę mówiąc nie
pamiętam, spałem bez opieki sanitariuszki.
Pogoda na drugi dzień, kiedy wracaliśmy do Bydgoszczy, była
równie piękna. Tylko rozmowa się nie kleiła i nie było
już wspólnego śniadania z eskortą. Cela więzienna, wraz
z dokwaterowanym zwyczajowo konfidentem,
wydala mi się prawie domowo przytulna. Na dworze ciągle był maj
i wiosna.
Opis wydarzenia jest wierny. W odróżnieniu od dwóch uprzednio
opisanych prób, w których zarówno okoliczności jak i szkodliwy dla mego zdrowia
wynik były widoczne i namacalne - tutaj
możemy się jedynie domyślać zamiaru. Pułapka
była ewidentna - ale co było planowane? - Zastrzelenie w czasie próby
ucieczki? - Zastrzelenie podczas zamiaru zawładnięcia
bronią? - Zatrzymanie po zabójstwie
funkcjonariusza (grzechotnika lub milicjanta można było dla dobra
sprawy poświęcić)? A może po prostu był to eksperyment
psychologiczny? Diabli i organizatorzy wiedzą. Ale oczy owego
podstarzałego grzechotnika mi się nie podobały. Ręka w
kieszeni też nie.
Następne dwa miesiące przebiegały monotonnie. Ciągle
dokuczał brak spacerów - to miało trwać aż do czasu
opuszczenia Bydgoszczy. Wszelkie interwencje adwokatów, lekarzy i rodziny w tej
sprawie były bezskuteczne. Przygotowania do procesu postępowały.
Otrzymałem ostateczną wersję aktu oskarżenia, która
zasadniczo nie różniła się od pierwszej. Zaistniały
równocześnie dwa wydarzenia. Pierwsze, istotne, uchylenie trybu
doraźnego po uznaniu przez Prokuraturę Marynarki Wojennej, iż
miałem ograniczone możliwości pokierowania swoim
postępowaniem - czyli że zaistniały okoliczności
przewidziane w paragrafie 25.2 KK. Drugie wydarzenie raczej humorystyczne -
milicja w Olsztynie dostarczyła nowy dokument procesowy - moją „opinię
środowiskową”. Osoba, która
ją sporządzała musiała posługiwać się
szablonem typu „jak wygląda typowy kryminalista". A więc
byłem alkoholikiem (w rzeczywistości nie piję, co raczej
utrudniało moje życie towarzyskie w
PRL), i miałem oczywiście zakonspirowaną kochankę -
co było prawie bliskie prawdy. Od pełnej prawdy dzieliły
opinię dwa fakty - “zakonspirowana kochanka” była od pół roku
moja prawowitą żoną a poza tym
nie była osobą, której nazwisko podawano w opinii. Moja
żona mieszkała we wspólnym mieszkaniu z młodym
małżeństwem - i gorliwy redaktor
opinii podał pierwsze nazwisko jakie mu się nawinęło - a
wiec zamężnej sąsiadki. Nie wiem czy był to dla niej powód
do politycznej nobilitacji - byłem przecież chwilowo wrogiem
publicznym numer 1, czy też do podbitych oczu - małżonek
mógł uwierzyć. Ale może państwo Szulowie nie mieli
pojęcia o co panią Krystynę pomawiano, czyli że była
to fałszywa informacja wyłącznie na użytek sądu.
Oczywiście moi obrońcy podnieśli absurdalność
całej opinii, zarzucając tendencyjność procesu. Sąd
odpowiedział spokojnie iż prawda jest w moim przypadku nieistotna -
odpowiadam wyłącznie za czyny popełnione po 13 grudnia a nie za
„moje wybryki” przed tą datą. Tym samym zignorowany został
zarzut fałszowania faktów przez oskarżenie i sprawę uznano za „niebyłą”.
Co się stało z oryginałem dokumentu - nie wiem. Prawdopodobnie
został przechowany na użytek jakiegoś przyszłego
postępowania , które w tym systemie zawsze było prawdopodobne.
Datę procesu wyznaczono na 29 lipca. Miała to być sesja
wyjazdowa Sądu Marynarki Wojennej, odbywająca się w siedzibie
Sadu Wojewódzkiego w Bydgoszczy. Dzień procesu rozpoczął
się wizytą starszego wiekiem sądowego lekarza wojskowego, który
przeprowadził szereg badań, z EKG włącznie. Nie mówił
wiele, ale kręcił głowa i klął pod nosem. W końcu
poinformował mnie abym się nie obawiał - będzie wraz z
personelem i sprzętem reanimacyjnym obecny na rozprawie i w razie potrzeby
udzieli mi natychmiastowej pomocy. Ostrzegł abym się nie unosił
i nie denerwował (!) a wszystko powinno być OK.
Następnie dostarczono mi przywiezione przez żonę cywilne
ubranie, od którego już odwykłem. Na szczęście Halina nie
wykroczyła poza spodnie i koszulę - tak że nie musiałem
okazywać sadowi szacunku ubierając garnitur i krawat.
Rozprawa rozpoczęła się z nieznacznym opóźnieniem. Sala
rozpraw była bardzo mała. Znaczna część miejc
przeznaczonych dla publiczności wypełniali esbecy - co było
typową metodą ograniczania liczby innych obecnych. Oprócz nich i
mojej żony było kilku dziennikarzy, z których znałem tylko
jednego - Zemanowicza z „Gazety Olsztyńskiej”. Skrzętnie unikał
mojego wzroku - był służbowo, gazeta była organem PZPR w
Olsztynie. A poza tym był znaną mendą.
Rozprawa rozpoczęła się odczytaniem aktu oskarżenia,
którego treść, w mojej opinii, jest warta przytoczenia w
całości. Oryginalna, posiadana przeze mnie kopia, opatrzona
oryginalnymi pieczęciami i podpisami jest w pełni czytelna, ale z
uwagi na bardzo kiepską jakość papieru i mało kontrastowy
tekst maszynopisu - jej fotokopie są mało wyraźne. Przytaczam
więc jej pełny odpis, zachowując oryginalna strukturę
tekstu i zawarte w nim błędy maszynopisu:
-------------------------------------------------------------------------------------
pieczęc : PROKURATURA
MARYNARKI WOJENNEJ
ul.
Sienkiewicza 1
81-912
Gdynia
Pm.S1.II-5/81
A K T O S K A R Z E N
I A
przeciwko:
Mirosławowi Krupińskiemu s.Teofila, podejrzanemu o
popełnienie przestęp - stwa z art. 46 ust. 1 i 2 oraz art 48 ust. 1,
3 i 4 dekretu z dnia 12.12.1981 r. o stanie wojennym,
o s k a r z a m :
Mirosława Krupińskiego s Teofila i Heleny z d.
Kondrackiej, ur 8.09.1939 r w
Swiniuchach /ZSRR/, narodowości i obywatelstwa polskiego, żonatego,
ojca trojga dzieci, zam. W Olsztynie, ul. Zbożowa 32, o wykształceniu
wyższym, z zawodu inżyniera instalacji sanitarnych, ostatnio
zatrudnionego na stanowisku wiceprzewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ
“Solidarność”, pochodzenia społecznego inteligenc- kiego, bez
majątku, orderów i odznaczeń, plut. pchor. rezerwy, członka NSZZ
“Solidarność”, sądownie nie karanego, tymczasowo aresztowanego
na mocy postanowienia Prokuratury Marynarki Wojennej w Gdyni z dnia 16.12.1981
r., o to, że :
1.
będąc wiceprzewodniczącym Komisji Krajowej NSZZ
“Solidarność”, którego działalność w czasie trwania
stanu wojennego została zawieszona, nie odstąpił od udziału
w działalności tego Związku przez to, ze w dniach 13-15.12.1981
r w Gdańsku, jako przewodniczący Krajowego Komitetu Strajkowego z
siedzibą w Stoczni Gdańskiej
im. “Lenina” organizował strajk generalny,
-- tj.
o popełnienie przestępstwa z art.46
ust. 1 i 2 dekretu z dnia 12.12.1981 r o stanie wojennym -
2.
będąc wiceprzewodniczącym Komisji Krajowej NSZZ
“Solidarność” oraz przewodniczącym Krajowego Komitetu
Strajkowego z siedzibą w Stoczni Gdańskiej im. “Lenina” podczas obowiązywania stanu
wojennego dnia 15.12.1981 r w celu
osłabienia gotowości obronnej PRL sporządził i podpisał do rozpowszechnienia “Apel”
skierowany do stoczniowców, gdańszczan i żołnierzy W.P.,
Oświadczenie” i inne pisma zawierające wiadomości mogące
gotowość te osłabić,
a także fałszywe wiadomości, które wywołały niepokój
publiczny i rozruchy,
-- tj. o
popełnienie przestępstwa z art. 48 ust. 1, 3 i 4 dekretu z dnia
12.12.1981 r. o stanie wojennym --
Stosownie do treści art. 21 par 1 kpk
w zw. Z art. 565 pkt. 3 kpk w zw. Z art. 1 ust. 1 pkt. 9 i art. 2 z dekretu z
dnia 12.12.1981 r. o przekazaniu do właściwości sądów
wojskowych spraw o niektóre przestępstwa oraz zmianie ustroju sądów
wojskowych i wojskowych jednostek organizacyjnych Prokuratury PRL w czasie
obowiązywania stanu wojennego /Dz.U. Nr 29/81 poz. 157/
właściwym do rozpoznania niniejszej sprawy jest Sad Marynarki
Wojennej w Gdyni.
U Z A S A D N I E N I E
Mając
na uwadze zagrożenie najistotniejszych interesów państwa i narodu w
celu przeciwdziałania dalszemu obniżaniu dyscypliny i rozrywaniu
więzi społecznych oraz dla stworzenia warunków skutecznej ochrony
ładu i porządku publicznego także zapewnienia ścisłego
przestrzegania przepisów prawa i stworzenia warunków do wyjścia z kryzysu ekonomicznego, Rada
Państwa PRL uchwałą z dnia 13.12.1981 r wprowadziła na
terytorium kraju stan wojenny.
Z
chwila wprowadzenia stanu wojennego w ośrodkach masowego przekazu; radiu,
telewizji i prasie wielokrotnie podawano do wiadomości postanowienia
dekretu Rady Państwa z dnia 12.12.1981 r. o stanie wojennym i przepisów
wykonawczych, mocą których zawieszona została
działalność wszelkich związków zawodowych, prawo do
strajku, jak również objęto zakazem rozpowszechnianie ,
sporządzanie, gromadzenie, przechowywanie, przewożenie,
przenoszenie i przesyłanie w celu
rozpowszechnienia wszelkich wiadomości mogących osłabić
gotowość obrony PRL, jak również fałszywych wiadomości
mogących wywołać niepokój publiczny lub rozruchy.
Podejrzany Mirosław Krupiński w
NSZZ “Solidarność” pełnił funkcje wiceprzewodniczącego
Komisji Krajowej i w okresie poprzedzającym wprowadzenie stanu wojennego
przebywał i prowadził działalność związkową
w Gdańsku.
W dniu 13.12.1981 r
po powzięciu wiadomości o wprowadzeniu na terytorium kraju
stanu wojennego Mirosław
Krupiński nie podporządkował się
obowiązującym zakazom i
nakazom, a niezwłocznie udał się do Stoczni im. “Lenina" w
Gdańsku, gdzie pozostawał do 16.12.1981 r intensywnie kontynuując działalność
związkową głownie poprzez inspirowanie, organizowanie i
koordynowanie wszelkich akcji strajkowych, protestacyjnych i
propagandowo-informacyjnych na terenie województwa gdańskiego skierowanych
przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego.
I tak po przybyciu na teren Stoczni Gdańskiej im. “Lenina” Mirosław
Krupiński stworzył calą strukturę komitetów strajkowych,
sam natomiast stanął na czele
Krajowego Komitetu Strajkowego jako jego przewodniczący. Działalność
Krajowego Komitetu Strajkowego skierowana była na skłonienie ludzi
pracy do podjęcia strajku generalnego w kluczowych obiektach gospodarczych
województwa gdańskiego, a następnie rozszerzenie tej akcji na
cały kraj.
Realizując zamierzony cel Mirosław Krupiński
podpisał Komunikat nr 1 z dnia 13.12.1981 r, w którym proklamował strajk
generalny. Komunikat i inne pisma drukowane w zorganizowanej bazie
poligraficznej rozpowszechniano w Gdańskiej Stoczni im. “Lenina” i innych
zakładach pracy Trójmiasta. Treść ich podawano również do
wiadomości załogom poprzez
zakładowe urządzenia nagłaśniające.
W wyniku tych poczynań doszło do przerwania pracy i
proklamowania strajków okupacyjnych w wielu kluczowych zakładach,
wśród których przykładowo można wymienić; Stocznie
Gdańska im. “Lenina”, Stocznie im. Komuny Paryskiej” w Gdyni,
Gdańskie Zakłady Rafineryjne, Gdańska, Stocznie Remontowa,
Stocznie Północną, Zarząd Portu w Gdańsku i Fabrykę
Przekładni Samochodowych “Polma” w Tczewie.
Po szeregu wezwaniach władz o
zaprzestanie działalności sprzecznej z prawem Mirosław
Krupiński i podległe mu Komitety Strajkowe nie podjęły
jakichkolwiek przedsięwzięć, które rozładowałyby
nabrzmiała sytuację, a wręcz przeciwnie zaktywizowali nacisk
propagandowy na cześć strajkujących załóg.
Z kolei w dniu 15.12.1981 r Mirosław
Krupiński w celu osłabienia gotowości obronnej PRL
sporządził i podpisał do rozpowszechnienia “Apel” do
stoczniowców, gdańszczan i
żołnierzy WP oraz ogłosił “Oświadczenie”, w którym
nawoływał do kontynuowania strajków, nie opuszczania zakładów
pracy dobrowolnie oraz wzywał żołnierzy WP wykonujących
zadania porządkowo-ochronne do nieposłuszeństwa. Wymienione
dokumenty zawierały wiadomości mogące osłabić
gotowość obronną PRL, jak również fałszywe wiadomości, których rozpowszechnianie w
dniach 16 i 17.12.1981 r na terenie Gdańska doprowadziło do wywołania
niepokoju publicznego i rozruchów.
Ponieważ opisana
działalność Mirosława Krupińskiego wyczerpała
ustawowe znamiona przestępstw określonych w art. 46 ust. 1 i 2 oraz
48 ust. 1, 2 i 4 dekretu z dnia 12.12.1981 r o stanie wojennym – przedstawiono
mu stosowne zarzuty.
Przesłuchany w charakterze podejrzanego Mirosław
Krupiński nie przyznał się do popełnienia zarzucanych mu przestępstw i
wyjaśnił miedzy innymi, że działalność jego
była legalna, stanowiła
wykonywanie wcześniejszych uchwał oraz uprawnień statutowych
NZSS “Solidarność”
W przyjętej linii obrony Mirosław Krupiński
dal wyraz negacji wprowadzonego na mocy dekretu z dnia 12.12.1981 r o stanie
wojennym porządku prawnego, bowiem wbrew zakazowi w swoich poczynaniach
znacznie wykroczył poza kontynuowanie działalności
związkowej godząc w konsekwencji również w gotowość
obronną PRL oraz spokój i bezpieczeństwo publiczne.
Za taką oceną działalności
Mirosława Krupińskiego prze - mawiają materiały
dowodowe zebrane w toku śledztwa, a
w szczególności treść sporządzonych, podpisanych i
rozpowszechnionych dokumentów.
Przestępstwa jakich dopuścił się
Mirosław Krupiński po wprowadzeniu stanu wojennego
charakteryzują się dużym ładunkiem społecznego
niebezpieczeństwa gdyż w wyniku zorganizowanych strajków i akcji
propagandowych doprowadziły do znacznych strat ekonomicznych oraz
spustoszenia obywatelskiej świadomości części ludzi
pracy zwłaszcza młodych.
Stanowiły one przedłużenie konfrontacyjnej linii polityki
kierownictwa NSZZ “Solidarność” kwestionującej w tym przypadku
konstytucyjne uprawnienia Rady Państwa PRL oraz zmierzające do
wymuszenia na władzach ustępstw sprzecznych z interesami państwa
i społeczeństwa.
W tym stanie rzeczy wniesienie przeciwko
Mirosławowi Krupińskiemu aktu oskarżenia jest w pełni
zasadne.
I
WEZWANIU NA ROZPRAWĘ PODLEGAJĄ:
1. Podejrzany: Mirosław
Krupiński - Areszt Śledczy
w Bydgoszczy /Szpital/ /k.14-17 ,219, 223/
2. Świadkowie:
1 . Klemens Gniech - Gdańsk
ul. Abrahama 39d/k45/
2. Jan Zapalnik - Gdańsk - Wrzeszcz ul
Kościuszki 18/2
II.
DOWODY RZECZOWE
1. oświadczenie /k.3 i 5/
2. komunikat nr 1 /k6 i 9/
3. apel
/k7/
4. komunikat nr 5 /k35 i 130/
III.
DO UJAWNIENIA NA ROZPRAWIE
1.
protokół przeszukania
/k1/
2.
karta zatrzymania osoby
/k11/
3.
dane o karalności /k10/
4.
wywiad środowiskowy
/k34-37/
5.
świadectwa lekarskie
/k38, 70, 84/
6.
postanowienia /k41, 42, 59, 63, 78, 100, 118, 142
159, 170, 199/
7.
orzeczenie komisji lekarskiej
/k 62/
8.
notatka służbowa
/k91/
9.
pismo Kliniki Chorób Serca /k107/
10.
opinie sądowo psychiatryczne /k108-116 i 178-191/
11.
opinie psychologiczne
/k117 i 194-196/
12.
informacja /k126-128/
13.
sprawozdanie /k134-136/
Akt oskarżenia sporządzono dnia 9 lipca 1982 r.
Pieczątka okrągła z orłem:
PROKURATURA MARYNARKI
WOJENNEJ
pieczątka:
Wiceprokurator
Prokuratury Marynarki Wojennej
(podpis nieczytelny)
(-) kmdr por. mgr Paweł EJSMONT
U W A G I :
-
przestępstwo popełniono w dniach 13-15.12.1981 r.
-
śledztwo rozpoczęto w dniu 16.12.1981 r.
-
zarzuty przedstawiono w dniu 16.12.1981r.
- tymczasowe
aresztowanie zastosowano 16.12.1981 r.
-
śledztwo zamknięto 28.12.1981 r.
-
śledztwo zwrócono do uzupełnienia 30.04.1982 r
-
zarzuty uzupełniono 25.06.1982 r.
-
śledztwo zamknięto 3.07.1982 r.
PE/UN
-------------------------------------------------------------------------------------
W porównaniu z pierwszym aktem oskarżenia, otrzymanym w klinice 28
grudnia 1981 - paragrafów było więcej
- nowe pojawiły się po
zwróceniu materiałów „do uzupełnienia” w kwietniu 1982. Materiał
dowodowy nie uległ zmianie - całość oskarżenia
opierała się na opublikowanych przeze mnie dokumentach i moim
oświadczeniu złożonym w dniu aresztowania. Znikło jedynie z
widoku publicznego moje oświadczenie o nielegalności stanu wojennego.
Prokurator nie dodał nic w tym
wstępnym oświadczeniu. Moich dwóch obrońców zajęło
rożne stanowiska - mecenas Łapicki nie negował
sformułowań zarzutów i wnosił jedynie o łagodny wymiar
kary, Andrzej Muża kwestionował przestępczy charakter
popełnionych czynów i wnosił o uniewinnienie. Zaczęły
się przesłuchania.
Jedyne
istotne postawione mi pytania były: czy wiedziałem o wprowadzonym
stanie wojennym i jego prawach i dlaczego się do nich nie
zastosowałem. Na obydwa odpowiedziałem zgodnie z prawdą:
O stanie wojennym wiedziałem, nie miałem wątpliwości co
do srogości jego kar - ale zapoznawania się z detalami dekretów i kar
świadomie unikałem, aby nie osłabiać własnej woli
zgodnego z sumieniem i obowiązkiem
wobec ludzi działania.
Działanie było moim
obowiązkiem. Pozbawieni kierownictwa ludzie mogli wyjść na
ulice, zaatakować komitety, ulec prowokacji. Groziło to powtórzeniem
krwawych zajść Poznania, Budapesztu i Gdańska z lat
ubiegłych. Jedynym ratunkiem przed rozlewem krwi na ulicach było
utrzymanie ludzi w zakładach pracy - co skutecznie uczyniłem. Uśmierzanie reakcji
społeczeństwa na fakt aresztowania ich legalnie
działających przywódców nie miało szans powodzenia a poza tym
moje własne poglądy nie odbiegały od poglądów tego
społeczeństwa. Uważam że moim obowiązkiem było
uchronić ich przed masakrą. Biorąc pod uwagę iż
sąd był wojskowy - zapytałem jak tenże sąd
oceniłby kapitana okrętu, który wezwany do kapitulacji dalby nura za
burtę, pozostawiając pod
ogniem walczącą, pomimo braku szans, załogę.
Przesłuchanie świadków oskarżenia nie wniosło nic
nowego i chyba zawiodło oczekiwania oskarżenia. Świadkowie
musieli we wstępnym przesłuchaniu przypisywać mi cos więcej
- gdyż inaczej nie było powodu przypozywać ich na salę
rozpraw. Tutaj jednakże byli raczej świadkami obrony.
Klemens Gniech, jeden z dyrektorów Stoczni imienia Lenina, zeznał
zgodnie z prawdą, że organizacja strajku zapewniała ochronę
zakładu i że ludzie nie byli zmuszani przez Komitet Strajkowy do
uczestnictwa w akcji protestacyjnej. Podkreślił również, że
nie używano w stosunku do niego żadnych nacisków ani przymusu.
Drugi świadek oskarżenia, niewielki i wyraźnie przestraszony
swoją rolą człowieczek, Jan Zapalnik, w drodze na miejsce
zeznań, odwrócił się na chwile plecami do sądu aby po
kryjomu, na wysokości brzucha, pokazać mi palce w geście „V”,
który to gest w początkach ruchu był symbolem walczącej
„Solidarności”. Gest ten rozczulił mnie i rozśmieszył - bo
jak wspomniałem większość miejsc publiczności
zajmowali esbecy, w których stronę świadek sygnalizował. Mam nadzieję,
że nic go to później nie kosztowało. Jego zeznania były tak
pochlebne dla moich „patriotycznych poczynań”, że w pewnym
momencie prokurator zapytał go
dlaczego we wstępnych przesłuchaniach zeznawał inaczej. „Bo
byłem przestraszony i zdenerwowany” zeznał świadek i prokurator
pospiesznie zaniechał dalszych pytań.
Świadków wnioskowanych przez obronę sąd nie
dopuścił - uznając iż ich zeznania adresowane są do
mojej „przedprzestępczej działalności”, czyli żę nie
są istotne dla sprawy.
Największym zaskoczeniem było końcowe wystąpienie
prokuratury. Prokurator oświadczył, że w świetle przedstawionych informacji oskarżenie
odstępuje od trzech najbardziej drastycznych paragrafów - tych o
działaniu na szkodę obronności kraju i o wzbudzaniu niepokojów
publicznych. „Zgadzam się, iż być może oskarżony
Krupiński uratował Gdańsk od rozlewu krwi” stwierdził ku
zdziwieniu sali prokurator. Po czym, ku kolejnemu zdziwieniu,
zakończył: - “ale oskarżony naruszył prawa stanu wojennego
i dlatego prokuratura wnosi o karę cztery
plus cztery, w połączeniu sześć lat pozbawienia
wolności”.
Sąd zarządził przerwę, w czasie której lekarz wojskowy
przeprowadził badania z EKG włącznie. Ja byłem
zmęczony, ale sala podniecona niezwykłym oświadczeniem
prokuratora. Milicjant z mojej eskorty z uśmiechem zaprorokowal - “jutro
pan wraca do domu” - ale ja byłem zbyt zmęczony aby o tym
myśleć.
Wyrok brzmiał - trzy i pół roku pozbawienia wolności, z
zaliczeniem okresu tymczasowego aresztowania. Pozostawało wiec 34
miesiące. Biorąc pod uwagę prognozy pani oficer wychowawczy,
która przygotowywała mnie do wyroku 15 lat i prognozy adwokata
Łapickiego, który rozważał 10 lat w kategoriach sukcesu obrony -
było to mało. Ale w świetle oświadczenia prokuratury o
uratowaniu Gdańska od rozlewu krwi - to był nóż w plecy.
Wszystko to w imię „praw stanu wojennego”, których daty wprowadzenia
były cytowane sprzecznie z sobą nawet w kolejnych paragrafach aktu
oskarżenia.
Musze przyznać, że pomimo tego wyroku postawa prokuratora
zrobiła na mnie wrażenie. Takie oświadczenie w czasie terroru
stanu wojennego wymagało odwagi. Gdyby taką samą odwagę
wykazał sąd i dopatrzył się oczywistej niezgodności
pomiędzy wnioskowaną karą i wynikiem „przestępstwa” -
wyszedłbym z rozprawy wolny, jak prorokował milicjant. Ale los i WRON
chciały inaczej. Zostałem skazany „bo naruszyłem dekrety stanu
wojennego”. Czy „dekrety” te rzeczywiście były prawnie
obowiązujące - to inna sprawa, wyjaśniona wiele lat
później.
W dalszym postępowaniu prokurator wykazał konsekwencję. Kiedy
obrona wniosła rewizją od
wyroku do Izby Wojskowej Sadu Najwyższego - prokurator, pomimo iż
wyrok był niższy niż
wnioskowany, rewizji nie
wniósł. Inna sprawa - rewizja obrony nie przyniosła zmiany wyroku.
Ale o tym dowiedziałem się znacznie później - bo dopiero w
połowie września 1982.
Po rozprawie i nieprawomocnym jeszcze wyroku (odwołanie obrońców)
fizycznie moja sytuacja nie uległa zmianie - ta sama cela, nadal
pozbawiony spacerów, nadal współlokator konfident. Ci zmieniali się
dosyć regularnie. Po pierwszym, „panu Benku”, który wnosząc z faktu że źle
znosił warunki aresztu był raczej oddelegowanym esbekiem - pojawili
się następni.
Drugim był Bernard Szynwelski,
złodziej, narkoman i - wnosząc z jego opowieści - zboczeniec
pedofil. Myślę, że ten działał opłacony
oddelegowaniem do aresztu, dostępem do najtańszych „zamulaczy” jak
tabletek aspiryny, środków uspokajających i „czaju” -
stężonego wywaru herbaty, który w więzieniu był popularny. Pomimo wyraźnych, spotęgowanych
narkotykami cech psychopaty - był cwany.
Prowadził rozległą korespondencję (inny przywilej
konfidenta), głownie z kobietami, które naciągał na paczki i
pieniądze. Jedna romantyczna brzydula, półślepa, w grubych
okularach krótkowidza, odwiedzała go w więzieniu. Planowali
małżeństwo, ale „pan Benek II” miał co innego na widoku, z
czym w chwilach zamulenia zdradzał się otwarcie. Narzeczona
miała dużą gospodarkę gdzieś na południu Polski -
i dwoje dzieci, nastolatków. I o tej dwójce dzieci marzył głośno
zamulony Benio pedofil. Pisał więzienno cwaniackie listy do
narzeczonej, prosił aby na wizytę przyjechała z dziećmi i
wpadał po wizycie w furię jeżeli odwiedziła go sama.
Pisał zresztą do każdego kogo mógł naciągnąć.
Odpisał po kryjomu adresy z przychodzących do mnie listów i wkrótce
jego listy „biednego, uwięzionego Solidarnościowca, który opiekuje
się ciężko chorym Mireczkiem” dotarły do mojej żony i
do siostry. Obie mogły zrozumieć prośbę o pieniądze,
ale były zdziwione powtarzającymi się prośbami o duże
ilości herbaty, którą Benio regularnie się zamulał. Listy
te docierały do mojej siostry przez kilka kolejnych lat, nawet kiedy
już byłem na wolności. Kiedy przesłałem je do
Prokuratury w Olsztynie z prośba o interwencję - odpisano mi, że
nic nie mogą zrobić bo to jest „korespondencja i inicjatywa
adresatki".
Biedny wykolejeniec do tej pory nie jest świadom, że kilkakrotnie
uchroniłem go od utraty zdrowia lub nawet życia, mitygując
innych więźniów. Ale pomimo iż Benio był ewidentną
szmatą - jakoś nie mógłbym zaakceptować
świadomości, że skręcono mu kark za moją zgodą.
Aby to zrozumieć - trzeba być świadomym istnienia i
nastawienia „grypsery”, tych doświadczonych, zatwardziałych i
kreujących prawa więzienne kryminalistów, którzy w więzieniach
tworzą coś w rodzaju rady starszych. Więzienia mają swój
niepisany kodeks i swoja hierarchię. Więźniowie dzielą
się na tych którzy są „grypsujący”, przestrzegają swojego
kodeksu i są posłuszni wyrokom hierarchicznych autorytetów i takich którzy
tego nie robią. Ranga owych autorytetow - wyroczni jest taka iż w pewnych przypadkach, dla
uzyskania rozpatrzenia spornej sprawy i orzeczenia, więźniowie
są w stanie załatwić tymczasowy transfer stron lub „autorytetu”
z więzienia do więzienia. Od orzeczeń praktycznie nie ma
odwołania. W cieniu prawdziwych „grypsujących” kręci się plejada
praktykujących gorliwie „małolatów” i nowych kandydatów
skłonnych przestrzegać więziennych kodeksów. Na zewnątrz
tej całej sfery krążą pretendujący być
„grypsującymi” - odrzuceni przez tych prawdziwych lub nie znających, a
częściej nie stosujących się do kodeksu, ale udających
„swoich”. Na tym udawaniu budują oni własne, czasem znaczne, sfery
wpływów i „autorytetu”, które funkcjonują do czasu konfrontacji z
prawdziwą „grypserą”. Poza wymienionymi grupami jest trzecia - odrzuconych,
pogardzanych i często
prześladowanych przez dwie pierwsze grupy donosicieli, zboczeńców, i
„upadłych aniołów” - byłych funkcjonariuszy milicji,
więziennictwa i aparatu prawa, którzy wylądowali w więzieniu. Ci
wszyscy są wyjęci spod prawa i jeżeli nie podlegają
odstrzałowi to tylko w obawie przed dodatkową karą za ów
nielegalny odstrzał. Odrzuceni i zagrożeni przez kryminalne
społeczeństwo wszyscy ci delikwenci z łatwością
padają w ramiona władz więziennych i służb
śledczych - przedłużając swoimi donosami karzące ramie
sprawiedliwości ludowej PRL.
W okresie stanu wojennego w więzieniach pojawiła się nowa
grupa - uwięziona „Solidarność”. W krótkim okresie swojej
legalnej i nawet przedlegalnej działalności NSZZ
„Solidarność” usiłowała zreformować system
penitencjarny, który w komunistycznym wydaniu był siedliskiem korupcji,
przemocy, degeneracji - wszystkim tylko nie aparatem poprawy i resocjalizacji.
Młodzi ludzie, którzy trafiali do wiezienia za drobne przewinienia
najczęściej kończyli jako zatwardziali recydywiści - lub
konfidenci milicji i SB. Funkcjonariusze więzienni wszystkich szczebli
żerowali na taniej, prawie niewolniczej pracy więźniów - jawnie
i bez skrupułów. Te niewolnicze usługi z donosicielstwem włącznie,
opłacane były, jak w przypadku Benia, dostępem do tanich
narkotyków, alkoholu i drobnych
przywilejów. Jednym słowem to było bagno.
W latach 1980/81 bylo wiele buntów w więzieniach PRL, w czasie których
więźniowie stawiali postulaty domagające się sprawiedliwych
i ludzkich warunków odbywania kary. „Solidarność” publikowała te
postulaty, domagała się ich rozpatrzenia, delegowała do tego
prawników i obserwatorów. W wielu
przypadkach dokonano rzeczy prawie niemożliwej - uzyskano poprawę
warunków i poszanowanie praw więźnia
jako człowieka. To nie pozostało niezauważone.
Kiedy w grudniu 1981 pierwsi aresztowani solidarnościowcy
znaleźli się w wiezieniu – „grypsera”, z dużą
godnością, zaczęła spłacać dług
wdzięczności. Nikt nie dyktował solidarnościowcom kodeksów
i nie wymagał od nich grypsowania. Przeciwnie - spontaniczne próby
części aresztowanych związkowców zostania z dnia na
dzień „grypsującymi”
wywoływały uśmiechy politowania, ale uśmiechy te ciągle
zawierały odcień sympatii. Jedynie więzienne małolaty
miały radochę - nareszcie mogli z praktykantów zostać
profesorami i robili to z zapałem. Ale wszyscy pomagali nam jak mogli
zaadoptować się do warunków więziennych i uniknąć pułapek.
Pamiętam, kilka dni po zainstalowaniu Bernarda Szynwelskiego w mojej
celi, ktoś załomotał gwałtownie do drzwi i
krzyknął – „Krupiński tutaj?”.
„Tak” odkrzyknąłem zdziwiony.
„ Niech pan uważa - Szynwelski to kurwa, powtarzam - Szynwelski
kurwa!”
- „Co on mowi?” zapytał półspiący Szynwelski. - „On mówi że pan jest kurwa, panie
Benku”, odpowiedzialem nieco zdziwiony. Dopiero pozniej dowiedzialem sie, ze
„kurwa" w więziennym żargonie oznacza konfidenta - prowokatora.
Informacja była, oczywiście, prawdziwa. Kilka dni później -
kiedy Benia wywołano na jeden z powtarzających się „zabiegów” -
czyli na spowiedź, ten sam glos za drzwiami, tym razem dużo ciszej,
zapytał: „Panie Krupiński - czy Szynwelski ma mieć wypadek pod
prysznicem?”. Po chwili, po wywołanym moim zdziwieniem braku odpowiedzi:
„Niech pan się nie boi - sprawcy nie znajdą; a zresztą ja i tak zaczynam
dopiero kiblować 25 lat za zabójstwo.”
Ta deklaracja powróciła kilkakrotnie w nieco złagodzonej formie -
publicznie, na korytarzu, w obecności Szynwelskiego. Tym razem mój
sympatyk, pomińmy nazwisko,
wystąpił jawnie, nie zwracając się do żadnego z
kilku obecnych ale raczej do wszystkich razem – „Ja zabiłem jednego
skurwysyna, zabicie drugiego nie robi mi
różnicy. Jeżeli któryś ruszy Krupińskiego - będzie
następny”. Ta ochrona mnie imiennie nie wynikała z mojej
ważności - choć o mojej funkcji i roli przed i w czasie stanu
wojennego wiedziano powszechnie. Myślę po prostu, że byłem
w tym czasie jedynym solidarnościowcem w bydgoskim areszcie i stąd
zebrałem całą należną związkowi sympatię. I
muszę przyznać, że w tym okresie, w oczekiwaniu na ów zapowiadany
przez własnego adwokata 10 -15 letni wyrok, to pomagało żyć
z dnia na dzień. Myślę również, że taka postawa
więźniów - kryminalistów, jak mniemam powszechna we wszystkich
więzieniach wojennego PRL, miała również swój wpływ na
postępujące zmiękczenie wojowniczej władzy.
Drugi przypadek kiedy Szynwelski był niebezpiecznie blisko
śmierci nie miał żadnego związku ze mną, ale fakt
że jej uniknął być może miał.
Do celi kolejno dokwaterowano nam dwóch lokatorów - małolata po
samouszkodzeniu lub operacji żołądka i innego osobnika, którego
twarz, pomimo braku przednich zębów, była mi dziwnie znana.
Okazało się że był to mój rówieśnik, były
wieloletni członek polskiej kadry bokserskiej Wąsikowski.
Kiedyś, w dzieciństwie, bardzo krotko, próbowałem boksować
- szkoła, chyba na szczęście, zabroniła. Ale sympatia do
tego sportu pozostała i kibicowałem zawodom międzynarodowym.
Wasikowski był wtedy dobry i pamiętałem jego zdjęcia. Teraz
mentalnie był to wrak - dwa zabójstwa w ręcznych bijatykach, lata
więzienia, pobyty w szpitalu psychiatrycznym. Ciągle fizycznie bardzo
sprawny, z ciałem atlety, bez grama tłuszczu. Tylko twarz
zdeformowana no i te pieńki zębów. Opowiadał mi o swoich
perypetiach.
Miał jeden powód, dla którego żył - żonę, która
pomimo jego upadku nie opuściła go. Była nauczycielką i
odbierała go zawsze z kolejnych szpitali psychiatrycznych jak tylko
nadchodził czas zwolnienia. O ile pamiętam była również w
jakiejś mierze przyczyną jego nieszczęść. Pierwsze
zabójstwo nastąpiło w odpowiedzi na zaczepienie żony. Jest
prawdopodobne, że reakcja i jej wynik były wysoce nieproporcjonalne
do przyczyny - ale jego mózg był już zbyt poobijany na ringu, a poza
tym on z nawyku swoich dni sławy był maszyną do bicia. Sprawną
- uderzył gołą ręką tylko raz. Nie było to
morderstwo, prowokacja była ewidentna, wyrok był zredukowany. Z
więzienia przeniesiono go do szpitala psychiatrycznego i wkrótce
zwolniono. Ale to nie był koniec kłopotów. Pracy nie znalazł. W
jego wieku i z jego doświadczeniem ringowym mógł być
doskonałym trenerem - ale kto zatrudni trenera kryminalistę. Nie
chciał być na utrzymaniu żony - wiec najczęściej
szuflował węgiel w porcie, co utrzymywało go w znakomitej formie
fizycznej. Z formą psychiczną było gorzej. Niedawny kadrowicz,
idol kibiców, bez trosk materialnych - czuł się zdegradowany i
poniżony. Nerwy były w proszku.
W tej sytuacji kolejna zaczepka lub głupi żart po adresem jego
żony, na klatce schodowej domu gdzie mieszkał, zakończyła
się następną bójką a właściwie znów jednym
uderzeniem. Zaczepiający poleciał do tyłu i uderzył
głową w kaloryfer. Nigdy nie odzyskał przytomności.
Wąsikowski był znów w więzieniu i oczekiwał na kolejne
badania psychiatryczne.
Myślę, że pobyt w więzieniu był dla niego
ulgą. Pozwalało mu to unikać codziennego poniżenia
degenerata, który kiedyś był idolem i sarkastycznych uśmiechów
otoczenia i znajomych. Nawet to, że mógł rozmawiać ze mną o
swoich perypetiach i że ja zdawałem się go rozumieć -
sprawiało mu chyba ulgę. Pomimo życiowej degrengolady -
wykazywał dużo godności własnej; być może nawet
nadmiar tej godności własnej był przyczyną jego zabójczych
reakcji. Z obecnym w celi małolatem rozmawiali chętnie i
otwarcie. Obaj grypsowali.
Małolata dokwaterowano nam pierwszego i Szynwelski skumał
się z nim szybko. Rozmawiali godzinami, być może że Benio
ulegał swoim zboczonym apetytom i usiłował go uwieść.
Przybycie Wąsikowskiego zmieniło sytuację. Małolat
przysłuchiwał się mojej z nim rozmowie i widać było
że Wąsikowski mu imponował - sprawnością fizyczna,
olimpijską przeszłością, chyba nawet owymi
nieszczęsnymi zabójstwami w bójce. Benio czuł się opuszczony i
zazdrosny - stracił nowego kumpla, a wszystko szło tak dobrze… Na
drugi dzień Szynwelski przystąpił do akcji. Obaj z
Małolatem zaczęli cicha rozmowę,
która przeszła w szepty. Małolat początkowo był
oporny i niedowierzający. Kilka razy podnosił głos i
usiłował przerwać rozmowę. Ale wyglądało że
powoli daje się przekonać. Sam fakt że szeptali musiał
zdziwić byłego kadrowicza - to było sprzeczne z więziennym
savoir vivre. Ale się nie wtrącał. Po jakiejś godzinie
wywołano go na badania, które trwały prawie pół dnia. Pozostali
dwaj prawie cały ten czas kontynuowali swoja konspiracyjna
pogawędkę.
Kiedy Wąsikowski wrócił Małolat udawał że
śpi. Ja czytałem książkę. Zamieniliśmy kilka
zdań, ale książka była dobra i powróciłem do niej.
Bokser zwrócił się wiec do przebudzonego Małolata z jakimś
pytaniem, które powinno zapoczątkować dyskusję jak wczoraj. Ten
odpowiedział jakimś pomrukiem. Po drugiej nieudanej próbie rozmowa
zamilkła.
Sytuacja powtórzyła się następnego ranka. Małolat
rozmawiał ze mną i Szynwelskim, ale unikał rozmowy z
Wąsikowskim. Ten ostatni najpierw był zaskoczony a następnie
zły. W końcu stracił cierpliwość: - „Małolat, co ci odbiło? Gadaj!”
zwrócił się do byłego kumpla, siadając na łóżku.
Dzieliła ich odległość mniej niż metra. Szynwelski
wycofał się na swoje wyrko.
- „Nie chce z tobą gadać” mruknął Małolat, ale
głos miał niezbyt pewny. „Daj mi spokój.”
- „Co się stało od
wczoraj?”
„ … „
Wąsikowskiemu
zaczęło coś świtać. Pochylił się i
biorąc chłopca za ramię
zmusił go do postawy siedzącej. Ten wzruszył ramieniem z
odrazą, ale pozycji nie zmienił. Siedzieli teraz twarzą w twarz,
prawie stykając się kolanami - przejście między pryczami
było wąskie.
Starszy przyglądał mu
się przez chwilę, a następnie wolno zaczął mówić:
- „ Słuchaj, szepczecie coś od wczoraj i zachowujesz się
inaczej. To musiało być o mnie. Co on ci powiedział?”
Odpowiedzi praktycznie nie można
było uniknąć bez utraty twarzy. Małolat zacinając
się nieco powiedział: - „Benek wie o tobie wszystko. Ty siedzisz za zabójstwo dzieciaka. Z gwałtem.
Zostaw mnie - ja nie twój kumpel.”
Wąsikowski zbladł,
żyły nabrzmialy mu na szyi i mięśnie szczęk
zacisnęły się w węzły. Wstał bardzo wolno. Myślałem
że uderzy Małolata, ale on rozejrzał sie dookoła
patrząc kolejno na każdego z nas, a następnie odrzucił
poduszkę swojego łóżka i sięgnął pod materac.
Wyciągnął małą torbę z przezroczystej folii z
kilkoma papierami i chyba jedną wytartą fotografią. Wolno
wygrzebał jeden dokument, rozprostował i podał Małolatowi –
„czytaj głośno” powiedział nieswoim głosem. Usiadł.
To był akt oskarżenia z
opisem stawianych zarzutów i obszernym uzasadnieniem. Treść dokumentu
potwierdzała dokładnie wszystko to co opowiedział nam
Wąsikowski kilka dni temu. Co więcej - w charakterystyce
oskarżonego podany był artykuł poprzedniego wyroku. Ja nie
byłem zbyt biegły w artykułach ale Małolat był.
Skończył czytać, popatrzył w oczy swojego vis a vis - i nie
powiedział nic. Na Szynwelskiego nie spojrzał. Opuścił głowę.
Na Szynwelskiego spojrzałem za to
ja. Był blady jak ściana i mierzył wzrokiem
odległość do drzwi. Ale drzwi były zamknięte a poza
tym przejście do nich zablokowane przez obu siedzących. Więc wcisnął
sie w kąt ścian w rogu swojego łóżka i
trząsł sie.
Bokser wstał ponownie,
wyjął spomiędzy palców chłopaka dokument i wolno
włożył go spowrotem do torby. Poprawił materac i
poduszkę i wolno zwrócił sie w stronę przerażonego Benia.
Ten ostatni chwycił ze stolika nocnego małe lusterko, rozbił je
o kaloryfer i gorączkowo zaczął podcinać sobie
żyły na przegubach dłoni. Później dowiedziałem
się, że samobójcze samookaleczenie
jest uważane za coś jak okazanie skruchy i może, ale nie musi,
uchronić przed karą. Tu wyglądało, że nie uchroni.
Bokser był w połowie drogi, mijając mnie właśnie.
Złapałem go za rękaw. Nie było mi szkoda Benia, ale trzecie
zabójstwo na koncie było czymś, czego Wąsikowski potrzebował
najmniej - tak przynajmniej pomyślałem wówczas. Odwrócił sie do
mnie patrząc nieco przytomniej i zapytał ze zdziwieniem: - „Szkoda ci
tej szmaty?” To było prawdziwe zdziwienie, nie zwrot retoryczny.
Wyglądało, że ocalenie konfidenta jest bez szans. I nagle
zobaczyłem tę szansę. Używając tej nowej dla mnie w
wiezieniu formy „ty” poprosiłem : - „Słuchaj - ja mam kłopoty z
sercem. Widok bijatyki czy zabójstwa może być czymś czego nie
przeżyję. Zostaw go. Proszę...”
O dziwo - poskutkowało. Patrzył jeszcze przez chwilę na
przestraszonego szczura w kącie a potem wrócił do wyrka, obrócił
sie do ściany i przez pozostałe pół dnia nikt w celi nie
odzywał sie słowem. Wieczorem wywołano Szynwelskiego z celi.
Musiał mieć, skubaniec, jakiś telegraficzny sygnał poprzez
rury, lub musieliśmy mieć podsłuch, co jest prawdopodobne. Obu -
Małolata i Wąsikowskiego zabrano z rzeczami o świcie - transport
do innego szpitala. Szynwelski został. Myślę, że
jeżeli opis tej afery dotarł kiedyś spowrotem do Bydgoszczy -
jego szanse na wypadek pod prysznicem wzrosły.
Trzecim, którego pamiętam z imienia, konfidentem był Miecio.
Dzięki „zaprzyjaźnionym, wrogim ustrojowi siłom” pracującym
w areszcie - miałem pełne o nim informacje na dzień przed jego
przybyciem. Znałem również legendę jaką będzie
się posługiwał.
Pan Miecio, nazwiska niestety nie pomnę, zachowywał sie zgodnie z
legendą - z pompatyczną godnością. „Był” kierowcą
biskupa, zaplątanego po uszy w konspiracyjną
działalność podziemnej „Solidarności”. Poza tym, był
dobrowolnym męczennikiem typu „Ojciec Kolbe” poświęcającym
sie dla ratowania ważniejszego dla sprawy biskupa, poprzez wzięcie na
siebie jego „winy” . Przyjechał na badanie histopatologiczne raka
przełyku. W rzeczywistości był złodziejaszkiem
odsiadującym znaczny wyrok i biorąc pod uwagę tymczasową
funkcję konfidenta - zwolennikiem łatwiejszego życia
penitencjarnego.
Pozwoliłem mu opływać w splendory jego legendy prawie dwa
dni, po czym wyciąłem mu brzydki kawał, którego do dzisiaj sie
wstydzę. Inspiracją do
kawału było inne zabawne wydarzenie w tym samym areszcie.
Opisywałem już uprzednio swoje doświadczenia z wahadełkiem
w Klinice Akademii Medycznej. Coś o tym przeciekło do Aresztu w
Bydgoszczy - bo moje sporadyczne powroty do wahadelkowych praktyk były
powodem rożnych reakcji. Najpierw mi wahadełko konfiskowano pod
zarzutem iż przypomina połykaną przez samouszkodzeniowców
„choinkę”. Ale w końcu moje argumenty, że co to za szkoda dla
ojczyzny jeżeli jej wróg połknie kawał drutu, trafiły do
przekonania - i wahadełko pozostawiono mi oficjalnie.
Jednym z ciekawskich był młody porucznik ochrony aresztu.
Widział mnie badającego własna dłoń i zaczął pytać o
szczegóły. Odpowiedziałem iż ten sposób badania pozwala
określić stan zdrowia i posiadane zdolności - i ochoczo
wyciągnął łapę aby poznać swoje. Po zbadaniu
kilku typowych miejsc dłoni i komentarzach, które widocznie trafiały
mu do przekonania - przeszedłem do
nasady lewego kciuka, gdzie wahadło zachowywało sie nader żwawo.
Zaintrygowany tym zapytał co to oznacza. Z poważną miną
zażartowałem: - „przekonania polityczne’. Reakcja była natychmiastowa -
wyszarpnął dłoń i schował ją za plecy, zanim
zdążył o tym geście pomyśleć. „Za późno” -
powiedziałem wtedy –„ja i tak już wiem”... Śmialiśmy sie potem obaj - ale jego
odruchowa reakcja była szczera.
Kiedy pan Miecio wyczerpał po dwóch dniach opowiadanie o sobie i
biskupie - zacząłem sie bawić wahadełkiem, wzbudzając
jego oczekiwane zainteresowanie. Rozmawialiśmy o tym przez jakiś czas
i chyba w połowie uważał mnie za pomyleńca. Ale musiał
o tym później z kimś rozmawiać i usłyszeć starą
historię, bo do tematu powrócił. W końcu urządziłem mu
demonstrację i napomknąłem, że zarówno
przyszłość jak i przeszłość podlegają
„wahadelkowaniu”. Pozwoliłem mu
ponalegac i w końcu zgodziłem sie na próbę.
Okrężną drogą i
dodając wahadełku masę zbędnych pytań
zacząłem dochodzić szczegółów jego prawdziwego „ja” - skąd przyjechał, za co i
gdzie odsiaduje karę - wszystko to co z góry znałem. Z początku
był zaniepokojony, ale trochę przesadziłem z nadmiarem
szczegółów, bo zaczął słusznie podejrzewać, że
ktoś go sypnął, co w pewnym momencie nawet powiedział. Nie
skomentowałem, tak że nie mógł mieć zupełnej
pewności. Myślę, że w trosce o zachowanie luksusów szpitala
nie powiedział o tym nikomu, woląc zostać ze mną
dłużej.
Następnego dnia pobrano mu próbkę tkanki z przełyku i nie
mógł mówić zbyt wiele. Wieczorem
otrzymał wiadomość, że test się nie udał i
próbka musi być pobrana ponownie. I wtedy zachowałem sie
naprawdę brzydko. Zacząłem wahadelkować w jego stronę,
nic nie mówiąc. Widziałem, że dostrzega moje działania
więc, udając wewnętrzne zamyślenie, zrobiłem
zdziwioną i zaskoczoną minę. Z namysłem powtórzyłem
wszystko jeszcze raz. Pomimo bólu gardła po zabiegu, Miecio zaczął
domagać się wyjaśnienia. Celowo udawałem, że unikam
odpowiedzi i że jestem całą sprawą zakłopotany. W
końcu dałem się „zmusić”.
- „Wie pan, panie Mietku” - zacząłem – „jakoś
zaniepokoiło mnie to ponowne pana badanie i zacząłem coś
sprawdzać. Ale myślę że to wahadło jest głupie -
bo odpowiedź jest zbyt bzdurna”.
Zamilkłem, oczekując na ciągnięcie mnie za
język. Nie zawiodłem sie i po naleganiach z jego strony
ciągnąłem dalej: -- „Czy ma pan tutaj jakichś wrogów?
Podpadł pan komuś? Nie? To dobrze. Bo widzi pan to głupie
wahadło sugeruje, że w czasie badania nie tylko można pobrać
próbkę ale także raka wszczepić - tak jak białym
myszkom”. Znów odczekałem
chwilę i nie patrząc na niego ciągnąłem: --
„Właściwie to najbardziej mnie niepokoi, że taka jest
właśnie sugestia wahadełka. Ale to głupie - niech pan
zapomni o tym idiotycznym wahadełku - ja musze być chyba zbyt
zmęczony”.
Spojrzałem na niego i naprawdę się przestraszyłem. Mój
nieszczęsny konfident wyglądał jak w agonii. Był blado -
żółty. Zapadł się w poduszkę i patrzył
niewidzącym wzrokiem na gołą żarówkę na suficie. Slina
z ust ciekła mu po policzku i po szyi. Kiedy spojrzał na mnie po
chwili - usiłował cos powiedzieć, ale nie mógł. Trwał
w tym letargu do wieczora. Z badania następnego ranka już nie
wrócił. Rzeczy zabrano. Nikt nie wspomniał o nim więcej ani
słowa. Wtedy czułem coś w rodzaju satysfakcji - ale szybko
przerodziło sie to we wstyd, który trwa do dzisiaj.
Po rozprawie sądowej w Bydgoszczy trzymano mnie tutaj przez
następne sześć tygodni - tyle ile trwało rozpatrywanie
rewizji obrony w Sądzie Najwyższym. Nie wiedziałem
oczywiście nic o postępie i wyniku rewizji to też byłem
całkowicie zaskoczony kiedy pewnego dnia zbudzono mnie o świcie i
kazano się pakować. Samochód, który czekał, był taki sam
jak w czasie aresztowania w Stoczni - dwa wieloosobowe przedziały i cztery
stalowe „szafy” bez okien, jedynie z małymi otworami do oddychania. W
otwartych przedziałach zakwaterowano kilku kryminalnych - mnie
wciśnięto do szafy. Przyznam, że tego nie oczekiwałem,
specjalnie po wystąpieniu prokuratora na rozprawie. Pomyślałem
że był to rewanż za mój ostatni grzech popełniony
dzień przedtem.
Wieczorem poprzedzającym wydarzenie wszedł do celi szef ochrony
Aresztu i niespodziewanie zapytał czy mam jakieś zażalenia.
Przekonałem sie już do tego czasu, że sprawa spacerów, których
byłem pozbawiony od ośmiu miesięcy, jest nie do załatwienia
- więc odpowiedziałem „nie”.
Po tej odpowiedzi zostaliśmy (ja i dwóch innych lokatorów celi)
poinformowani, że jutro „góra” wizytuje więzienie i że ja mam
zameldować celę do przeglądu. Nigdy tego nie robiłem i
uważałem że nikt nie ma prawa tego ode mnie jako
więźnia politycznego wymagać. Powiedziałem to - ale nie
zrobiło to żadnego wrażenia na moim rozmówcy. Kontynuując,
poinformował mnie o formie raportowania i wyszedł. Wyraźnie
chciał sie pochwalić że mnie wytresował.
Na drugi dzień rano wysoki, wnioskując ze świty, wizytator
wszedł do celi. Świta z szacunkiem zatrzymała się na
zewnątrz - między łóżkami nie było zbyt wiele miejsca.
Wszyscy, wizytator i ci za progiem, oczekiwali na spektakl, ale ja jedynie
usiadłem na łóżku a inni wstali. Po przeciągającym
się ciężkim milczeniu wizytator zapytał: -- „Jakieś
problemy?” i zapewne nie oczekując potwierdzenia zrobił pół
kroku do tyłu. Ale ja bez namysłu powiedziałem „tak” i ze
szczegółami opisałem sprawę braku spacerów. Wysłuchał
i nic nie odpowiadając wyszedł. Za zatrzaśniętymi drzwiami
słyszałem glosy świty tłumaczącej coś
gorączkowo.
O świcie następnego dnia wylądowałem w „szafie”
więziennej ciężarówki, gotowy do przesyłki w nieznanym mi
kierunku. Nie było to wygodne.
Siedziałem na twardej ławce, z kolanami wpartymi w drzwi i
łokciami uciskanymi przez ściany. Drzwi, jak wspomniałem, nie
miały okna - jedynie kilka szpar osłoniętych od zewnątrz
stalową żaluzją. Wewnątrz panował półmrok i
zaduch. Był wczesny, chłodny, ranek i ciasnota i niewygoda były
na razie jedynymi dolegliwościami. Ale to wkrótce miało się
zmienić.
Najpierw oczywiście
ścierpłem w niewygodnej pozycji. Wiercenie się było
ograniczone i nie pomagało zbytnio. Usiłowałem drzemać, ale
nie wychodziło. Samochód po krętej wędrówce ulicami Bydgoszczy
musiał wyjechać na szosę lub autostradę bo jechał
dość szybko.
Dzień musiał być słoneczny bo po kilku godzinach
wczesnego poranka temperatura stawała się coraz wyższa. Pomimo
ciasnoty jakoś ściągnąłem sweter, ale to też nie
rozwiązało sytuacji. Pot spływał strumieniem po drzwiach, o
które opierałem czoło,
siedzenie było mokre od potu płynącego z tułowia i
pośladków. Pot z siedzenia kapał na podłogę. Powietrza
było mało, odór potu wypełniał szafę. Pod siedzeniem
leżała moja torba z jedzeniem, ale nie było w niej picia a poza
tym nie mógłbym jej stamtąd wyciągnąć. Próbowałem
z kolei oprzeć plecy o tylną ścianę, ale z uwagi na
ciasnotę nie było to oparcie.
Stawałem się powoli półprzytomny, serce pracowało z
wysiłkiem i nieregularnie. Chyba film mi sie na chwile urwał bo
niespodziewanie wyrżnąłem głową o stalowe drzwi, co
mnie ocuciło. Poza guzem na czole spowodowało to głośny
łomot, który musiał zaniepokoić strażnika. Uchylił
drzwi szafy (miały ogranicznik otwarcia na zewnątrz) i cos
zagadał. Nie zrozumiałem, a poza tym było mi wszystko jedno. Nie
odpowiedziałem.
Musiał być zły albo zaniepokojony bo otworzył drzwi.
Zacząłem bezwiednie wdychać „normalne” powietrze jak robi to
zdychająca ryba - otwartymi ustami. Musiałem wyglądać
bardzo źle, a może to ten smród i kałuża potu
wywołały samarytański odruch tego bydlaka - bo drzwi już
całkowicie nie zamknął. Co więcej - dostałem kubek
więziennej kawy, chyba ze zwykłym w więzieniu bromem - bo
uczucie odrętwienia stało się mniej dotkliwe. Myślę,
że dowiezienie mnie żywego nie było konieczne, ale dla eskorty
mniej kłopotliwe niż formalności związane z przekazaniem
zwłok.
Wczesnym popołudniem samochód zatrzymał się na chwilę w
jakimś więzieniu, gdzie wyładowano część
konwojowanych. Prawdę mówiąc, nie wiem gdzie to było,
zupełnie mnie to nie interesowało. Ale pozwolono mi wyjść
na chwile do ustępu i umywalni. Najpierw myłem tylko ręce i twarz,
ale woda była tak niezwykłym i luksusowym odczuciem, że w
końcu schlapałem prawie całe ubranie rozkoszując się
chłodem. Po tej operacji i w wyniku rozprostowania odmawiających
posłuszeństwa nóg - poczułem się prawie normalnie. Serce
ciągle trochę się zacinało, ale w tym przedmiocie
miałem dość doświadczenia aby nie wpadać w
panikę.
Moja podroż trwała dalsze kilka godzin, ale na
szczęście drzwi szafy pozostawiono nadal częściowo uchylone
a poza tym temperatura na zewnątrz zaczęła opadać.
Zdrętwienie powróciło, ale w porównaniu do poprzedniego etapu
była to poprawa warunków, tak że czułem się prymitywnie
zadowolony. Zacząłem myśleć o nieznanym celu podroży i
powodzie tak bezsensownie brutalnego potraktowania mnie.
Był to, poza opisanymi uprzednio próbami wykończenia, najbardziej
nieludzki i wyraźnie wrogi akt. Nie znalazłem wtedy żadnego logicznego
wytłumaczenia jego przyczyny. Po rozprawie sądowej spodziewałem
się i częściowo doświadczyłem czegoś w rodzaju zdziwionej sympatii,
jak myślę - w wyniku niezwykłej deklaracji prokuratora. Ta sama
eskorta, kilka miesięcy wcześniej, zademonstrowała
niezwykłą i wartą chyba opisania przychylność w czasie
transportu z Bydgoszczy do Gdańska:
Wieziono mnie wtedy na kolejne badania do Kliniki Wojskowej Akademii
Medycznej, będące wynikiem rozgrywek pomiędzy obroną i
prokuraturą. Eskortujący, kierowca i strażnik, wsadzili mnie,
bez zwykłych bransoletek, do pustej budy z pootwieranymi drzwiami
przedziałów. Zanim samochód ruszył dokwaterowano mi młodą,
również nie skutą kobietę - całkiem przystojną. Nie
wiem czy był to swojego rodzaju test psychologiczny, pułapka czy
dowód sympatii, prezent. W każdym razie obojgu z nas, zakładając
iż dama nie była tu służbowo - stworzono pokusę i
możliwość. Nie wiem czy była ukryta kamera ale obaj,
kierowca i strażnik jechali w szoferce - przedział był pusty.
Taka sytuacja trwała około dwóch godzin. Nie zamieniłem ze
wspolpasażerką ani słowa. Oboje przyglądaliśmy
się sobie ze zrozumiałym zainteresowaniem, ale na tym się
skończyło. Skuto i wyprowadzona ją w leżącym po drodze
więzieniu dla kobiet. Nastąpił drugi dziwny akt podroży -
przeniesiono mnie do szoferki, gdzie siedziałem na masce silnika,
pomiędzy kierowcą i strażnikiem. Rozmawialiśmy
przyjaźnie - obaj okazali się być mieszkańcami Bydgoszczy,
jeden był, jak deklarował, młodszym przyjacielem Rulewskiego -
bydgoskiego szefa „Solidarności“. Podroż powrotna
upłynęła w podobnej atmosferze. Mówiąc prawdę -
głupio wypaplałem o tym (pomijając damę) konfidentowi, i
jeżeli nie było to reżyserowane jako test lub pułapka obaj
„sympatycy” mogli mieć kłopoty. Obecna podroż, a
właściwie jej warunki, mogła być rewanżem za paplanie,
tym bardziej że obecny strażnik mógł być jednym z nich.
Innym powodem owej prawie zabójczej dla mnie złośliwości
mógł być fakt iż opuszczałem bydgoski areszt żywy i z
niespodziewanie niskim wyrokiem. Jeżeli, jak wskazywały
zaistniałe fakty, usiłowano mnie tam dwu lub trzykrotnie, z
premedytacją, wyprawić na tamten świat - mój wyjazd mógł
być przyszłym zagrożeniem dla inspiratorów i wykonawców owych
zamachów. Jeszcze jedna próba mogła być więc ostatecznym
rozwiązaniem problemu.
Późnym popołudniem samochód zatrzymał się, kierowca
zatrąbił. Łomot żelaznej bramy wskazywał, że
wjeżdżamy na teren kolejnego więzienia. Tak też było,
ale nie wiedziałem - czy jest to cel podroży, czy tylko przystanek na
noc. Ciągle mogło się zdarzyć, że jedziemy do
położonego na radzieckiej granicy Hrubieszowa, pod opiekę lub w
gościnę wschodnich przyjaciół.
Łęczyca. Był
to jednak cel podroży - więzienie w Łęczycy. Jak
dowiedziałem się później było to cos w rodzaju nobilitacji
- więzienie miało tradycje polityczne. Siedzieli tu Kardynał
Wyszyński i Władysław Gomułka, zanim został pierwszym
sekretarzem PZPR po Czerwcu 1956.
Wywlokłem się z szafy i z samochodu poruszając się
bardzo niepewnie. „Komitet powitalny” składał się z oficera w
mundurze służby więziennej i kilku innych ludzi, w tym
porządkowych w więziennych drelichach. Wszyscy stali i patrzyli -
więc odruchowo przedstawiłem sie głośno – „Solidarność”.
Oficer niespodziewanie się zaperzył : „Jaka Solidarność,
jaka Solidarność - KPN chyba! Solidarność to byli
robotnicy!” Wówczas odebrałem to
jako deklarację wrogości ale, analizując jego późniejsze
zachowanie, chyba się myliłem. W każdym razie po tym
emocjonalnym powitaniu i mojej późniejszej o nim relacji przylgnęło
do niego imię „KPN-owiec”, powszechnie używane i chyba mu znane. Nie
protestował o ile wiem.
Przygody dnia jeszcze się dla mnie nie skończyły. Po
odprawie na korytarzu więziennym zostałem wyeskortowany do… ciemnej
izolatki w podziemiu. Grubaśne i wilgotne mury, brak dziennego
światła, wyro bez materaca.
Kilka minut po zatrzaśnięciu za mną drzwi miałem
naprawdę tego dość. Zacząłem w nie walić z niespodziewaną
dla mnie samego energią. Otworzono dosyć szybko i naprawdę
zły zacząłem mówić chaotycznie o kolejnej próbie wykończenia, chorobie
serca i potrzebie lekarza. Myślę obecnie że izolatka po
przyjeździe nie była aktem złośliwości - była
rutyną tego więzienia. W każdym razie mój pierwszy rozmówca i
wezwany na pomoc „KPN-owiec” wyglądali na rzeczywiście
nieświadomych - wyprowadzono mnie spowrotem na korytarz parteru i
ktoś przyniósł moje akta przywiezione razem ze mną. Teczka
była gruba i dwie trzecie tej objętości stanowiły dokumenty
medyczne, będące wynikiem korespondencji pomiędzy
prokuraturą i obroną. Po przejrzeniu kilku pierwszych - poprzedzany
przez porządkowego taszczącego moje klamoty, zostałem zaprowadzony na piętro i wprowadzony do
celi. Drzwi trzasnęły za mną.
Cela była mała, z wysokim klasztornym sufitem. Piętrowe
prycze, cztery. I co najważniejsze - dwóch więźniów
patrzących na mnie z zaskoczeniem. Jeden - potężne
chłopisko z sumiastym wąsem i nie mniej potężnym
brzuszyskiem, drugi - wysoki i wysportowany, chyba z brodą (a może
wyhodował ją później). Ten właśnie
wykrzyknął: -„Mirek?! Co te skurwysyny z tobą zrobili!.” Zapomniałem już
trochę o przyjemnościach podroży i okrzyk mnie raczej
zdziwił. Ale musiałem wyglądać jak widmo i
śmierdzieć jak skunks - więc okrzyk, patrząc wstecz,
był całkowicie usprawiedliwiony. Tak więc wydawałem sie
być „w domu”. Dopiero zasypiając uświadomiłem sobie,
że był to 8 września - dzień moich urodzin. 1982. Właśnie skończyłem czterdzieści trzy lata.
Następny dzień różnił
sie od poprzednich dwustu siedemdziesięciu. Jeszcze o tym nie
wiedziałem, ale przestałem być aresztowanym - od wczoraj
byłem skazanym. Jak później zostałem zawiadomiony oficjalnym
pismem - Izba Wojskowa Sądu Najwyższego zatwierdziła poprzedni
wyrok. Tak więc w celi było obecnie trzech skazanych i co
wydawało się niezwykłe - nie było konfidenta.
Kilka dni upłynęło
głównie na wymianie wiadomości i wspomnień. Po raz pierwszy
mogłem usłyszeć o przebiegu pierwszych dni stanu wojennego w
Olsztynie, postawach, reakcjach, wydarzeniach. Jedno było humorystyczne: -
kurier z Gdańska, który przywiózł do rozpowszechnienia moje
proklamacje i „Apel”, brylował i opływał w chwałę w
Olsztynie przez chyba dwa dni. Najpierw, o ile dobrze pamiętam relacje,
odwiedził moją żonę. Następnie, po przekazaniu
dokumentów komuś skłonnemu je wziąć, zaczął
urzędowanie w jednej z olsztyńskich kawiarń, zdając
relację każdemu kto chciał słuchać. Chciało wielu
rożnych ludzi, w tym kilku cierpliwych esbeków, którzy oczywiście
chcieli usłyszeć jak najwięcej.
A wiadomości były „nie z tej ziemi”. Zgodnie z relacją
kuriera strajk krzepł z dnia na dzień, zwycięstwo było
bliskie, a „wojska Krupińskiego” czekały pod Gdynią aby
przejąć władzę. Tu entuzjazm i radykalizacja poglądów
słuchaczy zaczęły rosnąć do tego stopnia, że
esbecy, bojąc się zamachu stanu w Olsztynie, kuriera zwinęli.
Przy okazji zapamiętali i później zapudłowali tych najbardziej
poza kurierem radykalnych.
W Olsztynie, jak usłyszałem,
było wielu internowanych i aresztowanych, ale pojawiło sie tez kilku
lojalnych, deklarujących
pospiesznie miłość do władzy. Szef więzienia w
Bartoszycach głosił na wszystkie strony, że ma przygotowaną
dla mnie celę. Znając jego mafijne powiązania z olsztynskim I
sekretarzem KW PZPR Wojnowskim, któremu wielokrotnie nadepnąłem na
bolące odciski, doprowadzając do jego „rezygnacji” i śledztwa w
sprawie jego nadużyć - cieszyłem się że
uniknąłem tej gościny. Myślę, że w Bartoszycach
próby wykończenia mnie miałyby większe szanse powodzenia.
Wojnowski, o dziwo, stanął
przed sądem. W stanie wojennym prokuratura w Olsztynie musiała
mieć mocne dowody jego winy aby do rozprawy doprowadzić. Był
sądzony przez sąd w Bartoszycach (!). Został uniewinniony. Ale
sprawa miała humorystyczny ciąg dalszy. Oskarżyciel,
wiceprokurator wojewódzki pani Krystyna Kida, zażądała
uzasadnienia wyroku, co jest sygnałem zamiaru i pierwszym krokiem do odwołania.
Natychmiast została wezwana do WRONiego gniazda i otrzymała
reprymendę, po której się „rozchorowała” i nie mogła pełnić
dalej swoich obowiązków. Dużo później, już po zwolnieniu,
miałem wielką ochotę pogadać z panią Krystyna o
sprawie i o reprymendzie - ale nie mogłem. W trwającym stanie
wojennym rozmowa ze mną mogła być gwoździem do trumny jej
zawodowej kariery. Mam nadzieję, że teraz nie jest to już
taką tajemnicą ani niebezpieczeństwem i że może kiedyś
usłyszę tę relację.
Łęczyca miała dobre
tradycje i dobrą atmosferę, przynajmniej w moich odczuciach. Utrata
wolności, szczególnie w wyniku przemocy, boli. Tego bólu nie można
wyeliminować dobrym wyżywieniem, ludzkim traktowaniem czy
zapewnieniem podstawowych praw więźnia. Ale wszystkie te wymienione
elementy pozwalają przetrwać.
Wyżywienie więzienne w
Łęczycy było znacznie lepsze niż w aresztach. Kucharz
był znośny, dużo warzyw, porcje poprzez prosolidarnosciowe
sympatie służbowych więźniów często nadmierne. Ale
była to tylko cześć naszego papu. WRONa traciła
rozpęd, a w raz z rozpadem autorytetu samozwańczej kliki - na nasze
więzienne ograniczenia patrzono przez palce. Tak więc paczki
docierały dosyć swobodnie i nie były ważone. Karmienie nas
w więzieniu było bezpiecznym dla karmiących wyrażaniem
sympatii - znacznie bezpieczniejszym niż głośne i otwarte
domaganie się naszego uwolnienia. Tak więc paczkowano nas obficie i
obiektywnie muszę stwierdzić, że w wielu przypadkach było
to mniej zdrowe niż więzienna dieta. Szczególnie w okresie Wielkanocy
i Bożego Narodzenia zablindowane od zewnątrz okna cel,
pełniące rolę lodówek, wyglądały jak delikatesy.
Przeważała żywność trwała - tłuszcze, suche
i wędzone wędliny, czekolada itp. Przy ograniczonych możliwościach ruchu rujnowało to zdrowie.
Drugim sposobem przyjacielskiego
rujnowania zdrowia były papierosy. W stanie wojennym były one na
kartki. Przydziały więzienne były duże, w dodatku w
Łęczycy sprzedawano nieograniczone ilości uszkodzonych papierosów
„na wagę”. Poza tym Zachód zasypywał „patriotów” czekoladą i
papierosami. Kopcono więc znacznie więcej niż na wolności,
co było zrozumiałe przy więziennym stressie. Ale stress stressem
- dla mnie to była powolna agonia. Przy moim chorym sercu każdy zapalony
w celi papieros był kolejnym gwoździem do trumny. A w miarę rosnącej liczby „naszych”
w Łęczycy cele zagęszczały sie. Był okres, że w celi około 3 x
6 m było nas dwunastu, w tym dziesięciu palaczy. Prycze były
trzypoziomowe, pomimo to zajmowały wraz ze stołem, kiblem i
umywalką połowę powierzchni podłogi. Po około ośmiu miesiącach
nieustannej mordęgi przedłożyłem żądzę
przeżycia ponad towarzystwo i poprosiłem o pojedynkę. Po
wstępnych oporach przeniesiono mnie i do dzisiaj żałuję,
że nie prosiłem wcześniej. Ale część palaczy i
tak poczuła się moim posunięciem obrażona. Jedynie jeden
nie palący, Jurek Chiżyński, poszedł w moje slady i
przeniósł się do mojej celi,
która w ten sposób przestała być pojedynką.
Tak naprawdę to do dzisiaj, 15 lat od tamtego czasu, moje płuca
nie wróciły do normy i nie potrafię oddychać tak skutecznie jak
przed więzieniem. Badania przeprowadzone w roku 1987 w Sydney
wykazały w moich płucach taką ilość smoły
ponikotynowej jak u nałogowego palacza - a ja nie paliłem nigdy.
Największym jednak plusem
więzienia w Łęczycy były spacery. Byłem ich pozbawiony
przez ponad dziewięć i pól miesiąca i moje nogi
przypominały patyki. Mój adwokat, Andrzej Muża, po całym tym
okresie nieudanych interwencji medyczno formalnych, wywojował dla mnie w
Łęczycy podwójny, jednogodzinny czas spaceru. Wobec bezsensu
spacerowania pojedynczego więźnia - przedłużony czas
miała cała cela. W czasie kiedy moi pobratymcy siedzieli na wybiegu i
kopcili - ja chodziłem jak nakręcony, cale 60 minut. Co więcej,
błogosławiłem każdego wypalonego tu przez nich papierosa w
płonnej nadziei, że w celi wypalą mniej. Nadzieja była
płonna, ale czas zadymionej celi był już tylko 23 a nie 24
godziny na dobę.
WRONa, jak wspomniałem,
słabła choć jeszcze nie zdychała. Ale poza
rozluźnieniem stosowanych wobec nas rygorów były i inne, czasem
humorystyczne tego objawy. Oto pewnego dnia reporter stołecznego radia
sztucznie poważnym głosem zakomunikował iż „na personalny
rozkaz premiera i szefa WRON generała Jaruzelskiego, w dniu dzisiejszym
przesunięto zegary o godzinę, przechodząc na czas letni.
Operacja przebiegła bez zakłóceń”. Było to wdzięczne i
publiczne robienie balona z kochanego wodza narodu i chwała dziennikarzowi
za to. Rok temu to było nie do
pomyślenia.
Była tez, niestety, druga strona
medalu. Któregoś dnia usłyszałem w więziennym
głośniku dziwnie znajomy, ociekający miłością i
lojalnością głos, podnoszący chwałę i
zasługi Okręgowych Komitetów Odrodzenia Narodowego, powołanych jako terenowe agendy WRON.
Słuch mnie nie mylił. Przemawiał mój dobry znajomy -
Władysław Makówka, inżynier elektryk z Kołobrzegu, z którym
w latach sześćdziesiątych pracowaliśmy razem w tamtejszym
„Miastoprojekcie”. W tamtych czasach, jako były oficer zwolniony z armii,
smarował wazeliną nowe ścieżki kariery zawodowej -
przynależność do PZPR, komercyjne koleżeństwo z
kierownikiem pracowni, śliska uprzejmość w stosunku do bossów. Ślizgał sie w
górę wolno ale z uporem, skłonny do pocałowania każdego
tyłka na kolejnym szczeblu. Teraz miał wreszcie okazję na cmok
wysoko w gorę i jego głos ociekał lojalnością.
Były to bezmyślne slogany - na sprzedaż były głównie
głos i nazwisko. Może trudno w to uwierzyć - ale w tamtym
momencie naprawdę ucieszyłem się, że jesteśmy z
Makówką po przeciwnej stronie krat.
Wymieniając uprzednio czynniki
ułatwiające przetrwanie zapomniałem o owym zadowoleniu.
Paradoks. W zasadzie nikt się nie cieszy, że pozbawiono go
wolności. Ale istnieje inny rodzaj zadowolenia - że obawa przed uwięzieniem
nie pozbawiła człowieka sumienia i godności, że umiał
wbrew instynktowi samozachowawczemu zrobić to co zrobił. Nawet w
okresach depresji, kiedy zachodziła potrzeba zrobienia następnego
kroku odsuwającego wolność dalej i dalej - było to
łatwe w tej atmosferze wewnętrznej samoaprobaty.
Pamiętam, około maja 1983 roku, kiedy WRONa zaczynała
oferować warunkowe zwolnienia tym którzy wystąpią z
prośbą o ułaskawienie osobiście - naczelnik więzienia
zaczął wzywać solidarnościowców na rozmowy. Ja
zostałem wezwany razem z innym olsztyniakiem - Włodkiem R. Naczelnik poinformował nas o przepisach
i oświadczył, że poprze każdy wniosek jaki otrzyma.
Następnie zapytał o nasze stanowisko w tej sprawie. Zwracał sie
do mnie pierwszego i ja, wbrew wolnościowym ciągotom,
odpowiedziałem, że w więzieniu znaleźliśmy sie w
wyniku naszych poglądów i nakazu sumienia i w związku z tym nie
będziemy się z niego wyczołgiwać na kolanach. Naczelnik
spojrzał na Włodka ale ten milczał. Wróciliśmy do celi.
Włodek walnął się
na łóżko z twarzą w poduszce i nie reagował na żadne
pytania o przebiegu wizyty. Ja ciągle czułem się bardzo pewny
swojej decyzji, która zresztą była zgodna z zaleceniem skierowanym do
adwokatów - żadnych próśb ode mnie ani rodziny. Ale widok Włodka
w skrajnej depresji sprawił że czułem się źle. Wiedziałem
że bardzo przeżywa rozłąkę z rodziną, ale nie
przypuszczałem że ta marchew Jaruzelskiego rozbierze go tak bardzo.
Dla mnie było oczywiste, że marchew cuchnie. Warunkowe zwolnienie
pozwalało kochanej władzy na ponowne zapudłowanie
delikwenta w przypadku prawdziwego lub
fałszywie zarzucanego powrotu do działalności związkowej
lub politycznej. Amnestia wisiała w powietrzu i od wolności
dzieliły nas miesiące - dawanie władzy dodatkowego kija do
ręki byłoby głupotą. Powrót do więzienia
oznaczałby cofkę nie tylko o te urwane miesiące ale i o
całą część wyroku objętą generalną
amnestią. Czyli Jaruzelski nie ryzykował nic. Neutralizował
działaczy, a równocześnie miał w ręku bat, który mógł
w dowolnej chwili użyć pod lada pozorem.
Usiłowałem powiedzieć
to Włodkowi, ale on tylko na chwile pokazał wilgotne oczy i jedynie
wymruczał – „nie powinieneś mówić za obu”. I w tym momencie
zrozumiałem że ma rację. Mogłem powiedzieć co
powiedziałem używając słowa „ja” zamiast „my” i nie
miałem prawa decydować za niego. Teraz miałem tylko jedno
wyjście. Wziąłem papier i długopis i napisałem
oświadczenie do naczelnika wiezienia. Stwierdziłem, że to co
powiedziałem na spotkaniu było moim wyłącznym stanowiskiem.
Dodałem, że Włodek ma bardzo trudną sytuację
rodzinnę i poprosiłem o ponowne wezwanie go na rozmowę - tym
razem samego. Załomotałem w drzwi i oddałem pismo
służbowemu. Włodek został ponownie wezwany tego samego
dnia. Wrócił trochę smętny ale spokojny i jakby rozmarzony.
Warunkowe dostał; wyszedł jako
jeden z pierwszych.
Mój adwokat potwierdził listownie moje polecenie nie
składania wniosku o ułaskawienie i skontaktował się z
moją żoną. Jak prosiłem - o ułaskawienie nie
występowali. Ale wystąpiła niespodziewanie załoga mojego
zakładu - Biura Projektów Budownictwa Komunalnego w Olsztynie. Wniosek
był bardzo samozachowawczy - wyliczał moje zasługi i
osiągnięcia jako inżyniera i zawierał prośbę o
zwolnienie. Brakowało moim zdaniem czegoś bardzo ważnego -
że działałem w imieniu i w obronie swoich wyborców. Ale to i tak
nie miało żadnego znaczenia. Po mojej rozmowie z naczelnikiem, oraz
po otrzymaniu cenzurowanego listu od adwokata, stwierdzającego iż
zgodnie z moim poleceniem o zwolnienie warunkowe występował nie
będzie - decyzja mogła być tylko jedna. Toteż nie
zdziwiłem się kiedy otrzymałem podpisaną przez Prezesa Rady
Państwa Jabłońskiego bumagę, stwierdzającą
iż „Rada Państwa postanowiła z prawa łaski nie
skorzystać”.
W międzyczasie, na tle wniosku o
ułaskawienie złożonego bez mojej wiedzy i bez porozumienia ze
mną przez BPBK, zaistniała inna – jak pierwotnie myślałem –
dość humorystyczna sytuacja. Że dzięki jednemu durniowi
lub, co jest możliwe, będącemu już wówczas na usługach
późniejszej spółki magdalenkowej swojemu,
przekształciła się w historię dość
obrzydliwą dowiedziałem sie dużo później, już
będąc w Australii i po napisaniu tej książki. Ponieważ
książkę publikowałem w miarę jej pisania na swojej
witrynie internetowej w czasie kiedy interesy „Solidarności” jako
całości były dla mnie pierwszoplanowe – tego aspektu
„solidarności więziennej” nie poruszałem, aby obrazu nie
psuć. Teraz, w roku 2001, zaczynają docierać do mnie
układające sie w całość dalsze fragmenty politycznej
prostytucji, których dalej maskować powodu nie mam. Ale aby owo wydarzenie zrozumieć –
należy wrócić w czasie nieco wstecz:
Gdzieś na przełomie lat
82/83 przywieziono do Łęczycy Władysława Frasyniuka. Przez kilka dni trzymano go oddzielnie a
następnie „dokwaterowano” do nas.
Było nas już wtedy ponad dziesięciu i od czasu do czasu
zmieniano nam strategicznie cele. Po jednej z takich roszad znalazłem sie
sam na sam z Frasyniukiem w małej celi z czterema pryczami. Zastanawiałem sie nad celem takiej rozrzutności
metrażowej – cele były zwykle przepełnione, a tutaj pomimo dwóch
pustych prycz nie dokwaterowano nam nawet wtyczki (byli tacy). Najmniej machiawelicznym wytłumaczeniem
mogło być że cela miała dobry podsłuch i chciano
posłuchać naszych rozmów.
Rozbawiony pomyślałem
że słuchających spotka
raczej zawód bo Frasyniuka za tytana intelektu raczej nie uważałem -
przeto szans na ekstrawertyczne dyskusje z mojej strony nie było. W jakimś jednak stopniu sie
pomyliłem – Władek miał dziwnie wiele do powiedzenia. Nie
mówił wprawdzie własnym językiem tylko cytatami z Michnika,
Kuronia & Co, ale mówił zadziwiająco wiele i zadziwiająco
płynnie. Wręcz recytował. Nie było w tym „prawie monologu”
nic o „Solidarności” członkami KK której obaj byliśmy, ani o
sytuacji Polski której wykładnikiem była nasza obecność w
Łęczycy. Było natomiast bardzo wiele o strategii dojścia do władzy i o władzy
tej przyszlym składzie. A ów referowany skład byl z grubsza taki, jak to dziś bym
określił, pomagdalenkowy – czyli Frasyniuka idole, Frasyniuk i ci co
z nimi trzymać będą.
Frasyniuk mówił, a mnie przed
oczami rysowała sie scena z Sienkiewiczowego potopu, kiedy to
książę Bogusław Kmicicowi o postawie czerwonego sukna
referował…
Do tej pory nie jestem pewien co było powodem tej
wylewności. Może
wcześniejsza ulotka Grunwaldu, która po storpedowaniu Zjazdu tej
organizacji w Grunwaldzie w lipcu 1981 i
zapobieżeniu druku materiałów zjazdowych przez Zarząd
Regionu Warminsko Mazurskiego, którego byłem wybranym właśnie
przewodniczącym, deklarowała mnie Żydem. Może inspiracja Kiszczaka & Co,
którzy mogli uważać mnie za kandydata na przyszłego
magdalenkowca. Może wreszcie
Frasyniukowe mniemanie że nikt okazji przyłączenia sie do
przyszłej waadzy sie nie oprze i będzie o jej względy czynem i
lojalnością zabiegał. Najbardziej dziś prawdopodobna wydaje
mi sie mieszanina wszystkich trzech powodów
- bo przecie ktoś musiał nam to tet a’tet w pół pustej
celi zorganizować, a mój „wykładowca teorii przyszłej waaadzy”
mówił otwarcie jak do swojego.
A ja go, nieszczęsny, zbyłem jak głupiego dzieciaka i
wyśmiałem (nie próbując nawet, z uwagi na spodziewany
podsłuch i Frasyniuka własne walory intelektualne, polemizować)
wywołując najpierw zdziwienie i konsternację, a następnie
wyraźną wrogość. Musi co jakiś plan w stosunku do mnie
się wtedy rypnął… Czyj?
Była jeszcze później jakaś próba z jego strony
podsunięcia mi do podpisania deklaracji że „uważam TKK za jedyną siłę
przewodnią i reprezentację „Solidarnosci” i społeczeństwa”,
a kiedy i to wyśmiałem – zostaliśmy wrogami. Właściwie
- Frasyniuk został moim wrogiem, bo ja go po prostu
lekceważyłem.
Lekceważyłem niesłusznie – jak dowiodła
późniejsza Magdalenka, której prescenariusz było mi dane wysłuchać
w cztery oczy od Władyslawa Frasyniuka w wiezieniu w Łęczycy na
początku roku 1983.
A teraz
powróćmy do wzmiankowanego na wstępie obrzydlistwa:
Jakiś czas po sprzecznym z moimi
intencjami wniosku BPBK o ułaskawienie, chyba w drugiej połowie maja
lub w czerwcu, do ZK Łęczyca przyjechała grupa kilku
wyglądających na wysokich oficjeli cywilów MSW, aby wybadać co z
„ułaskawiania Krupinskiego”
można zrobić. Zrobić nie
można było nic bo moje stanowisko w sprawie ułaskawiania na dwa
miesiące przed wiszącą w powietrzu amnestią zostało zadeklarowane przez opisaną
wcześniej rozmowę z naczelnikiem i poprzez cenzurowany list od mojego adwokata
potwierdzającego moje polecenie nie składania przez niego ani przez
moją rodzinę prośby o ułaskawienie. Niemniej, ponieważ
„władza” wydawała się desperacko szukać zainteresowanych
amnestią – przybysze pod koniec nieudanej rozmowy zaczęli prosić
abym przynajmniej zadeklarował czy „usunięty z wiezienia wbrew mojej
woli” będę naruszał prawo.
W zasadzie mogłem to
zignorować, ale doszedłem do wniosku że jest to okazja do
podkreślenia jeszcze raz legalności wszystkich moich
działań w stanie wojennym i nielegalności tego stanu. Jak już dużo wcześniej
pisałem – w dniu aresztowania (16.12.81) złożyłem
opierającemu się UBekowi pisemne oświadczenie, że stan
wojenny jest nielegalny i sprzeczny z konstytucją. Zostało to
wypunktowane w moim akcie oskarżenia oraz stało się linią
obrony jednego z moich obrońców – mecenasa A. Muży. Teraz miałem
okazję postawić kropkę nad „i”.
Z poważną miną wziąłem podsuwaną
kartkę i napisałem (cytuję z przekazanego wówczas żonie,
dla olsztyniakow, zapisu z pamięci,
który dotąd mam): „“Oświadczam
że nie zamierzam podejmować żadnych działań
sprzecznych z prawem. Równocześnie oświadczam, że nigdy nie
występowałem spoza węgła ani cudzych pleców, a wszystkie
swoje działania firmowałem własnym nazwiskiem, ponosząc za
nie pełną odpowiedzialność. Ten sposób postępowania
zamierzam kontynuować nadal”.
Odbierający
to expose esbek zgrzytnął zębami i rozmowa się
skończyła. Zadowolony z
zagrywki opowiedziałem o wydarzeniu po powrocie do celi, nie wywołując
nadmiernego zainteresowania u naszej chyba dziesięcioosobowej grupy. Z
jednym wyjątkiem – Władysława Frasyniuka, który zaczął
marudzić że „on jest Roch a to pani Kowalska” – czyli że
„podpisać jest podpisać”, bez względu na to co. Dyskusja mijała sie z celem bo tytanem
intelektu, jak już wspomnialem, to Frasyniuk nie był. Jak sam
często deklarował – uznawał jedynie „głupotę nie
maskowaną wyższym wykształceniem” - a tej mu nie brakowało.
Zaczął coś poszeptywać z dwoma wielbicielami-adiutantami po
kątach i okazywać mi wyraźną wrogość. Ponieważ wrogość okazywał już wcześniej, za
każdym razem kiedy nie wpadałem w ślepy zachwyt nad jego
cytatami Michnika, Kuronia & Co – pogodnie to zignorowałem.
W międzyczasie wydarzyły sie
dwie nastepne rzeczy – otrzymałem odmowę ułaskawienia, co zgrzyt
zębów SBeka zapowiedział mi już wcześniej, a żona w
czasie odwiedzin nadmieniła o plotkach w Olsztynie, że ja
„wstąpiłem do SBecji”. Załatwiłem, jak mi sie
wydawało, obie sprawy jednocześnie przekazując jej
podpisaną przez Jabłońskiego odmowę łaski
miłościwej PRL reprezentowanej przez Radę Panstwa, nad
Krupińskim, a przy okazji na odwrocie tego dokumentu napisany w czasie
widzenia tekst owego niekoszernego oświadczenia i kilka słów na temat
metod działania prowokatorów. Było to na początku lipca.
Wybiegając nieco poza ramy czasowe tej książki – po powrocie do
Olsztyna zaobserwowałem zjawisko
pewnego ode mnie dystansu otoczenia – co mnie dość cieszyło, bo
ogonów za sobą byłem pewny i nikogo im na oczy naprowadzić nie
chciałem. W mieszkaniu miałem, w tym samym celu, napis „uwaga
podsłuch” na ścianie przedpokoju.
Wybiegając
jeszcze dalej – sytuacja owego dystansu trwała aż do mojego wyjazdu
do Australii w maju 1987 roku, co pozwoliło mi na odrabianie
zaległości w wędkowaniu i borykanie się ze znalezieniem
źródeł dochodu w miejsce poprzedniej pracy, której mnie pozbawiono.
Moje obrzydzenie sytuacją jednak rosło, przyczyniając sie w
jakimś stopniu do decyzji wyjazdu, głównie tym że nikt
jakoś nie miał odwagi powiedzieć mi o powodzie owego dystansu w
oczy ani zapytać o moją własną relację. Jedynym który
o jakichś „moich grzechach” napomknął był
przeprowadzający w dniu mojego wyjazdu wywiad ze mną „dziennikarz
podziemia”, który na taśmie się nie przedstawił i którego
nazwiska nie pamiętam. Wyśmiałem go pogodnie, bo taką to u
mnie reakcję wtedy wzbudzało. Wywiad, jak się niedawno
dowiedziałem, poszedł na piśmie w wydawnictwie podziemnym w
dwóch sfałszowanych i pokrojonych częściach jesienią 87 i
wiosną 88. Mam swoją jego taśmę, co pozwoliło
porównać moje wypowiedzi z
fotokopiami owych falszywek. O zasięgu zaplecowego opluwania przez
Frasyniuka & Co dowiedziałem się dopiero teraz, po czternastu
latach, co jest powodem iż o ten wątek tematyczny „Zaułki Zbrodni” tu
rozszerzam. Dodam jeszcze, w temacie już będąc, trochę
rozważań:
Nie wiem czy Frasyniuk
już w czerwcu roku 1983, w wiezieniu w Łęczycy, był
człowiekiem przejętym gdzieś po drodze przez Kiszczaka i jego
służby. Mógł być, mógł nie być. Z pewnoscią
był pod kontrolą późniejszych magdalenkowcow, tych ex
czerwonych, spoza władz „Solidarnosci” z wyboru – o czym swiadczą
jego wypowiedzi w czasie obrad w Magdalence, zarejestrowane w zapisie rozmów
okrągłostołowych autorstwa
Krzysztofa Dubińskiego “Magdalenka transakcja epoki”. Polecam szczególnie uwadze zawartą tam
deklarację Frasyniuka pod adresem Kiszczaka: “dla
dobra kraju, dla dobra społeczeństwa które wam nie wierzy i które nie
chce was słuchać, staramy sie zapewnić waszą
wiarygodność”… (str 29 w/w książki). Mógł
być na usługach jednych i drugich, bo w końcu i tak okazało
się że było to i jest towarzystwo wzajemnej adoracji.
Dalej – pisałem już
kilkakrotnie w rożnych publikacjach internetowych, że pierwsze objawy
bezimiennej jeszcze Magdalenki wyczuwałem jeszcze przed moim wyjazdem.
Być może wycinanie w pień tych którzy Magdalence mogli się
sprzeciwiać było jednym z pierwszych etapów, a opisane frasyniukowanie w mojej sprawie
jego elementem. Może powodem były moje chłodne komentarze w
Łęczycy pod adresem idoli Frasyniuka, które zostały im
przekazane i wywołały akcję prewencyjną przeciwko mojej
obecności w czasie okrągłostołowania. Niezależnie od
owego prawdziwego „może” – największy żal mam do tych którzy
niegdyś wydawali sie mnie znać dość dobrze i którzy w te
szyte grubą nicią kłamstwa uwierzyli. Bo pomijając już
ocenę mojej takiej czy innej odporności na marchew i kije przed owym
kłamstwem – czy ja rzeczywiście wyglądałem na takiego
durnia, który na dwa miesiące przed upływem odsiadki, po odmówieniu
wystąpienia o ułaskawienie i po wszystkich poprzednich
demonstracjach, które przecież były jakimś spójnym planem
postępowania - rzeczywiście
mogłem tej kochanej władzy aż tak sie przymilać? I czy ta władza mając
jakąś „deklarację miłości Krupińskiego” nie
pośpieszyłaby ją upublicznić? I czy ja, będąc,
jak głosiły owe kłamstwa, jednych z nich, łowiłbym (co
robiłem) ryby czy też raczej usiłowałbym się
wkręcić jak najszybciej spowrotem w ramiona i zaufanie moich
„wiernych i lojalnych wyborców”, aby ich sypać lub na nich
wpływać? To pytanie do Olsztyniaków, których jeszcze kilka lat
wcześniej za durniów nie miałem.
Pragnę
to dodać jeszcze jedną obserwację: - osoba z którą dyskutowałem
ostatnio w korespondencji internetowej o szczegółach tej sprawy
użyła sformułowania: "pisałeś o tym co podpisywałeś"... I ręce mi opadły, bo w tym tkwi
moim zdaniem podstawa dzisiejszej mentalności i sposobu rozumowania
Polaków. Bo ja niczego nie
"podpisywałem" -
„podpisać coś” to moim zdaniem
złożyć swój podpis na podsuniętym tekście,
który został sporządzony przez i odpowiada intencjom
podsuwającego. W ciągu
pierwszych dwóch lat stanu wojennego ja napisałem wiele opatrzonych moim
imieniem, nazwiskiem i podpisem oświadczeń, dokumentów, komunikatów,
które w pierwszych dniach stanu wojennego wisiały na murach Trójmiasta i
rozwożone były po Polsce i które wyrażały moje przekonania
i apele. W dniu aresztowania, w trakcie przesłuchania napisałem
oświadczenie o nielegalności i niezgodności z konstytucją stanu wojennego i zażądałem
umieszczenia go w aktach sprawy. W czasie śledztwa i procesu i ja i moja
obrona twierdziliśmy że moje działania byly zgodne z prawem i
wynikały z moich praw i obowiązków.
I w lipcu 1983 roku napisałem, formułując to sam,
dokładnie to samo - że zamierzam postępować tak samo jak
dotąd, jawnie i podpisując sie własnym nazwiskiem - a więc
nie zamierzam naruszać prawa. Bo
postępować tak to jest właśnie moje prawo, czego
dowodziła cała linia mojej obrony i całe moje zachowanie od
Grudnia ‘81.
Tak długo jak Polacy nie nauczą sie że słowo pisane
jest bronią, którą można użyć w każdej sytuacji,
kierując je zarówno do przyjaciół i do wrogów - będzie
trwała sytuacja medialnego ogłupiania, przedelekcyjnego i elekcyjnego
milczenia i zastraszenia - o które chodziło w stanie wojennym, w czasie
Magdalenki, w czasie wyboru Jaruzelskiego na prezydenta z przydziału i
chodzi w czasie obecnej wyprzedaży Polski. Bo Polak będzie sie
długo zastanawiał czy ma prawo rozmawiać z wrogiem mówiąc
mu prawdę w oczy, czy ma prawo polemizować ze swoimi „autorytetami”
które zawiodły go do bagna Magdalenki i czy ma prawo w ogóle się
odezwać bez posądzenia go o niekoszerność myśli i
zamiarów.
Tyle
dziś, w roku pańskim 2001, w Australii. A teraz wracamy znów do akcji
książki, czyli lat 1981-1983 a w tym - ZK Łęczyca:
Myślę, że warto też powrócić do
innego epizodu „prawnego” który miał miejsce nieco wcześniej. Moja
żona, która po pozbawieniu mieszkania mieszkała wraz z urodzonym 8
stycznia dzieckiem kątem u znajomych, zajmując wraz z nimi pojedynczy
pokój w olsztyńskim samotniaku, zaczęła podupadać na
zdrowiu i w końcu wylądowała w szpitalu. Powiadomiony o tym i na
jej prośbę wystąpiłem o udzielenie przerwy w wykonywaniu
kary - dla umożliwienia opieki nad żoną i dzieckiem do czasu
poprawy jej zdrowia. Taki sam wniosek, poparty przez lekarzy,
złożyła żona. Kilka tygodni później, około
dziewiątej rano, zostałem odwołany ze spaceru i wezwany na
spotkanie z, jak sie później dowiedziałem, przewodniczącym
Sądu Garnizonowego w Łodzi - podpułkownikiem WP, Józefem
Sobieskim. Pan pułkownik, chorobliwie czerwony na twarzy, z nosem jak
nadgniła truskawa i pijacko mętnymi oczami, siedział za biurkiem
naczelnika wiezienia. Naczelnik skromnie przycupnął na jednym z
krzeseł. Mój „sędzia” zionął oparami alkoholu, co mnie
stojącego około trzy metry od niego przyprawiało o
mdłości. Myślę że pierwszym co dostrzegł był
mój nieformalny strój - na spacerze było zimno i miałem na sobie
cywilny, wyszargany sweter. Z pewnym wysiłkiem skoncentrował na mnie
wzrok i musiał również dostrzec obrzydzenie na mojej twarzy - nie
cierpię alkoholików i sytuacja w której moczymorda miał
decydować o moim losie była trudna do zniesienia. W każdym razie
od początku antypatia była obustronna i wyraźna. Pytania z jego
strony były agresywne i złośliwe, moje odpowiedzi
obraźliwie lakoniczne. Naczelnik musiał czuć się źle i
było to widoczne. Musiał być odpowiedzialny za to poranne
pijaństwo; zrobił co mógł aby zmiękczyć sumienie „pana
sędziego", ale zamiast tego jedynie je rozmoczył. Reszta
była moją winą - nie potrafiłem jednak maskować mojego
obrzydzenia.
Otrzymane później postanowienie
Wojskowego Sadu Garnizonowego w Łodzi było oczywiste, a jego
uzasadnienie było powtórzeniem, w bardziej trzeźwej formie,
pijackiego bełkotu pana pułkownika Józefa Sobieskiego, sędziego
wojskowego PRL.
W lipcu została ogłoszona warunkowa
amnestia. Uwalniała ona skazanych z wyrokami do trzech lat
włącznie i redukowała wyższe niż trzy lata kary do
połowy. Perfidia amnestii polegała na fakcie iż bardzo niewiele
wydawanych w trybie doraźnym wyroków sądów wojennych było
poniżej trzech lat. Skazani z wyższymi wyrokami zostali automatycznie
zatrzymani na sicie - do dalszej obróbki. Ci działacze, którzy
uniknęli wczesnego aresztowania, podjęli działalność i
zostali aresztowani później byli najbardziej przegrani. Ale więzienia
znacznie opustoszały - masa kryminalistów z drobnymi wyrokami wyszła
na wolność a wraz z nimi rzesze „półetatowych” konfidentów i
prowokatorów. Ci półetatowcy, zwerbowani w czasie normalnej odsiadki
wizją lepszego traktowania, skróconych wyroków i innych przywilejów pozostawali na zawsze na smyczy - groźba
ujawnienia była gorsza niż zaoszczędzona odsiadka.
Po ogłoszeniu amnestii mój zredukowany do 21 miesięcy wyrok
kończył sie 17 września 1983 roku. Te ostatnie dwa miesiące
charakteryzowały sie czymś w rodzaju stanu nieważkości.
Solidarnościowcy wychodzili na wolność; pojedynczo, po kilku.
Wśród nich byli również ci z większymi wyrokami - ci którzy
zdecydowali sie prosić o warunkowe zwolnienie. WRONa w tych przypadkach
była podstępnie ustępliwa - delikwenci podpisywali warunek
iż w razie powrotu do zakazanej działalności ich amnestia
zostanie unieważniona i powrócą do wiezienia. Tak wiec w ostatnim
momencie, w wielu przypadkach przyśpieszając wolność
jedynie o miesiące czy nawet tygodnie - poddawali się. Jestem w
stanie ich zrozumieć - rodziny, dzieci, lato - to wszystko czekało po
drugiej stronie kraty. Nigdy WRONowska marchew nie była tak pachnąca
i skuteczna jak w tych ostatnich miesiącach.
Pomimo wzmiankowanego wyżej „stanu nieważkości” - o dziwo
nie miałem żadnych pokus. Zamiast tego odczuwałem
wyraźną satysfakcję. Satysfakcję z wytrwania i zadowolenie,
że cena owego wytrwania była znacznie niższa niż to sie
zapowiadało. Powracałem myślami do owych pierwszych dni,
skierowanych na bramę Stoczni luf czołgów. Te czołgi mogły
strzelać - nie strzelały. Myślałem o pierwszej celi w
podziemiach gdańskiej bezpieki, kiedy serce fikało koziołki a
lekarstwa zostały skonfiskowane - przeżyłem. Przeżyłem
tez kolejno opisywane uprzednio: chemiczną saunę jaką powitano
mnie pierwszej nocy w Bydgoszczy, spowodowane truciem „zapalenie płuc”
a’la Adolf, spotkanie z grzechotnikiem w krzakach łódzkiej kliniki.
W styczniu 1982 mój własny adwokat pocieszał mnie wizją
“wygrania sprawy” wyrokiem 10-15 lat, wbrew oskarżeniom zagrożonym
karą śmierci. Do podobnego wyroku przygotowywała mnie przed
rozprawą pani Got - oficer wychowawczy Aresztu Śledczego w Bydgoszczy.
Przez osiem i pół miesiąca nie opuszczałem celi, pozbawiony
regulaminowych spacerów. Przeżyłem, pomimo choroby serca,
całodniową podroż w zamkniętej stalowej szafie. A teraz
pozostało mniej niż dwa miesiące - pod opieką
zakłopotanych wyraźnie rozwojem sytuacji funkcjonariuszy
więziennych.
Dni spędzałem na czytaniu książek, znaczną
cześć nocy - na rybach. Potrafiłem, pół drzemiąc,
opłynąć w wyobraźni jezioro w Pluskach, mijając
znajome drzewa, wysepki i pola. I tak dwa miesiące przeszły. Nadszedł ów oczekiwany 17
września.
Po śniadaniu przyniesiono moje cywilne ciuchy i zaprowadzono mnie do
łaźni. Po powrocie spakowałem nieliczne posiadane klamoty i
poprowadzono mnie do budynku administracyjnego. Odbiór depozytu nie trwał
zbyt długo - większość rzeczy pozwolono żonie, na moja
prośbę, zabrać prawie rok temu. Tak więc około
dziesiątej byłem formalnie gotowy do opuszczenia gościny pana
Jaruzelskiego - ale jakoś nie spieszono się z otwieraniem bramy. Po
około godzinie zostałem poinformowany, iż ze względu na mój
stan zdrowia, czekamy na przybycie mojej żony. Dwie następne godziny przeczekałem
„czytając” ostentacyjnie
jedyną posiadaną książkę - szkolny podręcznik
angielskiego. Przyznam, że moją największą troską
było uniknięcie trzymania jej do góry nogami - ale zdziwione
spojrzenia przechodzących funkcjonariuszy więziennych sprawiały
mi przyjemność.
Nie zastanawiałem się wtedy, dlaczego nie wychodzę po prostu
jak inni - na własną rękę. Teraz myślę, że
może ważniejsza niż obecność żony była
obecność właścicieli samochodu, zapewniających transport.
Znajomość i reżyseria moich pierwszych kroków na wolności
mogła być istotna. Ale w sumie nie miało to większego
znaczenia.
Moi odbiorcy przyjechali z opóźnieniem. Na krótko przed opuszczeniem
więzienia spotkał mnie naczelnik i obaj nie bardzo wiedzieliśmy
co mówić. Uważałem i uważam że zachowywał sie na
tym stanowisku przyzwoicie, zachowując tradycje więzienia, które
gościło Kardynała Wyszynskiego i Wiesława
Gomułkę. Tak więc bez słowa podaliśmy sobie
rękę i po chwili znalazłem sie na zewnątrz.
Przed odjazdem odwiedziliśmy łęczyckiego księdza, aby
podziękować za jego rolę w życiu więziennym. Nigdy nie
byłem gorliwie praktykującym katolikiem i poza mszami w
łęczyckiej kaplicy, w ciągu ostatnich trzydziestu lat byłem
jedynie w kościele z okazji celebracji nominacji biskupa Glempa na
kardynała, poświęcenia kilku sztandarów i wcześniej -
pogrzebu ojca. Ale msze w Łęczycy były dla mnie bardziej
polityczną niż religijną celebracją - z możliwością
wysłuchania zmodyfikowanego na użytek sytuacji hymnu, zawierającego
słowa „ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie”. Mam
więc nadzieję, że ksiądz łęczycki zechce
zapomnieć moją jednorazowa improwizację, kiedy mając
prawą rękę zajęta trzymaniem śpiewnika,
przeżegnałem się lewą. Mea
culpa, proszę księdza - i proszę przyjąć
spóźnione wyrazy sympatii pod adresem plebani i łęczyckiej
parafii. Ksiądz był rodzajem odtrutki na obecność takich
ludzi jak WRONowski pijaczyna podpułkownik Józef Sobieski.
Z Łęczycy jechaliśmy do Gdańska, gdzie czekało
mnie kilka spotkań. Najpierw wpadliśmy do mojej siostrzenicy
Ludmiły Smólskiej, mieszkajacej wraz z mężem Tomkiem i
dwójką dzieci na Zaspie. Następnie spotkałem się z
Andrzejem Mużą - moim adwokatem i późniejszym przyjacielem. Andrzej
zawiózł mnie do Lecha Wałęsy. Rozmowa z Lechem nie bardzo
się kleiła - zraził mnie bardzo pierwszymi słowami – „Co
tak późno? Czekałem na ciebie trzy miesiące temu, kiedy
wyszedłeś z więzienia”… Pomyślałem wtedy, że ja
byłem u jego żony kilka godzin po jego internowaniu, stawiałem
jego uwolnienie jako warunek dialogu z władzą i pomimo mojego
późniejszego uwięzienia wiedziałem o jego losach. On nawet nie wiedział, że do
dzisiaj byłem w więzieniu…
Próbowaliśmy rozmawiać o planach działania, ale
świadomość podsłuchu i brak jakiegokolwiek scenariusza ze
strony Wałęsy przeszkadzały. Raziły mnie jego slogany,
które masy odbierały tak dobrze a jego chyba raził mój brak
zapału do sloganów. Byłem zmęczony i zniechęcony tą
wycieczką do Mekki.
Na drugi dzień odwiedziłem księdza Jankowskiego z
podziękowaniem za pomoc prawną - adwokat Andrzej Muża
działał z jego ramienia. Ksiądz nie omieszkał
podkreślić faktu i celu mojej wizyty przy okazji najbliższego
kazania - co znów zraziło mnie trochę. Wyraźnie nie nadawałem
się do powrotu do normalnego świata. Tego samego dnia, późnym
wieczorem, Tomek Smólski zawiózł mnie i Halinę do Olsztyna.
* * *
Mieszkanie w Olsztynie powitało nas
rozgardiaszem. Były to dwa kwaterunkowe pokoje z kuchnią, na
dziesiątym piętrze, które tuż przed moim powrotem przydzielono nam
„tymczasowo" w miejsce bezprawnie odebranego, w pełni opłaconego
i już raz „przekazanego nam”
spółdzielczego M5.
Wszędzie leżały kartonowe
pudła, w kącie większego pokoju materac na podłodze, w
małym pokoju łóżeczko Dominika. Zosia Piskunowicz, prawnik
zatrudniony w Regionie przed stanem wojennym, stanowiła komitet powitalny.
Tomek, po wypiciu herbaty pojechał spowrotem do Gdańska. Dominik
spał. Nie bardzo wiem jak to było tego pierwszego wieczora,
byłem zbyt zmęczony. Na drugi dzień pojechaliśmy na Pluski
- moje Pluski, o których marzyłem w czasie bezsennych nocy w
więzieniu, słuchając spiewających za kratą
łęczyckich słowików.
I które, o czym jeszcze nie
wiedziałem, wkrótce mi przyszło utracić.
Albany,
Australia, 1997, tresc uzupelniona w 2001,
przygotowana
do druku w 2005.
Druk
pierwszego wydania – A, Kozłowska, Ottawa, lipiec 2005.
Przekazano
za pokwitowaniem IPN dnia 6 lutego 2006.
UWAGA: Do
książki, na życzenie jej
nabywcy, może być dołączony za oddzielną oplata
AU$15 dysk (CD) zawierający fotokopie dokumentów procesowych i
sądowych korespondujących z treścią tej książki.
Dyski nie są sprzedawane bez książki.
Autor