PO LATACH

1/ref:  protokół posiedzenia KKP w Szczecinie 19-11-1980  (vide przypis 19)

2/ coby Olsztyniacy nie czuli sie w swoich „walesizmach” osamotnieni

3/ „pamietasz?” -  niezupelnie... 

4/ echa Grudnia 1981 w korespondencji (2010-03-04)

5/ klucz do olsztynskich zagadek.htm

6/ przyklad pocieszajacy

7/  olsztynski TW-POP 

8/ Rekord Guinessa w oszustwach  sadowych

9/ ZAULKI ZBRODNI I ZDRADY

 

Miroslaw Krupinski - wstep:

 

Z Polski wyjechalem 7 maja 1987 roku, zabierajac ze soba swoj skladany kajak rodem z Niewiadowa, wedki, maszyne stolarska przy pomocy ktorej zbudowalem niegdys moje Pluski (poplynela statkiem i doszla po 3 miesiacach), dosc duzo ksiazek, komplet dokumentow urzedowych, zawodowych, stanowojennych i postanowojennych. Plus dziecinny rower piecioletniego wowczas Dominika, jego nieliczne zabawki i jego oraz Haliny (wtedy moja zona) rzeczy osobiste, ubrania i dokumenty. Cala reszta zostala i staralem sie za tym nie ogladac.

 

Nie spodziewalem sie ze wszystkie swoje dokumenty (niezbyt w zasadzie liczne) uda mi sie wywiezc. Czesc desek bocznych skrzyn miala wyciete pila tarczowa niewidoczne szpary (byly laczone na zakladke i ciezko przygwozdziowane do naroznikow) gdzie wedrowaly dokumenty najbardziej „niewypuszczalne”, reszta dokumentow zajmowala cwierc jednej ze skrzyn. Jak przypuszczalem – role celnikow odgrywalo dwoch esbekow, przegladajacych glownie dokumenty. Te dostepne w skrzyni podzielili na dwie prawie rowne kupki i kladac je na wczesniej sprawdzonej skrzyni oznajmili – tą z lewej prosze zabrac spowrotem, tego pan nie wywiezie. Po czym zajeli sie kolejna skrzynia (byly ich cztery).  A ja, kiedy zauwazylem ze sa nad nia pochyleni, przelozylem te posegregowane juz kupki wzajemnie, zmieniajac ich kolejnosc. Poczekalem kiedy juz wstana i odwroca sie do mnie przodem – i wlozylem do skrzyni spowrotem te trefne, a te ktore mialy byc trefne ale nie byly wlozylem do skrzyni trailera ktory wracal z nami do Olsztyna. (skrzynie odplywaly wczesniej). Panowie „celnicy” popatrzyli na to obojetnie, poczekali az zabije wieka skrzyn trzycalowymi gwozdziami i przykleili papierowe, opieczetowane, dowody sprawdzenia na krawedziach bokow i wieka. Wrocilismy bez przygod, aby za kilka dni pojechac za skrzyniami.

 

Tak wiec wywiozlem to co okazalo sie pozniej najwazniejsze. W Olsztynie zostalo kilku przyjaciol ktorzy opisywali mi pierwsze lata i cieszylem sie coraz bardziej z psikusa z dokumentami.  Bo Walesa z ktorym zerwalem dzien po wyjsciu z wiezienia (18 wrzesnia 1983) kiedy  rozmowa z nim potwierdzila rewelacje Frasyniuka o ich wspolpracy z Kiszczakiem i wspolnym szykowaniu „skoku na wladze”, cos znow szykowal. Jak ten skok byl prztygotowywany, listy z Polski mi mowily. Ze sie odbyl – tez. No i jak zamalowaywano mnie na czarno na wypadek gdybym glosno wyjasnil czemu sie z „wodzem” rozwiodlem, o czym w Olsztynie wspomnialem po powrocie od niego tylko kilka slow.

 

Tak wiec wiedzialem o wspolnych fotkach przyszlych „lojalistow” z wodzem – zapewniajacych im zalapanie sie na urzedy i pomniki, o wycinaniu w pien sceptykow (niektorzy do tej pory zyja w nedzy, czesc juz wymarla) oraz o zapewniajacych „wodzowi” tajemnicę grzechow przedmagdalenkowych sojuszach.

 

Internetowac zaczalem dopiero w roku 1995, bo przedtem potrzebowalem dachu nad gowa i samochodu. No i zaczalem sie dowiadywac wiecej – o „nowej Solidarnosci”, o samej Magdalence, o „Nocnej Zmianie” – duzo tego bylo i trwalo prawie do tej pory.   O Olsztynie tez wiedzialem coraz wiecej. Wiedzialem tez duzo wczesniej (zaraz po wyjezdzie)  ze mialem „swite” – jeden emisariusz czekal juz na mnie w Sydney, drugi (kobieta) wyjechala wkrotce po mnie. Wiadomoosci okazaly sie prawdziwe i wiem ze narobilem zamieszania wybierajac sie w czerwcu  roku 1988 w polroczna podroz dookola Australii, bez zapodania celu, czasu i trasy.

 

Wyladowalem w Perth, po roku przenioslem sie do Albany i kilka lat pozniej zalozylem witryne internetowa „Kraj Utracony”  zeby nie musiec odpowiadac recznie nie wierzacym ze zyje. I zaczalem pisac wszystko to co dzis wisi na mojej obecnej witrynie (adresy witryn sie zmienialy, ale zawsze byly firmowane moim nazwiskiem i imieniem i podawaly moj aktualny adres).

 

Napisalem kilka ksiazek, opublikowalem je internetowo i widocznie poruszylem bolacy ząb – bo zaczelo sie prewencyjne i rewanzowe za to co pisalem opluwanie.  W tym samym czasie wygralem proces z Dowodztwem i Sadem  Marynarki Wojennej, opisany i dokumentowany w miare postepu  w mojej drugiej internetowej ksiazce „Zaulki Prawa”. Pierwsza ksiazka miala tytul „Zaulki Zbrodni” i zawierala troche prawd ktore „nie powinny sie ukazac” i „komplet moich dokumentow stanowojennych” ktore ocalilem przekladajac kupke oclona jako trefna z kupka nietrefna. Napisalem tez kilka innych ksiazek – „Australijska Przygode” bedaca opisem mojej podrozy wokol Australii, „Australijskie Migawki” opisujace urode Albany gdzie mieszkam od 20 lat i moje tu  poczynania i obserwacje, oraz piec tomow wierszy (razem okolo 600) stanowiacych „Zbior Znarowionego Pegaza”

 

No i dowiedzialem sie ze w Olsztynie, w Gdansku i Warszawie  tez nie proznowano - usilujac uczynic mnie niewiarygodnym  i umoczonym. Tak naprawde zaczelo sie to (jak do mnie docieralo) w roku 1992, kiedy to do pozwu przeciwko Sadowi Marynarki Wojennej i przeciwko Izbie Wojskowej Sadu Najwyzszego dolaczylem komplet fotokopii dokumentow „ktore przeciez nie istnialy” i ja „nie mialem prawa ich miec”.  To znaczy - moich wlasnych dokumentow – prokuratorskich, sadowych, wieziennych, zwiazanych z utrata pracy, mieszkania i samochodu, adresowanych do mnie i moich na nie odpowiedzi.  Ktore przeciez zabroniono mi wywiezc J.

 

Juz koncze ten wstep. Dodam tylko ze w tym czasie rozpoczela sie w Olsztynie intensywna kampania domalowywania mi geby, podsuwania sciagawek moim bylym „wspolkombatantom” - aby udzielali „slusznych” o mnie wywiadow i rozpowszechniali prawie jednobrzmiace „prawdy” nie do odrzucenia, ani nie do odklamania. No bo pierwotnie zakladano ze wywiozlem kajak i maszyne stolarska, ale wlasnych dokumentow nie.  To nawet nie bylo takie glupie, bo do tej pory watahy anonimow (zapewne dzieci i wnukow owczesnych „autorytetow”) zgrzytaja i pluja anonimowo na moja czesc przy okazjach roznych zbiorowych „patriotyzmow”.

 

Okazalo sie ze nie tylko ja to zjawisko zobaczylem – bo od widzacych to podobnie otrzymalem kopie suuuuusznych wywiadow zebranych miedzy innymi na moj temat (oczywiscie nie tylko na moj) przez OBN – dziwnie jednobrzmiacych  w formulowaniu klamliwych wypowiedzi o mnie, zapewne wciaz w obronie upapranych autorytetow,  z najwazniejszym wlacznie  J.

 

Dobra – rozpisalem sie w tym wstepie – wiec juz nie komentujac dalej zalaczam nizej zestawienie wspomnianych otrzymanych wywiadow, nie wdajac sie w pyskowki z klamiacymi ani nie dziekujac (dla rownowagi) nieklamiacym.  Wspolnym mianownikiem „wspolnej” podsunietej odpowiadajacym na pytania sciagawki byly cztery tematy: - 1/ze nalezalem do PZPR - co jest klamstwem, 2/ze to ja bylem inicjatorem i organizatorem spotkania Prezydium ZR „S” po wyborach w czerwcu 1981 z KW PZPR – co jest klamstwem, 3/ze wyrazalem sie niepochlebnie o Walesie - co jest umiarkowana prawda, powiedziana mu przeze mnie prosto w oczy dzien po moim wyjsciu z wiezienia i 4/ ze odmawialem udzialu w konspiracji „bo sie do niej nie nadaje” – prawda jest ze: a/odmawialem udzialu w konspiracji przy kawie i wodce, gdzie oddelegowana sbecja zbierala informacje i b/ ze mialem „ogony” jezdzace i chodzace za mna nawet na ryby, a na niewatpliwy zarzut ze naprowadzilem na bohaterskich kawowo wodczanych konspiratorow esbekow -  nie mialem ochoty.

 

A teraz zycze milego czytania udzielanych w tamtym czasie swoich i nie swoich wywiadow. Ich czcionka i formaty sie roznia - bo sa to zapisy oryginalne, wiec pozostawiam je bez kosmetyzowania, aby nie byc oskarzonym o zmiany ich tresci .  Czerwone wstawki w tekstach nie sa moje – za wyjatkiem jednej prostujacej gdzies tam na koncu klamstwa o przyczynie mojego „niekonspirowania”. Ta jedyna moja wstawka w cudzy tekst jest, w odroznieniu od innych czerwonosci, podpisana moimi  inicjalami.

 

----------------------------------------------------------------

 

 

Rozmowa z Wiesławem Rondomańskim

w dniu 11 maja 1993 roku.

 

Pyt. Kiedy w OZOS-ie powstała „Solidarność”? Wiem, że tam na początku były inne Niezależne, Samorządne …

Odp. O,o,o, … Więc może zacznijmy od tych związków. Kiedy byłem na letnisku we wiosce koło Olsztyna, to tylko przez radio słyszałem, że statki stoją na redzie, a rząd się niepokoi cytrynami. To mnie pasjonowało. Sąsiedzi - rolnicy - powiedzieli mi, że w OZOS-ie się coś gotuje. Zadzwoniłem. Nie, nie - wszystko w porządku. Okazało się później, że bali się mi powiedzieć przez telefon. Był moment, że strajkowano w OZOS-ie przez kilka dni. I jak pojawiłem się, to było już po strajku. (2-3 dni strajku). Był on czysto robotniczy - po prostu wyganiano tam ludzi w fartuchach. Robotnicy zajęli halę wykańczania opon. Parę setek ludzi tam było i pilnowano, żeby nie kręcili się tam umysłowi. Żeby nie było inteligencji, żadnego dozoru.

Pyt. Jaką funkcję pełniłeś w zakładzie?

Odp. Ja byłem specjalistą w dziale organizacji. Oczywiście zaliczałem się do inteligencji. Tu waż­ny był fartuch, fartuch … bo robotnik to miał portki ogrodniczki. Po tym się rozpoznawało czy to robotnik czy urzędnik, czy kierownik. Umysłowy to była wroga nacja. Wtedy to się zaczęło. Wtedy zaczął się krystalizować przyszły zarząd związku, jakaś taka grupa.

Pyt. Na czele stał …

Odp. Niejaki Piątek. To jest osobliwa rzecz - zapomniałem jego imienia. Facet, który z pół roku pracował w OZOS-ie, a przedtem bywał w świecie, m.in. podobno w kopalniach, na co się czę­sto powoływał. Miał on dość duży autorytet Był to człowiek dość prymitywny, o takim specyficznym sprycie. W każdym razie miał posłuch, poważanie wśród robotników, przynajmniej wtedy na początku. Był dosłownie jednoosobową osią wszystkiego. Inni kręcili się tak, jak koło Wałęsy, jak ćmy obok ognia.

Pyt. Czy Piątek sympatyzował z tym strajkiem gdańskim?

Odp. To było jakieś specyficzne, dziwne balansowanie. Szereg domniemań różnych jest, za niektóre można by ciągnąć do sądu, dlatego ja tam nie pobrnę. Wiele było różnych domniemywań, kto zacz - bo do tej pory to jest niejasne. Była to bardzo silna osobowość, który chciał mieć władzę we własnym ręku. Oficjalnie deklaratywnie to popierał związek robotników z Wybrze­ża, ze stoczni Wałęsy - to tak. Osobliwością było to, że robotnicy bali się: no, uważajcie, bo tam podobno KOR-owcy tym sterują. - Nie KOR-owcy, ależ w żadnym wypadku! Ani Kuronie, ani Moczulskie - my tu czysty związek. W każdym razie formalnie to popierał, tym bardziej, że taki nastrój był wśród robotników. Jednak później niejednokrotnie podkreślano, że OZOS jak gdyby za szybko zaczął działać. Była ta myśl rzucona jeszcze przez sfery rządowe i nie do końca wyjaśnione początkowo przez działaczy solidarnościowych w Gdańsku, że to ma powstać jeden monolityczny związek krajowy. Był taki etap, że słowo „Solidarność” jeszcze nie funkcjonowało, a tym bardziej jako związek ogólnokrajowy. Pamiętam, kiedy się przyłączyłem, funkcjonowało takie przekonanie, że mają powstać regionalne związki, i ten w regionie gdańskim, on ma przybrać nazwę „Solidarność”. A więc my równolegle, co będziemy czekać, my też coś takiego zrobimy, i to powstało. Dowcip polega na tym, że jak już coś powstanie, to nie chce zdechnąć.
Bo to są osobiste ambicje, pewne emocje. Tu w OZOS-ie ten antyinteligencki charakter był, ale już było wiadomo, że oni jedno, drugie zebranie robią. Ja byłem pierwszym umysłowym, który odważył się, przeżegnał i poszedł między wilki. Jakoś nie skopali i było widać, że te pierwsze ostre nastroje im przeszły. Jak zauważyłem, że tworzą statut, a nie mieli żadnych wzorców i kilka, jak mi się wydawało, rozsądnych myśli rzuciłem, które znalazły uznanie wśród tych ludzi i tak się stało, że w praktyce dostrzegli (demokracja realizowała się w praktyce), iż nie ma co siedzieć w dwustu chyba na sali, tylko trzeba komisję statutową powołać, i już się tam znalaz­łem. Jakiś chłopak powiedział: - O, ten pan! - i wskazał na mnie. Był to robotnik Kazik Łuka­szewicz. I za parę dni dołączyło jeszcze dwóch umysłowych na samym początku. Później znalazłem się w prezydium i w takiej trójce, która jechała rejestrować u Kościelniaka w Gdańsku ten związek. Trzeci czy czwarty w kraju …

Pyt. Jako Niezależny, Samorządny …

Odp. Tak. To co później nazywano związkami autonomicznymi. Ponieważ równolegle w tym czasie już się skrystalizował związek „Solidarność” ogólnokrajowy, część ludzi bardziej świadomych wśród robotników mówiła, że w sumie chodziłoby o to. Ale nie wszyscy tak mówili. Nie­którzy byli związani z tym autonomizmem i mówili, po co nam „czapa”. A ta „czapa” to jeszcze wywodziło się z CRZZ, że tu robotnicy rządzą w swoim zakładzie pracy, a jeszcze ktoś im się wtrynia, a więc po co ta „czapa” w Gdańsku jeszcze. Były takie zróżnicowane koncepcje ale, że potrzebne było poczucie ścisłego związku i ta ekipa 5-6 osób pojechała do MKZ-u Gdań­skiego, aby się zameldować, że my z tej samej parafii jesteśmy, że to jest struktura zakła­dowa ale, że my do nich przynależymy. Z tym, że wtedy było to już skrystalizowane i zauwa­żona walka partyjnych z „Solidarnością” przez tworzenie tego typu związków. Ja bym się sprze­ci­wiał, że związki w OZOS-ie, taki miały charakter, przynajmniej początkowo. Ale ten Piątek, czy on albo ktoś jeszcze, czy byli pod czyimś wpływem - trudno to udowodnić.

Pyt. W każdym razie robotnicy, którzy tworzyli ten związek, nie myśleli o tym, że ktoś nimi manipuluje.

Odp. Na samym początku na pewno nie. Jednak zbyt długo to było podtrzymywane i pytanie czy w tym podtrzymywaniu nie było jakichś „nieczystych wpływów”.

Pyt. Do kiedy ten związek autonomiczny istniał?

Odp. Nie za długo chyba. Moja wizja była, że ja się przyłączam do robotników w OZOS-ie - oni są moim sterem i oni mną kierują. Po ważniejszych wystąpieniach okazywało się, że robotnicy ma­ją rację - zdaję się na nich, będę służebny w stosunku do robotników w OZOS-ie. I tak do tej pory czuję. Oni mi mówią, moja rola regionalna jest wtórną w stosunku do tego.
Kiedy odbywały się wybory ostateczne do władz tego związku, równolegle powstawała pierwsza komórka „Solidarności”, taka grupa inicjatywna. Starszy pan Grucela, nie Leszek tylko jego ojciec, był pierwszym - bardzo rozsądny człowiek, ale skromny - on to rozpoczął, ale potem zbliżył młodych chłopaków, Zbyszka Przewłockiego i jeszcze innych i raz dwa im to przekazał i oni ciągnęli dalej. On był tym, który poszedł tam gdzie trzeba, czy do Gdańska, czy do MKZ-u, dowiedzieć się co i jak, twardo, ale potem już tym nie dyrygował. A między związkami rozpoczęły się wzajemne przepychanki, oskarżenia. Ale okazało się, że formuła wyborów w tym związku autonomicznym przybrała charakter, między innymi ja to forsowałem, plebiscytu jaki ten związek ma być. Uznaliśmy, że jednak wszyscy robotnicy w OZOS-ie są jednym organizmem, że są różnice takie czy owakie, ale my ustaliliśmy, gdy się zjawią delegaci, jaki to ma być związek. Jeżeli będzie opinia, że „Solidarność”, to ten związek zniknie. Czyli to co miało być wewnątrzzwiązkowymi wyborami, stało się zbieraniem (wybieraniem) delegatów na plebiscyt w tym zakresie. Nikt wtedy nie powiedział, że to mogą być dwa związki - o branżowym nie mówmy, bo to był wróg, itd. - tak się stało, że 55 zostało wyłonionych. Ludzie już pytali. Pamiętam zebranie na Tracku - taka baza nasza parowozowa, którą OZOS tam miał - ludzie pytali: - Zaraz, ale do jakiego związku? - Więc im mówiłem: - Kochani, jeszcze nie wiem do jakiego związku. Właśnie od was delegaci też będą, to powiedzą jaki związek będzie. I 55 ludzi było - ja za procedurę odpowiadałem jako umysłowy - i z tych 55 - 44 głosowało za „Solidar­nością”, a 11 miało obiekcje. Z tym, że wtedy nikt nie negował tego, że tak się stanie, że większościowo zadecyduje się jaki związek będzie w OZOS-ie. - To jest „Solidarność” - powiedziano, wielka radość, po tych wszystkich przepychankach, ansach, pamiętam obejmowaliśmy się. Potem jednak było takie burbulowanie (?), bo jednak ten Piątek, niektórzy zaczęli negować, że coś tam nieprawidłowo było. Mnie to osobiście wkurzało, bo za proceduralną prawidłowość byłem odpowiedzialny. Uważałem, że wszystko jest jak trzeba. Ze Zbyszkiem Przewłockim rozmawiałem i doszedłem do wniosku, że z niejakim Łuszpińskim, w PKS-ach pracuje, my doprowadzimy do rozwalenia tego związku do końca, bo on się nie chciał rozwiązać. I doprowadziliśmy do tego, że tamto prezydium zaczęło składać rezygnacje. Zmusiło w ten sposób do rezygnacji Piątka. I nowe wybory żeśmy ogłosili, przy czym żaden z nas, ze starego prezydium, nie kandydował - w ten sposób zrobiliśmy, że ten Piątek też nie wszedł, bo nikt nie wchodził z prezydium. On z wściekłością trzasnął drzwiami, zrozumiał, że nie kandyduje, wtedy został wybrany chłopak, bardzo spokojny, przyzwoity, wysokiej klasy robotnik, fachowiec z elektrociepłowni, ale bez osobowości takiej. I ten związek autonomiczny chwilę potrwał i potem padł. Zrobiliśmy jeszcze taki numer, że decyzję, że związek się rozwiązuje, tylko się ogłasza, że je­żeli ktoś chce zgłosić sprzeciw ten przynosi wniosek sprzeciwu (?). Nie było tych głosów.
To była osobliwość, jak już informuję Zbyszka Przewłockiego, że jestem z wami, referuję wyniki tego referendum o którym mówiłem, i powiedziałem czy to mu nie przeszkadza, żeby stało się faktem takie referendum. On mówi, że nie, bo jeżeli ktoś nie jest w „Solidarności” to ma swobodę. Później dzwoniłem do Kościelniaka będąc już członkiem „Solidarności”, że my się rozwiązujemy. On mówił, że nie może tego zrobić, że nie ma procedur prawnych na rozwiąza­nie. Ale to są szczegóły. Już w tym momencie byłem w „Solidarności”. Pod koniec listopada nastąpił dokładny rozpad tego związku. Pozostała tylko „Solidarność” - już te autoomiczne zniknęły.

Pyt. Jak liczny był związek „Solidarność” w zakładzie?

Odp. Pamiętam dość dokładnie. Rząd 4 tyś. ludzi w „Solidarności”, do 800 cz 600 w CRZZ.

Pyt. Co możesz powiedzieć o Przewłockim?

Odp. Przewłocki. Cenię go sobie. Człowiek z pragmatyków, który pragmatyzmem się kierował. Ja bym porównał go - zachowując pewną miarę - do kard. Wyszyńskiego, który paktował z komu­nistami, ale był moment kiedy powiedział te „non possumus”. I tak samo Przewłocki. Przyszedł ten moment i on okazał się twardszym, zdecydowanym człowiekiem, kiedy przyszła chwila pró­by. Jego zachowanie w stanie wojennym i przeprowadzenie tego strajku.

Pyt. Opowiedz to wszystko, co jest związane z 13 grudnia i ze strajkiem.

Odp. O Zbyszku może jeszcze dodajmy, że kilka razy podpadał uśmierzając różnych wariatów, któ­rzy chcieli kosy ostrzyć i iść gdzieś tam na komitet - takie różne dziwne pomysły - Symo­łona.. Był taki teoretyk rewolucji.

Pyt. On był pracownikiem OZOS-u?

Odp. Symołon? To ciekawa postać z Kętrzyna. Miał przepychanki z nim Zbyszek. W stanie wojennym od razu pierwszego dnia do „Gazety” pisał. Po prostu pospolity zdrajca, kawał łobuza. Myśmy dostali „Gazetę Olsztyńską” w Iławie i tu już Symołon tam był, pisał o aferach, co to było w tym Zarządzie Regionu.

Pyt. A czy w czasie pokojowym też miał jakieś prowokacyjne wystąpienia?

Odp. On odznaczał się nadmiernym radykalizmem. Radykalizm bez podstaw - nie grał w to co jest możliwe, tylko próba napuszczania na strajk, kiedy Krajówka wyciszała pewne sprawy, bo było widać o co chodzi. Myśmy byli dosyć zdyscyplinowanym Regionem. Nam się OZGraf wym­knął spod kontroli - to Symołon właśnie coś innego rozgrywał forsując swoją osobowość.

Pyt. Ale ty określiłeś go jako zdracjcę?

Odp. To stan wojenny, bo wybacz - ludzie pozamykani są i on na tych pozamykanych ludzi pluje w komunistycznej gazetce, która prawie jako jedyna spod komunistycznej cenzury ma prawo wyjść, chodzi o „Gazetę Olsztyńską”, i on tam wywiadu pewnie Zemanowiczowi - jak to zwykle - udziela na temat właśnie tego bałaganu, łajdactwa i nie wiem co tam było jeszcze na pier­w­szym piętrze. No więc, ja nie wiem, innego określenia nie znajduję. Można mieć pretensje, ale to nie był czas i miejsce do wyłuszczania takich rzeczy.

Pyt. Opowiedz o Przewłockim i o strajku.

Odp. Przewłocki był czasami wyśmiewany, że on jest strachliwszy czy co, a on był rozsądny, był pragmatykiem.

Pyt. Ja Przewłockiego pamiętam z okresu strajku w OZGrafie, bo było spotkanie w OZOS-ie. Wła­dze z Rubczewskim zamiast do OZGrafu, to w OZOS-ie zorganizowali spotkanie. I właśnie Przewłocki powiedział, że oni powinni do OZGrafu pójść, a nie tutaj - i skończyło się na tym, że duża część robotników razem z Przewłockim wyszła z tego spotkania. To było znamienne. Pracowałem wtedy jeszcze w Rozgłośni PR i byłem tam jako dziennikarz.

Odp. Przewłocki miał mir, szacunek, jak najbardziej on był przywódcą. Mówię o opiniach w Za­rządzie Regionu. To w Regionie patrzono na niego jako człowieka zachowawczego czy spło­szonego. Błędnie go ocenili.
Ale to przeminęło, jak wprowadzono stan wojenny, to mnie dyżurni wyciągnęli z OZOS-u, z domu, bo myśmy mieli dyżury, takie większe zakłady mieli dyżury. Jak się zerwała łączność z Zarządem Regionu, to oni podjechali samochodem zobaczyli, że zaczęła się kotłowanina pod Regionem koło północy. I ci nasi z OZOS-u ludzie, którzy w dyżurze zakładowym byli informowali. Coś się wyprawia, budzenie po nocy. W każdym razie jak przyjechałem do OZOS-u zaalarmowawszy po drodze kilku ludzi naszych, to Zbyszek Przewłocki był już w zakładzie.

Pyt. O której godzinie byłeś?

Odp. Słuchaj, to chyba dwugodzinna jazda była,, a więc chyba koło drugiej w nocy byłem w zakładzie.

Pyt. To znaczy przybyłeś z domu?

Odp. Z domu. Bo jak mówię bęc, bęc o północy robotnicy z OZOS-u, którzy powiedzieli, że rozpierdolili MKZ i trzeba wiać. A więc ja się zebrałem, a byłem trochę na bani, bo takie napięcie było czuć i sobie golnąłem koniaku idąc spać, no i na tej bani niestety, jeździłem syrenką. Pierwszy raz w życiu mi się zdarzyło i jedyny do tej pory, no i usiłowałem w tym padającym śniegu, ludzi wyłapywać, których znałem. Ale po 2 godzinach zajechałem do OZOS-u i tam było chyba ponad dwadzieścia osób. Z zewnątrz to była Langowska i Irena Włudyka Cincioł. Dokładnie to trudno mi powiedzieć, która to była godzina. One przybyły dwie, ale ozosiaków już sporo było z Komisji Zakładowej. Myśmy się połapali, że oni nie tykają ludzi z OZOS-u. Musiał być specyficzny sposób podejścia do tej grupy ozosowskiej. W jednym czasie z internatu zostaliśmy zwolnieni, to też o czymś świadczy. Pięciu nas było i pięciu w jednym czasie zostało zwolnionych. Ale to są późniejsze dzieje.
A wtedy w OZOS-ie, to próba takiej debaty, takie szarpanie, próba łączenia się z kimkolwiek. Próbowaliśmy linią kolejową łączności, karetkami, bo oni mają krótkofalówki i chcieliśmy do Gdańska, ale to się przerywało, ktoś tam odmawiał, nie chciał łączyć. Tak, że widzieliśmy co się tutaj wyprawia, że pozabierano ludzi, ale jaki to ma wymiar, nie było wiadomo. Potem prze­mówienie Jaruzela, coś nam wyjaśniał, gdyż początkowo nie było wiadomo, czy to Ruscy, nic nie było wiadomo.

Pyt. W niedzielę OZOS był pusty.

Odp. Pusto. Tam strażnicy i kotłownia, bo muszą grzać miasto, ale w zasadzie pusto. Myśmy pojawili się z soboty na niedzielę, nadchodzi ranek - cicho, pusto. W sumie doszło nas wtedy około 30 osób, kręcili się w pokojach „Solidarności” i tylko dwie osoby Grażyna i Irena, które jak sobie przypominam, były z zewntrz. Mógł się jeszcze ktoś przewinąć, ale nie pamiętam. Ktoś się pojawił z dyrekcji, ale z zasady z nami nie rozmawiali. Tylko dyr. Oziębło naczelny, przyniósł nam obwieszczenie o stanie wojennym, że powinniśmy to znać i wiedzieć jakie skutki. Bardzo starał się być uprzejmy. I w zasadzie było takie bezpłodne troszeczkę gadanie, siedzenie przez całą niedzielę. Konkretnie ustaliliśmy, że naszym obowiązkiem jest przynajmniej próba strajku protestacyjnego w OZOS-ie, z tej chociażby przyczyny, że taka nas uchwała obo­wiązywała. Nie mówiono wtedy o stanie wojennym, ale był taki kryzysowy moment i jeżeli ten kryzys rząd będzie siłowo próbował rozwiązać, to będzie strajk generalny. To co się działo, ewidentnie się kwalifikowało, obowiązek więc ciążył na nas, ale to wymagało ludzi, a więc trzeba było czekać do poniedziałku. Zbliżał się wieczór, zaobserwowaliśmy 4-5 milicjantów wyż­szego szczebla się pojawiło, ale do nas nie zachodziło. Nyska przyjechała - milicjanci co najmniej kapitańskie gwiazdki mający, poszli do strażników przemysłowych i tam podobno pozabierali pistolety wszystkie, do nyski zabrali i wynieśli się. I czas, cyka zegarek …

Pyt. Grażyna i Włudyka były przez cały czas?

Odp. One były, chyba rano się zjawiły. One zakasały rękawy, bo myślały raczej o zewnętrznej sy­tuacji. Zaczęły klepać na maszynie jakieś odezwy, chyba jakichś chłopaków znalazły, którzy tam polecieli kleić na przystankach. One w OZOS-ie pisały, ale nie pamiętam czy one na zmianę pisały, to było trochę na uboczu, w mniejszym pokoiku się znajdowały.

Pyt. Czy milicja ich zwinęła w zakładzie?

Odp. To musiało być później. To było możliwe. Wystarczy trzech ludzi - jest kabel. Była nas tam gromada, może ktoś wypaplał. Zresztą nie trzeba było kabla, wystarczyło proste, durne paplanie.

Pyt. Oczywiście - to jest tzw. donoszenie mimowoli.

Odp. Jakieś mętne wrażenie mam, że byli jacyś ludzie. Przychodzili do nas, jak do jakiegoś ośrodka, który jeszcze pozostał, aby zasięgnąć informacji, ale szczegółów nie pamiętam.

Pyt. Ludzi przychodzących przecież nikt nie legitymował?

Odp. Tu każdy mógł wejść, żadnej obstawy nie było, niczego. No i taka bezpłodna niedziela, to znaczy dla tych dziewczyn nie była bezpłodna. Zbliżał się wieczór i coś żeśmy czuli pismo nosem. Zaczęliśmy się niepokoić. Pierwszej nocy byliśmy raczej spokojni, to teraz zaczęliśmy się niepokoić. Przychodzi moment ciszy, spokoju, martwej nocy. Było nas w sumie może 50 osób, ale nie więcej. Niepokoiliśmy się, że ktoś może przyjechać i coś narobić. I taka myśl przyszła, że my się rozpraszamy. Obiekt znaliśmy, to nasza rodzinna firma i jakieś tam grupki po 6 osób porozchodziliśmy się w różne miejsca, nie za bardzo informując gdzie kto idzie - z grubsza jedynie. Poszedłem na dział opon radialnych, w samym sercu OZOS-u - dosłownie. Niektórzy wiedzieli gdzie kto jest, telefony wewnętrzne działały wewnątrz OZOS-u, gdy coś si działo, O! ktoś tam idzie, to telefon zaraz dzwonił i wiedzieliśmy, że coś się tam dzieje. Dosyć bezpiecznie się czułem, bo jakby obstawiony innymi placówkami dookoła i gdyby coś się działo, to będę wiedział. Naszą intencją było czekanie do rana. Niektórzy w tym czasie z nudów myśleli jakie przygotować obwieszczenia. W pamięci została mi Ania Niszczak (Żurawek wów­czas - Niszczak obecnie), która tymi paluszkami z braku czegoś innego knota ukręciła z papieru. maczała w tuszu - od stępli - zielonym i tam coś bazgroliła po jakichś papierach, czy to na formularzach wielkich z tylnej strony, czy też brystole skądś się znalazły i tak prowizorycznie coś pisała „strajk protestacyjny” - dokadnie nie pamiętam - ażeby gdy ludzie przyjdą na szóstą, było przygotowane. Wiesz, nawet - już podczas mojej nieobecności, bo też ciekawa rzecz - nastąpiło coś takiego, że to było zwijane, było ukryte na parapetach okien i przymocowane tak, że wys­tarczyło pchnąć, strącić i to się rozwijało momentalnie. Tak, że na zewnątrz niby OZOS nie był przygotowany, ale jak ludzie zaczęli przychodzić, godz. 6, 7 to jeden rzut i rozwija się transparent - strajk. To było przygotowane na te możliwości prowizoryczne, jakie były - nawet farby nie było.
Dlaczego mówię, poza moją obecnością - bo dwóm z nas przydarzyła się osobliwość, to znaczy Andrzejowi Smolińskiemu i mnie. Na tym dziale radialnym w mistrzówce takiej.

Pyt. Ty byłeś ze Smolińskim?

Odp. Ze Smolińskim razem, tam jeszcze parę osób było: Ania Żurawek. Było coś takiego, że chcieliśmy ze Zbyszkiem chwilę pogadać i nie mogliśmy się zorientować, gdzie on jest. On gdzieś tam miał być, ale pod telefonem nie mogliśmy go złapać. Ania, ktoś jeszcze, parę osób wyszło szukać go. Smoliński i ja zostaliśmy w tej mistrzówce opon radialnych, no i brzdęk - drzwi się otwierają w pewnym momencie i wchodzi taka ekipa jak trzeba. Rezydent bezpieki - bo taka duża fabryka, a więc rezydentów miała, Leszek Dubieniecki na przykład, czy jakiś inny, w tym momencie może jakiś inny był, ale myśmy wiedzieli: to jest bezpieka.

Pyt. Ale waszym rezydentem był Leszek Dubieniecki?

Odp. Był na pewnym etapie Dubieniecki, a potem jeszcze jakiś inny nastał. Ja nie pamiętam, ale twarz była znana, bo ja wiedziałem, że to jest ten. No i jeszcze jacyś ludzie - tam mundurowych nie było - ale było widać jaki typ ludzi, o co chodzi. I jeden z dyrektorów technicznych - Wrzosek tam był. I chyba nikt poza tym, i: „Co tu panowie robicie? Z naszej strony idiotyczne odpo­wiedzi były, gdyż Smoliński, który był konfekcjonerem, czyli pracował na maszynach przy których warto było parę godzin wcześniej przyjść i przygotować sobie prefabrykaty. To potem wię­cej się zarobiło, bo się wyprzedzało innych: bieżniki, skrzydełka, jakieś inne historie. Można było wtedy dużo zarobić. A więc ludzie przychodzili wcześniej, tylko słuchaj: gdzie pół­noc, a gdzie pocztek pracy. I on mówi: bo ja przyszedłem prefabrykaty przygotować. Bzdura ewidentna - ale to mówi. A ja mówiłem, że słyszałem jakąś dziwną pogłoskę, że podobno jakieś aresztowania są w Olsztynie, a więc się tutaj schowałem. Ale może to bzdura, wiecie, ludzie często głupoty plotą i teraz chciałbym, żebyście panowie rozwiali te wątpliwości - na co żadnej odpowiedzi nie otrzymałem. Jeszcze Wrzoska zapytano wskazując na mnie, czy jestem pracownikiem. Pytali gdzie Przewłocki, no gdzieś jest, tego … Czy możecie się z nim kontaktować? No, czasami tak. Oni mówią, że trzeba porozmawiać bo sytuacja jest taka poważna. Zbyszek Przewłocki zadzwonił w tym momencie. No więc ja tak na okrągło mówię, że tutaj są ludzie, którzy chcieliby z przewodniczącym porozmawiać.

Pyt. To znaczy wy tak mówicie?

Odp. Tak, do niego. Bo któryś tam stał z tych milicjantów i podniósł słuchawkę, tak pomedytował i przekazał nam. I ja rozmawiałem ze Zbyszkiem, ale po tych słowach Zbyszek zorientował się w czym rzecz, że nas tam mają. Ja mówi, że oni chcieliby z tobą rozmawiać, czy chcesz z nimi rozmawiać? No dobrze, porozmawiamy. A więc się pytam gości - no to gdzie? No, to w sali KZ-u. Konferencyjna sala Komitetu Zakładowego w biurze głównym. No to my tam będziemy. I nas dwóch tam zaprowadzili. Czekaliśmy pół godziny, oczywiście Zbyszek nie przyszedł.

Pyt. Kto was zaprowadził?

Odp. Cała ta ekipa, ci milicjanci, dyrektor. Wzięli Smolińskiego i mnie i poszliy do tej sali KZ-u. Czekaliśmy pół godziny i Zbyszek oczywiście nie przyszedł, to o czym tu gadać. W takim razie ci milicjanci powiedzieli, że nie ma tu na co czekać i zabrali nas do Komendy. Tak że, też ciekawostka, ja widziałem tę Komendę od środka, wiesz w tych dniach: burdel sakramencki, nie wiem jak te sprężyny chodziły, ale burdel nieprzytomny. Zmieniali się moi rozmówcy. Rozma­wiali ze mną właściwie o niczym, nie wiem czego oni chcieli ode mnie. Tak pytali: a co? zamiary? Ale właściwie nikt nie drążył nie cisnął. Przejawem bałaganu było to, że zostawałem sam czasami w tym pokoju. Zostaję sam, za parę minut przychodzi facet z drugiego i mówi: kurwa, zapomniałem pistoletu, i nie zamkniętą na kluczyk szufladę wyciąga, zabiera pistolet i wychodzi. Tak więc siedziałem przy tej szufladzie z pistoletem, z czego sobie nie zdawałem sprawy. Nie byłem zresztą w nastroju aby tam grzebać akurat. Zresztą również byliśmy z Andrzejem razem postawieni przed sprawą lojalki. Nie mieliśmy tego luksusu, że ta sprawa była omówiona, co z tym robić itd. Z tym, że to zupełnie prywatnie … (…). I takie dość niemrawe rozmowy zupełnie o niczym. W pewnym momencie, jak się potem dowiedziałem, Andrzeja krótko wcześniej wypuścili do domu, czy zawieźli, tego nie pamiętam. I mnie zawieźli do mego własnego domu z nakazem aresztu domowego. Osobliwa formuła, kazali mi siedzieć w domu, nie wychodzić, ale … to samo w sobie wydawało się idiotyzmem, ale wyraźnie związane z następną rzeczą, mianowicie kilkanaście minut później kierowca z OZOS-u pojawia się z biletem wizytowym Oziębły, dyrektora ówczesnego, na którym to on pisze, że prosi mnie o przybycie do zakładu, ponieważ jest bardzo poważna sytuacja. Jako ten działacz związkowy jestem potrzebny do rozładowania napięcia - tak to sformułowano. Andrzej Oziembło - podpis. Fajna ta wizytówka, ona też odegrała swoją rolę. Wiadomo o co chodzi. I jeszcze kierowca jakby swój człowiek troszeczkę. Może nie do końca. Medytowałem co robić, bo przecież kazali mi tu siedzieć, ale skoro mam taką wizytówkę, to ja zdawałem sobie sprawę, że dyrektor OZOS-u to jest działacz gospodarczy partii, to jest osoba która jest władzą. Taki dokument uwalniał mnie od zobowiązań bezpieki. W jakiś sposób byłem kryty. Wsiadłem, pojechałem.

Pyt. Starałeś się być lojalny.

Odp. Ale krótko to trwało. Jak się zorientowałem, to wszystko było związane. Wyjście Andrzeja i moje i ten przyjazd - to wszystko było w jednym układzie, to była jedna rzecz. Zawieźli mnie do domu po to, aby mnie tamten samochód zabrał, żebym ja pojechał do OZOS-u. To w sumie zwolniono mnie na wezwanie Oziembły. No, pojechałem tam. Rzeczy dosyć znane mi - dyrektor tłumaczył, że robotnicy nierozsądni, że istnieje zagrożenie życia i żebym wpłynął na nich. On mówił, a ja słuchałem.

Pyt. Myślał, że jesteś kupiony …

Odp. On brał mnie na rozsądek. Mówił, że ja tych oszołomionych robotników opanuję itd. W każ­dym bądź razie poszliśmy do tego komitetu strajkowego. Ciekawostka, do tego samego miejsca, skąd mnie zabrano, do mistrzówki radialnej. Taką typową rzeczą dla „Solidarności” było, mimo iż istniało zagrożenie, to ten dyrektor mógł tam wejść, pogadać jeden z drugim - nikt go nie chciał bić - wszystko spokojnie było. Dyrektor oczekiwał, że ja będę tam do kogoś przemawiał, ale nie widziałem powodów, przede wszystkim byłem działaczem regionalnym (prze­cież byłem we władzach regionalnych), a w tej chwili nie mam co gadać, jest komisja zakła­dowa, jest Przewłocki, to co ja będę ludziom tłumaczył. Dyrektor czekał, żebym coś mówił, ale ja nic nie mówiłem, to on się kręcił, kręcił i poszedł. W każdym razie to jest osobliwa rzecz, że w jakiś sposób znalazłem się na strajku. Byłem przedtem tak i tak na nim, ale teraz zostałem zaproszony przez dyrektora na strajk, pisemnie.

Pyt. Ile osób było wtedy na strajku?

Odp. Jak się pojawiłem, to była gdzieś ósma czy dziewiąta. Koledzy pytali mnie od kiedy cię wypuścili, a ja im mówię, że w sumie przed pół godziną. A, bo oni mówili, że ty i Smoliński dawno żeście wyszli. Co się okazało, jak już ten strajk się rozpoczął? Dało skutek to wywieszanie, istotny skutek to dało, sporo osób się zgromadziło. Na kolanie postulaty (wogóle nie wiedząc, co się dzieje) tworzono - hasła tego typu: uwolnić działaczy związkowych, a imiennie podano dwa. Tylko tych znali w tym momencie: Smolińskiego i Rondomańskiego. Bo nas stąd zabrali na ich oczach. I to mogło stworzyć takie wrażenie, że być może dać tych dwóch, to sprawa się w OZOS-ie uspokoi. Tak to chyba musiało być. Nie wiedzieli jeszcze kogo z Prezydium Zwią­zku wzięli, a kogo nie wzięli. O nas wiedziano na pewno, a o innych informacje były mniej pewne. Tylko o to chodziło, o niewiedzę, a nie było tak, że o siebie dbamy, a reszt olewamy - nie byo tak. Taka moja osobliwa przygoda życiowa, że chyba nieliczne w Polsce osoby zostały wyciągnięte z pierdla przez protest robotniczy. Między innymi ja miałem tę przyjemność.
Nasze przybycie oczywiście niczego nie zmieniło w strajku i zaczęła się taka faza jakby pewnego rodzaju nacisku, stopniowo tam nadciągała milicja, takie czy inne ROMO, ZOMO, różne formacje z przyłbicami i wojsko nadciągnęło. Myśmy o tym wiedzieli, bo tam z dachu obserwowano i z innych punktów. Była bijatyka przed OZOS-em, bo tam ludzie się pobudzili i zaczęli się awanturować, wykrzykiwać. I co osobliwe, że jeżeli ktoś w skórę dostał w OZOS-ie, to paru młodych ludzi, czy ktoś tam jeszcze, którzy wpadli pod pałę tej obstawy dookoła OZOS-u. Tam dali manto. Wewnątrz nikt nie dostał - nawet muśnięty nie został. Naciski były, kolejne ostrzeżenia, jakieś tam wizyty prokuratorów wojskowych, którzy z naszego megafonu nam tłumaczyli, tuby mieli, pomiędzy nami byli, jakiś major, taki wojskowy prokurator.

Pyt. Wy byliście w zakładzie. Czy oni z terenu zakładu to mówili?

Odp. Tak. Pomiędzy nami byli.

Pyt. A wic nie było takiego komitetu strajkowego, który by orzekł, że nie wpuszczamy nikogo z zewnątrz. A czy była jakaś kontrola?

Odp. Myśmy starali się obserwować, kto wchodzi, kto wychodzi - co się dzieje. Między innymi ta trójka, która tworzyła autonomiczny związek, to była na indeksie - Idzie ten i tamten, o, uwa­żajcie! Jeżeli ktoś szedł, to nie było tak, że on wtapiał się w tłum, on był obserwowany. Ale nie było obstawy, zakazu że nie wolno - takiego czegoś nie było.

Pyt. Czy w tym momencie mieliście jakiś plan strajku, bo na pewno liczyliście się, że może dojść do konfrontacji.

Odp. Ja ku temu dążę. Więc były różne naciski, straszenie dekretem itd. Te Matki Polki tam wzywane, apel do synów, dosłownie kilkadziesiąt różnych fal takiego nacisku. I właśnie to stworzyło nam plan, chyba jedyny do zaakceptowania w tej sytuacji. Wiemy, że tu niczego nie wygramy, ale nie możemy ulec żadnym prośbom, groźbom, naciskom. My musimy być stąd usunięci siłą. To było naszym planem.

Pyt. Taka była determinacja?

Odp. Tak, to jedno, że nas stąd muszą usunąć siłą.

Pyt. A więc nie wy sami, ale siła z zewnątrz?

Odp. Tak. Kiedy, jak to nie wiadomo, ale jedno, że oni mogą prosić, mogą grozić - my stąd nie pójdziemy. To musi się odbyć siłą. To był jedyny plan w zasadzie. Bo czas należał i tak do przeciwnika. I nasze przygotowanie polegało tylko na tym, że jest taki mur, który dzielił OZOS na część radialną od starej części i takie bramy w tym wewnętzrnym murze są, to taką bramę żeśmy zablokowali jakimiś ciężkimi wózkami przemysłowymi, które tam do przewozu części są. Tam gromadzili sią. Tam gromadzili się policaje, to żeśmy zablokowali. Z drugiej strony byliśmy ogólnie dostępni, można było podejść. Ale te wózki ustawiliśmy dookoła ograniczając te pole na którym jesteśmy. Pozornie wydawało się, że jak gdyby mniej osób się robiło.

Pyt. Czyli władze chciały żebyście opuścili OZOS?

Odp. Tak, żeby to zgromadzenie rozeszło się, zaniechało strajku. Długo próbowali do tego doprowadzić.

Pyt. Ile osób było wówczas na terenie zakładu - robotników?

Odp. Dochodziło do 250-300 osób, ale to zmieniało się. Ludzie wychodzili i wracali. Poza tym byliśmy ośmiornicą, która miała swe macki, w kanałach, na dachach itd. Ten zbiornik centralny, to był tylko częścią tego wszystkiego co było. Był później nawet do policzenia i tutaj się trochę sprzeczam ze Zbyszkiem Przewłockim. Uważam, że mam tutaj rację.
A więc, tak po kolei nadchodzą te fale nacisku, ale godzina 21 i widać, że są już konkrety. Idzie ZOMO - tarcze, błyskotki, z daleka między maszynami oni idą. W sumie nastawiliśmy się na pałowanie. Pamitam, czapę futrzaną naciągnąłem. Wogóle taka ciekawostka, dyrektor miał rację, że umysłowy ma trochę większą fantazję i nic w domu nie jadłem. Z książek wojennych itd. lepiej w żołądku nic nie mieć. bo to nie wiadomo czy o pałę chodzi, czy coś innego. Ale nikomu nic nie mówiłem o tych swoich przemyśleniach. Nie jadłem w każdym razie. A więc idą, idą. W każdym razie było widać, że prawdopodobnie musieli wiedzieć o naszej decyzji, musieli, wiesz, musieli.

Pyt. Czy to był komitet strajkowy? Czy to było jakieś zebranie załogi?

Odp. Można powiedzieć, że tak. To się zmieniało w samej mistrzówce opon radialnych. Kto tam wlazł to, nikt nie pytał, że ten nie naley, nie był wybrany do prezydium. Kto tam wlazł, aktywny był, ale głównie postawa Zbyszka Przewłockiego osobiście przeważała, bo z nas wielu zas­tanawiało się nad odpowiedzialnością za los tych ludzi, a on to jasno, krystalicznie widział, że to jedno musimy spełnić, niezależnie od ryzyka naszego osobistego, być może ludzi też narazimy, ale z tego musimy się wywiązać. Tu był konsekwentny. Nie chciał być demokratą tylko. Demokracja była, bo taka uchwała została podjęta, że musi się odbyć strajk. Teraz w głosowa­niu mogłoby wyjść, że my się rozchodzimy, że nie ma sensu - to jednak my nie pytajmy ludzi demokratycznie, ale wręcz przeciwnie, w tej chwili kształtujemy opinię tych ludzi, że tak to musi być. Tego się trzymał, czyli rzeczywicie takim odpowiedzialnym, pełnym szacunku czło­wiekiem się okazał, wbrew róznym wariatom, którzy pouciekali na wszystkie strony.

Pyt. A czy były jakieś wówczas osoby z zewnątrz?

Odp. Nie, nie, nie. Grażyna i Irena - one wyszły z zakładu. Ja tego momentu nie pamiętam, ale jeszcze przed tą nocą, gdzie myśmy się rozproszyli. One nie były tam między nami. Myśmy byli upieprzeni, Zbyszek w spychaczu siedział, który wyrównuje popiół, w zimie - noc była wredna wówczas, a on w spychaczu siedział. Później się o tym dowiedziałem, bo wówczas nie mogliśmy go znaleźć. Wtedy gdy ta milicja przyszła, on w spychaczu siedział, na pewno jeszcze gdzie indziej, ale upaprany był wówczas jak świńtuch.

Pyt. A dlaczego takie miejsce sobie wybrał?

Odp. No, różne pomysły mieli ludzie. No ale jesteśmy przy tym ZOMO i było widać, jak gdyby dokadnie byli poinstruowani o naszym działaniu, po prostu mieli te pały, ale żaden z nich nie użył. Ponieważ jak gdyby wiedzieli, że my mamy być usunięci siłą, więc możliwie najłagod­niej­sza formuła została zastosowana, a mianowicie oni rozepchali te wózki, które blokowały przejścia i stamtąd też wyszli milicjanci i połączyły się te siły ni i zaczęli na nas napierać tarczami. I pchali nas tak jak masę. Ich też było sporo i przepchali. Zbyszek zadbał o to już up­rzednio, żeby do minimum spowodować ryzyko starcia krwawego. Jest grupa zawodowa, która ma cały czas przy sobie noże. Ci co na walcowni pracują, to jest technologiczny nóż, pochwa tu jest skórzana i on służy do cięcia gumy na takich walcach - to do obróbki. Kazał jednemu to zebrać w jakieś tam worki i do szatni zanieść. Jak mieliśmy butelki z wodą mineralną, to wózki z wodą mineralną - jak ZOMO się pojawiło - kazał odepchnąć w dal, żeby nie sięgnąć po butelkę - to wszystko było przemyślane. To zresztą posłużyło, że on został później ukarany, udowodniono, że te jego działania świadczyły o jego wpływie i autorytecie i de facto - przywództwo. To, że on ograniczał ryzyko starcia krwawego, zostało wykorzystane przeciwko niemu.
No i w sumie nas tam z tego miejsca przepchali rzeczywiście. Za tą bramą się okazało już, z milicjantów był utworzony taki szpaler, który prowadził takimi drogami technologicznymi do wyjścia z hali. No i tak szliśmy. Jeszcze była taka niepewność, bo napotkaliśmy w pewnym momencie na bramę z hali (nie z zakładu), zamknięta hala, a więc co za nią, czy jakieś samochody czy co, ale nie - dalej był szpaler żołnierzy biedaków zziębniętych na śmierć żołnierzy­ków, którzy stali szpalerem przy bramie zakładu. Przez bramę żeśmy wyszli i każdy szedł gdzie chciał (to było zdumiewające). Nikogo nigdzie nie zatrzymali, a myśmy szli ze szturmówką, która nam cały czas królowała podczas strajku - biało-czerwona flaga, która nie wiadomo gdzie się teraz zagubiła. Z tą szturmówką żeśmy szli, nie zabierali nam jej. Później nawet długo jej szukałem, gdyż uważałem ją za sztandar „Solidarności”.

Pyt. Ktoś mi opowiadał, że niektórych robotników zaraz za bramą milicja zwinęła.

Odp. Nie! Właśnie nie. Zygmunta Borkowskiego zwinęli koło domu, jak tam doszedł, ale przy bramie nie. W następnych dniach taki osobliwy układ był, jak gdyby tam medytacje, co z nami robić. I potem zaczęli zbierać. Zbyszka Przewłockiego przy OZOS-ie, ale jak do pracy szedł, gdyż my zaczęliśmy uczęszczać do pracy. Tego samego dnia, czy następnego, mnie w domu z kolei zwinęli i wogóle wszystkich ozosiaków, ktorych tam w planie mieli pozwijać, pozwijali.

Pyt. Kto był internowany z OZOS-u?

Odp. Zbyszek Przewłocki, Zygmunt Borkowski (chyba był dyspozytorem zakładu) Michał Powroźny (ówczesny szef regionu, podczas strajku był w Gdańsku) i dwóch ludzi jeszcze było: Popielarz i jeszcze kierowcy z OZOS-u, wogóle nie zaplątani w aktywną działalność zwią­zko­wą. Przypadek chyba jakiejś zemsty własnego kierownika, który był powiązany ze służbami specjalnymi, albo przynajmniej mający posłuch. Dwóch kierowców z transportu samochodowego z OZOS-u, bo myśmy w więzieniu ich poznali.

Pyt. Ale należeli do „Solidarności”?

Odp. Należeć, należeli, ale działaczami nie byli.

Pyt. A jacy się okazali?

Odp. Bez zastrzeżeń. Byli oszołomieni przebiegiem wydarzeń, tak jak my.

Pyt. Ania Żurawek, to była więziona?

Odp. Tak więziona. Jeszcze w dołku na Komendzie Wojewódzkiej siedziałem z Romaniukiem Włodkiem, który poszedł do więzienia, a ja z tej samej celi na internat. Romaniuk należał do „bandy czworga”, gdyż cztery osoby zostały uwięzione: Przewłocki, Józek Kociuba, Romaniuk i Ania Żurawek-Niszczak. Żurawek wyszła za mąż w kiciu.
To moje zaproszenie do OZOS-u na strajk mogło zadecydować, że ja znalazłem się w internacie. Bo zastanawiałem się dlaczego Romaniuk tu, a ja tam, mogło być przecież odwrotnie. Józek Kociuba, to jest robotnik na ciężkim wydziale - walcowni; Włodek Romaniuk, to był na radialnych mistrzem; Zbyszek Przewłocki - był technologiem; Michał Powroźny - to główny specjalista.
Jak nas prowadzili, to jak to ja, umysłowy, myślałem, że może im przyjść do głowy fantazja i rkm mogą postawić, żeby skończyć z całym tym bałaganem. Robotnicy zapewne myśleli inaczej - Ty, co na robotnika rękę podnosisz?

Pyt. A więc robotnicy byli zdeterminowani? Wiedzieli, że muszą wytrwać.

Odp. Tak. Ale chcę jeszcze podać liczbę tych ludzi, którzy byli. Moment kiedy szliśmy tym szpalerem, pomiędzy bramą z hali, a bramą w OZOS-ie. Uświadomiłem sobie, że powinienem zobaczyć, ile jest ludzi. Szedłem blisko początku tego pochodu. Stwierdziłem, że jak my idziemy między tymi żołnierzami, to de facto idziemy czwórkami. No, czasami trzy, czasami pięć osób, może zależy jakiej tuszy. Popatrzyłem do tyłu i naliczyłem 25 takich czwórek i szacowałem op­tycznie tę setkę w ten sposób. Ja widziałem jaka długość tego ogona stanowi setkę i tę setkę pró­bowałem odłożyć na tłumie „pi razy oko”. Mogłem się mylić, może pięć razy, może sześć, ale to nie było 300. A ja wtedy próbowałem oszacować i wg mnie 500-600 osób musiało wychodzić w tym momencie. Pojawili się z różnych dziur, zakamarków.

Pyt. Przewłocki, jak go zwinęli, to od razu był uwięziony?

Odp. Nie, nie. Ten moment był taki, że nie wiadomo kto, gdzie. Prawdopodobnie wszyscy razem byliśmy w tym „dołku”. Bo ja tam też spędziłem, nie wiem 24 czy 48 godzin, na Komendzie na dole. Tam musiała być Ania gdzieś, tam był Przewłocki, ja z Romaniukiem w jednym pokoiku, z krymianalnymi różnymi tam siedziałem.

Pyt. A którego dnia?

Odp. W sumie się odbywało gdzieś 3-4 dnia po zakończeniu strajku. Tak to mniej więcej musiało się dziać. Był taki okres, że myśmy byli w OZOS-ie, Zbyszek przychodził do pracy, ja przycho­dziłem. Spotykaliśmy się, żeśmy rozmawiali. Chyba w tym czasie decyzje zapadały, co dalej z tymi ludźmi robić. I później pach, pach, popudłowali prawie jednego dnia, w róznych miejscach: Zbyszka pod OZOS-em, mnie w domu. Nie, przepraszam, to jeszcze inaczej było. Mnie jeden z dyrektorów zabrał przepustkę i powiedział: Niech pan będzie w domu i na wezwanie przyjdzie do pracy. Czekałem na wezwanie i doczekałem się gliny. Zgarnęli.

Pyt. Co możesz powiedzieć o więzionych z OZOS-u?

Odp. Włodek Romaniuk uczył się grypsery. Od razu jak byliśmy w „dołku”, to z tymi więźniami uczył się. To się przyda, powiedział.

Pyt. Czy w stanie wojennym były jeszcze jakie osoby aresztowane z OZOS-u, w wyniku jakiej[AP1] ś akcji? Czy strajk był jedynym i ostatnim akordem?

Odp. Przynajmniej nie było uwięzienia ani internowania powtórnego. Mieli specyficzne podejście do OZOS-u, jak mówiłem, jednego dnia praktycznie wszyscy zapudłowani. To znaczy czwórkę („bandę czworga”) do więzienia, a resztę do internatu. Potem zaś z internatu, w zasadzie niemal jednego dnia. Tylko Borkowski nieco później, a pozostali w zasadzie w jednym terminie. Wszys­tkich nas przyjęto do pracy z powrotem. Łącznie z szefem Regionu - Michałem Powroźnym. Mówię o internowanych. Nie mówię o „bandzie czworga”.

Pyt. Przewłocki za miał bardzo duże kłopoty.

Odp. Ja kiedyś miałem obiekcje, teraz już mniej, że ktoś tam wyjechał, ale do niego jednego nie. Bo wiedziałem, że on nie mógł się się zaczepić zawodowo nigdzie praktycznie. Bezpieka szła w ślad za nim. Namawiali rzemieślnika czy kogo, aby go nie zatrudniał. Odwiedził kupę ludzi, a bardzo ambitny był. W jego rodzinie mężczyzna - kobieta to tradycyjny układ. Mężczyzna, to musi zarabiać - ambicja męska i on nie mógł zarobić na rodzinę - straszne.

Pyt. Kiedy on wyemigrował?

Odp. 1985? - dokładnie ci nie powiem.

Pyt. Ponadto miał jeszcze kalekie dzieci, to tym bardziej dramatyczną czyniło jego sytuację.

Odp. Tak. Jakieś wady wrodzone.

Pyt. Opowiedz o pobycie w internacie. Zabrali cię z domu do „dołka”?

Odp. Tak, do „dołka”. Tam jakieś smętne gadanie, z którego nic nie pamiętam. I też nie wiedzia­łem, gdzie ja trafię. Czy do więzienia, czy do internatu. To było tak ciekawie, że spotkałem się z Michałem Powroźnym (wiedziałem, że on w tym „kiciu” jest, w tym areszcie) w pokoju gdzie jemu kajdanki zakładali i mnie założyli. Potem pojechaliśmy do internatu we dwóch jak szlach­ta, nasi koledzy wielkimi blaszanymi pudłami jeździli, a my czarną wołgą z trzema bezpiecznia­kami , kierowca i dwóch bezpieczniaków. Jakoś honorowo, tylko że kajdanki - myśleliśmy, że to chwilowa … (?)
Powroźny miał propozycję od Rubczewskiego, takiego rozwiązania, jakie w kilku Regionach podpisali, takie wezwanie o spokój. On dostał coś takiego, albo internat, albo żeby podpisał pe­tycję o spokój. Rubczewski mu to dał. On się jednak nie zdecydował - wybrał internat i go miał.

Pyt. Czyli on nie podpisał?

Odp. Nie, tylko chyba w dwóch Regionach podpisali.

Pyt. Trafiłeś do Iławy. Z kim byłeś w celi?

Odp. Dziwna sytuacja. W trójosobowej celi z Waldkiem Niczyporowiczem i z matematykiem z WSP, który się afiszował swoją żydowskością - Rusiecki. Osobliwość polegała na tym, że o ile nasi koledzy na spacerniaku po 30 osób wychodzili, to naszą celę na osobny spacerniczek. Rusieckiego, Niczyporowicza i mnie. I my zastanawialiśmy się: kto tam chodzi, jacy jeszcze nasi są? Tak z miesiąc było, a potem to już kilku było. Później nastąpiło poluzowanie, jakiś okres otwartych cel, tak że tylko oddział był zamknięty, po oddziale się chodziło. W międzyczasie żeśmy dorabiali sobie klucze, radiostację swoją mieliśmy, radiowęzeł, poligrafia …

Pyt. Czy możesz coś powiedzieć na temat poligrafii?

Odp. Poligrafia - było kilka ośrodków. Jeden to wiem, że była technologia nakłuwania folii, torby foliowej igiełką i tworzenia takiej matrycy, przecierania watką spirytusu od golenia, a na to brany zamiast farby - tusz z długipisów, z wkładów i to było przecierane. Elegancko, kolorowo. tak umiejętnie było kładzione kilka matryc - jedna po drugiej kolory - tak żeśmy to lepiej robili niż „Rezonans” w pierwszym powojennym wydaniu. Ale było kilka niezależnych takich kierunków - ośrodków druku, tak że oni szukali u nas w kipiszach jakichś urządzeń, a my w majtkach mieliy całe urządzenie. Jeśli chodzi o radiowęzeł to byłem w jakimś sensie współtwórcą, bo Rusiecki był głównym. Ja mu projekt poddałem i wykończyłem mikrofon i dałem konstru­kcję prostownika. Mikrofon to proszek drapany z ołówka, a membrana to aluminium z serków - wydłubane w klocku wgłębienie i tamten proszek węglowy, tak jak w mikrofonach telefonicznych - to jest węglowych. Ściskanie proszku, tego węglowego, powoduje zmianę przewodności, jak do niego mówisz to daje efekt, a prostownik to elektrolityczny, tak że ten proszek do pieczenia dostarczany przez więźniów kryminalnych. Trochę blachy aluminiowej, to + łyżeczki i ołowiu, trzeba rozplaskać ołów - ułożyć elektrody w roztworze proszku do pieczenia, ołów i aluminium - to jest prostownik. Wiele szczegółów z tego nie wiem, bo nas rozłączyli. Ja później byłem gdzie indziej, ale dawało radę. Problem polegał na tym, że gdzieś ta łącznica była, ta rozgłośnia oficjalna i (…), która łączyła ze wzmacniaczem i  że niezależnie sekcje więzienia poszczególne były włączane. Od przypadku trochę zależało, które sekcje były włączane. Bo oni mogli ostatnie przemówienie nie mieć do kryminalistów, do Solidarności, albo ogólne komunikaty i od tego położenie tych wyłączników zależało. Od komunikacji, którą naczelnik uprawiał. Ale ich wyjście do nas było wejściem. Mając wyprostowany prąd, mając mikrofon, mając bazę (szczegóły znał Alek Rusiecki) mógł mówić - tylko pytanie jak daleko sięgało. Jak że ta sekcja, którą on nadawał, na ile była połączona przez centralę z innymi. Więc najpierw bywała próba. On tak przesuwał gdzieś tam 23 - 24: „Na cześć „Solidarności …” wołał i było oczekiwanie na to „Hip, hip, hurrra …” jak tam odezwało się parę cel, to znaczy, że propagacji nie ma. To znaczy, że te połączenia są takie.

Pyt. Czy był czasami większy oddźwięk?

Odp. Był. Czasami taki ryk, jak licho. „Hurrrra!”. On już wtedy wiedział, że połączenia są dobre, korzystne i dawaj: Wolna Europa, strajki, tam różne … Nam zabierali. My robiliśmy nasłuchy i obowiązkowo wywiady z rodzinami. ROGAL, REGION, to się nazywało, pierwsze litery oznaczały słowa tematów, z których trzeba było rodzinę przepytywać. Każdy miał zdobywać informacje od rodziny o świecie na zewnątrz i potem to było zbierane. I robiony był biuletyn. Z tych wywiadów z rodzinami, tworzyła się całość. Z tego było powielanie to prymitywne, albo radio­węzeł. I to było nadawane.
Takie były historie, jak się połapali ci z nadzoru, to robili mostkowania, gdyż przestawało propagować. Myśmy się domyślili o co chodzi, to znaczyło, że na tych wyłącznikach mostkowali drutem, blokowali, jak wychodzili z radiowęzła i opuszczali więzienie. To prąd ZZO, albo wytrzyma sieć, albo nie wytrzyma, ale początkowo się udawało, przepalało im ten mostek. Tam musiało buchnąć ogniem, przepaliło, uwolnione i można było znowu nadawać. Tak, że to były osobliwe rzeczy.
Wiem, że u nas spawano, korzystając z tego prostownika. Wystarczy opalić ołówki, dwa grafity i dobry rzemieślnik może spawać.: klucze robiliśmy luksusowe ze skrzydełkiem spawanym. Nie byle jakie tam jakieś wytrychy. Połowa z nas miała wytrychy do cel. Ty wiesz jak to się robi, jak masz drzwi bez klamki, żeby nikt nie mógł wejść? Nic nie masz, a możesz zrobić, że nikt nie wejdzie. Tam są zasuwy na zewnątrz, a tutaj jak weźmiesz drewniane kliny, gdzieś koło futryny wbijasz te kliny i co się dzieje? To ze straszliwą siłą tam napiera. Z taką siłą, że tamtej zasuwy nie wyciągniesz. Tak potworna siła, że nie dasz rady. Więc demontowano zasuwy, aby się do celi dostać, a tu w ostatnim momencie zabierano kliny i nic nie ma. No, zacięło się panowie, technika do dupy. Tak, że mieli z nami sto pociech. Jak podsłuchiwali, bo byliśmy na wysokim parterze na początku. Słychać szelest - skórkowy siedzi i podsłuchuje. Wtedy prąd do kubeczka, troszeczkę soli z wodą i tak przez okienko: O, kurwa! Trzaśnięcie w łeb prądu po lejącej się strudze słonej wody. Nie mógł połapać się, jakim to cudem. Mieli sto pociech, bo mieli do czynienia, tak: z inteligentami, z robotnikami kwalifikowanymi, ślusarzami, drukarzami (z Gdańska mieliśmy 4 drukarzy). Oni dotąd mieli do czynienia z kryminałem prymitywnym, a z kwiatem inteligencji i robotniczego fachu - tego to nie mieli, doświadczenie tego rodzaju. Więc myśmy nieźle dali im popalić.

Pyt. Jak ludzie znosili to odosobnienie?

Odp. W zasadzie dobrze, w zasadzie. To znaczy niektórzy trochę młodzi ulegali, to znaczy Brycki zaczął pić jakiś czaj i Waldek Niczyperowicz …

Pyt. Ale to nie było szpanowanie?

Odp. Trudno powiedzieć, na ile go tam brało. Ale Waldek go wziął pod flek - bo on się bał Waldka - Brycki. W zasadzie to dosyć dobrze, były takie momenty. Sam to odczuwałem. Ale w ogóle to odczuwaliśmy satysfakcję, że jesteśmy na skrawku wolnej Polski: że tu wolno wszystko mówić, że nie boimy się nawzajem, a byliśmy świadomi, że tam się ludzie boją, tam jest pustka, a tu jeszcze.

Pyt. A więc wolność w więzieniu?

Odp. Tak, tak. Tylko te mury powodowały ból głowy. Długotrwałe siedzenie w więzieniu. I takie momenty miałem, takie miotanie się jak w klatce. Mało spacerów było w sumie.

Pyt. Kiedy cię wypuścili?

Odp. Kwiecień chyba, połowa kwietnia, coś takiego. Tak jak cały OZOS, mniej więcej w tym cza­sie. Teraz wspominam, że daj Boże, żeby każde pokolenie Polaków tak lekko miało.

Pyt. Interesuje mnie okres stanu wojennego na wolności.

Odp. Tu ci wiele nie powiem, bo ja się od tego odciąłem specjalnie. To znaczy nie pchałem się do tego w sposób jak gdyby zamierzony. Zakładałem, że to będzie się ciągnęło i narażanie się na szwank. Z tego co wiedziałem, prywatne kontakty to miałem, to nie była działalność, ale podtrzymywanie kontaktów. Chodziło o przyszłość. Zorientowałem się, że to jest działalność, która polega na mówieniu, że się ją uprawia. W zasadzie to mi się podobały te zmieniające się ekipy wydające „Rezanonas” - to się liczyło rzeczywiście realnie. Ale poza tym w zasadzie nic wicej.

Pyt. Czy wiesz coś więcej o „Rezonansie”? Te zmieniające się ekipy?

Odp. Nie byłem w tym zorientowany. Sam nawet w pewnym momencie byłem blisko, ale sam właściwie odwróciłem głowę, nie chciałem wiedzieć. Uważałem, że na tym rzecz polega, że albo się w tym siedzi, albo nie trzeba wiedzieć.

Pyt. A więc bliżej nie orientujesz się w tej sprawie?

Odp. Nie, nie. Ja miałem takie historie, że w pewnym momencie Waldek miał jakiś kontakt. Ja podwoziłem Szymka, faceta ze Śląska - Luty się nazywał. Nie wiem czy pseudo, czy prawdziwe nazwisko. Ja go wiozłem na Dajtki, ponieważ on miał tam jakiś kontakt i nie było wyjścia i mnie musieli powiedzieć, że ja mam go tam zawieść i byłem prawdopodobnie w mieszkaniu, które w tym układzie chyba chyba jakimś takim było obsługowym tego wszystkiego. Ale dos­ło­wnie prawie zamykałem oczy. Wiedziałem, że mogę wychlapać czy coś takiego. Skoro ja w to nie wchodzę, to najlepiej nie wiedzieć. Całkiem świadomie chciałem nie wiedzieć. Jakieś takie opłatki …

Pyt. Mnie interesuje ten okres tych kilku spotkań już w roku 1988 - Tymczasowego Zarządu.

Odp. O, to ja współuczestniczyłem w tym. A jeszcze wcześniej opłatki były. Towarzyskie spotkania. To też było widać, że nie jesteśmy wspólnotą. Były różne koncepcje, czy podjąć konkretną działalność, czy udawać, że się coś robi. Nie było koncepcji na poważne działanie. Bober mówił, że mógłby się konkretną działalnością zająć, 2-3 lata działania, a potem w pierdlu, bo innego nie było wyjścia, to było nie do uniknięcia. Ale w sumie nie znalazł chętnych, jak się zorientowałem i to między innymi chyba powodowało, że machnął ręką, zraził się do tego, że w zasadzie nie ma współpracowników do ostrej działalności. Nie było, faktycznie. Ja też się tego nie podejmowałem. Uważałem, że będę narażał. Znane twarze, to nie. Albo środowisko niepodle­głościowe „Solidarność” wyłania nowe ekipy, tak jak to się działo z „Rezonansem” - rzeczywiście nieznani szerzej ludzie to produkowali, i to ma sens. A jeżeli się będzie przyklejać ludzi znanych, to tylko służy do wprowadzenia obawy … No, nie czarujmy się. Nie pchałem się. Tym bardziej, że to był okres takiego wzajemnego oskarżania się. Był ingres biskupa Piszcza, to spotkałem się w gronie takim, to komuś dupę obrabiali: O, to bezpieka … Ja jak tak popytałem, nas parenaście osób było, uświadomiłem sobie i to im powiedziałem: Wiecie co, w róż­nych grupach takich przypadkowo spotykających się, o każdym z was to słyszałem. I zakła­da­łem, że o mnie także. Kwestia przypadku o kim nie. Potem się tam mówi … I w sumie stwierdziłem, że im mniej będę się wpierzał w jakieś sprawy, tym mniej będę podpadający. Bo jak ktoś jest znany i chodzi tu i chodzi tam, to jakieś wpadki są, one są nieuchronne. A inaczej ktoś oczyszcza sam siebie, bo się nie pcha, bo gdyby był na takich czy innych usługach, to jego wo­lą byłoby się pchać.

Pyt. Czyli, najlepiej nie działać?

Odp. Ja ci powiem, to nie tak. Oczekiwałem działania i bardzo sobie do tej pory cenię tę podejmo­waną rękawicę. Z całym szacunkiem chciałbym tym nieznanym ludziom oddać honor i szacunek za kontynuację tego tytułu. Chociaż mi się on nie podoba - „Rezonans” - głupi tytuł - ale ten upór, ciągłość numeracji przy zerwaniu ciągłości ekipy, że jedna drugiej nie znała. Tymczasem jak to znikło, pogłoski poszły, że kogoś zwinięto - znajdowali się ludzie, którzy napisali „Rezonans” na kartce, kolejny numer nadawali i to szło dalej. Przecież w sumie, jak się orientowałem, że to chyba cztery, czy pięć ekip było i z najwyższym podziwem na to patrzę. I uwa­żam to za bardzo wartościowe - tę działalność. A to, że ktoś tam się TZR-em nazywał, coś tam słyszałem, że Gierczak czy inni. Siedli i pieprzyli w bambus …

Pyt. W którymś „Rezonansie” padło nazwisko Broński. Podejrzewam, że to pseudonim?

Odp. Spotykałem się czasami z tym szefem Regionu, naszym byłym pracownikiem, Wojtkiem Niepokulczyckim. Czasami się spotykałem. Wiedziałem, że on jest szefem Regionu, ale wiedział, że ja się nie włączam w nic. Wszyscy wiedzieli, kurde, i na niego polowali …

Pyt. Czyli w stanie wojennym on był szefem?

Odp. Tak, tak. Pierwszym szefem, który dość długo … Znaczy, żebyś dobrze rozumiał, jak rozumiałem, był jakiś taki rozziew. Było ciało, które się zbierało, coś tam radziło i mówiło, że jest TZR, to było jedno. A Wojtek Niepokulczycki to przypuszczam, on między innymi inicjował te „Rezonanse” itd. On był takim realnym szefem. Tego Lutego np. wiozłem na polecenie Wojtka Niepokulczyckiego.

Pyt. Z jakiego zakładu był Wojtek?

Odp. Nie powiem ci. Młody chłopak, chyba zaraz po studiach. On był pracownikiem w Zarządzie Regionu.

Pyt. A co się z nim teraz dzieje?

Odp. Miałem kontakt z nim i wtedy prowadził taką firmę prywatną, malarską, remonty, coś takiego. Spotykałem go czasami na tym rynku na Kościuszki. I urwał mi się. On odstąpił. Zraził się czy coś, stracił zapał. Wogóle był zaskoczony, jak ja go spotkałem (zaczął opierdalać) jak się TZR organizował, ale tam coś już w tym momencie były rozziewy. Czy coś zaniechał, a może go zmusili do podpisania czegoś na jakimś etapie, gdy go przypudłowali?

Pyt. Czy on siedział?

Odp. Był taki moment, że on siedział. Był taki moment, że go złapali. Jakie były koleje, dzieje tego wszystkiego, to trudno powiedzieć. Faktem jest, że on już nie wrócił do sprawy, kiedy związek zaczął się odtwarzać. Ale sporo czasu funkcjonował jako de facto szef … Początkowo nie szukałem, nie chciałem dochodzić kto rządzi. Znalazłem tego Sasina Wieśka. On rządził jako taki przewodniczący wojenny i kontaktowałem ich ze sobą. Konkretnie chciał Niepokulczycki: - Kurde, mówił, do kogo ja się zwrócę? Ciebie znam, więc ty mi musisz załatwić kontakt. I jedną tylko rzecz nagrałem. W Parku Czynu Partyjnego powiedziałem Wojtkowi godzinę, powiedziałem Sasinowi i to była ich sprawa.

Pyt. A Sasin, kto to był?

Odp. Nadal jest. On był poprzednio przewodniczącym komisji rewizyjnej. On opierdolił okropnie, jak Bryckiego podsumowywał. To on był szefem Solidarności w OZOS-ie.

Pyt. On był szefem?

Odp. Nadal jest w komisji zakładowej. On jakiś kolportaż organizował. Taki mały kolportaż w OZOS-ie to ja robiłem też. Znaczki, wydawnictwa. Parenaście osób obsługiwałem.

Pyt. W stanie wojennym była oprócz prasy, Rezonansu, jeszcze druga sprawa, bardzo ważna: na ile potrafiliśmy pomóc swoim kolegom, czyli działalność charytatywna.

Odp. Jeżeli o tym mówimy, to ja czuję ciągłość tego związku i nie mogę mówić „nowa Solidarność”, czy coś takiego, ponieważ cały czas płaciłem składki. Od 1980 roku płacę składki zwią­zkowe i nigdy nie przerwałem.

Pyt. Kto zbierał składki?

Odp. U mnie koleżanka Ola zbierała. W pewnym czasie nastąpił taki moment, że ja zbierałem. Prze­kazywało się Sasinowi. Wiedziałem o tym, że to idzie na cele charytatywne. Rozliczenia nie było, byo to zaufanie, że trzeba i to płynęło przez Sasina.

Pyt. Uważam, że to bardzo istotna działalność. Czy z panią Heleną Cynalewską miałeś kontakt?

Odp. Słaby. Bardziej moja rodzina jak w internacie byłem. Pani Helena próbowała pomagać. Pomoc materialna może nie była nam aż tak bardzo potrzebna, ale ta życzliwość była potrzebna. Ona też miała ciężkie momenty, bo milicja u niej zastała ludzi. Możliwe, że moja koleżanka z OZOS-u i jej przekazywała przez jakiś czas. Trudno mi powiedzieć. Nie pytałem o to. Uważa­łem, że nie należy o to pytać. Był ten obowiązek, że te zebranie Zarządu …

Pyt. Zwinięto u niej.

Odp. Nie zwinięto, tylko przyszedł szef jakiś i powiedział, a raczej zapytał o pozwolenie odbycia zebrania. Jak nie macie państwo, to się rozejdźcie. Tak to wyglądało. Jedyne było zagrożenie, że Powroźny miał całą teczkę, torbę taką, pełną kaset lewych. No, kurde, żeby tylko nie zajrzeli. I na niczym się to skończyło. Czuliśmy, że ku czemuś nowemu idzie.
Wiosną 1988 roku chyba to było. Na pewno Grażyna Langowska z Ryśkiem, oni to rozpoczęli i oni jak gdyby de facto wskazali paluchem Bryckiego, że on tu ma być szefem. Ja tego typu demokrację uważam na ciężkie czasy. Uważam, że Brycki swoją rolę spełnił, chociaż mam do niego cholernie dużo zastrzeżeń. Na ten czas jednak dostatecznie dobrym się okazał. Robił co trzeba. Spotykaliśmy się u jego brata, to u Franciszkanów w zakonie wewnątrz tam, to u mnie w domu raz było.

Pyt. 1988 rok to było już wyraźne ożywienie polityczne.

Odp. Wszyscy żeśmy się zgodzili z oceną, że jest to kwestia czasu, że nastąpi jakiś przełom polityczny. Na czym będzie polegał to dopiero wyjdzie, ale trzeba przygotować zakłady. O! To była teza. I była dyrektywa w jaki sposób reaktywować to porozumienie zakładów na bazie związkowej Zarzdu Regionu, ale w sensie porozumienia aktywistów zakładowych, a nie jakiś organ, który opowiada o sobie. Byliśmy zrażeni do takiego Zarządu Regionu, który mówił o sobie. Zawracanie dupy.

Pyt. A co to był za Zarząd?

Odp. To się mówiło, tam różne nazwiska, bo to była „herbatka u Leny”, „placki u Ziuty”. Szczególnie jeśli chodzi o ten drugi przypadek, to z tego środowiska część uważała, że oni są kontynuacją Zarządu Regionu jako takiego, ale to taka zabawa.

Pyt. Na tych spotkaniach, m.in. u p. Heleny Cynalewskiej, jakie osoby tam były?

Odp. Ktoś z Ostródy, ale nieznany mi zupełnie, ale ze znanych to bankowiec (starszy jegomość o suchej twarzy, drobny, o wysokim czole, on chyba działał w KIK-u).

Pyt. Grażyna chyba była?

Odp. Nie, to na początku tylko. Grażyna miała inną rolę - Helsiński Komitet. To wyglądało tak, że oni uruchomili sprawę, postawili Bryckiego i wio, dalej jedźcie sami. Kamiński był. Później przeszło czy coś, trudno powiedzieć.

Pyt. Co możesz powiedzieć o Boberze? Mówiłeś, że on był zdecydowany.

Odp. Bobera uważam za najwybitniejszą postać tej dawnej „Solidarności” o jasnej wizji politycznej i bardzo konkretnego człowieka. Jestem pełen szacunku do niego. Z tym, że w życiu zawadził - co zresztą od razu powiedział - o bezpiekę. Ale to uważał za swoje szalone obciążenie do tego stopnia, że ktoś mu to wytknie, w związku z tym nie chciał iść na szersze wody, bo ja uważałem, że jak żeśmy do krajówki wybierali, to w końcu uważałem, że Bobera należy wybrać, ale on się nie zgodził, uparł się. jako jedyny człowiek miał wizję.

Pyt. Co możesz powiedzieć o tej jego wizji?

Odp. On widział okresowość tego, przejściowość tego uzależnienia od Sowietów, ale potrzebę wy­korzystania tego okresu do, podobnie jak powstania polskie robiły, odświeżenie świadomości narodowej. Z jednej strony prawdopodobne było w bliskim planie przegranie, ale w dłuższym planie to trzeba było robić. Między innymi jak z więzienia wyszedł to mówił, że on będzie dzia­­łał, do więzienia pójdzie bo wie, że każda konspiracja jest skazana na przegraną. Czas sprzyja milicji.

Pyt. A jeżeli chodzi o jego okres więzienny, co możesz powiedzieć?

Odp. Niestety nie miał lekkiego życia. Byłem na tym procesie kiedy go wypuścili, akurat tam pojechałem.

Pyt. A co możesz powiedzieć o Krupińskim?

Odp. Słuchaj, tutaj mam wieści takie dziwne, że moi koledzy, którzy z nim byli w Bartoszycach czy Braniewie w dużym więzieniu - nie chcą mówić. Mówią, że pogardę czują do niego. Jedyne co z nich wydostałem, to kwestie takie, że w tym co mówił to był napastliwy, pogardliwy wobec Wałęsy, coś takiego, ale to za mało by było, żeby w nich wzbudzić tego typu emocje. I w Zbyszku Przewłockim i w Romaniuku - nie chcą faceci mówić. Tylko mówią, że skreślili Krupińskiego i koniec. Jakie były tego wątki, że inni potrafili zachować się, całkiem prości ludzie wiedzieli jak zachować się w takim czasie, a on nie potrafił. Nie wiem na czym to polega, skąd to się bierze. Zresztą był trochę dziwnym człowiekiem. Jak był pogrzeb Bartuszka, to różnie skłóceni ludzie byli, a jednak potrafili ze sobą rozmawiać w jednej grupie, a Krupiński stał z boku. Ale przyszedł, to też jest ciekawe. A więc może być coś takiego, że jego osobliwości charakterologiczne i niezależność tak daleko doprowadziły, więc być może nie do końca należa­ło­by go przekreślać.

Pyt. Może sam pobyt w więzieniu wpłynął na to?

Odp. No nie, z relacji nie wynikało, żeby on był mocno załamany.

Pyt. Ale w stoczni, czy on był pobity mocno?

Odp. Nie, nie. Być może oberwał, ale coś takiego, żeby miał obrażenia - to nic mi nie wiadomo. On miał zaś jakieś swoje sercowe historie. Może to z tym było związane.

Pyt. Po wyjściu z więzienia nie włączył się do działalności?

Odp. Mam tutaj takie osobiste patrzenie. Żeby w tym OZOS-ie być. Jedyny sens mego działania to taki, że jestem w OZOS-ie. W zakładzie organizację solidarnościową utworzyłem. Bo pamiętasz była taka koncepcja, że odrębna organizacja związkowa w każdym zakładzie. Ja byłem wy­straszony - dzwoniłem do Grażyny Langowskiej, to kurde chyba jakaś bzdura, ale ona potwierdziła. Jeszcze do Romaszewskiego dzwoniła. Podobno my  propagandowo uzyskujemy czas zaistnienie tego komitetu …

Pyt. A Romaniuk z OZOS-u, ten więziony?

Odp. Odsunął się od działalności związkowej, a w międzyczasie został kierownikiem jednego z wydziałów. Aktualny dyrektor został wybrany przez Radę Pracowniczą, której przewodniczył Romaniuk. On wrócił po paru latach, chyba rok po okrągłym stole, do firmy.

Pyt. Acha, on był poza firmą?

Odp. Tak, czekał na orkiestrę, żeby go powitała, ale w sumie do działalności związkowej nie włą­czył się. Myśmy wysunęli go do Rady Pracowniczej, ale w pewnym sensie Solidarność uwa­żała, że ktoś inny powinien być dyrektorem, ale on poparł innego i krótko potem awansował, bardzo wyraźnie awansował, bo z majstra bez wyższego wykształcenia, został kierownikiem w Bisztynku (bieżnikowania opon), samodzielna placówka. Trochę poszedł na karierę. Nie że to zaprzaniec ale, że poszedł na karierę. Zaczął olewać Związek. Korzystając z popularności i wpływów jakie ma … i te wpływy sprzedał dyrektorowi. Tak to wygląda. (…)
Kiedy jeszcze na początku w 1980 roku dwa związki były, ja zameldowałem się u Przewłoc­kiego, gdyż tamten związek rozpada się na koniec listopada. Ja na tę  postawę się zdobyłem i o „Solidarność” porosiłem. Poszedłem gdzie bardziej ludna grupa była, podpisałem deklarację i powiedziałem, że załoga chce tego związku. Dlatego się do związku zapisałem, ponieważ za­ło­ga chciała - takie jest moje wejście do „Solidarności”. I dalej w nim jestem, dlatego właśnie. I widocznie uważano, że ja nie kręcę, że uczciwie sprawę stawiam, bo w grudniu mnie skierowali, bo MKZ zażyczył sobie, aby zakłady desygnowały ludzi do pracy. Bo brakowało ludzi do pracy w Zarządzie Regionu. I mnie skierowali, który deklarację w grudniu podpisał i były takie zgryzy, awantury autonomistów z „Solidarnością”. Ale wiedzieli z jakich pozycji, że prozało­gowy startuję i mnie wysłali do Regionu z całym przekonaniem. Ja się pojawiłem 31 grudnia 1980 roku w Zarządzie Regionu, jako ten desygnowany przez OZOS do MKZ i mnie tam Bober wkleił do interwentów, ale nie od razu miałem do czynienia z Wojnowskim. Był to okres dużego napięcia z Wojnowskim. I tylko w jednej sprawie wykorzystał mnie Bober, gdzieś tam latałem koło Mirek, u stolarzy szukałem jakichś wałków, klocków, które tam zdeponowali ludzie Wojnowskiego na jego rzecz. I ten bidula taki stary był przerażony, że to u niego to leży, jak on się z tego wytłumaczy, bo dokumentów nie ma. I zbierałem te informacje na temat tych wałków. To było wzięte z jakiejś stolarni, jakieś tam resztówki za darmochę. I to cały mój współ­udział osobisty w sprawach Wojnowskiego.

Pyt. Jak ty to oceniałeś w tym czasie? Na ile sprawa Wojnowskiego była sprawą Związku? I całe­go Regionu?

Odp. Stwierdzam nadal, że Związek był wówczas wszystkim. I nie kłóciłem się z przebiegiem Zjazdu Krajowego, który był sejmem - polskim sejmen wolnym. Tam były sprawy narodowości, kultury, to był pierwszy moment po wielu, wielu latach, kiedy naród polski, nie działacze związkowi, naród polski mógł zdefiniować pewne swoje pryncypia, które w nim ocalały. Dlatego nie sprzeciwiałem się, gdyż wtedy wiedziałem, że Związek jest  przesycony wszystkim co się da. W nim to wszystko się chowało. A Wojnowski i ta władza, to były soprawy kryminalne. Tam rózne historie, ludzie ze wszystkim do „Solidarności” szli i tak być musiało. I dla mnie sprawa Wojnowskiego była nie sprawą tej jednej osoby, gdyż rozmiar finansowy tej sprawy nie był wielki, tylko charakterystyczny styl życia, metody. To co było tą normalnością specyficzną. Tam było takie zdziwienie, że pewne zarzuty są zarzutami.

Pyt. Że ktoś sformułował wogóle coś takiego?

Odp. To był taki obyczaj poniekąd zwyczajowy. Zapomnienie co to kradzież, co to nadużycie stanowiska. takie były jakieś feudalne należności, że coś załatwiają urzędnicy w ciągu pracy coś im robią. To było tak według nich oczywiste, że o czym tu gadać. Czysta złośliwość polityczna, uważali, że robi się z igły widły. I to myśmy obnażali. I tak należało to rozumieć. Oczywiście nie było jakichś nadmiernych kwot w tym wszystkim, ale był ten obyczaj, który wykazywał kto jest właścicielem Polski Ludowej, że to aparat partyjny tak to traktował: Przecież nie kradnę, tylko biorę dobre rzeczy bo co, bo mi się należy. Po prostu mi się należy.

Pyt. Chciałem cię zapytać o jedną rzecz, dotyczącą dnia dzisiejszego. Czy ty jako członek „Soli­dar­ności” obecnie, jak się czujesz w swoim środowisku i czy masz jakiś komfort?

Odp. No, nie bardzo. Nie bardzo, gdyż członków jest znacznie mniej, niż dawniej. To jest takie rozczarowanie nami samymi, jak gdyby wewnątrz Związku. Nieufność wobec działaczy zwią­zkowych, nieufność jednych zakładów wobec drugich i taka reakcja na powszechną ufność wza­jemną, radosną w tamtych latach, tak teraz głęboka nieufność. Rzadko kiedy ludzie sobie teraz darują.

Pyt. A stosunek do was kierownictwa zakładu i członków dawnego estabilishmentu. Czy coś dla nich stanowicie?

Odp. Raczej dla nich nie.

Pyt. Czy nie spotykacie się z szykanami?

Odp. Nie, co to, to nie. Jeszcze na tyle stanowimy potencjał w zakładzie, liczący się nadal, że jeszcze trochę z szacunkiem, trochę jest takiej gry podpuszczającej - jest respekt pewien, nadal jest pewien respekt.

 

(Rozmowę przeprowadził i notował Zenon Złakowski)

 

--------------------------------------------------------------------------------

 

Rozmowa z Kazimierzem Wośkiem

w dniu 26 wrześnie 1995r.

 

 

Pyt. Od kiedy związałeś się z „Solidarnością”?

Odp. W 1980 roku studiowałem na WSP olsztyńskiej. tak pośrednio uczestniczyłem w strajku w Stoczni Gdańskiej. Gdy zjawiłem się chyba pierwszego października w Olsztynie, spotkałem Wojtka Ciesielskiego i on zapytał: jak zakładamy związek zawodowy? Ja byłem wówczas studentem, a on asystentem. I nie wiedziałem jak odpowiedzieć na to pytanie. Pogadaliśmy krótko i już wiedziałem z kim rozmawiam. Do czerwca 1981 roku kończyłem studia. Wojtek Ciesielski powiedział, że najlepiej będzie jak będziesz pracował w Zarządzie Regionu „Solidarności”

Pyt. A przez te kilka poprzednich miesięcy?

Odp. Nie miałem żadnego kontaktu. To znaczy zjawiałem się czasami w Zarządzie Regionu. Ja byłem jednak wtedy na „dziekance”, nie byłem członkiem NZS-u. Zacząłem pracę od zarządu regionu i moje pierwsze skierowanie do pracy, moja pierwsza praca to w Zarządzie Regionu - od 1 sierpnia 1981 roku z Urzędu zatrudnienia dostałem skierowanie do pracy w Zarządzie Regionu „Solidarność” w Olsztynie. Miałem tam pracować, chciałem tam pracować jako archiwista. Wyszły nieporozumienia ze względu na to, że żona Krzyśka Mielczarskiego członka Prezydium, pani Ania Mielczarek pracowała jako archiwistka zatrudniona na etacie. I zrozumiano to jako podkopywanie jej pozycji, więc chodziłem tak i nie wiedziałem, czy będę tam pracował czy nie. Byłem w takim zawieszeniu i wtedy Mirek Krupiński, którego nie znałem wcześniej, powiedział: No to pan pracuj u nas w dziale Administracyjno - Gospodarczym. Zacząłem tam pracę z januszem Śliwińskim. Byłem od rozwieszania flag, od propagandy, na teleksie pracowałem. I tak pracowałem do 13 grudnia. W tym czasie obroniłem pracę magisterską - podczas II tury Zjazdu „Solidarności”. Dostałem taką propozycję, żebym codziennie jeździł do Gdańska na Zjazd po materiały i zawożąc naszym delegatom materiały. I tak dwa tygodnie kursowałem. W nocy przyjeżdżałem do Olsztyna, nagrywaliśmy z Leszkiem Szawłowskim i jeszcze z kimś (może Leszkiem Grucelą) audycje radiowe, które leciały przez tę naszą „szczekaczkę: i w midzyczasie obroniłem tam kiedyś pracę magisterską, pojechałem spowrotem do Gdańska i cały następny tydzień tak jeździłem. Nie byłem w Zarządzie Regionu nigdy zaakceptowany, dlatego, że ja byłem pracownikiem Zarządu, ale nie działaczem i ja nie miałem za sobą żadnej Komisji Zakładowej. Oni wszyscy wywodzili się z jakichś komisji, mieli poparcie, a ja byłem znikąd. I kiedy w 1990 roku spotkałem się z Andrzejem Boberem, to on powiedział mi tak: - Myśmy ciebie traktowali jako esbeka. Bo jesteś facet znikąd, przychodzisz do pracy, pracujesz, wychodzisz i my nie wiemy kim ty jesteś?” Bo ktoś za nimi stał, a za mnż nikt nie stał. Wojtek Ciesielski stał. I to jest cała moja praca do 13 grudnia 1981 roku. A największa konsolidacja ludzi nastąpiła w czercu 1981 roku, a ja wtedy jeszcze nie pracowałem.

Pyt. Czy w zarządzie Regionu była atmosfera podejrzliwości?

Odp. Wyczuwao się ją, ale była raczej - może nie bezmyślność, ale chaotyczność w działaniu. Słu­chaj, jeżeli mnie zatrudniono nie wiedząc kim ja jestem, to znaczy, że to było na wariata. Np. Soroka: skończył studia dziennikarskie i został zatrudniony w Zarządzie Regionu jako dziennikarz. I ktoś tam gdzieś plótł: a ten facet jest podejrzany, ale była kompletna bezmyślność. Każ­dy kto chciał mógł wejść: każdy esbek, kady milicjant mógł wejść do Zarządu regionu i tam pracować.

Pyt. Czy uważasz, że wielu ludzi niepożądanych mogło tam się znaleźć?

Odp. tak, tylko diabli wiedzą kto. Nie powiedział bym o żadnej z osób, że była esbekiem, chociaż esbecja miała inne wejścia, bo wszystko tam się toczyło jawnie. Tak jawnie, że ja do dziś mam w swoich archiwach dokument, na którym jest pieczątka: „wpłynęło do Zarządu Regionu” - na pewno go nie ukradłem. Jest stempel oficjalny Zarządu Regionu - ja go nie ukradłem, wziąłem go ze śmietnika. Dokument szedł do kosza, ja go z kosza wyciągnąłem i do dzisiaj zachowa­łem, bo to lubię zachowywać.

Pyt. Czy bezpośrednio odczueś atmosferę podejrzliwości?

Odp. Wówczas nie. To później Andrzej Bober mi powiedział, że faktycznie myśmy ciebie nie znali. Ale ja tam byłem tylko pionkiem, dobrym urzędnikiem. Tam było tylu prezydiantów, tam była cała komisja interwencji, bardzo ważna. Podejrzliwości nie odczułem, dla mnie to była bezmyślność.

Pyt. Powiedz wszystko, co wiąże się z dniem 13 grudnia 1981 roku?

Odp. 12 grudnia dostałem polecenie zebrania grupy plakatowej: studentów NZS-u z WSP do rozplakatowania jakichś plakatów na mieście. Tę noc spędziłem w akademiku przy ul. Niepodle­głości, NZS-u nie znalażlem tam, poszedłem do akademika przy ul. Żołnierskiej - też nie znalazłem chłopaków. I nie wiem, zostałem na noc. Z rana chciałem wyjść i usłyszałem: - Dokąd ty idziesz - portierka mnie znała - stan wojenny. Z moimi kolegami podszedłem na ul. Dąbrow­szczaków gdzie była siedziba Zarządu regionu: milicja stoi, otoczony cały budynek. Ja próbuję się dobijać i pamiętam jak dziś - do drzwi się dobijam i myślę, że muszę nagrać audycję i im wy­szczekam co to jest stan wojenny. A portierka mi macha: - Idź pan, idź pan! A tam stoją tacy ZOMO-wcy w maskach. Było dużo ludzi pod Zarządem Regionu, była 9-ta rano. Tam spotka­łem Elżbietę Syniec. Ona też była wówczas pracownikiem Zarządu Regionu - „Pszczoła”. I ona mi powiedziała: - No to idziemy do PSTBR-u. A nie wiedziałem o tym, że jest gdzieś strajk. Ja miałem jedno w głowie: iść do Zarządu regionu, włączyć ten nadajnik, nagrać i szczekać - protestować. I z „Pszczołą” udałem się do PSTBR-u. Tam był drugi ośrodek strajkowy. Prezydium wcześniej jakby o tym wiedziało - wyglądało na to, że wiedziano, iż pierwszym ośrodkiem jest OZOS, a drugim PSTBR. I tam spędziłem noc, tam siedzieliśmy.

Pyt. Kogo pamiętasz, kto tam siedział?

Odp. Stefan Nowakowski i Bolesław Mróz z PSTBR-u, było tam 20 osób. To była niedziela i myśmy tam spali w jakiejś świetlicy na podłodze. To był strajk. Myśmy strajkowali w tej sali, pies z kulawą nogą tam nie zaglądał. Przyszła tam Grażyna Langowska, może Ania Żurawek z OZOS-u. Pytaliśmy co się dzieje w OZOS-sie. Tam był strajk i tu nasz drugi ośrodek strajkowy. Strajk w PSTBR skończył się w poniedziałek rano. Bolesław Mróz i Tadek Nowakowski poszli do dyrektora i poinformowali, że strajkują w związku ze stanem wojennym. I w tym momencie przyjechała milicja i zgarnęła ich. I myśmy wyszli, te pozostałe 18 osób, które były z zewnątrz zakładu, głównie z Zarządu Regionu, albo związani z Zarządem. Byliśmy zdenerwowani, zmęczeni. Leżeliśmy tam pokotem na podłodze i spaliy. I rano wyszliśmy, a ponieważ mieszkałem w Olsztynie, a moja żona w Ostródzie. Mieszkałem na ul. Zwycięstwa, naprzeciwko stadionu - ktoś mnie skierował do jakiegoś mieszkania naprzeciwko OZGrafu i tam byłem przez następne dwa dni. Nie wiem co się działo, kompletnie nie wiem. Byłem am, ktoś mnie gościł, ktoś mówił, rozmawialiśmy z dziesiątkami osób. Ktoś się kręcił tam.

Pyt. Ale kto był gospodarzem?

Odp. Nie wiem, nie pamiętam. I nie znajdziemy na pewno nikogo. Później po paru dniach zameldowałem się u swojej znajomej Ewy Piotrowskiej, też była pracownikiem Zarządu Regionu, zmeldowałem się tym razem na ul. Limanowskiego, na Zatorzu. Dlaczego to nie pamiętam. Dowiedziałem się z komunikatów, e potrzebne jest zameldowanie i tam się zameldowałem. I tam tydzień przebywałem. Przed świętami na pewno byłem w domu w Ostródzie.

Pyt. Co wówczas myślałeś robić? Jak zamierzałeś funkcjonować w tej nowej rzeczywistości?

Odp. Próby były chaotyczne. Pamiętam spotkanie poświąteczne, właśnie u Piotrowskich, na którym był Walery Piskunowicz, Krystyna Urniaź, Piotrowscy, ktoś tam jeszcze, któraś z prawniczek Zarządu Regionu z 1980 roku, która później podkablowała mnie. Bardzo ważne spotkanie, na którym ustaliliśmy co mamy robić: protestować, coś wydawać, ulotki pisać. Ja wtedy chla­p­nąłem, że mam nieoznakowaną maszynę do pisania, ktoś tam później to wykorzystał.
Później święta, Sylwester, jakoś przeleciały normalnie. Nic wtedy nie robiliśmy. Z Pszczołą później już nie miałem kontaktu żadnego. Pszczołę zamknęli, internowali.

Pyt. Kim byli Piotrowscy?

Odp. Ewa Piotrowska była pracownikiem Zarządu Regionu - maszynistką czy sekretarką. Myśmy się znali, bo my nie byliśmy działaczami, ani ja, ani Ewa Piotrowska, ani Ewa Ruszkowska i Janusz Śliwiński. I myśmy wszyscy zostali na wolności i w styczniu 1982 r. zrobili razem chyba z Wojtkiem Niepokulczyckim (on w dziale interwencji pracował i on też został) taką rzecz: ustaliliśmy, że pójdziemy do wojewody zaprotestować, a raczej wyjaśnić nasz status: czy my pracujemy, czy nie pracujemy, gdzie mamy dostawać pieniądze. ja polazłem jako pierwszy i przedstawiłem się jako przewodniczący Komisji Zakładowej, chociaż nim nie byłem, gdyż by­łem członkiem Komisji Zakładowej. W Urzędzie Wojewódzkim było makabrycznie: jacyś milicjanci, generałowie chodzili ze spluwami, z karabinami. Przyjął nas chyba któryś z wicewojewodów i podanie. I wyrzucono nas za drzwi.

Pyt. Czy wyjaśnił się wasz status?

Odp. Tak, do marca 1982 roku byliśmy zatrudnieni jako pracownicy Zarządu Regionu i dostawaliśmy pieniądze - Urząd Wojewódzki nam płacił. Do marca miałem w dowodzie - zatrudniony w Zarządzie Regionu. Nawet kiedyś mandat mi wlepiono w pociągu za to.
Pod koniec grudnia 1981 roku już byłem w Ostródzie, przyjechała milicja i zrobiono u mnie rewizję, szukając matriałów antypaństwowych. Jamiałem wówczas ok. 1000 książek bezdebitowych i inne materiały. Zabrano mi te wszystkie książki, biuletyny związkowe. Wtedy na spot­kaniu u Piotrowskich pisaliśmy ulotkę, swoim charakterem pisma, był nawet stempel „Soli­darność” po przekątnej, protestujący przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Leżała między dwoma swetrami. Milicjant przełożył dwa swetry i nie znalazł tego - byłbym siedział. Zabrano mnie do Olsztyna z tytułu tego, że miałem u siebie te wydawnictwa. Wtedy siedziałem 48 godzin pierwsze, bez postawienia konkretnego zarzutu. Chyba nie byłem przesłuchiwany, a jak przesłuchiwany to na zasadzie : co robiłem w Zarządzie Regionu, kim byłem. Pamiętam, że by­ło wówczas na dołku bardzo dużo osób z „Solidarności”. I puszczono mnie. Powiedziałem sobie: wypnę się na wszystko.
Długo nie wytrzymałem, 19 lutego własnym sumptem, bez inspiracji wydałem pierwszy numer „Rezonansu”. Gdzieś miałem jeszcze zachowane matryce woskowe, jeszcze z przed stanu wojennego. Nie wiem jak winietę zrobiłem, bo była ona orginalna. Napisałem sam ręcznie, żeby zmienić charakter pisma, to pisałem pod linijką. Ten numer „Rezonansu” oznaczyłem numerem „2”. Żeby nie było, że to jest pierwszy. Zamieściłem listę skazanych i listę internowanych i pro­test przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. I to był jednostronicowy „Rezonans”, który wy­­drukowałem. Matrycę woskowę położyłem na lewą stronę - nie wiedziałem jak to się robi - jakimś wałkiem, fabę drukarską skądś miałem. Na szmacie, jeszcze widać ślady na ręczniku, wydrukowałem ten numer. W 100 egzemplarzach. Później złapałem kontakt z chłopakiem z NZS-u. On mieszkał przy dzisiejszym pl. Konstytucji 3 Maja (przy dworcu). Znałem tych ludzi. I on powiedział, że jest w stanie wydrukować to lepiej. Miałem mu to dać, już go nie pamiętam. Ten pierwszy numer rozrzucałem w pociągu. jak wydrukowałem 100 egz. to 50 poszło w świat, a 50 egz. może w piecu spaliłem. Po prostu zrobiłem coś i bałem się tego co zrobiłem. Dawałem znajomym.

Pyt. Czy egzemplarz tego numeru zachował się?

Odp. Jest. I on na podstawie tegu numery … Heniek! On jest w Niemczech teraz. Był studentem WSP. Nie mam żadnego kontaktu z nim. On mi to przepisał na maszynie do pisania. I ja to po­wtórzyłem w 300 egz. dałem jemu i Wojtkowi Ruszkowskiemu. Wojtek Ruszkowski to mąż Ewy Ruszkowskiej, która pracowała w Zarządzie Regionu w 1981 roku, była do spraw szkoleniowych.. I dałem ten „Rezonans”. Oni go rozwieźli, rozkolportowali. Trzeci numer „Rezonan­su” zrobił heniek przy użyciu normalnego powielacza. tam było przemówienie Aleksandra Heiga na konferencji madryckiej, protestujące przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Taśmę z tym przemówieniem dał mi Janusz Śliwiński (obecnie w Kanadzie). Ja tę taśmę przesłucha­łem, przepisałem ręcznie i ktoś przepisał na maszynie. Kto nie pamiętam.

Pyt. Listę internowanych, więzionych, skąd miałeś?

Odp. Z głowy, z wiadomości uzyskanych podczas towarzyskich spotkań … Pamiętam, że tam parę błędów popełniłem, kogo internowałem, kogoś aresztrowałem. ta lista może i w radio leciała, może i w „Gazecie Olsztyńskiej” była.
Później zacząłem współpracę z Michałem Kłosińskim, to jest mój kolega ze studiów, współpra­cował z „Solidarnością” olsztyńską nauczycieli w 1981 roku. On był jednym z wydawców „Roty” - gazetki pracowników oświaty. Przez niego poznałem Bogdana bachmurę, albo przez Wojtka Ruszkowskiego. Bo to było tak. W marcu rozpocząłem pracę w Sp-ni Mieszkaniowej „Pojezierze” w administracji. Byłem facetem od wydawania kartek ywnościowych. To było na Kołobrzeskiej 13, blisko miałem do Ruszkowskich. I tak - kartki wydawałem i chodziłem do Ruszkowskich. Oni mi dawali bibułę i oni od kwietnia 1982 roku zaczęli przywozić „Tygodnik Mazowsze”. Dokładnie Wojtek Ruszkowski rozpoczął przywożenie do Olsztyna „Tygodnika Mazowsze”, kasety Kellusa, Kaczmarskiego, Łapińskiego, Gintrowskiego. Ponadto przywoził „KOS”. Ja poznałem Ruszkowskich z Michałem Kłosińskim. Michał Kłosiński mnie z Bogdanem Bachmurą. I ten krąg ludzi zaczął funkcjonować. W pewnym momencie wydawało mi się, że jestem najważniejszy w Olsztynie. Poza tym kręgiem ludzi, którzy byli na wolności, ja zna­łem także ludzi z Zarządu Regionu. Bo te osoby, nie licząc Ewy Ruszkowskiej, nie były z Za­rządu Regionu. Skontaktowałem się z Michałem Powroźnym, z Leszkiem Grucelą, z Krzyśkiem Milczarkiem, z Wandą Lechowską, żoną Leszka lechowskiego, sekretarza Zarządu Regionu. Te osoby albo wychodziły z internowania z Iławy, albo były na wolności. Ja tych byłych działaczy i tych nowych działaczy kontaktowałem w jakiś sposób. Ja się spotykałem, mówiłem ten jest ten, ten jest ten, i oni się psotykali. I później ten krąg ludzi zaczął się tak poszerzać …
Drukowałem „Rezonans” do 17 numeru. Robiłem to w chałupie, w Ostródzie w domu, bez po­wielacza, ręcznie to było robione albo w piwnicy, albo na strychu.

Pyt. Co to znaczy ręcznie?

Odp. Ręcznie, to znaczy: ktoś przepisywał na maszynie (kto, to nie pamiętam) na matrycy woskowej, a ja to drukowałem kładąc, robiąc taką ramkę, na którą kładłem farbę, później matrycę, pa­pier, wałeczkiem przejeżdżałem i egzemplarz jeden był gotów. Następny egzemplarz, farba, no­wy wałek … Robiłem to w ilości do 1000 egzemplarzy. Skąd miałem papier, nie pamiętam. Później Michał Kłosiński skontaktował mnie z Igorem Hrywną, ale to chyba był już rok 1985 czy 1986. A może wcześniej? Ktoś mi przywoził papier. Nie wiem kto.
Miałem ten luksus, że dojeżdżałem do pracy z Ostródy do Olsztyna: dzień w dzień coś wo­ziłem przy sobie. Brałem papier, chyba nie kradłem nigdzie. Ktoś mi dostarczał, to Michał Kło­siński, ale skąd on brał? Pytałem się parę lat temu, skąd brał papier, to mówił, że nie pamięta.

Pyt. Wspomniałeś między innymi o kontaktach z Bachmurą. jak go oceniasz, jak on funkcjonował w tym czasie?

Odp. Z Bogdanem Bachmurą poznałem się na początku: kwiecień czy maj 1982 roku. Wcześniej go nie znałem, ktoś go wycignął. To Bogdan załatwiał papier - załatwiał to wszystko.

Pyt. Okazuje się, że Bogdan Bachmura odegrał istotną rolę w okresie stanu wojennego. Niektórzy mówią o nim pozytywnie, niektórzy zaś negatywnie.

Odp. Z mojej strony całkowicie pozytywnie. Poznałem go na ulicy i na pewno przedstawił mi go albo Wojtek Niepokulczycki albo Wojtek Ruszkowski. Na ulicy Kołobrzeskiej poznaliśmy się. Później zacząłem z tym facetem kręcić i on mi dostarczał masę rzeczy. To znaczy drukiem „Re­zonansu” i całą tą zabawą ja się zajmowałem do 1984 roku. Do 1984 roku nikt nie wydał chyba poza mną żadnego „Rezenansu”. Pojawiła się jakaś fałszywka wynikająca z tego (Tadek chyba Adamski czy Adamczewski). On wydał w pewnym momencie dlatego, że ja się spóźniłem … Był jeden numer taki podwójny. Do 1984 roku ja wydawałem. Pomagał mi przy tym Bogdan Bachmura i Wojtek Ruszkowski, chyba dostarczali mi matryce. Sądząc po czcionce to myślę, że na mojej maszynie nie napisałem więcej niż dwa numery. Ktoś musiał to robić - to oni to robili. I oni dostarczali mi papier. ja miałem farbę drukarską, tą powielaczową od Janusza Śliwińskiego. On mi kiedyś tam dał w 1982 roku. On był internowany - jego żona mi dała. Ona mieszkała na ówczesnej ul. Kaliningradzkiej (Dworcowej) 83 chyba. I kiedyś zaszedłem i ona mi dała farbę. Później mi tę farbę drukarską dostarczał Wojtek Ruszkowski i Bogdan Bachmura.

Pyt. Kto dostarczał informacje i artykuły?

Odp. To oni bardziej będą wiedzieli. Ja byłem  tylko drukarzem. Od czasu do czasu dawałem swo­je teksty, informacje. Oni zajmowali się najbardziej istotnymi rzeczami.
1 maja 1982 roku ten krąg ludzi zaplanował - nie żadna struktura, do maja 1982 roku, nie było żadnej struktury tu w Olsztynie - zaplanowalimy protest przeciwko wprowadzeniu stanu wojen­nego. Ja wydrukowałem 1 maja w akademiku WSP, przy pomocy osoby nie związanej z tym, w ciemni fotograficznej plakat - ładny plakat, Wojtek Adamski (Adamczewski) zrobił mi projekt. Ten plakat poleciał w paru tysiącach egzemplarzy. Na sicie to zrobiłem. Kto mi dał sito - nie mam pojęcia. Pamiętam, że w ciemni fotograficznej siedziaem dwie noce. Byłem zamknięty w akademiku, w ciemni przy ul. Żołnierskiej. Zamknął mnie tam mój kolega, ja tylko wycho­dzi­łem do kibla i spowrotem. Ten kolega w ogóle nie jest związany z „Solidarnością”. Zrobiłem ten plakat i 1 maja mieliśmy zrobić manifestację. Połowa egzemplarzy jak zwykle poszła gdzieś. Być może ja się wystraszyłem, być może zniszczyłem. To znaczy nie zniszczyłem, ale nie rozkolportowałem.

Pyt. Co on przedstawiał?

Odp. Krzyż, taki przekreślony i 1 maja i wrony fruwające. I 31 kwietnia pojechałem do Ostródy po tych nocach. Przyjechałem 1 maja, poszedłem pod Zarząd Regionu, kupiłem kwiatek, ściągną­łem sznurówkę czarną, związałem tą sznurówką kwiatek i położyłem pod wejściem do Zarządu. I na trzęsących się nogach uciekłem. Była to 9-ta rano. O 11-tej była tam wielka manifestacja, było tam ze sto osób. jak na Olsztyn to była wielka manifestacja. I składali kwiaty … ja się poczuwam do autorstwa tego. Choć musiał iść kolportaż inną drogą. Musieli ludzie wiedzieć, że tego dnia pod Zarządem Regionu trzeba składać kwiaty. Później się dowiedziałem o tej manifestacji.
Później była na 3 maja, to już Bogdan Bachmura powinien wiedzieć. On wydrukował  „Soli­dar­ność Olsztyńską” na czcionce. Skądś ukradli czcionkę. Ja pierwszego numeru czcionki nie składałem. Poza „Rezonansem”, bo być może wówczas „Rezonans” został zawieszony, w maju. Ja do maja drukowałem, ale wtedy mógł być albo kryzys albo strach. Przestałem wówczas drukować „Rezenonans”, ukazała się „Solidarność Olsztyńska” na czcionce robiona. Do dzisiaj ją mam w piwnicy. I 3 maja chyba wtedy był ten wielki marsz na Starym Mieście. Bojkot dziennika telewizyjnego. To wtedy się zaczęło. To obił Bogdan Bachmura.
W 1983 czy 1984 roku, ten krąg ludzi: ja, Bogdan Bachmura, Michał Kłosiński, Wojtek Ruszkowski i wtedy pojawił się Zdzisiek Płotek, stworzyliśmy tzw. Tymczasowy Zarząd Regionu. Śmieszne bo nie mieliśmy żadnego poparcia, ja np. nie miałem żadnego poparcia. Jak można nazwać się Zarządem Regionu, jak nie masz poparcia przez nikogo.

Pyt. Ale były to warunki ekstremalne.

Odp. Tak, ekstremalne były. Ja byłem ten, który za sobą nikogo, byłem sam. Michał Kłosiński gdzieś w szkole pracował, Bohdan bachmura kręcił się, znał tych ludzi.

Pyt. Kim był Bogdan Bachmura, gdzie pracował?

Odp. Nie wiem, on był takim spiritus movens w tym momencie. Na pewno w 1983 roku to on był takim kręcącym olsztyńską „Solidarnością”. On miał taką umiejętność łapania ludzi, nawiązy­wania znajomości. Powstała idea powołania Tymczasowego Zarządu Regionu. Wybory pierwsze odbyły się w chałupie u Michała Kłosińskiego na ul. Karłowicza, na Zatorzu. I Sławek Olek był wówczas, ale skąd on się wziął?

Pyt. Czy wcześniej znałeś Płotka?

Odp. Nie, nie znałem. Ani Płotka, ani Sławka. Ja znałem tylko Michała Kłosińskiego wcześniej, bo kolegami jesteśmy. Michał był nauczycielem gdzieś na wsi, Gady czy coś. On jest w RFN teraz. I myśmy w 1983 (?) roku powołali Tymczasowy Zarząd Regionu. Przewodniczącym został wybrany Bogdan Bachmura. A jakim pseudonimem on się podpisywał? … Ja uczestniczy­łem osobiście chyba w czterech spotkaniach Tymczasowego Zarządu Regionu, u Zdziśka Pło­tka, u Michała …Sam powiedziałem, jestem od drukowania, nie zajmuję się tym, nie występuję nigdzie jako władza żadna. Jako władza występowali: Bogdan i Sławek. Sławek też miał ambicje. dwóch kandydatów było na przewodniczącego: Sławek i Bogdan. Ten Zarząd wydał parę jakichś tam odezw drukowanych w „Rezonansie”, w tej „Solidarności Olsztyńskiej”, która była … Bo myśy sobie nie ufali nawet w tym wąskim kręgu. Oni np. o mnie to wiedzieli, że drukuję. Ale nie wiedzieli gdzie ja drukuję. Ja nie wiedziałem gdzie Bogdan mieszka. Myśmy się  spo­tykali na Jarotach w wieżowcu, gdzieś w mieszkaniu, przez kogoś wynajmowane, nie mam pojęcia. Tak się kręciliśmy. Myśmy się spotykali tak jeden, dwóch, trzech. A od czasu do czasu w tym szerszym gronie. Nie mieliśmy ścilejszego kontaktu ze sobą.
W 1984 czy 1985 roku, to chyba Bogdan Bachmura załatwił mi kontakt z Gdańskiem. Ja przywoziłem wtedy „Nasz Głos - Biuletyn Gdański”, za Gdańsk to wtedy ja odpowiadałem. Jeździ­łem do Gdańska, przywoziłem bibulę z Gdańska, ja zawoziłem papier do Gdańska, żeby drukowali. Skąd był papier, nie wiem. Przed śmiercią ks. Popiełuszki wynajęliśmy mieszkanie na ul. Pana Tadeusza. Pieniądze na to dał bodajże Jurek Meissner - dostałem 200 dolarów. Wyna­jąłem mieszkanie za 100 dolarów na rok czasu. Płaciłem z góry. Facet się śmiał. Ja tam coś krę­ciem, że coś z panienką - śmieszne to było. On wyczuł od razu, że nie o to chodzi. To było mie­szkanie jego syna. Ten facet mieszkał na pl. Bema nad barem (teraz restauracja Passarena). Tam mieszkał facet, który dał ogłoszenie do „Gazety”, że odnajmuje mieszkanie. Myśmy postanowili, że musimy mieć mieszkanie - lokal. Ja powiedziałem, że u siebie w chałupie już nie będę drukował. Wynajęliśmy mieszkanie syna tego faceta, przy ul. Pana Tadeusza, a syn studiował gdzieś tam w Gdańsku, czy w Warszawie. Takie M-2. On dał mi klucze, ale miał drugą parę kluczy. Ja pierwszą rzeczą jaką tam wprowadziłem to powielacz. A miałem powielacz od Bogdana Bachmury. I stał on w głównym miejscu w pokoju cały czas. On miał klucz i wchodził do tego mieszkania. Zapaćkane to mieszkanie farbą, papierami. I drukowaliśmy „Rezenans”.

Pyt. I ten facet na pewno był świadomy?

Odp. Był świadomy - cicho siedział. Dostał pieniądze. Pieniądze były chyba od Meissnera. Stówę zapłaciłem za to mieszkanie i stówę oddałem Bachmurze. W tym mieszkaniu byliśmy rok czasu. Adres tego mieszkania znałem ja, Boguś Kłosiński, nasz trzeci kolega ze studiów, który przychodził i współpracował i jakiś Bolek z OZOS-u - młody chłopaczek. Bachmura też znał. Pamiętam nocne drukowanie po śmierci ks. Jerzego. Nagle wpada z matrycą Boguś i walimy, walimy. To był 1984 rok. A więc od lata 1984 roku mieliśmy lokal. Wcześniej jeszcze ja wydawałem „Rezonans” w mieszkaniu przy ul. Kaliningradzkiej 83, na strychu. To wtedy dostaliśmy powielacz od Bogdana Bachmury. Ja ten powielacz z Bogdanem Kłosińskim wiozłem na strych - lokal zastępczy jakiejś pracownicy Sp-ni Pojezierze. Dziewczynie zabajerowałem, że jest mi mieszkanie potrzebne takie od czasu do czasu. I ona też o tym wiedziała. Pamiętam jej nazwisko … I ona też wiedziała, że w tym mieszkaniu dzieje się coś innego niż to co ja powiedziałem. Później jednak kiedy ona zaczynała mi mówić, że tak nie można … Ja drukowałem, chowałem powielacz do łazienki, tam jakieś zadaszenie było. I jak nam się skończył lokal na Pana Tadeusza, to była wiosna 1985 - gdzieś poszedł powielacz, ale gdzie? Być może ja go do Ostródy zabrałem.

Pyt. A ten facet, który wam wynajmował mieszkanie przy ul. Pana Tadeusza?

Odp. To bohater, człowiek uczciwy. Przecież gdyby chciał, to by nas wydał. Miał klucze - wszystko widział. Kiedyś wpadł Michał: Milicja! Pamiętam, że myśmy to do piwnicy przenosili. Z tego mieszkania na Pana Tadeusza do piwnicy: powielacze, czcionka była, farby, papier - to jest pół ciężarówki! Za dwie noce - bo coś trzeba było zrobić - to żeśmy wynosili. I ten facet w mię­dzyczasie był i widział co tam się dzieje. Nic nie powiedział. Przecież on mógł stracić mieszkanie, bo był stan wojenny. To było na Pana Tadeusza - wieżowiec, który stoi prosto do ul. Dwo­r­cowej - drugie, trzecie piętro.
A później powielacz przewiozłem do Ostródy. I tak do 1986 roku. Kto później wydawał, to już nie pamiętam. Wiem, że była z tym póniej związana Teresa Stefanowicz, Zdzisiek Płotek i ktoś jeszcze. W 1985 roku załatwiałem już wszystko sam. Przepisywała mi na maszynie matryce pani Irena Kurnatowicz (?), mieszkająca na Lumumby - naprzeciwko Radia. Starsza pani. Robiła to nieodpłatnie. Sąsiadka generała Dudka. I tam chodziłem, ona przepisywała. Albo Wojtek Ruszkowski, Bogdan Bachmura - nie wiem … kto tą panią nadał, to nie wiem. Ona to przeży­wała przepięknie. Przepisywała, bawiła się nocami.

Pyt. Czy była sympatykiem „Solidarności”?

Odp. Tak. I to jest ten krąg ludzi, których znam.

Pyt. Co sądzisz o działalności Bogdana Bachmury?

Odp. Według mnie to był szef „Solidarności” olsztyńskiej, bo on został wybrany przewodniczą­cym Tymczasowego Zarządu i w pewnym momencie on zaczął tym kręcić według mnie. Wycofali się wszyscy ze starych działaczy, kompletnie wszyscy.

Pyt. Czy był jakiś kontakt pomiędzy starymi działaczami - członkami Zarządu i Prezydium - oczy­wiście już po wyjściu z internowania, a Bachmurą?

Odp. To co powiedziałem, w 1983 roku wydawało mi się, że jestem tym najważniejszym w Olsztynie ze względu na to, że ja znałem i tych i tych. Bogdan nie znał tych ludzi co działali wcześniej. Ja go wówczas skontaktowałem z Michałem Powroźnym, a wierzyłem wtedy w Michała Powroźnego jako przewodniczącego Zarządu Regionu. Chodziło o to, żeby on dał placet dla tego nowego Tymczasowego Zarządu Regionu.

Pyt. Czy dał?

Odp. Nie było tego, ponieważ oni nie istnieli - ci byli działacze. Myśmy się ich bali, bo ja ich znałem i tych starych działaczy się bałem. No bo oni byli znani i byli przez to spaleni. Bogdan bachmura nie był znany, Ruszkowski nie był znany, Kłosiński nie był znany, ja nie byłem znany, Olek nie był znany. No chyba nie był znany wcześniej. My mieliśmy wrażenie, że my tworzymy coś wielkiego, że jesteśmy najważniejsi. Ale dowiedziałem się po paru latach, że było kilka ośrodków, ale w 1982 i 1983 roku to myśmy tworzyli, poprzez wydawanie bibuły, poprzez kolportaż, ten początek. Później z tymi starszymi działaczami nie było kontaktu. Większość z nich wyjechała w 1983 czy 1984 roku. Został Andrzej Bober, szukałem z nim kontaktu. Bogdan też próbował, bo znał Andrzeja Bobera. On szybciej chyba dotarł niż ja. Andrzej mnie się bał, bo był po więzieniu. jako jeden z ostatnich wyjeżdżał. Rozmawiałem jednak z Andrzejem - taka drętwa rozmowa, a mnie chodziło o konkrety. Ja z Lubaszewskim rozmawiałem tak samo: - Dajcie powielacz, dajcie pieniądze! Ja się wam przedstawiam. Dasz mi to?  - Nie, bo nie mamy. Ja do Bobera poszedłem i powiedziałem: - Andrzej, daj mi powielacz! Miałem już dość tej ręcznej roboty. Łukomski wyjeżdżał, to ja z nim tak samo. Z Łukomskim to prawie że się pobiłem. Dosłownie w przedzień jego wyjazdu. Z Wieśkiem Bryckim byłem wówczas. O! Wieśka złapałem. On mi powiedział, że Łukomski wyjeżdża. To poszliśmy do niego. I chciałem od niego powielacz, bo kursowała taka plotka, że ktoś zachował powielacz w Olsztynie. Wyobraź sobie: wówczas powielacz to było coś więcej niż teraz komputer. Przecież ja ręcznie robiłem wszystko. No i wtedy z Łukomskim prawie żeśmy się za łby nie wzięli: - Czło­wieku, ty wyjeżdżasz! Zostaw mi chociaż ten powielacz! Oni udawali, że coś wiedzą, że coś mają. Bogdan Bachmura nie znał ich wcześniej i ja ich poznawałem.

Pyt. Czy w ogóle Bogdan Bachmura należał do „Solidarności”?

Odp. On chyba wcześniej był uczniem? Ale chyba wcześniej nie był związany z „Solidarnością”. Na pewno nie był znany w 1980 roku, a także w 1981 roku.

Pyt. Czy mieliście kontakt z Langowskimi?

Odp. Nie. Ostatnią osobą, którą pamitam z byłego Zarządu Regionu był Krzysztof Milczarek, który mówił, że gdzieś tam bibulę dostarczać komuś. Ja nie miałem żadnego kontaktu. Z tym, że ja zawsze się trochę wycofywałem, nigdy nie pokazywałem się publicznie. Tak, że trudno mi po­wiedzieć za Tymczasowy Zarząd Regionu.
Nie miałem kontaktu z Langowskimi, ze Śnieżko, z Lubienieckim, z Nowakiem, z Wojtkiem Ciesielskim też nie miałem, trochę z Grucelą.

Pyt. Znałeś Wojtka Niepokulczyckiego?

Odp. Wojtka Niepokulczyckiego znałem z Zarządu Regionu, on pracował w dziale intrwencji w 1981 roku. Po 13 grudnia, spotkaliśmy się poprzez Wojtka i Ewę Ruszkowskich, bo ja do nich wtedy zachodziłem. Oni mieszkali w samotniaku. Ja z Wojtkiem spotkałem się w lutym, lub w marcu 1982 roku. Do tego czasu Wojtek Niepokulczycki istniał jako tymczasowy przewodniczcy Zarządu Regionu. Wynikało to z tego, że on był jedynym pracownikiem Zarządu Regionu, który pozostał. Nie licząc mnie, bo ja nie byłem takim pracownikiem znanym. Ja byłem takim pracownikiem - sprzątaczka, no! Wojtek Niepokulczycki był utożsamiany z Zarządem Regionu. W styczniu 1982 roku był utożsamiany z przewodniczącym Zarządem Regionu. Skąd to się wzięło, ja nie wiem, ale coś takiego było i w tym kręgu osób związanych z „Solidarnością” on tak fukcjonował. I być może pierwsza odezwa grudniowo-styczniowa podpisana przez przewo­d­niczącego, to była podpisana przez Wojtka Niepokulczyckiego. Oczywiście podpisał anonimowo, ale jako tymczasowy przewodniczący.
Później kontakty z nim były przez Ruszkowskich i Bogdana bachmurę. Ale z Bogdanem Bach­murą na pewno Wojtek znał się dobrze. Wojtek w pewnym momencie wpadł w głupie przesłuchanie, w głupie kłopoty z SB-ecją. Jemu sugerowano (to trzeba zerknąć w styczniową lub lutową „Gazetę Olsztyńską” tam był artykuł o nim) złodziejstwo. I być może przez to siedział. On siedział w więzieniu. Coś takiego pamiętam, że Wojtek jest zamknięty za złodziejstwo. On mieszkał w takim wieżowcu koło Parku Czynu Partyjnego, mieszkał gdzieś tam na 11 piętrze. Miał kłopoty z chałupą.

Pyt. Mieszkał sam?

Odp. Z żoną, albo z dziewczyną - sprawy rozwodowe. Coś tego typu. Ja tam kiedyś byłem u niego. W komoisji interwencji pracował w tym ostatnim składzie: on, Wojtek Grotecki, Wojtek, Andrzej Bober, Wisiek Brycki. Co się później z Wojtkiem stało, nie wiem. Na pewno miał nieprzyjemne historie z esbecją. Pamiętam jak dziś: jakiś pierścionek mi pokazywano, czy ja go widziałem? Jemu wmawiano, że on ukradł komuś na ART. jakiś pierścionek. Ten motyw …

Pyt. Z tego wynika, że miałeś z esbecj do czynienia?

Odp. Ja byłem 13 grudnia zameldowany na ul. Zwycięstwa 58. Tam z żoną wynajmowaliśmy mieszkanie do października i nie zostalimy wymeldowani. Wtedy przeprowadziliśmy się do Ostródy, chociaż do grudnia byłem zameldowany w Olsztynie. I w Olsztynie po 13 grudnia wpadła tam milicja - po co, diabli wiedzą? Mówili, że to jest fałszywy alarm, że to nie po mnie przyszli. Tydzień czasu ukrywałem się. Kręciłem się po Olsztynie. Przed świętami wróciłem do domu. Po świętach wpadła milicja do domu do Ostródy. Jak znaleźli - nie wiem! Zrobili rewizję, zabrali wszystkie książki, bibułę i mnie zabrali. Siedziałem tam 48 godzin na komendzie i wyszedłem. Drugi raz zamknęli mnie w styczniu - nie wiem za co. Na 24 godziny. W lutym zacząłem wydawać „Rezonans”, do marca miałem spokój. Przed 1 maja dostałem jakieś wezwanie na milicję. Po 1 maja zamknięto mnie na 48 godzin, kolejny raz, związane to było ze sprawą Janusza Śliwińskiego i Tadeusza Czajkowskiego. Ja myślałem, że to jest związane z tym, że ja 1 maja położyłem te kwiaty pod Zarządem Regionu i że 3 maja chodziłem po Starym Mieście. To było związane ze sprawą Janusza Śliwińskiego, który był za coś aresztowany.

Pyt. Mówiłeś jescze o zatrzymaniu w 1986 roku?

Odp. To dostałem. Ja wtedy byłem głupi. Spałem na powielaczu, miałem w łóżku powielacz. Są takie chwile, że jak ci patrzy gliniarz to myślisz, że to jest z tobą związane. Byłemwezwany i nic nie mówiłem tylko patrzyłem. Może przekląłem … Wtedy gliniarz dał mi w pysk. To ja mu oddałem ręką. I zostawił mnie, za pięć minut wpadli i mnie stłukli. Wyprowadzili na dołek, zamknęli na 48 godzin i wypuścili.

Pyt. Nie było większych konsekwencji?

Odp. Nie, za rok czasu dostałem kolegium za to, że niegrzecznie się zachowałem.

Pyt. Mówiłeś, że spałeś na powielaczu: w Olsztynie czy w Ostródzie?

Odp. W Ostródzie, w chałupie miałem powielacz i ten powielacz wynosiłem do ogrodu, do piwnicy, na strych. W kanapie miałem powielacz.

Pyt. A skąd go miałeś?

Odp. Właśnie nie wiem. Przywieźliśmy go z Gdańska. Mój szwagier Mariusz Stępowski, Kaliningradzka 48, obecny nauczyciel LO nr 2 woził w 1983 roku papier. Ja go poprosiłem, zapłaciłem mu za to. On woził papier do Gdańska, po to, żebyśmy wydrukowali książkę o … I on wtedy przywiózł z Gdańska powielacz.
W 1984 roku, po ks. Popiełuszce, po jego śmierci, przestałem się bać. Robiliśmy to pół jawnie wręcz. Krąg osób, kolporterów - to się robiło jawnie. Nie wiem po co mnie w 1986 roku wezwali. Inna sprawa, że wcześniej dostałem w zęby w 1983 roku. Mój kolega ze studiów …

Pyt. Czy jeszcze o czymś chciałbyś opowiedzieć?

Odp. 3 maja 1982 roku albo 1983. Ten marsz na Starym Mieście. Dla mnie to jest najpiękniejsza rzecz. To było 3 maja? Ten marsz na Starym Mieście, gdy było tysiące osób, bo to było tysiące osób szlo, i tam widzieliśmy i kamery nagrywające … Nikt się nie bał. I wtedy byli wszyscy internowani i stary Zarząd … wszyscy byli, ludność Olsztyna. To było coś pięknego. Bo później to była taka matołowata robota. Siedzisz powielasz … A kiedy były te dziennikowe marsze?

Pyt. Dziennikowe marsze były w pierwszych miesiącach 1982 roku.

Odp. To, czekaj, ja nie mówię o 3 maja. Ja mówię o pierwszym marszu dziennikowym.

Pyt. Dlaczego po roku 1986 druk „Rezonansu” przejęli inni?

Odp. Bo wspólnym motywem zawsze był Tadek Adamski (Adamczewski?) On nadawał. Na pewno był Zdzisiek Płotek - cały czas się przy tym kręcił. Jak ja przestałem wydawać, bo drukowałem jeszcze inne rzeczy, jakie zlecenia mi dawali, bez pieniędzy oczywiście: „Solidarność Walczącą” z Wrocławia robiłem, gdański jakiś biuletyn robiłem, wrocławskie PBK kolejarzy - oni mi dawali matryce i ja to miałem robić.
Nie miałem żadnego kontaktu z OZOS-em - przez cały czas stanu wojennego, aż dziwne. Ja nikogo z tamtąd nie znałem, może dlatego, że ja dojeżdżający. Byłem tylko od robienia, od drukowania. Od 1986 roku nic na pewno nie robiłem. Ja dostawałem ten „Rezonans”, jak? Nie wiem. Może przez Michała Kłosińskiego. I oni, to znaczy Zdzisiek Płotek i Teresa Stefanowicz drukowali i dociągnęli do kwietnia 1989 roku. I później 1989 rok przyszedł, czy nawet 1988. Sierpień 1988 roku przyszedł, a ja też nie miałem nic wspólnego. Nie robiłem. Z Komitetem Obywatelskim też nie miałem nic wspólnego.

Pyt. Znałeś przez cały czas Wieśka Bryckiego. On też funkcjonował …

Odp. Nie funkcjonował. Ja go znałem, ceniłem za 1981 rok. W 1982 czy 1983 roku spotykaliśmy się … Ceniłem go, bo był taki facet z jajem, taki agresywny w pozytywnym znaczeniu - przebojowy w stosunku do władzy. Ponadto go lubiłem. Od 1983 do 1989 roku praktycznie się z Wieśkiem Bryckim nie widziałem. Tak jak z każdym, bo to wynikało z tego, że ja nie chciałem się z nimi widywać. Ja kontaktowałem ludzi, ale sam nie chciałem. Ja wolałem się w tym nowym kręgu, a nie w tym starym, dlatego, że bałem się. Miałem kontakty z Meissnerami. Bałem się kontaktów u tych starych działaczy, bo ja miałem powielacz. Bałem się, że wpadnę, że mnie zapuszkują. Dowiadywałem się, że Irena Telesz robi tam gdzieś w Przykopie spotkania, to ja się dowiadywałem post factum. A nawet gdybym się dowiedział wcześniej, na pewno bym się tam nie pojawił. Unikałem.

Pyt. A czy do roku 1983 Wiesiek angażował się?

Odp. Kompletnie nic i Wiesiek i o innych też nic nie wiedziałem. A póniejsza działalność, to jest początek 1989 roku. Do 1989 roku myśmy istnieli jako kompletnie odrębna grupa. Czy Bogdan Bachmura miał - chyba nie. Inni też nie. Jak kontakty były to takie pojedyńcze, a nie jako kontakt z całą grupą. Nie na zasadzie wciągania ich w naszą działalność. Ta moja działalność to jest 1983 - 1986. Na pewno jako Tymczasowy Zarząd Regionu w 1983 - 1986 nie mieliśmy z nimi żadnego oficjalnego kontaktu. W Olsztynie nie było takiej osoby ze Starego Zarządu, która by utożsamiała „Solidarność”. Mirek Krupiński był, ale on się wycofał. Kiedyś mieliśmy pomysł wydania wspólnego komunikatu, ale on upadł z tego względu, że z tamtej strony nie było z kim. Nie było ani wspólnego komunikatu, ani oświadczenia, nic. Bo myśmy nawet nie chcieli, bo myśmy ich nie czuli. Może oni nas nie czuli? Nic nie podpisywaliśmy. Nie było inicjatywy, żeby z nimi nawiązać kontakt. Oni byli tak samo dla nas pojedyńczymi osobami, jak my zape­wne dla nich.
Dlaczego nikt z Olsztyna nie był w TKK - w Tymczasowej Komisji Krajowej? Bo nie było kogoś takiego. Wiem, że była jakaś rozmowa Z Bogdanem Bachmurą i Bogdan mógł być tam razem z Bujakiem, Frasyniukiem, Hardkiem i plus Bogdan Bachmura. Dlaczego on nie był, nie wiem. Na pewno musiałby przedstawić się z nazwiska. On nie mógł, musiałby iść całkowicie w podziemie. A tu nie istniało coś takiego jak podziemie.

 

END

 

 

--------------------------------------------------------------------------------

 

Rozmowa ze Sławkiem Olkiem

w dniu 13 listopada 1995 roku

 

 

 

Pyt. Gdzie zastał cię 13 grudzień?

Odp. To była niedziela, byłem sam bo żona wyjechała do chorej matki do Chodzieży. I oto w telewizji nie ma programu. Marsze. Okazuje się, że wprowadzono stan wojenny. Lecę na dworzec, pociąg nie przyjeżdża. Biegnę na ul. Kard. Wyszyńskiego do Langowskich. Tam spotka­łem kil­ka osób, ale Grażyny nie było. Wymieniamy pierwsze wrażenia.

Pyt. Przypominasz sobie kto tam był?

Odp. Nie pamiętam. Nie bardzo rozumiemy to wszystko. Moja żona przyjeżdża drugim pociągiem. Ta podróż była nietypowa - pociąg był prawie pusty. Matka była ciężko chora. Kiedy chcieliś­my jechać drugi raz, to o zezwolenie postarał mi się jeden z uczniów, który pracował w ratuszu. 23 grudnia pojechaliśmy do matki żony. Była nieprzytomna i zmarła na zapalenie opon. tak się dla nas zaczął stan wojenny.
Szkoła zaczęła się dopiero gdzieś 13 stycznia. Wcześniej nie było zajęć. Pracowałem w Zespole Szkół Rolniczych i Ogrodniczych na ul. Jagiellończyka. Tam gdzie była „dwunastka”. I właśnie w tej dwunastce uczyłem też biologii i chemii. A w zasadniczej szkole byłem wychowawcą w pierwszej klasie. W pierwszym dniu zajęć pan Żygas, który był podinspektorem szkolnym powiedział, że chce ze mną porozmawiać. Wcześniej dowiedziałem się, że zawiesili w prawach nauczyciela przewodniczącą „Solidarności” w szkole panią, która miała 5-ro dzieci. Gdy spot­kałem się z Żygasem to mówię, że nie uznaję żadnej WRON-y, żadnego stanu wojennego, bo jest bezprawny, niekonstytucyjny. Ja znam kartę Nauczyciela, mam sumienie. Byłem wściekły, rozmowa była krótka. Chodziłem szukałem KPN-u, gdyż jak się okazało „Solidarność” była za słaba. Szukałem organizacji, która jest zdecydowanie antykomunistyczna.

Pyt. Ale co chciał Żygas?

Odp. On chciał ze mną rozmawiać, gdyż ja byłem w Zarządzie Regionu członkiem Krajowej Komisji Oświaty. Byłem przedstawicielem woj. olsztyńskiego i jeździłem na te spotkania Krajowej Komisji Oświaty. I jako z działaczem „Solidarności” on chciał przeprowadzić ze mną rozmowę.
To było 11-go. 13-go przysłał mi pismo: - „Zawieszam obywatela w pełnieniu obowiązków służbowych z dniem 13 stycznia w związku z niezastosowaniem się do postanowień Zarządzeń Min. Oświaty i Wychowania, z 18 godzin w sprawie organizacji pracy szkół i placówek … Jednocześnie ograniczam obywatelowi uposażenie do 50%, zawieszam dodatki …” Czyli goła pensja i to 50% … (dokument).
W administracji powiedzieli mi, że ja nie mam już prawa wstępu do żadnej klasy - ubierać się w płaszcz i wychodzić. Ja mówię: - Mam jeszcze sprawdziany, muszę poprawić. I wstawić do dziennika oceny. - Nie, żadnych sprawdzianów, żadnych ocen, kontaktów. Ale ja poszedłem do klasy, powiedziałem, że zostałem zawieszony, nie wiem kiedy się spotkamy, ale w tej chwili musimy się pożegnać.
Po tym 13 stycznia pozwoliłem sobie wystosować do Inspektora pana Krygiera, odpowiednie pismo (w załączeniu: dokument), w którym pouczam pana inspektora. I to pisemko stało się koronnym dokumentem na rozprawie przeciwko mnie potem w komisji dyscyplinarnej. Rozpoczęło się wtedy pierwsze wezwanie na SB. Rozmowę ze mną przeprowadził tam pan Żygas. - to był podinspektor oświaty. Natomiast inni w SB tam nie przedstawili. Próbował mnie wciągnąć w rozmowę polityczną, ale ja powiedziałem: - Proszę pana, jest to ostatnie miejsce, gdzie będę dyskutował na tematy polityczne. Pan nie ma swoich poglądów, a ja mam lepszych partnerów do dyskusji. A więc on przyniósł lojalkę i kazał mi podpisać. Powiedziałem, że nie podpiszę, gdy to mi uwłacza - Czy pan podpisywał, że pan nie będzie gwałcił swojej żony publicznie, albo że nie będzie pan pełnił dyżuru po pijanemu? - No, nie, bo to jest oczywiste. - Ja tego też nie będę podpisywał. I takiej lojalki nie podpisałem. Brali mnie potem jeszcze kilka razy. Ale ja się z nich nabijałem. Nie było sensu z nimi dyskutować. kilkakrotnie mnie później brali w różnych okresach, ale nie próbowali już namawiać ani na lojalność, ani na współpracę, mimo iż niektórych moich kolegów namawiali. Myślę, iż zauważyli, że to nie ma sensu.
Rozpoczęła się rozprawa w Komisji Dyscyplinarnej powołanej przez Kuratora i ja musiałem sobie znaleźć obrońcę. Było 3 obrońców z urzędu wyznaczonych przez Kuratora: jednym z nich był nauczyciel szkoły nr 4, drugim nauczycielka szkoły nr 11. Ale pomyślałem sobie, to są czyn­ni nauczyciele, są kierownikami szkół i są podporządkowani Kuratorowi. Ale był jeszcze Bogdan Mużny, który kiedyś był szefem ZNP. I ja go wybrałem. Odbyliśmy kilka spotkań. On mówił mi, że przecież nauczyciela mogą karać tylko za to co zrobił z uczniami w szkole, a pan przecież powiedział to tylko w stosunku do swoich kolegów, przełożonych. Dwa dni przed rozprawą Mużny przyszedł do mnie i powiedział, że rezygnuje z mojej obrony. Później się dowiedziałem, że naciskano go aby rzucił moją sprawę, robiono mu obietnice. Przecież później został wicekuratorem (To mówiła mi pani, która pracowała w dziale osobowym i przeglądała różne do­kumenty, mówiono przy niej głośno o mojej postawie itd.).
Po jego rezygnacji początkowo odłożono o 10 dni moją sprawę, ale ja powiedziałem, że nie będę nikogo szukał, że będę się bronił sam. To w maju było - przegrałem. Mam tutaj wniosek o ukaranie i wezwanie na rozprawę. Przewodniczył Władysław Jakubowski. To był pracownik Kuratorium, natomiast Lesław Kleszczyński to był dyrektor szkoły i Aleksander Żurowski - mój kolega, chemik, dyrektor szkoły. I ta komisja ukarała mnie wyrzuceniem z pracy. To było 6 maja, przy drzwiach zamkniętych w Urzędzie Wojewódzkim. (odpis - ksero w załączeniu). To ich orzeczenie, to parodia zupełna - bo ja stawałem w obronie konstytucji i treści zarządze­nia. Zapisali, że powiedziałem, iż WRON-a jest władzą uzurpatorską. To orzeczenie nie było nawet na granicy prawa, to było poza prawem.
Ja się odwołałem do Komisji Dyscyplinarnej przy Ministrze. cały cykl rozpoczął się na nowo. Tu mam notatki z tej sprawy, swoje przemówienie, odpis protokołu. Ja udzieliłem pełnomoc­nictwa prof. Zdzisławowi Ziębie z Warszawy, nauczycielowi. I ja się tam zgłosiłem do punktu prowadzonego przez „:Solidarność” przy kościele św. Aleksandra na pl. 3 Krzyży. On napisał mi odwołanie do tej komisji. Z punktu widzenia prawnego to jest to napisane dobrze, np. ustosunkowanie się do pkt 2, brak powołania na odpowiednie zarządzenia Ministra. Zygmunt Rypina był przewodniczącym Kolegium, a moim obrońcą nie był jednak ten Zięba (miał jakieś kło­poty z żoną) ale Andrzej Stelmachowski - późniejszy minister, który był wtedy kierownikiem katedry prawa Wydziału Rolnego UW. I on sobie doskonale z tym poradził - dobił cały wniosek. Ale mi przyłożyli mimo wszystko, że dali mi nagan (że ja pyskuję). To jest 24 września 1982 roku rozprawa. Komisja ta jednak postanowiła orzeczenie Komisji Dyscyplinarnej uchylić w całości. Jednak postanowiła wymierzyć mi naganę z przeniesieniem do innej szkoły. (doku­ment). W Kuratorium przeciwko mnie stawał zawsze Pieklik Marian - chyba przy Kuratorium szef d/s osobowych, szef kadr. Kilka razy on stawał przeciwko mnie i przegrywał w Sądzie Pra­cy sprawy finansowe
Skierował mnie do pracy jako wychowawcę świetlicy w Szkole Podstawowej nr 1. Tu moja kariera świetliczanki trwała przez półtora roku. ja odwołałem się do Ministra Oświaty, że nie jestem przygotowany do pracy w świetlicy, ale jestem przygotowany do innej pracy. Ale bez skutku. Pracowałem tam przez 1,5 roku. raptem świetlica stała się modna, mnie to pociągnęło. Uczyłem te dzieci w szachy, warcaby, zabawy sportowe. Np. kto pod krzesełkami szybciej przejdzie, zapory, piłkę nożną. Organizowałem konkursy: szachowy, literacki, powołałem zespół - cuda! Ale później nie poszedłem na pochód 1-majowy i wyrzucili mnie za to w 1984 roku. Właściwie ja nie musiałem chodzić na pochód, bo młodzież z tych młodszych klas nie chodziła. Kilku nauczycieli w tym mój kolega, chcąc uniknąć tego pochodu, wzięło sobie zwolnie­nia lekarskie. To dyrektorka mnie wyznaczyła, więc powiedziałem, że nie pójdę, to ona na piśmie mi przysłała. I ja sobie dałem, nie poszedłem, a ona wtedy napisała pismo do inspektora, a inspektor do pana Wojewody Chudego. I Wojewoda Chudy z dniem 4 maja wylał mnie ze szkoły. I ja znowu się odwołałem do tej samej Odwoławczej Komisji Dyscyplinarnej przy Ministrze Oświaty i wygrałem sprawę. Bo oni popełnili błąd. Bez uzasadnienia to zrobili. Komisja uchyliła to zwolnienie, a tu w Olsztynie byli zaszokowani (dokument). Ale Wojewoda powiedział, że swoją decyzję podtrzymuje i koniec. Zrobił to bezprawnie. Ja miałem obrońcę pana Antoniego Fedorowicza - prawnik z Warszawy, przy kościele św. Aleksandra. I on napisał pismo odwoławcze, ale się spóźnił. Nie przyjęli bo minął tydzień. Sprawa upadła. Ale ja nie rezygnowałem. Wystawiłem zażalenie, ale oni odpowiedzieli mi tym samym. Ale znalazłem coś innego. Był taki przepis, że może związek zawodowy wystąpić o przywrócenie terminu. Uda­łem się do ZNP, gdzie wiceprezesem był pan Zaciura. Ja mam siostrę prawnika w Warszawie.

Pyt. Kto ci tu w Olsztynie radził pod względem prawnym?

Odp. Radziła mi Gienia Kmieć, przy kościele św. Józefa. Tam się kontaktowałem. Kiedy rozmawiałem z panem Zaciurą, on mówił, że spotkałem się z bezprawiem, ale przeciągnął termin napisania mi wniosku. ja napisałem pismo do Zarządu Głównego i pan Zaciura w końcu odpowie­dział, że nie znajduje podstaw do wystąpienia z wnioskiem. Oczywiście wcześniej byłem u pana Kopczyńskiego, który jest prezesem Zarządu Oddziału ZNP, ale on wydał mi złą opinię. Jak byłem radnym i byłem w Komisji Oświaty, to on kiedyś przyszedł jako szef ZNP i widocznie zapomniał o tym co wcześniej mówił jak to ZNP broniło i broni nauczycieli. Ja mu delikatnie przypomniałem że w bardzo ważnej dla mnie sprawie zachował się wręcz odwrotnie. Ale jak on wtedy zareagował: jak ja śmiem mu przypominać, jaki jestem pamiętliwy. Prawie mi nawymyślał.
Kurator Mering trochę głupio się czuł, jak do niego zachodziłem. Mówił, że nie ma dla mnie pracy. Kiedyś mi proponował posadę w Iławie, ale wyjazd do Iławy, to nie była najlepsza sprawa. Napisałem wobec tego do ministra 18.01.1988 roku. do pana Henryka Bednarskiego MSW, aby spowodował zatrudnienie mnie jako nauczyciela. Wcześniej musiałem gdzieś zarobić, a jedyna praca gdzie nie trzeba było specjalnych kwalifikacji, to była praca zaopatrzeniowca. I zatrudniłem się w Kombinacie Budowlanym jako zaopatrzeniowiec. I miałem niezłe rezultaty. Potrafiłem jeździć samochodami po całym kraju, zwozić stal lub inne materiały. tam w Kombinacie wyprowadziłem „Solidarność”  jako czwarty zakład w naszym województwie. I tam wybrano mnie na przewodniczącego „Solidarności” i napisałem do dyrektora z żądaniem zatrudnienia mnie na etacie przewodniczącego i musiał to zrobić. W pokoju gdzie na drzwiach była tabliczka POP, napisałem „Solidarność”

Pyt. Oficjalnie w Kombinacie „Solidarność od kiedy mogła istnieć?

Odp. Chyba od 1989 roku.

Pyt. Kiedy zacząłeś w Kombinacie pracować?

Odp. Jak przegrałem ostatecznie sprawę w szkole. To najpierw zacząłem pracować w Unipralu i tam pracowałem … Ale chciałem przenieść się do innego zakładu pracy, spółdzielni na ul. War­szawskiej. Już miałem wszystko załatwione, oni do mnie zwrócili się z prośbą aby to było za porozumieniem stron, zgodą zakładów pracy. Zwrócili się nawet na piśmie o to. Dogadali się szefowie. Ale na drugi dzień zadzwonili do mojej spółdzielni i powiedzieli, że rezygnują z tego, bo przyszli trzej panowie i zabronili im.

Pyt. A czemu zezwolili ci w Kombinacie?

Odp. Bo ja ich podszedłem. Napisałem podanie do 3 zakładów potrzebujących zaopatrzeniowca: do jakiegoś zakładu kolejowego i do jeszcze innego, już nie pamiętam jakiego. A bez wysyłania pisma poszedłem do dyrektora Kombinatu i on mnie przyjął od razu. Tak, że wprawdzie w tych innych zakładach odpowiedzieli mi odmownie, ale nie zauważyli, że jednocześnie już wystara­łem się, że mnie przyjął dyrektor Wieczorek., szef główny i jak oni przyszli to ja miałem podpisaną umowę. Już pracowałem, już nic nie mogli zrobić. I Wieczorek sobie ukręcił bicz na własną głowę, bo później żeśmy go wyrzucili.
W Unipralu spotkałem się z dwoma stanowiskami, Prezes, pan Skowroński podszedł do mnie bardzo fair. Oczywiście ja musiałem mieć najniższą pensję - bo takie było wtedy ich prawo. On podarł ten pierwszy angaż i bardzo mnie faworyzował. To był bardzo uczciwy człowiek. Ale jego zastępca, który do dzisiejszego dnia jest Prezesem, (nie będę wymieniał jego nazwiska, bo to nie ma sensu) to był funkcjonariusz partyjny i pilnie słuchał tego co mu polecono. Pan Skwa­rczyński teraz ma własną firmę - czasami się spotykamy i mówimy o tych czasach

Pyt. Jak wróciłeś do szkoły?

Odp. Jeszcze w czerwcu 1983 roku pisałem podanie, ale to była już formalność. Była specjalna Ko­misja Pojednawcza. Wezwali mnie na to posiedzenie Komisji do Warszawy i tylko miałem udowodnić, że ja byłem zwolniony z pracy z powodów politycznych. A to przecież była jasna sprawa. To była więc formalność, napisali, że przywracają mi termin, odwołanie uwzględnione, to zwolnienie z pracy nieaktualne, pan Mering, pani poseł A. Urbanowicz wystosowała pismo. komisja nakazała żeby Kuratorium mnie zatrudniło, ale Kuratorium nie zatrudnia, tylko szkoły. I to był pewien problem. Powstała nowa szkoła, nowe liceum przy ZSBud. ul. Pstrowskiego. I ja się tam zgłosiłem do dyrektora i dyrektor mnie przyjął. Uzgodniliśmy, że ten akt na Kuratora scedowany zostanie na dyrektora tej szkoły. Wezwali mnie jednak, wicedyrektorka szkoły i Pre­­zes ZNP i powiedzieli, że się nie godzą na to, że mają kogoś innego. Ja ich spokojnie zapytałem, czy one sobie czasami nie zawłaszczyły uprawnień dyrektora. I zrezygnowały. Ale do dzisiejszego dnia jestem tam nauczycielem drugiej kategorii. Ten mody dyrektor, członek ZNP, kolega Kopczyńskiego, też wuefiarz. I już w pierwszym roku dał mi naganę. Później musiał się wycofać.

Pyt. Twoja znajomość z Bachmurą? Czy znałeś go przed stanem wojennym?

Odp. Nie, on się ze mną skontaktował. On uważał, że ja mam jakieś kontakty z władzami kościelnymi. A ja takich nie miałem. Ja natomiast szukałem kontaktu z władzami podziemnymi. Spotkałem się z nim i powiedziałem, że mu taki kontakt znajdę, ale pod warunkiem, że mnie przyj­mą do siebie, wręcz mu powiedziałem. Zgodził się w zasadzie na to, z pewną rezerwą. Powiedział, że ja mam się wkupić do nich jakimś artykułem do gazety, do „Rezonansu”. I ja napisa­łem w kwietniu 1982 roku artykuł na temat 3-maja. Poszedłem sobie do biblioteki, wziąłem so­bie książkę Jerzego Łojka i napisałem artykuł bardzo spokojny, ale prawdziwy. Pamiętam, że zakończyłem to zdaniem, że oficerowie o mentalności rosyjskiej w polskich mundurach. Wiem, że ten artykuł im się spodobał. Powiedział, że wreszcie mają kogoś, kto ma dobre pióro. Bo in­ni to najpierw tylko całe wagony na komunę ładowali, a treści dużo nie było.

Pyt. Początkowo Bachmura wydawał biuletyn „Solidarność Olsztyńska”

Odp. Słusznie, on składał to czcionkami. I to było do tego biuletynu. Ja przez rok czasu redagowa­łem „Rezonans”.

Pyt. W jakim czasie?

Odp. Chyba 1986 rok, ale nie jestem pewny. Pisałem od 1982 roku artykuły, ale zostałem też członkiem Tymczasowego Zarządu Regionu. Przez rok redagowałem też „Rezonans”. Tam była taka pani, do której dzwoniłem i umawiałem się w sposób symboliczny, za pomocą pewnego kodu. Zanosiłem jej teksty, a ona przepisywała to na maszynie. I dalszą obróbkę robiła. ja tylko przygotowywałem teksty - kompletowałem. Cały numer. Kupiłem maszynę, kupiłem radio do nagrywania audycji zagranicznych. Nieraz całe audycje przeredagowywałem, albo całe publiko­wałem, zaznaczając, że to z Wolnej Europy, czy Głosu Ameryki. I nasze artykuły. Pokwitowania za składki, za dary, za wpłaty.

Pyt. Czy znasz ludzi, którzy wspierali pisaniem „Rezonans” lub to drugie pismo? Oprócz ciebie.

Odp. Nic nie mogę powiedzieć, bo to były dziwne układy, że jeden o drugim nic nie wiedział. Każdy miał swoją działkę i nie starał się dowiadywać więcej. Wychodziliśmy z założenia, że lepiej nie wiedzieć. Wydaje się, że był pan, u którego się spotykaliśmy, a który pracuje w tej chwili w Urzędzie Wojewódzkim - Zdzisław Płotek. I był Kazimierz Wosiek. Pisał również i Bogdan Bachmura. Bogdan trochę się zgrywał na historyka. Miał trochę książek.

Pyt. Jaki był Bogdan Bachmura?

Odp. Bardzo bojowy, zdecydowany, był duszą tego towarzystwa. Próbował zbudować nadajnik telewizyjny, ale to nie udało się. Ściągnął fachowca nawet. To było wtedy, jak ja jeszcze pracowałem w Unipralu - chyba 1984 rok. On takich części żądał, takich pojemności, chyba kondensatorów czy coś, że jak ja poszedłem i chciałem kupić, to oni dziwili się i oczywiście nie mieli. To nie wyszło. natomiast wyszło nam bardzo ładnie, jak żeśmy kontrolowali frekwencję wyborczą. ja tam byłem szefem tego. Miałem swoich ludzi, m.in. Grażyna i Rysiek Langowscy. Wyznaczyliśmy sobie punkty wyborcze. Była tam metoda - co pewien czas przez krótki okres, trzeba było obserwować i notować ludzi wychodzących.

Pyt. Jakie to były wybory?

Odp. Nie pamiętam. Zawoziłem potem wyniki do Gdańska. Ale u nas nie mamy żadnych dokumentów, bo pierwszą zasadą jaką nam wpajano, to nic u siebie w domu nie trzymać. To było kilkanaście punktów w Olsztynie.
Drugą rzeczą, którą podjąłem, początkowo nie sam, a później już sam, to usiłowałem … Ja zawsze miałem zacięcie historyczne, a szczególnie w tym okresie. Ja mocno reagowałem na fałszo­wanie historii. A ponieważ byłem filatelistą, to usiłowałem przelać to w postaci znaczków „So­li­darności”. I tu przez okres kilku lat wydawałem stopniowo kilka rzeczy w roku - wydałem 16 takich bloczków pocztowych. Pokazałem 12 polskich miesięcy - tzw. „polskie miesiące”. I to mi dało dużą satysfakcję. Raptem spotkałem się z odzewem z Warszawy z Centralnego Kolportażu. Trafili do mnie przez Wojtka Ciesielskiego (Długiego). On wskazał im, że to ja te znaczki wydaję. I zaczęły rozchodzić się w Warszawie i stopniowo, uparcie doprowadziłem do tego, że te całe 12 miesięcy podałem jakie to były ważne fakty, wydarzenia w tych miesiącach, które komuna albo fałszowała, albo przemilczała. Tu miałem nawet pewne przykrości.

Pyt. Posądzano cię, że ty zarabiasz na Solidarności. Jak ty to oceniasz?

Odp. Ja uważam, że nie można … Oni uważali, że to są składki na „Solidarność”. A ja mówiłem, że nic podobnego - to jest działalność, która się nazywa „Poczta Solidarności”. Ja to robię jako związkowiec. Oni mówili, że ja na tym zarabiam. A ja odpowiedziałem, że co, według nich powinienem tracić? - O tak! Przyszło do mnie dwóch panów: Rysiek Kułakowski i Stefan Śnieżko. Oni przyszli i chcą mnie rozliczyć, bo ja jakieś kokosy zarabiam. Oni mówili: - Ty po­winieneś za to dostawać pieniądze, ale jako wynagrodzenie, a nie jako twoja działalność prywatna. Ja miałem akurat inne zdanie na ten temat, które wynikało nawet z broszur „Solidar­noś­ci”. Według tego działalność w „Solidarności” nie powinna być oparta na pracy bezpłatnej. Ja miałem tu pewne doświadczenie. Jeżeli ktoś pracował na siebie honorowo, to tak robił, że to sito trzeba było później wyrzucić. A ja uważałem, że trzeba za to wszystko zapłacić dwa razy tyle ile za każdą fuchę niepolityczną. I tyle płaciłem: jak zdobywałem papier, projekt, matrycę, a później druk. Zawsze brałem najlepszych ludzi i płaciłem dwa razy tyle co normalnie. Ale mówiłem np. do drukarza tak: - „Ja panu to dzisiaj przynoszę, ale jutro musi to być wydrukowane. Tylko 24 godziny - nic więcej”. tak samo było z matrycą.
Raz z Kułakowskim tak było. Mieliśmy wydać pamiętniki, zebrałem wszystkie dokumenty - naszego Antonowicza, który został zabity. I teraz społeczna robocizna: najpierw było to adjustowane miesiącami, nikt nie miał poczucia obowiązku. Leżało to gdzieś na różnych melinach, mimo iż ja prosiłem, żeby przyśpieszać. Aż w końcu jakaś przypadkowa rewizja i zwinęli to wszystko. ja robiłem to inaczej. Przede wszystkim bez amatorszczyzny. każdą rzecz wykonywali najlepsi fachowcy. I musieli być opłaceni. I dzięki temu to wszystko funkcjonowało.

Pyt. Kto zajmował się drukiem, kto projektował?

Odp. Ja robiłem wystawę i te wszystkie znaczki były eksponowane - z okazji pielgrzymki papieża. I prosiłem nawet panią, która projektowała te znaczki, pani Żuk. Ona ma podwójne nazwisko. Ona projektowała z wyjątkiem jednego znaczka, tego ostatniego. Październik - ten z papieżem, który mi projektował Kowalski z Gdańska. Ale wszystko było drukowane w Olsztynie. W żad­nym dużym zakładzie drukarskim nie mogło to być robione, bo tam chodzili i szukali. Był taki zakład, gdzie pracował na godzinach najlepszy maszynista z OZGrafu. I on w jednym tygodniu pracował do południa, a w drugim po południu. Jak pracował do południa, to tam nie chodził, bo tam było dużo ludzi, a po południu był sam. On pracował koło gmachu organizacji mło­dzie­żowych w tym wysokim budynku Biuro Projektów Budownictwa Wiejskiego. tam była maszyna drukarska i po południu przychodziłem do niego i płaciłem mu (on mieszka na ul. Koło­brze­s­kiej 13 H - może Glesmer?)

Pyt. On żyje jeszcze?

Odp. Tak żyje. Był bardzo dobry.

Pyt. Wizyta Kułakowskiego i Śnieżki - ich argumenty?

Odp. Że ja śmiem na tym zarabiać. Ja im powiedziałem, że mnie taka ich harcerska praca nie interesuje. Rysiek mówi, że on też kiedyś z plecakiem jeździł do Warszawy z bibulą. A ja, że mnie taka harcerska praca nie interesuje. Ja jeżdżę Żukiem, a chciałbym TIR-em, ale jeszcze mnie na to nie stać. Np. jak ja wydrukowałem 3 tyś. ( w 19882 roku) egz. wierszy Cz. Miłosza. Drukowa­łem w budynku Komitetu Wojewódzkiego PZPR - zacząłem jeszcze przed stanem wojennym, ale zakończyłem już w stanie wojennym. I z tymi paczkami chodziłem, z poszczególnymi skła­dami, jak kolejne strony były drukowane, chodziłem, a wojskowe patrole tak mi się przy­glą­da­ły.

Pyt. A kto drukował w KW?

Odp. Taki pracownik, mieli taki offset suchy, takie ksero. Prymitywne to ksero było, ale jakoś drukowało. I pamiętam te wiersze Miłosza - obiecałem w Zarządzie Regionu gdy pracowałem w Komisji Oświaty - i później przyniosłem tym ludziom, ale już nie do Zarządu Regionu, bo to było w stanie wojennym. Zażądałem za taką jedną książeczkę 100 zł. To były nie całe koszty druku. Uważałem, że powinienem na tym trochę zarobić. Człowiek był bez pracy.
Wydrukowałem broszurę, czy wydrukowałem znaczek - brałem 3/4 kolportażu i albo wiozłem do Gdańska i tą broszurę „Dwie ojczyzny - dwa patriotyzmy” wydrukowałem na początku stanu wojennego - 3 tyś. sztuk. Duży nakład. To było Lipskiego Jana - taki esej historyczny, bo mnie zawsze interesowała historia. Pamiętam maj, 5-ta rano, słońce ledwo uniosło się nad horyzontem, jesteśmy na Podgrodziu. Tam miałem melinę w piwnicy i 12 paczek. Po dwie na Żuka kła­dę. Ostatnie paczki kładę i patrzę, że idzie milicjant w białej czapce, sierżant. Zobaczył nas i skręcił takim skosem, przez jezdnię. _ No coś będzie! On podchodzi, taki napuszony i mówi: - Właściciel wozu!. A samochód nie miał żadnych napisów. ja mówię, że to prywatny. A to był mój kolega, który był zaopatrzeniowcem, bo ja wśród zaopatrzeniowców miałem sporo kolegów i on jechał do Gdańska. Poprosiłem go, żeby mi to zawiózł. I on mówi, że jest tylko kierowcą, jedzie do Gdańska, pokazał delegację. A ten milicjant pyta jeszcze: - A co wy tam wieziecie? A kolega odpowiada: - Suchy chleb dla konia. Milicjant powiedział: - Acha! i poszedł sobie. A tam ostatni worek to był rzeczywiście suchy chleb, bo on miesiącami zbierał i jak jechał do Gdańska, to przejeżdżał obok krewnych w wiosce przed Gdańskiem i tam zawoził. I tak panu sierżantowi nie udało się wówczas. Ale nawiasem mówiąc to ten do którego woziłem te broszury, to był obecny prezes Zarządu Radia i TV - Walendziak. On ma żonę z Olsztyna. Na­wiasem mówiąc nie rozliczył się ze mną. I potem z tymi rozliczeniami to była makabra przez wszystkie lata. Tak, że z tymi pieniędzmi to było tak, że mi starczyło zawsze - musiałem sam gospodarować i sam trzymać to w ręku to wszystko.

Pyt. Musiałeś mieć pieniądze żeby …

Odp. Rozkręcać następną pozycję. Dlatego nie mogłem tworzyć jakiejś spółki formalnej, zarządu - bo wtedy natychmiast byłoby położone. Początkowo to zaczynałem bez inwestycji żadnej, bez żadnego kapitału, na kredyt, ale się wypłaciłem. Zawsze byłem sumienny, regularny. Płaciłem każdemu. Im się opłacało, bo ja przychodziłem już z gotowym projektem.

Pyt. Miałeś jednak w końcu wpadkę ze znaczkami?

Odp. W końcu zrobili u mnie rewizję no i wyciągnęli taki worek materiałów. To był gdzieś 1988 rok lub 1987.

Pyt. To znaczy przez lata produkowałeś znaczki bez przykrych przygód?

Odp. Tak, ponieważ robiłem to sam, nie byłem uzależniony od nikogo. Każdy etap … I jak zawoziłem np. do Warszawy, to zawsze ze mną ktoś jechał, albo ze mną w przedziale, albo w sąsied­nim. Myśmy się nie kontaktowali. Paczka z materiałami leżała u góry. W razie czego, nikt się do niczego nie przyznawał. I gdy ktoś był zwijany, to ta druga osoba informowała co się stało. Musiałem zatrudniać również dwie osoby. To była firma.
I tutaj oni przyszli do mnie, że ja śmiem prowadzić taką firmę, że to znaczki, raczej składki. Ja jestem filatelistą.

Pyt. Ale czy „Solidarność” mogła mieć jakąś korzyść z tego, poza propagandową?

Odp. Oczywiście, bo przecież ja również w tym czasie byłem skarbnikiem. I pieniądze - ja się w końcu rozliczyłem, a nie wiem czy wszyscy to uczynili. Ja byłem skarbnikiem Tymczasowego Zarządu Regionu. I w tym rozliczeniu wyraźnie widać, że wydatki były większe niż dochody. Ja nie napisałem, że te większe wydatki były z tych dochodów ze znaczków, ale to jest oczywiste. M.in. Owoc wychodził z więzienia, Fotek (?) mówił daj mu pieniądze. No skąd mu te pieniądze dać. Panu Antonowiczowi dwa razy po 50 tyś. wtedy przekazałem na pomnik dla syna.

Pyt. To jest bardzo istotne, te rozliczenia finansowe. Skąd mieliście wpływy?

Odp. Pieniądze mi przynoszono, albo Bogdan mi przynosił, albo inni ludzie z Zarządu. Miałem nawet jakieś pieniądze dolarowe - chyba 300 dolarów i 50 holenderskich guldenów. A tak to było w złotówkach. To nie były tylko składki - to wpłaty indywidualne, chociaż ze składek też. Z OZOS-u to były ze składek. W OZOS-ie Wiesiek Sasin zbierał.

Pyt. Czy to były duże pieniądze? I co z nimi robiliście?

Odp. Były to pieniądze na działalność - przede wszystkim jak trzeba było kogoś wesprzeć. Całe rozliczenie przekazałem Bogdanowi Bachmurze. To było solidnie przeprowadzone rozliczenie - wpływy i wydatki za okres gdzieś półtora roku. Najpierw byłem członkiem, potem skarbnikiem, potem przewodniczącym rok czasu. Wybrano mnie przewodniczącym. Wtedy pamiętam napisano artykuł - rozmowę ze mną przeprowadzono w „Rezonansie”.

Pyt. Jest w „Rezonansie” rozmowa z przewodniczącym.

Odp. To właśnie ze mną. Tę rozmowę przeprowadził ten, który wyjechał do Niemiec - Kłosiński. I byłem zbulwersowany, że ci ludzie, którzy pod koniec już tego okresu, kiedy można było już podnosić głowę. To główną aktywność skierowali na to, żeby rozszyfrować, kto jest tym przewodniczącym. I tak właśnie zrobił nasz pan prokurator Śnieżko. Dla mnie to było śmieszne. pamiętam kiedyś był u mnie. Rozmawialiśmy nawet przy kawie, przy wódeczce. On sobie popił był wesoły i zaczęliśmy zgrywa się: kto tej komunie się najlepiej zasłużył. On okazywał jakie dostał odznaczenia, jakie ordery, a ja mu wtedy jako argument dałem zdjęcie. jako filatelista z ramienia Polskiego Związku Filatelistów byłem w Szczytnie na zebraniu koła Polskiego Związku Filatelistycznego przy Szkole Milicyjnej w Szczytnie. I tam siedzą w prezydium sami milicjanci, a ja jestem między nimi. I pokazuję mu i mówię: - Patrz jak ja się zasłużyłem. I potem słyszę za parę dni, że Olek to jest na pewno konfident, bo on ma takie zdjęcie. Chociaż ja tylko jemu pokazywałem to zdjęcie. Nikomu innemu nie widziałem powodu aby pokazywać. To natychmiast puścił opinię, że ja jestem konfident, bo widział takie zdjęcie. Był Olek i sami milicjanci. Myślę, że jak ten artykuł się ukazał potem w „Rezonansie”, ta rozmowa ze mną, to on jak prokurator występował, węszył, kto to może być ten. I tu być może swymi rozmowami naprowadził na ślad tę Służbę Bezpieczeństwa na jakieś domysły. jak zrobiono mi przeszukanie to chyba 12 godzin to trwało.

Pyt. Czyli coś wiedzieli?

Odp. Chodzili i szukali od progu …

Pyt. Kiedy to było?

Odp. To był gdzieś 1987-88 rok. Oczywiście odkryli moją „tajną szafę”. Nie widziałeś jej?

Pyt. Ja jestem pierwszy raz u ciebie w domu.

Odp. No tak, słusznie. I tam była moja biblioteczka „Solidarności”. I skład znaczków i broszur i gazet. Ale przede wszystkim ta biblioteka - jej żałowałem. I wzięli zeszyt, w którym miałem różne notatki porobione. No i moja córa spisała się na medal, bo ten zeszyt gwizdnęła. Ich trzech było. Coś zginęło i zaczęli szukać. Szuka, szuka jeden z tych ubeków, w końcu spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Ja zrozumiałem, że on też zrozumiał, iż mamy to już schowane i on tego zeszytu nie dostanie. Tam wprawdzie nie było żadnych nazwisk, tylko pseudonimy, ale po tych pseudonimach mogli by tam gdzieś dojść.

Pyt. Zabrali znaczki czy matryce?

Odp. Matryc tam nie było. Matryce były natychmiast chowane. Powinienem je zniszczyć, ale walczyła we mnie dusza filatelisty, który zbiera i tego konspiratora. I najczęściej zwyciężał ten pierwszy. I w różnych miejscach to miałem ulokowane i dzięki temu mam. A wtedy te arkusze, projekty - dwa lata temu, była Światowa Wystawa Filatelistyczna w Poznaniu i byłem zaproszony na tę wystawę ze zbiorem znaczków podziemnych. Pokazywałem jak się drukowało w podziemiu.

Pyt. Ty próbowałeś zorganizować spotkanie z Moczulskim chyba w roku 1988?

Odp. Roman Kozinek (?) jeździł do Warszawy, spotykał się jako NZS z KPN-em Moczulskiego, no i ustaliliśmy, żeby przyjechał do Olsztyna na spotkanie z działaczami „Solidarności”. Miało się ono początkowo odbyć w jednej z salek Domu Parafialnego na Jarotach, ale jak się o tym dowiedział prał. Magdziarz, to taką awanturę zrobił ks. Januszowi, przy mnie go zbeształ. I wtedy powiedzieliśmy sobie, że to się odbędzie u mnie w domu. W końcu - mówię - 20 osób się zmieści, a jak przyjdzie więcej, to będą w korytarzu. I powiedziałem do Romka: - Pojedziesz do Kortowa, tam jest stacja benzynowa, tam poczekasz na Moczulskiego. I on spóźnił się. Moczulski czekał i pojechał z powrotem.

Pyt. To zawiódł go mocno.

Odp. Tak.

Pyt. Bo następne spotkanie miało być w kościele Chrystusa Króla, taka była informacja - w kościele na Zatorzu. Tam ojciec Bonawentura był. I tam czekaliśmy.

Odp. A myśmy tam w tym kościele „sakrę” (?) montowaliśmy (spotkanie?). Myśmy tam m.in. w 1988 roku zrobili wystawę fotorgafii solidarnościowej z Adamem Sochą i z Centkowskim. Tam też miało być spotkanie z Moczulskim, ale zostało odwołane.

Pyt. Czy znasz może takie osoby, które cicho robiły robotę i nikt szerzej o tym nie wiedział: w kol­portażu, czy gdzie indziej?

Odp. Z Danką Gulko, z Basią Nowak, Z Józkiem Nowakiem muszę powiedzieć, że miałem bardzo osobliwe kontakty, ponieważ to z nim próbowałem te druki broszur i znaczków w Olsztynie, ale on miał zupełnie inną koncepcję. Próbowaliśmy zrobić pierwszy znaczek. Ja dałem projekt, a on miał zrobić matrycę, ale o ile ja miałem koncepcję, że każdy etap pracy musi robić najlepszy fachowiec dobrze opłacony, to on miał koncepcję, że wszystko sam jako „złota rączka. I wy­szedł knot. I cały nakład był do niczego. Powiedziałem: - Tak nie wolno. A on nie chciał inaczej. Więc ja poprosiłem go, żeby mi podał adres gdzie robi matryce. Nie chciał powiedzieć, ale ja się dowiedziałem. Dawałem mu pieniądze, żeby za tę matrycę zapłacił, ale ponieważ ten co robił matrycę był mu dłużny, a więc Józek mu tych pieniędzy nie dał. Ten się pogniewał i mu tej matrycy nie zrobił. A ja mu powiedziałem: - Mnie guzik obchodzą wasze prywatne interesy. Ty miałeś dać pieniądze. Potem machnąłem na to ręką i powiedziałem: - Dobra, będę wobec tego robił sam. Od tego czasu robiłem sam.

Pyt. Prowadziłeś działalność, jak na stan wojenny z pewnym rozmachem. Jak uważasz, dlaczego to się udawało?

Odp. Na SB byłem ciągle wzywany, ale jako ta oficjalna opozycja. Nie posądzany o nic więcej. Ale ja miałem osobliwe spotkanie dwa lata temu. Tutaj w tym „Smerfowie” na naszym osiedlu, tam jest piwiarnia. I tam poszedłem na piwko. I tam są dwa stoły - jeden taki podłużny i drugi obok, Jeden stół, taka duża ława, była zajęta, a przy drugiej siedział facet. Więc ja się przysia­dłem, na rogu przy tym drugim stoliku, na szczycie. A ten facet się do mnie uśmiecha i mówi: - Panie Sławomirze. Sławomir - to mówili do mnie tylko na SB. Usiłowali do mnie mówić po imieniu, a nie wiedzieli jak się mówi, to mówili „panie Sławomirze”. Ja patrzę na niego i mówię: - Ja pana nie znam. A on mówi: - Ja pana znam. Mówię: - Ja wiem skąd pan jest. A potem chciałem go pociągnąć za język, jedno piwo, drugie piwo - postawiłem mu, bo się okazało, że nie miał pieniędzy. Esbek - ten który się mną „opiekował”, on mnie prowadził przez cały stan wojenny i później. 300 stron na mój temat zgromadził, a później spalił moje dokumenty. Tak żeśmy rozmawiali i ja tak stwierdziłem, że dużo wiedzieli na mój temat - więcej niż myślałem, ale mniej niż on by chciał. Oni posądzali mnie, że ja tutaj prowadziłem kolportaż, ale nie przypuszczali, że ja również drukowałem, tego nie wiedzieli. Wiedzieli o kolportażu, o tym że (bra­łem) 20%, bo to jednak dużo osób było w to zaangażowanych, a ponieważ ludzie, którzy byli zawistni - w „Solidarności” byli tacy, którzy prowadzili kolportaż na innych zasadach, a im to nie wychodziło. Ludzie, jak uważają się za wielkich bohaterów pracy podziemnej, patriotycznej - nie mają oni terminu, ani odpowiedzialności - nic niestety. A ponieważ mnie ten kolportaż chodził, cały czas pracował: broszury, książki podziemne. Ja to dostawałem za moje znaczki. Za znaczki dostawałem pieniądze w Warszawie i za to brałem broszury i książki - i ciągle to chodziło, co dwa miesiące. Musiało się to wydać. On mi tego oczywiście nie powiedział, ani ja go nie pytałem. Powiedział tak: - Pan nie myśli, że my mamy swoich informatorów. To pańscy przyjaciele nam najwięcej pomogli. I podam ci taki przykład (…).

Pyt. We Mszach św. za ojczyznę w Warszawie dość systematycznie uczestniczyli przedstawiciele z Olsztyna.

Odp. Ja byłem chyba z pięć razy. Ale jeden raz pamiętam, bo powiedziałem kolegom z Olsztyna, że dostarczą im transparent i wieniec. Załatwiłem to wszystko w Warszawie. Ja tam mam rodzinę. I godz. 16-ta jak przyjechałem samochodem, maluchem, a do tego czasu już Rysiek Langowski - potem się przyznał mi - „Sławek, gadaliśmy na ciebie”. Oni już krzyczeli, że zawio­dłem, a ja sobie przyjechałem o 16-tej po wielu perypetiach, o których nikomu nic nie mówi­łem, bo po co. Ale były takie głupie sprawy. Wyciągnąłem transparent rozwinięty już na dwóch kijach, przyszyte, wypróbowane, żeby nie było żadnych niespodzianek. Jak coś chcę zrobić to dokładnie się przymierzam. I to pamiętam, że wówczas była Marta Wysokińska, sporo osób. Ja zmęczony, spocony przyjechałem - oni sobie poszli. Tak postałem trochę z młodszym bratem i popatrzyłem za nimi, a milicja jak na komendę odwrócili się w tył głowy, żeby nie widzieć. To było już po śmierci ks. Jerzego. Tak samo na placu (teraz Piłsudskiego) jak tam ten krzyż był układany. Tam swego czasu przyjechaliśmy z delegacją, z kwiatami, a tam starsze małżeństwo tak na nas patrzy, taki mają zachwyt w oczach, chcą nam coś miłego powiedzieć i wreszcie ta pani mówi: - Nam się to bardzo podoba.
Pamiętam jak my idziemy: szpaler ogromny ludzi przed tym kościołem na Żoliborzu, tłum, i wyczytują kolejne pielgrzymki, delegacje z różnych regionów. Idzie nasza delegacja Warmii i Mazur. Ja pamiętam szedłem z transparentem na czele tej delegacji: Ziuta była wtedy, a wtem ktoś mi się na szyję rzuca, całuje. Nie wiem zupełnie kto. Takie przeżycia, które się zapomina, a które jednocześnie nie potrafimy dokładnie odtworzyć, nie pamiętamy dokładnie kto. Jest klimat.

Pyt. W Olsztynie co pewien czas w kościele NSPJ, również odbywały się Msze św. z różnych okazji za Ojczyznę. Raz ciebie w 1988 roku na moich oczach zwinęli.

Odp. Ja przyszedłem i dowiedziałem się, od Grażyny Langowskiej, że nie ma drugiej osoby do trzymania transparentu. I ja byłem oburzony: - Jak to nie ma. To ja będę oczywiście! I tak spontanicznie zgłosiłem się do trzymania tego transparentu i potem spotkało mnie to co mnie spotkało. A wtedy rzeczywiście ja te ulotki rozrzuciłem, jakkolwiek nie przyznałem się do tego, bo takie były reguły gry. Ja to zrobiłem głównie na tych ulotkach, które przywiozłem z Krakowa z tej konferencji na temat praw obywatelskich. Może tam były jeszcze inne ulotki …

Pyt. Czy w tym kościele jeszcze kiedyś uczestniczyłeś w takiej uroczystości?

Odp. Nie, tylko raz. Kiedyś z Kombinatu Budowlanego wysłano mnie do Gdańska na szkolenie z obrony cywilnej. Wtedy ubek przyszedł do Kombinatu i powiedział: - Co za głupek wysłał Olka do Gdańska, w samo serce „Solidarności”? Tam było szkolenie i mam dyplom z egzaminu i wyróżnienia z tego okresu jak pokazywałem wszystkim ludziom z całej Polski, jak tam w Gdań­sku toczą się walki „Solidarności” z SB, między kościołem św. Brygidy, ks. Jankowskiego, a pomnikiem Stoczniowców. Ja szedłem w pierwszym szeregu z panią, która była w podziemiu zaangażowana. Tam w Gdańsku spotkałem się z Wałęsą na konferencji organizowanej przez panią Walentynowicz w 1987 roku.

Pyt. Czy Walentynowicz wtedy miała poprawny stosunek do Wałęsy?

Pyt. Nie, właśnie wtedy spotkałem się z ogromnym atakiem na Wałęsę. Bo on w drugim dniu konferencji. Myśmy mieli temat: działalność związków zawodowych w zakładzie pracy. Raptem wchodzi Wałęsą z synem i kierowcą. No więc podniosła się wrzawa, ludzie go przywitali. A te baby z Walentynowicz na czele, huzia na Wałęsę.

Pyt. A co, Walentynowicz była na tym kursie?

Odp. Ona to organizowała. A ja nie byłem w kursie, zdziwiłem się. Wyszedłem na czoło, tam była mównica, i mówię: - Ludzie, mamy temat, działalność związków zawodowych w zakładzie pracy. Przychodzi przewodniczący Związku Zawodowego. czy nie możemy wykorzystać tego, aby zrobić poglądową lekcję? Brawo i później cicho. A baby znowu na Wałęsę. I znowu namawiam je. Potem przychodzi ten kierowca i daje mi zdjęcie. Ja mówię, a obok stoi Wałęsa i słucha, co ja mówię. A potem w przerwie podszedł i prosi abym ustawił się koło Wałęsy i zro­biliśmy sobie razem zdjęcie. I w ten sposób miałem dwa zdjęcia. Ukradli mi obydwa. W Kombinacie Budowlanym ukradli mi całą teczkę ze wszystkim. Ale to było polaroidem robione. Ale był też film. Był też na kasecie video film z tej konferencji. I również z Wałęsą fragment. Jedna kaseta była z Olsztyna - miała Ziuta Mielnik.

 

 

END

 

--------------------------------------------------------------------------------

 

Rozmowa z ks. Julianem Żołnierkiewiczem

w dniu 22 stycznia 1996 roku

 

 

Pyt. Ksiądz był właściwie jednym z animatorów „Solidarności” w naszym regionie.

 

Odp. W pewnym sensie tak. Z chwilą gdy rozpoczął się strajk w Gdańsku stwierdziłem, że najwyż­szy czas, żeby się zorientować o co naprawdę chodzi. Propaganda mówiła o wrogich elementach itd. Razem z ks. Józefczykiem pojechaliśmy do Gdańska do ks. Jankowskiego i on ułatwił nam spotkanie ze stoczniowcami podczas strajku. Weszliśmy na teren stoczni i zobaczyliśmy, że nie chodzi tylko o płace, ale o podstawowe prawa człowieka i o całą podmiotowość obywateli Rzeczypospolitej.

 

Pyt. W stoczni z kim się kontaktowaliście?

 

Odp. Rozmawiałem z Krzyśkiem Wyszkowskim, który jest olsztynianinem i który tam był. Po przy­jeździe do Olsztyna spotkałem się z kilkoma osobami, m.in. z panem Ruchlewiczem, który postanowił jak najszybciej zorganizować „Solidarność” w Olsztynie i WPKM był chyba jednym z pier­wszych zakładów, gdzie powstał ten związek.

 

Pyt. Czy ksiądz znał p. Ruchlewicza wcześniej?

 

Odp. Ja go wcześniej znałem. I chyba od nich z WPKM-u chyba jeszcze raz kilka osób pojechało do Gdańska, aby upewnić się, jak to wszystko wygląda.  Tak się złożyło, że znałem wielu ludzi, którzy zakładali „Solidarność” m.in. pan Kamiński. Pier­wszą rzecz to trzeba było przedstawić się księdzu biskupowi Józefowi Glempowi, który przyjął delegację i pobłogosławił nam. Mnie wyznaczył takim asystentem, czy kapelanem „Solidar­noś­ci”. To spotkanie było pod koniec września, lub na początku października 1980 roku. Obecny był u biskupa cały Tymczasowy Zarząd MKZ, chyba oprócz Bobera. Ks. biskup poświęcił nam sporo czasu, dowiadywał się dokładnie o ideę i wsparł nas swoją życzliwością i autorytetem.

     Na początku października, spotkałem się po raz drugi z tym ruchem stoczniowym, bo miałem rekolekcje u św. Brygidy w Gdańsku. Brał w nich udział i p. Lech Wałęsa i p. Walentynowicz i wszyscy działacze „Solidarności”. Kościół dosłownie pękał w szwach. Później po rekolekcjach było spotkanie na plebanii u ks. Jankowskiego, gdzie byli obecni działacze „Solidarności” z Wałęsą i Walentynowicz. Ale była także pani ambasador Szwecji i przedstawiciele konsulatów Finlandii i Norwegii. Byli też profesorowie różnych wyższych uczelni.

     W Olsztynie często kontaktowałem się z Zarządem regionu. We wszystkich ważniejszych spotkaniach brałem udział, m.in. w tym sławnym spotkaniu w auli w Kortowie, w hali sportowej. Chyba tam było ponad tysiąc delegatów. Albo to było w auli Pijanowskiego. Delegaci zadawali pytania, a Józef Lubieniecki odpowiadał będąc w dole na scenie. Pamiętam wypowiedź ś.p. prof. Poznańskiego, który zwracając się do mnie powiedział: „Księże, u mnie na wydziale nigdy nie było żadnego prześladowania ludzi wierzących.” Deklarował publicznie swoją lojalność wobec religii, wobec współpracowników. To spotkanie prowadziła Irena Czinczoł-Włudyka, Józek Lubieniecki był w tym czasie radcą prawnym „Solidarności” i jako prawnik odpowiadał na pytania.

     Kamiński w Zarządzie Regionu opowiadał się za ścisłymi kontaktami z Kościołem, pilotował te sprawy. Również przewodniczący przez cały czas utrzymywał kontakt.

Pyt. Ksiądz znał kolejnych przewodniczących „Solidarności”.

Odp. Znałem Bartuszka - był zatroskany o Związek, Łukomski również był życzliwy. Nawet wtedy gdy był stan wojenny i ukrywał się, to u mnie przenocował, przebrał się, bo był już wtedy poszukiwany. Ogolił się u mnie zjadł posiłek i po cichu jakoś go stąd przemyciliśmy. Z Krupińskim też była dobra współpraca.

 

Pyt. Krupiński zrobił szybką karierą w zawiązku.

 

Odp. Był niezwykle błyskotliwy, jeśli chodzi o sposób formułowania myśli i wizję Zawiązku. Był pełen inicjatywy, pełen energii. Oceniam go pozytywnie. Chociaż niektórzy mówili, że karierowicz. Myślę, że - pomijając jego sprawy osobiste, rodzinne - jako przewodniczący dobrze reprezentował interesy ludzi pracy.


Dla mnie zaskoczeniem było to, że niektórzy uciekli, wyjechali za granicę. Na pewno oni mieli rację, że sytuacja była bardzo ciężka, natomiast uważałem, że ci ludzie powinni jednak pozostać. Wyjechało bardzo dużo i to mnie - przyznam się - przygnębiło trochę. Nie wytrzymali próby, w tym także przewodniczący. Wódz musi być tam, gdzie są szarzy obywatele.

 

Pyt. W tym okresie „pokojowym” w naszym regionie ważnym wydarzeniem był strajk w OZGrafie.

 

Odp. Dowiedziałem się o tym strajku będąc we Frieburgu u swoich przyjaciół. Skróciłem pobyt tam, żeby przyjechać i pomóc sprawę rozwiązać. I tu był problem bardzo złożony. Był Kuroń, któremu nie wyszła sprawa zażegnania. Strajk trzeba było przerwać ze względu na Zjazd „Solidarności”, który odbywał się w Gdańsku - Oliwie. I tu były rzeczy dziwne. Przyjechał prof. Stelmachowski, był u mnie, nocował. Byliśmy razem u wojewody, u biskupa, byliśmy razem w OZGrafie. I też nie wyszło. Wtedy wojewoda Rubczewski, podczas naszej wspólnej wizyty, zwrócił się do mnie twierdząc, że dobrze byłoby gdyby ten strajk został przerwany. W OZGrafie było referendum. Przychodzę późnym wieczorem do domu, gdzieś około 23-ej i przybiega grupa młodych ludzi z OZGrafu, rozentuzjazmowanych i krzyczy, że do końca będą walczyli, że podczas referendum ponad 200 osób było za dalszym trwaniem strajku, a nieduża grupa była przeciwko. Ja powiedziałem, że zrobiliście prezent dla przeciwników, a nie dla „Solidarności”. Wtedy była konsternacja. Kobiety nagle zaczęły zmieniać zdanie. ja mówiłem: „Słuchajcie, przecież to jest szaleństwo. Przecież Wałęsa i wszyscy proszą, także pan prof. Stelmachowski, o to żeby zakończyć strajk”. I cisza jest. Mówi, że specjalnie przyjechałem z Niemiec, żeby to zakończyć. Oczywiście, kilka razy Mszę św. odprawiłem, wcześniej inni księża odprawiali Msze św.. Ten krzyż na OZGrafie to jest z tego strajku. I ciekawe, że po tym moim wystąpieniu odbyło się jeszcze raz nocne referendum i okazało się, że była odwrotna sytuacja. te ponad 200 osób było za przerwaniem strajku, a czterdzieści kilka było przeciw. No i przedzwoniłem wtenczas do pana wojewody i oczywiście nie otrzymałem jakiegoś podziękowania (śmieje się). A więc ta jego prośba nie była szczera, bo później po przerwaniu strajku nie było „dziękuj księdzu, czy coś takiego” - była cisza.

 

Pyt. Niektórzy mówią, że podczas strajku były z jakiejś strony sprawy ambicjonalne, nawet postawa niektórych osób ze strony Zarządu regionu miała na to wpływ.

 

Odp. Strajk był inspirowany, nie wiem czy przez ludzi związanych z bezpieką, czy też z partią, ale ta akcja nie była czysta.

 

Pyt. Była kwestia nie tylko zakończenia, ale na jakich warunkach?

 

Odp. Te postulaty były pozytywnie załatwione. Nikt absolutnie - o ile się orientuję - nie był bezpośrednio szykanowany. Później w stanie wojennym, tak.

 

Pyt. Jaka była rola Kuronia?

Odp. Kuroń przyjechał przekonany, że strajk załagodzi. Powiedział: - „To jest drobna sprawa”. Wy­stąpił, mowę wygłosił i okazało się, że bezskutecznie. Wydawało mu się, że jego argumenty wystarczą, żeby zakończyć strajk.

 

Pyt. Można mówić o inspiracji, ale niezależnie od tego jest psychologia tłumu, pewne prawidłowości rządzące strajkiem i każdym protestem.

 

Odp. Mnie się udało uderzyć w bardzo czułą strunę, mianowicie psychikę kobiet, które tam były. One już były zmęczone, one już chciały końca. Poza tym kiedy usłyszały ode mnie, że przysłużyły się obcej opcji, a nie „Solidarności”, to wzięły to sobie do serca. Zjazd „Solidarności” już się rozpoczął i były prośby i telegramy o przerwanie strajku. Ja gdzieś mam trochę dokumentacji z tego okresu.

 

Pyt. 13 grudnia 1981 roku i stan wojenny.

 

Odp. W przeddzień byłem w Zarządzie Regionu „Solidarności” i wtenczas zwrócono się do mnie z prośbą, żeby przechować pieniądze. Chcieli dać w depozyt. Powiedzieli mi, że przyniosą po południu. Mówili o ruchach milicji.

 

Pyt. Kto się zwrócił z tą prośbą?

 

Odp. Nie umiem dokładnie do końca powiedzieć, nazwisk wszystkich nie znam, ale wiem, że był m.in. Bober, była pani księgowa i był jeszcze taki tęgi pan, on później był internowany, taki grubasek. Troje ich było. Oni w trójkę przynieśli mi te pieniądze. Pieniądze mi przekazano i ja miałem prawo oddać tylko temu, jeżeli będzie trójka, która dała mi pieniądze. Poczęstowałem ich kawą, pogadaliśmy, schowałem te dwa miliony złotych. Te pieniądze miały później służyć działalności podziemnej „Solidarności”. Już po wprowadzeniu stanu wojennego przyszła księgowa, pani Obiedzińska i prosiła, żebym oddał pieniądze. Ja jej powiedziałem, że tych pieniędzy oddać nie mogę ze względu na to, iż postanowienie było inne.

 

Pyt. A dlaczego ona chciała pobrać te pieniądze?

Odp. Bo ją tam naciskała bezpieka. Nie oddałem tych pieniędzy, gdyż uważałem, że one powinny być zwrócone bardziej formalnie, a nie jednej osobie. Zresztą zgodnie z umową. I sprawa ucichła na jakiś czas.

     Jak wybuchł stan wojenny, w tym dniu było bardzo dużo osób. 13 grudnia bardzo wcześnie pani Ziuta Mielnik z Kortowa przyniosła sztandar „Solidarności” kortowskiej, który przechowałem aż do końca. Tutaj był przechowywany.

      W tym dniu masa ludzi zgłaszała się, przychodziła. Był ogromny ruch. Przez te pierwsze dni tu u mnie nie zamykały się drzwi. Szukało się wyjścia z tego wszystkiego, co dalej.
W wigilię Bożego Narodzenia przychodzi pan Obiedziński i mówi, że jego żonę aresztują, jeżeli ona nie odda pieniędzy. I tu powstał problem moralny: czy oddać pieniądze, czy nie oddać tych pieniędzy? Nie było wiele osób, których mógłbym się wówczas poradzić, ale te osoby z którymi rozmawiałem (i ze strony księży i ze strony „Solidarności” - m.in. z Wiesią Grzegorczyk, która była mocno zaangażowana w :Solidarności”) radziły, żeby te pieniądze oddać. Bo jeżeli dziewczyna ma siedzieć, ma małe dzieci, a poza tym wszyscy byli zamknięci, wobec tego zdecydowaliśmy, żeby te pieniądze zwrócić. I zrobiliśmy w ten sposób, że pani Wiesia Grzegorczyk przyszła do mnie … ach, poprosiłem żeby ona te pieniądze przekazała, zaniosła do pani Obiedzińskiej, itd. Tymczasem okazało się, że przy domu pani Obiedzińskiej był kocioł, stała milicja. Wiesia idąc zobaczyła milicyjny samochód i jeszcze następny i wtedy w nogi z tego miejsca. Oczywiście zauważono i śledzono ją. I teraz … ona komuś przekazała te pieniądze. jakiejś koleżance swojej, nie mówiła mi nazwiska. I ta koleżanka przyniosła pieniądze, te 2 mln. złotych siostrze zakonnej. I wtedy powstał problem: kto dostarczył te pieniądze? Bo gdyby Wiesia, to bym schował te pieniądze i wszystko byłoby w porządku. Ale ponieważ już nie Wiesia (bo Wiesię siostra znała - mówi: „Ni to jakaś inna pani”. Pytam: „Nie w czerwonym?” - „Nie!”) więc myślałem, że to może być prowokacja i w związku z tym powstaje problem: co robić? Zostawić te pieniądze? A jeżeli to jest prowokatorka? I wtenczas niestety, mądrze czy niemądrze ale przedzwoniłem wówczas na milicję, e pieniądze ktoś przyniósł. I powstał problem, kto przyniósł te pieniądze i zostawił u siostry. Siostra zeznawała kto to był. Oczywiście to jest bardzo fajna siostra, ona teraz w Togo pracuje. To był dzień wigilijny, setki ludzi przychodziło. Jak siostra może zapamiętać, kto dał tę paczuszkę! jak siostra otworzyła tę paczuszkę, wtedy zobaczyła, że w niej są pieniądze. Siostra nie wiedziała o tym, że pieniądze otrzymuje. Nie zwróciła więc uwagi na tę osobę.  I powstał problem bardzo złożony, mianowicie szukano kogoś, kto by potwierdził zeznania, że te pieniądze … aha, był bardzo ciekawy problem, że te pieniądze przyszły tą drogą, ale nie było żadnych dowodów, że to te pieniądze przekazali panowie z „Solidarności”. O tamtej trójce ja ani słowa nie powiedziałem. Ja powiedziałem, że nie będę nikomu mówił, a poza tym p. Obiedzińska jest moją koleżanką i nie mogę zeznawać … Gdybym nawet wiedział, to prawo kanoniczne mi zabrania, żebym ja cokolwiek na ten temat mówił. I brakowało tego jednego ogniwa. Gdyby to ogniwo było - ja bym potwierdził, a oni mieliby dowód na to, że ja rzeczywiście przyjąłem, wtedy miało być w ten sposób: tamci chcieli ukraść, ja jestem paserem i oczywiście sprawa w sądzie. Ponieważ żadnych zeznań nie złożyłem - byłem wzywany do prokuratury, aż do sierpnia. Wzywał mnie nawet Topczewski do Urzędu Wyznań. „Ksiądz wie, że dopóki ksiądz nie złoży zeznania, sprawy nie może być.”  A ja mówię: „A po co sprawa.” Ale co było najbardziej przykre dla mnie osobiście, mianowicie konfrontacja z tym panem, który m.in. przyniósł te pieniądze - taki grubasek, trzeba zapytać Lubienieckiego, on powie z kim siedział. I on zeznał, że przynieśli mi pieniądze (Pan Bóg łaskaw, że ja w ogóle pozbyłem się tych pieniędzy), że nawet kawą ich częstowałem - wszystkie detale. Niestety Bober to samo zeznał. Bo przeczytano mi zeznania Bobera. Mało, przywieziono do prokuratury tego pana z Iławy na konfrontację tego grubaska. I on wtenczas dopiero się zorientował, że ja nic nie zeznałem odnośnie tych pieniędzy, że je od nich otrzymałem. Mówiłem, że tylko one zostały mi podrzucone przez kogoś, a kogo, ja nie wiem.


Możliwe, że ten grubszy pan to był Nieczyperowicz. I on wtenczas dopiero się połapał, że zrobił głupstwo. Bo on siedzi naprzeciwko prokuratora, który stawia mi pytania … Całą tę sprawę pilotował ze strony SB kpt Poliński … czy coś podobnego. On pojechał ze mną do Wrocławia. Bo ja w styczniu zacząłem mieć kłopoty z kręgosłupem i od połowy stycznia leżałem w szpitalu miejskim. I do szpitala przyszło pismo, na przełomie stycznia, lutego, że mają mnie zwolnić ze szpitala. A ponieważ w szpitalu pracowały dziewczyny z „Solidarności” i one mnie uprzedziły i uprzedziły ordynatora Ferenca. I z panem Kostrzewskim (?) leżałem w jednej sali i wtedy w telewizji, był problem naszych pieniędzy i moja sprawa. Wynikało z tego programu, że ja jestem paserem, czy coś w tym sensie.

     19 lutego wychodziłem ze szpitala i 19 stycznia miałem już bilet do sanatorium i położyłem się w szpitaliku w Kudowie Zdroju. Tam pojechałem. Oni tu przyszli na plebanię i mnie nie było.
Przy tej okazji przypomniała mi się jeszcze jedna rzecz. gdzieś około 17 grudnia, kiedy zaczęto zamykać ludzi, przyszła do mnie pewna osoba - nazwiska na razie jeszcze nie wymienię (jest to siostra jednego z oficerów LWP, wysoko postawionego komisarza wojskowego) i powiedziała, że powinienem wyjechać z Olsztyna. I w tym dniu też przyszli po mnie, ale mnie już też nie było. Wyjechałem z Olsztyna, wziąłem wówczas takie specjalne pismo od biskupa Obłąka, który skierował mnie na sympozjum, które miało się odbyć, a się nie odbyło ze względu na stan wojenny, we Wrocławiu, poświęcone encylkice papieża, chyba „Labore exerces” - dokładnie nie pamiętam). I wracając do tych pieniędzy. Kiedy byłem w Kudowie, idę na górę, a portier mówi: „Proszę księdza, ksiądz ma gości. Przyszedł ubek, którego znam z Kudowy i chyba wasz ubek, bo kim on mógłby być. I tam czekają na księdza na górze.” Tam w Kudowie takich jak ja było sporo, którzy na jakiś czas do sanatorium przyjechali … Myślę sobie, że muszę pójść i chociaż bibułę w moim pokoju gdzieś do szafy schować. Tych gazetek było sporo. Wrocławskie województwo, to było wówczas pełne tych wydawnictw. I przyszedł do mnie ten pan z Olsztyna z SB, 600 kilometrów jechał, żeby ze mną rozmawiać, ten kpt Poliński (?). Ja go spytałem, czy pytał się mojego lekarza? To przecież nie jest sanatorium, tylko szpital. Po udarach serca przyjeżdża się tu na dalsze leczenie i jest lekarz prowadzący. Odpowiedział, że nie. „No to nie będę odpowiadał panu. I te 1200 km. zrobił pan na próżno.” - „Ale kiedy ksiądz wraca?” - „Jak skończy się termin to wrócę”. „Ale do Olsztyna?” - „Nie wiem, czy do Olsztyna”.

     No i oczywiście po powrocie do Olsztyna, znowu mnie wezwano. Ale wracając do tej konfrontacji u prokuratora z tym panem Nieczyporowiczem z Iławy. Okazuje się, że oni zeznali w szczegółach, przeczytali mi, ale ja nie potwierdziłem. Powiedziałem, że nie zajmuję żadnego stanowiska wobec tej informacji. I ten zdębiał, że można nic nie mówić. Bo gdyby oni nic nie powiedzieli … zresztą prawdopodobnie i tak nic by nie było, ale tak, to była okazja do szarpania, do straszenia, do wygrywania propagandowego, wtedy ukazały się artykuły w gazecie, jaki to jest Żołnierkiewicz. Zagrozili mi, że będę siedział 3 miesiące w areszcie za nie złożenie zeznań. Potem dali mi parę razy kary pieniężne, ale nigdy nie zapłaciłem ani kar pieniężnych, ani nie poszedłem do aresztu. Niemniej tego typu szykany były ze strony prokuratury.
Wtenczas ten pan (Nieczyperowicz) przez swoją żonę, z Iławy przesłał mi taki list, w którym mnie przeprosił za to, że wrobili mnie w taką kabałę. Wiedzieli bowiem, że mnie prokuratura szarpie za te pieniądze. Po prostu niezgrabnie to zrobili. We Wrocławiu dali 60 mln zł. i nikt nie wie gdzie one są, a tutaj pierwsza to powiedziała ta księgowa, a później jej mąż przyszedł. I Wiesia Grzegorczyk przez to samo dostała pół roku. Ona była w Gołdapi. To były niezgrabne posunięcia ludzi, którzy niestety nie wytrzymali.

     Oczywiście ta sprawa przeciągnęła się aż do sierpnia. Od grudnia do sierpnia, co parę tygodni przesłuchania w prokuraturze. Nic nie zeznałem, mimo nacisku z Urzędu d/s Wyznań i dyrektora Leopolda Topczewskiego. I dziwna rzecz, w tym czasie nie było mego opiekuna z bezpieki. Był pewien pan, który inwigilował mnie przez cały czas od 1970 roku, co dwa miesiące. I to wszystkich duszpasterzy akademickich w całej Polsce. Uważano nas za najbardziej niebezpiecznych. ten „opiekun” to obecny biznesmen.

     W sierpniu mieliśmy spotkanie z księdzem Prymasem. I ksiądz Prymas powiedział, że on chyba zainterweniuje u pana Kiszczaka. No i była interwencja ks. bpa Dąbrowskiego u Kiszczaka. Kiszczak przedzwonił do pana generała Dudka - tak jak się dowiedziałem - no i dopiero w drugiej połowie sierpnia, ok. 20 sierpnia, zawieszono tę sprawę. dali spokój. Ponieważ mam pokwitowanie tych pieniędzy, to o te pieniądze „Solidarność” ma prawo się ubiegać. Po dzień dzisiejszy „Solidarność” nie odzyskała. One zostały przejęte przez bezpiekę. Milicja wtedy wzięła, dali siostrze pokwitowanie. te pieniądze „Solidarności” powinny być odzyskane. Oczywiście musiała by być jakaś konfrontacja, jakiś proces.

     W międzyczasie tutaj nawiązały ze mną kontakty różne grupy. Przede wszystkim byłem mocno związany z tą grupą „Więzi”, z KIK-iem w Warszawie - wtedy wydawało się, że to byli ludzie, którzy służyli ojczyźnie. Również z różnych ośrodków, czy to „Robotnika” czy aktorzy, czy różni prelegenci z różnych środowisk. Przyjeżdżali tutaj na spotkania. Część spotkań była oficjalna pod szyldem duszpasterstwa inteligencji (otrzymałem nominację na duszpasterza inteligencji miasta Olsztyna) i także otrzymałem nominację na duszpasterza ludzi pracy, żebym mógł formalnie pracować z ludźmi pracy. Były to nominacje od księdza biskupa Obłąka. te nominacje były dla mnie glejtem. gdy bezpieka coś mi zarzucała, to mówiłem, iż to jest w ramach duszpasterstwa - :Jestem duszpasterzem ludzi pracy”. „Ale Solidarność przychodzi”, „A czy oni nie są ludźmi pracy?” W każdym razie to był b. dobry wybieg. I wtedy mogłem robić w ramach duszpasterstwa inteligencji, spotkania z różnymi ludźmi z kraju, którzy wygłaszali tu referaty i były również referaty dla ludzi pracy. M.in. były te sławne kiedyś Olsztyńskie Dni Społeczne, kiedy kościół NSPJ był wypełniony po brzegi. M.in. była wówczas na warsztacie encyklika „Solicitudo rei socialis”. Był wówczas Andrzej Wielowieyski i poza tym ze Szczecina Ustasiak i jeszcze jeden. To było zwieńczenie naszej działalności.

      Oczywiście odbywały się pielgrzymki na Jasną Górę - pierwsza była z ks. Popiełuszką, potem następne lata jeździliśmy. Oprócz tych spotkań oficjalnych, były spotkania nieoficjalne - tutaj w tym Domu Parafialnym. Głównie to byli ludzie „Solidarności”, byli tu ci wypuszczeni z „interna­tu” lub więzienia: m.in. był Stefan Śnieżko i cała gromada (nie pamiętam, czy Lubieniecki był) na pewno z Kortowa było kilka osób: p. Ziuta i inni, była też Grażyna i Rysio Langowscy.
W kościele były Msze św. za Ojczyznę z aktorami z Warszawy - p. Skarżanką i inne. Było bardzo dużo ludzi - te występy miały charakter patriotyczny - to były takie mocna uderzenia.

 

Pyt. Śmierć Marcina Antonowicza - czy ksiądz pamięta sprawy z tym związane?

 

Odp. Nie poddaliśmy się presjom z zewnątrz, bp Wojtkowski ten pogrzeb prowadził, ale to co zostało zaprogramowane, to zostało zrealizowane, bo nikt nie miał zamiaru dostosować się do poleceń władz. To byłoby niemoralne w stosunku do tych ludzi, którzy się zebrali i do sytuacji jaka wówczas była. Problem był nie do wyciszenia. mam jeszcze do dzisiaj transparent przywieziony z Gdańska „Gdańsk łączy się z wami”. Była ogromna delegacja, był prorektor Uniwersytetu Gdańskiego Tajlor i ks. Jankowski. Była to chyba jedna z najbardziej spontanicznych manifestacji - około 30 tyś. ludzi. Była to wstrząsająca śmierć. Był to wyraźny mord człowieka i później bezkarność tych służb.

 

Pyt. Kościół NSPJ był takim i schronieniem opozycji i niejako centrum. Tu były obchodzone wszystkie rocznice …

 

Odp. Obchodzone były wszystkie rocznice, były nawet przypadki aresztowań, chyba w 1988 kiedy to Sł. Olka i Wł. Kałudzińskiego aresztowano. Ja zresztą po każdej takiej imprezie musiałem odbywać spowiedź w bezpiece. Były to takie ciężkie próby nacisku. W tym czasie - co jest ciekawe - powstała kaplica pamięci narodowej, powstało duszpasterstwo żołnierzy Armii Krajowej i pod szyldem tego duszpasterstwa zaczęli się ci ludzie zbierać. Wmurowano tablice - w tej chwili jest ponad 40 tablic, ale większość była wmurowana w okresie stanu wojennego.

Pyt. Kiedy powstała ta kaplica pamięci?

 

Odp. Chyba 1982 lub 1983 - trzeba by sprawdzić.

 

Pyt. Z tego okresu stanu wojennego i okresu do 1989 roku jakich aktywnych ludzi ksiądz pamięta? Oczywiście i ze strony opozycji, ale też ludzi, którzy pomagali innym.

 

Odp. Byli ludzie, którzy poza tacą, poza kościołem przekazywali pieniądze na rzecz rodzin internowanych, albo wprost na działalność solidarnościową, opozycyjną. Dzięki temu mogliśmy wiele rzeczy realizować, pomagać rodzinom, lub pieniądze były na publikacje. To było kilkadziesiąt osób, które tak stale wspierały.

 

Pyt. Czy były w tym czasie w Olsztynie jakieś ośrodki opozycyjne?

 

Odp. Przed samym przełomem, czyli przed 1989 rokiem, niestety pojawiła się pewna grupa, która była związana z Łodzią i która chciała pójść na stronę Słowika (?). Chodziło o tzw. lewicową orientację. To był gdzieś rok 1987 - 1988. Tak, byliśmy wówczas z panem Andrzejem Gierczakiem w Gdańsku, żeby tę sprawę jakoś naświetlić, ale robiło się coś co odbiegało od idei solidarnościowej. Tam niektórzy ludzie świadomie, niektórzy nieświadomie weszli w tę strukturę ze środowiska olsztyńskiego. To była nieduża grupa, która chciała się związać ze Słowikiem. Zresztą nawet gdy zaczęła się na nowo odradzać „Solidarność” wtedy zaproszono tu (Lipskiego czy Lityńskiego ?) i to było dziwne. Jednak nie tą drogą miała pójść „Solidarność” (Wszystko wskazuje na to, że w tej grupie stawiającej na Słowika i Lipskiego byli Langowscy - przypisek mój Z.Z.).


Kiedy zaczęła się „Solidarność” rodzić na nowo, wtedy punktem spotkań był dom parafialny NSPJ i wtedy przekazałem jedną z sal do dyspozycji nowotworzącego się Zarządu Regionu. I wtedy na drugi dzień po przekazaniu sala została wypalona. Prawdopodobnie chciano spalić cały dom. Biurko, które było załadowane książkami - Pismo św. itd. - ciągu kilku minut spopielało zupełnie wszystko.

 

Pyt. A przecież książki trudno się palą.

 

Odp. Pierwszą rzecz jaką stwierdziła milicja, która przyszła powiedziała, że to musiało być czymś polane. Zresztą temperatura była tak wysoka, że na ramach okiennych farba spulchniła się, były pęcherze. Gdyby nie to, że na dole była choinka dla dzieci biednych i zauważono dym idący na korytarz i herbatę przygotowaną dla dzieci zalano to wszystko w środku. I w tym miejscu gdzie się wypaliła podłoga, beton zrobił się tak kruchy … Oczywiście, później zgłosiła się druga ekipa milicyjna i następnie trzecia. I praktycznie biorąc, nic nie stwierdzono. Wydaje mi się jednak, że to było celowe podpalenie przez ludzi, którzy byli wrogo nastawieni do „Solidarności”.
Jeżeli chodzi o te pieniądze, te 2 mln. zł., to w dziesięciolecie był artykuł w Gazecie Olsztyńskiej, i on się niczym nie różni od tamtego z 1982 roku. Myśleliśmy z Wiesią, że wyprostujemy te rzeczy i powiemy jak było. Ona napisała coś. Solidarność dała w malutkich ramkach, że odcina się od tej relacji tej opublikowanej w Gazecie. Chociaż nie wiem jeszcze do tej pory, kto te pieniądze przyniósł do siostry.

 

Pyt. Dzień 13 grudnia był dniem szczególnym. Ci którzy nie byli internowani, spotkali się w kościele w tu w domu parafialnym. Kto wówczas tutaj trafił?

 

Odp. Byli Langowscy, były dziewczyna z Kortowa. Był Rondomański - on zresztą przyleciał do mnie jeszcze w nocy, chyba była jeszcze 2 w nocy. Mówił, że milicja wtargnęła do Zarządu Regionu. Wyszedłem na zewnątrz i rzeczywiście wszędzie byli mundurowi. Rzeczywiście to była taka brutalna napaść. Tu przyszli ci, którzy nie byli internowani z Zarządu regionu, pracownicy administracyjni.

 

Pyt. Czy ksiądz pamięta o czym się wówczas rozmawiało?

 

Odp. Była konsternacja i załamanie, ale chyba raczej nie było utraty ducha. Wyglądało na to, że ludzie uważali … 13-ty był wstępem. Wielu ludzi uważało, że to było przejściowe.

 

Pyt. Jak ksiądz oceniał wiarygodność tych ludzi, których nie wszystkich ksiądz znał?

 

Odp. Patrzyłem na wszystkich pozytywnie. Praktycznie z mieszkania nie wychodziłem, gdyż cały czas ktoś był. Były próby przezwyciężenia, raczej określenia co dalej. Szukanie. Stwierdziliśmy, że nie możemy tracić łączności, musimy być blisko siebie. Powiedziałem tylko, że tu możecie przyjść o każdej porze.

 

Pyt. W stanie wojennym oprócz ludzi związanych z Zarządem Regionu byli też inni, którzy organizowali działalność podziemną m.in. grupa Olka, Bachmury.

 

Odp. Wiem, że te ośrodki działały. Gienia Morawska. jeżeli była jakaś impreza tu organizowana, to próbowało się dotrzeć do wszystkich, którzy byli … Nie było wsypy, bo bezpieka nigdy mnie nie macała za spotkania te, które tu się odbywały. Czyli tutaj byli ludzie pewni. Bo za te imprezy na zewnątrz, to tak.

 

Pyt. Jak liczne były te spotkania?

 

Odp. Kilkanaście osób. Raz przyjechał Turowicz. Tu na tych spotkaniach próbowano konstruktywnie myśleć co dalej, jak ten ruch podzielony ma się jednoczyć.
Olsztyn niestety nie miał silnego ruchu podziemnego. tragedią było to, że w kilku punkcikach działało. Ale dwa albo trzy lata później po stanie wojennym, to się już coś zaczęło, okrzepło. Ludzie zaczęli się odszukiwać. M.in. Kałudziński i inni. Najgorzej z nazwiskami, nie pamiętam wszystkich nazwisk.

 

Pyt. Osoby, które były zaangażowane w przygotowania Mszy św. za Ojczyznę?

 

Odp. Irena Telesz, Andrzej Pawłowski, Wojtek Ciesielski, Langowscy i cały szereg innych osób. Przygotowywano dekoracje.

 

Pyt. Sprawa Frasyniuka, kiedy on był tutaj w więzieniu?

 

Odp. Sprawa Frasyniuka i innych ludzi siedzących z „Solidarności” w Barczewie, to takim czlowiekiem który pewne informacje dostarczał, to był ks. dziekan Bronisław … Poza tym informacje otrzymywaliśmy od pana dr Olszynki, który pracował tam jako chirurg w Barczewie w szpitalu więziennym. Frasyniuk uderzył (?) sobie w żołądek, leżał tutaj w szpitalu. T u mnie była skrzynka kontaktowa. Podobnie gdy był proces, to stąd zaprzędliśmy (?) ludzi na sprawę, m.in. p. Lubieniecki i inni.

 

Pyt. Ks. bp Obłąk miał przychylny stosunek do „Solidarności”.

 

Odp. Jeździł, odwiedzał Iławę itd. Zachował się bardzo szlachetnie i nie zostawił tych ludzi. Nawet gdy ja miałem ostrzeżenie w grudniu 1981 roku, że mogą mnie zamknąć (na posiedzeniu rady komisarzy (?) w Olsztynie - powiedziano krótko, że właściwie już ze wszystkimi sobie poradziliśmy, został jeszcze Żołnierkiewicz i trzeba z nim też załatwić). I wtedy poszedłem do ks. biskupa Obłąka, przyjął mnie bardzo serdecznie, wypisał mi skierowanie, gdyż bez tego nie można było jeździć pociągiem (to był czwarty albo piąty dzień stanu wojennego I wtenczas ks. bp z miejsca usiadł przy maszynie, napisał. To było skierowanie na mój wyjazd, w razie czego gdyby w pociągu nie chcieli mi sprzedać biletu. I wtedy dziwna rzecz, w całym pociągu były tylko dwie osoby - do Wrocławia. Wtenczas przecież prawie nikt nie jeździł.
Ks. biskup bardzo mocno moralnie mnie popierał jeśli chodzi o prokuraturę. Interweniował tam, nawet był taki moment, kiedy zacytował pewne fragmenty prawa kanonicznego, które zobowiązują duszpasterzowi przeciwko swoim parafianom świadczyć. Telefonicznie wystąpił, ale także na piśmie.

 

 

(Rozmowę przeprowadził i notował Zenon Złakowski)

 

--------------------------------------------------------------------------------

 

 

--------------------------------------------------------------------------------

 

Rozmowa z Leszkiem Szawłowskim

 

R. Rozmawiam z byłym pracownikiem Zarządu Regionu Warmińsko-Mazurskiego NSZZ „Soli­darność”.

L. Nazywam się Leszek Szawłowski. W Zarządzie Regionu pełniłem funkcję specjalisty do spraw informacji.

R. Chciałabym poznać Twoje losy od dnia 13 grudnia 1981 roku.

L. 12 grudnia wróciłem do domu dość późno, ok. godz. 23.00. Przygotowywałem się do wyjazdu do Warszawy. Po północy, kiedy już spałem, usłyszałem walenie w drzwi. Wstałem i zapytałem się - Kto? Odpowiedziano - Milicja. Nie uwierzyłem. poprosiłem o imię. Myślałem, że któryś z kolegów robi mi kawał. Ponowne ostrzeżenie było - Otwierać drzwi bo wyłamiemy. Odpowiedzia­łem, żeby przyszli rano. Usłyszałem - jest stan wojenny, jest pan internowany. Nie wiedziałem początkowo co to znaczy, ale dla świętego spokoju otworzyłem. Wpadli do pokoju - było dwóch mundurowych i jeden smutny pan po cywilnemu. Zwrócili się do mnie, żebym wydał materiały szkalujące ustrój socjalistyczny. Oświadczyli, że mają nakaz rewizji i jeśli im tego dobrowolnie nie wydam, nastąpi przeszukanie mieszkania. Dałem im pojedyńcze egzemplarze. Grałem na zwłokę. Liczyłem, że może później nie będą tak dokładnie przeszukiwać. bałem się bo w pokoju, pod oknem stały dwie torby załadowane drukami z „różnych” wydawnictw. Bałem się, żeby to nie wpadło. Oni zasugerowani, że tak ładnie wszystko im dałem - dali spokój. Tamte zostało. Kazali mi się ubrać, powiedzieli, że zabierają do Iławy.

R. Jak zareagowała rodzina?

L. Żona zaczęła się, może zbyt głośno, z nimi awanturować. Mam dwoje dzieci, pożegnałem je nie budząc. W trakcie pożegnania z żoną nałożyli mi kajdanki. Po wyjściu z mieszkania posadzono mnie do Wołgi. Zorientowałem się, że jedziemy w kierunku cmentarza. Stan wojenny. Z ich określenia wynikało, że przeciwnik polityczny, więc może chcieliby się nas pozbyć. Zrobiło mi się lżej kiedy minęliśmy cmentarz i skręciliśmy w kierunku garaży MO. Zaprowadzono mnie do stojącego na dziedzińcu garaży samochodu bez okien zwanego „lodówką”. W nim spotkałem Andrzeja Bobera, Tadka Kisłego, Niczyperowicza, Lubienieckiego, Osieckiego i Bryckiego. W garaach siedzieliśmy do 530. Przed samym odjazdem wprowadzono jeszcze rolnika spod Dobrego Miasta. Był w samej marynarce. Powiedział, że funkcjonariusze, którzy go zabrali z obory nie pozwolili mu wejść do mieszkania. Bardzo cierpiał - był mróz.

R. O jakiej porze dojechaliście do Iławy?

L. Była godzina 730. Wprowadzono nas na dziedziniec więzienny. Wyczytywano nazwiskami i przydzielano nam cele. Ja do pierwszej celi trafiłem z Bryckim, Śnieżką oraz z Kamińskim z Lubawy. Przyniesiono nam coś do jedzenia. To było ochydne. Podziwiałem Stefana Śnieżkę, który złapał za łyżkę i jadł jakby to było coś najsmaczniejszego. Natomiast ja i Brycki jak się nachyliliśmy nad miską, to biegliśmy na zmianę do klozetu. Pierwszy raz spotkaliśmy się z takim jedzeniem o bardzo dziwnym zapachu. Była to wodnista zupa z warstwą łoju na wierzchu. Do tego kawałek „chleba” - to były plewy.

R. Jakie warunki przygotowano wam w celach?

L. Wnioskowaliśmy, że były opróżnione w pośpiechu. Było sporo rzeczy pozostawionych przez skazanych. Po lewej i po prawej stronie stały normalne więzienne prycze z siennikami wypchanymi szmatami. Otrzymaliśmy po dwa prześcieradła, małą poduszkę wypchaną gąbką i dwa koce. W celi mieliśmy jeszcze stół, klozet i umywalkę z zimną wodą. W celi było bardzo zimno. Następnego dnia próbowano nas przebrać w więzienne ubrania. Nie zgodziliśmy się na to, bo status internowanego nie jest równoznaczny z tymczasowym aresztowaniem czy skazaniem. Następnie próbowano w kartotekach umieścić nasze odciski palców. Powiedziałem, że nie jestem ani podejrzany, ani skazany i nie zgodziłem się na to.

R. Czy poinformowano was jaka jest sytuacja w kraju, jak długo będziecie tu przebywać?

L. Byliy odizolowani od wszystkich informacji. Dopiero po pewnym czasie włączono nam w celach głośniki. Były to cenzurowane programy. Później zaczęły do nas docierać podziemne wydawnictwa „Tygodnik Solidarność”, „Rezonans”. Az serce się uśmiechnęło, kiedy człowiek pierwszy raz na to spojrzał. Oprócz „zewnętrznych”, mieliśmy i własne wydawnictwo obozowe. Potem uruchomiliśmy także własną rozgłośnię. Szczegółów technicznych dokładnie nie znam. Podejrzewam, że w celach wykorzystywany był głośnik jako mikrofon, natomiast źródłem zasilania (nie mieliśmy baterii) była grzałka elektryczna. Głos z głośników był metaliczny, chrypiący, ale zrozumiały. Klawisze podejrzewali, że włamaliśmy się do radiowęzła.

R. Jak odbywało się przekazywanie informacji między wami?

L. Informacje szły w lewo i w prawo, w poziomie przez otwory do CO. Natomiast w pionie mieliśmy komunikację na zasadzie podciąganego sznureczka.

R. Od kiedy zaczęły was odwiedzać rodziny?

L. Pierwsze odwiedziny miałem w styczniu. Widzenie było możliwe tylko raz w miesiącu. Trwao godzinę.

R. Słyszałam, że otrzymywaliście pomoc z PCK i Kościoła?

L. Tu jesteś w błędzie. Pomocy z PCK nie było. Dopiero po pewnym czasie zainteresował się nami Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Nasz PCK nic w tym kierunku nie zrobił - po prostu dla nich nie istnieliśmy. Dopiero po interwencji MCK, już po bardzo długim czasie niby zaczęto się interesować naszymi rodzinami. Paczki jakie myotrzymywaliśmy pochodziły z Kurii Biskupiej w Olsztynie.

R. Czy mieliście posługę duszpasterską? Czy odwiedzali was księża?

L. Początkowo nam tego odmawiano. Pierwszą Mszę św. odprawił dla nas ks. bp J.Obłąk razem z księdzem z Iławy w połowie stycznia. Od tamtej pory odprawiano Mszę św. już w każdą niedzielę. Księża nie mieli dostępu do cel. jedynie w trakcie swojej wizyty ksiądz biskup Jan Obłąk w towarzystwie funkcjonariusza służby więziennej odwiedził nas w celach.

R. Czy w Iławie zdarzały się przesłuchania i stosowano przemoc?

L. Byłem przesłuchiwany po raz pierwszy w lutym. Zarzucano mi kolportaż i drukowanie materiałów szkalujących ustrój nasz. Skorzystałem z porad książeczki „Obywatel, a służba bezpieczeństwa”. Rozmowa trwała godzinę. ja, jeżeli mówiłem 5 minut, to było wszystko. Powiedziałem jak się nazywam i słuchałem. Moje odpowiedzi były krótkie: nie wiem, nie pamiętam. Zdawałem sobie sprawę, że każde nieopatrznie użyte słowo może się obrócić przeciwko mnie. Miały miejsca tzw. „ścieżki zdrowia”. M.in. 25 marca mocno pobito grupę kolegów z Gdańska. Pytałem strażników dlaczego odnoszą się do nas gorzej niż do skazanych. Po jakimś czasie jeden z nich w tajemnicy powiedział mi, że mieli instruktażowe spotkania, na ktrych określano nas jako bandytów, że gdyby nas nie zamknęli, to wymordowalibyśmy ich rodziny. Niektórzy faktycznie w te brednie uwierzyli i tak nas traktowa4li jak ich szkolono.

R. Czym się tam zajmowaliście?

L. Wyglądało to rónie. Na spacerach uczyliśmy się języków obcych. W celach dokształcaliśmy się z historii. Mieliśmy dość często tzw. „kipisze” - przeszukania cel. W jednej z cel mieliśmy kolegę, który przodował w pomysłach - np. wieszał na ścianie, na nitce narysowanego orła w koronie. Na końcu tej nitki wisiało pudełko od zapałek, wypełnione sodą kaustyczną (dostawaliśmy ją do czyszczenia). Było to tak sprytnie zawieszone, że w chwili gdy funkcjonariusz zrywał tego orła, pudełeczko się przekręcało i soda wysypywała się mu na twarz. Podobnych pomysłów było wiele.

R. Jaki wpływ na wasze zdrowie miały istniejące warunki więzienne?

L. W czasie pobytu w Iławie byłem dwa razy w szpitalu. Kłopoty z sercem, z którym dotychczas nie miałem problemów. Było zalecenie, że internowany nie może przebywać w szpitalu dłużej jak 7 dni. Drugi raz trafiłem w kwietniu i byłem aż do czerwca. Wówczas częściej odwiedzała mnie rodzina. 8 czerwca byłem wypisany ze szpitala w Iławie ze skierowaniem na dalsze leczenie w szpitalu wojewódzkim w Olsztynie. Konwojowało mnie trzech funkcjonariuszy. W drodze zobaczyłem po pół roku zieleń, zboża - szokujący widok. W Olsztynie zaniepokoił mnie fakt, że nie jedziemy prosto do szpitala, lecz w stronę Barczewa. W chwilę potem przejeżdżaliśmy koło mojedo domu. Trochę żal się zrobiło, że po tak długim czasie nie mogę wejść do domu, zobaczyć dzieci pomimo, że jestem tak blisko. W Barczewie okazało się, że mam skierowanie - wniosek komendanta wojewódzkiego na operację. Ordynator szpitala był zdziwiony. Po 1,5 godzinnych ceregielach przewieziono mnie znowu do Iławy, lecz nie do szpitala, tylkop prosto do obozu.

R. Jak długo jeszcze przebywałeś w tym obozie?

L. 28 czerwca kazano nam się spakować, wyprowadzono na przeszukanie, załadowano do „lodówki” i przewieziono do Kwidzyna. Zostało nas w ostatniej grupie 18-tu. W Kwidzynie to już był normalny obóz. Zewnętrzny mur z wieżami, strażnicy dyżurują z bronią na okrągło, od muru w pewnej odległości płot z siatki, u góry druty kolczaste, wewnątrz baraki z zakratowanymi oknami. Nie można tego było nazwać - ośrodkiem odosobnienia - to był po prostu obóz.

R. Jak wyglądały kontakty z rodziną?

L. Początkowo korzystaliśmy z sali widzeń. Powodowało to długie kolejki oczekujących na widzenia. Później kilku kolegów - nasi przedstawiciele - uzgodnili z komendantem obozu, że przy dobrej pogodzie, będziemy przyjmować nasze rodziny na powietrzu. Ustawialiśmy stoliki obok sali widzeń i wtedy ilość tych widzeń wzrastała.

R. Opowiedz dokładnie co zdarzyło się w obozie 14 sierpnia?

L. 14 sierpnia 1982 roku. Po godzinie 900 wyprowadzono nas na spacernik i wtedy zauważyliśmy, że przed bramą stoi masa ludzi. Ten fakt nas zaniepokoił. Delegacja udała się do komendanta z pytaniem - dlaczego rodziny czekają. Ustalone było inaczej. Okazało się, że zmieniono nam komendanta, obecny kategorycznie zerwał naszą wewnętrzną umowę. Postanowiliśmy zaprotesować. Wróciliśmy do cel, wzięliśmy taborety, łyżki aluminiowe, miski. Usiedliśmy pod bramą i zaczęliśmy łyżkami tłuc w garnki. Hałas był straszny. Po tej kanonadzie przerwaliśmy, śpiewaliśmy pieśni obozowe i ponownie czyniliśmy ten hałas. Jeszcze raz delegacja nasza udała się do komendanta aby pertraktować o widzenia. Okazało się, że komendant wczeniej radził się oddziałowego (w stopniu porucznika), który nazywał się naszym wychowawcą - p. Młotkowskiego i orzekli, że widzeń nie będzie. Postanowiliśmy podtrzymać nasz protest 2 godziny. Po pewnym czasie zauważyliśmy, że odsunięto nasze rodziny od bramy siłą. Obóz otoczono ZOMO-wcami. ZOMO-wcy uzbroili się w tarcze, pałki, kaski bojowe z przyłbicami. Jest zarzut, że internowani rozpruli siatkę. Podejrzewam, że sprawa już wcześniej była wyreżyserowana, żeby stworzyć pozory ucieczki. Zygmunt Goławski nawoływał, aby internowani nie wychodzili poza pierwsze ogrodzenie. Sprowadzono straż pożarną. Z-ca komendanta straży, po stwierdzeniu, że nic się nie pali, odmówił wjazdu na teren obozu. Chciano mu początkowo ten wóz zabrać, lecz w kocu klawisze wyciągnęli obozową motopompę i skierowali strumień wody na nas. Zaczęlimy się w popłochu wycofywać zasłaniając się przed wodą taboretami. Przyjęliśmy postawę by ich nie prowokować. Zachowaliśmy spokój. Nie było wyzwisk, nikt niczym nie rzucał. Kałudziński wszedł na dach baraku. Nie zdążył zejść w porę i został od nas odcięty. Bili go pałami. Kiedy upadł pryskali gazem w oczy. Zostawili go kiedy już się nie ruszał. Pielęgniarka kazała wezwać pogotowie. Zabrali go. Sytuacja wyglądała groźnie. Zomowcy mieli przy sobie psy bez kagańców. Była w nas skierowana broń z wież strażniczych. Uciekliśmy do swoich cel, aby zmieni przemoczone ubrania. Wtedy cele zostały zamknięte. Po piętnastu minutach otwierano je, na korytarzu było słychać krzyki bitych kolegów. Wpadli do naszej celi. Uderzyli kolegę. Zamierzali się na drugiego, gdy w drzwiach stanął oddziałowy Młotkowski. To on wskazał konkretne osoby - Andrzeja Bobera i Piotra Bączyka, internowanego w maju z OZOS-u. Uzbrojona w pały grupa ZOMO podeszła do nich i zaczęła bić. Potem kazano im wychodzić. W drodze do drzwi od łóżka już się przewracali. Zaczęto ich kopać i tak wyrzucono na korytarz. Było słychać ich krzyki, udezrenia pał. Ubliżano im, traktowano gorzej jak zwierzęta. Wrzucili ich spowrotem do celi i znowu za nimi wpadli - pięciu lub sześciu. Przez cały czas był z nimi dowódca. Oprócz pałek używali pięści i kopali. Strasznie ich skatowano. Taki fakt mi utkwił w pamięci. Już po pobiciu kazali uklęknąć Piotrkowi przed szafką na której miał naklejony obrazek matki Boskiej. Kazali mu go zerwać. Ten ukląkł, odkleił obrazek, a klawisz go podarł i kazał ucałować swoje buty. Z chwilą gdy Piotrek się nachylił - chłopak nie wiedział już co robi - klawisz zaczął go okładać po plecach i kopać. Podobnie było z Andrzejem Boberem. Potem kazano Boberowi, Łukomskiemu i Bączykowi sprzątać korytarz, który wyglądał jak po pożarze, woda i kawały tynku. Kiedy dano nam spokój Andrzej Bober zaczął się skarżyć na silny ból głowy. Dobijalimy się do drzwi, żeby udzielono mu pomocy, lecz nie było żadnej reakcji. Dopiero około 17-18-tej przyszedł lekarz więzienny i zaprowadzono pobitych do ambulatorium, gdzie oglądano ciała, coś zapisywano i wygoniono spowrotem. Nie dano żadnych środków opatrunkowych, żadnych znieczulających - nic. W nocy Andrzej źle się poczuł - zaczął tracić przytomność. Zaczęliśmy wszyscy walić do drzwi. Prosiliśmy kolegów z innych cel, by robili to samo, wzywaliśmy lakarza. Przyszedł oficer dyżurny i powiedział, że lekarz będzie rano. Bojąc się o życie kolegi napisaliśmy oświadczenie, że nie bierzemy odpowiedzialności za ewentualne następstwa. To pomogło - przyjechało pogotowie ratunkowe, które zabrało Andrzeja. Wstrząs mózgu.

R. Jak wyglądało wyjście na wolność?

L. 16 września 1982 roku dostałem skierowanie do szpitala i przewieziono mnie do Prabut. Było nas tam jedenastu. 27 listopada przewieziono mnie do Szpitala Wojewódzkiego w Olsztynie, gdzie przebywałem do 24 grudnia 1982 roku. W przeddzień, 23 grudnia był telefon z komendy MO, że jestem wolny.

R. Po uzyskaniu wolności zdecydowałeś się na wyjazd z kraju?

L. Tak. Szukałem pracy. Nigdzie nie chciano mnie zatrudnić - w poprzednim moim zakładzie grzecznie odmówiono. Byłem w OZNS i Polmozbycie. Pomozbyt ogłaszał w „Gazecie Olsztyńskiej”, że poszukuje pracowników lecz też mi odmówił. W kwietniu 1983 roku wyjeżdżam z rodziną do Stanów Zjednoczonych.

 

(powyższy wywiad z Leszkiem Szawłowskim zamieszczony został w „Rezonansie” nr 7/28 z dnia 13-17.12.19883r. - wyd. podziemne).

 

 

--------------------------------------------------------------------------------

 

Malenko OK

Olsztyn  Friday, 10 June 2011 r.


Do druku podał za Siecią poniższy tekst:


Rozmowa ze Stefanem Ruchlewiczem

przeprowadzona w dniu 13 kwietnia 1999 roku

 

Pyt. Szczególnie interesują mnie początki „Solidarności” w Olsztynie.

Odp. W roku 1980 na przełomie czerwca i lipca - pierwsze strajki - Gdańsk, Lublin, dwa ośrodki strajkowe. Ja byłem na zaległym urlopie i w pewnym momencie telefon i zrywają mnie z urlopu jako dyrektora. Spęd wszystkich dyrektorów w Komitecie Wojewódzkim. Byłem wówczas dyrektorem naczelnym Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej. To zebranie prowadził sekretarz Komitetu Wojewódzkiego i zaleca się, żeby był spokój w zakładach, żeby nie było strajków. Ustawiano, żeby dyrektorzy byli czujni. Na takich naradach organizowanych odgórnie były ustawione  dwie, trzy osoby - Reich zabierał głos, Laskowski, który później został sekretarzem KW, a w tym czasie był dyrektorem IZNS-u. Chyba jako piąty, już poza planem wychylił się dyrektor Spomaszu i mówi: „Słuchajcie, ja jestem wasz człowiek, ale żeby dowiedzieć się co się dzieje w Polsce, to ja mam Wolnej Europy słuchać? Nie mogę się dowiedzieć co w Gdańsku, co w kraju się dzieje”. I tak ten dyrektor sprowokował mnie i ja także poza planem zabrałem głos.
Być może była to już druga narada. I właśnie na tej naradzie, kiedy się wychyliłem, powiedzia­łem o możliwościach finansowych i o związkach zawodowych. Powiedziałem, jaki problem jest ze związkami zawodowymi. Ja chcę mieć rzetelnego partnera. A czy on będzie się nazywał samorządny czy niezależny - co za problem? I wtedy na moje wystąpienie E. Wojnowski wstał i powiedział: „Towarzyszu Ruchlewicz, wyście nie zrozumieli o co tu chodzi. Nam nie chodzi o takie związki, tylko że te związki chcą żeby były chrześcijańskie, a my nie możemy na to pozwolić”.


Ale wtedy w Olsztynie jeszcze nikt nie strajkował. Cały czas nasłuchiwano co się dzieje w kraju. I w pewnym momencie w Olsztynie wpada do mnie kierowca i mówi: „Panie dyrektorze, zjeż­dżają!”. No i zjechali wszyscy z wyjątkiem jednego kierowcy Pawła Heniga, bo to był taki czło­wiek oddany partii - później to on nie miał życia, gdyż wszyscy kierowcy go prześladowali, gdyż on był jak trędowaty, gdyż on się wyłamał. On jedyny nie zjechał, na Dajtkach gdzieś został. To był pierwszy strajk na terenie Warmii i Mazur. To było na przełomie lipiec - sierpień (?). Poza Gdańskiem i Lublinem wówczas nic się  jeszcze nie działo. To były początki.


Kiedy zjechali nasi kierowcy, wtedy wszyscy się zebrali w świetlicy. Wtedy przedzwoniłem do władz - do prezydenta, wojewody. Wtedy przyjechali wojewoda, prezydent, komitet miejski, ko­mitet wojewódzki, dyrektor zjednoczenia na sali. I wychodzi pan Jan Makowski, późniejszy nasz przewodniczący Komisji Zakładowej - wychodzi i czyta postulaty. Ja w komunikacji miejskiej pracowałem dość długo, gdyż 8 lat jako zastępca dyrektora i czwarty rok jako naczelny, z widzenia znałem każdego z kierowców, ale on był dla mnie mało znany, a tu jako kierowca czyta postulaty. Nie kojarzyłem go. Zwróciłem się do zastępcy, do kadrowej, kto to jest? I później poprosiłem akta i dzisiaj widuję się czasami z nim na zasadzie grzecznościowej „dzień dobry”, ale głęboko jestem przeświadczony, że to był człowiek, który z góry był ustawiony do zrobienia pew­nej roboty. On przeczytał te postulaty gdańskie i była jakaś część postulatów naszych wew­nęt­rz­nych, zakładowych, jakieś sprawy płacowe - razem dołożyli ok. 10 postulatów. I na tej sali, za­łoga mi ufała, a więc poprosiłem ich „słuchajcie, to są władze, a więc proszę was wyjdźcie na trasę. Swój cel osiągnęliście, postulaty władze otrzymały, będziemy je realizować. Jeżeli mi ufacie jako dyrektorowi, to proszę was wyjedźcie”. Cisza na sali, nikt się nie odzywał. Jeszcze na po­czątku wojewoda próbował przekonywać, prezydent, ale oni nie chcieli tego słuchać. na moją prośbę jednak zdecydowali się wyjechać. I wyszli z sali. Ja z władzami wszedłem do gabinetu dyrektora, to wtedy oni zaczęli mnie obcałowywać ci wodzowie, że w tak trudnej sytuacji załoga posłuchała i wyjechała.
Dzisiaj prezentuję takie stanowisko, że to było aranżowane przez służby specjalne. ten człowiek był w KBW, on wyszedł z wojska i w nowym przedsiębiorstwie krótko pracował 2-3 lata przed stanem wojennym. I raptem on stał się szefem - wodzem. Pomimo jego działalności w Komisji Zakładowej, nie był internowany. Później mi przekazywali, Langowska i inni, że kiedy byli przesłuchiwani już po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy się zebrali przewodniczący komisji zakładowych, to przy wszystkich stolikach było wypisane nazwisko, gdzie kto siedział, a tam gdzie on siedział nie było wpisane nazwisko. Trzeba by po prostu sięgnąć do archiwum

 
Po komunikacji miejskiej inne zakłady zaczęły strajkować. Ja w zasadzie od początku ustawiłem się na tak.

Pyt. Władze wówczas popierały samodzielne, samorządne, niezależne związki, ale nie „Solidarność”.

Odp. W pierwszej fazie to ze strony władz w ogóle było „nie!” Tak było do porozumienia Jagielski - Wałęsa. I dlatego kiedy ja na tym zebraniu w Komitecie zabrałem głos, to na drugi, trzecie dzień miałem tu instruktorów. I z komendy mnie odwiedzili, prosili o wykaz wszystkich umysłowych, sprawdzali gdzie kto kończył jakie studia. Było to rozpracowywanie. Nastąpiło jednak pewne pokrzyżowanie ich planów, gdyż ja rok chyba przed stanem wojennym zatrudniłem Łukomskiego Edmunda. On wyszedł z wojska, gdzie miał dyscyplinarne sprawy. On był bez pracy. Później miano do mnie potężne pretensje, po co ja go zatrudniłem. I on wszedł na przewodniczącego MKZ-u. Po tych pierwszych spotkaniach właśnie Łukomski został wybrany jako przewodniczący tego Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego. I to było dla mnie pewne, że Łukomski jest niezależny. Znałem jego akta. Wtedy włączyła się także pani Irena Telesz, Mackiewicz, Makowski Jan, Kisły później dołączył. Był wówczas dyspozytorem.

Pyt. Była kwestia zarejestrowania Komisji Zakładowej w Gdańsku. Ks. Żołnierkiewicz mówił, że z panem jeździł do gdańska?

Odp. Była z nim współpraca, gdyż ja z księdzem Żołnierkiewiczem rzeczywiście współpracowałem. To były spotkania w cztery oczy. Z jednej strony bowiem był nacisk władz, ale ja dla „Solidar­ności” zapaliłem zielone światło, gdyż dałem pomieszczenie, dałem pełną obsługę …

Pyt. Pan jako pierwszy dyrektor udostępnił pomieszczenie nowym związkom i przez wiele miesięcy funkcjonował w nim związek.

Odp. Na początku był jeden pokój, później dwa pokoje oddałem do dyspozycji. Oddałem do dyspozycji : fiata służbowego, udostępniłem telex. Na początku nie zdawałem sobie w pełni sprawy z sytuacji. Ten przewodniczący nowej Komisji Zakładowej - wówczas był telex, z którego wychodziła taka taśma perforowana. I ten Makowski przez cały czas, jak przychodziły z Gdańska te teleksy, to on te taśmy perforowane brał i on to zbierał, i to było prawdopodobnie kopiowane. Cały czas więc śledził.


Początki były bardzo trudne, bardzo ostre, gdyż była potężna presja na mnie, natomiast załoga tego nie odwoła. Ja w tym czasie byłem radnym Miejskiej rady narodowej - byłem drugą kadencję radnym. I przyszedłem na sesję, jak tylko pojawiły się pierwsze znaczki solidarnościowe, ja sobie przypiąłem znaczek „Solidarności”. I pamiętam, był taki stary redaktor „Gazety Olsztyńskiej”, Milewski i on powiedział, że co Ruchlewiczowi trzeba oddać to jednak odwagę. Pierwszy na sesję ze znaczkiem „Solidarności” na sesję i to jeszcze dyrektor. Patrzyli wówczas zszokowani. Nie byli pewni czy mają we mnie swojego człowieka. Były bowiem naciski, byłem bowiem wielokrotnie wołany przez SB, wieczorami do Komendy Wojewódzkiej. Chcieli mnie zwerbować, gdyż chcieli mieć e tym środowisku swojego człowieka. Oczywiście się nie dałem.


W moim odczuciu początki, pierwszy strajk, pierwsze niepokoje - one były inicjowane przez służby specjalne. I tego ja jestem pewien. Natomiast później, wprowadzając Łukomskiego (Ma­kowski był ich człowiekiem, Łukomski nie był ich człowiekiem). Ja Makowskiemu powiedziałem chyba ze trzy razy: „Słuchaj, mam wrażenie jakbyś ty działał na szkodę „Solidarności”. On przychodził do mnie jako do dyrektora i on też nie wiedział co ja myślę w konsekwencji. On był ich czlowiekiem, ale on nie wiedział kim ja jestem. I nie wiedział jak ze mną rozmawiać. Krótko mó­wiąc, w pierwszym okresie ja ich instruowałem co mają robić. na przykład pierwsze postulaty w Olsztynie dotyczące krzyży, budowy kościoła na ul. Wyszyńskiego - Chrystusa Odkupiciela Czło­wieka. Była taka sytuacja, że akurat byłem u prezydenta Różyckiego załatwiając jakieś tam służbowe sprawy i Różycki do mnie mówi: „Widzi pan, już chcą budować kościół itd. Uważam, że będzie sprawa odrzucona, nikt się na to nie zgodzi. już wstępnie konsultowałem”. Po tej rozmowie wróciłem do przedsiębiorstwa, stoi grupka kierowców, z dziesięć osób, podszedłem i chwilę porozmawiałem. I mówię: „Słuchajcie, to wy macie pretensje, że w Olsztynie nie dają pozwolenia na budowę kościoła. Wy do mnie macie o to pretensje? Że nie ma krzyży w świetlicach, zakładach, biurach?” I chwilkę postałem i poszedłem. To była rozmowa podsuwająca im myśl. I dosłownie chyba po pięciu minutach przyszedł do mnie kierowca Kwiatkowski, który był najbardziej religijny i paru jeszcze innych i mówią: „Panie dyrektorze, ale co w tej sprawie dałoby się zrobić?” Ja im mówię: „Macie te swoje postulaty, dajcie mi je, ja pokażę dalej władzom”. Na drugi dzień maszynistka napisała te postulaty i poszły do Komitetu Wojewódzkiego i do Komitetu Miejskiego, do Prezydenta, do Zjednoczenia. I mówię: „Panie prezydencie, będą stali. Jak nie będzie zgody, będą stali”. I było pozwolenie. I było pozwolenie na budowę kościoła. Tak, że ten moment rozmowy był dlatego łatwy na terenie komunikacji miejskiej, gdyż do tych działaczy, którzy to zaczęli nie było żadnej represji. Ja ich chroniłem swoją osobą jak tarczą. A oprócz tego mieli też materialną pomoc, bo np. papier mieli zakładowy, samochód, paliwo, pełna obsługa biura. A w międzyczasie po zarejestrowaniu, znalazło się dużo więcej odważnych ludzi.


Później powstało pismo „Rezonans” i włączyło się szereg osób. Również całe zaplecze, cała drukarnia mieściła się u nas. Były pokoje gościnne przy szatniach. Tu bardzo aktywny był Kisły i jeszcze Grucela, oraz szereg osób. Natomiast podczas I Zjazdu w Kortowie było taktyczne rozgrywanie. Były wybory przewodniczącego regionu. Tu muszę powiedzieć, że chyba popełniłem błąd taktyczny. Ja miałem niedosyt. W dalszych etapach działalności związkowej nie widziałem Łukomskiego. Ja go znałem lepiej, gdyż byłem bezpośrednim jego szefem. I minusy znałem. Ale w sumie Łukomski byłby lepszy niż Krupiński. ja nie zdawałem sobie sprawy. Powroźny też był kandydatem i w ostatniej chwili ja również się zdecydowałem kandydować. I o tyle to dziwne było, np. Andrzej Bober, który był wiceprzewodniczącym Zarządu, był aktywnym pracownikiem w Zarządzie regionu i dostał jedynie 13 głosów. ja dostałem 31. Dostałem dużo więcej. Część ludzi zaufało. Wystartowałem, gdyż chciałem rozwiązać i poprowadzić dalej - ratować. Bo ja widziałem zagrożenie, u niektórych działaczy dostrzegałem prywatę.

Pyt. Pan był w dość trudnej sytuacji, gdyż zgodnie z duchem związkowym na dyrektora trudniej jest głosować mimo nawet zasług. W tej sytuacji i tak pan uzyskał sporo głosów.

Odp. Tym bardziej, że nie prowadziłem żadnej kampanii. Ktoś się wychylił na sali: „A może pan wystartuje?” A ja odpowiedziałem: „Chyba tak, zgodzę się”. I później gdy było pytanie, czy się zgadzam, to odpowiedziałem, że chcę służyć „Solidarności”. Ale wtedy miałem pretensje do Lubienieckiego, który prowadził ten Zjazd, że nieładnie się parę razy zachował. Wtedy został wybrany przewodniczącym Krupiński. Wcześniej prowadził Związek Łukomski i w trudnych momentach on się sprawdził. W sumie może, gdyby z mojej strony było większe poparcie dla Łu­komskiego (ja chciałem chronić Związek i oddawałem swoją osobę do dyspozycji) i gdybym tego poparcia nie udzielił, to możliwe, że wiele rzeczy lepiej by się potoczyło. Wtedy jednak nie poparłem go i szala przechyliła się na rzecz OZOS-u, bo Powroźny się wtedy wychylił - Krupiński wtedy wygrał w rywalizacji z Powroźnym. Przez ten mój ruch w zasadzie osłabiłem pozycję Łu­komskiego i siłę komunikacji miejskiej. I ponieważ przegrałem, a wokół Krupińskiego, Powroźny był i Lubieniecki - i widziałem, że się toczy to w inną stronę i powiem szczerze, że pierwszy raz wówczas mnie coś zabolało. Mając stanowisko dyrektora WPKM i startując jako kandydat do władz Związkowych, to ja tylko traciłem. Całą swoją karierę zawodową kładłem na szalę. I gdybym wygrał, to bym nic nie zyskał, tylko bym tracił, gdyż ja musiałem wtedy wszystko zostawić. kariery zawodowej więc już nie mógłbym robić.

Pyt. Stowarzyszenie Obrony Ludzi Więzionych za Przekonania?

Odp. To już było, kiedy władze przygotowywały się do rozbicia Związku. Było to już po tych wydarzeniach marcowych. Chodziło o obronę ludzi więzionych za przekonania. Ja zgodziłem się przewodniczyć temu komitetowi.


W Gdańsku Moczulski zorganizował spotkanie. Wtedy kiedy wyszedł z więzienia. I poszedł telex do wszystkich Zarządów regionu, żeby wysłać delegatów. Ja dostałem delegację i pojechałem z Olsztyna sam. Był jednak taki szczególny moment: ja w tym czasie przez cały czas chodziłem ze znaczkiem „Solidarności”. I na to spotkanie przyjechałem z tym znaczkiem. Dzisiaj nie dam gło­wy uciąć, czy to był Wielowieyski, ale w 90% twierdzę, że to byli ludzie z Zarządu Głównego, którzy stali przy wejściu na tę salę i pytanie było wprost do mnie: „Po co ja idę na tę salę? Przecież pan może w „Solidarności” działać. Po co pan wchodzi?” Praktycznie sala była prawie pusta, byli nieliczni, 40 a może 50 osób. I to już później, kiedy byłem internowany, kiedy mnie na Komendę zamknęli, wtedy widziałem, że mieli te stenogramy tam nagrane i je w pewnym momencie - to było jeszcze przed I Zjazdem „Solidarności” w Gdańsku. I na tej sali chyba ze dwa razy zabrałem głos. Ktoś zaproponował aby dalej poprowadzić to zebranie. I znowu siedząc przy tym stole prezydialnym, miałem wrażenie, że była jakaś  dziewczyna ze służb specjalnych, bo ja chciałem to poprowadzić z klasą, a ona mi w tym przez cały czas przeszkadzała. Widziałem, że nagrywa całość. Powiedziałem jej, żeby się wyłączyła, żeby nie przeszkadzała. Moczulski był gościem i w zasadzie niewiele mówił. Trochę opowiadał o swoich przeżyciach. Ja powiedziałem, że jako Polacy powinniśmy się upomnieć o swoich braci na Wschodzie. No i wtedy wszyscy wstali i były owacje. I to później znalazło swój oddźwięk na I Zjeździe „Solidarności”, kiedy uch­walono specjalny apel.

Pyt. Kto był głównym inspiratorem tego gdańskiego spotkania?

Odp. To byli ludzie Moczulskiego, którzy chcieli zorganizować z nim spotkanie. Może chciał się włączyć w ruch solidarnościowy. I to było od razu blokowane. Stali i nie wpuszczali. A więc było to w jakimś stopniu staranowane.

Pyt. Czyli było to blokowane przez pewnych ludzi z „Solidarności”?

Odp. Tak. Oni nie chcieli żebyśmy nawiązywali współpracę z Moczulskim. W tym czasie (…) byłem sympatykiem KPN-u, miałem pewne kontakty. Oni chcieli mieć swój zalążek w Olsztynie.

Pyt. Stan wojenny.

Odp. Gdzieś dwa miesiące przed stanem wojennym przyszła do mego przedsiębiorstwa 30-osobowa ekipa wojskowa. Szef tej grupy był później komisarzem wojskowym na terenie Olsztyna. Dziś jest generałem, a wówczas był pułkownikiem. Oni wówczas przeprowadzali niby kontrolę funkcjonowania przedsiębiorstwa, ale właściwie przygotowywali się do wprowadzenia stanu wojennego. Oni mój gabinet naszpikowali „pluskwami” - podsłuchem. Pamiętam taki moment: siedzę przy biurku i coś tam przypadkowo ręką dotknąłem i dwa razy taką „pluskwę” znalazłem. Raz pod biurkiem. Wielkość dużego guzika - na takim gwoździu było przybite. Więc ja to wziąłem i pokazałem akurat przewodniczącemu Komisji Zakładowej, który był w gabinecie. On chciał koniecznie żebym mu dał obejrzeć i to już do mnie nie wróciło. to też był sygnał, że on to przekazał. Ta grupa weszła do firmy, aby rozpracować załogę. Ja w pierwszej turze nie byłem przewidziany do internowania. Dzisiaj to już wiem dlaczego oni podjęli taką decyzję. Bo w sumie byłem do końca oddany „Solidarności”, ale byłem przeciwny strajkom, byłem przeciw anarchii, byłem za porządkiem, za dyscypliną, za właściwym funkcjonowaniem.


Gdy wprowadzono stan wojenny, to w nocy po mnie nie przyjechano, ale gdy nad ranem chcia­łem do firmy zadzwonić, to był głuchy telefon. Obudziłem się i może intuicja może coś, bo mnie w domu nie zgarnęli. pojechałem do firmy w niedzielę rani i oni za mną do godz. 20-tej jeździli po Olsztynie. I tutaj w Szczęsnem, w tym właśnie pokoju (bo ja w tym czasie mieszkałem na ul. Wy­szyńskiego, a tutaj miałem dom kupiony i on był w trakcie remontu). I tutaj miałem taki stary telewizor. Włączyłem na Dziennik Telewizyjny i Jaruzelski akurat mówił, kiedy oni przyjechali i mnie zwinęli po raz pierwszy. Przetrzymali mnie w Komendzie Wojewódzkiej chyba do północy. Dlaczego mnie wtedy puścili, to nawet sam nie wiem. Przypuszczam, że chodziło o śledzenie i rozpracowanie.

Pyt. Ale wówczas przesłuchiwali pana?

Odp. Tak, przesłuchiwali. Bardzo długo mnie trzymali. Dali mi do podpisania „lojalkę”, ale ja im tego nie podpisałem. Tam chodziło, że będę wiernie służył itd. a ja im na tym napisałem, że zawsze przestrzegałem prawa obowiązującego w Polsce jako dyrektor i nadal je przestrzegam. I podpisałem się pod tym, bo nie mogłem się pod tym napisać co oni zapisali. Na pewno to gdzieś w aktach mają.


Nie wiem co oni wówczas myśleli, kiedy mnie wypuścili. Może myśleli, że gdzieś w nocy mnie „przycupną”, ale był taki zbieg okoliczności, że jechał dyrektor Zjednoczenia, z którym bardzo dobrze żyłem. Ja powiedziałem mu: „Podwieź mnie” i on mnie podwiózł. Nawet dał kierowcę, bo sam wyszedł, ale dał kierowcę, który miał przepustkę. I ja wróciłem.


Po wprowadzeniu stanu wojennego, Langowska nie była internowana i Langowski Rysiek nie był internowany - ja się z nimi spotkałem. Wziąłem swego przewodniczącego. I to pilne spotkanie Komisji Zakładowych ja zorganizowałem. To było chyba w PSTB-erze. Oni wtedy pojechali na to spotkanie, a ja z załogą zastanawiałem się co zrobić mądrze, żeby nie poddać się władzy. I tutaj w gabinecie powiedziałem, że dla mnie Jaruzelski nie jest żadną władzą, że władzą jest Łu­kom­ski. gabinet był na podsłuchu, więc było wiadome, że mieli argumenty przeciwko mnie. I chyba po dwóch godzinach otrzymałem telefon od tego dyrektora Zjednoczenia, że mnie zawieszają w czynnościach.

Pyt. A gdzie była dyrekcja Zjednoczenia?

Odp. Tam gdzie był Zarząd Regionu „Solidarności”, przy ul. Dąbrowszczaków. On tam nadawał. I później to jego właśnie zobowiązali do przyjęcia tego związkowego majątku. Bo to było Zjednoczenie Przedsiębiorstw Gospodarki Komunalnej.

Pyt. Nazwisko tego dyrektora?

Odp. Jan Madej. I drugi był taki moment, że ja poprosiłem tych swoich poddanych, kierowników - ludzi, którym w jakimś stopniu ufałem i powiedziałem, że nie robimy strajku, ale na zasadzie cichego strajku, autobusy będą nam się psuły. I za parę dni żeby wszystko stanęło. Przypuszczam, że to był podstawowy powód mego internowania. Wiedzieli, że takie działanie jest groźniejsze, niż wystąpienia wprost. I wtedy drugi raz mnie zabrali i powieźli na Komendę. I wtedy w piwnicach mnie osadzili. W kieszeni miałem wtedy 150 tyś zł., gdyż kupowałem materiały na remont. Chciałem przekazać te pieniądze żonie, ale w tym momencie … maznął mnie w oko i taki był początek moich kłopotów z okiem.


Dobę spędziłem w piwnicy w Komendzie Wojewódzkiej. To był już 15 grudzień. I w tym dniu również Andrzeja Pawłowskiego do tej celi wrzucili i podjechała buda w nocy i skutych kajdankami wywieźli nas. Byłem z Andrzejem skuty - wzięli nas do tej budy i powieźli nas. gdy nas prowadzili do tej budy, to stał taki szpaler milicjantów, a praktycznie zomowców, którzy znali mnie jako dyrektora. I wtedy kiedy wsadzali mnie do tej budy, to ja powiedziałem: „Żegnacie nas psami, ale mam nadzieję, że będziecie nas witać orkiestrą”. Później dowiedziałem się, że to było bardzo głośne wśród załogi WPKM-u. Przewieźli nas do Iławy. Pierwsze dwa tygodnie były wręcz brutalne. Przez pierwsze dwa, trzy tygodnie najwięcej zdrowia straciłem. Było potwornie zimno. Dopiero po pierwszej wizycie, kiedy biskup Obłąk odwiedził nas, wtedy troszeczkę zelżało. Cela była bardzo słabo ogrzana. Wsadzili mnie do takiej mroźnej celi, może dlatego, że­bym nie miał z innymi kontaktu. Innych wyprowadzali na spacer, ale mnie nie dopuszczali do kontaktowania się. Wyprowadzali osobno. Sam byłem w celi i na spacer samego mnie wyprowadzali. Nie miałem żadnego kontaktu z kolegami. Z nikim.
To było bardzo trudne, ale nie tyle samotność, co zimno mi dokuczało. I wtedy mi nadszarpnięto zdrowie. Jak biskup Obłąk szedł, to oni przez cały czas światło włączali i wyłączali. Chodziło im o to, żeby zrezygnował i nie odwiedzał cel. Ale biskup stał pół godziny dłużej na tym korytarzu. I otworzyli celę. Biskup zapytał: „ Czy mam jakieś życzenia?” To ja powiedziałem, że przede wszystkim koc, bo tu kostnieję. Przecież jak mnie zabrali, to miałem jakąś koszulkę, spodnie, bieliznę pod spodem i nic poza tym. Były buty. Było zimno więc nakładałem te buty - noga się pociła, a więc buty mokre i tym bardziej to się potęgowało.


I po jakimś czasie 3 albo 4 tygodniach, przenieśli mnie do innej celi. I do tej samej celi dali tego pana, który dziś jest na Zachodzie (?). I był inny wychowawca, który bardziej liberalnie, pod kątem rozmowy … Zauważyłem, że wówczas ludzie w różnych celach byli wysyłani na Zachód, do „So­lidarności” i nie tylko. Od początku oni byli do tego „szpikowani” - przygotowywani. I to tak od początku to się toczyło. To tak pokrótce.

 

(Rozmowę przeprowadził i notował Zenon Złakowski).

 

 

--------------------------------------------------------------------------------

 

 

 

--------------------------------------------------------------------------------

 

Rozmowa z Michałem Powroźnym i Wiesławem Sasinem

ze STOMILU w dniu 25 lutego 1994r.

 

 

Pyt. Zanim powstała Solidarność w OZOS były najpierw związki Piątka. Czy ktoś z panów był związany z tymi związkami?

Odp. Nie, absolutnie nie.

Sasin - Ja byłem na urlopie wówczas, kiedy wróciłem był strajk na fali strajków sierpniowych. Spontaniczna reakcja tych ludzi. Później dopiero doszliśmy do wniosku, że prawdopodobnie to było sterowane. Pomoc dyrekcji przy pisaniu statutu, przy rejestracji tego związku. Z partii to chyba Pióro sam pisał ten statut. Za mało informacji było: co ta związek tworzy się w kraju, na Wybrzeżu. Większość ludzi myślała, że to są akurat te związki niezależne co na Wybrzeżu. W drugim dniu strajku powstał taki komitet, który miał za zadanie spisanie postulaty załogi i ten komitet prowadził już negocjacje z dyrekcją. To był strajk przez niepełne dwa dni. W nocy się zaczęło na wydziale tkanin kordów, następnie przeniosło się zebranie do magazynu wyrobów gotowych. I tam powstała lista postulatów. Były nawet śmieszne: jakieś mydło, środki czystości. To nie były jakieś istotne postulaty. I później zaczął się ten strajk zała­mywać. Pamiętam jak wracałem, bo tam byłem na takim rekonesansie przez ciekawość (byłem na hali wyrobów gotowych. Wiem, że dochodziło do scysji z łamistrajkami. Chowali się oni tam pod maszynami ci łamistrajki. Strajk zaczął gasnąć, tym bardziej, że dyrekcja przyjęła postulaty. Na czele komitetu strajkowego stanął pan Piątek, który był krótko pracownikiem OZOS-u. Pracował na innym wydziale i niewiele potrafię o nim powiedzieć. Przybył ze Śląska. Ponoć uciekł przed rodziną czy żoną, czy był ścigany przez prawo - trudno powiedzieć. I jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął. Po zawiązaniu Solidarności, chyba we wrześniu już go nie było.

Powroźny - W tym czasie byłem na urlopie. Przyjechałem w którymś dniu września dopiero. Byłem gdzie nad morzem na miesięcznych wczasach. Tak, że te wcześniejsze sprawy w firmie są mi nie znane. Niemniej jestem w posiadaniu dokumentu. To znaczy on jest przedrukowany w naszym Biuletynie Informacyjnym, gdzie komitet założycielski owych związków wnosi do sądu o rozwiązanie. Nawet była zabawna historia, że sąd to zwrócił - nie można było się rozwiązać. Była afera z tego powodu.

Pyt. Jak powstała Solidarność w zakładzie?

Sasin - Mieliśmy pracownika ze Służby Utrzymania Ruchu p. Kazimierza Grucelę, którego syn pracował w MPK - Leszek. I pierwszym zebraniem informacyjnym - był to chyba początek września - było nas czterech. Pan Grucela przyniósł nam ulotki i wzory list. Był wśród nas Zbyszek Przewłocki i Jan Kisiel. Te informacje nie wystarczyły nam do zawiązania związku. I postanowiliśmy dotrzeć w kraju do większych zakładów gumowych czy chemicznych. I w kilka dni po tym naszym 4-osobowym zebraniu wybraliśmy delegację: p. Kisiel Jan i Szczepan Marcinkowski. Pojechali do Poznania, ale to było chybione zamierzenie, gdyż za tą delegacją poszedł prawdopodobnie telefon i niewiele się dowiedzieli, gdyż nie zostali wpuszczeni na teren zakładu. Wrócili z niczym, ale po 2-3 dniach ta delegacja została zaproszona do MPK, gdzie dostali zaproszenie do Płocka, do Rafinerii na spotkanie struktur branżowych Solidarności. Tam w Płocku zebrani postanowili utworzyć strukturę ogólnopolską w Rokicie w Brzegu Dolnym w zakładach chemicznych. Po tym drugim przyjeździe, tym razem 3-oso­bowa: Jan Kisiel, Szczepan Marcinkowski i Jerzy Raczek doszło do spotkania na walcowni - do zebrania założycielskiego, gdzie już poszły listy i powstała komisja organizacyjna.

Pyt. Czego się spodziewaliście po Solidarności?

Powroźny - To był taki okres, że były dwie opcje wśród powstających związków. Jedna uważała, że sobie sami dadzą radę i w zakładach sami problemy porozwiązują, ale pojawiła się i zaczęła przeważać opcja powstania jednego ogólnopolskiego związku. To jest również i państwowych.

Pyt. Czy możecie wymienić ludzi, którzy w tym czasie aktywnie włączyli się w działalność związkową w OZOS-ie? Na pewno Zbyszek Przewłocki?

Powroźny - Początkowo to i „Piątki” jeździły do Gdańska, a nawet spotkały się z MKZ-em, a jednocześnie nasi ludzie też zgłaszali się do MKZ-tu. Piątek nie chciał bowiem podpo­rząd­kować się pod MKZ,  natomiast u nas było od początku to założenie istnienia ogólnopolskiego związku. Sporo ludzi, którzy uczestniczyli w tym strajku Piątka i początkowo byli aktywni w jego związkach, pokazali się później w Solidarności, chociażby Rondomański. Przypominam sobie, że do OZOS-u przyjeżdżał Borusewicz, gdzie tłumaczył wyższość związku ogólnopolskiego nad małymi związkami autonomicznymi.

Pyt. Co możecie powiedzieć o Zbyszku Przewłockim?

Sasin - Niewątpliwie był motorem naszych poczynań, długoletni pracownik. On był najbardziej zaangażowany. Ja zostałem trochę na uboczu, ale on parł do przodu. Wówczas pracował jako technolog w Dziale Głównego Technologa, a ja jako technolog wydziałowy miałem z nim kontakty, gdyż on opiekował się walcownią - moim wydziałem. Zresztą znaliśmy się jeszcze od szkoły podstawowej. Tą ideę Gruceli on podchwycił i on to organizował. Początek to Kisiel i też się zaangażował, jeździł własnym samochodem, nawet ulegli wypadkowi w czasie wyjazdu do Rokity w Brzegu Dolnym.

Pyt. Jak się układała współpraca między OZOS-em a MKZ-em

Powroźny - Początkowo pracowałem w laboratorium badań środowiska. To była taka filia działu Bezpieczeństwa Technicznego. Miałem pod sobą zespół do spraw ochrony środowiska.

 

 

W zakładowej strukturze Solidarności byłem jednym z kilku wiceprzewodniczących Komisji Zakładowej. Na zebraniu delegatów utworzono Komisję Zakładową, która wybrała spośród siebie cały szereg pomniejszych komisji.

Miały one rozwiązywać problemy w zakładzie, np. ko­misja finansowa, informacji, wniosków i postulatów, dochodzeń gospodarczych, mieszkaniowa, d/s rekreacji i spraw socjalnych, zdrowia i ochrony pracy, d/s systemu 4-brygadowego, bo to trzeba było zlikwidować i komisja d/s sportu.

Pyt. Kiedy było o zebranie delegatów w OZOS-ie?

Powroźny - Zebranie wyborcze było 21 XI. 1980r. Mam protokół z tego posiedzenia. Został wybrany przewodniczący Zbyszek Przewłocki, delegaci do MKZ-u: Kociuba, Przewłocki (…), wybór członków Zarządu Zakładowego (w/g ordynacji wzorcowej Solidarności). Wtedy firma miała 4.600 ludzi, a Solidarność liczyła ok. 3.000 ludzi. Dwa dni po zebraniu delegatów ukon­stytuowała się komisja zakładowa, szefów tych większych komisji, dokonano wyboru delegatów na spotkanie przedstawicieli Solidarności ZBGUM, dnia 26-28 w Krynicy (Kisiel, Kociuba i Łukaszewicz). Przewodniczącym komisji informacji Janik miał być dziś wśród nas. Myśmy przyjęli w ten sposób, że Przewłocki jest przewodniczącym, natomiast szefowie poszczególnych komisji zostali wiceprzewodniczącymi.

Pyt. W tym pierwszym okresie działania Solidarności były jakieś momenty szczególnie ważne: może konflikty z dyrekcją?

Powroźny - Na to wszystko są dokumenty. Są dokumenty pierwszych działań naszych, pierwsze nasze postulaty. Myśmy starali się uniknąć błędów pierwszych związków. Myśmy podeszli do tego koncepcyjnie, organizacyjnie. Mieliśmy ten komfort czasu. Z dyrekcją na początku problemów nie było, natomiast na końcu (sierpień, wrzesień 1981r.) to w naszych biuletynach drukowaliśmy partyjne uchwały. Ponieważ oni byli z nami kontra dyrekcja. Ich uchwały nie chciała drukować „Gazeta Olsztyńska”, również „Kormoran” - gazeta zakładowa, oni nie mieli powielacza, nie mieli nic i dlatego pomagaliśmy. Dochodziło do takich rzeczy, że jakieś struktury z PKP kontaktowały się z Komitetem Zakładowym OZOS-u poprzez Solidarność.

Pyt. Czy dużo było wśród członków Solidarności partyjnych?

Powroźny - W pierwszym momencie to sporo ludzi rzucało, występowało z partii. Myśmy przywiązywali dużą wagę do działalności propagandowej. To był ten czas, kiedy można było wyciągać różne dziwne partyjne sprawy. Zarówno z Polski jak i z OZOS-u. I myśmy to robili. I myśmy dzięki temu mieli zwolenników.

Sasin - Partyjnych chyba około 50%. Partia była dość liczna. Przebijała nawet ZMS, który wówczas, który wówczas miał ok. 1.200 członków. Partia mogła liczyć nawet do 1.500 członków. Około 80% załogi w szczytowym okresie było w związkach więc siłą rzeczy musieli też być partyjni. Poza kierownikami wyższych komórek, wydziałów to rzeczywiście nie było podziałów na my i oni. Mieliśmy sporo kolegów, którzy z konieczności należeli do partii i nam to nie przeszkadzało. Nigdy nikt nikomu nie wytykał faktu [przynależności.

Powroźny - Miałem jakiś udział w początkach związku. Prowadziliśmy audycje, zajmowałem się informacją. Pracowałem w radiowęźle, a poza tym starałem się współpracować z siecią wiodących zakładów. Przyjechali do nas przedstawiciele ze Stoczni Gdańskiej. i zajęliśmy 10 czy 11 miejsce na liście krajowej. Zgłosiliśmy do tego akces i ja temu się poświęciłem. Włożyliśmy naszą pracę, gdyż przygotowaliśmy projekt ustawy o przedsiębiorstwie, projekty dotyczące reformy samorządowej. W czasie trwania Zjazdu było posiedzenie Sejmu i trwała straszna walka ze Stanisławem Kanią o dwa lub trzy punkty. Przeszła ustawa nowa, bardzo dobrze, ale brakowało nam 3 punktów aby to się nie różniło od naszych założeń. Mam te materiały.

Pyt. „Sieć” jak była odbierana przez władze krajowe Solidarności?

Powroźny - Fatalnie, jako konkurencja. Była więc pełna dwutorowość, dlatego że KK Porozumienia czy później Komisja Krajowa miały swoje rzeczy czysto związkowe, natomiast my wychwalaliśmy swoje. Interesowały nas sprawy gospodarcze, zagadnienia prawne. Całe otoczenie, w których związek miał żyć. Myślę, że to jest duży sukces OZOS-u, że myśmy w to weszli, wnieśliśmy sporo nowego. na podkładzie tych statutów, tych dokumentów, ordynacji wyborczej, przecież myśmy wybierali radę pracowniczą w OZOS. Później przekładaliśmy to, zgodnie z zasadą działania Sieci, na Region.

Pyt. Wspomniał pan o marcu 81 roku. Jak odbieraliście wydarzenia w Bydgoszczy?

Sasin - Tak jak większość członków, jako prowokację. Był to jakiś papierek lakmusowy dla władzy. Czekali na reakcję jak się Solidarność zachowa, na ile można sobie pozwolić, siłowo rozwiązać.

Powroźny - Wcześniej był kryzys z rejestracją związku. Był pierwszym sprawdzianem siły organizacji. Przecież były te różnice w zarejestrowanym statucie, a projektem.

Sasin - Tam chodziło o tą przewodnią rolę partii

Powroźny - I podległość związku.

Pyt. Co możecie powiedzieć o zjeździe wojewódzkim Solidarności w 1981r.?

Powroźny - My w OZOS-ie działaliśmy za szybko i dlatego mieliśmy już ludzi wybranych w listopadzie. Regionalne przetasowania nas specjalnie nie obchodziły. Wiesiek Rondomański, który miał obowiązek raz w tygodniu czy dwa razy, pokazać się przed mikrofonem i powiedzieć co tam w MKZ się dzieje. Oprócz tego były faxy, jakaś codzienna informacja.

Pyt. Czy radiowęzeł był wam podporządkowany?

Powroźny - Oczywiście. Pierwsze spotkanie z dyrekcją jakie było to po to, że kazaliśmy dodatkowe 100 głośników założyć w zakładzie, bo radiowęzeł tam nie docierał na całą halę.

 

 

Mieliśmy to w różnych czasach, ale przynajmniej dwa razy w tygodniu mieliśmy takie 15-20 minutowe audycje, które później były powtarzana na trzeciej zmiania.

Pyt. Kto siadał za mikrofonem?

Powroźny - Pan Janeczko, był wtedy na etacie w OZOS i zajmował się też oprawą muzyczną - ja również.

Pyt. Czy („składaliście” jakąś ofertę ?) w OZOS-sie? Powołaliście przecież specjalną komisję w tym celu?

Powroźny - Trzeba powiązać 2 rzeczy, wziąć postulaty „Piątkowe”, a również nasze, które protokołowaliśmy. 4.XI.1980r.. Wystarczy przeczytać tylko nasze nagłówki: - Likwidacja systemu 4-brygadowego i zmiana na system 3-zmianowy, przy takich samych płacach. Wprowadzenie podwyżek płac, przyznanie dodatku za pracę w warunkach szkodliwych, przydział pomieszczeń dla Solidarności, dostęp do telefonu, powielacza, radiowęzła (…) zapewnienie załodze decydującego głosu przy podziale wypracowanych środków finansowych (…) Myśmy z takimi rzeczami wyszli.

Pyt. Czy dużo udało się zrealizować?

Powroźny - Przede wszystkim - 4-brygadówka, to była rzecz najważniejsza i to oczywiście poszło. Oni jeździli na konsultacje, Krajowa Komisja Chemików coś tam podpisała. Wysłano Marcinkowskiego i Powroźnego do Gdańska, żeby tą Krajową Komisję Chemików rozpędzić, bo to durnie i czerwoni - dokładnie. Później poprawka tego wszystkiego.
Było sporo kwestii w zakładzie. Najbardziej denerwujące nas sprawy, to była kwestia sportowców - czyli utrzymania stadionu. „STOMIL”, który nam wciśnięto. Lewe kasy sportowców - to była też rzecz szalenie bulwersująca. Następnie to Dąbie nieszczęsne, ten ośrodek zbudowany dla bonzów w lesie koło Mikołajek. Sprawy talonów na samochody. Budowa domków letniskowych. To nie tylko Wojnowski, ale pan Wrzosek i inni. Sprawy kadrowe, przeszeregowań. I te rzeczy trzeba było załatwić. Sporo tych rzeczy udało się nam załatwić.

Sasin - Zażądaliśmy list płac, nagród od szczebla dyrektora. Pensja dyrektora - jak pamiętam - nie była dużo wyższa od mojej (ok. 2.000 różnicy) dyrektor chyba około 5,5 tyś. natomiast znaczące były różne premie. I to wyegzekwowaliśmy. Publicznie wisiały listy. Przykróciliśmy więc tego rodzaju praktyki. Postulaty zrealizowaliśmy prawie o 100%.

Powroźny - Likwidacja systemu 4-brygadowego. Zbyniu, Józek i jeszcze kilka innych osób wzięło ten system  obowiązujący w DDRze, poprzeliczali - jak trzeba pozmieniać stawki ludziom, żeby oni nie pracowali w soboty i niedziele, ale żeby ta liczba godzin się zgadzała. Była to kolosalna rzecz - byliśmy pionierami chyba. Bo potem przyjeżdżali do nas: jak wyście to zrobili? Jakie przeliczenia, jakie premie? To była szalona praca. A przy tym nie wyrzucić nikogo.

Pyt. Wracając do Zjazdu Regionalnego Solidarności. Wtedy przewodniczącym został M. Krupiński. Trochę zmienił ten skład Jednym z pierwszych posunięć tego Zarządu było złożenie wizyty w Komitecie Wojewódzkim partii. Jak to motywowano?

Powroźny - Przypominam to sobie. Ponieważ to była siła polityczna wiodąca. Rozmawiać ze sobą za pomocą ulotek to nie był właściwy spsób. To Krupiński jako pzrewodniczący zainicjował to. Z drugiej strony trzeba sobie zdawać sprawę, że mieliśmy sporo cichych zwolenników w tamtych szeregach. Patrząc perspektywicznie rozmowy z tą drugą stroną były nieuniknione, bo nie  można rozmawiać za pomocą ulotek. I dlatego wybraliśmy się, owszem dostaliśmy potem straszliwe lanie, bo to był ten okres taki z szabelką, ale trzeba było. Ponieważ towarzysze tego swojego Wojnowskiego czy innych tak samo chcieli rozliczyć. Nie mówili o tym głośno, ale była to próba pierwsza nawiązania jakiegoś rozsądnego, normalnego kontaktu.

Pyt. Jaki był przebieg tego spotkania?

Powroźny - Musiałbym sięgnąć do jakichś dokumentów z tego czasu. Pamiętam, że to zebranie było dość długie - w Komitecie Wojewódzkim ono się odbyło. Myśmy tam poszli jako Prezydium. Dla nich za tydzień czy dwa zaczynał się zjazd partii., wobec tego myśmy tych towarzyszy, ponieważ ja sprawy gospodarcze prowadziłem, więc zapytałem tego pana sekretarza, który prowadził sprawy gospodarcze, z czym wy na ten zjazd jedziecie? Więc on zaczął odpowiadać na zasadzie, że w tej sprawie to już coś pisali. No dobrze, ale pan ma jakieś materiały, jakieś projekty, proszę nam przedstawić, chcielibyśmy przekonsultować konkretnie. Okazało się, że nie mają nic. Skoro okazało się, że nie mają nic, to ja wyciągnąłem z teczki kilka egzemplarzy projektu „sieci” - przedsiębiorstwa społecznego - gdzie było napisane, jakie powinna mieć uprawnienia rada pracownicza, do którego miejsca państwo ma prawo wtrącać się w przedsiębiorstwo. proszę, to są nasze projekty, jeżeli państwo zechcecie z nich skorzystać, albo może pokazać na zjeździe, to proszę bardzo. W każdej chwili jesteśmy otwarci na dyskusję.
To była moja działka, ale takich punktów było kilka i w zasadzie oni byli tą stroną  szalenie skonfundowaną, bo nie potrafili się poruszać, oni nie mieli wizji.

Pyt. Wojnowski w tym spotkaniu uczestniczył?

Powroźny - Nie, w tym spotkaniu Wojnowski nie uczestniczył. Już chyba jego nie było.

Pyt. Chyba to już był Laskowski?

Powroźny - Chyba Laskowski, bo on jako nowy chyba wyraził zgodę na to. Tym bardziej, że myśmy poszli na ten warunek, że nie na neutralnym gruncie. Ja uważam, że odnieśliśmy sukces. Oczywiście patrząc w kategoriach dalej niż dwa miesiące.

 

 

 

 

Pyt. Byliście za to rozliczani przez jakieś gremium?

Powroźny - Tradycyjnie krzykliwe. Jak rozmawiać z czerwonym, przecież jego trzeba powiesi. To było walne zebranie delegatów. Nie było konkretnych zarzutów. Bo opcje były dwie: albo się wieszamy i strzelamy do siebie, albo rozmawiamy. Ale jak decydujemy się rozmawiać to musimy usiąść i rozmawiać rzeczowo. To była wina tamtego czasu, kiedy przeważał huraoptymizm „skoro mamy swój związek no to mamy wszystko, a tamtych jakąś metodą trzeba wyeliminować.

Pyt. Z perspektywy czasu trzeba stwierdzić, że tamta strona nie była przygotowana na rozmowy, na kompromis.

Powroźny - Z pewnością nie była przygotowana na kompromisy, ale do tego żeby do pewnych rzeczy dojść, to niestety trzeba sprawdzić. Nie można sprawdzić temperatury wody, jak się nie dotknie.

Pyt. Pan znalazł się we władzach Regionu Solidarności.

Powroźny - Później, ponieważ Mirek Krupiński na I Zjeździe Solidarności został jednym z wiceprzewodniczących Komisji krajowej, wobec tego zaszła potrzeba zmian lokalnych - to był październik właściwie roku 1981. W Zarządzie Regionu mnie podlegał Ośrodek Badań Społeczno - Zawodowych. Chodziło o stworzenie takiego banku informacji, bazy eksperckiej we wszystkich dziedzinach, którymi zajmował się Związek  Była ewolucja Związku, od tego momentu burza z szabelką, kiedy wystarczyło głośno krzyczeć, albo umieć zrobi strajk, do momentu, kiedy trzeba było wziąć się za robotę. A jeżeli nie chciało wziąć się za robotę, to przynajmniej umieć ją zorganizowć. Edmund znakomicie dawał sobie radę w pierwszym momencie, bo to był moment taki, że powstał Związek, były strajki i trzeba było na hura pomaga ludziom. Komitety zakładać, problemy - na ten moment Edmund był znakomity i Bartuszek. Z tym, że później już trzeba było zorganizować tę pracę, bo to nie mogło być tak, że przewodniczący miał być w 6 miejscach jednocześnie, tylko mieli być ludzie, którzy do tych 6 miejsc mieli pojechać. I tu Mirek był dobry. To, że miał ambicje (…?), większe, w związku z tym został tym wiceprzewodniczącym Związku d/s zagranicznych. Ja byłem jednym z trzech wiceprzewodniczących. Był Andrzej Bober, Stasiu Mackiewicz i ja. I na dobrą sprawę chyba z automatu jakoś tak wypadło, że byłem tym pierwszym.

Pyt. Był to okres ważny i bardzo trudny. Jak pan ocenia ten okres?

Powroźny - Ocena jest dość trudna. Związek pewne postulaty ogłosił i powinien starać się o ich realizację. W sytuacji, która była, sukcesów nie miał, bo nie można było oczekiwać ich z dnia na dzień. Nieustępliwość władzy, zresztą ona też miała ścianę za sobą. Myśmy, że tyle co na owe czasy dało się zrobić, to moglibyśmy zrobić niewiele więcej. Zwłaszcza biorąc pod uwagę niezadowolenie ludzi z naszej niesprawności. Dla nich byliśmy niesprawni. Nie wywiązaliśmy się nawet z tych 21 postulatów. Zresztą niektóre z nich do dnia dzisiejszego są aktualne. Można by sobie życzyć, żeby był mniejszy procent działaczy krzyczących, a więcej pracujących, ale mieliśmy taką sytuację jaką mieliśmy.

Pyt. Czy w tych miesiącach była u was świadomość, że to może skończyć się w sposób dramatyczny?

Powroźny - Świadomość była, że to zmierza do jakiegoś przełomowego załatwienia sprawy. Niemniej chyba nawet czołówka krajowa Związku nie zdawała sobie sprawy, że to może nastąpić już w przyszłym tygodniu i że będzie to akurat tak wyglądało. Mam tutaj ostatni fax, który wysłał Zarząd Regionu na ostatnie posiedzenie Komisji Krajowej. Treścią tego faxu jest to, że kończyliśmy konsultacje społeczne (…).
W wersji tej społecznej rady gospodarki narodowej, był nawet projekt powołania Społecznej Rady Gospodarki Narodowej - mam nawet jej założenia. I na ostatnim posiedzeniu Krajówki w sposób poufny, żeby uniknąć podsłuchu, podano nam nazwiska ludzi, którzy zgodzili się w niej uczestniczyć. Mam swój rękopis, były bowiem tylko 3 egzemplarze, które przechodziły i nie wolno było tego ujawniać. To był taki projekt, jak mówili nasi przeciwnicy „superrządu”, a myśmy to traktowali raczej jako komisję rozjemczą między rządem a związkami: Balcerowicz, Bartoszewski, Białkowski (UW), Beksiak, Chrzanowski, prof. Gajewski, Józefiak, Kurowski, Aleksander Legatowicz, Ryszard Manteufel, Andrzej Micewski, Stefan Nowak, Maria Radomska (SGGW), Andrzej Stelmachowski, Andrzej Szaniawski, Jan Józef Szczepański, Wacław Szubert, Andrzej Święcicki, Witold Trzeciakowski, Andrzej Tymowski, Andrzej Wielowiejski i red. Wilkanowicz, Ziółkowski i Jan Olszewski.


Natomiast ostatni fax jaki wyszedł z Regionu:


„Podajemy wyniki dotyczące uchwały Prezydium KK podjętej w Radomiu po konsultacji z komisjami zakładowymi Regionu Warmińsko-Mazurskiego. Podaję, że w większości zakładów odbyły się zebrania załóg. Wyniki kształtują się następująco: na 656 zakładów za całkowitym poparciem 299, przeciwko 1 (Technochemia), 3 zakłady nie zajęły stanowiska z powodu braku informacji. Informacje napływają w dalszym ciągu. Informację przygotowała i podała Irena Karwowska (?) z upoważnienia członka Prezydium Marka Żylińskiego. Olsztyn 11.12.81r.”

Pyt. Czyli optymistyczne fakty zostały przerwane w sposób dramatyczny. Były jednak pewne próby przygotowania Związku na wypadek stanu wyjątkowego.

Powroźny - Czymś takim praktycznie rzecz biorąc nie zajmowaliśmy się. Nawiasem mówiąc, jeśli chodzi o strajk generalny, czy jakiś najazd, czy coś, to pamiętam był taki przypadek, że weszła cenzura w nasz Biuletyn Informacyjny, zakładowy, i ukazał się z pustymi miejscami. Tam była właśnie informacja postępowania na wypadek strajku generalnego i ewentualnej interwencji - to było delikatniej, inaczej rozważne.

Pyt. Skąd mieliście taką instrukcję?

Powroźny - Uważaliśmy, że strajk generalny jest prawdopodobny, a jeśli tak, no to ludzie muszą się przygotować. To była kwestia zabezpieczenia porządku na terenie zakładu pracy, zgromadzenia zapasów żywności, pilnowania wody, zorganizowanie służby zdrowia, łączności.

Sasin - Koce, śpiwory. Ale w uzupełnieniu tej informacji, jednak przygotowania na jakieś siłowe rozwiązania były. Na pewno były w OZOS-ie.

Pamiętam, że mieliśmy ustalony grafik spotkań na ewentualne rozwiązanie siłowe. To były kościoły. I pierwszym naszym spotkaniem była środa (pierwsza środa po wprowadzeniu stanu wojennego) w kościele Chrystusa Odkupiciela Człowieka. Stąd nasze spotkanie, bo praktycznie rzecz biorąc to w pracy w poniedziałek - po wyprowadzeniu nas z zakładu ok godz. 2100 - wtorek był zawieszony. Ludzie przychodzili, ale pracy nie było. Stąd nie mogliśmy się zorganizować. Nie dopracowana była historia odtworzenia Komisji Zakładowej, ale rozmowy też były wcześniej na ten temat prowadzone, stąd nasze spotkanie w środę w kościele, a raczej przy kaplicy Chrystusa Odkupiciela Człowieka.
Było nas kilkunastu, do 15-tu maksimum. Szczęście, że staliśmy pod baraczkiem, a nie w środku. Omawialiśmy jak się zabezpieczyć, jak pomóc rodzinom zatrzymanych - więc organizowanie pieniędzy i ewentualnych struktur. I z jednym zdążyliśmy wyjść - z pieniędzmi. Siłą jakiejkolwiek organizacji jest pieniądz. Nie udało nam się do końca zorganizować jak po pół godzinie, może po 40 minutach usłyszeliśmy syreny milicyjnych pojazdów. Zdążyliśmy się rozpierzchnąć.

Pyt. Czy te syreny milicyjne były związane z waszym spotkaniem?

Sasin - Tak. Ktoś życzliwy dał znać.

Pyt. Czy był ksiądz, czy wiedział o spotkaniu?

Sasin - Nie wiedział. Myśmy nie uprzedzali księdza o tym spotkaniu, podobnie jak nie uprzedziliśmy ks. Żołnierkiewicza, że jego kościół też był wytypowany na piątkowe spotkanie. Po tym pierwszym spotkaniu środowym, znaleźliśmy się w piątek w kościele NSPJ. O tym jednak już wiedziała esbecja. Twierdzę t, bo kilku smętnych panów weszło, zapominając zdjąć nakrycia głowy. Ten moment, brat Zbyszka Przewłockiego, Józek, zauważył. I przekazał nam. Wtedy postanowiliśmy rozpierzchnąć się. Przy czym ja z Józkiem Przewłockim pojechałem do Kortowa zobaczyć, czy tam jeszcze jakieś życie istnieje. Chodziła nam o dostęp do poligrafii. I ponownie w tymże kościele mieliśmy się spotkać. W Kortowie zastaliśmy miasteczko puste, wymarłe. Była przerwa - studentów nie było. Nikogo nie zastaliśmy. Wróciliśmy pod kościół (w środku nikogo nie zastaliśmy), ale przed kościołem dwie lub trzy osoby z naszego zakłady były. Powiedzieli nam, że spotkania nie będzie, gdyż jak Msza się kończyła, to w środku nie można było zostać, gdyż SB-ecy mieliby ułatwione zadanie. Przy czy oni i tak nas namierzyli. Wówczas zrezygnowaliśmy ze spotkań w kościołach. Nie wybieraliśmy żadnych władz. Skupiliśmy się na pieniądzach. Pomoc, pomoc i jeszcze raz pomoc dla rodzin osób internowanych lub aresztowanych.

Pyt. Były więc zbierane składki?

Sasin - Tak. To były dość duże sumy. Zarzucano mi, gdyż byłem, że tak powiem, głównym księgowym, w sumie około 2 mln. zł. SB chciało mnie oskarżyć o defraudację tych pieniędzy. Mimo, że nie mieli dokumentów, jak te pieniądze wpływają, ale mieli doskonałą orientację. Nie ukrywam, że wysokość pensji naszych aresztowanych kolegów była wypłacona co miesiąc, regularnie. Przy tym, bardzo duża pomoc, wszystkim potrzebującym, bez względu na to czy to był nasz członek ze STOMIL-u czy też, jak w przypadku Kałudzińskiego, Bryckiego, internowanych. Pamiętam, że pierwszą osobą, która wyszła na wolność był Andrzej Bartuszek - on wyszedł gdzieś w lutym. Ja z nim błyskawicznie złapałem kontakt - po 2-3 dniach. Pamiętam, że przekazałem mu jeszcze 11 tyś. złotych. Zbieraliśmy czosnek dla internowanych, bo to było jeszcze źródło witamin. Tak więc jak na ówczesne czasy dysponowaliśmy olbrzymimi pieniędzmi. To było od naszych członków. Znakomicie to funkcjonowało.

Pyt. Wydaje mi się, że tego rodzaju praca była podstawowym przejawem działalności związkowej w stanie wojennym - pomoc ludziom. Kto by aresztowany i internowany w OZOS-ie?

Powroźny - Aresztowani to: Przewłocki, Kociuba, Żurawek (…), cztery osoby. Natomiast w internacie było trochę więcej: Borkowski, Rondomański, dwóch z transportu i ja. I do wyjaśnienia strażnik Foła (?).

Pyt. Czy znacie przebieg strajku w OZOS-ie po 13 grudnia? Niedziela, zakład nie pracuje, niemniej niektórzy się zjawiają.

Sasin - Członkowie Komisji spotkali się z soboty na niedzielę, a „kurierzy” byli rozsyłani do domów z informacją dla członków. M.in. był u mnie, gdzieś około 500 nad ranem, nieświadomy nawet byłem stanu wojennego, Bończyk. Ale nie byłem na tym strajku.

Pyt. Czy Bończyk Piotruś później trafił do internatu?

Sasin - Trafił, nawet mam od niego list ze stemplem poczty internowanych w Kwidzyniu. Bończyk mnie wtedy w nocy poinformował, ale informowani byli ludzie, jakby z zaplecza, jak gdyby dublerzy komisji. To później, może nie wszyscy, ale w tej kilkunastoosobowej grupie w środę, to żeśmy wiedzieli, że jesteśmy wytypowani, ale przez kogo nie wiadomo. Do przyjęcia funkcji Komisji Zakładowej. Wiem, że to przygotowywano wcześniej.

Pyt. Czy w samym strajku brał pan udział?

Sasin - Tak. To był dziwny strajk. Część osób pracowała, część skupiała się w niewielkich grupkach, rozważając sytuację. Natomiast kilkusetosobowa grupa, ludzi zdeterminowanych, skupiła się na wydziale PWE wokół Komisji Zakładowej.

 

 

W poniedziałek w mistrzówce, która jest na hali, tam przygotowano posiłki, tam robiono plakaty. Przy czym na pewno nie były wybierane władze na tę okoliczność, jakiś komitet strajkowy. Władzami uznano (dyrekcja też uznała z automatu) Komisję Zakładową i przewodniczącego jako lidera. Jest pewne jedno, że nie było żadnego przymusu, nawoływania, jakiejś presji, wymuszania. Ludzie się wyłamy­wali. W tej kilkusetosobowej grupie, która tak chodziła, krążyła, jedni przychodzili przez ciekawość jako gapie, różnie to wyglądało, ale 200 - 300 osób było zdeterminowanych. I te osoby trwały do końca, do wyprowadzenia.

Nie potrafię powiedzieć jak to w kolejnych godzinach się kształtowało jednakże zostałem poproszony przez Zbyszka na takiego - miałem zadanie obserwować otoczenie, meldować o siłach jakie zostały zgromadzone, na terenie. To zadanie później mi utrudniało, jako, że w godzinach jeszcze przed 1400, zamknięto bramę, żeby nie dopuścić II zmiany. Oczywiście to był poniedziałek. Tak że między naszymi godzinami, a 1400 nie wiem dokładnie co się tam na hali działo. Co chwilę tylko przychodziłem, co godzinę czy co pół, z komunikatem jakie siły, a to że już wojsko zostało wprowadzone na teren zakładu, a to że się pod stadionem gromadzą olbrzymie, na ówczesnej XX-lecia, siły rezerwistów i ROMO. Bo jeszcze ZOMO - tego zawodowego nie było. Te siły zjawiły się dopiero gdzieś 17-ta - 18-ta. Ale młodzi żołnierze już obstawili trakt. Acha, wcześniej jeszcze zrobiliśmy takie przygotowania jak blokada bram na halę, wózkami zatarasowaliśmy. Liczyliśmy, że mogą ciężkim sprzętem włamywać się np. czołgiem … Ale jeszcze raz podkreślam - to zresztą mówiłem również w sądzie - że nie było jakiegoś kierownictwa, komitetu strajkowego. Początkowo to takie spontaniczne było. Później część, szczególnie po godz. 1500. pracowników umysłowych, mniej odpornych, wykruszyła się. W międzyczasie były namowy dyrekcji, kilkakrotnie 2 - 3 razy dyrekcja jeszcze z jednym panem - on wówczas miał coś z nogą, kulał, on chyba nie był w Solidarności, on był w ciepłowni, z brodą, krępy.

Powroźny - Któryś z ubeków może, zakładowych?

Sasin - On mocno naciskał na rozwiązanie strajku. Informacja stosunkowo szybko poszła w miasto. Już przed 1400 było bardzo dużo ludzi z miasta. Obserwowali, pytali, rodziny chciały dostarczyć jakąś żywność, papierosy.

Pyt. Czy można było wchodzić na teren zakładu?

Sasin - Do pewnego momentu tak - do 12-tej lub 13-tej. Na pewno już przed 14-tą bramy były zamknięte. Później można było obserwować, że jak na naszą garstkę ludzi, zgromadzono olbrzymie siły. Było to po części takim straszakiem. Może to była kompania w sile 70 - 80 ludzi, ale było tego sporo - głównie rezerwy. Rezerwy, która się wstydziła, zasłaniała. W końcu namowy te przedpołudniowe z dyrekcją nie dały rezultatu. Około godz. 15-tej lub 16-tej zauważyliśmy innego rodzaju namowy. Szczególnie dwóch panów - Dyrektora Brzoska i głów­nego mechanika Bednarskiego, którzy chodzili z dowódcą milicjantów w stopniu majora, nie tylko po to żeby nakłonić do przerwania strajku, ale - jak żeśmy stwierdzili - to był rekonesans dla sił, którędy mogą wejść, jak mogą wejść - między maszynami, między bramami - rozpoznawali teren. Przygotowywali się do jakiego ataku. Do siłowego rozwiązania. I rzeczy­wiście nastąpiło to … no może dobrze, że nie był to atak. Ale wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze. Ale wiedząc, że nie wolno nam narażać się, chociaż były takie głosy - nawet było zgromadzonych dużo gaśnic. Mamy też armatki z dwutlenkiem węgla na hali i zabezpieczone maszyna­mi, wózkami. W ten sposób byliśmy odgrodzeni i zabezpieczeni przed takim frontalnym atakiem na przestrzeni gdzieś 200 m2, plus ta mistrzówka. Po nieudanych dyrekcji i majora, a o godz. około 19-tej, zaczęto już przygotowywać rozwiązanie zdecydowane, wprowadzając już na halę ludzi z ZOMO, natomiast wojsko zostało rozstawione wcześniej wzdłuż traktu, tak że droga ewakuacyjna była wcześniej planowana. I około godz.21-ej widząc bezsens dalszego oporu. Acha, jeszcze istotna sprawa zastraszenia. Stanęli w sile kompanii, ZOMO naprzeciwko nas, w odległości 30 metrów, takim szpalerem i różne pokrzykiwania bicie pałkami w tarcze. To robiło wrażenie, chcieli wywołać grozę, że nie ma większego sensu. Nawet wówczas nie zdawaliśmy sobie sprawy z ilości zgromadzonego sprzętu i ludzi. Więc, doszło do pertraktacji z tym majorem. A więc zapewnienie, że nie będzie jakichś łapanek, bicia po drodze. Druga sprawa, że wolno nam wyjść z flagą, że wolno nam odśpiewać hymn. Chcieliśmy wyjść z honorem. I rzeczywiście dotrzymali warunków. Około godz. 21-ej uformowaliśmy się i bez więk­szych problemów - było tylko małe zatkanie przed wyjściem, gdyż musieliśmy odtarasować bramy - opuściliśmy zakład. Flaga na przedzie i zaintonowaliśmy hymn państwowy i do ronda w takim szyku wyszliśmy. Dopiero na rondzie zaczęliśmy się rozchodzić.

Pyt. Czy tam również nie było interwencji?

Sasin - Nie, były tylko sznury po kilka samochodów, które te grupki robotników rozchodzących się do domów jak gdyby asekurowały. Ja miałem blisko, na Wyszyńskiego, a więc trudno mi nawet powiedzieć jak tam dalej wyglądało. Ale nie było jakichś przypadków, nie słyszałem żeby kogoś pobito, wrzucono do samochodu.

Pyt. Gdzie jest ta flaga, z którą wtedy wyszliście?

Sasin - Właśnie, nie zadawałem sobie nigdy tego pytania.

Pyt. Jaką rolę w początkach stanu wojennego odegrał Wojtek Niepokulczycki?

Powroźny - Po pierwsze on nigdy nie był w OZOS-ie. On był w Zarządzie Regionu, o ile pamiętam w Komisji Interwencji. Chyba nawet nie był działaczem. Wiem, że pracował w Komisji Interwencji u Andrzeja Bobera.

Sasin - Natomiast co do stanu wojennego, to krótki epizod był. Dosłownie może dwa, trzy miesiące. Został oszkalowany w „Gazecie Olsztyńskiej”, ukazał się artykuł o  nim.

 

 

On zginął w pewnym momencie. Ja miałem dość szybko z nim kontakt, na pewno to już był luty - marzec. Wiem na pewno też, że właśnie w tym okresie jeszcze śniegu - bo mi pokazano na SB zdjęcie - jak wychodziłem z parku, udawałem się do Sławka Olka, bo jeszcze mieszkał przy Koło­brzeskiej w tym wieżowcu. I pamiętam, że duży artykuł się ukazał i on po tym artykule, czy może nawet wcześniej, tak, wcześniej, ten nasz kontakt się urwał. Nie mogę więc powiedzieć o jakichkolwiek działaniach, czy on gdzieś był …

Ja go nie znałem wcześniej, ale szybko kontakt nawiązałem, nawet szybciej niż z internatu w Iławie wyszedł Andrzej Bartuszek - to był luty. Bartuszek z Barczewa wyszedł bo miał kłopoty z sercem. Tak, że nawiązałem z Wojtkiem kontakt najwcześniej. Nie wiem kto mi w tym pomagał, ale ktoś ze „Spomaszu”.

Pyt. Mówił pan o tym zdjęciu, jak wychodziliście z parku. Dlaczego akurat o tym zdjęciu pan wspomniał?

Sasin - Bo pomylono nazwiska. Na SB wypominano mi kontakty, w ogóle o współpracę z Niczyporowiczem. Ja się zapierałem, że broń Boże, nic z nim nie miałem wspólnego. I tak było, po prostu pomylono nazwiska. Z takim zdenerwowaniem, SB-ek wybiegł z pianą na ustach i po pewnym czasie przychodzi, pokazuje zdjęcie i pyta, a to kto? Ja mówię: tego to znam, ale nie wiedziałem, że on nazywa się Niczyperowicz. I dopiero zorientowali się jaką gafę strzelili. Na zdjęciu był Niepokulczycki.

Pyt. Co Niepokulczyckiemu zarzucano w „Gazecie”?

Sasin - Jakieś defraudacje, jakieś powiązania z ART, jakieś takie nieczyste sprawy, takie kryminalne.

Powroźny - On teraz gdzieś funkcjonuje w Olsztynie, jest uchwytny, prowadził jakąś firmę - rzemiosłem się zajmował przez pewien czas. Widziałem się z nim jakieś 2 - 3 miesiące temu.

Pyt. Chciałem zapytać się pana o pieniądze Zarządu Regionu podjęte z banku tuż przed stanem wojennym. Czyja to była decyzja? Chodzi o te 2 mln.

Powroźny - O tym najwięcej mógłby powiedzieć Łukomski, dlatego, że on z ramienia Prezydium od końca listopada zajmował się sprawami tej straży robotniczej, czy jak to się nazywało.17 (?) grudnia był w Warszawie jakiś strajk. W związku z tym w Regionie Mazowsze postanowiono zorganizować grupy zabezpieczające. Edek Łukomski jeździł do Warszawy razem chyba z Kociubą, kilka osób. Był z ramienia Zarządu Regionu upoważniony do tych działań wojskowo - ochronnych. I stąd być może w czasie kiedy mnie nie było, byłem na Krajówce czy gdzieś, pewne decyzje odnośnie tych poufnych spotkań w kościołach zapadły, o których ja nie wiedziałem, podobnie jak reszta Zarządu - i bardzo dobrze. takie sprawy powinno znać skromne grono osób z natury rzeczy. Podczas przesłuchań straszliwie mnie wałkowano właś­nie na ten jedyny temat: straż robotnicza, jakie miało być uzbrojenie, jakie przeznaczenie, etcetera (śmiech). To może być ta sprawa. Oczywiście były dyżury w Zarządzie Regionu. Wyjeżdżając na Krajówkę, sytuacja była napięta. Akurat Żylińskiemu wypadł dyżur w Zarządzie Regionu.
Natomiast z pieniędzmi jest sprawa oczywista, że wzięli z konta w banku, bo przecież nie trzymało się gotówki gdzieś w firmie.

Pyt. Mnie właśnie chodzi o te 2 mln. podjętych z konta, ale widzę, że pan bliżej w tej sprawie nie jest zorientowany. Interesuje mnie, jaką według was, spełnił rolę w stanie wojennym kościół NSPJ i ks. Żołnierkiewicz?

Sasin - Jak już mówiłem zaraz po stanie wojennym, jak nas SB namierzyło zaniechaliśmy tych spotkań w kościele. Później zajmowaliśmy się głównie pieniędzmi i kolportażem. Natomiast kościół był i został długo, ten kościół, w początkowym okresie , takim punktem kontaktowym, ale już szerszej sprawy, np. uczestniczyłem tam w spotkaniach z przedstawicielami Kortowa, wymiana jakichś druków, gazetek, to funkcjonowało. Wciągnąłem się w kolportaż, poza tą działalnością księgowego. Stworzyliśmy na zakładzie, tam gdzie to było możliwe siatki, skrzynki kontaktowe. W początkowym okresie były to hydranty, skrzynki hydrantowe, tam się zostawiało, tam się przekazywało. Dużo też chodziłem, rozwoziłem, lub przychodzili do mnie. Często dostawałem, w tym początkowym okresie od kuriera - nie pamiętam nazwiska, to był nauczyciel historii z jednej z podolsztyńskich szkół. Dla mnie to był po prostu Michał. Długie włosy, z brodą, tęgiej postury. Ale na pewno Bogdan, bo mnie z nim skontaktował, i u mnie po przywiezieniu plecaka z tymi materiałami w szafie przechowywałem. Wciągnąłem się Później też Bogdan dał mi kontakt na ulicę Polną - to było drugie źródło. Tam odbierałem materiały: książki, gazetki. Jak się ta pani nazywała nie wiem. Nigdy nie starałem się zapamiętać nazwiska, nie chciałem wiedzieć.

Pyt. Czy był pan w jakiś sposób represjonowany?

Sasin - Muszę przyznać, że długo mi się udawało. Szybko wpadli. Już w 1982r. na wiosnę wpadli na mój ślad. Ale popełnili błąd, przypadek. Pracował też na jednym z wydziałów mój cioteczny brat - miał to samo nazwisko i on był molestowany. On pisał te zeznania, od początku wmawiano mu, że to on, że inspirował. Bo wiedzieli, ale pomylili osoby. I rzeczywiście on uprzedził mnie. Coś tu nie tak, chyba o ciebie chodzi. Długo mi się udawało, praktycznie do kwietnia 1983r. Wtedy już przygotowani lepiej, uderzyli w nas, m.in. Rysia, we mnie - jednego dnia. Wiesiek Rondomański chyba wówczas też, Włodek Koprowski. Rewizje i szcze­gólnie na mnie wzięli namiar. Jak się później zorientowałem, to głównie na mnie. Wyczyścili mieszkanie, ale to tak sprytni, kilkunastoosobowa brygada, że tak powiem. Mieli fachowców. Później w pracy, dokładnie, a szkoda mi szczególnie w pracy, bo miałem taką półpancerną kasę. I w niej od początku, od pierwszego spotkania przechowywałem różne karteczki - trudno to nazwać dokumentami, chociaż dzisiaj to są dokumenty - nawet listy osób, które na sztandar wpłaciły. Wszystko straciłem, to były sterty. Oczywiście było zatrzymanie, na drugi dzień wypuszczono. Ale nie poddałem się. Nie miałem żadnej przerwy, nawet na godzinę. Obserwowano mnie na pewno.

 

 

 Ale to już robiłem troszeczkę ostrożniej, zawężyliśmy grono ludzi, do których można było podejść, szczególnie z biuletynem „Mazowsza”, który regularnie dostarczałem. Sławka Olka napastowały przeróżne pomysły, nawet pamiętam, że radio chcieliśmy w Olsztynie podziemne uruchomić. Ja nie fachowiec, ale materialnie bo wiadomo było w mieście, że dysponujemy sporymi środkami pieniężnymi. I stąd moja bytność w Likuzach, w jakimś prywatnym domku. Sprawa upadła. Natomiast wracając do firmy, to nie przerwałem tej działalności i później już rutynowo były zatrzymania, wypuszczania, jakiegoś tam przyznania się - odporny byłem, bo zabezpieczyliśmy się szybko w takie broszurki - wszystkie wskazówki, jak zachowywać się (ABC konspiratora), było to wspaniałe. Były nawet odczytywane przez kolegę z pracy moje zeznania, no to mówiłem tylko, że albo nie pamiętam albo że zgodnie z paragrafem …

Pyt. Dlaczego odczytywane przez kolegę?

Sasin - Bo on przyzna się, poddał się, niejaki kolega Raczkowski. Załamał się. Mój bliski współ­pracownik. Mimo, że 48 godzin z nim siedziałem - we dwóch. I wpajałem mu, że zawsze jest sąd i tam będziesz miał pomoc. Możesz się później przyznać - masz czas. Nigdy nie rób tego wcześniej. Wpajałem mu - poddał się. I wytoczono mu sprawę. Fakt, że jej nie miał, bo w międzyczasie amnestia była. Ale to był już 1984r. Wówczas właśnie bardzo był przydatny Stefan Śnieżko - zawsze był pod ręką i służył pomocą. Mnóstwo przeróżnej korespondencji z prokuraturą rejonową, z wojewódzką, z prokuraturą generalną. Co mnie aresztowano, zatrzymano, to Stefan wspomagał. W niektórych przypadkach wręcz żartowałem w swoich skargach do prokuratury generalnej. Grożono mi nieraz, zabierano z pracy tak jak stałem, zawożono, przywożono - tak, że nie miałem żadnych wezwań, choć mam kilka 2 - 3 o przetrzymywaniu mnie na 48 godzin. To trwało długo, do 1989r.

Pyt. Czy pan pamięta w związku z tym jakichś „zaprzyjaźnionych” esbeków?

Sasin - Na co zwróciłem uwagę: na bałagan w SB, zaskoczeni byli, przy powtórnym zatrzymaniu w 1984r. Mieliśmy w naszym zakładzie wydzieloną grupę SB 11-12 osobową do ochrony zakładu. To była zupełnie inna grupa jeszcze przed stanem wojennym. Aresztowanie w kwietniu 1983r. było przeprowadzone przez inną komórkę tejże komendy wojewódzkiej. O zatrzymaniu nasza komórka nie wiedziała. Po roku czasu ponownie mnie zatrzymują w lutym 1984 roku i nie wiedzieli o tym fakcie. Robili ze mnie bandytę bez mała. W pierwszym przypadku w kwietniu 1983 brano odciski palców, kojarzono mnie - nie wiem z kim, ci z wojewódzkiej komendy, uważali mnie za jakąś czołową postać. Dziwił się nawet funkcjonariusz, tam gdzie mi robiono odciski palców, tam zdjęcia i to z różnych stron - tak jak sztuka kryminalistyczna nakazuje. Ja tam mam nawet takie zapiski. I taki moment mi utkwił  pamięci. Potraktowano mnie jako bandytę. To było po morderstwie jakiejś dziewczynki i gwałt w Bartoszycach, na krańcach naszego województwa. Wiem, że ten bandyta, którego złapali, siedział ze mną i tak cuchnął. Siedział tam od lutego, czy od stycznia. Kalesony to miał ciemniejsze od tych spodni.

Pyt. Mówił pan, że podczas zatrzymania na 48 godzin, siedział pan razem ze zbrodniarzem chyba z Bartoszyc. Próbowali pana traktować jako kryminalistę.

Sasin - Chcieli dociec, z kim, kto, gdzie. Szczególnie mnie molestowali o pieniądze i o ulotki. Nie wiem skąd wiedzieli. Może niepotrzebnie na szwank naraziłem kościół, mówiąc im, że w kościołach, że rozdawano. A oni, że dla nich nie rozdawano, a ja im, że dla mnie tak. Chodziło o ulotki, prasę. ja miałem w swojej takiej kasie prasę, natomiast w domu to już miałem pokaźną ilość bibuły od początku stanu wojennego. Rzeczywiście, bardzo szybko nawiązałem kontakty, styczeń, luty 1982r.

Pyt. Czy pan znał nazwiska osób z SB, z milicji - szczególnie cywilnych?

Sasin - Ten co Zbyszka aresztował, zapomniałem jego nazwiska. Dwie osoby głównie, ten pan o którym wspomniałem niejaki pan Kiełbasiński, który śledził nas od lutego 1982r. Podczas procesu „czwórki” aresztowanych z OZOS, zaprosiłem się jako świadek (najpierw sąd wojskowy, później cywilny). Tam poznałem p. Kiełbasińskiego z SB, który służył w OZOS-ie. Natomiast z komendy dwa fakty utkwiły mi. Wspólny kolega nasz, taki szczurek młody, co dziwne kapitan, potężny, gruby, ale tępy. Podczas rewizji w mieszkaniu miałem w maszynopisie jakieś piosenki, m.in. „Rotę”. On przeczytał to i pytał się tych młodych, czy to jest dozwolone. Ten kapitan to chyba na „P” się nazywał. Jeśli chodzi o Kiełbasińskiego, to w pewnym momencie stał się naszym pracownikiem w OZOS-ie, gdzieś w roku 1987. Zwolnił się z SB, nie wiem czy sam. Miałem możliwość zwolnić go, wymusić jego zwolnienie kiedy ponownie w kwietniu 1989r. zostaliśmy zarejestrowani. Po drugie, on chciał mi wyznać, kiedy spotkałem go raz na przystanku pijanego. Chciał mnie zaprosi na wódkę i żebym mu wybaczył. Coś tam powiedziałem, że był szmatą, a nie człowiekiem, powiedziałem, że z nim wódki nie będę pił. Pytałem się nawet kolegów w pracy, czy ja źle nie zrobiłem. Mógłby być cennym źródłem informacji ten człowiek. czy on podpadł i go zwolniono, czy on sam się zwolnił?

Pyt. Czy on zaszedł panu za skórę?

Sasin - Nie, ten akurat nie. Przy czym złamał tego mojego kolegę.

Pyt. Bo go przesłuchiwał?

Sasin - Tak, mnie też oczywiście. Ale złamał go. Przesłuchiwał nas na komendzie. Mnie też przesłuchiwał, zamykał, odwoził.

Pyt. Co może pan powiedzieć o tej rozprawie przywódców strajku po 13 grudnia?

Sasin - Denerwowałem się nawet, bo takie same pytania zaczęli mi zadawać adwokaci.

 

 

 

Więc podkreślałem wolno i wyraźnie, że to nie było sterowane przez tych ludzi, że nie było przywódców, że to było spontaniczne. I to wielokrotnie podkreślałem. I głównie im o to chodziło, kto tym kierował? Bo nie sposób zamyka i skazywać kilkaset osób. Chodziło o organizatorów. Oczywiście przypięto to tym osobom z racji zajmowanych funkcji. Oskarżono Przewłockiego, Kociubę, Romaniuka i Anię (Żurawek). Ania poza wypisaniem kilku haseł na brystolu (…)

Powroźny - Miała zielone łapy od mazaka.

Sasin - I tłuste od kanapek, bo jej rolą było sporządzenie jakichś kanapek

Pyt. Kto bronił oskarżonych?

Sasin - Adwokaci nie odmawiali obrony. Odmawiali jednego - pieniędzy. Chociaż na to byliśmy przygotowani. Zbyszka (Przewłockiego) bronił Konrad Urbanowicz. On wówczas jeszcze mieszkał w Ostródzie. Drugim był Krakowski Michał. Praktyczne dokumenty może mieć Ania, która stenografowała te rozprawy. Ona była na kilku, nie na wszystkich. Prokuratorem był młody człowiek, którego wręcz zmuszono do zajęcia się tą sprawą. To było dla niego żyć, albo nie żyć. Wyglądało na to, że był naszym sympatykiem. Z takich przecieków pamiętam, bodajże od rodzin oskarżonych, on (prokurator) jak piskorz chciał się wywi­nąć od tego i nie mógł. On musiał.

Pyt. „Musiał”? Miał po prostu małe pole manewru.

Sasin - Jednym z sędziów był mieszkający na naszym osiedlu Rost. Pamiętam tę buźkę pucoło­watą, brylantyną wysmarowane włoski. Mało mówił, ale z wyglądu był nieprzyjemny. I był przewodniczący tego składu sędziowskiego. Ciekawa postać, starszy pan, ale próbowałem wielokrotnie jak odpowiadałem jako świadek obrony. Mieliśmy takie potyczki na wzrok. Z uporem patrzyłem w jego oczy - nie drgnęła mu powieka. I to nieraz trwało kilka minut. Tego nigdy nie zapomnę. On się we mnie patrzył, ja w niego. Ja mówię swoje i on swoje. Nawet nie patrzy na maszynistkę, która notowała, ale celowo wolno odpowiadałem. Nie drgnęła mu powieka. Ja w końcu ustąpiłem, a on nie.

Pyt. Jak się zachowywał, jak pan go ocenia?

Sasin - Robił podchody, wymuszał żebym zeznawał, żebym popełnił jakiś błąd, żeby obciążyć. To nie prokurator, a on starał się obciążyć oskarżonych. Głównie chodziło o przywództwo. prokurator to praktycznie tylko odczytał akt oskarżenia i to wszystko. Nie przypominam sobie żebym miał coś z prokuratorem, ale z tym człowiekiem (sędzią) bez przerwy.

Pyt. Ilu było świadków obrony?

Sasin - Zgłosiliśmy się e dwóch. Oprócz mnie był jeszcze ten kolega Raczkowski, który zmiękł. Nie wyobrażaliśmy sobie żeby nie stanąć w obronie.

Pyt. Kiedy pan wyszedł z internowania?

Powroźny - Marzec, kwiecień. Równocześnie z Rondomańskim. W tym samym dniu wyszliśmy i powróciliśmy do pracy w OZOS-ie.

Pyt. Ale później pan odszedł z OZOS-u?

Powroźny - Później to była spraw zmiany mojego angażu, sprawa zmiany podporządkowania mo­jego stanowiska. Po internowaniu firma przyjęła nas grzecznie na to samo stanowisko i za te same pieniądze. Nie było tu żadnej sprawy. Owszem, było parę aresztowań, zatrzymań, rewizji czy nawet z pracy w kajdankach.

Pyt. A później na czym polegała ta reorganizacja?

Powroźny - Ten wydział, w którym pracowałem podporządkowano pod straż pożarną, pod komen­danta straży pana pułkownika Bogdana, a więc pod MSW. Od tej pory obowiązywałaby mnie, mimo iż byłem pracownikiem cywilnym, pragmatyka służbowa MSW. Tak, że dla mnie było to nie do przyjęcia. W tej sytuacji ja chciałem tylko z OZOS-u wyciągnąć jeszcze pieniądze, wtedy obowiązywały przepisy, że można było dostać sześciokrotne wynagrodzenie - to było gdzieś około 60 tyś. zł. Procesowałem się z firmą, nawet w NSA. Oczywiście tam nie było szans wygrania. Tam Stefan Śnieżko pomagał mi w tych sporach. Gromadził pewne dokumenty. To był rok 1984. Wtedy w stanie wojennym gazety były nasze. Rezonans parę razy piękny wyszedł. Była ogromna akcja z samorządem. Przecież samorząd to była druga Komisja Zakladowa Solidarnosci MWP rada pracownicza. Myśmy zrobili samorząd w OZOS-ie, tam poszli nasi ludzie, najlepsi. I później ta rada pracownicza, w okresie wojny kompromitowała się totalnie nie chcąc przyjąć do pracy czterech aresztowanych i więzionych. To była ogromna akcja wspomagana przez Stefana, ponieważ pan dyrektor Majewski powiedział, że kaktus mu na dłoni wyrośnie nim przyjmie tę czwórkę do pracy z więzienia wypuszczoną na mocy amnestii. Była wtedy taka możliwość, że uchwałami rady pracowniczej można konflikt z dyrektorem rozwiązać w sądzie. I to już pomału były takie czasy, że albo sąd wydałby wyrok przeciwko radzie pracowniczej i poparł by stanowisko dyrektora - ale to miałoby szalone znaczenie polityczne, gdyż skonsolidowałoby załogę i tych w części przetworzonych związkowców, albo mogła być sytuacja odmienna, że zmienią nam pana dyrektora - to też nie było nie wyobra­żalne. Bo takie kompetencje miała rada pracownicza. I w momencie jej odwieszenia miała się tym zająć, Stefan Śnieżko przygotował nawet dokumenty, ale znowu były takie działania, że nie poinformowano wszystkich ludzi o terminie posiedzenia na którym było głosowanie. I mimo, że większość na sali było ludzi nieco dalej związanych z „Solidarnoś­cią”, łącznie z partyjnymi, to sprawa tej uchwały przepadła jednym głosem. To już na scenariusz filmowy nadaje się. To był rok 1983.

Sasin - Ja mam pismo odmowne z OZOS-u do Zbyszka Przewłockiego, bo jego sprawy prowadzę po koleżeńsku - chodzi o odszkodowania. To pismo pokazałem Konradowi Urbanowiczowi.
Ja napiszę do Zbyszka w sprawie materiałów solidarnościowych.

 

 

Od czasu wyjścia z więzienia nie mógł dostać pracy, bo gdziekolwiek się zgłosił lub dostał skierowanie, tam pracy nie było. A jak na ironię co rusz go wzywano na milicję  sprawie jego zatrudnienia. To było dla niego upokarzające. Wtedy obowiązywała ustawa o pasożytach społecznych.

Powroźny - To była w ogóle najważniejsza sprawa w tym czasie - chodzi o radę pracowniczą i nasze działania. Ale w okresie podziemia Zbyszek Bujak z Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej - on straszliwie parł na likwidację samorządu. „Wycofać się, nic nie robić w zakładzie pracy.” Myśmy przez tego typu akcje chcieli mu pokazać, co można zrobić i jak. Wogóle na ten temat mieliśmy inne zdanie. Uważaliśmy, że skoro nasi ludzie są gdzieś tam, to oni powinni być przyczajeni, oni powinni uczyć się gospodarowania zakładem i w pewnym momencie, powiedzmy w tym ‘89 - wtedy mamy kadrę ludzi, na której możemy się oprzeć. I możemy z dnia na dzień wyrzucić star dyrekcję i postawić własnego dyrektora.

Pyt. Jaką rolę w stanie wojennym odegrał Bachmura?

Powroźny - Bogdan Bachmura przeprowadził rozmowę do „Rezonansu” z Mirkiem Krupiń­skim (część przeprowadził Kazimierz Wosiek) Najlepiej jednak bezpośrednio z nim przeprowadzić rozmowę. Po prostu u źródła. Nawet w  „Rezonansie” drukując i podpisując się jako Tymczasowy Zarząd Regionu, to nie było tak istotne dla członków związku, natomiast było istotne na zewnątrz.

Pyt. Pan też wspomniał o Sławku Olku, że kontaktowaliście się w stanie wojennym i później?

Sasin - O, dużo, praktycznie rzecz biorąc najwięcej i najczęściej. Od początku stanu wojennego, jeszcze jak mieszkał przy Kołobrzeskiej. Tam poznałem Olka i Bogdana Bachmurę. To chyba Wojtek Niepokulczycki wprowadził mnie do Olka. Bo mi to zdjęcie bardzo dużo nasunęło myśli, to było akurat naprzeciwko tego budynku (gdzie byliśmy).

Pyt. Czy ze Sławkiem Olkiem poza kontaktami towarzyskimi jakieś wspólne sprawy prowadziliście?

Sasin - Wiedziałem na pewno o znaczkach. Nawet jeden z tych znaczków, na którym jest powstaniec wielkopolski z serii „Polskie miesiące”, to był wypożyczony ode mnie. W niektórych momentach zacieśnialiśmy tę współpracę. Pomoc czy też kolportaż poprzez niego w dużym stopniu. Sławek może więcej powiedzieć o kontaktach z klerem już po przeprowadzeniu się z Kołobrzeskiej na Jaroty, tam też ciekawe historie były. Organizowaliśmy tam sporo spotkań, nieudanych, ale … warto byłoby z nim porozmawiać.

 

(Rozmowę przeprowadził Zenon Złakowski w dniu 25 lutego 1994 roku.

 

 

--------------------------------------------------------------------------------

 

 

Rozmowa ze Zdzisławem Płotkiem

W dniu 14 lutego 1996 roku

 

Pyt.  (…)

Odp. Dostarczali mi „Rezonans”, który rozprowadzałem. To było w drugim, trzecim miesiącu stanu wojennego. Ja pracowałem w Biurze Projektów, w tym budynku gdzie był Zarząd Regionu.

Pyt. Kto opracował winietę „Rezonansu”, jeszcze w okresie pokojowym?

Odp. Nie wiem. Ale na pewno Adamski będzie wiedział. To było tak. Był taki okres – jak był robiony ten „Rezonans”, to matryce z winietą przygotowywał Adamski. Chyba przez cały czas on to robił w okresie stanu wojennego. Od samego początku, aż do ostatniego wydania. Z tym, że jak zabrakło tych matryc – bo on wyjechał do Warszawy – to ja inna metodę zrobiłem. Z tym, że przekalkowałem – to bardzo łatwo przekalkować.

Pyt. To znaczy, że on zrobił tych winiet na zapas?

Odp. On do każdego numeru przygotowywał. On był w Olsztynie do 1983 – 1984 roku chyba. Potem wyjechał do Warszawy. Milicja go w jakiś sposób ścigała, gdyż wiedziała, że on zajmuje się tą działalnością podziemną (był wzywany). Ja w 1983 roku próbowałem go wciągnąć, gdyż kolegą w moim biurze, a on udawał, że go to nie interesuje. Później mi to wszystko powiedział.

Pyt. Czy przed stanem wojennym należał do „Solidarności”?

Odp. Tak, był działaczem. To znaczy ja byłem przewodniczącym Komisji Zakładowej, a on był zastę­pcą. Był trochę zaangażowany w wydawanie tego „Rezonansu” legalnego do czasu wpro­wadzenia stanu wojennego. Coś tam robił. Miał zdolności plastyczne. W stanie wojennym pierwsze numery to na pewno on robił. W każdym razie pierwsze 10 numerów, to było jego dzieło. On przygotowywał, drukował, rozprowadzał. Tak przynajmniej wynika z tego co mówił. A potem musiał zrezygnować. Po aresztowaniu przewodniczącego Niepokulczyckiego, powstał Tymczasowy Zarząd Regionu.

Pyt. Czy pan Adamski znał Niepokulczyckiego?

Odp. Chyba nie, oni się nie znali. To była niezależna działalność. On sam postanowił wydawać.

Pyt. Czy Adamski miał jakieś kontakty z Kazikiem Wośkiem?

Odp. Miał, ale nie interesowały mnie szczegóły.

Pyt. A więc pierwszy okres to był do momentu aresztowania Wojtka Niepokulczyckiego?

Odp. Znaczy, inaczej. To były takie moje kontakty. Nie chciałbym mówić o tej działalności pana Adamskiego czy Wośka, bo ja nie wiedziałem o tym. Pierwsze kontakty miałem z Niepokulczyckim i z tymi ludźmi koło niego. Kontaktowałem się przez młodego chłopaka, którego nazwiska nie znam. Tam do mnie przychodził, nie znałem jego imienia, ani nazwiska, wpadał i raz czy dwa razy zaprowadził mnie do Niepokulczyckiego.

Pyt. Czy Niepokulczycki w tym okresie uważał się za przewodniczącego?

Odp. Prawdę mówiąc wszyscy podporządkowali się nam.

Pyt. W tym początkowym okresie były jakieś działania, decyzje, ze strony Niepokulczyckiego?

Odp. Jeżeli z jego inicjatywy, czy za jego wiedzą ukazywał się ten „Rezonans”, to był jedyny przejaw jego działalności. Oczywiście oprócz tego opowiadało się różne rzeczy, że coś się tam robi, że gdzieś strajkują, ale próby zorganizowania tego wszystkiego to nie było. On nawiązywał kontakty.

Pyt. Później SB oskarżyło go o jakieś wcześniejsze kradzieże, czy paserstwo. Ukazał się o nim artykuł w „Gazecie Olsztyńskiej”, stał się osobą kontrowersyjną.

Odp. Gdyby on chciał, to by mógł podczas przesłuchań wiele powiedzieć. Przecież wiedział gdzie ja pracuję. Na pewno powiedział tylko tyle ile musiał, ale nie powiedział za dużo. Chociaż kiedy przeczytałem taką informację, że jego zamknęli, i że on coś tam podpisał, to nawet się nie przestra­szy­łem. Nie było dowodów, żeby mogli mnie o cos oskarżyć.

Pyt. I to był pierwszy okres. Następny okres, to działanie tego Tymczasowego Zarządu Regionu.

Odp. Też nie wiem jak on powstał. W pewnym momencie ten sam człowiek, który mnie skontaktował z Niepokulczyckim (to był student prawa, który w tym czasie zrobił dyplom – to był Ruszkowski. On jeszcze do Warszawy dojeżdżał, bo robił pracę magisterską. On się tu ożenił z dziewczyną, która pracowała w Zarządzie Regionu. Ja właśnie utrzymywałem kontakt z tą dziewczyną – jego żoną. To ona przyszła do mnie i powiedziała, że Niepokulczycki chce nawiązać kontakt. A jak Niepokulczycki się wycofał, to z kolei Ruszkowski do mnie przyszedł. Powiedział, że działa taki Zarząd Regionu i czy nie mam miejsca na spotkanie. Powiedziałem, że u mnie w domu. I wtedy przyszli i zapropono­wali też, żebym do tego Tymczasowego Zarządu Regionu należał. To było ciało, które działało. I tam właśnie był Kazimierz Wosiek, Bogdan Bachmura, Michał Kłosiński, Ruszkowski no i Sławek Olek.

Pyt. Jakie przejawy działalności pan pamięta?

Odp. Głównie to tym „Rezonansem” się zajmowano. Wiem, że z inicjatywy Michała została wydana jedna książka o Piłsudskim. To była podstawowa działalność.

Pyt. A jeszcze akcje, marsze na Starym Mieście.

Odp. Dużo mówiono, były wielkie zamiary, m.in. chodziło o nadawanie audycji radiowych, ale nic nie wyszło. Wiem, że próbowano akcje organizować, ale jeśli była jedna, albo dwie, to było dużo. Ludzie się bali. A poza tym muszę stwierdzić, że tylko nieliczni coś robili, a reszta stała z boku. Główna sprawą u nas, to było rozprowadzanie prasy, robiono to systematycznie. Michał Kłosiński systematycznie jeździł co tydzień do Warszawy – oprócz tego, że drukował. Był nauczycielem w jednej ze szkół podolsztyńskich. I na sobotę i niedzielę jechał do Warszawy i przywoził tę warszaw­ską prasę. Ja go podziwiałem. Tak przez 3-4 lata ciągnął.

Pyt. Jak funkcjonował ten kolportaż? On w plecaku przywoził?

Odp. Tak, w plecaku. Siadał w pociąg i jechał. W końcu fazie to szedłem do niego, on to wszystko w domu trzymał. Już nie miał gdzie. W pierwszym okresie czasu jeszcze byli chętni ludzie, a więc szybciej się udawało rozprowadzić na punkty. Późnij to on wszystko trzymał w domu. Ja przycho­dziłem, brałem około 100 egzemplarzy i rozprowadzałem wśród znajomych. To znaczy ja też miałem parę takich podpunktów – gdzieś 3-4 podpunkty.

Pyt. Jak długo pan zajmował się kolportażem?

Odp. Prawie cały czas. Ta moja współpraca z Tymczasowym Zarządem regionu trwała praktycznie do 1986-87 roku. I wtedy ten Zarząd Regionu praktycznie się rozleciał. Część osób stwierdziła, że to wszystko już nie ma sensu, że trzeba się zająć inną działalnością, a ja z kolei stwierdziłem, że nie ma znaczenia co się robi, i że trzeba coś robić. My się wszyscy miotamy, nastroje są takie, jakie są. Zaczęto zastanawiać się czy tych „Rezonansów” jest dużo drukowanych czy mało. Dowodziłem, że nawet gdyby tylko dwa egzemplarze były potrzebne, to trzeba to robić. Stwarzać klimat nacisku politycznego. Bo ostatecznie oni nie wiedzą, czy zarząd (?) istnieje, czy nie istnieje.

Pyt. Chyba w 1986 czy 87 roku Bachmura się wycofał, gdyż – jak sam stwierdził – stracił wiarę czy to ma jakiś  sens. Ludzie nie byli tym zainteresowani.

Odp. Tak. On się związał chyba z liberałami. W zasadzie od początku były takie rozbieżności. Bach­mu­ra twierdził, że do pracy podziemnej trzeba zaangażować osoby, które trzeba opłacać. Ja uważałem natomiast, że trzeba społecznie, trzeba też robić samemu. Bo przecież za pieniądze każdego można kupić. To jednak musi się opierać na zasadach ideowych, a nie merkantylnych. No i to tak trwało. Ten rok 1987 był najgorszy dla działalności. Były złe nastroje społeczne – to wszystko siadło, wszy­scy potracili nadzieje. No i wtedy spotkaliśmy się u Sławka Olka.
Pamiętam, że to była zima. Kiedy oni powiedzieli, że to już nie ma sensu, wtedy ja powiedziałem, że ja się sam tym zajmę. I ze mną współpracował Grzesio Jasiński, to jest syn prof. J. Jasińskiego. On tam też w OBN-ie teraz pracuje, jako doktor historii. Poznałem go w roku 1977. On wtedy współpracował z „Głosem”. Ja wtedy tez miałem kontakty, bo ja kolportowałem, a on był takim łącznikiem. Później on kończył studia i te kontakty przez cały czas były utrzymane. Zresztą on właś­nie był cały czas redaktorem „Rezonansu”. Jeszcze jak Wosiek wydawał go w stanie wojennym, to on pisał. Tak, że chyba od 1982 roku był z „Rezonansem” związany też. Z tym, że on nie brał udziału w spotkaniach tego Tymczasowego Zarządu.

Pyt. Ale pisał artykuły?

Odp. Tak, on był praktycznie redaktorem. Odpowiadał za tą stronę redakcyjną. Jak mu opowiedziałem o tym ostatnim spotkaniu u Sławka Olka, to on powiedział: „dobra, to będziemy w dwójkę robili”. Kiedyś pojechałem do Krakowa, tzn. byłem na wczasach. Tam w Krakowie spotkałem faceta z opozycji, który mi dał sprzęt do druku. Tzn. taką zwykła szmatę, wałek. W każdym razie ja tym dysponowałem. I praktycznie od 1987 roku do końca na tym robiliśmy. Grzesio Jasiński przygotowywał treści artykułów, ja ściągałem maszynistkę, którą była Teresa Stefanowicz, a ja drukowałem.

Pyt. Teresa Stefanowicz, ona również wcześniej przepisywała „Rezonans”.

Odp. Być może. Ona współpracowała z tym Adamskim. Bo on ją do mnie przyprowadził. Nawet była taka śmieszna scena. Bo on przyjechał do mnie i też zaczął opowiadać, że właśnie wszystko leży, nic się nie dzieje. A więc ja mu powiedziałem, że tak, ale prowadzimy taką działalność, tzn. druk „Rezo­nansu”, ale brakuje nam maszynistki. A on powiedział, że nam przyprowadzi. I patrzę, idzie on ulicą i prowadzi tę maszynistkę, czyli Teresę Stefanowicz, którą ja dobrze znałem. I mówię o popatrz, prowadzi maszynistkę Adamski. Współpracowała Danka Gulko. Ja drukowałem, Grzesio zbierał, a raczej przygotowywał teksty ogólne, natomiast Danka Gulko zbierała informacje z re­gio­nu. Zbierała od wszystkich znajomych.
A więc pracował Adamski, Teresa Stefanowicz, Grzesio Jasiński, Danuta Gulko i ja. Tylko, że wszy­stkie te osoby to znałem tylko ja, a Teresa znała się z Adamskim i to wszystko. Tak, że myśmy w piątkę nigdy się nie spotykali. Najwięcej w dwie osoby: ja z Danką, albo ja z Teresą, albo ja z Grzesiem. Taka była zasada działania. Tak było od 1987 roku. Bo wcześniej to wiem, że robił Wosiek. Była nawet taka sytuacja, że kolega z Warszawy chciał książkę drukować. I tę książkę wydrukował, ale trochę się spóźnił z drukiem i tam później w Warszawie czekaliśmy na przekazanie całego nakładu. I to przywiózł Wosiek – i on powiedział, że zajmuje się drukiem. Szczegóły to powinien Bachmura znać. Właściwie Michał – był taki moment, że oni wynajmowali lokal. I tylko oni wie­dzieli, gdzie ten lokal jest. Nie było sensu się nawet dopytywać, bo i po co? Na wszelki wypadek lepiej nie wiedzieć. I do tego lokalu to chyba tylko przychodzili na druk – i to drukował Wosiek. Ja później domyśliłem się.

Pyt. W „Rezonansie” z 1984 czy 1985 roku jest rozmowa z przewodniczącym Tymczasowego Zarządu Regionu – Janem Brońskim.

Odp. To Bachmura występuje pod tym pseudonimem.

Pyt. Czy Bachmura, czy Olek?

Odp. To było tak. W pewnym momencie Bachmura powiedział, że musi być przewodniczący. Jak powiedział, że ma być przewodniczący, no to niech będzie. Było głosowanie. Wiem, że i Bogdan był przewodniczącym i Olek był przewodniczącym.

Pyt. Ale pierwszym był Bachmura?

Odp. Być może, a potem był Olek. Wiem, że to był wywiad z Bachmurą.

Pyt. Rozmowę z nim przeprowadził niejaki Lubicz.

Odp. To był Kłosiński. Praktycznie on wtedy przygotowywał materiały do druku.

Pyt. A więc niech pan raz jeszcze spróbuje powiedzieć, jaka była rola Adamskiego?

Odp. On przygotowywał winietę. I tylko tyle.

Pyt. Czyli on merytorycznymi sprawami się nie zajmował?

Odp. Bo jak wyjechał do Warszawy, to technicznymi sprawami już się nie zajmował (wyjechał w 1983 lub 1984 roku). Pierwsze numery natomiast, to on robił. Mówił, że pierwszy czy drugi numer to na tzw. Szmatę robił. Nie wiem jak ta matryca była przygotowywana. Tak jak u nas, to było wałkiem robione na ramce. To co on opowiadał, to była inna epoka, to przecież był prymityw niesamowity. To zwykłą szmatą, przez płótno było robione.

Pyt. A więc to był Adamski na początku, ciekawe czy współpracował wówczas z Michałem Kłosińskim.

Odp. Nie, Kłosiński na pewno go nie znał. W tym pierwszym okresie czasu, bo potem o tyle go znał, że Michał Kłosiński jeździł do Warszawy po te matryce. Czy też Adamski przyjeżdżał i mu wręczał. Były to matryce tylko z winietą. W pewnym momencie nawet wybuchła taka afera, że niby milicja czy ubecja zna nazwisko tego z Zarządu Regionu – tak mówił Adamski, że był śledzony dlatego, że kontaktował się z Michałem i Michał doprowadził milicję do niego. Ale Adamski był pewno przewrażliwiony. Później mi opowiadał, jak to uciekał przed milicją, jak wyrzucał to wszystko z samochodu, wyskakiwał, uciekał ukrywał się. To był 1984 lub 1985 rok.

Pyt. Czy Adamski był jeszcze w Olsztynie?

Odp. Nie, w Warszawie. Przyjechał z Warszawy i spotkał się z Michałem i tłumaczył, że Michał „ogon” przywlókł, który później za nim pojechał. To był jednak przypadek, ale Adamski był przestraszony. Bo gdyby tak było, to byśmy się przecież jakoś dowiedzieli. Poza tym zbieraliśmy pieniądze.

Pyt. Skąd braliście pieniądze?

Odp. Ze składek. Ja mogę powiedzieć o tym, co ja zbierałem w początkowych latach. Między innymi opłacaliśmy bilety do Warszawy po bibułę.

Pyt. Jakie to były kwoty, duże?

Odp. Nie. Notowałem kto ile wpłacił. Prowadziłem tę rachunkowość, aż w końcu się wystraszyłem. W 1988 roku w Krakowie było jakieś spotkanie o obronie praw obywatelskich i dwie osoby tam poje­chały. Grażyna Langowska i Kmieciowa chyba była. Olek był ale niezależnie. W każdym razie ja im te pieniądze dałem. A tak to pieniądze wydawałem na farbę, na rozpuszczalnik, papier się kradło. Farbę w większości też (poprzez Danusię z OZGraf-u)

Pyt. Jak odbieraliście sprawę znaczków?

Odp. Ustalono w ten sposób, że znaczki będą rozprowadzane przez członków Tymczasowego Zarządu Regionu i jakiś procent zysków będzie na naszą bieżącą działalność. Znaczki zostały rozpro­wadzo­ne, ale zarząd nie dostał z tego ani grosza. I jak to szczegółowo wyliczyłem i przedstawiłem o jakie kwoty chodzi, to wszyscy milczeli. Olek zaczął tłumaczyć, że to jego pieniądze, jego inicjatywa, on tutaj się zaangażował. A ja uważałem, że jeżeli został zawarty jakiś kontrakt, to powinien być dotrzymany, tym bardziej, że Zarząd Regionu nie jest po to, żeby komuś prowadzić interesy. Jeżeli podjął zobowiązanie, że wpłaci pewną kwotę to powinien ją wpłacić. Zdecydowałem, że z takimi ludźmi nie można utrzymywać kontaktu. Nie dotrzymał słowa.

Pyt. W którym roku to było?

Odp. To właśnie na przełomie 1986-87 roku. Wtedy doszło do tej rozmowy podczas spotkania u Olka. Oni już nie chcieli prowadzić działalności, a jeszcze doszła sprawa tych znaczków, a raczej tych nie zapłaconych pieniędzy, za te rozprowadzane znaczki. I wtedy tak wszyscy do siebie taką niechęcią pałali.

Pyt. Słyszałem, że do Sławka Olka trafił także jakiś przekaz pieniędzy z zagranicy.

Odp. O tym to nie słyszałem. To była trochę inna sprawa. Jak tak zaczęło wszystko podupadać – ja miałem kolegów w Warszawie i  pewnym momencie skontaktowałem z nimi Bachmurę, jako z prze­wodniczącego. I on chyba się spotkał z Wujcem, który mu przekazał pieniądze. I w pewnym momencie padło pytanie na co te pieniądze zostały przeznaczone – mój kolega zapytał: „słuchaj, myśmy dali wam pieniądze, a wy nic nie robicie”. I powiedział: „Ja przyjadę do was, umów mnie z Bachmurą”. I rozmawiałem z Bachmurą. Ten kolego przyjechał, bo był wcześniej umówiony, ale Bachmura się zwinął. I z tych pieniędzy, z tych 500 dolarów Michał Kłosiński dostał jakąś kwotę na prowadze­nie swojej działalności, to od niego dostałem 60 może 70 dolarów. Taką kwotę to na pewno dostałem.

Pyt. Michał dostał na prowadzenie jakiej działalności?

Odp. Na te wyjazdy do Warszawy. W każdym razie on korzystał trochę z tych pieniędzy, w każdym razie wiem, że Bachmura dał jakąś tam kwotę. Kiedy Michał wybierał się do RFN-u (zresztą wyje­chał), to powiedział mi: „słuchaj stary, ja tu już kończę, ty zajmujesz się też tą gazetą, mnie zostało tyle pieniędzy, to ci je daję”. Michał mi je przekazał.

Pyt. Kiedy Bachmura otrzymał te pieniądze z Warszawy od Wujca?

Odp. Już nie pamiętam. To był 1985 rok.

Pyt. Był Tymczasowy Zarząd. Z internatu lub z więzień zaczęli wychodzić „starzy” działacze „Solidarności”, członkowie Zarządu Regionu. Jaki był wasz stosunek do nich i czy były próby współpracy?

Odp. Nie, nie było. Ja osobiście uważałem, że nie ma sensu z nimi współpracować, nie dlatego, że ich lekceważyłem, ale dlatego, że milicja miała na nich namiar. Kiedy wyszedł z internatu Wiesiek, to od razu zadzwonił, skontaktował się ze mną. Telefonicznie i zaraz była milicja u nas w biurze. Bo prze­cież wiadomo, że on telefonicznie się kontaktuje, to przecież jest podsłuch.
Chcę wspomnieć o Krupińskim. On pracował w naszym biurze projektów, był moim kolegą w pracy. Ludzie przekazywali różne dary dla jego rodziny. Niektórzy ludzie z zagranicy przekazywali dla niego pieniądze. Również dla innych osób, ale imiennie. Np. jechali do Krakowa i mówili: my chce­my dać Krupińskiemu pieniądze. I ci ludzie z Krakowa szukali kontaktów w Olsztynie, przekazywali pieniądze – to często się przez nas odbywało.
Z tym, że Krupiński od samego początku, od razu się odciął. Zresztą mnie to wprost powiedział, że praca w podziemiu go nie interesuje. Legalnie mogłem działać, ale teraz już nie. Dlatego też i z Wałęsą się poróżnił. Wałęsa nazwał go „dupkiem” – powiedział, że jak „Solidarność” była na fali, to on był wielkim działaczem, a jak przyszedł okres klęski, to go nie ma. Krupiński jak wyszedł z więzienia, to mógł być u nas zatrudniony, ale on popełnił błąd. Poczuł się ważny i napisał taki list do wojewody, że stara się tu o pracę. Jak to dotarło do wojewody, to ten z miejsca zablokował możli­wość jego zatrudnienia. Wtedy była taka sytuacja, że trzeba było mieć zgodę urzędu zatrudnienia na przyjęcie kogoś do pracy. Zadzwonili do urzędu miasta, żeby skierowania nie wydawać. A przecież tutaj sprawa była załatwiona – on miał za dwa trzy dni przyjść do pracy. Ale on chciał pokazać, że dla niego partnerem jest wojewoda. Pokpił sprawę. Pracował więc indywidualnie, podrzucaliśmy mu pewne zlecenia. Początkowo miał zlecenia, a później nastąpił pewien zastój, kryzys. I zdecydował się wyjechać.

Pyt. (…)

Odp. Wszyscy znaliśmy Wojtka Ciesielskiego. Z tym, że Wojtek nie mógł wiedzieć, że my działaliśmy. Ustaliliśmy, że jak ktoś z nas wpadnie, to należy pójść do Wojtka i spytać się, „czy był ktoś od pani Luli?” – takie maiło być hasło. I potem to hasło Lula to miało te pozostałe osoby, które nie wpadną miały później tę dalszą działalność. Później jak opowiedzieliśmy to Wojtkowi, to do końca nie mógł uwierzyć. On przecież kontaktował się, z nami rozmawiał, różne sprawy poruszał, ale my mówi­liś­my, że nic o tym nie wiemy.
On jednak krążył po Olsztynie i był dla nas trochę niebezpieczny, gdyż zbyt dużo gadał. On miał być dla nas skrzynką kontaktową, z tym, że on sam o tym nie wiedział (śmieje się) ……
Przez pierwsze trzy dni po wprowadzeniu stanu wojennego, to można było schodzić do biura Zarzą­du Regionu „Solidarności”. Ale tam właściwie nie było co zbierać, bo jak milicja wpadła za którymś tam razem, to wszystko zniszczyła. Natomiast wiem, że koledzy tam biegali i do mnie przynieśli 10 flag i ja je w szafie trzymałem. Po trzech, czterech dniach zabrałem je do domu i w 1990 roku odda­łem je.

Pyt. To były związkowe flagi?

Odp. Tak związkowe. Jako przewodniczący Komisji Zakładowej, to co musiałem to oddałem, gdyż uważałem, że tu nie ma sensu z nimi walczyć. Mam jeszcze pokwitowanie odbioru przez dyrektora, który miał obowiązek przekazać to ubecji. Ale były przecież jeszcze gazety, tygodnik „Solidarność” – ja to wszystko wycinałem. Ale był taki terror psychiczny. Jak pierwszy raz człowiek zszedł z tą teczką wypchaną, to się bałem, ale później doszedłem do wniosku, że właściwie to oni o tym nie wie­dzą. Ja to taki 40-letni człowieczek, starszy człowiek –  jaką on tam może prowadzić działalność. Po prostu, jeżeli się wpadnie to przez własną głupotę. Trzeba zachowywać pewne zasady, jak w okresie wojny i walki podziemnej. Powinno znać się tylko kilka osób i powinny być tylko te same kontakty. Że ja nie będę rozdawał gazety 100 osobom, tylko np. pięciu.

Pyt. Jakie gazety rozprowadzaliście?

Odp. Praktycznie wszystkie warszawskie, plus „Rezonans”, w pierwszym okresie to także wrocławskie, KPN-u. W pierwszych 2-3 latach było bardzo dużo wydawnictw.

Pyt. Niezależnie od „Rezonansu” był w pierwszym okresie wydawany przez grupę związaną z Bach­murą „Biuletyn Solidarność”. Czy pan coś wie na ten temat? Czy pan miał to w ręku?

Odp. Nie przypominam sobie. Wiem, że w pewnym momencie w Olsztynie ukazywały się dwie gazety Solidarności. Ale nie przypominam nazwy. Wiem, że była to tylko jedna strona. Oni mieli czcionki drukarskie – ilość tych czcionek była ograniczona, tak że mogli drukować taki papier A-4, tylko dwie strony. To było na samym początku. Ukazały się chyba 2-3 numery, nie więcej.

Pyt. Czy ma pan komplet „Rezonansów” wydanych w okresie wojennym?

Odp. Ja w ogóle nie zbierałem, żeby nie wpaść.

Pyt. Jaki był nakład „Rezonansu”?

Odp. Gdzieś tysiąc sztuk. Miałem kilka punktów i tam dostarczałem „Rezonans” według zamówienia. Ja je z Grzesiem Jasińskim drukowałem, a wtedy gdy on robił doktorat, to ja sam. To było 7-8 go­dzin pracy. Kładło się kalkę, jeździło się wałkiem i następna kalka. To były mechaniczne ruchy. A jeszcze matryca się zużywała. Właściwie dopiero przy ostatnich numerach opanowaliśmy technikę druku. Chodziło o odpowiednią farbę. Właściwie tylko drukarskiej nie można było dostać – trzeba było ją zmieszać z pastą PCW i jeszcze z czymś. Dopiero pod koniec otrzymaliśmy dobrą farbę i mogliśmy z jednej matrycy zrobić 100 sztuk, a tak często bywało, że tylko 200, a więc trzeba było znowu pisać na maszynie – a więc trzeba było ściągać Teresę, bo dla mnie to był zbyt duży problem.

Pyt. Na jakiej maszynie pisaliście?

Odp. To znaczy ktoś mi przekazał maszynę. W ogóle te wszystkie rzeczy to przechowywałem w takiej piwnicy pod garażem sąsiada.

Pyt. A czy sąsiad wiedział o tym?

Odp. Skąd? To wejście było dokładnie zamaskowane. Było to wejście z ogrodu. Jego garaż przylega do naszego ogrodu. Tam trzymałem książki. W ogrodzie był taki szyb pionowy, taka studzienka 40 cm x 40 cm i można było się spuścić. Przykryłem ten szyb płytką, potem darniną. Praktycznie to było nie do wykrycia. Ale maszynę trzeba było oddzielnie trzymać. Chodziło się o odpowiedniej godzinie, żeby sąsiedzi nie widzieli. Natomiast ramkę, to trzymałem w drzwiach. W środku między płytami była pusta przestrzeń i tam ją trzymałem.

Pyt. Wcześniej drukowano „Rezonans” u Szuliów?

Odp. Ja nie wiedziałem gdzie się drukuje. Kiedyś Bachmura wziął ode mnie samochód i powrócił. Jechał do Gutkowa.

Pyt. Jeśli chodzi o nadzór wyborów.

Odp. Były zorganizowane zespoły. Trzeba było ustalić mniej więcej ile osób mieszka w poszczególnych obwodach. I później organizowało się liczenie osób przychodzących do lokali wyborczych. Ktoś z „krajówki” opracował system. Ja miałem 5 komisji obserwować o określonej godzinie. To było chyba gdzieś przez czas pół godziny i przerwa. Wiem, że chyba obserwowałem komisję w hotelu robotniczym, to wtedy ubol chodził i ja chodziłem. Bo oni obstawiali od zewnątrz. On już na mnie tak patrzył, że kolejnym razem to syna posłałem.

Pyt. Czy w stanie wojennym była jakaś trudna sytuacja dla pana? Jakieś zagrożenie?

Odp. Pierwsze miesiące człowiek to przeżywał, stresował się. Wydawało mu się, że jest obserwowany. Ale później sobie zawsze wytłumaczyłem. Twierdzę, że jeżeli ktoś się specjalnie nie przechwalał – u mnie w pracy po prostu wszyscy wiedzieli co ja robię.

Pyt. Czy z obrad Tymczasowego Zarządu regionu były jakieś przecieki?

Odp. Nie, raczej nie było przecieków. Może inaczej, była pewna rywalizacja, ale ja się w to nie wda­wałem. No bo słuchajcie, o co walczycie? Mnie to śmieszyło trochę (Olek i Bachmura).

 

 

(Rozmowę przeprowadził i notował Zenon Złakowski)

 

 

--------------------------------------------------------------------------------

Rozmowa z Andrzejem Pawłowskim

w dniu 6 maja 1993r.

 

Pyt. Jak powstawał „Rezonans”?

Odp. Wiesiek Chojnowski z paroma innymi osobami - Tadek Kisły (jest w Stanach Zjednoczonych, na Florydzie) Grucela Leszek, Krukowa Swietłana, Jan Rosłan, to ludzie, którzy robili „Rezonans”. Wiesiek Chojnowski, ponieważ miał zamiłowania fotograficzno - filmowe, mając kamerę, ósemkę super, nie było wtedy jeszcze video, między innymi nakręcił sceny z marszu głodowego w Olsztynie w sierpniu 1981. Mnie wówczas nie było w Polsce, byłem na urlopie w Szwecji. To było przed strajkiem drukarzy. On ma ten film. Pamiętam, że w okresie stanu wojennego, kiedyś spotkałem się z nim w domu na małej kawie, żeby sobie powspominać, i on mi puścił ten film. Ma również znakomity film, chyba jedyny, o Marii Ziętarze Malewskiej. Film ten zrobił na zlecenie Kurii Biskupiej.

Pyt. A gdzie on pracuje?

Odp. Pracuje w ZUS-ie, cały czas tam pracował. Był sekretarzem jakiejś komisji, która przyznawała renty inwalidzkie, a ostatnio był, chyba jest nadal, kierownikiem działu administracyjnego. Trochę się chyba chłopak psychicznie źle czuje, już go dawno nie widziałem. Dość trudno prowadzi się z nim rozmowę - nawet bym powiedział, bardzo trudno.

Pyt. Dlaczego?

Odp. Nie potrafię odpowiedzieć. Rozczarowany do ludzi i całego świata. I zajmuje takie stanowisko, że trzeba rżnąć wszystkich po kolei.

Pyt. Radykalny jest?

Odp. Strasznie.

Pyt. Ty pracowałeś w komisji interwencji?

Odp. Tak, pracowałem w komisji interwencji Zarządu regionu. Z tego okresu mam jeszcze gdzieś legitymację. To była funkcja społeczna, nie z wyboru. Kierował nią Andrzej Bober. Niedawno była u nas jego mama i powiedziała, że był w Olsztynie, ale jak zobaczył co się dzieje, to czym prędzej uciekł, bo tu już nie ma czego szukać.

Pyt. Z tego okresu, co mógłbyś powiedzieć o Andrzeju Boberze?

Odp. Chyba to był jeden z ciekawszych ludzi tamtego okresu. Był radykalnym człowie­kiem, to prawda, miał radykalne spojrzenie.

Pyt. A na czym ten radykalizm polegał?

Odp. Po prostu, to był wyjątkowo uczciwy człowiek, bez względu na przeszłość jaką on miał. Szedł do przodu i dla niego nie było rzeczy, żeby ktoś mu proponował jakieś lepsze stanowisko, jakieś lepsze pieniądze. On był przeciwnikiem tego typu spraw. Był wy­jątkowo uczciwy, kryształowo czysty jeśli chodzi o tego typu rzeczy. Zarzucano mu, pamiętam, że miał do czynienia swego czasu z milicją, że pracował w milicji.

Pyt. On sam podobno się przyznał, że przez krótki czas współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa.

Odp. Prawdopodobnie coś takiego było. Być może stąd ta późniejsza zajadłość bezpieki w stosunku właśnie do niego. A to, że on w pewnym momencie przejrzał na oczy i zajął się zupełnie inną działalnością - podziękował tym panom, no to później spotkało go to co spotkało. Oni nie mogli tego ścierpieć.

Pyt. Był uczciwym. A jeżeli chodzi o jego ocenę sytuacji i o jakiś program?

Odp. Dzisiaj trudno mówić o wyobrażeniach w tamtym okresie czasu jeśli chodzi o kształt związku. Wtedy to nie był związek zawodowy - to był ruch społeczny. A dopiero gdzieś tam na końcu związek zawodowy. Ja nie mogę powiedzieć żebyśmy mieli jakiś konkretny program - pracowało się z dnia na dzień, koncepcje rodziły się na bieżąco, szczególnie w komisji interwencji. Życie nam dyktowało to co ma być jutro, czym się zajmować. Wchodziliśmy w zupełnie nam nieznane obszary życia społecznego.

Pyt. Czy możesz przytoczyć jakiś przykład?

Odp. Przede wszystkim były to różnego rodzaju malwersacje finansowe tzw. czerwonej burżuazji, że tacy panowie dyrektorzy, tow. sekretarze, prezesi mają wille, mają tamto, że na koszt społeczeństwa budują sobie, używają robotników do tego. Ale też cały szereg spraw było bardzo ludzkich. Zetknąłem się swego czasu ze sprawą, która mnie na dłuższy czas zaabsorbowała - dotyczyła tzw. „królików doświadczalnych” w obozach hitlerowskich. Przyszedł do mnie jeden pan z Kętrzyna - jeżeli dobrze pamiętam, nazwiska nie przypomnę sobie, który opowiedział, że on był takim królikiem doświadczalnym. Przeprowadzano na nim eksperymenty medyczne, i na innych. Ja nie wchodziłem jakiego typu były to eksperymenty. Natomiast swego czasu w Polsce było dość głośna sprawa odszkodowań. Ówczesny rząd niemiecki dawał pieniądze poprzez rząd polski. Zachodziło pytanie, co się z tymi pieniędzmi stało. Zacząłem grzebać. Odbyłem wówczas, pamiętam, bardzo poufną rozmowę z ówczesnym posłem, sędzią Szczepanem Styranowskim. Dzisiaj chyba można już o tym mówić. Otóż on jako poseł miał dostęp do pewnych materiałów rządowych opatrzonych klauzulą „tajne”. Udostępnił mi taki materiał, żebym przeczytał, ale nie wolno mi było robić żadnych notatek. Siedziałem parę godzin w jego gabinecie i czytałem. Miałem o tym nie pisnąć słowa. Było to sprawozdanie Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich (szefa Głównej Komisji). W tych dokumentach było jasno powiedziane, co rząd z tymi pieniędzmi zrobił, że otrzymać, otrzymał pieniądze, które miał przekazać swoim obywatelom. (…)

Rząd polski zrzekł się reparacji wojennych. Za Polskę mieli ściągać te reparacje i nam przekazywać, Rosjanie. Rosjanie zabrali wszystko sobie. Podobnie później rząd polski te odszkodowania od Niemców wziął sobie.

Pyt. Czy mogłeś coś w tej sprawie zrobić?

Odp. Mogłem. Napisałem dwa krótkie teksty i one zrobiły trochę szumu wokół tej sprawy. Teksty te, pamiętam jak dziś, pod tytułem „Króliki doświadczalne” zamieś­ci­łem w „Re­zonansie” chyba jesienią 1981r. i kiedy mnie bezpieka przymykała, to te artykuliki były jednym z głównych powodów - nie najgłówniejszych, ale jednymi z głównych powodów, że mnie przymknięto. I dopytywano się co ja na ten temat mam, gdzie ja mam te materiały. Ja miałem trochę dokumentów od tego pana z Kętrzyna, niestety dokumenty szlag trafił, gdyż były one przechowywane w regionie. Zginęły.

Pyt. Jak trafiłeś do „Solidarności”?

Odp. Pracowałem wtedy w Wojewódzkim Związku Gminnych Spółdzielni „S.Ch” w komórce samorządowej. Zajmowałem się samorządami w GS-ach, klubami, kulturą. Wtedy wybuchły strajki. Zacząłem z paroma kolegami chodzić, kto tu w Olsztynie coś robi. I tak trafiliśmy wówczas na ślad Krupińskiego Mirka. Gdzieś tam przypadkowo na jakimś koleżeńskim małym spotkaniu i tak to się zaczęło. I zaczęliśmy robić każdy w swoim zakładzie pracy - zbierać podpisy, kto chce należeć do „Solidarności”. Pierwsze dni września - przypadkowo dowiedziałem się, że jest taki Edek Łukomski, Wiesiek Brycki, którzy pracują w Komunikacji Miejskiej i zbierają z całego Olsztyna wszystkich chętnych.  Poleciałem tam i spotkałem się po raz pierwszy z Wieśkiem Bryckim, a później dopiero poznałem Edka Łukomskiego. A więc najpierw we wrześniu 1980r. zakładałem komórkę „Solidarności” w WZGS-ie.

Pyt. Czy znalazłeś chętnych?

Odp. Tak, było dużo. Co prawda nie tak dużo jak bym się spodziewał - pracowało nas ok. 150 osób w tym biurowcu, a ja miałem ok. 30 osób chętnych. uważam, że to było dużo, jak na tę mieszaninę.

Pyt. Tym bardziej, że urzędnicy zawsze są oporni.

Odp. Tak, zawsze byli oporni, a partyjnych tam było od cholery.

Pyt. Czy pamiętasz tę „dziuplę” w MPK? Ten pokoik?

Odp. Pamiętam. Tam był wieczny młyn. Każdy przychodził. Stały tam dwa biurka, na którym (nie przy którym, ale na którym) siedział Wiesiek Brycki otoczony stosami papierzysk (to były te zgłoszenia). I tam „chłopcy” siedzieli - pamiętam - dzień i noc. Segregowali - robili spisy. Tam można było właściwie przychodzić dzień i noc. Nie było większych oporów. Przez bramę byli wszyscy wpuszczani, mimo, że to obiekt zamknięty, komunikacja miejska, można było spokojnie wejść - młyn bez przerwy. Nie chcę powiedzieć, że dziesiątki, ale chyba setki ludzi. Takie były początki, taka była tam atmosfera - gorączka. Tam się wtedy poznawało różnych ludzi. Jak się kogoś widziało dwa razy, to już był „swój”. Wtedy na tej zasadzie poznałem paru kolejarzy m.in. Kwiat­kowskiego. On dzisiaj jest szefem związku zawodowego maszynistów (ogólno­polski) - to jest kawał łobuza.

Pyt. A wtedy należał do „Solidarności”?

Odp. Tak. Był uczciwy, przebojem wtedy szedł: komunę trzeba zniszczyć, równo zaorać, żeby śladu nie było, ale potem okazało się, że - nie chcę źle oceniać pewnych ludzi, czy on gdzieś należał, czy go ktoś tam napuszczał - w każdym razie wszedł na zupełnie inne tory myślowe. I on zaczął później „Solidarność” zwalczać.

Pyt. Kiedy to było?

Odp. W stanie wojennym. Spotkałem go na ulicy, chętnie rozmawiał, i mówił: wiesz, ale czy „Solidarność” miała rację. Czy to co robiliśmy w 1981r. to było słuszne? Zmienił tak radykalnie swoje poglądy i stanowisko. A potem przestałem go już widywać i na ulicy przestałem mu się kłaniać.

Pyt. Kogo jeszcze pamiętasz z tego okresu?

Odp. Drugiego kolejarza - Andrzeja Gierczaka. Był to ciekawy człowiek. Nie był takim radykałem, jakim się zrobił pod koniec lat osiemdziesiątych. Normalny chłopak, uś­mie­chnięty, miły, sympatyczny. W kryminale zachowywał się tak jak wszyscy. Z nim nie było takich ostrych rozmów jak dzisiaj. Dzisiaj Andrzej idzie jedną swoją linią i nie ma dla niego szare, pewne odmiany - jest albo białe, albo czarne. Bardzo radykalny. Chyba to było wynikiem - tak przypuszczam - jego późniejszego aresztowania, co prawda nie doszło do rozprawy, został wypuszczony na wolność, ale od tego czasu stał się bardzo radykalny - bardzo.

Internowany Andrzej wyszedł dość wcześnie - wiosną. Miał jakieś kłopoty zdrowotne, ręka czy noga. Ale pamiętam, że kiedy wyszedł, to myśmy się cieszyli. To był pierwszy moment, kiedy ktoś wychodził na wolność - myśmy się cieszyli. Początkowo było inaczej: żal nam było, że to nie my. No bo każdy chciał wrócić do domu. Pewnego rodzaju zazdrość. Może.

Pyt. Dlaczego później nastąpiła zmiana?

Odp. Andrzej nie był powodem. Myśmy zrozumieli pewien mechanizm, że im mniej nas w kryminale, tym lepiej. I z tego powinniśmy się cieszyć. Pamiętać powinniśmy, że nie wszyscy wyjdą, że będzie ktoś ostatni, kto - nie wiadomo. Może ty, może ja. Jeżeli komukolwiek, z jakichkolwiek powodów udało się wyjść na wolność, to byliśmy z tego zadowoleni. Pewnie, że każdy w duchu miał - a może ja, a dlaczego on, a nie ja. Ale było wiadomo, że to nie od nas zależy.

Pyt. Z okresu początków „Solidarności”: czy znałeś Łukomskiego?

Odp. Nie, ja Łukomskiego nie znałem. Bliżej Edka poznałem dopiero w celi. Co prawda nie byliśmy razem w celi, ale kiedy on wrócił z aresztowania razem z Andrzejem Boberem (bo najpierw siedzieli tu w Olsztynie), chyba ze trzy miesiące siedzieli, dopiero zwolniono ich z więzienia i dano im decyzję o internowaniu do Iławy. A ponieważ w Iławie był to okres pewnej liberalizacji w dyscyplinie, mogliśmy swobodnie wychodzić z celi. To znaczy nie tak całkowicie swobodnie, ale na pukanie przychodził klawisz, otwierał i szliśmy do takiej celi do której chcieliśmy - bez większych problemów. Natomiast takiego całkiem swobodnego chodzenia po korytarzu, to nie było w Iławie. Do­piero pod koniec, maja, czerwca - ale to nie to.

Jak wrócił Edek z Andrzejem z więzienia, to przechodziliśmy z celi do celi, zbieraliśmy się w jednym pomieszczeniu przy kawie czy herbacie i rozmawialiśmy. Wtedy dopiero bliżej spotkałem się z Edkiem. To był człowiek nie nadający się na czasy pokojowe - to był człowiek czasów rewolucji, a wtedy trzeba zdecydowania, twardego stanowiska - nie dyplomacji. Dyplomatą mógł być Mirek Krupiński. On był dyplomatą - po prostu myślący człowiek. Natomiast Edek Łukomski, jako były oficer zawodowy, nie ważne z jakiego powodu musiał odejść z wojska, ale miał we krwi stanowczość, krzyk - ma być tak, a nie inaczej, komu się nie podoba „won”! Krótko - i na tamten czas tego typu przywódcy byli potrzebni. Trzeba to było wszystko wziąć krótko i trzymać w garści. Wydaje się, że to była jego największa cecha, na którą chyba trzeba tak popatrzeć. Bo później kiedy przyszedł Mirek Krupiński, został przewodniczącym, próbował wprowadzić - nie wiem czy to nazwać demokracją, możliwością wypowiadania swobodnego, ale zaczęły się dyskusje: a może tak, a może inaczej? Mirek się temu wszystkiemu przy­słuchiwał. A to nie były czasy na dyplomację.

Pyt. Tylko pamiętaj, że „Solidarność” demokrację sobie zapisała w programie. Tej demokracji każdy pragnął.

Odp. Zgadzam się, ale wówczas demokracja zupełnie na czym innym polegała. Nie na tym, że w głosowaniu czyjś wniosek przechodził lub upadał. Tam głosowało się nogami. Taka była wola ludu i koniec. Nie było dyskusji.

Pyt. Tym samym twierdzisz, że Łukomski odpowiednio odczytywał wolę ludu?

Odp. Tak. Obserwując, rozmawiając. Łukomski, jako przewodniczący, miał parę spraw do powiedzenia ludziom z komisji interwencji. Często mówił krótko, trzeba zrobić tak, a nie gadać, nie dyskutować, tylko robić. To był jego sposób myślenia, ale i sposób działania. Wtedy to miało ręce i nogi i sprawdzało się. Niektórzy mieli mu za złe, że jest dyktatorem.

Pyt. A jaki stosunek do Łukomskiego miał Bober? Przecież on był jego zastępcą.

Odp. Tak. Bober był wiceprzewodniczącym. Oni się rozumieli. To znaczy ja nie widzia­łem i chyba nikt nie widział, żeby były konflikty. To nie był czas konfliktów wewnątrz organizacji. Jeżeli były jakieś konflikty, to one nie wychodziły na zewnątrz.

Pyt. A co o Krupińskim możesz powiedzie? Mówiłeś, że on próbował wprowadzić metody bardziej demokratyczne.

Odp. Także raczej polityczne. Wtedy Mirka bliżej nie znałem. Spotykaliśmy się, rozmawiali, ale to naprawdę nie oznacza, że go znałem. Nie mógłbym o nim w tamtym okresie coś powiedzieć. Ja go zacząłem dopiero później spotykać, kiedy wyszedł z więzienia.

Pyt. Jest to okres szczególny w jego biografii, jak on wyszedł z więzienia?

Odp. Był osamotniony. Nikt z nim, z olsztyniaków, nie chciał rozmawiać.

Pyt. Czy on nie chciał, czy z nim nie chcieli?

Odp. Z nim nie chcieli.

Pyt. Wielu ludzi ma do niego pretensję, że się odsunął.

Odp. To znaczy Mirek odsunął się od organizacji jako takiej. Być może gdzieś, kiedyś po­pełnił błąd i powiedział:, że ja z tym nie mam nic wspólnego. Być może, no ale to nie był czas, że się brało zabawki i szło do domu. Jeżeli się weszło w coś, to trzeba było ciągnąć, nie było rady. Można się było na kogoś obrażać, ale na coś…? Zresztą któż z nas był bez winy, każdy popełniał jakieś błędy, a dzisiaj wyciąga się te błędy i wytyka. To chyba nie tak. Można Mirkowi co nieco pozarzucać, takich czy innych zachowań w okresie kiedy siedział w kryminale, choć nigdy przez nikogo nie zostało to udokumentowane.

Pyt. Ale co mu zarzucano?

Odp. Próbowano mu zarzucić, koledzy nasi dzisiaj mu to zarzucają, że poszedł na współ­pracę z bezpieką, że zdradził ideały „Solidarności”.

Pyt. To ciężki zarzut.

Odp. Bardzo ciężki zarzut. Był zarzut taki, że jak siedział w kryminale i chciał wyjść, to zgłosił się do władz i podpisał jakiś dokument wzywający do spokoju itd. Ja nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek opublikował jakikolwiek dokument z podpisem Krupińskiego, wzywający, nawołujący członków związku do spokoju. Wręcz przeciwnie, kiedy Lech Wałęsa był internowany, Mirek Krupiński działał na terenie Stoczni Gdańskiej i przejął władzę po Lechu - podczas nieobecności Lecha to było jego prawo i obo­wiązek, i to właśnie Krupiński wokół siebie zgromadził iluś tam ludzi w stoczni i to pod jego kierownictwem, może nieudolnym, to jest druga sprawa - nie wiem, nie umiem ocenić, to - była przeprowadzona pacyfikacja stoczni gdańskiej przez milicję i ZOMO, wojsko.

Pyt. To znaczy przeciwko niemu!

Odp. Tak, tak, źle się wyraziłem. To jego przez parę dni ganiano po Stoczni Gdańskiej, Mirka.

Pyt. I tam dostał…

Odp. Zdrowo dostał. Mirek nie był lubiany. To nie był robotnik. To był inteligent. Wtedy się bardzo głośno i ładnie mówiło, że inteligencja poszła razem z robotnikami. Prawda, tylko ta klasa robotnicza - marksistowska, ona w dalszym ciągu nie lubiła ludzi inteligentnych i nie lubi do dzisiaj. Egzemplum - nasz kolego pan Lech Wałęsa.

Pyt. Mirka później spotykałeś jak wyszedł z więzienia. Jak on się zachowywał? Niektórzy mówią, że on się zmienił pod względem charakterologicznym, psychicznym…

Odp. Chyba nie. On był załamany - to prawda. Nie mógł dostać pracy - to też prawda. Z ja­kichś powodów, ja nie chcę w to wkraczać, i na ten temat mało wiem. Wiem, że nie mógł dostać pracy - inni otrzymywali, a on nie. Dlaczego - wystarczy to. Był naprawdę, rzeczywiście załamany psychicznie, że mu się coś w życiu nie udaje. I chyba jako jeden z ostatnich podjął decyzję wyjazdu z kraju.

Pamiętam, jako żywo - miałem z nim rozmowę, taką w cztery oczy, parenaście dni przed jego wyjazdem z kraju. Spotkaliśmy się na cmentarzu przy Al. Wojska Polskiego, żeby nikt nas nie podsłuchiwał i żeby nikt nie widział - to wieczorem, o zmroku. O co chodziło Mirkowi? Otóż chciał on przekazać pewne dokumenty, które miał z okresu działania związku, które się zachowały w jego prywatnych zbiorach. Ludzie dołowali, a potem oddali to jemu. To był pokaźny plik tych dokumentów. Część z nich mógł zabrać ze sobą do Australii. Powszechnym zwyczajem w tamtym okresie było to, że ludzie, którzy wyjeżdżali z Polski, byli bardzo dokładnie rewidowani na lotnisku Okęcie przez bezpiekę, bardzo dokładnie. I mało komu udawało się coś przemycić w kieszeni, w walizeczce. Mirek wiedział o tym i chciał się w jakiś sposób zabezpieczyć, a opuszczając Olsztyn nie mógł zostawić tego, ot tak, na pastwę losu. Co to były za dokumenty? To były protokoły tych słynnych spraw, które region prowadził przeciwko Komitetowi Wojewódzkiemu PZPR, kopie rachunków najrozmaitszych, były tam protokoły z posiedzeń Zarządu Regionu, oświadczenia różnych ludzi - ogromny stos papierzysk.

Pyt. Gdzie to jest?

Odp. Wtedy chciałem to przejąć i złożyć w ambasadzie szwedzkiej. Miałem tam swoje kontakty, i planowaliśmy z Mirkiem, że jak on wyjedzie, to będziemy kontaktami dyplomatycznymi wysyłać, albo gdzieś przechowywać na lepsze czasy. Część dokumentów Mirek zabrał ze sobą. Udało się mu przewieść  -  niedużo. natomiast sporą część zostawił w Olsztynie. Nie wiem gdzie on to zostawił. W każdym razie te dokumenty są, gdzieś tu.

Pyt. One są bardzo ważne…

Odp. Oczywiście, bez względu na to co się w tych dokumentach znajduje. jest to w każ­dym razie dokument tamtych czasów. Jest jeszcze drugie archiwum - Andrzeja Bobera.

Pyt. Gdzie ono jest?

Odp. Też nie wiadomo gdzie ono jest. Zniknęło - kamfora. Pewne osoby zaopiekowały się tym…

Pyt. Pewne czyli jakie?

Odp. Nie mogę powiedzieć, bo nie wiem. Nie to, że nie chcę, ale nie wiem. Mogę się domyślać. Rozmawiałem wielokrotnie na ten temat z panią Boberową - mamą Andrzeja. Mówiłem jej i ona zdaje sobie sprawę, że są to dokumenty bardzo istotne. W okresie stanu wojennego wiedziałem, że pani Halina te dokumenty ma, ale nie rozmawialiśmy gdzie one są. W tym momencie nie było to istotne.

Pyt. Gdzie mieszka matka Andrzeja Bobera?

Odp. Tu w Olsztynie na Dworcowej. W Słupach mieszka brat Andrzeja. Później pani Halina bojąc się o konsekwencje trzymania tego w domu, bo za nią bezpieka też chodziła, przychodzili do niej do domu - nie na rewizję, ale na tzw. rozmowy. Bała się, że któregoś dnia przyjdą na rewizję, więc przekazała te dokumenty. Dzisiaj ona nie chce powiedzieć komu.

Pyt. Ja myślę, że tutaj Andrzej Bober mógłby zadysponować. Ona chyba czeka na znak od niego.

Odp. Prawdopodobnie Andrzej się w tej sprawie nie odezwie, podejrzewam, bo te osoby, które wzięły od pani Haliny te dokumenty, twierdzą, że tego nie mają, że nic takiego nie miało miejsca. Jest to trochę związane z inną, równie przykrą sprawą, bo jeżeli zginą dokumenty, to jeszcze można sobie darować, ale jak giną pieniądze, to zaczyna być głupio. Andrzej, wyjechawszy do Stanów, swoimi kanałami, przysyłał pieniądze do Olsztyna, na działalność podziemną. I te pieniądze zniknęły w tajemniczych okolicznościach, choć wiadomo kto te pieniądze otrzymał i gdzie one poszły. Osoby, które wie­dzą o tym milczą i długo będą milczały. Mogę się domyślać, ale nie wolno mi głośno powiedzieć. Tylko się domyślam. Jeśli jest to prawda, to włos się jeży na głowie.

Pyt. Czy była próba rozliczenia z tych pieniędzy?

Odp. Była próba rozliczenia.

Pyt. Wiem, że część pieniędzy trafiła do Stefana Śnieżko.

Odp. Zgadza się.

Pyt. I że on, z części pieniędzy rozliczył się.

Odp. Zgadza się. Z części się rozliczył.

Pyt. Jak pani Halina mówi o tysiącu dolarów?

Odp. Wtedy to był ogromny pieniądz.

Pyt. Tyle po prostu zwrócił, a z reszty próbował się rozliczyć. Czy jemu chodziło o jakąś osobę poza Stefanem?

Odp. Tak.

Pyt. Wiem, że w tym kontekście padło nazwisko Józka, który się nie rozliczył. Tylko kwestia, jakie to były sumy?

Odp. My możemy sobie gdybać, ale w pewnym okresie czasu po 4 czerwca, kiedy trzeba było o tym głośno powiedzieć, to myśmy wszyscy milczeli. Albo tuż przed 4 czerwca - między marcem, a czerwcem. Wtedy trzeba było się zebrać w małym pokoju, huknąć pięścią w stół i powiedzieć krótko: społeczeństwo płaciło pieniądze, musimy się z tego rozliczyć.

Pyt. Jeżeli ktoś takie pieniądze wziął na własne potrzeby, to taka osoba jest według mnie przekreślona.

Odp. Przecież ja o tym głośno mówię, że znam nazwisko takiej osoby, która wzięła pieniądze sobie i z tego majątek uzbierała wcale niemały - Bachmura.

W okresie stanu wojennego, jak zapewne wiesz, kursowały znaczki pocztowe. Ktoś to robił. Dziś okazuje się, że to robili bardzo dziwni ludzie, którzy pod płaszczykiem , pod sztandarami „Solidarności” robili na tym biznes. Normalni, przeciętni ludzie zakochani w „Solidarności”, członkowie „Solidarności”, zwolennicy - kupowali te znaczki, bo byli święcie przekonani, że przynajmniej część kosztów przekazywali na „Solidarność” pod­ziemną. Tak było w całej Polsce, ale nie w Olsztynie. W Olsztynie pieniądze te zbierał niejaki pan Bachmura. On produkował te znaczki. Ja nie potrafię powiedzieć, gdzie on to robił, natomiast on to produkował,  rozprowadzał, a myśmy na to płacili pieniądze. A on te pieniądze zbierał. Ani jedna złotówka nie dostała się do kasy związku z tych zna­czków solidarnościowych. Bo na teren Olsztyna przychodziły również znaczki gdzieś tam z głębi Polski: z Warszawy, z Gdańska, Wrocławia i to dużo, ładne znaczki były. jestem w stanie twierdzić, że jeżeli te znaczki pochodziły „z Polski”, to w znakomitej większości, pieniądze trafiały rzeczywiście do kasy podziemnych struktur związku. Jeśli te znaczki były z Olsztyna, tu je produkowano, wszystko szło do kieszeni pana Bachmury.

Pyt. Ale skąd wiesz, że on sprzedawał i zbierał pieniądze?

Odp. To było wiadome. To znaczy, w tamtym okresie to nie było wiadome, bo nie każdy musiał wiedzieć. Ja też nie mogłem o tym wiedzieć, bo taki był czas. Sprawa ujrzała światło dzienne po „okrągłym stole”. Kiedy zaczęliśmy się zbierać u ks. Juliana Żoł­nierkiewicza i tam zaczęliśmy się organizować. Tam dopiero wypłynęła ta sprawa. Głośno było na ten temat, chociaż też nie można było zbyt daleko idących wniosków wyciągać. W czasie pewnych spotkań słynnych, znanych w Olsztynie „na plackach” u naszej koleżanki Ziuty. Tam robiliśmy takie lub inne postanowienia. Co zrobić z pieniędzmi które mamy? Tam też zadawaliśmy sobie czasami głupie pytania, bo nie każdy i nie wszyscy musieli o wszystkim wiedzieć - taka była żelazna zasada. No dobrze, a gdzie są pieniądze ze znaczków?

Pyt. Czy to chodziło o duże pieniądze? czy można je jakoś ocenić?

Odp. Sądzę, że tak. Tutaj mała dygresja. To było w czerwcu ubiegłego roku, kiedy prezydentem Olsztyna przestawał być pan Jurek Bukowski - wyniknęła sprawa nowego prezydenta. Wówczas to Kongres Liberalno - Demokratyczny zgłosił swego kandydata na prezydenta, pana Bachmurę. Jak się o tym dowiedziałem, będąc w Unii Demokratycznej, to mi się włosy zjeżyły. kto jak kto, ale nie Bachmura, na litość boską, na prezydenta. I głośno zacząłem opowiadać, co ja wiem, co na ten temat słyszałem. Powiedziałem to publicznie na zebraniu, że pan Bachmura po prostu kradł pieniądze związkowe, które miały iść na cele zbożne, na wykupienie kogoś z kryminału, na pomoc dla ludzi itd., a one szły do prywatnej kieszeni pana Bachmury. Ile? Nie wiem! Zadano mi pytanie, czy ja sobie zdaję sprawę z tego co mówię? Tak! Bo jeżeli dojdzie do jakiejś rozprawy prasowej, ktoś oskarży mnie, że posądzam p. Bachmurę o takie rzeczy - nie wiem, być może przed sądem przegram, może nie znajdę świadków na potwierdzenie tego co mó­wię, a tylko dlatego, że osoby które coś wiedzą na ten temat, dzisiaj będą milczały. Proszę bardzo, nazwiska: Grażyna Langowska - pierwsza, będzie na pewno milczała, Ziutek Lubieniecki, będzie milczał, Wiesiek Brycki, nie wiem czy coś powie, Stefan Śnieżko nie wiem czy coś zechce powiedzieć. W tym gronie była rozmowa i w tym gronie zarzucono Bachmurze, który był obecny, „stary, gdzie masz pieniądze”, On mó­wił, że to się rozchodziło na cele związkowe, ponieważ on był przewodniczącym Za­rzą­du Regionu, podobno, okazuje się.

Pyt. Kto?

Odp. Bachmura!

Pyt. Przez jakiś czas w stanie wojennym?

Odp. On tak o sobie mówił, a że to była nieprawda ta każdy o tym wie. Ale cóż szkodzi powiedzieć, nie? Kiedy ja mówiłem o tym głośno, na zebraniu Unii, nie wiedzia­łem, bo nie czytuję brukowca typu „Nie” pana Urbana, i paru jeszcze innych, „Głos” tutaj wychodzi w Olsztynie i parę jeszcze innych śmierdzących. Po prostu brzydzę się, ktoś tam pyta mnie: - Panie Andrzeju, czy pan mówi o tym Bachmurze tutaj … - właśnie o tym mówię. - A toż parę tygodni wcześniej Urban w „Nie” to opisywał, wyliczając dokład­nie ile pan Bachmura zarobił na tym. Mówię więc: - Proszę bardzo, potwierdza się to co ja mówię, chociaż z drugiej strony rzecz biorąc, ja się pytam, kto udostępnił te materia­ły temu zakichanemu żydowi. Pytanie, kto jemu to udostępnił, bo przecież sam Bachmura tego nie zrobił. Musiał Urbanowi przekazać ktoś z naszych ludzi. Kto? Ktoś ze ścisłej czołówki - na palcach jednej ręki mogę wyliczyć nazwiska. Bo przecież Ur­ban z sufitu tego nie wziął. Bezpieka. Być może, że bezpieka coś o ty wiedziała, że bezpieka powoduje takie czy inne działania, mogła natrafić na ślad Bachmury. Ja nie chcę źle posądzać tego człowieka dzisiaj, ale być może wzięła go sobie na warsztat i wiedziała o nim wszystko od A do Z. Co do złotówki rozliczyła go, a potem trzymała w garści.

Pyt. A dlaczego mówicie, że ta produkcja to była związkowa? A może on na własną rękę to robił?

Odp. Tak, masz rację. Jest to argument. Tylko, że w tamtym okresie nie robiło się tzw. interesów dla siebie. Jeżeli ja się powoływałem na wielkie hasła solidarnościowe, to po prostu moralnie musiałem być w porządku. Nie mogłem tego brać po prostu, do kieszeni. Inaczej powiem, jeżeli ktoś tak postępował pod hasłami „Solidarności” i zarobił na tym - postępował niemoralnie. Bo generalnie rzecz biorąc, społeczeństwo polskie - jakie ono było, takie było, a raczej jakie ono jest - można mieć do niego takie czy inne pretensje, ale nie wymienimy go sobie, i oczekiwało i miało święte przekonanie, że jeżeli ktokolwiek i cokolwiek robi, pod szyldem „Solidarności”.

Pyt. A on to robił pod szyldem „Solidarności”?

Odp. Oczywiście. Bo to były znaczki z napisem „Poczta Solidarności”. No, przepraszam bardzo - to nie była Poczta Polska Rzeczypospolitej.

Pyt. Wiem, że w sprawę znaczków zaangażowany był również Sławek Olek?

Odp. Tak, on też był zaangażowany w sprawę znaczków. Swego czasu rozmawiałem z Ol­kiem na ten temat. Sławek mi nie zaprzeczył, ale i nie potwierdził. Powiedział, że on na ten temat nic nie wie. Jemu nie są znane te fakty. Wiedział natomiast, że na terenie Ol­sztyna rozchodzi się jakaś partia znaczków. A ponieważ, jak mówił, to było robione w tak wielkiej tajemnicy, że sąsiad nie wiedział o sąsiedzie. Trudno by było inaczej.

Pyt. To znaczy, on nie powiedział, że produkował?

Odp. Nie, on nie produkował. On tylko kolportował znaczki, które pochodziły gdzieś z kraju. Wiem, on po uszy siedział w tym.

Pyt. Bo ja słyszałem, że on również produkował.

Odp. Być może. Gdyby Sławek na tym coś zarobił, ale nie widać było tego po nim. To był nauczyciel, fizyk…

Pyt. A po Bachmurze to było widać?

Odp. Oczywiście, że tak. Kto w Olsztynie miał pierwszy sklep i to dość duży sklep - rok 1989 przypominam, kiedy nam we łbie nie była władza demokratyczna. Kto w Olsztynie miał pierwszy sklep handlujący bronią, na ul. Kopernika, właśnie pan Bachmura, był jego właścicielem. Sprowadzał pistolety i miał oficjalne pozwolenie na to. Pytanie, kto w tamtych czasach…

Pyt. A czy on był związany z „Solidarnością”?

Odp. Przed stanem wojennym nie, a robił później pod szyldem „Solidarności”. On nie miał dokładnie nic wspólnego z „Solidarnością”, jeżeli to może z drugiej strony. Młody czło­wiek, który się pojawił dopiero w okresie stanu wojennego, cały Zarząd Regionu siedział w kryminale, to on zaczął rozgłaszać, że jest przewodniczącym. mało tego - był taki chłopak, który jest obecnie w USA, a który próbował wydawać podziemny „Rezo­nans”. A tych „Rezonansów” było kilka, nie mówiąc o robionych przez bezpiekę. I w paru „Rezonansach” była mowa o tym, że istnieje Zarząd Regionu, nowy, nie ten który siedzi, że tamten to już skończony. To był Zarząd Regionu Bachmury.

Pyt. W jednym z „Rezonansów” była rozmowa z niejakim Brońskim, jako nowym szefem regionu.

Odp. Nie chcę powiedzieć, że Broński to Bachmura, natomiast twierdzę, że Bachmura w swoim mniemaniu pełnił funkcję przewodniczącego. Mówił o tym publicznie w 1989r. po „okrągłym stole”, jak byliśmy w kościele NSPJ. Przychodził. Był nawet zdumiony, że jego, przewodniczącego związku, nie prosi się na organizacyjne spotkania. Powiedział wtedy, że: ja więcej do was nie przyjdę, i wtedy się pożegnał. I rzeczywiście, więcej się nie pokazał. Później były z nim prowadzone rozmowy w cztery oczy w sprawie pieniędzy za znaczki. Ale to była ostateczna rozmowa. Trochę więcej na ten temat mógłby powiedzieć Wiesiek Brycki, bo on uczestniczył w tych rozmowach na temat pieniędzy i znaczków. Ale czy dzisiaj zechce…

Pyt. Co wiesz o wydawaniu „Rezonansu” w stanie wojennym?

Odp. Otóż na pewno wydawał „Rezonans” Kazik Wosiek, chłopak z Ostródy.

Pyt. Czy Wosiek wydawał przez cały okres?

Odp. On wydawał przez cały czas, tylko nie były to wydawnictwa regularnie ukazujące się. Jak była potrzeba to siadał, pisał i drukował. Sam to robił, własnym sumptem. Nie mogę dokładnie nic na ten temat powiedzieć, gdyż wtedy z Wośkiem nie utrzymywa­łem kontaktu. Nie dlatego, że nie chciałem. Ja go nie znałem. Natomiast parę innych osób utrzymywało z nim kontakt m.in. Ziuta Mielnik chyba o nim coś wiedziała. On od czasu do czasu dostawał informacje, że kogoś zamknięto, że ktoś miał kolegium i potem to się ukazywało.

Pyt. A gdzie drukował?

Odp. Chyba u siebie w domu w Ostródzie, ale nie jestem w 100% pewien. Wiem, że robił to na takiej maszynce, kręciołce, powielaczu.

Pyt. A czy jeszcze ktoś inny się tym zajmował?

Odp. Nie słyszałem, mam prawo jedynie domyślać się, że tak, ponieważ kiedy byłem u Wośka w domu, przed wyborami, pokazywał mi wtedy swoje archiwum tych „Rezo­nansów”, które robił i tam była ciągłość od momentu oficjalnego „Rezonansu” do wydań podziemnych. Jest on chyba jako jedyny, który posiada komplet „Rezonansów”, i wówczas z jego ust dowiedziałem się, że były inne „Rezonanse”. Inaczej, wiedziałem, że były inne jakieś gazetki pod tytułem „Rezonans”. I wszędzie wiadomo było, że to jest podziemne pismo. Tylko powstaje pytanie, czy robił go ten sam zespół, czy ta sama osoba. Okazało się, że robiły to różne zespoły. O jednym wiem, bo to robił Wosiek, ale jeszcze był ktoś, kto próbował to robić. To wydawanie „Rezonansu” Wośka, stało się w 1989r. podstawą do przyjęcia go do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Pyt. A jak kolportował pismo?

Odp. Nie mówił, a ja go nie pytałem.

Pyt. Może coś wiesz na temat 13 grudnia w biurach Zarządu Regionu?

Odp. Nie. Jeżeli coś wiem to raczej z opowiadań, a nie z moich osobistych przeżyć, dlatego, że 11, 12 i 13 (piątek, sobota, niedziela) planowo byłem w Poznaniu na Uniwersytecie. Stan wojenny zastał mnie w Poznaniu. Do domu wróciłem 13 w niedzielę w godzinach wieczornych, dowiedziałem się od mamy, że już była po mnie bezpieka w domu. Nie zastawszy mnie - zostawili w spokoju, bo mama powiedziała im, że ja dopiero w środę będę. Kiedy przyjechałem, wieczorem, przeszedłem ulicą Dąbrowszczaków koło Zarządu Regionu - po drugiej stronie - widziałem tam samochód milicyjny i paru facetów w cywilu, kręcących się. To było wszystko. Ale już o godzinie milicyjnej wiedziałem, a więc miałem mało czasu aby przyjść do domu, ochłonąć i jeszcze z kimś się spróbować skontaktować.

Pyt. W jakich okolicznościach ciebie internowano?

Odp. W śmiesznych okolicznościach. To rozłożone było na raty, to moje internowanie. Jest to bardzo znamienny szczegół, który prawdopodobnie trzeba będzie - to jest moje zadanie - trochę kiedyś rozwiązać tę sprawę. Otóż, jak mnie nie zastali w domu 13, zaczęli polować na mnie w pracy. Ponieważ wiedzieli, że miałem urlop, nie czekali w pracy, tylko ja przyszedłem normalnie do pracy. Zastanawiałem się co robić, uciekać, ukrywać się? Doszedłem do wniosku, że nie ma sensu, bo gdzie ja pojadę, gdzie ja pójdę - do lasu? A nie mam takiego oparcia wśród znajomych, by mnie mogli gdzieś tam przechować. To nie miało sensu, nie było potrzeby. Takie miałem wtedy zdanie. Zresztą dzisiaj chyba bym to samo zrobił. Poszedłem na 7.00 do pracy i w granicach godz. 10.00 pojechałem na Track służbowym samochodem - jakieś drobiazgi załatwiać. Byłem kierownikiem administracyjnym. Spotkałem się tam z paroma ludźmi z „Soli­dar­ności” na Tracku i okazało się, że bardzo źle trafiłem, ponieważ ludzie o których myślałem, że są w naszym związku, bo rzeczywiście byli, to podstawieni agenci SB. Ale to już odrębna historia.

Pyt. Nie wiem czy nie warto byłoby sporządzić takiej listy osób, które były w związku, a okazało się, że byli agentami?

Odp. Dla potomności można by. Z tego Tracka wróciłem po dwunastej do WZGS-u i o 13.00 miałem obiady w restauracji „Albatros” - tam cała firma jadła obiady. Zjadłem obiad, przychodzę do firmy - była chyba godz. 14.00. Potem się okazało, że ktoś zadzwo­nił na bezpiekę, że już jestem, że można po mnie przyjść. Przyszło po mnie dwóch panów i prosto z biura zabrali mnie na Komendę Wojewódzką. Rozmawiano ze mną do godz. 18.00 z małymi minutami. Rozmowa miała w miarę kulturalny przebieg. Na zasadzie: co ja robię w „Solidarności”, jak wstąpiłem itd. - ale grzecznie. Z upływem czasu rozmowa ta przestawała być grzeczna. Bić nie bito, ale pan prowadzący przesłucha­nie …

Pyt. Czy wiesz kto prowadził?

Odp. Oczywiście, że wiem. Nazywał się Bogdan Micek, młody chłopak. W trakcie przesłuchania zaczął bawić się pistoletem, wyjmował ten pistolet z szuflady, wkładał magazynek, repetował.

Pyt. W sposób klasyczny naśladował okres stalinowski.

Odp. Dokładnie. Kładł go na biurku, podnosił i tak w moją stronę: - No to co panie Pa­włowski? Będziemy rozmawiali? Drugi pan stanął za krzesłem, za mną z pałą policyjną i tak machał tą pałą. Oczywiście wszystko to miało na celu wywarcie presji psychicznej. Dzisiaj to ja bym się nie przejmował, ale wtedy, to jednak trochę inaczej się reagowało.

Pyt. Nie było wiadomo czym to się skończy.

Odp. Tak, tak.

Pyt. O co im chodziło?

Odp. Im chodziło o podpisanie współpracy. Wreszcie doszło do sytuacji takiej, że Micek powiedział: - Panie Pawłowski, to proszę podpisać nam współpracę. Pan będzie wolny, pójdzie pan do domu. Jutro pójdzie pan do pracy. Będzie pan rozmawiał z kolegami i koleżankami w pracy i proszę posłuchać co ludzie mówią na temat wprowadzenia stanu wojennego. Jakie są nastroje wśród członków „Solidarności”, potem się spotkamy i pan nam wszystko opowie. My na pana będziemy czekali. Ja mówię, że nie będę w ogóle z nimi na ten temat rozmawiał. - E, tam, panie Pawłowski, damy sobie radę, niech pan się nie martwi. Jest pan wolny! Była godzina 18.00. I na tej zasadzie wypuszczono mnie z Komendy Wojewódzkiej. Idąc do domu ul. Partyzantów widziałem, że za mną szedł „cień”. Wszedłem do domu, powiedziałem mamie co się ze mną działo w tym czasie. Coś tam wypiłem, zjadłem i poszedłem od razu do Juliana Żołnierkiewicza do Serca Jezusowego. Tam spotkałem już ferajnę, w zakrystii.

Pyt. Kogo?

Odp. Między innymi poznałem tam wtedy, po raz pierwszy, Rysia Langowskiego. Wtedy jeszcze nie wiedziałem jak on wygląda. Znałem Grażynę. Grażyna też tam była. Była Teresa Stefanowicz. Było jeszcze parę innych osób, w tej chwili już nie pamiętam ich nazwisk. Wiem, że tam był Rysiek Langowski i Grażyna. Dlaczego mówię o Ryśku? Ponieważ zanim przyszedłem do kościoła, spotkałem osobę, która mówiła mi, że takie i takie osoby są aresztowane i więzione w Iławie m.in. Andrzej Bober (wymieniono kilka osób internowanych i w tym kontekście padło nazwisko Langowskiego). Z tą wręcz rewelacyjną wiadomością dla mnie, przyleciałem do kościoła mówiąc: - Słuchajcie, przed chwilą wypuszczono mnie z Komendy Wojewódzkiej, po drodze dowiedziałem się, że są aresztowani i znajdują się w Iławie - ci, ci i Langowski - a wtedy Grażyna się uś­mie­chnęła (wówczas jeszcze było „pan, pani”) i powiedziała: Czy pan zna pana Langowskiego? - Mówię, że nie, nie znam. Nawet nie wiem jak wygląda. A ona mówi, że właśnie jej mąż stoi obok. Wtedy poznałem po raz pierwszy Ryśka - zobaczyłem chło­paka z bródka. Mówię, że moim psim obowiązkiem było powiedzieć to co wiem, że ktoś został aresztowany. Jeżeli jest to nieprawda, moje informacje nie są ścisłe. Ale co do innych osób? Co do innych osób, owszem, to jest prawda. Natomiast nie wiem kto, a może wiem i nie chcę powiedzieć kto, powiedział: - No, to żadna rewelacja, że pan wyszedł z Komendy Wojewódzkiej, bo my tu wszyscy też byliśmy na Komendzie i też nas wypuszczono … Wtedy nie przywiązywałem żadnej wagi do tej informacji. Ta informacja jak czkawka odbiła się mi po wielu latach, kiedy zaczęliśmy głośno mówić, kto, skąd pochodzi, czy ktoś nie jest przypadkiem agentem. Ci, którzy nie zechcieli podpisać współpracy, poszli do kryminału. Ci, którzy podpisali wyszli na wolność. Byli w Komendzie Wojewódzkiej, ale dlaczego ich nie zatrzymano? Nie internowano, tylko wypuszczono do domu? Nigdy w życiu nie byli internowani.

Ale co było dalej ze mną? We wtorek poszedłem normalnie do pracy, natychmiast rozmawiałem z prezesem i opowiedziałem mu o wszystkim, a on zaraz wszystko przekablował do bezpieki.

Pyt. To znaczy opowiedziałeś mu, o czym między innymi?

Odp. Co się działo ze mną w bezpiece. Jak wyglądało moje przesłuchanie. Opowiedziałem mu wszystko ze szczegółami. Cały trząsłem się jeszcze z wrażenia. Między innymi o tej propozycji, o wszystkim. Czułem się w obowiązku lojalnie uprzedzić i powiedzieć mojemu szefowi … A więc godz. 8.00, zdałem mu relację i powiedziałem: Panie prezesie, proszę o urlop. Naprawdę źle się czuję psychicznie, po tym maglu. Muszę dojść do sie­bie. On mi mówi: Dobrze, bierz manatki i idź do domu. Napisz jakąś powiastkę o urlop i nie ma sprawy.

Pyt. To był prezes?

Odp. Prezes Zarządu WZGS-u. Nacisnąłem kapelusz, coś[AP2]  tam napisałem i nie mówiąc nic nikomu, wyszedłem. Nie musiałem nikomu się tłumaczyć, gdyż jako kierownik działu, miałem obowiązek tylko mojemu przełożonemu, czyli prezesowi powiedzieć. A reszta, wychodzę, nie ma mnie. Prezes wie. W ten sposób cały wtorek biegałem po mieście, po różnych znajomych - szukałem informacji, kontaktów, pytałem co itd. Ale o godz. 13.00 musiałem pójść na obiad znowu do tej knajpy „Albatros”. Wchodzę do restauracji, a z boku z podwórka od strony Mody Polskiej, wychodzi dwóch panów: Dzień dobry panie Pawłowski, pan jest bardzo niesłowny, myśmy czekali na pana, a pan do nas nie przyszedł. Pan pozwoli z nami - Nigdzie nie pójdę! Odwracam się, po drugiej stronie była budka telefoniczna, z tej budki wychodzi facet o znajomej mi twarzy i z daleka: Nie, nie panie Pawłowski, proszę do samochodu. Ja w lewo, na Dąbrowszczaków, a tu zza rogu z Dąbrowszczaków prosto dwóch panów.

Pyt. O znajomej twarzy, czyli ten który cię przesłuchiwał?

Odp. Tak. I w ten sposób dwoma samochodami zostałem odwieziony na Komendę Wojewódzką. Tam żarty się skończyły. Nie było żadnych propozycji współpracy. Bić, nie bito. Nie słyszałem o żadnym przypadku żeby ktoś w Olsztynie na Komendzie Wojewódzkiej był pobity.

Wtedy zaczął się magiel. Magiel trwał do późnych godzin wieczornych. Wtedy się nie patyczkowano. Rzucono mi wówczas komplet „Rezonansów” na stół, pokazano mi to co pisałem, bądź mówiłem o „królikach doświadczalnyh”. Rzuconi mi na stół również potężne dwa segregatory z nazwiskiem: Pawłowski. Było to dla mnie jedno z większych zaskoczeń.

Pyt. To znaczy materiały, które według nich obciążały ciebie?

Odp. Całe moje dosje, z całego życia. Wtedy zaczęli mówić: Panie Pawłowski, teraz wreszcie poważnie zaczniemy rozmawiać. Co pan robił w 1956 roku? - Mówię: gdzie? - No, tu w Olsztynie. - W Olsztynie do szkoły chodziłem. - To my wiemy, ale co jeszcze? Jakie były pana zachowania związane z wydarzeniami poznańskimi? I mnie tu już szczęka opadła. Autentycznie. Jako żywo przypomniałem sobie wówczas rozmowę z lat pięćdziesiątych, którą miałem z ówczesnym naszym drużynowym drużyny harcerskiej po wydarzeniach poznańskich w czerwcu 1956r. i węgierskiej tragedii. On mi wówczas powiedział: - Słuchaj i uważaj, bo masz założoną teczkę w UB. Ileż ja wtedy miałem lat? do dziewiątej czy dziesiątej klasy chodziłem. Zaśmiałem się, wzruszyłem ramionami i powiedziałem: - A, to … Po paru latach jeszcze raz ktoś mi dał sygnał, że mam założoną teczkę personalną w bezpiece, że na mój temat zbierane są informacje. Miało to miejsce, kiedy kończyłem Studium Nauczycielskie. I na moje - nie wiem - szczęście lub nieszczęście, byłem jeszcze ministrantem w katedrze. Jeden z moich kolegów, z roku, wziął mnie na taką szczerą rozmowę w cztery oczy i powiedział: - Słuchaj, stary, czy ty wiesz, że możesz nie zdać egzaminów końcowych? Pytam, dlaczego? - On mówi: Wiesz, co prawda nikt mnie nie wysyłał do ciebie, ale moim ludzkim obowiązkiem czuję się zobowiązany poinformować o tym. To był członek partii i należał do egzekutywy w Studium Nauczycielskim. Za to ceniłem tego człowieka. Powiedział mi, że jestem przygotowywany na odstrzał. W Polsce Ludowej nauczyciel nie może być ministrantem, albo chodzić do kościoła. On mi mówi: Wiem, że jesteś wierzący, nie mam nic przeciwko. Powiedz tylko, czy musisz chodzić na 1000 do kościoła? Wtedy, kiedy wszyscy przychodzą? Nie możesz chodzić na 600, kiedy nikogo nie ma? Mówię mu - mogę, tylko nie rozumiem po co? - Po to, żebyś nie był widoczny przy ołtarzu, bo inaczej nie będziesz nauczycielem.

Pyt. Który to był rok?

Odp. Sześćdziesiąty. Nie przypuszczałem, w końcu egzaminy pozdawałem. Nota bene próbowała obciąć mnie moja opiekunka roku i promotor mojej pracy dyplomowej. Panie Pawłowski, pan jest nieprzygotowany W ogóle pan nic nie wie. Proszę indeks! - Prawda, że trochę się zacinałem. Geniuszem, to nie byłem. Powiedziała, przecież pan i tak z innych przedmiotów ma same „niedostateczne”. Mówię, przepraszam, a z jakich? Bo ja jeszcze o tym nie wiem. - Tak?, a to może ja się pomyliłam. Ma pan - dostateczny. Tak wyszło szydło z worka. I to mi później przypomniano 14 grudnia 1981r., do­kładnie wszystko. Mój udział w manifestacjach październikowych na pl. Świerczewskiego, pod ratuszem, na stopniach teatru Jaracza.

Pyt. W którym roku?

Odp. ‘56 rok - wydarzenia rewolucyjne na Węgrzech, te manifestacje. Mój udział w manifestacjach w akademiku Studium Nauczycielskiego. To mi wszystko bezpieka wypom­niała. - Panie Pawłowski, my o panu więcej wiemy niż pan sobie wyobraża. - I rzeczy­wiście, rzucono mi na stół życiorys, o którym zapomniałem … Rozmowa krótka - za kapotę, fruu - zleciałem na dołek. Skończyły się żarty i wylądowałem na dołku w Komendzie Wojewódzkiej. Tam spotkałem Stefana Ruchlewicza, oraz szefa „Solidar­noś­ci” z PSTBR—u. Tam pracownicy strajkowali - rozbito ich, rozwalono.

Pyt. W jaki sposób rozwalono?

Odp. Wjechały skoty. Wreszcie wprowadzono w środę następnego dnia, szefa „S” z OZOS-u  - Przewłockiego. Było nas tam 12 osób. Przewłocki opowiadał nam co się stało w OZOS-ie, ale to wiem już tylko z jego relacji i dziś dokładnie nie pamiętam, a nie chciałbym coś pokręcić, w każdym razie tam nie było ciekawie i łatwo. Mówił też coś o Grażynie Langowskiej, o jej roli w pisaniu ulotek. Gdy rozbito strajk, podobno wszyscy mieli wyjść do domów spokojnie, jeżeli się poddadzą, nie będzie żadnych represji, a tymczasem gdy chłopcy wyszli na zewnątrz, to od razu wzięli ich za łeb i do suki.

Później skuto mnie kajdankami ze Stefanem Ruchlewiczem i wywieziono do Iławy. I jeszcze parę osób. Ale kogo, nie pamiętam, bo nie utrwaliłem sobie w pamięci nazwisk. Nie zabrano do Iławy ani Przewłockiego z OZOS, ani tego z PSTBR-u. Aresztowano ich i wytoczono procesy sądowe. Ten z PSTBRU-u, wyjechał później do Stanów Zjednoczonych i w roku 1989 pojawił się u nas w Zarządzie Regionu na Dąbrowszczaków na III piętrze. Ledwo go poznałem, przyjechał na urlop.

Chcę powiedzieć - dlaczego mnie internowano? A mogli puścić do domu. Puściliby, gdybym się zgodził na współpracę, gdybym zaczął mówić. Złapał bym za niteczkę, za którą oni by pociągali. Nawet gdybym jakąś minimalną informację im przekazał: o nastrojach, o czym koleżanki i koledzy rozmawiają w pracy i następnego dnia powiedziano by: proszę pana to proszę nam jeszcze coś powiedzieć. I wchodził bym tak coraz głębiej i głębiej.

Pyt. Czy chcesz powiedzieć, że każdy który był w poniedziałek …?

Odp. Chcę powiedzieć, że każdy kto był w poniedziałek na przesłuchaniu w Komendzie Wojewódzkiej i został wypuszczony i nigdy nie został aresztowany, ani internowany, na pewno podpisał … Nie chcę przez to powiedzieć, że dzisiaj potępiam tych ludzi, nie. Bo nie każdy, kto podpisał zobowiązanie do współpracy, dalej z tymi ludźmi współpra­cował, że stał się gorącym zwolennikiem. Nie, ale to mówię na marginesie ostatnio to­czącej się dyskusji, kto jest winien, kto jest tajnym współpracownikiem. Bo to wcale nie jest takie proste i wcale nie takie łatwe.

Pyt. Stan wojenny to szczególny okres. Ten kto w 1980 czy 1981r. był agentem, to już jest inna waga.

Odp. Rzucamy oskarżenia, że ten był współpracownikiem, ten pracował, ten donosił, ten podpisał lojalkę taką czy inną. Jak nas zamknięto w Iławie, wszyscy jak jeden mąż w różnych okresach tylko, byliśmy wzywani na rozmowy. Przyjeżdżali oficerowie z bezpieki do Iławy i przeprowadzali z nami rozmowy. Każda z tych rozmów musiała zakoń­czyć się albo propozycją współpracy, albo podpisaniem tzw. lojalki. To nie jest równoznaczne ze współpracą. Chodzi o to, że będziesz lojalny, nie będziesz brał udziału i wte­dy możesz wyjść natychmiast do domu. Nie okazało się to prawdą, że się natychmiast wychodziło, natomiast prawdą było, że wielu, wielu kolegów, którzy siedzieli w Iławie podpisywało taką lojalkę, że będą lojalni wobec władz stanu wojennego.

Pyt. Czy to było tajemnicą, czy też mówiono na ten temat?

Odp. Nie, to nie było tajemnicą. Niektórzy przyznawali się: bili w piersi i mówili: ja podpisałem, trudno … Dokładnie 9 stycznia, kiedy po raz pierwszy przybył do nas ks. ś.p. biskup Obłąk - pomijając wszystkie inne sytuacje z tym związane - przyjechali z nim księża, którzy spowiadali. Za tydzień, w niedzielę przyjechał ponownie biskup Obłąk. Nie pamiętam w tej chwili czy było to po tygodniu czy po dwóch, w każdym razie pamiętam homilię - kazanie bpa Obłąka, w takiej małej świetlicy. Prawie wszyscy byliśmy, wierzący i niewierzący. Bp Obłąk poruszył sprawę podpisywanych lojalek, róż­nych zobowiązań podpisywanych przez członków „Solidarności” w bezpiece. Pamiętam, powiedział, że: My nie mamy się czym martwić, nie mamy się czym przejmować, jeżeli ktokolwiek z was, cokolwiek podpisał, jakikolwiek dokument, to wobec ludzi i Pana Boga, jest rozgrzeszony. Dlatego, że dokonał tego w sytuacji ekstremalnej, w sytuacji przymusu. To się nie liczy, mimo, że jest to zobowiązanie na piśmie. Jest to pewnego rodzaju przysięga złożona na piśmie - tego rodzaju zobowiązanie, ani przysięga, nie jest ważna, bo złożone pod przymusem. Jeżeli ktoś kogoś na siłę doprowadzi do ołtarza i zmusi do małżeństwa, to ta osoba otrzyma rozwód, choć kościół katolicki rozwodów nie uznaje. Pamiętam, że po tym kazaniu bpa Obłąka wśród nas nastąpiło takie pewne rozluźnienie psychiczne, takie wewnętrzne samouspokojenie, zadowolenie. Nie chcę przez to mówić, że każdy z nas podpisywał - to nie o to mi chodzi. Chodzi o to, że poczuliśmy się bardziej zbudowani. Moralnie podbudowani, że jeżeli ktokolwiek z nas cokolwiek złego zrobił, w swoim wewnętrznym odczuciu wobec kolegów, wobec spo­łeczeństwa, moralnie czuje się rozgrzeszony.

Pyt. Bardzo mądre to było.

Odp. Dlatego jeżeli ktoś mówi mi dzisiaj o jakichkolwiek lojalkach, to nie chcę rozmawiać na ten temat. Jeżeli warunkiem, że znajduje się dokument, podpisane zobowiązanie z je­go charakterem pisma i podpisem, ma to być równoznaczne ze współpracą, przepraszam, nie takie dokumenty widziałem na podstawie których ludzi wypuszczano na wolność. Tak, nie o to chodzi. Uważam, że jest to bardzo istotny moment w całej tej sprawie. I jeszcze jedna sprawa, z którą osobiście nie mogę się pogodzić. Pewnego razu, było to po pobiciu naszych kolegów w Iławie, założyliśmy głodówkę.

Pyt. A kiedy to pobicie było?

Odp. Luty - marzec. Chyba to był marzec. Pisaliśmy oświadczenia, wyrzucaliśmy to przez zakratowane okna. Wielu z nas składało pod tym swoje podpisy.

Pyt. Jakie rozmiary miało to zajście, to pobicie?

Odp. Tylko 4 osoby były pobite. Czterech młodych ludzi z Gdańska. Nie mam zamiaru bronić służby więziennej, chcę tylko dla świętego spokoju, dla samouspokojenia powiedzieć, że było częściowo winą tych chłopców. Oni rozrabiali. Zachodzi natomiast pytanie, czy ich zachowanie usprawiedliwiło tego typu reakcję. Bo jeżeli ktoś siedzi w kryminale zamknięty nie wiadomo za co i po co, to ma prawo do obrony. I wtedy jego zachowanie jest usprawiedliwione, nawet jeżeli on będzie szyby wybijał. Ci młodzi ludzie trochę narozrabiali. W tym sensie rozrabiali, że głośno krzyczeli, wymyślali tym strażnikom, stołkami walili w drzwi. Na litość boską, ale tego typu zachowania mają więźniowie prawie na co dzień i nikt nie robi z tego problemu. A ten problem zrobiono w stosunku do nas. I to jest naganne. Tutaj służba więzienna była sprowokowana - nie ulega to dla mnie żadnej wątpliwości. Tylko nie powinna tak reagować jak zareagowała. Sąsiednie cele, zanim doszło do pobicia, też robiły dokładnie prawie to samo. Zaczęliśmy łomotać stołkami w drzwi. Wykrzykiwać, no i zleciała się cała watacha tych chłopaków w chełmach, z tarczami i pałami, zaczęli tłuc po drzwiach, dając nam do zrozumienia co nas może czekać. No i nie powiem, wielu się uspokoiło momentalnie i to dobrze. Ale uspokoili się starsi wiekiem. Po prostu z uwagi na pewne doświadczenia życiowe, że można się nabawić guza. Natomiast młodzi ludzie, potraktowali to tak przy­jemnościowo i dla checy. Otworzono drzwi do celi, weszli do środka i tam ich dopiero zmasakrowano. To było naganne.

Pyt. Mówiąc delikatnie.

Odp. Mówiąc delikatnie, bo tych chłopców później odseparowano. Nie na dłużej ale na parę dni. Spotkaliśmy się później w łaźni, obowiązkowo raz w tygodniu, jak się chłopcy rozebrali, to nie wiedziałem, czy mam przed sobą murzyna, czy kolegę z sąsiedniej celi. Działo się to przez ścianę mojej celi.

Pyt. Kto to był?

Odp. Jeden z nich nosił nazwisko - Pawłowski z Gdańska, nie pamiętam w tej chwili nazwisk.

Pyt. I tylko z tej celi, ta czwórka?

Odp. Tylko z tej celi, ta cała czwórka. Pozostali nie byli pobici. Zaprotestowaliśmy przeciwko takiemu zachowaniu się służby więziennej. Głodówka. Głodówka trwała jeden dzień. Następnego dnia natychmiast zjawił się u nas bp Obłąk. Był to dzień powszedni. Msza i o wiele dłuższe niż zwykle kazanie. To było kazanie z takim lekkim pogroże­niem palcem. Obłąk mówił o przykazaniu: nie zabijaj! Mówił, że głodowanie, głodów­ka jest to targnięcie się na swoje własne zdrowie, w konsekwencji na życie, a więc prze­kroczenie przykazania. To było bardzo przekonywujące dla nas kazanie. Myśmy po tym kazaniu zaprzestali głodówki. Rozeszliśmy się do cel i oświadczyliśmy, że kończymy głodówkę. Następny posiłek jedliśmy już normalnie. Nie była to wielka głodówka - jed­nodniowa. Nie chodziło tu o nasze zdrowie tylko o pewien symbol, solidarność. Czym by się to dalej zakończyło, nie wiem, nie chcę snuć żadnych przypuszczeń. natomiast w tym kontekście, tamtych wywarzeń, głodówki, nie mogę sobie dziś wyobrazić - a niestety takie wypadki miały miejsce - że niektórzy hierarchowie kościelni, dziś nie reagu­ją na fakt głodówek - różnych więźniów, nie reagują. Dla mnie to jest szok. Dopiero niedawno, chyba wczoraj, słyszałem, że ks. Prymas zaapelował do pana Dobrzyńskiego z PC, żeby zaprzestał głodówki. Po tylu dniach głodówki - to jest dla mnie szok. Ks. Prymas powinien zająć stanowisko natychmiast, następnego dnia. Tak jak to zrobił w stosunku do nas ks. bp Obłąk.

Pyt. Widać, że postać bp Obłąka rysuje się tu bardzo pozytywnie.

Odp. Od samego początku.

Pyt. Był podobno pierwszym biskupem w kraju, który zjawił się w więzieniu w stanie wojennym?

Odp. Tak, ten który wszedł do środka. Chcę powiedzieć, że z tego co nam ks. biskup na pierwszym spotkaniu - dokładnie to było 9 stycznia, pamiętam - opowiadał. To była opowieść, ale ubrana w formę homilii. Mówił, że z chwilą kiedy dowiedział się o tym, że działacze związkowi siedzą w Iławie, chodził wokół murów więzienia i modlił się i szu­kał dojścia do nas, żeby z nami się skontaktować. Nie otrzymywał zezwolenia - on biskup, on ordynariusz. Wreszcie mógł wejść do więzienia w Iławie, razem z księdzem dziekanem Antonim Gelertem z Iławy, którego przedstawił nam jako naszego kapelana. I tylko on miał prawo nas spowiadać - nikt inny. Żadna inna osoba, która by tu weszła w sutannie, to proszę do niej nie mieć zaufania - to były słowa bpa Obłąka. Opowiadał, że chodząc wokół murów więzienia modlił się, żeby móc do nas wejść i z nami rozma­wiać. No i później dziękowaliśmy Bogu, że jego modlitwy zostały wysłuchane. W prze­dedniu, w sobotę, widzieliśmy na dziedzińcu kryminału nadzwyczajne porządki. Sprzą­tanie, szorowanie, zmywanie, a w niedzielę klawisze w białych koszulach. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, co to ma oznaczać, ale był to sygnał, że coś się szykuje - tylko co? Jaruzelski przyjechał? Chyba nie, więc co? Jak zobaczyliśmy swego biskupa, nie chcia­ło nam się wierzyć. Wielu z nas płakało. Nie można się było tego wstydzić, ale od tego dnia byliśmy spokojni. Wiedzieliśmy, że nam się nic złego stać nie może. Jeżeli weszła na teren więzienia po raz pierwszy w komunistycznych czasach, władza kościelna, kościół ze swoimi przedstawicielami, to ta informacja pójdzie w świat, że o nas ludzie i świat będą wiedzieli. Nie chodziło nam o to czy Kozłowski, czy Kwiatkowski, czy Pa­w­łowski, ale jest tyle osób. Wtedy biskup otrzymał od nas wykaz wszystkich osób osadzonych w Iławie. Co prawda biskup był w stosunku do władz więziennych bardzo lojalny. Uprzedził nas, że on nie będzie od nas brał żadnych przesyłek, żadnych liścików, bo mówił: władze więzienne prosiły mnie o to. Ja im obiecałem i muszę być lojalny. Mój strój mnie do tego zobowiązuje. Natomiast nie powiedział tego o swoich towarzy­szących mu kapłanach, a oni doskonale wykorzystali swoje szerokie, potężne i przepas­tne sutanny i powynosili tam różne dziwne rzeczy. Bardzo dziwne. Od tego momentu byliśmy spokojni, bo do 9 stycznia nie byliśmy pewni dnia ani godziny. Co się z na­mi miało stać? I nie miało większego znaczenia, że przed Bożym Narodzeniem na wolność zostało wypuszczonych paru naszych kolegów, w tym m.in. Wojtek Ciesielski. Później w Gazecie Olsztyńskiej można było przeczytać - specjalnie dostaliśmy gazetę do przeczytania - że za dobre sprawowanie wypuszczono naukowca z WSP, rolnika jakiegoś tam, jeszcze kogoś … Taki przekrój społeczny zrobiono - cztery osoby, pamiętam jak dziś. I to że Wojtek trafił później znowu do nas, ale to było już po wizycie bp Obłąka. Co było w międzyczasie z Wojtkiem nie wiedzieliśmy, bo tego typu informacje do nas nie docierały, przecież żadnych wizyt rodzin w tym czasie nie było. Dopiero z chwilą przyjazdu biskupa, po mszy św. od razu były wizyty.

Pyt. Wspomniałeś o Bożym Narodzeniu, czy pamiętasz w jaki sposób to święto było ucz­czone przez was? Jak je przeżyliście?

Odp. Trudno było mówić o uczczeniu. O tym jak przeżyliśmy, możemy długo rozmawiać. Pamiętam, że w tym zespole, a było nas ośmiu w celi …

Pyt. Kto?

Odp. Dwóch z Ostrołęki, jeden nazywał się Melon - starszy mężczyzna. Drugi - nie pamiętam jego nazwiska- w tej chwili jest wojewodą w Ostrołęce, prawnik z wykształcenia. Jego bardzo szybko zwolniono - w styczniu poszedł do domu, na wniosek PAX-u został zwolniony. Dwóch chłopców ze Szczytna, ja i jeszcze ktoś, nie pamiętam. Acha, Stefan Ruchlewicz.. Przypominając sobie tę wigilię. Otóż nie jest dzisiaj czas na wspomnienie wigilii, ale był to bardzo smutny dzień. Tak jak wigilia raczej bywa takim dniem reflek­sji, zadumy, to tamten dzień był wyjątkowy. Pamiętam, że ktoś z nas próbował zanucić jakąś kolędę. Nie mieliśmy sił śpiewać. Coś tu, w gardle wiązało. Zamruczeliśmy sobie coś tam pod nosem i na tym się skończyło. Posiłek zwykły - tak jak każda kolacja - czar­na kawa, chyba margaryna była, chleb biały, nie pamiętam co było jeszcze, ale taki zwykły typowo więzienny posiłek. Wieczorem, udało się nam zdobyć maciupeńką okruszynę opłatka. To była rzeczywiście okruszyna. Dostał ją jeden z kolegów, mieszkaniec Iławy, któremu rodzina poprzez klawisza podrzuciła. . I on się z nami podzielił na spacerniaku w ciągu dnia. To był nasz opłatek. Była to odrobina, szczypta, ale była. To było wszystko. Nastrój - o nastroju to można mówić zimą przed Bożym Narodzeniem. Dzisiaj to nie jest czas na to.

Pyt. Jak długo siedziałeś?

Odp. Do połowy sierpnia. Później byłem na tzw. przepustce - będąc internowanym. Mo­głem się poruszać po kraju bez opieki. To mam w dokumentach. Miałem być zwolniony pierwszego września, byłem pod koniec sierpnia wezwany na rozmowę z Komendantem Wojewódzkim MO w Olsztynie i on obiecał mi, że muszę jeszcze niestety wró­cić do miejsca mojego ostatniego  pobytu - a ja byłem w Łupkowie w Bieszczadach, ale taka już podobno procedura administracyjna. Tam miałem odebrać dokumenty i spokojnie wrócić do domu. Ponieważ Łupków został rozwiązany, jako obóz internowania, wszyscy koledzy nasi z Lupkowa zostali umieszczeni w Załężu koło Rzeszowa. W tej samej sytuacji co ja był Stefan Śnieżko. Obydwaj mieliśmy wrócić 1 września do Załę­ża. Ja się na 1 dzień zatrzymałem w W-wie, dokładnie 30 sierpnia. Tam w Warszawie akurat była ta słynna zadyma, trochę przyznam się, bałem poruszać po W-wie bo wiedziałem co nade mną wisi. Byłem ciągle internowany. Wszedłem do pociągu i pojecha­łem do - Rzeszowa - Załęża. Tu umówiony byłem ze Stefanem Śnieżko. Z tym, że Stefan miał jechać na dalszą odsiadkę, a ja miałem odebrać tylko dokumenty i tego samego dnia wracać do domu. Stefan mówił wówczas: - Słuchaj, jak wyjdziesz, załatwisz sprawę, to czekaj na mnie przed kryminałem, to pogadamy sobie i powiesz co tam w środku jest. Wszedłem do środka - głupie wrażenie. Przychodzisz do kryminału, pukasz i mówisz: - Proszę pana, ja przychodzę do kryminału. Przyjął mnie jakiś oficer i pyta: - Czego? - Odpowiadam, że przyjechałem po dokumenty. - Jakie dokumenty? - Zwolnienia. - Ja ci dam zwolnienie. - Za krawat i do celi. I tak znalazłem się ponownie w celi więzienia w Załężu. Tam były już inne warunki. Wybrałem sobie celę, bo można było. Wszystko zdemolowane, dokładnie. Wtedy dowiedziałem się, że w Załężu parę dni temu był bunt internowanych. O czym było głośno w Polsce. Zdemolowano prawie cały kryminał.

Pewnego dnia, wiosną w Iławie 1982r., bez zapowiedzi, lub czegokolwiek co mogłoby wskazywać na jakąkolwiek, czyjąkolwiek wizytę; to musiał być jeszcze marzec, bo w kwietniu trochę „luźniej” było, drzwi od celi otwierają się i w drzwiach widzimy księdza. Wówczas w celi byłem z Józkiem Lubienieckim. Pamiętam dokładnie, choć nie poznałem owego księdza, Józek poznał natychmiast: O, ksiądz Tischner! Rzeczywiście był to ksiądz profesor Tischner. Przyjechał nas odwiedzić! Z każdym zamienił parę zdań pytał o nazwisko, imię, rodziny, kto skąd pochodzi, jak się czuje. I wtedy raz jeszcze powtórzył dokładnie to samo, o czym mówił biskup Obłąk w trakcie kazań: Kochani, nie martwcie się, jeżeli ktokolwiek z was, cokolwiek podpisał, zrobiliście to pod przymusem (mówił to w obecności klawiszy), a w ogóle moi kochani, jak wyjdziecie na wolność, będziecie chodzili w aureoli świętości. Tylko uważajcie, bo może wam ktoś tę aureolę szybko z głowy strącić. Taka była kwintesencja jego wypowiedzi. Drzwi się zamknęły i poszedł do następnej celi. Tę wizytę ks. Tischnera bardzo dokładnie pamiętam. Ilekroć ktokolwiek mówi na temat świętości „Solidarności”, to przychodzi mi na myśl wizyta księdza Tischnera i słowa które mówił: Jak wyjdziecie na wolność, będziecie chodzili w aureoli świętości, tylko uważajcie, bo ktoś ją może wam strącić. I wtedy nie macie już czego szukać.

Pyt. Mówiłeś o Józku. Jak on długo siedział?

Odp. Józek siedział tak samo długo jak ja. Nie, on wyszedł po 22 lipca. Byliśmy razem w Łupkowie: Józek Lubieniecki, Stefan Śnieżko i ja - z olsztyńskiego.

Pyt. A od kiedy byliście w Łupkowie? Jaka była wasza droga?

Odp. Iława, później Kielce - Piaski (koniec czerwca). Większość kolegów została wywieziona do Kwidzyna, natomiast 18 osób z Iławy przewieziono do Kielc. To było tak: Ko­ledzy z Małopolski - wszyscy, którzy siedzieli w Iławie, cały Kraków, koledzy z El­blą­ga, nas trzech z Olsztyna: Józek Lubieniecki, Stefan Śnieżko i ja, nie licząc naszego ko­legi matematyka z WSP - Rusieckiego Alka, bo też był, ale ja raczej zaliczam go do warszawiaków niż olsztyniaków. Antek Macierewicz też był w tej osiemnastce, Tadek Syryjczyk (mieszkaniec Krakowa). Wylądowaliśmy w Kielcach. Nie pamiętam dokład­nie, może po dwóch tygodniach, wywieziono nas z Kielc do Łupkowa w Bieszczadach, przez więzienie w Tarnowie. Po 22 lipca, na święto narodowe, Jaruzelski zaczął wypu­sz­czać - masowo. Rzeczywiście była to masówka. Codziennie po kilkanaście, kilkadziesiąt osób wychodziło do domu. Pamiętam, że Józek Lubieniecki został wypuszczony kilka dni po 22 lipca, podszedł do mnie i uścisnęliśmy się. Płakał ze szczęścia, mówił: chłopcy, jutro, pojutrze na pewno wy również wyjdziecie, przykro mi, że ja wycho­dzę, a wy musicie jeszcze zostać. Tak się zakończył nasz pobyt w Łupkowie. Do­kładnie kilka dni później zostałem wezwany - dano mi urlop. Następnego dnia Stefan Snieżko też dostał urlop.

P.S. Andrzej Pawłowski

Po przeczytaniu tego tekstu, nie wyrażam zgody na jego  publikowanie, w całości bądź we fragmentach, bez mojej wcześniejszej zgody i korektach. Wynika to z mojej niepełnej wiedzy, gdy udzielałem wywiadu, o omawianych sprawach, bądź osobach wspominanych w w/w tekście. Nie chcę w tej chwili wdawać się wszczegóły. Dotyczy to szczególnie mo­jej oceny działań pewnych osób. W miarę upływu czasu niektóre sformułowania uległy sprostowaniu. Tak dzieje się zawsze w ocenach. W miarę upływu czasu, muszą być prostowane

Olsztyn 08.07.2000r.

 

Gdzie jest ten numer NIE?

W temacie Bachmury, mogę wiele wyjasnic, (wiele wyniknelo już z naszych prywatnych rozmow), ale tylko jego losów po 89 roku, w kontekście sklepu, a potem naszej spółki, a potem zrezygnowania lokalu i długów, a także niepłacenia pracownikom, którzy dochodzą racji przed sadem.

To napisz do cholery, czy dzisiaj uważasz już Bachmure za przewodniczacego TZR i godnego kandydata na prezydenta miasta? J

Michał

 

 

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Rozmowa z Bogusławem Owocem

W dniu 26 maja 1993 roku

 

 

Pyt. Czy przed stanem wojennym był pan związany z „Solidarnością”?

Odp. W 1981 roku podjąłem pracę, gdyż w 1980 roku byłem w wojsku. Gdy powstawała „Solidar­ność”, ja byłem w wojsku w szkole oficerów rezerwy. Tam mieliśmy spotkania wyjaśniające – ja byłem na praktyce półrocznej. Funkcjonowałem jako kadra, mieliśmy odprawy i od tamtej strony w 1980 roku to poznałem.
Po wyjściu z wojska podjąłem pracę w 1981 roku i byłem szeregowym członkiem „Solidarności”. Uczestniczyłem w spotkaniach w MPK w 1981 roku w listopadzie (chyba w 1980r. – A.P.), lecz nie byłem zbyt aktywnym członkiem, gdyż wynikało to z charakteru pracy, która polegała na tym, że jeździłem na budowy kilkadziesiąt kilometrów za Olsztyn – wracałem późno.

Pyt. Gdzie pan był zatrudniony?

Odp. W PBRol-u.

Pyt. Pewne doświadczenia i to przykre miał pan w stanie wojennym?

Odp. Jeżeli chodzi o sam stan wojenny to nie. Nie licząc incydentu w dniu 14 grudnia pod OZOS-em, gdzie zostałem pobity przez milicję. To też chyba na zasadzie przypadku to się stało. Po prostu pojechaliśmy z kolegą zobaczyć co się dzieje pod OZOS-em, no i wezwał nas funkcjonariusz – podeszliśmy. Pierwsze pytanie: Gdzie idziecie, tacy i owacy – na s … słowo. Ja mówię, że idziemy do domu ponieważ mieszkałem u mamy na ul. Pana Tadeusza, wtedy on zażądał dowodu osobistego. Kiedy sięgnąłem do kieszeni płaszcza po dowód, zostałem uderzony pięścią w twarz i później od razu pałką w twarz. Podleciało od razu do mnie trzech milicjantów – uderzenie w kończyny, w kolana, żeby nogi zwiędły, żebym się przewrócił, ale jakoś uciekłem (uprawiałem w tym czasie sport wyczynowy i to mi pomogło). Gonili mnie chyba z 15 metrów. Natomiast kolegę zostawili całkowicie spokojnie.

Pyt. Czy przed OZOS-em były jeszcze podobne incydenty?

Odp. Nie widziałem. To się wydarzyło w momencie, kiedy wysiadłem z autobusu i była taka przestrzeń między tłumem ZOMO, a ludźmi i ja byłem w tej przestrzeni. Chyba zadziałał. Chyba zadziałał taki mechanizm – zaczepiano ludzi młodych, a ja wówczas miałem 26 lat. Pierwsze reakcje były takie, bo akurat krew mi leciała z dziąsła. Pierwszy odruch taki młodzieńczy – chciałem chwycić kamień, a tu jedna pani powiedziała: szkoda waszego zdrowia chłopcy, ono się jeszcze przyda w przyszłości.

Pyt. To był początek stanu wojennego.

Odp. Tak, kiedy 14 grudnia przyszedłem do pracy, to wszystko przebiegało normalnie. Miałem pojechać na budowę, pojechałem. Potem robiłem to co uważałem, że każdy człowiek porządny powinien robić, to znaczy kolportowałem, jeżeli mi wpadła w ręce prasa drugiego obiegu, uczestniczyłem w marszach, tych organizowanych na Starym Mieście w czasie emisji dziennika telewizyjnego, no i te wszystko – noszenie opornika. Robiłem to co normalny człowiek mógł robić. Nie miałem kontaktu ze strukturami podziemnymi „Solidarności” w Olsztynie. Tak z perspektywy czasu, wydaje mi się, że było bardzo hermetyczne środowisko. Bardzo ciężko było się tam dostać, jeżeli ktoś miał chęć działania. Oddawało się swoje kartki na papierosy internowanym.

Pyt. Wspomniał pan o kolportażu?

Pyt. To był sporadyczny kolportaż.

Pyt. Pan był aresztowany?

Odp. Ale już nie był to stan wojenny. 1985 rok. Wydaje się, że to z pozoru był przypadek, a właściwie myślę, że nie. Moje aresztowanie odbyło się bowiem w dniu moich 30 urodzin. Dzień wcześniej rozmawiałem w pracy z obecnym posłem Mariuszem Wesołowskim – razem pracowaliśmy. Ja już wtedy pracowałem w Zespole Szkół Budowlanych – w warsztatach szkolnych. On był z-cą kierownika warsztatów, a ja byłem kierownikiem budowy. Prowadziłem budowę, na której pracowali uczniowie odbywający praktyki. No i w przeddzień tych moich urodzin on powiedział, że musisz się zdecydować do 30 roku życia, co będziesz w życiu robił. I pamiętam, 30 września poszedłem do kościoła, przystąpiłem do komunii św. I zacząłem się zastanawiać, co ja będę w tym życiu  dokładnie robił. Bo przed trzydziestką człowiek jeszcze nie myśli perspektywicznie, poważnie, co go czeka w przyszłości. I rzeczywiście miałem te 30 lat skończyć, no i 1 października w dniu moich urodzin zostałem zatrzymany przez Służbę Bezpieczeństwa, za rozprowadzanie nielegalnych wydawnictw, dążących do wywołania niepokojów społecznych i rozruchów. Odbyło się to też w przypadkowy z pozoru sposób gdyż jak mówiłem miałem co jakiś czas dostęp do literatury II obiegu.
Od 1983 roku miałem już częsty dostęp i w tym czasie mieszkaliśmy w Galinach. Znaczy ja dojeżdżałem na sobotę i niedzielę – za rok mieliśmy dostać mieszkanie w Olsztynie, żona tam podjęła pracę, kiedy ja poszedłem do wojska no i tam był taki człowiek, któremu ja dostarczałem tę literaturę. Galiny są między Bisztynkiem, a Bartoszycami. To był człowiek, który co jakiś czas nadużywał alkoholu. No i przy jakiejś utracie kontroli nad sobą, rozpowiadał jakie to on ma kontakty z Olsztynem, że on może mieć bibułę itd. no i był od dłuższego czasu namierzany. Po prostu chwycili go w momencie kiedy odbijał pojedyncze egzemplarze „Tygodnika Mazowsze”, ni i zatrzymano jego, zatrzymano inną osobę – pana, który udostępnił mu kserokopiarkę. W każdym razie zostali zatrzymani na gorącym uczynku przez SB.

Pyt. A nazwiska tych zatrzymanych?

Odp. Sławek Sokołowski – ten który ode mnie otrzymywał wydawnictwa, natomiast nazwiska drugiego pana nie pamiętam, ale mam dokumenty … Sławek był z Galin, natomiast ten drugi pan z Barto­szyc. Sławek pracował w Bartoszycach i w zakładzie bartoszyckim odbijali te numery – dokładnie to były 23 numery pojedynczego „Tygodnika Mazowsze”. Zostali zatrzymani i pytanie: od kogo? – No i padło moje nazwisko i to wystarczyło do tego, żeby mnie zatrzymać. Oczywiście rewizja w domu w Olsztynie (bo już wtedy mieszkaliśmy w Olsztynie). To był pierwszy rok kiedy mieszkaliśmy w Olsztynie, właściwie drugi … Sławek przez dwa lata od 1983 otrzymywał te wydawnictwa. Zatrzy­mano mnie w pracy, rewizja w zakładzie pracy, później rewizja w domu – pojedyncze egzemplarze. No już cała ideologia do tego dorobiona jest. To był 1985 rok 1 października. Trzeba było usprawie­d­liwić istnienie takiego ogromnego aparatu Służby Bezpieczeństwa – nie było więźniów politycznych w olsztyńskim, więc trzeba było to zrobić i nakaz prokuratora o tymczasowym aresztowaniu, ze względu na wagę popełnionego przestępstwa. Później akt oskarżenia skierowano do sądu no i rozprawa. Rozprawa w Bartoszycach już po 4 miesiącach śledztwa, przeniesiono nas z Olsztyna do aresztu w Bartoszycach. Rozprawa była 11 lutego 1986 roku. W tym czasie była także ustawa – tzw. Akt humanitarny, z którym niby wystąpił p. Dobraczyński jako szef PRON-u do Rady Państwa i tutaj tych niektórych przestępców skazanych za te czyny nie kryminalne – okazać im akt łaski. Mieliśmy gdzieś wyjść wszyscy w połowie listopada, ale w tym czasie zamordowano Marcina Antonowicza i po tym nas przetrzymano. Widocznie niezły wycisk dostała olsztyńska prokuratura i milicja za to wszystko – za taką manifestację podczas pogrzebu. Stąd zaostrzenie represji.

Pyt. Dlaczego przetrzymano was dłużej?

Odp. Doprowadzono nas normalnie do procesu.

Pyt. Kto był oskarżycielem? Sędzią?

Odp. Oskarżycielem był prokurator Musiałek. Było moje zdziwienie kiedy już po 1989 roku on był rzecznikiem prasowym prokuratury wojewódzkiej. Nie wiem jaką funkcję on w tej chwili pełni, ale jest na pewno prokuratorem.
Sędzią była pani Krawczyk z Bartoszyc. W pewnym momencie ja się stałem głównym oskarżonym, mimo że funkcjonowałem jako ten trzeci. Byłem głównym motorem w wystąpieniu oskarżycielskim, prokuratora Musiałka.
Wiadomo: kolportaż – Gdańsk, wyjazdy – Warszawa. Ciągłość przestępstwa. No i wyrok był taki, że uznano stopień działalności na szkodę państwa. Skazano mnie na półtora roku więzienia, ale biorąc pod uwagę sytuację polityczną, ten wyrok zawieszono na 4 lata.

Pyt. Dowodem były tylko te numery „Tygodnika Mazowsze”?

Odp. Myślę, że tu jeszcze dowodem mogły być moje notatki – zapisywałem jakie książki wypożyczyłem komu. Śledztwo prowadzono do połowy grudnia, potem do domu bo święta, no i później już normalnie na rozprawę.

Pyt. Jak pan wyszedł z więzienia?

Odp. Jak wyszedłem z więzienia, czyli się uwiarygodniłem jakby, więc nawiązano ze mną kontakt i powoli zacząłem wchodzić w strukturę podziemną „Solidarności”. Było to o tyle dziwne, że nikt mnie dokładnie nie sprawdzał. Wystarczyło, że siedziałem w więzieniu. A przecież mogli kogoś wsadzić celowo po to żeby … chociaż moim zdaniem – później z doświadczenia wiem, że popełnio­no takie błędy organizacyjne, że jestem przekonany, że to środowisko było dokładnie infiltrowane przez Służbę Bezpieczeństwa. Zresztą jak wszędzie w kraju.

Pyt. Czy coś robiliście w strukturach podziemnych? Na pewno kolportaż?

Odp. Na początku funkcjonowałem jako odbieracz. Natomiast po jakimś czasie już przejąłem kolportaż między Warszawą, a Olsztynem. Zajmowałem się kolportażem do kwietnia 989 roku. Od 1987 roku do 1989 – do momentu zarejestrowania „Solidarności”.

Pyt. W Warszawie skąd pan odbierał?

Odp. Z jednego punktu podanego przez struktury olsztyńskie. W samym Olsztynie najpierw dostarcza­łem do pani Heleny Cynalewskiej, a później do państwa Dunajew. Prasy to było około 200 egzemplarzy: Tygodnik Mazowsze, KOS, PWA, Wiadomości. No i książki.

Pyt. Pan niejednokrotnie mówił, że początkowo patrzył pan na ten nurt opozycyjny, jako na ruch jednorodny. Później zaczął pan krytycznie przyglądać się temu wszystkiemu. Zaczął pan rozróżniać pewne opcje, kiedy to nastąpiło?

Odp. To znaczy pierwszy taki punkt zwrotny nastąpił wtedy, kiedy pani mecenas, która prowadziła moją sprawę, wyjechała na wakacje i ja nie wiedziałem czy będzie na rozprawie rewizyjnej. I na rozprawie rewizyjnej miałem adwokata z Warszawy pana Andrzeja Zaleskiego. Później chyba musiałem mu wpaść w oko, gdyż już po sprawie, przeprowadziliśmy rozmowę, w której zadał mi, pamiętam, pierwsze pytanie: – jaki jest układ polityczny w Olsztynie. Ja nie wiedziałem o co chodzi w pierwszej chwili. Jak to, układ polityczny – komuna i my. Późniejszy czas pokazał zasadność tego pytania.

Pyt. A kto pana wcześniej bronił?

Odp. Pani mec. Mirosława Pietkiewicz. Podczas głównej rozprawy ona mnie broniła i mam wiele uznania dla pani mecenas.

Pyt. Rozprawa rewizyjna gdzie była?

Odp. W Olsztynie.

Pyt. Czy już wtedy pan związał się z jakąś konkretną opcją?

Odp. Wtedy jeszcze nie. Z konkretną opcją związałem się w 1987 roku, to jest z Polką Partią Niepodległościową. Była ona określana jako najbardziej radykalny, antykomunistyczny kierunek, gdzie w swoim programie politycznym, jako wartość naczelną, postawiono odzyskanie niepodległości przez Polskę i urabiano jej opinię awanturników, podżegaczy, ludzi nawiedzonych. I w związku z tym, że bardzo zależało służbom bezpieczeństwa na rozpracowaniu tego ugrupowania, funkcjonowało ono w bardzo ścisłej konspiracji. Nie proponowano mi od razu wstąpienia, tylko widocznie musiało nastąpić jakieś sprawdzenie mojej osoby.

Pyt. Czy pan kolportował „Rezonans”?

Odp. Tak.

Pyt. Czy może pan coś wie na temat druku „Rezonansu”?

Odp. Z tego co wiem, to dowiedziałem się już później, po 1989 roku. Wiem, że na początku (co słysza­łem) zajmował się tym m.in. Bogdan Bachmura, Sławek Olek, natomiast później ktoś inny to przejął. Wtedy tym się nie interesowałem bliżej.

Pyt. Czy znał pan bliżej Bachmurę i Olka?

Odp. Nie. Z Bogdanem Bachmurą poznaliśmy się bliżej w 1988-89 roku. Była to jedna z osób, która dość krytycznie nastawiły się do ówczesnej rzeczywistości. I z tego co wiem Bogdan Bachmura nie brał udziału w wyborach 1989roku. Natomiast Sławka Olka znam, gdyż jesteśmy sąsiadami. Mieszkamy naprzeciwko siebie. Ja Maleskiego 2/5, a on 5/2.

Pyt. Ale czy mieliście kontakty w okresie stanu wojennego i później?

Odp. Nie. Główny mój kontakt jaki był to z Danką Gulko. Przede wszystkim współpraca. Danka pracowała w ZUP-ie (Zespół Usług Projektowych) i ona mnie znała jako projektanta tego ZUP-u, i ona mnie kojarzyła. Później kiedy mnie zatrzymano, ona skojarzyła moje nazwisko, sprawdziła i była pierwszą osobą, która dotarła do mojej żony. Później kiedy wyszedłem z więzienia, to żona mi powiedziała, że była taka i taka osoba i pracuje tam i tam i w związku z tym prosiła o kontakt. Ja poszedłem do ZUP-u i tam osobiście poznaliśmy się.

Pyt. Co mógłby powiedzieć pan o Dance Gulko?

Odp. Same superlatywy – była bardzo oddana sprawie. Jest jedną z osób, które właściwie poświęciły się. Dlatego teraz zawodowo pracujemy w jednej firmie. I wydaje mi się, że to co nastąpiło ostatnio, to było dużym szokiem dla niej. Odwołanie rządu Olszewskiego, ujawnienie pewnych informacji.
Nasze drogi rozeszły się w 1989 roku. Uważałem, że okrągły stół jest tym co wprowadzi w Polsce poważne zagrożenia, to znaczy komuniści pozornie oddadzą władzę, zatrzymując pełną władzę ekonomiczną, że wpuszczają część ludzi nieświadomie w układ, skazując ich z góry na porażkę. Wiadomo, że bez reform prawa bankowego, bez poważnych reform procesu odbudowy Polski, nie mógł się powieść. Wiadomo było, że oni przygotowywali się do przejęcia w przyszłości władzy, ale nie przy pomocy rosyjskich tanków (jak w 1944 roku), tylko w sposób demokratyczny. Żeby już nikt im nie zarzucił, że osiągnęli władzę na sowieckich bagnetach, tylko że wygrali w demokratyczny sposób wybory. Nigdy nie doceniliśmy, jako społeczeństwo, komunistów jako polityków. Dla nas był to tępy, jakiś rubaszny komuch. Natomiast nie doceniliśmy tego o czy piszą np. autorzy „Lewego czerwcowego” o tym pokoleniu 84 roku, gdzie nastawiono się na ludzi młodych, wykształconych. Często wykształconych na Zachodzie, gdzie oni mieli przejąć w przyszłości władzę. I widać, że te ich koncepcje sprawdzają się. Ja myślę, że jednak komuniści nie wygrają w wolnych wyborach, ale wiele osób twierdzi, że tak.

Pyt. Jakie ważne wydarzenie czy zjawisko z minionego okresu chciałby pan opisać?

Odp. Pamiętam I rocznicę śmierci Marcina Antonowicza. Byłem jedną z trzech osób, które składały wiązankę kwiatów w kościele NSPJ podczas Mszy św. (podczas ofiarowania). To był 1986 rok czyli pełna represja milicyjna i ja świeżo po wyjściu z więzienia (składałem z Agatą i … dwiema dziew­czynami, które pracowały w drukarni). I po złożeniu tej wiązanki kwiatów, podszedł do mnie jeden pan, nie wiem czy to był tata Marcina czy ktoś z rodziny i tak mi wymownie uścisnął rękę, że to chyba zapamiętam do końca życia. Nasze oczy się spotkały. I te wszystkie niedogodności jakie mogły mnie spotkać, były niczym w porównaniu z tym czego doznałem.
Pamiętam również, bardzo osobistym przeżyciem był pobyt Ojca Świętego na Zaspie. Przypadł mi zaszczyt trzymania również transparentu „Solidarności” (były różne historie z przemyceniem tego transparentu). To była Danka Gulko, Ziuta Mielnik, pani Maria z księgarni, siostra Ryśka Kułakowskiego, Baśka Nowak … I właśnie trzymałem wtedy transparent i pamiętam reakcję ludzi, gdy tran­sparent się rozwinął …
Niemniej cały czas funkcjonowałem w PPN-ie. Prowadząc kolportaż, przypuszczałem, że SB wiedziało, że ja się tym zajmuję. Ale to przykrywało to, że jestem w PPN.

Pyt. Kogo z liderów pan znał z PPN? Zalewski i kto jeszcze?

Odp. Z Szeremietiewem nie był to regularny kontakt. To działało na zasadzie sieci, że nie bezpośrednio z Szeremietiewem. Moja bezpośrednia współpraca z Romkiem Szeremietiewem i Tadeuszem Tań­skim wiąże się już od 1988 roku, kiedy jeszcze działaliśmy w konspiracji, ale już było wiadomo, że to były troszeczkę inne czasy.

Pyt. My mówimy o swoich, ale mnie również chodzi o tę drugą stronę, o tych ludziach, którzy represjonowali.

Odp. Na pewno pan prokurator Musiałek, z którym były bardzo śmieszne sytuacje, jak się spotkaliśmy, to on szybko przechodził na drugą stronę, odwracał głowę, kiedy ja mu mówiłem wymownie „dzień dobry”. Pamiętam, była kiedyś taka historia, że staliśmy razem na przystanku MPK i on był z żoną. Był tłok i wsiadaliśmy  do autobusu i jego żona wsiadła, ja obok jego żony, a on powiedział że poje­dzie później, śmieszna sytuacja.
Natomiast bezpośrednio zatrzymywał mnie prokurator Bogusław Płoński (chyba tak się nazywał). To znaczy było dwóch braci – zresztą to wszystko są nazwiska do sprawdzenia. To był wyjątkowy cham, ordynarny – ten co zatrzymywał.
Pamiętam jeszcze epizod ze sprawy chłopców z Kętrzyna, gdzie był taki sędzia – wysoki, dobrze zbudowany, czeszący się na bok, z wąsikiem, który w bardzo ordynarny sposób prowadził sprawę. Obrońcą tych chłopców był również mec. Andrzej Zalewski. Jest to jeden z najlepszych prawników. Zresztą miał najwięcej procesów politycznych w Polsce. I tylko dzięki klasie Andrzeja, ta rozprawa miała w miarę kulturalny przebieg, ponieważ ten pan podczas mowy obrończej Andrzeja w sposób bezczelny konferował z sąsiadem. Pan Andrzej przeżywał swoje wypowiedzi, dawał czas panu sędziemu, żeby się wygadał. Ostatnio tego pana sędziego spotkałem w sądzie, schodził ze schodów. Mój radca prawny powiedział, że ten sędzia w tej chwili zajmuje się odszkodowaniami dla ofiar represji stalinowskich. Na pewno Wojtek by go zidentyfikował.

Pyt. Interesuje mnie ta rozprawa dotycząca Dydzińskiego …

Odp. Dydziński, Wielicki. Udało mi się wygrać ze Służbą Bezpieczeństwa pewną procedurę prawną. Podczas rewizji u mojej mamy, zatrzymano mi rocznik „Tygodników Solidarność”. Po wyjściu z aresztu zwracałem się kilka razy do SB, żeby mi to oddali. Nie było żadnej odpowiedzi. I występowa­łem kilkakrotnie do prokuratora Musiałka. Pan prokurator odpowiadał, że te wszystkie materiały zostały przekazane do sądu i sąd orzekł przepadek materiałów. On zapomniał o jednej rzeczy, że ja mam kwit na materiały, które zostały zatrzymane, a nie zostały przekazane do sądu. Chodziło o wydawnictwa wydane przed grudniem 1981 roku. Wtedy zaskarżyłem prokuraturę wojewódzką do sądu, że nie chce oddać tych materiałów. Efekt był taki, że SB oddała mi nie tylko te tygodniki, ale cały rocznik „Tygodników Solidarność”.

 

 

(Rozmowę przeprowadził i zanotował Zenon Złakowski)

 

 

Rozmowa z Józefem Nowakiem

w dniu 14.04.1993 w jego mieszkaniu

 

 

Nowak - Zaczęło się znacznie wcześniej. Mój tatuś w 1957 roku skazany został na 4 lata więzienia. Po 3 latach wrócił do domu.

Pyt. Za co został skazany?

Odp. Za rzekome złodziejstwo. Siostra moja w tym czasie w 1957 roku skazana została na 2 lata pozbawienia wolności w zawieszeniu, na rok chyba za ubliżanie władzy ludowej. Pobyt ojca w więzieniu, w domu bieda, koszmar życia codziennego. Siostry starsze zarabiały na życie całej rodziny, na adwokatów. To były pierwsze doświadczenia. Następne to był 1968 rok, wojsko, wyjazd do Czechosłowacji. Byłem w jednostce, która była jednostką liniową, pierwszorzutową wchodzącą w skład Układu Warszawskiego. I znalazłem się w jakimś tam momencie 30 km od Pragi, w Milowicach. Mówiło się o normalnych zajęciach, ćwiczeniach rutynowych, ale to nie było to - to było zupełnie co innego. Zbuntowani ludzie, rozbrojone wojsko. No i starałem się sobie to wszystko jakoś poukładać, bo właściwie od informacji myśmy byli odcięci. To była jednostka, z której się tylko jechało dwa razy na urlop w ciągu całej służby: w pierwszym roku i w drugim roku. Przepustek praktycznie nie było, bo nie było gdzie iść. To był Gubin - miasto graniczne.

Pyt. Czy możesz jeszcze coś powiedzieć o waszym pobycie w Czechosłowacji. Czy byłeś świadomy jaką spełnialiście rolę?

Odp. Nie, tego się nie czuło właściwie. Myśmy nie wiedzieli. Wojsko było izolowane od wszelkich informacji.

Pyt. Czy mieliście kontakt z miejscową ludnością?

Odp. Nie. Nie było radia, telewizji. W jednostce była dyscyplina. ewakuowanie się jednostki w ciągu 30 minut, to było przynajmniej raz w miesiącu. Jednostka miała około 100 czołgów, poza tym jeszcze innych kilka kompanii chemicznych, łączności, zaopatrzenia, obrony oplot. Około1000 ludzi - 30 min. To był rekordowy czas. To była V Saska Dywizja Pancerna, której dowódcami byli kolejno późniejsi dowódcy z MON: Molczyk, Siwicki. Traktowane były jako jednostki karne. Wszyscy oficerowie byli po jakichś tam swoich osobistych losach rzucani do tej jednostki.

Pyt. Ale ten pobyt w Czechosłowacji oceniasz krytycznie?

Odp. Nikt z żołnierzy służby czynnej nie wiedział po co tam był. To było gdzieś 2 miesiące.

Pyt. Czy braliście udział w jakiejś akcji bojowej w Czechosłowacji?

Odp. Tam nie było typowych akcji bojowych. Cała rola mojej jednostki polegała na częściowym blokowaniu miasta Nowy Bolesław, gdzie jest duża fabryka samochodów osobowych. Miasto leży w takiej kotlinie. W słoneczną pogodę widać było rozlokowane czołgi na wszystkich wzgórzach okalających Mlada Bolesław. Miasto było dużym ośrodkiem przemysłowym i ono było tymi naszymi czołgami zablokowane.

Pyt. Kolejne twoje doświadczenia prze 1980 rokiem.

Odp. Był jeszcze rodzący się w Polsce ruch opozycyjny 1976 roku: Radom. Byłem stałym słuchaczem Radia Wolna Europa, codziennie. Wiedziałem co się po prostu dzieje, po tych doświadczeniach „czeskich”. To była moja osobista edukacja. RWE podawało komunikaty o kursach, o wykładach Towarzystwa Kursów naukowych. ja próbowałem dotrzeć na te kursy do domu Jacka Kuronia, ale tam nigdy nie dotarłem. Zawsze jak tam byłem, to była jakaś zawierucha, to jakieś babcie, to jacyś milicjanci, to co innego. Byłem na klatce kiedyś, ale był jakiś szum. Musiałem z domu wyjść. To znaczy do mieszkania dotarłem, ale nie byłem nigdy obecny na żadnym z tych kursów. T przez kilka miesięcy trwało takie szarpanie się. To było aby pobudzić Polaków do wytworzenia swego rodzaju precedensu. tak to się zaczęło. W Radiu Wolna Europa te wszystkie informacje, komentarze stanowiły jakąś całość, to stanowiło jednak określony kierunek opozycyjny w stosunku do władzy, do systemu całego, sowieckiego.
Potem był jeszcze Papież i jego wizyta w Polsce. Byłem w Warszawie na Mszy św. na pl. przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Głęboko poruszyły wszystkich słowa Papieża o tym, że żaden naród nie powinien żyć kosztem wolności innego narodu. Po tych słowach były oklaski, które chyba trwały przez pół godziny.
Potem przyszedł rok 1980, strajki oczywiście, sierpień. I drugiego września znalazłem się jako kierowca w Zakładach Graficznych w Gdańsku, pracowałem w zaopatrzeniu. tam otrzymałem pierwsze ulotki. One były różne w swojej treści. Były również dezinformacyjne - widać było robotę ubecji, która nie chciała dopuścić do jednolitości ruchu związkowego. Wtedy to jeszcze nie nazywało się „Solidarność”. Potem pojechałem do Wrzeszcza, gdzie mieściła się siedziba MKS-u gdańskiego. Budynek obstawiony przez różnych ludzi, milicjantów mundurowych. Chciałem się przyjrzeć jak to wygląda. Przez otwarte drzwi czy okno - już teraz nie pamiętam - zobaczyłem Wałęsę siedzącego przy pulpicie, obok Mazowieckiego, który wyjaśniał coś. Byli tam ludzie, którzy przyjechali z różnych rejonów Polski z Częstochowy, Katowic, Warszawy. W pewnym momencie zauważyłem, że jacyś ludzie zaczynają się mną interesować, oczywiście uciekłem stam­tąd. Ci ludzie za mną szli, dotarłem do pojazdu swojego i pojechałem do Olsztyna, do domu.

Pyt. Dlaczego uciekłeś?

Odp. Bałem się prawdopodobnie milicjantów. Oni w cywilu byli. To nie byli związkowcy, to byli milicjanci i SB-cy. Ich tam było masa. kręcili się i obserwowali z daleka, z bliska. Potem już w Olsztynie w Zakładach Graf. zacząłem dogadywać się z ludźmi, aby założyć niezależne związki. Początkowo dałem się wybrać do Rady Pracowniczej z tą myślą, że Rada Zakładowa w całości pójdzie do „Solidarności”, ale to się nie udało. W OZGrafie do najaktywniejszych w tym czasie należał Rudziński (Henryk). bardzo długo pracował w Zakładach Graf. Wieli obserwowało nas i widać było, że będą utrudniać nam działalność.
Kiedy zacząłem się interesować tymi związkami, to MKZ w Olsztynie jeszcze nie istniał. Praktycznie my do niego żeśmy dość późno przystąpili. Oni zaczęli organizować się pod koniec września. Później z MKZ-em kontaktował się Rudziński i ja, a z tamtej strony był Bober Andrzej i Bartuszek.

Pyt. Co możesz powiedzieć o Boberze?

Odp. Andrzej wiedział czego chce. Jemu nie chodziło o zrobienie jakiejś kariery, ale o coś więcej. Jak później się dowiedziałem, to on miał kontakt jeszcze wcześniej z Bogdanem Borusewiczem.

Pyt. Czy był on jakimś autorytetem w środowisku?

Odp. Andrzej nie był autorytetem. Andrzej był raczej typem polityka niezbyt wychylającego się. Osobą, która nie oczekiwała pochwał. On po prostu robił swoje. Nie był hałaśliwy jak wielu.

Pyt. Mówisz, że nie wychylał się. Czy on się bał?

Odp. Raczej się nie bał. On po prostu nie umiał się wyróżniać. To nie było mu potrzebne. Poklask nie był mu potrzebny. jemu chodziło o robienie konkretnej roboty, którą sobie założył.

Pyt. W sierpniu 1981 roku doszło w OZGrafie do strajku. jak do niego doszło?

Odp. Był strajk dwudniowy i z niego przeszliśmy w strajk nieograniczony na skutek komunikatu w telewizji. Komunikat stwierdzał, że uniemożliwiamy innym pracownikom podjęcie pracy. Na podstawie tego komunikatu można było pozamykać ludzi, chociaż tego rodzaju wypadki miały miejsca.

Pyt. Zarzucano wam, że łamiecie prawo.

Odp. tak.

Pyt. Co możesz powiedzieć o ścieraniu się poglądów w Komitecie Strajkowym. Na pewno różne interesy tam dochodziły do głosu.

Odp. Interesy były różne rzeczywiście. Masa ludzi się tam przewinęła. Byli tam zwolennicy strajku generalnego - postawienia w strajk rozgłośni radiowych z drukarniami. Nie wiem jak to sobie wyobrażali bezpośrednio i pośrednio. Nie wiem dlaczego osoby, które nawet bezpośrednio nie pracowały w tych środowiskach, parły do strajku w Rozgłośniach radiowych. Dowiedzieliśmy się, że rozgłośnie radiowe są obstawione wojskiem i milicji, te wszystkie zarzuty … ponieważ była możliwość nadawania przez inne nadajniki.

Pyt. Kto parł do takiego strajku?

Odp. To była taka radykalna grupa, która działała wyłącznie na destrukcję, ale nie biorąc bezpośrednio odpowiedzialności za to co się dzieje. To była grupa z zewnątrz, przypadkowa grupa, to nie była zorganizowana. Z poza Olsztyna, ośrodek czy w Szczecinie, czy w Warszawie. Oni tak parli, natomiast ja za to odpowiedzialności nie chciałem brać. Ja byłem przewodniczącym Komitetu Strajkowego. Łącznik z Warszawy czekał. Była propozycja strajku wszystkich drukarń w Polsce i rozgłośni radiowych oraz ośrodków telewizyjnych. I łącznik tylko czekał. Miał osobiście pojechać i przekazać te informacje. Ja za to odpowiedzialności nie chciałem brać na siebie, żeby zaapelować o poparcie. Było to zbyt wielkie jak na moją biedną osobę.

Pyt. Ale miałeś przecież kolegów.

Odp. Koledzy byli, ale podjęciem decyzji właściwie nie byli zainteresowani. Ciężko pracujący - to co się dzieje na zewnątrz właściwie niewiele ich interesowało. Ja odpowiedzialności za to nie chcia­łem brać. Zbyt drogo to mogło kosztować. Byli oczywiście za strajkiem w OZGrafie, bo to było wszystko zgodnie z prawem przeprowadzone. Było referendum itd.

Pyt. ten strajk się przedłużał i przyjechały osoby z Warszawy i Gdańska, żeby w jakiś sposób przerwać.

Odp. Przyjechał Kuroń i Bogdan Lis. Kuroń szczególnie to był strategiem w tej całej opozycji i właściwie chciał wykazać, że związek posiada jedno centrum dowodzenia. Jest takim organizmem społecznym. Mówił, że w tej chwili strajk jest już niepotrzebny. Chciał żebyśmy przerwali strajk. Chciał rozmawiać z ludźmi, ale był zbyt radykalny, żeby go dopuścić do załogi.

Pyt. Dlaczego zbyt radykalny?

Odp. to byli ludzie ciężko pracujący i nie wyrobieni tak politycznie. Oczywiście, myśmy w jakiś sposób złapali się na to. Później jednak doszło do spotkania załogi z Kuroniem i Lisem, ale i z Komitetem Strajkowym. I okazało się, że to nie było takie straszne.

Pyt. Po prostu zostali odkomunizowani.

Odp. W pewnym sensie tak. Ale jeszcze na początku „Solidarność” też miała swoje hasła. Lansowała: Socjalizm - tak, ale wypaczenia nie. Tak, że to było głębokie w Polsce.

Pyt. Ale ta intencja Kuronia i Lisa wtedy nie poskutkowała.

Odp. Nie poskutkowała. Było posiedzenie Komisji Krajowej w Gdańsku.

Pyt. Czy byłeś za przerwaniem strajku?

Odp. Chciałem, żeby przede wszystkim te nasze postulaty były spełnione. A później zauważyłem, że z chwilą kiedy nie wystąpiłem o poparcie innych zakładów w kraju, to władza stara się nas tak jakoś bagatelizować. W pewnym momencie wysłałem telegram do Prymasa Glempa z prośbą o negocjacje. Chciałem to jakoś rozwiązać. W odpowiedzi na ten telegram przyjechał prof. Stelmachowski, który prowadził wtedy rozmowy z władzami lokalnymi. Rozmawiał z wojewodą z prokuratorem wojewódzkim, którzy byli zresztą jego uczniami. Czy on ich tak nauczył, czy oni byli (śmieje się) złymi uczniami? Też zorientował się w co tu jest grane.

Pyt. Czy Stelmachowski wam jakoś pomógł?

Odp. Stelmachowski nam pomógł jako autorytet, że był razem z nami, rozmawiał ze wszystkimi, oczywiście z nami podzielił się swoimi uwagami. Byli obecni ówcześni posłowie z terenu Olsztyna. Wizytowali też Zakłady Graficzne.

Pyt. Ale czy ta wizyta zmieniła nastawienie władz?

Odp. Nie? Władze w ogóle nie reagowały w tym czasie, a raczej udawały, że nie reagują. Podsyłani byli pijacy, wódkę podrzucano do zakładów. Niejednokrotnie wyrzucałem pijanych ludzi, którzy starali się zrobić jakiś tam ferment. Takie reakcje były, ale bezpośredniej intencji nie było. Gazeta była drukowana gdzieś tam w Szkole Milicyjnej w Szczytnie. Początkowo drukowana w piwnicy w Komitecie, w drukarni Komitetu Wojewódzkiego, a później w Szczytnie. Udawali więc, że na tym im nie zależy, na tym, żeby strajk był przerwany.

Pyt. Jak ustosunkował się MKZ?

Odp. Właściwie to było pierwsze na tym terenie takie działanie opozycyjne na taką skalę. Wszyscy się uczyliśmy właściwie tego. MKZ, osoby z MKZ-tu nie wiedziały, co to jest działalność opozycyjna. Strajk w Zakładach graficznych pokazał jak trudna jest ta konfrontacja, z władzą i do czego ona prowadzi. Podejrzewam, że wiele osób, które by wiedziały, że będzie ona tak brutalna, co wykazał 1981 rok, to by w ogóle do związku nie wstąpiły

Pyt. Początkowo wszyscy to dość sielankowo widzieli?

Odp. tak. Bo to „Solidarność”, bo to telewizja, bo to radio, bo to gazeta. Niektórzy swoje osoby nagłaśniali wręcz nazwisko swoje. A to przecież nie o to chodziło.

Pyt. Tymczasowy Zarząd regionu co zrobił w tym strajku?

Odp. Nic, oni nie strofowali. To było jakieś takie ciało mało widoczne. Ciężar gatunkowy był po naszej stronie o wiele wyższy. To była duża sprawa. MKZ, oczywiście, przychodzili pojedynczo, konsultowali się z nami. Nie było żadnych pouczeń, nacisków, absolutnie. Podejrzewam, że ci ludzie też się uczyli.

Pyt. A czy były osoby, które chciały tam błysnąć w jakiś sposób, bo to radio, telewizja, prasa?

Odp. No nie, tam by nie błysnęli, ponieważ nie było możliwości błyśnięcia. Ja byłem wiceprzewodniczącym Komisji Zakładowej przed strajkiem. Rudnicki był przewodniczącym. Ponieważ on organizacyjnie był raczej … Był dobrym organizatorem, ale baliśmy się, że on mógłby nie wytrzymać napięcia nerwowego, stałego. I padło na mnie, żebym ten strajk organizował. On był odpowiedzialny za pewien odcinek, a ja byłem za całość odpowiedzialny. I starałem się dobrze zorganizować, żeby nie było jakichś tam samodzielnych posunięć. Był rzecznik prasowy, który codziennie był informowany.

Pyt. Nie było tarć między ludźmi?

Odp. Nie.

Pyt. A jak odnosiła się do was dyrekcja?

Odp. Dyrekcja to byli członkowie partii.

Pyt. Wspomniałeś, że pojechaliście z Krupińskim do gdańska. I jaki był stosunek Komisji Krajowej do strajku?

Odp. Przed zjazdem Krajowa Komisja uważała, że nie powinno być w Polsce strajków. jak się okazało to nawet podczas trwania Zjazdu były strajki na Śląsku w kopalniach. I do tego krytycznie się nie odniosła Komisja Krajowa. natomiast do nas odniosła się krytycznie, gdyż ciężar gatunkowy tych dwóch strajków był różny. Śląsk się liczył w tym czasie. Wałęsa chciał przyjechać do Olsztyna, aby zakończyć strajk, ale potem odstąpił od tego.

Pyt. Uważasz, że by mu się udało?

Odp. Chyba tak, gdyż w wielu fabrykach w tym czasie Wałęsa gasił strajki. Wałęsa był w tym czasie autorytetem.

Pyt. Nie sfinalizowaliśmy jeszcze tej sprawy: dlaczego Kuroniowi i Lisowi nie udało się uciszyć tego strajku? Wy też byliście świadomi, że to był apel władz krajowych „S”.

Odp. Propaganda w tym czasie oddzielała w tym czasie Krajową Komisję od tej grupy takiej radykalnej Kuronia, od KOR-u. Kuroń utożsamiany był z KOR-em, a nie z „Solidarnością”. Były więc reakcje antykuroniowe.

Pyt. Ale Komisja Krajowa potwierdziła tę opinię Kuronia i chciała żebyście zakończyli strajk.?

Odp. Tak. Potem po mediacjach prof. Stelmachowskiego, strajk się zakończył bez spełnienia postulatów. Zarząd Regionu wziął na siebie dalsze negocjacje, odpowiedzialność za konsekwencje wynikające ze strajku. Oczywiście nie było konsekwencji - był później 13 grudzień.

Pyt. Ale czy przed 13 grudnia jako pracownicy OZGraf spotkaliście się z jakimiś szykanami? W związku ze strajkiem? Czy podstawowe żądania socjalne były spełnione?

Odp. Strajk był strajkiem politycznym i roszczeń finansowych nie było gdyż ludzie … pracownikom wypłacono ze środków związkowych. W tym czasie byliśmy jeszcze bogaci. Wypłacono gdzieś około 800 tyś. złotych, co było w tym czasie dużo. Były wypłacane pieniądze wszystkie, łącznie z premiami. I żadnych szykan nie było z tego tytułu. My zresztą prowadziliśmy również strajk tzw.  czynny. Produkowaliśmy podczas tego strajku i potem dyrekcja nie wiedziała jak nam zapłacić za tę pracę. Tylko nie drukowaliśmy „Gazety Olsztyńskiej”, natomiast wszystkie inne wydziały pracowały.

Pyt. Po 13 grudnia w stanie wojennym wiele osób było internowanych.

Odp. Internowanych było nas dwóch, oprócz mnie jeszcze Zarzycki. On był wiceprzewodniczącym.

Pyt. A Danuta Gulko?

Odp. To później w 1982 roku, w rocznicę powstania „Solidarności” została aresztowana. Ona udzielała się przy kolportażu wydawnictw, ulotek. Wtedy aresztowano 5 osób, w sumie: Michalska, Brysiak Roman, Danka Gulko i jeszcze Halina Pietkiewicz i Sidor Janka z introligatorni. Tam były kolportowane „Rezonans” i inne wydawnictwa - grupa zorganizowana. Danka Gulko wcześniej sekretarzem w Komisji Zakładowej, była naszym specjalistą od płac.

Pyt. Rudziński, przewodniczący Komisji Zakładowej nie był internowany?

Odp. Nie wiem dlaczego. On się przez jakiś czas ukrywał, chyba przez dwa tygodnie, nie nocował w domu …

Pyt. W jakich okolicznościach cię internowano?

Odp. 12 grudnia byłem wieczorem na wsi z Romkiem Rudzińskim i jeszcze z jednym kolegą, aby kupić świnię. Kupiliśmy, zabiliśmy tam. Około godz. 23-ej wróciliśmy do domu> ni i oczywiście w domu pokroiłem ją na kawałki i wsadziłem do lodówki i w trakcie odpoczynku, gdzieś 15-20 minut po północy usłyszałem stukanie do drzwi. Spojrzałem w wizjer - milicja, pomyślałem sobie, co oni za świniakiem przyjechali? W tym czasie było to nielegalne. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem jednego cywila, dwóch milicjantów w mundurach. Zapytali o nazwisko, tak wszystko się zgadza. Przedstawili mi decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego, nie wiedziałem o tym. Kazali mi się ubrać i iść z sobą. Ubrałem się, wziąłem zapas papierosów. Ciepło się ubrałem. Oni mówili, że zaraz wrócę do domu, żebym się tak nie ubierał, bo to chwilę potrwa i zaraz mnie puszczą. Jakieś podejrzane wydawało mi się to wszystko. Wcześniej wracałem do domu około 23-ej i nie zauważyłem żadnych ruchów na mieście milicji. Padał gęsty śnieg. Nie zauważyłem nic podejrzanego. Zeszliśmy na dół. Czekał samochód milicyjny bez znaków, cywilny fiat, duży biały. Siadłem na tylnym siedzeniu i zawieziono mnie na Zieloną Górkę na teren garaży milicyjnych, gdzie czekały więźniarki.

Pyt. Na pewno zdziwiłeś się czemu cię na komendę nie wiozą?

Odp. Myśli różne, dziwne. Starałem się w miarę możliwości obserwować to wszystko, co się dzieje. Później rozmowy toczyliśmy różnego rodzaju: a gdzie, a co, a jak? Nikt nie wiedział. Był Śnieżko, Lubieniecki, Alek Rusiecki. Rozmawialiśmy o internowaniu, o pojęciu internowania, co to jest. Józek Lubieniecki coś nam mówił o internowaniu obcych wojsk na obcym terytorium. Potem gdzieś około godziny czwartej rano, więźniarki ruszyły w drogę. jechaliśmy drogą okrężną. Nie wiedzieliśmy gdzie - czy „białe niedźwiedzie”, czy czort wie gdzie. Po pewnym czasie okazało się, że jesteśmy w Iławie na terenie więzienia, gdzie w międzyczasie przygotowywane były dla nas cele. Zostaliśmy rozrzuceni po kilka osób. Ja byłem z Andrzejem Boberem i kilkoma osobami z Elbląga. Sześciu nas było. Był jeden rolnik spod Dobrego Miasta ze Smolajn, członek ZSL-u, nie wiadomo dlaczego. Kiedyś tam byłem u niego. Po wyjściu rok czy dwa. A był taki kolega z Elbląga, nazwiska jego nie znałem, który liczył pracujących tam klawiszy. Cela nasza była blisko bramy wjazdowej do więzienia. Robił to codziennie. Zawsze wiedział ilu jest klawiszy. Po raz pierwszy spotkałem się w więzieniu z brutalnością. Obsługa starała się traktować nas jako normalnych złodziei, a naszą rolą było aby nie poddać się temu rygorowi.

Pyt. Na czym polegała ta brutalność?

Odp. Na meldowaniu, bo oczywiście więźniowie muszą meldować na baczność, cela, apel. Rano starszy więzień melduje przełożonemu czy oficerowi dyżurnemu, a inni stoją na baczność. A my staraliśmy się to ignorować, leżąc na łóżkach, nie podporządkowując się tej dyscyplinie. Chociaż przy internowaniu, jak nam oświadczono, obowiązuje regulamin dla tymczasowo aresztowanych, co dla nas było krzywdzące, ponieważ my byliśmy osobami dla których ?? … na każdym kroku. No tak staraliśmy się maksymalnie utrudniać.

Pyt. Ale czy w związku z tym były jakieś szykana z ich strony?

Odp. Tak. Obsługa starała się wymusić ścielenie łóżek, jakieś tam spotkanie, dyscyplinę. Natomiast my nie stosowaliśmy się do tego. Były kary w postaci nie dostarczania korespondencji, czy nie wypuszczanie na spacery, czy inne kary. Zmianą w ich zachowaniu to był dzień przed świętami Bożego Narodzenia, kiedy odwiedził nas biskup Obłąk. Ten cały koszmar się zmienił. Byliśmy traktowani troszeczkę inaczej. Obecność biskupa w więzieniu zmieniły ten cały obraz i nasz pobyt tam. (Józek w tym momencie się myli. Wizyta biskupa Obłąka nie mogła być przed świętami Bożego Narodzenia, gdyż Wigilia była bardzo smutna, bez opłatka, przy kawałku suchego chleba z czarną kawą, zbożową - przyp. A.P.)

Pyt. Czy tylko w tym dniu?

Odp. I później, ale od tego dnia. Widziałem w oczach wielu klawiszy łzy, autentyczne łzy podczas wizyty. Byli ubrani w białe koszule, wizytowo, oczywiście w mundurach. Widać było wtedy autentycznie ludzkie twarze chociaż niejednokrotnie wśród tych klawiszy byli ludzie obrzydliwi wręcz, ze swoją brutalnością, nachalnością. To było odpychające. A podczas wizyty łzy zauważyłem po raz pierwszy. Podczas Mszy św. klawiszy na sali nie było, chociaż dwóch było zawsze.

Pyt. Czy waszą celę biskup odwiedził również?

Odp. Tak, wszystkie cele odwiedził. Później odbywały się Msze św. raz w tygodniu, co niedziela.
(Rolnik spod Ciechanowa został wyciągnięty z celi - siedział z Pagaczem w jednej celi) i trzech z oddziału w hełmach, tarczami.) ???
(Był w Iławie do 23 marca, równo 100 dni. Wyszedł razem z Andrzejem Gierczakiem i jeszcze jedną osobą spoza Olsztyna).
przebywanie w jednej celi jest sztuką. Ja starałem się w miarę możliwości nie być uciążliwym dla innych. Niektórzy narzucali swoimi kawałami. Żartownisiem w negatywnym tego słowa znaczeniu był Brycki. Wojtek (Ciesielski) jest chorym człowiekiem, ma bóle migrenowe, cierpiał. Widać było, że ma nieprzespane noce. Brycki miał żarty, podczas snu Wojtka szturchał kijem. Brycki i Szawłowski żyli w komitywie z klawiszami. To mi się też nie podobało, bo to nie wypadało po prostu.
(Nowak robił Wojtkowi okłady - inni robili z tego podśmiechujki. Po wyjściu z Iławy pierwsze kroki do biskupa Obłąka)
Po internowaniu wróciłem od OZGraf. Przyjął mnie dyrektor i powiedział, że będzie proponował redukcję, która mnie obejmie. Wtedy ja wziąłem (od psychiatry) zwolnienie. Chorowałem 4 miesiące. Później jak wróciłem, to Kuczyńskiego już nie było, był Kochalski. Wtedy były szykany, ale przez dwa lata jeszcze się uchowałem. Chodziło o to, żeby nie dać się złapać na byle czym. Potem zatrzymano mnie na parkingu na ul. Kołobrzeskiej, że niby byłem pijany. Ubek powiedział, że odda mi prawo jazdy gdy pójdę na współpracę. Odmówiłem, więc zabrał mi prawo jazdy. Wtedy przestałem być przydatny w OZGrafie jako kierowca. W 1984 roku zwolniono mnie z pracy. Po tym byłem znowu na 4 miesiące u „czubków” na oddziale dziennym (depresja). Sławka Olka zwolniono z pracy w szkole. Wtedy człowiek zaproponował, żeby wydrukować znaczki. Drukowałem te znaczki, żeby mu pomóc (o treści patriotyczno-solidarnościowej). I za tym szły olbrzymie pieniądze. Olek te pieniądze zainwestował w swoje mieszkanie, które otrzymał na Jarotach. Znaczki produkowaliśmy w latach 1983-85. Pierwsze dwa znaczki robiłem, ale później się wycofałem. Powiedziałem, że jeśli dalej chce dalej tak robić, to niech własnym nazwiskiem to sygnuje, a nie znakiem „Solidarności”.
Robiło się pozytywy fotograficzne, a z tego blachy do druku. To było częściowo w domach, a częściowo w zakładach pracy. Pierwszy znaczek był w drukarni wydawnictwa „Pojezierze”. Był to zły znaczek. Później Sławek znalazł jakiegoś
profesjonalistę drukarza na Likuzach, który miał własny zakład poligraficzny
(Pierwszy znaczek „Polskie miesiące”. Czerwiec, sierpień)
Później wynikła sprawa Popiełuszki. Pierwsza rocznica śmierci. Ja wycofałem si z propozycji Sławka wydrukowania ks. Jerzego. Powiedziałem, że nie będę zarabiał na tym nieszczęściu. Niechaj drukuje pod własnym nazwiskiem, a nie pod znaczkiem „Solidarności”. Gdy „Solidarność”, to pieniądze powinny być przeznaczone na inny cel. Sławek znaczek z Popiełuszką zrobił sam. Jakość bardzo dobra.
W kolportaż tych znaczków włączył żonę Nowaka. Chętnie się na to zgodziłem. Potem się okazało, że zapoznał ją z drukarzem, który to drukował. Sławek powiedział drukarzowi (raczej zapoznał Baśkę z drukarzem jak jakąś dziwkę). Sławek rozbił rodzinę. Baśka ze Sławkiem i drukarzem (Karkulowski Jan) później przepili te pieniądze. On później drukował wszystkie pisemka Komitetu Obywatelskiego. Jest to zakład na Likuzach.


Państwo Karkulowscy brali na święta dziewczynkę z Domu Dziecka. Sławek później naśladował państwa Karkulowskich. Wziął dziewczynkę, jako koleżankę do swojej córki. Baśka Nowak została aresztowana za rozrzucanie ulotek w Lidzbarku Warm. o północy 2 maja 1986r. To było z jej własnej głupoty, bo rzucała ulotki prawie na głowy milicjantów. Po tym przeprowadzono rewizję w wielu domach. Po tych rewizjach została aresztowana siostra Noaka - Helena, a także aresztowany Kwiatkowski z Lidzbarka Warm. Zaraz po wyjściu z więzienia, Kwiatkowski czynił starania o wyjazd do Kanady. I wyjechał. W tej sprawie nie było procesu tylko areszt. Później nastąpiło umorzenie śledztwa. Brycki przedtem nie istniał, pojawił się dopiero przed przełomem w 1989 roku.


(Zdjęcie z chrzcin Marcina, we wrześniu 2-3 1983r. Rysiek Langowski i Gulko - rodzice chrzestni w betlejemce).


Jul Grodziński - spokojny, nie był hałaśliwy, dużo słuchał, mało mówił - dobry człowiek. Nie był gwałtowny. Dobry - tak go wspominają ludzie.

Józef Lubieniecki był działaczem partyjnym i działaczem struktur poziomych. To, że były struktury poziome, to osłabiało partię.


Baśka Nowak była internowana w sierpniu 1982 roku i Sidor i Pietkiewicz były internowane. Baśka przebywała w Darłówku a miesiące, od 28 sierpnia do 16 października 19082r. Tam była cała czołówka „Solidarności”: Geremek, Mazowiecki, Woroszylski, Kuśmierek, Piotr Mroczyk, Niesiołowski, Amsterdamski …
Na zdjęciu, które ma Nowak z Przykopu przy stole przed budynkiem są m.in. Goławski, Kałudziński, Nowak, Śnieżko, Langowski, Grucela, Gulko, Mielnik, Ciesielski, Langowska, Niczyperowicz.
Śnieżko w tym czasie w grupie mało się udzielał. On zawsze był prokuratorem. Trzymał się z Afeltowiczem. Najczęściej coś notował. Widocznie tak widział swoją rolę, żeby pewne sprawy zanotować.

 

END

 

 

---------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Rozmowa z mec. Michałem Krakowskim

w dniu 14.XI.1994r.

 

Pyt. W jakim momencie związał się pan z „Solidarnością” i co pana do tego skłoniło?

Odp. Sądzę, że ze mną było podobnie jak z tymi 10 milionami ludzi, którzy znaleźli się w „Soli­darności”. Z tym, że ja byłem jednym z pierwszych. Dlaczego? Pracowałem jako adwokat, poglądy moje były zbieżne z tym co „Solidarność” głosiła. Podobnie w roku 1956, też brałem czynny udział w ruchu odnowy. Byłem wówczas w takiej komisji, która badała przypadki ła­mania praworządności, w wyniku czego paru prokuratorów zostało odsuniętych - utraciło stanowiska. To są bardzo ciekawe materiały, jeżeli je znajdę. Ta komisja pracowała przez szereg miesięcy. Przewodniczył jej (…) w składzie byli: sędziowie Szczepan (Stefan?) Karbowski, z adwokatów Szopaduski Adam i ja, z sędziów: Olszewski. Komisja składała się chyba z kilkunastu osób. Została powołana na jednym z tych wieców w październiku 1956 roku. W wyniku działania tej komisji, zostali wyeliminowani z pracy tacy prokuratorzy: Kowalska - taka znana wówczas postać, Multa (?) wraz z małżonką i paru funkcjonariuszy UB. Rozpatrywaliśmy zarzuty w stosunku do około 20 osób. Opracowaliśmy wnioski i z tym udaliśmy się do prokuratora generalnego (jeśli chodzi o prokuratorów). Był nim wówczas Marian Rybicki. W skład tej de­legacji wchodzili: sędzia Sznopf, ja byłem i trzeciej osoby nie pamiętam.
Po dość takiej ostrej dyskusji z prokuratorem genaralnym, uzyskaliśmy pod koniec obietnicę, że rozpatrzy te materiały i w zasadzie zgadzając się, że te osoby powinny ponieść konsekwencje, spełnił nasze postulaty, to znaczy odwołanie ich ze stanowisk (chodziło o prokuratorów, bo sędziowie nie byli w jego gestii, nie mogli oni być odwołani administracyjnie). Najbardziej byliśmy zainteresowani, w sensie negatywnym, osobą pani Kowalskiej.

Pyt. Czym ona się wyróżniła jako prokurator?

Odp. Występowała w sposób agresywny, brutalny, w proesach politycznych w latach pięćdziesią­tych: procesy WiN, harcerzy. Stawiała wnioski bardzo surowe. Dopuszczała się zniewag oskar­żonych. Jej ideałem, z czym się nie kryła, był prokurator radziecki - Wyszyński. Mam te jego „dzieła” i patrząc na sposób jej występowania, widać było, że naśladowała swego mistrza. Była to ciekawa postać, ta pani Kowalska. Jej mąż był zastępcą szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa.

   Usunięto ją, ale te wydarzenia październikowe straciły z czasem na ostrości po dojściu Gomułki do władzy, pani Kowalska została adwokatem. Formalnie miała uprawnienia, jako że skończyła studia i miała odpowiedni staż w prokuraturze. Ustawa dała jej możliwość wpisu na listę adwokatów. I została adwokatem w Augustowie. Co ciekawe: stała się żarliwym obrońcą. Przy tym, nie była to kobieta pozbawiona uzdolnień zawodowych. Cały swój zmysł i temperament skierowała na wypełanianie obowiązków zawodowych adwokata w sposób bezbłędny, czasami prze­sadzając w zbytnim zaangażowaniu się. Mało tego, w latach 1956 i później, to był taki okres dla adwokatury nieciekawy, z tego względu, że był konflikt pomiędzy władzą, która sprawowała nadzór, a adwokaturą. Adwokatura gremialnie poparła zmiany październikowe, występowała zdecydowanie i to ostro, i to budziło reakcje władz i wtedy jak Gomułka umacniał swo­je wpływy, to Ministerstwo Sprawiedliwości zaczęło dokręcać nam śruby. I wówczas to pani Kowalska w paru wypadkach bardzo zdecydowanie przeciwstawiła się takiej postawie Ministerstwa Sprawiedliwości.

Pyt. Gdzie pan kończył studia prawnicze?

Odp. W Warszawie. Ja jestem kresowiakiem. Urodziłem się na Wileńszczyźnie, byłem żołnierzem Armii Krajowej.

Pyt. Nastał rok 1980, kolejny zryw niepodległościowy.

Odp. Czynnie włączyłem się. Moja rola polegała na doradztwie. Miałem pewne doświadczenie. Poja­wiło się masę problemów prawnych.

Pyt. Czy pan sam zaoferował swoją pomoc, czy ktoś się do pana zwrócił?

Odp. Mieliśmy kontakt z Lubienieckim, który był wówczas sędzią. Zbliżyliśmy się w sensie towarzyskim ze względu na podobne poglądy. On je bardzo zdecydowanie demonstrował. Omawialiśmy wspólnie te problemy. Do mnie się zwrócił Andrzej Bober, mnie się wydaje, że z poręki Lubienieckiego, jako do osoby, która sprzyja ruchowi.

Pyt. Jak dużo pracowników wymiaru sprawiedliwości w Olsztynie włączyło się w ruch „Soli­dar­ności”?

Odp. Z przykrością stwierdzam, że Olsztyn w odróżnieniu do innych ośrodków, jeżeli chodzi o prawników, to niezbyt się angażował. Minimalnie. Wśród moich kolegów niewielu znalazło się takich, którzy w sposób czynny, zdecydowany w owym czasie angażowali się.

Pyt. Czy mógłby pan wymienić nazwiska tych osób, które się zaangażowały?

Odp. Konrad Urbanowicz - adwokat. Mam na myśli ten pierwszy okres, z tym, że większość, znaczna większość była zwolennikami ruchu, ale nie angażowała się. To było inaczej niż w 1956 roku. Wtedy adwokaci włączyli się w sposób czynny i jednoznaczny. Był wówczas wielki krąg tych osób. W 1980 roku byli to nieliczni.

Pyt. Czy Afeltowicz wtedy też?

Odp. Afeltowicza zacząłem spotykać w późniejszym okresie. Ja z nim się zetknąłem dopiero w czasie wyborów w 1989 roku - oczywiście chodzi o pracę w Solidarności. On wcześniej był chyba poza Olsztynem.

Pyt. Chodzi mi o prawników zaangażowanych od chwili powstania „Solidarności”, ale i później w okresie stanu wojennego.

Odp. Jeśli chodzi o procesy to brali udział jako obrońcy: Gąsiorowski Stefan, Stefan Leleń - nie­ży­jący już, Konrad Urbanowicz - w sposób zdecydowany, Kordasiewicz Władysław, pan Wojciech Gryczewski też brał udział w jednym z procesów, Żuk. Nikt nie odmawiał obrony jeżeli się do niego zwrócono. Ja wymieniłem nazwiska kolegów, którzy w liczniejszych procesach brali udział. Byli bardziej zaangażowani.

Pyt. Wśród prokuratorów, czy ktoś oprócz Stefana Śnieżki był tak poważnie zaangażowany?

Odp. Śnieżko od początku w sposób czynny się włączył. Pozostali? Ja nie spotkałem przeciwnika „Solidarności” w kameralnych, koleżeńskich rozmowach. Byli prawie wyłącznie raczej sympatycy. Były wyjątki, o których nie chcę mówić. Mogę tylko powiedzieć, że do tych niechlubnych wyjątków należeli ci prokuratorzy, którzy dostali się do prokuratury nie na zasadzie studiów i aplikacji, ale ze społecznego awansu. Była tutaj taka wyraźna linia. Jednak ci wszyscy - i mło­dzi i starsi, którzy dostali się w normalnym trybie, nie byli dyspozycyjni. Nawet prokurator Reut (wojewódzki) w takich rozmowach prywatnych zdradzał swoje stanowisko przychylne temu ruchowi. To też jest ciekawa postać: na wysokim poziomie i zawodowym i inteligentny, bardzo kulturalny.
Skoro mówimy o pracownikach wymiaru sprawiedliwości, to chciałbym powiedzieć o pracownikach wymiaru sprawiedliwości wojskowego. Byłem obrońcą wojskowym od 1952 roku. Uważam za swój obowiązek stwierdzić co następuje: Gdyby nie wymiar sprawiewdliwości wojskowy, to stan wojenny u nas wyglądałby znacznie gorzej. Przede wszystkim wojskowy wymiar sprawiedliwości ustawił wreszcie w sposób właściwy odpowiedzialność funkcjonariuszy MO. W stanie wojennym funkcjonariusze MO byli sądzeni przez sądy wojskowe i z tą chwilą oni przestali być nietykalni. Prokuratura i sąd wojskowy traktował ich na równi z innymi, by nie powiedzieć, że nieco nawet surowiej. Uważano, że ludzie powołani do przestrzegania prawa, nie powinni go łamać. W ciągu jednego roku stanu wojennego zostało oskarżo­nych i aresztowanych więcej funkcjonariuszy MO niż przez cały okres 20-lecia. Oni byli wcześniej nietykalni. Była taka rzecz strasznie tajna, okólnik ministra sprawiedliwości, który nakazywał, aby wszczęcie postępowania przeciwko funkcjonariuszowi MO lub UB, później SB, było zależne od zgody Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Ja ten okólnik widziałem, mimo, że był ściśle tajny. Pokazywał mi go mój kolega prokurator. Ten okólnik już nie działał w czasie stanu wojennego.

Pyt. Jakie oskarżenia kierowano przeciwko milicjantom?

Odp. Różne czyny kryminalne, plus nadużycie władzy, pobicia itd. ale i kradzieże i wypadki drogowe. Można taką statystykę zdobyć w sądzie wojskowym. Sądownictwo wojskowe było tutaj wówczas niezależne. tam nie było postaw oportunistycznych i lękliwych, jakie w sądownictwie powszechnym powstają. Z wyjątkami oczywiście, gdyż w ogóle w ostatnich latach dobór kadr jest negatywny. Chyba to rola wojska, mimo, że stan wojenny zawsze krytykowałem, jednak jeżeli już był, to został przeprowadzony w sposób „aksamitny”.


Jak nastał stan wojenny, wtedy w Warszawie odbyła się odprawa prokuratorów. Prokuratorem generalnym był wówczas gen. Szewczyk (?). On wywodzi się z Olsztyna, był tutaj prokuratorem garnizonowym w Olsztynie. Człowiek według mnie przyzwoity. Na pierwszej odprawie w stanie wojennym on powiedział: „Koledzy, to jest ustawa, którą musimy wykonywać, tylko zawsze bądźmy  … (wyleciało mi z pamięci), nie przesadzajmy, nigdy nie przesadzajmy”. Było to dla nas ważne, ustawiło to trochę ludzi. Prokuratura wojskowa składała się wyłącznie z mło­dzieży uniwersyteckiej, studenci, którzy ukończyli prawo i wybrali karierę wojskową.

Pyt. W stanie wojennym wielu prawników zostało powołanych do służby w prokuraturze wojskowej, m.in. w Olsztynie np. Feliks Tarnowski.

Odp. Tak, był Feliks Tarnowski powołany, był Anders. Proszę pana, jeżeli ktoś chciałby usłyszeć moje zdanie o tarnowskim. W ogóle uważam go za bardzo przyzwoitego człowieka. Wiem, że niektóre procesy on prowadził, które spotkały się z jakąś krytyką, z róznymi ocenami. Ale tak jak zawsze Tarnowski był sędzią wojskowym, super przyzwoity, z tym, że tutaj dopiero mógł się wykazać swoją niezalenością, co nie było takie łatwe, kiedy zasiadał jako sędzia w sądzie wojewódzkim.

Pyt. Czy pan uczestniczył w jakimś procesie, w którym Tarnowski był sędzią?

Odp. Nie mogę sobie teraz przypomnieć szczegółów.

Pyt. Panie mecenasie, czy pan pamięta te dwa  bardzo ważne procesy, w których pan uczestniczył: ozosowski i kortowski?

Odp. Te to pamiętam. Musiałbym sobie szczegóły przypomnieć. Może na zasadzie porównań. ja byłem zbudowany postawą robotników z OZOS-u, którzy byli na rozprawie - oskarżonych. jestem pełen szacunku dla tych ludzi. To dla mnie było ważnym doświadczeniem, nie powiem objawieniem. Cechowała ich prede wszystkim odwaga, godność, a jeżeli chodzi o świadków robotników, wyczuwało się zdecydowaną solidarność. Ani krzty oportunizmu, bojaźliwości. Postawy oskarżonych. Świadków OZOS-u troszeczkę różniły się od postaw w procesie kortowskim - niestety. Nie zarzucam im braku godności, ale tam się wyczuło chęć przede wszystkim obrony. Nie za wszelką cenę, ale nie było tej demonstracyjnej postawy. Ci z OZOS-u w dalszym ciągu reprezentowali „Solidarność”. W ogóle inteligenci są najtrudniejszymi klientami. tam się ujawniły jakieś indywidualne animozje, różnice, w każdym razie ci ludzie myśleli przede wszystkim o obronie.
To nie dotyczy jednego z głównych oskarżonych Jutrzenki-Trzebiatowskiego. On był - nie chcę powiedzieć Don Kichotem, jeżeli bym tak powiedział, to w sensie pozytywnym - godny, powiedziałbym, że się w sposób rycerski zachował. Tam nie było jakichś niskich postaw, było przede wszystkim, żeby jakoś wyjść z tej sprawy.


Co było charakterystycznym momentem w tej rozprawie kortowskiej - jak przyprowadzano tych młodych, w większoci byli to studenci, młodzi ludzie - skutych w kajdany na salę rozpraw. To wybitnie demonstracyjnie ich wprowadzano. Nawet w czasie przerwy próbowano im kajdanki założyć, ale sędzia przewodniczący Rink (?), na nasz protest zareagował, że zabronił im tego. tam była chęć poniżenia oskarżonych.

Pyt. Z jakiej strony była ta chęć poniżenia?

Odp. Ze strony konwojentów milicji, którzy wprowadzali tych młodych chłopaków w kajdankach na salę, czego się nigdy nie robi. jeżeli przywozi się w kajdankach, to w takim pokoju obok ich rozkuwają i na salę  rozpraw wprowadzają bez kajdanów. Ci milicjanci natomiast doprowadzili w kajdanach. Tymi milicjantami dyrygował jakiś funkcjonariusz w cywilu.

Pyt. Czy zna pan jego nazwisko?

Odp. Nie, nie znam.

Pyt. W procesie OZOS-owskim oskarżony był również Przewłocki.

Odp. Tak.

Pyt. A jak w tym procesie zachowali si prokuratorzy i sędziowie?

Odp. Poprawnie. Nie uwłaczali godności swego stanowiska. Proces był prowadzony zgodnie z zasadami KPK, w posób opanowany, spokojny. Sędzia wykazał wiele spokoju, umiaru i kultury osobistej. Również prokurator.
Co będę z tego procesu pamiętał? Wystąpienie jednego ze świadków, już nieżyjącego, dlatego nie wymienię nazwiska. Był to ktoś z najwyższego kierownictwa OZOS-u. Ja w ciągu swojej kariery zawodowej, kariery adwokackiej, 38 lat, pierwszy raz spotkałem się z taką postawą, że jeden z tych panów wysoko postwionych w hierarchii kierowniczej OZOS-u, zeznając w charakterze świadka, po skończeniu swoich zeznań, jeszcze z własnej inicjatywy dodał. Chodzi o moment, kiedy opisywał swoje spotkanie z robotnikami, m.in. moi klienci, bracia Kociuba byli tam czynnymi uczestnikami tych wydarzeń. Byli to ludzie zdecydowani i w pewnych momentach nawet bardzo zdecydowani - nie użyję tu słowa agresywni. To byli wykwalifikowani robotnicy. Wtedy pan świadek z własnej nieprzymuszonej woli powiedział: „Ale proszę sądu, ci panowie Kociubowie podeszli do mnie i  mi na ucho powiedzieli: My cię skurwysynu wykończymy, a jak nie zdążymy, to ja mam tam jeszcze braci, to cię załatywią”. Robotniczy język w dialogu z panem dyrektorem. To było takie nieprzyjemne - jeszcze dołożył, przez nikogo nie prowokowany. Ale wówczas mój klient na ucho mi mówi: „Widzi pan, czy ja nie wiedziałem, że to jest skurwysyn. I ja to mu jeszcze powtórzę kiedyś jak wyjdę”.

Pyt. A Przewłockiego pan pamięta z tego procesu?

Odp. On był przewodniczącym Komisji Zakładowej. To jest człowiek, który ma wrodzone predyspozycje przywódcze, na pewno. Uważam go za człowieka, który jest predysponowany do piastowania stanowisk wymagających odpowiedzialności, umiejętności. Ruch Solidarności wysunął właśnie takie postacie. Myślę tu również o Krupińskim. Ludzie nie pamiętają, że Krupiński był z-cą Wałęsy. Również Łukomski, z którym pierwsze kroki stawiałem w „Solidarności”. Przewłocki w tym procesie był przywódcą. On, wyczuwało się, ma nadal wpływ na innych, jako przywódca. paował nad tą sytuacją.

Pyt. Czy to, że był autorytetem, nie stało się dla niego momentem obciążającym?

Odp. Musiałbym sięgnąć do uzasadnienia wyroku. W tej chwili nie pamitam. Mam tylko obraz ogólny. W Sądzie Wojewódzkim są te dokumenty. tam jest ksero. W tej sprawie trzeba zgłosić się do Prezesa Sądu (…)

Pyt. Czy pan naley do Światowego Związku Żołnierzy AK?

Odp. Tak. I jakie spory są między nami, gdy wspominamy pewne wydarzenia. Gorące kłótnie. To wynika z różnic psychicznych. Podobnie jest przy zbieraniu materiałów o „Solidarności”. I dla­tego sędziowie mówią, że największym wrogiem wymiaru sprawiedliwości jest świadek. Sąd wydaje wyrok w większości na podstawie zeznań świadków - ich zeznania są często bardzo subiektywne.

Pyt. Wracając do sprawy braci Kociubów. Czy pan pamięta linię obrony?

Odp. Po pierwsze, że oni byli nieświadomi, że działalność ich jest nielegalna - co zresztą ich nie zwalnia z odpowiedzialności. Ponadto podważaliśmy zasadność ingerencji władz podczas strajku. Chodziło o próbę użycia siły. Tutaj ujawniła się pozytywna rola wojska podczas strajku w OZOS. Milicja była gotowa wkroczyć na teren OZOS-u i to prawdopodobnie skończyło by się krwawymi zajściami.

Pyt. A przecież tam przebiegło wszystko w miarę spokojnie.

Odp. Dlatego, że wówczas włączył się w to komisarz wojskowy pułkownik … (nie pamiętam jego nazwiska) i on podjął się roli mediacyjnej. Było tak, że on między milicję, a OZOS wprowadził żołnierzy i fizycznie rozdzielił. On chyba w tym procesie jako świadek zeznawał. Był człowie­kiem o postawie rozsądnej, zawodowej. Wyczuwałem u niego akcent sympatii w stosunku do robotników. To emanowało z jego wypowiedzi, z jego postawy. Zresztą tak to również widzieli uczestnicy strajku. jego postawa różniła się od postaw funkcjonariuszy milicji, którzy działali jako ślepa, brutalna siła.

Pyt. Czy oprócz tych dwóch, pamięta pan jeszcze jakiś proces w stanie wojennym?

Odp. Pierwsza moja sprawa w sądzie wojskowym w stanie wojennym, to była taka, że taki młody człowiek, pracownik cywilny instytucji wojskowej, to była chyba administracja budynków mieszkalnych w Bartoszycach, przekłuł opony w samochodach wojskowych, stojących na placu tego przedsiębiorstwa. Ja byłem obrońcą. Idąc na tą rozprawę, miałem jak najgorsze przeczucia i myśli. Bo tak: stan wojenny - sabotaż. Myślę: Jezus, Maria co tu będzie! Unieruchomienie samochodów wojskowych. I był dla mnie zaskakujący wyrok. Przyjęto kwalifikację zgodnie z moim wnioskiem, jako uszkodzenie mienia. I wyrok był poniżej 2 lat, chyba 1,5 roku. Ja sobie pozwoliłem po tym wyroku w takiej prywatnej rozmowie z młodym sędzią, który wydał ten wyrok, powiedzieć: „Wie pan co, ja tutaj szedłem na tę sprawę pełen najgorszych przeczuć i niepokoju, ale teraz widzę młodzi panowie sędziowie, że jeszcze Polska nie zginęła”. I wysze­dłem z pokoju. Powiedziałem to spontanicznie, naprawdę byłem głęboko przejęty t postawą. To był pierwszy tydzień stanu wojennego.


Mówiąc o sędziach wojskowych, trzeba wypomnieć o takich wyrokach jak Kutasiewicz, co spotkało się z ogólną dezaprobatą prokuratorów i sędziów wojskowych. Zresztą sędzia ten został póżniej przeniesiony i skończył swoją karierę.

Pyt. Grażyna Langowska mówiąc o swoim procesie, wspomina prokuratora wojskowego.

Odp. On przecież wypuścił ją na Wigilię, Konarzewski. On teraz jest prokuratorem wojskowej prokuratury Okręgu Warszawskiego. To jest jedno z ważniejszych w kraju stanowisk w wymiarze sprawiedliwości. Bo Prezes Sądu Wojskowego z Olsztyna, jest teraz prokuratorem generalnym Prokuratury Wojskowej. (wyleciało mi jego nazwisko z głowy). I on jak objął stanowisko naczelnego prokuratora wojskowego, to zabrał ze sobą Konarzewskiego - lwowiaka.

Pyt. Czy pan pamięta inne jeszcze procesy?

Odp. Pamięta się pierwsze. Żeby jednak zilustrować to, że milicjanci stali się zwykłymi obywatelami przed sądami wojskowymi, to taki przykład. Brałem udział jako oskarżyciel posiłkowy przeciwko milicjantom z Olsztynka, oskarżonym o pobicie, szantaż. To chyba było w Sudwie. Milicjanci odpowiadali z wolnej stopy. I zaczęli się migać. Na pierwszą rozprawę nie przyjechali, na drugą jeden przyjechał, drugi jakieś wyjaśnienia nieformalne przysłał, trzeci zatelefonował, że nie może być. Zachowywali się tak jak milicja zachowywała się w dawnych czasach. Wtedy pan sędzia zarządził by patrol WSW (obecnie to jest Żandarmeria Wojskowa) pojechał na miejsce i przyprowadził ich. I tak się stało. I panowie milicjanci (dodam, że ci funkcjonariusze WSW zrobili to dość chętnie) stali się tacy pokorni. Skończył się okres bezprawia dla tej grupy ludzi.

Pyt. Czy pamięta pan z okresu stanu wojennego jakieś wydarzenie, nie koniecznie proces, związane z działalnością „Solidarności”, chociażby kwestia kolportażu?

Odp. ja osobiście miałem kontakty, otrzymywałem podziemną prasę, znaczki pocztowe. Ale ja mogę mówić tylko o swoich własnych kontaktach. Prasę miałem od Baśki Milowicz, to jest moja koleżanka, nie żyjąca już - od niej znaczki. Od pani Bogdy (Mirek?), którą poznałem przed stanem wojennym. W zespole otrzymywałem „Praworządność”, ale niech pan wybaczy nie powiem od kogo. musiałbym się z nim porozumieć. To był prokurator.

Pyt. Pan miał kontakty z przywódcami „Solidarności” w regionie. Pan bardzo pozytywnie wypowiadał się o Boberze

Odp. ja tak o nim mówiłem: Bober z wyglądu nie warty 5 groszy. To jest osobowość nieprzeciętna. Posiadał zdolności wybitnie organizatorskie. Bez reszty był oddany sprawie „Solidarności”. Zdolny do poświęceń, do ryzyka. Jest to postać, która mi przypomina moich przyjaciół, w większości już nie żyjących z konspiracji podczas okupacji. Wyróżniał się stron intelektualną i cechami charakteru.


Jeśli chodzi o Łukomskiego, dużo się z nim kontaktowałem, on miał uzdolnienia przywódcze, innego typu niż Bober. Bober był bardziej finezyjny. Natomiast bardzo wysoko oceniam uzdolnienia Krupińskiego. Miał fenomenalny dar syntezy. On np. potrafił w paru zdaniach zrobić syntezę tego, co się działo podczas zebrania. Nasze zebrania były długie, pełne dygrasji, słów. On miał fenomenalny dar wyłuskiwania jądra.

Pyt. Niektórzy mu zarzucają, że był trochę próżny, że bardziej myślał o swojej karierze niż o Związku.

Odp. Ja nie słyszałem takich opinii. Ja go tak nie odbierałem. A lubiłem z nim kontakty. On był bardzo żywy, miał żywy intelekt, był zdecydowany. Nie sądzę, żeby to co robił, robił dla efektu. Może pewne takie opinie miały niektóre panie, sądzę że to mogło być wynikiem zainteresowania kobiet. Miał pewne kłopoty małżeńskie i inne. Nie to jednak, żeby go dyskwalifikowało, ale mogły być u niektórych pań takie opinie. Może on wywoływał takie niechętne opinie, bo on bywał czasami nieprzyjemny, kiedy ludzie bzdury pletli, nie byli konkretni. On był konkretny. To jest inżynier, miał umysł matematyczny, ścisły w rozumowaniu był. Miał poczucie własnej wartości, według mnie uzasadnione.

Pyt. Co może pan więcej powiedzieć o Łukomskim, przez rok był on szefem regionu>

Odp. Proszę pana, jeśli mam się krytycznie wyrazić, to wol w ogóle. Nie mogę nic złego o nim powiedzieć. To był człowiek zaangażowany autentycznie. Może miał inne uzdolnienia, może dla mnie byli bliżsi intelektualnie Bober i Krupiński, ale to nie umniejsza w niczym Łukomskiemu, był to były wojskowy, miał wykształcenie techniczne (chyba WAT). On się radził, prawie niemalże jak to napisać; jak to zrobi? Z tym, że jeżeli chodzi o konflikty, łamanie prawa, to go mniej interesowało. Tym bardziej interesował się Bober.

Pyt. Bober był szefem działu interwencji.

Odp. Dlatego ja z nim często współpracowałem. Już wiele szczegółów zapomniałem,boję si przekłamać. Między innymi chodziło również o Poznysza - Prokuratora Wojewódzkiego.

Pyt. Jakim był Poznysz?

Odp. O Poznyszu mogę wiele powiedzieć. Wcześniej był kierownikiem Wydziału Administracyjnego PZPR, później był sekretarzem miejskim PZPR w Olsztynie, później został prokuratorem wojewódzkim. To był człowiek, który nie miał solidnego przygotowania. Był i jest typowym człowiekiem z nomenklatury, a ja osobiście z Poznyszem miałem dużo do czynienia. Jak on był kierownikiem Wydziału Administracyjnego PZPR w Olsztynie i w jego kompetencjach był wymiar sprawiedliwości, w tym również adwokatura. Ja przez 20 lat byłem członkiem Rady Adwokackiej w Olsztynie, ciała samorządowego. W związku z tym miałem z nim często do czynienia. Ja znalazłem z nim język. Może było to wynikiem tego, że pochodziliśmy z jednych stron, z Wileńszczyzny. Do Poznysza są również zastrzeżenia, ale ja do niego poza sympatią i szacunkiem nic innego nie mam. On jedyny jako sekretarz, niezwykle ważnego wydziału partii, nie usiłował narzucać swego zdania.


Kiedy była taka sprawa personalna, dyscyplinarna adwokata miejscowości X - to było Braniewo. I doszła ta sprawa do Komitetu. Ponieważ prezes tego adwokata się skarżył, my mieliśmy też na niego różne skargi, nie mówiąc o donosach, a ja byłem rzecznikiem dyscyplinarnym (zajmowałem się postawą adwokatów, ich stroną moralną). I między nami była różnica zdań. Komitet nie ingerował generalnie w tych sprawach, tylko w tym wypadku z uwagi na skargi Prezesa Sądu i milicji i partii (z wszystkimi ten adwokat pozadzierał). Przyszedłem do Poznysza, który chciał tego człowieka wyeliminować. Moje zdanie było takie, że powinien być upomniany, kar dyscyplinarną ponieść, ale widziałem tu zwykłą nagonkę. I tak z Poznyszem dyskutujemy, a on mówi tak: jak mu sekretarz kazał, a ja swojego stanowiska bronię do końca. I rozstaliśmy się. Przychodzę do biura, dzwoni ktoś w tej sprawie z Komitetu. Co za cholera! On miał taki swoisty sposób bycia, był z wileńszczyzny z rodziny chłopskiej., komunistycznej. I mówi do mnie tak: „Wiecie Krakowski, cholera was wie, ja tu myślał, myślał, ale czort to wie, niechaj raczej oni tam zajebią się!” Co z tego wynika? On po namyśle przyznał mi rację i zadzwonił do mnie, żeby to oświadczyć. To było ewenementem, nie do pomyślenia, żeby Komitet PZPR w ten sposób postąpił. A on reprezentował Komitet. Poza tym jest super uczciwy i porządny człowiek.

Pyt. Ale w okresie Solidarności w 1981 roku wyrósł na wroga nr 1 „Solidarności”. Był wówczas prokuratorem wojewódzkim. Była sprawa strajku w OZGrafie.

Odp. proszę pana, u Poznysza byłem może 10 razy w róznych sprawach. Akurat sprawą OZGrafu nie zajmowałem się, nie wiem dlaczego tak się stało. I na pewno Poznysz wówczas był pod presją dla niego nie do przezwyciężenia. Ale nie przekroczył jakiejś granicy przyzwoitości. To jest bardzo ciekawa postać. Zwykły chłop, który uzyskał dyplom - w jaki sposób, to ja nie chcę w to wchodzić. Dlaczego mnie do niego wyprawiano. Ja miałem z nim wspólny język jako ziomek. Moi przodkowie to byli z sąsiedniej wsi. Dzieliły nas róznice społeczne, ale on nigdy tego nie podkreślał, chociaż wspominał: „O wasi wujowie, to byli dobrzy ludzie:”. (Byli zamożni, dziadek miał folwark). Ja byłem bezpartyjny, znałem mentalność tego człowieka. Ja z nim potrafiłem po biaorusku rozmawiać, bo ten jzyk znałem, zresztą on był dostępny dla wszystkich. jak przychodziłem do niego, to zaczynałem mówić naszym dialektem - ten zaśpiew. Teraz jest na emeryturze, chory jest, miał przykrości, bo jego zięć jeszcze wcześniej wyjechał do RFN-u i z tego tytułu go jakieś przykrości spotkały jeszcze przed 1989. Zrobili mu ten dyplom.

Pyt. czy on w stanie wojennym okazał jakąś złą wolę w stosunku do „Solidarności”?

Odp. Moim zdaniem nie. On jako szef urzędowo podpisywał te nakazy aresztowania - to tak. To należało do jego zastępców, ale niektóre i on podpisywał, jako szef prokuratury. Ale na pewno nie wyróżniał się gorliwością. jak ja wcześniej zgłaszałem się w różnych drobnych sprawach, chodziło o szykanowanie, to przy mnie dzwonił do Komendy Wojewódzkiej - reagował od razu. On poza legalność nie posuwał się. A gorliwości na pewno nie wykazywał. On był o! - teraz wiem. On był, on robił wrażenie człowieka kompletnie zagubionego i bezradnego. To przerastało jego możliwości i nawet jego wyobraźnię. tego prostego poczciwego chłopa. Ja to mówię w sensie pozytywnym.


On pochodzi ze wsi Nieki w powiecie Święciańskim, skąd ja się wywodzę. A ta wieś była komunistyczna, jedna z nielicznych, ale komunistyczna wieś. On wychował się w środowisku komunistów. Ale nigdy nie negował innych …

Pyt. Co pan może powiedzieć o sprawie Krupiński - Wojnowski?

Odp. O, to ja Wojnowskiego przypadkowo uratowałem. Nie Wojnowskiego, ale tego drugiego! (Czyżby Rubczewskiego?). Z Wojnowskim to była taka przepychanka. Wielkim kanciarzem chcieli go zrobić, ale on nie był. Ja w tym procesie nawet jako adwokat występowałem przeciwko niemu o ten domek. Był proces. Wojnowski zachowywał się poprawnie, nie wykorzystywał swego stanowiska. Robił wrażenie człowieka niezbyt wielkiego lotu, chociaż robiono z niego intelektualistę, zrobił doktorat.
Był to proces cywilny, nie karny o odzyskanie ziemi na której on bezprawnie zbudował domek.

Pyt. Kto wniósł sprawę?

Odp. Właściciel tej ziemi, ja sdzę, że on nawet się nie orientował w tym, a to był maleńki kawałeczek na początku tej miejscowości - Pluski.
Krupiński też tam zbudował, ale porządny domek. Sam zbudował, przecież jest inżynierem budowlanym i wiedział jak to zrobić. Bardzo ładnie to zrobił.

Pyt. Ale czy do Krupińskiego nie miał nikt pretensji, że komuś ziemię zabrał?

Odp. tam był kontratak obrony Wojnowskiego: co tam zarzuca się Wojnowskiemu, skoro pan Krupiński zbudował nielegalnie domek, znacznie bardziej okazały.

Pyt. Ale w ten sposób, to ostrze ataku zostało stępione, z tego względu, że Krupiński miał jednak bardziej okazały dom.

Odp. Tak, fotografie były, jakieś audycje.

Pyt. A w tej sprawie Wojnowskiego z Warmiakiem?

Odp. Została tam zawarta jakaś ugoda, pogodzili się. To tylko kawałeczek ziemi zajęli Warmiakowi. Takie piaski. To było niefortunne załatwienie tej sprawy, bo to właściwie Urząd Gminy w Stawigudzie. To nie było świadome nadużycie. Rzeczywiście domek Krupińskiego był okazalszy od tej budki Wojnowskiego.


Taką postacią bardzo ciekawą, nawet wybitną, to jest Stefan Śnieżko. To jest człowiek, który w sposób konsekwentny demonstrując swoją bezkompromisowość i odwagę, zaangażował się w działalność „Solidarności”, będąc prokuratorem rejonowym. To jest człowiek zdolny, dobrej klasy prawnik, poważna postać. On mógł zagarnąć tutaj gdyby chciał, stanowisko przewodniczącego, ale on nie chciał, ustąpił. To jest silna, mocna indywidualność. On jest moim krajaninem, on jest z Wileńszczyzny.

Pyt. W Olsztynie co drugi mieszkaniec jest z Wileńszczyzny.

Odp. On jest z Wileńszczyzny. Przeszedł ze swoją rodziną całą naszą gechennę, skończył gimnazjum polskie w Wilnie i dopiero w roku 1955, czy którymś, przyjechał do Polski. Tu ukończył uniwersytet, chyba w Toruniu, no i rozpoczął pracę w prokuraturze. Wszystkie szczeble: aplikacja, podprokurator itd. Ja go tak lansowałem do Senatu z ramienia Unii Demokratycznej, której byłem zwolennikiem i jestem, jednak on kandydował z Kongraesu Liberalnego.

Pyt. Po stanie wojennym on miał kłopoty, po internowaniu nie mógł znależć pracy.

Odp. Miał długotrwały spór o wpis na listę adwokacką. W końcu jednak został wpisany, to zależało od Ministerstwa Sprawiedliwości. Został adwokatem w Olsztynie i ewenement - Śnieżko, który właściwie nie rozpoczął jeszcze pracy adwokata, ale tylko był wpisany na listę, na pierwszym walnym zgromadzeniu został wybrany do Rady Adwokackiej w Olsztynie, nota bene na mój wniosek. Do Rady z reguły dostaje się po paru latach. Ale to z uwagi na jego działalność i jego osobowość. Adwokaci potrafią wyłuskać osoby, które nadają się do tej pracy. Uważam, że on w sposób bardzo umiejętny prowadził tę sprawę katyńską. On się nadaje, pomijając zawodowe przygotowanie, ze względu na to, że on zna język rosyjski świetnie, zna psychikę Rosjan - co jest bardzo ważne. Rosjanie to są ludzie, którzy mają takie specyficzne cechy charakterologiczne osobowości, że nieraz ludziom z centralnej Polski, nie mówiąc o Zachodniej Europie, trudno to zrozumieć. Śnieżko wywodzący się z kresów, wychowany w ZSRR, potrafi z Rosjanami rozmawiać.

 

 

(Rozmowę przeprowadził i notował Zenon Złakowski)

 

 

 

--------------------------------------------------------

 

 

Olsztyn  Friday, 10 June 2011 r.


Rozmowa z Grażyną Langowską

przeprowadzona dnia 2 września 1994r.

 

PYTANIE : Kiedy po raz pierwszy zetknęłaś się z ideą „Solidarności” i kiedy podjęłaś decyzję o aktywnym włączeniu się do tego ruchu?

Odp. To nie było tak, że w jakimś konkretnym momencie podjęłam decyzję. Troszkę to inaczej wyglądało. To był powrót z urlopu, który spędziliśmy nad morzem i chcieliśmy odwiedzić rodzinę, bo jeszcze zostało kilka dni urlopu - rodzinę w Gdyni. Przejeżdżaliśmy przez Trójmiasto. To był bliższy kontakt z tą atmosferą - taki deszczowy dzień. Przejeżdżaliśmy maluchem z małą córeczką. I nastąpiła taka zbitka pewnych wrażeń, ponieważ byłam również tu po wypadkach grudniowych 1970r. w Gdańsku i Gdyni, bo tam wtedy również byliśmy zaproszeni, żeby spędzić święta Bożego Narodzenia u rodziny mojego męża. I wtedy, pamiętam to Trójmiasto straszliwie zapłakane, bo ludzie byli zapłakani. Takie twarze spotykałam, przygnębione, żałobne - wypalony dworzec, zapach gazów, których używano do tłumienia tych rozruchów, patrole milicyjne wtedy na ulicach, godzina milicyjna, legitymowano wszystkich. Myśmy wysiedli w Gdańsku i musieliśmy się po pierwsze wylegitymować, dlaczego tu jesteśmy, po co przyjechaliśmy. I z pewnymi obawami, czy się dostaniemy z Gdańska do rodziny, czy będzie możliwość dotarcia kolejką i czy w ogóle wyrażą zgodę, ci milicjanci. Udało się to. I później święta przez cały czas były w atmosferze żałoby, bo ten budynek w którym mieszka rodzina Ryśka, to jest budynek w dużej części zasiedlony przez stoczniowców. Rodziny więc już wtedy były osierocone, zaginione różne osoby, ludzie w mieszkaniach się schodzili, rozmawiali ze sobą. I wtedy ta więź, która przedtem była dosyć luźna, ona się wtedy tworzyła dopiero. Jakoś tak sobie przypomniałam tamte chwile - tamto Trójmiasto z 1970 roku i teraz to.

Ono było inne. Nie było radosne oczywiście, ale było już zorganizowane. To co mnie bardzo wtedy poruszyło, to to, że była pełna mobilizacja, że nie tylko stocznia, ale różne inne zakłady, które mijaliśmy po drodze przejeżdżając przez całe Trójmiasto do Gdyni, że ono było oflagowane, że mimo strug deszczu byli robotnicy, którzy pełnili straż przy tych bramach zakładów pracy produkcyjnych i instytucji - one były oflagowane i charakterystyczne, tam gdzie były bramy, to były kwiaty, jakieś tam grupki - przypuszczam - rodzin, które rozmawiały z tymi strajkującymi, ale ulice były dosyć puste. Pogoda też była taka, ale to było w zakładach pracy. I wtedy sobie pomyślałam, że ponieważ to już jest i na taką skalę i że to wszystko odbywa się w zakładach pracy, i że ci ludzie po tamtych doświadczeniach - tak sobie wówczas myślałam - przecież chyba nie wyjdą na ulicę, nie powtórzy się tamta tragedia. I ponieważ wiedziałam, że skala tego, tej mobilizacji, tych solidarnych strajków w zakładach, które jako kolejne przyłączają się - bo znałam relacje radiowe - że to się inaczej otoczy i już nie może skończyć się taką pacyfikacją, bo to jest już zbyt duże. I później zaczęłam poznawać z relacji ludzi, którzy się kontaktowali z rodziną mieszkającą w Gdyni, że to cały czas narasta, że skala mobilizacji zakładów pracy jest ogromna. I powstało pytanie, czym się to skończy. Poprzez tamte wspomnienia z 1970 roku, poprzez to co zobaczyłam, rozmowy, które prowadziłam z ludźmi - ale nie z formalnymi przedstawicielami z zakładów pracy - tylko z ludźmi, którzy mieszkają w tych domach w Gdyni, tuż przy pomoście wiodącym do Stoczni Komuny Paryskiej. Z taką refleksją i z takimi wrażeniami, przyjechałam do Olsztyna, bo tu zaczynał się rok szkolny. Wydawało mi się, że to jest tak ważne, jakby zobowiązujące, że nie można stać z boku. A ponieważ zainteresowanie moich koleżanek i kolegów w Szkole Samochodowej było duże, próbowałam przekazać im tą atmosferę - to był jakby impuls, po drugie wokół mnie gromadzili się ludzie i dopytywali się: a jak to wygląda, a dużo tego? Taki przypadkowy zbieg okoliczności. gdybym urlop spędzała gdzie indziej, to już nie miałabym tego impulsu. I on się wziął tak trochę przypadkowo, przez ten pobyt w Trójmieście.

I później już wola tych ludzi była taka, że my przecież nie możemy stać, to jest zbyt ważne, żeby czekali jak to się wszystko rozwinie. I jeśli dobrze pamiętam, to pierwsza nasza decyzja była taka, że do tego WPKM-u gdzie mieściła się pierwsza siedziba tego pierwszego zalążka MKZ-u - należy zebrać jakieś środki, bo one są potrzebne i zanieść. I pierwsza lista dotyczyła właściwie tylko tej składki, którą ludzie - tyle ile kto miał - zebrać i zanieść tam. I w ten sposób powstał rejestr ludzi nie tylko świadomie włączających się, ale którzy wspierają to co się dzieje w Polsce i u nas w olsztyńskim WPKM-ie. Już nawet nie pamiętam, kto mi towarzyszył, trzy osoby - Mirka Angelus, na pewno i jeszcze ktoś - poszliśmy prawie z kapeluszem. Tam zostały skrupulatnie po-liczone pieniądze, wpłaciliśmy. I oni tam w WPKM-ie uchwycili jako kolejny kontakt z kolejnym zakładem pracy, a raczej kolejnym środowiskiem, z którym będzie się można kontaktować.

PYTANIE : Kogo pamiętasz z WPKM-u w tym czasie?

Odp. Na pewno Łukomski, który już wtedy szefował (zaczal w pazdzierniku/MK) . Nie zajmował się już wtedy technicznymi sprawami. Na pewno pamiętam Irenę Teleszową, Waldka Nieczyporowicza, Wieśka Bryckiego. Wieśka nie jestem w 100 procentach pewna, ale na pewno była Irena, która się tam kręciła, która całą tę robotę techniczną wykonywała, te pieniądze przeliczała, zbierała listy, nawiązywała bezpośredni kontakt - interesowały ją adresy ludzi, żeby można było się skontaktować w celu dalszego organizowania się.

PYTANIE : Czy już wtedy mówiono o „Solidarności”?

Odp. Chyba jeszcze nie. Chociaż w szkole mojej stało się to dość szybko. Ponieważ nie chcieliśmy stać z boku, wobec tego na radzie pedagogicznej, takiej rutynowej, która zwykle wiąże się z rozpoczęciem roku szkolnego, poprosiliśmy dyrektora, żeby w porządku konferencji były również te problemy sierpniowe, czyli wydarzenia aktualne w kraju.

PYTANIE : Kto był dyrektorem?

Odp. Dyrektor Dumalski, który uznał to za naturalną rzecz, że chcemy na ten temat porozmawiać. I pierwsza myśl jaka się wyłoniła ta taka, że my również mamy szkolną rzeczywistość, w której parę rzeczy powinniśmy zmienić, sformułować w formie postulatów wręcz. Nie sformułowałam tego na piśmie, ale przemyślałam to, bo myślałam wiele o tym co się dzieje na Wybrzeżu. Okazuje się, że ludzie też się nad tym zastanawiali. Myśmy wiedzieli już o tym, że w Stoczni są już nauczyciele Trójmiasta, którzy również się w to włączyli, zarówno w ten program zmian w skali całego kraju, jak i gdańskiego podwórka jak i środowiska. I sformułowaliśmy te postulaty swoje, bardzo życzeniowo były one ujęte. Zostały przedstawione odręcznie na piśmie dyrektorowi szkoły. Nie wiem czy to było na tej radzie, ale na następnej na pewno. Na tej konferencji był, zaproszony przez nas - czy może inicjatywa była z dwóch stron - ówczesny szef ZNP lub przedstawi-ciel - Bogdan Mużny. Był tą stroną, która miała mało komfortową sytuację. Pamiętam, że jakkolwiek był jakby stroną w tym - że w tym zderzeniu, nie starciu, bo tam nie było atmosfery buntu czy konfrontacji - był reprezentantem struktur skostniałych. Ale nie było to agresywne ani konfrontacyjne. I on wtedy również był zdania, że ta rzeczywistość się zmienia i że struktury związku zawodowego powinny być zmienione. To tak bardzo ogólnie pamiętam. My jednak nie chcieliśmy tych zmian poprzez istniejące struktury, bo nowe związki organizowały się jako coś alternatywnego, coś obok. Być może rola jego była taka, żeby w ramach tego co istnieje spróbować coś zmienić, ale woli takiej nie było. Chociaż większość z nas o ile nie wszyscy byli formalnie w tym związku, bo kiedy się przychodziło do pracy, automatycznie się wypełniało deklarację, jakieś składki były automatycznie potrącane. My jednak tak nie chcieliśmy, żeby to się wtopiło w istniejące struktury i było to takie połowiczne. I w związku z tym myśmy od razu powiedzieli, że raczej widzimy swoje miejsce w tych strukturach niezależnych, które zaczynają się tworzyć. Niemniej uznaliśmy, że kontakt jest potrzebny i dlatego to spotkanie odbyło się.

I automatycznie ta grupa, która wcześniej udała się do WPKM-u, przekształciła się w grupę inicjatywną u siebie na poziomie swojej szkoły. Wkrótce jednak inne szkoły się zwiedziały i zaczęły się zgłaszać, jak to robić. Dla ludzi w WPKM-ie była to pewna ulga, jako że automatycznie rozładowała się dla nich sytuacja. W WPKM-ie zgłaszające się delegacje ze szkół, kierowano do nas. Myśmy więc wyjaśniali, improwizowali, robiliśmy dobrą minę do tej dość trudnej gry wtedy. Obiecywaliśmy pomoc i staraliśmy się to robić. Osoby do niego należące, były wybrane przez aklamację. Same wyraziły zgodę i albo ktoś się sam zgłaszał, albo kogoś wysunięto - sala krzyczała, że ty masz być i będziesz.

PYTANIE : Czy ty już wtedy szefowałaś tej grupie założycielskiej?

Odp. To nie było, że to właśnie ja. Była grupka ludzi, ale ponieważ wokół mnie ludzie gromadzili się, gdyż opowiadałam co widziałam sama i czego się dowiedziałam - więc to jakby się w sposób naturalny stało. Byłam jakby świadkiem.

Ponieważ szkoły zaczęły się do nas zgłaszać, więc w sposób naturalny staliśmy się taką szkołą kontaktową, informującą, wspomagającą. Mówiliśmy, że nie może być nic poza wiedzą szkoły, musi być zgoda dyrektora na to, żeby było to w określonych godzinach. Broń Boże w godzinach pracy. To zaczęło powielać się na zasadzie pewnego wzoru, co do sposobu postępowania, a także taktyki tych rozmów z dyrekcją. Uważaliśmy, że szczególnie w szkołach musi to być w sposób taki delikatny, bo szkoła jest szkołą - trzeba pracować. Wiedzieliśmy, że to w żaden sposób nie może wpłynąć na normalną pracę z młodzieżą.

Bardzo się broniliśmy przed tym, że stanowimy już jakieś władze związkowe, chociaż mimo woli tak było, bo zaczęliśmy prowadzić rejestr tych szkół, nazwiska, adresy. Oni chcieli się spotykać, wymieniać pewne doświadczenia, utrzymywać taką pewną więź midzyzakładową. Zgłaszały się szkoły najpierw olsztyńskie, a później i z województwa: Szkoła Ekonomiczna z ul. Bałtyckiej, Zespół Szkół Chemicznych, LO-2, LO-1. Ja bojąc się, że zbyt dużo obowiązków na mnie spadnie zaczęłam wywiera presję, żeby ci którzy stanęli na czele tych grup inicjatywnych, weszli w taki jakiś nieformalny skład reprezentacji placówek szkolnych oświatowych. I w ten sposób Zosia Czajkowski tam się pojawiła, pani Kiszkurno, nie pamiętam nazwiska kolegi z Bałtyckiej - oni stanowili już wsparcie dla mnie. Bo następne szkoły się zgłaszały, a WPKM uznał, że my staliśmy się agendą ich struktury w oświacie. A potem, gdy to zostało już troszkę sformalizowane, to był taki moment, że przyjechali emisariusze z Gdańska, nauczyciele, dwójka kolegów - nie pamiętam nazwisk, był tam Włodek i pani z LO - a Włodek był ze szkoły stoczniowej. To byli ludzie, którzy w stoczni uczestniczyli jako przedstawiciele oświaty z Trójmiasta. I oni stanowili dla nas wsparcie. Zorganizowaliśmy spotkanie, było duże zainteresowanie, bo przyjechali ludzie z Gdańska. To odbyło się bardzo uroczyście. Wiem, że mnie to rozśmieszyło gdyż stół był przykry-ty zielonym suknem, stół prezydialny. Mnie się to nie podobało - mówię nie ma tak. Nie ma tu żadnego prezydium, my jesteśmy załogą, która się zebrała, żeby sobie porozmawiać, a nie już ma tam zaraz ktoś zasiąść. Broniłam się, ale w końcu z boczku tego stołu przysiedliśmy. Poprosiliśmy naszych gości, był dyrektor, kierownictwo naszej szkoły. Był prawie w komplecie cały nasz zespół nauczycielski i pracownicy obsługi też. Skrzyknęliśmy przedstawicieli innych szkół olsztyńskich, głównie średnich. Konferencje metodyczne, to trochę się znaliśmy. A gdańszczanie chcieli, żeby natychmiast wyłonić jakieś władze. I wtedy był pisany protokół i ja zostałam dosłownie wypchnięta. Starałam się wycofać trochę do tyłu, bo zdawałam sobie sprawę, że jest to ogromna odpowiedzialność i szalone obciążenie - cały czas trzeba być konsultantem, cały czas trzeba kogoś przyjmować w czymś uczestniczyć, a tu normalne obowiązki, praca, dom, maleńkie dziecko - 3-letnie. I przerażona byłam trochę tą perspektyw, że tutaj staję się mimo woli takim liderem. Broniłam się dość ostro, ale pamiętam te pchnięcie w plecy i zostałam wypchnięta do przodu i nie było siły. Goście bardzo naciskali na to, gdyż mówili, że nie będą czekać, że gdy będą wyjeżdżać, żeby było wiadomo, na kogo mogą liczyć. I to się tak odbyło - sala krzyknęła. Ja chyba się żenująco zachowałam, gdyż powiedziałam, iż mam maleńkie 3-letnie dziecko. Oni po-wiedzieli z sali, że będą wspierać, podobnie koledzy z Gdańska. Później jednak w ten teren trzeba było jeździć, nie było odwrotu. I tak się stało. Powstał Międzyzakładowy Komitet Założycielski „Solidarności”. Były to pierwsze dni września - to szybko się stało. (pierwsze dni wrzesnia??/MK)

Wtedy zafunkcjonowałam jako przewodnicząca tej struktury międzyzakładowej w oświacie - zaczęły zgłaszać się i przedszkola … teren zaczął zjeżdżać. To stało się kłopotliwe, gdyż ludzie przyjeżdżali z terenu, a ja jestem na lekcji. Dyrektor był na szczęście w porządku. Ludzie czekali, podczas przerwy trzeba było gdzieś kąt znaleźć i porozmawiać. Już wtedy zaczęły pojawiać się pewne dokumenty, kopie tych dokumentów, trzeba im było dać jako wzór, powielić to na powielaczu spirytusowym na denaturat. Jeżeli więc coś już powstało w jakimś mieście w Bartoszycach czy Kętrzynie, Mrągowie, Morągu, Nidzicy to ja już odsyłałam do odpowiedniej placówki w terenie. Mimo to jednak trzeba było także jeździć w teren. Już jesień była, wcześnie robiło się ciemno. Na tych spotkaniach gromadzili się ludzie nie tylko zresztą ze szkół. I trzeba było odpowiadać często na bardzo trudne pytania, a nade wszystko czego ludzie oczekiwali, to pewności siebie, że nie ma lęku, nie ma obawy. Jest pewność, że to co robimy jest słuszne, że nie boimy się, a to nie było wówczas takie proste. Działy się rzeczy dosyć bulwersujące. Trzeba było więc pokonywać i lęki, które człowiek miał sam i umieć nawiązać kontakt z tym tłumem, bo to często były tłumy, sale były nabite. To było w salach szkolnych, jakichś aulach i trzeba było mówić o tym dlaczego my się organizujemy, jak powinniśmy to robić, jak się zachować w zakładach pracy. Wtedy nie było ani haseł ani programów, że my tu chcemy obalać władzę. Broń Boże. Miał być jednak nie-zależny związek, który ma charakter ogólnospołeczny - to znaczy nie ma on struktur branżowych, dlatego, że problemy które nas dotykają wiążą się z ogólnospołeczną i ogólnopolityczną sytuacją, a nie tylko zakładową. Naszą siłą jest to, że jesteśmy organizacją jedną w różnych za-kładach pracy i w różnych branżach.

PYTANIE : Czy były jakieś przykre incydenty podczas tych spotkań?

Odp. Ja już nie pamiętam, ale ja się nie zetknęłam z jakimiś incydentami. Owszem podczas spotkań zdarzały się agresywne pytania, albo służb specjalnych, albo władz partyjnych, ludzie nie zawsze się przedstawiali. Dla mnie to nie miało znaczenia, po prostu odpowiadałam w sposób taki jak potrafiłam, ze spokojem i w sposób rzeczowy. Pamiętam, że moje ówczesne wystąpienia czy odpowiedzi nie były lekkie, ale jedno wiedziałam, że one muszą być bardzo wyważone, bo ta atmosfera ogólnego podniecenia była tak ogromna, że nie wolno było jeszcze ją podsycać. To byłoby nie w porządku wobec ludzi, bo ja wyjadę, a ludzie rozejdą się po różnych zakładach, gdzie mogą zetknąć się z różnymi reakcjami swoich dyrektorów, kierowników. I wtedy były już te znaczki. Kiedy ci gdańszczanie odjechali, to zostawili nam te znaczki, których inni nam bardzo zazdrości-li. To były te pierwsze - kilka ich było zaledwie. Wiem, że ja dostałam i nosiłam, może jeszcze dwie osoby od nas. Były one naprawdę ładne, duże białe plakietki z dobrze wykonanym napisem oryginalnym „Solidarność”. Należało to jako legitymację nosić na wszystkich spotkaniach. Tak bardzo identyfikowałam się z tą treścią, którą wyrażał ten znaczek, ale odczuwałam nie lęk - na pewno nie, ale musiałam pokonać jakieś tam opory, to że ja występuję jako działacz, to budziło mój jakiś wewnętrzny opór. Przypinałam ten znaczek - chociaż bardzo mi się podobał i bardzo go ceniłam - to równocześnie nie bez oporów przypinałam go sobie. Kojarzyłam sobie, że jakaś 19-wieczna rewolucjonistka do tłumu przemawia i przyznam, że to mnie momentami śmieszyło, ale w sensie pozytywnym. Nie to, że wszystko wydawało mi się śmieszne. To wszystko było bardzo poważne, ale moja osobowość nie pasowała do tej całej sytuacji, w której trochę mimo woli zna-lazłam się. To mimo woli też nie jest do końca prawdziwe, jakaś wola wewnętrzna włączenia się w to co się dzieje, świadomość, że nie można stać na boku była pełna. Jednocześnie wydawało mi się, że to powinien ktoś z innymi predyspozycjami czynić, ale skoro tak było, to trzeba było to robić.

PYTANIE : Miałaś kontakt z ludźmi, którzy byli we władzach Związku. Miałaś też kontakty z ks. Żołnierkiewiczem, który od początku związany był ze Związkiem.

Odp. Jeżeli chodzi o szkoły, to my mieliśmy być od początku samodzielni. Z księdzem Żołnierkiewiczem stykałam się w WPKM-ie, ale raczej w biegu, a potem to już musieliśmy sobie sami radzić. I przyjęli mnie owi koledzy i Łukomski i Mackiewicz, Leszek Lechowski, Andrzej Bober i Irena Telesz i Andrzej Bartuszek, Mirek Krupiński, Kisły - to są wszystkie nazwiska ludzi, którzy stanowili tą czołówkę, ci z pierwszych szeregów - i oni stwierdzili, że Grażyna sobie poradzi. I jakoś sobie radziłam. Inna sytuacja zapewne była w dużych zakładach pracy, inna była w placówkach, gdzie trzeba było robić w innym rytmie i to było bardzo rozproszone, musieliśmy sobie sami radzić. Na początku wyrażałam takie obawy, że nie pociągnę, że chcę wsparcia. Nie wiem, może na jednym czy na dwóch spotkaniach, ktoś tam był - Mirek i ktoś, a potem ja doszłam do wniosku, że trzeba dać spokój, niech oni sobie załatwiają swoje sprawy, a ja pociągnę. Obecność Juliana, głównie zarejestrowałam, w tym ogólnym rozgardiaszu w WPKM-ie jak tam panował, on tam w swoim garniturku, nie w sutannie, z koloratką. To było tylko ocieranie się o niego. A o pomoc nigdy nie prosiłam, gdyż uważałam, że może bardziej jest potrzebna w zakładach pracy.

A jeżeli chodzi o to jak ja weszłam w struktury ponad zakładowe, to na takiej zasadzie: jest szefowa Solidarności oświaty, więc zostałam dokooptowana do tego prezydium. Na którymś z zebrań, kiedy przedstawiciele poszczególnych zakładów pracy przychodzili jako ci wybrani jeszcze tak przez aklamację - reprezentantami poszczególnych zakładów pracy, tego coraz więcej zaczęło się robić - tych bardziej znaczących zakładów pracy (mających większą liczbę członków) dokoptowywano, a ponieważ oświata obejmowała duży obszar, chociaż rozproszony po całym województwie i bardzo dużo szkół, wobec tego uznano, że to jest na tyle duża grupa zawodowa, że należy mnie dokooptować. I zostałam dokooptowana jakąś tam uchwałą do tegoż prezydium. To była jesień, może październik.

PYTANIE : Co możesz powiedzieć o Bartuszku?

Odp. (…) On budził respekt poprzez sam swój wygląd. To był mocny człowiek ten Andrzej.

PYTANIE : On był podobno nawet samokrytyczny, gdyż w pewnym momencie stwierdził, że go to przerosło.

Odp. Wtedy kiedy zaczęły padać trudne pytania, dotyczące tego co dalej. Jak to się będzie miało do istniejących struktur władzy. To już wymagało i dużej dyplomacji i pewnej umiejętności panowania nad tłumem - nie tak jak z delegatami z zakładów pracy, którym mówił: weźcie się w garść i róbcie. On z nimi rozmawiał bardzo twardo. Tu już trzeba było inaczej. On zdawał sobie sprawę, że tu trzeba było ludzi, którzy będą sobie radzili - że tu Langowska trzeba wysłać, tam Krupińskiego - takich, którzy nad większym tłumem będą bardziej panowali. Bartuszek przestał już na te większe spotkania udawać się.

PYTANIE : Wkrótce szefem został Łukomski.

Odp. Tak, on na początku mnie drażnił, lecz później go polubiłam. Drażnił mnie jego sposób bycia. Jak się później dowiedziałam, że z wojska wyniósł pewien sposób bycia, wówczas jednak nie do przyjęcia. Trzeba było być zdecydowanym - tego nawet oczekiwały środowiska - ale nie można było przybierać takiego tonu, jakby wojskowych rozkazów. Przerywania wypowiedzi ludziom. Jeżeli trzeba było przerwać, to nie w taki sposób. Trzeba było delikatnie ludzi traktować - oni mieli dość traktowania z góry. Pamiętam kiedyś na jednym z naszych zebrań, już jak byłam członkiem tego powołanego prezydium, doszło do ostrego spięcia między mną, a Edmundem „Mundkiem” tak go nazywaliśmy, ponieważ ja mu powiedziałam: - „Stary, ty sobie zrażasz ludzi. To jest nie do przyjęcia.” Ale jeszcze zanim zostałam członkiem tego prezydium, powiedziałam w dość ogólny sposób, ale kategoryczny jednak, twardy, że w taki sposób tego zebrania nie można prowadzić. Może byłam troszkę wydelikacona, bo reprezentowałam środowisko  inteligenckie i w związku z tym, mnie się wydawało, że to jest nie do przyjęcia. Owszem, trzeba było panować nad tym, bo to było żywiołowe, ale w inny sposób, bardziej taki dyplomatyczny. Jemu tego brakowało, wiem, że on nawet w pewnym momencie się obraził, ale potem gdy żeśmy się lepiej poznali, mówiliśmy sobie pewne rzeczy otwarcie i sądzę, że to później nie zostawiło śladu na naszych stosunkach, kontaktach. I nawet pamiętam, że po tym moim twardym wystąpieniu, doszło do tego, że te większe zebrania były prowadzone przez kogoś innego. Ja mówiłam, że może to prowadzić Mackiewicz, Bober, Krupiński, ale nie Łukomski. Kiedy on nie panował nad tym zebraniem, bo czasami ktoś mówił rozwlekle, wszystko się przeciągało, a ludzie byli zmęczeni, w związku z tym powiedziałam, że niech pan przewodniczący rozpoczyna zebranie, a potem kto inny niech poprowadzi, bardziej umiejętnie. I tak rzeczywiście się stało.

PYTANIE : Jak go oceniasz jako szefa, który musiał jednak kierować Związkiem?

Odp. On miał duże umiejętności organizacyjne, ale brakowało mu czasami wyczucia sytuacji. Bo mnie się wydawało, że to wszystko co się dzieje, to ogromna fala ludzkich oczekiwań, bo my byliśmy wtedy władzą dla tych ludzi, to ta władza nie może powielać zachowań, które byłyby kojarzone z arogancją. Ale niestety mnie się to kojarzyło i ludziom, sądząc po ich reakcjach, też. Tak odczuwali ludzie, którzy stali obok mnie, bo to były często wielogodzinne stojące spotkania, kiedy różne problemy były rozważane. Ludzie niechętnie reagowali na rozwlekłe wystąpienia, a jednocześnie sala reagowała pomrukiem wrogości, kiedy ktoś próbował przerwać kategorycznie czyjeś wystąpienie. Znowu władza komuś zamyka usta.

PYTANIE : Dlaczego MKZ skupił się w WPKM-ie?

Odp. Tego nie wiem. Dyrektora znałam, bo to był mój kolega, który miał zajęcia w naszej szkole, w samochodówce na wydziale zaocznym, chyba i wieczorowym - pan Ruchlewicz. Myślę, że gdzieś trzeba było znaleźć miejsce, a z jego strony była oferta, ale ja nie byłam na początku, przy tych rozmowach. Dyrektor Ruchlewicz przez cały czas stwarzał dobre warunki do funkcjonowania. Najpierw to było takie biurowe pomieszczenie, taka kajutka, tam było ciasno, bez przerwy tam ludzie przychodzili - te list, gdzieś to trzeba było zanotować, kapoty nie było gdzie powiesić, deszcz padał. Ale on był przychylnie do tego nastawiony, później coraz więcej wygospodarowywał miejsca, potem już regularnie udostępniał tę dużą świetlicę, a nawet pierwszy samochód, którym dysponowaliśmy jeżdżąc w bardziej odległe miejsca - to był wyremontowany siłami naszych działaczy robotników, był wypożyczony z WPKM, przez dyrekcję. Był rzeczowy człowiek.

PYTANIE : Co możesz powiedzieć o Krupińskim, Boberze?

Odp. Wcześniej ich nie znałam, tak że pierwsze kontakty dopiero w Związku. Bardzo szybko myśmy się zżyli ze sobą i każdy z nich miał trochę inną osobowość. Najdłużej to się docierało z Łukomskim „Mundkiem”, a bardzo szybko nawiązywało się przyjaźń z tą dwójką. I oceniam, że oni są sprawni, zwłaszcza Krupiński ma taką dużą swobodę w wypowiadaniu się dosyć gładkich, często na okrągło, bo trzeba tak było powiedzieć czasami, on robił dobra wrażenie, on był akceptowany. Bober był bardziej kameralny. Bardzo przydatną osobą był Wiesiek Brycki, który świetnie na-wiązywał kontakty z robotnikami, którzy przyjeżdżali, on mówił ich językiem. Również był bardzo sprawny w organizowaniu technicznej strony spotkań, bardzo operatywny, wydolny, ciągle obecny.

PYTANIE : Kogo jeszcze pamiętasz z tego okresu?

Odp. Irenę Telesz jeszcze pamiętam. Osobę, która emanowała energią, entuzjazmem i zaangażowaniem. Czasami nam tego brakowało, bo później przychodziło zmęczenie, a ona przynosiła element luzu i żartu, a jednocześnie zatroskania o to wszystko co było. Z kobiet to ją głównie pamiętam. Każdy był trochę inny. Myśmy się w jakiś sposób uzupełniali.

Leszek Lechowski np. był takim bardzo dokładnym, koncentrował się na szczegółach. Krupiński zmierzał do pewnych uogólnień, a więc jak gdyby drobiazgowość Lechowskiego uzupełniał gładką wymową i odsuwaniem drobiazgów na bok, jako nieistotne.

PYTANIE : On miał zresztą zacięcie dziennikarskie.

Odp. Właśnie, dlatego on nieprzypadkowo został rzecznikiem naszym, pierwszym. Te kontakty z prasą były więc już z głowy, bo on miał z mediami te kontakty.

PYTANIE : Niektórzy mówią, że miał zbyt duże ambicje.

Odp. Miał, ale miało to również uzasadnienie w pewnych predyspozycjach. Uważałam, że dobrze iż nam trafił się taki właśnie człowiek, który to robił. Czasami być może to jego krasomówstwo drażniło, ale myśmy mu o tym otwarcie mówili. Oczekiwaliśmy, że będzie też bardziej konkretny, że będzie ściśle prezentował nasze stanowiska, nasze uchwały, dezyderaty, deklaracje, stanowiska itd. On to robił.

PYTANIE : On został po zjeździe wojewódzkim „Solidarności” przewodniczącym.

Odp. Ale krótko, bo przecież został wkrótce wiceprzewodniczącym Związku w kraju.

PYTANIE : Jako przewodniczący Zarządu Regionu, jak on sobie dawał radę?

Odp. Nie brakowało między nami spięć, bo rzeczywistość była taka, że były bardzo trudne momenty, kiedyśmy już przez te bardzo liczne problemy w zakładach pracy (spowodowane przez jedną czy drugą stronę). I wtedy trzeba było tam jeździć łagodzić spory, podobnie jak i wewnętrzne problemy, ludzie bowiem w zakładach pracy spierali się jak należy podchodzić do rozwiązywania różnych problemów, także sprawy personalne - i to się czasami przenosiło i na nasze grono, przecież nie tak wielkie, W Zarządzie Krupiński miał umiejętność łagodzenia tego rodzaju sporów. Taką osobą, która umiała rozważnie do wielu rzeczy podchodzić i łagodzić nawet agresywne za-chowania, był również Andrzej Bober. On był bardzo konkretny, spokojny, ja go bardzo lubiłam, z nim się dobrze rozmawiało. Andrzej miał zawsze czas, żeby skupić się na człowieku, kiedy ktoś przyjeżdżał z problemami, czasami pogubiony jakiś, potrafił cierpliwie wysłuchać, a mimo że skracał z konieczności ten kontakt, to jednocześnie sprawiał wrażenie, że on się pochylił nad ludzkim problemem. Czasami ludzie przeważnie przyjeżdżali, bo sobie nie radzili z problemami w zakładach pracy.

Każdy był trochę inny i w całości myśmy stanowili chyba nie najgorszy zespół rozumiejący się.

PYTANIE : Ludzi tych skupiła pewna idea, poglądy światopoglądowe nie były wówczas takie ważne. Po zjeździe regionalnym „Solidarności”, Krupiński zostaje przewodniczącym i jednym z pierwszych kroków jest spotkanie w Komitecie Wojewódzkim PZPR. Jak ty to oceniasz i jak doszło do tego spotkania, kto był inicjatorem?

Odp. Wielu z naszych kolegów miało przecież przeszłość partyjną jak wiemy, no nie byli to działacze wysokiego szczebla, ale należeli do partii. W związku z tym ja często się zastanawiałam - to przecież mówiono o czerwonym regionie, ze względu na to, że wielu naszych kolegów należało do partii. Ja oczywiście nigdy nie należałam do partii, ale przecież należeli i Kisły i Ruchlewicz, u którego się to rodziło i Andrzej Bober i Krupiński i Śnieżko i Józek Lubieniecki - wielu z nich było. Ja to przyjęłam jako rzecz naturalną. Cóż, taka rzeczywistość jest. Ci ludzie, którzy teraz identyfikują się z tym co się dzieje (m.in. Irena Telesz) - przyjęłam to jako coś naturalnego, taki był ten teren. On nadal taki jest. W związku z tym nie mogło to stanowi kryterium wartościowania ludzi. Starałam się na tym specjalnie nie koncentrować, oceniać przydatność tych ludzi, sposób ich myślenia. Czasami nie do końca się z tym godziłam, też czasami miałam wątpliwości, czy to dobrze, że my idziemy do tego Komitetu, ale z drugiej strony było wiadomo, uczyliśmy się, że istnieje ten Komitet jako ta władza. Nie mamy zamiaru obalać władzy, stykamy się w wielu zakładach pracy z różnymi problemami, jest to ta wiodąca siła, która ma zagwarantowane rządy. Nie można udawać, że tego nie ma i jakkolwiek z dużą niechęcią tam się udawałam, czułam się dość nieswojo i zastanawiałam się nad tym, jak to zostanie przyjęte przez ludzi. Obce ciało, my jesteśmy tak różni, jesteśmy jak gdyby na drugim biegunie, ale z drugiej strony pocieszałam się tym, że tam też powiało czymś nowym, ruchy poziome zaczynały tworzyć się w partii, że być może oni wobec tych przemian i tego ożywienia społecznego, zaczną się zastanawiać nad tym, że i u nich powinno się cokolwiek zmieniać. Nawet doszliśmy do wniosku, że nasi koledzy, którzy nadal mają legitymacje partyjne, uczestnicząc w tych zebraniach, powinni przyglądać się temu co się tam dzieje. Powinni być zorientowani na to czy jest szansa na to, że to zacznie się reformować. Dość trudne to było w sumie, niemniej były tego rodzaju rozmowy. Zastanawiałam się, czy nie powinno to być tak, że oni według zupełnie po przeciwnej stronie tych zdarzeń społecznych, które się działy, tam też było przecież duże ożywienie i pewnie spory niepokój, jak to się wszystko potoczy, a jak potem się dowiedzieliśmy, były bardzo konkretne plany również pacyfikacji, ale myśmy wówczas uznali, że no cóż stanowią oni być może jakiś zalążek reformowania się tych struktur partyjnych, tak ja z jednej z dyskusji troszeczkę pamiętam.

PYTANIE : Kto był wówczas I Sekretarzem KW?

Odp. Laskowski.

PYTANIE : Jaki był przebieg tego spotkania?

Odp. Laskowski był, ale chyba również Mokrzyszczak. Było to spotkanie bardzo uładzone. Myśmy siedzieli przy tym stole, oni z drugiej strony i przyznam się, że jakkolwiek z takimi dużymi oba-wami szłam, bo sądziłam, że może dojść do bardzo ostrych spięć. Ja nie miałam takiej natury rewolucyjnej, nie bardzo chciałam, żeby to się skończyło wielkim zgrzytem, gdyż wiedziałam, że i tak jest nam bardzo trudno w zakładach. I gdyby tutaj doszło, nie daj Boże, do ostrych wypowiedzi, wzajemnych ataków i z naszej strony oskarżeń, to mocno utrudni funkcjonowanie na codzień. Bardziej mi zależało na tym jak budować te struktury w zakładach pracy, żeby ludzie sobie radzi-li z własnymi problemami niż na wysokim szczeblu wywoływać jakąś wojnę. tego nie chciałam. I tak się później stało, bo to była ewidentna prowokacja z tym wywiadem Samitowski - Irena Telesz. Byliśmy ostrzegani o Samitowskim, wiedzieliśmy, że to był wyjątkowo cyniczny człowiek, dziennikarze nas ostrzegali, a jednak oni dość naiwnie tak jakby zawierzyli: Irena Telesz, Łukomski i Krupiński. Bardzo cynicznie, bezwzględnie wykorzystano przeciwko nim, wyciągnięto tam jakieś osobiste sprawy, i to była świadoma prowokacja, która miała doprowadzić do zgrzytu. Ten wywiad był po spotkaniu w KW (????). Bo na pewno nie byłoby to takie gładkie, chociaż naprawdę ne jestem pewna. (????)

To spotkanie miało spokojny i rzeczowy charakter. Myśmy się zaprezentowali, kilka problemów takich, które należało rozwiązać zostało zgłoszonych: zaopatrzenie sklepów i inne, oraz problem naszego funkcjonowania w zakładach pracy. To było wszystko bez napaści, czasami tylko ostrzejsze sformułowania ale nie przekraczały one granicy pewnej normy.

PYTANIE : Kto był z tamtej strony?

Odp. Był Laskowski, Mokrzyszczak, ale nie zapamiętałam wszystkich.

PYTANIE : Czy była z tego jakaś notatka czy protokół?

Odp. Był komunikat. Oni do nas odnosili się z pewnym szacunkiem i myśmy przyzwoicie ich traktowali. No istniejąca struktura władzy, jakby nie było. Nie byliśmy agresywni, ale też zaznaczaliśmy … Z całą pewnością zanim poszliśmy do tego Komitetu, pamiętam taką refleksję, że nie możemy dopuścić do tego, aby nie nastąpiło jakieś naturalne wdrukowanie (?) się w te władze poprzez częste kontakty. My jednak jesteśmy czymś innym.

PYTANIE : Czy nie było opinii, że to powinno być zorganizowane na neutralnym gruncie?

Odp. To chyba nie było dyskutowane, ale to byłoby chyba w gruncie rzeczy fałszywe, no bo spotykamy się z aktywem KW, istota rzeczy się nie zmieni nawet gdybyśmy spotkali się gdzie indziej. Oni tam mieli naturalne warunki, chyba byli trochę tym przejęci, my również podenerwowani troszkę. Postanowiliśmy uważać na jedno, żeby nie pójść na zbyt wielkie zbliżenie, chyba nie było tego zlania się dwóch różnych władz, które tak były postrzegane, gdyż czy byliśmy też władzą, tak byliśmy postrzegani. Ludzie do nas przychodzili z różnymi problemami, również osobistymi, łącznie z problemami - co było zabawne, a momentami dramatyczne - zupełnie osobistymi, rodzinnymi. Gama tych problemów była tak szeroka, że byliśmy czasami bezradni …

Jako szalony zgrzyt, jako kubeł zimnej wody na ich ci przedstawiciele komunistycznego estabiliszmentu, potrafią być cyniczni i wredni (myśmy wiedzieli, że mamy jakiś wpływ, ale nie mamy władzy) - uczestniczyliśmy w spotkaniach, żeby rozwiązywać konkretne potrzeby, czy w spotkaniach z prezydentem miasta, czy dyrektorem dużego zakładu pracy: Zakładów Mięsnych, czy innych. Liczyli się z nami jako reprezentanci szerokiej opinii publicznej i że to są sprawy takie najważniejsze dla ludzi - a więc musimy z tymi władzami jak gdyby współgospodarzyć wręcz. Tak to zapamiętałam, ale jednocześnie te zgrzyty, które się tam pojawiły z tym Samitowskim, to u-znaliśmy, że jest to perfidna prowokacja, ponadto wypowiedzi Wojnowskiego, który gdzieś tam publicznie wypowiedział się, że mu tu kaktus wyrośnie jak „Solidarność” powstanie. Ciągle jakieś światełka się zapalały, że są tacy, którzy nie chcą przyjmować, że to jest ruch wielki, szeroki, wielomilionowy i że jedynie siłą można by go zdusić. Poprzez konkretną pacyfikację. To nie jest tak, że jakaś publiczna wypowiedź nie ma gdzieś wsparcia w znacznie wyższych strukturach. Było to mocno powiedziane i to tak bardzo groźnie, że w naszych rozmowach, kiedy myśmy próbowali też przewidywać pewien przebieg zdarzeń nie wolni od pewnych obaw. Ruch przybiera ogromny kształt i ta władza będzie musiała temu jakoś przeciwdziałać. I zanim pojawiły się pierwsze symptomy szykowania się władzy do czegokolwiek, do pacyfikacji, to już wcześniej takie obawy u nas były. Do tego stopnia byliśmy przezorni - było to bardzo ważne - że uważaliśmy, że można gdziekolwiek schronić się przed podsłuchem czy inwigilacją, to myśmy próbowali - bo zdawaliśmy sobie, że w tych miejscach gdzie żeśmy na stałe urzędowali, są podsłuchy, że wszechobecny był podsłuch i wszechobecna penetracja była także w naszych szeregach, co potem w stanie wojennym się okazało.

PYTANIE : Jaki był stosunek Zarządu Regionu „Solidarności” do strajku w OZGrafie?

Odp. Ja w tym strajku uczestniczyłam, byłam nawet ich takim … oni mieli swego rzecznika, jeden z członków Komitetu Strajkowego był ich rzecznikiem. Przewodniczącym Komitetu Strajkowego był Józef Nowak. Poznałam tam wiele bardzo miłych, sympatycznych ludzi. Ja byłam nawet od-delegowana, żeby być tam cały czas. Wspomagałam ich, bo wtedy wokół tego strajku gromadziły się nie tylko lokalne środki przekazu, ale również „Trybuna Ludu”, TV - warszawska, sporo ludzi tu przyjeżdżało i interesowało się gdyż było to duże wydarzenie, nagłośnione także w Polsce. Trzeba było chronić strajkujących przed przebiegłością i cynizmem dziennikarzy …

Teraz oczywiście szczegółów nie pamiętam, mogę powiedzieć tylko, że to była prowokacja. że ten strajk został sprowokowany, z tym że niezależnie od tego …

PYTANIE : Strajk został sprowokowany, czy był tylko prowokacyjnie przedłużany?

Odp. Sam strajk został sprowokowany i być może przeciąganie tego strajku, też było prowokowane dlatego, że prokuratura …

PYTANIE : To zaczęło się od „Dni bez Gazety”.

Odp. Na samym początku mnie nie było, nie uczestniczyłam w tym, a więc nie znam zupełnie początku tej całej sprawy w OZGrafie, ale w momencie kiedy zadecydowało Prezydium, że ja tam powinnam być i zamiast przychodzić do naszej siedziby, to od razu tam się zjawiałam, to zorientowałam się, że jest coś bardzo niedobrego w tym wszystkim, bowiem tak: w pewnym momencie zarówno my jako reprezentacja „Solidarności” wojewódzkiej, nie zapanowaliśmy nad tym i to zaczęło bardzo nabrzmiewać, nastroje były bardzo niedobre wśród załogi, w tym poczucie zagrożenia, bo zaczęły pojawiać się groźby ze strony prokuratury i to formalnie również na piśmie, że bezpośredni działacze „Solidarności” uczestniczący w tych zdarzeniach poniosą odpowiedzialność karną za te wypadki, które miały tam miejsce. Czyli grożą im poważne kary, z pozbawieniem wolności włącznie - jak dziś pamiętam. Górna granica tego zagrożenia to było 8 lat. Wtedy lęk ludzi przed tym, że jeżeli ten strajk się skończy, a oni nie będą mieli gwarancji, że te osoby, które uznano za przywódców nie będą chronione przed represjami, przed wyrokami, że nie można tych ludzi zostawić samych sobie. Z drugiej strony nacisk władz „Solidarności” był tak duży, że-by czym prędzej przerwać ten strajk, bo się zbliża Zjazd „Solidarności”. Sytuacja szalenie dramatyczna, patowa i ja się temu przyglądałam i powiedziałam, że jeżeli się nie zagwarantuje tym ludziom bezpieczeństwo. To było bardzo ważne, gdyż ten strajk w pewnym momencie był bardzo ważnym wsparciem tego ogólnopolskiego strajku, tej akcji, która przebiegała pod hasłem dostępu do środków przekazu. I teraz kiedy ci ludzie zostali jakby wmanewrowani poprzez samych siebie, przez to, że tak ostro sobie tutaj poczynali, w taką ślepą uliczkę. I teraz przedstawiciele ich samych sobie z tym zagrożeniem konkretnym, gdyż trudno było orzec na ile ta władza blefuje, a na ile rzeczywiście może to się skończyć represjami. To było w moim przekonaniu nie do przyjęcia. Wiem, że wtedy dochodziło do ostrych sporów między nami. Tutaj przyjeżdżał także Kuroń, przedtem był Onyszkiewicz, mnie nie było wówczas. I ci emisariusze Lis z Kuroniem. Pamiętam, że ja i jeszcze paru robotników mówiło, że na tym bardzo wysokim szczeblu działaczy „Solidarności” oczekujemy wręcz glejtu, że ci ludzie będą chronieni. Ponieważ czegoś takiego nie mogliśmy się dowalczyć (?), w związku z tym uważałam, że żądanie takiego bezwarunkowego zakończenia strajku, to jest niemoralne trochę wobec tych konkretnych ludzi zagrożonych karami więzienia. Doszło do spięcia zarówno z Kuroniem jak i z Mirkiem Krupińskim. Powiedziałam: Mirek, ty byłeś tutaj na początku, mnie tu nie było. Byłam poza Olsztynem i trzeba było przewidzieć konsekwencje, że ci ludzie po tych incydentach, które miały miejsce, z dyrektorem zakładów doszło do spięcia, wbrew jego decyzjom, zablokowali tam jakiś druk, a przecież nie robili tego w imię własnych interesów, tylko w imię ogólnopolskiego hasła bardzo ważnego dla całego Związku, a teraz kiedy to przybrało wymiar jak gdyby konfliktu lokalnego, to się od tych ludzi oczekuje, że oni tak z marszu powiedzą, że dla dobra wspólnego i wyższego, my przerwiemy ten strajk bez jednoczesnej gwarancji bezpieczeństwa. To dla mnie było nie do przyjęcia i ja byłam temu przeciwna, uważałam, że to jest niemoralne i pamiętam również, że zależało mi na tym, że-by ten strajk zakończyć, bo ja wiedziałam, że w atmosferze strajku rozpoczynanie Zjazdu, kiedy my musimy jako delegaci jechać: Krupiński i ja i Lubieniecki, … I zostawienie tych ludzi i równocześnie wymuszanie, żeby to była decyzja władz krajowych Związku, żeby ich zmusić do za-kończenia tego strajku bez gwarancji, to było straszne. I wtedy myśmy zaangażowali tych lokalnych posłów, pamiętam to, żeby ich zmusić do tego, żeby oni również te gwarancje dali. Oni pośredniczyli w tych rozmowach z prokuratorem.

PYTANIE : Jak oceniasz ich rolę?

Odp. Sądzę, że była dobra wola z ich strony, ale też niewiele oni mogli. Oni poprzez kontakt ze strajkującymi, mieli świadomość tego co przeżywają ci ludzie, że tam się dzieje dramat. Oni się czują zagrożeni, a na pewno ze strony prokuratury były gesty bardzo wrogie i wręcz, twierdzę, prowokacyjne, bo oni np. nie chcieli się godzić na rozmowy na terenie zakładu, stawiali ciągle jakieś warunki. Jakby zależało im na tym, aby ten strajk się przeciągał. Szalenie trudno było wyjść z tej ślepej uliczki i równocześnie o tyle taka dyskom fortowa sytuacja, że naciski były z obu stron - bezwarunkowe przerwanie strajku z tym poczuciem zagrożenia u tych ludzi, którzy siebie wmanewrowali w bardzo trudną pełną różnych obaw i konsekwencji sytuację, a potem jakby troszkę zostawieni sobie.

PYTANIE : Czy w pewnym momencie ze względu na ambicje Zarządowi czy Krupińskiemu ten strajk był potrzebny?

Odp. Tak, w pewnym momencie on pod wpływem tych nacisków, które były ze strony krajowych władz Związku, gotów był wywierać presję, żeby ten strajk zakończyć. I dlatego miałam o to do Mirka pretensje. Mówiłam, a gdzie była twoja głowa i przewidywanie, kiedy można było na początku po prostu powiedzieć „stop”. Wtedy tego nie powiedziałeś, a kiedy ten konflikt tak bardzo nabrzmiał, że zarzucano tym drukarzom, naruszenie prawa, wtedy chcesz spacyfikować strajk. Chcesz być w porządku wobec władz krajowych. Nie bierzesz tego pod uwagę, że ci ludzie zostaną tutaj z rodzinami, które płaczą, z groźbą wyrzucenia z pracy i także z groźbą procesów sądowych. To mnie mocno poruszyło, wręcz poróżniło także z Mirkiem. Wyjeżdżaliśmy już z takim ustaleniem, że oni sami w OZGrafie podejmą decyzję, o zakończeniu strajku, bez narzucania im przez władze krajowe. Z taką naszą obietnicą i gwarancją, że do Zjazdu zwrócimy się o tego rodzaju gwarancje dla nich, jeżeli one będą potrzebne, a tutaj prokuratura nie ustąpi i że my stanowimy taką gwarancję dla nich my ludzie, którzy z nimi byli, nie spali po nocach. Jechaliśmy Andrzej Bober i ja, jednym samochodem i byliśmy tak zmęczeni, że nieomal do wypadku nie doszło. Kiedy po nocach nieprzespanych jechaliśmy w nocy, jechaliśmy prawie w ostatniej chwili. W pewnym momencie na drodze, kiedy jeden z delegatów prowadził samochód, zmęczony, wyobraź sobie, że zjechaliśmy, zamiast zakręcić, gdzieś tam w pole. Zmęczenie to spowodowało. Na szczęście nie było to groźne. I był taki moment kiedy to zmęczenie dało znać o sobie. Przyjechaliśmy przed „Oliwię” i kierowca nie zauważył schodów i o mało co nie zjechaliśmy po schodach, bo tam był taki plac przed „Oliwią” i dosłownie w ostatniej chwili zatrzymał się samochód. Ale byliśmy bardzo przygnębienie tym wszystkim. Także tą postawą naszych liderów tutaj: Mirka Krupińskiego i jeszcze paru osób. Bo ja powiedziałam: ja wiem, że tutaj racje …(? AP) przemawiają za tym, żeby ten strajk bezwarunkowo zakończyć, a potem martwić się jak chronić ludzi, z drugiej strony wiem, co ci ludzie przeżywają, czego oczekują od nas. Jak solidarni to razem z ni-mi - to już jesteśmy do końca z wami, wbrew temu jak ktoś nas oceni. Że zaszkodzimy Związkowi - i tego rodzaju opinie się pojawiały. Dobrze, ale jak była ta ogólnopolska akcja, to nikt nie brał pod uwagę, że może dojść do prowokacji i do lokalnego konfliktu.

PYTANIE : Jak oceniasz postawę Józka Nowaka?

Odp. On się cieszył dużym autorytetem. Ludzie tam byli bardzo solidarni, bardzo zdyscyplinowani, bardzo odpowiedzialni.

PYTANIE : A czy była może tam grupa krzykaczy?

Odp. Nie, może na początku tak było, ale ja o tym nie mogę powiedzieć, ale później wśród członków Komitetu Strajkowego nie zauważyłam tego. Jeżeli to była prowokacja, a na pewno była, to mu-siało się odbyć tak zręcznie, tak przygotowane, że kogoś tam podpuszczono i potem nie było już możliwości wycofania się. Na szczęście to się skończyło tym, że oni tu sami podjęli decyzję o za-kończeniu tego strajku, kiedy przyjechał Kuroń wiem, że nawet jego wystąpienia były przyjmowane z dość dużą dezaprobatą. Jego wystąpienie miało charakter bardzo polityczny. Mówił o tym, że przyjdzie czas, że będziemy obalać władzę, a ludzie mówili, nie - my tu nie chcemy władzy obalać, my chcemy załatwić swoje własne problemy, a równocześnie kiedy jesteśmy w potrzebie, to pan tutaj przyjeżdża i takie mowy polityczne głosi, nie biorąc pod uwagę, co się z nami tutaj stanie.

PYTANIE : Józef Nowak w pewnym momencie nawet nie chciał doprowadzić do tego spotkania.

Odp. Tak. Ja zresztą Kuroniowi też to mówiłam, że mimo iż jest tak popularną postacią, to kiedy będzie mówił o zakończeniu strajku bez gwarancji bezpieczeństwa, może zostać potraktowany jako obce ciało. W znacznie bardziej stanowczy sposób mówił Bogdan Lis, który reprezentował sekcję drukarzy w tych strukturach krajowych. On miał jakby większe wyczucie sytuacji jaką tutaj zastał, natomiast Kuroń przyjechał z takim bojowym nastawieniem jako polityk, że on tutaj bez większych problemów sobie poradzi. To zapamiętałam jako niezbyt dobre doświadczenie - brak odpowiedzialności za losy ludzi, którzy mają tutaj zostać. Przyznam się, że nawet do mnie mieli pretensje. Powiedziałam tak, teraz już za późno mówić o tym, że to będzie źle odbierane, że Zjazd powinien odbywać się w spokoju, kiedy nie ma strajków. A tuż przed Zjazdem była to ogólnopolska akcja i musiało być brane pod uwagę, co się stanie jak będzie prowokacja, jak ludziom będzie groziło np. aresztowanie, a w interesie Związku będzie przerwanie tego strajku, co wtedy. Co z kolegami, którzy staną się jak gdyby ofiarami tej ogólnopolskiej akcji - tak się właśnie stało w Olsztynie. I żadne racje polityczne nie zwalniają nas z obowiązku bycia cały czas z tymi ludźmi, którzy zwyczajnie boją się rozprawy sądowej.

PYTANIE : Czy jeszcze chciałabyś coś powiedzieć o tym okresie pokojowym w życiu Związku?

Odp. Na początku my byliśmy taką jednością, nieistotne było co kto robił, jakie ma poglądy, stosunek do religii, do ideologii, do spraw, które w przyszłości zaczęły się jawić jako rzeczy bardzo istotne. Przy formowaniu programu „Solidarności” już różnicujące nas, czyli później i w naszym gronie zaczęło się stawać dość istotne. Zaczęło wychodzić, kto ma bardziej lewicowe poglądy, kto konserwatywne, kto ma określony stosunek do Kościoła, do spraw wiary, jako rzeczy bardzo istotnych w życiu tego narodu. To zaczęło być bardzo widoczne i ważne. Dochodziło już do ostrzejszych spięć, czyli kto na daleko idące kompromisy zaczyna się godzić. Np. mnie się wyda-je, że tu już dalsze kompromisy są niemożliwe. To wszystko zaczęło powodować, że coraz trud-niej się współpracowało. I to m.in. spowodowało, że ja złożyłam rezygnację z etatowego pełnienia funkcji dlatego, że ja nie chciałam godzić się z wieloma uchwałami, które wtedy zapadały. Oczywiście pracowałam w dalszym ciągu, ale już społecznie, jako członek Zarządu Regionu i członek Prezydium. I wtedy moja aktywność skierowała się bardziej na pracę w ściśle szkolnych strukturach.

PYTANIE : Kiedy zrzekłaś się etatu rzecznika?

Odp. Musi być gdzieś ten dokument. To było w związku z kampaniami, które coraz częściej zaczęły się pojawiać, także politycznymi. To był już chyba listopad. Uczestniczyłam oczywiście nadal w zebraniach Prezydium, ale jakby nie chciałam pewnych rzeczy firmować.

PYTANIE : O czym myślisz, o jakich rzeczach?

Odp. Było coś dziwnego, gdyż z jednej strony byli tacy koledzy - ja pamiętam, ale nie chcę mówić nazwisk - którzy zachowywali się w sposób szalenie buńczuczny. Mówili: - „poradzimy sobie”, „Gotowi jesteśmy przeciwstawić się w sposób ostry władzy” - czyli już było wiadomo, że szykuje się coś niedobrego. Mnie się nie podobały te buńczuczne uchwały, które w moim przekonaniu świadczyły o braku odpowiedzialności za słowo, a z drugiej strony było coś takiego, że tacy byli którzy chcieli iść na daleko idące kompromisy. Czyli cały czas takie właściwie „Przepraszam, że żyję”. I ja w tym wszystkim jakoś nie umiałam się znaleźć. Uważałam, że powinien być opracowany taki złoty środek. Na posiedzeniach Zarządu Regionu pojawiła się taka grupa, co to w trampkach na Ruska gotowi byli iść i taka grupa, która by gotowa iść na ciągłe kompromisy wobec władzy. A prowokacje się mnożyły, bo to wojsko było wszechobecne i takie wypowiedzi zaczęły się pojawiać w prasie centralnej i lokalnej, pogróżki pod adresem „Solidarności”, której kres trzeba położyć. Natomiast tych ludzi, którzy uważali, że trzeba wypracować takie stanowisko środka, było niewielu.

PYTANIE : Czy mogłabyś wymienić nazwiska tych ludzi środka?

Odp. Nie, bo musiałabym wymienić też tych innych (… ZZ). Nie ważne co było przedtem, jakie były między nami różnice. Trzeba było się tym zająć w imieniu tych władz, które kiedyś istniały, głos zabierać, zajmować się organizowaniem wszystkiego co było - potem różnice nie były istotne.

(Okazuje się, że do tych buńczucznych należeli Żyliński i Symołon z Kętrzyna, a do umiarkowanych Grażyna i Gierczak - Z.Z.)

PYTANIE : Przechodzimy więc do 13 grudnia. To są na tyle sprawy ważne, że dobrze byłoby gdybyś szczegółowo opisała ten dzień i następne - tak jak pamiętasz.

Odp. Tuż przed stanem wojennym atmosfera była niedobra. Myśmy mieli już dziwne sygnały, że coś wisiało w powietrzu. Spodziewaliśmy się, że może nastąpić zawieszenie prawa do strajku, że być może nawet zawieszenie działalności związku, ale że skończy się to wprowadzeniem stanu wojennego, taką totalną pacyfikacją - nie myśleliśmy chyba o tym. Natomiast gdzieś wewnętrznie było jednak poczucie zagrożenia. Coraz częściej nie można było uzyskać połączenia. Nie dochodziły faxy (może teleksy? - ZZ). Nie mieliśmy kontaktu z innymi regionami. Była atmosfera przygnębienia. Ja byłam codziennie obecna w Zarządzie Regionu. Z informacji, które mimo wszystko otrzymywaliśmy, wynikało, że wygląda na to, że coś się dzieje z wojskiem, jakieś koncentracje milicji i wojska. I takie przeczucie, że coś się zdarzy, ale nie było konkretnego wyobrażenia, że oni wejdą, coś tam zdemolują. Staraliśmy się raczej nie dopuszczać tego do świadomości. Ja np. miałam takie dziwne telefony do domu. Muszę przyznać, że one mnie bardzo niepokoiły, wstydziłam się do tego przyznać, że one powodują, że ja już nie śpię do rana. Miałam takie telefony, mówię: ktoś głupkowate żarty sobie robi i przeszkadza mi spać, chce żebym przychodziła zmęczona do pracy, do Regionu. Były takie telefony. Nie było tam pogróżek, ale, że … takie śmieszne, wiesz - nawet wstydziłam się gdziekolwiek powtórzyć - ciągle taki sam telefon: „Brzoskwinie przyjdą transportem nocnym”, „Pamiętaj, brzoskwinie przyjdą transportem nocnym”. Ja mówię: „Niech się pan odczepi ode mnie” - bo to jakiś facet. „Niech pan do hurtowni zadzwoni, czy gdzieś tam”. Przecież to był grudzień, mówię: „Rysiek, do jasnej cholery, co to za jakieś telefony. Bez przerwy ten sam głos i te same brzoskwinie. Co on się zaparł na nas”. Były też telefony kierowane do mnie z wyzwiskami, z obelgami, ale już takie, żeby mnie zdenerwować. Stek bluźnierstw. Powtarzały się późnym wieczorem. To był grudzień. Takie nękające. Z jednej strony były te enigmatyczne, a z drugiej strony te, których nie było przedtem, takie z wyzwiskami na mnie. Takie, których już nie powtórzę bo były obrzydliwe, takimi epitetami zostałam określona, kim to ja jestem. Były straszne zupełnie. Takie przykre, bo nigdy nie wiedziałam kto dzwoni, a tu bluzganie, jakieś takie głosy, a momentami to było nawet tak jakby to była dość duża grupa ludzi, bo ja słyszałam głosy jakby pijackie, wyraźny był, jakby dochodziło, że było tam dużo ludzi: chichoty, śmiechy, drugi głos odpowiadał, jakąś kolejną obelgę - takie, które wytrącały z równowagi i wiedziałam, że one do tego zmierzają. Powtarzające się i trochę inaczej. Ja w końcu już zmęczona tymi powtarzającymi się telefonami, kogoś zapytałam: „Słuchajcie, czy macie jakieś telefony, bo mnie ktoś sobie upatrzył jako ofiarę. Rysiek mówił: a daj sobie spokój, a daj sobie spokój. Ja mówię, dobra, jak mnie budzą w środku nocy. Ja byłam już tym wyczerpana.

PYTANIE : A czy inni otrzymywali podobne telefony?

Odp. Takie paszkwilanckie tak, natomiast innych nie mieli, albo krępowali się przyznać, bo to by mogło świadczyć, że ty się czegoś zaczynasz bać, że coś tam przyjdzie. Przecież wiadome było, że nie chodzi o brzoskwinie, tylko chodzi o to, że coś się stanie nocą. Nie wiem, nikt mi nic takiego nie powiedział, a może się wstydził, bo ja się wstydziłam przyznać, wiesz … nawet Ryśkowi nie chciałam powiedzieć: „To pomyłka jakaś była”. A ja nie chciałam niepokoić, chociaż sama byłam dobrze zaniepokojona. A już później gdy były te kłopoty i myśmy mieli sygnały, pamiętam ode-brałam jakiś telex, że tam zaobserwowano jakieś ruchy wojska na Śląsku, to myślę: „Jasna cholera, tutaj mamy, że coś się dzieje, że do Gdańska coś tam jedzie, a więc na Śląsku coś się dzieje. Żeby te brzoskwinie nie przyjechały” - tak sobie myślałam. I wtedy, pamiętam, komuś powiedziałam, chyba Andrzejowi Boberowi: Andrzej, czy to jest przypadek, że są takie telefony? A on mówi: No chyba ten sejm coś tam postanowi, ale jeszcze trochę mamy czasu, zanim on się zbierze. Wtedy będziemy się martwić. A później, jak wiesz, stało się to, co się stało.

Wyznaczone mieliśmy dyżury. My kobiety nie po nocach, bo to nie miało sensu, ale często do późnych godzin byłyśmy tam, ale nocne dyżury to już były chłopaków. I oczywiście ja już byłam w domu tej nocy. Byliśmy już trochę przygotowani do tego, że może się coś zdarzyć, ale nie aż tak dramatycznego. Była wtajemniczona grupa osób na wypadek gdyby się coś stało - nie bardzo wiadomo co i w jakim kształcie - że była jakaś struktura władzy. Żeby nie wywołać wilka z lasu, to się nie mówiło o aresztowaniach, ale gdzieś w podświadomości coś takiego było, że może się coś zdarzyć. Ale te decyzje były w tak ścisłym gronie, że mimo iż ja byłam dalej w Prezydium, to nawet nie bardzo chciałam wiedzieć.

PYTANIE : A czy teraz coś bliżej wiesz na ten temat?

Odp. Że odbywały się te spotkania poza Olsztynem. Byli to ludzie ciągle z tego samego ścisłego grona, tyle, że nie ci partyjni. W gruncie rzeczy jednak to wszystko się posypało, bo były te internowania i cały komplet poszedł za kratki. I z tych ludzi, którymi ja powinnam coś ustalić co dalej robić, to ja zostałam sama. Jedno co wiedziałam, to , że nie mogę siedzieć i czekać, aż się samo cokolwiek zorganizuje, tylko trzeba się organizować i trzeba pójść do dużego zakładu pracy, tam jest póki co w miarę bezpiecznie, no i po prostu uznałam, że muszę się tym zająć i nie czekać, aż się ktoś zgłosi. Czekałam, aż ktoś się zgłosi i tak spontanicznie zaczęliśmy. W imieniu władz Związku formułowałam odezwę i nie tylko odezwę.

PYTANIE : Czy masz treść tej ulotki, która stała się aktem oskarżenia?

Odp. Ja się z tym zapoznałam teraz na świeżo w 1992 roku, ponieważ odbyła się ta rozprawa w lutym, chyba 10 lutego. Rozprawa w Sądzie Wojskowym na wniosek Prokuratora Generalnego. Ponieważ ciążył na mnie wyrok i te zarzuty. Oczywiście nie na mój wniosek odbyła się ta rozprawa, z urzędu i zostałam o tym powiadomiona, że prokurator wnosi o rewizję tego wyroku. I odbyła się taka rozprawa w SN w Warszawie. I zostałam oczyszczona z tych zarzutów i wtedy treść tej ulotki została odczytana.

Akt oskarżenia był bardzo poważny, bo to było oskarżenie z 7 artykułów dekretu o stanie wojennym, który oskarżał mnie o działanie przeciwko ustrojowi, przeciwko porządkowi państwa i że działałam wbrew prawu stanu wojennemu, naruszałam ten dekret, podejmując działalność polityczną na terenie zakładu pracy, wbrew postanowieniom tego dekretu. I treść tej odezwy, którą mi przypisano - zresztą zgodnie z prawdą - ale do czego ja się do końca nie przyznałam i że ta treść tej mojej odezwy zawierała i nieprawdę i mogłaby wywołać skutki groźne dla państwa, łącznie z przelewem krwi. No, nie przewidziane w ogóle reperkusje i skutki. I ta odezwa została na tej rozprawie odczytana. Zresztą bardzo mi się podobała, jak ją odczytałam.

PYTANIE : Co ona zawierała?

Odp. Była ona bardzo stonowana, gdyż miałam świadomość tego, że sytuacja jest bardzo groźna, że ludzie siedzą w więzieniach, że jest ogólny lęk przed tym co będzie dalej, a jednocześnie poczucie krzywdy, która dotknęła wiele ludzi i tego, że jesteśmy terroryzowani w tej chwili. Zważywszy, że ludzie są różni, może to z jednej strony spowodować albo całkowite zastraszenie ludzi, po-chowanie się w zakamarki - to też byłoby niedobrze, gdyż nie byłoby tej solidarnej pracy na rzecz wolności, na rzecz tych wszystkich poszkodowanych, utrzymanie tych więzi między sobą, tych ludzi, którzy zostali zamknięci. Pomyślałam też sobie, że i prowokacje będą zapewne ze strony władz, służb bezpieczeństwa i będą tacy, którzy się poddadzą tym prowokacjom, bo są impulsywni i spontaniczni. To musi być takie, żeby zawierało prawdę o tym co się stało, a z drugiej strony jakby był ten apel do solidarnej postawy, żeby się nie poddać, żeby się organizować, ale broń Boże nie poddać się prowokacjom, nie wyjść na ulice, bo może być użyta siła przeciwko ludziom. Nie wolno wychodzić na ulicę, trzeba to robić w miejscach pracy między sobą organizować się, bronić się przed skutkami represji. I równocześnie uważałam, że trzeba twardo powiedzieć, że naruszona została konstytucja, i to jeszcze zostało w tej odezwie powiedziane, że wprowadzenie stanu wojennego jest naruszeniem konstytucji, że tylko sejm mógł coś takiego uchwalić, że ten generał to działa wbrew prawu, także ówcześnie istniejącemu, że działa przeciwko swoje-mu narodowi, że niewinni ludzie ponieśli dotkliwe także pseudo kary. Jednym słowem, taka jest intencja tego. To jest powiedziane nawet dość zręcznie. Taka jest konstrukcja tego dokumentu. I ja uzurpowałam sobie w pewnym sensie prawo do podpisania tego jako Zarząd Regionu. Uważałam, że mam takie prawo, ponieważ ci którzy siedzą, nie mogą tego zrobić, a ja jestem i powinnam wyrazić stanowisko. Uważałam, że gdyby ci ludzie byli na wolności, to by się pod takim tekstem podpisali. Merytorycznie więc ja jestem za to odpowiedzialna. Już później, sprawa techniczna, to nawet nie bardzo chciałam wiedzieć, to rzeczywiście Irena na maszynie przepisywała z mojego rękopisu. W OZOS-ie to było, bo tam przecież żeśmy poszły szukając kontaktu. Wiedzieliśmy bowiem, że trzeba coś robić, nie można milczeć, żeby ludzie płakali. To było 13 grudnia (ktorego roku?). Poszłam do tego OZOS-u i tam nad tym pracowałam, siedziałam i właściwie tylko przez mgłę pamiętam, co tam się działo. Ludzie z OZOS-u zajęci byli organizowaniem strajku. Przychodzili z innych zakładów, którzy też szukali jakiegoś kontaktu. Mnóstwo ludzi się tam przewijało. Mnie tam zrobiono miejsce żebym mogła się skupić i pracować nad tym tekstem, który ja pisałam. Irena, kiedy ja to przepracowałam i przepisałam jeszcze raz (ołówkiem pisałam na takim pożółkłym papierze, byle jakim maszynowym - pamiętam te kartki), wzięła to do przepisania na maszynie. Przeczytałam, powiedziałam: „tak, to może pójść”. A resztę to róbcie już tam inni. I to poszło do powielenia i kolportaż już kto inny załatwiał. Nawet nie wiedziałam kto. Później jeszcze pracowałam nad czymś innym, mianowicie (…)

PYTANIE : Te ulotki później były dowodem. W jakim one były kształcie? Czy to był twój rękopis?

Odp. Nie, bo ja rękopis zniszczyłam. Oni już mieli powielony. To była jedna strona. To była odezwa, chyba taki tytuł. Później jeszcze pisałam krótsze teksty, takie hasłowe, ulotki. Jakoś tak się potrafiłam skoncentrować, troszkę odizolować od tego wszystkiego co się wokół działo, bo tam ciągle ktoś przechodził, atmosfera była niedobra oczywiście - bo to widać było, że to nie jest zabawa, nie przelewki. Tu się organizuje ten zakład do strajku i ja pisałam różnego rodzaju teksty, mianowicie krótsze, które miały mobilizować strajkujących, podtrzymywać na duchu, przeciwko tym represjom, krótkie - dwuzdaniowe, jednozdaniowe hasło. Nawet nieźle mi to szło. Byłam tak skoncentrowana, a nawet zdumiona, że można tak szybko, tak całkiem nienajgorzej to zrobić. Ja im dawałam te teksty, oni zabierali to sobie i strajkujący to pisali. Pamiętam, na dużych pakowych papierach, różnymi farbami, pędzlami, stalówkami. Część tych krótkich tekstów, poszła także do pisania na maszynie i do rozrzucenia po mieście - krótkie hasła na małych kartkach. Ale już tekstów tych nie pamiętam i nie wiem czy SB się tym zajmowała. Być może SB zajmowało się tylko tym poważniejszym tekstem, że konstytucja, że bezprawie, że przeciwko narodowi, że ukarani zostaną. I takie różne rzeczy. To wszystko było w tym tekście, ale na pewno pamiętałam o jednym, że muszę zawrzeć tam jedno istotne zdanie, że niezależnie od tego co się będzie działo - jeżeli to będzie nawet uzasadniony protest - nie wolno iść na ulicę, bo może się to skończyć ma-sakrą. I przed tym przestrzegałam, o to prosiłam, żeby działać na zimno i żeby nie upadać na duchu, ponieważ jeśli nawet kolejnych ludzi aresztują - tych, którzy teraz organizują się - to przyjdą następni i tak z całą pewnością będzie, bo jest nas wielu. Wszystkich nas nie spacyfikują. Jakoś tak mi się wydawało, że tak powinno być. I później jak prokurator w 1992 roku czytał ten tekst na tej rozprawie, to mówił, że zarzut oczywiście niesłuszny, bo ja nie nawołuję do żadnych wystąpień. A wtedy w stanie wojennym inaczej odczytywał to - tak jak mu się podobało …

PYTANIE : Żeby posadzić człowieka niewiele wówczas trzeba było, ale jeżeli chodzi o tę odezwę, czy masz rozeznanie, że ona dotarła gdzieś szerzej?

Odp. Nie mam. Ona była kolportowana. Zostało to powielone. Wiem, że był tam Tadziu Poźniak. Nie wiem, czy on miał się powieleniem zajmować, on chyba miał organizować wśród kolegów tych kolporterów, oraz ludzi do druku. Wiem, że tam była Ziuta (Ziuta Mielnik - Z.Z.), tylko, że ona później została oskarżona - nie wiem czy wszyscy wiedzieli, że wszystkie te drobiazgi również ja pisałam. Nawet Ubecja chyba nie wiedziała. A te były drukowane później, bo ja rozpoznawałam swój styl. One były kolportowane, te małe teksty, krótsze formy - była to klasycznie ulotna twórczość.

PYTANIE : Czy Ziuta była w tym czasie w OZOS-ie?

Odp. Nie wiem czy była w OZOS-ie. Zdaje się, że później dotarł do niej Poźniak, bo oni szukali kontaktów.

PYTANIE : Kiedy zainteresowała się tobą SB-ecja?

Odp. To znaczy ja zostałam zidentyfikowana bardzo wcześnie. Przecież w OZOS-ie musieli być jacyś ludzie, którzy obserwowali, przecież oni wiedzieli, że tam się zgromadzą w tym OZOS-ie. Więc ja zostałam bardzo szybko. Zaraz 14 czy 15-tego przez SB byłam wezwana i potem były już regularne przesłuchania. Formułowali te zarzuty i sprawa się toczyła. Natomiast samo aresztowanie nastąpiło później, w wigilię Bożego Narodzenia. Ale to nękanie, te przesłuchania całodzienne, nocne, to były do samego aresztowania już od początku.

PYTANIE : Czy wiesz kto cię przesłuchiwał?

Odp. Różni tam byli, ale jeden, to był ten stały mój opiekun - Szymański i drugi - wyglądało na to, że miał mniejszą rangę, ale również na początku uczestniczył w tych nękających przesłuchaniach, to był Kuciński Józef. A Szymański był ten główny, później splendory zbierał.

PYTANIE : Czy pamiętasz inne nazwiska SB-ków, którzy w ogóle przewinęli się?

Odp. Nie pamiętam nazwisk. Dokładnie mogłabym ci opisać wygląd, ubranie, ale nazwisk nie pamiętam. Był jeden taki komiczny facet, któremu się wydawało, że trafił na bardzo ważną osobę, mianowicie on tak jak dobry wujek do mnie przemawiał, że on wie, że ten system jest bardzo represyjny, że ta władza to jest „be”, że trzeba inaczej, on wie jak to na Zachodzie wygląda. Ja patrzyłam na niego i oczywiście udawałam pierwszą naiwną, ale przecież wiedziałam, kto zacz i po co on to wszystko mówi, że to w celu rozmiękczenia, żebym ja mu więcej coś powiedziała. Krytycznie oceniał nasz system karny. Miał koło 50-ki, może czterdzieści parę lat miał. Natomiast taki starszy siwy facet, też tak z pozycji troszczącego się o moje losy, jakkolwiek niewesołe i przesądzone, ale też chciał mi dobrze radzić … Próbowali mnie skłonić do podpisania lojalni.

Nigdy nie zgrywałam żadnej bohaterki. Ten okres od 13 grudnia do samego aresztowania w dniu 24 grudnia, był chyba najkoszmarniejszym okresem w moim życiu. Nękanie było okropne, oni wiedzieli jak to trzeba robić w sposób fachowy. Ja nigdy nie wiedziałam czy ja jeszcze wrócę, nigdy nie wiedziałam co powiedzieć rodzinie. To było obrzydliwe. W nocy najczęściej byłam wypuszczana i podwożona, bo to był stan wojenny i godzina milicyjna. Oni podwozili. Z jednej strony to było jak gdyby dla mojego bezpieczeństwa, z drugiej strony to jakby tylko milicja mnie na moment wypuściła, bo ja i tak nie mogłam wyjść z tego domu, bo wszędzie patrole. Potem znowu zabierano rano i tak było do samego aresztowania. Przyznam, że jak wylądowałam w więzieniu (areszcie), gdy otrzymałam akt oskarżenia i określenie wyroku kary, co mnie czeka - to było dość szokujące przyznam się, bo to było w trybie doraźnym, to było 3 lata na wejściu. Tyle mogłam mieć najmniej. Dla mnie to był duży szok, ale ten moment kiedy ja wreszcie znalazłam się w tym więzieniu, już to nękanie się skończyło - no siedzę zamknięta, ale już nie ma tego nękania, to by-łam wyczerpana totalnie i paradoksalnie z ulgą przyjęłam, jak się ta brama zatrzasnęła za mną.

PYTANIE : A więc podobne uczucie jak ludzi, którzy przeszli represje w ZSRR. Jak już skazali, to każdy oddychał z ulgą.

Odp. tak. Oczywiście później przyszła refleksja, mój Boże 3 lata, jakże to długo. Ja to mierzyłam miarą, ile będzie miała moja córka, jak wyjdę z tego więzienia, to znaczy, że ona będzie miała wtedy 7 lat, czyli pójdzie do szkoły i będzie już dużą dziewczynką. Ale to było minimum, gdy-bym więcej nie dostała, tylko 3 lata. A jeszcze liczyłam sobie, że jeśli to będzie tak, że dostanę więcej, np. 4 lata, to będzie ona miała 8 lat - ale jeszcze na komunię zdążę.

PYTANIE : Czy o samych przesłuchaniach możesz coś więcej powiedzieć?

Odp. Obrzydliwe to było. Tak sobie pomyślałam, że oni taką misję budowania komunizmu ci esbecy pełnili. Niektórzy być może przekonani co do słuszności tej ideologii, którą w tych strukturach tego totalitarnego państwa wspierają. Takie ono bowiem było. Dla tych, którzy próbowali trochę głowę wyżej podnieść, to wtedy wszystkie mechanizmy państwa totalitarnego dawały znać o sobie. Gdy obywatel był bierny, niczemu się nie przeciwstawiał, to tego sobie nie uświadamiał, ale jak tylko spróbował, to od razu wiadomo było czym to się wszystko skończy i co można powiedzieć, czego można oczekiwać od wymiaru sprawiedliwości, od władzy politycznej itd. Ja dzisiaj z tej perspektywy to nie patrzę w taki indywidualny sposób na poszczególnych ludzi, patrzę na pewną strukturę. Oczywiście ludzi też zapamiętałam. Ludzi, którzy momentami próbowali nawet odgrywać jakąś taką dziwną rolę, że współczuli, że cóż oni niewiele tutaj mogą. Było to tym bar-dziej cyniczne, że wszyscy oni robili bardzo porządnie swoją robotę i to konsekwentnie.

PYTANIE : Ale czy znalazłaś ludzi, którzy autentycznie ci współczuli i chcieli pomóc?

Odp. tak znalazłam. Twierdzę, że prokurator, który wypisywał już akt aresztowania mnie w prokuraturze wojskowej, on był podprokuratorem chyba, nazywał się Konarzewski, to był młody człowiek. Ten rzeczywiście czuł się źle w tej roli - tak jak dzisiaj to postrzegam. On uważał, że jest to przemoc, że jest to niesprawiedliwe i bulwersujące. I nawet to w sposób oględny powiedział. On jakby troszeczkę próbował mnie pocieszyć mówiąc: „Wie pani, to są rzeczy tak straszne - my przyzwyczajeni do tego, że zamykamy przestępców, dziś musimy normalnych ludzi zamykać. Bo takie prawo stanu wojennego jest. W związku z tym to długo nie może potrwać. To chyba jest niemożliwe, żeby to długo trwało”.

PYTANIE : Bo oni też znaleźli się w nowej dla siebie roli.

Odp. I tu siedzi jakaś … ( nieczytelne Z.Z.), która daleka jest od działalności jakiejkolwiek przestępczej, zagrażającej porządkowi publicznemu. Przecież on wiedział o co tu chodziło i na pewno logicznie analizował ten tekst, który był podstawą oskarżenia. Tam były wręcz wezwania do tego, żeby nie spowodować rozruchów jakichkolwiek. Jakby wbrew temu oskarżeniu tam te treści były zawarte. Mówiłam o tym, że to jest wbrew konstytucji, naruszenie prawa. On też przecie wie-dział, że to jest tak. A z drugiej strony polityczna wola władz była taka, że trzeba skazywać, żeby dać nauczkę, żeby zastraszyć itd. I on później został zabrany stąd. Nie wiem czy był to awans, czy była to degradacja, tam gdzieś do Suwałk. Być może więc, że niekoniecznie musiał być to awans.

 

Pijany prokurator na przykład. Pijany prokurator wojskowy, ten szef cały główny w tej wojskowej prokuraturze. Bo to była wigilia, więc oni sobie już te paczki pakowali, choinki nosili i pomarańcze, a mnie czekało zamknięcie w więzieniu. A oczywiście broń Boże, nie przejmując się - tak go oceniam - moim losem, bo ja tam się popłakałam - tak niechętnie się przyznaję, bo to niestety była prawda, to było przykre. Kiedy widziałam choinki i myślałam, że tak jak na tych wojskowych te dzieci czekają, tak i moja córka pewnie też na mnie czeka. Nie było to przyjemne, gdyż wiedziałam, że ja nie wrócę do domu. Dlatego też mieliśmy choinkę na wszelki wypadek dzień wcześniej ubieraliśmy ją. Bo ja sądziłam, że nie będzie mi to dane. Przed wigilią jeszcze była ubrana choinka, żeby dziecko wiedziało, że ta choinka w domu jest. Ona zmęczona, po ja-kimś tam przesłuchaniu przyjechałam do domu, ona wieszała bombki, na ręku ją ojciec miał i ja podarowałam te bombki, żeby wiedziała, że ta wigilia jest tylko taka wcześniejsza.

 

PYTANIE : Wiem, że w jakimś momencie trafiłaś do szpitala.

Odp. tak, było to tak, że ponieważ warunki, wiadomo jakie były w tym więzieniu. Areszt miałam w dalszym ciągu, ale ponieważ ja byłam w fatalnym stanie, bo nic jeść nie mogłam. Nie chcę żeby o tym była mowa (…).

W związku z tym on zorganizował transport (prokurator? - Z.Z.) i przewieziono mnie do Ostródy. A więc on działając w moim interesie zorganizował konwój i przewieźli mnie do Ostródy, dla-tego że naprawdę w tym wojsku podobno są straszne warunki. Jeszcze gorzej niż tutaj na Partyzantów „na dołku”. Ja nie byłam „na dołku” w Komendzie - wcześniej mnie po prostu przywozili do domu z tych przesłuchań i tu właściwie zgodnie z prawem powinnam trafić na dołek tutaj w prokuraturze wojskowej, mają tam taki areszt, ale on uznał, że to nie jest właściwe miejsce gdzie ja mogłabym być i dlatego zorganizował przewiezienie mnie do Ostródy.

PYTANIE : A w tym szpitalu psychiatrycznym w Olsztynie?

Byłam normalnie traktowana, mogłam tam mieć kontakty z ludźmi. Odwiedzali mnie - rodzina. Można było się poznać, ale wiadomo było, że jestem aresztantem i ponieważ nie spodobało się to władzom politycznym (mógł przychodzić mąż, znajomi nawet).

PYTANIE : Czy byłaś na oddziale zamkniętym, obserwacji?

Odp. Nie, tam za zamkniętymi drzwiami nie byłam. Być może powinnam być zamknięta, ale tam być zamkniętą, to jeszcze gorzej niż w więzieniu. Być zamkniętą razem z „czubkami” - przepraszam, e tak mówię - tam mnie z kolei by się nie chciało. To wolałam być w więzieniu. czyli ja tu-taj normalnie mogłam się poruszać, ale oczywiście tylko na terenie szpitala. Ponieważ rodzina miała dostęp do mnie, to zaraz przyszedł nakaz przeniesienia mnie do więzienia w Ostródzie.

PYTANIE : A kierownictwo szpitala, jak się zachowywało?

Odp. Wiedzieli, że mam proces polityczny. na pewno nie byłam wygodną osobą, bo to zawsze jest inwigilacja pewna. Byli przyzwoici, w porządku się zachowywali wobec mnie, natomiast później oceniałam - służba zdrowia zawsze ma szansę ochroni człowieka przed więzieniem, ale to trzeba-by być może zaryzykować jakieś nieprzychylne oceny ze strony władz i służby bezpieczeństwa, a oni bardzo chcieli żebym wróciła do tego więzienia. Po co dawać takie luksusy widywania się z rodziną, dlatego też ówczesny dyrektor szpitala (Gołdys? - Z.Z.) wyraził zgodę, potrzebna bo-wiem była jego zgoda. I to nawet dobrze mi zrobił ten pobyt w szpitalu, ten łyk jakby wolności - miałam tam do czynienia z normalnymi ludźmi, nie potrzebowałam żadnej kuracji, tylko potrzebowałam wolności. Dlatego to byli normalni ludzie: pielęgniarki, lekarze, natomiast widzenie się z rodziną i normalne jedzenie, nie więzienne, to podreperowało moje zdrowie. No i potem jak gdyby naładowana taką normalnością, pół normalnością, łatwiej mogłam przetrzymać takie trudne dla mnie momenty do rozprawy (…)

PYTANIE : Facet gdzieś pod pięćdziesiątkę. Co on chciał?

Odp. nie to, że lojalkę, bo o ni już mnie gnębili wcześniej, ale żebym zgodziła si na wystąpienie albo publiczne, mówiące o tym, że to źle się władzy przeciwstawiać, że władza ma swoją rację, wy-stąpiłam nawet nie wiem gdzie - przed kamerami chyba telewizji, albo też napisała jakiś tekst, albo oni napiszą, a ja podpiszę tylko. I to złagodzi mój wyrok, albo wręcz w zawieszeniu. Oni bardzo chcieli czegoś podobnego. ja oczywiście na to się nie zgodziłam.

PYTANIE : Jak ten facet się nazywał?

Odp. Nie wiem. On przyjeżdżał do więzienia. I on rozmawiał ze mną w warunkach takich, a jakże, nie tam gdzieś, gdzie przesłuchiwano nas, czy odbywały się widzenia z rodziną, tylko w świetlicy, gdzie była choinka, bo to był okres Bożego narodzenia. Wszystko więc było piknie, książki, ład-nie tam było. On tam też takie wizje roztaczał, że najchętniej by mi pomógł, kuszące to było, bo można było coś takiego sformułować, co nie byłoby potępieniem buntu czy czegokolwiek - oni tego ode mnie nie oczekiwali - ale na pewno apelem o rozwagę. Wiedzieli, że ja tak mocno chciałam wrócić do domu, dziecka, ale jednocześnie wiedziałam, że byłoby to niedobre i nie wolno mi z tego skorzystać i udało mi się temu oprzeć. Metody były różne. na przykład, mówił mi coś takiego - to było obrzydliwe, że ja swoim uporem, że nie chcę zaapelować do swoich kolegów, żeby zaprzestali takich czy innych działań. Mogę się przyczynić do tego, że będą wyroki wysokie, wieloletnie, łącznie z karą śmierci, że będę miała na sumieniu, nie tylko swoje dziecko, ale dzieci Krupińskiego, tam kogoś jeszcze. Nawet wyroki śmierci, bo podobno doszło do strasznych wypadków, że oni pozabijali milicjantów. Opowiadał takie różne historie. Także maltretowanie psychiczne, żeby tylko swoje osiągnąć. To było też straszne dla mnie. Nie pamiętam ile razy, ale my-ślę, że był ze trzy razy, ale nie raz.

PYTANIE : Jakie warunki były w więzieniu w Ostródzie?

Odp. Wiesz, warunki były prymitywne, ciasno, zimno, okno było nieszczelne, bo to były mrozy, jakieś kłopoty miałam z korzonkami, z kręgosłupem. To było straszne, że nie można było się na-wet położyć, żeby odpocząć. Można było siedzieć na stołku bez oparcia, ale nie można było się położyć. jeśli chodzi o klawiszki, to były różne, jedne były bardziej ludzkie, inne prymitywne. jedna właśnie mnie tak mocno dopiekła. Wiesz, że potraktowała mnie wtedy jak mnie tam przy-wieziono. Taki medalik miałam na łańcuszku, to mi go wyszarpnęła. Była taka brutalna, mówiła żeśmy zasłużyli, wiesz, że popchnęła mnie - nie uderzyła mnie, nie, ale popchnęła mnie. takie babsko prymitywne. Zresztą czego można było spodziewać się w więzieniu. Ale nigdy mi nie grożono bronią, nic czegoś takiego nie było. Ja tylko myślałam o tym, żeby nie załamać się, żeby tam nie pęknąć. Byłam wyczerpana. Bałam się o los swojego dziecka i Ryśka. Ciągle mi mówiono, że on chodzi w różne miejsca i może też wylądować w więzieniu. Przecież my razem kombinowaliśmy jak zdobyć jakiś sprzęt poligraficzny, żeby mieć na czym drukować. Myśmy chodzili 14 grudnia, chyba to było wtedy, jak był ten strajk w OZOS-ie. W Eltorze byliśmy. Oni mieli tam powielacz, chciałam, żeby go nam dali. Mówiłam do Ryśka, że jak nas pozamykają, to przynajmniej niech wiem dlaczego. Chciałam to zabrać i zadołować. Ale tam było zamknięte na kłódkę. Żeby tam przeciąć> Ale to nic z tego nie wyszło. Tam się nie zgodzili, żeby to zabrać. Bałam się, żeby nie pęknąć, żeby nie kajać się przed władzą, prosząc o łagodny wymiar kary, żeby broń Bo-że nie okazać takiej słabości. Wiadomo było, że i tak niczego się nie da zmienić, bo to proces po-lityczny, że i tak ten wyrok nie zapadnie na sali sądowej, tylko gdzie indziej, że wszystko jest przesądzone. Miałam taką świadomość, że wszystko jest przygotowane, przesądzone. Mieliśmy takie książeczki jak się w takich sytuacjach zachować. Zresztą bez książeczki wiedziałam jedno, że przyznawać się nie było co, bo wyrok będzie wyższy. Mówię więc, że pisałam tam sobie jako rzecznik, dla potomności, co się z tym stało nie pamiętam, ale nie pisałam żadnej odezwy, a jak Irena powiedziała, że to ja napisałam, to powiedziałam, że ona być może chce zostać bohaterką i ona tak się przyznaje za mnie (…)

Ja byłam autorką w sensie merytorycznym, a ona tylko na maszynie przepisywała. Ja nie przyznawałam się do tego, wiedziałam - tam jest napisane „nie przyznawać się!” „A dlaczego pani pisała?” „Pisałam, gdyż byłam rzecznikiem, spisywałam wszystko na bieżąco co się dzieje tylko do celów archiwalnych”. To wszystko.

Ja ją o nic nie oskarżam, ja ją nawet broniłam. Mówiłam, że nie zgodzę się, żeby ona się w cokolwiek angażowała - jeszcze o ile ja, to ja. Cały czas mówiłam, że nie rozumiem motywów jej postępowania, bo oskarża siebie i mnie. Pomyślałam sobie: „dziewczyno w co ty brniesz?” W sumie brnęła w większy wyrok. I ona faktycznie miała większy ode mnie. Mimo, że mówiła, To nie ja, to koleżanka”, to jednak dostała większy, bo się przyznała, że współuczestniczyła w przestępstwie, a ja się do końca nie przyznałam.

PYTANIE : Bronił cię Żuk?

Odp. Bardzo starał się, bo przecież to że ja wyszłam na uchylenie z aresztu, bo miałam straszne kłopoty ze zdrowiem, miałam chorobę wrzodową i warunki stresu i obawy. W tym więzieniu miałam dolegliwości i obawy, że ta choroba którą miałam wcześniej może przynieść skutki poważne. jestem mu wdzięczna, że on gnał ich tymi wnioskami o uchylenie aresztu, bo byłam w bardzo złym stanie, schudłam, wyszłam połowa tego, co byłam wcześniej i żadne z tych ubrań, które miałam nie nadawało się, wszystko ze mnie zjeżdżało

Ja nie potrafiłam się przystosować, nie mogłam jeść. Może nie było to takie złe, ale organizm nie chciał przyjmować w tych warunkach. Poza tym tu mam kibel (sracz) pod nosem i ta fizjologia w obecności innych ludzi. W celi były przeważnie 4 osoby i trudno było się nawet załatwić i wiecznie te szczękające klucze, to wszystko było okropne. Ja do takich warunków nie mogłam się przystosować i to mnie fizycznie wykańczało.

Mecenas Żuk tak bardzo starał się o różne konsultacje lekarskie i kontaktował się także z moim lekarzem na wolności. Byłam leczona wcześniej, miałam owrzodzenie żołądka i leżałam w Poliklinice i było rozpoznanie wrzodu na dwunastnicy. A poza tym miałam dostarczane leki do więzienia. Wydzielane przez jakiegoś felczera czy kogoś. Ten stan był taki, że widać było, że ten organizm coraz słabszy się robi. Lekarz więzienny po tych pytaniach mecenasa i po zapoznaniu się z opiniami lekarskimi, załamał się być może i dlatego uchylił areszt wcześniej niż wobec Ireny. Irena później przecież wyszła, chyba o dwa miesiące.

PYTANIE : Areszt czy więzienie?

Odp. Bo to było tak, że jeszcze nie było prawomocnego wyroku. Bo jeżeli się odwoływał, to na warunkach aresztu. Dlatego, że odwoływał się, bo byłam w dyspozycji sądów wojskowych. Odwoływał się do Najwyższego Sądu Wojskowego w Warszawie - tam była rewizja tego wyroku i ja później znowu zostałam przekazana po uchyleniu tego wyroku w całości do sądów cywilnych. Bo miałam duże sprawy - mnie się już to miesza. Dlatego, że wyrok ciągle nie był prawomocny. Ja drugi raz to przecież z wolnej stopy odpowiadałam, już przed sądem cywilnym było tutaj, przecież byliście. Ale już ten pierwszy wyrok miałam za sobą - wiedziałam na czym stoję.

PYTANIE : Wcześniej przebywałaś w więzieniu w Ostródzie cały czas?

Odp. Tak.

PYTANIE : Kiedy wyszłaś, pamiętasz?

Odp. Dokładnie nie pamiętam - w maju 1982 roku.

PYTANIE : Jakich ludzi zapamiętałaś z tego pobytu w Ostródzie?

Odp. Pamiętam wizytę biskupa Wojtkowskiego - jestem mu wdzięczna, dziękowałam już mu za to. To było chyba przed świętami Wielkanocy. Dość to zabawne było. Przyjechał i przywiózł mi jakieś świąteczne paczki i oczywiście sądził, że będzie w stanie się ze mną zobaczyć, a przecież tam bez zezwolenia nie wolno było. Musiało być zezwolenie od prokuratora. Czekał, czekał - wiele godzin przesiedział w tej dyżurce u głównego klawisza. Mówił, że się chce spotkać, przy-niósł jakieś delikatesowe wiktuały: pomarańcze, czekoladę, takie rzeczy z darów, a to było wbrew regulaminowi. A nam delikatesowych rzeczy nie można było dostarczać. W takich dużych torbach te dary były. Myśmy później to dostały, klawiszki naruszyły regulamin i nam to dały. Przyszła klawiszka i mówi tak: „To macie od biskupa”. A on czekał na zezwolenie na widzenie. Prosił że-by jakoś załatwić, a Zarząd zakładów Karnych miał wydać zezwolenie. On siedział, ale później miał pociąg i odjechał. Gdyby może posiedział trochę dłużej, to doszło by do widzenia. Ja później wzięłam te paczki, podzieliłam i święta mieliśmy nieźle zaopatrzone. ta prokuratura wojskowa się bardzo przyzwoicie zachowywała. Dostałam jakąś chorobę, uczulenie od tych więziennych koszul, ręczników, a raczej ścierek - na skórze, na szyi - okropne to było. Miałam dosłownie rany. Wozili mnie do jakiegoś dermatologa. To było bardzo dokuczliwe, piekące takie. Kiedy dostałam zezwolenie od lekarza na używanie własnych ręczników, to mi zeszło. Jak Rysiek przywoził te ręczniki, to z reguły też coś jeszcze dołożył. Te ręczniki trzeba było bowiem wymieniać, bo gdy-bym prała w więzieniu ich proszkiem, to byłoby to samo. Prokurator zezwalał na to. Ubrań przecież nie wolno było zmieniać, te swetry - całe korowody z tym były.

PYTANIE : Czy poznałaś tam jakieś osoby?

Odp. tak, jak wyglądałam przez okno, żeby zobaczyć, która tam na spacerniku jest. Była Ziuta, potem Irena, Ania Żurawek. Jak Ania Żurawek brała ślub, to klawiszka jedna pozwoliła nam się przywitać.

PYTANIE : Ślub był w więzieniu?

Odp. tak, w więzieniu, ale pozwolono im się pobrać. Ja nie byłam na tej uroczystości. Pozwolono się spotkać. Pozwolono im się przebrać w cywilne szatki, była ładnie ubrana, miała ładną spódnicę, ładny zielony sweterek moherowy. taka malutka była, dziecinka. Mnie pozwolono tam, żebym mogła jej złożyć życzenia. Nawet kwiaty były. ja dostałam kwiaty. Poprosiłam o kwiaty i pozwolili. Prokurator zezwolił przywieźć i te kwiaty Ania dostała ode mnie. Takie pachnące kolorowe frezje. część tych frezji chyba została u mnie.

PYTANIE : A kto dał ślub?

Odp. Zakonnik z Ostródy. taki z brodą.

PYTANIE : A w celi z kim przebywałaś?

Odp. Ludzie się zmieniali: tydzień, dwa tygodnie, 10 dni> Człowiek jako tako się przyzwyczaił, wzajemnie do swoich zwyczajów, każdy jest trochę inny, to przerzucali nas. Różne osoby były, w wielu celach siedziałam. Bardzo dramatyczne tam przypadki poznałam. Dziwne były tam wyroki. jeden bardzo straszny, dziesięcioletni - za zabójstwo w afekcie. Może nie w afekcie w orzeczeniu, bo nie wiem jaki był wyrok. Była taka osoba, która dwójkę dzieci miała i zostawiła je. Mąż zginął, ona go dźgnęła nożem … a te dzieci ją, z Elbląga dziewczyna. Narkomanką była. Z taką kobietą, która była oskarżona o współudział w jakiejś napaści - sprawa wy-ranie fabrykowana. Nie polityczna, ale ofiarą się stała, taka wiejska kobiecina. Bardzo przyzwoitą i ofiarą była sprytu innych ludzi. Straszne tam były rzeczy. Z dużym wyrokiem młoda dziewczyna zmarła - była narkomanką. Zupełnie z marginesu. Taki dzieciak właściwie. Biedne takie dziecko - 17-letnie. We wrzodach potwornych. Ofiara też tego systemu społecznego, w którym ona była. Różne były. Za handel walutą - była taka osoba. I złodziejki kieszonkowe, takie sprytne. Szajki takie, tak że życia kawałek poznałam.

PYTANIE : Ślub Ani Żurawek w jakim miejscu  był?

Odp. Nie pamiętam - zima była. Może luty. Jeszcze śnieg był.

PYTANIE : Uchylenie wyroku.

Odp. Trzeba było żyć nadzieją. Miałam nadzieję, że ta moja choroba (nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło) - nawet bałam się o swoje zdrowie. Bardzo się już starałam później jeść, żeby nie zrujnować siebie, bo mam do kogo wracać. perspektywa już była, że to nie będzie żadne 10 lat, tak jak miała ta Ewa Kubasiewicz. pomyślałam, że muszę to jakoś przetrwać. Starałam się już i na spacery wychodzić, bo tak to nie bardzo chciałam. Dlatego, że to było też upokarzające, chodzenie w kółeczko w tych grupach. Te biedne kobiety, w tych butach bez sznurowadeł, w jakichś za wielkich, męskich. Dla mnie było to bardzo przykre, z drugiej strony jednak wiedziałam, że troszkę powietrza trzeba. I zaczęłam wychodzić i to w kółko cholerne na tzw. „spacerniaku”. Starałam się patrzeć w górę, żeby widzieć jakieś kawałki drzew. Udało mi się jakoś pokonać słabość, bo to był objaw słabości, że nie mogłam sobie poradzić z własnym organizmem. Starałam się minimalnie chociaż jeść i spać i troszkę oddychać na powietrzu. I panować nad tym wszystkim. I później już złapałam pewną równowagę fizyczną i psychiczną, ale dalej ten organizm był mocno wyczerpany. no i później jeszcze przed ostatecznym wyrokiem, wyszłam na uchylenie aresztu. Zresztą w ogóle jakby odwilż szła.

Po wyjściu pierwsza przesłanka, którą wzięłam pod uwagę, to  że trzeba być bardzo ostrożnym. Wtedy też wydawało mi się, że jestem na tyle ostrożna, że nigdzie publicznie tam nie … ale, wtedy ktoś mi zarzucił, że „daliście się tam powyłamywać”. Ale innych możliwości nie było na samym początku. Potem posypały się te sprawy i wyroki. Tam po prostu, jeżeli się chciało zareagować natychmiast, a trzeba było to zrobić dla tych ludzi, którzy siedzieli w więzieniach itd., dla opinii społecznej, to nie można było inaczej. Po prostu trzeba było to zrobić w takich warunkach w jakich to było możliwe i musiało to się tak zakończyć. W gruncie rzeczy nie było wyboru, a później już trzeba było być bardziej ostrożnym. I były takie momenty kiedy ja brnęłam w bardzo niebezpieczne sytuacje, kiedy my przenosiliśmy - pamiętam - jakieś tam czcionki, takie do ma-szyny drukarskiej w takich szmacianych siatkach, po troszku, bardzo ciężkie, z jednego strychu na strych. Byłam pełna obaw, lęku, ale nie było wyjścia, bo nie miał kto tego zrobić. Wiedziałam, że nie ja powinnam to robić, bo przecież miałam wyrok w zawieszeniu. Ale tylko w sytuacjach koniecznych - czy kolportaż, na przykład w zastępstwie bo wpadł tam jakiś kolporter, to takimi rzeczami się zajmowałam. Natomiast kontakty musiały być i były. To też było ryzykowne i w województwie i poza województwem: w Gdańsku, w Bydgoszczy - u Antka Tokarczuka w mieszkaniu i w Toruniu i gdzie indziej. Takie wyjazdy. To było wszystko w granicach pewnych norm bezpieczeństwa.

Za najważniejsze uważałam; po pierwsze - trzeba tu być. Nie można ulec pokusie wyjazdu. Tak sobie powiedziałam, jak wyszłam z tego więzienia - po tym pobycie krótkim, bo krótkim, ale dla mnie dolegliwym - że póki ktoś jeden siedzi w więzieniu, to trzeba tu być, a potem to ci którzy będą ryzykowali dalej, to już bardziej na własne ryzyko. W tym sensie mówiłam, że nie mamy prawa wyjeżdżać. Może to jest surowe co ja mówię, ale zawsze tak mówiłam i często z goryczą mówiłam tym, którzy podejmowali decyzje o wyjeździe: a ci pozostali, którzy siedzą? Później po latach to już kontynuujesz na własny rachunek, ale wtedy to przecież z jednych struktur wyszliśmy. Uważałam, że … a propozycje wyjazdów oczywiście miałam. Raz byłam w Ambasadzie belgijskiej, żeby podziękować nie skorzystam. Mimo, że te nie miałam lekko, ale uważałam, że tego nie można zrobić, że to jest pewne zobowiązanie wobec ludzi, którzy teraz są represjonowani. Nie powinnam pewnie tego mówić, bo to jakbym sądziła innych ludzi. Ale trochę jakby rozumiem motywację tych ludzi. Rozmawiałam z nimi, z kolegami, z czołówki naszego Związku. Bez nazwisk powiem. jeden z naszych kolegów (Bober? - Z.Z.), który przeszedł dość ciężkie więzienie, powiedział tak, że podejmuje decyzję o wyjeździe mimo, że siedzą ludzie z wyrokami, dlatego że on następnego więzienia by już nie przetrzymał, a siedzieć bezczynnie by tu nie potrafił. Faktycznie zanim wyjechał, to myśmy na miarę swoich możliwości tutaj knuli. I ta działalność wydawnicza jakaś i spotykaliśmy się. Nasza działalność prowadzona na mikroskalę w porównaniu z tym co było gdzie indziej i dlatego też rozumiem te motywy. On mnie wtedy przekonał, kiedy powie-dział, że gdyby jeszcze raz trafił do więzienia, to już by tego nie był w stanie znieść. I dlatego ja bardzo ostrożnie i z dużym lękiem, podejmowałam się na miarę swoich możliwości działań, a także obejmując opieką tych wszystkich, którzy potem byli represjonowani - opieką prawną, obecnością, odwiedzinami w więzieniach, uczestniczenie w procesach, kontaktowanie się z tymi strukturami. I tak siłą rozpędu to szło.

PYTANIE : Czy mogłabyś wyliczyć te kontakty ze strukturami ogólnopolskimi?

Odp. Spotykaliśmy się w mieszkaniu zięcia Siły-Nowickiego w Sopocie, u Jacka Merkla w mieszkaniu, u Antka Tokarczuka w Bydgoszczy, w Warszawie to z Heniem Wujcem mieliśmy kontakty, żeby wiedzieć, co kto robi, ten kolportaż, ta bibuła, jak się tutaj trzymamy. Co pewien czas ktoś się ośmielał i wychodził troszeczkę.

PYTANIE : Jakie osoby były szczególnie zaangażowane w kolportaż?

Odp. To był Bachmura, to była Ziuta, to wiele ludzi, którzy już powyjeżdżali m.in. z Kortowa, to byli Nowakowie, Teresa Stefanowicz, mnóstwo m.in. z księgarni.

PYTANIE : Z Warszawy skąd były odbierane te wydawnictwa?

Odp. To region Mazowsze. Były kontakty z Mazowszem, były kontakty ze Śląskiem i z Gdańskiem. Syn Tytusa Brzozowskiego, Sławek, również przywoził. Mnóstwo nas było.

PYTANIE : Czy wiesz, kto się zajmował wydawaniem „Rezonansu”?

Odp. Oczywiście, że wiem. Dużo ludzi, to też się zmieniało. Był Wosiek i Danka, i Józek i Baśka Nowakowie, Płotek też. Była ta wpadka słynna w tym Gutkowie. Byli tam ci dwaj bracia, nazwisk nie pamiętam. To Bogdan Bachmura by ci powiedział. Ja Bachmurę znałam, bo to był mój uczeń. On kończył samochodówkę. Ja pamiętam, że 13 chyba czy 14 grudnia zgłosił się do mnie. Ja nie wiedziałam czy to nie jest prowokacja i nie bardzo chciałam z nim rozmawiać. Młody chłopak, gdzieś tam pracował, a może uczył się wtedy. I ja go pamiętam jako chłopca, ucznia. I teraz przychodzi do mnie 14 czy 15 grudnia. powiedział, że chciałby pomóc. Znany z nazwiska, ale nie wiem kim on jest. Ja powiedziałam: to chyba pomyłka. Przykro mi, ale ja nie mogę pomóc w na-wiązaniu kontaktów. tak, że go wtedy załatwiłam w taki sposób, bo inaczej nie mogłam zrobić.

PYTANIE : Czy z Bachmurą później miałaś jakieś kontakty?

Odp. tak, jak on wyszedł z więzienia po procesie to nawet przyjaźniliśmy się. Nawet razem urlop spędziliśmy.

PYTANIE : Kiedy siedział w więzieniu?

Odp. Jak padła ta drukarnia, został aresztowany. Było to lato, piękne lato. Bo razem spędzaliśmy później ze Sławkiem, z nim, z jego żoną, nad Gimem urlop - po jego wyjściu z więzienia. Wyszedł blady taki, ale nie pamiętam który to był rok. Helenka była jeszcze bardzo maluteńka.

PYTANIE : A czy wraz z nim ktoś był jeszcze wówczas w więzieniu?

Odp. Wiele było tych aresztowanych. Baranowski, Gierczak - ale on w związku z tą działalnością na kolei. W każdym razie Bachmura współpracował z Rezonansem jak najbardziej.

PYTANIE : Chodzi mi o władze związkowe w stanie wojennym. Kilka osób podawało się czy reprezentowało faktycznie Zarząd Regionu.

Odp. Długo Wosiek się ukrywał, to Wosiek to firmował. ten drugi, jak on się nazywa. W pewnym momencie to myśmy mówili, że on jakiś trefny jest. Taki w komisji pracował, w interwencji razem z Wośkiem. Oni wpadli, to Danka była wtedy aresztowana. Ona dostarczała farbę drukarską do drukowania. I Danka Gulko została aresztowana w tej sprawie. Był to młody człowiek, kędzierzawy. (Chyba Niepokulczycki?).

To się zmieniało. jak wrócił Bober, to myśmy odtwarzali te nasze struktury. Cały czas to grono ludzi, którzy byli związani z tą działalnością, dawniej legalną. To było podejmowanie wspólnych decyzji, jak były rocznicowe jakieś sprawy. Pamiętam takie historie jak w kościołach się odbywały, w katedrze, u Serca Jezusowego. To była taka grupa ludzi, która podejmowała decyzje jak my, jako opozycja, co my mamy robić. taki moment pamiętam, że trzeba było wyjść i oficjalnie zło-żyć kwiaty. I był problem, kto ma to zrobić. Ja wyszłam i jeszcze ktoś obok mnie. Trzeba było wyjść przed ołtarz, na oczach tych ludzi (to było w NSPJ) złożyć te kwiaty, a tam było mnóstwo esbeków. I wyszło, e ja to zrobię, nawet płaszcz zdjęłam, na czarno ubrani byliśmy, taki sweterek czarny miałam i złożyliśmy te kwiaty, które były symbolem naszej woli trwania i nie poddawania się. To było w grudniu. Innym razem esbecja próbowała nas wygarnąć. pamiętasz tę ucieczkę? To było wtedy kiedy ja już wróciłam do pracy i chcieli mnie ze szkoły zwinąć. Wiele ludzi wtedy prewencyjnie wyganiali z pracy, z domów, żeby nie dopuścić do tego żebyśmy się zjawili na Mszy św. w NSPJ.

PYTANIE : I chcieli wówczas złapać cię w szkole?

Odp. Tak, przyjechali po mnie i ja postanowiłam im uciec. Oczywiście do kościoła nie mogłam pójść, bo był obstawiony i wtedy pomyślałam, że to nie ma sensu pchać się i przesiedziałam wtedy u góry u tego Marka Cholędzkiego, aż skończyła się uroczystość.

PYTANIE : Tak, tak - pamiętam. Słuchaj, właśnie 13 czy 14 grudnia kiedy stan wojenny nastał, wielu udawało się do kościoła NSPJ do ks. Żołnierkiewicza. Czy pamiętasz to spotkanie?

Odp. Byłam, byłam tam. Wcześniej byłam pod bramą OZOS-u, dopóki nie rozpędzono tego tłumu, kiedy tam pałowali tych ludzi. Krzyczeli żeby ich nie zostawić samych. Pamiętam tego Zbyszka Przewłockiego, Anię Żurawek. Właśnie, przecież Zbyszek zanim wyjechał z tymi dziećmi to myśmy wcześniej ciągle byliśmy razem. Ania Żurawek - to było ciągle to samo grono ludzi. Ale wtedy przed OZOS-em, jak tych ludzi spałowano, bo wtedy ZOMO-wcy tam byli. Żeśmy dziecko zostawili u rodziny i byliśmy pod OZOS-em. Ciemno się zaczęło robić i wtedy oni zdecydowali się na obstawienie tego tłumu i wtedy ruszyło to ZOMO. Zaczęli pałować. I uciekliśmy wtedy. Ślisko było. Wiem, że wtedy gdyby ktoś upadł. No widziałam z daleka. Było to straszne, że nie można było zostać, trzeba było zmywać się, bo to duże pały mieli. Tam dzieciaki też były, nastolatki. Ja wtedy miałam takie samopoczucie, że jakbym źle zrobiła, bo jednak myśmy uciekli. Nie można było nie uciec, bo pałowali.

PYTANIE : Na szczęście, jeśli chodzi o samych strajkujących, to ich nie bili.

Odp. Ale myśmy o tym nie wiedzieli. ZOMO-wcy mieli te pały, te tarcze, to wszystko. Jak uciekaliśmy taką alejką, bo tam były pryzmy śniegu, to Rysiek ciągnął mnie tą alejką, to ja byłam tak zesztywniała z tego przerażenia, że tam biją tych ludzi, to mimo, iż byłam ubrana ciepło, to z tego strachu i z tego poczucia bezsilności, to zesztywniałam. Tak, że ja nie biegłam, tylko on mnie ciągnął i ja na tych sztywnych nogach jechałam. Bo oglądałam się za siebie i widziałam, że dopadli tam kogoś i biją tam ludzi. Nie wiem, co tam się stało z tymi ludźmi, uciekliśmy stamtąd. Później myślałam sobie, że zostawiliśmy tam kogoś bezradnego i tych ludzi w tym zakładzie. Pomyślałam sobie, że tamtych też tam spacyfikują, zbiją. Jak dotarliśmy do domu, to wiem, że ryczałam strasznie - po prostu wróciłam do domu z poczuciem winy, że tam nie zostałam. Nawet za cenę, że mnie tam zamkną. Chociaż Rysiek mi mówił, że ty tu bardziej jesteś potrzebna.

PYTANIE : A to spotkanie w kościele?

Odp. Oczywiście nie było co zrobić z tymi nieszczęsnymi pieniędzmi. Ja te pieniądze w mojej torbie, którą do dzisiaj mam, skórzanej. Wynosiliśmy. Bo miały niby być u niego (U ks. Żołnierkiewicza), ale później on uznał, że trzeba je przenieść. I przenieśliśmy te pieniądze idąc z tą dużą sumą pieniędzy, w każdej chwili mógł nas zatrzymać patrol. Torba duża na skórzanym pasku. I szliśmy pieszo, bo nie było komunikacji, do Meissnerów.

PYTANIE : Masz na myśli te pieniądze, które zostały zabrane tuż przed stanem wojennym i które zostały zdeponowane u ks. Żołnierkiewicza?

Odp. Tak, myśmy te pieniądze wynieśli, gdzie one trafiły dalej, to już nie wiem, bo moim zadaniem było tylko wynieść z kościoła. Wszyscy się bali. Zanieśliśmy do Meissnerów. Myśmy szli wtedy jak na ścięcie. Ja z tym Poźniakiem. One miały bezpiecznie dotrzeć. I nie było komu ich prze-nieść. Myślałam, że przecież oni i tak dowiedzą się, że ja tam stałam … to trudno.

PYTANIE : To było 14-tego?

Odp. Tak, następnego dnia. To chyba w poniedziałek. Tak mi się wydaje. I całą drogę żeśmy prze-nieśliśmy w dwójkę tę torbę do tych Meissnerów, ja razem z Poźniakiem.

PYTANIE : A gdzie mieszkali Meissnerowie?

Odp. Tu gdzieś na Zatorzu. Myśmy zapukali do nich, bo nie wiedzieliśmy gdzie pójść z tym. Oni otworzyli drzwi. Maryla i tego … A ja ponieważ tak dobrze Maryli nie znałam, ale Poźniak znał. I powiedzieliśmy, że coś z tym trzeba zrobi. Szybko musieliśmy wracać.

PYTANIE : Tak, że uszczęśliwiliście ich.

Odp. Z tym, że oni nie byli aż tak na widelcu, jak ja na pewno, Poźniak i inni. W zakrystii to też, wiadomo było.

PYTANIE : Kto wiedział o tych pieniądzach?

Odp. To musiało wiedzieć niewiele osób. To musiało być bardzo dyskretnie zrobione. Ksiądz dał nam to bez większych komentarzy. Po prostu powiedział, że nie może tego przetrzymywać u siebie.

PYTANIE : Kto tam więcej zjawił się w kościele?

Odp. Było trochę ludzi, ale z tych zakładowych struktur z komisji zakładowych. Władykowie tam byli, chyba Ziuta. Tam mnóstwo było takich ludzi, których nie pozamykano. tam się zgromadzili. Andrzej Pawłowski, Teresa Stefanowicz. Ludzi zebrało się sporo i postanowiliśmy, że będziemy się spotykali w kościele. Będziemy przychodzili na Msze, wprawdzie wiedzieliśmy, że tam esbecja się kręci, ale nie wygarną nas od razu stamtąd. Ale myśmy z Ryśkiem uznali, że za dużo tam się ludzi kręci. Stwierdziliśmy, że trzeba to robić indywidualnie. Tak że krótko tam byliśmy. Na-wet nie wiem, czy ktoś tego nie skomentował, że się wystraszyliśmy.

PYTANIE : Czy w późniejszych latach kontaktowaliście się z ks. Żołnierkiewiczem?

Odp. Nie, ja nie. To był jedyny raz tylko wtedy, kiedy żeśmy zapukali do niego i później żeśmy z tym Poźniakiem wędrowali. To był jedyny raz. Potem to chyba poszłam tylko jak wyszłam z więzienia. Nie wiem.

PYTANIE : Podobno Bachmura uznawał siebie za przewodniczącego Zarządu regionu w stanie wojennym? Podobnie ten młody człowiek, o którym mówiliśmy …

Odp. Wojtek Niepokulczycki.

PYTANIE : Czy było jakieś przekazanie władzy, czy też nie?

Odp. Nie, nie było. Dla mnie taki - ale wyłącz (…). nawet gdy oni tak o sobie mówili, to nie budziło żadnego sprzeciwu.

Później jak z tymi Romaszewskimi. Przecież Danka siedziała z tą Romaszewską, z Zakładów graficznych, ta dziewczyna, nie pamiętam. Nie mówię o Agacie. One też były internowane, Danka była aresztowana. Ale one wyjechały przecież też. W następnych latach to kontakty te były utrzymywane poprzez Romaszewskich. Przekazywanie informacji, udzielanie pomocy aresztowanym - przy ich wsparciu finansowym, duchowym i prawniczym.

PYTANIE : jeśli chodzi o Przykop - było to miejsce gdzie dosyć często spotykaliście się. Przeważnie tam były pożegnania, albo towarzyskie spotkania.

Odp. Tak, bo o takich sprawach organizacyjnych tam się nie mówiło. To było raczej miejsce relaksu. jedno takie zapamiętałam, jak się żegnaliśmy z Andrzejem Boberem. Dużo zdjęć jest z tego spotkania. Był Stefan Śnieżko, Irena … To było lato chyba. Spaliśmy w fatalnych warunkach. Z Boberem spotykaliśmy się też tam po jego wyjściu.

PYTANIE : Uczestniczyłaś, a raczej obserwowałaś proces elbląski?

Odp. Bober, Władek Kałudziński, bracia Goławscy i taki najmłodszy pośród nich, maturzysta, strasznie poturbowany. Ten proces ciągnął się tygodniami. Myśmy jeździły z Anią Żurawkową, bo ja byłam pozbawiona pracy, ona też i staraliśmy się być wsparciem dla tych biednych naszych kolegów, którzy byli tam sądzeni. Przecież tam było mnóstwo esbecji i milicjantów na sali. Raz przyjechał biskup Obłąk - pamiętam, cały czas Warszawę reprezentował Jacek Fedorowicz (zaprzyjaźniłam się z nim), Danuta Szaflarska. Jacek robił dokumentację z tego procesu, tam poznałam wielu ludzi jak adwokat Andrzejewski, cały szereg znakomitości, ludzi, którzy tam bronili w tym procesie.

PYTANIE : Dlaczego ten proces wywarł na tobie tak duże wrażenie?

Odp. Dlatego, że to było straszne, że oni byli ofiarami, byli strasznie pobici i właśnie ich oskarżano. ten prokurator, ci sędziowie. Kable, które gdzieś prowadziły do jakiegoś pokoju wyżej, gdzie za-padały decyzje. te mowy obrończe, rozpaczliwe wysiłki, aby nie tyle bronić co nagłaśniać tę sprawę, wykazać podłość tego systemu, tej „sprawiedliwości”. Potworną bezczelność tego całego składu sędziowskiego, taka przerażająca bezkarność tych ludzi. Przeinaczone zeznania, plączący się w zeznaniach świadkowie oskarżenia. Tych funkcjonariuszy więziennych. To dopiero dawało wyobrażenie o tym czym jest ten cały system, że wymiar sprawiedliwości służy zniewoleniu ludzi (…).

Tych dwóch, Andrzej i drugi z braci Goławskich. Jeden z nich zeznawał na wózku bo nawet stać nie mógł.

PYTANIE : Jeśli chodzi o pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki.

Odp. Jeździliśmy do Warszawy, cała reprezentacja: Brycki, ja. Kupowaliśmy kwiaty, meldowaliśmy się, że jesteśmy przedstawicielami Warmii i Mazur w kościele na Żoliborzu. Były Msze za Ojczyznę - szła nasza delegacja, naszego regionu. jeździłam tam bardzo regularnie. To też były manifestacje. Bywałam tam często u siostry swojej w Warszawie i często chodziłam do tego kościoła. A gdy były te Msze św. za Ojczyznę, to regularnie jeździliśmy. U mojej siostry zatrzymywaliśmy się, tam można było coś zjeść, a nawet przenocować.

PYTANIE : Czy mogłaś się przyjrzeć ks. Jerzemu?

Odp. To była postać charyzmatyczna. raz nie była to Msza za Ojczyznę, była to normalna Msza wieczorna. ks. Jerzy został zatrzymany i nie mógł odprawić mszy, ks. Małkowski (?) odprawiał za niego. (inny ksiądz). Ks. Jerzy nie wrócił na Mszę. Modliliśmy się wszyscy o jego powrót (…) Ksiądz Jerzy, ja go obserwowałam, bo nie znałam osobiście, ale ponieważ starałam się zawsze wcześniej przyjść, żeby być blisko. Krótko to było, bo później ta tragedia się zdarzyła. Dla niego tak często chciałam być. Pomyślałam sobie wtedy, jaka szkoda, że my nie mamy takiego księdza u siebie. W naszym regionie, bo nam potrzeba tutaj tak dużo siły, żeby nie bać się, żeby jednak by, żeby chociaż w dobry sposób zaznaczy dla ludzi swoją obecność w tym strasznym świecie ciągłej inwigilacji esbeków, tych prześladowań. Żeby nie dać się tak zdeptać, stłamsić. taki był żal, że kogoś takiego tutaj nie ma.

Dla mnie, kiedy jeździłam tam sama z moją rodzin, dzieckiem i z Ryśkiem i tymi przyjaciółmi z Warszawy, (…) i jak tam jeździli do tego kościoła, to dla mnie pobyt w tym kościele, obecność tego księdza i każde jego słowo, to było takie naładowanie akumulatorów. To było czerpanie siły do tego aby tkwić w tym uporze, nie poddawać się. Tutaj w Olsztynie byliśmy na widelcu - było nas tak mało. Wystarczyło zgarnąć paru tych ludzi - to nie było trudne dla nich. Ale trzeba było nie poddawać się temu wszystkiemu. A uczestnictwo w nabożeństwach w tym kościele, to było wielkie święto wolności. To było jak gdyby wolne państwo, rządzące się swoimi prawami, otoczone zewsząd kordonem tych „suk”, tych esbeków, tego wszystkiego, a myśmy śpiewali co żeśmy chcieli, modliliśmy się. Byli ci aktorzy, ten Zelnik, Szczepkowski - oni występowali, w tych częściach modlitewnych, intencje głosili. Ta część uroczysta miała oprawę literacką i to pamiętam, z tego balkonu, kiedy tam występowali. I proboszcz Bogucki wspierał tych młodych księży swoją obecnością. Ogromna ilość sztandarów. Różne święta, np. na zakończenie żniw czy święta górnicze - grudzień, to przybywało coraz więcej, nawet po śmierci ks. Jerzego. Przybywało tej solidarności między ludźmi, którzy nie dali się zdeptać - było wiele takich fizycznych, normalnych dowodów.

Nawiązaliby kontakty z innymi regionami, środowisko nasze jednak było małe, zagrożone, ciągle ktoś był w więzieniu. Było mnóstwo ludzi takich często anonimowych np. taka pani z przedszkola, która często opiekowała się rodziną, Helenką. Mnóstwo takich ludzi. Bardzo często szlachetnych i bardzo anonimowych dzisiaj.

Mogę ci powiedzieć dlaczego zostałam. Inni może faktycznie ryzykowali wcale nie mniej ode mnie, z tym, że ja (…) dlatego, że w gruncie rzeczy dla mnie ten pobyt w więzieniu był takim chrztem, jak ja przeszłam przez te pierwsze najtrudniejsze tygodnie, bo to było straszne i wolność przyjęłam z ogromną ulgą, to ja wyszłam przeświadczona, że stać mnie na wiele, jakby wiele mogę wytrzymać. Bo ja się bałam, że mogę wielu rzeczy nie wytrzymać. Kiedy okazało się, że ja mogę wytrzymać, to później już tak bardzo się nie bałam. To ryzyko było. Zawsze gdy coś robi-łam, to obawiałam się, że mogę mieć namiar, coś tam usłyszeli, zobaczyli. Ale gdy sobie pomyślałam, że mogę trafić znowu do więzienia, to ono nie jest takie straszne, że można je przetrwać. Inni zaś chyba uznali, że nie są w stanie przetrwać. On, to jest Andrzej, autentycznie mówił, że by ponownie nie przetrwał. Ja jednak czułam w sobie jeszcze dużo siły. uważam, że to najgorsze, to jest to nieznane. Później też przecież wielokrotnie bardzo się bałam, ale przecież nie na tyle, aby (…)

Do dziś mam to Pismo Święte, zalane jakimś pachnącym szamponem. I ja z niego czerpałam wiele mocy. Najgorsze jest to nieznane. Można nie załamać się i przetrwać. W pierwszych tygodniach bardzo się bałam

PYTANIE : Wiesiek Brycki?

Odp. Wiesiek Brycki po wyjściu z internowania miał taką sytuację, że miał malutkie dzieci - tam żona w ciąży. Nawet w pewnym momencie miałam mu za złe, że się tak wyłączył w pierwszym okresie, ale później gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych on wyszedł z tego i uczestniczył w tych wszystkich naszych knuciach. Myśmy spotykali się bardzo regularnie: ja, Rysiek. Chcieliśmy w to wciągnąć większą liczbę ludzi, ale nie wszyscy się kwapili. Może uważali, że to nie ma racji bytu. Mieliśmy ścisłe kontakty z Wujcem. jeździliśmy do niego do Warszawy - spotykaliśmy się nawet i w pracy u niego w jakim biurze projektowym pracował. U Romaszewskich - on też wtedy jeździł. Miałam kontakty z „Solidarnością” nauczycielską także. Jeden z tych ludzi u których się spotykaliśmy, jest do dzisiaj dyrektorem departamentu. Nie chcę jednak o tym mówić, żeby mu nie zaszkodzić (?) (…)

Do kościoła św. Aleksandra informacje o prześladowanych nauczycielach przewoziłam. Sławek Olek też. A tutaj w Olsztynie taki miejscem był ten Komitet Prymasowskiej Pomocy przy kościele św. Józefa. Tam była Baranowska-Kmieć, Klonowska. One się tam pojawiły ale Baranowska nie była mi znana nigdy przedtem, ani z okresu stanu wojennego, ani z przed stanu. One tam pojawiły się jako prawniczki - bo takie osoby były potrzebne.

PYTANIE : Jak wyglądały próby reaktywowania „Solidarności”?

Odp. Spotykaliśmy się u Bryckiego, u mnie, u Gierczaka, u Ziuty nie bo Ziuty nie było przecież. To był 1987 rok, 1988, 1989 rok. To były próby zorganizowania struktur od nowa. Pamiętam jedno z takich spotkań kiedy nas esbecja wygarnęła - u mamy Wieśka Bryckiego w domu. To było po spotkaniu z Szeremietiewem, on przyjechał, chciał założyć jakieś struktury. I myśmy się spotkali z nim najpierw tam, aby zobaczyć co oni mają nam do zaproponowania w oparciu o struktury „Solidarności”, może nie struktury - to za duże słowo - lecz w oparciu o więzi, o ludzi, Irena była tam również. To był styczeń - jakaś taka zima była wtedy - chyba 1987 rok, jak mi się wydaje … Danuta Gulko, … Spotkaliśmy się i zorientowali, czy w to się włączyć. Ale to nie załapało specjalnie. To było u mamy Wieśka Bryckiego, na ul. Kościuszki gdzieś.

Tu u Leny Cynalewskiej jak spotkaliśmy się, to było przeszukanie. Ja byłam za świadka tego prze-szukania. To był chyba 1988 rok i mieliśmy tam zebranie. Rok wcześniej, jednak jak był Szeremietiew, to zastanawialiśmy się nad tworzeniem partii politycznej. Wyraźnie Szeremietiew parł do tego, żeby tworzyć partię polityczną. On był już po rozejściu się z Leszkiem Moczulskim. A z Moczulską to ja miałam kontakty. Tak się składało, że ona przyjeżdżała do swego męża i u mnie się zatrzymywała. Szeremietiew opowiadał, że ten rząd musi upaść i wtedy nie możemy być zaskoczeni.

PYTANIE : Czy Bogusław Owoc brał udział w tych spotkaniach?

Odp. Nie, wtedy w tym pierwszym spotkaniu go nie było. Później chyba on to przyjął. Myśmy szli na to spotkanie też tak śmiesznie, bo osobno z Ryśkiem. To było u matki Wieśka Bryckiego na Kościuszki. Spotykaliśmy się i u Gierczaka i u mnie w domu w pokoju tym najmniejszym.

PYTANIE : Gierczak był bardzo ruchliwy wtedy.

Odp. Tak, myśmy się spotykali. Zaczęliśmy myśleć, jak obejść przepisy i zacząć tworzyć związek na poziomie zakładu pracy. Oznajmiać i stawiać wnioski o rejestracji. Nawet gdy nas nie zarejestrują ale ten czas wykorzystywać propagandowo. Myśmy dość aktywnie w tym uczestniczyli. Rysiek. Zaczęliśmy wyłapywać tych, którzy się zjawili: Smoliński, Modniewicz ten z BUMAR-u. Później przenieśliśmy się do Juliana do parafii.

PYTANIE : Bachmura się nie włączył?

Odp. Nie, nie wiem dlaczego. To też nie do wykorzystania, nie chcę tego wyciągać (…). Bachmura prowadził „Rezonans”, ale mnie się wydawało, że za dużo ludzi o tym wie. Do końca nie miałam przekonania. Zachodzili tam przypadkowi ludzie. Ja nie byłam przypadkowa, ale przecież nie może być tak, że ktoś ad hoc organizuje transport maszyn itp. Pamiętam, że raz Rysiek coś tam woził. Po naszych doświadczeniach, po tych wyrokach, takich numerów nie wolno robić. Przypadkowe osoby się o tym dowiadują. W ostatniej chwili organizowano jakieś części do tych maszyn, coś tam było odbierane. Ja pomyślałam: tak poważna sprawa, a to jest tak organizowane spontanicznie. Myśmy wtedy szukali jakiegoś innego samochodu i z jakiegoś innego samochodu skorzystaliśmy. tam zaś było za mało środków ostrożności i to mnie denerwowało. I o ile na początku to tłumaczyło się naszym niedoświadczeniem, to później uznałam - nie chcę tego powiedzieć głośno - że to może być prowokacja czy coś.

PYTANIE : bardzo ściśle Olek tam współpracował?

Odp. Tak. Myśmy z Andrzejem Boberem zastanawiali się czy to koniecznie musi być tutaj drukowane. czy nie lepiej do Mazowsza. I tak myśleliśmy. Żeby nasze informacje dawać do „Tygodnika Mazowsze”. Tutaj wydawało nam się zbyt duże ryzyko - za wysoka cena.

 

 

(To chyba Grażyna mówiła, że Niepokulczycki Wojtek zachował się w sposób podejrzany. To on raz miał przenieść chyba czcionki i farbę drukarską - zostawił to na ławce i milicja zabrała. Później on się wyniósł z Olsztyna, gdzieś na południe Polski. - przyp. Z.Z.).

 

END

 

 

 

 

---------------------------------------------------------------------------

 

Rozmowa z ks. Janem Rosłanem

w dniu 20 maja 1993r. (Gryźliny)

 

Pyt. Byłeś ściśle związany z redakcją Rezonansu. Jak tam trafiłeś?

Odp. Trafiłem dzięki telegramowi. W tym czasie mieszkałem w Białymstoku. Przysłał do mnie Jarek (Waldemar) Dąbrowski telegram. On przyjechał do Olsztyna z Gdańska. Był pracownikiem etatowym "Studenta", potem był rzecznikiem prasowym wojewody elbląskiego, pracował w "Czasie" i w tych pismach gdańskich, m.in. w ostatnim piśmie wydawanym przez Będ­kowskiego "Jedność", którego wyszedł numer próbny i jeden oficjalny. On objął "Rezonans" i od razu powiadomił mnie, żebym przyjechał.

Pyt. To znaczy był redaktorem naczelnym "Rezonansu"?

Odp. Tak. Był redaktorem naczelnym. Objął "Rezonans" po Andrzeju Weberze. Andrzej był architektem. Z tego względu, że cały czas "Rezonans" był wydawany po amatorsku. Nie wiem kto go stworzył. Potem był Weber, potem przyszła Świetłana, ale nie kierowała nim, bo ona miała za zadanie uruchomienie wydawnictwa przy "Rezonansie". Ale dopóki się to nie stało. Jarek kiedy przyszedł, ona była członkiem redakcji. Przyjechałem i zaraz zacząłem pracować w "Rezonansie", potem stałem się sekretarzem serwisu, bo "Rezonans" wychodził raz na dwa tygodnie, zaczęliśmy wydawać serwis "Rezonansu", raz na dwa dni, a w chwilach takich kiedy się coś wielkiego działo - codziennie, np. podczas Zjazdu. Andrzej Weber też był człon­kiem redakcji, członkiem redakcji była Świetłana - to była obsada etatowa, a po Zjeździe Solidarności doszedł do nas Janusz Soroka - dziennikarz z Gazety Olsztyńskiej. On był z Wackiem Radziwinowiczem w Gdańsku - obsługiwał Zjazd Solidarności, ale wezwano go, żeby powrócił. On tam chyba nie miał etatu. Był na stażu i wyrzucono go. Zaczynał pracę po studiach. Myśmy byli wtedy na Zjeździe i on do nas przyszedł. Już kiedy został wyrzucony z Gazety, pracował u nas, ale traktował to trochę jako pracę w Biuletynie - to nie odpowiadało jego aspiracjom. Wierzył w siebie, kiedy był bunt w Kamińsku w więzieniu, napisał reportaż i ten reportaż został od razu przedrukowany w "Tygodniku Solidarność", tym ogólnopolskim. Wtedy poczuł się doceniony i dowartościowany. "Tygodnik Solidarność" przysyłał nam swo­je numery, myśmy im wysyłali. Ta redakcja traktowała nas po przyjacielsku i korzystała z naszych wydawnictw, czasami przedrukowując teksty i informacje. Tak broniła tych biuletynów, bo tam była nawet sprawa sądowa o obrazę Związku Radzieckiego, kiedy jeden z biuletynów wydrukował karykaturę Breżniewa w formie misia. Była sprawa sądowa i wtedy "Ty­godnik Solidarność" przedrukował tę karykaturę, chcąc tym samym niejako wzmocnić obronę.

I pracowaliśmy w tym zespole. Tam jeszcze technicznym był Piotr (Kajko?) - jedyny członek KPN-u. (Nieścisłość: członkiem KPN-u był Leszek Szawłowski - przyp. A.P.) Dość ważne, potem jego głównie posądzano o kontynuowanie Rezonansu w stanie wojennym. Jak wiemy służby bezpieczeństwa najbardziej wtedy obawiały się KPN-u.

Pyt. A jeżeli chodzi o Kisłego? Jaką funkcję pełnił?

Odp. Tadeusz Kisły. Nie wiem w jakich był strukturach. Był chyba szefem propagandy. Co myś­my robili? To Jarek walczył o autonomię "Rezonansu", żebyśmy byli niepodporządkowani propagandzie bezpośrednio. Wtedy rzecznikiem prasowym była Grażyna Langowska. Doszło do pewnego sporu. Grażyna pisała bardzo wielkie oświadczenia, polemiki, nawet z wystąpie­niem Breżniewa i chodziło o to, żeby to wydrukować. Myśmy się w pewnym stopniu temu sprzeciwili, dyskutowaliśmy z Grażyną, żeby to było pismem, a nie biuletynem. O to walczyliśmy. I rzeczywiście tak się stało, bo nawet u nas drukowali teksty dziennikarskie, którym odrzucono to gdzie indziej. Czasami pod pseudonimami. To był nasz sukces. Rosło grono współpracowników, np. Bruno Bernard Szulc z "Panoramy Północy", który został w Niemczech, pisał do nas bo tam mu odrzucano teksty, zaczęły się już kontakty z profesjonalistami, którzy u nas umieszczali pod pseudonimami lub nazwiskami - to było różnie. A Świetłana ca­ły czas spełniała rolę sekretarza "Rezonansu" wychodzącego co dwa tygodnie. To było spore pisemko. Były tam reportaże, duże teksty, czasami rzeczywistość tak gnała, że wydawaliśmy sam serwis.

Pyt. A Grucela?

Odp. Leszek Grucela był pierwszym, który zakładał "Rezonans". gdy my przyszliśmy, to była taka dziwna nowa fala. On potem był w propagandzie. Potem przejął funkcję chyba  socjalnego w Zarządzie Regionu, ale już z "Rezonansem" nie pracował.

Pyt. Od kiedy pracowałeś w "Rezonansie"?

Odp. Ja pracowałem w "Rezonansie" od wakacji roku 1981. Od lipca. Dopiero na Zjazd wziąłem legitymację nr 13. Zacząłem od wakacji, kiedy przyszedł Jarek Dąbrowski z Gdańska i objął to. Myśmy faktycznie tak prawdę mówiąc, w trzy osoby najściślejsze grono stanowili: Jarek, Świetłana i ja. Jeszcze był Weber, który potem stał się technicznym. Był architektem. Został technicznym i robił to dobrze. A ten Piotr był od propagandy, od kolportażu, plakatów i innych rzeczy. Były dwie maszynistki.

Pyt. Janusz Soroka, kiedy trafił do "Rezonansu"?

Odp. Po zjeździe, kiedy wyrzucono go z Gazety Olsztyńskiej.

Pyt. A dlaczego go wyrzucono?

Odp. Za to, że nie wrócił ze zjazdu, a był odwołany. Tam Wacek Radziwinowicz obsługiwał zjazd z ramienia "Gazety Olsztyńskiej". Pracował dość uczciwie. Janusz był na stażu i oni podpisy­wali tekst podwójnie, że razem to robili. Drukowano tylko Wacława Radziwinowicza, twierdzono, że Janusz nie jest delegowany.

Pyt. Czyżby on samodzielnie pojechał na Zjazd?

Odp. Nie wiem jak tam była sprawa domówiona, czy mówił, że jedzie, czy go puszczono w trakcie zjazdu, kiedy nabrał barwy, ale tylko Wacek był oficjalnym przedstawicielem. Nie drukowano jego korespondencji mimo, że razem było podpisane, bo "Gazeta" była nam dowożona do Gdań­ska i to było widać. On sam już wiedział, że coś się złego dzieje. I jemu kazano wracać,  nie wrócił i za to wyleciał.

Pyt. W jakim nakładzie ukazywał się "Rezonans"?

Odp. Nawet do 10 tyś. sięgał. To szło kolportażem autobusowym. Rano kierowcy autobusami roz­wozili, i to był nakład taki, który można było wydrukować tą techniką.

Pyt. A gdzie był drukowany?

Odp. W MZK, tam były zakłady graficzne, były maszyny. Tam było drukowane najpierw na taś­my, potem dostaliśmy także maszyny, potem na blachy. To już robili drukarze.

Pyt. Pracując w "Rezonansie" miałeś okazję poznać wielu ludzi. Jak ty odbierałeś ówczesnych dzia­łaczy związku?

Odp. Krupińskiego, Łukomskiego, Bobera. Bardzo często gdy był konflikt w zakładzie pracy, wte­dy jechał przedstawiciel Zarządu Regionu i dziennikarz, żeby to opisać. Ja byłem w Dobrym Mieście w Warfamie, miałem całe dokumenty, tam widziałem pana Śnieżkę ówczesnego prokuratora. Tam poznałem Lubienieckiego. Byłem także w Biskupcu w przedszkolu. Gołę­biow­ski, tego też poznałem. Większość ludzi traktowała pracę w Zarządzie Regionu jako samobój­stwo. Uważali, że to wszystko się bardzo szybko zawali.

Obsługiwaliśmy posiedzenia, prezydia i Zarządy Regionu, różne nasiadówki. Zachowało się u mnie sporo notatek - cała dokumentacja na szczęście ocalała. Łącznie z ostatnimi teleksami z BIPS-u, notatki z ostatniego zebrania kiedy było już bardzo źle. Tutaj na Szrajbera była taka zajezdnia autobusowa, kiedy mówiono o grupach ochronnych w czasie demonstracji i innych rzeczach. Tak była zagęszczona atmosfera - te zapiski gdzieś wszystkie zostały, bo to był na­tłok tego.

Pyt. Co możesz powiedzieć o Krupińskim?

Odp. Solidarność miała ludzi krzykliwych. Nie chciałbym oceniać ludzi. Krupiński był człowie­kiem bardzo spokojnym. Podczas zjazdu gdy wybierano Komisję Krajową, myśmy już wiedzieli o kandydaturze na zastępcę przewodniczącego Lecha Wałęsy. Przeprowadzaliśmy w czasie zjazdu wywiady, na spółkę podpisane z Jarkiem Dąbrowskim, ze wszystkimi naszymi delegatami i teleksem były drukowane - Świetłana obsługiwała w Olsztynie serwis i od razu był drukowany. I Wałęsa jaki sposób zastosował? Wiadomo było, że był konflikt z Gwiazdą, który zarzucił Wałęsie, że on mało pracuje, złą politykę związkową prowadzi itd. Konflikt Walentynowicz, Gwiazda kontra Wałęsa, a Wałęsa wypomniał mu brak obecności na zebraniach, na posiedzeniach Komisji Krajowej itd. I wtedy Wałęsa powiedział tak: Kto chce pracować w Ko­misji Krajowej, niech się zgłosi. Zgłosił się oczywiście Gwiazda, zgłosiła się większość człon­ków. Wałęsa wtedy: A ja chciałbym żeby pracowali: ten, ten i ten. Wymienił dwa lub trzy tylko nazwiska. Krupiński się nie zgłosił. On sam wymienił Krupińskiego. Dlaczego? Krupiński był chyba najbardziej poważną osobą wśród przewodniczących regionów. Był oso­bą stateczną - był architektem z dorobkiem, poważny pan. A pozostali to ludzie w więk­szości młodzi, bardzo narwani. Chyba Wałęsa to docenił. I stąd zaproponował mu od razu także wiceprzewodniczącego. Przyjął to.

Pamiętajmy, że Olsztyn był wówczas wciągnięty w sprawę ogólnopolską. Była to sprawa są­dowa, która cały czas toczyła się m.in. Krupiński, Łukomski - przeciwko dziennikarzowi Sam jestes Tumanowicz - Samitowski Tumanowiczowi z "Dziennika Telewizyjnego", który nakręcił reportaż i ujawnił, że Łukomski był oficerem, że karnie zwolniony itd. To się cały czas toczyło. Łukomski był człowiekiem bardziej wojskowym, bardziej twardym, Krupiński był nie tyle miękki co bardziej dyplomatyczny. I już zmieniał się też charakter pracy w Zarządzie Regionu, Krupiński wyciszał. To, że został wybrany przewodniczącym, to także o czymś świadczyło. Potrafił wiele rzeczy ła­godzić.

Komisja interwencyjna to była najbardziej zwariowana, bo nagle np. nie chcą sprzedawać jakichś tam podpasek, czy żyletek w kiosku w Urzędzie Miejskim. Ustawiła się kolejka, awantura, dzwonią do komisji. Ja też tam jadę. Nie ma Solidarności w Urzędzie Miejskim, a ludzie chcą żeby zrobić jakiś porządek itd. Były więc sprawy humorystyczne z dzisiejszego punktu widzenia. Solidarność to była wtedy taka straż ratunkowa na wszystko.

Pyt. Chyba wtedy szefem komisji interwencji był Bober?

Odp. Tak, był Bober, ale bardzo aktywnym był także Niczyporowicz. To był człowiek bardzo wo­jowniczy. Były sprawy działek. Ten podział dóbr w zakładach pracy był najczęściej przyczyną konfliktów. Były również sprawy inne, np. wyboru opcji politycznej. Pamiętam w listopadzie, w grudniu - co zrobić? Wejść do sejmu. A jeżeli tak to w jaki sposób? Jesteśmy związkiem za­wodowym, może wszyscy wstąpimy do PAX-u, bo to była z Reifa partia, która najbardziej mogła akceptować Solidarność.

Toczyła się również sprawa wewnętrzna - sprawa samorządów. Ale to jakoś nie było odbierane przez ludzi. Podobnie sprawa sieci - to robił Jarek Dąbrowski. Sieć to była bardzo ważna siła w związku. Wchodziły największe zakłady, w tym OZOS. Sieć była organizacją, którą stworzyli partyjni (?) Czyli już Solidarność nie była taką wielką jednością, chociaż to było jeszcze ukryte, jednak można było wyczuć jakąś tam opcję.

Pyt. Ludzie, którzy kierowali związkiem, czy mieli jakąś wizję związku? Np. Krupiński?

Odp. Reakcja związku była często reakcją byka na płachtę i to nie było dobrze. Przykład, jesteśmy na zjeździe. W czasie zjazdu podwyższono ceny papierosów i alkoholu. Doszło od razu do wezwania na salę dwóch ministrów. Przyjechał Krzak i drugi. Uznano to za prowokację. M.in. w takiej komisji analizującej był Lubieniecki, który przez to, że referował, nie został później wybrany do Komisji Krajowej mimo, że miał największe szanse. Bo tam poplątał pewne drobiazgi, Coś tam nie wyszło.

Solidarność bardzo żywiołowo reagowała na posunięcia władzy. Cały czas patrzenie ludziom na ręce. Chodziło o stworzenie Polski samorządowej. Nikt nie liczył się z upadkiem PZPR-u. Uważano, że samorządy będą tak silne, że ograniczą partię i jej władzę.

Jednak rzeczywistość chwili najbardziej  kształtowała politykę związku. I to było najbardziej widoczne. Tych ludzi od pracy od podstaw nie było dużo. Sądzę, że w Olsztynie zabrakło sztabu intelektualnego, który mógłby taką wizję wypracować. Fluktuacja w Zarządzie Regionu była bardzo duża. Pracowało się od rana do wieczora, ale to były w większości interwencyjne sprawy. Czasami wręcz prowokacyjne. Powiem o jednej takiej prowokacji. Podczas I Zjazdu wypuszczono plakat jednorocznego dziecka, który szedł z kijem - bobas jednoroczny i wtedy w Olsztynie (służby bezpieczeństwa tu sprawnie pracowały) od razu wydrukowano taki sam plakat, tylko dziecku dano zamiast kija - pudełko zapałek i dano podpis "ostrożnie z og­niem". Dawano do zrozumienia, że Solidarność jest takim dzieckiem, który bawi się zapał­kami. Olsztyn wpadł na genialny pomysł bardzo szybko - dodruk napisu "To polskie zapałki - pożaru nie będzie!? Wiadomo, że wówczas polskie zapałki paliły się fatalnie. A więc poczucie humoru. Był to więc czasami związek konfrontacyjny, nie zaczepkowy - bardzo często były to prowokacje władzy. Nacisk oddolny był tak duży, żeby się do tego ustosunkować, tej pracy podstawowej, praktycznie brakowało. Były prognozy, wypracowane gdzieś na górze, ale chwi­la przewracała wszystko.

Pyt. Po Krupińskim rzecznikiem została Grażyna Langowska.

Odp. Grażyna była człowiekiem bardzo żywiołowym. Ona żyła Solidarnością, denerwowało ją bardzo wiele spraw. Kontakt z prasą oficjalną właściwie nie istniał, bo "Gazeta" pisała o związku dość późno i raczej milczała. Zamieszczała właściwie tylko oficjalne komunikaty o posiedzeniach. Grażyna czasami oficjalne wypowiedzi i oświadczenia wydawała - to raz i dwa: współpracowała już wtedy z Komisją Oświaty. Komisja ta wydawała pismo "Rotę" - byli to nauczyciele, ale oni byli gdzieś z boku, gdyż wówczas w Solidarności liczyły się prze­de wszystkim duże zakłady pracy. U nas taką bazą był OZOS, Warfama, Kętrzyn. Kiedy nastał stan wojenny ona jedna dalej realizowała zaplanowane wcześniej rzeczy. Potem zapłaciła za to więzieniem. Studenci także, bo sam siedziałem ze studentem, który przewoził te ulotki. On dostał chyba wyrok trzech lat. Został na tym złapany.

Pyt. Kto to był?

Odp. Nie pamiętam. Przesiedziałem z nim trochę, to był student 3 roku ART, pochodził z Łodzi, rodzice - co było bardzo ważne - dowiedzieli się i przywozili mu do Komendy Wojewódzkiej papierosy i wiktuały. Mnie zatrzymano 26 lutego, to było Mirosława pamiętam, a jego zatrzy­mano już w grudniu, a więc przesiedział już dość dużo.

Pyt. I siedział bez przerwy na Partyzantów?

Odp. Tak, siedział na Partyzantów. Przeciwko niemu wytoczono sprawę i dlatego nie był internowany. Tam była od razu selekcja - albo internowanie, albo przetrzymywanie w areszcie do wytoczenia sprawy. Jeżeli nie mieli podstaw do wytoczenia, a starali się, to internowali. A jeżeli złapali na działalności, to od razu pod sąd. A ja byłem w celi przez którą przechodzili wszyscy internowani.

Pyt. W jakich okolicznościach ciebie zatrzymano?

Odp. Oni mnie szukali, a ja nie byłem zameldowany w Olsztynie - jak zwykle - i to mnie uchroniło. Przecież mieszkałem w Olsztynie w tzw. systemie alarmowym był adres mego brata, tam był też telefon. I był popełniony czeski błąd - zamiast podać 2 przez 5 mieszkanie, podałem tam 5 przez 2 i za to potem byłem oskarżony za fałsz przez esbecję - to był taki drobiazg. Bardzo ważne, że po 10 latach nie ocenia się ludzi po ich zachowaniu się w stanie wojennym, jak się sprawdzili. Kiedyś zaszedłem do Zarządu Regionu i zobaczyłem nową sekretarkę. Bardzo się zdziwiłem. Ta sekretarka obecnie nie żyje. Bardzo się wtedy zdziwiłem bo, kiedyś jeszcze podczas swych reporterskich historii dowiedziałem się, że ta sekretarka jest pracownikiem sądu. mało tego, kiedyś (...) pan Malewski, był wówczas posłem na sejm. Ona mówiła wtedy o tym, że Niemcy przyjeżdżają i zabijają nawet czy szantażują ludzi, którzy zeznają przeciwko zbrodniarzom hitlerowskim. Mówiła (chyba Jadwiga Borkowska? - Z.Z.) pod wpływem alko­holu. Byłem zdumiony, później okazało się, że pracowała w sądzie razem z kolegą Wackiem (jakim?), z którym później do niej dotarliśmy. Zanegowała wszystko, albo udawała, że nie pamięta, ale Wacek kazał jej napisać w tej sprawie i był zdenerwowany. Nagle ja patrzę, a ona zatrudniona jako sekretarka, co mnie bardzo zdumiało - sekretarka w Za­rzą­dzie Re­gionu - to było dla mnie dziwne.

(Przyp. Andrzej Pawłowski - w latach 60-tych i 70-tych miałem stałą kartę wstępu do Domu Środowisk Twórczych w Olsztynie przy ul. Mickiewicza. Poznałem wówczas wielu bardzo ciekawych ludzi ze świata kultury, jak też wielu bardzo nieciekawych. Wśród tych ostatnich poznałem wielu esbeków, o których prawie wszyscy wiedzieliśmy gdzie pracują. Wśród sta­łych gości i biesiadników przy stolikach z panami z SB była zawsze p. Jadwiga Borkowska 'dla pewności, o czarnych włosach', ze swoją koleżanką , które to dziewczyny nigdy nie bawiły się innymi gośćmi klubu. Mówiło się głośno, wśród naszych znajomych, że ona jest współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa, toteż jak mogliśmy unikaliśmy tego towarzys­twa. Jednym z jej stałych partnerów był pewien facet - niestety nie udało mi się poznać jego nazwiska 'wysoki, potężny, o czerwonej twarzy', który przesłuchiwał mnie po zatrzymaniu w grudniu 1981r. i on wydał na mnie wyrok - internowanie! Podejrzenia ks. Jana Rosłana były bardzo uzasadnione. Gdy ją zobaczyłem w Zarządzie Regionu przy biurku sekretarki, zrobi­łem awanturę, dlaczego zatrudnia się esbeków. Rozeszło się po kościach. Wkrótce po wpro­wadzeniu stanu wojennego będąc internowanym w Iławie, dowiedzieliśmy się od naszych rodzin, że zginęła w bardzo tajemniczych okolicznościach, nie wyjaśnionych do dnia dzisiejszego).

Pyt. To że pracowała w sądzie, a teraz ...

Odp. To było samo przez się wiadome, że musiała ... znaczy, to jest może oskarżycielskie. Była to osoba bardzo niepewna. Był tam jeszcze jeden konflikt z takim pracownikiem. On był pracow­nikiem socjalnym czy innym, normalnym etatowym, nie pełnił żadnej funkcji. Oni chyba mieli jakiś związek ze sobą, ale później chyba się pokłócili, czy nie. W każdym razie tam wyszło jakieś nagranie, jakiś magnetofon - jakaś bardzo przykra sprawa. I ja się oczywiście dzieliłem z Jarkiem i Świetłaną pewnymi opiniami, że są osoby, które nie dają żadnej gwarancji prawdomówności. Ja trochę z boku patrzyłem na to wszystko, po prostu byłem dziennikarzem i żeby było śmieszniej, nie byłem nawet członkiem związku Solidarność. W poprzed­nim zakładzie pracy, w Białymstoku, wszyscy cały zakład wstąpił do Solidarności oprócz mnie, bo szefem został pan, który był funkcjonariuszem milicji, potem przeszedł do kultury i był przewodniczącym komisji zakładowej. I rzeczywiście w stanie wojennym od razu 13 grud­nia ubrał mundur i pacyfikował, więc ja już wtedy zauważyłem, kto czasami organizuje Solidarność. I to mnie zdziwiło, że ta pani potem została najdłużej pracującą w stanie wojennym - prowadziła wszystko (w rozwiązanym Zarządzie Regionu - przyp. A.P.). Pamiętam sprawę, którą dzisiaj się zapomina, to była sprawa dwóch milionów złotych. To były bardzo potężne pieniądze. Wówczas zarabiałem chyba 6 tysięcy, były to dość wysokie pobory ustalone na Komisji Krajowej Solidarności. Chodziło o pobrane przed stanem wojennym pie­nią­dze. Podobno gł. księgowa była członkiem partii. Nikt nie sprawdził tego. Bardzo szukano tych pieniędzy - była tam sprawa księdza Żołnierkiewicza i jego zawał w szpitalu. Bo ona do niego też poszła. Oczywiście uwierzyła, że jeżeli odda te pie­niądze to ją puszczą itd. I oddała te pie­niądze. Przyszła do starszego pana, (chyba Wilhelm Dąbrowski - przyp. Z.Z.), który miał 80 lat i wcześniej był księgowym, i był na emeryturze. Potem ten pan nawet wystąpił w telewizji i on prowadził rozwiązany Zarząd Regionu, który był pod władzą komisaryczną zakładu komunalnego (pieczątka na moim zwolnieniu z pracy) i ta sekretarka.

Pyt. Nie znasz nazwiska tego pana?

Odp. Nie, on był chyba na pół etatu w pierwszej fazie Zarządu Regionu i potem został zmieniony - przyszła zawodowa księgowa, która to wszystko prowadziła. Jego odgrzebano i występował z tą sekretarką i dalej prowadził całą sprawę rozwiązania Zarządu. Potem dowiedzieliśmy się jedno ...

Jak mnie złapano? Ja nie chciałem dalej wchodzić. Zajmowałem się dziennikarstwem, nie pra­cowałem tylko w Zarządzie Regionu, a pisywałem do innych pism. Jeździłem na reportaże, bo związałem się z "Panoramą Północy", gdy wyrzucono naczelnego i w ogóle ... Stan wojenny był sprawdzianem, wtedy bardzo wiele rzeczy wyszło. Mianowicie 12 grudnia mieliśmy zebranie Koła Młodych w DŚT. Też tam byłem - koło Młodych przy ZLP. Było kompletnie pusto, co nas bardzo zdumiało. Zostaliśmy we dwóch. Wszyscy ulotnili się o 9 - 10. Zostałem z Wieśkiem Niesiobędzkim, on miał pociąg dopiero pół do drugiej w nocy, do Iławy. Wycho­dząc z DŚT - było zamknięte koło 12-tej, idąc na dworzec zobaczyłem grupowane już pod Delikatesami Wiejskimi oddziały Milicji i ZOMO. Wiedziałem, że Zarząd Regionu pracuje, były tam bowiem tzw. "warty robotnicze", przedstawiciele m.in. OZOS-u. Chciałem się dostać do Zarządu Regionu, lecz zostałem kulturalnie zatrzymany na drodze. Powiedziano, że jest zablokowane.

Pyt. Kto zatrzymał?

Odp. Milicja. Nie wylegitymowano nawet. Wszedłem z drugiej strony - tam też było zablokowane. Już było po 12-tej, szedłem na dworzec i naprzeciwko Milicji na ul. Partyzantów była budka telefoniczna, koło ronda. Wszedłem do budki i chciałem zatelefonować do ludzi: do Świetła­ny Kruk, Erwin Kruk był wtedy na Kongresie Kultury. Nigdzie nie udało się zatelefonować, ale zatelefonowałem na karetkę pogotowia. Powiedziałem swoje nazwisko i wtedy mi powiedziano: To pan nie wie panie doktorze, to pan o tym nie wie, że zostały zabrane wszystkie karetki pogotowia. Oni mnie potraktowali jako lekarza, bo mój brat jest lekarzem. Wtedy zrozumiałem wszystko. Poszliśmy z Wieśkiem na dworzec. On czekał na pociąg, ja zwróciłem się do kolejarzy, bo chciałem potelefonować. Wszystkie telefony wewnątrz były poodcinane i poszedłem do domu. O godz. pół do drugiej przyjechał kolega i zawiadomił mnie, że Zarząd Regionu jest rozbity. Powiadomił go człowiek od odśnieżania miasta. Pamiętajmy, że wtedy była taka zamieć - zimno, cały czas padał śnieg. On przyjechał swoim samochodem. Zresztą, to był Kazi­mierz Centkowski. Myśmy razem współpracowali. W "Panoramie Północy" on robił zdjęcia do moich tekstów, reportaży i do niego przyjechał gość od odśnieżania - Marek Iwański (?). Wtedy wsiedliśmy w samochód i zaczęliśmy jeździć po mieście. Pojechaliśmy do Jarka Dąbrowskiego, wyciągnąć go. On nie był zorientowany. Co nam się udało? Myśmy zgu­bili samochód. Bardzo dziwne, - wchodzimy do jego domu, on mieszkał przy ul. Żolnier­skiej, a z drugiej klatki schodowej wyskakują ludzie z pistoletami, jakieś sygnały, samochód z tyłu. Był to stan pewnej grozy. Wyciągnęliy Jarka i nie wiedzieliśmy gdzie się schować. Postanowiliśmy schować się u studentów  w akademiku. Wybór był dobry, przed akademikiem zobaczyliśmy żołnierza z kartami powołania (?),. Schował nas drugi fotograf Mierzejewski. U niego spaliśmy. Dobrze, że nie trafiliśmy na ul. Niepodległości, bo tam właśnie internowano Maćka Kuronia i kilku studentów stamtąd właśnie. A myśmy byli w akademiku przy Żołnier­skiej i tam nikogo tej nocy nie było. Rano poszliśmy na Mszę św., poszliśmy pod Zarząd Re­gionu - rozbity. Wiedzieliśmy, że jest spotkanie w punkcie kontaktowym. I byliśmy wieczorem w niedzielę 13 grudnia w tym punkcie.

Pyt. Czyli gdzie?

Odp. Było to przy pl. Bema. Punkt kontaktowy był w mieszkaniu naszej pani, która pracowała w obsłudze telegrafu. Starsza pani, lat około 60. I tam zebraliśmy się omówić sytuację. Jarek znał ten punkt. Omówiliśmy sytuację. Od razu było widać ... Między innymi wspomniałeś tego założyciela pierwszego "Rezonansu" - Leszka Grucelę. Jego żona była. Opowiadała o rze­czach śmiesznych teraz i wtedy. Bo ona sprawdziła dokument internowania. Chyba u niego wpadli do ojca. On ożenił się i zmienił mieszkanie. Mieli adres ojca i zaczęli go tam szukać. A dlaczego jego szukali kiedy on już się wycofywał z prac w zarządzie regionu. Był - nie istniał faktycznie jako człowiek funkcyjny, ale on zakładał Solidarność na WSP (chodzi o Leszka - syna). Listy internowanych były spisane rzeczywiście wiosną. Myśmy to stwierdzili. Między innymi żona Leszka - nie wiem czy był to lipiec, czy marzec - już wtedy wystawiono. I wtedy doszliśmy, czemu mylne adresy. Np. Łukomski był na weselu gdzieś. Przyszli, ro­bili mieszkanie, zerwano u niego tapety, bo szukano tych milionów. Między innymi on pod­pisy­wał czek pobierając te pieniądze. Więc szukano tego. I tam dowiedzieliśmy się kogo internowano, gdzie mniej więcej są. Między innymi sytuacje jakie były. No więc wpadli i zaczęli szukać Leszka Grucelę. Ojciec wreszcie powiedział, że to są plotki (ojciec się obawiał poszukiwań, bo miał zacier na bimber. Ojciec powiedział gdzie mieszka syn, podał adres, bo się nagle przestraszył, że oni szukają bimbrowni, bo ktoś powiedział - były takie sytuacje. (Nie podawać - przyp J.R.). Co teraz wyszło. Tam wyszła sprawa paczek i innych rzeczy. I po pew­nym czasie mieszkanie było namierzone - po drugiej stronie , tam gdzie był ginekolog, było puste i przez cały czas była prowadzona obserwacja i tam mnie zatrzymano.

Pyt. Jakich paczek?

Odp. Dla internowanych, do Iławy, Kwidzyna, czy gdzie indziej.

Pyt. Acha, to ty mówisz o czasie późniejszym.

Odp. Tam była sprawa organizacyjna - organizowania pomocy. Ile, jakie są straty, itd. To zaczęło się od 13 grudnia. Była kwestia dokąd ludzi zabrano i jak pomóc. Była sprawa szukania ludzi: kto pozostał i dlaczego. I wtedy siedziałem w Olsztynie i na święta uciekłem - nie miałem żad­nej przepustki, bez niczego pojechałem do Orzysza, do rodziców, nocnym pociągiem. By­łem dwu- czy trzykrotnie łapany przez milicję i trzykrotnie puszczany. Raz z fałszywą przepustką.

Pyt. Czy ty byłeś na liście do internowania? Dlaczego byłeś łapany?

Odp. Byłem kontrolowany. Nie mogłem być na liście, gdyż zacząłem pracę w lipcu, zbyt późno. Na liście do internowania byli przede wszystkim ci, którzy wcześniej rozpoczęli pracę, mi­mo, że później mogli się już wycofać. A np. Jarek Dąbrowski też nie był zameldowany w Olsztynie i nikt nie wiedział, że on istnieje. Po Jarku, jak się potem dowiedziałem, podobno przyszli w Gdańsku, ale mieszkał w Olsztynie. Myśmy zamieszkali, siedzieli w Olsztynie. Ja pojecha­łem na święta, wróciłem, zobaczyłem co i jak. To wszystko było zdumiewające. Trzeba było kartek i życia. Co oni później robili? Już nie internowali, brali na 48 godzin - puszcza­li, wracali ci do domu i ponownie ich zatrzymywano. Tak samo było z tą panią, która była na telefonie. Odwiedziłem ją, tak jak ona mówiła, kożuch swój powiesiłem w przedpokoju i wszed­łem do pokoju i wtedy dzwonek. A oni wtedy łapali nas aby wręczyć każdemu kartę zwolnie­nia z pracy - wypowiedzenie. Bo trzeba było dostarczyć osobiście i musi być przez zainteresowanego podpisana. Zgodnie z prawem. Zresztą później pisaliśmy odwołania od tej decyzji.

Kiedy byłem znowu u tej pani, ona była zatrzymana na 48 godzin, a potem wypuszczona. Czasami wstawiała obiad i znowu. No i wpadł znany mi dobrze funkcjonariusz bezpieczeństwa, który dzisiaj jeszcze pracuje, jest wykładowcą  na WSO w Szczytnie. Pan Ryszard Dębski z WSP z historii i wtedy rozpoznał mój kożuch, bardzo charakterystyczny i torba łowiec­ka. I wpadł, słyszałem tylko, że coś się źle dzieje, pytano tą kobietę: Czy jest Rosłan. Ona po­wiedziała, że nie. On wtedy zagroził, przyszło kilku panów i wtedy zabrali mnie. Miałem torbę, szedłem na imieniny Mirosława - to znakomicie pamiętam. Ubierając się wyjąłem swój dowód i położyłem go na szafce u tej pani: tam były kartki jakieś, numery telefonów kontaktowe, bo notes zawierał same stare numery i gdy zawieziono mnie do Komendy Wojewódzkiej, zaczęły się przesłuchania, nie wiedzieli czego ode mnie chcą. Do tej pory pamiętałem jego nazwiska, bo kiedy mnie wybierał z "dołka" to musiał podać nazwisko (chłopak, który przyszedł z Warszawy). I zaczęło się w nocy przesłuchanie. Do tej pory pamiętam, że kiedy szed­łem z góry, bo przesłuchanie trwało chyba do godzin wieczornych, słyszałem piosenki z Fes­tiwalu Piosenki Zakazanej, który był w Gdańsku "Janek Wiśniewski padł", na całą górę tę melodię puszczano i wtedy powiedziałem do niego, że to nie jest tak źle jak oni słuchają tych piosenek, bo na pewno się nawrócą. On poszedł i kazał to wyłączyć.

Pyt. To znaczy przesłuchiwał cię ten Dębski?

Odp. Dębski mnie zatrzymał. Dębski przychodził namawiać mnie na współpracę oczywiście - raz i drugi, bo tam mnie przetrzymywano. To były bardzo różne metody. Na początku dobroć, proponowanie wyjazdu za granicę już wtedy, od razu itd. Ja się zorientowałem, że przechodzę przez celę, w której był konfident, który siedział jeszcze przed grudniem (niby okradł garaże), on wszystkich internowanych przeszedł. To był ich człowiek, którego także po dwóch dniach wyciągnięto na zeznania, więc był on, potem był jakiś  aferzysta - dyrektor zakładu, młody chłopak, który za gołębie został pobity, student. Była wtedy głośna sprawa, że dwóch gości zamordowało babcię dusząc ją - też ze mną siedział ten morderca, który potem dostał 25 lat więzienia - czytałem w gazecie. Takie było towarzystwo. I zeznania, że to niby ja redaguję "Rezonans", który zaczął w podziemiu wychodzić. Nic nie mieli. Nie mieli żadnych argumentów, żeby mnie zatrzymać powyżej 48 godzin.

Pyt. Jak długo cię trzymali?

Odp. 48 godzin, plus jeszcze godzinę. Stwierdziłem, że to niegroźne. Początkowo twierdzili, że będę internowany, potem powiedzieli, że będę sądzony itd. Zatrzymując mnie, dano wypowiedzenie z pracy. To było bardzo ważne. Co się okazało? Stwierdzono, że nie będę internowany, a zostanę osądzony. Zawieziono mnie do kolegium. Było coś fantastycznego jak ważna była znajomość prawa. Mieliśmy takie broszury, czy coś w tym rodzaju. Sami wydawaliśmy - co robić przy zatrzymaniu przez milicję itd. To się wszystko okazało potem potrzebne. Bo sta­łem przed kolegium i wiadomo, że tych wszystkich, którzy nie pracowali, od razu dostawali 3 miesiące, to było przekroczenie godziny milicyjnej itd. Mnie oskarżał jakiś umundurowany milicjant i zarzucił 3 lub 4 zarzuty. Pierwsze, to oczywiście: przebywanie bez przepustki w Olsztynie, bo nigdzie nie byłem zameldowany; dwa - wprowadzenie w błąd fun­kcjonariuszy służby bezpieczeństwa, że podałem mylny adres; jeszcze trzeci był jakiś zarzut i groźba zatrzymania mnie na 3 miesiące. Oczywiście nie było żadnej grzywny. Ale co było śmieszne, ja służbę bezpieczeństwa oskarżyłem, że ukradli mi portfel. Naprawdę zapomniałem, że ten portfel zostawiłem u tej pani. Patrzę, portfela nie ma. Myślę, że oni mnie tu skażą, a ja nie mam żadnych pieniędzy. Wtedy tłumaczyli, że oni nie kradną itd. Potem wpadł gość, który straszył pobiciem itd. za to, że ja ich oskarżam o złodziejstwo. I tak myśla­łem, że jak jechaliśmy tą wołgą - trzech nas z tyłu - patrzę portfela nie ma, a więc musiał mi gdzieś wypaść. To nagle zacząłem ich oskarżać. No i orzeczenie: rzeczywiście dostaję 3 mie­siące, dlatego, że jestem niepracujący, bez prawa grzywny. No i ja wtedy: Przepraszam, ja jestem w okresie wypowiedzenia, bo dostałem właśnie rozwiązanie umowy o pracę, a w okre­sie wypowiedzenia jest się pracującym. I tutaj był wielki dylemat. Nagle przerwano czytanie orzeczenia, udano się jeszcze raz na naradę. Tam też oskarżano jakiegoś pracownika ART, że w nocy wyszedł na spacer z psem i jakiegoś pijaka.

Pyt. To było w ratuszu?

Odp. Tak. no i czekałem godzinę czy dwie. Skierowanie mnie do aresztu odpada, bo jednak jestem pracujący (mam bowiem wypowiedzenie umowy o pracę) chociaż w dowodzie nie miałem żadnej pieczątki. I wtedy powiedziano mi, że potraktowano mnie "jak człowieka" i to sędzia ten orzekający, dając 3200 zł, czy 3 tyś. zł grzywny. Myślałem, że jestem wolny, ale to okazało się nieprawdą, bo znowu zabrano mnie do "dołka". Była już godzina wieczorna, więc za­cząłem się awanturować, na jakiej zasadzie jestem zatrzymywany: czy jestem aresztowany, czy jestem internowany. Mówię: Nie mam pieniędzy, bo nie mam portfela - nie wiem czy w ciągu 48 godzin tę grzywnę zapłacę, czy w ciągu tygodnia. No i zaczęło się, co zrobić ze mną. Z Komendy Wojewódzkiej przewieziono mnie na miejską, bo to kolegium z miasta woziło, a więc tego wożenia było. Była godzina wieczorna. I chyba mnie wypuszczono pod wieczór między siódmą, a ósmą. Chciałem, żeby dali mi przepustkę, bo mogli mnie przecież zaraz zatrzymać, bo była godzina milicyjna, a ja nie miałem jeszcze zameldowania. To oni mi powiedzieli, że w tym dniu, czy też dzień wcześniej, przepustki zostały cofnięte. Wyszedłem i pojechałem do tej pani, godzina milicyjna jeszcze obowiązywała. Okazało się, że portfel leżał. Wziąłem portfel i pojechałem wtedy do Kruków. Oni już w tym czasie zrobili rewizję u moich rodziców, wcześniej szukali mnie u brata. Rewizję u rodziców zrobili, aby zdobyć jakieś argumenty. Ja oczywiście nie mówiłem gdzie moi rodzice mieszkają. Nie mieli żadnych argumentów po­twierdzających moją działalność. Byłem u Kruków, ale wiem, że cały czas by­łem śledzony i wtedy zatrzymałem taksówkę, bo była od 22-ej, godzina milicyjna. Taksówką dojechałem na Jagiellońską, w domu miałem plik ulotek z Białegostoku, bo kursowa­łem tak jakoś dziwnie. Wiedziałem, że jak dowiedzą się gdzie mieszkam, to od razu wpadną i te plakaty właś­ci­wie byłyby dowodem oskarżenia. Ta pani, u której mnie zatrzymano, zaraz powiadomiła zna­jomych, że zostałem zatrzymany. Teraz patrzyłem, że milicja przez cały czas za mną jeździ, pomyślałem, że jestem królikiem. To wtedy udałem się do brata i tam posiedzia­łem. Taki to był czas takiej zabawy. Oczywiście nacisków, straszenia, obietnic, było bardzo dużo. Potem, to był rok 1982 i seminarium, to jeszcze przez dwa lata trwały nachodzenia czy groźby. Na I roku seminarium komplet reprodukcji pornograficznych przyszedł na mój adres, później inni ko­ledzy zaczęli otrzymywać z jakichś tam pism zachodnich. Formy nachodzenia, szantażu czy groźby trwały cały czas. Po dwóch latach rezygnują z tego, jeżeli kto się nie dał złamać, ale ta zabawa trwała.

W stanie wojennym, chodzi o tę sekretarkę. Nagle ta sekretarka działała w tym oficjalnym komisarycznym zarządzie rozwiązującym się. I kiedy przyszedłem do tej pani, to ona mnie ostrzegła: żeby wszystko powiedzieć, bo oni doskonale orientowali się, kto był na pierwszym zebraniu, gdzie siedział, o czym mówił, a więc ktoś musiał ją znać ...

Pyt. Na jakim zebraniu?

Odp. Na tym pierwszym zebraniu 13 grudnia, przy pl. Bema. Powiedziała, że to jak się najpierw kobiety wcześniej spotkały, a później my, to oni wszystko wiedzieli, nawet to gdzie kto siedział i kto co mówił. Ktoś musiał to przekazać im.

Pyt. A czy ta sekretarka też tam była?

Odp. Też była. Ale później jak organizowano paczki, zaczęła się z tego wycofywać. To było bardzo podejrzane. Podobno nagle zmarła w Kętrzynie. Nagle zmarła - wylew czy coś. Były jakieś złe przypuszczenia. Miał ktoś nawet tam pojechać i sprawdzić czy jest taka mogiła w Kętrzynie. Później okazało się jednak, że ta sekretarka nie żyje.

Pyt. Niektórzy mówią, że to były jakieś porachunki esbeckie i że ona została zamordowana. Znaleziono ją podobno w pościeli.

Odp. Tak, tak. Ale ona była w sekretariacie, ona przyszła po mnie, zaszokowany byłem jak ją zobaczyłem w Zarządzie Regionu. To było dla mnie przerażające. Pamiętam o jednym: Bober też pracował w wojsku.

Pyt. Bober mówił, że przez krótki czas był w SB. Ale on publicznie się do tego przyznawał.

Odp. Tak. I tutaj ta atmosfera była taka różna. Potem gdy siedziałem w komunikacji, tam ... To znowu sprawy personalne. Bober kręcił z taką sekretarką z działu interwencji, bardzo młodą dziewczyną - miał żonę. Ta dziewczyna była w nim kompletnie zakochana, to było widać. Potem ona wpadła ... tam myśmy się rozpoznali, bo tam prowadzono do (umywalni ...?). Ona miała takie charakterystyczne czerwone spodnie. Myśmy rozpoznali, że to jest ona (...)

Pyt. ...

Odp. Były różne komentarze. Byłem wyłączony z jakiejkolwiek działalności. Tylko obserwowa­łem. Spotykałem się czasami z ludźmi w bardzo wąskim gronie i pytaliśmy co i jak. Gdzieś tak latem w 1985 roku wyjechałem do Rzymu z pielgrzymką. Były trudności paszportowe, ale ja dlatego otrzymałem paszport, że nie brałem go z Olsztyna, tylko z Pisza. Po pogrzebie An­tonowicza nie dano już paszportu żadnemu klerykowi, nawet na wyjazd do Lurd, za karę, za udział seminarium w pogrzebie. Ktoś kto miał paszport w Suwałkach - otrzymał, bo tylko u nas była ta restrykcja. Ale to było jeszcze dużo wcześniej też Rzym, więc ja byłem zdumiony, że otrzymałem paszport. Była to oficjalna pielgrzymka z księdzem Górnym. Chciałem się tam spotkać z ludźmi, bo ja się umówiłem z Jarkiem. Jarek wyemigrował po roku, także wyjechał z pielgrzymką i nie wrócił.

Pyt. On nie był zatrzymywany?

Odp. Jarka szukano w Gdańsku. On tam był na stałe zameldowany. Po 13 grudnia Jarek także nie włączył się bezpośrednio do działalności. Praktycznie to on był takim intelektualistą, pisał raporty, czy inne i cały czas był między Olsztynem i Gdańskiem.

Pyt. W jakim wieku był?

Odp. Jarek był starszy ode mnie o 3 lata. Pochodził z Olsztyna, ale studia kończył w Gdańsku i zo­stał w Gdańsku, cały czas pracując jako dziennikarz. Był takim typowym intelektualistą - eko­nomistą z wykształcenia (ekonomika transportu). Poznaliśmy się w roku 1974 na obozie studenckim, "itedowskim", dziennikarskim. Przepraszam, nie na obozie, na 30-leciu PRL-u, bo ja witałem Breżniewa. Była tam wielka manifestacja w W-wie, ja tam pojechałem jako delegat harcerski. I tam pracowałem w gazecie, którą Jarek także wydawał - to Trybuna Pracy w Sztandarze Młodych.

Pyt. Jaka to dokładnie gazeta, "Sztandar Młodych"?

Odp. "Sztandar Młodych" wydelegował. Myśmy mieszkali w Beniaminowie, było 10 tyś ludzi i tam wydawaliśmy gazetkę (ale mniejsza o to).

I pojechałem do Włoch. Tam od razu spotkałem się z naszą emigracją, już na lotnisku. Mia­łem kolegę, który po roku w seminarium wystąpił, wstąpił do zakonnego seminarium we Włoszech i tam też wystąpił - obecnie jest w Kanadzie. On mi załatwił, o co mi bardzo chodziło, pół worka literatury emigracyjnej. Był rok 1985. Między innymi pełne wydanie "Dzien­ników" Gombrowicza i świeża literatura i stara i Czapski i wiele innych książek. Bardzo się ucieszyłem. Powiedział, żeby nie iść do placówki Kultury, bo tam jest obserwowane. Zos­ta­łem w kawiarni, on wyniósł bezpłatnie. No i chciałem pojechać do obozu Latina, gdzie byli Polacy. Wcześniej byłem umówiony z Jarkiem: słuchaj, wyjedziesz (bo on sam wyjechał, pozostawiając tutaj żonę i dwoje dzieci - oni nie mieli ślubu). Jedno było dziecko, to dziecko było niestety chore, miało tylko jedną nerkę i ta jedna nerka jeszcze była chora. I wyjechał do Włoch. Ja wiedziałem o tym wyjeździe. To była sprawa osobista. Ta dziewczyna nie wiedziała, że on chce uciec. On wyjechał i po dwóch latach ściągnął ją. Ona też wyjechała. Teraz są w Kanadzie. To dziecko niestety się utopiło w Ontario mając 7 czy 8 lat. Przerażająca sprawa. Joanna była w roku ubiegłym w Polsce. Potem wzięli ślub, bo ona była rozwódką we Włoszech.

I byliśmy umówieni w tych Włoszech. On, jak przyjechałem za dwa lata, już wyjechał do Kanady. Więc żeśmy się nie spotkali, ale zobaczyłem co się dzieje w Latinie. Mówiono, żeby tam nie jechać, tam doszło do morderstwa, prostytucji. Ten kolega, który wystąpił z zakonu,  wszystko mi opowiedział i też chciał uciekać do Kanady, gdyż tam miał ojca. Ja na to wszy­stko patrzyłem z wielkim dystansem, bo dowiedziałem się o infiltracji środowisk emigracyjnych, nawet przez funkcjonariuszy SB. Nawet przykład z Mrągowa, kiedy dyrektor zakładu nagle wyjechał i tam był działaczem, nagle został rozpoznany, wrócił i był taksówkarzem. Potem te listy, które otrzymywałem. Ta Polonia była bardzo infiltrowana. Te wszystkie kontakty były bardzo szybko rwane czy ujawniane. Na wszystko patrzyłem z pewnym dystansem, bez bezpośredniego zaangażowania. Z Jarkiem i ze Świetłaną tworzyliśmy taki klan, taki sztab intelektualny, którego zabrakło. Analizy tam dochodziły i Kruk i jacyś inni ludzie. Myś­my stanowili takie forum dyskusyjne i analizujące, sprawdzające postawy. Taką postawę zachowałem w seminarium, miałem wśród kolegów (wręczyłem im jakąś literaturę podziemną). Władze seminarium bardzo obawiały się wszystkich restrykcji, że to wszystko przeciwko kościołowi się obróci, przeciwko budowie seminarium. Nie było pozwolenia na budowę. Cały czas była restrykcja administracyjna. Władze seminarium obawiały się wszelkich zaangażo­wań, więc nic bezpośrednio nie robiłem. Czytałem, studiowałem, sprawdzałem i patrzyłem na to co się będzie dalej działo.

Pyt. Na początku, jak wstępowałeś do seminarium, czy kościół nie miał nic przeciwko temu, że byłeś zaangażowany w "Rezonans"?

Odp. Nigdy. Przyjmował mnie biskup Ziemba, który wtedy został biskupem. Latem został biskupem, a przyjmował mnie jesienią do seminarium. Być może oni sądzili, że ja przyszedłem na pewien czas, żeby się przechować, ale ...

(...) Gienia Kmieć - Baranowska pomogła bardzo dużo, bo była radcą prawnym i masę rzeczy wywalczyła. I ta kobieta była przezywana "Kropa". Wszyscy tak mówili "Kropa".

W seminarium być może niektórzy sądzili, że to była taka ucieczka, ale trzeba założyć jedno: ja nawet w Zarządzie Regionu, w "Rezonansie" zawsze podchodziłem z pewnym dystansem, w roli obserwatora. Potem ten dystans się zwiększył - obserwacji. I mogę powiedzieć, że by­łem bardziej klerykiem, niż jakimkolwiek działaczem. Nigdy bezpośrednio nie pełniłem żadnej funkcji, ani żadnej roli, a jeżeli byłem tym przypatrującym się - wchodzącym w jakieś dyskusje, układy czy rady, wiedzącym o tym i o owym. Nigdy nie pełniłem żadnej roli.

Drugą rzecz, co mogę teraz powiedzieć wprost, całe finanse trzymała właśnie Ziuta Mielnik. Ona była skarbnikiem, ona sprzedawała znaczki - rozliczenie, które wydawano tutaj w Olsztynie. Ja też te znaczki kupowałem. Ona zbierała składki wtedy. Pełniła też bardzo ważną rolę, bo ona była w Kortowie, tam uniemożliwiono jej publikację pracy habilitacyjnej itd. I ja zna­łem te problemy i czasami starałem się zbierać czy jakieś opinie, ale to było gdzieś tam bardzo dalekie, nic bezpośrednio. I w seminarium ten status jeszcze bardziej wzrósł. Przypatrywałem się temu, o wielu rzeczach wiedziałem, ale to była typowa postawa kleryka patrzącego z boku.

Pyt. Wspomniałeś o Gieni, o "Kropie". Co możesz powiedzieć więcej?

Odp. Ja myślę, że to jest geniusz prawniczy, bo wygrała kilka spraw sądowych w seminarium. Sprawa np. Bema, tam toczyła się sprawa tego teatru (Lalek), placu, sprawa budowy. Ona prowadziła wiele spraw i bardzo podziwiałem ją. Była radcą, robiła coś, jak pisma itp. Był jeden, który nie mógł działać, to był prokurator Śnieżko. Bo go nie przyjęto do zespołu adwokackiego w Szczytnie, ja interesowałem się tą sprawą, bo Tarczyński Jacek (niestety dzisiaj jest chory), był w tej radzie adwokackiej w zespole adwokackim w Szczytnie i on pracował wcześniej w szkole milicyjnej i zespół adwokacki przyjął Śnieżkę, a niestety został odrzucony przez władzę zwierzchnią. Był to jeden z nielicznych wypadków, żaden zespół adwokacki nie chciał go przyjąć. On robił adwokaturę, ale go nie przyjęli. Więc on był takim, bo Lubieniecki przeszedł do Kurii Biskupiej i patrzyłem jak już działał w kościele, no już tutaj  tego nie oceniam. Wielu księży miało z nim przeróżne kontakty i tutaj była inna sfera działalności. A ona robiła tutaj konkretną robotę, "Kropa".

Pyt. Czy ona pomagała internowanym, więzionym?

Odp. Tak, robiła pod względem prawnym. I Rysiu Kułakowski pośredniczył tam, chodził i przedstawiał, konsultował i przy mnie np. były konsultacje z nią i ze Śnieżką, kiedy sprawa odszko­dowania, chodziło o te procesy. Ci ludzie, może nie występowali na pierwszym miejscu, tworzyli pewien sztab i tworzyli bardzo dobre zaplecze prawnicze. To było bardzo ważne. Ta działalność, której się w ogóle nie dostrzega, bo niektórzy w ogóle nie byli działaczami, a można było na nich liczyć, gdy trzeba było pomóc. Byli i księża, na których zawsze można było liczyć, w sensie pomocy, i byli tacy ludzie. I o nich się oczywiście nigdy nie wspomina.

Pyt. Czy wiesz cokolwiek o wydawaniu "Rezonansu" w stanie wojennym?

Odp. Wtedy wiedziałem, że jest wydawany, wiedziałem przez kogo. Wydawał Wosiek, potem cały czas było podejrzenie, że ten Piotr z KPN-u (czyżby Kajko?). "Rezonans" bo on był wydawany raz, drugi przez drugą osobę. Jak zaczął wychodzić to myśmy tego Rezonansu nie cenili, bo było widać, że robi to jeden człowiek. Ja się dopiero dowiedziałem o miejscach drukowania dosłownie ostatnio. U jednego z nauczycieli, gdzieś za Barczewem. Między innymi był klawisz więzienny, współpracował, opowiadał mi tę historię druku. Tam kilka numerów u niego wyszło. Był to młodszy Kaczyński, syn Jana Kaczyńskiego. U niego to się działo. On ma mieszkanie teraz na pl. Bema. Na dole, jak jest restauracja (kiedyś bar Rondo) to z tyłu na zapleczu, pierwsza klatka schodowa.

Pyt. Gdzie on pracuje?

Odp. On jest nauczycielem w jakiejś szkole wieczorowej, uczy języka polskiego. On mi opowiadał, u niego pewne numery robiono.

Pyt. Bo wiem, że na Dajtkach też był drukowany Rezonans.

Odp. To cały czas się zmieniało. To była zasada prasy podziemnej. Nie można było robić w jednym miejscu. Cały czas było szukanie ludzi.

Pyt. Jak zmieniało się miejsce druku Rezonansu, tak też w stanie wojennym zmieniał się Zarząd Regionu Solidarności. Dotychczas znam kilka nazwisk ludzi, którzy byli niby szefami Za­rzą­du Regionu.

Odp. Mnie to w ogóle nie interesowało, bo byłem zdziwiony tym. Raz na początku, ulotki były podpisywane jakimiś pseudonimami, lub powoływano się wyłącznie na funkcje bez osoby. Żeby nie ujawniać nazwisk. Ja w tym w ogóle nie brałem udziału. Wiem jedno, ty mówisz o Krupińskim. Był właśnie zarzut, że potem nie stanął na czele, chciano go zrobić przewodni­czą­cym. I tu był największy zarzut, że on się kompletnie wycofał z podziemia, a myślano, że on pociągnie to wszystko. Chciano odgrzać legendę. Mnie nie interesowało to w ogóle, bo uważałem to za zabawy salonowe, to głupio przyznać.

Pyt. Nie chcę oceniać, chodzi mi o konkretne osoby.

Odp. Nie, ja nie znam nikogo.

Pyt. W okresie stanu wojennego dali się we znaki ludzie z tej drugiej strony: esbecy, milicjanci - cały ten aparat. Czy znasz konkretne osoby?

Odp. Ja śledziłem prasę. To mnie zawsze interesowało. Miałem nawet pisać na WSP pracę magisterską z prasy młodzieżowej. I zbierałem tę prasę. W Szczytnie np. zaczęła wychodzić prasa podziemna, jakiś "Kurek Mazurski", było "Echo Mrągowa". Ja powołałem się na podziemne wydania i wiem, że później esbecja chodziła, szukała. Tam pojawił się dobry tekst o Wichercie. Znam autora, on podpisywał się "Student". Mnie bardzo interesowało działanie tych malutkich ośrodków, że tam się coś zaczynało robić. A więc sprawa gazetek, bo to było świadectwo istnienia. Potem włączyłem się już w roku 1988 i 1989 jak byłem w Ostródzie, w redago­wanie pisma "Pomost", który zaczął wychodzić, chyba dwa numery. I to mnie interesowało.

Kto się nam najbardziej dał we znaki? Ja muszę powiedzieć jedno, to jest moja filozofia bardzo dziwna i życiowa, że ja nie mam wrogów. To znaczy nie żywię do nikogo żadnych negatywnych uczuć, chociaż wiem, że dla niektórych jestem wrogiem. Powiedziałem sobie kiedyś,  że zapamiętam znakomicie nazwisko oficera, który mnie prowadził, on mnie potem raz i drugi zatrzymał. Jeszcze po wypuszczeniu z aresztu, jeszcze mnie kiedyś zgarnął z ulicy z propozycją, że albo porozmawiamy, albo on mnie zatrzymuje. To było zdumiewające. Więc ja mówię, że możemy porozmawiać. I zapomniałem jego nazwisko. Teraz jego nazwisko wyrzuciłem z pamięci. To jest zdumiewające. Wiem, że mu opowiadałem anegdotkę (on przyszedł z Warszawy), więc ja ich może bardziej denerwowałem. Szedłem na drugie piętro z piwnicy. Wyciągano mnie rano i wieczorem. Raz chyba zjadłem śniadanie czy obiad, bo cały czas byłem ciągany na przesłuchania. Jest taka anegdotka, kiedyś Słonimski siedział przy stole przy prokuratorze. Zapytał go, czy u nas wykonuje się wyrok śmierci przez powieszenie? Tak! Czy ten sznur musi mieć ściśle określone wymiary? Tak! No, a potem to się odcina? Tak! A potem co się dzieje z tym sznurem? W końcu ten prokurator się wkurzył i woła: Czy pan wie, co pan się uparł z tym sznurem? Czy pan nie ma innego tematu? A Słonimski odpowiedział: O czym innym mogę rozmawiać z prokuratorem?

Szliśmy z tego "dołka" na drugie piętro i zacząłem go o to samo pytać: Czy u nas, przez powieszenie itd. itd. też się zdenerwował, ale Słonimskiego nie czytał i wskazałem, że jeszcze mają pewne braki. To były takie żarty, a więc i ja potrafiłem ich zdenerwować. Byłem swobodny, nie miałem rodziny, wiedziałem, że nikogo nie wsypię.

Pyt. Podczas przesłuchania, o co się pytali najczęściej?

Odp. Pytali, kto wydaje Rezonans. Wmawiali mi, że to ja. Mówili, że oni wiedzą. Rysiu Dębski np. wpadł i pokazywał mi całą listę, że mają na mnie tyle haków itd. a ja mówię: dobrze, ale ja na siebie nie mam żadnego, a więc to było takie wpuszczenie "w maliny" po prostu. Oni się mną zainteresowali z różnych względów. Dowiedziałem się później od jednego z esbeków, nie­stety, że (oni wiedzieli nawet kiedy miałem wypadek samochodowy, chociaż Gazeta o tym nie pisała, chociaż on mówił, że z Gazety, gdy jechałem po pogrzebie ... miałem złamanie ręki, na ul. Korczaka. Oni znakomicie wszystko wiedzieli). I wmawianie mi różnych faktów, że oni tam wiedzą, a faktycznie nie mieli nic. Ja mówię, że pierwszy raz słyszę, że ja wydaję Rezonans. Zabrali mi przy rewizji wszystko, min legitymację Rezonansu nr 13. Kiedy mnie wypuszczono, wszystko oddano, prócz tej legitymacji. Wtedy zażądałem zwrotu. Spytano: dlaczego? Odpowiedziałem: na pamiątkę. Oddano mi tę legitymację i mam ją do dzisiaj.

Podczas przesłuchania kazali mi odtworzyć, co robiłem w czasie stanu wojennego, co potem itd. Więc ja pewne rzeczy wiedząc, że już wcześniej zostały puszczone, powiedziałem że spotkaliśmy się u tej pani i radziliśmy jak pomóc internowanym, i to było wszystko. Pytali się wtedy chyba gdzie jest Jarek. Powiedziałem, że nie wiem. Powiedziałem, że jest w Gdańsku, co było nieprawdą, bo on był w Olsztynie. Wiem, że go tam właśnie szukali. Potem była sza­lo­na namowa na współpracę, wręcz nacisk. Powiedzieli, że oni wtedy pomogą mi i zniszczą pewne historie, jakieś moje podpisy i obietnice wszystkiego. Ja powiedziałem, że jestem dzien­nikarzem, to oni powiedzieli, że ich to bardzo interesuje, że można za granicę. Mówili, że wielu z nimi współpracuje. Była oferta, że wrócę do pracy w dziennikarstwie i będę dla nich pracował, albo że wprost wyjadę za granicę. Zaproponowali paszport. Gdy ten przesłu­chujący wyszedł, to wszedł Darek, a nie Ryszard Dębski - nie to Darek Dębski, który był kiedyś szefem wydziału SZSP. Przesłuchania esbecji odbywają się bowiem tak, że to jest pokój, a tam jest mikrofon i połączone z aparatur w sąsiednim pokoju. I co pewien czas wychodzili, analizując zeznania, lub sprawdzając wszystkie dokumenty lub z innymi porównują. Co pewien czas przychodzili z innymi pytaniami. Stąd oni mają dwa pokoje do przesłuchań. I tam siedzi sztab. I nagle ten Dębski przyszedł i daje mi słowo porucznika. Byli gotowi zapłacić kolegium, bo ja powiedziałem, że nie mam pieniędzy. I później nawet podczas wakacji przyjechali z SB, ten jeden właśnie znany ze studiów. Byli w domu, kiedy miałem jakiś dyżur na plebanii przyszli do kancelarii. Cały czas, wtedy jeszcze mi mówili, że zlikwidują jakieś dokumenty, a ja mówiłem, że nic nie mam i niczego się nie boję. A potem chyba IV wydział mnie przejął, bo oni mieli zdjęcia wszystkich, adresy itd. Myśmy musieli być zameldowani w Dobrym Mieście. Na pierwszym roku był kleryk, który miał dwóch braci ze służby bezpieczeństwa, później sam wystąpił z seminarium.

Pyt. Jak uważasz, czy wśród kleryków mogły być osoby współpracujące?

Odp. Zdawało się, że w seminariach były takie przypadki, że byli oddelegowani. Ten chłopak np. wystąpił po dwóch miesiącach chyba i wstąpił do esbecji. Miał dwóch braci w SB. Na pewno miał więc takie zadanie. Bardzo często ci, którzy później pracowali w Urzędzie Wojewódzkim, czy nawet w SB, to byli ludzie którzy odeszli od Kościoła i zmienili front. Oni się bardzo starali. Trzeba też powiedzieć, że mieli oni pewnych księży, bo jak pojechałem z pielgrzymką i wróciłem, a także przy zdawaniu paszportu, dopiero zaczęła się największa szopka, bo ja chcę oddać paszport, a pani mówi: proszę poczekać, dzwoni do jakiegoś kapitana, wyszedł na obiad, potem do jakiegoś majora, wyszedł na obiad i kiedy zdawało się paszport, trzeba było od razu zdać rozmowę. Dlatego, bo podczas naszej pielgrzymki 3 osoby zostały w Rzymie. Byli tacy księża Caritasowcy, którzy nawet wprost chlubili się, że panowie ich odwiedzaj, rozmawiają, to były zawsze bardzo kulturalne rozmowy i oni mieli zawsze paszporty, nawet i wtedy. A ja wtedy dopiero się przekonałem i miałem zdumiewające szczęście, bo jeden i drugi pan wyszedł, a ta pani była tak wkurzona. Był chyba nakaz, że jak się zdaje pa­sz­port, to trzeba przeprowadzić rozmowę. Potem następny wyjazd, to było już dużo, dużo później i już nie było żadnych kłopotów. Dopiero po raz drugi pojechałem w 1989 roku, kiedy już nie było żadnych historii.

Ja widziałem kiedyś opublikowane, które nie spaliły się, te akta personalne księży, były one bardzo dokładne, bardzo dokładne.

Ja z Solidarnością zostałem na boku, chociaż zawsze śledziłem. Jak na przykład w Ostródzie zaczynałem, to znalazłem się na dożynkach w Dąbrównie. Były to kontakty nieformalne. Pod­czas seminarium nie było żadnych działań z mojej strony, to muszę wprost powiedzieć.

Pyt. Pogrzeb Marcina Antonowicza.

Odp. Ten pogrzeb został sfilmowany i puszczony w Stanach Zjednoczonych, w dużym reportażu o Polsce, o Solidarności i myśmy oglądali w seminarium ten reportaż na video. Pamiętam wiel­ką mobilizację. Wtedy miałem taką funkcję, trzymałem mikrofony biskupowi. Przyjechał ksiądz Jankowski (Nie publikować! Ksiądz Jankowski miał mieć przemówienie nad grobem. Biskup Wojtkowski mu kategorycznie zakazał w zakrystii.) Myśmy wtedy opublikowali w seminarium, takie wewnętrzne pismo, wtedy redagowałem, drukowałem wszystkie przemówienia i listy. List od Wałęsy, który czytał student, wystąpienie duszpasterza akademickiego, biskupa Wojtkowskiego, które zostało ocenzurowane nawet w "Posłańcu". To było pismo wewnętrzne i ono się rozeszło, dodatek z pełną dokumentacją pogrzebu Antonowicza. I wtedy zaczął się skandal. Sprawa mało przyjemna, zainteresowała się tym esbecja. Wtedy na szczęście rektorem był ks. Tarda. Wezwał mnie i mówi, że musi iść do biskupa, bo sprawa jest dość poważna, ale mówi: nie przejmuj się i wszystko jest raczej na dobrej drodze. I faktycznie biskup Wojtkowski ocalił to pismo. Wziął następny numer, myśmy siedzieli ze 3 godziny, przeczytał wszystko dokładnie, wyjął ustawę o cenzurze i stwierdził, że może być pismo okólne, a więc tylko do wiadomości kleryków. I od tej pory dawał pieczęć Kurii Biskupiej na dwóch egzemplarzach; jeden zostawiał u siebie, drugi dawał mnie. Staliśmy się więc niejako oficjalnym pismem kościelnym, pismo okólne, któremu imprimatur dawał biskup Wojtkowski. I to pismo ukazywało się dalej, chociaż interwencja była nawet w W-wie. Właśnie po pogrzebie Antonowicza. Dużą część księża wzięli, to były wywieszane w kościołach, czy w Ostródzie czy w innych. To poszło również na Polskę, bo klerycy to również rozwieźli, gdzieś do Tarnowa i dlatego była m.in. interwencja.

Podczas pogrzebu została zwieziona milicja i esbecja np. z Mrągowa. Wszystko było obstawione. I ta sprawa wyjścia. Ja widziałem naprawdę. Było dwóch biskupów: bp Ziemba i bp Wojtkowski, który celebrował. I kiedy wyszedł, zdumienie i zaskoczenie było naprawdę duże. Biskup Ziemba pojechał samochodem i czekał na cmentarzu. Ksiądz Żołnierkiewicz przez ca­ły czas uprzedzał, że przyjadą autokary. Na początku zmieniono przecież godzinę pogrzebu. Zamknięto młodzież szkół średnich, żeby nie wyszła - w szatniach itd. I potem powiedzieli, że nie dano autokarów, że nie wypożyczyli. I potem kiedy zaczęli się obawiać, to dali te autokary. No i studenci wyszli i mieli wnieść trumnę do samochodu, nagle ruszają. U biskupa Woj­tkowskiego widziałem zawahanie. Pewne przeżycie - co robić? Wszyscy idą w milczeniu, bo początkowo myślano, że tylko za skrzyżowanie ten samochód 50 m. dalej pojedzie i włożą trumnę do samochodu. Ale my idziemy pod pl. Bema, cały czas, milicja tam zakazuje itd. Na Bema wchodzimy na rondo, oczywiście potem Żeromskiego była zastrzeżona już. Kolumna samochodów które jechały, zostaliśmy skierowani chyba przez następną ulicę. I ten pogrzeb był największą manifestacją. Wtedy poleciał rektor Taylor. I to było jedno z najważniejszych rzeczy mobilizacyjnych w Olsztynie. I wtedy na (...?) sprawa tego Urbana, tego ZOMO-wca, który obecnie mieszka w Wielbarku, gdyż interesowała się dalej tą sprawą. Sprawa ekspertyz medycznych, weryfikowanie jednego i drugiego lekarza. ta śmierć zmobilizowała środowiska młodych i Solidarność.

Taką mobilizacją była też kiedyś pielgrzymka. Wtedy pojawiło się nawet w Rezonansie sprawozdanie, że my tam byliśmy. Oczywiście było to bardzo tłumione. Obawa ks. Borzyszkowskiego, nie pozwolono aby kierownikiem pielgrzymki był ks. Hulecki. Nie chciano zezwolić na tę pielgrzymkę, dlatego kierownikiem został biskup. To była też karta przetargowa. Zdumiewające, biskup Wojtkowski, chociaż całym organizatorem i kierownikiem miał być ks. Hulecki. A więc Kościół zawsze za coś tam obrywał, także za działalność studentów. I ta piel­grzymka także była pewną mobilizacją, na wzór warszawski.

Pyt. Ty szedłeś też z pierwszą?

Odp. Tak, szedłem z pierwszą. Wtedy obawialiśmy się prowokacji. I staraliśmy się robić wszystko, aby nie było żadnych haseł, emblematów itd. To było pod ścisłą od góry kontrolą. A jednak wchodząc na Jasną Górę, zostało chyba dwóch chłopców z Olecka wyciągniętych, to było to "V" pokazane przez nich (zakazane) i prośba o niesienie chyba jakiegoś transparentu. Ktoś stał z boku i poprosił, żeby mu pomóc i dwóch chłopców pomogło, to byli prowokatorzy i od razu zgarnęła ich milicja. Wtedy mieliśmy Mszę św. wieczorem, zostało to oznajmione, no i oczywiście bp Wojtkowski starał się o uwolnienie tych chłopaków. Było to prowokacyjne, aby później głosić, że pielgrzymki są wykorzystywane do celów antyrządowych.

Pyt. Ale na trasie nie było takich incydentów?

Odp. Na trasie bezpośrednio, aż takich nie było. Były kontrole cały czas. Widzieliśmy obstawę służb bezpieczeństwa, jakieś samochody itd. Przypatrywanie się, to było nawet czynione bardzo jawnie.

Pyt. Jak podczas I pielgrzymki przyjmowali was ludzie?

Odp. To przyjęcie było bardzo gościnne, zdumiewające. Nawet w tym Radostowie pod Częstocho­wą, gdzie zawsze są tłumy, tam także było bardzo gościnnie. Pielgrzymka była bardzo serdecznie przyjęta. Wtedy szło tylko 1.200 osób, mała grupa, na 4 podzielona grupy i wielka gościnność ludzi.

Pyt. Kto według ciebie w Olsztynie wydawał znaczki?

Odp. Kupowałem od Ryszarda Kułakowskiego i chyba on wydawał, być może on w jakiejś firmie uczestniczył, też był zaangażowany w to. Ziuta jako skarbnik, a więc oni także wydawali znaczki.

Pyt. Podobno też wydawał Bachmura, Olek.

Odp. Tak Bachmura był wymieniany także, rzeczywiście. Powiem jeszcze o akcji, która była jeszcze przed Solidarnością i była po Solidarności w stanie wojennym. Niestety została ujawniona, akcja kompletnie nieznana. Akcja Bogdana Mazura, syna byłego rektora ART Teofila Mazura. Akcja na szeroką skalę, bardzo dokuczliwa, złośliwa i bardzo inteligentna. Ten człowiek kończył filozofię i filologię polską na WSP. Teraz jest nauczycielem. Niestety esbecja znala­zła go. On jeszcze za czasów Solidarności, m.in. mam taką dokumentację, co robił? Między innymi organizował listy, korespondencję do największych olsztyńskich komunistów: do Segieta, Zemanowicza, już w okresie Solidarności, a w stanie wojennym szczególnie. Np. ktoś jechał do Moskwy czy gdzieś, więc podziękowanie od władz komunistycznych. Np. zamówił w imieniu Janusza Segieta ileś tam 1.000 - 5.000 deklaracji PRON-u, na jego nazwisko przy­szło na Gazetę Olsztyńską. To były w większości kartki, pocztówki z podziękowaniem za postawę. Utworzył nawet jakąś fikcyjną organizację komunistyczną, międzynarodową i wysyłał zaproszenia i nawet niektórzy mu odpowiadali. I do Urbana i do naszych wielkich prominentów stanu wojennego. Szczególnie Zemanowicz, Segiet. Była to akcja bardzo szeroka. Gdy ktoś wyjeżdżał to wrzucał korespondencję, przerażająco śmieszną. I on np. przygotował aktorom teatru zabawę w Czarnego Piotrusia. Oni mieli gdzieś grać na scenie w karty i on to zrobił figury: Breżniewa, Jaruzelskiego, ponaklejał i oni się tam wygłupiali i śmieli, esbescja to niestety zgarnęła. Np. Żożo miał jakiś ośmieszający, rozwalający się but. To był but, w którym Albin Siwak wszedł do KC. I taką akcję ośmieszającą. Niestety niektórzy dziennikarze, m.in. Tadzio Pruszyński był tam ośmieszony za publikacje gazetowe. Większość poskarżyła się i zaniosła wszystkie materiały do służby bezpieczeństwa, bo on to widział, bo on został zgarnięty. Ale on leczył się w zakładzie psychiatrycznym (poradni zdrowia psychicznego) i dzięki temu wyszedł na wolność. Jedyny Segiet, który nie przekazał całego pliku, całego skoroszytu, tylko wyniósł. Wszyscy złożyli zażalenia na esbecję, to był prawie cały skład Gazety, szczególnie Czesław Pazera i Bałtroczyk. To była akcja ośmieszająca i bardzo nękająca. On jeszcze działał zanim ja wstąpiłem do seminarium. Bo to dość długo, już teatr zaczynał grać i dopiero wtedy został zgarnięty. On kręcił się w środowisku teatralnym. Część ludzi się bawi­ło, i to zo­s­tało namierzone.

Pyt. Ty go znałeś?

Odp. Bardzo dobrze go znałem, bo Boguś Mazur przynosił pewne teksty do Rezonansu. Myśmy go namówili do pisania. On świetnie znał angielski, tłumaczył pewne rzeczy z angielskiego. Ta akcja jest kompletnie nie znana, Nękany był pierwszy front Gazety Olsztyńskiej. On wysyłał też do znanych dziennikarzy telewizyjnych jakieś tam ordery itd.

Pyt. I on to sam robił?

Odp. Tak. Zaangażował ludzi. Wtedy był studentem, pisał pracę magisterską, chyba ze Słonim­skie­go na WSP, a wcześniej studiował filozofię i przerwał na Uniwersytecie Warszawskim. Tam jakąś gazetę współredagował. I zrobił fantastyczną rzecz w nowej gazecie (miejskiej), to byli anarchiści. Chciał żebym pisał, ja jednak nie pisałem. Wyjął z całej prasy po śmierci Stalina, określenia na Stalina: największy miłośnik polskich kobiet, parowóz rewolucji, itd. I mam to, na chyba dwie lub trzy strony maszynopisu.

Pyt. Czy on miał kontakty z teatrem?

Odp. On przebywał tam w takim środowisku towarzyskim. Był też dobrym znajomym Jarka Dą­browskiego. Jarek poznał Bogusia przeze mnie. To było jeszcze w czasach studenckich. Gło­wa niesamowita: był bardzo zdolny, bardzo inteligentny człowiek. Już w czasach Solidarności nękał ludzi taką przerażającą złośliwością. Trzeba powiedzieć, że była to akcja bezpośrednia, taka śmieszna  hasłowa, różne historie malowano. Do tych ludzi dotrzeć. Słyszałem o tym. Ale ta akcja Bogusia jest w ogóle nie znana.

Pyt. Czy możesz jeszcze coś powiedzieć o Andrzeju Boberze?

Odp. W czasach Solidarności, czy po?

Pyt. W czasach Solidarności, bo nie wiem czy kontaktowałeś się z nim później.

Odp. Tak, jak wyszedł i miał sprawę sądową.

Pyt. Czy jak on wyszedł z więzienia miałeś z nim kontakt?

Odp. Wtedy w ogóle nie miałem żadnych kolegów, patrzyłem kto wyjeżdża. Dla mnie pewne rzeczy z wyjazdami były ... Był pewien człowiek, który wyjechał. Obecnie jest w Kanadzie, którego żona pracowała, robiła wszystko w Zarządzie Regionu. On też przychodził, pracował - nie pracował. bardzo dziwny człowiek dla mnie. Nie chcę rzucać żadnego podejrzenia, ale miałem dwie sytuacje, o których on nie wie, i wtedy dla mnie ten człowiek dużo stracił. Obecnie wyjechał, widziałem jego zdjęcia, utrzymują tam kontakty. Nic nie mówi się o zmar­łym sekretarzu Zarządu Regionu. Zmarł na zawał we Francji (w Stanach Zjednoczonych, - przyp. A.P.) Lechosław Lechowski. Była taka sprawa drobna. Powiesić krzyż w Zarządzie Regionu, czy nie. On powiedział: to ja ateista byłem za tym żeby powiesić. Tak powiedział Lechosław, jeździłem z nim samochodem. Krupiński też nie wiedział, był taki niepewny. To było jakieś tam świadectwo. Ten człowiek był sekretarzem i sądzę, że to była też postawa Krupińskiego. To był już w poważnym wieku, czterdzieści parę czy pięćdziesiąt lat, taki siwawy, zdumiałem się, że on zmarł na ten zawał. Trzeba by odtworzyć jego sekretarzowanie.

Bober był w komisji interwencji. Dla mnie  był człowiekiem dość zamkniętym. To był jednak typ wojskowy i to wychodziło. Ja może nie lubię takiego typu ludzi.

Pyt. O Boberze mam bardzo dużo pozytywnych opinii.

Odp. Ten dział interwencji trzeba było trzymać, bo tam były ekipy i on miał trochę rozwagi i przyznaję - rację. Bo Niczyperowicz wtedy, to był też poważny gość, a był bardzo za ... mnie zawsze ci huraoptymiści trochę przerażali. Np. ktoś kto okazywał się tak wielką gorliwością, który robił wszystko, przychodził po nocach. No to później wychodziło, że to był człowiek, który chciał wszystko wiedzieć. Tak się przekonałem.

Pyt. Z tym, że ten okres był szczególny i myślę, że mało kto się oszczędzał.

Odp. Wiem jedno, że ten późniejszy okres był fantastyczny, przynajmniej  w mowie ... Ja pracowałem w tych kilku firmach, nawet w tych kilku redakcjach i nigdy nie przychodziłem do roboty tak nastawiony jakoś pozytywnie. Tutaj było inaczej, wychodziło się z roboty o 6-tej czy 7-mej - stołówka była na miejscu - i razem z tym samym towarzystwem szliśmy do DŚT na jakąś kawę czy lampkę wina. Przychodził wtedy właśnie Erwin, Świetłana. I byliśmy z Jarkiem często na 12 godzin i nie mieliśmy siebie dość. To było bardzo ważne. A więc ta atmosfera wiel­kiej sprawy. Nikt nie pytał o pieniądze. Chcieliśmy nawet płacić ludziom obcym, którzy drukowali, a sobie nawet nie płacić. Atmosfera była bardzo dobra, rozumieliśmy się, przynajmniej te trzy osoby bardzo. Janusz Soroka był trochę z boku, może nie miał tej samej opcji. Tam był jeszcze Grzesiu Skwierczyński z Gazety Olsztyńskiej. Grzesio został też pokrzywdzony, on teraz podobno ciężko chorował psychicznie. Miał dwoje czy troje dzieci. Został wy­­rzucony z Gazety Olsztyńskiej, potem nagrał audycję radiową, w której był podobno bardzo odważny. Był więc skład profesjonalny, była nas bowiem faktycznie piątka. No i był jeszcze Andrzej Weber i jeszcze pisujący inni.

Później podczas przesłuchań na SB to był najważniejszy zarzut, że Rezonans miał charakter formacyjny i pokazywał pewne procesy, dlaczego Bieńkowskiego fragment został wydrukowany i takie inne rzeczy. I potem jak zacząłem przeglądać te numery już po stanie wojennym, jakieś 3 - 4 miesiące później, patrząc co przetrwało, to okazało się, że najbardziej właśnie te materiały, bo one były jeszcze aktualne dalej. Wszystko było chwilowe i bieżące, to było wów­czas najważniejsze. My czasami też byliśmy rewolwerowcami. Były takie prowokacje. Nawet tytuł "Wróbel strzela do ludzi". Policjant Wróbel strzelił tam w jakimś barze. "Tygod­nik Solidarność" też to wydrukował i Jarek Dąbrowski pilotował tę sprawę, a więc reporterka także była uderzeniowa. Żyło się w pewnym lęku, bo cały czas przychodziły wiadomości, że zostały już więzienia i areszty opróżnione. Sprawa jakichś wojsk. To wszystko przenikało. To robiło atmosferę, jednocześnie to zagrożenie zewnętrzne sprawiało, że człowiek musiał się trzy­mać, ale to było coś wspaniałego, coś co nie da się powtórzyć.

Pyt. ( ... )

Odp. Pamiętajmy, że Solidarność tworzyli 30-latkowie. To był taki czas. Krupiński był jednym z bardziej poważnych. A więc byli młodzi, którzy bardzo szybko się sparzyli. Cena była za wysoka. Nie wszyscy to przeszli. Trzeba podziwiać, niektórzy obrywali przez przypadek. Ten film, który chyba wcześniej leżał w telewizji, o takim aktorze, który przez przypadek stał się bohaterem Solidarności. Czy żeśmy się dowiadywali tylko smutnych rzeczy o postawie Bobera, o pobiciu, o procesie, że oni zostali pobici? Potem sprawa Piechockiego młodego, który prowadził te sprawy (znałem z koła młodych), który sądził (Bartoszyce) strażnika siedzącego w więzieniu w Barczewie, więc nagle zobaczyliśmy, jak ci nasi dalecy znajomi, to była znajomość oficjalna, są po tej stronie linii. Też pobicie w Kwidzynie Kałudzińskiego. Mówił o tym wszystkim Ryszard Kułakowski. On drukował znaczki, m.in. z ks. Popiełuszką, "Kułak" bardzo aktywnie działał, woził bibułę w plecaku. "Kułak" wykazał bardzo dużą odwagę na pogrzebie Antonowicza. Przecież tam był oficjalny wieniec od Zarządu Regionu, on niósł ten wieniec. Milicja kręciła wszystko. Oglądaliśmy to w telewizji amerykańskiej z tego pogrzebu.

Pyt. Co wiesz o tym punkcie przy kościele św. Józefa?

Odp. Ja byłem z boku.

End

 

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Rozmowa z Tadeuszem Kisłym

w dniu 8 stycznia 1994 roku

Pyt. Gdzie pana zastały wydarzenia sierpniowe?

Odp. W Olsztynie, ale tutaj było to pewne zaskoczenie. Wśród tej grupki, która później zaczęła tworzyć „Solidarność” w Olsztynie praktycznie zaczęliśmy działalność od 17 września. To były pierwsze nieoficjalne, nielegalne jeszcze spotkania (Zjazd) MKZ-u w Gdańsku. To był ten pierwszy kontakt, który mnie niejako zaispirował. On nie wyszedł z Olsztyna. 17 września z Łukomskim pojechaliśmy do Gdańska z WPKM-u i spotkaliśmy panią Krzywonos w MKZ-e w Gdańsku. Wałęsa też biegał po korytarzu - był mocno zajęty wtedy. To było w Hotelu Morskim. W Gdańsku struktury były już okrzepłe, a my nieco zagubieni zwróciliśmy się do p. Krzy­­wonos, która użyła nawet trochę mało parlamentarnych słów, że wy tam w Olsztynie powinniście działać u siebie, a nie szukać pomocy w Gdańsku. My przyjechaliśmy aby zgłosić oficjalnie swój akces. Pani Krzywonos - tramwajarka -  była osobą, która w jakiś sposób, wszy­s­tkich ukierunkowywała. Wyciągnęła jakąś listę i powiedziała, że w Olsztynie jest taki Mackie­wicz ze Spomaszu (my już go mamy), jest Leszek Lechowski w Zakładach „Eltor”: i wymieniła Biuro Projektów, w którym pracował Mirek Krupiński. Te osoby były dzień wcześniej, a może tego samego dnia.

Pyt. Czy spotkanie w Spomaszu nie było przed 17 września?

Odp. O ile pamiętam, to później. Być może Bartuszek nawiązywał jakieś kontakty, nie wiem, ale moja ścieżka była zupełnie inna.
Wtedy w Gdańsku pamiętam jakiegoś silnego mężczyznę z południa Polski: „Bo nas rozwalcują jak nie będziemy w kupie”. I pamiętam podekscytowanego Rulewskiego. Wtedy, który był pistoletem od samego początku. Wstał i oświadczył, że nasza tablica na budynku MKZ-u w Bydgoszczy nie jest czerwona, tylko zielona, co wzbudziło wielki aplauz, gdyż to jakiś rozsadzało wyobraźnię. Przed tym Hotelem Morskim - było dokładnie wszystko obstawione, mieliśmy kłopoty z zaparkowaniem. Po powrocie do Olsztyna zorganizowaliśmy, o ile pamitam, następnego dnia.
Najpierw pojechaliśmy do Eltoru na Track, do Leszka Lechowskiego. Weszliśmy do pokoju, Leszek stał przy desce kreślarskiej. - No tak, no tak! - jak to biedny Lechowski - Tak, pewnie. No to siadajcie. Wykonał parę telefonów i zwołaliśmy pierwsze zebranie do WPKM-u. Później wydaje mi się było spotkanie w Spomaszu, na którym zjawili się również Tadeusz Poźniak i chyba Irena Telesz. Tak, bo Irena sobą wzbudzała … dodawała nam ducha, bo dotychczas byli przeważnie przedstawiciele zakładów technicznych, a teraz zjawili się pracownicy kultury, artyści. Poźniak z ART, nie wzbudzał wówczas takiego entuzjazmu, bo on nie był absolutnie zorie­n­towany w co jest grane.
Mnie się wydaje, że te związki zawodowe, to od początku była przykrywka. W Gdańsku może było inaczej, natomiast tutaj w Olsztynie jednak ta chęć obalenia tego czerwonego, pojawiła się furtka,możliwość. Zresztą moja motywacja była rwnież polityczna. U mnie wywodzi się to z tradycji rodzinej. Mój ojciec jeszcze przed wyjazdem ze środkowej Polski na tzw. Ziemie Odzyskane do Olsztyna. Jeszcze na początku 1948 roku przyjmował przysięgi AK-owców w okr ę­gu radomskim. Ojciec był w stopniu porucznika i jego pseudonimem był „Sęp”. I cała moja rodzina miała tego ducha patriotycznego. Jedna z ciotek, zamek w Lublinie zaliczyła, w 1960 roku jak wchodziła na ten dziedziniec przez bramę, to mówiła półgłosem i pokazywała okno gdzie była.
Ja bardzo emocjonalnie podchodzę do niektórych spraw i wydarzeń. To pozwoliło mi wypowiedzieć się. Mój ojciec musiał zmienić miejsce zamieszkania i przeniósł się do Olsztyna w 1948 roku. W tym samym roku zginął w wypadku samochodowym koło Nidzicy. Sprawa nie wyjaśnoina.

Pyt. Jaką funkcję pełnił pan w WPKM-ie?

Odp. Pracowałem w Biurze Studiów Ruchu. Byłem dysopozytorem ruchu. Miałem skończone Li­ceum Ogólnokształcące. I miałem bardzo duży wpływ na kierowców. Byłem zły gdy w WPKM-ie wybuchł strajk bez mojej wiedzy. On był przed 17 września. To był strajk 2-3 godzinny. Zgłoszono postulaty na miarę ludzi, którzy ten strajk organizowali. Do dziś nie wiem kto był inicjatorem tego strajku.

Pyt. WPKM stał się przyczółkiem „Solidarności” w Olsztynie. Dlaczego tak się stało?

Odp. Stało się to dlatego, że jest to jakby najbardziej widoczne przedsiębiorstwo w mieście. Ponadto struktura tego przedsiębiorstwa. Kierowca autobusu miał podobną percepcję, jak kierowca taksówki - wiedział wszystko, nastroje ludzi. A przy tym miał swój dom, rodzinę, niewiele pie­niędzy, niewiele wolności.
Dyrektorem przedsiębiorstwa był wtedy Zienkiewicz - oddany partii człowiek, a przy tym nie lubiany. Chociaż ja z nim nie miałem scysji. Natomiast Stefan Ruchlewicz pochodził z Kresów, w ramach repatriacji przyjechał, z którąś tam falą z kolei, chyba pod koniec lat pięćdziesiątych. U niego była to chyba częściowo ta lektura szklanych domów. Człowiek pełen energii starający się mieć oczy otwarte. Zachował swoją kresową prowincjonalność. Stefan był dyrektorem tech­nicznym. Jemu się coś nie udawało z partią, zawsze chciał coś tam nowego wprowadzić jako członek partii. Zresztą ja też byłem członkiem partii i legitymacji nie rzuciłem. Stefan na po­czątku był pasywny, ale to chyba było zdeterminowane instynktem samozachowawczym. On przeszedł chyba sporo na tych kresach. Partia nie dała mu skrzydeł rozwinąć. Początkowo nam nie przeszkadzał, później starał się pomagać. Był tam jeszcze młody inżynier Koper, chyba Ro­man. Stefan stracił wiarę w bezkrwawe powodzenie naszej sprawy, tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. 4 miesiące przed 13 grudnia on tego sensownego inżyniera Kopera odsunął od spraw. Ja później rozmawiałem ze Stefanem, a on powiedział, że Koper ma tam matkę na utrzymaniu. Nie wiem, początkowo myślałem, że jest to rodzaj izolacji, pewnej konkurencji w firmie, ponieważ Koper był inteligentnym człowiekiem i miał spory wpyw na pracowników. Tak, że ten ruch Stefana mi się nie podobał. Ale może on już wtedy myślał, że to wszystko mo­że się skończyć dramatycznie.
Chyba pod koniec okresu „Solidarności” 1981, Stefan został naczelnym dyrektorem. I popierał „Solidarność”. Sądzę, że może i dlatego, żeby sobie zachować ten szklany dom. To był absolutny Żeromski. Sytuacja przystawała do tego. Zastał tę Polskę może nie taką jaką sobie wyo­brażał. Partia zawężyła mu te horyzonty, a Solidarność nagle otworzyła możliwości. To nie był koniunkturalista. Myślę, że później kiedy nawet kandydował na stanowisko przewodniczącego Zarządu Regionu, bo był taki moment, to myślę, że ten element mógł mieć miejsce w świadomości Stefana. Niemniej była to dla niego jakaś droga, jakaś alternatywa. Ten człowiek zawsze mi się kojarzy ze szklanymi domami.
Przypominam sobie, że już było po tym krótkim strajku, ale przed wyjazdem 17 września do Gdańska, zorganizowałem (to była moja inicjatywa) zebranie załogi. I Stefan był wtedy. To było zebranie w świetlicy. Ułożyłem sobie mowę programową. Nie byłem dobrym mówcą i zawsze wolałem pisać niż mówić (miałem skazę w uzębieniu). Wstydziłem się po prostu. Wów­czas mówiłem o Leszku Moczulskim, wyjaśniałem kto to jest, bo on był wtedy mocno atakowany i KPN - główna siła destrukcyjna itd. To moje orędzie usiłował przerwać Stefan, który siedział obok przy stole, takim prezydialnym. Wtedy mu powiedziałem: Pan jest dyrektor, ale w tej chwili to nie jest zebranie organizowane przez dyrekcję. Jeżeli pan sympatyzuje to dostanie pan głos później, jak skończę. I Stefan rzeczywiście się wyciszył. I na koniec tego mo­jego expoze, zrobiłem takie małe referendum: Kto jest za utworzeniem związków zawodowych „So­lidarność” w komunikacji. Wydaje mi się, że było prawie 100% - może 95%. Pojedyńcze osoby wstrzymały się od głosu - były sceptyczne. Byli tam pracownicy biur, kierowcy, mnóstwo osób, 150-200. Cała świetlica była zapchana. I wówczas poparł mnie właśnie Łukom­ski, który był jednym z nielicznych uświadomionych, co to jest KPN itd. Łukomski był chyba głównym inżynierem, pełnił chyba funkcję równorzdną do wspomnianego przeze mnie Romka Kopera. Zastępca kierownika warsztatów, czy co[AP3] ś podobnego.
Edmund był impulsywnym człowiekiem, bezkompromisowym, idącym jak czołg do przodu. I chyba po tym zebraniu, ja właśnie z Łukomskim pojechałem do Gdańska. Wzięliśmy bez pytania służbowy samochód. Tak zadecydował Łukomski. Służbowy, państwowy, znaczy nasz. Wrócili z Gdańska gdzieś o 23.30, bardzo późno i czekał na nas w gabinecie o tak późnej porze, Stefan Ruchlewicz i chyba jeden z ówczesnych zastępców d/s ekonomicznych, pan Kwestorowski. Nie pamiętam czy był Zienkiewicz. Były z ich strony pytania na temat związ­ków zawodowych. Byli tym mocno zainteresowani, a mnie związki absolutnie nie obchodziły, ani Edka. Nas interesowało, na ile ten związek jest silny (w Gdańsku plakaty i wolne słowo).

Pyt. Jak w tym czasie zachowywał się dyrektor Zienkiewicz? Czy próbował wam przeszkadzać?

Odp. Nie potrafię sobie przypomnieć jego wyraźnych szykan, natomiast był zdecydowanie nastawiony negatywnie.

Pyt. Okres Bartuszka był bardzo krótki. Wkrótce szefem Tymczasowego Zarządu został Łukomski. Co może pan o nim powiedzieć? Jak on to widział?

Odp. On miał bardzo złe doświadczenia z wojska. Wielokrotnie miałem z nim scysje. Był bardzo bybuchowy. Był to typowy przykład kaprala, typ charakteru. Jego było bardzo trudno przekonać, natomiast kiedy ulegał już tej presji, był jak lokomotywa. Był to człowiek, który mógł pociągnąć wielu. Jego sposób bycia raczej go nie predysponował. Był autokratą i to nie zjednywało mu ludzi. Dokładnie nie wiem, jaka była wówczas motywacja do działania w Solidarności. Nie wiem ilu w Solidarności było stuprocentowych związkowców. Myślę, że najbardziej związko­wo nastawionym człowiekiem był Mackiewicz (Lechowski był antykomunistą), on był powolnym człowiekiem, lubiącym dłubaninkę, ustawy, przepisy i co można pracownikowi - wczasy … Wcześniej był przecież w Radzie Zakładowej - był działaczem związkowym. Nato­miast ani Edmund, ani ja nie byliśy działaczami związkowymi.

Pyt. Wśród działaczy Solidarności w tym okresie było bardzo dużo członków partii. Na ile miało to wpływ na charakter Solidarności w tym czasie - było dla niej obciążeniem. Czy widzieliście jakieś możliwości współpracy: partia - związek Solidarność?

Odp. Chyba jedynym człowiekiem z naszego grona, który widział jakąś możliwość symbiozy, wza­jemnego uporządkowania spraw był chyba Mirek Krupiński. Nie wiem zresztą, czy on należał do partii, ale starał się jakoś kompromisowo podchodzić do pewnych spraw. Zdecydowanie na „nie” był Andrzej Bober. Natomiast bardzo ciekawe myślenie miał Lechowski. On trochę myślał jak Iwanow. To znaczy, włażąc w szeregi PZPR, my możemy zamieszać tak, że to w końcu pęknie, że tam kukułcze jajo się podrzuci. Ten typ myślenia przewrotnego prezentował Leszek Lechowski.

Pyt. Kiedy Mirek Krupiński został wybrany Przewodniczącym Zarządu Regionu, pierwszym gestem ze strony nowego Zarządu Regionu, był kontakt z Komitetem Wojewódzkim.

Odp. Tak, ja byłem na jednym z tych spotkań. Tam było jeszcze parę innych osób, które uważały, że na tym etapie, na którym się znajdujemy … Myślę, że również Wiesiek Rondomański miał podobne myślenie, że na tym etapie warto. Wydaje mi się również, że Mietek Kamiński myślał podobnie - był członkiem prezydium. Wówczas to w moich oczach nie dyskredytowało tych ludzi.

Pyt. Ale czy mieliście odczucie, że nawet wśród władz Solidarności w Regionie są osoby, które działają trochę na zasadzie partyjnej agentury?

Odp. Może agentura, to za duże słowo. Takiego wrażenia nie odnosiłem. Ja nie widzę nikogo, któ­rego mógłbym tak oceniać. Może poza wyjątkiem, ale ten człowiek nie był ani członkiem Za­rządu, ale był bardzo aktywny - Włodek Pagacz. Może przez fakt, że był synem działacza partyjnego. Ale on nie miał żadnego wpływu.
(Andrzej Pawłowski: Ale pamiętam dość dobrze, że Włodek Pagacz ochrzcił się w „internacie”. cichutka sprawa była, ale to było. Jego chrzcił ksiądz z Iławy - Gelert).

T.K. Zapomniałem o jednej niemal sztandarowej postaci, o Ziutku Lubienieckim. Na którymś  z zebrań MKZ-u, to było chyba koło listopada 1980 roku, padło takie zdanie o ciemnych szufladach sądownictwa w Polsce. Wówczas Józek lekko się zacinając stwierdził: Proszę państwa, nazywam się tak i tak, w sądzie jestem od tego dnia, jestem tym i tym i stwierdzam, że w są­downictwie polskim nie ma ciemnych szuflad. Nastąpiła cisza i takie buuuuuu …! Kto to jest? I był ktoś, kto niedawno przeprowadził się do Olsztyna z Gdańska i przeżywał tam pewne momenty i on też podniósł głos … Była więc jakaś taka nieswoja sytuacja. Po tym stwierdzeniu Józka milczenie przerwał dopiero ten świeżo upieczony olsztynianin, który wstał i mówi: Ja jestem zdziwiony, że takie słowa na zebraniu delegatów mogą paść i to pozostaje bez echa. On uważał, że sala powinna zareagować, wziąć Józka za frak i wyrzucić.
Józek wcześniej był niewidoczny, nikt go nie znał. I właśnie co do Józka Lubienieckiego ja mia­łem pewne obawy, że to jest być może … nie wiem, miałem obawy co do Józka. Może ta jego złotoustość. Chociaż drugim złotoustym był Mirek Krupiński, ale zawsze większą wiarygodnością były słowa Józka Lubienieckiego. Może dlatego, że to sędzia itd.

Pyt. Jeśli chodzi o Józka Lubienieckiego, jak z perspektywy czasu pan określa tę postać?

Odp. Ja darzyłem go nieufnością, ale podobnie wiele innych osób patrzyło na niego. Tak mi się wydaje. Ale będę mówił za siebie. Nie wiem dlaczego, ale przez skórę podświadomie. ten facet do tej całej konfiguracji, która w swojej strukturze była dość skomplikowana - robotnicy i różni ludzie - nie pasował. Śnieżko mi pasował od razu. A on mi nie pasował. On był jakiś facet z doskoku, wydawało mi się, raczej obserator i układacz scenariusza - tak mi się wydaje.

Pyt. Ale czy były fakty, które by to potwierdzały?

Odp. Mnie trudno mówić o faktach. Poza tym jednym wystąpieniem, to trudno mi przywołać z prze­szłości jakieś inne, ale taka była moja ogólna ocena. Natomiast nastąpił pewien przełom w moim myśleniu w mamrze, kiedy spotkałem go po raz pierwszy po 2 tygodniach właśnie w internie. Jak nas wypuszczono na spacerniak (on był izolowany wcześniej) i zobaczyłem tego czło­wieka, zmaltretowanego w granatowym takim płaszczu, dość długim - on był zdruzgotany. Zgasła ta iskierka w oku, ten uśmiech, pewność siebie. To był zupełnie nie ten sam człowiek. I zapytałem go na spacerniku: Józek, co się stało? A on mówi: Stary, koszmar! (2 tygodnie w po­jedynkę siedział).

Pyt. Czemu go trzymano w pojedynkę?

Odp. Nie mam pojęcia. Wtedy jak gdybym się zawachał. Może go niesłusznie oceniłem. Natomiast w dalszym ciągu mówię, patrząc z pewnej perspektywy, wydaje mi się, że był to czło­wiek do którego ja bym nie miał zaufania. Gdyby sytuacja miała się powtórzyć nie byłby to człowiek, z którym kroczyłbym w jednym szeregu. Ale może to jest moje subiektywne wra­żenie.

Pyt. Ale w zestawieniu z Krupińskim, Józek wypadł pozytywnie? Co pan sądzi o Krupińskim, w końcu był on najpierw rzecznikiem, a później szefem Zarządu Regionu?

Odp. Uważam, że on był znakomitym Urbanem w Związku. Rzecznik był z niego doskonały. Był to intelektualista złotousty, natomiast brakowało temu człowiekowi przebojowości. Gdyby on miał przebojowość Edka Łukomskiego, to byłby to idealny facet na wszystkie czasy, bo był nie­zwykle inteligentnym człowiekiem. On często komplikował specjalnie, sprawy niezwykle proste. To było widać przy róznego typu uchwałach. Rzecz wydawała się do przyjęcia, natomiast Krupiński wychodził z czymś, co trudno było odrzucić, ale jednocześnie komplikował niejako sprawę. Był to człowiek na pokaz. On mógł reprezentować ruch, natomiast brak było u niego tego podłoża, motywacji. Nie widziałem motywów jego działania. Ja gubię się na Krupińskim, była to postać mglista. On chyba nie miał koncepcji. (Andrzej Pawłowski: On miał przed sobą jakiś cel, chciał zaistnieć. Ale według mojej oceny, Mirek zagubił się jako przewodniczxący).

Pyt. Czy on działał tylko w interesie osobistym, czy w interesie Związku? Chodzi mi o główny, podstawowy motyw.

Odp. Wydaje mi się, że jednak nie tylko interes osobisty.

Pyt. Czy są jakieś jego decyzje, które byście oceniali krytycznie? On rozkręcił sprawę z Wojnowskim. Czy były to tylko osobiste porachunki?

Odp. Nie, być może również, ale tylko również. Rzeczywiście, ja się nigdy nie zastanawiałem nad Mirkiem.

Pyt. Dla wielu on się skompromitował w okresie jak siedział w więzieniu i sformułował list do władz.

Odp. (Ale byli gorsi od niego - Andrzej Pawłowski). Kisły: Jest bardzo trudno to ocenić. Nikt nie zna dobrze siebie, dopóki nie stanie w ekstremalnej sytuacji i musi podjąć decyzję.

Pyt. Jestem daleki od dyskredytowania człowieka. Ja chcę tylko ocenić w kategoriach błędu. Czy Mirek popełnił błąd, czy nie?

Odp. Wydaje mi się, że ja go usprawiedliwiam jako człowieka, mógłbym go również usprawiedliwić jako działacza. Mimo wszystko mógłbym, być może w tym okresie włanie los wszystkich był niepewny, przekreślony, nie wiadomo na jak długo. I na pewno należało jakąś grę grać. Jaką grę można grać mając kajdany. Dlatego również częściowo rozgrzeszył bym go w tym bardzo trudnym okresie, jako działacza związku, ale rozgrzeszył bym go w 50%, ponieważ te pozostałe 50% również mógł zareagować inaczej, w końcu był to wiceprzewodniczący Związku. Ta podziemna bibuła musiała to w jakiś sposób skomentować, podobnie środki zachodnie. Z drugiej strony było to okazanie pewnej słabości, której on okazać nie powinien w tym czasie jako wiceprzewodniczący. On był w niezwykle trudnej sytuacji. Okazuje się, że ci którzy przetrwali z tym podniesionym czołem, którzy nie pisali listów, którzy byli zawsze buńczuczni, mieli rację. Ale któż wtedy mógł przewidzieć, jak się potoczą losy. Ja nie potępił bym go w ten przysłowiony czambuł, absolutnie.
(Andrzej Pawłowski: Mirek był człowiekiem inteligentnym i reprezentował środowisko inteligenckie. Natomiast wówczas w Związku, we władzach, było dużo robotników. Mimo wszystko istniał podział na pracowników umysłowych i fizycznych. I Mirek z racji swego wykształcenia i elokwencji, próbował na sposób ludzki, kulturalny, znaleźć jakieś modus vivendi, podczas gdy zwykły kierowca, robotnik - nie ubliżając nikomu - szedł po prostu przebojowo głową do przodu. Łukomski - Krupiński, to dwie przeciwstawne postacie, charaktery, sposoby myślenia i działania. Dzisiaj to się nam odbija czkawką, w dzisiejszym Związku Solidarność, którego już praktycznie nie ma. Odbiło się to właśnie czkawką w 1989 roku. Ekipa tzw. intelektualistów, o której się mówiło, że przewodniczący Wałęsa pchnął ich na pierwszą linię frontu, właśnie do Sejmu i nagle - spaliła się i wykończyła. I dzisiaj tylko niedobitki pozostały o bardzo głośnych nazwiskach. Mirek natomiast nie był dobrze odbierany w Polsce, bo to był człowiek znikąd. O Mirku Krupińskim nie słyszało się w Polsce. Za krótko funkcjonował jako wiceprzewodniczący i zaraz stan wojenny). Kisły: Stan wojenny zastał Mirka niejako w momencie transformacji. Z tego okresu hura!! Nie był tym przebojowcem, a te elity nie miały jeszcze zbyt dużo do powiedzenia w Związku. Ten jego list dowodzi tego.

Pyt. Jakie były wówczas stosunki z Kościołem. Jaki wpływ miał Kościół na zachowanie się Zwią­zku?

Odp. Człowiekiem w Zarządzie, który widział korzyść z takich związków z Kościołem, był nie­wąt­pliwie Mietek Kamiński. On chyba pracował w Miastoprojekcie. Jego myśl nie unosiła się zbyt daleko. Był to człowiek o dużym rozsądku - stabilizator nastrojów. Andrzej Bober nie widział w tej współpracy z Kościołem korzyści dla ruchu, ale mogę być w błędzie. Edek Łukom­ski - tak, widział taką korzyść

Pyt. Co pan sądzi o Andrzeju Boberze?

Odp. Można dużo, a można nic. Ja nie mam wyklarowanej opinii.

Pyt. Pracownikiem Zarządu Regionu, komisji Interwencji był Wiesiek Brycki.

Odp. On był członkiem Prezydium na samym początku. To jest barwna postać. Impulsywny czło­wiek. To była taka mała Wałęsa. Był to absolutny prostak, ale inteligentny. Krętacz prywatny, ale potrafił się szybko odnaleźć w różnych sytuacjach. Wierzył w to co robi i chyba też nie miał wizji Solidarności jako związku zawodowego. Zanim był w komisji interwencji był w komis­jach chyba wyborczych MKZ-u. W pewnym okresie chyba miał do czynienia z funkcjonowaniem regionalnych komisji. I było, pamiętam chyba jakieś spotkanie z nauczycielami z województwa olsztyńskiego, już w siedzibie na Dąbrowszczaków, na II piętrze salka konferencyjna. Tuż za tą salką mieściła się redakcja „Rezonansu” i tam siedzieliśmy. Była tam dziura wybita pomiędzy salką konferencyjną a naszym pokojem (myśmy dwa pokoje zajmowali). W tej dziurze były jakieś resztki instalacji radiofonizacji tej sali. Przez tę dziurę - tam kłąb drutu, jakieś puszki rozdzielcze tam były. Wiesiek nie mógł się z tymi ludźmi dogadać. Robił wszy­stko co mógł, ale to nie było przekonujące. Ludzie tak siedzieli, potakiwali - nie łapali co on chce powiedzieć. Nie ten język. Był to jednak język kierowcy, który mówił do ludzi, którzy myśleli trochę na innym poziomie. I w pewnym momencie z sali (chyba 80 osób) padło chyba pytanie, co mają robić, chyba chodziło o tworzenie struktur w oświacie gdzieś koło Olsztyna. I on wpadł w jakieś zdenerwowanie i padły słowa: Do jasnej cholery, czy ja was będę musiał ca­ły czas … tego. Wówczas jeden z panów podniósł się i powiedział: Proszę pana, wszystko jest ładnie, ale ja sobie wypraszam. Jeżeli pan będzie używał tego typu słów, to my po prostu wyjdziemy stąd. Powiedział to zdecydowanie, był elokwentny. Stłamsił tego Wieśka. I on stracił rezon, ale stracił go na 10 minut, później na powrót wrócił do słownictwa. Nie wiem czym się to zebranie skończyło, ale to był Wiesiek.
On robił wszystko. On mógł robić wszystko byle być w ruchu. Miał często szalone pomysły. Kiedyś była akcja plakatowania, on tu siedział za biurkiem, ale biurko mu nie leżało. Była to sytuacja już trochę niebezpieczna, gdyż milicja zaczęła takie inwigilacyjne wywoływanie poprzez przysyłanie jakichś zawiadomień do domów. Ja zresztą też dostałem. Raz zignorowa­łem, drugi raz, aby się stawić w jakiejś sprawie. Ani numer sprawy nie był podany. To przed stanem wojennym. Wojna propagandowa przybierała na sile. Wiesiek potrafił wszystko zorganizo­wać. On się nie szczypał, nie liczył się ze słowami. On trafiał intuicyjnie do grupy, która może mu pomóc w konkretnej pracy. Był bardzo energiczny. Nie było sprawy, której by nie mógł za­łat­wić. I często działał przez zaskoczenie, ponieważ ktoś na jakim[AP4] ś tam szczeblu, od którego coś zależało, gdy zobaczył tego człowieka, który mu tam pięścią wymachiwał … Była to kwestia poddania się. Dobrze mieć tego faceta z głowy, ja wszystko podpiszę. I taki był Wiesiek. Ze­brał grupę plakaciarzy, brał udział w plakatowaniu - milicja podjechała i zabrała go na przesłuchanie do Komendy Miasta. Jest telefon do Zarządu Regionu - dzwoni oficer dyżurny: „Myśmy tu zatrzymali niejakiego Bryckiego Wiesława. Podaje się, że pracuje dla Zarzdu Regionu, bo tam z grupą coś nakleja na murach. Ale w telefonie duży hałas. Łukomski odebrał ten telefon, słyszy krzyk i ten meldunek. Mówi: Brycki znowu siedzi, trzeba po niego pojechać. I nagle słyszy w słuchawce: Co ty wygadujesz, kiedy ja już prawie Solidarność założyłem na milicji, to ty mnie wyciągasz? Okazuje się, że wziął oficerowi dyżurnemu słuchawkę i zaczął mówić.

Pyt. A więc nie chciał, żeby go stamtąd zabrać?

Odp. Nie, on tym żył. On się tam czuł. I rzeczywiście jak później opowiadał, to jakieś panie pracowniczki tam były, sala zadymiona. Ktoś tam przyjechał i później opowiadał, że Brycki tam brylował - cała sala go słuchała. Z tym, że był niezrównoważony również, nie liczył się często z realiami. Był więc na pewien okres w pewnych granicach, do wykorzystania.

Pyt. Czyli nie był politykiem?

Odp. Absolutnie nie. Człowiek czynu.

Pyt. Wiesiek Brycki był bezpośrednio zaangażowany w sprawę pieniędzy związkowych - tych 2 milionów zł., które przed 13 grudnia zostały pobrane z banku.

Odp. To było zrobione bardzo dobrze. Ja nic o tym nie wiedziałem. Wówczas nie pełniłem funkcji związkowej. Wcześniej byłem przez krótki czas członkiem Zarządu. Zostałem dokooptowany tuż przed moim wyjazdem do Częstochowy, kiedy tam się zaczęły … Zresztą byłem wtedy z Bartuszkiem. Bartuszek w czasie jazdy pociągiem powiedział, że będzie  moją obstawą - olbrzymi mężczyzna. Myśmy prowadzili rozmowy uświadamiające. Tam w Częstochowie pojawiła się z długą bronią milicja i wojsko. To był koniec roku 1980. Była tam jakaś napięta historia. Nie pamiętam z czym tam byliśmy w Zarządzie Regionu w Częstochowie. Edek mówi: „Weź Bartuszka, będziesz miał obstawę. Zawsze co chłop to nie ty!” I pojechaliśmy. W tym czasie byłem dokooptowany do Zarządu Regionu jako działacz, a później już przeszedłem na etat. Zająłem się gazetą.

Pyt. Był pan związany z informacją, z „Rezonansem? Jakie były początki. Pan był głównym motorem.

Odp. Ja i Piotruś Kajko. Ambicją Piotra Kajki było to, że Olsztyn nie ma żadnej gazety, a gdzie indziej jest ich kilka. Ludzie nie czują informacji. Były to regionalne ambicje. Piotr Kajko był geodetą, który nie umiał pisać do gazet, natomiast miał niezwykle ostry dowcip. Piotr przede wszystkim inspirował, dostrzegał i w bardzo dowcipny sposób komentował niektóre zdarzenia, nieźle rysował (wynika to chyba z jego profesji) Miał zawsze w głowie pewien pomysł graficzny gazety. Miał pojęcie ładu, jak gazeta powinna wyglądać. Piotr robił szatę graficznie i miał po­mysły. Miał np. pomysł na artykuł, chociaż źle sam pisał. Może 2-3 razy w sumie napisał. Cho­ciaż pamiętam jego pierwszy artykuł - było to na temat Wojnowskiego. Ta gazeta wyszła chyba wtedy w 10-tysięcznym nakładzie. To się nazywało „Solidarność Olsztyńska” i było drukowane przez nieznanych nam wówczas ludzi. Podejrzewam, że ci co nam zaproponowali usługi, może to milicja była, nie wiem. Przyszło dwóch i powiedziało: Wydrukujemy. Zapła­ci­liśmy im wtedy kupę pieniędzy. I Piotr tam pisał coś, do czego dorobiłem tytuł: „Struktura kry­ształu”.

Pyt. Jak powstawało to pismo. Kto zajmował się pisaniem i redakcją, a później kolejne etapy przygotowania do druku?

Odp. Wiele zapomniałem. W róznych etapach za różne rzeczy było się odpowiedzialnym. Była to grupa entuzjastów. Był Alek Rusiecki, Wiesiek Chojnowski. Później to się przekształciło w „Re­zonans”. Pierwszy numer „Rezonansu” wyszedł po wydarzeniach w Bydgoszczy. Wszyscy sądzili, że to jest rezonans na wydarzenia bydgoskie, natomiast myśmy ustalili, że będzie to sta­ła zmiana tytułu, ponieważ wszędzie były Solidarności: Gdańska, Płocka, Poznańska, Łódz­ka. Była „Solidarność Olsztyńska”, ale od Bydgoszczy zaczął się „Rezonans”. Mieliśmy nawet pewne problemy, gdyż przyszła delegacja chyba z Technikum Samochodowego, która zakwestionowała zasadność używania nazwy, ponieważ oni w szkole wydawali gazetkę, która nazywała się „Rezonans”. Uczniowie byli bardzo przychylnie nastawieni do ruchu. Nie wiedzieliśmy jak z tego wybrnąć. Mimo całej ich sympatii do nas, nasze argumenty ich nie przekonały (twierdzili, że ich pismo ma jakąś większą tradycję) ale …

Pyt. Byliście wtedy silniejsi.

Odp. Byliśmy silniejsi i biedni uczniowie musieli zrezygnować. Być może wydawali tam dalej, ale nie wiem.

Pyt. Kto wpadł na pomysł tytułu?

Odp. To był mój pomysł. Stronę graficzną zrobił czarną winietę - pracował na górze. Biuro Projektów (VI czy VII piętro) było i on się nazywał Majewski (?) Adamski(?), dokładnie nie pamiętam. Zaoferował, że będzie robił wszystkie historie techniczno-graficzne, które są nam potrzebne. Wśród dziennikarzy był nawet z „Gazety Olsztyńskiej”, ale występował incognito (może Szwej­kowski). Zrobił dwa artykuły chyba. On był może nie korpulentny, ale niższy niż Prusiński. Był na etacie w „Gazecie”, przyszedł do nas i powiedział mi: „Proszę pana, jeżeli pan mi zagwarantuje … „
Pierwszą rzecz, którą zrobił to było o „Litieraturnoj Gazietie”, która opluła Łukomskiego po aferze z Wojnowskim. A przyniosła nam tę gazetę Małgosia - Leszka Gruceli żona. Grucela też pomagał przy Rezonansie. Małgosia przynosiła nam rzeczy już przetłumaczone z rosyjskiego. I ten dziennikarz z „Gazety” pierwszą rzecz jaką zrobił, to w sposób krótki, zręczny sposób skomentował ten artykuł z „Litieraturnoj Gaziety”. Byłem bardzo zadowolony. I napisał chyba je­dną rzecz i później sprawa się urwała.

Pyt. W tym początkowym okresie jednak kłopotów z materiałami nie mieliście?

Odp. Nie. Jedyne kłopoty były z powielaniem. Ta informacja też musiała docierać do związkow­ców, na zasadzie przedruków z prasy ogólnopolskiej. Z piszącymi nie mieliśmy kłopotu, później jak już przeszliśmy na ul. Dąbrowszczaków, dostaliśmy dwa pokoje. Przyszedł wtedy Jarek Dąbrowski z „Czasu” gdańskiego, Jan Rosłan, Swietłana Kruk. Już wtedy była utworzona zupełnie odrębna agencja serwisowa. Leszek Grucela brał te wszystkie „zbitki” z teleksów i on nie zamieszczając żadnych komentarzy, tworzył Serwis Informacyjny.
„Rezonans” był redagowany od początku do końca, artykuły problemowe … Natomiast „Ser­wis” był normalnym „przekaziorem” informacji centralnych o wydarzeniach, które się działy w kraju. Głównie były to teksty przy wykorzystaniu teleksów, gdyż w tym czasie były bezpośred­nie połączenia teleksowe ze wszystkimi redakcjami, Zarządami Regionów. To co działo się w Olsztynie, to ja wyłapywałem, bądź Leszek i wysyłalimy w Polskę, natomiast to co przychodziło do nas, szło do Serwisu. Ten Serwis wychodził 2-3 razy w tygodniu i Leszek Grucela to robił.

Pyt. Gdzie drukowano „Rezonans”?

Odp. Papier był dostarczany przez Komisje Zakładowe. Każdy dostarczał papier maszynowy z za­kładów pracy. Byłem z Wieśkiem Bryckim u Wałęsy w Gdańsku, kiedy byłem już tym szefem działu informacji i wydawnictw (byłem już na etacie). Wcześniej byłem tylko redaktorem naczelnym „Rezonansu” i pracowałem społecznie. Gdy zostałem zatrudniony na etacie, byłem szefem wszystkiego - całego działu.. Oficjalnie wtedy redaktora naczelnego „Rezonansu” nie było. Nawet Swietłana przychodziła do mnie czasami i pytała o różne rzeczy. Nieformalnie szefem był Dąbrowski. Ja wtedy przestałem być kierownikiem „Rezonansu”, gdyż nie miałem czasu, a ponadto byli lepsi fachowcy ode mnie.
Przyszła wiadomość do Zarządu Regionu, że jakieś tam maszyny, chyba holenderskie, przyszły i gdy natychmiast będziemy z Wałęsą rozmawiać to uzyskamy, gdyż Poznań chce to zabrać. Pojechaliśmy więc z Bryckim do Wałęsy. Dotarliśmy w Hotelu Morskim do jego gabinetu. Wyjaśniliśmy krótko sprawę, o co chodzi. W zasadzie nie dostaliśmy odpowiedzi, nic konkretnego. Pod tym względem się nie zmienił. Tych maszyn jednak nie dostaliśmy. Jedną maszynę kupiliśmy w Urzędzie Wojewódzkim, maszynę drukującą. Taką bez składania czcionki, to był powielacz właściwie. Skład robiliśmy ręcznie, takie różne wklejanki, potem dopiero robiliśmy fotokopię. Jeżeli były zdjęcia, to używało się siatek … Już nie pamiętam. ja nie jestem fachowcem od druku. Robiło się zdjęcia całego składu.
Mieliśmy dwie maszyny, bo jeszcze była jedna (nie pamiętam skąd ją mieliśmy). Jedna była bardzo niedobra, a druga była troszkę niedobra. One stały w WPKM-ie, tam były założone kraty itd.

Pyt. Kto się zajmował drukiem?

Odp. Mieliśmy dwóch drukarzy: pan Glesmer i pan Stabach (Stawarz ?), który pracował w poligrafii w Stomilu. Obok nas w siedzibie Zarządu Regionu, rolnicy indywidualni mieli swoją redakcję pisma „Żeńcy”, winietę ich pisma przecież ja robiłem. Takie brzydkie to jest. Myśmy chcieli im w jakiś sposób pomóc. Uważali nas za ludzi doświadczonych. M.in. był tam Tadziu Kotowicz. „Żeńcy” jednak to nie była dobra gazeta. Tam było za dużo prywatnych spraw wmie­szane. Niektóre osoby upatrywały swój własny interes, niezależnie od ich zaangażowania w walkę.

Pyt. A sam Józef Chwała?

Odp. Ja Chwały nie znałem dobrze. Chwała dla mnie byl grubianinem takim. Oni wszyscy byli tacy. Nie czułem spójności z nimi. Raz przeprowadzałem wywiad z Józefem Kuśmierkiem i zadawałem mu strasznie głupie pytania na temat rolnictwa. Byłem strasznie podekscytowany, ale podczas rozmowy on ciągle schodził na tematy rolnictwa. Drążył te tematy do końca. I pamiętam zdenerwował się wtedy na mnie. Zresztą nie przebierał w słowach. Pamiętam to pytanie moje: Jaką rolę może odgrywać Solidarność wiejska w kreowaniu tego rolnictwa lepszego? I on się zdenerwował i powiedział: „O czym my tu k… rozmawiamy”. I zaczął mi tłumaczyć. Kiedy w olsztyńskim leży tyle ziemi odłogiem … I nakrzyczał na mnie wtedy. Miałem z nim 2 godziny rozmowy. Urodziło się z tego coś bardzo miękiego. Ja byłem jednak zadowolony.

Pyt. Jakie wydarzenia z okresu 1980-1981 uważa pan za szczególnie istotne?

Odp. Nie będę oryginalny. Największym szokiem dla mnie była przede wszystkim sprawa bydgoska. Chociaż wiedziałem, że milicjant jest nie tylko do przeprowadzania dzieci przez ulicę, to jednak to było dla mnie zaskoczeniem. Byłem biernym opdbiorcą tego, co się działo w latach siedemdziesiątych na Wybrzeu. To wtedy nie przemawiało tak do mnie. Natomist po tym co się stało w Bydgoszczy, dopiero zrozumiałem cały mechanizm - nie liczą się z nikim, z niczym, tam nie ma wartości, była tylko kwestia brutalnej, zwierzęcej siły. Wtedy zdałem sobie sprawę, że my w zasadzie jesteśmy bezsilni, bezradni.

Pyt. To była konfrontacja, która już obnażyła wszystko. Na ile w Związku liczyliście się z takim finałem jak 13 grudnia?

Odp. Te nastroje były zmienne, gdyż działo się bardzo dużo różnych rzeczy. Były również stany lękowe. Było wahadełko nastrojów i uczuć. Czy to osłabiało wolę? Nie! Bo już za mocno się w tym siedziało. To się grzęzło z problemami, które się nawarstwiały. Maszyna była już rozpędzona. Czy jednak przewidywaliśmy to czy nie? Myślę, że generalnie nawet jako Zarząd Regionu tak, czego dowodem jest nawet kwestia tych 2 milionów. Ktoś w ostatnim momencie jednak i to w bardzo dobry sposób. Jako pracownik Zarządu nic o tym nie wiedziałem, mimo, że by­łem bardzo serdecznymi więzami z tymi ludźmi związany. Oni zrobili to bardzo dobrze. Nie wiedział o tym nikt. Nawet przyjaciele. Przecież moim przyjacielem był Leszek Lechowski. On wiedział o tym.
Zresztą ja w tym samym dniu, który skończył się aresztowaniem, pojechałem do Warszawy, do Zarządu Mazowsza i miałem się skontaktować (Łukomski mi to nadał) z prośbą o instrukcje. Nie pamiętam nazwiska z kim się spotkałem, a z kim miałem się spotkać, ale się nie spot­ka­łem. Były to znane nazwiska w Regionie Mazowsza, którzy mieli już opracowany pewien plan powołania brygad robotniczych - samoobrony. Zdejmowanie tabliczek z nazwami ulic … To już zaczęło funkcjonować.

Pyt. Były więc na szczeblu centralnym jakieś koncepcje?

Odp. Taktyka była bardzo prosta. Miały być stworzone w ciągu 2-3 tygodni grupy ludzi. Stąd moja misja do Warszawy. Część tych ludzi była w Gdańsku na obradach i ich nie zastałem. I miałem odebrać materiały do tworzenia tych grup samoobrony.

Pyt. Czy Związek zakładał ze swej strony użycie siły?

Odp. Nie, natomiast miał to być bierny opór, polegający na dezinformacji, który mógł być potrze­bny, gdyż z taką możliwością się liczono, w przypadku wejścia wojsk sowieckich. Było już wtedy dość powszechne odczucie, że coś jednak się zdarzy i to niedługo. Ja przywiozłem bardzo szczątkowe rzeczy, dlatego że nie spotkałem tego kogoś, kto był w tym czasie w Gdańsku. Mazowsze było niemal puste w tym czasie …

Pyt. Docieramy do 13 grudnia 1981 roku i momentu aresztowania pana. W jakich okolicznościach to nastąpiło?

Odp. To się łączy z moim wyjazdem do Warszawy. W Warszawie śniegu nie było, jak przyjecha­łem rano, natomiast po południu zaczął podać. W przejściu podziemnym już była chlapa. To był 12 grudnia. Tak jak mówiłem, część tych materiałów wziąłem i wiele innych rzeczy. Kiedy wracałem pociągiem, to zrobiłem zebranie w przedziale. Oczywiście były kłótnie, a ja podpierałem się bibułą. Pełna dyskusja. Wojskowi stali na korytarzu - zawodowi. I było fajnie. Przyjechałem chyba około godz. 23-ej do Olsztyna. I tutaj był śnieg, rozpoczął się mróz. Tu już nie było wody, chlapy jak w Warszawie. Mróz się potęgował i nieg zaczął padać. Szedłem z dworca pieszo z tą bibulą i dochodzę do skrzyżowania Kołobrzeskiej z Kaliningradzką. Szedłem i było mi zimno. Miałem przemoczone nogi, czułem, że jestem chory. Gorączkę się czuje. Głowa staje się ciężka i dreszcze. Dochodzę do tego skrzyżowania, zatrzymuje się autobus MPK. Znali tam mnie wszyscy dokładnie. Kierowca otworzył drzwi, autobus zjeżdżał do zajezdni: „Panie Ta­deuszu, szybko do mnie na chwileczkę. Co się - mówię, dzieje. Przed Komendą stoją budy, jest wojsko. Ale mnie do głowy nie przyszło, że to jest właśnie to. To była właśnie ta noc.
Przy­­szedłem do domu, wziąłem kąpiel, taką fest, gorącą. Rozebrało mnie zupełnie. Byłem kom­pletnie chory. Całą tę bibułę wrzuciłem pod stół. Nie miałem już sił, żeby przejrzeć. Jest pukanie do drzwi. Ja miałem doga, tego niemieckiego Grey Deni. Mieszkam na Dworcowej (dawnej Kaliningradzkiej). Ten pies był duży, Wielki Dańczyk. W pokoju spała córka z babcią, to znaczy z moją mamą. Żona była w drugim pokoju, razem ze mną. Położyłem się spać. Było dokładnie za dwadzieścia dwunasta. Patrzyłem na zegarek. Pukanie. Myślałem, że z Zarządu Regionu, że coś się dzieje. Skojarzyłem to z informacją kierowcy. Pukanie było dość delikatne, ale natarczywe. Pies zaczął się awanturować, żona zapytała: Kto jest? Nie pamiętam co odpowiezieli, zdaje się że to była milicja. Żona otworzyła i weszło trzech: „Pan Tadeusz Kisły? Tak. Zatrudniony w Zarządzie Regionu? Tak. Proszę się ubierać!”

Pyt. Trzech, czyli kto?

Odp. Jeden był milicjantem niewątpliwie, w mundurze ale takim polowym raczej. Pozostałych dwóch nie pamiętam, ale był też cywil. „Proszę ciepło się ubrać. Jest pan internowany!” Ja nie miałem pojęcia co to w moim przypadku oznacza. On to powiedział w bardzo grzeczny sposób. Ten cywil po książkach tak spojrzał, pod stolik, gdzie była bibuła. Książki miałem w domu różne od Jerzego Wiatra poprzez „Nową” itd. Przejrzał, ale nie ruszał książek. Powiedział tylko: „Proszę ciepło się ubrać, proszę wziąć papierosy jak pan pali”. I daje mi papier, że jestem internowany. Tam było napisane: „W związku z działalnością, która może doprowadzić do niepokojów społecznych i wymierzona jest przeciwko ustrojowi państwa!!” Ja mam ten papier w Stanach… Jedyny papier, który przemyciłem. „Decyzją … zostaje internowany i przewieziony do Zakładu Internowania w Iławie”. Była podana Iława.

Pyt. A więc było już uaktualnione. Jak gdyby II rzut.

Odp. Byłem drugim rzutem, gdyż spotkałem Wojtka Ciesielskiego, który miał wpisany Kamińsk. I powiem panu, że ja wystraszyłem się. Obleciał mnie strach. zestawiłem wszystko do kupy i po prostu włożyłem spodnie, ale nie włożyłem kaleson, bo nie wiedziałem co ja robię. jakieś papierosy z barku wyciągnąłem, włożyłem to w kieszeń. W pokoju zaczęła płakać córka. Miała wtedy 11 lat. Wszystko słyszała dokładnie. Żona była roztrzęsiona, powiedziała ”Ja natychmiast idę do Zarządu Regionu!” A jeden z nich bardzo grzecznie, co najmniej poprawnie powiedział: „Proszę pani, tam już nie ma po co iść!” I wtedy się zorientowałem w sytuacji i właś­nie oblał mnie strach.
Wyszedłem z nimi. Nysa czekała, a w niej kierowca, pod domem. Wsiadłem do Nysy. Ten który się przedstawił, kończył prawo administracyjne w Toruniu, jeden z tych milicjantów, w stopniu porucznika. To był ten w takim mundurze, dość wysoki, szczupły facet. I ten kierowca odwrócił się i mówi: Czy pan chce zapalić? Ja już miałem gorączkę w tym czasie. Zaczynałem być chory. Później ten kierowca wyciągnął paczkę cukierków czekoladowych i powiedział: Weź pan! Matka tam dostała gdzieś w kolejce! Tak powiedział ten milicjant - kierowca. Ja wziąłem tego papierosa i tego cukierka. I ten porucznik użył brzydkiego słowa, które zapamiętam do końca życia: „Panie, co to się będzie działo. Komuś na górze się popierdoliło! Cały kraj stanie”. Jak dziś pamiętam. To jest dokładny cytat.
Wtedy śnieg był naprawdę duży. Ulice były już białe. I jak oni powiedzieli, że jedziemy do Iławy, zauważyłem, że skręcili gdzie indziej, przez most na Track. Mówię: „Jezu ja na wschód jadę!” Wystraszyłem się wtedy. Nie wiedzialem gdzie jadę. Nie miałem pojęcia, że tam jest jakaś baza. Zresztą żona nie wiedziała, że jadę do Iławy, bo ten papier tylko mnie podsunęli pod nos. W samochodzie starali się nawet jakiś rodzaj koleżeńskości stworzyć. Narzekali, że bieda, że to to, że to tamto … W Nysie z internowanych byłem tylko ja. Kiedy wjechaliśmy na ten plac, rzęsiście oświetlony, psy i te budy i oni w tych kufajkach. Tam była już zupełnie inna atmosfera. Teraz były już te psy, „ruszaj się”, popychanie. I wepchnęli mnie do tego baraku. I pierwszy człowiek, którego zauważyłem był Wojciech Ciesielski. Zabrano nam tam dowód osobisty.

Pyt. Kogo pan jeszcze spotkał w baraku?

Odp. W baraku pamiętam Wojtka, innych nie pamiętam. W baraku byliśmy krótko, to w budach siedzieliśmy około dwóch godzin. Pamiętam, że do tej budy wpędzano nas i tam założono kajdanki. To jest taka ludzka ułomność, ale jak zobaczyłem tych ludzi więcej, poczułem się lepiej. Nie jestem sam, może nie będzie tak źle. Może nie będzie ten Wschód …
I pamiętam jedną rzecz, jak wszedł Stefan, wepchnęli Śnieżkę, wepchnęli także Józka Lubienieckiego. Później Leszka Szawłowskiego. Nie widać było, żeby się specjalnie czym przejmował i powiedział: „Nie martwcie się” - rzucił parę kiepskich dowcipów, ale powiedział: Ja przy­najmniej zaopatrzenie przywiozłem. I zaczął rozdawać papierosy. To były „Cara” w niebieskich opakowaniach. I pamiętam rozmowę, którą usiłował nawiązać Józek Lubieniecki ze Stefanem Śnieżko. Józek jąkając się zaczął: „Stefan, czy jest takie prawo?” Spojrzeli na siebie i nie było już komentarza. Jaka bowiem mogła być odpowiedź na zaczęte w ten sposób pytanie. Józek miał immunitet sędziowski, a już siedział. I żaden z nich tego nie skomentował. Po prostu roześmialiśmy się wszyscy.
(Andrzej Pawłowski: Pamiętam, że Józek długo jeszcze nie mógł przyswoić sobie tej wiedzy, że on jako sędzia mający immunitet, nie ma prawa być tknięty).
Józek w tym momencie wydoroślał - tak mi się wydaje. Pamiętam, była kwestia siusiu … ja w tej budzie przyjechałem kompletnie chory do Iławy. Józek mi plecy rozcierał. Byłem w takim płaszczu z podpinką z misia, granatową. Długi płaszcz miałem. Józek kaptur mi podnosił i tam mi po plecach masaże robił. To było przygnębiające w tej budzie, bo pamiętam, że kiedy zdecydowaliśmy  się wyjść robić siusiu … Wypuszczono nas po długich pertraktacjach. Wychodziliśmy, o ile pamiętam, pojedyńczo. Stawaliśmy przed kołaem samochodu, świecił nam policjant latarką bezwstydnie, a my przy tym kole. I to tak po kolei kto miał chęć wyjść. A więc, tu była atmosfera przygnębiająca na tym placu, a kompletnie zawaliło się wszystko w Iławie, kiedy ta brama się otworzyła. Była zamieć, zawieja. Padały takie słowa: „Może nas ktoś odbije?” Oczywiście to tylko raczej dla podtrzymania na duchu. Kiedy za nami się ta brama w Iławie zamknęła, pierwsze słowa, jakie żeśmy otrzymali jak ten szpaler łobuzów tam stał wyprężony z psami. Padło słowo: „Pod ścianę tych takich owakich!”. Już na tym dziedzińcu więziennym. Dopiero nas do takiego baraczku wpędzono i tam rozdzielano. Odciski palców brano. Każdy dostał po kocu. Chyba nas na II piętro wprowadzono, nie pamiętam dokładnie. Tam były twarde łoża. I klęska była kiedy człowiek słyszał za sobą szczęk zamykanych drzwi. I Koniec. Ja stałem przy tych stalowych drzwiach i pomyślałem: „O rany Boskie”. Wyobrażałem sobie chorobę klaustrofobii. Tego się nie da opisać.

Pyt. Co może pan powiedzieć o tym pierwszym okresie?

Odp. Uważam, że obrazem, który był odzwierciedleniem samopoczucia większości z nas, była właściwie postać Ziutka Lubienieckiego, kiedy go po dwóch tygodniach zobaczyłem. Doszed­łem do wniosku, że my musieliśmy wyglądać dokładnie tak samo. W tym samym fatalnym stanie ducha.

Pyt. Jak długo był pan internowany?

Odp. Bez dwóch dni rocznica. Wyszedłem 10 grudnia.

Pyt. Najpierw była Iława, a później?

Odp. Później zaczęto nas dzielić, po 6 miesiącach (6 czerwca) zaczęto partiami wysyłać. Było dużo ciekawych momentów. Pamiętam, jak brata aresztowano, jeszcze w Iławie byłem. Aresztowano go podczas odwiedzin, na ulicy był śnieg, była niedziela, bardzo ładna pogoda. Poprzez kraty, siatkę i wydłubaną blendę ze skosa z II piętra można było zobaczyć tych, którzy szli w kierunku bramy i to się rozpoznawało swoich. To była chyba połowa lutego. Żona mnie przez dwa tygodnie szukała, nie powiedziano jej gdzie jestem. Papier widziałem tylko ja. Dowiedziała się dopiero od żon „współtowarzyszy”, które przekazywały sobie informacje. Podczas widzeń tych niedzielnych, milicja często przyjeżdżała i nie pozwalała gromadzić się ludziom miejscowym i innym. I zobaczyłem brata, zaczęłiśmy wymieniać zdania, ja krzyczałem, bo to okno się uchyliło więc było słychać. Zresztą każdy z nas wypatrywał i mógł śledzić rozmowy swoich kolegów. I kiedy zaczęliśmy wymieniać pierwsze zdania, wówczas podjechał radiowóz i chwycili mojego brata. I pamiętam tę solidarność. Jak chwycili mojego brata, to chociaż nikt go nie znał, zaczął się wrzask, ale taki jak na stadionie Marakana. To było coś potwornego. Wielki wrzask internowanych, ale i kryminalistów, którzy byli piętro nad nami. I był krzyk: „Gestapo!”, „Wy­puścić go!”

Pyt. Czy brat dał jakiś powód?

Odp. Nie, jedynym powodem było to, że stał na dole na ulicy, gdzie nie można było stać i komunikował się ze mną. Zabrano go i przetrzymano przez 2 godziny. Po 2 godzinach dotarł do mnie na widzenie. Jak go trzymano, to spisano personalia i powiedziano mu: „Jak chcesz to tam za 5 minut możesz być. Jeszcze słówko tylko”. A brat mi niefortunnie zmarł teraz, na początku sier­pnia, nie mam już nikogo. Starszy. On miał bardzo mocno rozwiniętą miażdżycę, a przy tym astmę. I na jeziorze wypadł z łodzi i tak się skończyło. Paweł, niemal 10 lat starszy ode mnie. On był dla mnie pewnym substytutem ojca.

Pyt. Najważniejsze przeżycie podczas pobytu w „internacie”?

Odp. Miałem bardzo mieszane uczucia, co do postawy kolegów. To znaczy, myśmy wszyscy w stosunku do siebie, poza wyjątkami, byliśmy bardzo nieufni. Tak mi się wydaje. Był pewien dystans, a niektóre grupy osób, które się tworzyły, chyba demonstrowały nieufność zbyt daleko posuniętą. Ja zresztą też w pewnym okresie troszeczkę nieufny. A przy tym siedząc w odosobnieniu, człowiek kontempluje różne historie, analizuje. I wydaje mi się, że mimo pozornej solidarności - to znaczy ona była - to jednak znaczna część z nas kierowała się ku sobie. Byliśmy skłonni bardzo często, mieć różnice zdań, na przykład co do sposobu postępowania z władzami więziennymi. Pamiętam, doszło nawet do konfliktu ze Stefanem Śnieżko. Ja np. nie zgadzałem się na głodówkę, która wydawała mi się rzeczą ostateczną i dla mnie nie było dość uzasadnione, żeby - nie pamiętam, o co tam chodziło, chyba o jedzenie - żeby podejmoać głodówkę. Byłem zdecydowanie przeciwny. Uważałem, że powód powinien być znacznie większy i ta głodówka tym samym miała by większy wydźwięk, niż jaki[AP5] ś tam lokalny ze strażnikami. Natomiast Stefan sądził, że małymi krokami można jednak doprowadzić do czegoś, czy do złagodzenia czegoś. Zresztą biorąc pod uwag Stefana profeję, jego … (?) były uzasadnione. Ciągle usiłował pracować, jednak kierując się prawem. W pewnych ramach. W pewnym okresie byłem dużym pesymistą, ale później już nie. Później myślałem, że to musi się inaczej skończyć. Koniec wydawał mi się jaśniejszy. Może to był wynik przystosowania też.

Pyt. Dlaczego panu nie zawsze się podobało zachowanie kolegów?

Odp. Z niektórych wychodziły atawizmy. Uważałem, że cały czas należało jednak tworzyć wspólny front i pokazać tym stróżom, klawiszom, że my jednak nie jesteśmy więźniami kryminalnymi, lecz stanowimy coś innego. Natomiast niektórzy reagowali w taki sposób: słowo za słowo, ząb za ząb. Ten sam język, te same sposoby zachowania się. Ja się z tym generalnie nie zgadzałem. Uważałem, że powinniśmy bardziej zdecydowanie w sytuacjach dramatycznych, stanowić front jednolity, natomiast nie powinniśmy zniżać się i wchodzić w spory, które miały na celu tylko ułożenie sobie bytowych spraw w relacji: strażnik - my. Cały czas uważałem, że my jesteśmy jednak coś więcej.

Pyt. Czy były jakieś sytuacje szczególnie dramatyczne?

Odp. Były. Dla mnie dramatem był fakt samych zachowań. Był to osobisty dramat, ponieważ umiałem przewartościować pewne postawy, pewne osoby. Ludzie, którzy wydawali mi się tutaj delikatni, mili, przyjemni, którym można było zaufać, tam wychodziło często zupełnie co innego. Stawali się ludźmi niegodni zaufania. Np. niektórzy zniżali się, albo tworzyli wokół siebie jakiś mit zupełnie niepotrzebny, który nie funkcjonował tam. tam nie trzeba było tworzyć mitów, tam rzeczywistość była taka, a nie inna i trzeba się było z tym wziąć za bary. I przeć do przodu. To działało w dwóch kierunkach. A jednocześnie dla mnie to była szkoła życia, poprzez możliwość obserwacji ludzi w zamknięciu. I powiem panu, że ja się dowartościowałem w ten sposób, że mój pogląd na człowieka zmienił się. I wartości według których w przyszłości powinienem sobie dobierać przyjaciół bądź eliminować przyjaźnie - jakieś wzorce stamtąd wyniosłem.

Pyt. Ale były też pozytywne przykłady?

Odp. Oczywiście. Poznawanie ludzi w warunkach ekstremalnych, co strach może zrobić z czło­wieka. Głównie strach, bo to była atmosfera strachu.

Pyt. Czy dotyczyło to tylko początkowego okresu?

Odp. Nie tylko, bo następowała faza przyzwyczajania się do warunków. I na ile ludziom zależało, żeby wyjść. Na ile oni dążyli do tego i jakimi sposobami (…) Zachowanie się ludzi w ekstremalnych sytuacjach były bardzo różne. Była w marcu tzw. zadyma w więzieniu w Iławie. tam niemal masakra nastąpiła, wyżywanie się tej służby więziennej, plus jakieś tam oddziały, które tam jeszcze sprowadzili z zewnątrz. Jakieś specjalne oddziały. Nie pamiętam. Myśmy siedzieli w celi. Ja byłem akurat ze Stefanem Ruchlewiczem i siedział Lubieniecki. Reakcje ludzi na te straszne krzyki, które się tam rozlegały na korytarzu. Natychmiast cele pozamykano i ludzie, którzy mieli wybite lipa, (takie małe okienka w drzwiach) i którzy akurat cele mieli usytuowane na którymś z końców korytarza. Chyba Leszek Lechowski miał taką celę, on obserwował. Albo Staszek Mackiewicz. Któryś z nich. Oni widzieli. Cały oddział, nie pamiętam czy czterdziestu tych milicjantów i służby więziennej, czy 60, czy trzydziestu kilku. Była ich spora gromada. My reagowaliśmy na odgłosy. I tych czterech chyba gdańszczan. Znęcano się nad nimi. I teraz reakcja ludzi. Była to reakcja ludzi wystraszonych, bojących się o siebie. Zresztą te pały się tam wsuwały co chwilę do tych cel i: „Teraz przyjdziemy do was i wam tutaj …” itd. Bali się wszyscy, to nie ulega wątpliwości, ale jak się zachowywali. Kilku tych moich współtowarzyszy i ja zresztą też, zaczął się straszny rumor w tych celach. Na korytarzu były krzyki, a raczej straszne wycie, zwierzęce. Tych ludzi tam bito, kopano. I rozległ się hałas w tych wszystkich celach z róznym nasileniem. W każdej celi był taki stołeczek metalowy i tłukliśmy w drzwi. Echo niosło się na Iławę, na tę ulicę i mieszkańcy okolicznych bloków, okna mieliśmy naprzeciwko, oni to musieli słyszeć. Ale to jest uboczny efekt tego wszystkiego. Natomiast jedni reagowali w ten sposób, zaś dla mnie absolutnym zaskoczeniem był fakt, że (ze strachu, niewątpliwie ze strachu) Stefan i Ziutek zabrali się za partię szachów, w tym momencie. Ja widziałem, że im się ręce trzęsły. Usiedli do partii szachów. Ja rzuciłem raz tym stołkiem w drzwi i początkowo byłem oburzony ich zachowaniem (ci grają w szachy, tamtych ludzi mordują). Ale przecież człowiek nie mógł sforsować tych drzwi. A tak na dobrą sprawę to myśmy się bali, żeby oni nie weszli. Mimo to wbrew woli, waliliśmy w te drzwi. A ci grali w szachy! To nie była gra, to była próba stworzenia pewnej bariery, izolacji. To też było kolejne doświadczenie, jak ludzie się zachowują.

Pyt. Ja miałem informację, że całe to zajście było w celi.

Odp. W celi się zaczęło. Już nie pamiętam o co tam chodziło. W każdym razie około godziny chyba piątej po południu, żeby wezwać strażnika więziennego do celi, może ktoś był chory, może inna sprawa - taki był zwyczaj, należało zastukać w drzwi celi od wewnątrz. Wówczas ci straż­nicy, którzy mieli dyżurkę usytuowaną w centralnej części korytarza, po przeciwnej stronie cel, z reguły podchodzili i pytali o co chodzi. Nie wiem czego wówczas chcieli ci ludzie, ale to stukanie trwało co najmniej 10 minut. Ono się potęgowało, ponieważ nikt nie przychodził, nikt nie reagował. I sądzę, że to było celowe, żeby sprowokować, żeby wyżyć się na nas. W momencie kiedy to stukanie stało się natarczywe i głośne, na korytarz wtargnęła ta grupa kilkudziesięcioosobowa, to można było poznać nawet po krokach.

Pyt. Z tymi tarczami i w chełmach, wyglądali strasznie.

Odp. W pełnym rynsztunku wpadli. Weszli do tej celi, cela była niewielka, a więc liczba osób chętnych do wyżycia się była większa, więc wyciągnięto ich i pędzono z tego końca korytarza, aż do środkowej części i szpaler. Tam każdy dokładnie mógł się wyżyć. To, że ja w te drzwi uderzyłem, to też nie wynikało z niczego innego tylko ze strachu. Człowiek nie wiedział co robi. Było to dla mnie straszne przeżycie. To jest reakcja takiego szczura, który gdzieś tam …

Pyt. Czy takich dramatów było więcej? Nie mówię o zajściach w Kwidzynie, to jest odrębna sprawa.

Odp. Nie znam przypadków, które byłyby na podobną skalę i miały podobny skutek. Ci ludzie byli storturowani. Natomiast były indywidualne przypadki, że bito, kopano, ktoś był zbyt opieszały lub sprzeciwiał się - kluczami w brzuch itd. Takie przypadki się zdarzały.

Pyt. Czy zna pan może nazwiska gorliwych funkcjonariuszy?

Odp. Kazimierz … miał pseudonim „Indor”. Nie mogę sobie przypomnieć nazwiska. Wyjątkowy. Wielu moich kolegów na pewno pamięta to nazwisko. W Kwidzyniu był jeden, ale też nazwiska nie pamiętam. Ja bym go poznał nawet po tylu latach.

Pyt. Czy pan bezpośrednio padł ofiarą takich prób wyżycia się?

Odp. Nie.

Pyt. A czy ktoś z bliskich kolegów?

Odp. Z najbliższych przyjaciół chyba nie. O, tak, ale to dotyczyło Kwidzyna, a mnie w tym czasie nie było. Ja wyszedłem z Leszkiem Lechowskim na przepustkę i mnie nie było w tym czasie, kiedy się tam stała rzecz straszna. M.in. przecież Andrzej Bober strasznie pobity, Kałudziński …

Pyt. Czy funkcjonariusze SB wzywali, przesłuchiwali?

Odp. O tak. Tak samo wiele osób na tej samej zasadzie mogło mnie nie ufać. Przynajmniej w pew­nym momencie. Mnie to krzywdziło, ale przecież nie było sensu robić afer, tym bardziej, że do pozostałych miałem również pewne objekcje. Moim interlokutorem był niejaki Mroczkowski z SB. Bardzo grzeczny świńtuch, który mazurzył. Nosił brązowy garnitur i złoty pierścień na pra­wej ręce. Mazurzył strasznie, na mnie mówił :”Kysły”, co mnie denerwowało. Wielu z nas zda­wało sobie sprawę, że bez interwencji z zewnątrz oni zrobią to co chcą, a na taką interwencję nie można było liczyć. Byli nawiedzeni, szaleńcy, którzy mówili, że w lasach szczycieńskich gromadzą się kupy zbrojne i swawolne, które niebawem będą odbijać Iławę. Co poważniejsi, wrzucali to między bajki. Generalnie nie mieliśmy nadziei na szybkie uwolnienie ze względu na sytuację na świecie i w Europie. Wiadomo było, że Rosjanie już nie weszli i nie wejdą, natomiast Zachód nigdy nie będzie interweniował. Poza tym, myśmy się bardzo cieszyli z sankcji kolegi Regana, wiedzieliśmy, że to jedynie może coś zrobić. Byli ludzie, którzy wierzyli w Amnesty International. Delegacje z tej organizacji były chyba dwa razy, również Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Ale oni byli jak papież, bez wojska. Chodziło głównie o to, żeby przetrwać, taki pragmatyzm w niektórych grupach funkcjonował. Chyba większość była zwolennikami takiego kursu. Ja byłem wzywany parę razy. Niektórzy odmówili, inni chodzili na te przesłuchania. Niektórych zmuszano.

Pyt. W wypadku odmowy, czy były jakieś konsekwencje?

Odp. Nie Mogły być. Czasami odmawiano widzenia z rodziną, co było bardzo przykre, szczególnie dla rodzin. Przemieszano ludzi, chyba po to, żeby wzbudzić tę nieufność. To dzielenie i rządzenie miało miejsce. Z celi do celi i domysły, dlaczego X-a przeniesiono tu, kiedy ci ludzie kiedyś się nie lubili. Imaginowano sobie różnego rodzaju sytuacje. A często przenoszono za karę, bo był niegrzeczny. Mojej rodzinie też odmówiono dwukrotnie chyba widzenia i żonę poinformowano, iż byłem niegrzeczny przy jakiejś tam okazji.
Ja odczuwałem gwałtowny ciąg do kontaktów z ludźmi z zewnątrz, z poza muru więziennego. I dla mnie ten ubek był kimś z zewnątrz. Można było odmówić, ale były róne konsekwencje. Pamiętam Eichlera, on wyjechał do Szwecji. Naraził się na sporo różnych kłopotów, był hardy, odmówił. W rezultacie jednostkowe zachowanie nie miało absolutnie żadnego wpływu na zmia­nę polityki w stosunku do nas. To zależało od rozwoju sytuacji w kraju. Decyzje były gdzie indziej, nasza grupa nie miała na to żadnego wpływu.
Można było zrezygnować, ale wie pan - te rozmowy właściwie były głupie. Ja zresztą pokłóci­łem się z ubekiem, ten Mroczkowski widział awersję, jaką czułem do niego. Kiedy przeszliśmy na tematy, jak agresja sowietów 17 września, kiedy zaczęli nasze wschodnie tereny zajmować. Facet mi przez pół godziny klarował, to co się dzieciom opowiiada w szkole. On był tą stroną aktywną. Podczas tego kolejnego wykładu ja się zdenerwowałem.

 

Koniec

 

 

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

 

Malenko OK

Olsztyn  Friday, 10 June 2011 r.

 

 

Do druku podał za Siecią poniższy tekst:


Rozmowa a Władkiem Kałudzińskim

w dniu 13 października 1994r.

 

Pyt. W jakim przedsiębiorstwie pracowałeś w roku 1980?

Odp. W Polmozbycie. Byłem diagnostykiem. Związany byłem w Polmozbycie na Partyzantów, była stacja diagnostyczna oddzielnie i tam we dwójkę z kolegą pracowaliśmy na zmianę od 6 - 14 i od 14 - 22.

Pyt. Kiedy zostałeś członkiem „Solidarności”?

Odp. Jak już powstawała „Solidarność” - wrzesień - październik 1980 roku, to pamiętam poszedłem do MKZ-tu, który mieścił się w dyrekcji WPKM i tam poszedłem po materiały. Chciałem zoba-czyć, co to jest. To była moja pierwsza styczność. Tam Łukomski był - dopiero później skojarzy-łem, że to on.

Byłem wówczas świeżym pracownikiem, pracowałem chyba dopiero od roku w Polmozbycie i nie znałem całej załogi.

Pyt. Czy ktoś inny w Polmozbycie interesował się jeszcze „Solidarnością”?

Odp. To jeszcze taki Bolek Matuć, on poszedł też do MKZ-tu na własną rękę i przyniósł materiały. Zakładanie Związku nie wynikło z mojej inicjatywy. Bardziej zorganizowany był transport.

Pyt. A ten działacz z Polmozbytu, który teraz zakład poligraficzny prowadzi - Andrzej Dębski?

Odp. Wtedy go nie znałem, może jeszcze wtedy nie pracował. W każdym razie wtedy nie działał w „Solidarności”. Ja go w 1980 roku nie znałem. Nawet jako pracownika nie znałem.

Pyt. Czy pamiętasz w jaki sposób działała „Solidarność” w Polmozbycie?

Odp. Było parę akcji. Chyba strajk ostrzegawczy przed wydarzeniami bydgoskimi w marcu 18981 roku. Godzinę czy trzy godziny był postój. Opaski. Przewodniczącym Komisji Zakładowej „Solidarności” był Czesiek Łada. Później w stanie wojennym on nie był internowany tylko wciągnięty do ZOMO, a może do wojska - w każdym razie był tu w Olsztynie na miejscu.

Pyt. Jak go oceniasz jako przewodniczącego?

Odp. Oceniam go negatywnie, po prostu był za miękki. Był nawet taki moment, że zgłosiłem votum  nieufności, ale nie było innego kandydata, nikt nie chciał podjąć się tej funkcji. Uważałem, że on jest za miękki, gdyż miał być jakiś strajk, a on się upłynnił. Poszedł na zwolnienie lekarskie po to, żeby nie uczestniczyć w strajku. Na te czasy był za słaby - tak uważałem. To już wtedy była walka polityczna.

Pyt. A czy wśród działaczy „Solidarności” ktoś pozytywnie się zaznaczył?

Odp. Tylko właściwie jeden taki był, reszta to się rozpierzchła, nawet cała ta Komisja Zakładowa. Najbardziej jeszcze był zaangażowany ten mój kolega, z którym pracowałem Bolek Matuś. To był chłopak można powiedzieć mniej rozgarnięty, ale twardy. Nieraz potrafił powiedzie jasno.

Pyt. Czy był w jakiś sposób szykanowany w stanie wojennym?

Odp. Raczej nie. On przyjeżdżał do mnie na rozprawy. Pamiętam, że był na każdej rozprawie. I on nawet zebrał podpisy od kolegów z Polmozbytu, żeby mnie wypuścili z więzienia. Takie poręcze-nie.

Pyt. A czy ty miałeś kontakt z tymi bardziej znanymi działaczami regionu?

Odp. Nie miałem kontaktu. Chodziłem na takie spotkania, bo ja tym żyłem. Te spotkania w zakła-dzie pracy. było ich co niemiara w różnych sprawach. Pomagałem organizować Związek. Byłem w paru miejscowościach w tych mniejszych stacjach Polmozbytu. Dwa lub trzy razy byłem.

Pyt. W jakich okolicznościach zostałeś internowany?

Odp. To znaczy ja już czułem, że coś może być, gdyż ukazywały się w stanie wojennym ulotki anty-państwowe i antykomunistyczne w zakładzie. I ja pewne rzeczy od kogo tam dostałem i żona przepisywała na maszynie i tam rozrzuciłem trochę tych ulotek. Jeszcze kolega ten Bolek Matuś i jeszcze jeden był. I on trochę podrzucił mi tych materiałów. Kierownik zaczął mnie trochę podej-rzewać. Mówił: - Panie Władku, czy to nie pan to robił?

Pyt. Te pierwsze ulotki nie były twego autorstwa?

Odp. Nie, myśmy je otrzymali od kogoś i później razem działaliśmy, m.in. Bolek, rozrzuciło się w przerwie w szatni, czy gdzieś po szafkach powtykaliśmy. Kiedy dostałem jedną to żona przepi-sywała na maszynie.

Pyt. A więc raz wytłumaczyłeś się kierownikowi, a dalej?

Odp. Pamiętam później, że chorowałem i poszedłem do lekarza, z rana. Trzęsło mnie, a on mi nie dał zwolnienia. Czułem się chory i poszedłem później drugi raz do lekarza. I mówię do pani doktor. A wcześniej miałem rewizję w domu. W każdym razie lekarka mierzy mi temperaturę i w tym czasie jest telefon. Widocznie mnie obserwowali. Lekarka jak był telefon to wychodziła - i za pierwszym razem także. Za pierwszym razem ja jej powiedziałem: - Jak pani zakazano dawać zwolnienie, to niech pani napisze, że jestem chory, ale pani nie wolno wydać zwolnienia. - Nie, tego …

Ale tak wyglądało, że już wtedy musiałem być obserwowany i że nie kazano jej dawać m zwol-nienia lekarskiego. Drugim razem mi jednak dała. najpierw powiedziała: - Ale przecież pan był. -  Byłem - ja mówię - ale mam 38 czy 390, a pani powiedziała, że ja nie jestem chory.

Pyt. To była lekarka zakładowa?

Odp. Nie, ja byłem tu w przychodni. I dała mi w końcu. Przyszedłem do domu, leżałem w łóżku i następnego dnia z rana przyszli panowie robić mi rewizję. Żona była. Wtedy zabrali mi maszynę. Chyba znaleźli tam ze trzy ulotki pojedyncze. Jak były to pojedyncze. Zabrali maszynę do eks-pertyzy i kasety. Wtedy jeździli tam i spowrotem, chyba ze 2-3 razy, chcieli żebym się ubierał i z nimi pojechał, ale żona zaczęła krzyczeć: - On jest chory, on nigdzie nie pojedzie. I wtedy poje-chali po następną ekipę. Zrobili mi również w pracy rewizję.

Pyt. Czy formułowali jakieś konkretne zarzuty?

Odp. Było podejrzenie, że ja te ulotki. Ale ja złożyłem u nich skargę, że zabrali maszynę do prokura-tury. To było gdzieś luty, marzec. Zimową porą. Ja czując, że mogą mnie internować, wziąłem urlop i chciałem wyjechać, żeby sprawa przycichła. Pojechałem sobie na dwa tygodnie w rodzin-ne strony, żeby odpocząć od tego wszystkiego, żeby przycichło - po co mają mnie zamykać. Pa-trzyłem, że tam z góry z dyrekcji zaczynają mnie obserwować - taki personalny z kadr. On z góry patrzył - jak ja przychodziłem do szatni, to było widać, że „Władek idzie do szatni”. I on za mną do szatni, niby coś tam szuka. Podejrzewałem, że jestem obserwowany. I jeszcze wcześniej czy też później, przeprowadzono ze mną rozmowę - chyba ze wszystkimi takie rozmowy były prze-prowadzone. Ubek zaczął mnie tam straszyć, taki gruby. I mi lojalkę podsunął. Ja przeczytałem i mówię, że nic nie robię i podpisałem ją. Zapytałem wcześniej: - A jak nie podpiszę to co? - No to pana internujemy.

Pytał się z kim pracuję, z kim się najwięcej spotykam. To ja mówię: - Równo. A później moich kolegów przesłuchał. Ten pierwszy raz chciałem ubeka przekonać, że miałem racje tam słuszne. A ubek mówił nawet: - Zobaczy pan, że oni zostaną jeszcze ukarani Gierek i inni, Jaroszewicz. Może był przygotowany jakiś proces. A jeszcze wcześniej to ja prowadziłem działalność w związku z nadużyciami, chociaż teraz z dalekiej perspektywy, to się okazuje, że to co oni tam knuli to były dobre sprawy w stosunku do dzisiejszych czasów, kiedy są luki w prawie. Wtedy chodziło o talony, że niektórzy zamiast co 4 lata, dostawali w krótszym czasie i to im się opłacało. Sam to robiłem. Na ul. Pieniężnego była taka instytucja „ZETO” i tam też chyba była Komisja Zakładowa i przyniosłem im tam te wszystkie teczki. Oj, gdyby wówczas poginęły te dokumenty, to by jeszcze mnie zamknęli.

Pyt. Bo ty z biura wziąłeś te teczki?

Odp. Tak z biura, od kierownika, musiałem pokwitować. To wszystko na mojej głowie było. I później to wszystko zanosiłem do prokuratury. Ale ta sprawa się  rozmyła - później był stan wojen-ny.

Pyt. A więc wystarczająco zagrałeś im na nerwach, żeby cię internowali. jak uważasz, kto się głównie przyczynił do tego?

Odp. Internowano mnie akurat przed 1 majem, 30 kwietnia. Przyszedł do mnie kierownik z zakładu pracy i mówi, że mam się zgłosić na milicję. To było w zakładzie pracy. Ja mówię, że nigdzie nie pójdę. Jak pan chce to proszę mi tu na piśmie dać. I później przyszedł po godzinie i powiedział, że po rozmowie z panem dyrektorem daje polecenie służbowe pójścia na komendę.

Ja miałem parę spraw, co miałem się tak spieszyć. Jeszcze miałem takie fotele odebrać. tak czułem, że mogą mnie przyskrzynić. Ale myślałem, że mnie 2 lub 3 dni potrzymają i wypuszczą. Załatwiłem te wszystkie sprawy i poszedłem jeszcze do żony i mówię, że mam wezwanie. Chodziło o to żeby było wiadome, gdzie szukać. Żonie dałem to zaświadczenie, że z polecenia kierownika mam się zgłosić na komendę, żeby ona wiedziała gdzie jestem. I poszedłem na UB na Partyzan-tów do tego czerwonego gmachu.

Pyt. Do czerwonego gmachu?

Odp. Tak, tu gdzie UB się mieściło, nie milicja tylko UB. I tam wzięli mnie do pokoiku, tam siadłem a oni: - No tak, pan nam nic nie chce pomóc, pan nie chce z nami rozmawiać, to pan trochę dłużej tutaj posiedzi.

Pyt. Kto cię przesłuchiwał?

Odp. Kilka osób na zmianę. - Może pan sobie przypomni to … Nazwisk tych osób nie pamiętam, jeden taki gruby, starszy.

A jeszcze z przeszukania, to dwóch takich młodzieniaszków, którzy się tam wyżywali, niegrzecznie się zachowywali podczas przeszukania. Ale ten starszy facet starał się być grzeczny: - A to ja pana znam ze stacji diagnostycznej. - Przecież oni samochodami też przyjeżdżali. Byłem tak ze 2-3 godziny na tej komendzie, to oni wtedy: - No, widać, że się nie dogadamy, to pan przenocuje tu-taj.

Pyt. O co im głownie chodziło?

Odp. Chodziło o ulotki. Kto rozrzucał ulotki, a ja mówię: - Ja nic nie wiem. - Na dół! Sznurówki zabrali, dokumenty. Pierwszy raz zetknąłem się z więzieniem. rygory w pewnym stopniu wię-zienne. Tę noc to zapamiętam do końca swego życia. Nie spałem całą noc, bo się leżało na takich pryczach drewnianych, twardo, kocem się przykrywało. Nie mogłem spać bo wszystko mnie bolało.

Pyt. Kto był z tobą w celi?

Odp. Sami złodzieje byli. jakoś przeleżałem. Słyszałem cykanie każdego zegara, bicie zegara, wie-działem która godzina jest. Może trochę człowiek i zdrzemnął się. Ale głównie to nocne czuwanie było. Rano wstałem, kible były tam na dole, osobno, nie w celi. Mycie też było. Śniadanie marne.

Pyt. Mówisz o tym czerwonym budynku obok Dąbrowszczaków?

Odp. Tak. Blisko drogówki. Tam była drogówka, a teraz jest UOP. Koło UOP-u. To był 1 maja. Później w jakim momencie, pamiętam, przywieźli jednego internowanego, nazywał się Żółciński.

Pyt. On wtedy też dopiero był internowany?

Odp. Tak, bo jak później się dowiedziałem, Tadek Mikułan, on tam ulotki czy coś mieli zawieszać koło Ratusza na 1-maja i Tadek uciekł, a tego dorwali. Później się okazało, że ten Żółciński próbował ze mnie wyciągnąć parę rzeczy. Tak żeśmy się wieczorem położyli. Teraz dopiero wiem z perspektywy czasu, że on chciał wyciągnąć ze mnie parę rzeczy, po prostu współpracował z UB. Później z rana jego zabrali. Widocznie nic się ode mnie nie dowiedział, ja już wtedy byłem bar-dziej ostrożny i podejrzliwy. Jak ktoś za dużo pytał, to znaczy, że to było podejrzane. Już wtedy wyczuwałem. Najpierw jego gdzieś tam wzięli z rana, a później mnie. Jakoś się tam wałkowało, szukali podstawy, żeby mnie zamknąć. Widocznie na mój temat za dużo nie mógł powiedzieć. Myśmy się znali wcześniej z widzenia, chyba przyjechał samochodem. W każdym razie ja już go znałem wcześniej.

No i z rana, pamiętam, poproszono mnie tam na dół. Kazali się ubrać i pokazali mi ten doku-ment: - Przeczyta pan punkt … tam któryś, który mówił, że mogę się odwołać. To jest dla pana najważniejszy punkt, tak mi zaznaczyli. O internowaniu było to pismo.

Byłem więc internowany. Ubrałem się. Była to niedziela, i do czarnej wołgi. Dwóch panów po bokach, ja w środku skuty kajdankami, jak wielki zbrodniarz, żebym nie uciekł. I idziemy. Dwóch cywilów i kierowca. Zajechaliśmy do Iławy. Tam mnie przekazano. Tam jeszcze odciski mi pobrano. Już dokładnie nie pamiętam, w każdym razie zaprowadzili mnie do celi. Nikogo nie ma, sam jestem. Do nikogo nawet gęby otworzyć. Później się dowiedziałem, była niedziela i wszyscy byli na Mszy św. Później zjawił się taki mały, nieduży z Ostrołęki był, leśnik. I on zaczął mnie wprowadzać. I zaraz po rurach nadał informację, e jest jeden z Olsztyna. No to później mnie tam ściągnęli - Andrzej Bober do swojej celi.

Pyt. Bo wtedy można już było wędrować?

Odp. Tak, można było wędrować. No i oni mnie zaprosili. Pamiętam Andrzeja Bobera i Rysia. Pierwszy raz Rysia Kułakowskiego widziałem - taki łysy. Był taki uprzejmy: - Herbatki, Władziu. Ja nie byłem przyzwyczajony do takiej uprzejmości. I mnie się pytają: - Władziu, a za co ty sie-dzisz? - Nie wiem za co. Zamknęli mnie tak jak wszystkich, za niewinność. I trochę się zaczęli pytać o nastroje w Olsztynie. Też tego ruchu nie znałem opozycji. Co wiedziałem, to przekazałem. Już przy kościele św. Józefa powstał punkt porad prawnych. tam też już byłem jeszcze przed internowaniem …

Pyt. Jak długo byłeś w Iławie?

Odp. Może skończmy jeszcze o nastrojach w Iławie. Chodziło się na spacerniku już godzinę czasu. Spacery były codziennie. Różne akcje były. Raz pamiętam, wywieszaliśmy chyba każdego 13, flagi z napisem „Solidarność”. To się wywieszało przez okno. Były robione różnego rodzaju znaczki, koperty się stemplowało.

Pyt. Z kim siedziałeś w celi?

Odp. Wtedy siedziałem początkowo z tym leśnikiem z Ostrołęki, a wkrótce przyjechał dziadek Pąkczyński z Olsztyna i Surowiec Zbyszek. Chyba po tygodniu. Oni byli w mojej celi. Później po pewnym czasie chodził Łukomski i szukał: kto nie pali, to może do mojej celi przyjść. Ja nie palę i poszedłem do jego celi. Tam jeszcze był Kazik Rochowicz z Iławy. W trójkę tam byliśmy. Przychodził też Alek Rusiecki. On na temat polityki się wypowiadał, kiedy to się skończy, jak to się zakończy. Lubiliśmy go słuchać. W brydża się grało, aby czas zapełni. Albo w szachy. W szachy to nie lubiłem grać, bo wymagały dużego myślenia. Wolałem w brydża.

I po pewnym czasie część internowanych zaczęto przewozić tą więźniarką: Stefana, Łukomskiego. Mnie przewieziono ostatnim transportem. Kosek jeszcze, taki rolnik siedział. A jeszcze pod-czas internowania, przekazywałem żonie różnego rodzaju pamiątkowe sprawy: znaczki i inne rze-czy - to się wkładało w proszki. Próbowało się przemycić. Kiedyś, pamiętam, papieru toaletowe-go nie było, to dałem cały krąg papieru.

Pyt. To znaczy, że wszystkich internowanych wywieziono z Iławy?

Odp. Tak, ja odjechałem ostatnim transportem pod koniec czerwca 1982 roku. Też nie mówili gdzie wiozą. A jeszcze wcześniej uszyłem taki worek, który jeszcze mam, z tych podkładów, płótno lniane pod siennikiem. Kazik Rochowicz miał nitkę, to mi nitkę dał. Jeszcze mam, Wojtek w tym książki nosił.

Pyt. A do czego ten worek miał służy?

Odp. Po prostu wszyscy szyli - na przeprowadzkę. Do worka wszystko władowałeś i wygodnie było, na plecy. Każdy się liczył, że będzie się przeprowadzał, więc szył worek. Podczas internowania to myśmy byli na własnym prowiancie - żona przywoziła i z kościoła mieliśmy pomoc. Tego wię-ziennego jedzenia nie można było jeść prócz chleba, czy zupy, to tego nie dało się jeść. Takie marne było. tam myśmy próbowali np. frytki robić z ziemniaków. Taki garnek duży był na gazie. Spirala była wycięta w takim pustaku, suporeksie. I spiralę się przesuwało. Robiło się złodziejkę od żyrandola. To było wzbronione. Za każdym razem jak przychodzili to zrywali. To znaczy nie wszędzie, bo tam gdzie spokojnie było, nie rozrabiano, to popatrzyli na to i nic. Przecież jednego razu zerwali, a następnego dnia było spowrotem, przecież herbatkę czy coś. Brało się dwie żylet-ki i między żyletki … do gotowania wody. Wodę się gotowało, herbatkę się robiło. Te spirale by-ły zrobione, to często Kazik robił.

Pyt. Później wywieźli was do Kwidzyna.

Odp. Jak przyjechaliśmy do Kwidzyna, to wszyscy nas widzieli, bo tam było już pełno internowa-nych. Tam nawet łóżka były piętrowe. Ja byłem w celi gdzie był „Faja” z Dobrego Miasta, kiedyś żeśmy się nawet pokłócili, bo żeśmy grali w brydża i ja źle wyszedłem, a on miał chyba dwadzie-ścia parę punktów i odezwał się z dwóch bez atu, a ja mu sparowałem, bo byłem bezpunktowy. I on najechał na mnie. tam tak super jeszcze nie grałem.

Oprócz „Faji” był jeszcze z Gdańska jeden, o!, Żółciński jeszcze też był. Pamiętam jak go przy-wieźli. Chyba 6 osób było. Z Gdańska były dwie osoby, jeden taki złodziej, był to chłopak młody, dobrze zbudowany. jego zabrali na komendę i chcieli go do ZOMO, a on powiedział, że nie, to oni, że go internują. No to internujcie. A wcześniej już powiedział: - Panowie ja byłem już kara-ny. - To nie przeszkadza, możesz być. I później go internowali. Oni mieli zdolności. Na ścianie pisali czerwoną farbą „Solidarność”. Takimi literami - pół metra. To ci z Gdańska napisali. Oni mieli pędzel czy coś, farbę czerwoną. W każdej celi chyba był chyba taki napis.

W Kwidzynie były luzy. Z rana się wychodziło kiedy się chciało, na korytarz i tam był ośrodek dla pracujących. tam już były inne zwyczaje. Nie było regulaminu internowanych. Nas obowiązywał regulamin tymczasowo aresztowanych. Tam w kwidzynie to z Międzynarodowego Czer-wonego Krzyża przyjechał i powiedział, że jak internowani to luzy powinny być. Cele zaczęto otwierać. też były święta, każdego „trzynastego” wciągaliśmy flagę na maszt.

Pyt. Na jaki maszt?

Odp. Były tam słupy oświetleniowe. To było wysokie, drabiny nie było. Żyłka była i żyłkę przerzu-cało się przez słup i się wciągało flagę. Taka kotwica była i ona zaczepiała się, żyłkę się odcina-ło, że nie można było jej ciągnąć. Później jak klawisze chcieli to ściągnąć, to przyjeżdżała straż pożarna i wtedy ją zdejmowali.

Pyt. Jak się zachowywali internowani? Czy rzeczywiście było to zachowanie prowokacyjne?

Odp. Znaczy, był taki pogląd - walka z klawiszami. tego nie podzielałem. Było wiele osób takich, które można powiedzieć, że ich zachowanie było nie na miejscu. Wyzywanie klawisza, ubliżanie mu. Ja wychodziłem z tego założenia, że trzeba traktować go jako osobę, która nie istnieje - nie rozmawiać, nic nie mówić do niego, tak jakby go nie było, jak powietrze.

Przecież już w Iławie nikt na komendę nie wstawał, leżało się, przyszedł popatrzył, zamknął. Nikt nie meldował, że tylu i tylu w celi. Tak początkowo było, początkowo rzeczywiście były rygory niesamowite.

Pyt. Kto celował w tym wulgarnym odnoszeniu się do klawiszy?

Odp. To Pagacz, to Wiesiek Brycki, potrafił wiele, z olsztyniaków. Piotrek Bączyk - młody chłopak z OZOS-u. On został internowany też po 1-maja. Mieliśmy tam Mszę polową, przyjechał biskup z Lublina czy skądś. Były negocjacje między internowanymi, a komendantem ośrodka. Rodziny przyjeżdżały z daleka i jak w wypadku Goławskich, to ojciec siedział, dwóch synów, synowa i ta matka jeździła, co tydzień to była gdzie indziej. Bo 4 są tylko niedziele, a każdego chciała odwie-dzić. Dwóch braci Goławskich to ze mną siedziało. I wtedy powstała ugoda między internowa-nymi (ja nie uczestniczyłem w tych rozmowach), a komendantem, że będą widzenia na świeżym powietrzu. Stoły się rozstawiało i jak rodzina przyjechała można było posiedzieć. I wszyscy na-raz. Nie musieli czekać pod bramą, bo w salce wszyscy się nie mieścili. I to było chyba raz czy dwa razy. Następnym razem uciekł internowany. To było na pewno przygotowane, wyszedł ra-zem z odwiedzającymi, w cywilnych ubraniach. I potem komendant powiedział, że „nie”, że nie będzie tych widzeń. To był ktoś z Siedlec, ten co uciekł. Później ja go spotkałem. On w Piszu się ukrywał trochę czasu, później jakieś inne miejsce znaleźli.

Komendant powiedział, że nie będzie widzeń na wolnym powietrzu. Już wcześniej nie miało być widzeń, ale myśmy wykorzystali przyjazd biskupa. Wtedy pamiętam też żeśmy się zebrali pod płotem. jak przyjechał biskup to nie wypadało nie dać widzeń.

Pyt. Ale przynajmniej raz było to widzenie za zezwoleniem komendanta na świeżym powietrzu?

Odp. Tak było, dwa razy było. Nawet po tej ucieczce było. Jak ten biskup przyjechał. To było 14 sierpnia z rana, niedziela. Ale już wcześniej się zapowiadało, gdyż było widać takie różne zmia-ny. Więcej tych klawiszy. Nawet któryś z tych klawiszy powiedział: „Jeszcze trochę i dostaniecie swoje”. Już się odgrażali, wiedzieli, że coś się szykuje.

W niedzielę widziałem, że wynoszą stoły i na widzenia przygotowują. Widzę, że wszyscy się gromadzą, mówią: „idziemy manifestować”. Kubek w ręku, talerz i się szło. I śpiewało się pio-senki patriotyczne, to więzienne. Ale w tym czasie trzech poszło na rozmowę do komendanta. M.in. Andrzej Bober wtedy był. Według relacji, komendant zwlekał z rozmową. Nie doszła ona do skutku i tylko było wiadomo, że widzeń nie będzie. A w tym czasie nastąpiła zmiana komen-danta. Ze względu na to, że tamten sobie nie radził. Było więc dwóch komendantów, bo chyba ten nowy nie miał jeszcze nominacji, ale ten nowy już podejmował decyzje. A ten stary komendant, jak na rozprawie zeznawał, to mówił, że jeszcze chciał pozwolić jeden dzień, gdyby mu pozwolił ten nowy komendant, ale ten nowy się nie zgodził.

W pewnym momencie ktoś rozciął siatkę, to był błąd internowanych. I tak żeśmy stanęli, z jednej strony i drugiej. Jak przetniesz to siatka się rozpłynie w prawo i lewo. W tym czasie Pagacz wszedł na dach, część przeskoczyła przez dach. Przeskakiwano na drugą stronę. Ja akurat w tym czasie nie miałem powodu, żeby przechodzić na drugą stronę. Mówię sobie: wejdę na dach do Pagacza, tam więcej spokoju. tam żeśmy stanęli, gdzie było resztę widzieć to co się dzieje.

Pyt. Czy z twojej rodziny ktoś się zjawił?

Odp. Nie, w tym dniu nikogo nie było ode mnie. I stamtąd widziałem jak przyjechało ZOMO, uzbro-jeni po zęby: pałki, tarcze, kaski na głowach, psy były już. Przyjechała straż pożarna. Ustawili się w pobliżu, takie było przygotowanie do akcji. Chyba w międzyczasie ktoś tam podleciał do bramy, podawał, czy dziecko, czy coś tam rękę wyciągnęło przez bramę i dziecko dostało pałką po plecach. Chyba ze dwa razy była otwierana brama. Później tłumaczyli to, że straż miała wyje-chać. Było to moim zdaniem prowokacyjne, być może liczyli na to, że internowani będą uciekać przez tę bramę, a jak uciekają, to wtedy można użyć broni. Ale z internowanych nikt nie próbo-wał przejść przez bramę.

Pyt. A przez tę siatkę, która została przerwana?

Odp. Przeszli, ale to ze dwa metry za siatką stali. Z jednej strony siatki i z drugiej, ale na placu. No i w pewnej chwili zobaczyłem straż pożarna była i przy gotowała się do akcji. Miała być użyta do polewania wodą, a wiadomo było, że taki strumień wody to powali, bo to jest bardzo duże ciśnienie. Podłączyli pod hydrant. A wcześniej zauważyłem z drugiej strony stały rodziny na takim pla-cu na górce i można było stamtąd obserwować co się dzieje z internowanymi. Te rodziny też usu-nięto, żeby nie było świadków.

Pyt. A jak zachowywali się internowani w tym czasie, gdy byli już ci ZOMO-wcy i straż?

Odp. Cały czas pieśni się śpiewało. Żadnych incydentów w tym czasie. Ale jak podłączyli do hy-drantów węże strażackie i uruchomili jeszcze taki agregat prądotwórczy. Włączyli po to, żeby zagłuszył to wszystko. A jeszcze wcześniej Włodek Pagacz mówił: - Władek, mam trzy butelki benzyny. I dał mi do zrozumienia, ale ty nie jesteś cwany. Wyglądało na to, że chce podpalić to wszystko.

Pyt. Skąd te butelki się wzięły?

Odp. Po prostu, jak szli z tego baraku, to taki był więzień i on bibliotekę prowadził. I on dał te bu-telki, ten więzień. Miała być w nich benzyna, ale ja tego nie sprawdzałem. Pagacz wziął te butel-ki, a nie, to ktoś inny wziął, a Pagacz mówił mi o tych butelkach.

Pyt. I gdzie one się znalazły te butelki?

Odp. Na dachu.

Pyt. Oprócz ciebie i Pagacza był jeszcze ktoś na dachu?

Odp. Ktoś tam jeszcze był, ale wcześniej zszedł. Pagacz mówił, że to są te butelki. Później Pagacz mówił: - Ja schodzę, Władek, chodź schodzimy. A ja mówię: - Nie, ja jeszcze trochę popatrzę. No i później się zaczęło. Woda zaczęła lecieć. To jest moment. Jak woda poszła, to poszły pałki w ruch. Internowani zasłaniali się taboretami. A jeszcze w międzyczasie jak Pagacz był na dachu, to tam były takie trzy podwyższenia. Byliśmy na tym najwyższym, a jak zleciał na dach, zszedł to były tam taborety to jeszcze dwa lub trzy razy rzucił tymi taboretami. Mnie się zdawało, że on rzucał je w klawiszów, chciał żeby przeleciało aż na drugą stronę. No i później zszedł na dół. Ja zostałem sam. I jak zaczęli polewać to już szybko. Ja już patrzę, że nie ma co.

Pyt. Miałeś drogę odciętą.

Pyt. Drogę odciętą, pamiętam jeszcze Adama Kozaczyńskiego, który zszedł ostatni. Wodę dali jed-nemu po twarzy, aż się zachwiał, przewrócił się. Później Adam Kozaczyński wziął go pod pachy.

Pyt. Kogo prowadził pod pachy?

Odp. Kogoś prowadził, ale kogo to już nie pamiętam. taki słupek jeszcze był i klawisze kogoś gonili wokół. Na końcu zapamiętałem moment jak Kozaczyński szedł, a klawisz go okładał tą pałką i po prostu nie reagował na to bicie pałą i ten klawisz krzyczał do drugiego: „Dawaj siedemdziesiąt-kę” - to znaczy większy rozmiar, bo te, które oni mieli to były pięćdziesiątki. Rozmiar pały. Ko-zaczyński szedł, a ten go tam okładał tą pałką, aż do znudzenia. No i później jak już prawie wszystkich zapędzili do baraku, to później jeszcze polali wodą po szybach. Okna nieszczelne, to się wody nalało do środka. Można powiedzieć, że ktoś tam jeszcze próbował jakiś materac rzucić palący się. były próby podpalenia. Ten materac był nasączony pastą do podłogi, ale to się nie pa-liło.

Pyt. Chodziło o podpalenie budynku?

Odp. Aby podpalić barak - pomylone w głowie. Wtedy byłyby trupy. To co się działo w celach, to ja nie wiem. To znam tylko z opowiadań. Widziałem co się dzieje na placu, też się próbowałem gdzieś schronić, ale paru tam weszło po drabinie. Nawet chyba mnie obserwowali, gdyż jak wchodzili to klawisze wołali: „Uważaj, bo on idzie do ciebie i cię zwali!” Później jak weszli, to te butelki jeden zrzucił na dół i mało co w klawisza by nie trafił. Później mnie to przypisali.

Pyt. A ty nie rzucałeś butelkami?

Odp. Nie. Ani butelkami, ani taboretami. Jak weszli to do mnie” „Jak żeś wszedł, tak schodź”. Kazali mi skakać, a ja mówię, że nie, za wysoko. „To jakżeś wlazł to schodź”. To się schodziło po oknach, bo okna były żelazne. Zszedłem, a oni na dole już czekali na mnie. Był ustawiony szpaler, zrobili mi parę zdjęć takich ładnych i pies. Psa mieli. Pamiętam, że tego psa chyba ktoś puścił, a ja zacząłem uciekać, samoczynnie. Szpaler był taki dosyć długi. Uciekasz, chcesz czy nie chcesz, a oni cię tam okładają po głowie, po plecach, gdzie popadnie. Nikt tam nie patrzy. Doleciałem jakoś do jednych drzwi, a jeden z klawiszy zawołał: „Spowrotem! Niechaj ci się ode chce”. I jeszcze pobiegłem kawałek i straciłem przytomność. Później polewali mnie wodą, ale już tego nie pamiętam. Później mnie niby badała taka pielęgniarka. Przyjechało pogotowie, zabrało mnie. To wiem z opowiadań, bo byłem nieprzytomny. Przytomność odzyskałem w szpitalu. To znaczy odzyskiwałem, traciłem z przerwami. Pamiętam, jeszcze przyszedł później komendant, bo leżałem w sali intensywnej terapii. Podłączono mi kroplówkę. Miałem głowę jak sito.

Pyt. Jakie miałeś obrażenia?

Odp. Byłem obity, szczególnie głowę, jak sito. Przysłali jeszcze do pilnowania dwóch czy trzech klawiszy. Później się okazało, że oprócz mnie jeszcze Goławskiego przywieźli.

Pyt. Jaki to był szpital?

Odp. Był to normalny szpital, nie więzienny. To był szpital otwarty. Później przychodził taki lekarz z Gdańska i on się pytał, co tam się stało. On zaczął się wypytywać, a później nadał do Wolnej Europy. I tego samego dnia to nadano. Wszyscy się dziwili, jak to się stało, że Wolna Europa wie. Później Urban zaprzeczał, że nic takiego nie miało miejsca. Nawet przychodzili wszyscy i nas oglądali. Mówią, jak to, przecież w telewizji Urban powiedział, że nikt nie został pobity.

(p. Kałudzińska) Początkowo to tę salę w szpitalu tak obstawili, że nawet ja jako jego żona nie mogłam wejść. Dopiero krętymi drogami, bo byli pilnowani.

Pyt. Kiedy pani zjawiła się w szpitalu?

Odp. (p. Kałudzińska) Ja dostałam wiadomość o północy o pobiciu. Ktoś mnie powiadomił. Tak, że się nawet bałam, bo to po północy było. Przez drzwi się nikt nie przedstawiał. jakaś osoba mi nieznana [Wł. Kałudziński: chyba … (?) żona]. Ktoś odwiedzający. Zaraz pierwszym pociągiem rannym pojechałam do Kwidzyna. Tylko skontaktowałam się z koleżanką czy mogłaby zaopie-kować się Krzysiem. Ona jest jego chrzestną.

Pyt. Kiedy pani dostała się do tej sali, gdzie leżał mąż?

Odp. Od razu się dostałam. Po prostu pomoc taka była natychmiastowa. Pamiętam, e gdzieś przez pokoje mnie przeprowadzono.

Pyt. W jakim stanie był mąż?

Odp. Był taki bezkontaktowy. Leżał. Świadomość odzyskał, ale był taki osłabiony, nie doszedł do siebie. Nie wiedział co się z nim dzieje. Te włosy miał takie zlepione tą krwią. Jak go dotknęłam, to miał taki odruch. Cały zresztą był obolały, drżący, ten głos miał taki stłumiony, ledwie co z siebie wydobywał. Nie można było złapać tego kontaktu z nim.

Pyt. A jaka była opieka?

Odp. Personel medyczny był wspaniały. Dali z siebie co mogli. Załoga szpitala też była taka, że nie pozwolono odbić go sobie. Chcieli go zabrać do Barczewa stamtąd. Chcieli to wyciszyć. Miesz-kańcy Kwidzyna zaczęli bowiem przychodzić do szpitala. Nie dowierzali, że w ogóle coś takiego miało miejsce. Oglądali, współczuli. To takie wszystko było spontaniczne. każdy robił co mógł. tak samo ci lekarze, gdyby nie oni to ranni byliby zabrani do Barczewa, zamknięci w barczew-skim szpitalu, nikt by nie wiedział co się stało.

Pyt. A jaka była diagnoza, jaka była lekarska ocena stanu  zdrowia?

Odp. Żadnej historii choroby to nie było. Wszystko było owiane tajemnicą. W ogóle był kłopot, nawet na karcie szpitala to było wszystko ogólnikowe. Historia choroby gdzieś zaginęła.

Pyt. Czy ktoś był obecny z klawiszy czy milicjantów w szpitalu?

Odp. W tych pierwszych dniach była obstawa, pilnowali ich pomieszczenia, że trudno było wejść. Wchodziliśmy na siłę, rozpychając się. Nie wpuszczą drzwiami to się oknami wchodziło.

Pyt. I co dalej było?

Odp. (Władek Kałudziński) Tak jak żona mówiła, tego samego dnia chcieli nas przerzucić do szpita-la, tylko lekarz leczący (w aktach chyba jest jego nazwisko, później nawet próbowano ściągnąć na rozprawę tego lekarza, ale go przeniesiono, czy też on sam się przeniósł. On sam miał później też kłopoty przez to wszystko) się sprzeciwił. Chyba po dwóch dniach przeniesiono nas do innej sali. Ja byłem, Andrzej Bober, Adam Kozaczyński i jeszcze chyba dwóch pobitych. Andrzej Go-ławski był na innej sali - on na wózku jeździł, a Zygmunt Goławski to miał dobrze bo tutaj nie było miejsca, to go wzięli na zakaźny. Tam już klawiszom nie wolno było wchodzić.

Nas czterech było w sali. Najgorzej miał Adam Kozaczyński - pokazywał nogę, to od uda do ko-lan to miał siną. Nie było tkanki normalnej, białej. Jak pokazywał lekarzom, to lekarze odwracali głowę. A najgorzej bity, zmasakrowany, to był najmłodszy Radek Sarnicki, on dostał aż śpiączki. Stracił przytomność, ale nie od razu po pobiciu, ale chyba po dniu. Dzięki internowanym, że nie włączał się w takie akcje Łukomski, to wtedy pierwszy raz wyszła od niego taka akcja, jak Radka i Andrzeja nie chcieli wziąć, to wziął taboret i walił w drzwi taboretem, żeby zabrali ich do szpi-tala. Wtedy tylko w taki sposób można było wymusić.

Pyt. Co się stało z Andrzejem Boberem? Kiedy on został pobity?

Odp. On został pobity podczas tej pacyfikacji, ale nie od razu został przeniesiony do szpitala. Dopie-ro w nocy czy następnego dnia, bo zaczął tracić przytomność. Dostał wstrząsu mózgu. Nas w szpitalu było tych najbardziej pobitych sześciu: ja, Andrzej Bober, Adam Kozaczyński, Włodek taki wysoki, chyba z Zielonej Góry, Andrzej i Zygmunt Goławscy i jeszcze jeden. I jeszcze Sar-nickiego, to zabrali go bezpośrednio karetką do Gdańska, bo tu go już nie mogli trzymać. W ta-kim był już stanie, nie mieli aparatury do leczenia. On w Gdańsku leżał chyba ze trzy miesiące.

Pyt. A ty jak długo leżałeś w szpitalu?

Odp. 10-12 dni. Wtedy przyszło takie polecenie, żeby wypisywać wszystkich, bo trzeba ich zamknąć. Okazało się, że było zmontowane już przeciwko nam oskarżenie. Po wypisaniu ze szpitala, gdzieś 2-3 dni byliśmy w internacie i przyszedł ktoś i powiedział: „Pakować się”. Okazało się, że ci najwięcej pobici zostali wzięci w samochód i do prokuratury w Kwidzyniu. tam przesłuchanie i nakaz aresztowania.

Pyt. A kiedy wyszedłeś ze szpitala, to jakie miałeś samopoczucie?

Odp. Ja przez cały czas leżałem. Szczerze mówiąc nie ruszałem się. Miałem zawroty głowy, tracenie równowagi, tak że się nie nadawałem do chodzenia. A tam w prokuraturze każdy miał taki sam zarzut: napad czynny na funkcjonariusza służby więziennej.

Pyt. O co pytali podczas przesłuchania?

Odp. Wcześniej jeszcze takie rozmowy były. Przyszedł taki z Ostrołęki prokurator i powiedział jak się zachować. najlepiej nic nie mówić. Ten prokurator był jednym z internowanych. Bo tam było paru prawników i mówili jak się zachować. Nawet gryps mi napisał, ale go wyrzuciłem. Mówił, że najlepiej nic nie mówić i to przyjąłem jako zasadę. Nic nie mówiłem. Żadnych wyjaśnień nie będę składać. Żądałem obdukcji lekarskiej. Nie podpisałem też dokumentu, bo powiedziałem, że nie wiem co tam jest napisane. Nie za bardzo kontaktuję. - Nie podpisze pan? - Nie! Później po tym wszystkim za jakieś dwie godziny dostaliśmy ten akt oskarżenia. Przewieziono nas do wię-zienia do Elbląga. Pierwszej nocy to chyba żeśmy w pojedynkach byli czy w dwójkach, dopiero następnego dnia - najpierw byłem w takie celi, gdzie robili koperty. tam już ci dostawali lepsze wyżywienie. Miałem ze sobą trochę konserw.

Pyt. Czy mogłeś tam leżeć?

Odp. Nie, nie pozwalali, przepisy więzienne nie pozwalały. Siedziało się, gdzieś się oparło

Pyt. Nie miałeś żadnych przywilejów z uwagi na pobicie?

Odp. Nie, jak chodziłem do lekarza to on mówił: - „Panie, po co pan przychodzi? Pan ma tą samą chorobę, to po co pan do mnie przychodzi?” Było w więzieniu takie porzekadło: Lekarz pyta się : Siostro, których mamy pastylek więcej, czy białych czy czerwonych? - „Czerwonych” - „No to damy czerwone”. A jak białych więcej, to białe. I wypisywał. Tam się nikt nie przejmował.

Pyt. Ale w Elblągu w więzieniu też próbowałeś do lekarza pójść?

Odp. Chodziłem, ale wiesz, wypisywał jakieś lekarstwo uspokajające. Zobaczył, że mam nerwicę, bo byłem roztrzęsiony, po tych jego lekarstwach to ja chodziłem po ścianie. Później wyrzuciłem to wszystko.

(p. Kałudzińska) Ja później załatwiłam witaminy i inne rzeczy. On był cały rozbity. Miał trudności z wysławianiem, występowało takie jąkanie, brakowało mu słów - tak, że było wyraźnie widać, że nie jest tak jak być powinno. Ja wtedy skontaktowałam się z Ireną Telesz, a ona mnie skontakto-wała z panią doktor, która w Barczewie pracuje w szpitalu zakaźnym. Ta pani doktor na podstawie mojego opisu, tych objawów, wypisała leki. tak, że zabrałam je ze sobą, ale nie pozwolono mi je dostarczyć. Mówili, że mu nic nie jest, on jest zdrowy. Chodziłam więc do prokuratora, że-by uzyskać specjalne pozwolenie, oczywiście nie chciał mnie przyjąć, sekretarka mówiła, że jego nie ma. Aż w końcu siłą się wchodziło do pokoju i wymuszało się. Tak, że później to już  co chciałam dla męża to na wszystko wyrażał zgodę, żeby tylko się odczepić - ten prokurator. Bo ja nie byłam już grzeczna, nie czekałam grzecznie w sekretariacie. Bezczelnie wchodziłam do poko-ju i od razu zezwolenie.

(Wł. Kałudziński) tam najbardziej rozrabiała teściowa Andrzeja Bobera - Dunajew. Jak tam weszła, to nie liczyła się ze słowami. Później jak prokurator ją zobaczył, to mówił” - „Tą panią to załatwić bez kolejki”. I podpisywał wszystko in blanco.

Później nawet się zdarzyło, że miała dwa widzenia w ciągu jednej niedzieli. To klawisze się dzi-wili: „Jak to możliwe?” „Co to jest, dwa widzenia, co ja będę tu prowadzać, w tę i z powrotem?”. Później to chodził taki, pamiętam, fryzjer. „Ja Kocha goliłem” - mówił, „w Barczewie”. Tak się chwalił - „No, muszę was ogolić”.

Pyt. Ty też miałeś brodę?

Odp. Też, mała ale była broda. jak się nie ogolisz to ci urośnie.

Odp. (p. Kałudzińska) Tak, ale później tak cię ogolił, że zaciął męża i mu się zaczęło paprać. Całe szczęście, że później po jakimś czasie to się zagoiło.

Odp. (Wł. Kałudziński) On przecież jedną brzytwą wszystkich golił. Patrzył na Goławskiego i mó-wił: „Muszę go ogolić”, a on mówił: „Nie”. Przyszedł klawisz i mówił: „Wszystkich golić, ale te-go pana nie wolno golić, oni są pod specjalną ochroną”. Oni się spodziewali chyba konfrontacji. Jak ogolą to się przecież zmienia twarz.

Pyt. Przygotowanie do procesu i sam proces.

Odp. Wcześniej jeszcze przyjeżdżał taki prokurator, który mnie oskarżał. Okazało się, że ja jemu robiłem samochód, jeszcze jak pracowałem w diagnostyce. On był z Olsztyna, ale delegowany do Elbląga. To był główny oskarżyciel.

Pyt. Jak on się zachowywał?

Odp. W stosunku do mnie, to nie tak źle. Znał mnie, to nawet proponował mnie i wszystkim, żebyśmy poszli na taki układ - my wycofamy oskarżenie, a oni nas zwalniają. A ja mówię: siedziałem już tyle, to posiedzę jeszcze. Były bowiem dwa dochodzenia: prokuratura wojskowa prowadziła dochodzenie przeciwko klawiszom, a prokuratura cywilna dochodzenie przeciwko nam. Były dwa dochodzenia, dwa przesłuchania. W tym czasie miałem już kontakt z adwokatem, przyjeżdżał do Elbląga.

Pyt. Kto był twoim adwokatem?

Odp. Włodarczyk z gdańska, obecnie pracownik kancelarii prezydenta. No i prokurator zapropono-wał nam takie wyjście. Dał mi do zrozumienia: jak chcę to mogę wyjść. I później wezwał wychowawcę czy kierownika więzienia i powiedział wprost, że możemy wyjść, tylko jak wycofamy się z oskarżenia. Powiedział, że koledzy wyszli, akurat z Zielonej Góry, bo wycofali oskarżenie.

Pyt. I co wyszli też z internatu?

Odp. Tak, bo już wtedy internowania nie było, bo to był rok 1983. Mieli przeciwko nim zarzuty, to nawet klawisze zmienili zeznania. Jeden z nich miał zarzut podpalenia, a ten drugi rzucanie tabo-retami. I klawisze zmienili zeznania automatycznie. Później na rozprawie mówili, że się pomylili, czy coś takiego, że to nie on rzucał. Mnie się wydawało początkowo, że to on, ale to było nieumyślne. Jak nieumyślnie, nie było do nikogo pretensji.

Pyt. A ty nie wycofałeś swego oskarżenia?

Odp. Po prostu uważałem, że jak tyle siedziałem. Akurat zbliżała się pielgrzymka Papieża, to myślałem, że będzie amnestia. „Jak Papież przyjedzie to ja wychodzę, a jak Papież nie przyjedzie, to będę siedział dalej”. I tak było. Później rozprawa toczyła się przez dwa miesiące. Cały gmach są-du był obstawiony. Żadnych innych spraw nie było. Na samym początku tak było.

Pyt. Również inni nie wycofali swego oskarżenia?

Odp. Myślę, że chyba też mieli podobne propozycje. Im chodziło o to, żeby tego nie było. Po co im tam proces był potrzebny.

Pyt. Pierwsza rozprawa była cywilna, w której wy byliście oskarżeni?

Odp. Była jeszcze taka propozycja, że może te dwie sprawy złączyć w jedno. Tak właśnie powinno być, bo przecież była jedna akcja. Jak jest bójka, to nie jest tak, że z jednej wioski oddzielnie zgo-da, a z drugiej też oddzielnie. Tylko jest jedna sprawa. A tu dwie. Po prostu tam w ogóle nie było sprawy - tak długo ciągnęli, dochodzenia robili, aż przyszła amnestia i ich klawiszy objęła amnestia. Im tam też postawiono zarzuty, nie pamiętam ilu osobom 5 czy 10. W każdym razie i kie-rownictwo obozu miało zarzuty o pobicie, podżeganie do pobicia.

Pyt. Czy ta prokuratura wojskowa przynajmniej w części chciała dociec prawdy?

Odp. Na pewno się starała, bo jeżeli są postawione zarzuty klawiszom, to znaczy, że gromadzili jakieś materiały.

Pyt. Wracając do waszej rozprawy. Powiedziałeś, że obstawiono cały gmach sądu. Jaki to miało przebieg?

Odp. Z Elbląga dużo przyszło - Duszakowie byli prawie cały czas, cała rodzina.

Odp. (p. Kałudzińska) Oni byli najbardziej narażeni

Odp. (Wł. Kałudziński) U nich był taki punkt spotkań. Z Olsztyna przyjechali chłopcy: Piotrek Mi-kułon i Jurek Szmit. Ich tam zawrócono, bo poszli pod pomnik. Zdjęli czapki. Stwierdzono, że się niewłaściwie zachowali, bo czapki pozdejmowali przed pomnikiem. Milicja wzięła ich w samo-chód i zawiozła na dworzec.

Podczas procesu były różne incydenty. Kiedyś jednemu z adwokatów zabrano prawo jazdy. On się pyta: - Za co? A on mówi: - Mnie kazano zabrać, a więc pan niech się nie pyta za co.

Chyba dwa razy był składany wniosek o zmianę składu sędziowskiego, do czego jednak nie do-szło. Prokurator olsztyński tak się ordynarnie zachowywał. Od sędziego Wierzbickiego podczas rozprawy to czuć nawet było nienawiść do internowanych. Kiedyś Lecha Wałęsę nie chcieli wpu-ścić to go drugimi drzwiami wpuścili, bo było przejście z pokoju adwokatów. Z tej strony oficjal-nie nie, ale wtedy otworzyli te drugie drzwi (adwokaci?) i tamtędy go wpuścili. Esbecy się dziwi-li: Jak on wszedł?

Odp. (p. Kałudzińska) Rozprawa była przy zamkniętych drzwiach. Były tylko przepustki

Pyt. Fedorowicz tam bywał.

Odp. (Władek) Fedorowicz był stałym gościem. Ze strony Episkopatu to były jakieś dwie panie. Od nas też przyjeżdżali. Z W-wy Basia Sadowska (matka Przemyka). Z Olsztyna Grażyna Langow-ska przyjeżdżała, ten mój kolega Bolek Matuś, dziewczyny z Kwidzyna te pielęgniarki. Zawsze te 20-30 osób to było.

Pyt. Sąd był wrogo nastawiony, trudno było mówić o bezstronności.

Odp. Było protokołowane, nagrywane na taśmę, z taśmy jeszcze szło kablem do góry, a tam panowie siedzieli - ubecy.

Pyt. A skąd wiecie o tym?

Odp. (p. Kałudzińska) No bo myśmy kiedyś z Bożeną eksperyment zrobiłyśmy. Każde piętro było obstawione, ale my żeśmy się jakoś przemknęły i mówimy, że trzeba sprawdzić, co za tymi drzwiami jest. Otworzyłyśmy, a oni nie byli zamknięci. Oczywiście siedzieli ze słuchawkami, a-paratura była, czyli to było miejsce, gdzie oni mieli kontakt z salą.

Pyt. Mogli wydawać instrukcje.

Odp. Tak. Nawet tak było, że sąd sugerował klawiszom odpowiedzi takie lub inne. Inaczej przesłu-chiwano nowych świadków, a inaczej ich. Można powiedzieć, że myśmy mieli najlepszych adwo-katów - z całej Polski, bo i Siła-Nowicki i Andrzejewski, Włodarski mój młody ale dobry adwo-kat, Jacek Taylor, Przeciechowski z Lublina, Woźniak.

Pyt. I co, starali się?

Odp. Starać się starali, ale wyrok z góry było wiadomo jaki będzie.

Odp. (p. Kałudzińska) Było śmiesznie, jak sędziemu Woźniak czy Andrzejewski zwrócił uwagę, żeby nie spał, było mu bowiem obojętne co tam się mówi, on i tak miał z góry powiedziane jak to ma wyglądać i drzemkę sobie uskuteczniał. Czasami rozprawa trwała od rana do wieczora.

Odp. (Władek) Nieraz rozprawy były od ósmej do 20-tej. Wysiedzieć tak było trudno. Ławnicy też trochę kimali, takich starych dziadków jak posadzą. Podczas tej rozprawy jeszcze Wałęsa jechał do domu z kierowcą Wachowskim, to milicja Wachowskiemu zabrała prawo jazdy. Później Wa-łęsa z niego zrezygnował, bo nie miał prawa jazdy. Były inne incydenty. Któregoś dnia były ro-dziny wyrzucone z sali, bo źle się uśmiechano

Pyt. Żonę też wyrzucono?

Odp. Żonę tak i później śledzono. Kazali wyrzucić pod byle jakim pretekstem.

Odp. (p. Kałudzińska) Jak myśmy wyszły za drzwi, to wtedy za drzwiami stała milicja i do każdej z nas podszedł milicjant i nas wyprowadzono w ogóle z sądu. Jak żeśmy wsiadły do samochodu, bo Marek Bober nas woził, to nie wiedzieliśmy jak jechać, w którą stronę, bo cały czas nas śledzili. Krążyliśmy więc po całym mieście, żeby nie dopadli nas, gdyż nie wiedzieliśmy co oni z nami chcą zrobić.

Odp. (Władek) Mieliśmy dobrego współpracownika. Ta sekretarka, która protokoły pisała, to w kilku egzemplarzach dla każdego adwokata. Już po procesie u któregoś adwokata znaleziono te maszynopisy i zwolniono obydwie z pracy.

Pyt. Sekretarki sprzyjały wam?

Odp. Tak, protokolantka. Ona była taka bystra. Wszystko załatwiała. Wpada do sędziego: „Panie sędzio, pan podpisze”. „Co tak szybko?” „Szybko bo mi się szczać chce”. I on podpisywał. cza-sami czekoladę dostawała. Ale te dwie sekretarki były nam przychylne.

Odp. (p. Kałudzińska) mamy kontakt z nimi. Zawsze jak jedziemy do Elbląga i odwiedzamy Dusza-ków to i ją odwiedzamy.

Odp. (Władek) Podczas rozprawy adwokaci mowy piękne, tam Siła-Nowicki się powoływał na swo-ją przeszłość. „Ten sąd skazał mnie 3 razy na karę śmierci, a ja jeszcze chodzę” i dalej żeby sąd był sądem i nie patrzył na inne różne naciski. Ale wiadomo było. Od razu sąd nie wydał wyroku, chyba za dwa tygodnie czy za miesiąc. Odczytano wtedy wyrok. Myśmy dostali - ja półtora roku (czy rok), a największy wyrok był dwa lata i koszta  po 10 czy 20 tyś. kosztów sądowych. I tego samego dnia, co się nigdy nie zdarza, zmiana środka zapobiegawczego. Wyszliśmy z więzienia.

Pyt. Co, dostaliście w zawieszeniu?

Odp. Nie dostaliśmy wyrok, ale nie był prawomocny i tego samego dnia, co się nie zdarza w sądownictwie, za parę godzin wychodzisz z więzienia. Te złodzieje to się dziwili: „Ty, jak, wyrok do-stajesz i wychodzisz?” „A, tak, dostałem wyrok i wychodzę”. To był maj i zbliżała się piel-grzymka Papieża, trzeba było wypuścić, bo Papież na pewno by się upomniał, bo to był głośny proces. I cały czas był komentowany przez Wolną Europę i w gazetach pisano.

I żeśmy wyszli z tego więzienia, żona mnie przywitała z kwiatkami. Była pod więzieniem. Powi-tały nas rodziny, ZOMO stało, suka była, pilnowali nas i pilotowali cały czas. najpierw żeśmy poszli pod pomnik. Pilotowali cały czas ubeki było widać. Później żeśmy się spotkali w kościele w Elblągu. Był ksiądz Józefczyk. Przed ołtarzem żeśmy kwiaty złożyli i uklęknąłem. Andrzej Bober - ateista - i nie wiedzieliśmy. Pociągnąłem go i mówię: „Klęknij Andrzej, klęknij”. I w koń-cu klęknął, a ks. Józefczyk powiedział: „Zobaczcie jak się Bober modli przed ołtarzem”.

Po tym złożeniu kwiatów na ołtarzu, to żeśmy poszli do księdza Józefczyka na plebanię. tam już Lechu Wałęsa czekał. tam żeśmy zasiedli przy okrągłym stole i poczęstował nas cygaretkami, pamiętam jeszcze jak dziś, powiedział takie słowa: „Jeszcze zwyciężymy, wy się jeszcze przyda-cie. Na razie odpocznijcie trochę, ale gdy przyjdzie czas, to trzeba będzie się włączyć w dalszą walkę”. No i po wyjściu, ja się jeszcze nie bardzo czułem. Poszliśmy do Duszaków. Duszakowa miała dwa dolary i kupiła koniak. Powiedziała: „Władek, ja pieniędzy nie miałam, ale koniak ku-piłam aby was powitać”. Ona była taka wierząca, modląca się do końca.

Odp. (p. Kałudzińska) Myśmy u Duszaków zawsze kanapki robiły i nosiłyśmy do sądu. jedna taca była dla naszych mężów, a druga taca była dla adwokatów. Reakcja społeczeństwa Elbląga była tak spontaniczna. Gdy nas widziano z tymi tacami, od razu wiedzieli dokąd idziemy. Zdarzało się, że taksówkarz zatrzymywał się i nas podwoził. Ludzie trzymali za nas kciuki, a najbardziej pani Duszakowa. Każdego roku 15 października jedziemy na imieniny do Elbląga, w dowód wdzięczności, no bo trudno zapomnieć tak sympatyczną osobę, która naprawdę narażała się na wiele nieprzyjemności. Miała rewizje w domu często i zastraszania różnego rodzaju.

Pyt. Czy Duszakowie byli we władzach „Solidarności” elbląskiej?

Odp. Ona w bibliotece pracowała. Mirek po wyjściu z więzienia w kolportażu i w drukarni praco-wał. drukarnię mieli swoją. teraz ma drukarnię w Warszawie, bo się ożenił. On związany jest z Macierewiczem. Duszakowa to jego matka, która tak nami się opiekowała. Jak wyszedłem z tego więzienia, to trzeba było się raz w tygodniu meldować. Ubecy rozmawiali ze mną. Chodziłem na komendę, bo on tam przychodził, żeby nie było podejrzeń, to on przychodził do miejskiej komen-dy i tam taka była rozmowa. On mówił, a ja słuchałem.

Pyt. Nie wiesz jak on się nazywał?

Odp. Kawałko, czy coś w tym rodzaju. Powiedział swoje i „No to już koniec, może pan iść”. Źle się czułem, zacząłem po lekarzach chodzić, do neurologa. I wtedy dostałem skierowanie do szpitala wojewódzkiego na neurochirurgię do doktora Kopcia. tam leżałem chyba z miesiąc czasu. Trochę psychicznie podreperowałem się, bo mnie cały czas nachodzili.

Pamiętam jedną rzecz, doktor powiedział: „I u mnie byli i pytali się o pana”. Syn Wojtek zawsze przychodził - codziennie był w szpitalu. Jakoś się dostał, albo przez kotłownię albo inaczej. „Ta-tuś, tego dnia jak ciebie zabrali, to dwóch panów cały dzień na ławce siedziało”. Widocznie mnie obserwowali, co się z nim stało. Tak mnie pilnowali. Po wyjściu ze szpitala, kolega z Zamościa odwiedził mnie. Wtedy za bardzo się nie włączałem, ale miałem kontakt z Haliną Kurowską. Przychodziłem do „Posłańca” często. Otrzymywałem różne materiały i książki, rozprowadzałem. Również monety. Kolportaż prowadziłem.

Pyt. Skąd otrzymywałeś te znaczki i monety?

Odp. Od Haliny Kurowskiej, to były solidarnościowe. Wałęsa - Nobel. Chciałem na kurs iść ale głowa mi nie pracowała. Chciałem się czymś zająć

 

 

Pąkczyński siedział z Wojtkiem Ciesielskim w jednej celi. Nazywano go „Nocną Brygidą”, bo on nie mógł spać w nocy i chodził.  Opowiadał o brygadzie (dywizji) gen. Maczka, w której walczył. Był wielkim kobieciarzem i o tym opowiadał. Również tam w wojsku. Pąkczyńskiego szwagrem (?) jest Wiesiek Brycki. Pąkczyński zmarł niedawno (1994r.) na raka jąder. Źle żył z synem, kłó-cili się.

 

 

 

Rozmowa z Grzegorzem Jasińskim

W dniu 12 marca 1996 roku

 

Pyt. Pana pierwszy kontakt z opozycją?

Odp. Praktycznie od 1977 roku. Byłem drukarzem w drukarni „Głosu” – to był „Głos” Antka Macierewicza i Piotra Naimskiego. Z mojej strony to był czysty przypadek i nie zależało to od moich poglądów. Z tamtej strony przyszła jakaś propozycja i tak zaczęliśmy pracować. KOR powstał w końcu 1976 roku, a my w 1977 (to można łatwo sprawdzić). Ja wówczas studiowałem w Warszawie. Akurat jak przyjechałem w 1976 roku po raz pierwszy na studia, to zauważyłem tam pierwsze komunikaty KOR-u i od razu wszedłem w tę atmosferę. Zresztą Wydział Historyczny był bardzo silnie osadzony w tym środowisku. Wielu starszych asystentów było zaangażowanych. Pracując jako drukarz i sprawując nadzór nad wydawaniem „Głosu” i książek, które wydawało to środowisko, jednocześnie miałem taki punkt składania biuletynu informacyjnego. Pociągnąłem to bez większej wpadki, nie afiszowałem się z tym zresztą, do lata 1980 roku, gdy w środowisku „Głosu” nastąpił podział. Część obsługi technicznej i kilka innych osób z Rady Wydawnictwa „Głos” odeszło, nie zgadzając się z tą opcją narodową, którą już bardzo silnie proponował Antek Macierewicz. Założyliśmy wówczas własne wydawnictwo pod nazwą „Krąg”, które bardzo szybko rozwinęło się i w okresie I „Solidarności” i w stanie wojennym (zwłaszcza na początku) było liczącym się wydawnictwem. W końcu 1982 roku obroniłem pracę magisterską i wróciłem z oporami do Olsztyna. Przyjechałem ze znajomością środowiska warszawskiego, ale dość wąsko pojętego. Nie obracałem się w tych kręgach opiniotwórczych. Po powrocie do Olsztyna, właśnie chyba przez pana Płotka, mieliśmy wspólnego znajomego w Warszawie, pana Chodakiewicza Witolda późniejszego wiceministra Komunikacji. Później za Pawlaka został wyrzucony. On mnie właśnie zapoznał z panem Płotkiem, na początku były one bardzo luźne. Ściągnąłem jakiś powielacz z Warszawy do Olsztyna, taki przedpotopowy. Zacząłem pracować w Muzeum na początku 1983 roku. W jakiś sposób poznałem się z Bogdanem Bachmurą i Bogdanem Michałem Kłosińskim, który był nauczycielem  w Lamkowie, czy gdzieś. Wiedziałem, że „Rezonans” wychodził wcześniej, później była jakaś duża wpadka. Chyba dwie osoby zostały zatrzymane na drukowaniu w Gutkowie. I później, o ile pamiętam, to był Wojtek Ruszkowski. On jest teraz adwokatem – ma biuro naprzeciwko OBN-u. On chyba na początku redagował ten „Rezonans” – może i drukował.

Pyt. Tutaj jest wiele niejasności. Często są wykluczające się informacje.

Odp. Ja zacząłem redagować koło 50 numeru, chyba to był rok 1984. Najpierw redagowałem, a później – już nie pamiętam od którego numeru – przyjąłem z panem Płotkiem druk także. I to wychodziło co miesiąc. To tak się mówi „redakcja” – to jednak było zamawianie (ja raczej nie pisałem)) jakiegoś wstępniaka i później robienie głównie przedruków, zestawienie najciekawszych rzeczy z regionu, a na koniec informacje z „Tygodnika Mazowsze” i innych pism.

Pyt. Jaki krąg ludzi pan znał?

Odp. Znałem praktycznie cztery osoby: Bogdana Bachmurę, Michała Kłosińskiego i pana Płotka. Na początku te wszystkie rzeczy załatwiał ze mną Bogdan Bachmura, później Michał i później było jakieś zawirowanie – przerwane zostało wydawanie drukowania tego. Po 50 numerze (musiałbym zobaczyć po technice druku) przejąłem to z Płotkiem.

Pyt. To było chyba po tym posiedzeniu Tymczasowego zarządu Regionu u Sławka Olka, kiedy to powstały nieporozumienia wokół znaczków.

Odp. Być może. Na początku ja redagowałem tylko, a to wszystko szło na powielaczu, ale później kiedy przejęliśmy to z Płotkiem, to robiliśmy na sicie. I wtedy musieliśmy ograniczyć do dwóch kartek (cztery strony) i p. Płotek miał maszynistkę, która przepisywała. Ja jej nie znałem. To znaczy dwa albo trzy razy byłem pod jednym adresem na ul. Limanowskiego, a później wszystko szło przez p. Płotka. Dla mnie było to trochę uciążliwe, ponieważ ja nie chciałem się pokazywać w tym środowisku, ze względu na kwestię druku. Pan Płotek był dość ostrożny, małomówny. Chociaż więc byłem redaktorem, to jednak nie bardzo byłem w stanie zbierać wiadomości. Ja miałem dobry dostęp do prasy zewnętrznej, natomiast wszystkie wiadomości lokalne to szły głównie przez Tymczasowy Zarząd, przez Płotka, ten do mnie. Ja to kompilowałem, próbowałem redagować itd. Tak więc ja nie zdobywałem wiadomości miejscowych. Miałem jakieś sygnały tylko rzucone, opowiadane, czasami nagrywane – ja robiłem obróbkę redakcyjną plus wszystko co się działo na zewnątrz. I zamawiałem wśród osób, których byłem pewny, wstępniaki. Miałem więc świadomość, że jest to pismo w pew­nym stopniu ograniczone. Rzeczywiście tak jak mówił Płotek, chodziło nam o to, żeby coś wycho­dziło. Nakład był chyba 500 sztuk.

Pyt. W porywach do 1000 egz.

Odp. I z reguły to załatwialiśmy za jednym posiedzeniem w garażu Płotka. On miał taką komórkę przy garażu. Drukowaliśmy razem, bo ja miałem doświadczenie drukarskie z czasów wcześniejszych. To sito dostaliśmy z zewnątrz. Później wiem, że eksperymentowaliśmy z farbami. Braliśmy farbę drukarską z różnymi farbami, mydłami. To sito, to nie wiem czy też czasami nie za pośrednictwem naszego wspólnego znajomego pana Chodakiewicza. Natomiast ten przedpotopowy powielacz, który wcześniej przywiozłem i na nim powielaliśmy, to gdzieś przepadł. Zresztą pan Płotek nie był nim specjalnie zainteresowany, gdyż powielacz to dowód wyraźnie obciążający, natomiast sito się rozbierało i było prawie niemożliwością go znaleźć.

Pyt. A więc tu były brane pod uwagę nawet względy bezpieczeństwa?

Odp. Tak. Pamiętam , że postanowiliśmy dla tych niedużych ilości ograniczyć się do sita. Ten nakład cały zostawiałem i Płotek sam rozrzucał dalej. Były to ze dwa główne punkty kolportażu, gdzie oprócz „Rezonansu” trafiała także prasa z zewnątrz. To wszystko było obciążające czasowo, bo co miesiąc trzeba było wydawać. Trzeba było przygotować materiał, a z samym drukiem to też kłopoty były, bo albo papier nie pasował (był za dobry – i nie przyjmował farby, albo taki na którym farba się rozpływała) – druk więc czasami trwał więcej niż jedno posiedzenie. I ostatni numer, to był setny, już po wyborach 1989 roku. I na tym skończyliśmy wydawanie „Rezonansu”.

Pyt. Czy Dankę Gulko znał pan?

Odp. Nie, tylko z widzenia.

Pyt. Bo p. Płotek mówił, że ona też dostarczała informacji.

Odp. Być może, ale to już szło przez niego.

Pyt. Co może pan powiedzieć o Michale Kłosińskim?

Odp. On skończył historię na WSP i był nauczycielem. On był drukarzem „Rezonansu” wcześniej, nawet być może redagował przez pewien czas przede mną. On miał tylko niedobrą pracę, bo do­jeżdżał chyba gdzieś do Lamkowa, a więc pochłaniało mu to sporo czasu. Jego najlepiej znał Bogdan Bach­mura. Wiem, że Michał nie był zamieszany w te sprawy znaczkowe.

Pyt. Co może pan powiedzieć o tych znaczkach?

Odp. Te znaczki nazywały się „Polskie miesiące”. I każdy miesiąc miał być poświęcony jakiemuś wydarzeniu z historii Polski. Były nawet dość ładnie wydawane. I wiem, że to dopiero przy którymś z tych miesięcy zaczęło się mówić, że tam jest coś nie tak. To potwierdził pan Zdzisław Płotek, że Sławek Olek wydawał niejako na własny „szczot”, ale pod szyldem „Solidarności” i przez kanały „Solidarności”. I w tym czasie na pewno by nikt tych znaczków nie kupił wiedząc, że drukuje to prywatna osoba i zarabia na tym. Nawet gdy to on tłumaczył, że robi reklamę „Solidarności”. Kiedy dowiedziałem się o tym, to ja zamknąłem te swoje kanały sprzedaży znaczków. I wtedy zerwały się nasze związki także z Bogdanem Bachmurą i wtedy zostałem już tylko z panem Płotkiem.

Pyt. Jakie to były kanały?

Odp. Ja miałem znajomości w Warszawie i tam wysyłałem znaczki, ponadto do Torunia, a z Torunia szły jeszcze dalej do Poznania. I to początkowo działało sprawnie, ale kiedy wybuchła ta sprawa tych znaczków, to ja powiedziałem, żeby nie zwracano tych pieniędzy, ale żeby przeznaczono je na lokalne potrzeby. A jedną partię, którą miałem, zniszczyłem wtedy. Później Bogdan Bachmura wszedł w tworzące się środowisko liberałów. Oni wydawali własne  pisemko. Ostatnie 20 numerów „Rezonansu”, to wydawaliśmy już na własny rachunek, pisząc tam „Solidarność”, ale przez nikogo nie byliśmy już popierani, utrzymywaliśmy w pewnym stopniu fikcję działania zarządu Regionu.

Pyt. To świadczy również o słabości środowiska olsztyńskiego.

Odp. Zdecydowanie. Wiem, że Zarządy Regionu koło 1987 roku to padły zupełnie chyba.

Pyt. I później w 1988 roku zaczęło się coś rodzić ponownie.

Odp. Być może. W roku 1989 krótko byłem jeszcze w tym Komitecie Obywatelskim, ale kiedy Komitet ten zaczął się zajmować sprawami czynszów od pracowni malarskich – zabrnęło w ślepą uliczkę, to wtedy umarło to śmiercią naturalną, wszystkie te struktury.

Pyt. Czy od 1983 roku, kiedy pan wrócił z Warszawy do Olsztyna, otarł się pan o jakieś wydarzenie, przejaw działalności podziemnej opozycji?

Odp. Nie absolutnie nie. Ja świadomie omijałem wszelkiego typu imprezy. Jedyną osobą z wyższych sfer, którą znałem, to był Wojtek Ciesielski., ale to przelotnie. Nie uczestniczyłem też w żadnych nabożeństwach czy marszach, spotkaniach towarzyskich, opłatkowych itd.

Pyt. Udało się wam zachować druk w tajemnicy.

Odp. Sprawę druku udało nam się zachować w tajemnicy.

Pyt. Czy coś pan wie o latającym uniwersytecie?

Odp. Wszystko co do mnie dotarło to przez Bogdana Bachmurę. I ja wtedy załatwiłem na jeden czy dwa wykłady Norberta Kasperka. On w tej chwili pracuje na WSP w Olsztynie, na historii. To mój szwagier. On zresztą był autorem tej broszury o Piłsudskim pod pseudonimem Żmudzki. Widziałem tę pozycję w jakiejś bibliografii Chojeckiego, chyba jako nie rozszyfrowaną jeszcze. On wtedy już chyba mieszkał w Olsztynie i pracował w bibliotece na WSP. On kończył historię na KUL. Wykłady Uniwersytetu Latającego odbywały się w domu na rogu ulicy Zamenhofa i tej prowadzącej wzdłuż torów do cmentarza – ulicy Waryńskiego i tam stoi czteropiętrowy obrzydliwy dom – budownictwo z lat 60-tych. On mi mówił, że to tam odbywały się te wykłady właśnie.

 

 

Rozmowa z Ireną Telesz

w dniu 21 kwietnia 1993r.

 

Irena - Gdzieś w 1983 -1984 roku, to że był Jul (Żołnierkiewicz), że był ten kościół, że można było urządzać 13 grudnia, 3 sierpnia, 3 maja. Później to było bardziej oficjalne, a wcześniej tak się nie odbywało, przecież podczas jakiejś Mszy św. kiedyś zabrali Olka i Władka Kałudzińskiego. Różnie bywało w tym czasie. Na to Jul się zawsze zgadzał. I było wiadome, że tam się spotkamy, że tego dnia wszyscy tam będą. Jak się nic nie robiło, a było wiadomo, że jest 13 grudnia, tam jakieś, przed ołtarzem nawet bez słowa, ale spotykaliśmy się. I nie mogę. Tego nie zapomnę nigdy swoim kolegom, nie daruję. Znaczy nie daruję, mam żal do kolegów, że po 1989 roku te dni bywało tak, że była Msza św. i po Mszy ja zostawałam przed kościołem, czekałam na tych ludzi i nikt nie przychodził. Do Jula szłam jedna dziękować, że taka Msza się odbyła, że on coś mówił. Ja nie jestem taka prokościelna, ale już szczególnie należałoby zostawić ten kościół Serca Jezusowego jako symbol. To się musi łączyć. Jak można zapomnieć co się działo. W końcu przychodzi ta ukochana wolność, to o co się walczyło i tego dnia, jednego dnia nie przyjść do tego kościoła właśnie.

Pyt. Według ciebie, co było przyczyną tego rozbicia, które obserwowało się już w stanie wojennym i później. Już podczas pogrzebu Bartuszko.

Odp. Wiadomo, że każdy z nas ma inne poglądy i było wiadomo, że tak będzie kiedyś. Ale nie można zapomnieć, że Solidarność była czymś innym zupełnie i należy zachować wspomnienie jako ruchu narodowościowego, podstawowe wartości i to zostawić. Według mnie jest to zwycięstwo ubecji, jedno ze zwycięstw, że nas rozbiła. Moim przyjaciołom powiedziano w więzieniu, że nie będę mówiła którym, dopiero Wojtek Ciesielski powiedział: idiotko jak możesz tak myśleć, że ja jestem wtyką ubecką i dlatego nie zabrali mnie w grudniu.

Pyt. Najczęściej powtarzany zabieg.

Odp. Tak, a ponadto, że był strach. I jeszcze nie znalazła się osoba z aż tak olbrzymim autorytetem, która by potrafiła scalić wszystkich. U nas tego typu osoby nie było.

Pyt. Powiedz trochę o kilku postaciach, aktywnych z Solidarności. Niekoniecznie musieli to być członkowie Zarządu? Np. Leszek Lechowski?

Odp. On był od początku. To była jedna z ważnych osób, która uruchomiła Solidarność. W modlitwach solidarnościowych zawsze wymieniam go, bo Leszek Lechowski nie żyje, zmarł w USA. Uważam, że nie można zapomnieć o tym człowieku nigdy. Nie jestem w stanie ocenić tych ludzi. Był inżynierem elektrykiem, projektantem w budownictwie wiejskim, czy w Eltorze. Wspólny mianownik tej pierwszej naszej 19-nastki, że była to grupa jakichś wariatów, która coś chciała zrobić i o osobowościach trudno mówić, bo myśmy się podzielali, bo trzeba było jechać na zebranie, przemówić, wypełnić deklaracje i następne zebranie. Było to 19 cholernie wytrzymałych ludzi. Myśmy pracowali po 24 godziny na dobę. Praca zawodowa. Później jecha­ło się na zebranie i to byli tacy faceci. Trzeba było być na bieżąco z czytaniem z myśleniem, z drukowaniem. Robiliśmy na powielaczu denaturowym, najprostsze statuty. Pisało się na maszynie. O tym pierwszym okresie mogę powiedzieć, że to była grupa wspaniałych ludzi, z których żaden nie myślał, że kiedyś będzie posłem, oprócz jednego człowieka, to znaczy Józka Lubienieckiego.

Pyt. O jakich osobach myślisz mówiąc o tej grupie?

Odp. Ta pierwsza grupa to … Może inaczej. Przychodziły różne osoby na dyżury po mnie. I to wyglądało tak, że w zeszycie myśmy pisali, co się załatwiło, co jest następnego, kto się z czym zgłosił … I np. jest sobota, Walter - zebranie. Ja wyznaczałam lub ktoś się wpisywał np. Prąt­kowski i Trzaska Centrala Rybna - jedzie Lechowski i Andrzej Bober. I myśmy tak pracowali. Dopiero potem jak zaczęliśmy robić interwencje - zgłasza p. Mieczysław Kochański - stacja Biskupiec. Krupiński jeszcze działał w tym pierwszym okresie.
Myśmy w tym czasie jeszcze nie wiedzieli jak kto działa, ale byli to ludzie szalenie zaangażo­wani i skuteczni skoro nam się udało w szybkim czasie powołać tyle komisji i to w całym województwie.

Pyt. W tym okresie co byś uważała za jakieś spektakularne osiągnięcie (poza tą waszą normalną robotą organizacyjną). Czy były takie?

Odp. Chyba najbardziej gdy WPKM strajkował w imieniu służby zdrowia. Np. była to godzinna przerwa w ruchu. Oni zjeżdżali do bazy i opowiadali, że ludzie na nich krzyczą. To się nie da opowiedzieć. Siedziałam przy telefonie, obrzucana różnymi epitetami. I np. zjechali ci kierowcy i mówią, że nie wyjadą spowrotem do miasta. Wtedy wpadłam na pomysł, żebyśmy na kartkach papieru napisali; „Strajkowaliśmy w twoim imieniu”. Coś o aptekach, o lekarstwach. Mirek Krupiński, Leszek Lechowski, Tadek Kisły i ja i myśmy pisali na tych kartkach. I wychodziliśmy z tymi kartkami, żeby te autokary obkleić. Podjeżdża karetka pogotowia i wychodzi dr Bortkiewicz jeszcze z jakąś lekarką i one płaczą. One płakały, że czegoś takiego nie przeżyły w życiu i całują tych kierowców. Zdewaluowane przez komunizm, że bratanie się różnych zawodów. Ale wtedy były to nie zapomniane chwile. I dla takich momentów też nie wolno się było później podzielić. Wiadomo, że historycznie inaczej wyglądał 1985r., 1968, 1970 i dopiero w 1980 roku wszyscy razem i później znowu, kurcze, wszystko spaprane. Jak mówił Bober, dlatego nie myśli się o przyszłości o polityce, o przyszłych partiach. … A to jest również dlatego, że 40 lat się wyprowadza ludzi z domu niewoli.
Pamiętam była taka historia, że jakieś przedsiębiorstwo się zgłosiło WPHM czy coś, że jest jakaś afera z magazynem czy coś … i potrzebny był prawnik, żeby pojechał na to zebranie.

 

I ja nie miałam żadnego prawnika i zaczęłam szukać i gdzieś znalazłam, że jeden od nas jest prawnikiem - Andrzej Bober i odtąd na takie zebrania wysyłałam A.Bobera.

Pyt. Co możesz powiedzie o Wieśku Bryckim?

Odp. Wiesiek Brycki jest osobną historią tego okresu powstawania Solidarności. Właśnie miałam dyżur od 7-ej rano w WPKM-ie, to gdzieś mniej więcej o 8-ej przyjeżdżał Brycki, ponieważ on rozwoził mięso rano i później odstawiał samochód i przychodził do mnie pomagać. Na powielaczu, przy telefonie.

 

 Wspaniała rzecz, on zupełnie nie miał ograniczeń jeżeli chodzi o rozmowy z ludźmi z tych wysokich szczebli. Nie, dzień dobry, pozwoli pan, że ja zaprotestuję … On mówił: Panie, kurde, co pan robisz - i walił po łbie. Kiedyś Grażyna Langowska powiedziała do Bryckiego, że na przyszłość jeżeli używam jej nazwiska w anegdocie, to żebym zapytała ją o zgodę, bo nie wolno nazwiska posła używać … Ale to było przepiękne, kiedy było pożegnanie MKZ-u i każdy z nas wspominał. I Grażyna powiedziała, że dla niej wówczas w październiku czy listopadzie jak oni przystąpili (Grażyna później do tego wszystkiego przystąpiła), że dla niej najważniejszą osobą w MKZ-cie to był Brycki. Ponieważ była jakaś akcja protestacyjna i Grażyna wywiesiła znak Solidarności i flagę gdzieś tam i przyszedł dyrektor i kazał to zdjąć. Ona zadzwoniła do MKZ-u i akurat Brycki ten telefon odebrał i mówi: Brycki jestem. Ona mówi: Langowska, samochodowa szkoła, że tak dyrektor się zachowuje. Na to Wiesiek mówi: Niech pani powie, że Brycki kazał, że ma to być i koniec. I Grażyna uważała, że nikt mądrzej­szy nikt silniejszy nie jest nad Bryckiego. Ot, Brycki kazał powiesić!

Pyt. On tam był później pracownikiem?

Odp. To już po wyborach Zarządu Regionu, to jest po roku. A tak Wiesiek był członkiem MKZ-u. Taką notatkę mam, że on 5 października, Wiesław Brycki - Przedsiębiorstwo Transportu i Spedycji Przemysłu Mięsnego. Pamiętam tę niedzielę, gdyż mieliśmy zebranie w Przedsiębiorstwie Przewozowym na Partyzantów, tuż przed Ubecją. I on przez swoje kontakty mięsne przywiózł właśnie Ryśka Kalinowskiego z Elbląga, już wówczas zastępcę Wałęsy. I takie były związki branżowe i cała załoga poszła za nami, za Solidarnością. I taka ciekawawostka. Z Elbląga przy­jechał Rysiek Kalinowski samochodem (oni mieli już samochód, kadry, wszystko - myśmy się tam uczyli księgowości) przyjechał z olbrzymim napisem „Solidarność” i myśmy tym samochodem jechali przez miasto. To była pierwsza publiczna demonstracja - 5 października. Że coś takiego istnieje. Piotr Kajko, Tadzio Kisły …

Pyt. Co powiesz o Tadeuszu Kisłym?

Odp. Był to dynamit. On powiedział, że musi być prasa, informacja. I on to zrobił. Był to niezwykle skuteczny facet, we wszystkim.

Pyt. Ciekawe czemu on wyjechał? No, na pewno, że był szykanowany.

Odp. Słuchaj, część tej emigracji to są emigracje ich żon. Już na gwiazdkę, gdy trzeba było organizować pomoc dla siedzących, dla rodzin. Waldek Niczyporowicz - ten kierowca z PSTBR-u i przez Zbyszka Malewskiego, to była pierwsza pomoc dla Waldka, ale potem gdy przez cały okres internowania … Wszystkich pościągałam od razu, czy od razu wszyscy jechali.. Przecież to też było moje wstawianie, że musimy się spotykać. A może wogóle się nie zjawiła mimo, że ja dzwoniłam.

Pyt. Powroźny też się jakoś wyłączył?

Odp. Wyłączył się zupełnie potem. Ja tam byłam na założycielskim zebraniu w ART, ale jak dokładnie potem, co się działo z Tadeuszem to nie wiem. On chyba raz był w Przykopie, ale tylko raz się z nim widziałam.[1]

Pyt. Co możesz powiedzieć o Ruchlewiczu?  W końcu przez długi czas tam w WPKM-ie był MKZ?

Odp. On wykazał olbrzymią odwagę nas przyjmując. Cokolwiek później mówiono, to jestem dla niego pełna szacunku, że się zgodził nam dać tę dziuplę u siebie.

Pyt. Czy nie spotykał się z jakąś presją władz?

Odp. Oczywiście. Wiem, że miał naciski. Kiedyś wywołał mnie na korytarz i powiedział z którego telefonu nie powinnam dzwonić, bo jest na podsłuchu. I taki był na początku. Potem odszedł gdzieś od nas. Następny który odszedł.

Pyt. Interesuje mnie jeszcze środowisko prawnicze.

Odp. To zaczął wszystko robić Andrzej Bober i pierwszą osobą, która nam pomogła był mecenas Krakowski i zdaje się, że z jego poręki … Pierwsze zebranie pamiętam w WPKM-ie na którym był Józef Lubieniecki. Powiedział, że mamy do niego dzwonić do 21-ej, później raczej nie, bo synek malutki śpi, który go potem nie poznał w więzieniu zresztą. Józek był pierwszy, a za dwa, trzy tygodnie (nie mogę dokładnie powiedzieć, gdyż inaczej się czas wtedy liczył) dołą­czył Stefan Śnieżko i jeszcze Zbyszek Milewski … Oni byli na każde zawołanie.
Niesamowita rzecz, to koncert na 13 grudnia, chyba na 16 grudnia … Rocznica grudnia 1970, organizowana w grudniu 1980. To było w hali, dwa koncerty urządzone. Było tam również prawykonanie Wiłkomirskiego „Lacrima”, nie mylić z Pendereckim (całkiem to co innego), napisał to Wiłkomirski, ten utwór w Szczecinie w 1970. Był tam w momencie rozruchów szczecińskiego grudnia. I koncert, brała w nim udział również olsztyńska filharmonia, także aktorzy (była część słowno-muzyczna) Halina Mikołajska, filharmonia. Prawykonanie tego utworu było w Dublinie w 1978 lub 1979 roku, a u nas polska prapremiera w Olsztynie i jednym z instrumentów było podium, ponieważ orkiestra siedziała na płycie hali, na parkiecie. Musiało być specjalne podium zrobione, przyniesione, ponieważ jednym z instrumentów było to podium. Był marsz, w pewnym momencie szły buty, szły buty, tak jak idzie wojsko … to ZOMO. I wówczas po raz pierwszy pokazaliśmy kronikę z 1970 roku z potężnymi perturbacjami z Warszawy to ściągnęliśmy. To szło w W-wie (to z tymi czołgami, z tym wszystkim, to co jeszcze nigdzie nie szło). Ja się uparłam, że w tym koncercie również będzie. I już udało się nam to załatwić.

 

 

    Na nazwiska tych ludzi ściągnęliśmy, Leszek Lechowski wiózł Halinę Mikołajską i tę kronikę, czy jacyś studenci się do tego dołączyli i ja tu mam załatwione już z CAF-u wyświetlaczy i godzinę przed koncertem dyrektor powiedział mi, że on tego nie puści, że zabiera aparaturę z hali, bo jemu grożono, że jak to się ukaże to … Już nie pamiętam jakich użyliśmy argumentów, jaka awantura była między nami straszna. W każdym razie nie puściłam tej aparatury, ta aparatura została i ta kronika została wyświetlona w czasie koncertu. Dwa koncerty były po 2000 osób na każdym koncercie i zabrakło biletów. Ludzie dzwonili z województwa, myśmy mieli grafik według ilości członków, był podział ilości biletów. Myśmy siedzieli w Biurze Projektów z Marią Bucińską - panią profesor z ART, rozdzielaliśmy: tutaj dwa, tutaj cztery i były awantury i ludzie się pchali drzwiami i oknami. Reszel dostał, Rema dostała chyba 50 biletów, a te zakłady, trzy autokary szykowali na to. To było nieprawdopodobne, jak ludzie na ten koncert szli, jak parli, jak chcieli … To było drukowane w „Warmii i Mazurach”, są te zdjęcia.

Pyt. W te sprawy dotyczące kultury włączył się również Kurowski?

Odp. To było tak. Działały w Polsce Komisje Kultury tak zwane i to polegało na tym, że to robiły komisje zakładowe z poszczególnych zakładów pracy. Na pomysł Komisji Kultury wpadłam w 1980 roku. I na to pierwsze zebranie w DŚT poprosiłam Krzysztofa Rościszewskiego, Bohdana Kurowskiego, Kruka i Krukową. Zaprosiłam Kruka, a przyszła jeszcze Krukowa. Chciałam z tymi osobami najpierw rozmawiać. Chciałam ludzi znaczących dla kultury w tym mieście, wciągnąć w taką właśnie  działalność. I Bohdan Kurowski włączył się w to bardzo prężnie. Zresztą ja nie znam środowiska w ogóle w Olsztynie …

Pyt. Dlaczego pytam o Bohdana, bo nie tylko był partyjny ale ideologicznie był mocno związany z ówczesną władzą polityczną.[2]

Odp. Nie wiedziałam o tym w ogóle. Ponadto nie brałam pod uwagę takich kryteriów. Bohdan oddał nam od razu swą siedzibę PAP-u. tam jako Komisja Kultury mieliśmy swoje zebrania.. Myśmy pierwsi w Polsce stworzyli raport o stanie kultury.

Pyt. Czy w jakiś sposób został upubliczniony ten raport?

Odp. Raport polegał na tym, że wszystkie dziedziny zostały przedstawione jako katastrofa[3].

Pyt. Czy ten raport jest gdzieś?

Odp. W 1989 roku powtórzyłam ten apel o sejmik kultury w Filharmonii. Z Wysokińską, Jolą Jurand i z kimś tam jeszcze. I B. Kurowski oddał tę dokumentację, były tam między innymi te sprawozdania.
Maciek Gardzielewski - 5.VI 1981 było miejsce dla Maćka w klinice w Monachium (miał stwar­dnienie rozsiane). Kosztowało to 1000 marek - 120.000 zł., które pożyczył jeden człowiek nie pytając.
(Irena była nazywana „Mama Solidarności” bo ona się o to wszystko starała, w ciągu kilku dni. Gardzielewski po kilku dniach przyszedł do Regionu, oparł się o framugę i zapłakał. Co się stało? Okazało się, że dostał wiadomość z Monachium, że jego syn Maciek po raz pierwszy wstał),
To było w roku 1981, po Monachium. Wreszcie te tysiąc marek (które pożyczył znajomy mego kolegi), trzeba było oddać temu człowiekowi. I jest już lipiec, a ja tych pieniędzy nie mam. Była uchwała MKZ-u, że te pieniądze z koncertu w grudniu 1980 roku, który ja organizowałam za pomordowanych w rocznicę grudnia 1970. I za te pieniądze miałam kupić marki i pieniądze miałam, a marek nie miałam. I po Cyganach chodziłam, wszędzie. I Glemp został Prymasem. Ja poszłam z Krupińskim i z Kamińskim zaprosić Prymasa, aby poświęcił nasz sztandar w Olsztynie i powiedziałam Glempowi o tej sprawie: on wyszedł do pokoju obok, przyniósł mi kopertę i powiedział: Niech pani się więcej nie martwi, pani Ireno. I myśmy te pieniądze, w momencie gdy święciliśmy sztandar, te 120 tysięcy - Grażyna witając przy ołtarzu Glempa, wręczyła 120 tysięcy na ołtarz czy na krzyż do kościoła na Jarotach, wówczas budowanego.

Pyt. Początek Solidarności w teatrze.

Odp. Mieliśmy urlop do 1 września w teatrze. 2 września zjawiliśmy się w teatrze i było zebranie załogi pierwszego dnia. To już po porozumieniach było. I Krzysztof odczytał nam telegram z Teatru Wybrzeża z Gdańska, że powstają wolne związki i proszą o kontakt, jeżli nas to interesuje. i były zdania, żeby to odłożyć, poczekamy co z tego wyjdzie. I Stasiu Brodacki powiedział, że nie ma tu co czekać, tylko trzeba pojechać i dowiedzieć się co tam jest. Ja wówczas byłam wolna i powiedziałam, że znam Gdańsk, po drugie więc pojadę. Pojechałam, spotkałam się w Teatrze Wybrzeże z Łapińskim i z Kiszkisem, oni mi wytłumaczyli, co to w ogóle jest. Dostałam deklaracje i już wiedziałam, że absolutnie to trzeba robić. To jest jeszcze w pamiętnikach skrzętnie opisane. Potem siedziałam w domu aktora i był telefon z Grudziądza, bo kiedyś byłam w Grudziądzu, żebym tam przyjechała, bo już tam dotarła wiadomość, że byłam w Gdańsku i żebym pojechała do nich też, opowiedzieć to. To ciekawa rzecz. Myśmy siedzieli przy tej kawie z godzinę czy dwie i nie pamiętam kto wszedł wtedy, ktoś ze znajomych moich (to było w tym klubie aktora) i mówi: Pani Ireno, niech pani do Grudziądza nie jedzie. Nie wiem skąd on wiedział, że tam jeszcze wtedy nie powinnam jechać. Mnie zamurowało, że już mnie ktoś ostrzega, że mam gdzieś nie jechać. Że to jest niebezpieczne. Nie wiem dlaczego. Może telefon był na podsłuchu, wiedzieli gdzie mnie znaleźć. Przedziwna to historia. Przyjechałam do Olsztyna. Spotkała mnie ś.p. Asia Biesiada (?) i Krzysztof mnie zabrał i powiedział: Mów, co to jest. On z Cywińską był w kontakcie. U niej w Poznaniu to się już tworzyło. No i co i co? I myśmy wtedy postanowili, że nie będzie zebrania całej załogi, tylko ja będę chodziła po wszystkich naszych wydziałach i będę mówiła (pracowniach, po ludziach) i będę tłumaczyła każdemu z osobna, co to jest, a równolegle ze mną chodziła Lubaczewska namawiając do drugich związków - branżowych. I 75% ludzi przystąpiło do wolnych związków. To było szalenie spontaniczne. Aktorzy właściwie prawie wszyscy się zapisali. Dwie, trzy osoby, które nie wstąpiły i trochę nie wstąpiło z obsługi.

Pyt. Kto aktywniej działał?

Odp. Później było już zebranie i Andrzej Jurczak, w tej chwili w Australii (ale nie emigracja polityczna) i Włodzimierz Ambroziak, to był elektryk i ja - to była nasza trójka, komitet organizacyjny.

Pyt. W 1981 roku w teatrze było wystawione to widowisko Ignaciuka „Pieśń o drodze”.

Odp. Tak, kiedy był termin naszego Walnego Zgromadzenia Warmińsko-Mazurskiego, chyba 24 czy 25 czerwca 1981 roku. Rozmowy zaczęły się z Krzysztofem, że coś by trzeba zrobić i Krzysztof zaproponował tę „Pieśń o drodze”. Prezydium MKZ-u przyszło do teatru i wysłucha­liśmy tych piosenek (to było w czerwcu czy w lutym) no i bardzo nam się to wszystkim podobało. Wiedzieliśmy, że jest to specjalnie robione dla Solidarności, dla Zgromadzenia naszego. To Zgromadzenie odbywało się w ART, ale potem wszyscy byli na premierze tego spektaklu. To było dla wszystkich delegatów, to było bardzo uroczyste. To musiał być koniec czerwca, bo ja wróciłam z Poznania (Zostawiłam Zjazd, gdyż byłam przewodniczącą delegacji olsztyńskiej na odsłonięcie pomnika ofiar poznańskich. Wojtek Ciesielski, Wiesiek Brycki i ja, chyba ktoś tam jeszcze) (Także Andrzej Pawłowski - przyp A.P.). Jak wróciłam to była ta premiera tej „Pieśni o drodze”. To się nie da opowiedzieć. Teraz piosenki takie to lecą tuzinami, a wtedy to trzeba było być! Pewnie są gdzieś jakieś nagrania. W każdym razie było tak, jak nam teraz opowiadał jeden z kolegów, wówczas student studium teatralnego w Gdańsku, Artur Steranko, że on nie mógł dostać się na stojące jakieś miejsce, aby wejść do teatru. Ludzie, młodzież walili drzwiami i oknami. Czegoś takiego nie było w tym teatrze jak ten spektakl. Tak szalenie trafiony. On był powtarzany i ciągle, ciągle była taka frekwencja.

Pyt. Rościszewski był więc od początku związany z Solidarnością?

Odp. Absolutnie, tak. Gdy nastał stan wojenny i później po pewnym czasie mogliśmy przyjść do teatru aby próbować coś tam, w stanie wojennym, to był chyba 5 stycznia, to Krzysztof zebrał nas aktorów w bufecie i powiedział, że najchętniej to on by wystawił teraz kawałek „Dziadów” Mickiewicza, albo „Księgi pielgrzymstwa polskiego”. Ciągle był buńczuczny, nie poddawał się. Później zaczęły się regularne ataki ze strony Segieta.
Rościszewski był hołubiony i uznawany za wspaniałego reżysera do okresu Solidarności, a potem okazało się, że robimy w tym teatrze same knoty, a Rościszewski nie ma pojęcia o reżyse­rowaniu. Solidarność odebrała talent Rościszewskiemu. To nie była walka recenzenta (to było obrzydliwe) ja do tej pory z Segietem się nie kłaniam, ręki nie podaję. Nie mam w sobie żadnej nienawiści. Jaruzelskiemu nigdy nie wybaczę, bo nie jestem w stanie. Nawet gdybym miała pójść do piekła, to nie przebaczę tego, co zrobił. Jest to obrona ludzi pomordowanych, Marcina Antonowicza, Andrzeja Bartuszko, pobitych Władka Kałudzińskiego, jest to obraza, jeżeli się stara cokolwiek znaleźć na usprawiedliwienie. To jest obrzydliwe dla mnie. A pan Segiet, oczywiście w innym wymiarze, ale jest obrzydliwą dla mnie postacią. On wyczuł koniunkturę. Pamiętasz te jego felietoniki. Przecież ja byłam członkiem partii. W pamiętniku piszę, że czuję się obrzydliwie, gdyż część odpowiedzialności za krew w grudniu 1970 roku mam tę kroplę na sobie, ponieważ podpisałam protest przeciwko temu co się tam dzieje w grudniu w Gdańsku, jakieś tam było postępowanie. Nie pamiętam dokładnie jak tam było. Wiem, że jakoś szłam z tym nurtem, ale to co robił Segiet to było obrzydliwe. I Rościszewski przez to wyleciał z tego teatru.

Pyt. Stosunek Wydziału Kultury?

Odp. Nie żyje niestety ś.p. Gienio Zawadzki, który w stanie wojennym w styczniu, lutym podszedł do mnie i powiedział, no Matko Polko uratowaliśmy ciebie. W ogóle on na ten temat nie chciał mówić. Widocznie Wydział Kultury w tym czasie jakoś interweniował, żebym ja z pracy nie wyleciała, dopiero wyleciałam później, po Tygodniu Kultury Chrześcijańskiej w 1984 roku. Ale wcześniej jakoś nas kryli.

Pyt. Wspomniałaś Gienka Zawadzkiego.

Odp. Ja Gienka znam jako olbrzymiego pasjonata teatru, który nas po prostu kochał. To była mi­łość nieprawdopodobna. Na widok aktorów, aktorek robił się miękki jak plastelina. Ja go cenię szalenie za to, co robił dla teatru, dla ludzi, dla kultury. Był to jeden z najwspanialszych motorów. Ja nie wiem w jakim kierunku politycznym, ja tego nie oceniam. Gdyby takich ludzi było więcej, podejrzewam że losy kultury potoczyłyby się inaczej. I ocalałoby więcej rzeczy w Polsce. Jestem bardzo szczęśliwa, że jeszcze udało mi się być u niego w szpitalu przed śmiercią i pożegnać się z nim.

Pyt. Rościszewski kiedy odszedł?

Odp. On odszedł na rok do Katowic, to był rok 1978, wrócił, a w stanie wojennym odszedł w 1984 roku. Gdy był Tydzień Kultury Chrześcijańskiej, to już był Ziembiński.

Pyt. Opisz Tydzień Kultury Chrześcijańskiej.

Odp. Presja esbecka była straszna, część ludzi zrezygnowała. W końcu zostalimy: Baśka Baryżew­ska, Janek Niemaszek, Artur Steranko i ja. Z początkowej szóstki czy ósemki nawet, aktorów, którzy mieli brać w tym udział, potem się wykruszali. To była inicjatywa Bohdana Kurowskiego - on to zrobił. Szalał mój ukochany, osobisty opiekun „Zyga” tzw. czyli Zygmunt Szymański. On dostawał szału, żeby to się nie odbyło. Był u mnie w domu. Bo to były formy pracy pana Szymańskiego, że on przychodził. Bo to był mój osobisty przyjaciel, ostrzegał, takie różne rzeczy i przychodził do domu. W tym Tygodniu Kultury Chrześcijańskiej był u Baśki Baryżew­skiej, potem przyszedł do mnie. I wtedy to było słynne: „A Piotrek to gdzie się stara, na WSP? Pani żartuje”. To były takie dowcipy, że syn chce się dostać na WSP. Siedzieliśmy, na tapczanie on siedział koło mnie, a ja miałam egzemplarz tekstów i pytał: A dlaczego my się nie chce­my poddać cenzurze?” A ja, że po pierwsze, to jest w kościele, a więc nie ma potrzeby ocenzurowania, a dwa to przecież jest Kochanowski, to niech pan sobie poszuka „Odprawę posłów  …” u Kochanowskiego. Oczywiście nie pokazałam mu tego tekstu, zabrałam bo on już tak sięgał. „No nie, nie! To może pan przyjść sobie posłuchać tego, albo poczytać Kochanowskiego”. Zresztą my chodziliśmy ze szczoteczkami do zębów i z past na te nasze spotkania, na te występy nasze. W kościele NSPJ recytujemy, a pan Szymaski przez środek kościoła żując zresztą pestki (to pamiętam jak dziś) i siada w pierwszym rzędzie. Nie ważne, że siedział w pierwszym rzędzie. Mógł siedzieć, bo tak samo ubek w kościele św. Józefa też stał pod kolumną i myśmy wiedzieli, że to właśnie ubek, ale to co zrobił pan Szymański, to przechodzi wszelkie pojęcie. Pomijam, że brak kultury, ale trudno to określić, że on się nie bał, że go ludzie tam nie … nie mama słów. Żuł i ten przemarsz, w czasie kiedy już aktorzy recytują, on idzie jak procesja główna przez ten środek żując pestki, siada w pierwszym rzędzie.

Pyt. Prowokował swoim zachowaniem się?

Odp. Tak, tak. Z tym widowiskiem występowaliśmy po jednym razie w każdym z kościołów.

Pyt. Siekierski się wycofał.

Odp. Siekierski i Stefan się wycofali. Innych nazwisk o których wiem, to nie mogę podać, które się wycofały. Stefan się wycofał, ponieważ stwierdził, że z nas dwojga jedno musi być w domu. Jeszcze o tym Tygodniu Kultury. Tak się stało, że aktor Steranko, znakomity aktor, musiał pójść do wojska na rok i to do bardzo ciężkiej służby. Nie udało się, mimo że uruchomiliśmy przedziwne różne rzeczy. Przedziwne, nie będę mówiła, jakich używałam dróg, żeby go, u bardzo wysoko postawionych osób wojskowych, bardzo wysoko[4] i się nie udało go wybronić. Wojsko nie miało wpływu na to, żeby Sterankę uratować od tej służby wojskowej. Steranko odszedł, Baśka Baryżewska musiała odejść z tego teatru również. Baśka poszła najpierw do El­bląga, a potem do Łodzi. Ona była przez cały czas zaangażowana, ale stąd musiała odejść. Jasiek Niemaszek odszedł również, poszedł do Radomia. Nie ułożyło się.

Pyt. Rok 1984 i 1985 to był (Irena: tu, tu w Olsztynie). Nie wiem czy tylko w Olsztynie, przecież Popiełuszko i nie tylko, w skali kraju. Niemniej w Olsztynie był on szczególny.

Odp. Tak, szczególny. W tym samym czasie miałam spotkania w Warszawie z różnymi ludźmi, z Lublinem, cały czas z Gdańskiem. Ale to co się działo tutaj to nie do porównania. Tutaj było szczególnie.

Pyt. Czy mogłabyś coś powiedzieć o Julu Grodzińskim?. Wiem, że łączyły cię z nim szczególne więzi.

Odp. (Wzruszona) To jest tak, że Jul ewaluował[5]. Początkowo, ten stary potomek szlachty i prawie, że magnat. Spowinowacony z tronem angielskim. Uważał, że tylko monarchia oświecona jest ustrojem jedynym i możliwym do przyjęcia. Autentycznie przez ciotkę swoją jest wujem króla, czyli męża Elżbiety. Ale to nie ważne. I on uważa, że tylko monarchia oświecona. Spotyka się z nami, w 1981 roku poznaliśmy Jula. Jak pojechałam na Zjazd do Oliwii we wrześniu, to przysyłałam mu kartki z tamtąd i materiały jakieś do czytania. I Jul uważał, że robimy źle, natomiast w momencie kiedy stan wojenny zastał mnie tam z Pawłem u Jula Grodzińskiego w Przy­kopie, Jul zabrał dzieci do siebie, tak że jak mnie pan Szymański - ukochany - zabierał, to dzieci tego nie widziały na szczęście, tylko Stefanowi powiedział tak bardzo głupio i bardzo bydlęco (14 grudnia). Byli po mnie 13 grudnia, ale mnie nie było w domu i przyszli po mnie 14, w poniedziałek. Tylko było przesłuchanie. Szymański twierdził, że on jest wielbicielem mego talentu i uważał że on mnie ratować będzie całe życie.

Pyt. Jednym słowem „człek ludzki”!

Odp. I z ludzką twarzą jeszcze w dodatku. I Jul wtedy przeszedł dokładnie na naszą stronę. Zresztą przestał się golić, tak jak wszyscy w opozycji od stanu wojennego. I stał się Przykop miejscem spotkań bardzo różnych dziwnych ludzi, łącznie z przechowywaniem papieru, farby drukarskiej. Nie dla Olsztyna, dla Gdańska akurat, bo tak się złożyło, że miałam dla Gdańska stamtąd farby wozić z Przykopu. I co dziwne, Jul był wzywany i przesłuchiwany również w związku z podziemiem. Zresztą zaczęto interesować się Przykopem, po wyjściu Bartuszka z internowania, dlatego że Andrzej tam przyjeżdżał do mnie do Przykopu i potem zaczęły się inwigilacje, wzywania Jula na ubecję. Potem jeszcze doszedł Janusz Śliwiński, który wyszedł z więzienia w 1983 i nie miał gdzie pracować. Załatwilimy mu pracę u Króla, to jest taki rolnik, który miał olbrzymią hodowlę świń w lesie za nami w Przykopie. I charakterystyczne: zaczął tam pracę w poniedziałek, we wtorek przyszedł znowu, ale w środę miał się meldować na milicji, w każdą środę. Na milicji zameldował się w środę, i jemu powiedziano tak na milicji: Wie pan, pan pracuje tam na wsi, oczywiście pan tam pracować może, ale wie pan, tam są maszyny, może coś się spalić, słoma się spali, a pan tam będzie, pan jest kryminalistą. I Janusz zrezygnował z tej pracy, gdyż dano mu wyraźnie do zrozumienia. Zresztą jak szłam z nim do tego Króla przez las, to drogą już jechał samochód, tak że wiedzieli dokładnie gdzie Janusz będzie. Śliwiński wcześniej był więziony.

Pyt. Mówiłaś, że do Przykopu trafiali dziwni ludzie?

Odp. Do Przykopu trafiały dziennikarki z News Weeka z Nowego Jorku i edycji londyńskiej. To były dwie angielki - jedna angielka i amerykanka, które były u nas dwa albo trzy razy, przyjeżdżały. Zostały przez Gdańsk przysłane i u nas zatrzymywały się w Przykopie. One tu przywoziły pieniądze dla ludzi. Dostawali m.in. Kałudziński, Boberowa. I kontaktowałam je z osobą, nie pamiętam nazwiska, na Kołobrzeskiej[6], a był też nasz człowiek, który dalej te pienią­dze brał. A przy tym one napisały o Olsztynie, o Solidarności, o tych czasach.[7] Pierwszy raz one były w 1983 (lub 1984), kiedy wyjeżdżał Tadek Kisły. Zresztą wszystkie pożegnania, gdy ktoś wyjeżdżał odbywały się w Przykopie. Poza tym przez Przykop, więcej o tym powie, jeżeli będzie chciał Bohdan Kurowski, bo w Kopankach były spotkania z członkiem rządu holenderskiego, z którym miał kontakt B. Kurowski. I od nas woziliśmy tam Leszka Lechowskiego na rozmowy na temat Solidarności, interny. Bo to było już po internowaniu, lata 1983-84. Wszyscy ludzie po internowaniu znajdowali się w Przykopie: Mirek Krupiński, Grażyna Langowska, Staszek Mackiewicz, Andrzej Bober, Waldek Niczyperowicz, Władek Kałudziński, Janusz Śli­wiński, Michał Powroźny[8], Ziuta Mielnik, Danka Gulko, Baśka Nowak, Józek Nowak, Stefan Śnieżko, Wojciech Ciesielski, Tadeusz Kisły, Mietek Kamiński. To są wszyscy ludzie z tego początku z 1980 roku. Zarząd Regionu w 1981 roku to co innego, niż ten początek września 1980. A potem wszyscy się przez ten Przykop przewinęli.

Pyt. W jaki sposób były organizowane te spotkania?

Odp. Ktoś wyjeżdżał, wracali z więzienia - to tam odbywały się powitania. I załatwiało się też różne dziwne sprawy. To znaczy, nie chciałabym mówić ponieważ, tam była załatwiana jedna z najbardziej przykrych rzeczy, do tej pory niewyjaśniona, a ponieważ kolegów już nie ma i nie chcę też o tym mówić - sprawy pieniędzy z Zachodu. nie wiem dokładnie, a nie chcę o tym mówić. [9]

Pyt. A nie wiesz jakie duże sumy to były?

Odp. Na ten temat nic nie wiem.

Pyt. W „Gazecie” ukazała się publikacja o Julu Grodzińskim.

Odp. Kiedy był proces Andrzeja Bobera i siedmiu pobitych w Kwidzynie za 1981 sierpień - i proces elbląski słynny, Jul wywalczył delegację z ramienia tygodnika „Warmia i Mazury” (dwuty­godnika wówczas już), że będzie reprezentował redakcję. Wywalczył, pojechał na ten proces, wrócił i pamiętam, że wrócił roztrzęsiony zupełnie i powiedział: „To jest wczesny Oświęcim, to co tam się dzieje.” I nigdy na ten temat nie napisał. On, tak twardy facet, który pisał o wielu rzeczach, on nie był w stanie. On normalnie płakał. Nie był w stanie tego opisać. Wtedy pałał miłością absolutną do Andrzeja Bobera, stwierdził, że to jest jeden z najmądrzejszych ludzi jakich znał, mimo że jak wiesz, znał wielu dziwnych ludzi. Jemu szalenie Andrzej Bober zaimponował.

Pyt. Postać ta mnie bardzo interesuje.

Odp. Dla mnie Andrzej Bober był najmądrzejszym z nas wszystkich człowiekiem, w tej grupie zakładającej Solidarność. Dam ci przykład: dokładnie 8 marca 1981, gdyż pamiętam mieliśmy komunistyczne święto babskie i były jakieś ciastka, lampka wina i ja siedziałam na parapecie w oknie, w tym wieżowcu. Jadłam ciastko i podszedł do mnie Andrzej i powiedział mi: Ty jesteś wiceprzewodniczącą MKZ-u, ty siedzisz, ciastko jesz, ty się śmiejesz. Ty powinnaś już w tej chwili taktykę opracowywać, co będzie jak trzeba będzie władzę przejąć. To mówił Andrzej w 1981, że należy już kadry przygotowywać, politykę. On wtedy już o tym myślał. Gdybyśmy wtedy posłuchali Andrzeja Bobera, to teraz miernoty nie byłyby w Sejmie i nie byłoby tego co jest w tej chwili. Bo byśmy przygotowali wtedy elitę, a nie popłuczyny. To by się całkiem inaczej potoczyło.
Andrzej miał szalenie oziębłą głowę, gorące szalenie serce, ale bardzo zimną głowę - przywód­czą. On rzeczywiście oceniał, gdzie jest ryzyko bardzo dokładnie. Co można dalej, wychylić się w którą stronę, żeby coś osiągnąć. To nie chodzi o kunktatorstwo, nie, nie, nie. Trzeźwa mą­drość.

Pyt. On bardzo krótko był związany z SB.

Odp. Tak, mówił o tym na początku naszej pracy. Nie pamiętam dokładnie. Miesiąc czy dwa pracował, to było wszystko. To nie było ważne w tym momencie. Każdy musiał się wyspowiadać z grzechów. I on o tym powiedział.

Pyt. On chyba nie pchał się na świecznik?

Odp. W żadnym wypadku. Nigdy w życiu. On się zajmował wszystkim. Dla mnie, to Andrzej kierował Związkiem. Tak to było w moim odczuciu. Andrzej miał najmądrzejsze spostrzeżenia. Część była na świeczniku, część reprezentowała jak Krupiński, a Andrzej był cichutki, spokojniutki, malutki i z boczku mówił: „A ja uważam, kurde, że to trzeba zrobić tak”. I okazało się, że to trzeba było zrobić tak jak Andrzej mówił. To, że Andrzej wyjechał jest to jedna z najwięk­szych strat dla ruchu postsolidarnościowego w regionie. Jest to jedna z największych strat.

Pyt. Ciekawy jestem dlaczego Andrzej Bober zrezygnował. Początkowo po wyjściu z więzienia coś jeszcze próbowano robić.

Odp. Andrzej nie wytrzymał. I Bożena (jego żona) miała kłopoty. Ubecja za nimi bez przerwy chodziła. Andrzej ani pracy nie miał, przecież on jako robotnik pracował gdzieś (chyba w zakładzie hodowlanym w Słupach) i jeszcze rewizje. Z kościoła wychodził i go zabierali. Bez przerwy. Ja uważam, że ubecja była na tyle mądra, jak zawsze mówił: uważajcie oni są mą­drzejsi od nas ponieważ oni mają specjalistów. Andrzej i Bożena, byli tym zmęczeni. A przy tym podejrzewam, taką miałam przez sekund rozmowę z Andrzejem przed wyjazdem, gdyż pożeganinie pierwsze było w Słupach, a największe to w Przykopie, że już nie są ci sami ludzie. I on tego też nie mógł, on też to wiedział. Ja to widziałam również.

Pyt. Stan wojenny był niezwykła próbą.

Odp. I obnażył, obnażył. Stan wojenny to jest jedno, a potem 1989 rok. Druga próba. To są dwie różnego rodzaju działalności, a przy tym ujawniło się: ja nigdy nie deprecjonuję tych, którzy chcą władzy i chcą awansu, bo to jest normalne, tak powinno być. należy jednak mieć pewną ocenę własnych kompetencji i własnej odporności.

Pyt. Ja uważam, że można dążyć do władzy ale w imię czegoś. W imię dobra społecznego, wspólnego.

Odp. Jasne, to jest rzecz podstawowa.

Pyt. Bardzo ważną postacią był Krupiński. Był rzecznikiem, później szefem Związku, na koniec zastępcą Wałęsy.

Odp. On był bardzo błyskotliwy. Tak jak Grażyna była na błysk, na zewnątrz. Szalenie elokwentna, potrafiła mówić. To są tego typu ludzie. I Mirek na tym jechał. Przecież w pierwszej fazie on nie był taki największy, ale był widoczny, przebojowy, z aparycją. Amerykanie mają rację, że prezydent powinien być przystojny. I Mirek był, może nie w moim typie, ale to była taka powierzchowność też…

Pyt. Czy możesz go ocenić jako szefa Regionu?

Odp. Jako szefa Regionu zupełnie nie, dlatego że ja już po czerwcu 1981 roku wróciłam do teatru, po wakacjach. Bo przecież ja na Solidarność, nie tyle wzięłam urlop, ale mniej grałam w tea­trze, rezygnowałam z jakichś tam ról. We wrześniu 1980 roku myśmy byli jedynym MKZ-em w Polsce, który od początku nie zaczął działać etatowo. Myśmy wszyscy pracowali, robiliśmy te słynne dyżury w „dziupli” czyli w WPKM-ie na dole od wejścia. Ponieważ nikt z pracy nie mógł się zwolnić. Ja się wycofałam z obsady, chyba ze „Ślubów panieńskich” i siedziałam na tych dyżurach w czasie pracy, a potem po 15-tej mnie zmieniali inni ludzie. I tak myśmy gonili do grudnia, aż dostaliśmy tą siedzibę na Dąbrowszczaków. Kiedy się zaczęło szefostwo Krupińskiego, kiedy był normalny Zarząd Regionu, to po czerwcu 1981 roku wróciłam do teatru do pracy i do MKZ-u przychodziłam tylko na interwencje, na załatwianie spraw, czy komisję kultury, nic więcej. I jaki był przewodniczącym Regionu trudno jest mi to ocenić.

Pyt. Ale wcześniej jako działacza?

Odp. Był to sprawny działacz, ale nie gloryfikowałabym Mirka. Jestem pełna szacunku za to co się z nim później działo, przeżył straszne rzeczy …

Pyt. On był jedną ze stron w konflikcie z Wojnowskim.

Odp. Nie chciałabym go skrzywdzić, ale padały takie głosy, że Krupiński dlatego zaczął działać w Solidarności, żeby załatwić porachunki z Wojnowskim …

Pyt. Ale wszyscy byliście przekonani, że to jest ważna sprawa?

Odp. Bardzo, uważam że jednak najważniejsza, ja do tego się przyłożyłam, że zarządziliśmy pogotowie strajkowe, kiedy nie przyjechała komisja z W-wy na wiosnę w 1981 roku, badać sprawę Wojnowskiego. Chcieli przesunąć to na jakiś czas, czekać. Wtedy ja się sprzeciwiłam, że nie wolno czekać w nieskończoność, bo to jest bicie nas po nosie. To nie chodziło nawet o Wojnowskiego, chociaż wiedziałam, że były to duże sumy, tylko chodziło o to, żeby społeczeństwo zobaczyło, że on jest równy wobec prawa (teraz to może demagogicznie brzmi). To jest najważ­niejsze. Gdyby nam się wtedy udało w 1981 ukarać parę tego typu osób nawet symbolicznie, ale żeby społeczeństwo zobaczyło, i Mazowiecki w 1989 roku to powtórzył, byłaby inna atmosfera teraz.

Pyt. Musi być to oczyszczenie.

Odp. Oczywiście.

Pyt. Z Wojnowskim częściowo się udało, bo przecież w końcu on odszedł.

Odp Tak, ale zostało to, że coś tam Krupiński, że Łukomski, że dał po mordzie … a to, że nie jest najczyściej. A po drugie, to władzy właśnie chodziło o to. Nam chodziło o rozprawę sądową, nam nie chodziło o tego typu odejście. Nam chodzio o to, żeby to było w majestacie prawa.

Pyt. Co możesz powiedzieć o Bartuszku, on jest bardzo mało znany?

Odp. Andrzej Bartuszek kiedy we wrześniu 1980 roku, gdyż nam olsztyński komitet założycielski MKZ-u zaczął się wyłaniać w końcu sierpnia, jeszcze przed podpisaniem umowy w Gdańsku. Wiem, że Leszek Lechowski i inni jeździli do Gdańska, były jakieś kontakty. I na pierwszym zebraniu w „Spomaszu”, to była druga połowa września, było zebranie na którym poznałam po raz pierwszy związki zawodowe już z całego Olsztyna i przewodniczącym już był (to było dru­gie zebranie) Andrzej Bartuszek. Jego zdjęcie mam. Był to prosty, ale szalenie mądry i kulturalny człowiek. Był ślusarzem, czy coś takiego. Bardzo prężny, a przy tym słowo Solidarność ze wszystkich to chyba do Andrzeja pasuje. Facet, który kiedy trzeba było pomagać, już nawet jak wyszedł w stanie wojennym z więzienia, nie było sprawy, której nie zrobiłby Andrzej Bartuszek dla człowieka, dla kolegi, dla przyjaciela. To było zebranie w Spomaszu, ale później było zebranie w PSTBR na ul. Lubelskiej i już była zmiana prezydium, bo tam przyszło tak strasznie dużo zakładów pracy, że zarządzono nowe wybory, bo to się zrobił inny wymiar. Jak w Spomaszu było nas 30-40 osób najwięcej, to w PSTBR było nas ponad 100 osób i trzeba było robić nowe wybory. Przewodniczącym został Edmund Łukomski, Staszek Mackiewicz i ja zostaliśmy wiceprzewodniczącymi, Mirek Krupiński rzecznikiem prasowym i kontakty z krajówką. Andrzej Bartuszek był członkiem prezydium, ale nie był już przewodniczącym. Ale w pierwszych tygodniach on organizował. Później internowany, on ciężko chory był na nadciś­nienie, sprawy krążenia, no i żył rok po wyjściu z więzienia, rok, dwa lata żył niecałe. Zresztą cały czas działając w tym czasie. I później wylew krwi do mózgu - 33 lata. Dokładnie przyło­żyła się do tego interna. Pogrzeb Andrzeja był takim momentem, że pozbieraliśmy się trochę, nawet z województwa poprzyjeżdżali na jego pogrzeb. To był maj, to było 9 maja 1984. Wszyscy się zebraliśmy. W imieniu Solidarności ja go żegnałam. Byli wszyscy, i to mnie  bardzo cieszyło. Chociaż już wtedy (nie chcę nazwisk wymieniać, gdyż ludzie jeszcze żyją) przed kaplicą przy Szpitalu Wojewódzkim już nie staliśmy razem. Ja stałam z grupą ludzi … Przychodzili inni, już do nas nie podchodzili wszyscy, po czym ja chodziłam do różnych ludzi, a część już się z sobą nie witała. To jest straszne.

Pyt. Krupiński miał bardzo ciężkie przejścia w więzieniu (Wojtek bardzo krytycznie go ocenia).

Odp. On się odsunął od nas. Ja nigdy nie będę nikogo sądziła ani oceniała, ponieważ ja nie prze­szłam przez więzienie, nie wiem co to jest i nie mam pojęcia jaka byłaby moja reakcja … Odsunął się zupełnie od nas, ale po pogrzebie Andrzeja po jakimś czasie go spotkałam, on zapowiedział mi, że będzie pomagał Kaśce, czyli „Grubej”, żonie Bartuszka. On tylko ze mną może mieć kontakt, bo on nie chce z ludźmi mieć do czynienia. Powiedział, że będzie mnie te pieniądze czy jakąś pomoc przekazywał. Nigdy mnie dla Kaśki nie dał, raz prosił mnie o adres i podałam mu adres Kaśki. Ale przecież nie będę go kontrolowała. Był u mnie w Przykopie ze dwa razy. (mam zdjęcia z 8 października w Przykopie kiedy są wszyscy). Nie chcę osądzać, ale Krupiński z takim ciężarem przeżyć gdyby był z nami, to też byłoby inaczej. Albo coś wiedział o ludziach i nie chciał … Odsunął się i to jest niedobre … Nie wiem jak bym zareagowała na pobyt w więzieniu, ale mając taką pozycję czuła bym się w obowiązku tu jednak ludziom pokazać, że ja jeszcze żyję, że ja jestem … i pościągać tych ludzi, żeby oni byli razem.

Pyt. Podobnie Andrzej Bober.

Odp. Trudno tu porównywać te dwa pobyty w więzieniu, ale Andrzej Bober siedział w jednej celi z mordercą, z zwyrodnialcem, który gwałcił i mordował małe dziewczynki. On siedział z nim przez parę miesięcy. To co on przeżył, to jest straszne. Nie wiadomo czy fizyczne cierpienia są gorsze, czy z takim indywiduum siedzieć. I jeszcze zachowywał się, ja nie mogę po prostu mówić … Nie można wyporności ludzkiego umysłu oceniać. Niemniej uważam, że Krupiński jeżeli sam nie miał siły, to powinien komuś dać cynk, że ja żyję, włączyć się raz.

Pyt. Co możesz powiedzieć o księdzu Żołnierkiewiczu?

Odp. Był cały czas z nami, natomiast zupełnie nie mam pojęcia o sprawie pieniędzy. Natomiast później wszystkie inicjatywy kiedy chciano wystąpić w kościele, kiedy chciałam cokolwiek zrobić, to Jul był zawsze z nami … To znaczy był z Solidarnością. To znaczy też był okres kiedy nie chciał z nami rozmawiać, dokładnie z Andrzejem Bartuszkiem i ze mną, w stanie wojennym po wyjściu Andrzeja z więzienia 1982r. Ale to było przez moment, on podobno nawet pobity był. I tego nikt do końca nie wyjaśnił, nie wiem czy Jul się teraz do tego przyzna, czy powie co było z nim.

Pyt. Na pewno on też był pod dużą presją.

 

Odp. Ach, na pewno!

Irena: Chodzi o pieniądze, które były przekazywane z Zachodu. Jedni drugich oskarżali o ich przy­właszczenie. Ja jeżeli dostałam jakieś pieniądze, to dawałam przy świadkach. Gdy Andrzej Bober wyjeżdżał to powiedział, że postara się aby pieniądze były przekazywane na ręce M. Powroź­nego lub moje. Ja jednak nie otrzymałam żadnych pieniędzy, o ile mi wiadomo to Powroź­ny też nie[10]. A. Bobera odwoziłam do W-wy. Pamiętam, że jakaś kobieta głośno na lotnisku, kiedy mnie zobaczyła, to zawołała, że ma dla mnie jakieś ulotki i materiały do Olsztyna. Nie zachowała żadnej ostrożności.

 

END

 

Rozmowa z Heleną Cynalewską

w dniu 28.04.1993r.

 

H.C. W niedzielę 13 grudnia, idąc do kościoła, przeszłam ul. Dąbrowszczaków. Stał tam samochód milicyjny po jednej stronie i drugiej. Na dole była dziura, wybita szyba, dyktą zabite i wtedy poszłam do kościoła. Na ul. Mickiewicza spotkałam Wojtka Niepokulczyckiego. Tego dnia nie było go w domu, szukali go ale nie wzięli. Chwilę porozmawialiśmy, poszliśmy do kościoła i po Mszy św. mieliśmy się spotkać. W pewnym momencie odwróciłam się i  zauwa­żyłam, że go już nie ma, nie stał za mną. Później mi powiedział, że była kupa ubeków w kościele i on po prostu uciekł. No i znowu zostałam sama. Byłam taka bezradna, myślałam, że trzeba wyjść na ulicę chodzić, krzyczeć i szukać gdzieś kogoś, bo zdawałam sobie sprawę, że coś trzeba robić, a ja zupełnie nie miałam gdzie i nie miałam jak. Potem zaczęłam przy kościele, ponieważ tutaj w tym KIK-u znałam pana Borzyma, Jasia Kumora, tych wszystkich i wiedziałam, że tutaj przychodzi pomoc i po prostu wkręciłam się w to, na tej zasadzie, że oni mnie znali, wiedzieli kto ja jestem. Poszłam do Żołnierkiewicza, który znał mnie od bardzo dawna, bo w tej parafii jestem od niepamiętnych już czasów, od 1958 roku tu mieszkam. Powiedziałam mu jaka jest sprawa. On powiedział, że dobrze i poprosił tę panią Danusię i powiedział jej, że wszystko co ja będę dawała, wszystkie wykazy, wszystkie nazwiska i o co będę prosiła, to żeby  było uwzględnione. I wtedy zrobiłam listę, napisałam te wszystkie nazwiska i tak się z nimi umówiłam, że co jakiś czas przyjdę, wezmę kartki i dostarczę ludziom i oni będą przychodzili po odbiór. Z tym, że ponieważ byli to ludzie, którzy nie bardzo lubili korzystać z takiej pomocy, więc zwykle robiliśmy to w ten sposób, że był dzień kiedy ci ludzie przychodzili, albo jakieś godziny, np. od 19-tej tylko dla rodzin internowanych. Tak, żeby nie było to w ten sposób, że to z takim najróżniejszym elementem, różni bowiem ludzie przychodzili. Zrobiliśmy więc osobno.

Pyt. Czy ta pomoc organizowana przez kościół NSPJ była dość istotna?

Odp. Wydaje się, że tak, tylko nie wszyscy chcieli z niej korzystać. Była część ludzi, którzy nie chcieli przychodzić.

Pyt. Ale wszyscy propozycje mieli?

Odp. Tak. Na pewno to było dużo. To była odzież, dużo żywności. Szczególnie w tym począt­ko­wym okresie było tego naprawdę dużo.

Pyt. Pani Heleno, a więc były jak gdyby dwa ośrodki, kościół NSPJ i kościół św. Józefa?

Odp. Kościół św. Józefa, to było trochę później. Początkowo to było tylko przy NSPJ. Później gdy był zorganizowany ośrodek przy kościele św. Józefa, to tutaj nadal była wydawana pomoc, ale już w mniejszym wymiarze.

Pyt. Kiedy zaczął funkcjonować ośrodek przy kościele św. Józefa?

Odp. To było chyba wiosną 1982 roku, bo pamiętam, że było ciepło jak tam do nich chodziłam i wtedy oni tam mieli już swoje kartoteki. Tam każdego nowo aresztowanego czy represjonowanego rejestrowano, bo tam im zgłaszałam i oni według tych kartotek powinni prowadzić tę pomoc. Ja już wtedy tej pomocy specjalnie nie kontrolowałam, wycofałam się, najwyżej gdy ktoś czegoś potrzebował to załatwiałam tutaj w kościele. Byli tacy, których umawiałam i tutaj przychodzili. Część ludzi nie chciała przychodzić. Pamiętam panią Śnieżko, jak rozdawałam kartki, to ona nigdy nie chciała. Kiedyś tylko powiedziała, że gdyby były jakieś tenisówki potrzebne dziewczynkom. Wzięłam rozmiary. Część rodzin miała pomoc z Norwegii. Widocznie te nasze listy tam dotarły. Nie pytałam, kto co i jak ale wiem, że część ludzi dostawała. A więc ta pomoc szła bezpośrednio na adresy tych rodzin, była pomoc tu przy kościele, a potem była pomoc w tym punkcie przy św. Józefa, ale później tam już tych rzeczy było coraz mniej, jeżeli chodzi o odzież i inne rzeczy.

Pyt. Czy była również pomoc finansowa?

Odp. Tu przy kościele NSPJ była, z tym że tu przy kościele też zbierałam pieniądze i przekazywa­łam te pieniądze ks. Borzyszkowskiemu z informacjami o ludziach, którzy potrzebują. I on z tymi pieniędzmi szedł. Z tym, że czasami te pieniądze on mnie dawał, a czasami ja jemu dawa­łam i mówiłam gdzie, co i jak. Czy była pomoc finansowa przy kościele św. Józefa, to nie wiem. Ja nie miałam żadnej podstawy, żeby ich o to wypytywać.

Pyt. A czy wchodziły tutaj w grę pieniądze z zagranicy?

Odp. Ja z takimi pieniędzmi nie miałam do czynienia. Wiem, że coś takiego było.

Pyt. A jeśli chodzi o te pieniądze, które pani dostarczała lub zbierała, czy może pani podać przy­kład, że one do kogoś trafiły?

Odp. Np. do Boberów. Byłam u Dunajewów i dowiedziałam się, że Bożena Boberowa (oni miesz­kali w Słupach) nie ma pieniędzy na kupno węgla. I powiedziałam o tym księdzu Borzyszkowskiemu. Jak poszłam po kilku dniach do Dunajewów, okazało się że był już ks. Borzyszkowski i te 5 tyś. zł było i Bożena węgiel wykupiła. Pamiętam, jak przyszłam, rzucili mi się na szyję. Ja pytam o co chodzi? - Och, niech pani nie udaje. Mówiliśmy pani o 5 tyś. zł., a te 5 tyś. już przyszły i węgiel wykupiliśmy. W tamtym czasie te 5 tyś. to były ogromne pieniądze dla tych ludzi. I wiem, że te pieniądze dochodziły do ludzi.

Pyt. Chodzi mi o aktywnych członków Solidarności.

Odp. O wielu mogę powiedzieć później, po stanie wojennym, ponieważ byłam dochodzącym człon­kiem Zarządu Regionu, więc spotykałam się raz w miesiącu lub dwa razy na dwa tygodnie i siedziałam w jednym miejscu podczas zebrania. Koło mnie siedział pan ze Szczytna, a z urzę­dującymi, właściwie niewiele mieliśmy kontaktów. Z tych młodych to był Żyliński Marek, ale z tych dawnych członków Zarządu, to niewielu znałam. Właściwie dopiero stan wojenny nas zbliżył i te wszystkie sprawy.

Pyt. Ma pani przed sobą listę członków Zarządu Regionu?

Odp. Z tej listy mogę bardzo pozytywnie powiedzieć o Andrzeju Boberze. Między innymi jak Bober miał wyjeżdżać, to siedzieliśmy w Przykopie i pół nocy przegadali. Było mi go serdecznie żal. Było mi żal jak wyjeżdżał Przewłocki, on nie był w Zarządzie Regionu, ale to był taki działacz z OZOS-u, bardzo wartościowy, ale on wyjeżdżał ze łzami w oczach. Zresztą Bober tak samo.
Bober był małomówny, zamknięty w sobie, nie robił niczego na pokaz i to co robił to miało sens. Lubię ludzi konkretnych, nie takich, którzy się popisują. Część tych ludzi zupełnie się nie sprawdziła. Z częścią ludzi trudno było się dogadać, np. miałam żal do tych, którzy powyjeż­dżali tak szybciutko, tak właściwie pouciekali, tak jakoś nieładnie np. Krupiński, to był pogrzeb Bartuszka, on przyszedł na pogrzeb, ale właściwie do nas nie podszedł. Stał zupełnie osobno i nie wiem dlaczego, ale myśmy też nie zrobili kroku i właściwie tak jakbyśmy byli jakimiś, ja wiem? Była między nami taka jakaś przepaść. Bo ci wszyscy, którzy powychodzili, jakoś się tak kontaktowaliśmy. Rondomański, Niczyperowicz i Wiesiek Brycki. Jakoś tak staliśmy razem, a Krupiński stał zupełnie z boku. Nie wiem, czy to były jakieś sprawy ze stanu wojennego. Nie mam pojęcia, nie wiem. On właściwie potem z nami nie nawiązał kontaktu. Wiem, że siedział w domu sam i właściwie kontaktów z nim nie było. Bober później poszedł do tej ciężkiej fizycznej pracy, jako pracownik w jakiejś brygadzie przy hodowli indyków. Gdzieś tu pod Olsztynem była jakaś tuczarnia indyków. I on tam pracował. Nosił worki 50-kilagramowe z paszą. Ponieważ tam w większości pracowały kobiety, więc je wyręczał i jak wracał do domu to nieraz dosłownie szedł wyczerpany. Gdyż do takiej pracy fizycznej nie był przyzwyczajony, ale pracował tam i później wreszcie zdecydował się wyjechać.

Pyt. Czy on mówił dlaczego?

Odp. Tak. To było chyba w ten sposób, że on nie chciał siedzieć bezczynnie, a zdawał sobie sprawę, że jeżeli do czegoś się włączy, to się może źle skończyć, a poza tym był rozczarowany w stosunku do wielu osób. A powiedział, że tak siedzieć i tylko pracować fizycznie, to nie chce.

Pyt. A co pani może powiedzieć o Przewłockim?

Odp. Przede wszystkim Przewłocki ma dwoje chorych dzieci. Przewłocki jest cudownym ojcem i rzeczywiście dla tych dzieci, jak potem przychodziłam, jak on już wyszedł. Z tym, że po wyjściu on też nie dostał pracy. Pracował prywatnie. Ja znam jego braci. On się wybił ponad poziom. On pracując, skończył studia. Jego brat jest zwykłym prostym robotnikiem. Przewłocki się wybił o własnych siłach ciężko pracując, mając dwoje chorych, upośledzonych fizycznie dzieci (mają zrośnięte kręgi szyjne, głowa wyrasta z ramion). I on tymi dziećmi zajmował się bardzo dużo. On z tymi dziećmi chodził na różne jazdy. Kiedyś wypożyczył, (ja miałam zbiór znaczków), znaczki polskie od 1945 roku. On je pożyczył, gdyż chciał je synowi pokazać, wytłumaczyć i poopowiadać i razem z synem te znaczki oglądał, tłumaczył. On pracował fizycznie. Był taki okres, że za tą pracę (on pracował u kogoś w jakiejś firmie budowlanej), nie dostał pieniędzy. Była zima, w czasie której oni właściwie głodowali. Jak go spotkałam na wiosnę, to on się właściwie zdecydował. Bo wcześniej długi czas nie mówił o wyjeździe. Mówił, że jego miejsce jest tutaj i że będzie tu cały czas. Ale potem powiedział mi, że takiej drugiej zimy on nie jest w stanie przeżyć. Powiedział: Proszę pani, to przekracza moje możliwości. Ja nie mogę na to patrzeć. Nie wystarcza nam, jego żona była pielęgniarką. I powiedział: Drugiej takiej zimy ja psychicznie po prostu nie wytrzymam. Gdy wyjeżdżał, spotkałam go na ulicy, miał naprawdę łzy w oczach.

Pyt. W którym roku on wyjechał?

Odp. To był chyba rok 1985. On wyjechał jako jeden z ostatnich. Bo część osób wyjechała momentalnie. Część miała dosłownie załatwione papiery na wyjazd z chwilą gdy wychodzili z internowania. I wtedy się z nikim nie kontaktowali, te sprawy ich zupełnie nie interesowały. Widać było, że to byli ludzie, którzy byli bo byli, ale jak się skończyło, to w ogóle przestało ich to interesować. I z tymi ludźmi właściwie nie było żadnego kontaktu. Najdłużej trzymał się Wiesiek Brycki, trzymał się Rondomański, który powiedział, że nigdy nie wyjedzie. Nieczyporowicz pojechał, ale to chyba żona go namówiła.

Pyt. Właśnie Irena Telesz mówiła, że te emigracje w wielu wypadkach, to były emigracje żon. To jest czynnik bardzo ważny.

Odp. Może na to jeszcze wpłynęła ta pomoc stanu wojennego. Jak te żony zobaczyły, to co przychodziło z zachodu, jakie to są rzeczy, jakie są możliwości, a co my mamy tutaj. Bo rzeczywiście cała masa rzeczy była naprawdę wartościowa, bardzo dobra, bardzo ładna. To wszystko przychodziło, nawet jeśli chodzi o żywność w tych opakowaniach, te wszystkie proszki, najróżniejsze środki chemiczne. To rzeczywiście na podstawie tych darów, to było Eldorado. Je­żeli się stworzyła jakaś szansa, to była tak silna presja.
Rodzin te sprawy polityczne nie interesowały, ważne było, że mąż nie pracuje, że jest bez pracy. Tak długo się wahał pan Porc też. Pracowała tylko jego żona, on nie pracował. Był pracow­nikiem na Wydziale Geodezji i tam nie miał prawa powrotu. To był już pan w średnim wieku, znaczy młodszy ode mnie, ale nie tak dużo młody. Po prostu on nie wiedział co robić. Właś­ciwie żyli z pomocy. Im cały czas pomagało Kortowo, nie pracowała żona i miał dwie dziewczynki. On też mi powiedział, że już na cudzym garnuszku dłużej żyć nie może. Pamiętam, byliśmy na takim spotkaniu w KIK-u i wtedy właśnie powiedział, że musi wyjechać. Część osób nie odnalazła się już w ogóle, zupełnie się już potem nie kontaktowała. Znaczy z chwilą wprowadzenia stanu wojennego dla nich się sprawa skończyła.
Byłam związana z Rondomańskimi. On myślał trochę inaczej. O nim też kiedyś puścili historię, że jest związany z UB. Pamiętam była taka historia, był zorganizowany opłatek. Ktoś wcześniej przyszedł do mnie i powiedział: Niech pani uważa z Rondomańskimi, bo on jest UB-ek. A dokładnie chyba następnego dnia czy w dwa dni później przyszedł do mnie, aby powiedzieć, że jest organizowany opłatek członków Zarządu Regionu i że on po mnie przyjedzie. Nie powiedział gdzie i jak tylko, że co
[AP6] ś takiego będzie. Pamiętam, że jak przyszedł, to córka moja mówi: Mamo, przecież ciebie zabiorą na UB. Powiedziałam: Kochana, przecież ja mam czystą torbę, czysto w domu, a jeżeli nie wrócę do rana, to przynajmniej będziesz wiedziała gdzie mnie szukać. I rzeczywiście pojechaliśmy z panem Rondomańskim i okazało się, że to była nieprawda. Byliśmy na tym opłatku …

Pyt. Dużo osób było ?

Odp. Nie, było nas kilka osób. To było organizowane u państwa Piskunowiczów w domu. Wtedy był Powroźny, p.p. Piskunowiczowie, Rondomański, Grucela i jeszcze kilka osób. Gdy wróciłam do domu powiedziałam wtedy mojej córce: Widzisz jak to ludzie ludzi posądzają, byliśmy i nic się nie stało. Powroźny przyszedł wcześniej, on wcześniej był wypuszczony, druga część jeszcze siedziała. Rondomański też wcześniej wrócił z internowania, jako rodzina zastępcza, bo on miał adoptowanego syna. I też wyszedł wcześniej, gdyż nawet ze szkoły poszła jakaś inicjatywa, że dziecku jest ojciec potrzebny i wtedy go chyba zwolnili wcześniej. Tak, że kilka osób było takich, z którymi rzeczywiście z przyjemnością się kontaktowało i było o czym porozmawiać.
Bardzo długo utrzymywałam kontakty z panem Piotrowiczem, który był też tak samo jak ja, dochodzącym członkiem Zarządu Regionu. Do końca odbierał ode mnie zawsze gazety i je rozwoził. Zbierał pieniądze, zbierał pomoc. Tak, że wtedy często w Rezonansie, pod pseudonimem „Kazik” przekazywał te pieniądze. Często były podziękowania dla niego. Właściwie byli ludzie, po których można było się bardzo wiele spodziewać i nie było nic, a byli ludzie po których się właściwie niczego nie spodziewałam i okazało się, że ci ludzie rzeczywiście pomagali i rzeczywiście włączali się do wielu rzeczy.

Pyt. Jakie imię miał pan Piotrowicz?

Odp. Franciszek. Był bankowcem. On rzeczywiście narażał się, a ma czworo czy pięcioro dzieci. Byli ludzie, którzy ryzykowali dużo.

Pyt. Czy pamięta pani kogoś z takich ludzi szerzej nie znanych?

Odp. A więc był okres, właściwie przez cały czas bardzo dużo robiła pani Danusia Gulko. Po wyjściu z więzienia i wcześniej. Zresztą byłam na jej sprawie. Baśka Nowakowa też, tylko ona robiła bardzo dużo hałasu. Ja potem się z Baśką trochę bałam, bo to wszystko było tak głośno i mi się wydawało, że … np. szła do mnie po prasę, przychodziła i mówi: Pani Leno, nakleiłam u pani na dole jakieś tam ulotki. - Matko Boska! Pani Basiu, nie mogła pani gdzie indziej? Więc to było dla mnie szaleństwo, bo wie pan, ja mogę rozkleić w stu różnych miejscach, ale klejenie w domu, w którym wiadomo, że jest kupa bibuły, do którego się przychodzi po bibułę, to uwa­żam, że to szaleństwo. I potem ja się jej bałam. Potem cały czas pomagałam Boberowej. Boberowa w różne te sprawy włączyła się. Pomijając to, że jak trzeba było to jej, ale ona się włą­cza­ła we wszystko bardzo chętnie. Tak, że byli ludzie tacy z którymi się pracowało, z którymi wcześniej właściwie zupełnie nie byłam związana.

Pyt. Interesuje mnie sprawa kolportażu. Skąd pani otrzymywała gazety?

Odp. Z Warszawy. Do mnie dostarczano. To było tak: początkowo ja odbierałam i to szło od Basi Nowakowej, ale ponieważ raz, że mąż był przeciwny, był ten maluch, który im się urodził, a poza tym Baśka Nowakowa wiecznie miała jakieś kłopoty z milicją, bo to ją zatrzymywali. To chyba było jak ją aresztowali, chyba po tym Lidzbarku (już nie pamiętam) i wtedy właśnie była taka sytuacja, że trzeba było od niej zabrać i to już nie powinno do niej wrócić. I wtedy ja powie­działam, że ja to mogę od niej wziąć do siebie do domu, ponieważ ja jestem sama, jestem na emeryturze. Z pracy mnie nie zwolnią, więzienie też liczyłam, że ze względu na wiek i na moją chorobę, to może mnie ominie. Niewiele ryzykuję i powiedziałam, że proszę bardzo jeżeli chce­cie to niech to będzie u mnie. I potem przez tych kilka lat, właściwie do 1989 roku, to szło cały czas ode mnie. Z tym, że zmieniali się dostawcy. Jednego z nich to jeszcze spotykam czasami na ulicy. On potem się chyba ożenił i żona mu zabroniła i wtedy przyszedł kto inny. Był taki jeden, który wyjechał za granicę, później znowu powrócił. Był taki okres, że dowoził mi ktoś z Warszawy. Ja znałam tylko ich imiona, niewiele o nich wiedziałam. Właściwie ważna była tylko sprawa rozliczania się z dostawcami. Bo to był stały dzień umówiony, z reguły raz w tygodniu, powiedzmy środa, albo raz na dwa tygodnie. Zresztą umawialiśmy się i przywożone było z Warszawy, skąd i jak, to nigdy nie pytałam.

Pyt. Jakie tytuły?

Odp. O, dużo. „Wiadomości”. Potem przychodził taki mały serwis, „Tygodnik Mazowsze”, był KOS, był nauczycielski jakiś, potem był z Woli jakiś. Czasem dostawałam jakieś krakowskie, czasem katowickie.

Pyt. Ile egzemplarzy się rozchodziło?

Odp. 100, oczywiście wszystkich tytułów. Ja kiedyś policzyłam, to w tych czasach obracałam chyba na miliony. To było chyba po kilkaset tysięcy, jednych i drugich. Oprócz tego były książki. Książek było dużo, różnych. Były także znaczki.

Pyt. Czy znaczki również produkowano w Olsztynie?

Odp. Tak, ale w porównaniu z tym co dostawałam, to był drobny wycinek. Znaczki były bardzo ładne. Ładne były krakowskie, wrocławskie. Była taka ładna seria Matki Boskiej Ostrobramskiej. Miałam dwa albumy tych znaczków i mi skradli złodzieje.

Pyt. Czy pani rozprowadzała Rezonans?

Odp. Też. Jak wychodził, to rozprowadzałam. Tylko, że on był później wydawany nieregularnie, ale on już do mnie trafiał z reguły od innych.

Pyt. Czy pani orientowała się kto wydawał Rezonans?

Odp. Tam się zmieniało. Tam byli bracia, którzy mieszkali w Likuzach. Tam jakiś czas Wojtek Niepokulczycki siedział, to się zmieniało. Bracia z Likuz trzej, ale w końcu ich szwagier wydał. To było chyba trzech braci, takie gospodarstwo w Likuzach nad samym jeziorem, daleko na cyplu. I oni, wiem, że w ulu mieli schowany powielacz i szwagier po pijanemu, zatrzymała go milicja, oni co[AP7] ś tam wiedzieli i z niego to wycisnęli. Zrobiono obławę i wszystkich zwinęli. Wiem, że chyba dwaj, czy wszyscy, wyjechali. Jeszcze potem były różne akcje: chodziło się i w tym gospodarstwie pomagało, przy żniwach, a tych trzech braci aresztowano. Ale ja starałam się jak najmniej wiedzieć, jak najmniej pytać, ponieważ raz, że za mną ciągnęła się historia ubowska, a poza tym ni z tego ni z owego gdzieś kogoś aresztowano i potem się okazywało, że ktoś coś robił, i że gdzieś ktoś powiedział, a ja z przyjemnością stwierdzałam, że nic o tym nie wiedziałam. To, że na pewno nie mogłam, bo po prostu o tym nie wiedziałam. Tak, że nawet tych którzy do mnie przychodzili, nigdy właściwie o nic nie pytałam, ani gdzie kto mieszka, gdyż uważałam, że im mniej wiem, to w razie czego się nie wygadam. Nigdy nie byłam wcześ­niej przesłuchiwana i nigdy nie wiedziałam jak się zachowam, jak zniosę takie różne sytuacje. Dlatego uważałam, że im mniej wiem, tym jest bezpieczniej dla tych ludzi. Jak przyszedł i po­wiedział, że jest Olek, no to dobrze, to jest Olek. Potem powiedział, że ma taką sytuację rodzin­ną, że się żeni i nie może, no to nie może. I przyszedł ktoś następny, ale kto on był, gdzie, co i jak, nigdy nie wiedziałam i nigdy go o to nie pytałam. Bo jednak zawsze sobie zdawałam sprawę, że zawsze mogą do mnie przyjść. Tym bardziej kiedy przyszli do mnie kiedy było to spotkanie - zebranie u mnie. Bo myśmy w 1988 roku zaczęli robić już takie zebrania i to było ogła­szane w Rezonansie. W kilku Rezonansach było.

Pyt. Jak wyglądał przebieg tego zebrania, na które zjawiła się milicja i SB?

Odp. To była dziwna sprawa. Potwierdzało by to tylko, że rzeczywiście moje mieszkanie było obserwowane. Bo jak przychodziła do mnie czasem Baśka Nowakowa, to mówi: Pani Heleno, ale przecież u pani pilnują. Na podwórku stoi samochód taki i taki, nr rejestracyjny, gość siedzi i czyta gazetę. Albo czasami nawet do mnie dzwoniła i mówiła …
Ja mieszkam róg Kościuszki i Kętrzyńskiego i z tyłu jest takie podwórko, gdzie się podjeżdża do sklepu mięsnego i rybnego, ale ja chodząc po ulicach nigdy się nie oglądałam. Zawsze szłam tak normalnie, zwyczajnie i nie znałam żadnych numerów samochodów. Nigdy nie wiedziałam, czy za mną ktokolwiek idzie, czy jedzie. Bo po prostu wychodziłam z domu i szłam, bez żad­nych jakichś oglądań się gdziekolwiek. Ale widocznie było tak, że musieli mnie obserwować.
Mieliśmy kilka takich spotkań. jedno spotkanie było w kościele Franciszkanów, drugie spot­ka­nie było u rodziców Wieśka Bryckiego, potem było spotkanie u Rondomańskiego. I zawsze na każdym spotkaniu umawialiśmy się na termin i miejsce następnego. Z tym, że umawialiśmy się na piśmie i na migi, zdając sobie sprawę, że może być gdzieś jakiś podsłuch. I jak było to spotkanie u Rondomańskiego, to też na piśmie i na migi, umówiliśmy się na spotkanie u mnie. Miało być chyba po dwóch tygodniach.

Pyt. Kto był na tym spotkaniu u Wieśka Rondomańskiego?

Odp. Wszystkich panu nie wymienię, bo już nie pamiętam. Był Rondomański na pewno, byłam ja, pan Piotrowicz, Gierczak, Brycki. Nie wiem czy był ten pan z Nidzicy - Kisieliński, ale nie pa­miętam. I nie pamiętam, czy był pan Kamiński, bo on u mnie był. Może była też Grażyna. Bywało nas tak około 10 osób i później wydawaliśmy takie oświadczenie, … Nie mogliby się określać Zarządem Regionu, bo nas było tylko 10 osób, a Zarząd liczył 60, ale żeby ludzie wiedzieli, że coś się dzieje i że odbyło się takie spotkanie. One głównie odbywały się po to, żeby ludzie wiedzieli, że coś istnieje, i że w każdej chwili to może być większe. To były cztery czy pięć spotkań. Jeszcze u ks. Żołnierkiewicza też się spotykaliśmy, w którejś z salek. Od kilku miesięcy odbywały się takie spotkania, które już uznaliśmy za zebrania, o których należy podawać komunikat. I potem było umówione to spotkanie u mnie. Dwa dni przed tym spotkaniem przyjechał do mnie mój kolega z Lublina na zjazd Polskiego Towarzystwa Zootechnicznego w Kortowie i on u mnie nocował. Z tym, że on już tego dnia kiedy u mnie miało być to spotkanie, albo jeszcze wcześniej, były te Latające Uniwersytety, jedno ze spotkań też było u mnie i wtedy było sporo ludzi, gdyż ponad 20 osób i wtedy nikt nie przyszedł.

Pyt. A w którym roku było to spotkanie Latającego Uniwersytetu?

Odp. Może 1987? Chyba tak, bo wcześniej było ono u Ziuty. Do mnie przyjechał jakiś pan z Krakowa. Tak, że przyjeżdżali lektorzy na te spotkania. I u mnie to było z takim panem z Krakowa, taki brodacz stary.
I właśnie jeszcze przed tym spotkaniem u mnie, przyjechał ten kolega z Lublina, ponieważ był to mój kolega ze studiów, znał moją siostrę, więc byłam z nim któregoś dnia po południu u mo­jej siostry, a tego dnia, kiedy miało być u mnie to spotkanie, on już wyjechał, tak, że on nawet nie wiedział o tym, że będzie to spotkanie. Wyjechał wcześniej, a spotkanie miało odbyć się wieczorem o 19-tej chyba. Czekając na tych wszystkich, byłam w kuchni paliłam papierosa i zauważyłam w sklepie „Kubia”, stał  gość i patrzył w stronę ulicy Kętrzyńskiego i tak się zastanawiałam, czemu on tam stoi. Ze względu na to, że mieli być u mnie ludzie, to byłam czujniejsza niż zwykle. Ten gość wydał mi się jakiś taki podejrzany, ale wszyscy się poschodzili wtedy dość szybko, już w czasie wizyty milicji w domu, przyszedł Powroźny z taśmami, nagraniami, które chciał nam puścić, ale na szczęście bagaży gości nikt nie sprawdzał.

Pyt. Ale kto się zjawił na tym zebraniu? Do momentu wkroczenia milicji.

Odp. Wszyscy się zjawili, a więc była Grażyna Langowska, pan Kamiński, pan Piotrowicz, Brycki, był Rondomański na pewno, w sumie było 10 osób, byłam ja, i Gierczak. I kto mógł być jeszcze? W sumie 10 osób. A milicjantów przyszło czterech, dwóch mundurowych (dzielni­co­wy i jakiś drugi z krótkofalówką), trzech cywili i potem przywieźli pana z Urzędu Wojewódzkiego, który wygłosił taką formułkę, że to jest nielegalne zebranie, że musimy się rozejść. Jak to powiedzieli, stwierdzili, że muszą przeprowadzić rewizję. Ponieważ moje znaczki wyjechały do mojej córki, a ja się tak umówiłam, że wieczorem pojadę do córki, zapytałam czy mogę zadzwonić do córki. Pozwolił, więc zadzwoniłam i mówię, że nie przyjadę, gdyż u mnie jest UB i robią rewizję. Wtedy ten pan skoczył, że nie UB i nie rewizja. ale dla mnie jak zwał tak zwał, chodziło mi o to, żeby córka sprzątnęła te znaczki. Co zresztą od razu zrobiła. No i przystąpili do tego przeszukiwania, myślę że byłam wcześniej obserwowana, gdyż w kuchni leżał list od mojej ciotki z Kanady, na stole adresowany do mojej siostry na ul. Słowackiego. I on od razu zobaczył ten list i mówi: Dlaczego u pani list adresowany na Słowackiego? Kto tam mieszka na Słowackiego? Ja mówię: To moja siostra. To jest list od mojej ciotki z Kanady pisany do nas dwóch, jeżeli pan chce to niech pan czyta. A on na to, że dziękuje. Więc wiedziałam, że to Słowackiego ich ciekawiło. I pierwsze pytanie jak oni weszli to: Kto tu jest z państwa nietutejszy, kto jest spoza Olsztyna? No i był ten pan z Nidzicy i on pierwszy wyciągnął dowód. Ale z tego wnioskuję, że oni musieli wiedzieć, że u mnie jest ktoś spoza Olsztyna i sądzili, że to jest niewiadomo kto, że to były jakieś kontakty gdzieś na ul. Słowackiego i przypuszczam, że w związku z tym oni tak obserwowali moje mieszkanie. I sądzili, że tu jest jakiś delegat krajowy, zagraniczny, a okazało się, że to był Polak, kolega, który poszedł na bal Polskiego Towarzys­twa Zootechnicznego.

Pyt. Oni wkroczyli i czego chcieli?

Odp. Kazali się wszystkim rozejść. My siedzieliśmy, piliśmy herbatę. Nie było żadnych jakichś rzeczy.

Pyt. Czy coś znaleźli?

Odp. Nie, jedną „Kulturę” paryską miałam i ją zabrali i taką karteczkę - to było rozliczenie znaczków, która nie wiem dlaczego była w wazonie. Nigdy takich rzeczy nie robię i tam musiało wpaść w czasie rewizji, z wazonu wyciągnęli. Potem mnie o to pytali. No i kazali wszystkim iść. Ja się bardzo bałam, czy ich wszystkich gdzieś nie powieźli. A u mnie został pan Kamiński i Grażyna, zostali jako świadkowie rewizji.

Pyt. To znaczy rewizji osobistych nie przeprowadzano?

Odp. Nie. Rozejść się tylko. Oni myśleli, że coś tu jest przywiezione. Ja przypuszczam, że ten list ktoś obcy, który przyjechał do mnie, przywiózł jakieś materiały krajowe, żebyśmy się tu spot­kali nad tymi materiałami.

Pyt. Michał Powroźny przyszedł później?

Odp. Tak. On przyszedł gdzieś tak o godzinę później. A myśmy siedzieli, pili herbatę i rozmawialiśmy.

Pyt. Jeśli chodzi o te spotkania, jaka wówczas była wasza ocena sytuacji? Czy były jakieś plany?

Odp. Plany, to było cały czas przygotowywanie, żeby ruszyć coś w powiatach, gdzie jeszcze byli ludzie. To był jak gdyby bilans strat, gdzie kogo mamy, gdzie nie mamy, gdzie można by poruszyć i jak, żeby zrekonstruować strukturę.

Pyt. Czy wszyscy spotkali się na zasadzie partnerskiej, czy był ktoś kto przewodniczył tej grupie?

Odp. Wiadomo było, że powinien być Powroźny, ale Powroźny w zasadzie z tych wszystkich spraw wyłączył się, on się nie włączył. On był tym byłym przewodniczącym i właśnie on dla nas był tą władzą, ale byli inni aktywniejsi, np. Gierczak, Rondomański, Brycki. Tak, że właś­ciwie jeżeli chodzi o jakieś rozmowy (czy Grażyna), to na pewno oni o wiele więcej zabierali głos. Myślę, że jeżeli chodzi o Powroźnego, to on był, bo mu tak wypadało.

Pyt. Jeżeli chodzi o pana Kamińskiego, gdzie on pracował?

Odp. On pracował w jakimś biurze projektów. Między innymi kiedyś byłam u niego w domu. To było chyba po jakimś aresztowaniu. Tak, że on był też aktywny, ale ja podczas pracy konspiracyjnej właściwie z nim nie miałam kontaktu.

Pyt. A jeśli chodzi o Wieśka Bryckiego. Pani powiedziała, że utrzymywała kontakty z jego żoną.

Odp. Później myśmy się zawsze spotykali, ale był taki okres, tak przynajmniej Wiesiek zawsze twierdził, że jak Bober wyjeżdżał, to zostawił mu jakby takie polecenie, żeby on się na jakiś czas wyłączył ze wszystkiego, żeby siedział cicho i jak przyjdzie odpowiedni moment, to żeby wtedy wyszedł. Jak gdyby miał być taką rezerwą. Tak zawsze Wiesiek mówił, bo rzeczywiście był taki okres, że później dostarczałam mu trochę tych gazet, ale był taki okres, że mówił, że on jednak nie, że tak chciał Bober, żeby się nie włączał, po prostu, żeby go nie zużyć w tym czasie wcześniejszym. Dlatego później jak powstawał Zarząd Regionu, to uważaliśmy, że Wiesiek jest tym, który powinien zostać przewodniczącym. Zresztą Powroźny założył prywatne przedsiębior­stwo, w którym pracuje właściwie sam. Tak, że on już nie miał pełnego mandatu. Podobnie jak ja nie miałam mandatu, jestem bowiem emerytem. I on był bardziej zaabsorbowany tą swo­ją pracą. Myśmy te swoje spotkania musieliśmy mieć od jesieni 1988 roku. Teraz to wszystko się jakoś zlewa, to było wiele lat i przez te wszystkie lata coś się robiło.

Pyt. Co pani sądzi o Wieśku Bryckim?

Odp. Wydaje mi się, że on był bardzo zaangażowany. Kiedyś uczestniczyłam w takich rozmowach, że ja np. doskonale rozumiem sprawy z Wałęsą, bo uważam, że sprawa z Wieśkiem, to jest dokładnie ta sama sprawa, w skali mikro. I na pewno, ja właściwie nie głosowałam, bo nie byłam delegatem, ale byłam absolutnie przekonana, że powinien być Wiesiek. Tylko sądzi­łam, że Wiesiek te wszystkie sprawy poprowadzi zupełnie inaczej. A to go przerosło. Dobrał sobie klakierów, a nie doradców. I dlatego później, już przy następnych wyborach uważałam, że mogą być wszyscy, ale nie Wiesiek. Ale wtedy uważałam, że rzeczywiście tylko on, tym bardziej, że on był gorący, jak mówił to mówił z zaangażowaniem.

Pyt. On miał też dużą intuicję.

Odp. Ja absolutnie uważałam, że może być tylko i wyłącznie on. nikt inny. Byli zwolennicy Gierczaka, ale uważałam, że Gierczak jest za sztywny, za dogmatyczny. U Gierczaka było tylko czarne i białe, jeżeli ktoś miał inne zdanie to znaczy, że jest komunistą. To tak nie można. Znaczy ja się Gierczaka bałam.

Pyt. A jeśli chodzi o Grażynę?

Odp. Ja się z nimi kontaktowałam. Jeszcze wtedy jak Grażyna siedziała, chodziłam, nosiłam jakąś pomoc. Pamiętam jej mamę, siostrę z maleńkim dzieckiem. Jestem właściwie inna od Grażyny. Grażyna jest taka egzaltowana, a ja lubię tak konkretnie. Z nią się ciężko rozmawiało. Nigdy nie wiedziałam, czy Grażyna mnie akceptuje, czy nie. I między nami takich bliskich kontaktów nie było. Mimo, że ja tam kilka razy u nich byłam, kilka razy porozmawialiśmy sobie od serca, ale zawsze był jakiś pewien dystans, którego ja nie próbowałam przełamywać. Nie mam zwyczaju ładowania się gdzieś, gdzie mnie nie chcą. Oni zawsze mieli swoją grupę, inne towarzystwo. W każdym razie nie widziałam tam miejsca dla siebie. Specjalnie się tam nie pchałam. Wiem, że Grażyna co[AP8] ś tam robiła, ale to co ja robiłam, to był dla niej za mały poziom. Ja robi­łam zawsze zwykłą robotę: jak trzeba było pomóc, to pomoc, gazetę to gazetę, nie bawiłam się w jakieś takie wyższe … Ja lubię konkrety, a Grażyna bardziej siedziała w polityce, w jakichś układach. Dla mnie układy nie istniały. Jak trzeba było to poszłam i do tej grupy i do tamtej. Jeżeli był gdzieś interes. Układy dla mnie nie istniały, dla mnie istniały sprawy.

Pyt. A jeżeli chodzi o Józka Lubienieckiego, czy pani go znała?

Odp. W okresie dawnym, to było niewiele, bo te kontakty były takie luźne. Wiem, że wcześniej miano mu za złe i to było podnoszone, ta sprawa tego delegata na Konferencję Wojewódzką Partii, to kładło się jakimś takim cieniem. Potem ja się do niego parę razy zwracałam, chodziło o pomoc. Między innymi wtedy, kiedy on już po wyjściu z internowania został pracownikiem kurii, to myśmy się kiedyś zwracali. Był taki pan Mróz, oni chyba wyjechali, on mieszkał w Gutkowie. ja tam do nich jeździłam z pomocą. Miał troje małych dzieci, stara mama i domek, który trzeba było spłacać, jeszcze nie wykończony. I jak on wyszedł z internowania, to tam była taka fatalna sytuacja. Miał 5 osób na utrzymaniu, a on szósty i nie miał później nigdzie pracy. Wtedy miało być budowane seminarium przy kościele św. Józefa. Chcieliśmy załatwić, żeby Mróz był dozorcą, żeby został tam zatrudniony, żeby mu jakoś pomóc. I zwróciliśmy się z tym do Lubienieckiego, a on wtedy powiedział, że kuria jest przeciwna zatrudnianiu ludzi z Solidarności. I gdyby to mówił ktoś inny, ale jako członek Solidarności, zatrudniony w kurii, to tak jakoś było dziwne. Pamiętam też jak się jeździło na proces elbląski. Kiedyś mnie wiózł mój zięć (syn Dobosza dyrektora WPHW) i wtedy zaproponowałam Lubienieckiemu, że jadę i jeżeli on chce to proszę bardzo. I on wtedy skorzystał i pojechał z nami. A później na jakiejś kolejnej sprawie jeździłam maluchem z przedsiębiorstwa dawnego Bobera, z teściową Bobera i tam jeszcze dwie osoby jechały i pojechaliśmy tym maluchem. Przyjechał też Lubieniecki. Lubieniecki już pracował wtedy w kurii, i tak cichutko szeptem on do mnie mówi: Proszę pani, gdyby pani chciał to ja jestem samochodem kurii. Tylko wie pani, nie chciałem, żeby wszyscy o tym wiedzieli. Ponieważ pani mnie podwoziła, on stoi tam z boku, jeżeli pani ma ochotę. Ja mówię: Wie pan, ja przyjechałam z tymi ludźmi i wyjadę z nimi. I wtedy też mi coś nie pasowało. Bo wie pan, jak mam miejsce to mogę wziąć każdego, a to było jakie[AP9] ś takie … I była jeszcze jedna sprawa, jak on strasznie zwymyślał pana Adama Sochę.

Pyt. O co wtedy poszło?

Odp. O jakiś artykuł. Wtedy była naprawdę głupia sytuacja, byłam sama w pokoju, przy mnie siedziała jakaś interesantka, którą zagadywałam, żeby tego nie słyszała, bo to był jakiś zwykły pracownik jakiegoś zakładu. Było mi głupio, żeby słyszała. Lubieniecki krzyczał, że ja pana zniszczę. Następnego dnia Socha mnie poprosił, żebym była świadkiem w sądzie w jego sprawie. Powiedziałam: Panie Adamie, ja nie zrobię tej frajdy, że my się będziemy między sobą sądzili, tak że jest mi przykro, ale ja w rodzinie przeciwko nikomu nie będę świadczyć. I potem jeszcze wcześniej to podpisałam jakieś takie oświadczenie.

Pyt. To w sprawie „Gazety Olsztyńskiej”?

Odp. Tak. Z Lubienieckim to były zawsze jakieś takie śliskie sprawy. Właściwie nie było nic takiego konkretnego, ale jeżeli chodzi o jakąś pomoc z jego strony, właściwie nie bardzo można było liczyć. On się z tego tak po prostu wykręcał.

Pyt. Z Ireną Telesz miała pani kontakt?

Odp. Był ten kontakt, potem w stanie wojennym i później jak ona była na wsi, to myśmy także u niej bywali.

Pyt. Chodzi mi o Przykop.

Odp. Tak Jak żegnaliśmy Andrzeja Bobera, to całą noc nie spałam. Byłam na takim jednym z którego wróciłam o 9-tej rano, całą noc nie spałam, całą noc przegadaliśmy. To było pożegnanie Bobera. Wie pan, ponieważ miałam ten kolportaż i się starałam w pewnych takich sprawach, w których nie musiałam brać udziału. Jeden przynosił, ale co najmniej 5 różnych osób odbierało.

Pyt. Pani zachowywała więc tzw. minimum ostrożności.

Odp. Tak i uważałam, że gdzie nie muszę to się nie pcham. Nie ze względu na siebie, ale że wpa­kuję kupę ludzi. I dlatego jak gdzieś szli oficjalnie składać kwiaty czy gdzieś, ja na to nie szłam. Na Mszę św. szłam, bo uważałam, że na Mszy mam prawo być, bo na Mszy jest 100, 200, 500 osób, ale na takie jakieś gdzie wiedziałam, że idzie nas mało osób, wtedy nie brałam w tym udziału, bo uważałam, że narażam innych, a nie mam prawa. Mam prawo to robić ze swoją wolnością wszystko co chcę, ale z wolnością innych, nie mam prawa.
No i z tego Przykopu, dla mnie to było … Wie pan, bo zajechaliśmy tam do tego Przykopu no i ja zaraz się biorę, mówię: Irena, co będzie? co robić? Irena mówi: będzie zupa szczawiowa z jajkiem. A więc mówię, no to daj, gdzie jest ten szczaw, czy już jest posiekany. A Irena mówi: tam na polu. Matko Boska! Rzeczywiście nazbieraliśmy tego szczawiu. Ona miała kury. To właściwie była cała noc przegadana. To było gadanie, gadanie. Między innymi ponieważ to był ostatni - i właściwie Bober jak gdyby się tłumaczył. Zdawałam sobie sprawę, że jemu jest głupio, że on się czuje w stosunku do nas nie w porządku, że my zostajemy, a on sobie wybiera jednakże to lepsze. Właściwie trudno było wówczas powiedzieć to, że on wiedział, że już go nie będą tymi samochodami milicyjnymi ganiali, a nas jednakże mogli zawsze ganiać. Więc on się jak gdyby z tego tłumaczył i na tym polegała cała ta rozmowa, że on jak gdyby …

Pyt. Czy o tym była mowa, o jego straszliwych przejściach w więzieniu?

Odp. On w ogóle był bardzo skryty, mówił niechętnie i potem mówił: co było to było i nie lubił mówić o tych sprawach.

Pyt. Kto był wtedy w Przykopie?

Odp. Oj, wtedy była kupa ludzi. Pamiętam był Kozioł ten, który ma księgarnię, Danusia Gulko i jeszcze ta mała gruba … Wiem, że był Wiesiek Brycki, Boberowie, Irena Teleszowa, Baśka Nowakowa, Śnieżko. Śnieżko chyba przyjechał z sernikiem, bo on zawsze na takie różne te, to jego żona robiła sernik. Śnieżko na pewno był do końca, bo ja pojechałam rano, o 7-ej z minutami był autobus, a część gdzieś się poukładała do spania, ja już nie bardzo widziałam możli­wości do spania i powiedziałam, że wracam do domu. Były tam takie nie kończące się roz­mowy Polaków.

Pyt. Czy był obecny Jul Grodziński?

Odp. Jego wtedy nie było. On był w Anglii.

Pyt. Czy pani miała w stanie wojennym jakieś kontakty ze Stefanem Śnieżko?

Odp. Miałam, bo chodziłam do Śnieżków wtedy jak on siedział, później on też brał ode mnie sporo różnych rzeczy. Przychodził i brał książki i inne rzeczy. I później została mi wyznaczona taka bardzo przykra rola, bo wciąż były sprawy zagranicznych pieniędzy. I one były chyba częściowo u Śnieżki. Potem na którymś ze spotkań wszyscy doszli do wniosku, ponieważ właści­wie przez cały ten okres byłam od lutego skarbnikiem. Więc zbierałam składki, to znaczy mnie przynoszono i mówiono: to są składki od Kazika, Zosi, Zbyszka itd. a więc nie wiedziałam kto to jest, tylko podawano mi takie imiona. Tam był i brodacz i wąsaty i gruba. Ja sobie zaznacza­łam i te składki zbierałam. Zbierałam chyba przez cztery lata.

Pyt. Czy były to duże sumy?

Odp. Różne, ale nieduże.

Pyt. Na co były te środki przeznaczane?

Odp. Proszę pana, część z nich poszła na kolegia. Np. było kolegium m.in. Władka Kałudziń­skie­go, coś było dla Baśki Nowakowej zapłacone. Potem był taki wyjazd do Krakowa, na spotkanie z Romaszewskim z Komiteteu Helsińskiego. Pamięta pan.

Pyt. Pamiętam, to Grażyna była m.in.

Odp. Wiem, że jeździły trzy osoby i ja im wypłacałam pieniądze. Potem były jakieś kwiaty rocznicowe.

Pyt. Kto podejmował decyzje?

Odp. To zwykle ktoś do mnie przychodził i mówił, że właśnie jest taka sprawa. Bo ja do­kładnie nie wiedziałam, jaka jest ta grupa, bo część pieniędzy przynosiła Ziuta, część przynosiła Danka Gulko, część przynosił Boguś Owoc i część mnie wpłacali indywidualnie. Potem były decyzje, mówiono, że na to czy na tamto mają być te pieniądze wydane. Potem już ostatnie pieniądze, to były wydane już tu w Zarządzie Regionu za sprzątanie. Wtedy jak tutaj siedzieliśmy, to ktoś musiał przyjść i posprzątać, bo tu był zrobiony remont. No i potem mnie właśnie zlecono sprawę wycofania pieniędzy od pana Śnieżki.. Z tym, że nikt do tego nie chciał się włączyć, tylko powiedziano jemu, że on ma się rozliczyć ze mną, a ja dostałam polecenie (to były już chyba te spotkania), żeby te pieniądze od niego wziąć. To chyba część pieniędzy dała mi wtedy Ziuta, bo Ziuta miała swoje uczelniane jakieś. A, wiem że była jakaś sprawa magnetofonu i czy ten magnetofon był kupowany za Ziuty pieniądze. Kortowskie pieniądze. Potem przeszedł do mnie pan Śnieżko. Z tym, że chciano, aby to było dokładne rozliczenie. Tyle przyszło wtedy i wtedy, na to i na to zostało wydane, po takim czy innym kursie były sprzedane. Ja takiego rozliczenia nie dostałam i właściwie to trudno może było komuś coś takiego dokładnie trzymać. No, nie wiem. Wiem, to jest co[AP10] ś takiego, że w tym czasie trzeba było mieć do siebie nawzajem zaufanie. Na temat tych pieniędzy krążyły różne historie. Podobno jak Bober wyjechał, to oni też za granicą zbierali i je przekazywali, przywoził je tutaj brat, czy odbierane były od stewardesy gdzieś tam na lotnisku. Tak, że te pieniądze szły poza mną. A potem jak przyjeżdżała ich córka, to też przekazywała Śnieżce pieniądze. Ja nigdy tych rzeczy nie znałam i znam tylko z opowiadań, ze słyszenia, ale ja się tym nie interesowałam. No i potem ja je zabrałam. Było tego chyba około 1000 (tysiąc) dolarów.

Pyt. To znaczy pani przejęła te pieniądze od kogo?

Odp. Od pana Śnieżki. I wpłaciłam je, ponieważ miałam swoje konto w PKO SA (z tym, że ja mam konto funtowe, mam je od swojego ojca) i otworzyłam subkonto i na te subkonto wpła­ciłam te dolary i potem jak dostawałam wyciągi i była podawana ta suma, to zawsze oddawa­łam potem Danusi Gulko, że jest taka suma pieniędzy i np. jeżeli chciano, żebym jakieś pieniądze wypłaciła, to wtedy oni to sprzedawali. To brałam jak przychodził wyciąg, pokazywałam ile podjęłam i ile zostało i ile jeszcze jest. Potem ostatecznie to konto zlikwidowałam wtedy, gdy byliśmy tu już w Zarządzie Regionu.

Pyt. Kiedy pani próbowała rozliczyć się ze Stefanem Śnieżko?

Odp. Sądzę, że to był rok 1988 chyba.

Pyt. Dlaczego były takie pretensje? Czy spodziewano się, że tych pieniędzy powinno być więcej?

Odp. Tak. Spodziewano się, że tego powinno być dużo i że powinno być wykazane gdzie one do kopgo poszły. Wiecznie były opinie, że ten czy ten dostał. Wie pan, wtedy jeżeli są niedomówienia, wtedy są podejrzenia.

Pyt. Co na ten temat mówił Śnieżko?

Odp. Pan Stefan powiedział mi, że on gdzieś płacił kolegia, że gdzieś tam pomoc, że gdzieś za adwokata. Już nie pamiętam w tej chwili, ale on mi powymieniał ile. On zresztą mówił, że teraz mu trudno powiedzieć, po ile je wówczas sprzedawał i ile ich sprzedał ale, że te pieniądze szły na te sprawy i zostało tyle i tyle. Dokładnie tego nie pamiętam, ale wiem, że po tym spotkaniu poszłam i im to wszystko przekazałam. Powiedziałam ile tych pieniędzy jest i jeszcze Ziuta dała mi swoje i tak zostało ustalone, że te całe pieniądze wpłacałam na swoje konto, bo to chodziło o to, że tych pieniędzy nie można było tak trzymać. Więc powiedziałam, że jeżeli chcecie to mam konto funtowe, otwieram subkonto dolarowe i na tym subkoncie leżą tylko wasze pieniądze i wyciągem zawsze …

Pyt. Czy pretensje dotyczyły pieniędzy odnosiły się tylko do Stefana Śnieżki?

Odp. Proszę pana, były też do Lubienieckiego, z tym, że od Lubienieckiego nikt żadnych pieniędzy żadnych zwrotów nie miał, ale pamiętam taką scenę z telewizji, jak go zaaresztowano i takie były porozkładane wachlarze pieniędzy. W dzienniku telewizyjnym, takie leżały wachlarze pieniędzy, no i wtedy była mowa na ten temat, ile tam w nich jest naszych pieniędzy.

Pyt. Skąd ludzie wiedzieli, że Lubieniecki dostawał pieniądze związkowe, dla związku?

Odp. To dochodziło, bo np. gdzieś jacyś działacze krajowi, jak się spotykali z kimś naszym, to mó­wili, przyszły dla was pieniądze, czy z Brukseli, czy stamtąd, czy z owąd. To się jakoś wiedziało.

Pyt. Głównie skąd przychodziły?

Odp. Wiem też, że oprócz Brukseli coś szło z krajów skandynawskich. Wie pan, te sprawy pieniędzy mnie nigdy nie interesowały.

Pyt. Ważne jest, że jakaś próba rozliczenia ze Stefanem była.

Odp. Była. Ja w ogóle ludziom raczej wierzę. I mnie się wydaje, że jeżeli ktoś do mnie przychodzi i przynosi pieniądze …

Pyt. Błąd Stefana Śnieżko polegał tylko na tym, że jeżeli wydawał te pieniądze, to powinien mieć jakieś potwierdzenie, jakaś druga osoba przynajmniej.

Odp. Tak. Wie pan, może on sobie nie zdawał sprawy, że będą jakieś takie podejrzenia. W każdym razie mnie było głupio, a ponieważ pana Stefana zawsze bardzo lubiłam, ja go nie posądzałam o żadne jakieś takie kręcenia i mnie się wydaje, że on na tyle, na ile mógł rozliczył się, z tym że nie zrobił tego dokładnie, bo może nie przywiązywał do tego wagi. Po prostu może uważał, że jeżeli jemu zawierzyli ci, którzy pieniądze dali, to z chwilą gdy się będzie rozliczał, to też ludzie będą mu wierzyli.

Pyt. Czy jeszcze miała pani kontakt ze Stefanem w stanie wojennym?

Odp. Myśmy się spotykali na różnych takich powitaniach, pożegnaniach, na chrzcinach u Nowaków, na takich różnych historiach, poza tym byłam z nim umówiona, że jeżeli mam jakieś ciekawe rzeczy, to on wtedy do mnie wpadał i je brał, kupował. Te książki. To znaczy ja nigdy nie mówiłam na jaką skalę mam, ale mówiłam, jeżeli miałam co ciekawego, tak samo Jurkowi Szmitowi. On też ode mnie często brał te rzeczy. Z wieloma osobami już miałam te kontakty.
Chyba Śnieżko na tych naszych spotkaniach też bywał. Wydaje mi się, że też, bo Śnieżko się włączał do wszystkiego. Może nie sam tak z własnej inicjatywy, ale gdy trzeba było, to on się włączał.

Pyt. Czy pani znała bliżej Bartuszka?

Odp. Nie znałam go bliżej. Dłuższa moja rozmowa z nim, była w czasie Zjazdu. On wtedy był bramkarzem i tam żeśmy sobie pogadywali. Potem on w Regionie tu często bywał. W czasie tych zebrań też go spotykałam. I spotkałam go później, jak on wyszedł z internowania, parę razy. A potem to już tylko bywałam u Bartuszkowej.

Pyt A jaki był Bartuszek?

Odp. To był prosty chłopak. Zresztą jak były te wybory to on mówił, że on był przewodniczącym MKZ-u, powiedział: Wie pani, ktoś musiał to zacząć, ktoś musiał to zrobić, ale teraz to widzi pani ja jestem bramkarzem, bo uważam, że są mądrzejsi, którzy powinni dalej te sprawy prowadzić, a ja już będę tylko robił coś takiego porządkowego. Potem tylko bywałam u pani Bartuszkowej i później (po pogrzebie) robiliśmy taką składkę, to zawsze Władek Kałudziński o tym pamiętał, kupował coś tam dzieciom, robiliśmy jakąś paczkę. Kiedyś do nich poszłam, to chyba było po powrocie z Kanady, byłam u nich i ci chłopcy mnie wypytywali (albo może wcześniej). Jeden z tych chłopców mnie pytał: A pani jadła banany? A ja mówię, że jadłam. - A jaki one mają smak, bo koledzy mówią, że to takie jak mydło. Pamiętam, że mi się wtedy zrobiło tak strasznie i jak był u mnie Władek Kałudziński, to mówiłam że koniecznie żeby ci chłop­cy chociaż po bananie mogli spróbować, jaki one mają smak.
Właśnie z Kałudzińskim później utrzymywało się w tych spotkaniach w Przykopie, to oni też bywali. Niski pan, to byli tacy ludzie, którzy się potem włączyli, a którzy wcześniej nie byli.

Pyt. Pani powiedział, że ma pani pretensje do niektórych, którzy tak szybko zrezygnowali.

Odp. M.in. np. Powroźny, no Grucela, ale Grucela był pracownikiem, a więc miał prawo. Ale takich było. Np. nic się nie słyszało o Kazimierzu Parowiczu, tutaj parę razy przyleciał. Langowski też się właściwie wycofał. Kruk był w Zarządzie Regionu, ale Kruk zawsze był taki jakiś. Ja u Kruków zresztą byłam, jak ta pomoc, to do nich parę razy wpadałam. Ale on się w związ­ko­we sprawy nigdy nie mieszał.

Pyt. Ale czy jakaś forma pomocy była?

Odp. Raz. Z mojej strony nie było i ja sobie potem zdałam sprawę. Kiedyś poszłam do Langowskich, co[AP11] ś tam im niosłam, i ich nie było. To znaczy Grażyna wtedy siedział, a Langowskiego i małej nie było. Ponieważ znam adres Kruków, to poszłam do nich z prośbą, żeby oni to Langowskim przekazali i dopiero później do mnie doszło, że u Kruka podobno była fatalna sytuacja. I tak mi wtedy było jakoś później głupio, ale wie pan, ja się interesowałam głównie rodzinami internowanych. A wie pan o tym, że ktoś stracił pracę i był bez pracy i mimo, że nie miał kolegów ani czegoś … Ja po prostu dlatego, że nikt mi nie podawał, a Kruk był z nami wszystkimi mało związany. On chyba w drodze przypadku był w tym Zarządzie.

Pyt. On zawsze był samotnikiem. Jako pisarz, jako autorytet tam się znalazł, a nie jako działacz związkowy. A co pani sądzi o Kisłym?, to był człowiek tryskający energią.

Odp. Wyemigrował bardzo prędko. Więc to jest to. Ja panu powiem, mam ojca w Anglii, jeździ­łam do Anglii chyba 10 czy 11 razy. Za każdym razem ojciec mnie namawiał żebym została w tej Anglii. Pamiętam jak w 1981 roku byłam ostatni raz i wyjeżdżałam i pokazywał mi w telewizji mapę Polski z tymi czołgami naokoło. Ojciec mnie błagał, żebym została. Powiedziałam, że moje miejsce jest tutaj w Polsce i poza Polską siebie nigdzie nie widzę. I trudno było mi zrozumieć ludzi, którzy tak lekko z tego kraju wyjeżdżali. Nie byłam w stanie tego zrozumieć, bo ja byłam w Anglii z moimi dziećmi. Mój ojciec miał tam dom i wie pan, tylko było tam zostać. Zostać i nie wracać. Ponieważ już od dawna byłam wdową i pojechałam z dziećmi, a więc wszystko co moje, było ze mną i ja sobie tego nie wyobrażałam. Rozumiem ludzi takich jak Bober czy Przewłocki czy Porz, ktrzy zostali zmaltretowani psychicznie, rzuceni na kolana, ich rozumiem, ale tych którzy nawet nie próbowali …?

Pyt. Tu chodziło jeszcze o jedną istotną sprawę - utrzymanie rodziny.

Odp. Niektórzy popróbowali. Bo ja rozumiem, że ktoś próbował przez pół roku czy rok i nic się nie dało i wreszcie machnął ręką mówiąc: Po prostu nie jestem w stanie, nie przewalczę. Ale wie pan, jechać dosłownie od razu, to jakoś nie tak. To było dla mnie niezrozumiałe. Tym bardziej, że ja miałam tę możliwość wiele razy i nie wyobrażałam sobie. I dlatego do tych ludzi miałam żal, że zostawili wszystko i wszystkich, nie martwiąc się poza sobą o nic. Ale nawet nie próbowali stwierdzić czy oni sobie nie daliby rady, chociażby Waldek Niczyperowicz, jako kierowca ciężarówki przecież mógł zostać. Wyemigrował do Kanady. Z paroma osobami rozmawiałam w Kanadzie m.in. z Łukomskim. Bo ja pojechałam w 1986 roku, nie później. Byłam w Kanadzie 5 lat temu, a więc w 1988r. I to była sprawa tych Bartuszków, którym chciałam pomagać. Wtedy były potrzeby u Baśki Nowakowej. I wtedy m.in. do Łukomskiego się dodzwoniłam i prosiłam go żeby co jakiś czas tym tutaj rodzinom pomogli, m.in. Bartuszkowej. A na to mi Łukomski mówi: Ale ona podobno wyszła za mąż! Ja mówi: Proszę pana, jeżeli nawet wyszła za mąż, to dzieci są Bartuszka. Ci chłopcy są Bartuszka i naprawdę … Jak byłam w Kanadzie to sobie i swojej rodzinie zapłaciłam za paczki po 10 dolarów na Boże Narodzenie i jeszcze na Wielkanoc. Tak, że jak wróciłam przed Bożym Narodzeniem z Kanady, przyszły ode mnie paczki na Boże Narodzenie i przyszły jeszcze na Wielkanoc, do mnie i do mojej rodziny. Ja mówię: Panie Łukomski, taką paczkę za 10 dolarów dwa razy do roku byście mogli opłacić. - No wie pani, ale to ludzie … wtedy kiedy byłam i mówiłam o tej paczce za 10 dolarów, to najniższa paczka godzinowa wynosiła 5 dolarów. Mniej niż 5 dolarów nie można było pracow­nikowi płacić. I tego nie mogli …

Pyt. Kiedy wyemigrował Łukomski?

Odp. Łukomski wyemigrował zaraz po internowaniu. To była sprawa kilku miesięcy. To było tak, myśmy jeździli na sprawę Bobera i Łukomski na jedną sprawę przyjechał. Na następnej sprawie miał być świadkiem. Wszedł na salę, a myśmy mówili, że jeżeli chce być świadkiem w poniedziałek, to nie dobrze, że teaz wszedł na salę, bo potem mogą go odrzucić jako świadka. A okazało się, że jego w poniedziałek już nie było w kraju. Znaczy on został odrzucony przez sąd jako świadek, a już go wtedy nie było w kraju. Tak że on doskonale wiedział, że wyjedzie i on zostawił tych swoich kolegów w trakcie procesu. Wiem, że on coś tam miał, mógł zeznawać, mógł coś powiedzieć, zostawił wszystko wziął się i wyjechał.

Pyt. Czy pani bliżej znała Łukomskiego?

Odp. Nie, znałam go tylko z Zarządu Regionu, z takich kontaktów. Trudno mi o nim coś powiedzieć, w każdym razie na podstawie tych faktów to mówię, to było nieładne.
Np. Ania Zurawek się też wyłączyła z tych wszystkich spraw, to ją rozumiem. Ona wyszła za mąż, ona była z domu dziecka. I jeżeli założyła sobie rodzinę to była dla niej sprawa najważ­niejsza. I ja ją doskonale rozumiem. A ci to tak: Krupiński się od razu odciął, Łukomski, tak mi było za tych ludzi wstyd.

Pyt. I dlatego to środowisko zostało zaraz rozbite.

Odp. No tak. Właśnie to trzeba było szukać w trzecim, czwartym szeregu, a czasem właśnie znajdowali się tacy ludzie zupełnie przypadkowi, no między innymi Władek. Ponieważ Władek był zwykłym pracownikiem Polmozbytu, on był mechanikiem czy czymś takim i dopiero później po tych wszystkich sprawach, wyrósł na jakiegoś takiego działacza. Ale on nie musiał, na nim nie ciążył żaden jakiś moralny obowiązek, a ja uwżam, że na nas to ciążyło i mówię panu, że wtedy w niedzielę, jak zobaczyłam co jest, to uważałam, że muszę się do tego brać, zresztą wiele razy jak ktoś pytał, to ja mówiłam, że mnie nikt nie zwolnił z tego, co na mnie ciąży, jako na członku Zarządu Regionu. I że dopóki nie dojdzie do jakiegoś oficjalnego rozwiązania czy zmiany, to ja przez cały czas czuję się tym członkiem Zarządu Regionu, który wziął na siebie sprawy pomocy ludziom potrzebującym. I nikt mnie z tego nie zwolnił. Potem mnie co prawda nikt nie rozliczył, ale to już jest inna sprawa, ale cały czas wiedziałam, że to na mnie ciąży i dlatego jak pojechałam do tej Kanady, to zabrałam te różne adresy, myślałam, że podzwonię do tych ludzi, spróbuję się jakoś skontaktować, bo uważam, że dla nich to była naprawdę dobra rzecz, która byłaby tu dla innych dużą rzeczą. A Bober się zaraz włączył. Ile razy było cokolwiek potrzeba, Bober się zawsze włączył.

Pyt. Czy jak teraz był w Olsztynie, pani widziała się z nim?

Odp. Widziałam się z nim. Z tych przyjeżdżających podobało mi się dwóch: podobał mi się Śliwiński i podobał mi się Bober. Obydwaj przyjechali i nie zrobili się jakimiś wielkimi mądrala­mi, a Andrzej Bober to powiedział po prostu: W tej chwili tutaj nie jestem i nie mam prawa was pouczać i nie mam prawa coście powinni i jak żeście powinni. Przez to, że wyjechałem, to ja właściwie to prawo straciłem
Ale jak przyjeżdżają inni, między innymi jak przyjechał Pagacz, przyjechał Mackiewicz, Kisły, Szawłowski. Część z nich jak przyjedzie zaczyna z miejsca pouczać co i jak myśmy powinni. Wie pan, to mnie trafia szlag.

Pyt. A jeśli chodzi o Śliwińskiego?

Odp. Śliwiński był pracownikiem i dostał bardzo w skórę, bo miałam z nim takie kontakty. On był chyba internowany, albo później dobrany, bo myśmy sobie jeszcze podrzucali Rezonans i informacje o ludziach, do mnie przychodził i potem go zatrzymali. Kiedyś go spotkałam na ulicy jak szedł sprzedawać do komisu swoje książki. Był rzeczywiście w ciężkiej sytuacji. On był chyba humanistą z wykształcenia, już nie pamiętam. Był w ciężkich warunkach i wyjechał. Potem jak przyjechał, to się z nami wszystkimi spotkał, tam wtedy był Kozioł, był Śnieżko, było sporo, pozapraszal tych z którymi się kontaktował i właśnie jest taki zwyczajny.

Pyt. Czy pani znała Sławka Olka?

Odp. Trudno mi coś mówić. Z Olkiem byłam przez te lata w bliskich kontaktach, między innymi jak mnie wzięli na przesłuchanie, wtedy jak Kiszczak wyciągnął nas wszystkich na wierzch, to wtedy mnie pytano o Olka. Mój zięć mieszkał w sąsiedniej klatce. Oni są sąsiadami i ja przez piwnicę od córki do Olków tam bardzo często wpadałam i myśmy sobie stale wiele rzeczy przez te lata, jak tam córka mieszkała, takie były kontakty. Zresztą widziałyśmy jak tam raz milicja przyjechała i robiła u nich rewizję. I w tym czasie również od niego brałam sporo znacz­ków, sprzedawałam a on brał ode mnie całą prasę. (Od ośmiu lat na Małeckiego mieszka). A później … Ja nie znam jego dawnych czasów, mówią o nim ludzie źle. Ja go nie znam z tamtych czasów i trudno mi cokolwiek powiedzieć. Znam go z czasów po stanie wojennym, a później to na mnie robiło wrażenie, że on się chciał za wszelką cenę gdzieś załapać. I w tej chwili właściwie niewiele się kontaktowaliśmy.

Pyt. Ale w stanie wojennym próbował coś robić, np. znaczki. Niektórzy np. Józef Nowak oskarża go, że brał za te znaczki firmowane przez Solidarność pieniądze, a się nie rozliczył.

Odp. Podobno. Ponieważ ja byłam pomówiona o tą esbecję i jestem bardzo ostrożna w poznawaniu ludzi. Wie pan, prawda jest gdzieś pośrodku, bo z kolei wiem z drugiej strony, że Nowak brał te znaczki i miał je gdzieś rozprowadzić i się też z tego nie rozliczał. Być może to było tak: ten nie zapłacił za robotę, to ten wziął znaczki i policzył sobie jako zapłatę za robotę. Ale nie wiem. Ta sprawa mnie nie interesowała.

Pyt. A czy pani wie coś na temat tych pieniędzy, które po 13 grudnia trafiły do ks. Żołnierkiewicza - pieniądze związkowe?

Odp. Wiem. Kilka dni po wprowadzeniu stanu wojennego do mnie do pracy przyszła ta pani, ta księgowa, która wzięła te pieniądze. Ona siedziała u mnie w pracy parę godzin. Właściwie rozmowa była o niczym. Taka pani, która siedziała ze mną w pokoju wyszła i później mówiła do mnie: Proszę pani, ja widziałam, że ona chciała pani coś powiedzie. Ale się nie zdobyła i nic mi nie powiedziała. Ja o tych pieniądzach faktycznie wcześniej nic nie wiedziałam i później ona mi mówiła o tym, że będą wypłacane pieniądze dla tych rodzin. Byłam u niej w domu, ona mieszkała na Pana Tadeusza w wieżowcu. Potem któregoś dnia jak przyszłam, to otworzył mi tylko jej mąż i tak stał w drzwiach, właściwie mnie nie wpuścił. Ja właściwie pytałam go czy ona jest - nie, nie ma. A kiedy będzie? - Nie wiem. Czy mógłby pan coś żonie przekazać? - No nie wiem. Wyszłam z uczuciem, że coś jest nie tak, a okazało się, że przed południem ją aresztowali i była rewizja, a ja byłam w parę godzin po tej rewizji u niej. No i potem ukazały się te wszystkie listy, te różne jej oświadczenia. Ona miała dwójkę małych dzieci. Tak, że … To było tak: te wszystkie rodziny po prostu nie były przygotowane i ci pracownicy, na to co ich spot­kało. I wie pan, jak żołnierz idzie do wojska, to wie co go spotka. Ale ci ludzie nie szli do wojska, ci ludzie nie wiedzieli co ich spotka. Ci wszyscy ludzie byli po prostu, zwyczajnie na to nieprzygotowani. I tak samo ta księgowa, jeżeli ją aresztowano i jeżeli mąż na widzeniu coś jej truł, albo coś napisał, jeżeli ona wiedziała, że on może niezbyt opiekował się dziećmi (tych dwo­je dzieci z nim zostało), ja się nie bardzo dziwię, że zwykły człowiek pisał … Wie pan, ja ją rozumiem. To znaczy ja bym nie napisała, ale ją rozumiem. Po prostu to jest taka sytuacja, to jest takie tam. Jeżeli kobieta zostawia dwójkę małych dzieci, a w rodzinie mogą by bardzo różne kłopoty. Mogła by jakaś teściowa, czy mąż, to my nie wiemy co to było. Ta pani poszła do Zarządu Regionu do pracy, ale nikt jej nie pouczył (? - A.P.), że może kiedyś zostać zatrzymana, a dzieci mogą zostać pod opieką męża. Być może jakby o tym wiedziała, to by się nigdy do tej pracy nie zgłosiła (? - A.P.). Wtedy była jeszcze sprawa tej Igi, tej dziewczyny z Barczewa. Widzi pan, nie jest wyjaśniona sprawa śmierci tej Igi. Ją zamordowano w domu. To było gdzieś tu w Olsztynie. O niej mówiło się wcześniej, że ona była jakąś ubecką wtyczką w Za­rządzie Regionu.

pyt. Jaką funkcję pełniła?

Odp. Ona była jakąś urzędniczką. I potem ją znaleziono w domu chyba nieżywą i to chyba podobno w jakimś zarzyganym łóżku. Tam było podejrzenie, że to był wstrząs mózgu, że ją po prostu zatłukli. I to pewnie była zatłuczona, bo być może, że była niewygodna, może się bali, że coś wypaple. Była potrzebna do spełnienia jakiejś roli, potem może nie chciała w tym uczestniczyć. Moim zdaniem, to była taka jakaś podejrzana śmierć. Bez względu na to kim ona była, to zginęła w jakichś takich dziwnych okolicznościach.
Wtedy jak byłam u tej pani kasjerki, to ona mi opowiadała, że one z Igą uciekały, że za nimi jechały samochody, one się kontaktowały z tą z Barczewa i one były takie trzy pracownice dawne. Ale później, jak kasjerkę aresztowali, to więcej z nimi nie utrzymywałam kontaktu. Później dowiedziałam się, o tych pieniądzach, bo te pieniądze były deponowane chyba rano u ks. Żoł­nierkiewicza, że przynieśli je w paczce do Regionu i się nimi bawili, że podobno Wiesiek i inni pokazywali sobie: Popatrzcie jak wygląda, bo to była jakaś taka paczuszka, i że tę paczuszkę sobie rzucali. Ktoś chciał 2 miliony, to mam dwa miliony.

Pyt. A kto się bawił?

Odp. Pracownicy w Regionie. Tak, że to nie było żadną tajemnicą, to było zupełnie głośne i potem chyba doszli do wniosku, że trzeba je zanieść do księdza i tam je zanieśli, ale o tym, że te mil­iony były, to wszyscy pracownicy, którzy wtedy w Regionie byli, to wiedzieli.

Pyt. W „Gazecie Olsztyńskiej” z grudnia chyba 1989 czy 1990 roku ukazał się artykuł na temat tych pieniędzy m.in. o ks. Żołnierkiewiczu, kasjerce. Ciekawy jestem skąd ta dziennikarka miała te informacje?

Odp. A kto to pisał?

Pyt. Nie pamiętam, ale to można sprawdzić. Trusewicz, czy ktoś inny?

Odp. To na pewno z UB, na pewno stamtąd. (Wywiad z ówczesnym przewodniczącym Tymczasowego Zarządu Regionu Wiesławem Bryckim, ukazał się w Gazecie Olsztyńskiej w 1989 roku, chyba że chodzi o list drukowany w Gazecie Olsztyńskiej w 1982r. Myśmy wtedy, tego ostatniego dnia, ja siedziałam tam gdzie przez cały czas były telefony, byli na dyżurze w Zarządzie Regionu, bo to były dyżury. Ja siedziałam do 22-ej (12 grud­nia). Po mnie przyszedł taki pan z OZOS-u, to jego milicja zatrzymała, potem go puścili. Ale były telefony, m.in. dzwonił Kostrzewa, to był też członek Zarządu Regionu ze Szczytna. I on mi przez cały czas telefonicznie podawał numery tych wozów milicyjnych, które wyjeżdżały z koszar. Z tym, że myśmy wszyscy byli przekonani, że oni jadą na Gdańsk. I cały czas, że to będzie coś w Gdańsku, czy jakaś manifestacja, czy jakiś strajk, ale nikomu nie przyszło do głowy, że to może być w całym kraju. Nikomu, tak że ja o 22-ej z Kostrzewą rozmawiałam, ale później musiałam już iść do domu. Ale były takie telefony, dlatego jak zeszłam na dół, to drzwi wejściowe były otwarte. Tam siedziała portierka, więc mówię, że tu się kręci taka kupa różnych ludzi, to niech pani jednakże zamknie te drzwi, żeby ten budynek nie był taki otwarty, bo pani tu siedzi na dole sama. Zięć po mnie przyjechał samochodem i potem jak wsiadłam, mówię: rzeczywiście jest nieciekawie, jest taka jakaś nerwowa atmosfera, ale nie przyszło mi do głowy, że to może być coś takiego. I potem już po stanie wojennym, weszłam kiedyś do tego budynku i rozmawiałam z tą portierką i zapytałam jak to wyglądało. Ona odpowiedziała: Dobrze, że pani mi powiedziała, żebym zamknęła drzwi, bo jak oni zaczęli łomotać, to ja prędko wsiadłam w windę i pojechałam na górę. Tak, że ona im tych drzwi nie otworzyła i pojechała na górę do Regionu, żeby im powiedzieć, bo wiedziała, że tylko oni tam siedzą. I powiedziała, że oni wy­bili tę szybę i włazili na czworakach. I mówi, że po schodach to oni szli dosłownie jeden po drugim. Mówi, że dosłownie leżeli po sobie i siebie tratowali, żeby jak najszybciej dostać się na to górne piętro. Najpierw wpadli do telefonów i tam zniszczyli te telefony, te połączenia, dopiero później wpadli na górę. Ale biegli na piechotę, bo winda pojechała na górę i tam na górze została. Tak, że ona im nie otworzyła, ich nie wpuściła.

Pyt. Czy udało jej się kogoś uprzedzić? Kto tam był u góry? Tylko ten człowiek z OZOS-u?

Odp. Nie, tam było kilku, bo tam były dyżury z Komisji Interwencji. Wtedy był Żyliński, tam było parę osób. Czy nie Bober był wtedy? Już nie pamiętam, jeszcze się z nimi podzieliłam kanapkami, bo siedzieli głodni. Powiedziałam, ponieważ jadę do domu, to weźcie i zjedzcie. Tych dwóch ze Szczytna, czy skądś, którzy byli ostatnio w Zarządzie Regionu … Żyliński i Wierzbowski… oni byli tam na górze. Z tym, że tam przyszedł ktoś jeszcze, albo Mackiewicz był i oni siedzieli w pokoju i rozmawiali, a ja siedziałam przy telefonie. I tam siedziało kilka osób w sąsiednim pokoju, jako Komisja Interwencji. Tam siedzieli ludzie z OZOS-u, WPKM i skądś jeszcze. Oni się tam zmieniali. A na moje miejsce przyszedł … Brzozowski (?) z OZOS-u.

 

Dopisek: Kiedyś pani Cynalewska zgłosiła się do ośrodka przy kościele św. Józefa w sprawie ciepłych butów dla Danusi Gulko, która była w więzieniu. Panie w tym ośrodku wypytywały się podejrzliwie, aż w końcu stwierdziły że p. D. Gulko już kiedyś dostała buty. - Ależ to były letnie buty, a teraz jest zima, argumentowała p. Cynalewska. Wiele osób np. z OZOS-u, nie chciało samemu chodzić do tego ośrodka, co najwyżej z p. Heleną.

 

END

 

 

 

Rozmowa z Andrzejem Gierczakiem

w dniu 25 maja 1993 roku

 

 

Pyt. Tworzyłeś Związek „Solidarność” na węźle?

Odp. W roku 1980, zaraz po podpisaniu porozumień gdańskich, zaczęliśmy na węźle olsztyńskim, organizować niezależne związki zawodowe. Początkowo byliśmy odizolowani od innych zakładów i nie bardzo orientowaliśmy się, że w innych przedsiębiorstwach ludzie próbują podo­bnie organizować się w niezależne związki. Gdzieś około 5 września pojechaliśmy do Gdańska, żeby się zarejestrować jako komisja. Dlaczego do Gdańska? Otóż wynikało to z charakteru naszego przedsiębiorstwa. Nasza dyrekcja była w Gdańsku i tam często jeździliśmy w różnych sprawach służbowych. Jako kolejarzom było nam łatwo trafić tam gdzie siedziba naszej dyrek­cji.

Pyt. Ale wasz związek nie był jeszcze „Solidarnością”?

Odp. Nie. Hasło „Solidarność” było później. Początkowo były niezależne związki. Zarejestrowaliśmy się i z Gdańska przywieźliśmy pierwsze informacje, mało, stamtąd przyjechali pierwsi koledzy, którzy na pierwsze takie oficjalne zebranie załogi dotarli. Jeszcze ciekawa rzecz, po drodze mieli kłopot. Jechali tu na umówione spotkanie pociągiem i tak to zorganizowano, ktoś się o tym dowiedział, że ten pociąg do Tczewa z przesiadką, został zatrzymany pod semaforem i oni nie zdążyli. Było to celowe i świadome działanie. Bo później żeśmy to dokładnie przeanalizowali.

Pyt. To byli koledzy z Gdańska?

Odp. Z dyrekcji gdańskiej. Pamiętam, że jeden z nich nazywał się Klamen, drugi Badełek. Obydwaj później odgrywali dość czołową rolę. Bodełek został nawet przewodniczącym Komisji Okręgowej z siedzibą w Gdańsku. Co prawda później okazało się, że był to niezbyt uczciwy człowiek, a ponadto miał powiązania z PZPR-em.

Pyt. A jeśli chodzi o olsztyński węzeł. Kto oprócz ciebie organizował związek?

Odp. Oprócz mnie zajmował się tym Grzegorz Kaucz, Michał Kwiatkowski, o którym trudno dzisiaj mówić, bo był to człowiek wyjątkowo paskudny i nieuczciwy. Później organizował związki branżowe po wprowadzeniu stanu wojennego - mało tego znalazł się jako organizator Niezależnego Związku Maszynistów w 1990 roku, a teraz właściwie i stamtąd został wykreślony, a więc był to wyjątkowy rozrabiacz i nieciekawa postać.

Pyt. Czy on należał do partii?

Odp. Nie należał. W każdym razie wiadomo było, że bez przerwy biegał - ja już o tym wiedziałem - biegał bez przerwy do Komendy Wojewódzkiej. Po co, nie wiadomo, ale takie miałem informacje - okazały się one prawdziwe. Po każdym naszym spotkaniu, czy gdziekolwiek, rozmowach, to pierwsze jego kroki to zamiast do domu, to na Komendę. Zresztą później po wprowadzeniu stanu wojennego wydał kolegów, powiedział gdzie schowane są materiały Komisji Zakładowej i z tego powodu ludzie mieli dużo nieprzyjemności.
Około 18 września 1980 roku dowiedzieliśmy się, że w Olsztynie już inne komisje organizują się i że zebrania - próbują się zebrać w MKZ i te zebrania są w WPKM-ie, że bardzo życzliwie przyjmuje ich dyrektor pan Ruchlewicz, zresztą były pracownik kolei - kierownik jednego z naszych zakładów. Tam poszliśmy i tam nawiązaliśmy pierwsze kontakty.

Pyt. Jakie osoby pamiętasz z tego czasu?

Odp. Łukomski, Pagacz, Bober, Krupiński, Irena Telesz, z którą jeździłem na różne zebrania organizacyjne w terenie.

Pyt. Później Wiesiek Brycki chyba tam się pojawił?

Odp. No więc Bryckiego to ja sobie nie przypominam. On jakby był pracownikiem Regionu - ale od kiedy, to sobie nie przypominam. Czołowej roli nie odgrywał na pewno.
Przypominam sobie, że w OZOS-ie również tworzono swój odrębny związek - Piątek chyba go tworzył. W odizolowaniu.

Pyt. Wy też tworzyliście najpierw niezależne związk. Kiedy wy oficjalnie nazwaliście się „Soli­dar­nością”? Czy ponownie się rejestrowaliście?

Odp. Nie, nie. Otóż cała organizacja, to przyszło z Gdańska, to hasło: „Solidarność”. Pamiętam nawet początkowo byliśmy atakowani, czy my to też „Solidarność”. Przypominam sobie, że ktoś z egzekutywy nawet próbował nas atakować za to. Ja byłem bezpartyjny, ale na otwarte zebrania partyjne chodziłem, żeby nie pozwolić na taki bezpośredni, bezpardonowy atak na te niezależne związki. Broniłem ich. I pamiętam, że kiedyś zadano mi pytanie, czy my też jesteśmy w „Solidarności”. Nawet my wówczas jeszcze nie wiedzieliśmy, że już przyjmujemy tę nazwę „Solidarność”. Oni już pierwsi byli zorientowani przez agendy partyjne i zaczęli mnie atakować. Ja im mówiłem, że rzeczywiście „Solidarność”, to jest to czego my  oczekujemy, że wspólnie, razem itd. Jakoś tak dobrze to wypośrodkowałem.

Pyt. Dlaczego tworzyliście ten niezależny związek? Jakie było wówczas wasze myślenie?

Odp. Jakie myślenie? Otóż ja chcę nawiązać do roku 1968 kiedy za krytykę polityki zakładu pracy, gdyż kolejarzy brano do rozpędzania manifestujących studentów w Kortowie - ja oczywiście nie zgodziłem się z tym i podnosiłem tam głos na ten temat, wtedy się za mnie zabrano, zaczęto mi dokuczać, ale ponieważ byłem niezłym pracownikiem, sumiennym człowiekiem …

pyt. Bo ty pracowałeś jako?

Odp. Pracowałem na odcinku elektroenergetycznym jako elektryk. I wtedy po 1968 roku cały czas się mną zajmowali i za karę mnie przenieśli do takiej niezbyt ciekawej pracy. Paskudnej, brudnej, trudnej itd. Wtedy w 1968 roku podniosłem dość głośny protest i wypisałem się ze zwią­zku, z CRZZ. Ciekawa rzecz, zapisałem się ponownie po wypadkach w Gdańsku w 1970 roku - po porozumieniach. Uważałem, że warto dać znowu poparcie, ale już za rok wiedziałem, że to jest to samo. Bo myśmy byli bardzo dobrze zorientowani jako kolejarze, bo nasi koledzy jeździli tam, mieliśmy kontakt. Ja ubolewałem wtedy w 1970 roku, że my nie mogliśmy nic pomóc tym ludziom. I w 1980 roku uważałem, że nie można po raz kolejny zostawić tych kolegów z Gdańska, tej garstki ludzi, samych sobie. Że trzeba im dać pomoc w postaci organizowania tych związków. W postaci wzajemnego wspierania. U mnie taka była myśl. Natomiast inni mieli różne ku temu powody - raz nieudolność związków branżowych, druga rzecz braki dokuczały ludziom. Chcieli przeciwstawić się tej grabieży, tej nieuczciwości, tym praktykom monopolu bolszewickiego.

Pyt. Czy ze strony kierownictwa partyjnego mieliście jakieś szykany?

Odp. Były bardzo duże problemy. Pamiętam, że przede wszystkim działacze tamtego związku mocno nas atakowali, czuli, że grunt pod nogami im się zawala i że będzie ta silna konkurencja zorganizowanego oddolnie związku zawodowego. Po drugie, członkowie partii, aktywiści, lek­torzy, sekretarze atakowali nas za to, że ten związek jest pewną platformą politycznego działa­nia, że uderza w idee socjalizmu, w które oni wierzyli. Były takie momenty, że wzywali mnie w otoczeniu - jak się domyślałem później, Służby Bezpieczeństawa - i zamykali drzwi w celu jakiegoś zastraszenia, czy coś w tym rodzaju, wymuszania jakichś ustępstw. Ja oczywiście nie reagowałem na to. Robiło to na mnie odwrotne wrażenie. Ugruntowałem się w tym, że trzeba to przełamać

Pyt. W którym roku to było?

Odp. To był rok 80-ty, jak się tworzyły niezależne związki. Byliśmy mocno obserwowani, m.in. dlatego, że byłem przeciwnikiem tego ustroju. Tego nigdy nie ukrywałem i chyba byłem w tym zakładzie pracy tylko dlatego, że byłem pracownikiem sumiennym, nie piłem, nie paliłem. Nic nie mogli przeciwko mnie wykorzystać. A ponadto trochę im na mnie zależało, ponieważ byłem specjalistą od spraw sterowania i maszyn elektrycznych. Nie było mi równego w zawodzie. I może to mnie uchroniło. Pamiętam, że później na kolegium to Służba Bezpieczeństwa to podnosiła, że oni wiedzą, że jestem dobrym pracownikiem i mam doskonałą opinię w zakładzie i ubolewali nad tym, że zajmuję się polityką.

Pyt. Wtedy byłeś już przewodniczącym komisji?

Odp. Ja wtedy byłem przewodniczącym tej grupy inicjatywnej, a od stycznia zostałem przewodniczącym węzła olsztyńskiego.

Pyt. Jak oceniałeś ludzi z MKZ-u?

Odp. Ja początkowo bardzo uważnie patrzyłem na to wszystko. Wydawało mi się, że my tu wszyscy zebrani, mamy te zbożne intencje organizowania się w niezależny związek, że przyświeca nam idea zerwania z przeszłością, odcięcia się od złych praktyk itd. Ale po miesiącu, półtora już zauważyłem, że są tam bardzo różni ludzie o różnych charakterach, o różnych poglądach i róznym zabarwieniu politycznym. Nawet wydawało mi się w pewnym momencie, że u niektórych widzę chęć przejęcia i kierowania tym, nawet pewnej manipulacji i to w stronę sterowaną przez organa władzy państwowej. I było to dla mnie dość rewelacyjnym odkryciem. Nie był to zbieg okoliczności, ale świadome działania. na to musiałyby być pewne dokumenty, ale …
Zaskoczyło mnie to, że na czoło wysunęli się aktywiści PZPR-u. Ja nigdy nie miałem do czynienia z tymi ludźmi, zawsze się od nich odcinałem zdecydowanie i jawnie, nagle znalazłem się wśród tych ludzi. Okazało się, że oni mieli być może większe doświadczenie w działalności społecznej i politycznej i to wykorzystali. Stanęli na czoło ludzie już przetarci, czasami nawet byli współpracownicy SB. Być może oni zmienili swoje poglądy, ale może było na zasadzie pewnych odgrywek, bo tam gdzieś zostali odrzuceni, albo z różnych powodów inaczej potraktowani, niż by sobie tego życzyli. Później znaleźli sobie platformę do odgrywki.

Pyt. Jak odbierałeś wtedy pewne osoby?

Odp. Zdecydowanie wyróżniał się tutaj Pagacz. Właściwie był zwolennikiem rozliczenia się z prze­szłością, ale też wyjątkowo opowiadał się za komunizmem. Było to dla mnie dziwne zjawisko.

Pyt. Skąd był Pagacz?

Odp. Z WPHW. On ciągle krzyczał, że gdyby się trzymano idei marksizmu, leninizmu, to byłoby właściwie to o co chodzi, natomiast mimo, że to było zapisane nikt tego nie realizował. To dla niego było wielką tragedią. Nawet w momencie internowania, z „Kapitałem” Marksa jechał do więzienia i tam tłumaczył, że to są założenia słuszne.

Pyt. Jak koledzy przyjmowali te jego deklaracje?

Odp. Niektórzy uważali go za dziwaka, inni w ogóle nie zwracali uwagi, dla mnie natomiast było to ciekawe. Większość członków partii była wychowana na wzorcach marksizmu i leninizmu, a więc ich obecność w tych związkach nadawała ton i charakter temu związkowi.

Pyt. Czy pamiętasz Bartuszka?

Odp. Pamiętam. Trudno mówić o nieżyjącym. Ale ja szczerze powiem, był to wyjątkowy cham. Być może na pierwszy okres był taki potrzebny, który by nogami drzwi otwierał itd. Zostawił naprawdę smutne wrażenie po sobie, mało tego, zostało to później wykorzystane przeciwko związkowi. W okresie początkowym stanu wojennego pokazywano w tym zakładzie itd. - tam wielu ludzi odwróciło się od „Solidarności”, bo te metody widzieli i niestety one nie mogły być wzorem. Ja wiem, że później dużo się mówiło o tym człowieku, bo zmarł i jak gdyby przyczy­ną był stan wojenny itd. Wszystko to rozumiem, być może, że nawet tak było, ale sposób i for­ma w jaki się zachowywał i działał …

Pyt. Również członkowie „Solidarności” tak go odbierali?

Odp. Tu też był można powiedzieć brutalem. Tutaj spełniał rolę takiego porządkowego. Organizowania takiej bojówki. Natomiast na pewno nie nadawał się do tej dobrej strony, do reprezentowania Związku.

Pyt. Bartuszek był krótko szefem. Później był Łukomski.

Odp. Otóż Łukomski trafił z wojska. Też był człowiekiem może dobrym na ten czas, bo był hardy, szorstki, odniosłem nawet wrażenie, że bezczelny. Może w pierwszej fazie tworzenia, tacy zdecydowani ludzie mogli być potrzebni, ale już w czasie organizacji było wiadome, że ta forma działania nie może przynieść żadnego dobrego rezultatu, że zraża ludzi, że ludzie z tym chamstwem spotykali się przez tyle lat … Takie miał ordynarne i bezczelne zagrywki.
Jeden z moich przyjaciół, którego bardzo dobrze znałem, kiedyś pyta, czy znam Łukomskiego> Mówię, że znam. A co się stało? Otóż mówi: - Wiesz co, on się zachowuje bezczelnie. Pijany obnosi się z tym, że jest przewodniczącym, zastrasza ludzi, że on się policzy - w autobusie nie ma skrupułów żadnych, więc nie jest to dobra renoma związku. Jeżeli możesz to powiedz mu to. I ja rzeczywiście, przy okazji kiedyś w jakimś momencie mówię: - Słuchaj, Edmund, doszły do mnie takie głosy, że tak się zachowujesz. Byłoby głupio gdyby tak rzeczywiście było. Strasznie się zjeżył momentalnie i zaraz mówi: - Ja tam twoją komisję rozliczę, ja tam do was przyjdę. Powiedziałem, że ja się tego nie boję. Proszę bardzo, w każdej chwili możesz do mnie przyjść. Nie mam nic do ukrycia. Tak się odniósł, myślałem, że raczej inną postawę przyjmie. Hardy był wyjątkowo, nawet czasem bezczelny. Wynikało to chyba z jego charakteru, chociaż to wojsko to też, jeśli się z nim rozstali, to być może, że zauważyli, że ma takie metody niekonwencjonalne.
I jeszcze muszę powiedzieć o Łukomskim jedno. Otóż 13 grudnia w stanie wojennym on nie był internowany, gdyż w tym dniu pojechał na jakąś uroczystość rodzinną. No i stawił się do jednostki jako oficer rezerwy. Stawił się i proszę sobie wyobrazić, że się tam tak kajał przed tymi oficerami, że on musiał itd., że nawet niektórzy nie mogli na to patrzeć i wychodzili.

Pyt. A w której jednostce się zjawił?

Odp. Już nie pamiętam, ale tak się zachował i myślę, że wyjechał, to może nawet i dobrze zrobił. Później jak się zorientował, że wypadło to w sumie fatalnie - jego postawa i jego zachowanie. Póżniej mimo wszystko go internowali, dnia i czasu już nie pamiętam. Miał jakieś kłopoty ze zdrowiem, z sercem czy coś takiego i wyjechał. On chyba dlatego z więzienia wyszedł, że się zdecydował wyjechać.

Pyt. A Krupiński?

Odp. To ciekawa postać. Była to osobowość silna i bardzo ciekawa. Ja nawet próbowałem dociekać przez długi okres czasu, jak to się stało, że został zastępcą Lecha Wałęsy. Nawet w więzieniu się tym zajmowałem i próbowałem to badać. No i doszedłem do ciekawych wniosków. Był to człowiek wyjątkowo inteligentny, spryciarz - mógłbym tak powiedzieć. Ciekawa postać. Zastanawiałem się, jak się znalazł w Związku, bo jakoś tak myślałem trochę po prostacku, że będą przede wszystkim ci ludzie, którzy przez lata byli ciemiężeni, ci którzy nigdy niczego się nie doczekali - żadnych zarobków, że zawsze tylko starczyło na jedzenie i biedny ubiór, a okazało się, że znalazł się człowiek, który miał zarobki wyjątkowo olbrzymie, bo w momencie kiedy chodziło o uposażenie przewodniczącego Regionu to powiedział, że musi zarabiać nie mniej niż 15 tyś. zł. albo tyle ile w dotychczasowym zakładzie pracy. Więc było to dla mnie dużym zaskoczeniem, że są ludzie, którzy tyle zarabiają. A nasze zarobki wynosiły wtedy maksimum 6 tyś zł., a gdy ktoś zarabiał 7 tyś, to był straszny zarobek. No więc proszę sobie wyobrazić 15 tyś. albo tyle ile w macierzystym zakładzie (tam podobno zarabiał około 18 tyś zł.). Nie wiedziałem, że przy jego zawodzie to było raczej normalne.

Pyt. Bo był architektem.

Odp. Tak. I w związku z tym było ciekawe, jak on się tu znalazł? Co nim kierowało? Później zorientowałem się, że była to po prostu chęć zrobienia kariery. Tak bym to podsumował na razie.

Pyt. Jakie fakty związane z jego działalnością utkwiły ci w pamięci?

Odp. No więc, jakie fakty. Wiele rzeczy. Co ciekawego. Po wyborach Zarządu Regionu w Kortowie, dwa dni to trwało do późnej nocy. W poniedziałek rano prezydium udało się do Komitetu Wojewódzkiego. Był to dla mnie prawdziwy szok. Do dziś to pamiętam i na pierwszym posiedzeniu Zarządu Regionu wtedy ubezpieczając się, bo już wiedziałem, w którą stronę to wszystko idzie, czułem to niebezpieczeństwo grożące mnie jako człowiekowi, przeciwnikowi PZPR-u i tamtych układów, zadałem pytanie: - Czy mógłbym do programu wprowadzić punkt, w którym poinformowano by, dlaczego i kto zorganizował tem wymarsz do Komitetu Wojewódzkiego, ponieważ mnie ludzie pytają i ja nie wiem co odpowiedzieć. I to zostało wprowadzone. Zresztą Krupiński zaczął na to odpowiadać.

Pyt. Co mówił?

Odp. Powiedział, że on uważa, że pójdzie wszędzie, gdzie tylko można, żeby załatwić ludziom pracy to, co im jest potrzebne i że oni poszli tam z pakietem spraw i tak to nagrywał. Ja w ramach riposty prosiłem jeszcze raz o głos i powiedziałem, że ludzie oceniają to, że poszliście aby was ochrzcić. Jak można, żeby 10 milionowy Związek udawał się tam do nich. Przecież ostatecznie mamy swoje władze i mamy swój statut - to jest pierwsze, a po drugie, że przecież cały ten społeczny bunt i niezadowolenie był po to, żeby się już nie utożsamiać z PZPR-em i żeby znowu nie szukać u nich jakiegoś wsparcia. Czy też jakiejś próby narzucenia nowego sys­temu zarządzania Związkiem. I uważam, że to było wielkie nieporozumienie i ludzie mają o to duże pretensja. W zasadzie rzeczywiście to tylko wypływało ode mnie. No, słuchali ludzie tego, ale nic więcej. A ja ponowiłem jeszcze raz pytanie, kto i kiedy to zorganizował. I później Krupiński pod naciskiem wreszcie powiedział, że sprawa ta była zaaranżowana przez Łukom­skie­go. Myślę, że Łukomski był przekonany, że zostanie przewodniczącym. Zresztą bardzo mocno odchorował sprawę tej przegranej.

 

Pyt. Bo on kandydował?

odp. Kandydował i przegrał. I myślę, że przegrał ze względu na swoją postawę arogancką - ludzie tego nie zaakceptowali. Natomiast Krupiński był bardziej człowiekiem elokwentnym, dyplomatą, sympatycznym człowiekiem. No ale niestety okazał się graczem dużej miary.

Pyt. Mówisz graczem, czy możesz podać jakiś argument?

Odp. Otóż, zawsze wsłuchiwał się w to co ludzie mówią i był tam gdzie większość niezależnie od tego czy mieli rację. Zjednywało mu to ludzi i jednocześnie jakby stawał się pewnym języczkiem u wagi w momentach trudnych. Bo wiadomo, dwie przeciwstawne alternatywy, a on już tam jest gdzie większość i wygrywa. Umie też ładnie to wytłumaczyć, przeinaczyć, ładnie to zegrać, żeby i ci przegrani mieli też drobną satysfakcję. Natomiast okazuje się, że większość nie zawsze miała rację, mało, prowadziło to związek do różnych nieszczęść - chociażby strajk w OZGrafie, gdzie właśnie w dużej mierze oprócz Andrzeja Bobera, który był odpowiedzialny z ramienia Zarządu Regionu (ja o tym też kiedyś opowiem). Ja pytałem jako pierwszy, jak do tego doszło i kto jest za to odpowiedzialny, ponieważ twierdziłem, że problem jest za mały, żeby postawić Region, a zakład jest znowu za mały, żeby się ktokolwiek z nim liczył. I może dojść do tego, że ludzie będą strajkować i nie będzie drugiej strony do rozmów. I tak się też później stało. I nawet w pewnym momencie, po tym strajku, który został zakończony apelem przed Zjazdem Krajowym, ja zostałem z ramienia Zarządu Regionu powołany do komisji badającej przyczyny i okoliczności strajku w OZGR-afie. Jako przewodniczący chciałem to zrobić dobrze - niestety, Krupiński mnie unikał, ponieważ wiedział, że ja byłem jedynym człowiekiem, który przestrzegał - mało, na spotkaniu w Filharmonii ja właśnie jako jeden zwróciłem uwagę Krupińskiemu: - Panie przewodniczący, ja nie bardzo rozumiem z czego się pan śmieje. Tam strajkują ludzie i nie ma z tego wyjścia, a pan jest z tego zadowolony. Żaden to powód do dumy.

Pyt. Co przewodniczący lub Zarząd Regionu chcieli uzyskać przez ten strajk?

Odp. Myślę, że za wszelką cenę - to było dość modne - pokazać się. Pokazać siłę, pokazać, że u nas też jest zakład, który się nie da złamać itd. Tu przyjechali, i Kuroń, i prof. Stelmachowski, który odjechał z niczym itd. A Krupiński tutaj nakręcał spiralę strajku w zakładzie. Za wszelką cenę. Chciał pokazać. Później to nawet odniosłem to do tego, że może to było uzgodnione z Wałęsą, chodziło może o to nawet, żeby utrącić tu Kuronia, który był z KOR-u, a wtedy Kościół nawet odradzał, żeby odsunąć korowców. Sądziłem, że może to być ten argument, że go póniej odtrącą: - Panie, nie masz pan przebicia ani posłuchu, a pan się rządzisz. Tak myślałem, ale okazuje się, że to był inny powód - nie w tym momencie o tym mówić.

Pyt. Krupiński później jak gdyby „dopiął” swego - oczywiście nie mógł wiedzieć, że zostanie wiceprzewodniczącym.

Odp. Posłuchaj - to jest ważna sprawa. Zasadniczą rolę w tym odegrał ks. Julian Żołnierkiewicz, że Krupiński został wiceprzewodniczącym.

Pyt. Jak to było możliwe?

odp. Oczywiście, on się później przed tym bronił. Nawet kiedyś jak byliśmy u Lecha Wałęsy w stanie wojennym - ja z ks. Żołnierkiewiczem - bo był taki moment, to mógł być 1987 rok, w drodze (ja już wtedy wszystko wiedziałem, a ksiądz nie wiedział, że ja wiele rzeczy wiem), ja jeszcze próbowałem go wybadać. On wtedy mówił tak: - To chyba sam diabeł komuś podszepnął, żeby lansować Krupińskiego. Ja oczywiście wiedziałem, że to on robił.

Pyt. Czyżby wpływ ks. Juliana był wtedy tak duży?

Odp. Może nie każdy wie, że serdecznym przyjacielem ks. Jankowskiego był i jest ks. Julian Żoł­nierkiewicz. Są to przyjaciele serdeczni. Mało tego, Wałęsa do województwa elbląskiego jeździł na ryby do parafii, gdzie pracował brat ks. Juliana - też ksiądz. I te wszystkie drobne rzeczy takie towarzyskie, odegrały szaloną rolę. (…)

Pyt. Co możesz powiedzieć o Andrzeju Boberze?

Odp. Odnośnie Andrzeja Bobera. Myślę, że od początku nie przypadliśmy sobie do gustu. Ja na pewno jestem człowiekiem kontrowersyjnym ze względu na te swoje ustabilizowane poglądy. Ja nie miałem kierunków, ja miałem poglądy. Kierunki się zmieniają, pogląd człowiek ma do śmierci. I dlatego ciągle się zderzałem z ludźmi, którzy poglądów nie mieli. Ciągle twierdzili, że związek z natury jest socjalistyczny z czym ja się absolutnie nie zgadzam. Uważam, że czło­wiek i każdy z nas ma obowiązek wynikający z człowieczeństwa, a nie z socjalizmu. To socjaliści to przechwycili i stwierdzili, że to co ludzkie jest socjalistyczne. Oczywiście to nie wynika z jakiejś idei zapisanej przez socjalistów, a wynika z człowieczeństwa i z Ewangelii, z której w dużej mierze socjaliści wszystko to przenieśli, to co wygodne, do swojej ideologii socjalistycznej.

Pyt. A Bober?

Odp. I w tym kontekście Bober był człowiekiem, przeze mnie jako milczek, trudny do rozszyfrowania, oschły, może dość dobry organizator. tak myślałem z czego mu się to bierze: czy to wynika z natury, czy z jakiegoś przetarcia, a później dowiedziałem się, że był przez jakiś czas pracownikiem służby bezpieczeństwa. I stamtąd odszedł - dlaczego, nie wiem.

Pyt. Podobno o tym mówił publicznie.

Odp. No, to były rózne metody. Ja znam takich ludzi, którzy się frontalnie ustawiali, że ja to by­łem itd. bo jak ktoś się później dowie to głupio, a tak to już od razu jest wiadome, a swoje można robić.

Pyt. Jak go jednak oceniałeś?

Odp. Bardzo fatalnie oceniłem go przede wszystkim za strajk w OZGrafie, gdzie on z ramienia Regionu od samego początku był, bo chodziło o „Dni bez prasy” - protest środków masowego przekazu i z tego telewizja pokazała urywek, czy dała informację, że w OZGrafie odpychają ludzi od maszyn, że tam się źle zachowywano itd. że tam było siłowe działanie Związku. I Zwią­zek się tu obraził. Ja uważałem, że nie ma potrzeby się obrażać, przecież nie jesteśmy pannami weselnymi, mamy swój cel, niezależnie co o nas mówią, do tego celu dążmy. Natomist w trakcie tego wzburzenia załogi, Bober zebrał tych wszystkich ludzi - były tam zamiary organizowania strajku przeciwko, jeżeli telewizja tego nie odwoła, Bober mówi: - No to w takim razie idźcie do domu, weźcie koce, kanapki itd. a jutro w tej sprawie zrobimy referendum. Dla mnie to było jasne i oczywiste, że jeżeli ludzie przyjdą tutaj z pledami, kocami, z całym wyposaże­niem strajkowym no to 100 na 100, że będzie strajk. I tak się też stało. I oczywiście nie było na to argumentów, ani metody na rozwiązanie tego problemu strajkowego. Ludzie się zniechęcili i pamiętam, że pod koniec strajku wszyscy wyraźnie - zresztą później byłem przewodniczącym tej komisji - wszyscy wyraźnie twierdzili, że nikt w życiu już ich na żaden strajk nie namówi. Byli zawiedzeni, bo był problem wypłaty, o finansowanie tego strajku, wiele, wiele rzeczy nie wyjaśnionych, skomplikowanych i właściwie strajk został generalnie przegrany. I winą - ja osobiście - obdarzyłem Zarząd Regionu, przede wszystkim Andrzeja Bobera, który z ramienia Regionu był odpowiedzialny za przeprowadzenie akcji „Dni bez prasy”.

Pyt. Ale później, jak już ten strajk trwał, jak on oceniał?

Odp. W pierwszym momencie była taka historia, gdzie Bober na Zarządzie Regionu zamiast tonować i próbować jakoś w tym momencie Region ustawić, aby Region swoją uchwałą nie poparł strajku i jakby załogę w tej pierwszej fazie zmusił do zakończenia, to on za wszelką cenę zdystansował tę moją wypowiedź, krytycznie się o niej wyraził. Natomiast powiedział, że my tu prowadzimy dyskusje, a tam ludzie strajkują i trzeba ich poprzeć. Ludzie na to czekają. I po prostu jakby pod pewną sugestią Zarząd Regionu zagłosował za poparciem akcji strajkowej w OZGrafie. A później konsekwencje były wszystkim znane.
Chcę jeszcze powiedzieć o jednej rzeczy. Można to w prasie znaleźć, gdzie tam była jakaś pijacka burda, w której brał udział jakiś milicjant czy ktoś, już nie pamiętam w Dobrym Mieście czy gdzieś, gdzie Bober pojechał no i jego wypowiedź i zachowanie było naprawdę nieusprawiedliwione. Jakieś nieprzemyślane, bezczelne, aroganckie. Nie wiem, czy to był w ogóle styl Regionu - bo wielu ludzi tak postępowało - czy to byli tacy ludzie, którzy się w tym okresie znaleźli. Na ten czas oni swoim charakterem pasowali do tego przełomowego okresu, gdzie trzeba było wykazać się hartem ducha, arogancją może nawet czy czymś takim, nie wiem …

Pyt. Mówiąc o Boberze wiele osób mówi, że nie pchał się na pierwsze miejsce, zapewne ze względu na swoją przeszłość, że miał koncepcję Związku, i był konkretny w dziaaniu.

Odp. No ja mam taką przykrą okoliczność jeszcze ze strajkiem w WSP, gdzie właśnie dzięki Boberowi i Maćkowi Kuroniowi, zostałem wprowadzony w wielki kłopot na terenie zakładu …

 

 

(Rozmowę przeprowadził i notował Zenon Złakowski)

Tu wklejam Gierczak 3.doc

Rozmowa z Andrzejem Gierczakiem

w dniu 1.12.1992 roku

 

Pyt. Jedenaście lat mija od pamiętnej daty 13 grudnia 1981 roku, Wtedy to na terenie całego kraju wprowadzono stan wojenny. O wspomnienia z tego okresu poprosiłem Andrzeja Gierczaka, wówczas członka Zarządu Regionu Warmińsko-Mazurskiego NSZZ „Solidarność” i działaczem „Soli­dar­noś­ci” w środowisku kolejarskim. Również obecnie A. Gierczak pełni funkcję Przewod­niczącego Komisji Zakładowej na olsztyńskim węźle PKP. Chciałbym abyś spróbował przy­bliżyć wydarzenia w tamtych dramatycznych chwilach.

Odp. Był to okres bardzo burzliwy. Jak dobrze pamitam ostatnie posiedzenie Zarządu Regionu, na którym był obecny Michał Powroźny, przewodniczący Regionu. Na krótko zresztą oddelegowany na posiedzenie Komisji Krajowej w Gdańsku, przyjechał z zapytaniem, jak mamy się zachować w momencie gdyby były jakieś rozruchy, jakaś konieczność obrony Związku. Nie wszy­scy właściwie rozumieli, na czym to ma polegać. Padały różne pytania. Wyglądało na to, że KK chciała wysondować, czy jesteśmy za powołaniem Komitetu Obrony Solidarności. Padały różne głosy. Ja osobiście byłem przeciwny. Wydawało mi się, że bronimy się wszyscy, gdyby była sytuacja zagrożenia dla Związku, natomiast organizowanie czegokolwiek, jakiejkolwiek grupy stróży, mogłaby nam później być zaliczone jako specjalne organizowanie falangi - jakiejś falangi robotniczej i jakby prowokowanie do siłowej konfrontacji między władzą a Związkiem. No i generalnie, właściwie nie wypracowano żadnej koncepcji. Chyba dlatego, że zdania były podzielone. Zarówno byli zwolennicy jak i drugiej myśli. I z tej ogólnej dyskusji właściwie nic nie można było obektywnie wywnioskować. I myślę, że trudne miał zadanie Powroźny, gdyż pojechał nie przekonany - bez specjalnego pomysłu. Myślę, że generalnie nie było przekonania, że może nam grozić stan wojenny. O tym chyba nikt nie myślał, chociaż wcześniej - późną jesienią, był już taki moment przesilenia, kiedy wydawało się, że jednak chyba będzie jakieś siłowe rozwiązanie w stosunku do Związku. Wyglądało raczej na to, że będzie strajk generalny. Natomiast nikt nie brał pod uwagę tego, że może być wprowadzenie stanu wojennego lub delegalizacja Związku. Związek raczej czuł się pewny siebie i wydawało się, że władza nie porwie się na atak na Związek.

Pyt. Ten stan świadomości trwał do 13 grudnia.

Odp. No tak, generalnie tak chyba było. Raczej strajk, a strajk generalny dla związkowców wcale nie wiązał się z radykalną postawą władz. Wydawało się to po prostu niemożliwe. Byliśmy organizacją 10-milionową, ponadto byliśmy na fali - tak się przynajmniej nam wydawało. Chociaż ja nie byłem takim optymistą. W momencie już podpisania w słynnej sali BHP w Gdańsku, porozumienia w sprawie tworzenia niezależnych związków zawodowych i wogóle porozumienia - uważałem, że władza podpisuje te porozumienia z myślą, że i tak nas pokona chociaż jeszcze wówczas w szczegółach nie wiedziała jak to zrobi.

Pyt. Nadszedł 13 grudnia. Gdzie ciebie zastał i w jakiej sytuacji zostałeś internowany?

Odp. Kilka minut po północy zbudził mnie dzwonek do drzwi. Wstałem, żeby zorientować się, cóż to za gość o tej porze próbuje się dodzwonić. Na moje pytanie: - Kto tam?, była w zasadzie krótka odpowiedź: - Milicja! Oczywiście otworzyłem - nie czułem się tutaj niczym zagrożony. Weszło ich pięciu. Trzech uzbrojonych oczywiście, ubranych w mundury moro i dwóch cywilów. Jeden z nich wymienił swoje nazwisko i zapytał czy to ja. Odpowiedziałem: - Tak. Więc on mówi: - Niech pan się ubierze, mamy obowiązek dowieźć pana do Komendy Wojewódzkiej na rozmowę. Byłem zdziwiony i mówię: - Dziwna to pora na jakiekolwiek rozmowy. Czy panowie nie możecie mi przysłać wezwania do zakłądu pracy, albo do domu - ja sam pójdę, nie musicie się fatygować. Jeden z tych cywili młody, jakoś tak dość ostro i arogancko nawet próbował mnie zaatakować. Było to dziwne dla mnie - nie reagowałem. Pomyślałem sobie: wolę rozmawiać z kimś kto sensownie do mnie przemawia. Mówię więc: - Chwileczkę, jeżeli panowie chcecie mnie zabrać, to rozumiem, że macie wezwanie. Bo przecież nie możecie mnie z domu zabierać jak worek kartofli: - No, mamy oczywiście mamy to wezwanie, ale nie o to chodzi, niech pan się ubiera i bardzo bym pana prosił, niech pan nie robi nam trudności. Znam pana, że pan jest przyzwoitym człowiekiem. Mam nadzieję, że pan dostosuje się do naszej prośby. Spojrzałem na tego człowieka, nie bardzo wiedząc skąd moglibyśmy si znać. On mówi: - No wie pan, z narad i odpraw w Dyrekcji. Wiedziałem o tym, że służba bezpieczestwa ma swoich ludzi, że oni biorą udział w naradach, ale to mi nie przeszkadzało. Zawsze mówiłem to, co uważałem za stosowne i zgodnie z prawdą. Nie miałem potrzeby niczego ukrywać. No więc ponieważ człowiek ten nalegał i robił to w sposób dość sensowny, nie było w tym żadnego cham­stwa, co u tego młodego człowieka dało się zauważyć, ale zwróciłem uwagę na jedną rzecz, mianowicie cała ta piątka stanęła w jakimś takim półkolu i generalnie odgrodziła mi wszystkie wyjścia z domu, zarówno na górę, do piwnicy jak i do wyjścia. Gdybym nawet próbował wyjść, to byłoby to niemożliwe. Zastanawiałem się, czy to celowo czy to przypadek? Posze­d­łem do drugiego pokoju. Jeden z nich szedł za mną, ale się zatrzymał. Chciałem się pożegnać z dziećmi, ponieważ podświadomie wydawało mi się, że jednak coś nie tak z tymi rozmowami. Tym bardziej, że ta pora była mało stosowna. Poszedłem na korytarz, zacząłem żegnać się z żoną, chociaż jeden z nich mówił, że nie ma potrzeby, ja mimo wszystko powiedziałem: - Strze­żonego Pan Bóg strzeże. Żona była zupełnie tym zaskoczona i zdziwiona moją postawą, że ja się żegnam, że tak reaguję na to. Mówię jej tak: - Zadzwoń jutro do Regionu i powiedz, że mnie zabrali z domu. Jeden z nich powiedział: - No tak, niech pani zadzwoni. I wychodzimy z domu. Jesteśmy na schodach i w tym momencie postanowiłem użyć pewnego faktu dla zorientowania się o co tu naprawdę idzie. Zwracam się do nich: - Wiecie panowie, zapomniałem żo­nie zostawić kartki żywnościowe na mięso. A oni mówią: - A to szkoda, że pan nie zostawił. I w tym momencie się zorientowałem, że to jest jednak jakaś dłuższa sprawa.
Uszliśmy parę metrów. Za budynkiem moich sąsiadów za skrzyżowaniem, stała nyska milicyjna z dwoma milicjantami. Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy. Noc była mroźna, księży­cowa, było sporo śniegu. Ujechaliy kawał. Wywiązała się między nami rozmowa. Ten, który zwracał się do mnie przyzwoicie powiedział, że dziękuje, że tak się zachowałem. Odpowiedziałem więc, że nie miałem powodu aby się zachowywać inaczej, nie mam też wrogów chyba, że wrogowie „Solidarności” są moimi wrogami. Więc on mówi: -  Niestety ma pan wroga. Co przyjąłem, że ktoś tam mocno naciskał aby mnie zabrano.
Przejechaliśmy przez Dajtki, później przez ul. 1-Maja, no i ta nysa milicyjna zamiast skręcić w prawo na Komendę, skręca w lewo na most. na Al. Wojska Polskiego. Więc ja mówię: - Pano­wie, rozmawiajmy jak dorośli mężczyźni, powiedzcie gdzie mnie wieziecie i o co tu chodzi. Oni mwią: - Nie, i no wie pan. I unikali określenia się, i jechali ulicą Jagiellońską do ulicy Poprzecznej, wzdłuż cmentarza, na Waryńskiego i później na Zielonej Górkce skręcili do bazy samochodowej milicji.

Pyt. Jak wieźli ciebie co myślałeś?

Odp. To znaczy wydawało mi się, że to jest jakaś szersza sprawa, że to nie chodzi tylko o mnie. Natomiast nie czułem lęku. W momencie wjazdu w bramę tej bazy samochodowej, zauważyłem taki półmrok, masę milicjantów kręcących się, uzbrojonych z psami. Dużo samochodów skoncentrowanych w tym miejscu. W tym momencie już zorientowałem się, że jest to atak na Zwią­zek. Samochód się zatrzymał. Ten młody ubowiec wysiadł i poszedł gdzieś. Okazało się, że oni nie mieli przy sobie tej decyzji o moim internowaniu. Trudno powiedzieć, czy to ze zbytniego pośpiechu - nie wiem co się za tym kryło. Wyprowadził mnie z samochodu i podprowadził do dystrybutora z paliwem. Tam była taka mała lampeczka i podał mi ten dokument, który przyniósł do odczytania. Była to decyzja o internowaniu i jako zarzut podano, że zagrażam bezpieczeństwu państwa. W związku z czym jestem internowany do Kamińska. Przeczytałem to, a on się pyta czy już się z tym zapoznałem. Tak. No to niech się pan na tym podpisze. Mówię, że nie zamierzam się podpisywać na takich dokumentach. Na co on stwierdził, że napisze, iż odmawiam. Ja mówię: - Proszę bardzo. Zabrał tę decyzję ze sobą, podprowadził jeszcze kilka metrów i w tym momencie widzę, że prowadzą skutego w kajdany Andrzeja Bobera. Nie wiem czy on mnie zauważył, ale ja go widziałem jak go tam prowadzono. W tym momencie jeszcze nie byłem w kajdanach. No więc on mówi: - W takim razie tu się pożegna­my. I podaje mi rękę. Chciałem w tym momencie coś powiedzieć, ale myślę sobie, nie dam się tutaj sprowokować. Nie pozwolę sobie na to, aby w tym momencie jakieś instynkty nade mną górowały. Powiedziałem, do widzenia i pożegnaliśmy się. Oczywiście zaraz rzuciła się na mnie milicja, zaczęli mnie rewidować. Wiedziałem, że w tym momencie szukają zapewne tych karabinów, o których ciągle mówili, że „Solidarność” się przygotowuje. Później prasa nawet o tym pisała gdzieniegdzie, że niektórzy byli już uzbrojeni. Takie pogłoski różne. Zgodnie to nagłaśniano przez prasę, a szczeglnie przez tą szeptaną propagandę, która dawała takie sygnały, że „Solidarność” była przygotowana, że znaczyła domy różnych urzędników państwowych itd.

Pyt. Generalnie w całej Polsce nic nie znaleziono. Gdzieś na strychu kilka kijów.

Odp. Tak, generalnie tak było. Nawet wydawało mi się, że na tym ostatnim posiedzeniu Zarządu Regionu, to jakby były jakieś naciski, jakieś dziwne wypowiedzi niektórych ludzi, członków Zarządu, żeby przygotować się zbrojnie. Nie wiem czy było to prowokacyjne czy ludzie rzeczywiście tak myśleli. Po tej rewizji poprowadzono mnie do samochodu, takiego do przewozu więźniów. Tam spotkałem różnych ludzi. Po mnie przywieziono przewodniczącego „Solidar­ności” z Zakładów Mięsnych. Wiem, że był człowiekiem wyjątkowo spiętym. Bardzo to prze­żył. Był tam Maciek Eichler (wyemigrował do Szwecji) były pracownik ART. Było też parę osób zupełnie mi nie znanych, których widziałem pierwszy raz. Niektórzy byli skuci w kajdany, niektórzy nie. Rozgorzała dyskusja, co to znaczy itd. Niektórzy twierdzili, że to jest niemoż­liwe, że będą z nami rozmawiać. Natomiast ja byłem bliższy opinii, że niestety to jest koniec „Solidarności”, że nie robi się tego w ten sposób i na taką skalę, żeby później z ludźmi rozmawiać. Przez dwie godziny trzymali nas w samochodzie. Gdzieś około 3-ej, zaczęli pojedyńczo nas wyprowadzać. Utworzyli taki szpaler między jednym samochodem, a drugim. I pojedyńczo nas skuwali. Ciekawe, że różnie nas prowadzili do tych samochodów. Był to już inny samochód podzielony na takie boksy, odzielone od siebie kratami, czterech czy pięciu w takiej przegrodzie siedziało. Akurat koło mnie siedział z prawej strony prokurator Stefan Śnieżko. Wszyscy byliśmy skuci w kajdany. Na końcu tej ostatniej poprzecznej przegrodzie siedziało dwóch milicjantów uzbrojonych, z psami. I wszystkich nas zamknęli od zewnątrz. I w ten sposób ta cała kolumna samochodów ruszyła. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy gdzie. O piątej kolumna ruszyła, a o siódmej rano dojechaliśmy do Iławy. Tak rozpoczął się okres internowania.

Pyt. Ale miałeś przydział do Kamińska?

Odp. Tak. Po tym żeśmy się zorientowali, że stan wojenny, cała ta sprawa, została wcześniej przygotowana. Musiała ona być już przygotowana latem, bo przecież w październiku - jak dobrze pamiętam - to był taki dość duży bunt w Kamińsku i więzienie zostało po części spalone. I dlatego to internowanie nasze nie mogło mieć miejsca w Kamińsku, gdzie rzeczywiście diabeł mówi dobranoc i gdzie dojazd jest dużo trudniejszy niż do Iławy.

Pyt. Z tego wynika, że te decyzje były wydane jeszcze przed tym buntem w Kamińsku. Kilka mie­sięcy wcześniej.

Odp. Tak, w lecie była duża akcja sprawdzania zakładów pracy. U nas w kolejnictwie zjawił się komandor Marynarki Wojennej. Na końcu poprosiłem o spotkanie i spytałem tego człowieka, o co chodzi. Powiedział, że chcieliby uzyskać wiarygodne dane o sytuacji w zakładzie poprzez źródła wojskowe. Nie pasowało mi to. Prawdopodobnie już wtedy robiono przegląd przedsiębiorstw, które później miały znaczenie strategiczne.

Pyt. Jak długo byłeś w Iławie. W jakim towarzystwie?

Odp. Iława, wiadomo, to jest duże więzienie. Zorientowaliśmy się, że już przygotowano te więzienia, że wczeniej doszło do szeroko zakrojonej amnestii, o czym ja np. nie wiedziałem. Wielu więźniów, a szczególnie młodocianych. Iława jest ośrodkiem więźniów młodocianych. Tam wielu ludzi zwolniono wczeniej, a tych którzy pozostali stłoczono w dwóch budynkach. Naprawdę stłoczono w celach 3-4 osobowych, siedzieli po 8-10. Przygotowano się więc do tego solidnie. Resztę bloków zajmowali internowani. Było nas bardzo dużo.
Ten pierwszy moment był bardzo trudny. Chciano zaprowadzić dyscyplinę. Natomiast konsekwencje łamania tej dyscypliny były niejasne. Oni sami zresztą, ci strażnicy, cała władza więzienna, nie wiedziała jak z nami postępować. Chciano od nas wymagać. Oglądano nas tam codziennie. Sam komendant obozu dla internowanych w towarzystwie całej kadry obchodził to więzienie, przyglądał się. Wymagano od nas meldowania się, takiej postawy jaka obowiązy­wała wobec normalnie aresztowanych. W wielu przypadkach myśmy się do tego nie stosowali. Ja byłem w celi z Maćkiem Eichlerem i Włodkiem Pagaczem.

Pyt. Czyli trójka was była w celi?

Odp. Tak, ale to różnie bywało, ponieważ nas przemieszczano. Myśmy się do tego meldowania nie zastosowali. Okrzyknięto nas buntownikami. Mieliśmy kłopoty, zabrali nam możliwość wycho­dzenia na spacery. Próbowano stosować taki więzienny rygor. Myśmy sobie z tego nic nie robili. Oczywiście pierwszy okres był szalenie trudny. Odizolowano nas generalnie od siebie i za­stosowano typowy rygor więzienny. Tylko - jak powiedziałem - kończyło się to wszystko odbieraniem możliwości chodzenia na spacer.

Pyt. Jaki był nastrój wśród internowanych? Szczególnie w tych pierwszych dniach?

Odp. Bardzo różny. U niektórych duże przygnębienie. Duża obawa o przyszły los, o los rodziny, o całą tą sytuację poza. Próbowano nam włączać komunikaty przez te ogólne radiowęzły więzien­ne i po nich próbowaliśmy się zorientować, jakie są nastroje i sytuacja. Szczególnie po komunikatach o wykorzystaniu mocy, energii. To nam dawało sygnał, jaka jest sytuacja w przedsiębiorstwach, jak małe zużycie energii, to było wiadomo, że jednak są postoje, że są trudności na zewnątrz. Na czym one dalej polegały, czy społeczeństwo stanęło biernie czy czynnie, to myśmy w perwszych dniach nie wiedzieli o tym. Izolacja była naprawdę skuteczna. Nie można było się czegokolwiek dowiedzieć. Sami strażnicy też raczej milczeli, z nami jakichkolwiek rozmów. Taki moment sobie przypominam, że w chwili kiedy nas przywieziono, zabierano wszystkie dokumenty i wszystko co mieliśmy przy sobie (odbierano nawet zegarki - przyp. A. Pawłowski). Wśród strażników były dwie kobiety, które nas również przyjmowały i płakały. Ciekawe to zjawisko, że były bardzo załamane.

Pyt. Czy strażników można w jakiś sposób zróżnicować?

Odp. Na pewno. Byli tacy, którzy tylko i wyłącznie wykonywali swoje obowiązki. Można było wyczuć jakąś ich wewnętrzną sympatię, ale byli też i bardzo gorliwi, którzy objaw jakiejkolwiek innej, luźnej postawy, momentalnie zgłaszali, tępili. Chociażby na spacernikach były takie sytuacje, gdzie trzeba było od siebie o parę metrów chodzić, żeby nie kontaktować się ze sobą słownie. Zdarzało się, że myśmy próbowali się do siebie zbliżyć, żeby chociażby parę słów ze sobą wymienić. To jeden ze strażników, wyjątkowo gorliwy, natychmiast ściągnął cały oddział milicyjny, pogotowie jakby służbowe, no i oni natychmiast przyszli do nas i tam próbowali się z nami rozliczyć. Czuło się, że chcą za wszelką cenę sprowokować do bijatyki, ale zdjęli nas natychmiast z tego spacerniaka. Czyli próby wzajemnego kontaktu natychmiast były przez nich przerywane. Ale była to niewielka grupa. Raczej trzeba powiedzieć, że około 60% było nam przychylnych.

Pyt. Czy doszło przez cały czas internowania w Iławie do jakichś incydentów, do próby użycia siły?

Odp. W tym okresie, kiedy ja byłem, to nie. Chociaż była druga taka sytuacja, kiedy myśmy się postawili w momencie próby zwrócenia się do komendanta o zezwolenie na przeniesienie do szpitala pozawięziennego kol. Ruchlewicza. Miał bardzo poważne kłopoty ze wzrokiem. Groziła mu nawet utrata wzroku. Oni nie reagowali i dlatego żeśmy się postawili. Nie chcieliśmy wejść z korytarza do cel. Oni uznali to za bunt i wtedy natychmiast zjawiła się ta ekipa szybkiego reagowania. Zrobiło się niebiesko od straży i próbowali nas zastraszyć, ale my nie dawaliśmy się sprowokować. I taka postawa gwarantowała nam bezpieczeństwo.

Pyt. Jak długo byłeś w Iławie?

Odp. Ja zachorowałem, siedziałem w celi, która była wyjątkowo zimna i zrobiła mi się zimna noga od kolana w dół i bezwładna. Zupełnie bezwładna. Brak możliwości leczenia tego, spowodował, że oni postanowili wywieźć mnie do Barczewa. taka była wersja. Wieźli mnie karetką pogotowia i ja byłem przekonany, że oni wiozą mnie do Barczewa, a oni przywieźli mnie do domu. I zostawili mnie bez dokumentów, historii choroby itd. Nie zostawili żadnego znaku.

Pyt. Czyli kiedy trafiłeś do domu?

Odp. W kwietniu, po 4 miesiącach.

Pyt. Co przypominasz sobie jeszcze z tej Iławy. Ludzi, internowanych?

Odp. Otóż jeden z naszych kolegów, bardzo zdolny człowiek w zupełnie trudnych warunkach, tak wszystko sprytnie zorganizował, że podłączył się do radiowęzła i po godzinie 22-ej, kiedy już obowiązywała cisza, zaczął nadawać komunikaty do internowanych. Oczywiście po jakimś cza­sie oni się zorientowali. Próbowali namierzyć, gdzie kto ma te urządzenia i jak to jest możliwe, że przy takim nadzorze, ktoś się włączył do radiowęzła. Ponieważ byłem chory, to ten kolega, który miał te urządzenia do włączania się i nadawania komunikatów, wykorzystał moj chorobę i wszystkie te drobne, a bardzo precyzyjne urządzenia chował w mojej kieszeni. I on przeprowa­dzając mnie z celi do celi, udało nam się obydwu przenieść to wszystko i uniknęliśmy wpadki z tymi urządzeniami. To był Rusiecki - bardzo zdolny człowiek

Pyt. Czy był jakiś ruch personalny wśród internowanych?

Odp. No bez przerwy były. To chyba były takie więzienne metody rewizji i ciągłych zmian. To by­liśmy w celi dwuosobowej, to trzy, to pięcioosobowej. Był ciągły ruch. Każda z tych zmian poprzedzana była bardzo dokładną rewizją w celach. Przeszukiwani, czy nie posiadamy jakichś materiałów, czy nie przyłapią jakichś grypsów czy kontaktów z osobami z poza więzienia. Jakoś szybko mimo tych trudności, mimo braku doświadczenia w tym działaniu w strukturach więziennych, my jakoś szybko zorganizowaliśmy się. Zaczęła ukazywać się jakaś wewnętrzna bibuła, która przekazywała różne wiadomości z zewnątrz. Bo trzeba powiedzieć, że nie wszyst­kich od razu internowano, na wielu ludzi nie trafiono, albo byli nieobecni, albo źle ustalono ich adresy i dowożono tych ludzi, a więc były już nowe jakieś wiadomości. Poprzez tę bibułę myśmy się wzajemnie informowali. Nawet trafiały czasami wycinki z prasy, informacje z zew­nątrz, już pisaliśmy grypsy, niektórzy koledzy robili znaczki związane z „Solidarnością’, okresem internowania w Iławie. I tak powoli życie internowanych nabierało charakteru wewnętrznej działalności podziemia solidarnościowego.

Pyt. Czy odwiedzały was rodziny?

Odp. Tak, dopiero w styczniu. Rodziny w początkowej fazie nie miały pojęcia gdzie jesteśmy internowani. To było tymczasem w tajemnicy. Dopiero później, chyba przez interwencję i naciski kościoła katolickiego. Odwiedził nas ks. bp Obłąk - to było w styczniu. Nieżyjący już ks. bp Obłąk. Przyjechał w niedzielę i w momencie kiedy w towarzystwie komendanta więzienia i paru funkcjonariuszy i asysty księży - w tym miejscowego proboszcza z Iławy. Gdy zwiedzał cele zgasło światło. Były trudności z uruchomieniem agregatu, ale ks. biskup się nie zraził i przy latarce obchodzili cele. Jak zauważyłem, próbowano zliczyć nas i były pierwsze pytania, o to jak się czujemy itd. Duch panował dobry. Ks. biskup chyba odniósł wrażenie, że nie jesteśmy tragicznie załamani.

Pyt. Chyba była to pierwsza wizyta w więzieniu biskupa w Polsce?

Odp. Tak, myśmy o tym jeszcze nie wiedzieli. Jak się później dowiedzieliśmy, to ks. biskup postawił komendę więzienia przed faktem dokonanym. Otóż przyjechał do więzienia, tam się zgłosił, że jest i e chce odwiedzić internowanych. Było duże zamieszanie, podobno były telefony do Warszawy, komendant nie bardzo wiedział jak się zachować i ktoś tam z Warszawy podjął decyzję, że skoro jest no to nie ma wyjścia, trzeba zgodzić się. I w ten sposób ksiądz biskup znalazł się wśród nas. To podtrzymało nas wyraźnie na duchu. I później były już pierwsze przełomy. Była decyzja o zezwoleniu na Msze św. niedzielne i to były pierwsze nasze wspólne bliższe kontakty, gdzie mogliśmy się zobaczyć i wymienić parę zdawkowych słów, ale przede wszystkim była to możliwość skorzystania ze Mszy św. - dla nas ważna o róznych wymiarach i w psychicznym i duchowym.
Jedna rzecz nas jak gdyby troszeczkę nie zadowalała - trzeba to wyraźnie powiedzieć. Domagaliśmy się jakiegoś zorganizowanego działania i decyzyjności tych, którzy byli przez nas wybrani na przewodniczących Regionu, działaczy, którzy z racji wyboru mieliby w pewnych sprawach zdecydować nawet o życiu podziemnym w więzieniu. Tego jakby brakowało, żeby się zorganizować, żeby działaćhierarchicznie. Ten początek był taki trudny. Okazało się, że niektórzy nie zdali egzaminu.

Pyt. Czy mógłbyś wymienić nazwiska przynajmniej niektórych internowanych. A więc Wojtek Ciesielski był …

Odp. Andrzej Pawłowski, Wiesiek Brycki, później przywieziono po Bożym Narodzeniu Michała Powroźnego, Andrzej Bober był od początku, jak już mówiłem.
O właśnie, wiem, że dwie lub trzy osoby otrzymały decyzje o wykluczeniu z PZPR-u. Były to decyzje partyjne, gdyż o ile mi wiadomo, to organizacje partyjne miały prawo działać w stanie wojennym. I chyba egzekutywy, czy władze partyjne podjęły decyzje o wykluczeniu paru ludzi internowanych. Pamiętam jak dziś, że Józek Lubieniecki był wyjątkowo oburzony i oczywiście mówił, że będzie się odwoływał, bo jakże tak można, żeby szujostwo zostało, a porządni ludzie byli wykluczeni.

Pyt. To znaczy, że on został wykluczony?

Odp. Tak, on został wtedy wykluczony, jako jeden z kilku. Dostał taką informację i się odwołał. Jeśłi chodzi o Kozła (Kozioła) to on był przywieziony gdzieś chyba w styczniu, później raczej. Ja przynajmniej go wcześniej nie znałem. Bo jak mówiłem, dowożono. Np. Pawłowskiego do­wieziono w następnych grupach tych ludzi. O, jeszcze pamiętam takiego kolegę Jankowskiego, myśmy si wcześniej nie znali. Działał w strukturach rolników indywidualnych. To był przyz­woity kolega, sympatyczny człowiek. No i oczywiście, co ciekawe, było paru kolegów z Krakowa, którzy trafili zupełnie przypadkowo. Wyjechali wczeniej z posiedzenia Komisji Krajowej i stan wojenny zastał ich na terenie olsztyńskiego. Zostali internowani. Właśnie m.in. był tam Stefan Jurczak, z którym siedziałem w jednej celi. Był Tadek Syryjczyk. W Iławie też siedział m.in. Antek Macierewicz, z którym przez jakiś czas siedziałem w celi. Był też w pierwszych dniach, pierwszej nocy internowany Bronisław Geremek. Ale przebywał w Iławie bardzo krótko i natychmiast został przewieziony do Warszawy.
(…)
Włączyłem się w tę działalność podziemia tutaj, olsztyńskiego, kruchego zresztą, ale jakoś tam próbującego szukać możliwości działania. Odnalazłem od razu kolegów, którzy próbowali coś robić, działać. Dosłownie rok później zostałem aresztowany za działalność i organizowanie struktur podziemnych w kolejnictwie. I wtedy miałem dużo szczęścia, gdyż zostałem wywieziony do Gdańska, gdzie czekałem na proces. I ten proces w zasadzie odbył się w ten sposób, że zawieszono nasze wyroki, zawieszono całą sprawę, ze względu na to, że po wizycie Ojca Świętego, objęła nas amnestia.
(…)
W więzieniu w Iławie. Gdzieś to było chyba w m-cu lutym, otrzymaliśmy z zewnątrz materiał na transparent. Prymitywnie, ale na tym mateiale zrobiliśmy napisy „Solidarność”, Iława, internowani. I tak żeśmy się zorganizowali z celą obok, że cały transparent przez okno w pewnym momencie podaliśmy na drugą celę. Trzymaliśmy za jeden koniec, koledzy za drugi i cały transparent został rozwinięty na zewnątrz i został z zewnątrz sfotografowany. Było to dla służby więziennej niemiłe zjawisko. Momentalnie rzucili się, mieliśmy trochę kłopotów, ale cała akcja udała się.
(…)
Przeprowadzano rozmowy indywidualne z każdym z internowanych. Część z tych rozmów miała niejako usprawiedliwić wprowadzenie tego stanu. Chciano za wszelką cenę przekonać internowanych, że ta decyzja na pewno była bardzo słuszna i konieczna, że uratowano nas od gorszych następstw. Oczywiście nie dopuszczaliśmy takiej myśli, żeby internowanie mogło być zbawcze. Pamiętam taką rozmowę z kapitanem SB, nie znam jego nazwiska, ale on za wszelką cenę próbował wyjaśnić, że była taka sytuacja, ciągle istniało zagrożenie, że dzieci wieczorem nawet nie mogą wyjść na ulicę. Było to dla mnie jakieś dziwne usprawiedliwienie. W każdym razie powiedziałem, że moje dzieci nie mają zwyczaju włóczyć się wieczorami. Mówił, że mu ludzie wymachiwali pięściami - do tego też się zdystansowałem, że ja wrogów nie mam i nikt mi nie wygrażał. W każdym razie, za wszelką cenę chciano wzbudzić w nas przekonanie, że aktem dobroczynności jest stan wojenny.
Była też wizyta przedstawicieli Czerwonego Krzyża, byli to dwaj panowie - jeden Austriak i Szwed - jak dobrze pamiętam, w towarzystwie oficera Wojska Polskiego. Zrobiono takie spotkanie internowanych z nimi, były pytania jak się czujemy, czy mamy koce, jakie tu warunki panują, kto cierpiał z tego powodu, takie rzeczy. I muszę powiedzieć, że wtedy dopiero tak uprzytomniłem sobie i tak myślami sięgnąłem do przeszłości, że wypisz wymaluj Czerwony Krzyż jakby spłyca swoją działalność, że to nie jest ten wymiar, że w Oświęcimiu też pytano, czy koce, jak śpią itd. Oczywiście, że pewne dane były przekazywane, ale czegoś innego zupełnie się spodziewałem po tej organizacji. Nabrałem do niej niechęci, i do tej pory to pokutuhe. Być może jest to rganizacja humanitarna, ale ludzie w takich sytuacjach czegoś więej oczekują, od takiej organizacji. Zresztą dzisiaj przykład Jugosławi też jaest charakterystyczny. Tam trzeba chleba, leków, wielu najprostszych rzeczy, ale przede wszystkim trzeba zdecydowania.

Pyt. Ale na pewno ta organizacja jest zbyt słaba, żeby to załatwić.

Odp. Tak, rola tej organizacji jest inna, tak. Ale ja się wtedy spodziewałem czegoś innego - zdecydowanego działania tej organizacji. Takich akcji bardziej powszechnych, nie tylko czysto humanitarnych. I tu byłem zawiedziony.
Były też przejawy indywidualnych prowokacji, ale dbano o to, żeby było rzeczywiście indywidualne i w pewnej skrytości. Nikt tego nie widział.

Pyt. Prowokacje z czyjej strony?

Odp. Ze strony służby więziennej.

Pyt. Jak było ze sprawą lojalek?

Odp. Rzeczywiście ja miałem taki moment kiedy dano mi zupełnie niewinny dokument, że nie będę działał na szkodę PRL-u. Mocno się nad tym biedziłem. Siedziałem nad tym dokumentem i patrzyłem na niego. Myślę sobie: o co tu im chodzi? Gdyż włąściwie dokument jest pusty. I oświadczyłem, że może nie tak, że ja nie działałem i nie będę działał na szkodę Polski. Była zaraz natychmiastowa riposta: Dlaczego ludowej? Przeszkadza? Ja mówię, wie pan, Polska może być różna. Możecie powiedzieć, że będzie Jaruzelska i wtedy mi zarzucicie, że ja przeciwko Jaruzelskiemu to będę działał, więc darujmy sobie: jaki? Ja po prostu nie działałem i nie będę działał na szkodę Polski. Ale to im nie bardzo odpowiadało, koniecznie chcieli, żeby to było ludowej.
Ale były podejrzenia, że niektórzy to podpisują. Były też różne opinie na temat w ogóle rozmawiania ze służbą bezpieczeństwa. Jedni twierdzili, że nie bo to prowokujące, żeby nie dawać się wciągać. Ja byłem zwolennikiem rozmowy, gdyż wydawało mi się, że nie, że moich przekonań nikt nie jest w stanie zmienić.
W pewnym momencie z zupełnie nie wyjaśnionych przyczyn, zmieniono mojego opiekuna. ten pierwszy po dwóch czy trzech rozmowach już więcej mnie nie wzywał, natomiast po zmianie, ten nowy, taki ugrzeczniony, zaczął ze mną rozmawiać i zgłosił się do mnie z nową wersją dokumentu o internwaniu. Już tam zmieniono motywację prawną i napisano, że „wroga nastawiony do władz administracyjnych i państwowych PRL”. Oczywiście je tego też nie przyjąłem. Absolutnie uważałem, że to jest bezprawie i nie zamierzałem się z tym zapoznawa. No i ten drugi mój opiekun, starał się być bardziej sympatyczny, miły i mówi: - Wie pan, po co tu siedzicie w tym więzieniu, nie ma sensu to wszystko. A gdyby pan na zewnątrz od czasu do czasu, ja wiem, że tam chaos w tym przedsiębiorstwie, gdyby pan coś do nas napisał. Nie musi pan przychodzić, złożył pan jakiś dokument. Ja oczywiście odpowiedziałem: - Nie! Macie panowie tam dość dużo swoich informatorów. Ja do tego się nie nadaję, a dobrze by było, żeby informatorzy zamiast donosić o nas donosili wam o sytuacji i stanie gospodarczym zakładu. To by było dużo lepiej. Oczywiście odmówiłem jakiejkolwiek współpracy.

Pyt. Jak rodzina. Czy w ogóle widywałeś się z rodziną?

Odp. Moja rodzina bardzo to przeżyła. Mój tata był przekonany, że ja wyjadę, że ja tu nie zostanę. Był oburzony, że ja zostałem internowany i że tak mnie potraktowano. Żona czyniła liczne starania o widzenie, ale odmówiono mi tych widzeń, twierdząc, że ja się zachowuję źle, jestem buńczuczny i w związku z tym nie będzie żadnego widzenia. Jeżeli pani umożliwimy widzenie, to pod warunkiem, że pani wpłynie na postawę męża, żeby nie był taki hardy. Od początku nie podporządkowuje się rygorowi więziennemu.
Ja od początku uważałem, że nie mam potrzeby ani obowiązku żadnego. Jestem tutaj z przymusu i konieczności. Uważałem, że ja osobiście nie złamałem prawa, wręcz odwrotnie, jestem wię­ziony przez tych co prawo łamią.
(…)
W pewnym momencie jeden z ubowców zadaje mi takie pytanie: - Co pan tam na posiedzeniu Zarządu Regionu mówił o karabinach? Albo, a dlaczego pan wypowiadał się tak ostro w sprawie kontaktów Zarządu Regionu z Komitetem Wojewdzkim? Z tego wywnioskowałem, że mieli dobre informacje, i że te informacje były im wcześniej przekazane. Bo przecież to był dość długi okres czasu, skąd by mogli o tym się dowiedzieć. Musieli mieć posiedzenie Zarządu Regionu nagrywane i z tego czerpali informacje.

 

END

 

 

 

 

Rozmowa z Bogdanem Bachmurą

W dniu 19 października 1995 roku

 

Pyt. Przed stanem wojennym nie był pan znanym działaczem „Solidarności”?

Odp. Nie. Właściwie o „Solidarność” otarłem się w PTHW. Przez trzy miesiące przed stanem wo­jen­nym tam pracowałem i właściwie miałem od nowego roku przejść na etat w tym przedsiębiorstwie. Tam ostro pomagałem pani przewodniczącej, do tego stopnia, że musiałem 13 grudnia przez bramę, porównując z Wałęsą, tylko, że ja w drugą stronę skakałem. Musiałem uciekać, bo pewnie by się internowaniem skończyło.

Pyt. Pomagał pan przewodniczącej „Solidarności” w PTHW.

Odp. Tak, pani Redżepi. Tam przysługiwały dwa etaty. Firma nie wykorzystywała drugiego i ja od nowego roku, od 2 stycznia, miałem być tam przewodniczącym drugim w tej firmie. PTHW to Przedsiębiorstwo Transportu Handlu Wewnętrznego, przy ul. Składowej – taki łącznik między Lubelską, a Towarową.

Pyt. 13 grudnia – gdzie pana zastał?

Odp. O wszystkim dowiedziałem się, jak większość o godz. 10 00 kiedy „sześćdziesiątki” nie było (audycja radiowa „60 minut na godzinę””) w radiu. Właściwie zaczęliśmy tego samego dnia już działać, bo już wieczorem byłem na spotkaniu ze studentami z WSP i z p. Skurpską. Ona była na pierwszych dwóch spotkaniach, lecz później już nie przychodziła. I ze studentami z NZS-u właściwie już chyba trzeciego dnia wydaliśmy na powielaczu pierwszy tekst.

Pyt. Ale 13 grudnia, gdzie było to spotkanie?

Odp. W akademiku przy ul. Niepodległości. Była tam pani Maryna Skurpska, kilka osób z NZS-u z przewodniczącym ostatnim, mój kolega z klasy ………… I tam siedzieliśmy i kombinowali, co by tu robić.

Pyt. I co dalej? Wiem, że pan aktywnie włączył się w okresie stanu wojennego w działalność opozycyjną. Został pan nawet przewodniczącym Tymczasowego Zarządu Regionu.

Odp. Pierwsze miesiące, to głównie działalność w otoczeniu tych studentów z NZS-u. Zabrakło nam naturalnego zaplecza, którym mogły być zakłady pracy. I ewolucja była taka, że ci studenci przechodzili do zaplecza dalszego, pomocniczego. Utworzono natomiast Zarząd Regionu i do tego Zarządu weszli oprócz mnie: Sławek Olek (ja właściwie wtedy go poznałem – on się sam zgłosił).

Pyt. Kiedy pan go poznał?

Odp. Dopiero w stanie wojennym. Myślę, że to był gdzieś marzec 1982 roku. On się do nas sam zgłosił – do tej grupy ludzi, którzy zaczęli robić. Pamiętam jak nawiązał kontakt. Jedna z tych studentek, moja przyjaciółka od dzieciństwa, dała bibułę swojej sąsiadce z dołu, a on ją z kolei uczył, bo on był nauczycielem. I tam gdzieś się dogadali, że jest taki facet u góry, który coś tam robi. I tak przyszedł do nas. Jak zwykle takie przypadki decydują.

Pyt. Jaki to był krąg osób?

Odp. W Zarządzie oprócz Sławka Olka, był Zbyszek ze Spomaszu (on tam pracował na produkcji przy urządzeniach chłodniczych). On tam pomagał Bartuszkowi.

Pyt. Michała Powroźnego, kiedy pan poznał?

Odp. Bardzo późno. Nie jest chyba tajemnicą, Michał nie działał w stanie wojennym. To jest druga połowa lat osiemdziesiątych jak go poznałem.

Pyt. Michał Kłosiński?

Odp. To nasz serdeczny przyjaciel. Obecnie jest w Niemczech. To jedna z bardzo aktywnych postaci. Tak szczerze mówiąc, poza Sławkiem Olkiem i nim to takich niewielu było! Oni chyba najwięcej w to roboty włożyli. On nigdy nie uważał się za pracownika Zarządu Regionu przed stanem wojennym, pomagał Kazikowi Wośkowi przy druku Rezonansu. Ten Zarząd w stanie wojennym wykreował się tak: były takie dwie grupy. Moja tzn. studenci plus Sławek Olek (studenci, to poza przewodniczącym był jeszcze Kajat Henryk – niedawno zginął tragicznie w Kanadzie, Anna Wdzięczna – nazwisko panieńskie, następnie Edward ……………… i jeszcze Andrzej Dolińczyk. To wszystko członkowie NZS-u, którzy blisko z młodym Kuroniem współpracowali). I ta grupa plus Sławek Olek i jeszcze kilka osób z zakładów m.in. moja przewodnicząca pani Redżepi, z łączności był taki pan Olszewski – o ile dobrze pamiętam. Bardzo mocno i długo działali, to pan Baranowski z rodziną (mama i dwójka dzieci) – on zresztą siedział w więzieniu z ks. Zychem. On był z chłodni, a jego siostra na PKP do dzisiaj chyba pracuje. Bardzo mocno nam ci ludzie pomagali, bardzo oddani ludzie. Oni do zarządu nie wchodzili – Zbyszek nie wchodził, ale oni bardzo nam pomagali. Tworzyły się dwie grupy. Zaczęliśmy bardzo wcześnie pisma wydawać. Pierwsze to była „Solidarność Regionu Warmii i Mazur”. To było jeszcze w 1982 roku. Tak jest, jeszcze wcześniej niż „Rezonans” (?). Ja to wy­dawałem z tymi studentami, bo udało mi się wynieść z OZGraf-u czcionki w pierwszych dniach stanu wojennego. Skład żeśmy robili i wałkiem żeśmy jechali. Tak, że jakościowo było to lepsze niż to prymitywne sito, które robiono. Później to pismo ewoluowało. Zmieniło się w „Solidarność”. Taki nadruk był stylizowany. Ja tego pilnowałem dopóki była czcionka.

Pyt. Jak często to się ukazywało?

Odp. Przynajmniej raz na dwa tygodnie. I to nawet później w dużym nakładzie bo ok. 3 tyś sztuk i to się dobrze rozchodziło w 1982 i 1983 roku. Przełomowy taki moment to wtedy kiedy spotykamy się z „Rezonansem”, właśnie z grupą: Kazik Wosiek, państwo Ruszkowscy i Wojtek Niepokulczycki. To jedyny członek Zarządu Regionu, który się ukrywał (Wojtek Niepokulczycki nigdy nie był członkiem Zarządu Regionu. Był natomiast stałym pracownikiem ZR w Komisji Interwencji – przyp. A. Pawłowski – członek Komisji Interwencji ZR). I właśnie ten bardziej stały skład Tymczasowego Zarządu powstaje w tym momencie. Do niego jeszcze doszedł Zbyszek ……………… ten ze Spomaszu, był Sławek Olek, Wojciech Ruszkowski, bo Ewa nie wchodziła do Zarządu, Kazik Wosiek i później dołączył jeszcze Andrzej Gierczak.

Pyt. W którym roku dołączył Andrzej Gierczak?

Odp. To na pewno nie wcześniej jak 1983 rok. To łatwo mi przypomnieć, bo zanim ja poszedłem do więzienia, to Andrzej się zjawił. On zresztą wkrótce poszedł siedzieć. Zaraz po mnie. Andrzeja Gierczaka posądzono o to, że był jednym z kreatorów „krajówki” PKP, która miała swoją siedzibę w Gdańsku. Nawet było takie podejrzenie, że ja go zakapowałem, bo ja poszedłem siedzieć i on zaraz po mnie. Później się to wyjaśniło, że go za Komisję Krajową PKP wsadzono, bo on często jeździł do Gdańska na posiedzenia tej „krajówki” PKP.

Pyt. Wojtka Niepokulczyckiego poznał pan dopiero gdy zetknął się pan z grupą „Rezonansu”?

Odp. Wcześniej go nie znałem. Ja z Zarządu Regionu poza Grażyną Langowską, która mnie wcześniej uczyła w szkole samochodowej, praktycznie tam ludzi nie znałem.

Pyt. Wojtkowi Niepokulczyckiemu SB-ecja coś zarzucała.

Odp. Wojtek był tutaj dłuższy czas ukrywany przez Ruszkowskich i pomagał nam tutaj bardzo. Zaczęło się później robić wokół niego bardzo ciasno. Dwa razy znaleziono zdjęcia ewidentnie pochodzące z kieszeni milicjantów, gdzie były jego zdjęcia noszone. My go wywieźliśmy do Katowic. Tam się ukrywał, tam jeździłem do niego dwa, trzy razy w sprawach bieżących. I on był już właściwie wtedy odsunięty. Ukrywał się po prostu. I kiedy ogłoszono, że można się ujawniać, Wojtek się ujawnił za naszą namową. On już wtedy nie był w stanie pomagać nam efektywnie – trudno było człowieka trzymać w zamknięciu ciągle. Miał zresztą osobiste sprawy. On jest z Suwałk i tam było coś oso­bistego. On ujawnił się i po bardzo krótkim czasie jego wsadzono. On miał w młodzieńczych latach jakieś problemy kryminalne, w tym sensie, że był związany z jakąś grupą osób.

Pyt. Zarzucano mu paserstwo …

Odp. Była tam kiedyś sprawa i on został uniewinniony – to było jeszcze przed „Solidarnością”. Natomiast wyciągnięto z lamusa, konkretnie w więzieniu siedział jakiś jego znajomy, który za obietnicę wcześniejszego wyjścia, zeznał powtórnie i w ten sposób jakby sprawę odgrzano. I ten człowiek obciążył Wojtka i go zamknięto. Siedział niestety cały czas „na dołku”. Kto siedział „na dołku” to wie, że tam jest trudniej siedzieć niż tutaj w areszcie. Trochę tam go zmiękczono. Ja tu mówię o swoim teraz zdaniu. Jego najbliżsi współpracownicy zaczęli bardzo mocno obciążać (nie będę mówił nazwisk) – takie odium nad nim zawisło. Kiedyś go spotkałem przypadkiem, pamiętam wychodziliśmy z kina i zacząłem z nim rozmawiać. To mówił. Ja tam byłem, a ludzie, którzy nie byli za murem inaczej to widzą. Ja widziałem jak się obraża ludzi. I ja tam byłem, bo mnie zakapowano. Ja widziałem osobę, która mnie zakapowała. Widziałem co z niej tam zrobiono. To jest inna perspektywa. Nabiera się pokory. Mnie się udało to jeszcze przeżyć dobrze. Nie chwaląc się, ja mam psychikę przygotowaną na takie stany wojenne. Natomiast kobieta, która mnie zakapowała, została zupełnie zniszczona psychicznie. W wieku 35 lat została rencistką, w psychiatryku wylądowała na pewien czas. Ja pokory nabrałem. Natomiast w pewnym sensie rozumiałem Wojtka. On się o tyle dobrze tam zachował, że powiedział naprawdę niewiele. Ja później z nim długo rozmawiałem. Powiedział niewiele, ale przez to, że w ogóle coś powiedział, to wytworzył się pewien mit człowieka ukrywającego się. Człowieka na którego było zapotrzebowanie, aby był tym żelaznym facetem, jedyny ukrywający się w Olsztynie (nie jest to ścisłe, bowiem co najmniej kilka osób ukrywało się – przyp. A. Pawłowski). I raptem ten mit trochę spadł i ludzie tak odreagowali, że odsądzono go od czci i wiary. On się później z polityki w ogóle wycofał.

Pyt. Czyli on załamał się pod wpływem tych warunków, w których przebywał?

Odp. Są dwie szkoły na ten temat. Niektórzy mówią, że trzeba być żelaznym … Ten człowiek na pewno nie robił tego ze złej woli, a ja mogę o tym mówić, bo wiem ile Wojtek wiedział, ile mógł powiedzieć, ile powiedział. To jest bardzo znamienne. Jeżeli człowiek robił to ze złej woli, to mówi wszystko. Jeżeli on by mówił wszystko, to nie mówiąc już o nim, ale bardzo wiele osób wylądowałoby tam gdzie on.

Pyt. Czy po 13 grudnia pełnił on rolę przewodniczącego Zarządu regionu?

Odp. Nie. Sam siebie też nie uznawał. To jest człowiek bardzo skromny. To jest prosty w gruncie rzeczy chłopak. On oczywiście czuł się nobilitowany tym, że się ukrywa itd. Ale nigdy nie odczuwałem, żeby chciał dominować. Mnie się z nim bardzo dobrze współpracowało. Zresztą w tej grupce ludzi nie było spięć, tarć. Zresztą nie było się o co bić. Tam nie było koryta po prostu.

Pyt. Ważniejsze sprawy, którymi się zajmowaliście?. Warunki druku tego pierwszego pisma.

Odp. Robiło się to w miejscach dziwnych. Robiłem to m.in. w swoim mieszkaniu na początku, gdyż do pewnego momentu byłem człowiekiem zupełnie anonimowym. Dzięki temu, że ja nie byłem w Zarządzie, nie byłem w kręgu zainteresowania. Drukowałem to w zakładzie m.in. swego pryncypała (dzisiejszym moim …… ). Natomiast kiedy zeszliśmy się z „Rezonanesem” … Np. drukowaliśmy długo niedaleko stąd, gdyż w mieszkaniu Romka Szyca (Schitza ?), brata pani Trojanowskiej, który tutaj mieszkał zanim wyjechał do Niemiec. To jest budynek z tyłu Hortexu – wieżowiec. To była jeszcze ta pierwsza faza, kiedy drukowaliśmy nasze pismo. Rychło nastąpiło postanowienie, aby przerwać druk naszego pisma i „Rezonans” przez jakiś czas szedł na naszym sprzęcie i później – to jest chyba rok 1982 koniec lub początek 1983, zima – jeszcze są zapory z wojskiem, jeszcze ogniska palą itd. Jedziemy samochodem tego człowieka ze Spomaszu do Gdańska i dostaliśmy z Regionu Gdańskiego – taka niesamowita sytuacja – z hotelu robotniczego Stoczni Gdańskiej, taki fajny duński powielacz. I jechaliśmy z powrotem przez te wszystkie zapory z możliwymi rewizjami samochodu. Wieziemy ten powielacz do Olsztyna i to się nam udaje. Nie wiem jakim cudem – teraz bym tego nie zrobił. Wtedy bardzo aktywny zaczął być Igor Hrywna. Zresztą Igor był z nami po ten powielacz – nie wracał już  z nami, ale w tamtą stronę jechał. I po jakimś czasie ten powielacz zostaje ulokowany już na stałe u państwa w Gutkowie, państwa Szulja. To się zrodziło przez mojego brata to miejsce, gdyż mój brat uczył się z chłopakiem, który zaproponował. Taka rodzina wielodzietna z tradycjami – oni w 1946 roku uciekli z Rosji. Oczywiście rodzice na ten powielacz wyrazili zgodę. Bardzo mocno antykomunistyczna rodzina. I tam żeśmy byłi długo – do wpadki. Tam drukarnia wpadła w kwietniu 1983 roku.

Pyt. Dlaczego doszło do wpadki?

Odp. Jak to zwykle w życiu bywa. Mama śp. Tych chłopaków pochwaliła się swojej siostrze, że tu się drukuje, a mąż tejże siostry był uchem esbeckim. Pracował w Inspekcji Pracy i był takim nieetatowym donosicielem. To się trochę stało przez naszą głupotę, dlatego że sygnał był wcześniej, ponieważ na jakiejś tam wódce rodzinnej popił tenże człowiek i powiedział do najstarszego z tych braci, że „ja wiem, co się tu dzieje”. I ja dostałem ten sygnał, samochód wziąłem i pojechałem po ten powielacz. Kiedy przyjechałem to ojciec ich mówi: „Wie pan co, niech pan to zostawi, jakoś sobie poradzimy”. Zgubiła mnie ta jego chęć, gdyż ja właściwie też chciałem, żeby to tam zostało, bo przecież największym problemem w podziemiu jest znalezienie miejsca do druku. Kto tego nie robił, może do końca nie zdaje sobie sprawy. To jest kwestia domowników, sąsiadów, otoczenia, wszystkiego. A to było odosobnione miejsce nad jeziorem, daleko od miasta. Oni by tego nie znaleźli. Mieliśmy pojemniki zrobione, tylko jeszcze uszczelniacze zostały i to miało być zatapiane po każdym druku w wodzie. Nam zabrakło dosłownie dwóch dni, żeby to urządzenie schować tak zupełnie, że nawet wpadli, to by go nie było. Tak, że trochę pechowo to się stało. Ja w tym czasie byłem zresztą w wojsku. Do rezerwy mnie wzięto karnie – tam z kontrwywiadem miałem kłopoty i ja nie zostałem za druk aresztowany. Ta kobieta, która mnie zakapowała, to była kolporterka z fabryki Mebli (dzisiejszego MM-u) i właściwie mnie próbowano łączyć w tej sprawie z chłopakami. Potem siedzieliśmy, w tym samym czasie, ale to nigdy nie zostało udowodnione, że mieliśmy ze sobą coś wspólnego.

Pyt. Czyli w tej sprawie druku byli aresztowani?

Odp. Czterech braci Szulja, z tym, że dwaj byli niepełnoletni i zostali szybko puszczeni. Jeden został od razu puszczony, drugi siedział z miesiąc i dwaj do amnestii siedzieli już razem ze mną. Nie w celi razem ze mną, ale w tym samym czasie.

Pyt. A dlaczego pan siedział?

Odp. Bo byłem obciążony zeznaniami tej kolporterki z Fabryki Mebli. SB wiedziało, że ja coś robię, bo byłem po wielu odsiadkach 48-godzinnych. Ja nie byłem wówczas dopiero odkryty przez nich. Ja już miałem … wiele odsiadek. Od pewnego momentu już wiedziano, że ja to robię, zaczęli mnie macać. Dlatego zeznania tej pani były dobrym pretekstem, żeby mnie przytrzymać na dłużej. Próbowano mnie z tymi chłopakami Szulja wiązać. Oni to świetnie wytrzymali mimo, iż znaleziono u nich wszystko zaraz po wydruku bezpośrednio. Zmęczeni po nocy, ten cały materiał został wrzucony do tapczana, maszyna była jeszcze nie umyta i w tym momencie weszli, a więc najgorszy z momentów.

Pyt. Widocznie mieli namiar i wybrali sobie odpowiedni moment.

Odp. Pewnie tak. Oni nawet między ulami chowali (powielacz?) i oni poszli pomiędzy te ule w ciemno, a więc mieli od ich wujka dobre namiary. Ci chłopcy nawet zaprzeczać nie mogli. Ale oni w areszcie trzymali się dobrze i nie zeznawali przeciwko mnie. My się nie znaliśmy. Oni podtrzymywali taką wersję.

Pyt. Czy w tej sprawie ktoś oprócz nich siedział?

Odp. W sprawie druku nie. Ja właściwie nie drukowałem już na tej maszynie, ja tym tylko kierowałem. Natomiast do druku dochodził poza domownikami albo Henio Kajat, dopóki był w Polsce (który zginął w Kanadzie) albo częściej Bogdan Kłosiński. On ma imię Michał, a w domu mówi się na niego Bogdan.

Pyt. A w jaki sposób organizowaliście artykuły i informacje do tego pisma?

Odp. Mieliśmy stałe kontakty z RKW warszawskim – ja jeździłem często, spotykałem się z Heniem Wujcem. On w garści trzymał te wszystkie rzeczy. I mieliśmy dobre kontakty z Gdańskiem – wszyst­kie na bieżąco pisma. Ja się dwa razy spotykałem z Lisem (w stanie wojennym z przebranym tym Lisem). Tak, że jako przewodniczący miałem bieżące informacje i wiedziałem co się dzieje. Później nawet z Bujakiem, ale to pod sam koniec jego ukrywania się.

Pyt. Pan przed stanem wojennym nie był szerzej znany. Czy nie miał pan kłopotów w tych kontaktach zewnętrznych – w Gdańsku czy w Warszawie?

Odp. Trzeba wrócić do pewnych postanowień krajówki podziemnej „Solidarności”. Coś takiego opublikowano, że władze podziemne każdego z regionów przejmą upoważnienia dotyczących władz regionalnych (tych z przed stanu wojennego). Jeżeli te władze podziemne zostały uznane, to ja miałem lepsze wejście niż np. pan Krupiński, pan Bober, czy ktoś taki.

Pyt. Ale wy nie byliście „klepnięci” przez Zarząd Regionu.

Odp. Nikt nas nie klepał rzeczywiście. Jak to się odbywało? O tym decydowała nasza aktywność i kontakty z przewodniczącymi komisji zakładowych, które mi mocno pomagały. Przewodniczącymi lub ich współpracownikami. Np. bardzo nam pomagał i był również w Zarządzie do pewnego momentu pan Sasin z OZOS-u. On tu niedaleko mieszka zresztą. On dużo robił, rozprowadzał w OZOS-ie, zbierał składki. Już wiele osób wymieniłem jako członków Tymczasowego zarządu regionu, ale ta liczba praktycznie nigdy nie przekraczała 5 osób. Była bowiem jakaś rotacja. Zaufanie budowało się więc poprzez osoby, które miały kontakty gdzieś pozaregionalne, gdyż były te osoby w „Solidarności”. Ja tych kontaktów osobiście nie musiałem szukać – tylko znajdowałem je przez osoby, które znały „Słuchaj, ja tam powiem …… No to dobra …”.

Pyt. I druga sprawa – kontakty z członkami Zarządu regionu?

Odp. Ja wcześniej nie miałem takich kontaktów poza własnym przedsiębiorstwem, ale postępowałem podobnie. Generalnie jednak było takie zjawisko, trzeba było zejść w dół. Szukaliśmy takich ludzi, którzy mieli autorytet w zakładzie pracy, ale niekoniecznie dawnych członków komisji zakładowych, bo oni byli mocno pilnowani. Weźmy Spomasz. Szedłem do człowieka, bo tam robiłem jakąś działalność prywatną, a więc szedłem do człowieka, którego znałem wcześniej: „Znasz w Spomaszu człowieka, który chciałby popracować?” – „No mam takiego, akurat mój sąsiad”. Weźmy Fabrykę Mebli: moja teściowa pracowała tam. No więc pytam; „Mamo, ktoś tam jest?”, „No jest – Magda, taka dziewczyna, daj jej bibułę”. I tak to się zaczynało. To było ciężkie budowanie. Ja w tym okresie praktycznie zawodowo nie pracowałem. Pracowałem na czarno u mojego pryncypała (Marian Glinka?). To się nazywało pamiątkarstwo, coś takiego. Taki starszy pan, który był oddany sprawie. Może nie tak aktywnie pomagał, ale dobry patriota. Nauczył mnie zatroskania o kraj i temu człowiekowi wiele zawdzięczam.

Pyt. Chciałem się pana zapytać o motywacje: dlaczego akurat w stanie wojennym pan się zaangażował?

Odp. Ano właśnie. Wie pan, jak ja otworzyłem radio i nie było tej „sześćdziesiątki”, o której zaczynałem mówić, nie było. I ten komunikat o stanie wojennym poszedł, to ja sobie powiedziałem coś takiego: „Teraz żeście kurwa chłopaki przesadzili!” Wie pan, ja się temu przyglądałem w zakładzie pracy, jeden działał wyżej, drugi niżej. Wszyscy żeśmy tę robotę robili. Poczułem – wie pan, to się tak mówi – zew krwi. Może dzięki temu ja nigdy nie miałem pretensji o to, żeby z tego jakieś profity ciągnąć. Nigdy nie czułem się męczennikiem, nie oczekiwałem, że ktoś mi odszkodowanie da. Dla mnie to była wojna między mną, a tą całą resztą tych panów. Ja czułem potrzebę działania, nie miałem potrzeby uznania dla tego co robiłem. Nie czuję takiej potrzeby. Ja wiedziałem, że łamię ówczesne prawo i wiedziałem co mnie za to spotka. Wiedziałem co robię i nigdy nie miałem pretensji do ludzi, którzy nic nie robili. To jest wybór: jeden lubi w kapciach siedzieć w domu, a drugi w stanie wojennym lubi poganiać z bibułą. Traktowałem to jako moją prywatną wojnę z tym wszystkim … i koniec.

Pyt. Chodzi mi o stosunek członków Zarządu Regionu do was i wasz stosunek do nich? Czy były jakieś próby kontaktu i współpracy?

Odp. Z ich strony nie było prób, z mojej były próby. Nam bardzo było potrzeba człowieka – ludzi, którzy skłonni byliby nas podeprzeć swoimi nazwiskami. Gdzieś tam dali by sygnał poprzez podpis pod oświadczeniem. Żebyśmy wyszli poza granice anonimowości. A niestety nie znalazłem takiego człowieka. Ja nie powiem u kogo byłem, to niczemu nie służy w tej chwili, ale takie próby podejmowałem. Bezskutecznie.

Pyt. Jaka była reakcja?

Odp. Przede wszystkim wymówka jest właściwie zawsze taka sama, że jest pilnowany i mogłoby to służyć źle sprawie. W pewnym stopniu to tłumaczenie miało sens, dlatego ja nikomu nie proponowałem wejścia w działalność – broń Boże, to by nam tylko przeszkadzało. Nam było potrzeba podeprzeć się nazwiskiem, autorytetem. Wbrew pozorom nikomu to nie szkodziło. Ktokolwiek dałby nazwisko i podpisał się pod oświadczeniem swoim nazwiskiem – nie robiąc w rzeczywistości nic – oczywiście represje by go spotkały w sensie rewizji, przesłuchania i to wszystko. Ja również mogę napisać (…) kto drukuje taką bibułę może napisać, że podpisał się Lech Wałęsa pod tym. I w rzeczywistości nic nie groziło jeżeli ta osoba nic nie robiła, a ja propozycji współpracy nie składałem. Mieliśmy później taką historię. Ta sprawa dawnych działaczy pojawiła się, gdy oni zostali wypuszczeni po sprawie pana Bobera. Tam była taka historia, że Andrzej Bober chciał w to wejść w tę działaność – to był mocny człowiek. I kiedy on próbował ze swoimi byłymi kolegami coś robić, moim zdaniem mocno się sfrustrował, kiedy zobaczył jak jest naprawdę. Chyba on miał w pamięci tych swoich kolegów jeszcze z przed stanu wojennego – on tam chyba najdłużej siedział. Był mocno zaskoczony, że nic nie wyszło i wtedy znalazł kontakt z nami. Wtedy ja wyszedłem z więzienia.

Pyt. Jak długo pan siedział w więzieniu?

Odp. Trzy miesiące. Od 26 chyba kwietnia do 26 lipca 1983 roku. To była ta pierwsza amnestia – abolicja. Bo ta duża amnestia była w 1984. I Andrzej wyszedł – złożył taką propozycję współpracy. Jeździł na rozmowy z nimi – bo ja wtedy odpoczywałem po więzieniu – z państwem Langowskimi, nad jeziorem Gim. I jeździł na te spotkania Sławek Olek. I tam się nie dogadali. Według relacji jakie mi Sławek złożył, Andrzej Bober chciał przejąć ten cały interes. My nigdy nie podchodziliśmy w całym stanie wojennym do tego ambicjonalnie. Byliśmy zaskoczeni tymi próbami przejęcia. Było to wbrew założeniom „krajówki”, że ktoś z dawnych działaczy „przejmuje” – to było szkodliwe. Można było tylko mówić o wsparciu. I takie propozycje z naszej strony padły w niesympatyczny sposób się rozeszli, ale później spotkały nas miłe rzeczy od Andrzeja, on nas przeprosił. Próbował coś tu robić nadal i wyjechał … Wie pan, on się załamał po prostu. Ja nie chcę wnikać, to są jego sprawy, dlaczego tak się stało. Ale nie mam pretensji do niego, że wyjechał. Myślę, że dużo próbował i chciał … Źle się tylko stało, że podczas pierwszego kontaktu od razu żeśmy się nie dogadali, bo myślę, że Andrzeja historia mogła się inaczej potoczyć, gdybyśmy znaleźli – on i my – właściwe miejsce dla niego. Szkoda mi tego człowieka.

Pyt. Czyli uważa pan, że było możliwe żeby on został?

Odp. Możliwe. Ja nie chcę mu przypisywać winy, daleki jestem od tego, ale gdyby wtedy ustawił się inaczej, przyjął nasze propozycje. Mam wrażenie, że on później żałował, iż tak się nie stało. I byłby wykorzystany jak my chcieliśmy, czyli bardziej jako nazwisko, a nie fizyczna aktywność. To co proponowaliśmy nie było zgodne z jego temperamentem. On chciał wejść – ja to rozumiem. Siedział tyle czasu w więzieniu i nie wiedział, że czas się zmienił, że na niego by przyszedł czas. Zresztą przyszedł na takich ludzi jak on …

Pyt. I właśnie wtedy go już nie było.

Odp. Trudno, tak się stało jak się stało. Nie dogadaliśmy się, ale mam szacunek, że próbował przynajmniej to całe towarzystwo ruszyć.

Pyt. Czy z członków Zarządu, po wyjściu z więzienia, były jakieś jeszcze osoby, które próbowały?

Odp. Ja utrzymywałem kontakty np. ze Stefanem Śnieżko. On nam pomagał w sprawach prawnych, poradach itd., ale ja nie usiłowałem wciągać tych ludzi w żadną robotę z prostego względu: z tego, co się stało z drugiej strony niejako środowiska, które za model działalności przyjęło pewne spotkania grupowe bardzo widoczne dla władzy: bigosiki u pani Ziuty itd. Ja nie mówię tego z przekąsem, mnie to pomagało tylko w mojej działalności. Przez nich, może to nie było zamierzone, ale kierowało duży procent zainteresowania w tamtą stronę. Tam przynoszono bibułę, zresztą pani Ziuta była niesamowicie odważna osobą. Ona moim zdaniem znowu stanowiła zasłonę dymną dla całej reszty – była niesamowita, jak czołg. Ona przez jakiś czas w Komitecie Helsińskim działała. Ja z panią Ziutą nie utrzymywaliśmy kontaktów, nie działaliśmy razem. Mam zresztą zupełnie inną mentalność, inne podejście do tych spraw. Chociaż ja się z tymi ludźmi nie poróżniłem i strasznie unikałem tego. Od czasu mojej odsiadki, ja już byłem na widelcu i moja działalność była inna. Ja mogłem z tymi ludźmi się kontaktować głównie w Komitecie Charytatywnym – ja tam bywałem co jakiś czas. Byłem już w pewnym sensie kartą odkrytą, chociaż jeszcze przez dwa lata do 1985 roku gdzieś połowy przynajmniej intensywnie działałem, mimo że byłem po odsiadce. Później zacząłem się z tego powolutku wycofywać. Zarząd, podziemie itd. – to przestało mieć rację bytu. To nie tylko w Olsztynie, ale zaczęło siadać w całej Polsce. Później to już miało właściwie pozory gry własnej dla dobrego samopoczucia działaczy. Robiliśmy jeszcze później robotę, ale trochę innego rodzaju. Z Jurkiem Szmitem zaczęliśmy robić takie środowisko …

Pyt. W Rezonansie, w nr 47 z 1984 roku jest wywiad z Przewodniczącym Tymczasowego Zarządu Regionu – Januszem Brońskim.

Odp. 1984 rok – może to dziwnie zabrzmi, ale bodajże jest to wywiad ze mną. Prawie na pewno.

Pyt. I rozmawiał z panem Andrzej Lubicz.

Odp. Proszę się nie sugerować tym, że te nazwiska mi nic nie mówią. Albo rozmawiał ze mną Kazik Wosiek, albo Kłosiński Michał. Ja jestem skłonny stwierdzić, że to rozmawiał Michał. On miał też zacięcie dziennikarskie.

Pyt. Czy z samego Olsztyna próbowaliście jakieś materiały zdobywać?

Odp. Tak, przez komisje lub osoby prywatne z zakładów. Zakłady pracy były naszymi jedynymi źródłami informacji.

Pyt. Kazik Wosiek mówił, że na pewnym etapie wynajęliście pomieszczenie aby tam drukować?

Odp. Tak. Jeżeli miał na myśli w pobliżu pl. Bema, to nie było wynajęte. To było mieszkanie Michała Kłosińskiego – ale to już dokładnie przy ul. Karłowicza. I tam ja z nim nocami drukowałem. Ale to już był okres późniejszy …

Pyt. Kazik Wosiek mówił o lokum wynajętym za pieniądze.

Odp. Musielibyśmy to chronologicznie ustawić, bo być może Kazik ma na myśli … Ja na pewno nie wiem gdzie to dokładnie było. To już był ten okres, kiedy ja się nie zajmowałem drukiem bezpośrednio. A my staraliśmy się trzymać takiej wersji. Coś sobie przypominam … To było chyba nawet przedmiotem sporu na posiedzeniu zarządu, kiedy jedna z osób (nie będę mówił nazwiska) starała się przekonać wszystkich, że musimy dociec gdzie jest ta drukarnia. Pamiętam, że byłem za tym, że to jest niekonieczne, że skoro ja się tym nie zajmuję, nie powinienem wiedzieć. Tę informację zna Kaziu, a może Michał też, gdzie to było. Ja tego nie wiem. O innych miejscach wiem nie dlatego, że byłem przewodniczącym, ale dlatego, że ja te miejsca organizowałem, lub nawet drukowałem. Uważam, że to bardzo dobrze, że nie wiedziałem.

Pyt. Poza drukiem w tym początkowym okresie, czy były z waszej strony jakieś inicjatywy.

Odp. Przede wszystkim ten słynny marsz w Olsztynie na starówce. To była od początku do końca nasza inicjatywa, choć wiem, że parę osób sobie przypisywało inicjatywę. O ile pamiętam to pierwszym miastem był Świdnik i my zrobiliśmy to po Świdniku. W moim posiadaniu są komunikaty jeszcze na czcionce drukowane. To żeśmy rozpowszechniali i to sporo w zakładach pracy. Nie było to rzucone gdzieś tam przypadkowo. My żeśmy nie szli na takie ryzyko, żeby gdzieś po autobusach itd. – to późniejsze czasy są, druga połowa lat osiemdziesiątych, a wtedy było zbyt gorąco. To było w zakładach pracy i kontaktami przez znajomych. Tytułem dygresji: jak coś ma podatny grunt, ludzie chcą coś robić, to szeptanka rozchodzi się, jak nie to się nie uda.

Pyt. Jeden z wieców był przy ul. Kaliningradzkiej (Dworcowej) koło OZGraf-u. Kiedy to było?

Odp. Ja wiem o tym, ale chyba to było już po tych marszach. Te rzeczy były jeszcze kilkakrotnie organizowane na starówce – trzykrotnie i to się skończyło blokadą starówki, bariery postawiono, nie wpuszczano na starówkę i później my to próbowaliśmy przenieść ze starówki. Być może jedną z prób był ten wiec na Kaliningradzkiej, ale pamięć mi nie dopisuje.

Pyt. Pisano o tym także w prasie olsztyńskiej, oczywiście zaniżając liczbę osób. Odnotowano jednak.

Odp. Trzeba by o to zapytać Sławka Olka.

Pyt. Jeżeli mówimy o Sławku Olku, to interesuje mnie sprawa ze znaczkami. Sławka, a pośrednio i pana oskarżano, że na tym robicie interes.

Odp. Bardzo nieprzyjemna sprawa. To była od początku do końca Sławka inicjatywa. Zresztą to, że znaczki te były tak dobrze wydrukowane, to z tego powodu, że Sławek był profesjonalistą – prezesem czy wiceprezesem filatelistów na naszym terenie. Sławek Olek – myślę, że to był już 1982 rok, ale końcówka – wymyślił taką serię miesięcy polskich. I zorganizował druk we własnym zakresie. Nigdy nie używaliśmy do tego naszych maszyn. Zresztą to był druk na dużo wyższym poziomie. Do dzisiaj nie wiem gdzie on drukował. Znalazł wejście do poligrafii państwowej, publicznej. I w pewnym momencie zaproponował żebyśmy swoim kolportażem rozprowadzali to przeznaczając część pieniędzy na potrzeby zarządu. I tak się  stało. Kilka nakładów się rozeszło. Sławek Olek też swoimi drogami rozprowadzał. Część pieniędzy on zatrzymał dla siebie. To był człowiek, który wielkie szkody poniósł w stanie wojennym. Jest to mój drużba ze ślubu. On cierpiał straszną biedę. Jego wyrzucono z pracy, pozbawiono wszystkiego, miał wielokrotne procesy, prof. Stelmachowski go tam bronił. To jest cała historia, tu on powinien mówić. On potraktował to jako środek do życia. Zaczął to drukować, dawał część pieniędzy na nasze potrzeby. W pewnym momencie było tak, że na jednym z mieszkań konspiracyjnych zaczęło robić gorąco. Człowiek, który trzymał te znaczki, które ja mu zaniosłem, spalił ze strachu, zniszczył. Powstała sytuacja niezręczna. Ja wtedy powiedziałem Sławkowi, że nie chcę tego rozpowszechniać. Nie chcę tych pieniędzy i tych znaczków. Były znaczki, nie ma ich, on tego człowieka nie znał, który te znaczki spalił – ja go tylko znałem, niezręczna sytuacja. Nie było sporu między mną, a Sławkiem. Mnie się zrobiło niezręcznie. I Sławek wtedy od tego momentu zaczął robić zupełnie na własną rękę. Te znaczki dostawały się do naszego kolportażu, ale w takim zakresie, że bez pieniędzy. Dawał jakąś tam część. Pieniądze jeżeli schodziły, to na nasze potrzeby, ale ja nie wchodziłem w kolportaż, że trzeba tego jak najwięcej rozpowszechnić. Koniec. Nie wiem ile tych nakładów poszło, ale Sławek dalej pracował, chwalił się. Było zresztą czym. Te znaczki – kiedy krajówka zrobiła prezent królowej Elżbiecie, to jego znaczek na okładce poszedł. Ładne te znaczki były. I teraz tak, przyszedł taki moment, że praktycznie robienie tych znaczków przez Sławka, staje się sprawą publiczną.

Pyt. W „tygodniku Mazowsze” był sygnał krytyczny o tych znaczkach.

Odp. Zaczynają być podejrzenia, że Sławek robi na tym pieniądze.. Zaczynają wszyscy o tym mówić – nie chcę tu wymieniać nazwisk, ale całe to towarzystwo „placków”, zaczyna mówić i mnie spotykają ostrzeżenia: stary, z kim ty tam współpracujesz. To są nieprzyjemne sprawy. Obciąża się człowieka, nie tylko znaczkami – to warto o tym powiedzieć – ale przeszłością partyjną. Ja się dowiaduję, że to jest Sb-ek itd. To nie obciąża się go tylko znaczkami. Ja nie chcę mówić nazwisk, absolutnie, bo by było głupio dzisiaj tym osobom, gdyby przypomnieć, jak tego faceta obciążali. Te osoby źle wyglądały w moich oczach, bo ja ze Sławkiem od początku działałem. Gdyby to był facet, który nawet nie ze złej woli, coś powiedział, to by tu siedziało wielu, jak po sznurku. On wszystko wiedział praktycznie. Był zawsze w tym ścisłym gronie. I z tej przyczyny było mi bardzo głupio, bo ci ludzie mu do pięt nie dorastali.

Pyt. Czy to chodziło o członków Zarządu regionu?

Odp. Bardzo znane osoby. Co się dzieje dalej? Już był rok 1986 – już jest ta atmosfera lepsza, już nie ma takiego zagrożenia. Wtedy przychodzą ponownie z rewizją do Sławka, miał taką skrytkę pod boazerią. Cały nakład zabierają i niestety wpadli ludzie ci, którzy mu drukowali. Powstało straszne zagrożenie, że będą siedzieć. Gdyby to było rok wcześniej, czy półtora, to na pewno by zapuszkowano ich. I stało się to w momencie, kiedy Sławek miał blachy przygotowane już na następny druk. Przesłuchania. Tych ludzi nigdy nie poznałem, którzy mu drukowali, ale wiem, że ich z pracy wyrzucono. To było w Olsztynie drukowane. Co ja zrobiłem? Wziąłem od Sławka blachy, pojechałem do Warszawy do RKW, poprosiłem chłopaków, żeby za opłatą wydrukowali te znaczki. Mnie chodziło o to, żeby ratować jego i tych dwóch ludzi. Chodziło o pokazanie, że skoro już drukarzy złapali i nie ma komu drukować, to my drukujemy te znaczki. Chcieliśmy pokazać, że to jest ślepy trop.

Pyt. Bo jasnych dowodów nie mieli przeciwko tym drukarzom?

Odp. Tak, nie mieli. U Sławka to znaleziono, były przesłuchania, ale dowodów nie mieli. On przecież nie mówił, że to oni robili. Ja te znaczki wydrukowałem. Nota bene ode mnie nie wzięli żadnych pieniędzy w Warszawie. Umorzyli to. Wydrukowali, przekazali mi to, ja przekazałem Sławkowi. Chodziło mi o to, żeby Sławek puścił to znów w obieg. Niestety te znaczki w całym nakładzie znów u niego wpadają. Może pewna nieostrożność była też i z mojej strony. I to jest właściwie cała sprawa ze Sławkiem. Skąd mnie zaczęto z nim wiązać? Dlatego, że ja tego faceta broniłem po prostu. Ja nigdy nie miałem z tymi znaczkami ani w sensie druku jak i w sensie sprzedaży nic wspólnego.

Pyt. To środowisko solidarnościowe wiązało osobę pana ze znaczkami?

Odp. Tak. Razem chodziliśmy, działaliśmy. Niejednokrotnie mnie przed Sławkiem ostrzegano. Ja to ig­norowałem, bo ja wiedziałem o tym o czym inni nie wiedzieli i jaka to była gotówka – bo ja to rozliczałem te pieniądze i ja wiedziałem ile Sławek wiedział w ogóle, gdyby chciał zakapować. Jeżeli ktoś go oskarża, to ja pytałem: jak myślisz, ile on zarobił? Wtedy padały komiczne sumy. Jeżeli panu ktoś powie, że pan ileś tam nachapał się i są to pieniądze, które są szokujące, to nie ma na to argumentów. Niczym się tego nie da odeprzeć. Niewygodne było tylko to, że ten facet w tym czasie nie kupił ani samochodu, ani nawet telewizora – boazerię sobie w przedpokoju położył. Kiedyś ktoś powiedział, nie powiem kto, że pewnie Sławek sobie za te pieniądze boazerię położył.

Pyt. Pan znał kwoty.

Odp. Bo na początku większość tego kolportażu przez nas przechodziło, więc ja wiedziałem jakie to kwoty. Człowiek ten musiał z czegoś żyć. Można oczywiście rozważać – i takie rozważania wtedy były – czy można ten szyld Solidarności w takim celu wykorzystywać, jasne. Ja to pozostawiam osądowi, sam chyba nie mam na ten temat zdania. Ja tylko czuję bardziej niż inni sytuację tego człowieka. Jakby nikt do niego za bardzo wówczas ręki nie chciał wyciągnąć. Z drugiej strony czyjaś pomoc dla niego, nam by ograniczała możliwość współpracy. Pojawianie się częstow kościele itd. Zresztą my wiedzieliśmy, że jest tam tzw. Wtyka w tym całym towarzystwie.

Pyt. W kościele św. Józefa?

Odp. Tam była wtyka przy tym kościele dlatego, że przesłuchania jakie się odbywały na policji, pokazały jednoznacznie: ci panowie wszystko wiedzieli. Ja wiele godzin spędziłem na tych przesłuchaniach i doskonale wiedziałem, że większość informacji stamtąd pochodziła. Nie trzeba było szczególnej wiedzy. Wystarczyło łączyć fakty. Tam ktoś był, kto mówił co się dzieje i zawsze ci panowie wiedzieli dokładnie co.

Pyt. Czy ten krąg podejrzeń obejmował pp Meissnerów?

Odp. To są bardzo porządni ludzie. Absolutnie nie o nich chodzi.

Pyt. Czy może pan jeszcze wskazać na inne przejawy waszej działalności?

Odp. Żeby trzymać się chronologii w druku, to wychodziły przez jakiś czas pismo „Nurty” (?), którego głównym autorem był Igor Hrywna. On tam rozgrywał to z Piotrusiem Odojem. Chyba jeszcze Jurek Szmit im pomagał. Mój udział był tylko taki, że pomagałem Igorowi przez naszą sieć kolportażu to rozpowszechniać.

Pyt. Kiedy to się ukazywało?

Odp. To już trochę później – 1984 roku chyba. Ale to jest temat Igora Hrywny. Czuję się tutaj bardzo niekompetentny. Ale to ważne.

Później zaś, kiedy Tymczasowy Zarząd regionu praktycznie przestał istnieć, to z Jurkiem Szmitem podjęliśmy taką inicjatywę, zaczęliśmy wydawać takie pisemko „Inicjatywy Warmińskie”. Pomagał nam w tym Adam Socha. Ale to była już późniejsza inicjatywa – zaczęło się formować środowisko liberalne. Nie było tej bieżącej bieganiny, tej walki z komuną.

Pyt. Sprawa śmierci ks. Popiełuszki. Czy wcześniej braliście udział we Mszach św. Za Ojczyznę w W-wie?

Odp. Nie. Nie braliśmy udziału w imprezach tego typu. Jeżeli miałem przygody z takich powodów, to w roku 1983, w rocznicę sierpnia, zaraz po wyjściu z więzienia, zostałem zabrany z pod kościoła NSPJ. To było dobrze zorganizowane spotkanie. Zabrano mnie z pod krzyża – zostałem zabrany wraz z żoną, wtedy jeszcze nie żoną. Bardzo brutalnie to się odbyło i zabrano też dwóch braci Szulje. Ich z pod więzienia zgarnięto.

Pyt. Dlaczego was zgarnięto?

Odp. Widocznie uznano, że organizowaliśmy to. I tak było. Tam ustawiono kamery przed tym kościołem. To był 31 sierpnia. To były duże obchody rocznicowe w Gdańsku, u nas było mało milicji, ale zachowali się bardzo brutalnie. Posiniaczono moją przyszłą żonę. Ją wypuszczono. Wzięto nas po raz pierwszy na Komendę Rejonową. Myślałem, że będziemy nawet bici. Oni zresztą byli bardzo zdenerwowani, bo pod kościołem tłum ludzi. Oni nas wzięli już z chodnika. Ja ich trochę rozumiem. Wcześniej to nie było wiadomo jak ten tłum zareaguje. Wzięli pod ręce i szybko do samochodu. A Szuljów, braci wzięłi z przystanku przy murze więziennym. Wcześniej się bali bo to dwaj mężczyźni. Suka podjechała. Ja tam na komendzie Rejonowej przesiedziałem noc. Ja wtedy mogłem sobie pozwolić na udział w uroczystościach, bo już byłem po więzieniu. Ale w zasadzie my nie mogliśmy bywać na takich rocznicach i nie próbowaliśmy nawet tego robić. Ja próbowałem kiedyś …

Pyt. Czy mieliście kontakt z ks. Żołnierkiewiczem?

Odp. Nie. Ja oczywiście poznałem księdza trochę później, ale wtedy nie. Wiadomo, ksiądz Żołnierkiewicz był cały czas na widelcu – Langowscy i inni się tam przewijali. My żeśmy tego unikali. Dlatego tak anonimowi pozostaliśmy do końca.

Pyt. Czy ze sprawą Antonowicza byliście w jakiś sposób związani?

Odp. O tyle o ile można było w bibule bieżącej powiedzieć o tym. Tylko tyle. To zostało tak nagłośnione, że my zostaliśmy zabrani z tą falą i tutaj nie potrzeba było żadnych naszych działań. Dla mnie później 1986 roku, poza próbami działania z Jurkiem, to już była plaża polityczna. Uznałem, że jest to już tylko zabawa naszym kosztem osobistym. To jest tak: do tego 1985 roku mieliśmy wszyscy nadzieję, że spełni się ten slogan „zima wasza, wiosna nasza”. Stymulacją tego działania był ciągle przesuwany przez  Bujaka i kolegów, termin strajku generalnego. I to właściwie stymulowało działanie. A może jeszcze, a może … Później wszyscy sobie uświadomiliśmy, że nic nie będzie, żadnego strajku generalnego, żadnego zrywu. Nikt nie przewidywał takiego przełomu 1989 roku. Wiedzieliśmy, że stan taki potrwa dłużej. Każdy z nas widział, że bibuła nie jest brana, ludzie nie chcą ryzykować, nie ma atmosfery. Myśmy byli chyba w złym tego słowa znaczeniu „Wallenrodami”. Zawsze starałem się być trzeźwym człowiekiem i to sobie uświadomiłem.

Pyt. W sprawy druku był zaangażowany także Zdzisław Płotek?

Odp. Żeby Wacha pominąć, to bardzo duże uchybienie. Strasznie aktywny człowiek. Mnie się wydaje, że on zawsze w naszym zarządzie był,, a jak on do nas doszedł – Boże mój! Jego ktoś rekomendował bardzo. On w biurze projektów pracował w budynku dawnej „Solidarności”. Ja tam chodziłem do niego, rozmawialiśmy, dawałem mu jakąś bibułę.

Pyt. Czy Jurek Niczyperowicz to też w tym biurze pracował?

Odp. Ja Jurka Niczyperowicza poznałem bardzo późno i nie wiem gdzie on pracował. Płotek był w na­szym zarządzie do końca. To jest strasznie oddany człowiek. Wiele roboty dobrej zrobił – bieżącą i kolportaż. On nigdy nie był związany z drukiem. On bardzo efektywnie robił kolportaż. Z drukiem z naszego środowiska związani byli poza mną: Kaziu Wosiek i Michał Kłosiński. Pomijam drukarzy w Gutkowie. Bo nawet nie brał w tym udziału np. Wojtek Ruszkowski, raczej nie. W pewnym sensie, ale też do pewnego momentu Wojtek Niepokulczycki, bo później się ukrywał. Druk się bardzo chroniło. To była ściśle odizolowana grupa ludzi.

Pyt. Czyli Płotek zajmował się kolportażem?

Odp. Ale to nie był ten kolportaż jako jeden z ogniw. On był pierwszy, on był w zarządzie. To był pierwszy szczebel. On miał swoją sieć. I z tego co pamiętam, on ją bardzo chronił. Nas w to nie starał się wtajemniczać. Brał bibułę i rozprowadzał. Zresztą to jest człowiek skryty – małomówny, co bardzo procentowało w tej działalności.

Pyt. A czy pan zna Tadka czy Włodka Adamskiego?

Odp. Nie.

Pyt. Czym zajmował się Kłosiński?

Odp. Zajmował się drukiem, pisał. To jest człowiek dużego intelektu. Był mózgiem wielu spraw. To były takie czasy, że jak ktoś był odważny … Wtedy nie było podziału, że jak ktoś był drukarzem, to musiał sterczeć tylko przy maszynie. On ma duże pojęcie o politologii i ruchach politycznych itd. Pisał teksty – był przekonań liberalno-endeckich. W takim dobrym pojęciu tego słowa. On jest w Niemczech. Byłem u niego kilkakrotnie. On tu przyjeżdżał.

Pyt. A Ruszkowscy?

Odp. Oni są w Olsztynie, po rozwodzie niedawno. Wojtek jest wziętym prawnikiem. On wtedy studiował zaocznie prawo. Jest adwokatem i to wziętym. Głównie zajmuje się sprawami gospodarczymi, a jego żona jest nauczycielką w Ekonomiku, jest też wolontariuszką. Nauczyła się sztuk negocjacji i współpracuje z Amerykanami. Wykłada sztuki negocjacji.

Pyt. Czy mieliście z kimś kontakty z poza Olsztyna w naszym regionie?

Odp. Z tych miast aktywniejszych: Morąg, Ostróda, Iława, Szczytno, Bartoszyce.

Pyt. A z Kętrzyna, Zgorzałka – znał go pan?

Odp. Tak. Jeździłem ze dwa razy, zawoziłem bibułę Zgorzałkowi. O ile pamiętam to gdzieś koło dworca zostawiałem w jakimś budyneczku. Ja nie znam zbyt dużo nazwisk. Np. nawet adresu mojego mieszkania nie znali, ani Wosiek, ani Ruszkowski, ani Michał Kłosiński, ani Płotek. Wiedział tylko Sławek Olek, bo były takie półrodzinne kontakty. Ja mieszkałem do 1983 roku u matki, gdzie się ożeniłem to od listopada 1983 roku u teściowej na ul. Hanki Sawickiej. Tam drukowaliśmy też ze dwa, trzy nakłady – moja żona też pomagała. Na strychu tam drukowaliśmy. I później już obecne mieszkanie na Jarotach. I oni nie wiedzieli gdzie ja mieszkam. Chyba Michał wiedział, bo byliśmy prawie sąsiadami.

Pyt. Od kiedy na Jarotach pan mieszka?

Odp. Chyba od 1990 roku.

Pyt. Czy między panem i Sławkiem nie było rywalizacji?

Odp. Nie. Wtedy w ogóle w tym środowisku nie było rywalizacji. Oczywiście mógł się ktoś bardziej lub mniej lubić, ale nie było rywalizacji. Ja byłem cały czas przewodniczącym. 1983 rok po moim wyjściu, przejął to Sławek albo Wojtek Ruszkowski i następnego roku ja wróciłem. Między mną, a Sławkiem było jak najdalsze od rywalizacji.

Pyt. Czy mieliście kontakty z Wieśkiem Bryckim?

Odp. ……

Pyt. Chyba mieliście podstawy, żeby czuć się niedocenieni po 1989 roku?

Odp. Mnie naprawdę mało obchodziło, czy mnie ktoś docenia. Natomiast jestem świadomy dyskomfortu psychicznego tych ludzi, bo cały czas przed stanem wojennym jakby obligował ich do robienia czegokolwiek. Ten taki symptom powstał: z jednej strony tej potrzeby, wewnętrznej próżności (tak to na pewno czuli), a z drugiej strony z tych czy innych powodów (nie wnikam) nie robienie pewnych rzeczy, wprowadzało ich w stan frustracji. Jest to zrozumiałe. Ja nikogo nie oceniam. Te rzeczy nie nadają się do oceniania. To były tak ekstremalne historie, że ja tego nie oceniam. Myślę, że to co się stało później w latach 1988 i 1989, to nie jest zjawisko olsztyńskie. Z tych czy innych powodów ludzie, którzy byli w podziemiu głębokim zostali odsunięci. Ja nie mówię o tej wierchuszce jak Bujak, ale o tych regionalnych wyrobnikach, oni zostali odsunięci. I w 1988 roku powstaje jakiś Zarząd tutaj do którego wchodzą Langowscy, Michał Powroźny itd. Odgrzewa się te stare osoby, one się spotykają i zaczynają coś kreować. Ja nie mówię to z żadnym wyrzutem. Tak się stało i to nie jest tylko zjawisko olsztyńskie. Jest pewna prawidłowość, że jak się zdarzają sytuacje ekstremalne, to one kreują pewien typ człowieka. Sytuacje, w których już chodzi o pewne gry polityczne, kreują innych ludzi. Ci ludzie się wykreowali przed stanem wojennym w innej sytuacji i wrócili do tego. I takie było założenie zresztą. Mało tego, (nie wiem czy nie pospieszę się z powiedzeniem tego), ale to środowisko, które zaczęło się kształtować wokół Jurka Szmita, może trochę mojej osoby, takich już liberałów wtedy – my żeśmy uważali, że tego co się działo przy okrągłym stole, nie powinno być. Jest na to jakby dokument, bo Jurek w którymś z numerów „Posłańca Warmińskiego” pisał o tym. W tych poszukiwaniach na pewno znajdzie pan trop pana Krupińskiego. W bibule na pewno pan znajdzie wywiad mój z Mirkiem Krupińskim – chyba w „Rezonansie”. On wyjeżdżał 1 maja chyba 1984 lub 85 roku. Ja zabiegałem o wywiad z nim przed wyjazdem. My żeśmy rozmawiali długo. Dopiero na trzecie spotkanie przyszedłem z magnetofonem. On już był na walizkach, na kufrach. Rozmawialiśmy 31 kwietnia (pamiętam, bo pochód miał być) to kufry w przedpokoju stały.

Komentarz MK:  Wyjezdzalem 7 maja 1987 roku. Na wywiad zgodzilem sie za pierwsza propozycja, zastrzegajac ze bede go nagrywal rowniez, co po przeczytanuiu tego tekstu i  porownaniu gp z moja tasma okazalo sie slusznym pomyslem.  Mowilem ze do takiego podziemia i konspiracji przy kawie i wodce sie nie nadaje, poniewaz jest to marnowanie energii i  zapewnianie informacji SBecji majacej na takich spotkaniach wielu reprezentantow.

 

Pyt. Czy cały ten materiał jest opublikowany?

Odp. Nie, tylko fragmenty. Ale mam tę taśmę.

Pyt. Chciałbym od pana to wypożyczyć.

Odp. Gdzieś to mam, muszę znaleźć. Jest to diabelnie interesująca sprawa. To jest ciekawy człowiek. Jego osobowość po wyjściu z więzienia daleko odbiegała od tego co reprezentowali jego koledzy, z którymi działał w „Solidarności”. Zupełnie inne wnioski wyciągał. Zresztą był trochę izolowany.

Pyt. Czy on nie chciał się włączyć w to środowisko, czy inni go izolowali?

Odp. To można tak powiedzieć, używając prawie jego słów: to był facet, który czuł głęboko, że on się do podziemia nie nadaje. My się nie znalismy wcześniej, ktos mnie z nim poznał po wyjściu z więzienia. I on prawie już był jedną nogą poza krajem, to mógł szerzej porozmawiać. On przyjął taką postawę, że nie nadaje się do działalności podziemnej. On mówi tak: ja się nie nadaję do takiej działalności, że nie potrafię zza węgła działać, na nosie grać władzy i mówić, że nic się nie stało. On miał wielki szacunek np. dla Bujaka, dla ludzi, którzy to potrafią, natomiast mówi: „Ja nie potrafię tego robić”. Natomiast wymagano od niego tutaj – tak mi się wydaje – zachowania takich pozorów, jakie większość środowiska zachowała, w gruncie rzeczy niewiele robiąc. Chcieli żeby przychodził do tego biura. Kiedyś nie przyjął jakichś darów i dlatego go obwiniano i więcej tam nie przyszedł. Mam do tego szacunek, mimo wszystko, bo on jako jedyny ze znanych osób po prostu powiedział wprost, że on się do tego nie nadaje. Bo ja i tak wiedziałem, że większość tych ludzi się nie nadaje, ale nie było żadnym uchybieniem powiedzieć, że tak jest.

Pyt. Każdy z tych, którzy się tak głośno zachowywali, coś tam jednak pozytywnego próbował zrobić np. kolportaż. Pewne gesty były.

Odp. Był jednak przerost formy nad treścią. Krupiński natomiast powiedział, że nie potrafi. To zapa­miętałem sobie, bo taka szczerość buduje.

 

(Rozmowę przeprowadził i notował Zenon Złakowski)

Bachnura miał przekazać:

1.      Akt oskarżenia w swojej sprawie;

2.      Kasetę z rozmową z Krupińskim;

3.      Komplet numerów „Solidarności” ze stanu wojennego.

 

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

 

 

dr Józefa Mielnik

Stan wojenny

 

Pomimo zafałszowanej historii naszych dziejów, od dawna byłam przeciwna takiemu obrazowi polskiej rzeczywistości, jaką obserwowaliśmy w PRL. Zaangażowałam się więc we wszystko, co towarzyszyło powstaniu „Solidarności”, a zryw ten mógł doprowadzić do odbudowania tego, co dobre i szlachetne w naszym kraju. Dlatego ogłoszenie stanu wojennego było szokiem, ciosem wymierzonym w to wszystko, co dla wielu z nas było najważniejsze.

Dnia 12 grudnia 1981 roku (sobota) około godz. 2400 przed blokiem, w którym mieszkam, nieznajomy mężczyzna krzyczał, że „napadnięto na Zarząd Regionu i biją ludzi”. Byłam zdenerwowana, telefon nie działał, poczułam się osaczona. Z koleżanką Jadwigą H. udałyśmy się pieszo do Kortowa. na ulicach było cicho, spokojnie, właśnie spadł świeży śnieg. Od czasu do czasu ulicami przemykała Nysa milicyjna, spotkałyśmy też paru, nieświadomych niczego przechodniów. Nic jednak nie wskazywało, że kraj spotkało coś złego.

W Kortowie, w pomieszczeniu Komisji Zakładowej „S” zastałyśmy dr Mariana Rusieckiego, który pełnił tam dyżur. Nieco wcześniej odebrał ostatni fax z wiadomością o internowaniu działaczy „Solidarności”. Telefony kortowskie jeszcze działały, więc po kontakcie z dr Antonim Trzebiatowskim umówiliśmy się na zebranie Komisji Zakładowej w godzinach popołudniowych w pokoju 152 w Bloku Zootechniki. Aby powiadomić kolegów o zebraniu, pojechałam ze studentami do miasta taksówką, której kierowca wspomniał o zwolnieniu z Iławy kilku tysięcy więźniów i wyraził przypuszczenie, że jest to możliwe, iż przygotowano tam miejsca dla naszych działaczy.

O godz. 700 wysłuchaliśmy przemówienia Wojciecha Jaruzelskiego o motywach wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Postanowiliśmy ukryć sztandar „Solidarności”. Najodpowiedniejszym miejscem był jak zwykle kościół, na który zawsze można było liczyć. Razem ze Zdzisławem Goździewskim, jego Syrenką wywieźliśmy nasz sztandar do ks. prałata Juliana Żołnierkiewicza, któremu należy się serdeczne podziękowanie za przechowanie tego sztandaru przez okres stanu wojennego.

Na popołudniowym spotkaniu w bloku Zootechniki obecni byli m.in. Tadeusz Poźniak, Julian Minicz, Marek Mazur, Antoni Trzebiatowski i ja. Postanowiliśmy przede wszystkim gromadzić dane o osobach internowanych z Olsztyna, gdyż ich rodziny mogły potrzebować pomocy. Pod wieczór z WPKM dotarła do nas opracowana tam ulotka (protest przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego). należało wykonać matrycę, a potem powielić do rozprowadzenia ulotek w mieście. matrycę przygotowałam wspólnie ze studentem V roku Weterynarii Markiem Kaszubskim w bloku Rektoratu w pomieszczeniu „Solidarności” kortowskiej. W pokoju, usytuowanym na przeciw naszego pomieszczenia, pełnił dyżur major Budziłek, był tam również dyrektor administracyjny Uczelni Stanisław Nazdrowicz, który wszedł do naszego pomieszczenia i obserwował co piszę. Wkrótce, na jednym z przesłuchań, gdy nie odpowiadałam na pytania por. Jerzego Cieśli, jeden z obecnych w pokoju funkcjonariuszy oświadczył, że „Nazdrowicz był tam i widział co piszę”.

W pomieszczeniu, w którym przygotowywaliśmy matrycę był również Tadeusz Koziura. Ponieważ major Budziłek zażądał, abyśmy oddali klucz i „wynieśli się”, a matryca jeszcze nie była gotowa (na maszynie piszę wolno), po pewnym czasie zabraliśmy maszynę i przenieśliśmy się z Tadeuszem Poźniakiem do domu studenta nr 2, gdzie kończyliśmy przepisywanie w ciemni. Aby nie było słychać stukania maszyny, studenci nastawili w portierni bardzo głośną muzykę, a dyżurującego w bloku dr Jana J. zaprosili na brydża do pokoju na I piętrze. W czasie sporządzania matrycy, student Mirosław Pyszko przypomniał, że za to co robimy grozi nam dwa lata, zdenerwowałam się, bo Marek Kaszubski miał małego synka, czułam się więc za niego podwójnie odpowiedzialna. Po sporządzeniu matrycy Tadeusz Poźniak zabrał ją do powielenia. Maszynę odwieźliśmy do pomieszczenia „Solidarności” i opuściliśmy Kortowo. Powieleniem ulotki zajęli się studenci z NZS, a w poniedziałek ulotki zostały rozprowadzone w całym mieście.

W pierwszym tygodniu stanu wojennego zabrano kilku pracowników do Komendy Wojewódzkiej na przesłuchanie, m.in. Jerzego Radeckiego, Tadeusza Koziurę, Tadeusza Poźniaka, Antoniego Jutrzenkę-Trzebiatowskiego i mnie. na przesłuchaniu najlepiej zachował się Tadeusz Koziura. Na pytanie czy widział, co przepisywałam w lokalu, gdzie on się znajdował, odpowiedział, że nie pamięta, czy w ogóle tam byłam, a po zatrzymaniu na 48 godz. przypomniał sobie jedynie, że major Budziłek był pod wpływem alkoholu.

Od pierwszych dni stanu wojennego, różne osoby przynosiły pieniądze na pomoc rodzinom internowanych. pewnego razu odmówiłam przyjęcia pieniędzy, dostarczonych przez dwie osoby ze Szpitala Wojewódzkiego, posądziłam ich bowiem, że chcą mieć dowód przeciwko mnie, e zajmuję się zbiórką. Byli to jednak najuczciwsi ludzie, a pieniądze zaraz dotarły do mnie inną drogą. W Kortowie zbiórki pieniędzy były prowadzone systematycznie, gdyż w krótkim czasie aresztowano kilku pracowników i studentów. Ja również liczyłam się z aresztowaniem i każdego dnia zastanawiałam się, czy jeszcze będę nocować w domu, czy w areszcie, tym bardziej, że zatrzymano na 48 godzin Teresę Kamińską i Tadeusza Poźniaka. Na wszelki wypadek starałam się jak najszybciej poprawić pracę dyplomową mojej magistrantki Ireny Piaseckiej. Poprawiałyśmy tę pracę w jej pokoju, gdzie mieszkała z kilkumiesięcznym synkiem Kubusiem. mały chorował na zapalenie uszu i bardzo płakał. Aby ona mogła zdążyć z poprawieniem pracy, ja nosiłam jej synka i dzięki temu magistrantka obroniła pracę w terminie, ale podczas mojej nieobecności.

Moje aresztowanie nastąpiło 22 lutego 1982 roku. Był to poniedziałek, korytarze Zootechniki zajęli studenci zaoczni. Kiedy wyszłam z pokoju, napotkałam wzrok dwóch panów, jeden w „wiecznym, brązowym płaszczu” ortalionowym i berecie, a drugi z nienawistną miną. Pomyślałam, że to ubecy i nie pomyliłam się. W tym momencie weszła Wanda Lechowska (ona internowanego członka zarządu regionu) z chorym jamnikiem i wręcz zmusiła ubeków, aby ją też zabrali do miasta, miałam więc przynajmniej „swoje” towarzystwo. W Komendzie Wojewódzkiej zatrzymano mnie najpierw na 48 godz. W areszcie strażnik, przypominający hitlerowca, wskazał mi lepiącą się z brudu cienką, plastykową derkę, leżącą na podłodze, która miała służyć mi przez trzy tygodnie za materac, i tak samo brudny, leżący na podłodze koc. W celi zastałam pięć kobiet. Noc spędziłam na pryczy między piromanką, która spaliła prawie całą wieś, a kobietą oskarżoną o zabójstwo. Pierwsza noc jest dla każdego najgorsza, ale zdążyłam nawet na chwilę spokojnie zasnąć, po każdym przebudzeniu straszyło mnie nikłe światło z zakratowanej żarówki. Warunki w celi były okropne: zimno, ciemno, zimna woda do mycia, a najgorsza wspólna, nieosłonięta toaleta. Nie miałam żadnych osobistych rzeczy, nawet mydła.

Po 48 godz. funkcjonariusze przewieźli mnie do Prokuratury Wojskowej bez torebki i sznurowadeł (miałam sznurowane półbuty). Byłam strasznie skrępowana, bo przebywający tam ludzie pewnie posądzali mnie, że jestem przestępcą i marzyłam tylko, by jak najszybciej wrócić do celi. Dostałam nakaz aresztowania na trzy miesiące. Muszę tu docenić grzeczne traktowanie przez Prokuratora kpt. Dariusza Szewirskiego, nie tylko mnie ale i mojej rodziny, a także przyjaciółek, którzy starali się o zezwolenie na widzenia.

W areszcie Komendy Wojewódzkiej jeden ze strażników też okazał nam trochę ludzkich uczuć: stawiał nam pod drzwiami celi swoje radio, żebyśmy mogły posłuchać muzyki, której tak nam brakowało. W areszcie spotkało mnie kolejne upokorzenie: zdjęcie z numerem, jakie wykonuje się przestępcom i odciski palców.

Ponieważ nie rozmawiałam z funkcjonariuszami SB, przesłuchujący mnie por. Jerzy Cieśla, chcąc nakłonić do zeznań, pokazał mi kilkustronicowe zeznanie rzekomo jednego z moich kolegów Antoniego Trzebiatowskiego, a następnie pokazał mi ostatnią stronę i zapytał, czy poznaję podpis kolegi. Poznałam podpis, zachowałam nadal milczenie, ale ogarnęła mnie straszna złość, ponieważ zeznania były przeciwko mnie i Tadeuszowi Poźniakowi. Postanowiłam sobie, że po wyjściu na wolność rozprawię się z nim. To nie były jego zeznania, tylko wymyślone przez któregoś z funkcjonariuszy SB, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że każda strona powinna być podpisana. Podczas pobytu w areszcie śniło mi się wielokrotnie, że jestem w Kortowie i mówię: A teraz porozliczam was za to, co opowiadaliście na przesłuchaniach. Po wyjściu na wolność wszystko się wyjaśniło, ale przez parę miesięcy dręczyła mnie złość.

Po trzech tygodniach zostałam przewieziona do aresztu śledczego w Ostródzie. O tym areszcie słyszałam straszne rzeczy, m.in. że kobiety tam się biją. Byłam tak przerażona, że w drodze do Ostródy marzyłam, abyśmy się rozbili na drzewie. Teraz wiem, jakim egoistą jest człowiek, w ogóle nie pomyślałam, że ze mną są też funkcjonariusze SB, którzy nie mają powodu umierać. W Ostródzie poczułam się tak, jakby świat zwalił mi się na głowę. W takim strasznym nastroju byłam przez trzy doby, co dzień w innej celi z kryminalistkami. Byłam nieszczęśliwa jak nigdy dotąd i przekonana, że nie ma większego nieszczęścia niż pozbawienie wolności. Było to jednak tylko moje odczucie, inne kobiety nie przejmowały się tak jak ja. Kiedy po trzech dniach trafiłam do celi 68 (nazywałyśmy ją pokojem, co wywoływało złośliwe uśmiechy i docinki strażników), w której spotkałam się z Ireną Włudyką i Anną Żurawek, już było trochę łatwiej, przynajmniej miałyśmy wspólne tematy do rozmowy. W celi nie wolno było siadać na pryczach, siedziałyśmy więc przeważnie na podłodze, można było przynajmniej oprzeć się o prycze. Zanim znalazłam się w Ostródzie, obawiałam się, że dodatkowym utrudnieniem życia więźniów jest brud, ale okazało się, że nie było tak źle; w celi miałyśmy przesadnie czysto, wody nie brakowało i dosłownie wyrywałyśmy sobie sprzątanie, aby mieć zajęcie i trochę ruchu. Plagą jednak były karaluchy, które łaziły po ścianach i nawet pryczach. nastrój poprawił mi się nieco, gdy ze względu na zły stan zdrowia przyznano mi drugą godzinę spaceru i gdyby nie kobiety używające wulgarnego słownictwa, warunki, w jakich się znalazłam, można by uznać za zupełnie znośne. Najbardziej jednak podtrzymywały nas na duchu listy oraz częste wizyty rodziny i przyjaciół. Przy okazji muszę wyrazić wdzięczność mojej koleżance Jadzi H., za użyczenie swojego czasu i samochodu, kiedy przywoziła do Ostródy p. mec. Kazimierza Markowskiego, który bronił mnie bezinteresownie.

W celi bardzo brakowało nam muzyki, był tam co prawda głośnik, ale serwowano nam najwyżej przemówienia rządzących dygnitarzy, wychwalających dobrodziejstwo stanu wojennego. Nie wolno nam było mieć żadnych kosmetyków. W czasie naszego spaceru strażnicy mieli prawo przeszukiwać nasze rzeczy i zabierać wszystko, czego ich zdaniem nie powinnyśmy mieć. Okradano nas także z drobiazgów, np. z ładniejszych papeterii. Dla wykorzystania czasu zaczęłyśmy haftować i był to jedyny plus naszego odosobnienia. Wyjątkową radość sprawiło nam zezwolenie na spowiedź wielkanocną (co prawda po Wielkanocy), w czasie której ks. Władysław Ciszewski starał się podtrzymać nas na duchu. Podobnie poprawiły nam nastrój maleńkie koszyczki ze święconym, przekazane nam przez ks. Romana Wiśniowieckiego.

W czerwcu na życzenie rodziny zostałam skierowana na badania do Wojskowego Szpitala Psychiatrycznego w Elblągu. Tam miałam bardzo dobre warunki; zarówno lekarze, jak i przebywający na leczeniu wojskowi traktowali mnie bardzo serdecznie. Mogłam swobodnie wysyłać listy, przyjmować rodzinę i przyjaciół, nieoficjalnie korzystać z telefonu i wychodzić do parku. W tym czasie osądzono i skazano moich kolegów i studentów z Kortowa. (Patrz załącznik do opracowania).

Po powrocie do aresztu śledczego w Ostródzie dostarczono mi, za zgodą sądu, do sprawdzenia pracę dyplomową kolejnej magistrantki Zofii Gałązki, która obroniła ją już w mojej obecności.

Moja rozprawa odbyła się 7 września 1982 roku w Sądzie Rejonowym w Olsztynie II Wydział karny. Uznano mnie winną zarzucanego czynu i skazano na półtora roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata. W tym czasie sądy wymierzały już znacznie łagodniejsze wyroki, niż parę miesięcy wcześniej, gdy sądzono moich kolegów. (Muszę zaznaczyć, że 28 września 1993 roku Sąd najwyższy w Warszawie Izba Karna uniewinnił mnie.

Po wyjściu z aresztu (7 .IX.1982r.) rozpoczęłam starania o powrót do pracy na uczelni (poprzedni stosunek pracy między mną a Uczelnią wygasł w czasie mojego pobytu w areszcie). Po przeszło dwóch miesiącach (17 listopada 1982 roku) do pracy przyjął mnie prof. Piotr Znaniecki na etat specjalisty z tematu zleconego, przy czym musiałam opuścić Kortowo i przenieść się na Stary Dwór, ponieważ nie wolno mi było kontaktować się z młodzieżą, mimo że w wyroku sądowym nie było takiego postanowienia.

W dalszym ciągu zajmowałam się zbiórką pieniędzy dal rodzin poszkodowanych. Na spotkaniach z przyjaciółmi zorganizowaliśmy kolportaż prasy drugiego obiegu (Rezonans, Biuletyn Mazowsza, Solidarność Gdańska, Biuletyn Dolnośląski, a także Kultura paryska oraz pozycje książkowe wydane w drugim obiegu). Za pośrednictwem zaprzyjaźnionych solidarnościowców z Gdańska, mogliśmy obejrzeć w grupach wręczenie żonie Lecha Wałęsy, przyznanej mu Pokojowej Nagrody Nobla.

Aby poszerzyć swoją wiedzę o Związku Radzieckim, zorganizowaliśmy w okresie od października 1982 do czerwca 1983 roku, częściowo przy pomocy p. Andrzeja Drawicza, wykłady na temat zagadnień dotyczących Rosji, jej tradycji, historii, przejawów współczesnego totalitaryzmu, odmiany radzieckiej oraz szeroko pojętej rosyjskiej kultury, literatury i religii. Wykłady, w których każdorazowo uczestniczyło kilkanaście osób, odbywały się w różnych mieszkaniach i kończyły dyskusją. Wykładowca doc. Józef Smaga - pracownik naukowy Akademii Pedagogicznej w Krakowie, swoją pracę wykonywał bezinteresownie. Po zakończeniu cyklu wykładów, przynajmniej częściowo zmienił się nasz stosunek do wschodniego sąsiada; nie był to już tylko kraj ciemiężycieli i ziemi nieludzkiej, ale także kraj pięknej przyrody, kraj wielkich pisarzy i poetów oraz zwykłych ludzi, jak my prześladowanych przez reżim komunistyczny, ludzi, którzy potrafili okazać naszym rodakom, przebywającym na zesłaniu trochę współczucia. Wykłady, które również poprawiały nam samopoczucie odbywały się także w pomieszczeniach domu parafialnego o.o. Franciszkanów i były prowadzone przez pracowników naukowych Katedry Prawa Międzynarodowego UMK w Toruniu: doc. dr Tadeusza Jasudowicza i dr Romana Bäckera, bezinteresownie.

W związku z aresztowaniem za drukowanie Rezonansu, wiosną 1983 roku trzech synów gospodarza z Gutkowa - Józefa, Jana i Piotra Szuliów, zachodziła obawa, że starsi rodzice nie będą w stanie wykonać wszystkich prac w gospodarstwie. Zorganizowaliśmy więc kilkanaście osób, głównie z Kortowa, i wszystkie prace wiosenne zostały wykonane w terminie. W czasie naszej pracy, dwóch pracowników SB przeszło obok nas z aparatami fotograficznymi, mówiąc: „Tu dziś pracuje Kortowo”. Latem, przy zbiorze owoców w wymienionym gospodarstwie pracowali członkowie „Solidarności” z innych zakładów pracy, a prace jesienne wykonywane były przy pomocy pracowników Kortowa, tak, że aresztowanie chłopców w niczym nie przeszkodziło sprawnemu funkcjonowaniu gospodarstwa. Na tym polega solidarność międzyludzka.

Muszę jeszcze raz wrócić do października 1982 roku gdy moi koledzy i część studentów przebywała jeszcze w więzieniu w Braniewie. Zbieraliśmy wówczas podpisy pod opracowaną na Wydziale Rybactwa Śródlądowego i Ochrony Wód, petycję do Rady Państwa o zwolnienie z więzienia i  przywrócenie do pracy Tadeusza Poźniaka, Antoniego Trzebiatowskiego i Stanisława Porca. Trzeba podkreślić, że na Wydziale Zootechnicznym petycję podpisali zarówno członkowie „Solidarności”, jak i członkowie partii. Duża liczba podpisów została zebrana dzięki temu, że akcję przeprowadziliśmy w tym samym czasie we wszystkich jednostkach Uczelni. Spowodowało to jednak oburzenie władz uczelnianych. Kiedy złożyliśmy petycję w Sądzie Wojewódzkim, interesowało się nią wiele osób, ale nie tyle jej treścią, ile złożonymi podpisami. Trud nasz nie poszedł na marne, a więzieni pracownicy i studenci znaleźli się wkrótce na wolności i mogli wrócić do pracy, bądź na studia. Tadeusz Poźniak i Stanisław Porc zdecydowali się opuścić kraj, a Antoni Jutrzenka-Trzebiatowski wrócił na uprzednio zajmowany etat.

Ja natomiast, dzięki prof. Piotrowi Znanieckiemu, na którego mogłam zawsze liczyć, wkrótce wykończyłam moją pracę habilitacyjną i w 1984 roku złożyłam w dziale Wydawnictw oraz przygotowałam wszystkie dokumenty potrzebne do wszczęcia przewodu habilitacyjnego. Do obrony jednak nie doszło, ze względu na wstrzymanie do 1990 roku druku mojej pracy. (co zawdzięczam prof. Jerzemu Strzeżkowi i obecnie prof. Marianowi Kozłowskiemu zresztą nie są to jedyne osoby, którym to zawdzięczam). Nieoficjalnie dowiedziałam się, że „istnieje polityka kadrowa”, a z dniem 31 grudnia 1985 roku wygasła umowa o prac między mną, a zakładem pracy. Po miesiącu poszukiwania zajęcia zatrudnił mnie dyrektor Szpitala Przeciwgruźliczego na znacznie gorszych, niż na Uczelni warunkach. Rozpoczynając pracę w Laboratorium Analitycznym szpitala musiałam się „przestawić i uczyć wszystkiego od podstaw.

Służba Bezpieczeństwa nadal starała się utrudniać mi życie przez wielokrotne wzywanie lub zabieranie mnie z pracy na tzw. rozmowy. Przeprowadzanie przeszukań w moim mieszkaniu kończyło się zabieraniem mi kaset (kasowano je), książek, czasopism i różnego rodzaju pamiątek, związanych z „Solidarnością”. Przedmioty te, oprócz skasowanych kaset nigdy do mnie nie wróciły. Nachodzenie mojego mieszkania odbywało się pod byle pretekstem, legitymowano też moich gości. Po spotkaniu u mnie na kolacji zdarzyło się nam spędzić po kilkanaście godzin w areszcie Komendy Wojewódzkiej.

Dziś mimo wszystko uważam, że lata 19880-1981 były pięknym okresem w życiu zarówno moim, jak i moich przyjaciół, okresem nadziei choć nie spełniły się, warto było znaleźć się w środku tych wydarzeń i nawet okres stanu wojennego nie może ich przesłonić.

 

 

Bilans represji ze stanu wojennego w załączeniu.


 

Bilans represji

załącznik do opracowania o stanie wojennym w Kortowie.

 

 

                                             kara żądana          wyrok sądu               rzeczywisty okres

                                         przez prokuratora                                   pozbawienia wolności

Pracownicy                                                                                     (w tym areszt śledczy)

1. mgr Tadeusz Poźniak              5 lat                      2,5                         10,5 miesiąca

2. Tadeusz Koziura                       5                          1                                    4

3. dr Antoni Jutrzenka

    Trzebiatowski                            5                          2                                   10

4. mgr Stanisław Porc                    5                         1,5                                  9

5. dr Jerzy Radecki                       5                 uniewinniony                          4

6. dr Józefa Mielnik                      3             1,5 w zawieszeniu                      7

7. Tadeusz Czajkowski                                     internowany                           4

8. Tadeusz Kotowicz                                        internowany                           8

 

Studenci

1. Jerzy Szmit                                          dwukrotnie internowany                  9

2. Mirosław Pyszko                       3                         1,8                                  6

3. Jan Osiecki                                3                         1,5                                  6

4. Wojciech Jaryńki                       3                         1,5                                 8,5

5. Marek Kaszubski                      3                          1                                  8,5

6. Jacek Nowak                             3                          1                                    2

7. Jarosław Kochanek                   3                          1                                  3,5

8. Paulina Ber                                3             1 r. w zawieszeniu                      2

9. Marek Winiarski                        3                 uniewinniony                         3,5

10. Stanisław Piórkowski              2             1,5 w zawieszeniu                     5,5

11. Benona Góralczyk                   2             1 r. w zawieszeniu                      3

12. Wiesław Ciołkowski                2             1 r. w zawieszeniu                      3

 

( Czajkowski Tadeusz nie był nigdy internowany - przyp. A.P.)

 

Sprawa prowadzona była w trybie doraźnym przez Sąd Wojewódzki w II Wydziale Karnym w składzie:

Przewodniczący:       Sędzia Sądu Najwyższego delegowany do Sądu Wojewódzkiego T. Rink

Sędziowie:                Sędzia Sądu Wojewódzkiego - B. Rost

                                 Sędzia Sądu Wojewódzkiego - A. Jurczyński

Protokolant:              T. Mikosza

Wiceprokurator Wojewódzki            Cz. Lewandowski

 

Obrony oskarżonych podjęli się:

Leleń Stefan, Gryczewski Wojciech,  Waldemar Heisler (Gdynia), Kazimierz Markowski, Ewaryst Grygiel, Konrad Urbanowicz, Andrzej Grabiński (Warszawa), Władysław Kordasiewicz, Stefan Gąsiorowski (Poznań), Michał Krakowski, Tadeusz Perdyński (Toruń), Witold Ferfel (Warszawa). tej grupie osób należy się szczególne uznanie i wdzięczność za ich decyzję, która w tamtej trudnej sytuacji stanowiła akt odwagi, poza tym bronili oskarżonych bezinteresownie. Ich postawa miała olbrzymi wpływ na położenie oskarżonych w trakcie procesu oraz umożliwiła szybszy ich powrót do społeczeństwa.          

 

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------



[1] A ja zostałem Tadeuszem....  (moja uwaga MWPowroźny)

[2] Dzisiaj mason (pono para-) spod znaku Rotary, a przez jakąś kadencje, nawet szef tego interesu... (moja uwaga MWPowroźny)

[3] Taki raport i dziś jest aktualny, a po drugie stan  każdej inna dziedziny można tym słowem określić no poza MSW wtedy – ale dzisiaj – nadal aktualne niestety   (moja uwaga MWPowroźny).

[4] WRONA ?      (moja uwaga MWPowroźny)

[5] a może owulował ???   (moja uwaga MWPowroźny)

[6] Jakis bank typu dwa końce w wodę ?  (moja uwaga MWPowroźny)

[7] Gdzie i kiedy, może można poczytać te archiwalne numery Newsweeka ?  (moja uwaga MWPowroźny)

[8] Byłem, gościnnie przyjęty, ale to było RAZ i na serdecznym pożegnaniu Bobera, który mnie tam zaprosił. Byłem z śp. moją Żona i ówczesnymi moimi sąsiadami - Grucelami; Leszkiem i Gośką. (moja uwaga MWPowroźny)

[9] A trzeba.... (moja uwaga MWPowroźny)

[10] Prawda.  (moja uwaga MWPowroźny)


 [AP1]

 [AP2]

 [AP3]

 [AP4]

 [AP5]

 [AP6]

 [AP7]ś tam

 [AP8]

 [AP9]

 [AP10]

 [AP11]