PO LATACH

1/ref:  protokół posiedzenia KKP w Szczecinie 19-11-1980  (vide przypis 19)

2/ coby Olsztyniacy nie czuli sie w swoich „walesizmach” osamotnieni

 

Miroslaw Krupinski - wstep:

 

Z Polski wyjechalem 7 maja 1987 roku, zabierajac ze soba swoj skladany kajak rodem z Niewiadowa, wedki, maszyne stolarska przy pomocy ktorej zbudowalem niegdys moje Pluski (poplynela statkiem i doszla po 3 miesiacach), dosc duzo ksiazek, komplet dokumentow urzedowych, zawodowych, stanowojennych i postanowojennych. Plus dziecinny rower piecioletniego wowczas Dominika, jego nieliczne zabawki i jego oraz Haliny (wtedy moja zona) rzeczy osobiste, ubrania i dokumenty. Cala reszta zostala i staralem sie za tym nie ogladac.

 

Nie spodziewalem sie ze wszystkie swoje dokumenty (niezbyt w zasadzie liczne) uda mi sie wywiezc. Czesc desek bocznych skrzyn miala wyciete pila tarczowa niewidoczne szpary (byly laczone na zakladke i ciezko przygwozdziowane do naroznikow) gdzie wedrowaly dokumenty najbardziej „niewypuszczalne”, reszta dokumentow zajmowala cwierc jednej ze skrzyn. Jak przypuszczalem – role celnikow odgrywalo dwoch esbekow, przegladajacych glownie dokumenty. Te dostepne w skrzyni podzielili na dwie prawie rowne kupki i kladac je na wczesniej sprawdzonej skrzyni oznajmili – tą z lewej prosze zabrac spowrotem, tego pan nie wywiezie. Po czym zajeli sie kolejna skrzynia (byly ich cztery).  A ja, kiedy zauwazylem ze sa nad nia pochyleni, przelozylem te posegregowane juz kupki wzajemnie, zmieniajac ich kolejnosc. Poczekalem kiedy juz wstana i odwroca sie do mnie przodem – i wlozylem do skrzyni spowrotem te trefne, a te ktore mialy byc trefne ale nie byly wlozylem do skrzyni trailera ktory wracal z nami do Olsztyna. (skrzynie odplywaly wczesniej). Panowie „celnicy” popatrzyli na to obojetnie, poczekali az zabije wieka skrzyn trzycalowymi gwozdziami i przykleili papierowe, opieczetowane, dowody sprawdzenia na krawedziach bokow i wieka. Wrocilismy bez przygod, aby za kilka dni pojechac za skrzyniami.

 

Tak wiec wywiozlem to co okazalo sie pozniej najwazniejsze. W Olsztynie zostalo kilku przyjaciol ktorzy opisywali mi pierwsze lata i cieszylem sie coraz bardziej z psikusa z dokumentami.  Bo Walesa z ktorym zerwalem dzien po wyjsciu z wiezienia (18 wrzesnia 1983) kiedy  rozmowa z nim potwierdzila rewelacje Frasyniuka o ich wspolpracy z Kiszczakiem i wspolnym szykowaniu „skoku na wladze”, cos znow szykowal. Jak ten skok byl prztygotowywany, listy z Polski mi mowily. Ze sie odbyl – tez. No i jak zamalowaywano mnie na czarno na wypadek gdybym glosno wyjasnil czemu sie z „wodzem” rozwiodlem, o czym w Olsztynie wspomnialem po powrocie od niego tylko kilka slow.

 

Tak wiec wiedzialem o wspolnych fotkach przyszlych „lojalistow” z wodzem – zapewniajacych im zalapanie sie na urzedy i pomniki, o wycinaniu w pien sceptykow (niektorzy do tej pory zyja w nedzy, czesc juz wymarla) oraz o zapewniajacych „wodzowi” tajemnicę grzechow przedmagdalenkowych sojuszach.

 

Internetowac zaczalem dopiero w roku 1995, bo przedtem potrzebowalem dachu nad gowa i samochodu. No i zaczalem sie dowiadywac wiecej – o „nowej Solidarnosci”, o samej Magdalence, o „Nocnej Zmianie” – duzo tego bylo i trwalo prawie do tej pory.   O Olsztynie tez wiedzialem coraz wiecej. Wiedzialem tez duzo wczesniej (zaraz po wyjezdzie)  ze mialem „swite” – jeden emisariusz czekal juz na mnie w Sydney, drugi (kobieta) wyjechala wkrotce po mnie. Wiadomoosci okazaly sie prawdziwe i wiem ze narobilem zamieszania wybierajac sie w czerwcu  roku 1988 w polroczna podroz dookola Australii, bez zapodania celu, czasu i trasy.

 

Wyladowalem w Perth, po roku przenioslem sie do Albany i kilka lat pozniej zalozylem witryne internetowa „Kraj Utracony”  zeby nie musiec odpowiadac recznie nie wierzacym ze zyje. I zaczalem pisac wszystko to co dzis wisi na mojej obecnej witrynie (adresy witryn sie zmienialy, ale zawsze byly firmowane moim nazwiskiem i imieniem i podawaly moj aktualny adres).

 

Napisalem kilka ksiazek, opublikowalem je internetowo i widocznie poruszylem bolacy ząb – bo zaczelo sie prewencyjne i rewanzowe za to co pisalem opluwanie.  W tym samym czasie wygralem proces z Dowodztwem i Sadem  Marynarki Wojennej, opisany i dokumentowany w miare postepu  w mojej drugiej internetowej ksiazce „Zaulki Prawa”. Pierwsza ksiazka miala tytul „Zaulki Zbrodni” i zawierala troche prawd ktore „nie powinny sie ukazac” i „komplet moich dokumentow stanowojennych” ktore ocalilem przekladajac kupke oclona jako trefna z kupka nietrefna. Napisalem tez kilka innych ksiazek – „Australijska Przygode” bedaca opisem mojej podrozy wokol Australii, „Australijskie Migawki” opisujace urode Albany gdzie mieszkam od 20 lat i moje tu  poczynania i obserwacje, oraz piec tomow wierszy (razem okolo 600) stanowiacych „Zbior Znarowionego Pegaza”

 

No i dowiedzialem sie ze w Olsztynie, w Gdansku i Warszawie  tez nie proznowano - usilujac uczynic mnie niewiarygodnym  i umoczonym. Tak naprawde zaczelo sie to (jak do mnie docieralo) w roku 1992, kiedy to do pozwu przeciwko Sadowi Marynarki Wojennej i przeciwko Izbie Wojskowej Sadu Najwyzszego dolaczylem komplet fotokopii dokumentow „ktore przeciez nie istnialy” i ja „nie mialem prawa ich miec”.  To znaczy - moich wlasnych dokumentow – prokuratorskich, sadowych, wieziennych, zwiazanych z utrata pracy, mieszkania i samochodu, adresowanych do mnie i moich na nie odpowiedzi.  Ktore przeciez zabroniono mi wywiezc J.

 

Juz koncze ten wstep. Dodam tylko ze w tym czasie rozpoczela sie w Olsztynie intensywna kampania domalowywania mi geby, podsuwania sciagawek moim bylym „wspolkombatantom” - aby udzielali „slusznych” o mnie wywiadow i rozpowszechniali prawie jednobrzmiace „prawdy” nie do odrzucenia, ani nie do odklamania. No bo pierwotnie zakladano ze wywiozlem kajak i maszyne stolarska, ale wlasnych dokumentow nie.  To nawet nie bylo takie glupie, bo do tej pory watahy anonimow (zapewne dzieci i wnukow owczesnych „autorytetow”) zgrzytaja i pluja anonimowo na moja czesc przy okazjach roznych zbiorowych „patriotyzmow”.

 

Okazalo sie ze nie tylko ja to zjawisko zobaczylem – bo od widzacych to podobnie otrzymalem kopie suuuuusznych wywiadow zebranych miedzy innymi na moj temat (oczywiscie nie tylko na moj) przez OBN – dziwnie jednobrzmiacych  w formulowaniu klamliwych wypowiedzi o mnie, zapewne wciaz w obronie upapranych autorytetow,  z najwazniejszym wlacznie  J.

 

Dobra – rozpisalem sie w tym wstepie – wiec juz nie komentujac dalej zalaczam nizej zestawienie wspomnianych otrzymanych wywiadow, nie wdajac sie w pyskowki z klamiacymi ani nie dziekujac (dla rownowagi) nieklamiacym.  Wspolnym mianownikiem „wspolnej” podsunietej odpowiadajacym na pytania sciagawki byly cztery tematy: - 1/ze nalezalem do PZPR - co jest klamstwem, 2/ze to ja bylem inicjatorem i organizatorem spotkania Prezydium ZR „S” po wyborach w czerwcu 1981 z KW PZPR – co jest klamstwem, 3/ze wyrazalem sie niepochlebnie o Walesie - co jest umiarkowana prawda, powiedziana mu przeze mnie prosto w oczy dzien po moim wyjsciu z wiezienia i 4/ ze odmawialem udzialu w konspiracji „bo sie do niej nie nadaje” – prawda jest ze: a/odmawialem udzialu w konspiracji przy kawie i wodce, gdzie oddelegowana sbecja zbierala informacje i b/ ze mialem „ogony” jezdzace i chodzace za mna nawet na ryby, a na niewatpliwy zarzut ze naprowadzilem na bohaterskich kawowo wodczanych konspiratorow esbekow -  nie mialem ochoty.

 

A teraz zycze milego czytania udzielanych w tamtym czasie swoich i nie swoich wywiadow. Ich czcionka i formaty sie roznia - bo sa to zapisy oryginalne, wiec pozostawiam je bez kosmetyzowania, aby nie byc oskarzonym o zmiany ich tresci .  Czerwone wstawki w tekstach nie sa moje – za wyjatkiem jednej prostujacej gdzies tam na koncu klamstwa o przyczynie mojego „niekonspirowania”. Ta jedyna moja wstawka w cudzy tekst jest, w odroznieniu od innych czerwonosci, podpisana moimi  inicjalami.

 

----------------------------------------------------------------

 

 

Rozmowa z Wiesławem Rondomańskim

w dniu 11 maja 1993 roku.

 

Pyt. Kiedy w OZOS-ie powstała „Solidarność”? Wiem, że tam na początku były inne Niezależne, Samorządne …

Odp. O,o,o, … Więc może zacznijmy od tych związków. Kiedy byłem na letnisku we wiosce koło Olsztyna, to tylko przez radio słyszałem, że statki stoją na redzie, a rząd się niepokoi cytrynami. To mnie pasjonowało. Sąsiedzi - rolnicy - powiedzieli mi, że w OZOS-ie się coś gotuje. Zadzwoniłem. Nie, nie - wszystko w porządku. Okazało się później, że bali się mi powiedzieć przez telefon. Był moment, że strajkowano w OZOS-ie przez kilka dni. I jak pojawiłem się, to było już po strajku. (2-3 dni strajku). Był on czysto robotniczy - po prostu wyganiano tam ludzi w fartuchach. Robotnicy zajęli halę wykańczania opon. Parę setek ludzi tam było i pilnowano, żeby nie kręcili się tam umysłowi. Żeby nie było inteligencji, żadnego dozoru.

Pyt. Jaką funkcję pełniłeś w zakładzie?

Odp. Ja byłem specjalistą w dziale organizacji. Oczywiście zaliczałem się do inteligencji. Tu waż­ny był fartuch, fartuch … bo robotnik to miał portki ogrodniczki. Po tym się rozpoznawało czy to robotnik czy urzędnik, czy kierownik. Umysłowy to była wroga nacja. Wtedy to się zaczęło. Wtedy zaczął się krystalizować przyszły zarząd związku, jakaś taka grupa.

Pyt. Na czele stał …

Odp. Niejaki Piątek. To jest osobliwa rzecz - zapomniałem jego imienia. Facet, który z pół roku pracował w OZOS-ie, a przedtem bywał w świecie, m.in. podobno w kopalniach, na co się czę­sto powoływał. Miał on dość duży autorytet Był to człowiek dość prymitywny, o takim specyficznym sprycie. W każdym razie miał posłuch, poważanie wśród robotników, przynajmniej wtedy na początku. Był dosłownie jednoosobową osią wszystkiego. Inni kręcili się tak, jak koło Wałęsy, jak ćmy obok ognia.

Pyt. Czy Piątek sympatyzował z tym strajkiem gdańskim?

Odp. To było jakieś specyficzne, dziwne balansowanie. Szereg domniemań różnych jest, za niektóre można by ciągnąć do sądu, dlatego ja tam nie pobrnę. Wiele było różnych domniemywań, kto zacz - bo do tej pory to jest niejasne. Była to bardzo silna osobowość, który chciał mieć władzę we własnym ręku. Oficjalnie deklaratywnie to popierał związek robotników z Wybrze­ża, ze stoczni Wałęsy - to tak. Osobliwością było to, że robotnicy bali się: no, uważajcie, bo tam podobno KOR-owcy tym sterują. - Nie KOR-owcy, ależ w żadnym wypadku! Ani Kuronie, ani Moczulskie - my tu czysty związek. W każdym razie formalnie to popierał, tym bardziej, że taki nastrój był wśród robotników. Jednak później niejednokrotnie podkreślano, że OZOS jak gdyby za szybko zaczął działać. Była ta myśl rzucona jeszcze przez sfery rządowe i nie do końca wyjaśnione początkowo przez działaczy solidarnościowych w Gdańsku, że to ma powstać jeden monolityczny związek krajowy. Był taki etap, że słowo „Solidarność” jeszcze nie funkcjonowało, a tym bardziej jako związek ogólnokrajowy. Pamiętam, kiedy się przyłączyłem, funkcjonowało takie przekonanie, że mają powstać regionalne związki, i ten w regionie gdańskim, on ma przybrać nazwę „Solidarność”. A więc my równolegle, co będziemy czekać, my też coś takiego zrobimy, i to powstało. Dowcip polega na tym, że jak już coś powstanie, to nie chce zdechnąć.
Bo to są osobiste ambicje, pewne emocje. Tu w OZOS-ie ten antyinteligencki charakter był, ale już było wiadomo, że oni jedno, drugie zebranie robią. Ja byłem pierwszym umysłowym, który odważył się, przeżegnał i poszedł między wilki. Jakoś nie skopali i było widać, że te pierwsze ostre nastroje im przeszły. Jak zauważyłem, że tworzą statut, a nie mieli żadnych wzorców i kilka, jak mi się wydawało, rozsądnych myśli rzuciłem, które znalazły uznanie wśród tych ludzi i tak się stało, że w praktyce dostrzegli (demokracja realizowała się w praktyce), iż nie ma co siedzieć w dwustu chyba na sali, tylko trzeba komisję statutową powołać, i już się tam znalaz­łem. Jakiś chłopak powiedział: - O, ten pan! - i wskazał na mnie. Był to robotnik Kazik Łuka­szewicz. I za parę dni dołączyło jeszcze dwóch umysłowych na samym początku. Później znalazłem się w prezydium i w takiej trójce, która jechała rejestrować u Kościelniaka w Gdańsku ten związek. Trzeci czy czwarty w kraju …

Pyt. Jako Niezależny, Samorządny …

Odp. Tak. To co później nazywano związkami autonomicznymi. Ponieważ równolegle w tym czasie już się skrystalizował związek „Solidarność” ogólnokrajowy, część ludzi bardziej świadomych wśród robotników mówiła, że w sumie chodziłoby o to. Ale nie wszyscy tak mówili. Nie­którzy byli związani z tym autonomizmem i mówili, po co nam „czapa”. A ta „czapa” to jeszcze wywodziło się z CRZZ, że tu robotnicy rządzą w swoim zakładzie pracy, a jeszcze ktoś im się wtrynia, a więc po co ta „czapa” w Gdańsku jeszcze. Były takie zróżnicowane koncepcje ale, że potrzebne było poczucie ścisłego związku i ta ekipa 5-6 osób pojechała do MKZ-u Gdań­skiego, aby się zameldować, że my z tej samej parafii jesteśmy, że to jest struktura zakła­dowa ale, że my do nich przynależymy. Z tym, że wtedy było to już skrystalizowane i zauwa­żona walka partyjnych z „Solidarnością” przez tworzenie tego typu związków. Ja bym się sprze­ci­wiał, że związki w OZOS-ie, taki miały charakter, przynajmniej początkowo. Ale ten Piątek, czy on albo ktoś jeszcze, czy byli pod czyimś wpływem - trudno to udowodnić.

Pyt. W każdym razie robotnicy, którzy tworzyli ten związek, nie myśleli o tym, że ktoś nimi manipuluje.

Odp. Na samym początku na pewno nie. Jednak zbyt długo to było podtrzymywane i pytanie czy w tym podtrzymywaniu nie było jakichś „nieczystych wpływów”.

Pyt. Do kiedy ten związek autonomiczny istniał?

Odp. Nie za długo chyba. Moja wizja była, że ja się przyłączam do robotników w OZOS-ie - oni są moim sterem i oni mną kierują. Po ważniejszych wystąpieniach okazywało się, że robotnicy ma­ją rację - zdaję się na nich, będę służebny w stosunku do robotników w OZOS-ie. I tak do tej pory czuję. Oni mi mówią, moja rola regionalna jest wtórną w stosunku do tego.
Kiedy odbywały się wybory ostateczne do władz tego związku, równolegle powstawała pierwsza komórka „Solidarności”, taka grupa inicjatywna. Starszy pan Grucela, nie Leszek tylko jego ojciec, był pierwszym - bardzo rozsądny człowiek, ale skromny - on to rozpoczął, ale potem zbliżył młodych chłopaków, Zbyszka Przewłockiego i jeszcze innych i raz dwa im to przekazał i oni ciągnęli dalej. On był tym, który poszedł tam gdzie trzeba, czy do Gdańska, czy do MKZ-u, dowiedzieć się co i jak, twardo, ale potem już tym nie dyrygował. A między związkami rozpoczęły się wzajemne przepychanki, oskarżenia. Ale okazało się, że formuła wyborów w tym związku autonomicznym przybrała charakter, między innymi ja to forsowałem, plebiscytu jaki ten związek ma być. Uznaliśmy, że jednak wszyscy robotnicy w OZOS-ie są jednym organizmem, że są różnice takie czy owakie, ale my ustaliliśmy, gdy się zjawią delegaci, jaki to ma być związek. Jeżeli będzie opinia, że „Solidarność”, to ten związek zniknie. Czyli to co miało być wewnątrzzwiązkowymi wyborami, stało się zbieraniem (wybieraniem) delegatów na plebiscyt w tym zakresie. Nikt wtedy nie powiedział, że to mogą być dwa związki - o branżowym nie mówmy, bo to był wróg, itd. - tak się stało, że 55 zostało wyłonionych. Ludzie już pytali. Pamiętam zebranie na Tracku - taka baza nasza parowozowa, którą OZOS tam miał - ludzie pytali: - Zaraz, ale do jakiego związku? - Więc im mówiłem: - Kochani, jeszcze nie wiem do jakiego związku. Właśnie od was delegaci też będą, to powiedzą jaki związek będzie. I 55 ludzi było - ja za procedurę odpowiadałem jako umysłowy - i z tych 55 - 44 głosowało za „Solidar­nością”, a 11 miało obiekcje. Z tym, że wtedy nikt nie negował tego, że tak się stanie, że większościowo zadecyduje się jaki związek będzie w OZOS-ie. - To jest „Solidarność” - powiedziano, wielka radość, po tych wszystkich przepychankach, ansach, pamiętam obejmowaliśmy się. Potem jednak było takie burbulowanie (?), bo jednak ten Piątek, niektórzy zaczęli negować, że coś tam nieprawidłowo było. Mnie to osobiście wkurzało, bo za proceduralną prawidłowość byłem odpowiedzialny. Uważałem, że wszystko jest jak trzeba. Ze Zbyszkiem Przewłockim rozmawiałem i doszedłem do wniosku, że z niejakim Łuszpińskim, w PKS-ach pracuje, my doprowadzimy do rozwalenia tego związku do końca, bo on się nie chciał rozwiązać. I doprowadziliśmy do tego, że tamto prezydium zaczęło składać rezygnacje. Zmusiło w ten sposób do rezygnacji Piątka. I nowe wybory żeśmy ogłosili, przy czym żaden z nas, ze starego prezydium, nie kandydował - w ten sposób zrobiliśmy, że ten Piątek też nie wszedł, bo nikt nie wchodził z prezydium. On z wściekłością trzasnął drzwiami, zrozumiał, że nie kandyduje, wtedy został wybrany chłopak, bardzo spokojny, przyzwoity, wysokiej klasy robotnik, fachowiec z elektrociepłowni, ale bez osobowości takiej. I ten związek autonomiczny chwilę potrwał i potem padł. Zrobiliśmy jeszcze taki numer, że decyzję, że związek się rozwiązuje, tylko się ogłasza, że je­żeli ktoś chce zgłosić sprzeciw ten przynosi wniosek sprzeciwu (?). Nie było tych głosów.
To była osobliwość, jak już informuję Zbyszka Przewłockiego, że jestem z wami, referuję wyniki tego referendum o którym mówiłem, i powiedziałem czy to mu nie przeszkadza, żeby stało się faktem takie referendum. On mówi, że nie, bo jeżeli ktoś nie jest w „Solidarności” to ma swobodę. Później dzwoniłem do Kościelniaka będąc już członkiem „Solidarności”, że my się rozwiązujemy. On mówił, że nie może tego zrobić, że nie ma procedur prawnych na rozwiąza­nie. Ale to są szczegóły. Już w tym momencie byłem w „Solidarności”. Pod koniec listopada nastąpił dokładny rozpad tego związku. Pozostała tylko „Solidarność” - już te autoomiczne zniknęły.

Pyt. Jak liczny był związek „Solidarność” w zakładzie?

Odp. Pamiętam dość dokładnie. Rząd 4 tyś. ludzi w „Solidarności”, do 800 cz 600 w CRZZ.

Pyt. Co możesz powiedzieć o Przewłockim?

Odp. Przewłocki. Cenię go sobie. Człowiek z pragmatyków, który pragmatyzmem się kierował. Ja bym porównał go - zachowując pewną miarę - do kard. Wyszyńskiego, który paktował z komu­nistami, ale był moment kiedy powiedział te „non possumus”. I tak samo Przewłocki. Przyszedł ten moment i on okazał się twardszym, zdecydowanym człowiekiem, kiedy przyszła chwila pró­by. Jego zachowanie w stanie wojennym i przeprowadzenie tego strajku.

Pyt. Opowiedz to wszystko, co jest związane z 13 grudnia i ze strajkiem.

Odp. O Zbyszku może jeszcze dodajmy, że kilka razy podpadał uśmierzając różnych wariatów, któ­rzy chcieli kosy ostrzyć i iść gdzieś tam na komitet - takie różne dziwne pomysły - Symo­łona.. Był taki teoretyk rewolucji.

Pyt. On był pracownikiem OZOS-u?

Odp. Symołon? To ciekawa postać z Kętrzyna. Miał przepychanki z nim Zbyszek. W stanie wojennym od razu pierwszego dnia do „Gazety” pisał. Po prostu pospolity zdrajca, kawał łobuza. Myśmy dostali „Gazetę Olsztyńską” w Iławie i tu już Symołon tam był, pisał o aferach, co to było w tym Zarządzie Regionu.

Pyt. A czy w czasie pokojowym też miał jakieś prowokacyjne wystąpienia?

Odp. On odznaczał się nadmiernym radykalizmem. Radykalizm bez podstaw - nie grał w to co jest możliwe, tylko próba napuszczania na strajk, kiedy Krajówka wyciszała pewne sprawy, bo było widać o co chodzi. Myśmy byli dosyć zdyscyplinowanym Regionem. Nam się OZGraf wym­knął spod kontroli - to Symołon właśnie coś innego rozgrywał forsując swoją osobowość.

Pyt. Ale ty określiłeś go jako zdracjcę?

Odp. To stan wojenny, bo wybacz - ludzie pozamykani są i on na tych pozamykanych ludzi pluje w komunistycznej gazetce, która prawie jako jedyna spod komunistycznej cenzury ma prawo wyjść, chodzi o „Gazetę Olsztyńską”, i on tam wywiadu pewnie Zemanowiczowi - jak to zwykle - udziela na temat właśnie tego bałaganu, łajdactwa i nie wiem co tam było jeszcze na pier­w­szym piętrze. No więc, ja nie wiem, innego określenia nie znajduję. Można mieć pretensje, ale to nie był czas i miejsce do wyłuszczania takich rzeczy.

Pyt. Opowiedz o Przewłockim i o strajku.

Odp. Przewłocki był czasami wyśmiewany, że on jest strachliwszy czy co, a on był rozsądny, był pragmatykiem.

Pyt. Ja Przewłockiego pamiętam z okresu strajku w OZGrafie, bo było spotkanie w OZOS-ie. Wła­dze z Rubczewskim zamiast do OZGrafu, to w OZOS-ie zorganizowali spotkanie. I właśnie Przewłocki powiedział, że oni powinni do OZGrafu pójść, a nie tutaj - i skończyło się na tym, że duża część robotników razem z Przewłockim wyszła z tego spotkania. To było znamienne. Pracowałem wtedy jeszcze w Rozgłośni PR i byłem tam jako dziennikarz.

Odp. Przewłocki miał mir, szacunek, jak najbardziej on był przywódcą. Mówię o opiniach w Za­rządzie Regionu. To w Regionie patrzono na niego jako człowieka zachowawczego czy spło­szonego. Błędnie go ocenili.
Ale to przeminęło, jak wprowadzono stan wojenny, to mnie dyżurni wyciągnęli z OZOS-u, z domu, bo myśmy mieli dyżury, takie większe zakłady mieli dyżury. Jak się zerwała łączność z Zarządem Regionu, to oni podjechali samochodem zobaczyli, że zaczęła się kotłowanina pod Regionem koło północy. I ci nasi z OZOS-u ludzie, którzy w dyżurze zakładowym byli informowali. Coś się wyprawia, budzenie po nocy. W każdym razie jak przyjechałem do OZOS-u zaalarmowawszy po drodze kilku ludzi naszych, to Zbyszek Przewłocki był już w zakładzie.

Pyt. O której godzinie byłeś?

Odp. Słuchaj, to chyba dwugodzinna jazda była,, a więc chyba koło drugiej w nocy byłem w zakładzie.

Pyt. To znaczy przybyłeś z domu?

Odp. Z domu. Bo jak mówię bęc, bęc o północy robotnicy z OZOS-u, którzy powiedzieli, że rozpierdolili MKZ i trzeba wiać. A więc ja się zebrałem, a byłem trochę na bani, bo takie napięcie było czuć i sobie golnąłem koniaku idąc spać, no i na tej bani niestety, jeździłem syrenką. Pierwszy raz w życiu mi się zdarzyło i jedyny do tej pory, no i usiłowałem w tym padającym śniegu, ludzi wyłapywać, których znałem. Ale po 2 godzinach zajechałem do OZOS-u i tam było chyba ponad dwadzieścia osób. Z zewnątrz to była Langowska i Irena Włudyka Cincioł. Dokładnie to trudno mi powiedzieć, która to była godzina. One przybyły dwie, ale ozosiaków już sporo było z Komisji Zakładowej. Myśmy się połapali, że oni nie tykają ludzi z OZOS-u. Musiał być specyficzny sposób podejścia do tej grupy ozosowskiej. W jednym czasie z internatu zostaliśmy zwolnieni, to też o czymś świadczy. Pięciu nas było i pięciu w jednym czasie zostało zwolnionych. Ale to są późniejsze dzieje.
A wtedy w OZOS-ie, to próba takiej debaty, takie szarpanie, próba łączenia się z kimkolwiek. Próbowaliśmy linią kolejową łączności, karetkami, bo oni mają krótkofalówki i chcieliśmy do Gdańska, ale to się przerywało, ktoś tam odmawiał, nie chciał łączyć. Tak, że widzieliśmy co się tutaj wyprawia, że pozabierano ludzi, ale jaki to ma wymiar, nie było wiadomo. Potem prze­mówienie Jaruzela, coś nam wyjaśniał, gdyż początkowo nie było wiadomo, czy to Ruscy, nic nie było wiadomo.

Pyt. W niedzielę OZOS był pusty.

Odp. Pusto. Tam strażnicy i kotłownia, bo muszą grzać miasto, ale w zasadzie pusto. Myśmy pojawili się z soboty na niedzielę, nadchodzi ranek - cicho, pusto. W sumie doszło nas wtedy około 30 osób, kręcili się w pokojach „Solidarności” i tylko dwie osoby Grażyna i Irena, które jak sobie przypominam, były z zewntrz. Mógł się jeszcze ktoś przewinąć, ale nie pamiętam. Ktoś się pojawił z dyrekcji, ale z zasady z nami nie rozmawiali. Tylko dyr. Oziębło naczelny, przyniósł nam obwieszczenie o stanie wojennym, że powinniśmy to znać i wiedzieć jakie skutki. Bardzo starał się być uprzejmy. I w zasadzie było takie bezpłodne troszeczkę gadanie, siedzenie przez całą niedzielę. Konkretnie ustaliliśmy, że naszym obowiązkiem jest przynajmniej próba strajku protestacyjnego w OZOS-ie, z tej chociażby przyczyny, że taka nas uchwała obo­wiązywała. Nie mówiono wtedy o stanie wojennym, ale był taki kryzysowy moment i jeżeli ten kryzys rząd będzie siłowo próbował rozwiązać, to będzie strajk generalny. To co się działo, ewidentnie się kwalifikowało, obowiązek więc ciążył na nas, ale to wymagało ludzi, a więc trzeba było czekać do poniedziałku. Zbliżał się wieczór, zaobserwowaliśmy 4-5 milicjantów wyż­szego szczebla się pojawiło, ale do nas nie zachodziło. Nyska przyjechała - milicjanci co najmniej kapitańskie gwiazdki mający, poszli do strażników przemysłowych i tam podobno pozabierali pistolety wszystkie, do nyski zabrali i wynieśli się. I czas, cyka zegarek …

Pyt. Grażyna i Włudyka były przez cały czas?

Odp. One były, chyba rano się zjawiły. One zakasały rękawy, bo myślały raczej o zewnętrznej sy­tuacji. Zaczęły klepać na maszynie jakieś odezwy, chyba jakichś chłopaków znalazły, którzy tam polecieli kleić na przystankach. One w OZOS-ie pisały, ale nie pamiętam czy one na zmianę pisały, to było trochę na uboczu, w mniejszym pokoiku się znajdowały.

Pyt. Czy milicja ich zwinęła w zakładzie?

Odp. To musiało być później. To było możliwe. Wystarczy trzech ludzi - jest kabel. Była nas tam gromada, może ktoś wypaplał. Zresztą nie trzeba było kabla, wystarczyło proste, durne paplanie.

Pyt. Oczywiście - to jest tzw. donoszenie mimowoli.

Odp. Jakieś mętne wrażenie mam, że byli jacyś ludzie. Przychodzili do nas, jak do jakiegoś ośrodka, który jeszcze pozostał, aby zasięgnąć informacji, ale szczegółów nie pamiętam.

Pyt. Ludzi przychodzących przecież nikt nie legitymował?

Odp. Tu każdy mógł wejść, żadnej obstawy nie było, niczego. No i taka bezpłodna niedziela, to znaczy dla tych dziewczyn nie była bezpłodna. Zbliżał się wieczór i coś żeśmy czuli pismo nosem. Zaczęliśmy się niepokoić. Pierwszej nocy byliśmy raczej spokojni, to teraz zaczęliśmy się niepokoić. Przychodzi moment ciszy, spokoju, martwej nocy. Było nas w sumie może 50 osób, ale nie więcej. Niepokoiliśmy się, że ktoś może przyjechać i coś narobić. I taka myśl przyszła, że my się rozpraszamy. Obiekt znaliśmy, to nasza rodzinna firma i jakieś tam grupki po 6 osób porozchodziliśmy się w różne miejsca, nie za bardzo informując gdzie kto idzie - z grubsza jedynie. Poszedłem na dział opon radialnych, w samym sercu OZOS-u - dosłownie. Niektórzy wiedzieli gdzie kto jest, telefony wewnętrzne działały wewnątrz OZOS-u, gdy coś si działo, O! ktoś tam idzie, to telefon zaraz dzwonił i wiedzieliśmy, że coś się tam dzieje. Dosyć bezpiecznie się czułem, bo jakby obstawiony innymi placówkami dookoła i gdyby coś się działo, to będę wiedział. Naszą intencją było czekanie do rana. Niektórzy w tym czasie z nudów myśleli jakie przygotować obwieszczenia. W pamięci została mi Ania Niszczak (Żurawek wów­czas - Niszczak obecnie), która tymi paluszkami z braku czegoś innego knota ukręciła z papieru. maczała w tuszu - od stępli - zielonym i tam coś bazgroliła po jakichś papierach, czy to na formularzach wielkich z tylnej strony, czy też brystole skądś się znalazły i tak prowizorycznie coś pisała „strajk protestacyjny” - dokadnie nie pamiętam - ażeby gdy ludzie przyjdą na szóstą, było przygotowane. Wiesz, nawet - już podczas mojej nieobecności, bo też ciekawa rzecz - nastąpiło coś takiego, że to było zwijane, było ukryte na parapetach okien i przymocowane tak, że wys­tarczyło pchnąć, strącić i to się rozwijało momentalnie. Tak, że na zewnątrz niby OZOS nie był przygotowany, ale jak ludzie zaczęli przychodzić, godz. 6, 7 to jeden rzut i rozwija się transparent - strajk. To było przygotowane na te możliwości prowizoryczne, jakie były - nawet farby nie było.
Dlaczego mówię, poza moją obecnością - bo dwóm z nas przydarzyła się osobliwość, to znaczy Andrzejowi Smolińskiemu i mnie. Na tym dziale radialnym w mistrzówce takiej.

Pyt. Ty byłeś ze Smolińskim?

Odp. Ze Smolińskim razem, tam jeszcze parę osób było: Ania Żurawek. Było coś takiego, że chcieliśmy ze Zbyszkiem chwilę pogadać i nie mogliśmy się zorientować, gdzie on jest. On gdzieś tam miał być, ale pod telefonem nie mogliśmy go złapać. Ania, ktoś jeszcze, parę osób wyszło szukać go. Smoliński i ja zostaliśmy w tej mistrzówce opon radialnych, no i brzdęk - drzwi się otwierają w pewnym momencie i wchodzi taka ekipa jak trzeba. Rezydent bezpieki - bo taka duża fabryka, a więc rezydentów miała, Leszek Dubieniecki na przykład, czy jakiś inny, w tym momencie może jakiś inny był, ale myśmy wiedzieli: to jest bezpieka.

Pyt. Ale waszym rezydentem był Leszek Dubieniecki?

Odp. Był na pewnym etapie Dubieniecki, a potem jeszcze jakiś inny nastał. Ja nie pamiętam, ale twarz była znana, bo ja wiedziałem, że to jest ten. No i jeszcze jacyś ludzie - tam mundurowych nie było - ale było widać jaki typ ludzi, o co chodzi. I jeden z dyrektorów technicznych - Wrzosek tam był. I chyba nikt poza tym, i: „Co tu panowie robicie? Z naszej strony idiotyczne odpo­wiedzi były, gdyż Smoliński, który był konfekcjonerem, czyli pracował na maszynach przy których warto było parę godzin wcześniej przyjść i przygotować sobie prefabrykaty. To potem wię­cej się zarobiło, bo się wyprzedzało innych: bieżniki, skrzydełka, jakieś inne historie. Można było wtedy dużo zarobić. A więc ludzie przychodzili wcześniej, tylko słuchaj: gdzie pół­noc, a gdzie pocztek pracy. I on mówi: bo ja przyszedłem prefabrykaty przygotować. Bzdura ewidentna - ale to mówi. A ja mówiłem, że słyszałem jakąś dziwną pogłoskę, że podobno jakieś aresztowania są w Olsztynie, a więc się tutaj schowałem. Ale może to bzdura, wiecie, ludzie często głupoty plotą i teraz chciałbym, żebyście panowie rozwiali te wątpliwości - na co żadnej odpowiedzi nie otrzymałem. Jeszcze Wrzoska zapytano wskazując na mnie, czy jestem pracownikiem. Pytali gdzie Przewłocki, no gdzieś jest, tego … Czy możecie się z nim kontaktować? No, czasami tak. Oni mówią, że trzeba porozmawiać bo sytuacja jest taka poważna. Zbyszek Przewłocki zadzwonił w tym momencie. No więc ja tak na okrągło mówię, że tutaj są ludzie, którzy chcieliby z przewodniczącym porozmawiać.

Pyt. To znaczy wy tak mówicie?

Odp. Tak, do niego. Bo któryś tam stał z tych milicjantów i podniósł słuchawkę, tak pomedytował i przekazał nam. I ja rozmawiałem ze Zbyszkiem, ale po tych słowach Zbyszek zorientował się w czym rzecz, że nas tam mają. Ja mówi, że oni chcieliby z tobą rozmawiać, czy chcesz z nimi rozmawiać? No dobrze, porozmawiamy. A więc się pytam gości - no to gdzie? No, to w sali KZ-u. Konferencyjna sala Komitetu Zakładowego w biurze głównym. No to my tam będziemy. I nas dwóch tam zaprowadzili. Czekaliśmy pół godziny, oczywiście Zbyszek nie przyszedł.

Pyt. Kto was zaprowadził?

Odp. Cała ta ekipa, ci milicjanci, dyrektor. Wzięli Smolińskiego i mnie i poszliy do tej sali KZ-u. Czekaliśmy pół godziny i Zbyszek oczywiście nie przyszedł, to o czym tu gadać. W takim razie ci milicjanci powiedzieli, że nie ma tu na co czekać i zabrali nas do Komendy. Tak że, też ciekawostka, ja widziałem tę Komendę od środka, wiesz w tych dniach: burdel sakramencki, nie wiem jak te sprężyny chodziły, ale burdel nieprzytomny. Zmieniali się moi rozmówcy. Rozma­wiali ze mną właściwie o niczym, nie wiem czego oni chcieli ode mnie. Tak pytali: a co? zamiary? Ale właściwie nikt nie drążył nie cisnął. Przejawem bałaganu było to, że zostawałem sam czasami w tym pokoju. Zostaję sam, za parę minut przychodzi facet z drugiego i mówi: kurwa, zapomniałem pistoletu, i nie zamkniętą na kluczyk szufladę wyciąga, zabiera pistolet i wychodzi. Tak więc siedziałem przy tej szufladzie z pistoletem, z czego sobie nie zdawałem sprawy. Nie byłem zresztą w nastroju aby tam grzebać akurat. Zresztą również byliśmy z Andrzejem razem postawieni przed sprawą lojalki. Nie mieliśmy tego luksusu, że ta sprawa była omówiona, co z tym robić itd. Z tym, że to zupełnie prywatnie … (…). I takie dość niemrawe rozmowy zupełnie o niczym. W pewnym momencie, jak się potem dowiedziałem, Andrzeja krótko wcześniej wypuścili do domu, czy zawieźli, tego nie pamiętam. I mnie zawieźli do mego własnego domu z nakazem aresztu domowego. Osobliwa formuła, kazali mi siedzieć w domu, nie wychodzić, ale … to samo w sobie wydawało się idiotyzmem, ale wyraźnie związane z następną rzeczą, mianowicie kilkanaście minut później kierowca z OZOS-u pojawia się z biletem wizytowym Oziębły, dyrektora ówczesnego, na którym to on pisze, że prosi mnie o przybycie do zakładu, ponieważ jest bardzo poważna sytuacja. Jako ten działacz związkowy jestem potrzebny do rozładowania napięcia - tak to sformułowano. Andrzej Oziembło - podpis. Fajna ta wizytówka, ona też odegrała swoją rolę. Wiadomo o co chodzi. I jeszcze kierowca jakby swój człowiek troszeczkę. Może nie do końca. Medytowałem co robić, bo przecież kazali mi tu siedzieć, ale skoro mam taką wizytówkę, to ja zdawałem sobie sprawę, że dyrektor OZOS-u to jest działacz gospodarczy partii, to jest osoba która jest władzą. Taki dokument uwalniał mnie od zobowiązań bezpieki. W jakiś sposób byłem kryty. Wsiadłem, pojechałem.

Pyt. Starałeś się być lojalny.

Odp. Ale krótko to trwało. Jak się zorientowałem, to wszystko było związane. Wyjście Andrzeja i moje i ten przyjazd - to wszystko było w jednym układzie, to była jedna rzecz. Zawieźli mnie do domu po to, aby mnie tamten samochód zabrał, żebym ja pojechał do OZOS-u. To w sumie zwolniono mnie na wezwanie Oziembły. No, pojechałem tam. Rzeczy dosyć znane mi - dyrektor tłumaczył, że robotnicy nierozsądni, że istnieje zagrożenie życia i żebym wpłynął na nich. On mówił, a ja słuchałem.

Pyt. Myślał, że jesteś kupiony …

Odp. On brał mnie na rozsądek. Mówił, że ja tych oszołomionych robotników opanuję itd. W każ­dym bądź razie poszliśmy do tego komitetu strajkowego. Ciekawostka, do tego samego miejsca, skąd mnie zabrano, do mistrzówki radialnej. Taką typową rzeczą dla „Solidarności” było, mimo iż istniało zagrożenie, to ten dyrektor mógł tam wejść, pogadać jeden z drugim - nikt go nie chciał bić - wszystko spokojnie było. Dyrektor oczekiwał, że ja będę tam do kogoś przemawiał, ale nie widziałem powodów, przede wszystkim byłem działaczem regionalnym (prze­cież byłem we władzach regionalnych), a w tej chwili nie mam co gadać, jest komisja zakła­dowa, jest Przewłocki, to co ja będę ludziom tłumaczył. Dyrektor czekał, żebym coś mówił, ale ja nic nie mówiłem, to on się kręcił, kręcił i poszedł. W każdym razie to jest osobliwa rzecz, że w jakiś sposób znalazłem się na strajku. Byłem przedtem tak i tak na nim, ale teraz zostałem zaproszony przez dyrektora na strajk, pisemnie.

Pyt. Ile osób było wtedy na strajku?

Odp. Jak się pojawiłem, to była gdzieś ósma czy dziewiąta. Koledzy pytali mnie od kiedy cię wypuścili, a ja im mówię, że w sumie przed pół godziną. A, bo oni mówili, że ty i Smoliński dawno żeście wyszli. Co się okazało, jak już ten strajk się rozpoczął? Dało skutek to wywieszanie, istotny skutek to dało, sporo osób się zgromadziło. Na kolanie postulaty (wogóle nie wiedząc, co się dzieje) tworzono - hasła tego typu: uwolnić działaczy związkowych, a imiennie podano dwa. Tylko tych znali w tym momencie: Smolińskiego i Rondomańskiego. Bo nas stąd zabrali na ich oczach. I to mogło stworzyć takie wrażenie, że być może dać tych dwóch, to sprawa się w OZOS-ie uspokoi. Tak to chyba musiało być. Nie wiedzieli jeszcze kogo z Prezydium Zwią­zku wzięli, a kogo nie wzięli. O nas wiedziano na pewno, a o innych informacje były mniej pewne. Tylko o to chodziło, o niewiedzę, a nie było tak, że o siebie dbamy, a reszt olewamy - nie byo tak. Taka moja osobliwa przygoda życiowa, że chyba nieliczne w Polsce osoby zostały wyciągnięte z pierdla przez protest robotniczy. Między innymi ja miałem tę przyjemność.
Nasze przybycie oczywiście niczego nie zmieniło w strajku i zaczęła się taka faza jakby pewnego rodzaju nacisku, stopniowo tam nadciągała milicja, takie czy inne ROMO, ZOMO, różne formacje z przyłbicami i wojsko nadciągnęło. Myśmy o tym wiedzieli, bo tam z dachu obserwowano i z innych punktów. Była bijatyka przed OZOS-em, bo tam ludzie się pobudzili i zaczęli się awanturować, wykrzykiwać. I co osobliwe, że jeżeli ktoś w skórę dostał w OZOS-ie, to paru młodych ludzi, czy ktoś tam jeszcze, którzy wpadli pod pałę tej obstawy dookoła OZOS-u. Tam dali manto. Wewnątrz nikt nie dostał - nawet muśnięty nie został. Naciski były, kolejne ostrzeżenia, jakieś tam wizyty prokuratorów wojskowych, którzy z naszego megafonu nam tłumaczyli, tuby mieli, pomiędzy nami byli, jakiś major, taki wojskowy prokurator.

Pyt. Wy byliście w zakładzie. Czy oni z terenu zakładu to mówili?

Odp. Tak. Pomiędzy nami byli.

Pyt. A wic nie było takiego komitetu strajkowego, który by orzekł, że nie wpuszczamy nikogo z zewnątrz. A czy była jakaś kontrola?

Odp. Myśmy starali się obserwować, kto wchodzi, kto wychodzi - co się dzieje. Między innymi ta trójka, która tworzyła autonomiczny związek, to była na indeksie - Idzie ten i tamten, o, uwa­żajcie! Jeżeli ktoś szedł, to nie było tak, że on wtapiał się w tłum, on był obserwowany. Ale nie było obstawy, zakazu że nie wolno - takiego czegoś nie było.

Pyt. Czy w tym momencie mieliście jakiś plan strajku, bo na pewno liczyliście się, że może dojść do konfrontacji.

Odp. Ja ku temu dążę. Więc były różne naciski, straszenie dekretem itd. Te Matki Polki tam wzywane, apel do synów, dosłownie kilkadziesiąt różnych fal takiego nacisku. I właśnie to stworzyło nam plan, chyba jedyny do zaakceptowania w tej sytuacji. Wiemy, że tu niczego nie wygramy, ale nie możemy ulec żadnym prośbom, groźbom, naciskom. My musimy być stąd usunięci siłą. To było naszym planem.

Pyt. Taka była determinacja?

Odp. Tak, to jedno, że nas stąd muszą usunąć siłą.

Pyt. A więc nie wy sami, ale siła z zewnątrz?

Odp. Tak. Kiedy, jak to nie wiadomo, ale jedno, że oni mogą prosić, mogą grozić - my stąd nie pójdziemy. To musi się odbyć siłą. To był jedyny plan w zasadzie. Bo czas należał i tak do przeciwnika. I nasze przygotowanie polegało tylko na tym, że jest taki mur, który dzielił OZOS na część radialną od starej części i takie bramy w tym wewnętzrnym murze są, to taką bramę żeśmy zablokowali jakimiś ciężkimi wózkami przemysłowymi, które tam do przewozu części są. Tam gromadzili sią. Tam gromadzili się policaje, to żeśmy zablokowali. Z drugiej strony byliśmy ogólnie dostępni, można było podejść. Ale te wózki ustawiliśmy dookoła ograniczając te pole na którym jesteśmy. Pozornie wydawało się, że jak gdyby mniej osób się robiło.

Pyt. Czyli władze chciały żebyście opuścili OZOS?

Odp. Tak, żeby to zgromadzenie rozeszło się, zaniechało strajku. Długo próbowali do tego doprowadzić.

Pyt. Ile osób było wówczas na terenie zakładu - robotników?

Odp. Dochodziło do 250-300 osób, ale to zmieniało się. Ludzie wychodzili i wracali. Poza tym byliśmy ośmiornicą, która miała swe macki, w kanałach, na dachach itd. Ten zbiornik centralny, to był tylko częścią tego wszystkiego co było. Był później nawet do policzenia i tutaj się trochę sprzeczam ze Zbyszkiem Przewłockim. Uważam, że mam tutaj rację.
A więc, tak po kolei nadchodzą te fale nacisku, ale godzina 21 i widać, że są już konkrety. Idzie ZOMO - tarcze, błyskotki, z daleka między maszynami oni idą. W sumie nastawiliśmy się na pałowanie. Pamitam, czapę futrzaną naciągnąłem. Wogóle taka ciekawostka, dyrektor miał rację, że umysłowy ma trochę większą fantazję i nic w domu nie jadłem. Z książek wojennych itd. lepiej w żołądku nic nie mieć. bo to nie wiadomo czy o pałę chodzi, czy coś innego. Ale nikomu nic nie mówiłem o tych swoich przemyśleniach. Nie jadłem w każdym razie. A więc idą, idą. W każdym razie było widać, że prawdopodobnie musieli wiedzieć o naszej decyzji, musieli, wiesz, musieli.

Pyt. Czy to był komitet strajkowy? Czy to było jakieś zebranie załogi?

Odp. Można powiedzieć, że tak. To się zmieniało w samej mistrzówce opon radialnych. Kto tam wlazł to, nikt nie pytał, że ten nie naley, nie był wybrany do prezydium. Kto tam wlazł, aktywny był, ale głównie postawa Zbyszka Przewłockiego osobiście przeważała, bo z nas wielu zas­tanawiało się nad odpowiedzialnością za los tych ludzi, a on to jasno, krystalicznie widział, że to jedno musimy spełnić, niezależnie od ryzyka naszego osobistego, być może ludzi też narazimy, ale z tego musimy się wywiązać. Tu był konsekwentny. Nie chciał być demokratą tylko. Demokracja była, bo taka uchwała została podjęta, że musi się odbyć strajk. Teraz w głosowa­niu mogłoby wyjść, że my się rozchodzimy, że nie ma sensu - to jednak my nie pytajmy ludzi demokratycznie, ale wręcz przeciwnie, w tej chwili kształtujemy opinię tych ludzi, że tak to musi być. Tego się trzymał, czyli rzeczywicie takim odpowiedzialnym, pełnym szacunku czło­wiekiem się okazał, wbrew róznym wariatom, którzy pouciekali na wszystkie strony.

Pyt. A czy były jakieś wówczas osoby z zewnątrz?

Odp. Nie, nie, nie. Grażyna i Irena - one wyszły z zakładu. Ja tego momentu nie pamiętam, ale jeszcze przed tą nocą, gdzie myśmy się rozproszyli. One nie były tam między nami. Myśmy byli upieprzeni, Zbyszek w spychaczu siedział, który wyrównuje popiół, w zimie - noc była wredna wówczas, a on w spychaczu siedział. Później się o tym dowiedziałem, bo wówczas nie mogliśmy go znaleźć. Wtedy gdy ta milicja przyszła, on w spychaczu siedział, na pewno jeszcze gdzie indziej, ale upaprany był wówczas jak świńtuch.

Pyt. A dlaczego takie miejsce sobie wybrał?

Odp. No, różne pomysły mieli ludzie. No ale jesteśmy przy tym ZOMO i było widać, jak gdyby dokadnie byli poinstruowani o naszym działaniu, po prostu mieli te pały, ale żaden z nich nie użył. Ponieważ jak gdyby wiedzieli, że my mamy być usunięci siłą, więc możliwie najłagod­niej­sza formuła została zastosowana, a mianowicie oni rozepchali te wózki, które blokowały przejścia i stamtąd też wyszli milicjanci i połączyły się te siły ni i zaczęli na nas napierać tarczami. I pchali nas tak jak masę. Ich też było sporo i przepchali. Zbyszek zadbał o to już up­rzednio, żeby do minimum spowodować ryzyko starcia krwawego. Jest grupa zawodowa, która ma cały czas przy sobie noże. Ci co na walcowni pracują, to jest technologiczny nóż, pochwa tu jest skórzana i on służy do cięcia gumy na takich walcach - to do obróbki. Kazał jednemu to zebrać w jakieś tam worki i do szatni zanieść. Jak mieliśmy butelki z wodą mineralną, to wózki z wodą mineralną - jak ZOMO się pojawiło - kazał odepchnąć w dal, żeby nie sięgnąć po butelkę - to wszystko było przemyślane. To zresztą posłużyło, że on został później ukarany, udowodniono, że te jego działania świadczyły o jego wpływie i autorytecie i de facto - przywództwo. To, że on ograniczał ryzyko starcia krwawego, zostało wykorzystane przeciwko niemu.
No i w sumie nas tam z tego miejsca przepchali rzeczywiście. Za tą bramą się okazało już, z milicjantów był utworzony taki szpaler, który prowadził takimi drogami technologicznymi do wyjścia z hali. No i tak szliśmy. Jeszcze była taka niepewność, bo napotkaliśmy w pewnym momencie na bramę z hali (nie z zakładu), zamknięta hala, a więc co za nią, czy jakieś samochody czy co, ale nie - dalej był szpaler żołnierzy biedaków zziębniętych na śmierć żołnierzy­ków, którzy stali szpalerem przy bramie zakładu. Przez bramę żeśmy wyszli i każdy szedł gdzie chciał (to było zdumiewające). Nikogo nigdzie nie zatrzymali, a myśmy szli ze szturmówką, która nam cały czas królowała podczas strajku - biało-czerwona flaga, która nie wiadomo gdzie się teraz zagubiła. Z tą szturmówką żeśmy szli, nie zabierali nam jej. Później nawet długo jej szukałem, gdyż uważałem ją za sztandar „Solidarności”.

Pyt. Ktoś mi opowiadał, że niektórych robotników zaraz za bramą milicja zwinęła.

Odp. Nie! Właśnie nie. Zygmunta Borkowskiego zwinęli koło domu, jak tam doszedł, ale przy bramie nie. W następnych dniach taki osobliwy układ był, jak gdyby tam medytacje, co z nami robić. I potem zaczęli zbierać. Zbyszka Przewłockiego przy OZOS-ie, ale jak do pracy szedł, gdyż my zaczęliśmy uczęszczać do pracy. Tego samego dnia, czy następnego, mnie w domu z kolei zwinęli i wogóle wszystkich ozosiaków, ktorych tam w planie mieli pozwijać, pozwijali.

Pyt. Kto był internowany z OZOS-u?

Odp. Zbyszek Przewłocki, Zygmunt Borkowski (chyba był dyspozytorem zakładu) Michał Powroźny (ówczesny szef regionu, podczas strajku był w Gdańsku) i dwóch ludzi jeszcze było: Popielarz i jeszcze kierowcy z OZOS-u, wogóle nie zaplątani w aktywną działalność zwią­zko­wą. Przypadek chyba jakiejś zemsty własnego kierownika, który był powiązany ze służbami specjalnymi, albo przynajmniej mający posłuch. Dwóch kierowców z transportu samochodowego z OZOS-u, bo myśmy w więzieniu ich poznali.

Pyt. Ale należeli do „Solidarności”?

Odp. Należeć, należeli, ale działaczami nie byli.

Pyt. A jacy się okazali?

Odp. Bez zastrzeżeń. Byli oszołomieni przebiegiem wydarzeń, tak jak my.

Pyt. Ania Żurawek, to była więziona?

Odp. Tak więziona. Jeszcze w dołku na Komendzie Wojewódzkiej siedziałem z Romaniukiem Włodkiem, który poszedł do więzienia, a ja z tej samej celi na internat. Romaniuk należał do „bandy czworga”, gdyż cztery osoby zostały uwięzione: Przewłocki, Józek Kociuba, Romaniuk i Ania Żurawek-Niszczak. Żurawek wyszła za mąż w kiciu.
To moje zaproszenie do OZOS-u na strajk mogło zadecydować, że ja znalazłem się w internacie. Bo zastanawiałem się dlaczego Romaniuk tu, a ja tam, mogło być przecież odwrotnie. Józek Kociuba, to jest robotnik na ciężkim wydziale - walcowni; Włodek Romaniuk, to był na radialnych mistrzem; Zbyszek Przewłocki - był technologiem; Michał Powroźny - to główny specjalista.
Jak nas prowadzili, to jak to ja, umysłowy, myślałem, że może im przyjść do głowy fantazja i rkm mogą postawić, żeby skończyć z całym tym bałaganem. Robotnicy zapewne myśleli inaczej - Ty, co na robotnika rękę podnosisz?

Pyt. A więc robotnicy byli zdeterminowani? Wiedzieli, że muszą wytrwać.

Odp. Tak. Ale chcę jeszcze podać liczbę tych ludzi, którzy byli. Moment kiedy szliśmy tym szpalerem, pomiędzy bramą z hali, a bramą w OZOS-ie. Uświadomiłem sobie, że powinienem zobaczyć, ile jest ludzi. Szedłem blisko początku tego pochodu. Stwierdziłem, że jak my idziemy między tymi żołnierzami, to de facto idziemy czwórkami. No, czasami trzy, czasami pięć osób, może zależy jakiej tuszy. Popatrzyłem do tyłu i naliczyłem 25 takich czwórek i szacowałem op­tycznie tę setkę w ten sposób. Ja widziałem jaka długość tego ogona stanowi setkę i tę setkę pró­bowałem odłożyć na tłumie „pi razy oko”. Mogłem się mylić, może pięć razy, może sześć, ale to nie było 300. A ja wtedy próbowałem oszacować i wg mnie 500-600 osób musiało wychodzić w tym momencie. Pojawili się z różnych dziur, zakamarków.

Pyt. Przewłocki, jak go zwinęli, to od razu był uwięziony?

Odp. Nie, nie. Ten moment był taki, że nie wiadomo kto, gdzie. Prawdopodobnie wszyscy razem byliśmy w tym „dołku”. Bo ja tam też spędziłem, nie wiem 24 czy 48 godzin, na Komendzie na dole. Tam musiała być Ania gdzieś, tam był Przewłocki, ja z Romaniukiem w jednym pokoiku, z krymianalnymi różnymi tam siedziałem.

Pyt. A którego dnia?

Odp. W sumie się odbywało gdzieś 3-4 dnia po zakończeniu strajku. Tak to mniej więcej musiało się dziać. Był taki okres, że myśmy byli w OZOS-ie, Zbyszek przychodził do pracy, ja przycho­dziłem. Spotykaliśmy się, żeśmy rozmawiali. Chyba w tym czasie decyzje zapadały, co dalej z tymi ludźmi robić. I później pach, pach, popudłowali prawie jednego dnia, w róznych miejscach: Zbyszka pod OZOS-em, mnie w domu. Nie, przepraszam, to jeszcze inaczej było. Mnie jeden z dyrektorów zabrał przepustkę i powiedział: Niech pan będzie w domu i na wezwanie przyjdzie do pracy. Czekałem na wezwanie i doczekałem się gliny. Zgarnęli.

Pyt. Co możesz powiedzieć o więzionych z OZOS-u?

Odp. Włodek Romaniuk uczył się grypsery. Od razu jak byliśmy w „dołku”, to z tymi więźniami uczył się. To się przyda, powiedział.

Pyt. Czy w stanie wojennym były jeszcze jakie osoby aresztowane z OZOS-u, w wyniku jakiej[AP1] ś akcji? Czy strajk był jedynym i ostatnim akordem?

Odp. Przynajmniej nie było uwięzienia ani internowania powtórnego. Mieli specyficzne podejście do OZOS-u, jak mówiłem, jednego dnia praktycznie wszyscy zapudłowani. To znaczy czwórkę („bandę czworga”) do więzienia, a resztę do internatu. Potem zaś z internatu, w zasadzie niemal jednego dnia. Tylko Borkowski nieco później, a pozostali w zasadzie w jednym terminie. Wszys­tkich nas przyjęto do pracy z powrotem. Łącznie z szefem Regionu - Michałem Powroźnym. Mówię o internowanych. Nie mówię o „bandzie czworga”.

Pyt. Przewłocki za miał bardzo duże kłopoty.

Odp. Ja kiedyś miałem obiekcje, teraz już mniej, że ktoś tam wyjechał, ale do niego jednego nie. Bo wiedziałem, że on nie mógł się się zaczepić zawodowo nigdzie praktycznie. Bezpieka szła w ślad za nim. Namawiali rzemieślnika czy kogo, aby go nie zatrudniał. Odwiedził kupę ludzi, a bardzo ambitny był. W jego rodzinie mężczyzna - kobieta to tradycyjny układ. Mężczyzna, to musi zarabiać - ambicja męska i on nie mógł zarobić na rodzinę - straszne.

Pyt. Kiedy on wyemigrował?

Odp. 1985? - dokładnie ci nie powiem.

Pyt. Ponadto miał jeszcze kalekie dzieci, to tym bardziej dramatyczną czyniło jego sytuację.

Odp. Tak. Jakieś wady wrodzone.

Pyt. Opowiedz o pobycie w internacie. Zabrali cię z domu do „dołka”?

Odp. Tak, do „dołka”. Tam jakieś smętne gadanie, z którego nic nie pamiętam. I też nie wiedzia­łem, gdzie ja trafię. Czy do więzienia, czy do internatu. To było tak ciekawie, że spotkałem się z Michałem Powroźnym (wiedziałem, że on w tym „kiciu” jest, w tym areszcie) w pokoju gdzie jemu kajdanki zakładali i mnie założyli. Potem pojechaliśmy do internatu we dwóch jak szlach­ta, nasi koledzy wielkimi blaszanymi pudłami jeździli, a my czarną wołgą z trzema bezpiecznia­kami , kierowca i dwóch bezpieczniaków. Jakoś honorowo, tylko że kajdanki - myśleliśmy, że to chwilowa … (?)
Powroźny miał propozycję od Rubczewskiego, takiego rozwiązania, jakie w kilku Regionach podpisali, takie wezwanie o spokój. On dostał coś takiego, albo internat, albo żeby podpisał pe­tycję o spokój. Rubczewski mu to dał. On się jednak nie zdecydował - wybrał internat i go miał.

Pyt. Czyli on nie podpisał?

Odp. Nie, tylko chyba w dwóch Regionach podpisali.

Pyt. Trafiłeś do Iławy. Z kim byłeś w celi?

Odp. Dziwna sytuacja. W trójosobowej celi z Waldkiem Niczyporowiczem i z matematykiem z WSP, który się afiszował swoją żydowskością - Rusiecki. Osobliwość polegała na tym, że o ile nasi koledzy na spacerniaku po 30 osób wychodzili, to naszą celę na osobny spacerniczek. Rusieckiego, Niczyporowicza i mnie. I my zastanawialiśmy się: kto tam chodzi, jacy jeszcze nasi są? Tak z miesiąc było, a potem to już kilku było. Później nastąpiło poluzowanie, jakiś okres otwartych cel, tak że tylko oddział był zamknięty, po oddziale się chodziło. W międzyczasie żeśmy dorabiali sobie klucze, radiostację swoją mieliśmy, radiowęzeł, poligrafia …

Pyt. Czy możesz coś powiedzieć na temat poligrafii?

Odp. Poligrafia - było kilka ośrodków. Jeden to wiem, że była technologia nakłuwania folii, torby foliowej igiełką i tworzenia takiej matrycy, przecierania watką spirytusu od golenia, a na to brany zamiast farby - tusz z długipisów, z wkładów i to było przecierane. Elegancko, kolorowo. tak umiejętnie było kładzione kilka matryc - jedna po drugiej kolory - tak żeśmy to lepiej robili niż „Rezonans” w pierwszym powojennym wydaniu. Ale było kilka niezależnych takich kierunków - ośrodków druku, tak że oni szukali u nas w kipiszach jakichś urządzeń, a my w majtkach mieliy całe urządzenie. Jeśli chodzi o radiowęzeł to byłem w jakimś sensie współtwórcą, bo Rusiecki był głównym. Ja mu projekt poddałem i wykończyłem mikrofon i dałem konstru­kcję prostownika. Mikrofon to proszek drapany z ołówka, a membrana to aluminium z serków - wydłubane w klocku wgłębienie i tamten proszek węglowy, tak jak w mikrofonach telefonicznych - to jest węglowych. Ściskanie proszku, tego węglowego, powoduje zmianę przewodności, jak do niego mówisz to daje efekt, a prostownik to elektrolityczny, tak że ten proszek do pieczenia dostarczany przez więźniów kryminalnych. Trochę blachy aluminiowej, to + łyżeczki i ołowiu, trzeba rozplaskać ołów - ułożyć elektrody w roztworze proszku do pieczenia, ołów i aluminium - to jest prostownik. Wiele szczegółów z tego nie wiem, bo nas rozłączyli. Ja później byłem gdzie indziej, ale dawało radę. Problem polegał na tym, że gdzieś ta łącznica była, ta rozgłośnia oficjalna i (…), która łączyła ze wzmacniaczem i  że niezależnie sekcje więzienia poszczególne były włączane. Od przypadku trochę zależało, które sekcje były włączane. Bo oni mogli ostatnie przemówienie nie mieć do kryminalistów, do Solidarności, albo ogólne komunikaty i od tego położenie tych wyłączników zależało. Od komunikacji, którą naczelnik uprawiał. Ale ich wyjście do nas było wejściem. Mając wyprostowany prąd, mając mikrofon, mając bazę (szczegóły znał Alek Rusiecki) mógł mówić - tylko pytanie jak daleko sięgało. Jak że ta sekcja, którą on nadawał, na ile była połączona przez centralę z innymi. Więc najpierw bywała próba. On tak przesuwał gdzieś tam 23 - 24: „Na cześć „Solidarności …” wołał i było oczekiwanie na to „Hip, hip, hurrra …” jak tam odezwało się parę cel, to znaczy, że propagacji nie ma. To znaczy, że te połączenia są takie.

Pyt. Czy był czasami większy oddźwięk?

Odp. Był. Czasami taki ryk, jak licho. „Hurrrra!”. On już wtedy wiedział, że połączenia są dobre, korzystne i dawaj: Wolna Europa, strajki, tam różne … Nam zabierali. My robiliśmy nasłuchy i obowiązkowo wywiady z rodzinami. ROGAL, REGION, to się nazywało, pierwsze litery oznaczały słowa tematów, z których trzeba było rodzinę przepytywać. Każdy miał zdobywać informacje od rodziny o świecie na zewnątrz i potem to było zbierane. I robiony był biuletyn. Z tych wywiadów z rodzinami, tworzyła się całość. Z tego było powielanie to prymitywne, albo radio­węzeł. I to było nadawane.
Takie były historie, jak się połapali ci z nadzoru, to robili mostkowania, gdyż przestawało propagować. Myśmy się domyślili o co chodzi, to znaczyło, że na tych wyłącznikach mostkowali drutem, blokowali, jak wychodzili z radiowęzła i opuszczali więzienie. To prąd ZZO, albo wytrzyma sieć, albo nie wytrzyma, ale początkowo się udawało, przepalało im ten mostek. Tam musiało buchnąć ogniem, przepaliło, uwolnione i można było znowu nadawać. Tak, że to były osobliwe rzeczy.
Wiem, że u nas spawano, korzystając z tego prostownika. Wystarczy opalić ołówki, dwa grafity i dobry rzemieślnik może spawać.: klucze robiliśmy luksusowe ze skrzydełkiem spawanym. Nie byle jakie tam jakieś wytrychy. Połowa z nas miała wytrychy do cel. Ty wiesz jak to się robi, jak masz drzwi bez klamki, żeby nikt nie mógł wejść? Nic nie masz, a możesz zrobić, że nikt nie wejdzie. Tam są zasuwy na zewnątrz, a tutaj jak weźmiesz drewniane kliny, gdzieś koło futryny wbijasz te kliny i co się dzieje? To ze straszliwą siłą tam napiera. Z taką siłą, że tamtej zasuwy nie wyciągniesz. Tak potworna siła, że nie dasz rady. Więc demontowano zasuwy, aby się do celi dostać, a tu w ostatnim momencie zabierano kliny i nic nie ma. No, zacięło się panowie, technika do dupy. Tak, że mieli z nami sto pociech. Jak podsłuchiwali, bo byliśmy na wysokim parterze na początku. Słychać szelest - skórkowy siedzi i podsłuchuje. Wtedy prąd do kubeczka, troszeczkę soli z wodą i tak przez okienko: O, kurwa! Trzaśnięcie w łeb prądu po lejącej się strudze słonej wody. Nie mógł połapać się, jakim to cudem. Mieli sto pociech, bo mieli do czynienia, tak: z inteligentami, z robotnikami kwalifikowanymi, ślusarzami, drukarzami (z Gdańska mieliśmy 4 drukarzy). Oni dotąd mieli do czynienia z kryminałem prymitywnym, a z kwiatem inteligencji i robotniczego fachu - tego to nie mieli, doświadczenie tego rodzaju. Więc myśmy nieźle dali im popalić.

Pyt. Jak ludzie znosili to odosobnienie?

Odp. W zasadzie dobrze, w zasadzie. To znaczy niektórzy trochę młodzi ulegali, to znaczy Brycki zaczął pić jakiś czaj i Waldek Niczyperowicz …

Pyt. Ale to nie było szpanowanie?

Odp. Trudno powiedzieć, na ile go tam brało. Ale Waldek go wziął pod flek - bo on się bał Waldka - Brycki. W zasadzie to dosyć dobrze, były takie momenty. Sam to odczuwałem. Ale w ogóle to odczuwaliśmy satysfakcję, że jesteśmy na skrawku wolnej Polski: że tu wolno wszystko mówić, że nie boimy się nawzajem, a byliśmy świadomi, że tam się ludzie boją, tam jest pustka, a tu jeszcze.

Pyt. A więc wolność w więzieniu?

Odp. Tak, tak. Tylko te mury powodowały ból głowy. Długotrwałe siedzenie w więzieniu. I takie momenty miałem, takie miotanie się jak w klatce. Mało spacerów było w sumie.

Pyt. Kiedy cię wypuścili?

Odp. Kwiecień chyba, połowa kwietnia, coś takiego. Tak jak cały OZOS, mniej więcej w tym cza­sie. Teraz wspominam, że daj Boże, żeby każde pokolenie Polaków tak lekko miało.

Pyt. Interesuje mnie okres stanu wojennego na wolności.

Odp. Tu ci wiele nie powiem, bo ja się od tego odciąłem specjalnie. To znaczy nie pchałem się do tego w sposób jak gdyby zamierzony. Zakładałem, że to będzie się ciągnęło i narażanie się na szwank. Z tego co wiedziałem, prywatne kontakty to miałem, to nie była działalność, ale podtrzymywanie kontaktów. Chodziło o przyszłość. Zorientowałem się, że to jest działalność, która polega na mówieniu, że się ją uprawia. W zasadzie to mi się podobały te zmieniające się ekipy wydające „Rezanonas” - to się liczyło rzeczywiście realnie. Ale poza tym w zasadzie nic wicej.

Pyt. Czy wiesz coś więcej o „Rezonansie”? Te zmieniające się ekipy?

Odp. Nie byłem w tym zorientowany. Sam nawet w pewnym momencie byłem blisko, ale sam właściwie odwróciłem głowę, nie chciałem wiedzieć. Uważałem, że na tym rzecz polega, że albo się w tym siedzi, albo nie trzeba wiedzieć.

Pyt. A więc bliżej nie orientujesz się w tej sprawie?

Odp. Nie, nie. Ja miałem takie historie, że w pewnym momencie Waldek miał jakiś kontakt. Ja podwoziłem Szymka, faceta ze Śląska - Luty się nazywał. Nie wiem czy pseudo, czy prawdziwe nazwisko. Ja go wiozłem na Dajtki, ponieważ on miał tam jakiś kontakt i nie było wyjścia i mnie musieli powiedzieć, że ja mam go tam zawieść i byłem prawdopodobnie w mieszkaniu, które w tym układzie chyba chyba jakimś takim było obsługowym tego wszystkiego. Ale dos­ło­wnie prawie zamykałem oczy. Wiedziałem, że mogę wychlapać czy coś takiego. Skoro ja w to nie wchodzę, to najlepiej nie wiedzieć. Całkiem świadomie chciałem nie wiedzieć. Jakieś takie opłatki …

Pyt. Mnie interesuje ten okres tych kilku spotkań już w roku 1988 - Tymczasowego Zarządu.

Odp. O, to ja współuczestniczyłem w tym. A jeszcze wcześniej opłatki były. Towarzyskie spotkania. To też było widać, że nie jesteśmy wspólnotą. Były różne koncepcje, czy podjąć konkretną działalność, czy udawać, że się coś robi. Nie było koncepcji na poważne działanie. Bober mówił, że mógłby się konkretną działalnością zająć, 2-3 lata działania, a potem w pierdlu, bo innego nie było wyjścia, to było nie do uniknięcia. Ale w sumie nie znalazł chętnych, jak się zorientowałem i to między innymi chyba powodowało, że machnął ręką, zraził się do tego, że w zasadzie nie ma współpracowników do ostrej działalności. Nie było, faktycznie. Ja też się tego nie podejmowałem. Uważałem, że będę narażał. Znane twarze, to nie. Albo środowisko niepodle­głościowe „Solidarność” wyłania nowe ekipy, tak jak to się działo z „Rezonansem” - rzeczywiście nieznani szerzej ludzie to produkowali, i to ma sens. A jeżeli się będzie przyklejać ludzi znanych, to tylko służy do wprowadzenia obawy … No, nie czarujmy się. Nie pchałem się. Tym bardziej, że to był okres takiego wzajemnego oskarżania się. Był ingres biskupa Piszcza, to spotkałem się w gronie takim, to komuś dupę obrabiali: O, to bezpieka … Ja jak tak popytałem, nas parenaście osób było, uświadomiłem sobie i to im powiedziałem: Wiecie co, w róż­nych grupach takich przypadkowo spotykających się, o każdym z was to słyszałem. I zakła­da­łem, że o mnie także. Kwestia przypadku o kim nie. Potem się tam mówi … I w sumie stwierdziłem, że im mniej będę się wpierzał w jakieś sprawy, tym mniej będę podpadający. Bo jak ktoś jest znany i chodzi tu i chodzi tam, to jakieś wpadki są, one są nieuchronne. A inaczej ktoś oczyszcza sam siebie, bo się nie pcha, bo gdyby był na takich czy innych usługach, to jego wo­lą byłoby się pchać.

Pyt. Czyli, najlepiej nie działać?

Odp. Ja ci powiem, to nie tak. Oczekiwałem działania i bardzo sobie do tej pory cenię tę podejmo­waną rękawicę. Z całym szacunkiem chciałbym tym nieznanym ludziom oddać honor i szacunek za kontynuację tego tytułu. Chociaż mi się on nie podoba - „Rezonans” - głupi tytuł - ale ten upór, ciągłość numeracji przy zerwaniu ciągłości ekipy, że jedna drugiej nie znała. Tymczasem jak to znikło, pogłoski poszły, że kogoś zwinięto - znajdowali się ludzie, którzy napisali „Rezonans” na kartce, kolejny numer nadawali i to szło dalej. Przecież w sumie, jak się orientowałem, że to chyba cztery, czy pięć ekip było i z najwyższym podziwem na to patrzę. I uwa­żam to za bardzo wartościowe - tę działalność. A to, że ktoś tam się TZR-em nazywał, coś tam słyszałem, że Gierczak czy inni. Siedli i pieprzyli w bambus …

Pyt. W którymś „Rezonansie” padło nazwisko Broński. Podejrzewam, że to pseudonim?

Odp. Spotykałem się czasami z tym szefem Regionu, naszym byłym pracownikiem, Wojtkiem Niepokulczyckim. Czasami się spotykałem. Wiedziałem, że on jest szefem Regionu, ale wiedział, że ja się nie włączam w nic. Wszyscy wiedzieli, kurde, i na niego polowali …

Pyt. Czyli w stanie wojennym on był szefem?

Odp. Tak, tak. Pierwszym szefem, który dość długo … Znaczy, żebyś dobrze rozumiał, jak rozumiałem, był jakiś taki rozziew. Było ciało, które się zbierało, coś tam radziło i mówiło, że jest TZR, to było jedno. A Wojtek Niepokulczycki to przypuszczam, on między innymi inicjował te „Rezonanse” itd. On był takim realnym szefem. Tego Lutego np. wiozłem na polecenie Wojtka Niepokulczyckiego.

Pyt. Z jakiego zakładu był Wojtek?

Odp. Nie powiem ci. Młody chłopak, chyba zaraz po studiach. On był pracownikiem w Zarządzie Regionu.

Pyt. A co się z nim teraz dzieje?

Odp. Miałem kontakt z nim i wtedy prowadził taką firmę prywatną, malarską, remonty, coś takiego. Spotykałem go czasami na tym rynku na Kościuszki. I urwał mi się. On odstąpił. Zraził się czy coś, stracił zapał. Wogóle był zaskoczony, jak ja go spotkałem (zaczął opierdalać) jak się TZR organizował, ale tam coś już w tym momencie były rozziewy. Czy coś zaniechał, a może go zmusili do podpisania czegoś na jakimś etapie, gdy go przypudłowali?

Pyt. Czy on siedział?

Odp. Był taki moment, że on siedział. Był taki moment, że go złapali. Jakie były koleje, dzieje tego wszystkiego, to trudno powiedzieć. Faktem jest, że on już nie wrócił do sprawy, kiedy związek zaczął się odtwarzać. Ale sporo czasu funkcjonował jako de facto szef … Początkowo nie szukałem, nie chciałem dochodzić kto rządzi. Znalazłem tego Sasina Wieśka. On rządził jako taki przewodniczący wojenny i kontaktowałem ich ze sobą. Konkretnie chciał Niepokulczycki: - Kurde, mówił, do kogo ja się zwrócę? Ciebie znam, więc ty mi musisz załatwić kontakt. I jedną tylko rzecz nagrałem. W Parku Czynu Partyjnego powiedziałem Wojtkowi godzinę, powiedziałem Sasinowi i to była ich sprawa.

Pyt. A Sasin, kto to był?

Odp. Nadal jest. On był poprzednio przewodniczącym komisji rewizyjnej. On opierdolił okropnie, jak Bryckiego podsumowywał. To on był szefem Solidarności w OZOS-ie.

Pyt. On był szefem?

Odp. Nadal jest w komisji zakładowej. On jakiś kolportaż organizował. Taki mały kolportaż w OZOS-ie to ja robiłem też. Znaczki, wydawnictwa. Parenaście osób obsługiwałem.

Pyt. W stanie wojennym była oprócz prasy, Rezonansu, jeszcze druga sprawa, bardzo ważna: na ile potrafiliśmy pomóc swoim kolegom, czyli działalność charytatywna.

Odp. Jeżeli o tym mówimy, to ja czuję ciągłość tego związku i nie mogę mówić „nowa Solidarność”, czy coś takiego, ponieważ cały czas płaciłem składki. Od 1980 roku płacę składki zwią­zkowe i nigdy nie przerwałem.

Pyt. Kto zbierał składki?

Odp. U mnie koleżanka Ola zbierała. W pewnym czasie nastąpił taki moment, że ja zbierałem. Prze­kazywało się Sasinowi. Wiedziałem o tym, że to idzie na cele charytatywne. Rozliczenia nie było, byo to zaufanie, że trzeba i to płynęło przez Sasina.

Pyt. Uważam, że to bardzo istotna działalność. Czy z panią Heleną Cynalewską miałeś kontakt?

Odp. Słaby. Bardziej moja rodzina jak w internacie byłem. Pani Helena próbowała pomagać. Pomoc materialna może nie była nam aż tak bardzo potrzebna, ale ta życzliwość była potrzebna. Ona też miała ciężkie momenty, bo milicja u niej zastała ludzi. Możliwe, że moja koleżanka z OZOS-u i jej przekazywała przez jakiś czas. Trudno mi powiedzieć. Nie pytałem o to. Uważa­łem, że nie należy o to pytać. Był ten obowiązek, że te zebranie Zarządu …

Pyt. Zwinięto u niej.

Odp. Nie zwinięto, tylko przyszedł szef jakiś i powiedział, a raczej zapytał o pozwolenie odbycia zebrania. Jak nie macie państwo, to się rozejdźcie. Tak to wyglądało. Jedyne było zagrożenie, że Powroźny miał całą teczkę, torbę taką, pełną kaset lewych. No, kurde, żeby tylko nie zajrzeli. I na niczym się to skończyło. Czuliśmy, że ku czemuś nowemu idzie.
Wiosną 1988 roku chyba to było. Na pewno Grażyna Langowska z Ryśkiem, oni to rozpoczęli i oni jak gdyby de facto wskazali paluchem Bryckiego, że on tu ma być szefem. Ja tego typu demokrację uważam na ciężkie czasy. Uważam, że Brycki swoją rolę spełnił, chociaż mam do niego cholernie dużo zastrzeżeń. Na ten czas jednak dostatecznie dobrym się okazał. Robił co trzeba. Spotykaliśmy się u jego brata, to u Franciszkanów w zakonie wewnątrz tam, to u mnie w domu raz było.

Pyt. 1988 rok to było już wyraźne ożywienie polityczne.

Odp. Wszyscy żeśmy się zgodzili z oceną, że jest to kwestia czasu, że nastąpi jakiś przełom polityczny. Na czym będzie polegał to dopiero wyjdzie, ale trzeba przygotować zakłady. O! To była teza. I była dyrektywa w jaki sposób reaktywować to porozumienie zakładów na bazie związkowej Zarzdu Regionu, ale w sensie porozumienia aktywistów zakładowych, a nie jakiś organ, który opowiada o sobie. Byliśmy zrażeni do takiego Zarządu Regionu, który mówił o sobie. Zawracanie dupy.

Pyt. A co to był za Zarząd?

Odp. To się mówiło, tam różne nazwiska, bo to była „herbatka u Leny”, „placki u Ziuty”. Szczególnie jeśli chodzi o ten drugi przypadek, to z tego środowiska część uważała, że oni są kontynuacją Zarządu Regionu jako takiego, ale to taka zabawa.

Pyt. Na tych spotkaniach, m.in. u p. Heleny Cynalewskiej, jakie osoby tam były?

Odp. Ktoś z Ostródy, ale nieznany mi zupełnie, ale ze znanych to bankowiec (starszy jegomość o suchej twarzy, drobny, o wysokim czole, on chyba działał w KIK-u).

Pyt. Grażyna chyba była?

Odp. Nie, to na początku tylko. Grażyna miała inną rolę - Helsiński Komitet. To wyglądało tak, że oni uruchomili sprawę, postawili Bryckiego i wio, dalej jedźcie sami. Kamiński był. Później przeszło czy coś, trudno powiedzieć.

Pyt. Co możesz powiedzieć o Boberze? Mówiłeś, że on był zdecydowany.

Odp. Bobera uważam za najwybitniejszą postać tej dawnej „Solidarności” o jasnej wizji politycznej i bardzo konkretnego człowieka. Jestem pełen szacunku do niego. Z tym, że w życiu zawadził - co zresztą od razu powiedział - o bezpiekę. Ale to uważał za swoje szalone obciążenie do tego stopnia, że ktoś mu to wytknie, w związku z tym nie chciał iść na szersze wody, bo ja uważałem, że jak żeśmy do krajówki wybierali, to w końcu uważałem, że Bobera należy wybrać, ale on się nie zgodził, uparł się. jako jedyny człowiek miał wizję.

Pyt. Co możesz powiedzieć o tej jego wizji?

Odp. On widział okresowość tego, przejściowość tego uzależnienia od Sowietów, ale potrzebę wy­korzystania tego okresu do, podobnie jak powstania polskie robiły, odświeżenie świadomości narodowej. Z jednej strony prawdopodobne było w bliskim planie przegranie, ale w dłuższym planie to trzeba było robić. Między innymi jak z więzienia wyszedł to mówił, że on będzie dzia­­łał, do więzienia pójdzie bo wie, że każda konspiracja jest skazana na przegraną. Czas sprzyja milicji.

Pyt. A jeżeli chodzi o jego okres więzienny, co możesz powiedzieć?

Odp. Niestety nie miał lekkiego życia. Byłem na tym procesie kiedy go wypuścili, akurat tam pojechałem.

Pyt. A co możesz powiedzieć o Krupińskim?

Odp. Słuchaj, tutaj mam wieści takie dziwne, że moi koledzy, którzy z nim byli w Bartoszycach czy Braniewie w dużym więzieniu - nie chcą mówić. Mówią, że pogardę czują do niego. Jedyne co z nich wydostałem, to kwestie takie, że w tym co mówił to był napastliwy, pogardliwy wobec Wałęsy, coś takiego, ale to za mało by było, żeby w nich wzbudzić tego typu emocje. I w Zbyszku Przewłockim i w Romaniuku - nie chcą faceci mówić. Tylko mówią, że skreślili Krupińskiego i koniec. Jakie były tego wątki, że inni potrafili zachować się, całkiem prości ludzie wiedzieli jak zachować się w takim czasie, a on nie potrafił. Nie wiem na czym to polega, skąd to się bierze. Zresztą był trochę dziwnym człowiekiem. Jak był pogrzeb Bartuszka, to różnie skłóceni ludzie byli, a jednak potrafili ze sobą rozmawiać w jednej grupie, a Krupiński stał z boku. Ale przyszedł, to też jest ciekawe. A więc może być coś takiego, że jego osobliwości charakterologiczne i niezależność tak daleko doprowadziły, więc być może nie do końca należa­ło­by go przekreślać.

Pyt. Może sam pobyt w więzieniu wpłynął na to?

Odp. No nie, z relacji nie wynikało, żeby on był mocno załamany.

Pyt. Ale w stoczni, czy on był pobity mocno?

Odp. Nie, nie. Być może oberwał, ale coś takiego, żeby miał obrażenia - to nic mi nie wiadomo. On miał zaś jakieś swoje sercowe historie. Może to z tym było związane.

Pyt. Po wyjściu z więzienia nie włączył się do działalności?

Odp. Mam tutaj takie osobiste patrzenie. Żeby w tym OZOS-ie być. Jedyny sens mego działania to taki, że jestem w OZOS-ie. W zakładzie organizację solidarnościową utworzyłem. Bo pamiętasz była taka koncepcja, że odrębna organizacja związkowa w każdym zakładzie. Ja byłem wy­straszony - dzwoniłem do Grażyny Langowskiej, to kurde chyba jakaś bzdura, ale ona potwierdziła. Jeszcze do Romaszewskiego dzwoniła. Podobno my  propagandowo uzyskujemy czas zaistnienie tego komitetu …

Pyt. A Romaniuk z OZOS-u, ten więziony?

Odp. Odsunął się od działalności związkowej, a w międzyczasie został kierownikiem jednego z wydziałów. Aktualny dyrektor został wybrany przez Radę Pracowniczą, której przewodniczył Romaniuk. On wrócił po paru latach, chyba rok po okrągłym stole, do firmy.

Pyt. Acha, on był poza firmą?

Odp. Tak, czekał na orkiestrę, żeby go powitała, ale w sumie do działalności związkowej nie włą­czył się. Myśmy wysunęli go do Rady Pracowniczej, ale w pewnym sensie Solidarność uwa­żała, że ktoś inny powinien być dyrektorem, ale on poparł innego i krótko potem awansował, bardzo wyraźnie awansował, bo z majstra bez wyższego wykształcenia, został kierownikiem w Bisztynku (bieżnikowania opon), samodzielna placówka. Trochę poszedł na karierę. Nie że to zaprzaniec ale, że poszedł na karierę. Zaczął olewać Związek. Korzystając z popularności i wpływów jakie ma … i te wpływy sprzedał dyrektorowi. Tak to wygląda. (…)
Kiedy jeszcze na początku w 1980 roku dwa związki były, ja zameldowałem się u Przewłoc­kiego, gdyż tamten związek rozpada się na koniec listopada. Ja na tę  postawę się zdobyłem i o „Solidarność” porosiłem. Poszedłem gdzie bardziej ludna grupa była, podpisałem deklarację i powiedziałem, że załoga chce tego związku. Dlatego się do związku zapisałem, ponieważ za­ło­ga chciała - takie jest moje wejście do „Solidarności”. I dalej w nim jestem, dlatego właśnie. I widocznie uważano, że ja nie kręcę, że uczciwie sprawę stawiam, bo w grudniu mnie skierowali, bo MKZ zażyczył sobie, aby zakłady desygnowały ludzi do pracy. Bo brakowało ludzi do pracy w Zarządzie Regionu. I mnie skierowali, który deklarację w grudniu podpisał i były takie zgryzy, awantury autonomistów z „Solidarnością”. Ale wiedzieli z jakich pozycji, że prozało­gowy startuję i mnie wysłali do Regionu z całym przekonaniem. Ja się pojawiłem 31 grudnia 1980 roku w Zarządzie Regionu, jako ten desygnowany przez OZOS do MKZ i mnie tam Bober wkleił do interwentów, ale nie od razu miałem do czynienia z Wojnowskim. Był to okres dużego napięcia z Wojnowskim. I tylko w jednej sprawie wykorzystał mnie Bober, gdzieś tam latałem koło Mirek, u stolarzy szukałem jakichś wałków, klocków, które tam zdeponowali ludzie Wojnowskiego na jego rzecz. I ten bidula taki stary był przerażony, że to u niego to leży, jak on się z tego wytłumaczy, bo dokumentów nie ma. I zbierałem te informacje na temat tych wałków. To było wzięte z jakiejś stolarni, jakieś tam resztówki za darmochę. I to cały mój współ­udział osobisty w sprawach Wojnowskiego.

Pyt. Jak ty to oceniałeś w tym czasie? Na ile sprawa Wojnowskiego była sprawą Związku? I całe­go Regionu?

Odp. Stwierdzam nadal, że Związek był wówczas wszystkim. I nie kłóciłem się z przebiegiem Zjazdu Krajowego, który był sejmem - polskim sejmen wolnym. Tam były sprawy narodowości, kultury, to był pierwszy moment po wielu, wielu latach, kiedy naród polski, nie działacze związkowi, naród polski mógł zdefiniować pewne swoje pryncypia, które w nim ocalały. Dlatego nie sprzeciwiałem się, gdyż wtedy wiedziałem, że Związek jest  przesycony wszystkim co się da. W nim to wszystko się chowało. A Wojnowski i ta władza, to były soprawy kryminalne. Tam rózne historie, ludzie ze wszystkim do „Solidarności” szli i tak być musiało. I dla mnie sprawa Wojnowskiego była nie sprawą tej jednej osoby, gdyż rozmiar finansowy tej sprawy nie był wielki, tylko charakterystyczny styl życia, metody. To co było tą normalnością specyficzną. Tam było takie zdziwienie, że pewne zarzuty są zarzutami.

Pyt. Że ktoś sformułował wogóle coś takiego?

Odp. To był taki obyczaj poniekąd zwyczajowy. Zapomnienie co to kradzież, co to nadużycie stanowiska. takie były jakieś feudalne należności, że coś załatwiają urzędnicy w ciągu pracy coś im robią. To było tak według nich oczywiste, że o czym tu gadać. Czysta złośliwość polityczna, uważali, że robi się z igły widły. I to myśmy obnażali. I tak należało to rozumieć. Oczywiście nie było jakichś nadmiernych kwot w tym wszystkim, ale był ten obyczaj, który wykazywał kto jest właścicielem Polski Ludowej, że to aparat partyjny tak to traktował: Przecież nie kradnę, tylko biorę dobre rzeczy bo co, bo mi się należy. Po prostu mi się należy.

Pyt. Chciałem cię zapytać o jedną rzecz, dotyczącą dnia dzisiejszego. Czy ty jako członek „Soli­dar­ności” obecnie, jak się czujesz w swoim środowisku i czy masz jakiś komfort?

Odp. No, nie bardzo. Nie bardzo, gdyż członków jest znacznie mniej, niż dawniej. To jest takie rozczarowanie nami samymi, jak gdyby wewnątrz Związku. Nieufność wobec działaczy zwią­zkowych, nieufność jednych zakładów wobec drugich i taka reakcja na powszechną ufność wza­jemną, radosną w tamtych latach, tak teraz głęboka nieufność. Rzadko kiedy ludzie sobie teraz darują.

Pyt. A stosunek do was kierownictwa zakładu i członków dawnego estabilishmentu. Czy coś dla nich stanowicie?

Odp. Raczej dla nich nie.

Pyt. Czy nie spotykacie się z szykanami?

Odp. Nie, co to, to nie. Jeszcze na tyle stanowimy potencjał w zakładzie, liczący się nadal, że jeszcze trochę z szacunkiem, trochę jest takiej gry podpuszczającej - jest respekt pewien, nadal jest pewien respekt.

 

(Rozmowę przeprowadził i notował Zenon Złakowski)

 

--------------------------------------------------------------------------------

 

Rozmowa z Kazimierzem Wośkiem

w dniu 26 wrześnie 1995r.

 

 

Pyt. Od kiedy związałeś się z „Solidarnością”?

Odp. W 1980 roku studiowałem na WSP olsztyńskiej. tak pośrednio uczestniczyłem w strajku w Stoczni Gdańskiej. Gdy zjawiłem się chyba pierwszego października w Olsztynie, spotkałem Wojtka Ciesielskiego i on zapytał: jak zakładamy związek zawodowy? Ja byłem wówczas studentem, a on asystentem. I nie wiedziałem jak odpowiedzieć na to pytanie. Pogadaliśmy krótko i już wiedziałem z kim rozmawiam. Do czerwca 1981 roku kończyłem studia. Wojtek Ciesielski powiedział, że najlepiej będzie jak będziesz pracował w Zarządzie Regionu „Solidarności”

Pyt. A przez te kilka poprzednich miesięcy?

Odp. Nie miałem żadnego kontaktu. To znaczy zjawiałem się czasami w Zarządzie Regionu. Ja byłem jednak wtedy na „dziekance”, nie byłem członkiem NZS-u. Zacząłem pracę od zarządu regionu i moje pierwsze skierowanie do pracy, moja pierwsza praca to w Zarządzie Regionu - od 1 sierpnia 1981 roku z Urzędu zatrudnienia dostałem skierowanie do pracy w Zarządzie Regionu „Solidarność” w Olsztynie. Miałem tam pracować, chciałem tam pracować jako archiwista. Wyszły nieporozumienia ze względu na to, że żona Krzyśka Mielczarskiego członka Prezydium, pani Ania Mielczarek pracowała jako archiwistka zatrudniona na etacie. I zrozumiano to jako podkopywanie jej pozycji, więc chodziłem tak i nie wiedziałem, czy będę tam pracował czy nie. Byłem w takim zawieszeniu i wtedy Mirek Krupiński, którego nie znałem wcześniej, powiedział: No to pan pracuj u nas w dziale Administracyjno - Gospodarczym. Zacząłem tam pracę z januszem Śliwińskim. Byłem od rozwieszania flag, od propagandy, na teleksie pracowałem. I tak pracowałem do 13 grudnia. W tym czasie obroniłem pracę magisterską - podczas II tury Zjazdu „Solidarności”. Dostałem taką propozycję, żebym codziennie jeździł do Gdańska na Zjazd po materiały i zawożąc naszym delegatom materiały. I tak dwa tygodnie kursowałem. W nocy przyjeżdżałem do Olsztyna, nagrywaliśmy z Leszkiem Szawłowskim i jeszcze z kimś (może Leszkiem Grucelą) audycje radiowe, które leciały przez tę naszą „szczekaczkę: i w midzyczasie obroniłem tam kiedyś pracę magisterską, pojechałem spowrotem do Gdańska i cały następny tydzień tak jeździłem. Nie byłem w Zarządzie Regionu nigdy zaakceptowany, dlatego, że ja byłem pracownikiem Zarządu, ale nie działaczem i ja nie miałem za sobą żadnej Komisji Zakładowej. Oni wszyscy wywodzili się z jakichś komisji, mieli poparcie, a ja byłem znikąd. I kiedy w 1990 roku spotkałem się z Andrzejem Boberem, to on powiedział mi tak: - Myśmy ciebie traktowali jako esbeka. Bo jesteś facet znikąd, przychodzisz do pracy, pracujesz, wychodzisz i my nie wiemy kim ty jesteś?” Bo ktoś za nimi stał, a za mnż nikt nie stał. Wojtek Ciesielski stał. I to jest cała moja praca do 13 grudnia 1981 roku. A największa konsolidacja ludzi nastąpiła w czercu 1981 roku, a ja wtedy jeszcze nie pracowałem.

Pyt. Czy w zarządzie Regionu była atmosfera podejrzliwości?

Odp. Wyczuwao się ją, ale była raczej - może nie bezmyślność, ale chaotyczność w działaniu. Słu­chaj, jeżeli mnie zatrudniono nie wiedząc kim ja jestem, to znaczy, że to było na wariata. Np. Soroka: skończył studia dziennikarskie i został zatrudniony w Zarządzie Regionu jako dziennikarz. I ktoś tam gdzieś plótł: a ten facet jest podejrzany, ale była kompletna bezmyślność. Każ­dy kto chciał mógł wejść: każdy esbek, kady milicjant mógł wejść do Zarządu regionu i tam pracować.

Pyt. Czy uważasz, że wielu ludzi niepożądanych mogło tam się znaleźć?

Odp. tak, tylko diabli wiedzą kto. Nie powiedział bym o żadnej z osób, że była esbekiem, chociaż esbecja miała inne wejścia, bo wszystko tam się toczyło jawnie. Tak jawnie, że ja do dziś mam w swoich archiwach dokument, na którym jest pieczątka: „wpłynęło do Zarządu Regionu” - na pewno go nie ukradłem. Jest stempel oficjalny Zarządu Regionu - ja go nie ukradłem, wziąłem go ze śmietnika. Dokument szedł do kosza, ja go z kosza wyciągnąłem i do dzisiaj zachowa­łem, bo to lubię zachowywać.

Pyt. Czy bezpośrednio odczueś atmosferę podejrzliwości?

Odp. Wówczas nie. To później Andrzej Bober mi powiedział, że faktycznie myśmy ciebie nie znali. Ale ja tam byłem tylko pionkiem, dobrym urzędnikiem. Tam było tylu prezydiantów, tam była cała komisja interwencji, bardzo ważna. Podejrzliwości nie odczułem, dla mnie to była bezmyślność.

Pyt. Powiedz wszystko, co wiąże się z dniem 13 grudnia 1981 roku?

Odp. 12 grudnia dostałem polecenie zebrania grupy plakatowej: studentów NZS-u z WSP do rozplakatowania jakichś plakatów na mieście. Tę noc spędziłem w akademiku przy ul. Niepodle­głości, NZS-u nie znalażlem tam, poszedłem do akademika przy ul. Żołnierskiej - też nie znalazłem chłopaków. I nie wiem, zostałem na noc. Z rana chciałem wyjść i usłyszałem: - Dokąd ty idziesz - portierka mnie znała - stan wojenny. Z moimi kolegami podszedłem na ul. Dąbrow­szczaków gdzie była siedziba Zarządu regionu: milicja stoi, otoczony cały budynek. Ja próbuję się dobijać i pamiętam jak dziś - do drzwi się dobijam i myślę, że muszę nagrać audycję i im wy­szczekam co to jest stan wojenny. A portierka mi macha: - Idź pan, idź pan! A tam stoją tacy ZOMO-wcy w maskach. Było dużo ludzi pod Zarządem Regionu, była 9-ta rano. Tam spotka­łem Elżbietę Syniec. Ona też była wówczas pracownikiem Zarządu Regionu - „Pszczoła”. I ona mi powiedziała: - No to idziemy do PSTBR-u. A nie wiedziałem o tym, że jest gdzieś strajk. Ja miałem jedno w głowie: iść do Zarządu regionu, włączyć ten nadajnik, nagrać i szczekać - protestować. I z „Pszczołą” udałem się do PSTBR-u. Tam był drugi ośrodek strajkowy. Prezydium wcześniej jakby o tym wiedziało - wyglądało na to, że wiedziano, iż pierwszym ośrodkiem jest OZOS, a drugim PSTBR. I tam spędziłem noc, tam siedzieliśmy.

Pyt. Kogo pamiętasz, kto tam siedział?

Odp. Stefan Nowakowski i Bolesław Mróz z PSTBR-u, było tam 20 osób. To była niedziela i myśmy tam spali w jakiejś świetlicy na podłodze. To był strajk. Myśmy strajkowali w tej sali, pies z kulawą nogą tam nie zaglądał. Przyszła tam Grażyna Langowska, może Ania Żurawek z OZOS-u. Pytaliśmy co się dzieje w OZOS-sie. Tam był strajk i tu nasz drugi ośrodek strajkowy. Strajk w PSTBR skończył się w poniedziałek rano. Bolesław Mróz i Tadek Nowakowski poszli do dyrektora i poinformowali, że strajkują w związku ze stanem wojennym. I w tym momencie przyjechała milicja i zgarnęła ich. I myśmy wyszli, te pozostałe 18 osób, które były z zewnątrz zakładu, głównie z Zarządu Regionu, albo związani z Zarządem. Byliśmy zdenerwowani, zmęczeni. Leżeliśmy tam pokotem na podłodze i spaliy. I rano wyszliśmy, a ponieważ mieszkałem w Olsztynie, a moja żona w Ostródzie. Mieszkałem na ul. Zwycięstwa, naprzeciwko stadionu - ktoś mnie skierował do jakiegoś mieszkania naprzeciwko OZGrafu i tam byłem przez następne dwa dni. Nie wiem co się działo, kompletnie nie wiem. Byłem am, ktoś mnie gościł, ktoś mówił, rozmawialiśmy z dziesiątkami osób. Ktoś się kręcił tam.

Pyt. Ale kto był gospodarzem?

Odp. Nie wiem, nie pamiętam. I nie znajdziemy na pewno nikogo. Później po paru dniach zameldowałem się u swojej znajomej Ewy Piotrowskiej, też była pracownikiem Zarządu Regionu, zmeldowałem się tym razem na ul. Limanowskiego, na Zatorzu. Dlaczego to nie pamiętam. Dowiedziałem się z komunikatów, e potrzebne jest zameldowanie i tam się zameldowałem. I tam tydzień przebywałem. Przed świętami na pewno byłem w domu w Ostródzie.

Pyt. Co wówczas myślałeś robić? Jak zamierzałeś funkcjonować w tej nowej rzeczywistości?

Odp. Próby były chaotyczne. Pamiętam spotkanie poświąteczne, właśnie u Piotrowskich, na którym był Walery Piskunowicz, Krystyna Urniaź, Piotrowscy, ktoś tam jeszcze, któraś z prawniczek Zarządu Regionu z 1980 roku, która później podkablowała mnie. Bardzo ważne spotkanie, na którym ustaliliśmy co mamy robić: protestować, coś wydawać, ulotki pisać. Ja wtedy chla­p­nąłem, że mam nieoznakowaną maszynę do pisania, ktoś tam później to wykorzystał.
Później święta, Sylwester, jakoś przeleciały normalnie. Nic wtedy nie robiliśmy. Z Pszczołą później już nie miałem kontaktu żadnego. Pszczołę zamknęli, internowali.

Pyt. Kim byli Piotrowscy?

Odp. Ewa Piotrowska była pracownikiem Zarządu Regionu - maszynistką czy sekretarką. Myśmy się znali, bo my nie byliśmy działaczami, ani ja, ani Ewa Piotrowska, ani Ewa Ruszkowska i Janusz Śliwiński. I myśmy wszyscy zostali na wolności i w styczniu 1982 r. zrobili razem chyba z Wojtkiem Niepokulczyckim (on w dziale interwencji pracował i on też został) taką rzecz: ustaliliśmy, że pójdziemy do wojewody zaprotestować, a raczej wyjaśnić nasz status: czy my pracujemy, czy nie pracujemy, gdzie mamy dostawać pieniądze. ja polazłem jako pierwszy i przedstawiłem się jako przewodniczący Komisji Zakładowej, chociaż nim nie byłem, gdyż by­łem członkiem Komisji Zakładowej. W Urzędzie Wojewódzkim było makabrycznie: jacyś milicjanci, generałowie chodzili ze spluwami, z karabinami. Przyjął nas chyba któryś z wicewojewodów i podanie. I wyrzucono nas za drzwi.

Pyt. Czy wyjaśnił się wasz status?

Odp. Tak, do marca 1982 roku byliśmy zatrudnieni jako pracownicy Zarządu Regionu i dostawaliśmy pieniądze - Urząd Wojewódzki nam płacił. Do marca miałem w dowodzie - zatrudniony w Zarządzie Regionu. Nawet kiedyś mandat mi wlepiono w pociągu za to.
Pod koniec grudnia 1981 roku już byłem w Ostródzie, przyjechała milicja i zrobiono u mnie rewizję, szukając matriałów antypaństwowych. Jamiałem wówczas ok. 1000 książek bezdebitowych i inne materiały. Zabrano mi te wszystkie książki, biuletyny związkowe. Wtedy na spot­kaniu u Piotrowskich pisaliśmy ulotkę, swoim charakterem pisma, był nawet stempel „Soli­darność” po przekątnej, protestujący przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Leżała między dwoma swetrami. Milicjant przełożył dwa swetry i nie znalazł tego - byłbym siedział. Zabrano mnie do Olsztyna z tytułu tego, że miałem u siebie te wydawnictwa. Wtedy siedziałem 48 godzin pierwsze, bez postawienia konkretnego zarzutu. Chyba nie byłem przesłuchiwany, a jak przesłuchiwany to na zasadzie : co robiłem w Zarządzie Regionu, kim byłem. Pamiętam, że by­ło wówczas na dołku bardzo dużo osób z „Solidarności”. I puszczono mnie. Powiedziałem sobie: wypnę się na wszystko.
Długo nie wytrzymałem, 19 lutego własnym sumptem, bez inspiracji wydałem pierwszy numer „Rezonansu”. Gdzieś miałem jeszcze zachowane matryce woskowe, jeszcze z przed stanu wojennego. Nie wiem jak winietę zrobiłem, bo była ona orginalna. Napisałem sam ręcznie, żeby zmienić charakter pisma, to pisałem pod linijką. Ten numer „Rezonansu” oznaczyłem numerem „2”. Żeby nie było, że to jest pierwszy. Zamieściłem listę skazanych i listę internowanych i pro­test przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. I to był jednostronicowy „Rezonans”, który wy­­drukowałem. Matrycę woskowę położyłem na lewą stronę - nie wiedziałem jak to się robi - jakimś wałkiem, fabę drukarską skądś miałem. Na szmacie, jeszcze widać ślady na ręczniku, wydrukowałem ten numer. W 100 egzemplarzach. Później złapałem kontakt z chłopakiem z NZS-u. On mieszkał przy dzisiejszym pl. Konstytucji 3 Maja (przy dworcu). Znałem tych ludzi. I on powiedział, że jest w stanie wydrukować to lepiej. Miałem mu to dać, już go nie pamiętam. Ten pierwszy numer rozrzucałem w pociągu. jak wydrukowałem 100 egz. to 50 poszło w świat, a 50 egz. może w piecu spaliłem. Po prostu zrobiłem coś i bałem się tego co zrobiłem. Dawałem znajomym.

Pyt. Czy egzemplarz tego numeru zachował się?

Odp. Jest. I on na podstawie tegu numery … Heniek! On jest w Niemczech teraz. Był studentem WSP. Nie mam żadnego kontaktu z nim. On mi to przepisał na maszynie do pisania. I ja to po­wtórzyłem w 300 egz. dałem jemu i Wojtkowi Ruszkowskiemu. Wojtek Ruszkowski to mąż Ewy Ruszkowskiej, która pracowała w Zarządzie Regionu w 1981 roku, była do spraw szkoleniowych.. I dałem ten „Rezonans”. Oni go rozwieźli, rozkolportowali. Trzeci numer „Rezonan­su” zrobił heniek przy użyciu normalnego powielacza. tam było przemówienie Aleksandra Heiga na konferencji madryckiej, protestujące przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Taśmę z tym przemówieniem dał mi Janusz Śliwiński (obecnie w Kanadzie). Ja tę taśmę przesłucha­łem, przepisałem ręcznie i ktoś przepisał na maszynie. Kto nie pamiętam.

Pyt. Listę internowanych, więzionych, skąd miałeś?

Odp. Z głowy, z wiadomości uzyskanych podczas towarzyskich spotkań … Pamiętam, że tam parę błędów popełniłem, kogo internowałem, kogoś aresztrowałem. ta lista może i w radio leciała, może i w „Gazecie Olsztyńskiej” była.
Później zacząłem współpracę z Michałem Kłosińskim, to jest mój kolega ze studiów, współpra­cował z „Solidarnością” olsztyńską nauczycieli w 1981 roku. On był jednym z wydawców „Roty” - gazetki pracowników oświaty. Przez niego poznałem Bogdana bachmurę, albo przez Wojtka Ruszkowskiego. Bo to było tak. W marcu rozpocząłem pracę w Sp-ni Mieszkaniowej „Pojezierze” w administracji. Byłem facetem od wydawania kartek ywnościowych. To było na Kołobrzeskiej 13, blisko miałem do Ruszkowskich. I tak - kartki wydawałem i chodziłem do Ruszkowskich. Oni mi dawali bibułę i oni od kwietnia 1982 roku zaczęli przywozić „Tygodnik Mazowsze”. Dokładnie Wojtek Ruszkowski rozpoczął przywożenie do Olsztyna „Tygodnika Mazowsze”, kasety Kellusa, Kaczmarskiego, Łapińskiego, Gintrowskiego. Ponadto przywoził „KOS”. Ja poznałem Ruszkowskich z Michałem Kłosińskim. Michał Kłosiński mnie z Bogdanem Bachmurą. I ten krąg ludzi zaczął funkcjonować. W pewnym momencie wydawało mi się, że jestem najważniejszy w Olsztynie. Poza tym kręgiem ludzi, którzy byli na wolności, ja zna­łem także ludzi z Zarządu Regionu. Bo te osoby, nie licząc Ewy Ruszkowskiej, nie były z Za­rządu Regionu. Skontaktowałem się z Michałem Powroźnym, z Leszkiem Grucelą, z Krzyśkiem Milczarkiem, z Wandą Lechowską, żoną Leszka lechowskiego, sekretarza Zarządu Regionu. Te osoby albo wychodziły z internowania z Iławy, albo były na wolności. Ja tych byłych działaczy i tych nowych działaczy kontaktowałem w jakiś sposób. Ja się spotykałem, mówiłem ten jest ten, ten jest ten, i oni się psotykali. I później ten krąg ludzi zaczął się tak poszerzać …
Drukowałem „Rezonans” do 17 numeru. Robiłem to w chałupie, w Ostródzie w domu, bez po­wielacza, ręcznie to było robione albo w piwnicy, albo na strychu.

Pyt. Co to znaczy ręcznie?

Odp. Ręcznie, to znaczy: ktoś przepisywał na maszynie (kto, to nie pamiętam) na matrycy woskowej, a ja to drukowałem kładąc, robiąc taką ramkę, na którą kładłem farbę, później matrycę, pa­pier, wałeczkiem przejeżdżałem i egzemplarz jeden był gotów. Następny egzemplarz, farba, no­wy wałek … Robiłem to w ilości do 1000 egzemplarzy. Skąd miałem papier, nie pamiętam. Później Michał Kłosiński skontaktował mnie z Igorem Hrywną, ale to chyba był już rok 1985 czy 1986. A może wcześniej? Ktoś mi przywoził papier. Nie wiem kto.
Miałem ten luksus, że dojeżdżałem do pracy z Ostródy do Olsztyna: dzień w dzień coś wo­ziłem przy sobie. Brałem papier, chyba nie kradłem nigdzie. Ktoś mi dostarczał, to Michał Kło­siński, ale skąd on brał? Pytałem się parę lat temu, skąd brał papier, to mówił, że nie pamięta.

Pyt. Wspomniałeś między innymi o kontaktach z Bachmurą. jak go oceniasz, jak on funkcjonował w tym czasie?

Odp. Z Bogdanem Bachmurą poznałem się na początku: kwiecień czy maj 1982 roku. Wcześniej go nie znałem, ktoś go wycignął. To Bogdan załatwiał papier - załatwiał to wszystko.

Pyt. Okazuje się, że Bogdan Bachmura odegrał istotną rolę w okresie stanu wojennego. Niektórzy mówią o nim pozytywnie, niektórzy zaś negatywnie.

Odp. Z mojej strony całkowicie pozytywnie. Poznałem go na ulicy i na pewno przedstawił mi go albo Wojtek Niepokulczycki albo Wojtek Ruszkowski. Na ulicy Kołobrzeskiej poznaliśmy się. Później zacząłem z tym facetem kręcić i on mi dostarczał masę rzeczy. To znaczy drukiem „Re­zonansu” i całą tą zabawą ja się zajmowałem do 1984 roku. Do 1984 roku nikt nie wydał chyba poza mną żadnego „Rezenansu”. Pojawiła się jakaś fałszywka wynikająca z tego (Tadek chyba Adamski czy Adamczewski). On wydał w pewnym momencie dlatego, że ja się spóźniłem … Był jeden numer taki podwójny. Do 1984 roku ja wydawałem. Pomagał mi przy tym Bogdan Bachmura i Wojtek Ruszkowski, chyba dostarczali mi matryce. Sądząc po czcionce to myślę, że na mojej maszynie nie napisałem więcej niż dwa numery. Ktoś musiał to robić - to oni to robili. I oni dostarczali mi papier. ja miałem farbę drukarską, tą powielaczową od Janusza Śliwińskiego. On mi kiedyś tam dał w 1982 roku. On był internowany - jego żona mi dała. Ona mieszkała na ówczesnej ul. Kaliningradzkiej (Dworcowej) 83 chyba. I kiedyś zaszedłem i ona mi dała farbę. Później mi tę farbę drukarską dostarczał Wojtek Ruszkowski i Bogdan Bachmura.

Pyt. Kto dostarczał informacje i artykuły?

Odp. To oni bardziej będą wiedzieli. Ja byłem  tylko drukarzem. Od czasu do czasu dawałem swo­je teksty, informacje. Oni zajmowali się najbardziej istotnymi rzeczami.
1 maja 1982 roku ten krąg ludzi zaplanował - nie żadna struktura, do maja 1982 roku, nie było żadnej struktury tu w Olsztynie - zaplanowalimy protest przeciwko wprowadzeniu stanu wojen­nego. Ja wydrukowałem 1 maja w akademiku WSP, przy pomocy osoby nie związanej z tym, w ciemni fotograficznej plakat - ładny plakat, Wojtek Adamski (Adamczewski) zrobił mi projekt. Ten plakat poleciał w paru tysiącach egzemplarzy. Na sicie to zrobiłem. Kto mi dał sito - nie mam pojęcia. Pamiętam, że w ciemni fotograficznej siedziaem dwie noce. Byłem zamknięty w akademiku, w ciemni przy ul. Żołnierskiej. Zamknął mnie tam mój kolega, ja tylko wycho­dzi­łem do kibla i spowrotem. Ten kolega w ogóle nie jest związany z „Solidarnością”. Zrobiłem ten plakat i 1 maja mieliśmy zrobić manifestację. Połowa egzemplarzy jak zwykle poszła gdzieś. Być może ja się wystraszyłem, być może zniszczyłem. To znaczy nie zniszczyłem, ale nie rozkolportowałem.

Pyt. Co on przedstawiał?

Odp. Krzyż, taki przekreślony i 1 maja i wrony fruwające. I 31 kwietnia pojechałem do Ostródy po tych nocach. Przyjechałem 1 maja, poszedłem pod Zarząd Regionu, kupiłem kwiatek, ściągną­łem sznurówkę czarną, związałem tą sznurówką kwiatek i położyłem pod wejściem do Zarządu. I na trzęsących się nogach uciekłem. Była to 9-ta rano. O 11-tej była tam wielka manifestacja, było tam ze sto osób. jak na Olsztyn to była wielka manifestacja. I składali kwiaty … ja się poczuwam do autorstwa tego. Choć musiał iść kolportaż inną drogą. Musieli ludzie wiedzieć, że tego dnia pod Zarządem Regionu trzeba składać kwiaty. Później się dowiedziałem o tej manifestacji.
Później była na 3 maja, to już Bogdan Bachmura powinien wiedzieć. On wydrukował  „Soli­dar­ność Olsztyńską” na czcionce. Skądś ukradli czcionkę. Ja pierwszego numeru czcionki nie składałem. Poza „Rezonansem”, bo być może wówczas „Rezonans” został zawieszony, w maju. Ja do maja drukowałem, ale wtedy mógł być albo kryzys albo strach. Przestałem wówczas drukować „Rezenonans”, ukazała się „Solidarność Olsztyńska” na czcionce robiona. Do dzisiaj ją mam w piwnicy. I 3 maja chyba wtedy był ten wielki marsz na Starym Mieście. Bojkot dziennika telewizyjnego. To wtedy się zaczęło. To obił Bogdan Bachmura.
W 1983 czy 1984 roku, ten krąg ludzi: ja, Bogdan Bachmura, Michał Kłosiński, Wojtek Ruszkowski i wtedy pojawił się Zdzisiek Płotek, stworzyliśmy tzw. Tymczasowy Zarząd Regionu. Śmieszne bo nie mieliśmy żadnego poparcia, ja np. nie miałem żadnego poparcia. Jak można nazwać się Zarządem Regionu, jak nie masz poparcia przez nikogo.

Pyt. Ale były to warunki ekstremalne.

Odp. Tak, ekstremalne były. Ja byłem ten, który za sobą nikogo, byłem sam. Michał Kłosiński gdzieś w szkole pracował, Bohdan bachmura kręcił się, znał tych ludzi.

Pyt. Kim był Bogdan Bachmura, gdzie pracował?

Odp. Nie wiem, on był takim spiritus movens w tym momencie. Na pewno w 1983 roku to on był takim kręcącym olsztyńską „Solidarnością”. On miał taką umiejętność łapania ludzi, nawiązy­wania znajomości. Powstała idea powołania Tymczasowego Zarządu Regionu. Wybory pierwsze odbyły się w chałupie u Michała Kłosińskiego na ul. Karłowicza, na Zatorzu. I Sławek Olek był wówczas, ale skąd on się wziął?

Pyt. Czy wcześniej znałeś Płotka?

Odp. Nie, nie znałem. Ani Płotka, ani Sławka. Ja znałem tylko Michała Kłosińskiego wcześniej, bo kolegami jesteśmy. Michał był nauczycielem gdzieś na wsi, Gady czy coś. On jest w RFN teraz. I myśmy w 1983 (?) roku powołali Tymczasowy Zarząd Regionu. Przewodniczącym został wybrany Bogdan Bachmura. A jakim pseudonimem on się podpisywał? … Ja uczestniczy­łem osobiście chyba w czterech spotkaniach Tymczasowego Zarządu Regionu, u Zdziśka Pło­tka, u Michała …Sam powiedziałem, jestem od drukowania, nie zajmuję się tym, nie występuję nigdzie jako władza żadna. Jako władza występowali: Bogdan i Sławek. Sławek też miał ambicje. dwóch kandydatów było na przewodniczącego: Sławek i Bogdan. Ten Zarząd wydał parę jakichś tam odezw drukowanych w „Rezonansie”, w tej „Solidarności Olsztyńskiej”, która była … Bo myśy sobie nie ufali nawet w tym wąskim kręgu. Oni np. o mnie to wiedzieli, że drukuję. Ale nie wiedzieli gdzie ja drukuję. Ja nie wiedziałem gdzie Bogdan mieszka. Myśmy się  spo­tykali na Jarotach w wieżowcu, gdzieś w mieszkaniu, przez kogoś wynajmowane, nie mam pojęcia. Tak się kręciliśmy. Myśmy się spotykali tak jeden, dwóch, trzech. A od czasu do czasu w tym szerszym gronie. Nie mieliśmy ścilejszego kontaktu ze sobą.
W 1984 czy 1985 roku, to chyba Bogdan Bachmura załatwił mi kontakt z Gdańskiem. Ja przywoziłem wtedy „Nasz Głos - Biuletyn Gdański”, za Gdańsk to wtedy ja odpowiadałem. Jeździ­łem do Gdańska, przywoziłem bibulę z Gdańska, ja zawoziłem papier do Gdańska, żeby drukowali. Skąd był papier, nie wiem. Przed śmiercią ks. Popiełuszki wynajęliśmy mieszkanie na ul. Pana Tadeusza. Pieniądze na to dał bodajże Jurek Meissner - dostałem 200 dolarów. Wyna­jąłem mieszkanie za 100 dolarów na rok czasu. Płaciłem z góry. Facet się śmiał. Ja tam coś krę­ciem, że coś z panienką - śmieszne to było. On wyczuł od razu, że nie o to chodzi. To było mie­szkanie jego syna. Ten facet mieszkał na pl. Bema nad barem (teraz restauracja Passarena). Tam mieszkał facet, który dał ogłoszenie do „Gazety”, że odnajmuje mieszkanie. Myśmy postanowili, że musimy mieć mieszkanie - lokal. Ja powiedziałem, że u siebie w chałupie już nie będę drukował. Wynajęliśmy mieszkanie syna tego faceta, przy ul. Pana Tadeusza, a syn studiował gdzieś tam w Gdańsku, czy w Warszawie. Takie M-2. On dał mi klucze, ale miał drugą parę kluczy. Ja pierwszą rzeczą jaką tam wprowadziłem to powielacz. A miałem powielacz od Bogdana Bachmury. I stał on w głównym miejscu w pokoju cały czas. On miał klucz i wchodził do tego mieszkania. Zapaćkane to mieszkanie farbą, papierami. I drukowaliśmy „Rezenans”.

Pyt. I ten facet na pewno był świadomy?

Odp. Był świadomy - cicho siedział. Dostał pieniądze. Pieniądze były chyba od Meissnera. Stówę zapłaciłem za to mieszkanie i stówę oddałem Bachmurze. W tym mieszkaniu byliśmy rok czasu. Adres tego mieszkania znałem ja, Boguś Kłosiński, nasz trzeci kolega ze studiów, który przychodził i współpracował i jakiś Bolek z OZOS-u - młody chłopaczek. Bachmura też znał. Pamiętam nocne drukowanie po śmierci ks. Jerzego. Nagle wpada z matrycą Boguś i walimy, walimy. To był 1984 rok. A więc od lata 1984 roku mieliśmy lokal. Wcześniej jeszcze ja wydawałem „Rezonans” w mieszkaniu przy ul. Kaliningradzkiej 83, na strychu. To wtedy dostaliśmy powielacz od Bogdana Bachmury. Ja ten powielacz z Bogdanem Kłosińskim wiozłem na strych - lokal zastępczy jakiejś pracownicy Sp-ni Pojezierze. Dziewczynie zabajerowałem, że jest mi mieszkanie potrzebne takie od czasu do czasu. I ona też o tym wiedziała. Pamiętam jej nazwisko … I ona też wiedziała, że w tym mieszkaniu dzieje się coś innego niż to co ja powiedziałem. Później jednak kiedy ona zaczynała mi mówić, że tak nie można … Ja drukowałem, chowałem powielacz do łazienki, tam jakieś zadaszenie było. I jak nam się skończył lokal na Pana Tadeusza, to była wiosna 1985 - gdzieś poszedł powielacz, ale gdzie? Być może ja go do Ostródy zabrałem.

Pyt. A ten facet, który wam wynajmował mieszkanie przy ul. Pana Tadeusza?

Odp. To bohater, człowiek uczciwy. Przecież gdyby chciał, to by nas wydał. Miał klucze - wszystko widział. Kiedyś wpadł Michał: Milicja! Pamiętam, że myśmy to do piwnicy przenosili. Z tego mieszkania na Pana Tadeusza do piwnicy: powielacze, czcionka była, farby, papier - to jest pół ciężarówki! Za dwie noce - bo coś trzeba było zrobić - to żeśmy wynosili. I ten facet w mię­dzyczasie był i widział co tam się dzieje. Nic nie powiedział. Przecież on mógł stracić mieszkanie, bo był stan wojenny. To było na Pana Tadeusza - wieżowiec, który stoi prosto do ul. Dwo­r­cowej - drugie, trzecie piętro.
A później powielacz przewiozłem do Ostródy. I tak do 1986 roku. Kto później wydawał, to już nie pamiętam. Wiem, że była z tym póniej związana Teresa Stefanowicz, Zdzisiek Płotek i ktoś jeszcze. W 1985 roku załatwiałem już wszystko sam. Przepisywała mi na maszynie matryce pani Irena Kurnatowicz (?), mieszkająca na Lumumby - naprzeciwko Radia. Starsza pani. Robiła to nieodpłatnie. Sąsiadka generała Dudka. I tam chodziłem, ona przepisywała. Albo Wojtek Ruszkowski, Bogdan Bachmura - nie wiem … kto tą panią nadał, to nie wiem. Ona to przeży­wała przepięknie. Przepisywała, bawiła się nocami.

Pyt. Czy była sympatykiem „Solidarności”?

Odp. Tak. I to jest ten krąg ludzi, których znam.

Pyt. Co sądzisz o działalności Bogdana Bachmury?

Odp. Według mnie to był szef „Solidarności” olsztyńskiej, bo on został wybrany przewodniczą­cym Tymczasowego Zarządu i w pewnym momencie on zaczął tym kręcić według mnie. Wycofali się wszyscy ze starych działaczy, kompletnie wszyscy.

Pyt. Czy był jakiś kontakt pomiędzy starymi działaczami - członkami Zarządu i Prezydium - oczy­wiście już po wyjściu z internowania, a Bachmurą?

Odp. To co powiedziałem, w 1983 roku wydawało mi się, że jestem tym najważniejszym w Olsztynie ze względu na to, że ja znałem i tych i tych. Bogdan nie znał tych ludzi co działali wcześniej. Ja go wówczas skontaktowałem z Michałem Powroźnym, a wierzyłem wtedy w Michała Powroźnego jako przewodniczącego Zarządu Regionu. Chodziło o to, żeby on dał placet dla tego nowego Tymczasowego Zarządu Regionu.

Pyt. Czy dał?

Odp. Nie było tego, ponieważ oni nie istnieli - ci byli działacze. Myśmy się ich bali, bo ja ich znałem i tych starych działaczy się bałem. No bo oni byli znani i byli przez to spaleni. Bogdan bachmura nie był znany, Ruszkowski nie był znany, Kłosiński nie był znany, ja nie byłem znany, Olek nie był znany. No chyba nie był znany wcześniej. My mieliśmy wrażenie, że my tworzymy coś wielkiego, że jesteśmy najważniejsi. Ale dowiedziałem się po paru latach, że było kilka ośrodków, ale w 1982 i 1983 roku to myśmy tworzyli, poprzez wydawanie bibuły, poprzez kolportaż, ten początek. Później z tymi starszymi działaczami nie było kontaktu. Większość z nich wyjechała w 1983 czy 1984 roku. Został Andrzej Bober, szukałem z nim kontaktu. Bogdan też próbował, bo znał Andrzeja Bobera. On szybciej chyba dotarł niż ja. Andrzej mnie się bał, bo był po więzieniu. jako jeden z ostatnich wyjeżdżał. Rozmawiałem jednak z Andrzejem - taka drętwa rozmowa, a mnie chodziło o konkrety. Ja z Lubaszewskim rozmawiałem tak samo: - Dajcie powielacz, dajcie pieniądze! Ja się wam przedstawiam. Dasz mi to?  - Nie, bo nie mamy. Ja do Bobera poszedłem i powiedziałem: - Andrzej, daj mi powielacz! Miałem już dość tej ręcznej roboty. Łukomski wyjeżdżał, to ja z nim tak samo. Z Łukomskim to prawie że się pobiłem. Dosłownie w przedzień jego wyjazdu. Z Wieśkiem Bryckim byłem wówczas. O! Wieśka złapałem. On mi powiedział, że Łukomski wyjeżdża. To poszliśmy do niego. I chciałem od niego powielacz, bo kursowała taka plotka, że ktoś zachował powielacz w Olsztynie. Wyobraź sobie: wówczas powielacz to było coś więcej niż teraz komputer. Przecież ja ręcznie robiłem wszystko. No i wtedy z Łukomskim prawie żeśmy się za łby nie wzięli: - Czło­wieku, ty wyjeżdżasz! Zostaw mi chociaż ten powielacz! Oni udawali, że coś wiedzą, że coś mają. Bogdan Bachmura nie znał ich wcześniej i ja ich poznawałem.

Pyt. Czy w ogóle Bogdan Bachmura należał do „Solidarności”?

Odp. On chyba wcześniej był uczniem? Ale chyba wcześniej nie był związany z „Solidarnością”. Na pewno nie był znany w 1980 roku, a także w 1981 roku.

Pyt. Czy mieliście kontakt z Langowskimi?

Odp. Nie. Ostatnią osobą, którą pamitam z byłego Zarządu Regionu był Krzysztof Milczarek, który mówił, że gdzieś tam bibulę dostarczać komuś. Ja nie miałem żadnego kontaktu. Z tym, że ja zawsze się trochę wycofywałem, nigdy nie pokazywałem się publicznie. Tak, że trudno mi po­wiedzieć za Tymczasowy Zarząd Regionu.
Nie miałem kontaktu z Langowskimi, ze Śnieżko, z Lubienieckim, z Nowakiem, z Wojtkiem Ciesielskim też nie miałem, trochę z Grucelą.

Pyt. Znałeś Wojtka Niepokulczyckiego?

Odp. Wojtka Niepokulczyckiego znałem z Zarządu Regionu, on pracował w dziale intrwencji w 1981 roku. Po 13 grudnia, spotkaliśmy się poprzez Wojtka i Ewę Ruszkowskich, bo ja do nich wtedy zachodziłem. Oni mieszkali w samotniaku. Ja z Wojtkiem spotkałem się w lutym, lub w marcu 1982 roku. Do tego czasu Wojtek Niepokulczycki istniał jako tymczasowy przewodniczcy Zarządu Regionu. Wynikało to z tego, że on był jedynym pracownikiem Zarządu Regionu, który pozostał. Nie licząc mnie, bo ja nie byłem takim pracownikiem znanym. Ja byłem takim pracownikiem - sprzątaczka, no! Wojtek Niepokulczycki był utożsamiany z Zarządem Regionu. W styczniu 1982 roku był utożsamiany z przewodniczącym Zarządem Regionu. Skąd to się wzięło, ja nie wiem, ale coś takiego było i w tym kręgu osób związanych z „Solidarnością” on tak fukcjonował. I być może pierwsza odezwa grudniowo-styczniowa podpisana przez przewo­d­niczącego, to była podpisana przez Wojtka Niepokulczyckiego. Oczywiście podpisał anonimowo, ale jako tymczasowy przewodniczący.
Później kontakty z nim były przez Ruszkowskich i Bogdana bachmurę. Ale z Bogdanem Bach­murą na pewno Wojtek znał się dobrze. Wojtek w pewnym momencie wpadł w głupie przesłuchanie, w głupie kłopoty z SB-ecją. Jemu sugerowano (to trzeba zerknąć w styczniową lub lutową „Gazetę Olsztyńską” tam był artykuł o nim) złodziejstwo. I być może przez to siedział. On siedział w więzieniu. Coś takiego pamiętam, że Wojtek jest zamknięty za złodziejstwo. On mieszkał w takim wieżowcu koło Parku Czynu Partyjnego, mieszkał gdzieś tam na 11 piętrze. Miał kłopoty z chałupą.

Pyt. Mieszkał sam?

Odp. Z żoną, albo z dziewczyną - sprawy rozwodowe. Coś tego typu. Ja tam kiedyś byłem u niego. W komoisji interwencji pracował w tym ostatnim składzie: on, Wojtek Grotecki, Wojtek, Andrzej Bober, Wisiek Brycki. Co się później z Wojtkiem stało, nie wiem. Na pewno miał nieprzyjemne historie z esbecją. Pamiętam jak dziś: jakiś pierścionek mi pokazywano, czy ja go widziałem? Jemu wmawiano, że on ukradł komuś na ART. jakiś pierścionek. Ten motyw …

Pyt. Z tego wynika, że miałeś z esbecj do czynienia?

Odp. Ja byłem 13 grudnia zameldowany na ul. Zwycięstwa 58. Tam z żoną wynajmowaliśmy mieszkanie do października i nie zostalimy wymeldowani. Wtedy przeprowadziliśmy się do Ostródy, chociaż do grudnia byłem zameldowany w Olsztynie. I w Olsztynie po 13 grudnia wpadła tam milicja - po co, diabli wiedzą? Mówili, że to jest fałszywy alarm, że to nie po mnie przyszli. Tydzień czasu ukrywałem się. Kręciłem się po Olsztynie. Przed świętami wróciłem do domu. Po świętach wpadła milicja do domu do Ostródy. Jak znaleźli - nie wiem! Zrobili rewizję, zabrali wszystkie książki, bibułę i mnie zabrali. Siedziałem tam 48 godzin na komendzie i wyszedłem. Drugi raz zamknęli mnie w styczniu - nie wiem za co. Na 24 godziny. W lutym zacząłem wydawać „Rezonans”, do marca miałem spokój. Przed 1 maja dostałem jakieś wezwanie na milicję. Po 1 maja zamknięto mnie na 48 godzin, kolejny raz, związane to było ze sprawą Janusza Śliwińskiego i Tadeusza Czajkowskiego. Ja myślałem, że to jest związane z tym, że ja 1 maja położyłem te kwiaty pod Zarządem Regionu i że 3 maja chodziłem po Starym Mieście. To było związane ze sprawą Janusza Śliwińskiego, który był za coś aresztowany.

Pyt. Mówiłeś jescze o zatrzymaniu w 1986 roku?

Odp. To dostałem. Ja wtedy byłem głupi. Spałem na powielaczu, miałem w łóżku powielacz. Są takie chwile, że jak ci patrzy gliniarz to myślisz, że to jest z tobą związane. Byłemwezwany i nic nie mówiłem tylko patrzyłem. Może przekląłem … Wtedy gliniarz dał mi w pysk. To ja mu oddałem ręką. I zostawił mnie, za pięć minut wpadli i mnie stłukli. Wyprowadzili na dołek, zamknęli na 48 godzin i wypuścili.

Pyt. Nie było większych konsekwencji?

Odp. Nie, za rok czasu dostałem kolegium za to, że niegrzecznie się zachowałem.

Pyt. Mówiłeś, że spałeś na powielaczu: w Olsztynie czy w Ostródzie?

Odp. W Ostródzie, w chałupie miałem powielacz i ten powielacz wynosiłem do ogrodu, do piwnicy, na strych. W kanapie miałem powielacz.

Pyt. A skąd go miałeś?

Odp. Właśnie nie wiem. Przywieźliśmy go z Gdańska. Mój szwagier Mariusz Stępowski, Kaliningradzka 48, obecny nauczyciel LO nr 2 woził w 1983 roku papier. Ja go poprosiłem, zapłaciłem mu za to. On woził papier do Gdańska, po to, żebyśmy wydrukowali książkę o … I on wtedy przywiózł z Gdańska powielacz.
W 1984 roku, po ks. Popiełuszce, po jego śmierci, przestałem się bać. Robiliśmy to pół jawnie wręcz. Krąg osób, kolporterów - to się robiło jawnie. Nie wiem po co mnie w 1986 roku wezwali. Inna sprawa, że wcześniej dostałem w zęby w 1983 roku. Mój kolega ze studiów …

Pyt. Czy jeszcze o czymś chciałbyś opowiedzieć?

Odp. 3 maja 1982 roku albo 1983. Ten marsz na Starym Mieście. Dla mnie to jest najpiękniejsza rzecz. To było 3 maja? Ten marsz na Starym Mieście, gdy było tysiące osób, bo to było tysiące osób szlo, i tam widzieliśmy i kamery nagrywające … Nikt się nie bał. I wtedy byli wszyscy internowani i stary Zarząd … wszyscy byli, ludność Olsztyna. To było coś pięknego. Bo później to była taka matołowata robota. Siedzisz powielasz … A kiedy były te dziennikowe marsze?

Pyt. Dziennikowe marsze były w pierwszych miesiącach 1982 roku.

Odp. To, czekaj, ja nie mówię o 3 maja. Ja mówię o pierwszym marszu dziennikowym.

Pyt. Dlaczego po roku 1986 druk „Rezonansu” przejęli inni?

Odp. Bo wspólnym motywem zawsze był Tadek Adamski (Adamczewski?) On nadawał. Na pewno był Zdzisiek Płotek - cały czas się przy tym kręcił. Jak ja przestałem wydawać, bo drukowałem jeszcze inne rzeczy, jakie zlecenia mi dawali, bez pieniędzy oczywiście: „Solidarność Walczącą” z Wrocławia robiłem, gdański jakiś biuletyn robiłem, wrocławskie PBK kolejarzy - oni mi dawali matryce i ja to miałem robić.
Nie miałem żadnego kontaktu z OZOS-em - przez cały czas stanu wojennego, aż dziwne. Ja nikogo z tamtąd nie znałem, może dlatego, że ja dojeżdżający. Byłem tylko od robienia, od drukowania. Od 1986 roku nic na pewno nie robiłem. Ja dostawałem ten „Rezonans”, jak? Nie wiem. Może przez Michała Kłosińskiego. I oni, to znaczy Zdzisiek Płotek i Teresa Stefanowicz drukowali i dociągnęli do kwietnia 1989 roku. I później 1989 rok przyszedł, czy nawet 1988. Sierpień 1988 roku przyszedł, a ja też nie miałem nic wspólnego. Nie robiłem. Z Komitetem Obywatelskim też nie miałem nic wspólnego.

Pyt. Znałeś przez cały czas Wieśka Bryckiego. On też funkcjonował …

Odp. Nie funkcjonował. Ja go znałem, ceniłem za 1981 rok. W 1982 czy 1983 roku spotykaliśmy się … Ceniłem go, bo był taki facet z jajem, taki agresywny w pozytywnym znaczeniu - przebojowy w stosunku do władzy. Ponadto go lubiłem. Od 1983 do 1989 roku praktycznie się z Wieśkiem Bryckim nie widziałem. Tak jak z każdym, bo to wynikało z tego, że ja nie chciałem się z nimi widywać. Ja kontaktowałem ludzi, ale sam nie chciałem. Ja wolałem się w tym nowym kręgu, a nie w tym starym, dlatego, że bałem się. Miałem kontakty z Meissnerami. Bałem się kontaktów u tych starych działaczy, bo ja miałem powielacz. Bałem się, że wpadnę, że mnie zapuszkują. Dowiadywałem się, że Irena Telesz robi tam gdzieś w Przykopie spotkania, to ja się dowiadywałem post factum. A nawet gdybym się dowiedział wcześniej, na pewno bym się tam nie pojawił. Unikałem.

Pyt. A czy do roku 1983 Wiesiek angażował się?

Odp. Kompletnie nic i Wiesiek i o innych też nic nie wiedziałem. A póniejsza działalność, to jest początek 1989 roku. Do 1989 roku myśmy istnieli jako kompletnie odrębna grupa. Czy Bogdan Bachmura miał - chyba nie. Inni też nie. Jak kontakty były to takie pojedyńcze, a nie jako kontakt z całą grupą. Nie na zasadzie wciągania ich w naszą działalność. Ta moja działalność to jest 1983 - 1986. Na pewno jako Tymczasowy Zarząd Regionu w 1983 - 1986 nie mieliśmy z nimi żadnego oficjalnego kontaktu. W Olsztynie nie było takiej osoby ze Starego Zarządu, która by utożsamiała „Solidarność”. Mirek Krupiński był, ale on się wycofał. Kiedyś mieliśmy pomysł wydania wspólnego komunikatu, ale on upadł z tego względu, że z tamtej strony nie było z kim. Nie było ani wspólnego komunikatu, ani oświadczenia, nic. Bo myśmy nawet nie chcieli, bo myśmy ich nie czuli. Może oni nas nie czuli? Nic nie podpisywaliśmy. Nie było inicjatywy, żeby z nimi nawiązać kontakt. Oni byli tak samo dla nas pojedyńczymi osobami, jak my zape­wne dla nich.
Dlaczego nikt z Olsztyna nie był w TKK - w Tymczasowej Komisji Krajowej? Bo nie było kogoś takiego. Wiem, że była jakaś rozmowa Z Bogdanem Bachmurą i Bogdan mógł być tam razem z Bujakiem, Frasyniukiem, Hardkiem i plus Bogdan Bachmura. Dlaczego on nie był, nie wiem. Na pewno musiałby przedstawić się z nazwiska. On nie mógł, musiałby iść całkowicie w podziemie. A tu nie istniało coś takiego jak podziemie.

 

END

 

 

--------------------------------------------------------------------------------

 

Rozmowa ze Sławkiem Olkiem

w dniu 13 listopada 1995 roku

 

 

 

Pyt. Gdzie zastał cię 13 grudzień?

Odp. To była niedziela, byłem sam bo żona wyjechała do chorej matki do Chodzieży. I oto w telewizji nie ma programu. Marsze. Okazuje się, że wprowadzono stan wojenny. Lecę na dworzec, pociąg nie przyjeżdża. Biegnę na ul. Kard. Wyszyńskiego do Langowskich. Tam spotka­łem kil­ka osób, ale Grażyny nie było. Wymieniamy pierwsze wrażenia.

Pyt. Przypominasz sobie kto tam był?

Odp. Nie pamiętam. Nie bardzo rozumiemy to wszystko. Moja żona przyjeżdża drugim pociągiem. Ta podróż była nietypowa - pociąg był prawie pusty. Matka była ciężko chora. Kiedy chcieliś­my jechać drugi raz, to o zezwolenie postarał mi się jeden z uczniów, który pracował w ratuszu. 23 grudnia pojechaliśmy do matki żony. Była nieprzytomna i zmarła na zapalenie opon. tak się dla nas zaczął stan wojenny.
Szkoła zaczęła się dopiero gdzieś 13 stycznia. Wcześniej nie było zajęć. Pracowałem w Zespole Szkół Rolniczych i Ogrodniczych na ul. Jagiellończyka. Tam gdzie była „dwunastka”. I właśnie w tej dwunastce uczyłem też biologii i chemii. A w zasadniczej szkole byłem wychowawcą w pierwszej klasie. W pierwszym dniu zajęć pan Żygas, który był podinspektorem szkolnym powiedział, że chce ze mną porozmawiać. Wcześniej dowiedziałem się, że zawiesili w prawach nauczyciela przewodniczącą „Solidarności” w szkole panią, która miała 5-ro dzieci. Gdy spot­kałem się z Żygasem to mówię, że nie uznaję żadnej WRON-y, żadnego stanu wojennego, bo jest bezprawny, niekonstytucyjny. Ja znam kartę Nauczyciela, mam sumienie. Byłem wściekły, rozmowa była krótka. Chodziłem szukałem KPN-u, gdyż jak się okazało „Solidarność” była za słaba. Szukałem organizacji, która jest zdecydowanie antykomunistyczna.

Pyt. Ale co chciał Żygas?

Odp. On chciał ze mną rozmawiać, gdyż ja byłem w Zarządzie Regionu członkiem Krajowej Komisji Oświaty. Byłem przedstawicielem woj. olsztyńskiego i jeździłem na te spotkania Krajowej Komisji Oświaty. I jako z działaczem „Solidarności” on chciał przeprowadzić ze mną rozmowę.
To było 11-go. 13-go przysłał mi pismo: - „Zawieszam obywatela w pełnieniu obowiązków służbowych z dniem 13 stycznia w związku z niezastosowaniem się do postanowień Zarządzeń Min. Oświaty i Wychowania, z 18 godzin w sprawie organizacji pracy szkół i placówek … Jednocześnie ograniczam obywatelowi uposażenie do 50%, zawieszam dodatki …” Czyli goła pensja i to 50% … (dokument).
W administracji powiedzieli mi, że ja nie mam już prawa wstępu do żadnej klasy - ubierać się w płaszcz i wychodzić. Ja mówię: - Mam jeszcze sprawdziany, muszę poprawić. I wstawić do dziennika oceny. - Nie, żadnych sprawdzianów, żadnych ocen, kontaktów. Ale ja poszedłem do klasy, powiedziałem, że zostałem zawieszony, nie wiem kiedy się spotkamy, ale w tej chwili musimy się pożegnać.
Po tym 13 stycznia pozwoliłem sobie wystosować do Inspektora pana Krygiera, odpowiednie pismo (w załączeniu: dokument), w którym pouczam pana inspektora. I to pisemko stało się koronnym dokumentem na rozprawie przeciwko mnie potem w komisji dyscyplinarnej. Rozpoczęło się wtedy pierwsze wezwanie na SB. Rozmowę ze mną przeprowadził tam pan Żygas. - to był podinspektor oświaty. Natomiast inni w SB tam nie przedstawili. Próbował mnie wciągnąć w rozmowę polityczną, ale ja powiedziałem: - Proszę pana, jest to ostatnie miejsce, gdzie będę dyskutował na tematy polityczne. Pan nie ma swoich poglądów, a ja mam lepszych partnerów do dyskusji. A więc on przyniósł lojalkę i kazał mi podpisać. Powiedziałem, że nie podpiszę, gdy to mi uwłacza - Czy pan podpisywał, że pan nie będzie gwałcił swojej żony publicznie, albo że nie będzie pan pełnił dyżuru po pijanemu? - No, nie, bo to jest oczywiste. - Ja tego też nie będę podpisywał. I takiej lojalki nie podpisałem. Brali mnie potem jeszcze kilka razy. Ale ja się z nich nabijałem. Nie było sensu z nimi dyskutować. kilkakrotnie mnie później brali w różnych okresach, ale nie próbowali już namawiać ani na lojalność, ani na współpracę, mimo iż niektórych moich kolegów namawiali. Myślę, iż zauważyli, że to nie ma sensu.
Rozpoczęła się rozprawa w Komisji Dyscyplinarnej powołanej przez Kuratora i ja musiałem sobie znaleźć obrońcę. Było 3 obrońców z urzędu wyznaczonych przez Kuratora: jednym z nich był nauczyciel szkoły nr 4, drugim nauczycielka szkoły nr 11. Ale pomyślałem sobie, to są czyn­ni nauczyciele, są kierownikami szkół i są podporządkowani Kuratorowi. Ale był jeszcze Bogdan Mużny, który kiedyś był szefem ZNP. I ja go wybrałem. Odbyliśmy kilka spotkań. On mówił mi, że przecież nauczyciela mogą karać tylko za to co zrobił z uczniami w szkole, a pan przecież powiedział to tylko w stosunku do swoich kolegów, przełożonych. Dwa dni przed rozprawą Mużny przyszedł do mnie i powiedział, że rezygnuje z mojej obrony. Później się dowiedziałem, że naciskano go aby rzucił moją sprawę, robiono mu obietnice. Przecież później został wicekuratorem (To mówiła mi pani, która pracowała w dziale osobowym i przeglądała różne do­kumenty, mówiono przy niej głośno o mojej postawie itd.).
Po jego rezygnacji początkowo odłożono o 10 dni moją sprawę, ale ja powiedziałem, że nie będę nikogo szukał, że będę się bronił sam. To w maju było - przegrałem. Mam tutaj wniosek o ukaranie i wezwanie na rozprawę. Przewodniczył Władysław Jakubowski. To był pracownik Kuratorium, natomiast Lesław Kleszczyński to był dyrektor szkoły i Aleksander Żurowski - mój kolega, chemik, dyrektor szkoły. I ta komisja ukarała mnie wyrzuceniem z pracy. To było 6 maja, przy drzwiach zamkniętych w Urzędzie Wojewódzkim. (odpis - ksero w załączeniu). To ich orzeczenie, to parodia zupełna - bo ja stawałem w obronie konstytucji i treści zarządze­nia. Zapisali, że powiedziałem, iż WRON-a jest władzą uzurpatorską. To orzeczenie nie było nawet na granicy prawa, to było poza prawem.
Ja się odwołałem do Komisji Dyscyplinarnej przy Ministrze. cały cykl rozpoczął się na nowo. Tu mam notatki z tej sprawy, swoje przemówienie, odpis protokołu. Ja udzieliłem pełnomoc­nictwa prof. Zdzisławowi Ziębie z Warszawy, nauczycielowi. I ja się tam zgłosiłem do punktu prowadzonego przez „:Solidarność” przy kościele św. Aleksandra na pl. 3 Krzyży. On napisał mi odwołanie do tej komisji. Z punktu widzenia prawnego to jest to napisane dobrze, np. ustosunkowanie się do pkt 2, brak powołania na odpowiednie zarządzenia Ministra. Zygmunt Rypina był przewodniczącym Kolegium, a moim obrońcą nie był jednak ten Zięba (miał jakieś kło­poty z żoną) ale Andrzej Stelmachowski - późniejszy minister, który był wtedy kierownikiem katedry prawa Wydziału Rolnego UW. I on sobie doskonale z tym poradził - dobił cały wniosek. Ale mi przyłożyli mimo wszystko, że dali mi nagan (że ja pyskuję). To jest 24 września 1982 roku rozprawa. Komisja ta jednak postanowiła orzeczenie Komisji Dyscyplinarnej uchylić w całości. Jednak postanowiła wymierzyć mi naganę z przeniesieniem do innej szkoły. (doku­ment). W Kuratorium przeciwko mnie stawał zawsze Pieklik Marian - chyba przy Kuratorium szef d/s osobowych, szef kadr. Kilka razy on stawał przeciwko mnie i przegrywał w Sądzie Pra­cy sprawy finansowe
Skierował mnie do pracy jako wychowawcę świetlicy w Szkole Podstawowej nr 1. Tu moja kariera świetliczanki trwała przez półtora roku. ja odwołałem się do Ministra Oświaty, że nie jestem przygotowany do pracy w świetlicy, ale jestem przygotowany do innej pracy. Ale bez skutku. Pracowałem tam przez 1,5 roku. raptem świetlica stała się modna, mnie to pociągnęło. Uczyłem te dzieci w szachy, warcaby, zabawy sportowe. Np. kto pod krzesełkami szybciej przejdzie, zapory, piłkę nożną. Organizowałem konkursy: szachowy, literacki, powołałem zespół - cuda! Ale później nie poszedłem na pochód 1-majowy i wyrzucili mnie za to w 1984 roku. Właściwie ja nie musiałem chodzić na pochód, bo młodzież z tych młodszych klas nie chodziła. Kilku nauczycieli w tym mój kolega, chcąc uniknąć tego pochodu, wzięło sobie zwolnie­nia lekarskie. To dyrektorka mnie wyznaczyła, więc powiedziałem, że nie pójdę, to ona na piśmie mi przysłała. I ja sobie dałem, nie poszedłem, a ona wtedy napisała pismo do inspektora, a inspektor do pana Wojewody Chudego. I Wojewoda Chudy z dniem 4 maja wylał mnie ze szkoły. I ja znowu się odwołałem do tej samej Odwoławczej Komisji Dyscyplinarnej przy Ministrze Oświaty i wygrałem sprawę. Bo oni popełnili błąd. Bez uzasadnienia to zrobili. Komisja uchyliła to zwolnienie, a tu w Olsztynie byli zaszokowani (dokument). Ale Wojewoda powiedział, że swoją decyzję podtrzymuje i koniec. Zrobił to bezprawnie. Ja miałem obrońcę pana Antoniego Fedorowicza - prawnik z Warszawy, przy kościele św. Aleksandra. I on napisał pismo odwoławcze, ale się spóźnił. Nie przyjęli bo minął tydzień. Sprawa upadła. Ale ja nie rezygnowałem. Wystawiłem zażalenie, ale oni odpowiedzieli mi tym samym. Ale znalazłem coś innego. Był taki przepis, że może związek zawodowy wystąpić o przywrócenie terminu. Uda­łem się do ZNP, gdzie wiceprezesem był pan Zaciura. Ja mam siostrę prawnika w Warszawie.

Pyt. Kto ci tu w Olsztynie radził pod względem prawnym?

Odp. Radziła mi Gienia Kmieć, przy kościele św. Józefa. Tam się kontaktowałem. Kiedy rozmawiałem z panem Zaciurą, on mówił, że spotkałem się z bezprawiem, ale przeciągnął termin napisania mi wniosku. ja napisałem pismo do Zarządu Głównego i pan Zaciura w końcu odpowie­dział, że nie znajduje podstaw do wystąpienia z wnioskiem. Oczywiście wcześniej byłem u pana Kopczyńskiego, który jest prezesem Zarządu Oddziału ZNP, ale on wydał mi złą opinię. Jak byłem radnym i byłem w Komisji Oświaty, to on kiedyś przyszedł jako szef ZNP i widocznie zapomniał o tym co wcześniej mówił jak to ZNP broniło i broni nauczycieli. Ja mu delikatnie przypomniałem że w bardzo ważnej dla mnie sprawie zachował się wręcz odwrotnie. Ale jak on wtedy zareagował: jak ja śmiem mu przypominać, jaki jestem pamiętliwy. Prawie mi nawymyślał.
Kurator Mering trochę głupio się czuł, jak do niego zachodziłem. Mówił, że nie ma dla mnie pracy. Kiedyś mi proponował posadę w Iławie, ale wyjazd do Iławy, to nie była najlepsza sprawa. Napisałem wobec tego do ministra 18.01.1988 roku. do pana Henryka Bednarskiego MSW, aby spowodował zatrudnienie mnie jako nauczyciela. Wcześniej musiałem gdzieś zarobić, a jedyna praca gdzie nie trzeba było specjalnych kwalifikacji, to była praca zaopatrzeniowca. I zatrudniłem się w Kombinacie Budowlanym jako zaopatrzeniowiec. I miałem niezłe rezultaty. Potrafiłem jeździć samochodami po całym kraju, zwozić stal lub inne materiały. tam w Kombinacie wyprowadziłem „Solidarność”  jako czwarty zakład w naszym województwie. I tam wybrano mnie na przewodniczącego „Solidarności” i napisałem do dyrektora z żądaniem zatrudnienia mnie na etacie przewodniczącego i musiał to zrobić. W pokoju gdzie na drzwiach była tabliczka POP, napisałem „Solidarność”

Pyt. Oficjalnie w Kombinacie „Solidarność od kiedy mogła istnieć?

Odp. Chyba od 1989 roku.

Pyt. Kiedy zacząłeś w Kombinacie pracować?

Odp. Jak przegrałem ostatecznie sprawę w szkole. To najpierw zacząłem pracować w Unipralu i tam pracowałem … Ale chciałem przenieść się do innego zakładu pracy, spółdzielni na ul. War­szawskiej. Już miałem wszystko załatwione, oni do mnie zwrócili się z prośbą aby to było za porozumieniem stron, zgodą zakładów pracy. Zwrócili się nawet na piśmie o to. Dogadali się szefowie. Ale na drugi dzień zadzwonili do mojej spółdzielni i powiedzieli, że rezygnują z tego, bo przyszli trzej panowie i zabronili im.

Pyt. A czemu zezwolili ci w Kombinacie?

Odp. Bo ja ich podszedłem. Napisałem podanie do 3 zakładów potrzebujących zaopatrzeniowca: do jakiegoś zakładu kolejowego i do jeszcze innego, już nie pamiętam jakiego. A bez wysyłania pisma poszedłem do dyrektora Kombinatu i on mnie przyjął od razu. Tak, że wprawdzie w tych innych zakładach odpowiedzieli mi odmownie, ale nie zauważyli, że jednocześnie już wystara­łem się, że mnie przyjął dyrektor Wieczorek., szef główny i jak oni przyszli to ja miałem podpisaną umowę. Już pracowałem, już nic nie mogli zrobić. I Wieczorek sobie ukręcił bicz na własną głowę, bo później żeśmy go wyrzucili.
W Unipralu spotkałem się z dwoma stanowiskami, Prezes, pan Skowroński podszedł do mnie bardzo fair. Oczywiście ja musiałem mieć najniższą pensję - bo takie było wtedy ich prawo. On podarł ten pierwszy angaż i bardzo mnie faworyzował. To był bardzo uczciwy człowiek. Ale jego zastępca, który do dzisiejszego dnia jest Prezesem, (nie będę wymieniał jego nazwiska, bo to nie ma sensu) to był funkcjonariusz partyjny i pilnie słuchał tego co mu polecono. Pan Skwa­rczyński teraz ma własną firmę - czasami się spotykamy i mówimy o tych czasach

Pyt. Jak wróciłeś do szkoły?

Odp. Jeszcze w czerwcu 1983 roku pisałem podanie, ale to była już formalność. Była specjalna Ko­misja Pojednawcza. Wezwali mnie na to posiedzenie Komisji do Warszawy i tylko miałem udowodnić, że ja byłem zwolniony z pracy z powodów politycznych. A to przecież była jasna sprawa. To była więc formalność, napisali, że przywracają mi termin, odwołanie uwzględnione, to zwolnienie z pracy nieaktualne, pan Mering, pani poseł A. Urbanowicz wystosowała pismo. komisja nakazała żeby Kuratorium mnie zatrudniło, ale Kuratorium nie zatrudnia, tylko szkoły. I to był pewien problem. Powstała nowa szkoła, nowe liceum przy ZSBud. ul. Pstrowskiego. I ja się tam zgłosiłem do dyrektora i dyrektor mnie przyjął. Uzgodniliśmy, że ten akt na Kuratora scedowany zostanie na dyrektora tej szkoły. Wezwali mnie jednak, wicedyrektorka szkoły i Pre­­zes ZNP i powiedzieli, że się nie godzą na to, że mają kogoś innego. Ja ich spokojnie zapytałem, czy one sobie czasami nie zawłaszczyły uprawnień dyrektora. I zrezygnowały. Ale do dzisiejszego dnia jestem tam nauczycielem drugiej kategorii. Ten mody dyrektor, członek ZNP, kolega Kopczyńskiego, też wuefiarz. I już w pierwszym roku dał mi naganę. Później musiał się wycofać.

Pyt. Twoja znajomość z Bachmurą? Czy znałeś go przed stanem wojennym?

Odp. Nie, on się ze mną skontaktował. On uważał, że ja mam jakieś kontakty z władzami kościelnymi. A ja takich nie miałem. Ja natomiast szukałem kontaktu z władzami podziemnymi. Spotkałem się z nim i powiedziałem, że mu taki kontakt znajdę, ale pod warunkiem, że mnie przyj­mą do siebie, wręcz mu powiedziałem. Zgodził się w zasadzie na to, z pewną rezerwą. Powiedział, że ja mam się wkupić do nich jakimś artykułem do gazety, do „Rezonansu”. I ja napisa­łem w kwietniu 1982 roku artykuł na temat 3-maja. Poszedłem sobie do biblioteki, wziąłem so­bie książkę Jerzego Łojka i napisałem artykuł bardzo spokojny, ale prawdziwy. Pamiętam, że zakończyłem to zdaniem, że oficerowie o mentalności rosyjskiej w polskich mundurach. Wiem, że ten artykuł im się spodobał. Powiedział, że wreszcie mają kogoś, kto ma dobre pióro. Bo in­ni to najpierw tylko całe wagony na komunę ładowali, a treści dużo nie było.

Pyt. Początkowo Bachmura wydawał biuletyn „Solidarność Olsztyńska”

Odp. Słusznie, on składał to czcionkami. I to było do tego biuletynu. Ja przez rok czasu redagowa­łem „Rezonans”.

Pyt. W jakim czasie?

Odp. Chyba 1986 rok, ale nie jestem pewny. Pisałem od 1982 roku artykuły, ale zostałem też członkiem Tymczasowego Zarządu Regionu. Przez rok redagowałem też „Rezonans”. Tam była taka pani, do której dzwoniłem i umawiałem się w sposób symboliczny, za pomocą pewnego kodu. Zanosiłem jej teksty, a ona przepisywała to na maszynie. I dalszą obróbkę robiła. ja tylko przygotowywałem teksty - kompletowałem. Cały numer. Kupiłem maszynę, kupiłem radio do nagrywania audycji zagranicznych. Nieraz całe audycje przeredagowywałem, albo całe publiko­wałem, zaznaczając, że to z Wolnej Europy, czy Głosu Ameryki. I nasze artykuły. Pokwitowania za składki, za dary, za wpłaty.

Pyt. Czy znasz ludzi, którzy wspierali pisaniem „Rezonans” lub to drugie pismo? Oprócz ciebie.

Odp. Nic nie mogę powiedzieć, bo to były dziwne układy, że jeden o drugim nic nie wiedział. Każdy miał swoją działkę i nie starał się dowiadywać więcej. Wychodziliśmy z założenia, że lepiej nie wiedzieć. Wydaje się, że był pan, u którego się spotykaliśmy, a który pracuje w tej chwili w Urzędzie Wojewódzkim - Zdzisław Płotek. I był Kazimierz Wosiek. Pisał również i Bogdan Bachmura. Bogdan trochę się zgrywał na historyka. Miał trochę książek.

Pyt. Jaki był Bogdan Bachmura?

Odp. Bardzo bojowy, zdecydowany, był duszą tego towarzystwa. Próbował zbudować nadajnik telewizyjny, ale to nie udało się. Ściągnął fachowca nawet. To było wtedy, jak ja jeszcze pracowałem w Unipralu - chyba 1984 rok. On takich części żądał, takich pojemności, chyba kondensatorów czy coś, że jak ja poszedłem i chciałem kupić, to oni dziwili się i oczywiście nie mieli. To nie wyszło. natomiast wyszło nam bardzo ładnie, jak żeśmy kontrolowali frekwencję wyborczą. ja tam byłem szefem tego. Miałem swoich ludzi, m.in. Grażyna i Rysiek Langowscy. Wyznaczyliśmy sobie punkty wyborcze. Była tam metoda - co pewien czas przez krótki okres, trzeba było obserwować i notować ludzi wychodzących.

Pyt. Jakie to były wybory?

Odp. Nie pamiętam. Zawoziłem potem wyniki do Gdańska. Ale u nas nie mamy żadnych dokumentów, bo pierwszą zasadą jaką nam wpajano, to nic u siebie w domu nie trzymać. To było kilkanaście punktów w Olsztynie.
Drugą rzeczą, którą podjąłem, początkowo nie sam, a później już sam, to usiłowałem … Ja zawsze miałem zacięcie historyczne, a szczególnie w tym okresie. Ja mocno reagowałem na fałszo­wanie historii. A ponieważ byłem filatelistą, to usiłowałem przelać to w postaci znaczków „So­li­darności”. I tu przez okres kilku lat wydawałem stopniowo kilka rzeczy w roku - wydałem 16 takich bloczków pocztowych. Pokazałem 12 polskich miesięcy - tzw. „polskie miesiące”. I to mi dało dużą satysfakcję. Raptem spotkałem się z odzewem z Warszawy z Centralnego Kolportażu. Trafili do mnie przez Wojtka Ciesielskiego (Długiego). On wskazał im, że to ja te znaczki wydaję. I zaczęły rozchodzić się w Warszawie i stopniowo, uparcie doprowadziłem do tego, że te całe 12 miesięcy podałem jakie to były ważne fakty, wydarzenia w tych miesiącach, które komuna albo fałszowała, albo przemilczała. Tu miałem nawet pewne przykrości.

Pyt. Posądzano cię, że ty zarabiasz na Solidarności. Jak ty to oceniasz?

Odp. Ja uważam, że nie można … Oni uważali, że to są składki na „Solidarność”. A ja mówiłem, że nic podobnego - to jest działalność, która się nazywa „Poczta Solidarności”. Ja to robię jako związkowiec. Oni mówili, że ja na tym zarabiam. A ja odpowiedziałem, że co, według nich powinienem tracić? - O tak! Przyszło do mnie dwóch panów: Rysiek Kułakowski i Stefan Śnieżko. Oni przyszli i chcą mnie rozliczyć, bo ja jakieś kokosy zarabiam. Oni mówili: - Ty po­winieneś za to dostawać pieniądze, ale jako wynagrodzenie, a nie jako twoja działalność prywatna. Ja miałem akurat inne zdanie na ten temat, które wynikało nawet z broszur „Solidar­noś­ci”. Według tego działalność w „Solidarności” nie powinna być oparta na pracy bezpłatnej. Ja miałem tu pewne doświadczenie. Jeżeli ktoś pracował na siebie honorowo, to tak robił, że to sito trzeba było później wyrzucić. A ja uważałem, że trzeba za to wszystko zapłacić dwa razy tyle ile za każdą fuchę niepolityczną. I tyle płaciłem: jak zdobywałem papier, projekt, matrycę, a później druk. Zawsze brałem najlepszych ludzi i płaciłem dwa razy tyle co normalnie. Ale mówiłem np. do drukarza tak: - „Ja panu to dzisiaj przynoszę, ale jutro musi to być wydrukowane. Tylko 24 godziny - nic więcej”. tak samo było z matrycą.
Raz z Kułakowskim tak było. Mieliśmy wydać pamiętniki, zebrałem wszystkie dokumenty - naszego Antonowicza, który został zabity. I teraz społeczna robocizna: najpierw było to adjustowane miesiącami, nikt nie miał poczucia obowiązku. Leżało to gdzieś na różnych melinach, mimo iż ja prosiłem, żeby przyśpieszać. Aż w końcu jakaś przypadkowa rewizja i zwinęli to wszystko. ja robiłem to inaczej. Przede wszystkim bez amatorszczyzny. każdą rzecz wykonywali najlepsi fachowcy. I musieli być opłaceni. I dzięki temu to wszystko funkcjonowało.

Pyt. Kto zajmował się drukiem, kto projektował?

Odp. Ja robiłem wystawę i te wszystkie znaczki były eksponowane - z okazji pielgrzymki papieża. I prosiłem nawet panią, która projektowała te znaczki, pani Żuk. Ona ma podwójne nazwisko. Ona projektowała z wyjątkiem jednego znaczka, tego ostatniego. Październik - ten z papieżem, który mi projektował Kowalski z Gdańska. Ale wszystko było drukowane w Olsztynie. W żad­nym dużym zakładzie drukarskim nie mogło to być robione, bo tam chodzili i szukali. Był taki zakład, gdzie pracował na godzinach najlepszy maszynista z OZGrafu. I on w jednym tygodniu pracował do południa, a w drugim po południu. Jak pracował do południa, to tam nie chodził, bo tam było dużo ludzi, a po południu był sam. On pracował koło gmachu organizacji mło­dzie­żowych w tym wysokim budynku Biuro Projektów Budownictwa Wiejskiego. tam była maszyna drukarska i po południu przychodziłem do niego i płaciłem mu (on mieszka na ul. Koło­brze­s­kiej 13 H - może Glesmer?)

Pyt. On żyje jeszcze?

Odp. Tak żyje. Był bardzo dobry.

Pyt. Wizyta Kułakowskiego i Śnieżki - ich argumenty?

Odp. Że ja śmiem na tym zarabiać. Ja im powiedziałem, że mnie taka ich harcerska praca nie interesuje. Rysiek mówi, że on też kiedyś z plecakiem jeździł do Warszawy z bibulą. A ja, że mnie taka harcerska praca nie interesuje. Ja jeżdżę Żukiem, a chciałbym TIR-em, ale jeszcze mnie na to nie stać. Np. jak ja wydrukowałem 3 tyś. ( w 19882 roku) egz. wierszy Cz. Miłosza. Drukowa­łem w budynku Komitetu Wojewódzkiego PZPR - zacząłem jeszcze przed stanem wojennym, ale zakończyłem już w stanie wojennym. I z tymi paczkami chodziłem, z poszczególnymi skła­dami, jak kolejne strony były drukowane, chodziłem, a wojskowe patrole tak mi się przy­glą­da­ły.

Pyt. A kto drukował w KW?

Odp. Taki pracownik, mieli taki offset suchy, takie ksero. Prymitywne to ksero było, ale jakoś drukowało. I pamiętam te wiersze Miłosza - obiecałem w Zarządzie Regionu gdy pracowałem w Komisji Oświaty - i później przyniosłem tym ludziom, ale już nie do Zarządu Regionu, bo to było w stanie wojennym. Zażądałem za taką jedną książeczkę 100 zł. To były nie całe koszty druku. Uważałem, że powinienem na tym trochę zarobić. Człowiek był bez pracy.
Wydrukowałem broszurę, czy wydrukowałem znaczek - brałem 3/4 kolportażu i albo wiozłem do Gdańska i tą broszurę „Dwie ojczyzny - dwa patriotyzmy” wydrukowałem na początku stanu wojennego - 3 tyś. sztuk. Duży nakład. To było Lipskiego Jana - taki esej historyczny, bo mnie zawsze interesowała historia. Pamiętam maj, 5-ta rano, słońce ledwo uniosło się nad horyzontem, jesteśmy na Podgrodziu. Tam miałem melinę w piwnicy i 12 paczek. Po dwie na Żuka kła­dę. Ostatnie paczki kładę i patrzę, że idzie milicjant w białej czapce, sierżant. Zobaczył nas i skręcił takim skosem, przez jezdnię. _ No coś będzie! On podchodzi, taki napuszony i mówi: - Właściciel wozu!. A samochód nie miał żadnych napisów. ja mówię, że to prywatny. A to był mój kolega, który był zaopatrzeniowcem, bo ja wśród zaopatrzeniowców miałem sporo kolegów i on jechał do Gdańska. Poprosiłem go, żeby mi to zawiózł. I on mówi, że jest tylko kierowcą, jedzie do Gdańska, pokazał delegację. A ten milicjant pyta jeszcze: - A co wy tam wieziecie? A kolega odpowiada: - Suchy chleb dla konia. Milicjant powiedział: - Acha! i poszedł sobie. A tam ostatni worek to był rzeczywiście suchy chleb, bo on miesiącami zbierał i jak jechał do Gdańska, to przejeżdżał obok krewnych w wiosce przed Gdańskiem i tam zawoził. I tak panu sierżantowi nie udało się wówczas. Ale nawiasem mówiąc to ten do którego woziłem te broszury, to był obecny prezes Zarządu Radia i TV - Walendziak. On ma żonę z Olsztyna. Na­wiasem mówiąc nie rozliczył się ze mną. I potem z tymi rozliczeniami to była makabra przez wszystkie lata. Tak, że z tymi pieniędzmi to było tak, że mi starczyło zawsze - musiałem sam gospodarować i sam trzymać to w ręku to wszystko.

Pyt. Musiałeś mieć pieniądze żeby …

Odp. Rozkręcać następną pozycję. Dlatego nie mogłem tworzyć jakiejś spółki formalnej, zarządu - bo wtedy natychmiast byłoby położone. Początkowo to zaczynałem bez inwestycji żadnej, bez żadnego kapitału, na kredyt, ale się wypłaciłem. Zawsze byłem sumienny, regularny. Płaciłem każdemu. Im się opłacało, bo ja przychodziłem już z gotowym projektem.

Pyt. Miałeś jednak w końcu wpadkę ze znaczkami?

Odp. W końcu zrobili u mnie rewizję no i wyciągnęli taki worek materiałów. To był gdzieś 1988 rok lub 1987.

Pyt. To znaczy przez lata produkowałeś znaczki bez przykrych przygód?

Odp. Tak, ponieważ robiłem to sam, nie byłem uzależniony od nikogo. Każdy etap … I jak zawoziłem np. do Warszawy, to zawsze ze mną ktoś jechał, albo ze mną w przedziale, albo w sąsied­nim. Myśmy się nie kontaktowali. Paczka z materiałami leżała u góry. W razie czego, nikt się do niczego nie przyznawał. I gdy ktoś był zwijany, to ta druga osoba informowała co się stało. Musiałem zatrudniać również dwie osoby. To była firma.
I tutaj oni przyszli do mnie, że ja śmiem prowadzić taką firmę, że to znaczki, raczej składki. Ja jestem filatelistą.

Pyt. Ale czy „Solidarność” mogła mieć jakąś korzyść z tego, poza propagandową?

Odp. Oczywiście, bo przecież ja również w tym czasie byłem skarbnikiem. I pieniądze - ja się w końcu rozliczyłem, a nie wiem czy wszyscy to uczynili. Ja byłem skarbnikiem Tymczasowego Zarządu Regionu. I w tym rozliczeniu wyraźnie widać, że wydatki były większe niż dochody. Ja nie napisałem, że te większe wydatki były z tych dochodów ze znaczków, ale to jest oczywiste. M.in. Owoc wychodził z więzienia, Fotek (?) mówił daj mu pieniądze. No skąd mu te pieniądze dać. Panu Antonowiczowi dwa razy po 50 tyś. wtedy przekazałem na pomnik dla syna.

Pyt. To jest bardzo istotne, te rozliczenia finansowe. Skąd mieliście wpływy?

Odp. Pieniądze mi przynoszono, albo Bogdan mi przynosił, albo inni ludzie z Zarządu. Miałem nawet jakieś pieniądze dolarowe - chyba 300 dolarów i 50 holenderskich guldenów. A tak to było w złotówkach. To nie były tylko składki - to wpłaty indywidualne, chociaż ze składek też. Z OZOS-u to były ze składek. W OZOS-ie Wiesiek Sasin zbierał.

Pyt. Czy to były duże pieniądze? I co z nimi robiliście?

Odp. Były to pieniądze na działalność - przede wszystkim jak trzeba było kogoś wesprzeć. Całe rozliczenie przekazałem Bogdanowi Bachmurze. To było solidnie przeprowadzone rozliczenie - wpływy i wydatki za okres gdzieś półtora roku. Najpierw byłem członkiem, potem skarbnikiem, potem przewodniczącym rok czasu. Wybrano mnie przewodniczącym. Wtedy pamiętam napisano artykuł - rozmowę ze mną przeprowadzono w „Rezonansie”.

Pyt. Jest w „Rezonansie” rozmowa z przewodniczącym.

Odp. To właśnie ze mną. Tę rozmowę przeprowadził ten, który wyjechał do Niemiec - Kłosiński. I byłem zbulwersowany, że ci ludzie, którzy pod koniec już tego okresu, kiedy można było już podnosić głowę. To główną aktywność skierowali na to, żeby rozszyfrować, kto jest tym przewodniczącym. I tak właśnie zrobił nasz pan prokurator Śnieżko. Dla mnie to było śmieszne. pamiętam kiedyś był u mnie. Rozmawialiśmy nawet przy kawie, przy wódeczce. On sobie popił był wesoły i zaczęliśmy zgrywa się: kto tej komunie się najlepiej zasłużył. On okazywał jakie dostał odznaczenia, jakie ordery, a ja mu wtedy jako argument dałem zdjęcie. jako filatelista z ramienia Polskiego Związku Filatelistów byłem w Szczytnie na zebraniu koła Polskiego Związku Filatelistycznego przy Szkole Milicyjnej w Szczytnie. I tam siedzą w prezydium sami milicjanci, a ja jestem między nimi. I pokazuję mu i mówię: - Patrz jak ja się zasłużyłem. I potem słyszę za parę dni, że Olek to jest na pewno konfident, bo on ma takie zdjęcie. Chociaż ja tylko jemu pokazywałem to zdjęcie. Nikomu innemu nie widziałem powodu aby pokazywać. To natychmiast puścił opinię, że ja jestem konfident, bo widział takie zdjęcie. Był Olek i sami milicjanci. Myślę, że jak ten artykuł się ukazał potem w „Rezonansie”, ta rozmowa ze mną, to on jak prokurator występował, węszył, kto to może być ten. I tu być może swymi rozmowami naprowadził na ślad tę Służbę Bezpieczeństwa na jakieś domysły. jak zrobiono mi przeszukanie to chyba 12 godzin to trwało.

Pyt. Czyli coś wiedzieli?

Odp. Chodzili i szukali od progu …

Pyt. Kiedy to było?

Odp. To był gdzieś 1987-88 rok. Oczywiście odkryli moją „tajną szafę”. Nie widziałeś jej?

Pyt. Ja jestem pierwszy raz u ciebie w domu.

Odp. No tak, słusznie. I tam była moja biblioteczka „Solidarności”. I skład znaczków i broszur i gazet. Ale przede wszystkim ta biblioteka - jej żałowałem. I wzięli zeszyt, w którym miałem różne notatki porobione. No i moja córa spisała się na medal, bo ten zeszyt gwizdnęła. Ich trzech było. Coś zginęło i zaczęli szukać. Szuka, szuka jeden z tych ubeków, w końcu spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Ja zrozumiałem, że on też zrozumiał, iż mamy to już schowane i on tego zeszytu nie dostanie. Tam wprawdzie nie było żadnych nazwisk, tylko pseudonimy, ale po tych pseudonimach mogli by tam gdzieś dojść.

Pyt. Zabrali znaczki czy matryce?

Odp. Matryc tam nie było. Matryce były natychmiast chowane. Powinienem je zniszczyć, ale walczyła we mnie dusza filatelisty, który zbiera i tego konspiratora. I najczęściej zwyciężał ten pierwszy. I w różnych miejscach to miałem ulokowane i dzięki temu mam. A wtedy te arkusze, projekty - dwa lata temu, była Światowa Wystawa Filatelistyczna w Poznaniu i byłem zaproszony na tę wystawę ze zbiorem znaczków podziemnych. Pokazywałem jak się drukowało w podziemiu.

Pyt. Ty próbowałeś zorganizować spotkanie z Moczulskim chyba w roku 1988?

Odp. Roman Kozinek (?) jeździł do Warszawy, spotykał się jako NZS z KPN-em Moczulskiego, no i ustaliliśmy, żeby przyjechał do Olsztyna na spotkanie z działaczami „Solidarności”. Miało się ono początkowo odbyć w jednej z salek Domu Parafialnego na Jarotach, ale jak się o tym dowiedział prał. Magdziarz, to taką awanturę zrobił ks. Januszowi, przy mnie go zbeształ. I wtedy powiedzieliśmy sobie, że to się odbędzie u mnie w domu. W końcu - mówię - 20 osób się zmieści, a jak przyjdzie więcej, to będą w korytarzu. I powiedziałem do Romka: - Pojedziesz do Kortowa, tam jest stacja benzynowa, tam poczekasz na Moczulskiego. I on spóźnił się. Moczulski czekał i pojechał z powrotem.

Pyt. To zawiódł go mocno.

Odp. Tak.

Pyt. Bo następne spotkanie miało być w kościele Chrystusa Króla, taka była informacja - w kościele na Zatorzu. Tam ojciec Bonawentura był. I tam czekaliśmy.

Odp. A myśmy tam w tym kościele „sakrę” (?) montowaliśmy (spotkanie?). Myśmy tam m.in. w 1988 roku zrobili wystawę fotorgafii solidarnościowej z Adamem Sochą i z Centkowskim. Tam też miało być spotkanie z Moczulskim, ale zostało odwołane.

Pyt. Czy znasz może takie osoby, które cicho robiły robotę i nikt szerzej o tym nie wiedział: w kol­portażu, czy gdzie indziej?

Odp. Z Danką Gulko, z Basią Nowak, Z Józkiem Nowakiem muszę powiedzieć, że miałem bardzo osobliwe kontakty, ponieważ to z nim próbowałem te druki broszur i znaczków w Olsztynie, ale on miał zupełnie inną koncepcję. Próbowaliśmy zrobić pierwszy znaczek. Ja dałem projekt, a on miał zrobić matrycę, ale o ile ja miałem koncepcję, że każdy etap pracy musi robić najlepszy fachowiec dobrze opłacony, to on miał koncepcję, że wszystko sam jako „złota rączka. I wy­szedł knot. I cały nakład był do niczego. Powiedziałem: - Tak nie wolno. A on nie chciał inaczej. Więc ja poprosiłem go, żeby mi podał adres gdzie robi matryce. Nie chciał powiedzieć, ale ja się dowiedziałem. Dawałem mu pieniądze, żeby za tę matrycę zapłacił, ale ponieważ ten co robił matrycę był mu dłużny, a więc Józek mu tych pieniędzy nie dał. Ten się pogniewał i mu tej matrycy nie zrobił. A ja mu powiedziałem: - Mnie guzik obchodzą wasze prywatne interesy. Ty miałeś dać pieniądze. Potem machnąłem na to ręką i powiedziałem: - Dobra, będę wobec tego robił sam. Od tego czasu robiłem sam.

Pyt. Prowadziłeś działalność, jak na stan wojenny z pewnym rozmachem. Jak uważasz, dlaczego to się udawało?

Odp. Na SB byłem ciągle wzywany, ale jako ta oficjalna opozycja. Nie posądzany o nic więcej. Ale ja miałem osobliwe spotkanie dwa lata temu. Tutaj w tym „Smerfowie” na naszym osiedlu, tam jest piwiarnia. I tam poszedłem na piwko. I tam są dwa stoły - jeden taki podłużny i drugi obok, Jeden stół, taka duża ława, była zajęta, a przy drugiej siedział facet. Więc ja się przysia­dłem, na rogu przy tym drugim stoliku, na szczycie. A ten facet się do mnie uśmiecha i mówi: - Panie Sławomirze. Sławomir - to mówili do mnie tylko na SB. Usiłowali do mnie mówić po imieniu, a nie wiedzieli jak się mówi, to mówili „panie Sławomirze”. Ja patrzę na niego i mówię: - Ja pana nie znam. A on mówi: - Ja pana znam. Mówię: - Ja wiem skąd pan jest. A potem chciałem go pociągnąć za język, jedno piwo, drugie piwo - postawiłem mu, bo się okazało, że nie miał pieniędzy. Esbek - ten który się mną „opiekował”, on mnie prowadził przez cały stan wojenny i później. 300 stron na mój temat zgromadził, a później spalił moje dokumenty. Tak żeśmy rozmawiali i ja tak stwierdziłem, że dużo wiedzieli na mój temat - więcej niż myślałem, ale mniej niż on by chciał. Oni posądzali mnie, że ja tutaj prowadziłem kolportaż, ale nie przypuszczali, że ja również drukowałem, tego nie wiedzieli. Wiedzieli o kolportażu, o tym że (bra­łem) 20%, bo to jednak dużo osób było w to zaangażowanych, a ponieważ ludzie, którzy byli zawistni - w „Solidarności” byli tacy, którzy prowadzili kolportaż na innych zasadach, a im to nie wychodziło. Ludzie, jak uważają się za wielkich bohaterów pracy podziemnej, patriotycznej - nie mają oni terminu, ani odpowiedzialności - nic niestety. A ponieważ mnie ten kolportaż chodził, cały czas pracował: broszury, książki podziemne. Ja to dostawałem za moje znaczki. Za znaczki dostawałem pieniądze w Warszawie i za to brałem broszury i książki - i ciągle to chodziło, co dwa miesiące. Musiało się to wydać. On mi tego oczywiście nie powiedział, ani ja go nie pytałem. Powiedział tak: - Pan nie myśli, że my mamy swoich informatorów. To pańscy przyjaciele nam najwięcej pomogli. I podam ci taki przykład (…).

Pyt. We Mszach św. za ojczyznę w Warszawie dość systematycznie uczestniczyli przedstawiciele z Olsztyna.

Odp. Ja byłem chyba z pięć razy. Ale jeden raz pamiętam, bo powiedziałem kolegom z Olsztyna, że dostarczą im transparent i wieniec. Załatwiłem to wszystko w Warszawie. Ja tam mam rodzinę. I godz. 16-ta jak przyjechałem samochodem, maluchem, a do tego czasu już Rysiek Langowski - potem się przyznał mi - „Sławek, gadaliśmy na ciebie”. Oni już krzyczeli, że zawio­dłem, a ja sobie przyjechałem o 16-tej po wielu perypetiach, o których nikomu nic nie mówi­łem, bo po co. Ale były takie głupie sprawy. Wyciągnąłem transparent rozwinięty już na dwóch kijach, przyszyte, wypróbowane, żeby nie było żadnych niespodzianek. Jak coś chcę zrobić to dokładnie się przymierzam. I to pamiętam, że wówczas była Marta Wysokińska, sporo osób. Ja zmęczony, spocony przyjechałem - oni sobie poszli. Tak postałem trochę z młodszym bratem i popatrzyłem za nimi, a milicja jak na komendę odwrócili się w tył głowy, żeby nie widzieć. To było już po śmierci ks. Jerzego. Tak samo na placu (teraz Piłsudskiego) jak tam ten krzyż był układany. Tam swego czasu przyjechaliśmy z delegacją, z kwiatami, a tam starsze małżeństwo tak na nas patrzy, taki mają zachwyt w oczach, chcą nam coś miłego powiedzieć i wreszcie ta pani mówi: - Nam się to bardzo podoba.
Pamiętam jak my idziemy: szpaler ogromny ludzi przed tym kościołem na Żoliborzu, tłum, i wyczytują kolejne pielgrzymki, delegacje z różnych regionów. Idzie nasza delegacja Warmii i Mazur. Ja pamiętam szedłem z transparentem na czele tej delegacji: Ziuta była wtedy, a wtem ktoś mi się na szyję rzuca, całuje. Nie wiem zupełnie kto. Takie przeżycia, które się zapomina, a które jednocześnie nie potrafimy dokładnie odtworzyć, nie pamiętamy dokładnie kto. Jest klimat.

Pyt. W Olsztynie co pewien czas w kościele NSPJ, również odbywały się Msze św. z różnych okazji za Ojczyznę. Raz ciebie w 1988 roku na moich oczach zwinęli.

Odp. Ja przyszedłem i dowiedziałem się, od Grażyny Langowskiej, że nie ma drugiej osoby do trzymania transparentu. I ja byłem oburzony: - Jak to nie ma. To ja będę oczywiście! I tak spontanicznie zgłosiłem się do trzymania tego transparentu i potem spotkało mnie to co mnie spotkało. A wtedy rzeczywiście ja te ulotki rozrzuciłem, jakkolwiek nie przyznałem się do tego, bo takie były reguły gry. Ja to zrobiłem głównie na tych ulotkach, które przywiozłem z Krakowa z tej konferencji na temat praw obywatelskich. Może tam były jeszcze inne ulotki …

Pyt. Czy w tym kościele jeszcze kiedyś uczestniczyłeś w takiej uroczystości?

Odp. Nie, tylko raz. Kiedyś z Kombinatu Budowlanego wysłano mnie do Gdańska na szkolenie z obrony cywilnej. Wtedy ubek przyszedł do Kombinatu i powiedział: - Co za głupek wysłał Olka do Gdańska, w samo serce „Solidarności”? Tam było szkolenie i mam dyplom z egzaminu i wyróżnienia z tego okresu jak pokazywałem wszystkim ludziom z całej Polski, jak tam w Gdań­sku toczą się walki „Solidarności” z SB, między kościołem św. Brygidy, ks. Jankowskiego, a pomnikiem Stoczniowców. Ja szedłem w pierwszym szeregu z panią, która była w podziemiu zaangażowana. Tam w Gdańsku spotkałem się z Wałęsą na konferencji organizowanej przez panią Walentynowicz w 1987 roku.

Pyt. Czy Walentynowicz wtedy miała poprawny stosunek do Wałęsy?

Pyt. Nie, właśnie wtedy spotkałem się z ogromnym atakiem na Wałęsę. Bo on w drugim dniu konferencji. Myśmy mieli temat: działalność związków zawodowych w zakładzie pracy. Raptem wchodzi Wałęsą z synem i kierowcą. No więc podniosła się wrzawa, ludzie go przywitali. A te baby z Walentynowicz na czele, huzia na Wałęsę.

Pyt. A co, Walentynowicz była na tym kursie?

Odp. Ona to organizowała. A ja nie byłem w kursie, zdziwiłem się. Wyszedłem na czoło, tam była mównica, i mówię: - Ludzie, mamy temat, działalność związków zawodowych w zakładzie pracy. Przychodzi przewodniczący Związku Zawodowego. czy nie możemy wykorzystać tego, aby zrobić poglądową lekcję? Brawo i później cicho. A baby znowu na Wałęsę. I znowu namawiam je. Potem przychodzi ten kierowca i daje mi zdjęcie. Ja mówię, a obok stoi Wałęsa i słucha, co ja mówię. A potem w przerwie podszedł i prosi abym ustawił się koło Wałęsy i zro­biliśmy sobie razem zdjęcie. I w ten sposób miałem dwa zdjęcia. Ukradli mi obydwa. W Kombinacie Budowlanym ukradli mi całą teczkę ze wszystkim. Ale to było polaroidem robione. Ale był też film. Był też na kasecie video film z tej konferencji. I również z Wałęsą fragment. Jedna kaseta była z Olsztyna - miała Ziuta Mielnik.

 

 

END

 

--------------------------------------------------------------------------------

 

Rozmowa z ks. Julianem Żołnierkiewiczem

w dniu 22 stycznia 1996 roku

 

 

Pyt. Ksiądz był właściwie jednym z animatorów „Solidarności” w naszym regionie.

 

Odp. W pewnym sensie tak. Z chwilą gdy rozpoczął się strajk w Gdańsku stwierdziłem, że najwyż­szy czas, żeby się zorientować o co naprawdę chodzi. Propaganda mówiła o wrogich elementach itd. Razem z ks. Józefczykiem pojechaliśmy do Gdańska do ks. Jankowskiego i on ułatwił nam spotkanie ze stoczniowcami podczas strajku. Weszliśmy na teren stoczni i zobaczyliśmy, że nie chodzi tylko o płace, ale o podstawowe prawa człowieka i o całą podmiotowość obywateli Rzeczypospolitej.

 

Pyt. W stoczni z kim się kontaktowaliście?

 

Odp. Rozmawiałem z Krzyśkiem Wyszkowskim, który jest olsztynianinem i który tam był. Po przy­jeździe do Olsztyna spotkałem się z kilkoma osobami, m.in. z panem Ruchlewiczem, który postanowił jak najszybciej zorganizować „Solidarność” w Olsztynie i WPKM był chyba jednym z pier­wszych zakładów, gdzie powstał ten związek.

 

Pyt. Czy ksiądz znał p. Ruchlewicza wcześniej?

 

Odp. Ja go wcześniej znałem. I chyba od nich z WPKM-u chyba jeszcze raz kilka osób pojechało do Gdańska, aby upewnić się, jak to wszystko wygląda.  Tak się złożyło, że znałem wielu ludzi, którzy zakładali „Solidarność” m.in. pan Kamiński. Pier­wszą rzecz to trzeba było przedstawić się księdzu biskupowi Józefowi Glempowi, który przyjął delegację i pobłogosławił nam. Mnie wyznaczył takim asystentem, czy kapelanem „Solidar­noś­ci”. To spotkanie było pod koniec września, lub na początku października 1980 roku. Obecny był u biskupa cały Tymczasowy Zarząd MKZ, chyba oprócz Bobera. Ks. biskup poświęcił nam sporo czasu, dowiadywał się dokładnie o ideę i wsparł nas swoją życzliwością i autorytetem.

     Na początku października, spotkałem się po raz drugi z tym ruchem stoczniowym, bo miałem rekolekcje u św. Brygidy w Gdańsku. Brał w nich udział i p. Lech Wałęsa i p. Walentynowicz i wszyscy działacze „Solidarności”. Kościół dosłownie pękał w szwach. Później po rekolekcjach było spotkanie na plebanii u ks. Jankowskiego, gdzie byli obecni działacze „Solidarności” z Wałęsą i Walentynowicz. Ale była także pani ambasador Szwecji i przedstawiciele konsulatów Finlandii i Norwegii. Byli też profesorowie różnych wyższych uczelni.

     W Olsztynie często kontaktowałem się z Zarządem regionu. We wszystkich ważniejszych spotkaniach brałem udział, m.in. w tym sławnym spotkaniu w auli w Kortowie, w hali sportowej. Chyba tam było ponad tysiąc delegatów. Albo to było w auli Pijanowskiego. Delegaci zadawali pytania, a Józef Lubieniecki odpowiadał będąc w dole na scenie. Pamiętam wypowiedź ś.p. prof. Poznańskiego, który zwracając się do mnie powiedział: „Księże, u mnie na wydziale nigdy nie było żadnego prześladowania ludzi wierzących.” Deklarował publicznie swoją lojalność wobec religii, wobec współpracowników. To spotkanie prowadziła Irena Czinczoł-Włudyka, Józek Lubieniecki był w tym czasie radcą prawnym „Solidarności” i jako prawnik odpowiadał na pytania.

     Kamiński w Zarządzie Regionu opowiadał się za ścisłymi kontaktami z Kościołem, pilotował te sprawy. Również przewodniczący przez cały czas utrzymywał kontakt.

Pyt. Ksiądz znał kolejnych przewodniczących „Solidarności”.

Odp. Znałem Bartuszka - był zatroskany o Związek, Łukomski również był życzliwy. Nawet wtedy gdy był stan wojenny i ukrywał się, to u mnie przenocował, przebrał się, bo był już wtedy poszukiwany. Ogolił się u mnie zjadł posiłek i po cichu jakoś go stąd przemyciliśmy. Z Krupińskim też była dobra współpraca.

 

Pyt. Krupiński zrobił szybką karierą w zawiązku.

 

Odp. Był niezwykle błyskotliwy, jeśli chodzi o sposób formułowania myśli i wizję Zawiązku. Był pełen inicjatywy, pełen energii. Oceniam go pozytywnie. Chociaż niektórzy mówili, że karierowicz. Myślę, że - pomijając jego sprawy osobiste, rodzinne - jako przewodniczący dobrze reprezentował interesy ludzi pracy.


Dla mnie zaskoczeniem było to, że niektórzy uciekli, wyjechali za granicę. Na pewno oni mieli rację, że sytuacja była bardzo ciężka, natomiast uważałem, że ci ludzie powinni jednak pozostać. Wyjechało bardzo dużo i to mnie - przyznam się - przygnębiło trochę. Nie wytrzymali próby, w tym także przewodniczący. Wódz musi być tam, gdzie są szarzy obywatele.

 

Pyt. W tym okresie „pokojowym” w naszym regionie ważnym wydarzeniem był strajk w OZGrafie.

 

Odp. Dowiedziałem się o tym strajku będąc we Frieburgu u swoich przyjaciół. Skróciłem pobyt tam, żeby przyjechać i pomóc sprawę rozwiązać. I tu był problem bardzo złożony. Był Kuroń, któremu nie wyszła sprawa zażegnania. Strajk trzeba było przerwać ze względu na Zjazd „Solidarności”, który odbywał się w Gdańsku - Oliwie. I tu były rzeczy dziwne. Przyjechał prof. Stelmachowski, był u mnie, nocował. Byliśmy razem u wojewody, u biskupa, byliśmy razem w OZGrafie. I też nie wyszło. Wtedy wojewoda Rubczewski, podczas naszej wspólnej wizyty, zwrócił się do mnie twierdząc, że dobrze byłoby gdyby ten strajk został przerwany. W OZGrafie było referendum. Przychodzę późnym wieczorem do domu, gdzieś około 23-ej i przybiega grupa młodych ludzi z OZGrafu, rozentuzjazmowanych i krzyczy, że do końca będą walczyli, że podczas referendum ponad 200 osób było za dalszym trwaniem strajku, a nieduża grupa była przeciwko. Ja powiedziałem, że zrobiliście prezent dla przeciwników, a nie dla „Solidarności”. Wtedy była konsternacja. Kobiety nagle zaczęły zmieniać zdanie. ja mówiłem: „Słuchajcie, przecież to jest szaleństwo. Przecież Wałęsa i wszyscy proszą, także pan prof. Stelmachowski, o to żeby zakończyć strajk”. I cisza jest. Mówi, że specjalnie przyjechałem z Niemiec, żeby to zakończyć. Oczywiście, kilka razy Mszę św. odprawiłem, wcześniej inni księża odprawiali Msze św.. Ten krzyż na OZGrafie to jest z tego strajku. I ciekawe, że po tym moim wystąpieniu odbyło się jeszcze raz nocne referendum i okazało się, że była odwrotna sytuacja. te ponad 200 osób było za przerwaniem strajku, a czterdzieści kilka było przeciw. No i przedzwoniłem wtenczas do pana wojewody i oczywiście nie otrzymałem jakiegoś podziękowania (śmieje się). A więc ta jego prośba nie była szczera, bo później po przerwaniu strajku nie było „dziękuj księdzu, czy coś takiego” - była cisza.

 

Pyt. Niektórzy mówią, że podczas strajku były z jakiejś strony sprawy ambicjonalne, nawet postawa niektórych osób ze strony Zarządu regionu miała na to wpływ.

 

Odp. Strajk był inspirowany, nie wiem czy przez ludzi związanych z bezpieką, czy też z partią, ale ta akcja nie była czysta.

 

Pyt. Była kwestia nie tylko zakończenia, ale na jakich warunkach?

 

Odp. Te postulaty były pozytywnie załatwione. Nikt absolutnie - o ile się orientuję - nie był bezpośrednio szykanowany. Później w stanie wojennym, tak.

 

Pyt. Jaka była rola Kuronia?

Odp. Kuroń przyjechał przekonany, że strajk załagodzi. Powiedział: - „To jest drobna sprawa”. Wy­stąpił, mowę wygłosił i okazało się, że bezskutecznie. Wydawało mu się, że jego argumenty wystarczą, żeby zakończyć strajk.

 

Pyt. Można mówić o inspiracji, ale niezależnie od tego jest psychologia tłumu, pewne prawidłowości rządzące strajkiem i każdym protestem.

 

Odp. Mnie się udało uderzyć w bardzo czułą strunę, mianowicie psychikę kobiet, które tam były. One już były zmęczone, one już chciały końca. Poza tym kiedy usłyszały ode mnie, że przysłużyły się obcej opcji, a nie „Solidarności”, to wzięły to sobie do serca. Zjazd „Solidarności” już się rozpoczął i były prośby i telegramy o przerwanie strajku. Ja gdzieś mam trochę dokumentacji z tego okresu.

 

Pyt. 13 grudnia 1981 roku i stan wojenny.

 

Odp. W przeddzień byłem w Zarządzie Regionu „Solidarności” i wtenczas zwrócono się do mnie z prośbą, żeby przechować pieniądze. Chcieli dać w depozyt. Powiedzieli mi, że przyniosą po południu. Mówili o ruchach milicji.

 

Pyt. Kto się zwrócił z tą prośbą?

 

Odp. Nie umiem dokładnie do końca powiedzieć, nazwisk wszystkich nie znam, ale wiem, że był m.in. Bober, była pani księgowa i był jeszcze taki tęgi pan, on później był internowany, taki grubasek. Troje ich było. Oni w trójkę przynieśli mi te pieniądze. Pieniądze mi przekazano i ja miałem prawo oddać tylko temu, jeżeli będzie trójka, która dała mi pieniądze. Poczęstowałem ich kawą, pogadaliśmy, schowałem te dwa miliony złotych. Te pieniądze miały później służyć działalności podziemnej „Solidarności”. Już po wprowadzeniu stanu wojennego przyszła księgowa, pani Obiedzińska i prosiła, żebym oddał pieniądze. Ja jej powiedziałem, że tych pieniędzy oddać nie mogę ze względu na to, iż postanowienie było inne.

 

Pyt. A dlaczego ona chciała pobrać te pieniądze?

Odp. Bo ją tam naciskała bezpieka. Nie oddałem tych pieniędzy, gdyż uważałem, że one powinny być zwrócone bardziej formalnie, a nie jednej osobie. Zresztą zgodnie z umową. I sprawa ucichła na jakiś czas.

     Jak wybuchł stan wojenny, w tym dniu było bardzo dużo osób. 13 grudnia bardzo wcześnie pani Ziuta Mielnik z Kortowa przyniosła sztandar „Solidarności” kortowskiej, który przechowałem aż do końca. Tutaj był przechowywany.

      W tym dniu masa ludzi zgłaszała się, przychodziła. Był ogromny ruch. Przez te pierwsze dni tu u mnie nie zamykały się drzwi. Szukało się wyjścia z tego wszystkiego, co dalej.
W wigilię Bożego Narodzenia przychodzi pan Obiedziński i mówi, że jego żonę aresztują, jeżeli ona nie odda pieniędzy. I tu powstał problem moralny: czy oddać pieniądze, czy nie oddać tych pieniędzy? Nie było wiele osób, których mógłbym się wówczas poradzić, ale te osoby z którymi rozmawiałem (i ze strony księży i ze strony „Solidarności” - m.in. z Wiesią Grzegorczyk, która była mocno zaangażowana w :Solidarności”) radziły, żeby te pieniądze oddać. Bo jeżeli dziewczyna ma siedzieć, ma małe dzieci, a poza tym wszyscy byli zamknięci, wobec tego zdecydowaliśmy, żeby te pieniądze zwrócić. I zrobiliśmy w ten sposób, że pani Wiesia Grzegorczyk przyszła do mnie … ach, poprosiłem żeby ona te pieniądze przekazała, zaniosła do pani Obiedzińskiej, itd. Tymczasem okazało się, że przy domu pani Obiedzińskiej był kocioł, stała milicja. Wiesia idąc zobaczyła milicyjny samochód i jeszcze następny i wtedy w nogi z tego miejsca. Oczywiście zauważono i śledzono ją. I teraz … ona komuś przekazała te pieniądze. jakiejś koleżance swojej, nie mówiła mi nazwiska. I ta koleżanka przyniosła pieniądze, te 2 mln. złotych siostrze zakonnej. I wtedy powstał problem: kto dostarczył te pieniądze? Bo gdyby Wiesia, to bym schował te pieniądze i wszystko byłoby w porządku. Ale ponieważ już nie Wiesia (bo Wiesię siostra znała - mówi: „Ni to jakaś inna pani”. Pytam: „Nie w czerwonym?” - „Nie!”) więc myślałem, że to może być prowokacja i w związku z tym powstaje problem: co robić? Zostawić te pieniądze? A jeżeli to jest prowokatorka? I wtenczas niestety, mądrze czy niemądrze ale przedzwoniłem wówczas na milicję, e pieniądze ktoś przyniósł. I powstał problem, kto przyniósł te pieniądze i zostawił u siostry. Siostra zeznawała kto to był. Oczywiście to jest bardzo fajna siostra, ona teraz w Togo pracuje. To był dzień wigilijny, setki ludzi przychodziło. Jak siostra może zapamiętać, kto dał tę paczuszkę! jak siostra otworzyła tę paczuszkę, wtedy zobaczyła, że w niej są pieniądze. Siostra nie wiedziała o tym, że pieniądze otrzymuje. Nie zwróciła więc uwagi na tę osobę.  I powstał problem bardzo złożony, mianowicie szukano kogoś, kto by potwierdził zeznania, że te pieniądze … aha, był bardzo ciekawy problem, że te pieniądze przyszły tą drogą, ale nie było żadnych dowodów, że to te pieniądze przekazali panowie z „Solidarności”. O tamtej trójce ja ani słowa nie powiedziałem. Ja powiedziałem, że nie będę nikomu mówił, a poza tym p. Obiedzińska jest moją koleżanką i nie mogę zeznawać … Gdybym nawet wiedział, to prawo kanoniczne mi zabrania, żebym ja cokolwiek na ten temat mówił. I brakowało tego jednego ogniwa. Gdyby to ogniwo było - ja bym potwierdził, a oni mieliby dowód na to, że ja rzeczywiście przyjąłem, wtedy miało być w ten sposób: tamci chcieli ukraść, ja jestem paserem i oczywiście sprawa w sądzie. Ponieważ żadnych zeznań nie złożyłem - byłem wzywany do prokuratury, aż do sierpnia. Wzywał mnie nawet Topczewski do Urzędu Wyznań. „Ksiądz wie, że dopóki ksiądz nie złoży zeznania, sprawy nie może być.”  A ja mówię: „A po co sprawa.” Ale co było najbardziej przykre dla mnie osobiście, mianowicie konfrontacja z tym panem, który m.in. przyniósł te pieniądze - taki grubasek, trzeba zapytać Lubienieckiego, on powie z kim siedział. I on zeznał, że przynieśli mi pieniądze (Pan Bóg łaskaw, że ja w ogóle pozbyłem się tych pieniędzy), że nawet kawą ich częstowałem - wszystkie detale. Niestety Bober to samo zeznał. Bo przeczytano mi zeznania Bobera. Mało, przywieziono do prokuratury tego pana z Iławy na konfrontację tego grubaska. I on wtenczas dopiero się zorientował, że ja nic nie zeznałem odnośnie tych pieniędzy, że je od nich otrzymałem. Mówiłem, że tylko one zostały mi podrzucone przez kogoś, a kogo, ja nie wiem.


Możliwe, że ten grubszy pan to był Nieczyperowicz. I on wtenczas dopiero się połapał, że zrobił głupstwo. Bo on siedzi naprzeciwko prokuratora, który stawia mi pytania … Całą tę sprawę pilotował ze strony SB kpt Poliński … czy coś podobnego. On pojechał ze mną do Wrocławia. Bo ja w styczniu zacząłem mieć kłopoty z kręgosłupem i od połowy stycznia leżałem w szpitalu miejskim. I do szpitala przyszło pismo, na przełomie stycznia, lutego, że mają mnie zwolnić ze szpitala. A ponieważ w szpitalu pracowały dziewczyny z „Solidarności” i one mnie uprzedziły i uprzedziły ordynatora Ferenca. I z panem Kostrzewskim (?) leżałem w jednej sali i wtedy w telewizji, był problem naszych pieniędzy i moja sprawa. Wynikało z tego programu, że ja jestem paserem, czy coś w tym sensie.

     19 lutego wychodziłem ze szpitala i 19 stycznia miałem już bilet do sanatorium i położyłem się w szpitaliku w Kudowie Zdroju. Tam pojechałem. Oni tu przyszli na plebanię i mnie nie było.
Przy tej okazji przypomniała mi się jeszcze jedna rzecz. gdzieś około 17 grudnia, kiedy zaczęto zamykać ludzi, przyszła do mnie pewna osoba - nazwiska na razie jeszcze nie wymienię (jest to siostra jednego z oficerów LWP, wysoko postawionego komisarza wojskowego) i powiedziała, że powinienem wyjechać z Olsztyna. I w tym dniu też przyszli po mnie, ale mnie już też nie było. Wyjechałem z Olsztyna, wziąłem wówczas takie specjalne pismo od biskupa Obłąka, który skierował mnie na sympozjum, które miało się odbyć, a się nie odbyło ze względu na stan wojenny, we Wrocławiu, poświęcone encylkice papieża, chyba „Labore exerces” - dokładnie nie pamiętam). I wracając do tych pieniędzy. Kiedy byłem w Kudowie, idę na górę, a portier mówi: „Proszę księdza, ksiądz ma gości. Przyszedł ubek, którego znam z Kudowy i chyba wasz ubek, bo kim on mógłby być. I tam czekają na księdza na górze.” Tam w Kudowie takich jak ja było sporo, którzy na jakiś czas do sanatorium przyjechali … Myślę sobie, że muszę pójść i chociaż bibułę w moim pokoju gdzieś do szafy schować. Tych gazetek było sporo. Wrocławskie województwo, to było wówczas pełne tych wydawnictw. I przyszedł do mnie ten pan z Olsztyna z SB, 600 kilometrów jechał, żeby ze mną rozmawiać, ten kpt Poliński (?). Ja go spytałem, czy pytał się mojego lekarza? To przecież nie jest sanatorium, tylko szpital. Po udarach serca przyjeżdża się tu na dalsze leczenie i jest lekarz prowadzący. Odpowiedział, że nie. „No to nie będę odpowiadał panu. I te 1200 km. zrobił pan na próżno.” - „Ale kiedy ksiądz wraca?” - „Jak skończy się termin to wrócę”. „Ale do Olsztyna?” - „Nie wiem, czy do Olsztyna”.

     No i oczywiście po powrocie do Olsztyna, znowu mnie wezwano. Ale wracając do tej konfrontacji u prokuratora z tym panem Nieczyporowiczem z Iławy. Okazuje się, że oni zeznali w szczegółach, przeczytali mi, ale ja nie potwierdziłem. Powiedziałem, że nie zajmuję żadnego stanowiska wobec tej informacji. I ten zdębiał, że można nic nie mówić. Bo gdyby oni nic nie powiedzieli … zresztą prawdopodobnie i tak nic by nie było, ale tak, to była okazja do szarpania, do straszenia, do wygrywania propagandowego, wtedy ukazały się artykuły w gazecie, jaki to jest Żołnierkiewicz. Zagrozili mi, że będę siedział 3 miesiące w areszcie za nie złożenie zeznań. Potem dali mi parę razy kary pieniężne, ale nigdy nie zapłaciłem ani kar pieniężnych, ani nie poszedłem do aresztu. Niemniej tego typu szykany były ze strony prokuratury.
Wtenczas ten pan (Nieczyperowicz) przez swoją żonę, z Iławy przesłał mi taki list, w którym mnie przeprosił za to, że wrobili mnie w taką kabałę. Wiedzieli bowiem, że mnie prokuratura szarpie za te pieniądze. Po prostu niezgrabnie to zrobili. We Wrocławiu dali 60 mln zł. i nikt nie wie gdzie one są, a tutaj pierwsza to powiedziała ta księgowa, a później jej mąż przyszedł. I Wiesia Grzegorczyk przez to samo dostała pół roku. Ona była w Gołdapi. To były niezgrabne posunięcia ludzi, którzy niestety nie wytrzymali.

     Oczywiście ta sprawa przeciągnęła się aż do sierpnia. Od grudnia do sierpnia, co parę tygodni przesłuchania w prokuraturze. Nic nie zeznałem, mimo nacisku z Urzędu d/s Wyznań i dyrektora Leopolda Topczewskiego. I dziwna rzecz, w tym czasie nie było mego opiekuna z bezpieki. Był pewien pan, który inwigilował mnie przez cały czas od 1970 roku, co dwa miesiące. I to wszystkich duszpasterzy akademickich w całej Polsce. Uważano nas za najbardziej niebezpiecznych. ten „opiekun” to obecny biznesmen.

     W sierpniu mieliśmy spotkanie z księdzem Prymasem. I ksiądz Prymas powiedział, że on chyba zainterweniuje u pana Kiszczaka. No i była interwencja ks. bpa Dąbrowskiego u Kiszczaka. Kiszczak przedzwonił do pana generała Dudka - tak jak się dowiedziałem - no i dopiero w drugiej połowie sierpnia, ok. 20 sierpnia, zawieszono tę sprawę. dali spokój. Ponieważ mam pokwitowanie tych pieniędzy, to o te pieniądze „Solidarność” ma prawo się ubiegać. Po dzień dzisiejszy „Solidarność” nie odzyskała. One zostały przejęte przez bezpiekę. Milicja wtedy wzięła, dali siostrze pokwitowanie. te pieniądze „Solidarności” powinny być odzyskane. Oczywiście musiała by być jakaś konfrontacja, jakiś proces.

     W międzyczasie tutaj nawiązały ze mną kontakty różne grupy. Przede wszystkim byłem mocno związany z tą grupą „Więzi”, z KIK-iem w Warszawie - wtedy wydawało się, że to byli ludzie, którzy służyli ojczyźnie. Również z różnych ośrodków, czy to „Robotnika” czy aktorzy, czy różni prelegenci z różnych środowisk. Przyjeżdżali tutaj na spotkania. Część spotkań była oficjalna pod szyldem duszpasterstwa inteligencji (otrzymałem nominację na duszpasterza inteligencji miasta Olsztyna) i także otrzymałem nominację na duszpasterza ludzi pracy, żebym mógł formalnie pracować z ludźmi pracy. Były to nominacje od księdza biskupa Obłąka. te nominacje były dla mnie glejtem. gdy bezpieka coś mi zarzucała, to mówiłem, iż to jest w ramach duszpasterstwa - :Jestem duszpasterzem ludzi pracy”. „Ale Solidarność przychodzi”, „A czy oni nie są ludźmi pracy?” W każdym razie to był b. dobry wybieg. I wtedy mogłem robić w ramach duszpasterstwa inteligencji, spotkania z różnymi ludźmi z kraju, którzy wygłaszali tu referaty i były również referaty dla ludzi pracy. M.in. były te sławne kiedyś Olsztyńskie Dni Społeczne, kiedy kościół NSPJ był wypełniony po brzegi. M.in. była wówczas na warsztacie encyklika „Solicitudo rei socialis”. Był wówczas Andrzej Wielowieyski i poza tym ze Szczecina Ustasiak i jeszcze jeden. To było zwieńczenie naszej działalności.

      Oczywiście odbywały się pielgrzymki na Jasną Górę - pierwsza była z ks. Popiełuszką, potem następne lata jeździliśmy. Oprócz tych spotkań oficjalnych, były spotkania nieoficjalne - tutaj w tym Domu Parafialnym. Głównie to byli ludzie „Solidarności”, byli tu ci wypuszczeni z „interna­tu” lub więzienia: m.in. był Stefan Śnieżko i cała gromada (nie pamiętam, czy Lubieniecki był) na pewno z Kortowa było kilka osób: p. Ziuta i inni, była też Grażyna i Rysio Langowscy.
W kościele były Msze św. za Ojczyznę z aktorami z Warszawy - p. Skarżanką i inne. Było bardzo dużo ludzi - te występy miały charakter patriotyczny - to były takie mocna uderzenia.

 

Pyt. Śmierć Marcina Antonowicza - czy ksiądz pamięta sprawy z tym związane?

 

Odp. Nie poddaliśmy się presjom z zewnątrz, bp Wojtkowski ten pogrzeb prowadził, ale to co zostało zaprogramowane, to zostało zrealizowane, bo nikt nie miał zamiaru dostosować się do poleceń władz. To byłoby niemoralne w stosunku do tych ludzi, którzy się zebrali i do sytuacji jaka wówczas była. Problem był nie do wyciszenia. mam jeszcze do dzisiaj transparent przywieziony z Gdańska „Gdańsk łączy się z wami”. Była ogromna delegacja, był prorektor Uniwersytetu Gdańskiego Tajlor i ks. Jankowski. Była to chyba jedna z najbardziej spontanicznych manifestacji - około 30 tyś. ludzi. Była to wstrząsająca śmierć. Był to wyraźny mord człowieka i później bezkarność tych służb.

 

Pyt. Kościół NSPJ był takim i schronieniem opozycji i niejako centrum. Tu były obchodzone wszystkie rocznice …

 

Odp. Obchodzone były wszystkie rocznice, były nawet przypadki aresztowań, chyba w 1988 kiedy to Sł. Olka i Wł. Kałudzińskiego aresztowano. Ja zresztą po każdej takiej imprezie musiałem odbywać spowiedź w bezpiece. Były to takie ciężkie próby nacisku. W tym czasie - co jest ciekawe - powstała kaplica pamięci narodowej, powstało duszpasterstwo żołnierzy Armii Krajowej i pod szyldem tego duszpasterstwa zaczęli się ci ludzie zbierać. Wmurowano tablice - w tej chwili jest ponad 40 tablic, ale większość była wmurowana w okresie stanu wojennego.

Pyt. Kiedy powstała ta kaplica pamięci?

 

Odp. Chyba 1982 lub 1983 - trzeba by sprawdzić.

 

Pyt. Z tego okresu stanu wojennego i okresu do 1989 roku jakich aktywnych ludzi ksiądz pamięta? Oczywiście i ze strony opozycji, ale też ludzi, którzy pomagali innym.

 

Odp. Byli ludzie, którzy poza tacą, poza kościołem przekazywali pieniądze na rzecz rodzin internowanych, albo wprost na działalność solidarnościową, opozycyjną. Dzięki temu mogliśmy wiele rzeczy realizować, pomagać rodzinom, lub pieniądze były na publikacje. To było kilkadziesiąt osób, które tak stale wspierały.

 

Pyt. Czy były w tym czasie w Olsztynie jakieś ośrodki opozycyjne?

 

Odp. Przed samym przełomem, czyli przed 1989 rokiem, niestety pojawiła się pewna grupa, która była związana z Łodzią i która chciała pójść na stronę Słowika (?). Chodziło o tzw. lewicową orientację. To był gdzieś rok 1987 - 1988. Tak, byliśmy wówczas z panem Andrzejem Gierczakiem w Gdańsku, żeby tę sprawę jakoś naświetlić, ale robiło się coś co odbiegało od idei solidarnościowej. Tam niektórzy ludzie świadomie, niektórzy nieświadomie weszli w tę strukturę ze środowiska olsztyńskiego. To była nieduża grupa, która chciała się związać ze Słowikiem. Zresztą nawet gdy zaczęła się na nowo odradzać „Solidarność” wtedy zaproszono tu (Lipskiego czy Lityńskiego ?) i to było dziwne. Jednak nie tą drogą miała pójść „Solidarność” (Wszystko wskazuje na to, że w tej grupie stawiającej na Słowika i Lipskiego byli Langowscy - przypisek mój Z.Z.).


Kiedy zaczęła się „Solidarność” rodzić na nowo, wtedy punktem spotkań był dom parafialny NSPJ i wtedy przekazałem jedną z sal do dyspozycji nowotworzącego się Zarządu Regionu. I wtedy na drugi dzień po przekazaniu sala została wypalona. Prawdopodobnie chciano spalić cały dom. Biurko, które było załadowane książkami - Pismo św. itd. - ciągu kilku minut spopielało zupełnie wszystko.

 

Pyt. A przecież książki trudno się palą.

 

Odp. Pierwszą rzecz jaką stwierdziła milicja, która przyszła powiedziała, że to musiało być czymś polane. Zresztą temperatura była tak wysoka, że na ramach okiennych farba spulchniła się, były pęcherze. Gdyby nie to, że na dole była choinka dla dzieci biednych i zauważono dym idący na korytarz i herbatę przygotowaną dla dzieci zalano to wszystko w środku. I w tym miejscu gdzie się wypaliła podłoga, beton zrobił się tak kruchy … Oczywiście, później zgłosiła się druga ekipa milicyjna i następnie trzecia. I praktycznie biorąc, nic nie stwierdzono. Wydaje mi się jednak, że to było celowe podpalenie przez ludzi, którzy byli wrogo nastawieni do „Solidarności”.
Jeżeli chodzi o te pieniądze, te 2 mln. zł., to w dziesięciolecie był artykuł w Gazecie Olsztyńskiej, i on się niczym nie różni od tamtego z 1982 roku. Myśleliśmy z Wiesią, że wyprostujemy te rzeczy i powiemy jak było. Ona napisała coś. Solidarność dała w malutkich ramkach, że odcina się od tej relacji tej opublikowanej w Gazecie. Chociaż nie wiem jeszcze do tej pory, kto te pieniądze przyniósł do siostry.

 

Pyt. Dzień 13 grudnia był dniem szczególnym. Ci którzy nie byli internowani, spotkali się w kościele w tu w domu parafialnym. Kto wówczas tutaj trafił?

 

Odp. Byli Langowscy, były dziewczyna z Kortowa. Był Rondomański - on zresztą przyleciał do mnie jeszcze w nocy, chyba była jeszcze 2 w nocy. Mówił, że milicja wtargnęła do Zarządu Regionu. Wyszedłem na zewnątrz i rzeczywiście wszędzie byli mundurowi. Rzeczywiście to była taka brutalna napaść. Tu przyszli ci, którzy nie byli internowani z Zarządu regionu, pracownicy administracyjni.

 

Pyt. Czy ksiądz pamięta o czym się wówczas rozmawiało?

 

Odp. Była konsternacja i załamanie, ale chyba raczej nie było utraty ducha. Wyglądało na to, że ludzie uważali … 13-ty był wstępem. Wielu ludzi uważało, że to było przejściowe.

 

Pyt. Jak ksiądz oceniał wiarygodność tych ludzi, których nie wszystkich ksiądz znał?

 

Odp. Patrzyłem na wszystkich pozytywnie. Praktycznie z mieszkania nie wychodziłem, gdyż cały czas ktoś był. Były próby przezwyciężenia, raczej określenia co dalej. Szukanie. Stwierdziliśmy, że nie możemy tracić łączności, musimy być blisko siebie. Powiedziałem tylko, że tu możecie przyjść o każdej porze.

 

Pyt. W stanie wojennym oprócz ludzi związanych z Zarządem Regionu byli też inni, którzy organizowali działalność podziemną m.in. grupa Olka, Bachmury.

 

Odp. Wiem, że te ośrodki działały. Gienia Morawska. jeżeli była jakaś impreza tu organizowana, to próbowało się dotrzeć do wszystkich, którzy byli … Nie było wsypy, bo bezpieka nigdy mnie nie macała za spotkania te, które tu się odbywały. Czyli tutaj byli ludzie pewni. Bo za te imprezy na zewnątrz, to tak.

 

Pyt. Jak liczne były te spotkania?

 

Odp. Kilkanaście osób. Raz przyjechał Turowicz. Tu na tych spotkaniach próbowano konstruktywnie myśleć co dalej, jak ten ruch podzielony ma się jednoczyć.
Olsztyn niestety nie miał silnego ruchu podziemnego. tragedią było to, że w kilku punkcikach działało. Ale dwa albo trzy lata później po stanie wojennym, to się już coś zaczęło, okrzepło. Ludzie zaczęli się odszukiwać. M.in. Kałudziński i inni. Najgorzej z nazwiskami, nie pamiętam wszystkich nazwisk.

 

Pyt. Osoby, które były zaangażowane w przygotowania Mszy św. za Ojczyznę?

 

Odp. Irena Telesz, Andrzej Pawłowski, Wojtek Ciesielski, Langowscy i cały szereg innych osób. Przygotowywano dekoracje.

 

Pyt. Sprawa Frasyniuka, kiedy on był tutaj w więzieniu?

 

Odp. Sprawa Frasyniuka i innych ludzi siedzących z „Solidarności” w Barczewie, to takim czlowiekiem który pewne informacje dostarczał, to był ks. dziekan Bronisław … Poza tym informacje otrzymywaliśmy od pana dr Olszynki, który pracował tam jako chirurg w Barczewie w szpitalu więziennym. Frasyniuk uderzył (?) sobie w żołądek, leżał tutaj w szpitalu. T u mnie była skrzynka kontaktowa. Podobnie gdy był proces, to stąd zaprzędliśmy (?) ludzi na sprawę, m.in. p. Lubieniecki i inni.

 

Pyt. Ks. bp Obłąk miał przychylny stosunek do „Solidarności”.

 

Odp. Jeździł, odwiedzał Iławę itd. Zachował się bardzo szlachetnie i nie zostawił tych ludzi. Nawet gdy ja miałem ostrzeżenie w grudniu 1981 roku, że mogą mnie zamknąć (na posiedzeniu rady komisarzy (?) w Olsztynie - powiedziano krótko, że właściwie już ze wszystkimi sobie poradziliśmy, został jeszcze Żołnierkiewicz i trzeba z nim też załatwić). I wtedy poszedłem do ks. biskupa Obłąka, przyjął mnie bardzo serdecznie, wypisał mi skierowanie, gdyż bez tego nie można było jeździć pociągiem (to był czwarty albo piąty dzień stanu wojennego I wtenczas ks. bp z miejsca usiadł przy maszynie, napisał. To było skierowanie na mój wyjazd, w razie czego gdyby w pociągu nie chcieli mi sprzedać biletu. I wtedy dziwna rzecz, w całym pociągu były tylko dwie osoby - do Wrocławia. Wtenczas przecież prawie nikt nie jeździł.
Ks. biskup bardzo mocno moralnie mnie popierał jeśli chodzi o prokuraturę. Interweniował tam, nawet był taki moment, kiedy zacytował pewne fragmenty prawa kanonicznego, które zobowiązują duszpasterzowi przeciwko swoim parafianom świadczyć. Telefonicznie wystąpił, ale także na piśmie.

 

 

(Rozmowę przeprowadził i notował Zenon Złakowski)

 

--------------------------------------------------------------------------------

 

 

--------------------------------------------------------------------------------

 

Rozmowa z Leszkiem Szawłowskim

 

R. Rozmawiam z byłym pracownikiem Zarządu Regionu Warmińsko-Mazurskiego NSZZ „Soli­darność”.

L. Nazywam się Leszek Szawłowski. W Zarządzie Regionu pełniłem funkcję specjalisty do spraw informacji.

R. Chciałabym poznać Twoje losy od dnia 13 grudnia 1981 roku.

L. 12 grudnia wróciłem do domu dość późno, ok. godz. 23.00. Przygotowywałem się do wyjazdu do Warszawy. Po północy, kiedy już spałem, usłyszałem walenie w drzwi. Wstałem i zapytałem się - Kto? Odpowiedziano - Milicja. Nie uwierzyłem. poprosiłem o imię. Myślałem, że któryś z kolegów robi mi kawał. Ponowne ostrzeżenie było - Otwierać drzwi bo wyłamiemy. Odpowiedzia­łem, żeby przyszli rano. Usłyszałem - jest stan wojenny, jest pan internowany. Nie wiedziałem początkowo co to znaczy, ale dla świętego spokoju otworzyłem. Wpadli do pokoju - było dwóch mundurowych i jeden smutny pan po cywilnemu. Zwrócili się do mnie, żebym wydał materiały szkalujące ustrój socjalistyczny. Oświadczyli, że mają nakaz rewizji i jeśli im tego dobrowolnie nie wydam, nastąpi przeszukanie mieszkania. Dałem im pojedyńcze egzemplarze. Grałem na zwłokę. Liczyłem, że może później nie będą tak dokładnie przeszukiwać. bałem się bo w pokoju, pod oknem stały dwie torby załadowane drukami z „różnych” wydawnictw. Bałem się, żeby to nie wpadło. Oni zasugerowani, że tak ładnie wszystko im dałem - dali spokój. Tamte zostało. Kazali mi się ubrać, powiedzieli, że zabierają do Iławy.

R. Jak zareagowała rodzina?

L. Żona zaczęła się, może zbyt głośno, z nimi awanturować. Mam dwoje dzieci, pożegnałem je nie budząc. W trakcie pożegnania z żoną nałożyli mi kajdanki. Po wyjściu z mieszkania posadzono mnie do Wołgi. Zorientowałem się, że jedziemy w kierunku cmentarza. Stan wojenny. Z ich określenia wynikało, że przeciwnik polityczny, więc może chcieliby się nas pozbyć. Zrobiło mi się lżej kiedy minęliśmy cmentarz i skręciliśmy w kierunku garaży MO. Zaprowadzono mnie do stojącego na dziedzińcu garaży samochodu bez okien zwanego „lodówką”. W nim spotkałem Andrzeja Bobera, Tadka Kisłego, Niczyperowicza, Lubienieckiego, Osieckiego i Bryckiego. W garaach siedzieliśmy do 530. Przed samym odjazdem wprowadzono jeszcze rolnika spod Dobrego Miasta. Był w samej marynarce. Powiedział, że funkcjonariusze, którzy go zabrali z obory nie pozwolili mu wejść do mieszkania. Bardzo cierpiał - był mróz.

R. O jakiej porze dojechaliście do Iławy?

L. Była godzina 730. Wprowadzono nas na dziedziniec więzienny. Wyczytywano nazwiskami i przydzielano nam cele. Ja do pierwszej celi trafiłem z Bryckim, Śnieżką oraz z Kamińskim z Lubawy. Przyniesiono nam coś do jedzenia. To było ochydne. Podziwiałem Stefana Śnieżkę, który złapał za łyżkę i jadł jakby to było coś najsmaczniejszego. Natomiast ja i Brycki jak się nachyliliśmy nad miską, to biegliśmy na zmianę do klozetu. Pierwszy raz spotkaliśmy się z takim jedzeniem o bardzo dziwnym zapachu. Była to wodnista zupa z warstwą łoju na wierzchu. Do tego kawałek „chleba” - to były plewy.

R. Jakie warunki przygotowano wam w celach?

L. Wnioskowaliśmy, że były opróżnione w pośpiechu. Było sporo rzeczy pozostawionych przez skazanych. Po lewej i po prawej stronie stały normalne więzienne prycze z siennikami wypchanymi szmatami. Otrzymaliśmy po dwa prześcieradła, małą poduszkę wypchaną gąbką i dwa koce. W celi mieliśmy jeszcze stół, klozet i umywalkę z zimną wodą. W celi było bardzo zimno. Następnego dnia próbowano nas przebrać w więzienne ubrania. Nie zgodziliśmy się na to, bo status internowanego nie jest równoznaczny z tymczasowym aresztowaniem czy skazaniem. Następnie próbowano w kartotekach umieścić nasze odciski palców. Powiedziałem, że nie jestem ani podejrzany, ani skazany i nie zgodziłem się na to.

R. Czy poinformowano was jaka jest sytuacja w kraju, jak długo będziecie tu przebywać?

L. Byliy odizolowani od wszystkich informacji. Dopiero po pewnym czasie włączono nam w celach głośniki. Były to cenzurowane programy. Później zaczęły do nas docierać podziemne wydawnictwa „Tygodnik Solidarność”, „Rezonans”. Az serce się uśmiechnęło, kiedy człowiek pierwszy raz na to spojrzał. Oprócz „zewnętrznych”, mieliśmy i własne wydawnictwo obozowe. Potem uruchomiliśmy także własną rozgłośnię. Szczegółów technicznych dokładnie nie znam. Podejrzewam, że w celach wykorzystywany był głośnik jako mikrofon, natomiast źródłem zasilania (nie mieliśmy baterii) była grzałka elektryczna. Głos z głośników był metaliczny, chrypiący, ale zrozumiały. Klawisze podejrzewali, że włamaliśmy się do radiowęzła.

R. Jak odbywało się przekazywanie informacji między wami?

L. Informacje szły w lewo i w prawo, w poziomie przez otwory do CO. Natomiast w pionie mieliśmy komunikację na zasadzie podciąganego sznureczka.

R. Od kiedy zaczęły was odwiedzać rodziny?

L. Pierwsze odwiedziny miałem w styczniu. Widzenie było możliwe tylko raz w miesiącu. Trwao godzinę.

R. Słyszałam, że otrzymywaliście pomoc z PCK i Kościoła?

L. Tu jesteś w błędzie. Pomocy z PCK nie było. Dopiero po pewnym czasie zainteresował się nami Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Nasz PCK nic w tym kierunku nie zrobił - po prostu dla nich nie istnieliśmy. Dopiero po interwencji MCK, już po bardzo długim czasie niby zaczęto się interesować naszymi rodzinami. Paczki jakie myotrzymywaliśmy pochodziły z Kurii Biskupiej w Olsztynie.

R. Czy mieliście posługę duszpasterską? Czy odwiedzali was księża?

L. Początkowo nam tego odmawiano. Pierwszą Mszę św. odprawił dla nas ks. bp J.Obłąk razem z księdzem z Iławy w połowie stycznia. Od tamtej pory odprawiano Mszę św. już w każdą niedzielę. Księża nie mieli dostępu do cel. jedynie w trakcie swojej wizyty ksiądz biskup Jan Obłąk w towarzystwie funkcjonariusza służby więziennej odwiedził nas w celach.

R. Czy w Iławie zdarzały się przesłuchania i stosowano przemoc?

L. Byłem przesłuchiwany po raz pierwszy w lutym. Zarzucano mi kolportaż i drukowanie materiałów szkalujących ustrój nasz. Skorzystałem z porad książeczki „Obywatel, a służba bezpieczeństwa”. Rozmowa trwała godzinę. ja, jeżeli mówiłem 5 minut, to było wszystko. Powiedziałem jak się nazywam i słuchałem. Moje odpowiedzi były krótkie: nie wiem, nie pamiętam. Zdawałem sobie sprawę, że każde nieopatrznie użyte słowo może się obrócić przeciwko mnie. Miały miejsca tzw. „ścieżki zdrowia”. M.in. 25 marca mocno pobito grupę kolegów z Gdańska. Pytałem strażników dlaczego odnoszą się do nas gorzej niż do skazanych. Po jakimś czasie jeden z nich w tajemnicy powiedział mi, że mieli instruktażowe spotkania, na ktrych określano nas jako bandytów, że gdyby nas nie zamknęli, to wymordowalibyśmy ich rodziny. Niektórzy faktycznie w te brednie uwierzyli i tak nas traktowa4li jak ich szkolono.

R. Czym się tam zajmowaliście?

L. Wyglądało to rónie. Na spacerach uczyliśmy się języków obcych. W celach dokształcaliśmy się z historii. Mieliśmy dość często tzw. „kipisze” - przeszukania cel. W jednej z cel mieliśmy kolegę, który przodował w pomysłach - np. wieszał na ścianie, na nitce narysowanego orła w koronie. Na końcu tej nitki wisiało pudełko od zapałek, wypełnione sodą kaustyczną (dostawaliśmy ją do czyszczenia). Było to tak sprytnie zawieszone, że w chwili gdy funkcjonariusz zrywał tego orła, pudełeczko się przekręcało i soda wysypywała się mu na twarz. Podobnych pomysłów było wiele.

R. Jaki wpływ na wasze zdrowie miały istniejące warunki więzienne?

L. W czasie pobytu w Iławie byłem dwa razy w szpitalu. Kłopoty z sercem, z którym dotychczas nie miałem problemów. Było zalecenie, że internowany nie może przebywać w szpitalu dłużej jak 7 dni. Drugi raz trafiłem w kwietniu i byłem aż do czerwca. Wówczas częściej odwiedzała mnie rodzina. 8 czerwca byłem wypisany ze szpitala w Iławie ze skierowaniem na dalsze leczenie w szpitalu wojewódzkim w Olsztynie. Konwojowało mnie trzech funkcjonariuszy. W drodze zobaczyłem po pół roku zieleń, zboża - szokujący widok. W Olsztynie zaniepokoił mnie fakt, że nie jedziemy prosto do szpitala, lecz w stronę Barczewa. W chwilę potem przejeżdżaliśmy koło mojedo domu. Trochę żal się zrobiło, że po tak długim czasie nie mogę wejść do domu, zobaczyć dzieci pomimo, że jestem tak blisko. W Barczewie okazało się, że mam skierowanie - wniosek komendanta wojewódzkiego na operację. Ordynator szpitala był zdziwiony. Po 1,5 godzinnych ceregielach przewieziono mnie znowu do Iławy, lecz nie do szpitala, tylkop prosto do obozu.

R. Jak długo jeszcze przebywałeś w tym obozie?

L. 28 czerwca kazano nam się spakować, wyprowadzono na przeszukanie, załadowano do „lodówki” i przewieziono do Kwidzyna. Zostało nas w ostatniej grupie 18-tu. W Kwidzynie to już był normalny obóz. Zewnętrzny mur z wieżami, strażnicy dyżurują z bronią na okrągło, od muru w pewnej odległości płot z siatki, u góry druty kolczaste, wewnątrz baraki z zakratowanymi oknami. Nie można tego było nazwać - ośrodkiem odosobnienia - to był po prostu obóz.

R. Jak wyglądały kontakty z rodziną?

L. Początkowo korzystaliśmy z sali widzeń. Powodowało to długie kolejki oczekujących na widzenia. Później kilku kolegów - nasi przedstawiciele - uzgodnili z komendantem obozu, że przy dobrej pogodzie, będziemy przyjmować nasze rodziny na powietrzu. Ustawialiśmy stoliki obok sali widzeń i wtedy ilość tych widzeń wzrastała.

R. Opowiedz dokładnie co zdarzyło się w obozie 14 sierpnia?

L. 14 sierpnia 1982 roku. Po godzinie 900 wyprowadzono nas na spacernik i wtedy zauważyliśmy, że przed bramą stoi masa ludzi. Ten fakt nas zaniepokoił. Delegacja udała się do komendanta z pytaniem - dlaczego rodziny czekają. Ustalone było inaczej. Okazało się, że zmieniono nam komendanta, obecny kategorycznie zerwał naszą wewnętrzną umowę. Postanowiliśmy zaprotesować. Wróciliśmy do cel, wzięliśmy taborety, łyżki aluminiowe, miski. Usiedliśmy pod bramą i zaczęliśmy łyżkami tłuc w garnki. Hałas był straszny. Po tej kanonadzie przerwaliśmy, śpiewaliśmy pieśni obozowe i ponownie czyniliśmy ten hałas. Jeszcze raz delegacja nasza udała się do komendanta aby pertraktować o widzenia. Okazało się, że komendant wczeniej radził się oddziałowego (w stopniu porucznika), który nazywał się naszym wychowawcą - p. Młotkowskiego i orzekli, że widzeń nie będzie. Postanowiliśmy podtrzymać nasz protest 2 godziny. Po pewnym czasie zauważyliśmy, że odsunięto nasze rodziny od bramy siłą. Obóz otoczono ZOMO-wcami. ZOMO-wcy uzbroili się w tarcze, pałki, kaski bojowe z przyłbicami. Jest zarzut, że internowani rozpruli siatkę. Podejrzewam, że sprawa już wcześniej była wyreżyserowana, żeby stworzyć pozory ucieczki. Zygmunt Goławski nawoływał, aby internowani nie wychodzili poza pierwsze ogrodzenie. Sprowadzono straż pożarną. Z-ca komendanta straży, po stwierdzeniu, że nic się nie pali, odmówił wjazdu na teren obozu. Chciano mu początkowo ten wóz zabrać, lecz w kocu klawisze wyciągnęli obozową motopompę i skierowali strumień wody na nas. Zaczęlimy się w popłochu wycofywać zasłaniając się przed wodą taboretami. Przyjęliśmy postawę by ich nie prowokować. Zachowaliśmy spokój. Nie było wyzwisk, nikt niczym nie rzucał. Kałudziński wszedł na dach baraku. Nie zdążył zejść w porę i został od nas odcięty. Bili go pałami. Kiedy upadł pryskali gazem w oczy. Zostawili go kiedy już się nie ruszał. Pielęgniarka kazała wezwać pogotowie. Zabrali go. Sytuacja wyglądała groźnie. Zomowcy mieli przy sobie psy bez kagańców. Była w nas skierowana broń z wież strażniczych. Uciekliśmy do swoich cel, aby zmieni przemoczone ubrania. Wtedy cele zostały zamknięte. Po piętnastu minutach otwierano je, na korytarzu było słychać krzyki bitych kolegów. Wpadli do naszej celi. Uderzyli kolegę. Zamierzali się na drugiego, gdy w drzwiach stanął oddziałowy Młotkowski. To on wskazał konkretne osoby - Andrzeja Bobera i Piotra Bączyka, internowanego w maju z OZOS-u. Uzbrojona w pały grupa ZOMO podeszła do nich i zaczęła bić. Potem kazano im wychodzić. W drodze do drzwi od łóżka już się przewracali. Zaczęto ich kopać i tak wyrzucono na korytarz. Było słychać ich krzyki, udezrenia pał. Ubliżano im, traktowano gorzej jak zwierzęta. Wrzucili ich spowrotem do celi i znowu za nimi wpadli - pięciu lub sześciu. Przez cały czas był z nimi dowódca. Oprócz pałek używali pięści i kopali. Strasznie ich skatowano. Taki fakt mi utkwił w pamięci. Już po pobiciu kazali uklęknąć Piotrkowi przed szafką na której miał naklejony obrazek matki Boskiej. Kazali mu go zerwać. Ten ukląkł, odkleił obrazek, a klawisz go podarł i kazał ucałować swoje buty. Z chwilą gdy Piotrek się nachylił - chłopak nie wiedział już co robi - klawisz zaczął go okładać po plecach i kopać. Podobnie było z Andrzejem Boberem. Potem kazano Boberowi, Łukomskiemu i Bączykowi sprzątać korytarz, który wyglądał jak po pożarze, woda i kawały tynku. Kiedy dano nam spokój Andrzej Bober zaczął się skarżyć na silny ból głowy. Dobijalimy się do drzwi, żeby udzielono mu pomocy, lecz nie było żadnej reakcji. Dopiero około 17-18-tej przyszedł lekarz więzienny i zaprowadzono pobitych do ambulatorium, gdzie oglądano ciała, coś zapisywano i wygoniono spowrotem. Nie dano żadnych środków opatrunkowych, żadnych znieczulających - nic. W nocy Andrzej źle się poczuł - zaczął tracić przytomność. Zaczęliśmy wszyscy walić do drzwi. Prosiliśmy kolegów z innych cel, by robili to samo, wzywaliśmy lakarza. Przyszedł oficer dyżurny i powiedział, że lekarz będzie rano. Bojąc się o życie kolegi napisaliśmy oświadczenie, że nie bierzemy odpowiedzialności za ewentualne następstwa. To pomogło - przyjechało pogotowie ratunkowe, które zabrało Andrzeja. Wstrząs mózgu.

R. Jak wyglądało wyjście na wolność?

L. 16 września 1982 roku dostałem skierowanie do szpitala i przewieziono mnie do Prabut. Było nas tam jedenastu. 27 listopada przewieziono mnie do Szpitala Wojewódzkiego w Olsztynie, gdzie przebywałem do 24 grudnia 1982 roku. W przeddzień, 23 grudnia był telefon z komendy MO, że jestem wolny.

R. Po uzyskaniu wolności zdecydowałeś się na wyjazd z kraju?

L. Tak. Szukałem pracy. Nigdzie nie chciano mnie zatrudnić - w poprzednim moim zakładzie grzecznie odmówiono. Byłem w OZNS i Polmozbycie. Pomozbyt ogłaszał w „Gazecie Olsztyńskiej”, że poszukuje pracowników lecz też mi odmówił. W kwietniu 1983 roku wyjeżdżam z rodziną do Stanów Zjednoczonych.

 

(powyższy wywiad z Leszkiem Szawłowskim zamieszczony został w „Rezonansie” nr 7/28 z dnia 13-17.12.19883r. - wyd. podziemne).

 

 

--------------------------------------------------------------------------------

 

Olsztyn  sobota, 14 listopada 2009 r.


Do druku podał za Siecią poniższy tekst:


Rozmowa ze Stefanem Ruchlewiczem

przeprowadzona w dniu 13 kwietnia 1999 roku

 

Pyt. Szczególnie interesują mnie początki „Solidarności” w Olsztynie.

Odp. W roku 1980 na przełomie czerwca i lipca - pierwsze strajki - Gdańsk, Lublin, dwa ośrodki strajkowe. Ja byłem na zaległym urlopie i w pewnym momencie telefon i zrywają mnie z urlopu jako dyrektora. Spęd wszystkich dyrektorów w Komitecie Wojewódzkim. Byłem wówczas dyrektorem naczelnym Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej. To zebranie prowadził sekretarz Komitetu Wojewódzkiego i zaleca się, żeby był spokój w zakładach, żeby nie było strajków. Ustawiano, żeby dyrektorzy byli czujni. Na takich naradach organizowanych odgórnie były ustawione  dwie, trzy osoby - Reich zabierał głos, Laskowski, który później został sekretarzem KW, a w tym czasie był dyrektorem IZNS-u. Chyba jako piąty, już poza planem wychylił się dyrektor Spomaszu i mówi: „Słuchajcie, ja jestem wasz człowiek, ale żeby dowiedzieć się co się dzieje w Polsce, to ja mam Wolnej Europy słuchać? Nie mogę się dowiedzieć co w Gdańsku, co w kraju się dzieje”. I tak ten dyrektor sprowokował mnie i ja także poza planem zabrałem głos.
Być może była to już druga narada. I właśnie na tej naradzie, kiedy się wychyliłem, powiedzia­łem o możliwościach finansowych i o związkach zawodowych. Powiedziałem, jaki problem jest ze związkami zawodowymi. Ja chcę mieć rzetelnego partnera. A czy on będzie się nazywał samorządny czy niezależny - co za problem? I wtedy na moje wystąpienie E. Wojnowski wstał i powiedział: „Towarzyszu Ruchlewicz, wyście nie zrozumieli o co tu chodzi. Nam nie chodzi o takie związki, tylko że te związki chcą żeby były chrześcijańskie, a my nie możemy na to pozwolić”.


Ale wtedy w Olsztynie jeszcze nikt nie strajkował. Cały czas nasłuchiwano co się dzieje w kraju. I w pewnym momencie w Olsztynie wpada do mnie kierowca i mówi: „Panie dyrektorze, zjeż­dżają!”. No i zjechali wszyscy z wyjątkiem jednego kierowcy Pawła Heniga, bo to był taki czło­wiek oddany partii - później to on nie miał życia, gdyż wszyscy kierowcy go prześladowali, gdyż on był jak trędowaty, gdyż on się wyłamał. On jedyny nie zjechał, na Dajtkach gdzieś został. To był pierwszy strajk na terenie Warmii i Mazur. To było na przełomie lipiec - sierpień (?). Poza Gdańskiem i Lublinem wówczas nic się  jeszcze nie działo. To były początki.


Kiedy zjechali nasi kierowcy, wtedy wszyscy się zebrali w świetlicy. Wtedy przedzwoniłem do władz - do prezydenta, wojewody. Wtedy przyjechali wojewoda, prezydent, komitet miejski, ko­mitet wojewódzki, dyrektor zjednoczenia na sali. I wychodzi pan Jan Makowski, późniejszy nasz przewodniczący Komisji Zakładowej - wychodzi i czyta postulaty. Ja w komunikacji miejskiej pracowałem dość długo, gdyż 8 lat jako zastępca dyrektora i czwarty rok jako naczelny, z widzenia znałem każdego z kierowców, ale on był dla mnie mało znany, a tu jako kierowca czyta postulaty. Nie kojarzyłem go. Zwróciłem się do zastępcy, do kadrowej, kto to jest? I później poprosiłem akta i dzisiaj widuję się czasami z nim na zasadzie grzecznościowej „dzień dobry”, ale głęboko jestem przeświadczony, że to był człowiek, który z góry był ustawiony do zrobienia pew­nej roboty. On przeczytał te postulaty gdańskie i była jakaś część postulatów naszych wew­nęt­rz­nych, zakładowych, jakieś sprawy płacowe - razem dołożyli ok. 10 postulatów. I na tej sali, za­łoga mi ufała, a więc poprosiłem ich „słuchajcie, to są władze, a więc proszę was wyjdźcie na trasę. Swój cel osiągnęliście, postulaty władze otrzymały, będziemy je realizować. Jeżeli mi ufacie jako dyrektorowi, to proszę was wyjedźcie”. Cisza na sali, nikt się nie odzywał. Jeszcze na po­czątku wojewoda próbował przekonywać, prezydent, ale oni nie chcieli tego słuchać. na moją prośbę jednak zdecydowali się wyjechać. I wyszli z sali. Ja z władzami wszedłem do gabinetu dyrektora, to wtedy oni zaczęli mnie obcałowywać ci wodzowie, że w tak trudnej sytuacji załoga posłuchała i wyjechała.
Dzisiaj prezentuję takie stanowisko, że to było aranżowane przez służby specjalne. ten człowiek był w KBW, on wyszedł z wojska i w nowym przedsiębiorstwie krótko pracował 2-3 lata przed stanem wojennym. I raptem on stał się szefem - wodzem. Pomimo jego działalności w Komisji Zakładowej, nie był internowany. Później mi przekazywali, Langowska i inni, że kiedy byli przesłuchiwani już po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy się zebrali przewodniczący komisji zakładowych, to przy wszystkich stolikach było wypisane nazwisko, gdzie kto siedział, a tam gdzie on siedział nie było wpisane nazwisko. Trzeba by po prostu sięgnąć do archiwum

 
Po komunikacji miejskiej inne zakłady zaczęły strajkować. Ja w zasadzie od początku ustawiłem się na tak.

Pyt. Władze wówczas popierały samodzielne, samorządne, niezależne związki, ale nie „Solidarność”.

Odp. W pierwszej fazie to ze strony władz w ogóle było „nie!” Tak było do porozumienia Jagielski - Wałęsa. I dlatego kiedy ja na tym zebraniu w Komitecie zabrałem głos, to na drugi, trzecie dzień miałem tu instruktorów. I z komendy mnie odwiedzili, prosili o wykaz wszystkich umysłowych, sprawdzali gdzie kto kończył jakie studia. Było to rozpracowywanie. Nastąpiło jednak pewne pokrzyżowanie ich planów, gdyż ja rok chyba przed stanem wojennym zatrudniłem Łukomskiego Edmunda. On wyszedł z wojska, gdzie miał dyscyplinarne sprawy. On był bez pracy. Później miano do mnie potężne pretensje, po co ja go zatrudniłem. I on wszedł na przewodniczącego MKZ-u. Po tych pierwszych spotkaniach właśnie Łukomski został wybrany jako przewodniczący tego Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego. I to było dla mnie pewne, że Łukomski jest niezależny. Znałem jego akta. Wtedy włączyła się także pani Irena Telesz, Mackiewicz, Makowski Jan, Kisły później dołączył. Był wówczas dyspozytorem.

Pyt. Była kwestia zarejestrowania Komisji Zakładowej w Gdańsku. Ks. Żołnierkiewicz mówił, że z panem jeździł do gdańska?

Odp. Była z nim współpraca, gdyż ja z księdzem Żołnierkiewiczem rzeczywiście współpracowałem. To były spotkania w cztery oczy. Z jednej strony bowiem był nacisk władz, ale ja dla „Solidar­ności” zapaliłem zielone światło, gdyż dałem pomieszczenie, dałem pełną obsługę …

Pyt. Pan jako pierwszy dyrektor udostępnił pomieszczenie nowym związkom i przez wiele miesięcy funkcjonował w nim związek.

Odp. Na początku był jeden pokój, później dwa pokoje oddałem do dyspozycji. Oddałem do dyspozycji : fiata służbowego, udostępniłem telex. Na początku nie zdawałem sobie w pełni sprawy z sytuacji. Ten przewodniczący nowej Komisji Zakładowej - wówczas był telex, z którego wychodziła taka taśma perforowana. I ten Makowski przez cały czas, jak przychodziły z Gdańska te teleksy, to on te taśmy perforowane brał i on to zbierał, i to było prawdopodobnie kopiowane. Cały czas więc śledził.


Początki były bardzo trudne, bardzo ostre, gdyż była potężna presja na mnie, natomiast załoga tego nie odwoła. Ja w tym czasie byłem radnym Miejskiej rady narodowej - byłem drugą kadencję radnym. I przyszedłem na sesję, jak tylko pojawiły się pierwsze znaczki solidarnościowe, ja sobie przypiąłem znaczek „Solidarności”. I pamiętam, był taki stary redaktor „Gazety Olsztyńskiej”, Milewski i on powiedział, że co Ruchlewiczowi trzeba oddać to jednak odwagę. Pierwszy na sesję ze znaczkiem „Solidarności” na sesję i to jeszcze dyrektor. Patrzyli wówczas zszokowani. Nie byli pewni czy mają we mnie swojego człowieka. Były bowiem naciski, byłem bowiem wielokrotnie wołany przez SB, wieczorami do Komendy Wojewódzkiej. Chcieli mnie zwerbować, gdyż chcieli mieć e tym środowisku swojego człowieka. Oczywiście się nie dałem.


W moim odczuciu początki, pierwszy strajk, pierwsze niepokoje - one były inicjowane przez służby specjalne. I tego ja jestem pewien. Natomiast później, wprowadzając Łukomskiego (Ma­kowski był ich człowiekiem, Łukomski nie był ich człowiekiem). Ja Makowskiemu powiedziałem chyba ze trzy razy: „Słuchaj, mam wrażenie jakbyś ty działał na szkodę „Solidarności”. On przychodził do mnie jako do dyrektora i on też nie wiedział co ja myślę w konsekwencji. On był ich czlowiekiem, ale on nie wiedział kim ja jestem. I nie wiedział jak ze mną rozmawiać. Krótko mó­wiąc, w pierwszym okresie ja ich instruowałem co mają robić. na przykład pierwsze postulaty w Olsztynie dotyczące krzyży, budowy kościoła na ul. Wyszyńskiego - Chrystusa Odkupiciela Czło­wieka. Była taka sytuacja, że akurat byłem u prezydenta Różyckiego załatwiając jakieś tam służbowe sprawy i Różycki do mnie mówi: „Widzi pan, już chcą budować kościół itd. Uważam, że będzie sprawa odrzucona, nikt się na to nie zgodzi. już wstępnie konsultowałem”. Po tej rozmowie wróciłem do przedsiębiorstwa, stoi grupka kierowców, z dziesięć osób, podszedłem i chwilę porozmawiałem. I mówię: „Słuchajcie, to wy macie pretensje, że w Olsztynie nie dają pozwolenia na budowę kościoła. Wy do mnie macie o to pretensje? Że nie ma krzyży w świetlicach, zakładach, biurach?” I chwilkę postałem i poszedłem. To była rozmowa podsuwająca im myśl. I dosłownie chyba po pięciu minutach przyszedł do mnie kierowca Kwiatkowski, który był najbardziej religijny i paru jeszcze innych i mówią: „Panie dyrektorze, ale co w tej sprawie dałoby się zrobić?” Ja im mówię: „Macie te swoje postulaty, dajcie mi je, ja pokażę dalej władzom”. Na drugi dzień maszynistka napisała te postulaty i poszły do Komitetu Wojewódzkiego i do Komitetu Miejskiego, do Prezydenta, do Zjednoczenia. I mówię: „Panie prezydencie, będą stali. Jak nie będzie zgody, będą stali”. I było pozwolenie. I było pozwolenie na budowę kościoła. Tak, że ten moment rozmowy był dlatego łatwy na terenie komunikacji miejskiej, gdyż do tych działaczy, którzy to zaczęli nie było żadnej represji. Ja ich chroniłem swoją osobą jak tarczą. A oprócz tego mieli też materialną pomoc, bo np. papier mieli zakładowy, samochód, paliwo, pełna obsługa biura. A w międzyczasie po zarejestrowaniu, znalazło się dużo więcej odważnych ludzi.


Później powstało pismo „Rezonans” i włączyło się szereg osób. Również całe zaplecze, cała drukarnia mieściła się u nas. Były pokoje gościnne przy szatniach. Tu bardzo aktywny był Kisły i jeszcze Grucela, oraz szereg osób. Natomiast podczas I Zjazdu w Kortowie było taktyczne rozgrywanie. Były wybory przewodniczącego regionu. Tu muszę powiedzieć, że chyba popełniłem błąd taktyczny. Ja miałem niedosyt. W dalszych etapach działalności związkowej nie widziałem Łukomskiego. Ja go znałem lepiej, gdyż byłem bezpośrednim jego szefem. I minusy znałem. Ale w sumie Łukomski byłby lepszy niż Krupiński. ja nie zdawałem sobie sprawy. Powroźny też był kandydatem i w ostatniej chwili ja również się zdecydowałem kandydować. I o tyle to dziwne było, np. Andrzej Bober, który był wiceprzewodniczącym Zarządu, był aktywnym pracownikiem w Zarządzie regionu i dostał jedynie 13 głosów. ja dostałem 31. Dostałem dużo więcej. Część ludzi zaufało. Wystartowałem, gdyż chciałem rozwiązać i poprowadzić dalej - ratować. Bo ja widziałem zagrożenie, u niektórych działaczy dostrzegałem prywatę.

Pyt. Pan był w dość trudnej sytuacji, gdyż zgodnie z duchem związkowym na dyrektora trudniej jest głosować mimo nawet zasług. W tej sytuacji i tak pan uzyskał sporo głosów.

Odp. Tym bardziej, że nie prowadziłem żadnej kampanii. Ktoś się wychylił na sali: „A może pan wystartuje?” A ja odpowiedziałem: „Chyba tak, zgodzę się”. I później gdy było pytanie, czy się zgadzam, to odpowiedziałem, że chcę służyć „Solidarności”. Ale wtedy miałem pretensje do Lubienieckiego, który prowadził ten Zjazd, że nieładnie się parę razy zachował. Wtedy został wybrany przewodniczącym Krupiński. Wcześniej prowadził Związek Łukomski i w trudnych momentach on się sprawdził. W sumie może, gdyby z mojej strony było większe poparcie dla Łu­komskiego (ja chciałem chronić Związek i oddawałem swoją osobę do dyspozycji) i gdybym tego poparcia nie udzielił, to możliwe, że wiele rzeczy lepiej by się potoczyło. Wtedy jednak nie poparłem go i szala przechyliła się na rzecz OZOS-u, bo Powroźny się wtedy wychylił - Krupiński wtedy wygrał w rywalizacji z Powroźnym. Przez ten mój ruch w zasadzie osłabiłem pozycję Łu­komskiego i siłę komunikacji miejskiej. I ponieważ przegrałem, a wokół Krupińskiego, Powroźny był i Lubieniecki - i widziałem, że się toczy to w inną stronę i powiem szczerze, że pierwszy raz wówczas mnie coś zabolało. Mając stanowisko dyrektora WPKM i startując jako kandydat do władz Związkowych, to ja tylko traciłem. Całą swoją karierę zawodową kładłem na szalę. I gdybym wygrał, to bym nic nie zyskał, tylko bym tracił, gdyż ja musiałem wtedy wszystko zostawić. kariery zawodowej więc już nie mógłbym robić.

Pyt. Stowarzyszenie Obrony Ludzi Więzionych za Przekonania?

Odp. To już było, kiedy władze przygotowywały się do rozbicia Związku. Było to już po tych wydarzeniach marcowych. Chodziło o obronę ludzi więzionych za przekonania. Ja zgodziłem się przewodniczyć temu komitetowi.


W Gdańsku Moczulski zorganizował spotkanie. Wtedy kiedy wyszedł z więzienia. I poszedł telex do wszystkich Zarządów regionu, żeby wysłać delegatów. Ja dostałem delegację i pojechałem z Olsztyna sam. Był jednak taki szczególny moment: ja w tym czasie przez cały czas chodziłem ze znaczkiem „Solidarności”. I na to spotkanie przyjechałem z tym znaczkiem. Dzisiaj nie dam gło­wy uciąć, czy to był Wielowieyski, ale w 90% twierdzę, że to byli ludzie z Zarządu Głównego, którzy stali przy wejściu na tę salę i pytanie było wprost do mnie: „Po co ja idę na tę salę? Przecież pan może w „Solidarności” działać. Po co pan wchodzi?” Praktycznie sala była prawie pusta, byli nieliczni, 40 a może 50 osób. I to już później, kiedy byłem internowany, kiedy mnie na Komendę zamknęli, wtedy widziałem, że mieli te stenogramy tam nagrane i je w pewnym momencie - to było jeszcze przed I Zjazdem „Solidarności” w Gdańsku. I na tej sali chyba ze dwa razy zabrałem głos. Ktoś zaproponował aby dalej poprowadzić to zebranie. I znowu siedząc przy tym stole prezydialnym, miałem wrażenie, że była jakaś  dziewczyna ze służb specjalnych, bo ja chciałem to poprowadzić z klasą, a ona mi w tym przez cały czas przeszkadzała. Widziałem, że nagrywa całość. Powiedziałem jej, żeby się wyłączyła, żeby nie przeszkadzała. Moczulski był gościem i w zasadzie niewiele mówił. Trochę opowiadał o swoich przeżyciach. Ja powiedziałem, że jako Polacy powinniśmy się upomnieć o swoich braci na Wschodzie. No i wtedy wszyscy wstali i były owacje. I to później znalazło swój oddźwięk na I Zjeździe „Solidarności”, kiedy uch­walono specjalny apel.

Pyt. Kto był głównym inspiratorem tego gdańskiego spotkania?

Odp. To byli ludzie Moczulskiego, którzy chcieli zorganizować z nim spotkanie. Może chciał się włączyć w ruch solidarnościowy. I to było od razu blokowane. Stali i nie wpuszczali. A więc było to w jakimś stopniu staranowane.

Pyt. Czyli było to blokowane przez pewnych ludzi z „Solidarności”?

Odp. Tak. Oni nie chcieli żebyśmy nawiązywali współpracę z Moczulskim. W tym czasie (…) byłem sympatykiem KPN-u, miałem pewne kontakty. Oni chcieli mieć swój zalążek w Olsztynie.

Pyt. Stan wojenny.

Odp. Gdzieś dwa miesiące przed stanem wojennym przyszła do mego przedsiębiorstwa 30-osobowa ekipa wojskowa. Szef tej grupy był później komisarzem wojskowym na terenie Olsztyna. Dziś jest generałem, a wówczas był pułkownikiem. Oni wówczas przeprowadzali niby kontrolę funkcjonowania przedsiębiorstwa, ale właściwie przygotowywali się do wprowadzenia stanu wojennego. Oni mój gabinet naszpikowali „pluskwami” - podsłuchem. Pamiętam taki moment: siedzę przy biurku i coś tam przypadkowo ręką dotknąłem i dwa razy taką „pluskwę” znalazłem. Raz pod biurkiem. Wielkość dużego guzika - na takim gwoździu było przybite. Więc ja to wziąłem i pokazałem akurat przewodniczącemu Komisji Zakładowej, który był w gabinecie. On chciał koniecznie żebym mu dał obejrzeć i to już do mnie nie wróciło. to też był sygnał, że on to przekazał. Ta grupa weszła do firmy, aby rozpracować załogę. Ja w pierwszej turze nie byłem przewidziany do internowania. Dzisiaj to już wiem dlaczego oni podjęli taką decyzję. Bo w sumie byłem do końca oddany „Solidarności”, ale byłem przeciwny strajkom, byłem przeciw anarchii, byłem za porządkiem, za dyscypliną, za właściwym funkcjonowaniem.


Gdy wprowadzono stan wojenny, to w nocy po mnie nie przyjechano, ale gdy nad ranem chcia­łem do firmy zadzwonić, to był głuchy telefon. Obudziłem się i może intuicja może coś, bo mnie w domu nie zgarnęli. pojechałem do firmy w niedzielę rani i oni za mną do godz. 20-tej jeździli po Olsztynie. I tutaj w Szczęsnem, w tym właśnie pokoju (bo ja w tym czasie mieszkałem na ul. Wy­szyńskiego, a tutaj miałem dom kupiony i on był w trakcie remontu). I tutaj miałem taki stary telewizor. Włączyłem na Dziennik Telewizyjny i Jaruzelski akurat mówił, kiedy oni przyjechali i mnie zwinęli po raz pierwszy. Przetrzymali mnie w Komendzie Wojewódzkiej chyba do północy. Dlaczego mnie wtedy puścili, to nawet sam nie wiem. Przypuszczam, że chodziło o śledzenie i rozpracowanie.

Pyt. Ale wówczas przesłuchiwali pana?

Odp. Tak, przesłuchiwali. Bardzo długo mnie trzymali. Dali mi do podpisania „lojalkę”, ale ja im tego nie podpisałem. Tam chodziło, że będę wiernie służył itd. a ja im na tym napisałem, że zawsze przestrzegałem prawa obowiązującego w Polsce jako dyrektor i nadal je przestrzegam. I podpisałem się pod tym, bo nie mogłem się pod tym napisać co oni zapisali. Na pewno to gdzieś w aktach mają.


Nie wiem co oni wówczas myśleli, kiedy mnie wypuścili. Może myśleli, że gdzieś w nocy mnie „przycupną”, ale był taki zbieg okoliczności, że jechał dyrektor Zjednoczenia, z którym bardzo dobrze żyłem. Ja powiedziałem mu: „Podwieź mnie” i on mnie podwiózł. Nawet dał kierowcę, bo sam wyszedł, ale dał kierowcę, który miał przepustkę. I ja wróciłem.


Po wprowadzeniu stanu wojennego, Langowska nie była internowana i Langowski Rysiek nie był internowany - ja się z nimi spotkałem. Wziąłem swego przewodniczącego. I to pilne spotkanie Komisji Zakładowych ja zorganizowałem. To było chyba w PSTB-erze. Oni wtedy pojechali na to spotkanie, a ja z załogą zastanawiałem się co zrobić mądrze, żeby nie poddać się władzy. I tutaj w gabinecie powiedziałem, że dla mnie Jaruzelski nie jest żadną władzą, że władzą jest Łu­kom­ski. gabinet był na podsłuchu, więc było wiadome, że mieli argumenty przeciwko mnie. I chyba po dwóch godzinach otrzymałem telefon od tego dyrektora Zjednoczenia, że mnie zawieszają w czynnościach.

Pyt. A gdzie była dyrekcja Zjednoczenia?

Odp. Tam gdzie był Zarząd Regionu „Solidarności”, przy ul. Dąbrowszczaków. On tam nadawał. I później to jego właśnie zobowiązali do przyjęcia tego związkowego majątku. Bo to było Zjednoczenie Przedsiębiorstw Gospodarki Komunalnej.

Pyt. Nazwisko tego dyrektora?

Odp. Jan Madej. I drugi był taki moment, że ja poprosiłem tych swoich poddanych, kierowników - ludzi, którym w jakimś stopniu ufałem i powiedziałem, że nie robimy strajku, ale na zasadzie cichego strajku, autobusy będą nam się psuły. I za parę dni żeby wszystko stanęło. Przypuszczam, że to był podstawowy powód mego internowania. Wiedzieli, że takie działanie jest groźniejsze, niż wystąpienia wprost. I wtedy drugi raz mnie zabrali i powieźli na Komendę. I wtedy w piwnicach mnie osadzili. W kieszeni miałem wtedy 150 tyś zł., gdyż kupowałem materiały na remont. Chciałem przekazać te pieniądze żonie, ale w tym momencie … maznął mnie w oko i taki był początek moich kłopotów z okiem.


Dobę spędziłem w piwnicy w Komendzie Wojewódzkiej. To był już 15 grudzień. I w tym dniu również Andrzeja Pawłowskiego do tej celi wrzucili i podjechała buda w nocy i skutych kajdankami wywieźli nas. Byłem z Andrzejem skuty - wzięli nas do tej budy i powieźli nas. gdy nas prowadzili do tej budy, to stał taki szpaler milicjantów, a praktycznie zomowców, którzy znali mnie jako dyrektora. I wtedy kiedy wsadzali mnie do tej budy, to ja powiedziałem: „Żegnacie nas psami, ale mam nadzieję, że będziecie nas witać orkiestrą”. Później dowiedziałem się, że to było bardzo głośne wśród załogi WPKM-u. Przewieźli nas do Iławy. Pierwsze dwa tygodnie były wręcz brutalne. Przez pierwsze dwa, trzy tygodnie najwięcej zdrowia straciłem. Było potwornie zimno. Dopiero po pierwszej wizycie, kiedy biskup Obłąk odwiedził nas, wtedy troszeczkę zelżało. Cela była bardzo słabo ogrzana. Wsadzili mnie do takiej mroźnej celi, może dlatego, że­bym nie miał z innymi kontaktu. Innych wyprowadzali na spacer, ale mnie nie dopuszczali do kontaktowania się. Wyprowadzali osobno. Sam byłem w celi i na spacer samego mnie wyprowadzali. Nie miałem żadnego kontaktu z kolegami. Z nikim.
To było bardzo trudne, ale nie tyle samotność, co zimno mi dokuczało. I wtedy mi nadszarpnięto zdrowie. Jak biskup Obłąk szedł, to oni przez cały czas światło włączali i wyłączali. Chodziło im o to, żeby zrezygnował i nie odwiedzał cel. Ale biskup stał pół godziny dłużej na tym korytarzu. I otworzyli celę. Biskup zapytał: „ Czy mam jakieś życzenia?” To ja powiedziałem, że przede wszystkim koc, bo tu kostnieję. Przecież jak mnie zabrali, to miałem jakąś koszulkę, spodnie, bieliznę pod spodem i nic poza tym. Były buty. Było zimno więc nakładałem te buty - noga się pociła, a więc buty mokre i tym bardziej to się potęgowało.


I po jakimś czasie 3 albo 4 tygodniach, przenieśli mnie do innej celi. I do tej samej celi dali tego pana, który dziś jest na Zachodzie (?). I był inny wychowawca, który bardziej liberalnie, pod kątem rozmowy … Zauważyłem, że wówczas ludzie w różnych celach byli wysyłani na Zachód, do „So­lidarności” i nie tylko. Od początku oni byli do tego „szpikowani” - przygotowywani. I to tak od początku to się toczyło. To tak pokrótce.

 

(Rozmowę przeprowadził i notował Zenon Złakowski).

 

 

--------------------------------------------------------------------------------

 

 

 

--------------------------------------------------------------------------------

 

Rozmowa z Michałem Powroźnym i Wiesławem Sasinem

ze STOMILU w dniu 25 lutego 1994r.

 

 

Pyt. Zanim powstała Solidarność w OZOS były najpierw związki Piątka. Czy ktoś z panów był związany z tymi związkami?

Odp. Nie, absolutnie nie.

Sasin - Ja byłem na urlopie wówczas, kiedy wróciłem był strajk na fali strajków sierpniowych. Spontaniczna reakcja tych ludzi. Później dopiero doszliśmy do wniosku, że prawdopodobnie to było sterowane. Pomoc dyrekcji przy pisaniu statutu, przy rejestracji tego związku. Z partii to chyba Pióro sam pisał ten statut. Za mało informacji było: co ta związek tworzy się w kraju, na Wybrzeżu. Większość ludzi myślała, że to są akurat te związki niezależne co na Wybrzeżu. W drugim dniu strajku powstał taki komitet, który miał za zadanie spisanie postulaty załogi i ten komitet prowadził już negocjacje z dyrekcją. To był strajk przez niepełne dwa dni. W nocy się zaczęło na wydziale tkanin kordów, następnie przeniosło się zebranie do magazynu wyrobów gotowych. I tam powstała lista postulatów. Były nawet śmieszne: jakieś mydło, środki czystości. To nie były jakieś istotne postulaty. I później zaczął się ten strajk zała­mywać. Pamiętam jak wracałem, bo tam byłem na takim rekonesansie przez ciekawość (byłem na hali wyrobów gotowych. Wiem, że dochodziło do scysji z łamistrajkami. Chowali się oni tam pod maszynami ci łamistrajki. Strajk zaczął gasnąć, tym bardziej, że dyrekcja przyjęła postulaty. Na czele komitetu strajkowego stanął pan Piątek, który był krótko pracownikiem OZOS-u. Pracował na innym wydziale i niewiele potrafię o nim powiedzieć. Przybył ze Śląska. Ponoć uciekł przed rodziną czy żoną, czy był ścigany przez prawo - trudno powiedzieć. I jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął. Po zawiązaniu Solidarności, chyba we wrześniu już go nie było.

Powroźny - W tym czasie byłem na urlopie. Przyjechałem w którymś dniu września dopiero. Byłem gdzie nad morzem na miesięcznych wczasach. Tak, że te wcześniejsze sprawy w firmie są mi nie znane. Niemniej jestem w posiadaniu dokumentu. To znaczy on jest przedrukowany w naszym Biuletynie Informacyjnym, gdzie komitet założycielski owych związków wnosi do sądu o rozwiązanie. Nawet była zabawna historia, że sąd to zwrócił - nie można było się rozwiązać. Była afera z tego powodu.

Pyt. Jak powstała Solidarność w zakładzie?

Sasin - Mieliśmy pracownika ze Służby Utrzymania Ruchu p. Kazimierza Grucelę, którego syn pracował w MPK - Leszek. I pierwszym zebraniem informacyjnym - był to chyba początek września - było nas czterech. Pan Grucela przyniósł nam ulotki i wzory list. Był wśród nas Zbyszek Przewłocki i Jan Kisiel. Te informacje nie wystarczyły nam do zawiązania związku. I postanowiliśmy dotrzeć w kraju do większych zakładów gumowych czy chemicznych. I w kilka dni po tym naszym 4-osobowym zebraniu wybraliśmy delegację: p. Kisiel Jan i Szczepan Marcinkowski. Pojechali do Poznania, ale to było chybione zamierzenie, gdyż za tą delegacją poszedł prawdopodobnie telefon i niewiele się dowiedzieli, gdyż nie zostali wpuszczeni na teren zakładu. Wrócili z niczym, ale po 2-3 dniach ta delegacja została zaproszona do MPK, gdzie dostali zaproszenie do Płocka, do Rafinerii na spotkanie struktur branżowych Solidarności. Tam w Płocku zebrani postanowili utworzyć strukturę ogólnopolską w Rokicie w Brzegu Dolnym w zakładach chemicznych. Po tym drugim przyjeździe, tym razem 3-oso­bowa: Jan Kisiel, Szczepan Marcinkowski i Jerzy Raczek doszło do spotkania na walcowni - do zebrania założycielskiego, gdzie już poszły listy i powstała komisja organizacyjna.

Pyt. Czego się spodziewaliście po Solidarności?

Powroźny - To był taki okres, że były dwie opcje wśród powstających związków. Jedna uważała, że sobie sami dadzą radę i w zakładach sami problemy porozwiązują, ale pojawiła się i zaczęła przeważać opcja powstania jednego ogólnopolskiego związku. To jest również i państwowych.

Pyt. Czy możecie wymienić ludzi, którzy w tym czasie aktywnie włączyli się w działalność związkową w OZOS-ie? Na pewno Zbyszek Przewłocki?

Powroźny - Początkowo to i „Piątki” jeździły do Gdańska, a nawet spotkały się z MKZ-em, a jednocześnie nasi ludzie też zgłaszali się do MKZ-tu. Piątek nie chciał bowiem podpo­rząd­kować się pod MKZ,  natomiast u nas było od początku to założenie istnienia ogólnopolskiego związku. Sporo ludzi, którzy uczestniczyli w tym strajku Piątka i początkowo byli aktywni w jego związkach, pokazali się później w Solidarności, chociażby Rondomański. Przypominam sobie, że do OZOS-u przyjeżdżał Borusewicz, gdzie tłumaczył wyższość związku ogólnopolskiego nad małymi związkami autonomicznymi.

Pyt. Co możecie powiedzieć o Zbyszku Przewłockim?

Sasin - Niewątpliwie był motorem naszych poczynań, długoletni pracownik. On był najbardziej zaangażowany. Ja zostałem trochę na uboczu, ale on parł do przodu. Wówczas pracował jako technolog w Dziale Głównego Technologa, a ja jako technolog wydziałowy miałem z nim kontakty, gdyż on opiekował się walcownią - moim wydziałem. Zresztą znaliśmy się jeszcze od szkoły podstawowej. Tą ideę Gruceli on podchwycił i on to organizował. Początek to Kisiel i też się zaangażował, jeździł własnym samochodem, nawet ulegli wypadkowi w czasie wyjazdu do Rokity w Brzegu Dolnym.

Pyt. Jak się układała współpraca między OZOS-em a MKZ-em

Powroźny - Początkowo pracowałem w laboratorium badań środowiska. To była taka filia działu Bezpieczeństwa Technicznego. Miałem pod sobą zespół do spraw ochrony środowiska.

 

 

W zakładowej strukturze Solidarności byłem jednym z kilku wiceprzewodniczących Komisji Zakładowej. Na zebraniu delegatów utworzono Komisję Zakładową, która wybrała spośród siebie cały szereg pomniejszych komisji.

Miały one rozwiązywać problemy w zakładzie, np. ko­misja finansowa, informacji, wniosków i postulatów, dochodzeń gospodarczych, mieszkaniowa, d/s rekreacji i spraw socjalnych, zdrowia i ochrony pracy, d/s systemu 4-brygadowego, bo to trzeba było zlikwidować i komisja d/s sportu.

Pyt. Kiedy było o zebranie delegatów w OZOS-ie?

Powroźny - Zebranie wyborcze było 21 XI. 1980r. Mam protokół z tego posiedzenia. Został wybrany przewodniczący Zbyszek Przewłocki, delegaci do MKZ-u: Kociuba, Przewłocki (…), wybór członków Zarządu Zakładowego (w/g ordynacji wzorcowej Solidarności). Wtedy firma miała 4.600 ludzi, a Solidarność liczyła ok. 3.000 ludzi. Dwa dni po zebraniu delegatów ukon­stytuowała się komisja zakładowa, szefów tych większych komisji, dokonano wyboru delegatów na spotkanie przedstawicieli Solidarności ZBGUM, dnia 26-28 w Krynicy (Kisiel, Kociuba i Łukaszewicz). Przewodniczącym komisji informacji Janik miał być dziś wśród nas. Myśmy przyjęli w ten sposób, że Przewłocki jest przewodniczącym, natomiast szefowie poszczególnych komisji zostali wiceprzewodniczącymi.

Pyt. W tym pierwszym okresie działania Solidarności były jakieś momenty szczególnie ważne: może konflikty z dyrekcją?

Powroźny - Na to wszystko są dokumenty. Są dokumenty pierwszych działań naszych, pierwsze nasze postulaty. Myśmy starali się uniknąć błędów pierwszych związków. Myśmy podeszli do tego koncepcyjnie, organizacyjnie. Mieliśmy ten komfort czasu. Z dyrekcją na początku problemów nie było, natomiast na końcu (sierpień, wrzesień 1981r.) to w naszych biuletynach drukowaliśmy partyjne uchwały. Ponieważ oni byli z nami kontra dyrekcja. Ich uchwały nie chciała drukować „Gazeta Olsztyńska”, również „Kormoran” - gazeta zakładowa, oni nie mieli powielacza, nie mieli nic i dlatego pomagaliśmy. Dochodziło do takich rzeczy, że jakieś struktury z PKP kontaktowały się z Komitetem Zakładowym OZOS-u poprzez Solidarność.

Pyt. Czy dużo było wśród członków Solidarności partyjnych?

Powroźny - W pierwszym momencie to sporo ludzi rzucało, występowało z partii. Myśmy przywiązywali dużą wagę do działalności propagandowej. To był ten czas, kiedy można było wyciągać różne dziwne partyjne sprawy. Zarówno z Polski jak i z OZOS-u. I myśmy to robili. I myśmy dzięki temu mieli zwolenników.

Sasin - Partyjnych chyba około 50%. Partia była dość liczna. Przebijała nawet ZMS, który wówczas, który wówczas miał ok. 1.200 członków. Partia mogła liczyć nawet do 1.500 członków. Około 80% załogi w szczytowym okresie było w związkach więc siłą rzeczy musieli też być partyjni. Poza kierownikami wyższych komórek, wydziałów to rzeczywiście nie było podziałów na my i oni. Mieliśmy sporo kolegów, którzy z konieczności należeli do partii i nam to nie przeszkadzało. Nigdy nikt nikomu nie wytykał faktu [przynależności.

Powroźny - Miałem jakiś udział w początkach związku. Prowadziliśmy audycje, zajmowałem się informacją. Pracowałem w radiowęźle, a poza tym starałem się współpracować z siecią wiodących zakładów. Przyjechali do nas przedstawiciele ze Stoczni Gdańskiej. i zajęliśmy 10 czy 11 miejsce na liście krajowej. Zgłosiliśmy do tego akces i ja temu się poświęciłem. Włożyliśmy naszą pracę, gdyż przygotowaliśmy projekt ustawy o przedsiębiorstwie, projekty dotyczące reformy samorządowej. W czasie trwania Zjazdu było posiedzenie Sejmu i trwała straszna walka ze Stanisławem Kanią o dwa lub trzy punkty. Przeszła ustawa nowa, bardzo dobrze, ale brakowało nam 3 punktów aby to się nie różniło od naszych założeń. Mam te materiały.

Pyt. „Sieć” jak była odbierana przez władze krajowe Solidarności?

Powroźny - Fatalnie, jako konkurencja. Była więc pełna dwutorowość, dlatego że KK Porozumienia czy później Komisja Krajowa miały swoje rzeczy czysto związkowe, natomiast my wychwalaliśmy swoje. Interesowały nas sprawy gospodarcze, zagadnienia prawne. Całe otoczenie, w których związek miał żyć. Myślę, że to jest duży sukces OZOS-u, że myśmy w to weszli, wnieśliśmy sporo nowego. na podkładzie tych statutów, tych dokumentów, ordynacji wyborczej, przecież myśmy wybierali radę pracowniczą w OZOS. Później przekładaliśmy to, zgodnie z zasadą działania Sieci, na Region.

Pyt. Wspomniał pan o marcu 81 roku. Jak odbieraliście wydarzenia w Bydgoszczy?

Sasin - Tak jak większość członków, jako prowokację. Był to jakiś papierek lakmusowy dla władzy. Czekali na reakcję jak się Solidarność zachowa, na ile można sobie pozwolić, siłowo rozwiązać.

Powroźny - Wcześniej był kryzys z rejestracją związku. Był pierwszym sprawdzianem siły organizacji. Przecież były te różnice w zarejestrowanym statucie, a projektem.

Sasin - Tam chodziło o tą przewodnią rolę partii

Powroźny - I podległość związku.

Pyt. Co możecie powiedzieć o zjeździe wojewódzkim Solidarności w 1981r.?

Powroźny - My w OZOS-ie działaliśmy za szybko i dlatego mieliśmy już ludzi wybranych w listopadzie. Regionalne przetasowania nas specjalnie nie obchodziły. Wiesiek Rondomański, który miał obowiązek raz w tygodniu czy dwa razy, pokazać się przed mikrofonem i powiedzieć co tam w MKZ się dzieje. Oprócz tego były faxy, jakaś codzienna informacja.

Pyt. Czy radiowęzeł był wam podporządkowany?

Powroźny - Oczywiście. Pierwsze spotkanie z dyrekcją jakie było to po to, że kazaliśmy dodatkowe 100 głośników założyć w zakładzie, bo radiowęzeł tam nie docierał na całą halę.

 

 

Mieliśmy to w różnych czasach, ale przynajmniej dwa razy w tygodniu mieliśmy takie 15-20 minutowe audycje, które później były powtarzana na trzeciej zmiania.

Pyt. Kto siadał za mikrofonem?

Powroźny - Pan Janeczko, był wtedy na etacie w OZOS i zajmował się też oprawą muzyczną - ja również.

Pyt. Czy („składaliście” jakąś ofertę ?) w OZOS-sie? Powołaliście przecież specjalną komisję w tym celu?

Powroźny - Trzeba powiązać 2 rzeczy, wziąć postulaty „Piątkowe”, a również nasze, które protokołowaliśmy. 4.XI.1980r.. Wystarczy przeczytać tylko nasze nagłówki: - Likwidacja systemu 4-brygadowego i zmiana na system 3-zmianowy, przy takich samych płacach. Wprowadzenie podwyżek płac, przyznanie dodatku za pracę w warunkach szkodliwych, przydział pomieszczeń dla Solidarności, dostęp do telefonu, powielacza, radiowęzła (…) zapewnienie załodze decydującego głosu przy podziale wypracowanych środków finansowych (…) Myśmy z takimi rzeczami wyszli.

Pyt. Czy dużo udało się zrealizować?

Powroźny - Przede wszystkim - 4-brygadówka, to była rzecz najważniejsza i to oczywiście poszło. Oni jeździli na konsultacje, Krajowa Komisja Chemików coś tam podpisała. Wysłano Marcinkowskiego i Powroźnego do Gdańska, żeby tą Krajową Komisję Chemików rozpędzić, bo to durnie i czerwoni - dokładnie. Później poprawka tego wszystkiego.
Było sporo kwestii w zakładzie. Najbardziej denerwujące nas sprawy, to była kwestia sportowców - czyli utrzymania stadionu. „STOMIL”, który nam wciśnięto. Lewe kasy sportowców - to była też rzecz szalenie bulwersująca. Następnie to Dąbie nieszczęsne, ten ośrodek zbudowany dla bonzów w lesie koło Mikołajek. Sprawy talonów na samochody. Budowa domków letniskowych. To nie tylko Wojnowski, ale pan Wrzosek i inni. Sprawy kadrowe, przeszeregowań. I te rzeczy trzeba było załatwić. Sporo tych rzeczy udało się nam załatwić.

Sasin - Zażądaliśmy list płac, nagród od szczebla dyrektora. Pensja dyrektora - jak pamiętam - nie była dużo wyższa od mojej (ok. 2.000 różnicy) dyrektor chyba około 5,5 tyś. natomiast znaczące były różne premie. I to wyegzekwowaliśmy. Publicznie wisiały listy. Przykróciliśmy więc tego rodzaju praktyki. Postulaty zrealizowaliśmy prawie o 100%.

Powroźny - Likwidacja systemu 4-brygadowego. Zbyniu, Józek i jeszcze kilka innych osób wzięło ten system  obowiązujący w DDRze, poprzeliczali - jak trzeba pozmieniać stawki ludziom, żeby oni nie pracowali w soboty i niedziele, ale żeby ta liczba godzin się zgadzała. Była to kolosalna rzecz - byliśmy pionierami chyba. Bo potem przyjeżdżali do nas: jak wyście to zrobili? Jakie przeliczenia, jakie premie? To była szalona praca. A przy tym nie wyrzucić nikogo.

Pyt. Wracając do Zjazdu Regionalnego Solidarności. Wtedy przewodniczącym został M. Krupiński. Trochę zmienił ten skład Jednym z pierwszych posunięć tego Zarządu było złożenie wizyty w Komitecie Wojewódzkim partii. Jak to motywowano?

Powroźny - Przypominam to sobie. Ponieważ to była siła polityczna wiodąca. Rozmawiać ze sobą za pomocą ulotek to nie był właściwy spsób. To Krupiński jako pzrewodniczący zainicjował to. Z drugiej strony trzeba sobie zdawać sprawę, że mieliśmy sporo cichych zwolenników w tamtych szeregach. Patrząc perspektywicznie rozmowy z tą drugą stroną były nieuniknione, bo nie  można rozmawiać za pomocą ulotek. I dlatego wybraliśmy się, owszem dostaliśmy potem straszliwe lanie, bo to był ten okres taki z szabelką, ale trzeba było. Ponieważ towarzysze tego swojego Wojnowskiego czy innych tak samo chcieli rozliczyć. Nie mówili o tym głośno, ale była to próba pierwsza nawiązania jakiegoś rozsądnego, normalnego kontaktu.

Pyt. Jaki był przebieg tego spotkania?

Powroźny - Musiałbym sięgnąć do jakichś dokumentów z tego czasu. Pamiętam, że to zebranie było dość długie - w Komitecie Wojewódzkim ono się odbyło. Myśmy tam poszli jako Prezydium. Dla nich za tydzień czy dwa zaczynał się zjazd partii., wobec tego myśmy tych towarzyszy, ponieważ ja sprawy gospodarcze prowadziłem, więc zapytałem tego pana sekretarza, który prowadził sprawy gospodarcze, z czym wy na ten zjazd jedziecie? Więc on zaczął odpowiadać na zasadzie, że w tej sprawie to już coś pisali. No dobrze, ale pan ma jakieś materiały, jakieś projekty, proszę nam przedstawić, chcielibyśmy przekonsultować konkretnie. Okazało się, że nie mają nic. Skoro okazało się, że nie mają nic, to ja wyciągnąłem z teczki kilka egzemplarzy projektu „sieci” - przedsiębiorstwa społecznego - gdzie było napisane, jakie powinna mieć uprawnienia rada pracownicza, do którego miejsca państwo ma prawo wtrącać się w przedsiębiorstwo. proszę, to są nasze projekty, jeżeli państwo zechcecie z nich skorzystać, albo może pokazać na zjeździe, to proszę bardzo. W każdej chwili jesteśmy otwarci na dyskusję.
To była moja działka, ale takich punktów było kilka i w zasadzie oni byli tą stroną  szalenie skonfundowaną, bo nie potrafili się poruszać, oni nie mieli wizji.

Pyt. Wojnowski w tym spotkaniu uczestniczył?

Powroźny - Nie, w tym spotkaniu Wojnowski nie uczestniczył. Już chyba jego nie było.

Pyt. Chyba to już był Laskowski?

Powroźny - Chyba Laskowski, bo on jako nowy chyba wyraził zgodę na to. Tym bardziej, że myśmy poszli na ten warunek, że nie na neutralnym gruncie. Ja uważam, że odnieśliśmy sukces. Oczywiście patrząc w kategoriach dalej niż dwa miesiące.

 

 

 

 

Pyt. Byliście za to rozliczani przez jakieś gremium?

Powroźny - Tradycyjnie krzykliwe. Jak rozmawiać z czerwonym, przecież jego trzeba powiesi. To było walne zebranie delegatów. Nie było konkretnych zarzutów. Bo opcje były dwie: albo się wieszamy i strzelamy do siebie, albo rozmawiamy. Ale jak decydujemy się rozmawiać to musimy usiąść i rozmawiać rzeczowo. To była wina tamtego czasu, kiedy przeważał huraoptymizm „skoro mamy swój związek no to mamy wszystko, a tamtych jakąś metodą trzeba wyeliminować.

Pyt. Z perspektywy czasu trzeba stwierdzić, że tamta strona nie była przygotowana na rozmowy, na kompromis.

Powroźny - Z pewnością nie była przygotowana na kompromisy, ale do tego żeby do pewnych rzeczy dojść, to niestety trzeba sprawdzić. Nie można sprawdzić temperatury wody, jak się nie dotknie.

Pyt. Pan znalazł się we władzach Regionu Solidarności.

Powroźny - Później, ponieważ Mirek Krupiński na I Zjeździe Solidarności został jednym z wiceprzewodniczących Komisji krajowej, wobec tego zaszła potrzeba zmian lokalnych - to był październik właściwie roku 1981. W Zarządzie Regionu mnie podlegał Ośrodek Badań Społeczno - Zawodowych. Chodziło o stworzenie takiego banku informacji, bazy eksperckiej we wszystkich dziedzinach, którymi zajmował się Związek  Była ewolucja Związku, od tego momentu burza z szabelką, kiedy wystarczyło głośno krzyczeć, albo umieć zrobi strajk, do momentu, kiedy trzeba było wziąć się za robotę. A jeżeli nie chciało wziąć się za robotę, to przynajmniej umieć ją zorganizowć. Edmund znakomicie dawał sobie radę w pierwszym momencie, bo to był moment taki, że powstał Związek, były strajki i trzeba było na hura pomaga ludziom. Komitety zakładać, problemy - na ten moment Edmund był znakomity i Bartuszek. Z tym, że później już trzeba było zorganizować tę pracę, bo to nie mogło być tak, że przewodniczący miał być w 6 miejscach jednocześnie, tylko mieli być ludzie, którzy do tych 6 miejsc mieli pojechać. I tu Mirek był dobry. To, że miał ambicje (…?), większe, w związku z tym został tym wiceprzewodniczącym Związku d/s zagranicznych. Ja byłem jednym z trzech wiceprzewodniczących. Był Andrzej Bober, Stasiu Mackiewicz i ja. I na dobrą sprawę chyba z automatu jakoś tak wypadło, że byłem tym pierwszym.

Pyt. Był to okres ważny i bardzo trudny. Jak pan ocenia ten okres?

Powroźny - Ocena jest dość trudna. Związek pewne postulaty ogłosił i powinien starać się o ich realizację. W sytuacji, która była, sukcesów nie miał, bo nie można było oczekiwać ich z dnia na dzień. Nieustępliwość władzy, zresztą ona też miała ścianę za sobą. Myśmy, że tyle co na owe czasy dało się zrobić, to moglibyśmy zrobić niewiele więcej. Zwłaszcza biorąc pod uwagę niezadowolenie ludzi z naszej niesprawności. Dla nich byliśmy niesprawni. Nie wywiązaliśmy się nawet z tych 21 postulatów. Zresztą niektóre z nich do dnia dzisiejszego są aktualne. Można by sobie życzyć, żeby był mniejszy procent działaczy krzyczących, a więcej pracujących, ale mieliśmy taką sytuację jaką mieliśmy.

Pyt. Czy w tych miesiącach była u was świadomość, że to może skończyć się w sposób dramatyczny?

Powroźny - Świadomość była, że to zmierza do jakiegoś przełomowego załatwienia sprawy. Niemniej chyba nawet czołówka krajowa Związku nie zdawała sobie sprawy, że to może nastąpić już w przyszłym tygodniu i że będzie to akurat tak wyglądało. Mam tutaj ostatni fax, który wysłał Zarząd Regionu na ostatnie posiedzenie Komisji Krajowej. Treścią tego faxu jest to, że kończyliśmy konsultacje społeczne (…).
W wersji tej społecznej rady gospodarki narodowej, był nawet projekt powołania Społecznej Rady Gospodarki Narodowej - mam nawet jej założenia. I na ostatnim posiedzeniu Krajówki w sposób poufny, żeby uniknąć podsłuchu, podano nam nazwiska ludzi, którzy zgodzili się w niej uczestniczyć. Mam swój rękopis, były bowiem tylko 3 egzemplarze, które przechodziły i nie wolno było tego ujawniać. To był taki projekt, jak mówili nasi przeciwnicy „superrządu”, a myśmy to traktowali raczej jako komisję rozjemczą między rządem a związkami: Balcerowicz, Bartoszewski, Białkowski (UW), Beksiak, Chrzanowski, prof. Gajewski, Józefiak, Kurowski, Aleksander Legatowicz, Ryszard Manteufel, Andrzej Micewski, Stefan Nowak, Maria Radomska (SGGW), Andrzej Stelmachowski, Andrzej Szaniawski, Jan Józef Szczepański, Wacław Szubert, Andrzej Święcicki, Witold Trzeciakowski, Andrzej Tymowski, Andrzej Wielowiejski i red. Wilkanowicz, Ziółkowski i Jan Olszewski.


Natomiast ostatni fax jaki wyszedł z Regionu:


„Podajemy wyniki dotyczące uchwały Prezydium KK podjętej w Radomiu po konsultacji z komisjami zakładowymi Regionu Warmińsko-Mazurskiego. Podaję, że w większości zakładów odbyły się zebrania załóg. Wyniki kształtują się następująco: na 656 zakładów za całkowitym poparciem 299, przeciwko 1 (Technochemia), 3 zakłady nie zajęły stanowiska z powodu braku informacji. Informacje napływają w dalszym ciągu. Informację przygotowała i podała Irena Karwowska (?) z upoważnienia członka Prezydium Marka Żylińskiego. Olsztyn 11.12.81r.”

Pyt. Czyli optymistyczne fakty zostały przerwane w sposób dramatyczny. Były jednak pewne próby przygotowania Związku na wypadek stanu wyjątkowego.

Powroźny - Czymś takim praktycznie rzecz biorąc nie zajmowaliśmy się. Nawiasem mówiąc, jeśli chodzi o strajk generalny, czy jakiś najazd, czy coś, to pamiętam był taki przypadek, że weszła cenzura w nasz Biuletyn Informacyjny, zakładowy, i ukazał się z pustymi miejscami. Tam była właśnie informacja postępowania na wypadek strajku generalnego i ewentualnej interwencji - to było delikatniej, inaczej rozważne.

Pyt. Skąd mieliście taką instrukcję?

Powroźny - Uważaliśmy, że strajk generalny jest prawdopodobny, a jeśli tak, no to ludzie muszą się przygotować. To była kwestia zabezpieczenia porządku na terenie zakładu pracy, zgromadzenia zapasów żywności, pilnowania wody, zorganizowanie służby zdrowia, łączności.

Sasin - Koce, śpiwory. Ale w uzupełnieniu tej informacji, jednak przygotowania na jakieś siłowe rozwiązania były. Na pewno były w OZOS-ie.

Pamiętam, że mieliśmy ustalony grafik spotkań na ewentualne rozwiązanie siłowe. To były kościoły. I pierwszym naszym spotkaniem była środa (pierwsza środa po wprowadzeniu stanu wojennego) w kościele Chrystusa Odkupiciela Człowieka. Stąd nasze spotkanie, bo praktycznie rzecz biorąc to w pracy w poniedziałek - po wyprowadzeniu nas z zakładu ok godz. 2100 - wtorek był zawieszony. Ludzie przychodzili, ale pracy nie było. Stąd nie mogliśmy się zorganizować. Nie dopracowana była historia odtworzenia Komisji Zakładowej, ale rozmowy też były wcześniej na ten temat prowadzone, stąd nasze spotkanie w środę w kościele, a raczej przy kaplicy Chrystusa Odkupiciela Człowieka.
Było nas kilkunastu, do 15-tu maksimum. Szczęście, że staliśmy pod baraczkiem, a nie w środku. Omawialiśmy jak się zabezpieczyć, jak pomóc rodzinom zatrzymanych - więc organizowanie pieniędzy i ewentualnych struktur. I z jednym zdążyliśmy wyjść - z pieniędzmi. Siłą jakiejkolwiek organizacji jest pieniądz. Nie udało nam się do końca zorganizować jak po pół godzinie, może po 40 minutach usłyszeliśmy syreny milicyjnych pojazdów. Zdążyliśmy się rozpierzchnąć.

Pyt. Czy te syreny milicyjne były związane z waszym spotkaniem?

Sasin - Tak. Ktoś życzliwy dał znać.

Pyt. Czy był ksiądz, czy wiedział o spotkaniu?

Sasin - Nie wiedział. Myśmy nie uprzedzali księdza o tym spotkaniu, podobnie jak nie uprzedziliśmy ks. Żołnierkiewicza, że jego kościół też był wytypowany na piątkowe spotkanie. Po tym pierwszym spotkaniu środowym, znaleźliśmy się w piątek w kościele NSPJ. O tym jednak już wiedziała esbecja. Twierdzę t, bo kilku smętnych panów weszło, zapominając zdjąć nakrycia głowy. Ten moment, brat Zbyszka Przewłockiego, Józek, zauważył. I przekazał nam. Wtedy postanowiliśmy rozpierzchnąć się. Przy czym ja z Józkiem Przewłockim pojechałem do Kortowa zobaczyć, czy tam jeszcze jakieś życie istnieje. Chodziła nam o dostęp do poligrafii. I ponownie w tymże kościele mieliśmy się spotkać. W Kortowie zastaliśmy miasteczko puste, wymarłe. Była przerwa - studentów nie było. Nikogo nie zastaliśmy. Wróciliśmy pod kościół (w środku nikogo nie zastaliśmy), ale przed kościołem dwie lub trzy osoby z naszego zakłady były. Powiedzieli nam, że spotkania nie będzie, gdyż jak Msza się kończyła, to w środku nie można było zostać, gdyż SB-ecy mieliby ułatwione zadanie. Przy czy oni i tak nas namierzyli. Wówczas zrezygnowaliśmy ze spotkań w kościołach. Nie wybieraliśmy żadnych władz. Skupiliśmy się na pieniądzach. Pomoc, pomoc i jeszcze raz pomoc dla rodzin osób internowanych lub aresztowanych.

Pyt. Były więc zbierane składki?

Sasin - Tak. To były dość duże sumy. Zarzucano mi, gdyż byłem, że tak powiem, głównym księgowym, w sumie około 2 mln. zł. SB chciało mnie oskarżyć o defraudację tych pieniędzy. Mimo, że nie mieli dokumentów, jak te pieniądze wpływają, ale mieli doskonałą orientację. Nie ukrywam, że wysokość pensji naszych aresztowanych kolegów była wypłacona co miesiąc, regularnie. Przy tym, bardzo duża pomoc, wszystkim potrzebującym, bez względu na to czy to był nasz członek ze STOMIL-u czy też, jak w przypadku Kałudzińskiego, Bryckiego, internowanych. Pamiętam, że pierwszą osobą, która wyszła na wolność był Andrzej Bartuszek - on wyszedł gdzieś w lutym. Ja z nim błyskawicznie złapałem kontakt - po 2-3 dniach. Pamiętam, że przekazałem mu jeszcze 11 tyś. złotych. Zbieraliśmy czosnek dla internowanych, bo to było jeszcze źródło witamin. Tak więc jak na ówczesne czasy dysponowaliśmy olbrzymimi pieniędzmi. To było od naszych członków. Znakomicie to funkcjonowało.

Pyt. Wydaje mi się, że tego rodzaju praca była podstawowym przejawem działalności związkowej w stanie wojennym - pomoc ludziom. Kto by aresztowany i internowany w OZOS-ie?

Powroźny - Aresztowani to: Przewłocki, Kociuba, Żurawek (…), cztery osoby. Natomiast w internacie było trochę więcej: Borkowski, Rondomański, dwóch z transportu i ja. I do wyjaśnienia strażnik Foła (?).

Pyt. Czy znacie przebieg strajku w OZOS-ie po 13 grudnia? Niedziela, zakład nie pracuje, niemniej niektórzy się zjawiają.

Sasin - Członkowie Komisji spotkali się z soboty na niedzielę, a „kurierzy” byli rozsyłani do domów z informacją dla członków. M.in. był u mnie, gdzieś około 500 nad ranem, nieświadomy nawet byłem stanu wojennego, Bończyk. Ale nie byłem na tym strajku.

Pyt. Czy Bończyk Piotruś później trafił do internatu?

Sasin - Trafił, nawet mam od niego list ze stemplem poczty internowanych w Kwidzyniu. Bończyk mnie wtedy w nocy poinformował, ale informowani byli ludzie, jakby z zaplecza, jak gdyby dublerzy komisji. To później, może nie wszyscy, ale w tej kilkunastoosobowej grupie w środę, to żeśmy wiedzieli, że jesteśmy wytypowani, ale przez kogo nie wiadomo. Do przyjęcia funkcji Komisji Zakładowej. Wiem, że to przygotowywano wcześniej.

Pyt. Czy w samym strajku brał pan udział?

Sasin - Tak. To był dziwny strajk. Część osób pracowała, część skupiała się w niewielkich grupkach, rozważając sytuację. Natomiast kilkusetosobowa grupa, ludzi zdeterminowanych, skupiła się na wydziale PWE wokół Komisji Zakładowej.

 

 

W poniedziałek w mistrzówce, która jest na hali, tam przygotowano posiłki, tam robiono plakaty. Przy czym na pewno nie były wybierane władze na tę okoliczność, jakiś komitet strajkowy. Władzami uznano (dyrekcja też uznała z automatu) Komisję Zakładową i przewodniczącego jako lidera. Jest pewne jedno, że nie było żadnego przymusu, nawoływania, jakiejś presji, wymuszania. Ludzie się wyłamy­wali. W tej kilkusetosobowej grupie, która tak chodziła, krążyła, jedni przychodzili przez ciekawość jako gapie, różnie to wyglądało, ale 200 - 300 osób było zdeterminowanych. I te osoby trwały do końca, do wyprowadzenia.

Nie potrafię powiedzieć jak to w kolejnych godzinach się kształtowało jednakże zostałem poproszony przez Zbyszka na takiego - miałem zadanie obserwować otoczenie, meldować o siłach jakie zostały zgromadzone, na terenie. To zadanie później mi utrudniało, jako, że w godzinach jeszcze przed 1400, zamknięto bramę, żeby nie dopuścić II zmiany. Oczywiście to był poniedziałek. Tak że między naszymi godzinami, a 1400 nie wiem dokładnie co się tam na hali działo. Co chwilę tylko przychodziłem, co godzinę czy co pół, z komunikatem jakie siły, a to że już wojsko zostało wprowadzone na teren zakładu, a to że się pod stadionem gromadzą olbrzymie, na ówczesnej XX-lecia, siły rezerwistów i ROMO. Bo jeszcze ZOMO - tego zawodowego nie było. Te siły zjawiły się dopiero gdzieś 17-ta - 18-ta. Ale młodzi żołnierze już obstawili trakt. Acha, wcześniej jeszcze zrobiliśmy takie przygotowania jak blokada bram na halę, wózkami zatarasowaliśmy. Liczyliśmy, że mogą ciężkim sprzętem włamywać się np. czołgiem … Ale jeszcze raz podkreślam - to zresztą mówiłem również w sądzie - że nie było jakiegoś kierownictwa, komitetu strajkowego. Początkowo to takie spontaniczne było. Później część, szczególnie po godz. 1500. pracowników umysłowych, mniej odpornych, wykruszyła się. W międzyczasie były namowy dyrekcji, kilkakrotnie 2 - 3 razy dyrekcja jeszcze z jednym panem - on wówczas miał coś z nogą, kulał, on chyba nie był w Solidarności, on był w ciepłowni, z brodą, krępy.

Powroźny - Któryś z ubeków może, zakładowych?

Sasin - On mocno naciskał na rozwiązanie strajku. Informacja stosunkowo szybko poszła w miasto. Już przed 1400 było bardzo dużo ludzi z miasta. Obserwowali, pytali, rodziny chciały dostarczyć jakąś żywność, papierosy.

Pyt. Czy można było wchodzić na teren zakładu?

Sasin - Do pewnego momentu tak - do 12-tej lub 13-tej. Na pewno już przed 14-tą bramy były zamknięte. Później można było obserwować, że jak na naszą garstkę ludzi, zgromadzono olbrzymie siły. Było to po części takim straszakiem. Może to była kompania w sile 70 - 80 ludzi, ale było tego sporo - głównie rezerwy. Rezerwy, która się wstydziła, zasłaniała. W końcu namowy te przedpołudniowe z dyrekcją nie dały rezultatu. Około godz. 15-tej lub 16-tej zauważyliśmy innego rodzaju namowy. Szczególnie dwóch panów - Dyrektora Brzoska i głów­nego mechanika Bednarskiego, którzy chodzili z dowódcą milicjantów w stopniu majora, nie tylko po to żeby nakłonić do przerwania strajku, ale - jak żeśmy stwierdzili - to był rekonesans dla sił, którędy mogą wejść, jak mogą wejść - między maszynami, między bramami - rozpoznawali teren. Przygotowywali się do jakiego ataku. Do siłowego rozwiązania. I rzeczy­wiście nastąpiło to … no może dobrze, że nie był to atak. Ale wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze. Ale wiedząc, że nie wolno nam narażać się, chociaż były takie głosy - nawet było zgromadzonych dużo gaśnic. Mamy też armatki z dwutlenkiem węgla na hali i zabezpieczone maszyna­mi, wózkami. W ten sposób byliśmy odgrodzeni i zabezpieczeni przed takim frontalnym atakiem na przestrzeni gdzieś 200 m2, plus ta mistrzówka. Po nieudanych dyrekcji i majora, a o godz. około 19-tej, zaczęto już przygotowywać rozwiązanie zdecydowane, wprowadzając już na halę ludzi z ZOMO, natomiast wojsko zostało rozstawione wcześniej wzdłuż traktu, tak że droga ewakuacyjna była wcześniej planowana. I około godz.21-ej widząc bezsens dalszego oporu. Acha, jeszcze istotna sprawa zastraszenia. Stanęli w sile kompanii, ZOMO naprzeciwko nas, w odległości 30 metrów, takim szpalerem i różne pokrzykiwania bicie pałkami w tarcze. To robiło wrażenie, chcieli wywołać grozę, że nie ma większego sensu. Nawet wówczas nie zdawaliśmy sobie sprawy z ilości zgromadzonego sprzętu i ludzi. Więc, doszło do pertraktacji z tym majorem. A więc zapewnienie, że nie będzie jakichś łapanek, bicia po drodze. Druga sprawa, że wolno nam wyjść z flagą, że wolno nam odśpiewać hymn. Chcieliśmy wyjść z honorem. I rzeczywiście dotrzymali warunków. Około godz. 21-ej uformowaliśmy się i bez więk­szych problemów - było tylko małe zatkanie przed wyjściem, gdyż musieliśmy odtarasować bramy - opuściliśmy zakład. Flaga na przedzie i zaintonowaliśmy hymn państwowy i do ronda w takim szyku wyszliśmy. Dopiero na rondzie zaczęliśmy się rozchodzić.

Pyt. Czy tam również nie było interwencji?

Sasin - Nie, były tylko sznury po kilka samochodów, które te grupki robotników rozchodzących się do domów jak gdyby asekurowały. Ja miałem blisko, na Wyszyńskiego, a więc trudno mi nawet powiedzieć jak tam dalej wyglądało. Ale nie było jakichś przypadków, nie słyszałem żeby kogoś pobito, wrzucono do samochodu.

Pyt. Gdzie jest ta flaga, z którą wtedy wyszliście?

Sasin - Właśnie, nie zadawałem sobie nigdy tego pytania.

Pyt. Jaką rolę w początkach stanu wojennego odegrał Wojtek Niepokulczycki?

Powroźny - Po pierwsze on nigdy nie był w OZOS-ie. On był w Zarządzie Regionu, o ile pamiętam w Komisji Interwencji. Chyba nawet nie był działaczem. Wiem, że pracował w Komisji Interwencji u Andrzeja Bobera.

Sasin - Natomiast co do stanu wojennego, to krótki epizod był. Dosłownie może dwa, trzy miesiące. Został oszkalowany w „Gazecie Olsztyńskiej”, ukazał się artykuł o  nim.

 

 

On zginął w pewnym momencie. Ja miałem dość szybko z nim kontakt, na pewno to już był luty - marzec. Wiem na pewno też, że właśnie w tym okresie jeszcze śniegu - bo mi pokazano na SB zdjęcie - jak wychodziłem z parku, udawałem się do Sławka Olka, bo jeszcze mieszkał przy Koło­brzeskiej w tym wieżowcu. I pamiętam, że duży artykuł się ukazał i on po tym artykule, czy może nawet wcześniej, tak, wcześniej, ten nasz kontakt się urwał. Nie mogę więc powiedzieć o jakichkolwiek działaniach, czy on gdzieś był …

Ja go nie znałem wcześniej, ale szybko kontakt nawiązałem, nawet szybciej niż z internatu w Iławie wyszedł Andrzej Bartuszek - to był luty. Bartuszek z Barczewa wyszedł bo miał kłopoty z sercem. Tak, że nawiązałem z Wojtkiem kontakt najwcześniej. Nie wiem kto mi w tym pomagał, ale ktoś ze „Spomaszu”.

Pyt. Mówił pan o tym zdjęciu, jak wychodziliście z parku. Dlaczego akurat o tym zdjęciu pan wspomniał?

Sasin - Bo pomylono nazwiska. Na SB wypominano mi kontakty, w ogóle o współpracę z Niczyporowiczem. Ja się zapierałem, że broń Boże, nic z nim nie miałem wspólnego. I tak było, po prostu pomylono nazwiska. Z takim zdenerwowaniem, SB-ek wybiegł z pianą na ustach i po pewnym czasie przychodzi, pokazuje zdjęcie i pyta, a to kto? Ja mówię: tego to znam, ale nie wiedziałem, że on nazywa się Niczyperowicz. I dopiero zorientowali się jaką gafę strzelili. Na zdjęciu był Niepokulczycki.

Pyt. Co Niepokulczyckiemu zarzucano w „Gazecie”?

Sasin - Jakieś defraudacje, jakieś powiązania z ART, jakieś takie nieczyste sprawy, takie kryminalne.

Powroźny - On teraz gdzieś funkcjonuje w Olsztynie, jest uchwytny, prowadził jakąś firmę - rzemiosłem się zajmował przez pewien czas. Widziałem się z nim jakieś 2 - 3 miesiące temu.

Pyt. Chciałem zapytać się pana o pieniądze Zarządu Regionu podjęte z banku tuż przed stanem wojennym. Czyja to była decyzja? Chodzi o te 2 mln.

Powroźny - O tym najwięcej mógłby powiedzieć Łukomski, dlatego, że on z ramienia Prezydium od końca listopada zajmował się sprawami tej straży robotniczej, czy jak to się nazywało.17 (?) grudnia był w Warszawie jakiś strajk. W związku z tym w Regionie Mazowsze postanowiono zorganizować grupy zabezpieczające. Edek Łukomski jeździł do Warszawy razem chyba z Kociubą, kilka osób. Był z ramienia Zarządu Regionu upoważniony do tych działań wojskowo - ochronnych. I stąd być może w czasie kiedy mnie nie było, byłem na Krajówce czy gdzieś, pewne decyzje odnośnie tych poufnych spotkań w kościołach zapadły, o których ja nie wiedziałem, podobnie jak reszta Zarządu - i bardzo dobrze. takie sprawy powinno znać skromne grono osób z natury rzeczy. Podczas przesłuchań straszliwie mnie wałkowano właś­nie na ten jedyny temat: straż robotnicza, jakie miało być uzbrojenie, jakie przeznaczenie, etcetera (śmiech). To może być ta sprawa. Oczywiście były dyżury w Zarządzie Regionu. Wyjeżdżając na Krajówkę, sytuacja była napięta. Akurat Żylińskiemu wypadł dyżur w Zarządzie Regionu.
Natomiast z pieniędzmi jest sprawa oczywista, że wzięli z konta w banku, bo przecież nie trzymało się gotówki gdzieś w firmie.

Pyt. Mnie właśnie chodzi o te 2 mln. podjętych z konta, ale widzę, że pan bliżej w tej sprawie nie jest zorientowany. Interesuje mnie, jaką według was, spełnił rolę w stanie wojennym kościół NSPJ i ks. Żołnierkiewicz?

Sasin - Jak już mówiłem zaraz po stanie wojennym, jak nas SB namierzyło zaniechaliśmy tych spotkań w kościele. Później zajmowaliśmy się głównie pieniędzmi i kolportażem. Natomiast kościół był i został długo, ten kościół, w początkowym okresie , takim punktem kontaktowym, ale już szerszej sprawy, np. uczestniczyłem tam w spotkaniach z przedstawicielami Kortowa, wymiana jakichś druków, gazetek, to funkcjonowało. Wciągnąłem się w kolportaż, poza tą działalnością księgowego. Stworzyliśmy na zakładzie, tam gdzie to było możliwe siatki, skrzynki kontaktowe. W początkowym okresie były to hydranty, skrzynki hydrantowe, tam się zostawiało, tam się przekazywało. Dużo też chodziłem, rozwoziłem, lub przychodzili do mnie. Często dostawałem, w tym początkowym okresie od kuriera - nie pamiętam nazwiska, to był nauczyciel historii z jednej z podolsztyńskich szkół. Dla mnie to był po prostu Michał. Długie włosy, z brodą, tęgiej postury. Ale na pewno Bogdan, bo mnie z nim skontaktował, i u mnie po przywiezieniu plecaka z tymi materiałami w szafie przechowywałem. Wciągnąłem się Później też Bogdan dał mi kontakt na ulicę Polną - to było drugie źródło. Tam odbierałem materiały: książki, gazetki. Jak się ta pani nazywała nie wiem. Nigdy nie starałem się zapamiętać nazwiska, nie chciałem wiedzieć.

Pyt. Czy był pan w jakiś sposób represjonowany?

Sasin - Muszę przyznać, że długo mi się udawało. Szybko wpadli. Już w 1982r. na wiosnę wpadli na mój ślad. Ale popełnili błąd, przypadek. Pracował też na jednym z wydziałów mój cioteczny brat - miał to samo nazwisko i on był molestowany. On pisał te zeznania, od początku wmawiano mu, że to on, że inspirował. Bo wiedzieli, ale pomylili osoby. I rzeczywiście on uprzedził mnie. Coś tu nie tak, chyba o ciebie chodzi. Długo mi się udawało, praktycznie do kwietnia 1983r. Wtedy już przygotowani lepiej, uderzyli w nas, m.in. Rysia, we mnie - jednego dnia. Wiesiek Rondomański chyba wówczas też, Włodek Koprowski. Rewizje i szcze­gólnie na mnie wzięli namiar. Jak się później zorientowałem, to głównie na mnie. Wyczyścili mieszkanie, ale to tak sprytni, kilkunastoosobowa brygada, że tak powiem. Mieli fachowców. Później w pracy, dokładnie, a szkoda mi szczególnie w pracy, bo miałem taką półpancerną kasę. I w niej od początku, od pierwszego spotkania przechowywałem różne karteczki - trudno to nazwać dokumentami, chociaż dzisiaj to są dokumenty - nawet listy osób, które na sztandar wpłaciły. Wszystko straciłem, to były sterty. Oczywiście było zatrzymanie, na drugi dzień wypuszczono. Ale nie poddałem się. Nie miałem żadnej przerwy, nawet na godzinę. Obserwowano mnie na pewno.

 

 

 Ale to już robiłem troszeczkę ostrożniej, zawężyliśmy grono ludzi, do których można było podejść, szczególnie z biuletynem „Mazowsza”, który regularnie dostarczałem. Sławka Olka napastowały przeróżne pomysły, nawet pamiętam, że radio chcieliśmy w Olsztynie podziemne uruchomić. Ja nie fachowiec, ale materialnie bo wiadomo było w mieście, że dysponujemy sporymi środkami pieniężnymi. I stąd moja bytność w Likuzach, w jakimś prywatnym domku. Sprawa upadła. Natomiast wracając do firmy, to nie przerwałem tej działalności i później już rutynowo były zatrzymania, wypuszczania, jakiegoś tam przyznania się - odporny byłem, bo zabezpieczyliśmy się szybko w takie broszurki - wszystkie wskazówki, jak zachowywać się (ABC konspiratora), było to wspaniałe. Były nawet odczytywane przez kolegę z pracy moje zeznania, no to mówiłem tylko, że albo nie pamiętam albo że zgodnie z paragrafem …

Pyt. Dlaczego odczytywane przez kolegę?

Sasin - Bo on przyzna się, poddał się, niejaki kolega Raczkowski. Załamał się. Mój bliski współ­pracownik. Mimo, że 48 godzin z nim siedziałem - we dwóch. I wpajałem mu, że zawsze jest sąd i tam będziesz miał pomoc. Możesz się później przyznać - masz czas. Nigdy nie rób tego wcześniej. Wpajałem mu - poddał się. I wytoczono mu sprawę. Fakt, że jej nie miał, bo w międzyczasie amnestia była. Ale to był już 1984r. Wówczas właśnie bardzo był przydatny Stefan Śnieżko - zawsze był pod ręką i służył pomocą. Mnóstwo przeróżnej korespondencji z prokuraturą rejonową, z wojewódzką, z prokuraturą generalną. Co mnie aresztowano, zatrzymano, to Stefan wspomagał. W niektórych przypadkach wręcz żartowałem w swoich skargach do prokuratury generalnej. Grożono mi nieraz, zabierano z pracy tak jak stałem, zawożono, przywożono - tak, że nie miałem żadnych wezwań, choć mam kilka 2 - 3 o przetrzymywaniu mnie na 48 godzin. To trwało długo, do 1989r.

Pyt. Czy pan pamięta w związku z tym jakichś „zaprzyjaźnionych” esbeków?

Sasin - Na co zwróciłem uwagę: na bałagan w SB, zaskoczeni byli, przy powtórnym zatrzymaniu w 1984r. Mieliśmy w naszym zakładzie wydzieloną grupę SB 11-12 osobową do ochrony zakładu. To była zupełnie inna grupa jeszcze przed stanem wojennym. Aresztowanie w kwietniu 1983r. było przeprowadzone przez inną komórkę tejże komendy wojewódzkiej. O zatrzymaniu nasza komórka nie wiedziała. Po roku czasu ponownie mnie zatrzymują w lutym 1984 roku i nie wiedzieli o tym fakcie. Robili ze mnie bandytę bez mała. W pierwszym przypadku w kwietniu 1983 brano odciski palców, kojarzono mnie - nie wiem z kim, ci z wojewódzkiej komendy, uważali mnie za jakąś czołową postać. Dziwił się nawet funkcjonariusz, tam gdzie mi robiono odciski palców, tam zdjęcia i to z różnych stron - tak jak sztuka kryminalistyczna nakazuje. Ja tam mam nawet takie zapiski. I taki moment mi utkwił  pamięci. Potraktowano mnie jako bandytę. To było po morderstwie jakiejś dziewczynki i gwałt w Bartoszycach, na krańcach naszego województwa. Wiem, że ten bandyta, którego złapali, siedział ze mną i tak cuchnął. Siedział tam od lutego, czy od stycznia. Kalesony to miał ciemniejsze od tych spodni.

Pyt. Mówił pan, że podczas zatrzymania na 48 godzin, siedział pan razem ze zbrodniarzem chyba z Bartoszyc. Próbowali pana traktować jako kryminalistę.

Sasin - Chcieli dociec, z kim, kto, gdzie. Szczególnie mnie molestowali o pieniądze i o ulotki. Nie wiem skąd wiedzieli. Może niepotrzebnie na szwank naraziłem kościół, mówiąc im, że w kościołach, że rozdawano. A oni, że dla nich nie rozdawano, a ja im, że dla mnie tak. Chodziło o ulotki, prasę. ja miałem w swojej takiej kasie prasę, natomiast w domu to już miałem pokaźną ilość bibuły od początku stanu wojennego. Rzeczywiście, bardzo szybko nawiązałem kontakty, styczeń, luty 1982r.

Pyt. Czy pan znał nazwiska osób z SB, z milicji - szczególnie cywilnych?

Sasin - Ten co Zbyszka aresztował, zapomniałem jego nazwiska. Dwie osoby głównie, ten pan o którym wspomniałem niejaki pan Kiełbasiński, który śledził nas od lutego 1982r. Podczas procesu „czwórki” aresztowanych z OZOS, zaprosiłem się jako świadek (najpierw sąd wojskowy, później cywilny). Tam poznałem p. Kiełbasińskiego z SB, który służył w OZOS-ie. Natomiast z komendy dwa fakty utkwiły mi. Wspólny kolega nasz, taki szczurek młody, co dziwne kapitan, potężny, gruby, ale tępy. Podczas rewizji w mieszkaniu miałem w maszynopisie jakieś piosenki, m.in. „Rotę”. On przeczytał to i pytał się tych młodych, czy to jest dozwolone. Ten kapitan to chyba na „P” się nazywał. Jeśli chodzi o Kiełbasińskiego, to w pewnym momencie stał się naszym pracownikiem w OZOS-ie, gdzieś w roku 1987. Zwolnił się z SB, nie wiem czy sam. Miałem możliwość zwolnić go, wymusić jego zwolnienie kiedy ponownie w kwietniu 1989r. zostaliśmy zarejestrowani. Po drugie, on chciał mi wyznać, kiedy spotkałem go raz na przystanku pijanego. Chciał mnie zaprosi na wódkę i żebym mu wybaczył. Coś tam powiedziałem, że był szmatą, a nie człowiekiem, powiedziałem, że z nim wódki nie będę pił. Pytałem się nawet kolegów w pracy, czy ja źle nie zrobiłem. Mógłby być cennym źródłem informacji ten człowiek. czy on podpadł i go zwolniono, czy on sam się zwolnił?

Pyt. Czy on zaszedł panu za skórę?

Sasin - Nie, ten akurat nie. Przy czym złamał tego mojego kolegę.

Pyt. Bo go przesłuchiwał?

Sasin - Tak, mnie też oczywiście. Ale złamał go. Przesłuchiwał nas na komendzie. Mnie też przesłuchiwał, zamykał, odwoził.

Pyt. Co może pan powiedzieć o tej rozprawie przywódców strajku po 13 grudnia?

Sasin - Denerwowałem się nawet, bo takie same pytania zaczęli mi zadawać adwokaci.

 

 

 

Więc podkreślałem wolno i wyraźnie, że to nie było sterowane przez tych ludzi, że nie było przywódców, że to było spontaniczne. I to wielokrotnie podkreślałem. I głównie im o to chodziło, kto tym kierował? Bo nie sposób zamyka i skazywać kilkaset osób. Chodziło o organizatorów. Oczywiście przypięto to tym osobom z racji zajmowanych funkcji. Oskarżono Przewłockiego, Kociubę, Romaniuka i Anię (Żurawek). Ania poza wypisaniem kilku haseł na brystolu (…)

Powroźny - Miała zielone łapy od mazaka.

Sasin - I tłuste od kanapek, bo jej rolą było sporządzenie jakichś kanapek

Pyt. Kto bronił oskarżonych?

Sasin - Adwokaci nie odmawiali obrony. Odmawiali jednego - pieniędzy. Chociaż na to byliśmy przygotowani. Zbyszka (Przewłockiego) bronił Konrad Urbanowicz. On wówczas jeszcze mieszkał w Ostródzie. Drugim był Krakowski Michał. Praktyczne dokumenty może mieć Ania, która stenografowała te rozprawy. Ona była na kilku, nie na wszystkich. Prokuratorem był młody człowiek, którego wręcz zmuszono do zajęcia się tą sprawą. To było dla niego żyć, albo nie żyć. Wyglądało na to, że był naszym sympatykiem. Z takich przecieków pamiętam, bodajże od rodzin oskarżonych, on (prokurator) jak piskorz chciał się wywi­nąć od tego i nie mógł. On musiał.

Pyt. „Musiał”? Miał po prostu małe pole manewru.

Sasin - Jednym z sędziów był mieszkający na naszym osiedlu Rost. Pamiętam tę buźkę pucoło­watą, brylantyną wysmarowane włoski. Mało mówił, ale z wyglądu był nieprzyjemny. I był przewodniczący tego składu sędziowskiego. Ciekawa postać, starszy pan, ale próbowałem wielokrotnie jak odpowiadałem jako świadek obrony. Mieliśmy takie potyczki na wzrok. Z uporem patrzyłem w jego oczy - nie drgnęła mu powieka. I to nieraz trwało kilka minut. Tego nigdy nie zapomnę. On się we mnie patrzył, ja w niego. Ja mówię swoje i on swoje. Nawet nie patrzy na maszynistkę, która notowała, ale celowo wolno odpowiadałem. Nie drgnęła mu powieka. Ja w końcu ustąpiłem, a on nie.

Pyt. Jak się zachowywał, jak pan go ocenia?

Sasin - Robił podchody, wymuszał żebym zeznawał, żebym popełnił jakiś błąd, żeby obciążyć. To nie prokurator, a on starał się obciążyć oskarżonych. Głównie chodziło o przywództwo. prokurator to praktycznie tylko odczytał akt oskarżenia i to wszystko. Nie przypominam sobie żebym miał coś z prokuratorem, ale z tym człowiekiem (sędzią) bez przerwy.

Pyt. Ilu było świadków obrony?

Sasin - Zgłosiliśmy się e dwóch. Oprócz mnie był jeszcze ten kolega Raczkowski, który zmiękł. Nie wyobrażaliśmy sobie żeby nie stanąć w obronie.

Pyt. Kiedy pan wyszedł z internowania?

Powroźny - Marzec, kwiecień. Równocześnie z Rondomańskim. W tym samym dniu wyszliśmy i powróciliśmy do pracy w OZOS-ie.

Pyt. Ale później pan odszedł z OZOS-u?

Powroźny - Później to była spraw zmiany mojego angażu, sprawa zmiany podporządkowania mo­jego stanowiska. Po internowaniu firma przyjęła nas grzecznie na to samo stanowisko i za te same pieniądze. Nie było tu żadnej sprawy. Owszem, było parę aresztowań, zatrzymań, rewizji czy nawet z pracy w kajdankach.

Pyt. A później na czym polegała ta reorganizacja?

Powroźny - Ten wydział, w którym pracowałem podporządkowano pod straż pożarną, pod komen­danta straży pana pułkownika Bogdana, a więc pod MSW. Od tej pory obowiązywałaby mnie, mimo iż byłem pracownikiem cywilnym, pragmatyka służbowa MSW. Tak, że dla mnie było to nie do przyjęcia. W tej sytuacji ja chciałem tylko z OZOS-u wyciągnąć jeszcze pieniądze, wtedy obowiązywały przepisy, że można było dostać sześciokrotne wynagrodzenie - to było gdzieś około 60 tyś. zł. Procesowałem się z firmą, nawet w NSA. Oczywiście tam nie było szans wygrania. Tam Stefan Śnieżko pomagał mi w tych sporach. Gromadził pewne dokumenty. To był rok 1984. Wtedy w stanie wojennym gazety były nasze. Rezonans parę razy piękny wyszedł. Była ogromna akcja z samorządem. Przecież samorząd to była druga Komisja Zakladowa Solidarnosci MWP rada pracownicza. Myśmy zrobili samorząd w OZOS-ie, tam poszli nasi ludzie, najlepsi. I później ta rada pracownicza, w okresie wojny kompromitowała się totalnie nie chcąc przyjąć do pracy czterech aresztowanych i więzionych. To była ogromna akcja wspomagana przez Stefana, ponieważ pan dyrektor Majewski powiedział, że kaktus mu na dłoni wyrośnie nim przyjmie tę czwórkę do pracy z więzienia wypuszczoną na mocy amnestii. Była wtedy taka możliwość, że uchwałami rady pracowniczej można konflikt z dyrektorem rozwiązać w sądzie. I to już pomału były takie czasy, że albo sąd wydałby wyrok przeciwko radzie pracowniczej i poparł by stanowisko dyrektora - ale to miałoby szalone znaczenie polityczne, gdyż skonsolidowałoby załogę i tych w części przetworzonych związkowców, albo mogła być sytuacja odmienna, że zmienią nam pana dyrektora - to też nie było nie wyobra­żalne. Bo takie kompetencje miała rada pracownicza. I w momencie jej odwieszenia miała się tym zająć, Stefan Śnieżko przygotował nawet dokumenty, ale znowu były takie działania, że nie poinformowano wszystkich ludzi o terminie posiedzenia na którym było głosowanie. I mimo, że większość na sali było ludzi nieco dalej związanych z „Solidarnoś­cią”, łącznie z partyjnymi, to sprawa tej uchwały przepadła jednym głosem. To już na scenariusz filmowy nadaje się. To był rok 1983.

Sasin - Ja mam pismo odmowne z OZOS-u do Zbyszka Przewłockiego, bo jego sprawy prowadzę po koleżeńsku - chodzi o odszkodowania. To pismo pokazałem Konradowi Urbanowiczowi.
Ja napiszę do Zbyszka w sprawie materiałów solidarnościowych.

 

 

Od czasu wyjścia z więzienia nie mógł dostać pracy, bo gdziekolwiek się zgłosił lub dostał skierowanie, tam pracy nie było. A jak na ironię co rusz go wzywano na milicję  sprawie jego zatrudnienia. To było dla niego upokarzające. Wtedy obowiązywała ustawa o pasożytach społecznych.

Powroźny - To była w ogóle najważniejsza sprawa w tym czasie - chodzi o radę pracowniczą i nasze działania. Ale w okresie podziemia Zbyszek Bujak z Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej - on straszliwie parł na likwidację samorządu. „Wycofać się, nic nie robić w zakładzie pracy.” Myśmy przez tego typu akcje chcieli mu pokazać, co można zrobić i jak. Wogóle na ten temat mieliśmy inne zdanie. Uważaliśmy, że skoro nasi ludzie są gdzieś tam, to oni powinni być przyczajeni, oni powinni uczyć się gospodarowania zakładem i w pewnym momencie, powiedzmy w tym ‘89 - wtedy mamy kadrę ludzi, na której możemy się oprzeć. I możemy z dnia na dzień wyrzucić star dyrekcję i postawić własnego dyrektora.

Pyt. Jaką rolę w stanie wojennym odegrał Bachmura?

Powroźny - Bogdan Bachmura przeprowadził rozmowę do „Rezonansu” z Mirkiem Krupiń­skim (część przeprowadził Kazimierz Wosiek) Najlepiej jednak bezpośrednio z nim przeprowadzić rozmowę. Po prostu u źródła. Nawet w  „Rezonansie” drukując i podpisując się jako Tymczasowy Zarząd Regionu, to nie było tak istotne dla członków związku, natomiast było istotne na zewnątrz.

Pyt. Pan też wspomniał o Sławku Olku, że kontaktowaliście się w stanie wojennym i później?

Sasin - O, dużo, praktycznie rzecz biorąc najwięcej i najczęściej. Od początku stanu wojennego, jeszcze jak mieszkał przy Kołobrzeskiej. Tam poznałem Olka i Bogdana Bachmurę. To chyba Wojtek Niepokulczycki wprowadził mnie do Olka. Bo mi to zdjęcie bardzo dużo nasunęło myśli, to było akurat naprzeciwko tego budynku (gdzie byliśmy).

Pyt. Czy ze Sławkiem Olkiem poza kontaktami towarzyskimi jakieś wspólne sprawy prowadziliście?

Sasin - Wiedziałem na pewno o znaczkach. Nawet jeden z tych znaczków, na którym jest powstaniec wielkopolski z serii „Polskie miesiące”, to był wypożyczony ode mnie. W niektórych momentach zacieśnialiśmy tę współpracę. Pomoc czy też kolportaż poprzez niego w dużym stopniu. Sławek może więcej powiedzieć o kontaktach z klerem już po przeprowadzeniu się z Kołobrzeskiej na Jaroty, tam też ciekawe historie były. Organizowaliśmy tam sporo spotkań, nieudanych, ale … warto byłoby z nim porozmawiać.

 

(Rozmowę przeprowadził Zenon Złakowski w dniu 25 lutego 1994 roku.

 

 <