PO LATACH
1/ref:
protokół
posiedzenia KKP w Szczecinie 19-11-1980
(vide przypis 19)
2/ coby
Olsztyniacy nie czuli sie w swoich „walesizmach” osamotnieni
Miroslaw
Krupinski - wstep:
Z
Polski wyjechalem 7 maja 1987 roku, zabierajac ze soba swoj skladany kajak
rodem z Niewiadowa, wedki, maszyne stolarska przy pomocy ktorej zbudowalem
niegdys moje Pluski (poplynela statkiem i doszla po 3 miesiacach), dosc duzo
ksiazek, komplet dokumentow urzedowych, zawodowych, stanowojennych i
postanowojennych. Plus dziecinny rower piecioletniego wowczas Dominika, jego
nieliczne zabawki i jego oraz Haliny (wtedy moja zona) rzeczy osobiste, ubrania
i dokumenty. Cala reszta zostala i staralem sie za tym nie ogladac.
Nie
spodziewalem sie ze wszystkie swoje dokumenty (niezbyt w zasadzie liczne) uda
mi sie wywiezc. Czesc desek bocznych skrzyn miala wyciete pila tarczowa
niewidoczne szpary (byly laczone na zakladke i ciezko przygwozdziowane do
naroznikow) gdzie wedrowaly dokumenty najbardziej „niewypuszczalne”, reszta
dokumentow zajmowala cwierc jednej ze skrzyn. Jak przypuszczalem – role
celnikow odgrywalo dwoch esbekow, przegladajacych glownie dokumenty. Te
dostepne w skrzyni podzielili na dwie prawie rowne kupki i kladac je na
wczesniej sprawdzonej skrzyni oznajmili – tą z lewej prosze zabrac
spowrotem, tego pan nie wywiezie. Po czym zajeli sie kolejna skrzynia (byly ich
cztery). A ja, kiedy zauwazylem ze sa
nad nia pochyleni, przelozylem te posegregowane juz kupki wzajemnie, zmieniajac
ich kolejnosc. Poczekalem kiedy juz wstana i odwroca sie do mnie przodem – i
wlozylem do skrzyni spowrotem te trefne, a te ktore mialy byc trefne ale nie
byly wlozylem do skrzyni trailera ktory wracal z nami do Olsztyna. (skrzynie
odplywaly wczesniej). Panowie „celnicy” popatrzyli na to obojetnie, poczekali
az zabije wieka skrzyn trzycalowymi gwozdziami i przykleili papierowe,
opieczetowane, dowody sprawdzenia na krawedziach bokow i wieka. Wrocilismy bez przygod,
aby za kilka dni pojechac za skrzyniami.
Tak
wiec wywiozlem to co okazalo sie pozniej najwazniejsze. W Olsztynie zostalo
kilku przyjaciol ktorzy opisywali mi pierwsze lata i cieszylem sie coraz
bardziej z psikusa z dokumentami. Bo
Walesa z ktorym zerwalem dzien po wyjsciu z wiezienia (18 wrzesnia 1983)
kiedy rozmowa z nim potwierdzila
rewelacje Frasyniuka o ich wspolpracy z Kiszczakiem i wspolnym szykowaniu
„skoku na wladze”, cos znow szykowal. Jak ten skok byl prztygotowywany, listy z
Polski mi mowily. Ze sie odbyl – tez. No i jak zamalowaywano mnie na czarno na
wypadek gdybym glosno wyjasnil czemu sie z „wodzem” rozwiodlem, o czym w
Olsztynie wspomnialem po powrocie od niego tylko kilka slow.
Tak
wiec wiedzialem o wspolnych fotkach przyszlych „lojalistow” z wodzem –
zapewniajacych im zalapanie sie na urzedy i pomniki, o wycinaniu w pien
sceptykow (niektorzy do tej pory zyja w nedzy, czesc juz wymarla) oraz o
zapewniajacych „wodzowi” tajemnicę grzechow przedmagdalenkowych sojuszach.
Internetowac
zaczalem dopiero w roku 1995, bo przedtem potrzebowalem dachu nad gowa i
samochodu. No i zaczalem sie dowiadywac wiecej – o „nowej Solidarnosci”, o
samej Magdalence, o „Nocnej Zmianie” – duzo tego bylo i trwalo prawie do tej
pory. O Olsztynie tez wiedzialem coraz
wiecej. Wiedzialem tez duzo wczesniej (zaraz po wyjezdzie) ze mialem „swite” – jeden emisariusz czekal
juz na mnie w Sydney, drugi
(kobieta) wyjechala wkrotce po mnie. Wiadomoosci okazaly sie prawdziwe i
wiem ze narobilem zamieszania wybierajac sie w czerwcu roku 1988 w polroczna podroz dookola
Australii, bez zapodania celu, czasu i trasy.
Wyladowalem
w Perth, po roku przenioslem sie do Albany i kilka lat pozniej zalozylem
witryne internetowa „Kraj Utracony” zeby
nie musiec odpowiadac recznie nie wierzacym ze zyje. I zaczalem pisac wszystko
to co dzis wisi na mojej obecnej witrynie (adresy witryn sie zmienialy, ale
zawsze byly firmowane moim nazwiskiem i imieniem i podawaly moj aktualny
adres).
Napisalem
kilka ksiazek, opublikowalem je internetowo i widocznie poruszylem bolacy
ząb – bo zaczelo sie prewencyjne i rewanzowe za to co pisalem
opluwanie. W tym samym czasie wygralem
proces z Dowodztwem i Sadem Marynarki
Wojennej, opisany i dokumentowany w miare postepu w mojej drugiej internetowej ksiazce „Zaulki
Prawa”. Pierwsza ksiazka miala tytul „Zaulki Zbrodni” i zawierala troche prawd
ktore „nie powinny sie ukazac” i „komplet moich dokumentow stanowojennych”
ktore ocalilem przekladajac kupke oclona jako trefna z kupka nietrefna.
Napisalem tez kilka innych ksiazek – „Australijska Przygode” bedaca opisem
mojej podrozy wokol Australii, „Australijskie Migawki” opisujace urode Albany
gdzie mieszkam od 20 lat i moje tu
poczynania i obserwacje, oraz piec tomow wierszy (razem okolo 600)
stanowiacych „Zbior Znarowionego Pegaza”
No i
dowiedzialem sie ze w Olsztynie, w Gdansku i Warszawie tez nie proznowano - usilujac uczynic mnie
niewiarygodnym i umoczonym. Tak naprawde
zaczelo sie to (jak do mnie docieralo) w roku 1992, kiedy to do pozwu przeciwko
Sadowi Marynarki Wojennej i przeciwko Izbie Wojskowej Sadu Najwyzszego
dolaczylem komplet fotokopii dokumentow „ktore przeciez nie istnialy” i ja „nie
mialem prawa ich miec”. To znaczy -
moich wlasnych dokumentow – prokuratorskich, sadowych, wieziennych, zwiazanych
z utrata pracy, mieszkania i samochodu, adresowanych do mnie i moich na nie
odpowiedzi. Ktore przeciez zabroniono mi
wywiezc J.
Juz
koncze ten wstep. Dodam tylko ze w tym czasie rozpoczela sie w Olsztynie
intensywna kampania domalowywania mi geby, podsuwania sciagawek moim bylym
„wspolkombatantom” - aby udzielali „slusznych” o mnie wywiadow i
rozpowszechniali prawie jednobrzmiace „prawdy” nie do odrzucenia, ani nie do
odklamania. No bo pierwotnie zakladano ze wywiozlem kajak i maszyne stolarska,
ale wlasnych dokumentow nie. To nawet
nie bylo takie glupie, bo do tej pory watahy anonimow (zapewne dzieci i wnukow
owczesnych „autorytetow”) zgrzytaja i pluja anonimowo na moja czesc przy
okazjach roznych zbiorowych „patriotyzmow”.
Okazalo
sie ze nie tylko ja to zjawisko zobaczylem – bo od widzacych to podobnie
otrzymalem kopie suuuuusznych wywiadow zebranych miedzy innymi na moj temat
(oczywiscie nie tylko na moj) przez OBN – dziwnie jednobrzmiacych w formulowaniu klamliwych wypowiedzi o mnie,
zapewne wciaz w obronie upapranych autorytetow,
z najwazniejszym wlacznie J.
Dobra –
rozpisalem sie w tym wstepie – wiec juz nie komentujac dalej zalaczam nizej
zestawienie wspomnianych otrzymanych wywiadow, nie wdajac sie w pyskowki z
klamiacymi ani nie dziekujac (dla rownowagi) nieklamiacym. Wspolnym mianownikiem „wspolnej” podsunietej
odpowiadajacym na pytania sciagawki byly cztery tematy: - 1/ze nalezalem do
PZPR - co jest klamstwem, 2/ze to ja bylem inicjatorem i organizatorem
spotkania Prezydium ZR „S” po wyborach w czerwcu 1981 z KW PZPR – co jest
klamstwem, 3/ze wyrazalem sie niepochlebnie o Walesie - co jest umiarkowana
prawda, powiedziana mu przeze mnie prosto w oczy dzien po moim wyjsciu z
wiezienia i 4/ ze odmawialem udzialu w konspiracji „bo sie do niej nie nadaje”
– prawda jest ze: a/odmawialem udzialu w konspiracji przy kawie i wodce, gdzie
oddelegowana sbecja zbierala informacje i b/ ze mialem „ogony” jezdzace i
chodzace za mna nawet na ryby, a na niewatpliwy zarzut ze naprowadzilem na
bohaterskich kawowo wodczanych konspiratorow esbekow - nie mialem ochoty.
A teraz
zycze milego czytania udzielanych w tamtym czasie swoich i nie swoich wywiadow.
Ich czcionka i formaty sie roznia - bo sa to zapisy oryginalne, wiec
pozostawiam je bez kosmetyzowania, aby nie byc oskarzonym o zmiany ich tresci
. Czerwone wstawki w tekstach nie sa
moje – za wyjatkiem jednej prostujacej gdzies tam na koncu klamstwa o
przyczynie mojego „niekonspirowania”. Ta jedyna moja wstawka w cudzy tekst
jest, w odroznieniu od innych czerwonosci, podpisana moimi inicjalami.
----------------------------------------------------------------
Rozmowa z Wiesławem Rondomańskim
w dniu 11 maja 1993 roku.
Pyt. Kiedy w OZOS-ie
powstała „Solidarność”? Wiem, że tam na początku
były inne Niezależne, Samorządne …
Odp. O,o,o, … Więc może zacznijmy od tych
związków. Kiedy byłem na letnisku we wiosce koło Olsztyna, to
tylko przez radio słyszałem, że statki stoją na redzie, a
rząd się niepokoi cytrynami. To mnie pasjonowało. Sąsiedzi
- rolnicy - powiedzieli mi, że w OZOS-ie się coś gotuje.
Zadzwoniłem. Nie, nie - wszystko w porządku. Okazało się
później, że bali się mi powiedzieć przez telefon. Był
moment, że strajkowano w OZOS-ie przez kilka dni. I jak pojawiłem
się, to było już po strajku. (2-3 dni strajku). Był on
czysto robotniczy - po prostu wyganiano tam ludzi w fartuchach. Robotnicy
zajęli halę wykańczania opon. Parę setek ludzi tam
było i pilnowano, żeby nie kręcili się tam umysłowi.
Żeby nie było inteligencji, żadnego dozoru.
Pyt. Jaką funkcję
pełniłeś w zakładzie?
Odp. Ja byłem
specjalistą w dziale organizacji. Oczywiście zaliczałem się
do inteligencji. Tu ważny był fartuch, fartuch … bo robotnik to
miał portki ogrodniczki. Po tym się rozpoznawało czy to robotnik
czy urzędnik, czy kierownik. Umysłowy to była wroga nacja. Wtedy
to się zaczęło. Wtedy zaczął się
krystalizować przyszły zarząd związku, jakaś taka
grupa.
Pyt. Na czele stał …
Odp. Niejaki Piątek. To
jest osobliwa rzecz - zapomniałem jego imienia. Facet, który z pół
roku pracował w OZOS-ie, a przedtem bywał w świecie, m.in.
podobno w kopalniach, na co się często powoływał.
Miał on dość duży autorytet Był to człowiek
dość prymitywny, o takim specyficznym sprycie. W każdym razie
miał posłuch, poważanie wśród robotników, przynajmniej
wtedy na początku. Był dosłownie jednoosobową osią
wszystkiego. Inni kręcili się tak, jak koło Wałęsy,
jak ćmy obok ognia.
Pyt. Czy Piątek
sympatyzował z tym strajkiem gdańskim?
Odp. To było
jakieś specyficzne, dziwne balansowanie. Szereg domniemań
różnych jest, za niektóre można by ciągnąć do
sądu, dlatego ja tam nie pobrnę. Wiele było różnych
domniemywań, kto zacz - bo do tej pory to jest niejasne. Była to
bardzo silna osobowość, który chciał mieć władzę
we własnym ręku. Oficjalnie deklaratywnie to popierał
związek robotników z Wybrzeża, ze stoczni Wałęsy - to tak.
Osobliwością było to, że robotnicy bali się: no,
uważajcie, bo tam podobno KOR-owcy tym sterują. - Nie KOR-owcy,
ależ w żadnym wypadku! Ani Kuronie, ani Moczulskie - my tu czysty
związek. W każdym razie formalnie to popierał, tym bardziej,
że taki nastrój był wśród robotników. Jednak później
niejednokrotnie podkreślano, że OZOS jak gdyby za szybko
zaczął działać. Była ta myśl rzucona jeszcze
przez sfery rządowe i nie do końca wyjaśnione początkowo
przez działaczy solidarnościowych w Gdańsku, że to ma
powstać jeden monolityczny związek krajowy. Był taki etap,
że słowo „Solidarność” jeszcze nie funkcjonowało, a
tym bardziej jako związek ogólnokrajowy. Pamiętam, kiedy się
przyłączyłem, funkcjonowało takie przekonanie, że
mają powstać regionalne związki, i ten w regionie gdańskim,
on ma przybrać nazwę „Solidarność”. A więc my
równolegle, co będziemy czekać, my też coś takiego zrobimy,
i to powstało. Dowcip polega na tym, że jak już coś
powstanie, to nie chce zdechnąć.
Bo to są osobiste ambicje, pewne emocje. Tu w OZOS-ie ten antyinteligencki
charakter był, ale już było wiadomo, że oni jedno, drugie
zebranie robią. Ja byłem pierwszym umysłowym, który
odważył się, przeżegnał i poszedł między
wilki. Jakoś nie skopali i było widać, że te pierwsze ostre
nastroje im przeszły. Jak zauważyłem, że tworzą
statut, a nie mieli żadnych wzorców i kilka, jak mi się
wydawało, rozsądnych myśli rzuciłem, które znalazły
uznanie wśród tych ludzi i tak się stało, że w praktyce
dostrzegli (demokracja realizowała się w praktyce), iż nie ma co
siedzieć w dwustu chyba na sali, tylko trzeba komisję statutową
powołać, i już się tam znalazłem. Jakiś
chłopak powiedział: - O, ten pan! - i wskazał na mnie. Był
to robotnik Kazik Łukaszewicz. I za parę dni
dołączyło jeszcze dwóch umysłowych na samym początku.
Później znalazłem się w prezydium i w takiej trójce, która
jechała rejestrować u Kościelniaka w Gdańsku ten związek.
Trzeci czy czwarty w kraju …
Pyt. Jako Niezależny,
Samorządny …
Odp. Tak. To co później
nazywano związkami autonomicznymi. Ponieważ równolegle w tym czasie
już się skrystalizował związek „Solidarność”
ogólnokrajowy, część ludzi bardziej świadomych wśród
robotników mówiła, że w sumie chodziłoby o to. Ale nie wszyscy
tak mówili. Niektórzy byli związani z tym autonomizmem i mówili, po co
nam „czapa”. A ta „czapa” to jeszcze wywodziło się z CRZZ, że tu
robotnicy rządzą w swoim zakładzie pracy, a jeszcze ktoś im
się wtrynia, a więc po co ta „czapa” w Gdańsku jeszcze.
Były takie zróżnicowane koncepcje ale, że potrzebne było
poczucie ścisłego związku i ta ekipa 5-6 osób pojechała do
MKZ-u Gdańskiego, aby się zameldować, że my z tej samej
parafii jesteśmy, że to jest struktura zakładowa ale, że
my do nich przynależymy. Z tym, że wtedy było to już
skrystalizowane i zauważona walka partyjnych z „Solidarnością”
przez tworzenie tego typu związków. Ja bym się sprzeciwiał,
że związki w OZOS-ie, taki miały charakter, przynajmniej
początkowo. Ale ten Piątek, czy on albo ktoś jeszcze, czy byli
pod czyimś wpływem - trudno to udowodnić.
Pyt. W każdym razie
robotnicy, którzy tworzyli ten związek, nie myśleli o tym, że
ktoś nimi manipuluje.
Odp. Na samym początku
na pewno nie. Jednak zbyt długo to było podtrzymywane i pytanie czy w
tym podtrzymywaniu nie było jakichś „nieczystych wpływów”.
Pyt. Do kiedy ten
związek autonomiczny istniał?
Odp. Nie za długo
chyba. Moja wizja była, że ja się przyłączam do
robotników w OZOS-ie - oni są moim sterem i oni mną kierują. Po
ważniejszych wystąpieniach okazywało się, że robotnicy
mają rację - zdaję się na nich, będę
służebny w stosunku do robotników w OZOS-ie. I tak do tej pory
czuję. Oni mi mówią, moja rola regionalna jest wtórną w stosunku
do tego.
Kiedy odbywały się wybory ostateczne do władz tego związku,
równolegle powstawała pierwsza komórka „Solidarności”, taka grupa
inicjatywna. Starszy pan Grucela, nie Leszek tylko jego ojciec, był
pierwszym - bardzo rozsądny człowiek, ale skromny - on to
rozpoczął, ale potem zbliżył młodych chłopaków,
Zbyszka Przewłockiego i jeszcze innych i raz dwa im to przekazał i
oni ciągnęli dalej. On był tym, który poszedł tam gdzie
trzeba, czy do Gdańska, czy do MKZ-u, dowiedzieć się co i jak,
twardo, ale potem już tym nie dyrygował. A między związkami
rozpoczęły się wzajemne przepychanki, oskarżenia. Ale
okazało się, że formuła wyborów w tym związku
autonomicznym przybrała charakter, między innymi ja to
forsowałem, plebiscytu jaki ten związek ma być. Uznaliśmy,
że jednak wszyscy robotnicy w OZOS-ie są jednym organizmem, że
są różnice takie czy owakie, ale my ustaliliśmy, gdy się
zjawią delegaci, jaki to ma być związek. Jeżeli będzie
opinia, że „Solidarność”, to ten związek zniknie. Czyli to
co miało być wewnątrzzwiązkowymi wyborami, stało
się zbieraniem (wybieraniem) delegatów na plebiscyt w tym zakresie. Nikt
wtedy nie powiedział, że to mogą być dwa związki - o
branżowym nie mówmy, bo to był wróg, itd. - tak się stało,
że 55 zostało wyłonionych. Ludzie już pytali. Pamiętam
zebranie na Tracku - taka baza nasza parowozowa, którą OZOS tam miał
- ludzie pytali: - Zaraz, ale do jakiego związku? - Więc im
mówiłem: - Kochani, jeszcze nie wiem do jakiego związku.
Właśnie od was delegaci też będą, to powiedzą
jaki związek będzie. I 55 ludzi było - ja za procedurę
odpowiadałem jako umysłowy - i z tych 55 - 44 głosowało za
„Solidarnością”, a 11 miało obiekcje. Z tym, że wtedy nikt
nie negował tego, że tak się stanie, że
większościowo zadecyduje się jaki związek będzie w
OZOS-ie. - To jest „Solidarność” - powiedziano, wielka
radość, po tych wszystkich przepychankach, ansach, pamiętam
obejmowaliśmy się. Potem jednak było takie burbulowanie (?), bo
jednak ten Piątek, niektórzy zaczęli negować, że coś
tam nieprawidłowo było. Mnie to osobiście wkurzało, bo za
proceduralną prawidłowość byłem odpowiedzialny.
Uważałem, że wszystko jest jak trzeba. Ze Zbyszkiem
Przewłockim rozmawiałem i doszedłem do wniosku, że z
niejakim Łuszpińskim, w PKS-ach pracuje, my doprowadzimy do
rozwalenia tego związku do końca, bo on się nie chciał
rozwiązać. I doprowadziliśmy do tego, że tamto prezydium
zaczęło składać rezygnacje. Zmusiło w ten sposób do
rezygnacji Piątka. I nowe wybory żeśmy ogłosili, przy czym
żaden z nas, ze starego prezydium, nie kandydował - w ten sposób
zrobiliśmy, że ten Piątek też nie wszedł, bo nikt nie
wchodził z prezydium. On z wściekłością
trzasnął drzwiami, zrozumiał, że nie kandyduje, wtedy
został wybrany chłopak, bardzo spokojny, przyzwoity, wysokiej klasy
robotnik, fachowiec z elektrociepłowni, ale bez osobowości takiej. I
ten związek autonomiczny chwilę potrwał i potem padł.
Zrobiliśmy jeszcze taki numer, że decyzję, że związek
się rozwiązuje, tylko się ogłasza, że jeżeli
ktoś chce zgłosić sprzeciw ten przynosi wniosek sprzeciwu
(?). Nie było tych głosów.
To była osobliwość, jak już informuję Zbyszka
Przewłockiego, że jestem z wami, referuję wyniki tego referendum
o którym mówiłem, i powiedziałem czy to mu nie przeszkadza, żeby
stało się faktem takie referendum. On mówi, że nie, bo
jeżeli ktoś nie jest w „Solidarności” to ma swobodę.
Później dzwoniłem do Kościelniaka będąc już
członkiem „Solidarności”, że my się rozwiązujemy. On
mówił, że nie może tego zrobić, że nie ma procedur
prawnych na rozwiązanie. Ale to są szczegóły. Już w tym
momencie byłem w „Solidarności”. Pod koniec listopada
nastąpił dokładny rozpad tego związku. Pozostała tylko
„Solidarność” - już te autoomiczne zniknęły.
Pyt. Jak liczny był
związek „Solidarność” w zakładzie?
Odp. Pamiętam
dość dokładnie. Rząd 4 tyś. ludzi w
„Solidarności”, do 800 cz 600 w CRZZ.
Pyt. Co możesz
powiedzieć o Przewłockim?
Odp. Przewłocki.
Cenię go sobie. Człowiek z pragmatyków, który pragmatyzmem się
kierował. Ja bym porównał go - zachowując pewną miarę
- do kard. Wyszyńskiego, który paktował z komunistami, ale był
moment kiedy powiedział te „non possumus”. I tak samo Przewłocki.
Przyszedł ten moment i on okazał się twardszym, zdecydowanym
człowiekiem, kiedy przyszła chwila próby. Jego zachowanie w stanie
wojennym i przeprowadzenie tego strajku.
Pyt. Opowiedz to wszystko,
co jest związane z 13 grudnia i ze strajkiem.
Odp. O Zbyszku może
jeszcze dodajmy, że kilka razy podpadał uśmierzając
różnych wariatów, którzy chcieli kosy ostrzyć i iść
gdzieś tam na komitet - takie różne dziwne pomysły - Symołona..
Był taki teoretyk rewolucji.
Pyt. On był
pracownikiem OZOS-u?
Odp. Symołon? To
ciekawa postać z Kętrzyna. Miał przepychanki z nim Zbyszek. W
stanie wojennym od razu pierwszego dnia do „Gazety” pisał. Po prostu
pospolity zdrajca, kawał łobuza. Myśmy dostali „Gazetę
Olsztyńską” w Iławie i tu już Symołon tam był,
pisał o aferach, co to było w tym Zarządzie Regionu.
Pyt. A czy w czasie
pokojowym też miał jakieś prowokacyjne wystąpienia?
Odp. On odznaczał
się nadmiernym radykalizmem. Radykalizm bez podstaw - nie grał w to
co jest możliwe, tylko próba napuszczania na strajk, kiedy Krajówka
wyciszała pewne sprawy, bo było widać o co chodzi. Myśmy
byli dosyć zdyscyplinowanym Regionem. Nam się OZGraf wymknął
spod kontroli - to Symołon właśnie coś innego rozgrywał
forsując swoją osobowość.
Pyt. Ale ty
określiłeś go jako zdracjcę?
Odp. To stan wojenny, bo
wybacz - ludzie pozamykani są i on na tych pozamykanych ludzi pluje w
komunistycznej gazetce, która prawie jako jedyna spod komunistycznej cenzury ma
prawo wyjść, chodzi o „Gazetę Olsztyńską”, i on tam
wywiadu pewnie Zemanowiczowi - jak to zwykle - udziela na temat
właśnie tego bałaganu, łajdactwa i nie wiem co tam
było jeszcze na pierwszym piętrze. No więc, ja nie wiem,
innego określenia nie znajduję. Można mieć pretensje, ale
to nie był czas i miejsce do wyłuszczania takich rzeczy.
Pyt. Opowiedz o
Przewłockim i o strajku.
Odp. Przewłocki
był czasami wyśmiewany, że on jest strachliwszy czy co, a on
był rozsądny, był pragmatykiem.
Pyt. Ja Przewłockiego
pamiętam z okresu strajku w OZGrafie, bo było spotkanie w OZOS-ie.
Władze z Rubczewskim zamiast do OZGrafu, to w OZOS-ie zorganizowali
spotkanie. I właśnie Przewłocki powiedział, że oni
powinni do OZGrafu pójść, a nie tutaj - i skończyło
się na tym, że duża część robotników razem z
Przewłockim wyszła z tego spotkania. To było znamienne.
Pracowałem wtedy jeszcze w Rozgłośni PR i byłem tam jako
dziennikarz.
Odp. Przewłocki
miał mir, szacunek, jak najbardziej on był przywódcą. Mówię
o opiniach w Zarządzie Regionu. To w Regionie patrzono na niego jako
człowieka zachowawczego czy spłoszonego. Błędnie go
ocenili.
Ale to przeminęło, jak wprowadzono stan wojenny, to mnie dyżurni
wyciągnęli z OZOS-u, z domu, bo myśmy mieli dyżury, takie
większe zakłady mieli dyżury. Jak się zerwała
łączność z Zarządem Regionu, to oni podjechali
samochodem zobaczyli, że zaczęła się kotłowanina pod
Regionem koło północy. I ci nasi z OZOS-u ludzie, którzy w
dyżurze zakładowym byli informowali. Coś się wyprawia,
budzenie po nocy. W każdym razie jak przyjechałem do OZOS-u
zaalarmowawszy po drodze kilku ludzi naszych, to Zbyszek Przewłocki
był już w zakładzie.
Pyt. O której godzinie
byłeś?
Odp. Słuchaj, to chyba
dwugodzinna jazda była,, a więc chyba koło drugiej w nocy
byłem w zakładzie.
Pyt. To znaczy
przybyłeś z domu?
Odp. Z domu. Bo jak
mówię bęc, bęc o północy robotnicy z OZOS-u, którzy
powiedzieli, że rozpierdolili MKZ i trzeba wiać. A więc ja
się zebrałem, a byłem trochę na bani, bo takie
napięcie było czuć i sobie golnąłem koniaku idąc
spać, no i na tej bani niestety, jeździłem syrenką.
Pierwszy raz w życiu mi się zdarzyło i jedyny do tej pory, no i
usiłowałem w tym padającym śniegu, ludzi
wyłapywać, których znałem. Ale po 2 godzinach zajechałem do
OZOS-u i tam było chyba ponad dwadzieścia osób. Z zewnątrz to
była Langowska i Irena Włudyka Cincioł. Dokładnie to trudno
mi powiedzieć, która to była godzina. One przybyły dwie, ale
ozosiaków już sporo było z Komisji Zakładowej. Myśmy się
połapali, że oni nie tykają ludzi z OZOS-u. Musiał być
specyficzny sposób podejścia do tej grupy ozosowskiej. W jednym czasie z
internatu zostaliśmy zwolnieni, to też o czymś świadczy.
Pięciu nas było i pięciu w jednym czasie zostało
zwolnionych. Ale to są późniejsze dzieje.
A wtedy w OZOS-ie, to próba takiej debaty, takie szarpanie, próba
łączenia się z kimkolwiek. Próbowaliśmy linią
kolejową łączności, karetkami, bo oni mają
krótkofalówki i chcieliśmy do Gdańska, ale to się
przerywało, ktoś tam odmawiał, nie chciał
łączyć. Tak, że widzieliśmy co się tutaj wyprawia,
że pozabierano ludzi, ale jaki to ma wymiar, nie było wiadomo. Potem
przemówienie Jaruzela, coś nam wyjaśniał, gdyż
początkowo nie było wiadomo, czy to Ruscy, nic nie było wiadomo.
Pyt. W niedzielę OZOS
był pusty.
Odp. Pusto. Tam
strażnicy i kotłownia, bo muszą grzać miasto, ale w
zasadzie pusto. Myśmy pojawili się z soboty na niedzielę,
nadchodzi ranek - cicho, pusto. W sumie doszło nas wtedy około 30
osób, kręcili się w pokojach „Solidarności” i tylko dwie osoby
Grażyna i Irena, które jak sobie przypominam, były z zewntrz.
Mógł się jeszcze ktoś przewinąć, ale nie
pamiętam. Ktoś się pojawił z dyrekcji, ale z zasady z nami
nie rozmawiali. Tylko dyr. Oziębło naczelny, przyniósł nam
obwieszczenie o stanie wojennym, że powinniśmy to znać i
wiedzieć jakie skutki. Bardzo starał się być uprzejmy. I w
zasadzie było takie bezpłodne troszeczkę gadanie, siedzenie
przez całą niedzielę. Konkretnie ustaliliśmy, że
naszym obowiązkiem jest przynajmniej próba strajku protestacyjnego w
OZOS-ie, z tej chociażby przyczyny, że taka nas uchwała obowiązywała.
Nie mówiono wtedy o stanie wojennym, ale był taki kryzysowy moment i
jeżeli ten kryzys rząd będzie siłowo próbował
rozwiązać, to będzie strajk generalny. To co się
działo, ewidentnie się kwalifikowało, obowiązek więc
ciążył na nas, ale to wymagało ludzi, a więc trzeba
było czekać do poniedziałku. Zbliżał się wieczór,
zaobserwowaliśmy 4-5 milicjantów wyższego szczebla się
pojawiło, ale do nas nie zachodziło. Nyska przyjechała -
milicjanci co najmniej kapitańskie gwiazdki mający, poszli do
strażników przemysłowych i tam podobno pozabierali pistolety
wszystkie, do nyski zabrali i wynieśli się. I czas, cyka zegarek …
Pyt. Grażyna i
Włudyka były przez cały czas?
Odp. One były, chyba
rano się zjawiły. One zakasały rękawy, bo myślały
raczej o zewnętrznej sytuacji. Zaczęły klepać na maszynie
jakieś odezwy, chyba jakichś chłopaków znalazły, którzy tam
polecieli kleić na przystankach. One w OZOS-ie pisały, ale nie
pamiętam czy one na zmianę pisały, to było trochę na
uboczu, w mniejszym pokoiku się znajdowały.
Pyt. Czy milicja ich
zwinęła w zakładzie?
Odp. To musiało
być później. To było możliwe. Wystarczy trzech ludzi - jest
kabel. Była nas tam gromada, może ktoś wypaplał.
Zresztą nie trzeba było kabla, wystarczyło proste, durne paplanie.
Pyt. Oczywiście - to
jest tzw. donoszenie mimowoli.
Odp. Jakieś mętne
wrażenie mam, że byli jacyś ludzie. Przychodzili do nas, jak do
jakiegoś ośrodka, który jeszcze pozostał, aby
zasięgnąć informacji, ale szczegółów nie pamiętam.
Pyt. Ludzi przychodzących
przecież nikt nie legitymował?
Odp. Tu każdy mógł
wejść, żadnej obstawy nie było, niczego. No i taka
bezpłodna niedziela, to znaczy dla tych dziewczyn nie była
bezpłodna. Zbliżał się wieczór i coś żeśmy
czuli pismo nosem. Zaczęliśmy się niepokoić. Pierwszej nocy
byliśmy raczej spokojni, to teraz zaczęliśmy się
niepokoić. Przychodzi moment ciszy, spokoju, martwej nocy. Było nas w
sumie może 50 osób, ale nie więcej. Niepokoiliśmy się,
że ktoś może przyjechać i coś narobić. I taka
myśl przyszła, że my się rozpraszamy. Obiekt znaliśmy,
to nasza rodzinna firma i jakieś tam grupki po 6 osób
porozchodziliśmy się w różne miejsca, nie za bardzo
informując gdzie kto idzie - z grubsza jedynie. Poszedłem na
dział opon radialnych, w samym sercu OZOS-u - dosłownie. Niektórzy
wiedzieli gdzie kto jest, telefony wewnętrzne działały
wewnątrz OZOS-u, gdy coś si działo, O! ktoś tam idzie, to
telefon zaraz dzwonił i wiedzieliśmy, że coś się tam
dzieje. Dosyć bezpiecznie się czułem, bo jakby obstawiony innymi
placówkami dookoła i gdyby coś się działo, to
będę wiedział. Naszą intencją było czekanie do
rana. Niektórzy w tym czasie z nudów myśleli jakie przygotować
obwieszczenia. W pamięci została mi Ania Niszczak (Żurawek wówczas
- Niszczak obecnie), która tymi paluszkami z braku czegoś innego knota
ukręciła z papieru. maczała w tuszu - od stępli - zielonym
i tam coś bazgroliła po jakichś papierach, czy to na
formularzach wielkich z tylnej strony, czy też brystole skądś się
znalazły i tak prowizorycznie coś pisała „strajk protestacyjny”
- dokadnie nie pamiętam - ażeby gdy ludzie przyjdą na
szóstą, było przygotowane. Wiesz, nawet - już podczas mojej
nieobecności, bo też ciekawa rzecz - nastąpiło coś
takiego, że to było zwijane, było ukryte na parapetach okien i
przymocowane tak, że wystarczyło pchnąć, strącić
i to się rozwijało momentalnie. Tak, że na zewnątrz niby
OZOS nie był przygotowany, ale jak ludzie zaczęli przychodzić,
godz. 6, 7 to jeden rzut i rozwija się transparent - strajk. To było
przygotowane na te możliwości prowizoryczne, jakie były - nawet
farby nie było.
Dlaczego mówię, poza moją obecnością - bo dwóm z nas
przydarzyła się osobliwość, to znaczy Andrzejowi
Smolińskiemu i mnie. Na tym dziale radialnym w mistrzówce takiej.
Pyt. Ty byłeś ze
Smolińskim?
Odp. Ze Smolińskim
razem, tam jeszcze parę osób było: Ania Żurawek. Było
coś takiego, że chcieliśmy ze Zbyszkiem chwilę pogadać
i nie mogliśmy się zorientować, gdzie on jest. On gdzieś
tam miał być, ale pod telefonem nie mogliśmy go
złapać. Ania, ktoś jeszcze, parę osób wyszło
szukać go. Smoliński i ja zostaliśmy w tej mistrzówce opon
radialnych, no i brzdęk - drzwi się otwierają w pewnym momencie
i wchodzi taka ekipa jak trzeba. Rezydent bezpieki - bo taka duża fabryka,
a więc rezydentów miała, Leszek Dubieniecki na przykład, czy
jakiś inny, w tym momencie może jakiś inny był, ale
myśmy wiedzieli: to jest bezpieka.
Pyt. Ale waszym rezydentem
był Leszek Dubieniecki?
Odp. Był na pewnym
etapie Dubieniecki, a potem jeszcze jakiś inny nastał. Ja nie
pamiętam, ale twarz była znana, bo ja wiedziałem, że to
jest ten. No i jeszcze jacyś ludzie - tam mundurowych nie było - ale
było widać jaki typ ludzi, o co chodzi. I jeden z dyrektorów
technicznych - Wrzosek tam był. I chyba nikt poza tym, i: „Co tu panowie
robicie? Z naszej strony idiotyczne odpowiedzi były, gdyż
Smoliński, który był konfekcjonerem, czyli pracował na maszynach
przy których warto było parę godzin wcześniej przyjść
i przygotować sobie prefabrykaty. To potem więcej się
zarobiło, bo się wyprzedzało innych: bieżniki,
skrzydełka, jakieś inne historie. Można było wtedy
dużo zarobić. A więc ludzie przychodzili wcześniej, tylko
słuchaj: gdzie północ, a gdzie pocztek pracy. I on mówi: bo ja
przyszedłem prefabrykaty przygotować. Bzdura ewidentna - ale to mówi.
A ja mówiłem, że słyszałem jakąś dziwną
pogłoskę, że podobno jakieś aresztowania są w
Olsztynie, a więc się tutaj schowałem. Ale może to bzdura,
wiecie, ludzie często głupoty plotą i teraz chciałbym,
żebyście panowie rozwiali te wątpliwości - na co
żadnej odpowiedzi nie otrzymałem. Jeszcze Wrzoska zapytano
wskazując na mnie, czy jestem pracownikiem. Pytali gdzie Przewłocki,
no gdzieś jest, tego … Czy możecie się z nim kontaktować?
No, czasami tak. Oni mówią, że trzeba porozmawiać bo sytuacja
jest taka poważna. Zbyszek Przewłocki zadzwonił w tym momencie.
No więc ja tak na okrągło mówię, że tutaj są
ludzie, którzy chcieliby z przewodniczącym porozmawiać.
Pyt. To znaczy wy tak
mówicie?
Odp. Tak, do niego. Bo
któryś tam stał z tych milicjantów i podniósł
słuchawkę, tak pomedytował i przekazał nam. I ja
rozmawiałem ze Zbyszkiem, ale po tych słowach Zbyszek
zorientował się w czym rzecz, że nas tam mają. Ja mówi,
że oni chcieliby z tobą rozmawiać, czy chcesz z nimi rozmawiać?
No dobrze, porozmawiamy. A więc się pytam gości - no to gdzie?
No, to w sali KZ-u. Konferencyjna sala Komitetu Zakładowego w biurze
głównym. No to my tam będziemy. I nas dwóch tam zaprowadzili.
Czekaliśmy pół godziny, oczywiście Zbyszek nie przyszedł.
Pyt. Kto was
zaprowadził?
Odp. Cała ta ekipa, ci
milicjanci, dyrektor. Wzięli Smolińskiego i mnie i poszliy do tej
sali KZ-u. Czekaliśmy pół godziny i Zbyszek oczywiście nie
przyszedł, to o czym tu gadać. W takim razie ci milicjanci
powiedzieli, że nie ma tu na co czekać i zabrali nas do Komendy. Tak
że, też ciekawostka, ja widziałem tę Komendę od
środka, wiesz w tych dniach: burdel sakramencki, nie wiem jak te
sprężyny chodziły, ale burdel nieprzytomny. Zmieniali się
moi rozmówcy. Rozmawiali ze mną właściwie o niczym, nie wiem
czego oni chcieli ode mnie. Tak pytali: a co? zamiary? Ale właściwie
nikt nie drążył nie cisnął. Przejawem bałaganu
było to, że zostawałem sam czasami w tym pokoju. Zostaję
sam, za parę minut przychodzi facet z drugiego i mówi: kurwa,
zapomniałem pistoletu, i nie zamkniętą na kluczyk szufladę
wyciąga, zabiera pistolet i wychodzi. Tak więc siedziałem przy
tej szufladzie z pistoletem, z czego sobie nie zdawałem sprawy. Nie
byłem zresztą w nastroju aby tam grzebać akurat. Zresztą
również byliśmy z Andrzejem razem postawieni przed sprawą lojalki.
Nie mieliśmy tego luksusu, że ta sprawa była omówiona, co z tym
robić itd. Z tym, że to zupełnie prywatnie … (…). I takie
dość niemrawe rozmowy zupełnie o niczym. W pewnym momencie, jak
się potem dowiedziałem, Andrzeja krótko wcześniej wypuścili
do domu, czy zawieźli, tego nie pamiętam. I mnie zawieźli do
mego własnego domu z nakazem aresztu domowego. Osobliwa formuła,
kazali mi siedzieć w domu, nie wychodzić, ale … to samo w sobie
wydawało się idiotyzmem, ale wyraźnie związane z
następną rzeczą, mianowicie kilkanaście minut później
kierowca z OZOS-u pojawia się z biletem wizytowym Oziębły,
dyrektora ówczesnego, na którym to on pisze, że prosi mnie o przybycie do
zakładu, ponieważ jest bardzo poważna sytuacja. Jako ten
działacz związkowy jestem potrzebny do rozładowania
napięcia - tak to sformułowano. Andrzej Oziembło - podpis. Fajna
ta wizytówka, ona też odegrała swoją rolę. Wiadomo o co
chodzi. I jeszcze kierowca jakby swój człowiek troszeczkę. Może
nie do końca. Medytowałem co robić, bo przecież kazali mi
tu siedzieć, ale skoro mam taką wizytówkę, to ja zdawałem
sobie sprawę, że dyrektor OZOS-u to jest działacz gospodarczy
partii, to jest osoba która jest władzą. Taki dokument uwalniał
mnie od zobowiązań bezpieki. W jakiś sposób byłem kryty.
Wsiadłem, pojechałem.
Pyt. Starałeś
się być lojalny.
Odp. Ale krótko to
trwało. Jak się zorientowałem, to wszystko było
związane. Wyjście Andrzeja i moje i ten przyjazd - to wszystko
było w jednym układzie, to była jedna rzecz. Zawieźli mnie
do domu po to, aby mnie tamten samochód zabrał, żebym ja
pojechał do OZOS-u. To w sumie zwolniono mnie na wezwanie Oziembły.
No, pojechałem tam. Rzeczy dosyć znane mi - dyrektor
tłumaczył, że robotnicy nierozsądni, że istnieje
zagrożenie życia i żebym wpłynął na nich. On
mówił, a ja słuchałem.
Pyt. Myślał,
że jesteś kupiony …
Odp. On brał mnie na
rozsądek. Mówił, że ja tych oszołomionych robotników
opanuję itd. W każdym bądź razie poszliśmy do tego
komitetu strajkowego. Ciekawostka, do tego samego miejsca, skąd mnie
zabrano, do mistrzówki radialnej. Taką typową rzeczą dla
„Solidarności” było, mimo iż istniało zagrożenie, to
ten dyrektor mógł tam wejść, pogadać jeden z drugim - nikt
go nie chciał bić - wszystko spokojnie było. Dyrektor
oczekiwał, że ja będę tam do kogoś przemawiał,
ale nie widziałem powodów, przede wszystkim byłem działaczem
regionalnym (przecież byłem we władzach regionalnych), a w tej
chwili nie mam co gadać, jest komisja zakładowa, jest
Przewłocki, to co ja będę ludziom tłumaczył. Dyrektor
czekał, żebym coś mówił, ale ja nic nie mówiłem, to on
się kręcił, kręcił i poszedł. W każdym razie
to jest osobliwa rzecz, że w jakiś sposób znalazłem się na
strajku. Byłem przedtem tak i tak na nim, ale teraz zostałem
zaproszony przez dyrektora na strajk, pisemnie.
Pyt. Ile osób było
wtedy na strajku?
Odp. Jak się
pojawiłem, to była gdzieś ósma czy dziewiąta. Koledzy
pytali mnie od kiedy cię wypuścili, a ja im mówię, że w
sumie przed pół godziną. A, bo oni mówili, że ty i
Smoliński dawno żeście wyszli. Co się okazało, jak już
ten strajk się rozpoczął? Dało skutek to wywieszanie,
istotny skutek to dało, sporo osób się zgromadziło. Na kolanie
postulaty (wogóle nie wiedząc, co się dzieje) tworzono - hasła
tego typu: uwolnić działaczy związkowych, a imiennie podano dwa.
Tylko tych znali w tym momencie: Smolińskiego i Rondomańskiego. Bo
nas stąd zabrali na ich oczach. I to mogło stworzyć takie
wrażenie, że być może dać tych dwóch, to sprawa
się w OZOS-ie uspokoi. Tak to chyba musiało być. Nie wiedzieli
jeszcze kogo z Prezydium Związku wzięli, a kogo nie wzięli. O
nas wiedziano na pewno, a o innych informacje były mniej pewne. Tylko o to
chodziło, o niewiedzę, a nie było tak, że o siebie dbamy, a
reszt olewamy - nie byo tak. Taka moja osobliwa przygoda życiowa, że
chyba nieliczne w Polsce osoby zostały wyciągnięte z pierdla
przez protest robotniczy. Między innymi ja miałem tę
przyjemność.
Nasze przybycie oczywiście niczego nie zmieniło w strajku i
zaczęła się taka faza jakby pewnego rodzaju nacisku, stopniowo
tam nadciągała milicja, takie czy inne ROMO, ZOMO, różne
formacje z przyłbicami i wojsko nadciągnęło. Myśmy o
tym wiedzieli, bo tam z dachu obserwowano i z innych punktów. Była
bijatyka przed OZOS-em, bo tam ludzie się pobudzili i zaczęli
się awanturować, wykrzykiwać. I co osobliwe, że jeżeli
ktoś w skórę dostał w OZOS-ie, to paru młodych ludzi, czy
ktoś tam jeszcze, którzy wpadli pod pałę tej obstawy
dookoła OZOS-u. Tam dali manto. Wewnątrz nikt nie dostał - nawet
muśnięty nie został. Naciski były, kolejne
ostrzeżenia, jakieś tam wizyty prokuratorów wojskowych, którzy z
naszego megafonu nam tłumaczyli, tuby mieli, pomiędzy nami byli,
jakiś major, taki wojskowy prokurator.
Pyt. Wy byliście w
zakładzie. Czy oni z terenu zakładu to mówili?
Odp. Tak. Pomiędzy nami
byli.
Pyt. A wic nie było
takiego komitetu strajkowego, który by orzekł, że nie wpuszczamy
nikogo z zewnątrz. A czy była jakaś kontrola?
Odp. Myśmy starali
się obserwować, kto wchodzi, kto wychodzi - co się dzieje.
Między innymi ta trójka, która tworzyła autonomiczny związek, to
była na indeksie - Idzie ten i tamten, o, uważajcie! Jeżeli
ktoś szedł, to nie było tak, że on wtapiał się w
tłum, on był obserwowany. Ale nie było obstawy, zakazu że
nie wolno - takiego czegoś nie było.
Pyt. Czy w tym momencie
mieliście jakiś plan strajku, bo na pewno liczyliście się,
że może dojść do konfrontacji.
Odp. Ja ku temu
dążę. Więc były różne naciski, straszenie
dekretem itd. Te Matki Polki tam wzywane, apel do synów, dosłownie
kilkadziesiąt różnych fal takiego nacisku. I właśnie to
stworzyło nam plan, chyba jedyny do zaakceptowania w tej sytuacji. Wiemy,
że tu niczego nie wygramy, ale nie możemy ulec żadnym
prośbom, groźbom, naciskom. My musimy być stąd
usunięci siłą. To było naszym planem.
Pyt. Taka była
determinacja?
Odp. Tak, to jedno, że
nas stąd muszą usunąć siłą.
Pyt. A więc nie wy
sami, ale siła z zewnątrz?
Odp. Tak. Kiedy, jak to nie
wiadomo, ale jedno, że oni mogą prosić, mogą grozić -
my stąd nie pójdziemy. To musi się odbyć siłą. To
był jedyny plan w zasadzie. Bo czas należał i tak do
przeciwnika. I nasze przygotowanie polegało tylko na tym, że jest
taki mur, który dzielił OZOS na część radialną od
starej części i takie bramy w tym wewnętzrnym murze są, to
taką bramę żeśmy zablokowali jakimiś
ciężkimi wózkami przemysłowymi, które tam do przewozu
części są. Tam gromadzili sią. Tam gromadzili się
policaje, to żeśmy zablokowali. Z drugiej strony byliśmy ogólnie
dostępni, można było podejść. Ale te wózki
ustawiliśmy dookoła ograniczając te pole na którym
jesteśmy. Pozornie wydawało się, że jak gdyby mniej osób
się robiło.
Pyt. Czyli władze
chciały żebyście opuścili OZOS?
Odp. Tak, żeby to
zgromadzenie rozeszło się, zaniechało strajku. Długo
próbowali do tego doprowadzić.
Pyt. Ile osób było
wówczas na terenie zakładu - robotników?
Odp. Dochodziło do
250-300 osób, ale to zmieniało się. Ludzie wychodzili i wracali. Poza
tym byliśmy ośmiornicą, która miała swe macki, w
kanałach, na dachach itd. Ten zbiornik centralny, to był tylko
częścią tego wszystkiego co było. Był później
nawet do policzenia i tutaj się trochę sprzeczam ze Zbyszkiem
Przewłockim. Uważam, że mam tutaj rację.
A więc, tak po kolei nadchodzą te fale nacisku, ale godzina 21 i
widać, że są już konkrety. Idzie ZOMO - tarcze,
błyskotki, z daleka między maszynami oni idą. W sumie nastawiliśmy
się na pałowanie. Pamitam, czapę futrzaną
naciągnąłem. Wogóle taka ciekawostka, dyrektor miał
rację, że umysłowy ma trochę większą
fantazję i nic w domu nie jadłem. Z książek wojennych itd.
lepiej w żołądku nic nie mieć. bo to nie wiadomo czy o
pałę chodzi, czy coś innego. Ale nikomu nic nie mówiłem o
tych swoich przemyśleniach. Nie jadłem w każdym razie. A
więc idą, idą. W każdym razie było widać, że
prawdopodobnie musieli wiedzieć o naszej decyzji, musieli, wiesz, musieli.
Pyt. Czy to był komitet
strajkowy? Czy to było jakieś zebranie załogi?
Odp. Można
powiedzieć, że tak. To się zmieniało w samej mistrzówce
opon radialnych. Kto tam wlazł to, nikt nie pytał, że ten nie
naley, nie był wybrany do prezydium. Kto tam wlazł, aktywny był,
ale głównie postawa Zbyszka Przewłockiego osobiście
przeważała, bo z nas wielu zastanawiało się nad
odpowiedzialnością za los tych ludzi, a on to jasno, krystalicznie
widział, że to jedno musimy spełnić, niezależnie od
ryzyka naszego osobistego, być może ludzi też narazimy, ale z
tego musimy się wywiązać. Tu był konsekwentny. Nie
chciał być demokratą tylko. Demokracja była, bo taka
uchwała została podjęta, że musi się odbyć
strajk. Teraz w głosowaniu mogłoby wyjść, że my
się rozchodzimy, że nie ma sensu - to jednak my nie pytajmy ludzi
demokratycznie, ale wręcz przeciwnie, w tej chwili kształtujemy
opinię tych ludzi, że tak to musi być. Tego się
trzymał, czyli rzeczywicie takim odpowiedzialnym, pełnym szacunku
człowiekiem się okazał, wbrew róznym wariatom, którzy pouciekali
na wszystkie strony.
Pyt. A czy były
jakieś wówczas osoby z zewnątrz?
Odp. Nie, nie, nie.
Grażyna i Irena - one wyszły z zakładu. Ja tego momentu nie
pamiętam, ale jeszcze przed tą nocą, gdzie myśmy się
rozproszyli. One nie były tam między nami. Myśmy byli
upieprzeni, Zbyszek w spychaczu siedział, który wyrównuje popiół, w
zimie - noc była wredna wówczas, a on w spychaczu siedział.
Później się o tym dowiedziałem, bo wówczas nie mogliśmy go
znaleźć. Wtedy gdy ta milicja przyszła, on w spychaczu
siedział, na pewno jeszcze gdzie indziej, ale upaprany był wówczas
jak świńtuch.
Pyt. A dlaczego takie
miejsce sobie wybrał?
Odp. No, różne
pomysły mieli ludzie. No ale jesteśmy przy tym ZOMO i było
widać, jak gdyby dokadnie byli poinstruowani o naszym działaniu, po
prostu mieli te pały, ale żaden z nich nie użył.
Ponieważ jak gdyby wiedzieli, że my mamy być usunięci
siłą, więc możliwie najłagodniejsza formuła
została zastosowana, a mianowicie oni rozepchali te wózki, które
blokowały przejścia i stamtąd też wyszli milicjanci i
połączyły się te siły ni i zaczęli na nas
napierać tarczami. I pchali nas tak jak masę. Ich też było
sporo i przepchali. Zbyszek zadbał o to już uprzednio, żeby do
minimum spowodować ryzyko starcia krwawego. Jest grupa zawodowa, która ma
cały czas przy sobie noże. Ci co na walcowni pracują, to jest
technologiczny nóż, pochwa tu jest skórzana i on służy do
cięcia gumy na takich walcach - to do obróbki. Kazał jednemu to
zebrać w jakieś tam worki i do szatni zanieść. Jak
mieliśmy butelki z wodą mineralną, to wózki z wodą
mineralną - jak ZOMO się pojawiło - kazał
odepchnąć w dal, żeby nie sięgnąć po butelkę
- to wszystko było przemyślane. To zresztą
posłużyło, że on został później ukarany,
udowodniono, że te jego działania świadczyły o jego
wpływie i autorytecie i de facto - przywództwo. To, że on
ograniczał ryzyko starcia krwawego, zostało wykorzystane przeciwko
niemu.
No i w sumie nas tam z tego miejsca przepchali rzeczywiście. Za tą
bramą się okazało już, z milicjantów był utworzony
taki szpaler, który prowadził takimi drogami technologicznymi do
wyjścia z hali. No i tak szliśmy. Jeszcze była taka
niepewność, bo napotkaliśmy w pewnym momencie na bramę z
hali (nie z zakładu), zamknięta hala, a więc co za nią, czy
jakieś samochody czy co, ale nie - dalej był szpaler
żołnierzy biedaków zziębniętych na śmierć
żołnierzyków, którzy stali szpalerem przy bramie zakładu. Przez
bramę żeśmy wyszli i każdy szedł gdzie chciał (to
było zdumiewające). Nikogo nigdzie nie zatrzymali, a myśmy szli ze
szturmówką, która nam cały czas królowała podczas strajku -
biało-czerwona flaga, która nie wiadomo gdzie się teraz
zagubiła. Z tą szturmówką żeśmy szli, nie zabierali
nam jej. Później nawet długo jej szukałem, gdyż
uważałem ją za sztandar „Solidarności”.
Pyt. Ktoś mi
opowiadał, że niektórych robotników zaraz za bramą milicja
zwinęła.
Odp. Nie! Właśnie
nie. Zygmunta Borkowskiego zwinęli koło domu, jak tam doszedł,
ale przy bramie nie. W następnych dniach taki osobliwy układ
był, jak gdyby tam medytacje, co z nami robić. I potem zaczęli
zbierać. Zbyszka Przewłockiego przy OZOS-ie, ale jak do pracy
szedł, gdyż my zaczęliśmy uczęszczać do pracy.
Tego samego dnia, czy następnego, mnie w domu z kolei zwinęli i
wogóle wszystkich ozosiaków, ktorych tam w planie mieli pozwijać,
pozwijali.
Pyt. Kto był
internowany z OZOS-u?
Odp. Zbyszek
Przewłocki, Zygmunt Borkowski (chyba był dyspozytorem zakładu)
Michał Powroźny (ówczesny szef regionu, podczas strajku był w
Gdańsku) i dwóch ludzi jeszcze było: Popielarz i jeszcze kierowcy z
OZOS-u, wogóle nie zaplątani w aktywną działalność
związkową. Przypadek chyba jakiejś zemsty własnego
kierownika, który był powiązany ze służbami specjalnymi,
albo przynajmniej mający posłuch. Dwóch kierowców z transportu
samochodowego z OZOS-u, bo myśmy w więzieniu ich poznali.
Pyt. Ale należeli do
„Solidarności”?
Odp. Należeć,
należeli, ale działaczami nie byli.
Pyt. A jacy się
okazali?
Odp. Bez
zastrzeżeń. Byli oszołomieni przebiegiem wydarzeń, tak jak
my.
Pyt. Ania Żurawek, to
była więziona?
Odp. Tak więziona.
Jeszcze w dołku na Komendzie Wojewódzkiej siedziałem z Romaniukiem
Włodkiem, który poszedł do więzienia, a ja z tej samej celi na
internat. Romaniuk należał do „bandy czworga”, gdyż cztery osoby
zostały uwięzione: Przewłocki, Józek Kociuba, Romaniuk i Ania
Żurawek-Niszczak. Żurawek wyszła za mąż w kiciu.
To moje zaproszenie do OZOS-u na strajk mogło zadecydować, że ja
znalazłem się w internacie. Bo zastanawiałem się dlaczego
Romaniuk tu, a ja tam, mogło być przecież odwrotnie. Józek Kociuba,
to jest robotnik na ciężkim wydziale - walcowni; Włodek
Romaniuk, to był na radialnych mistrzem; Zbyszek Przewłocki -
był technologiem; Michał Powroźny - to główny specjalista.
Jak nas prowadzili, to jak to ja, umysłowy, myślałem, że
może im przyjść do głowy fantazja i rkm mogą
postawić, żeby skończyć z całym tym bałaganem.
Robotnicy zapewne myśleli inaczej - Ty, co na robotnika rękę
podnosisz?
Pyt. A więc robotnicy
byli zdeterminowani? Wiedzieli, że muszą wytrwać.
Odp. Tak. Ale chcę
jeszcze podać liczbę tych ludzi, którzy byli. Moment kiedy
szliśmy tym szpalerem, pomiędzy bramą z hali, a bramą w
OZOS-ie. Uświadomiłem sobie, że powinienem zobaczyć, ile
jest ludzi. Szedłem blisko początku tego pochodu. Stwierdziłem,
że jak my idziemy między tymi żołnierzami, to de facto
idziemy czwórkami. No, czasami trzy, czasami pięć osób, może
zależy jakiej tuszy. Popatrzyłem do tyłu i naliczyłem 25
takich czwórek i szacowałem optycznie tę setkę w ten sposób. Ja
widziałem jaka długość tego ogona stanowi setkę i
tę setkę próbowałem odłożyć na tłumie „pi
razy oko”. Mogłem się mylić, może pięć razy,
może sześć, ale to nie było 300. A ja wtedy próbowałem
oszacować i wg mnie 500-600 osób musiało wychodzić w tym
momencie. Pojawili się z różnych dziur, zakamarków.
Pyt. Przewłocki, jak go
zwinęli, to od razu był uwięziony?
Odp. Nie, nie. Ten moment
był taki, że nie wiadomo kto, gdzie. Prawdopodobnie wszyscy razem
byliśmy w tym „dołku”. Bo ja tam też spędziłem, nie
wiem 24 czy 48 godzin, na Komendzie na dole. Tam musiała być Ania
gdzieś, tam był Przewłocki, ja z Romaniukiem w jednym pokoiku, z
krymianalnymi różnymi tam siedziałem.
Pyt. A którego dnia?
Odp. W sumie się
odbywało gdzieś 3-4 dnia po zakończeniu strajku. Tak to mniej
więcej musiało się dziać. Był taki okres, że
myśmy byli w OZOS-ie, Zbyszek przychodził do pracy, ja przychodziłem.
Spotykaliśmy się, żeśmy rozmawiali. Chyba w tym czasie
decyzje zapadały, co dalej z tymi ludźmi robić. I później
pach, pach, popudłowali prawie jednego dnia, w róznych miejscach: Zbyszka
pod OZOS-em, mnie w domu. Nie, przepraszam, to jeszcze inaczej było. Mnie
jeden z dyrektorów zabrał przepustkę i powiedział: Niech pan
będzie w domu i na wezwanie przyjdzie do pracy. Czekałem na wezwanie
i doczekałem się gliny. Zgarnęli.
Pyt. Co możesz powiedzieć
o więzionych z OZOS-u?
Odp. Włodek Romaniuk
uczył się grypsery. Od razu jak byliśmy w „dołku”, to z
tymi więźniami uczył się. To się przyda,
powiedział.
Pyt. Czy w stanie wojennym
były jeszcze jakie osoby aresztowane z OZOS-u, w wyniku jakiej[AP1]ś akcji? Czy strajk
był jedynym i ostatnim akordem?
Odp. Przynajmniej nie
było uwięzienia ani internowania powtórnego. Mieli specyficzne
podejście do OZOS-u, jak mówiłem, jednego dnia praktycznie wszyscy
zapudłowani. To znaczy czwórkę („bandę czworga”) do więzienia,
a resztę do internatu. Potem zaś z internatu, w zasadzie niemal
jednego dnia. Tylko Borkowski nieco później, a pozostali w zasadzie w
jednym terminie. Wszystkich nas przyjęto do pracy z powrotem.
Łącznie z szefem Regionu - Michałem Powroźnym. Mówię o
internowanych. Nie mówię o „bandzie czworga”.
Pyt. Przewłocki za
miał bardzo duże kłopoty.
Odp. Ja kiedyś
miałem obiekcje, teraz już mniej, że ktoś tam
wyjechał, ale do niego jednego nie. Bo wiedziałem, że on nie
mógł się się zaczepić zawodowo nigdzie praktycznie.
Bezpieka szła w ślad za nim. Namawiali rzemieślnika czy kogo,
aby go nie zatrudniał. Odwiedził kupę ludzi, a bardzo ambitny
był. W jego rodzinie mężczyzna - kobieta to tradycyjny
układ. Mężczyzna, to musi zarabiać - ambicja męska i
on nie mógł zarobić na rodzinę - straszne.
Pyt. Kiedy on
wyemigrował?
Odp. 1985? - dokładnie
ci nie powiem.
Pyt. Ponadto miał
jeszcze kalekie dzieci, to tym bardziej dramatyczną czyniło jego
sytuację.
Odp. Tak. Jakieś wady
wrodzone.
Pyt. Opowiedz o pobycie w
internacie. Zabrali cię z domu do „dołka”?
Odp. Tak, do „dołka”.
Tam jakieś smętne gadanie, z którego nic nie pamiętam. I
też nie wiedziałem, gdzie ja trafię. Czy do więzienia, czy
do internatu. To było tak ciekawie, że spotkałem się z
Michałem Powroźnym (wiedziałem, że on w tym „kiciu” jest, w
tym areszcie) w pokoju gdzie jemu kajdanki zakładali i mnie
założyli. Potem pojechaliśmy do internatu we dwóch jak szlachta,
nasi koledzy wielkimi blaszanymi pudłami jeździli, a my czarną wołgą
z trzema bezpieczniakami , kierowca i dwóch bezpieczniaków. Jakoś
honorowo, tylko że kajdanki - myśleliśmy, że to chwilowa …
(?)
Powroźny miał propozycję od Rubczewskiego, takiego
rozwiązania, jakie w kilku Regionach podpisali, takie wezwanie o spokój.
On dostał coś takiego, albo internat, albo żeby podpisał petycję
o spokój. Rubczewski mu to dał. On się jednak nie zdecydował -
wybrał internat i go miał.
Pyt. Czyli on nie
podpisał?
Odp. Nie, tylko chyba w
dwóch Regionach podpisali.
Pyt. Trafiłeś do Iławy.
Z kim byłeś w celi?
Odp. Dziwna sytuacja. W
trójosobowej celi z Waldkiem Niczyporowiczem i z matematykiem z WSP, który
się afiszował swoją żydowskością - Rusiecki.
Osobliwość polegała na tym, że o ile nasi koledzy na
spacerniaku po 30 osób wychodzili, to naszą celę na osobny
spacerniczek. Rusieckiego, Niczyporowicza i mnie. I my zastanawialiśmy
się: kto tam chodzi, jacy jeszcze nasi są? Tak z miesiąc
było, a potem to już kilku było. Później nastąpiło
poluzowanie, jakiś okres otwartych cel, tak że tylko oddział
był zamknięty, po oddziale się chodziło. W
międzyczasie żeśmy dorabiali sobie klucze, radiostację
swoją mieliśmy, radiowęzeł, poligrafia …
Pyt. Czy możesz
coś powiedzieć na temat poligrafii?
Odp. Poligrafia - było
kilka ośrodków. Jeden to wiem, że była technologia
nakłuwania folii, torby foliowej igiełką i tworzenia takiej
matrycy, przecierania watką spirytusu od golenia, a na to brany zamiast
farby - tusz z długipisów, z wkładów i to było przecierane.
Elegancko, kolorowo. tak umiejętnie było kładzione kilka matryc
- jedna po drugiej kolory - tak żeśmy to lepiej robili niż
„Rezonans” w pierwszym powojennym wydaniu. Ale było kilka
niezależnych takich kierunków - ośrodków druku, tak że oni
szukali u nas w kipiszach jakichś urządzeń, a my w majtkach mieliy
całe urządzenie. Jeśli chodzi o radiowęzeł to
byłem w jakimś sensie współtwórcą, bo Rusiecki był
głównym. Ja mu projekt poddałem i wykończyłem mikrofon i
dałem konstrukcję prostownika. Mikrofon to proszek drapany z
ołówka, a membrana to aluminium z serków - wydłubane w klocku
wgłębienie i tamten proszek węglowy, tak jak w mikrofonach
telefonicznych - to jest węglowych. Ściskanie proszku, tego
węglowego, powoduje zmianę przewodności, jak do niego mówisz to
daje efekt, a prostownik to elektrolityczny, tak że ten proszek do
pieczenia dostarczany przez więźniów kryminalnych. Trochę blachy
aluminiowej, to + łyżeczki i ołowiu, trzeba rozplaskać
ołów - ułożyć elektrody w roztworze proszku do pieczenia,
ołów i aluminium - to jest prostownik. Wiele szczegółów z tego nie
wiem, bo nas rozłączyli. Ja później byłem gdzie indziej,
ale dawało radę. Problem polegał na tym, że gdzieś ta
łącznica była, ta rozgłośnia oficjalna i (…), która
łączyła ze wzmacniaczem i
że niezależnie sekcje więzienia poszczególne były
włączane. Od przypadku trochę zależało, które sekcje
były włączane. Bo oni mogli ostatnie przemówienie nie mieć
do kryminalistów, do Solidarności, albo ogólne komunikaty i od tego
położenie tych wyłączników zależało. Od
komunikacji, którą naczelnik uprawiał. Ale ich wyjście do nas
było wejściem. Mając wyprostowany prąd, mając
mikrofon, mając bazę (szczegóły znał Alek Rusiecki)
mógł mówić - tylko pytanie jak daleko sięgało. Jak że
ta sekcja, którą on nadawał, na ile była połączona
przez centralę z innymi. Więc najpierw bywała próba. On tak
przesuwał gdzieś tam 23 - 24: „Na cześć „Solidarności
…” wołał i było oczekiwanie na to „Hip, hip, hurrra …” jak tam
odezwało się parę cel, to znaczy, że propagacji nie ma. To
znaczy, że te połączenia są takie.
Pyt. Czy był czasami
większy oddźwięk?
Odp. Był. Czasami taki
ryk, jak licho. „Hurrrra!”. On już wtedy wiedział, że
połączenia są dobre, korzystne i dawaj: Wolna Europa, strajki,
tam różne … Nam zabierali. My robiliśmy nasłuchy i obowiązkowo
wywiady z rodzinami. ROGAL, REGION, to się nazywało, pierwsze litery
oznaczały słowa tematów, z których trzeba było rodzinę
przepytywać. Każdy miał zdobywać informacje od rodziny o
świecie na zewnątrz i potem to było zbierane. I robiony był
biuletyn. Z tych wywiadów z rodzinami, tworzyła się
całość. Z tego było powielanie to prymitywne, albo radiowęzeł.
I to było nadawane.
Takie były historie, jak się połapali ci z nadzoru, to robili
mostkowania, gdyż przestawało propagować. Myśmy się
domyślili o co chodzi, to znaczyło, że na tych wyłącznikach
mostkowali drutem, blokowali, jak wychodzili z radiowęzła i
opuszczali więzienie. To prąd ZZO, albo wytrzyma sieć, albo nie
wytrzyma, ale początkowo się udawało, przepalało im ten
mostek. Tam musiało buchnąć ogniem, przepaliło, uwolnione i
można było znowu nadawać. Tak, że to były osobliwe
rzeczy.
Wiem, że u nas spawano, korzystając z tego prostownika. Wystarczy
opalić ołówki, dwa grafity i dobry rzemieślnik może
spawać.: klucze robiliśmy luksusowe ze skrzydełkiem spawanym.
Nie byle jakie tam jakieś wytrychy. Połowa z nas miała wytrychy
do cel. Ty wiesz jak to się robi, jak masz drzwi bez klamki, żeby
nikt nie mógł wejść? Nic nie masz, a możesz zrobić,
że nikt nie wejdzie. Tam są zasuwy na zewnątrz, a tutaj jak
weźmiesz drewniane kliny, gdzieś koło futryny wbijasz te kliny i
co się dzieje? To ze straszliwą siłą tam napiera. Z
taką siłą, że tamtej zasuwy nie wyciągniesz. Tak
potworna siła, że nie dasz rady. Więc demontowano zasuwy, aby się
do celi dostać, a tu w ostatnim momencie zabierano kliny i nic nie ma. No,
zacięło się panowie, technika do dupy. Tak, że mieli z nami
sto pociech. Jak podsłuchiwali, bo byliśmy na wysokim parterze na
początku. Słychać szelest - skórkowy siedzi i podsłuchuje.
Wtedy prąd do kubeczka, troszeczkę soli z wodą i tak przez
okienko: O, kurwa! Trzaśnięcie w łeb prądu po lejącej
się strudze słonej wody. Nie mógł połapać się,
jakim to cudem. Mieli sto pociech, bo mieli do czynienia, tak: z inteligentami,
z robotnikami kwalifikowanymi, ślusarzami, drukarzami (z Gdańska
mieliśmy 4 drukarzy). Oni dotąd mieli do czynienia z kryminałem
prymitywnym, a z kwiatem inteligencji i robotniczego fachu - tego to nie mieli,
doświadczenie tego rodzaju. Więc myśmy nieźle dali im
popalić.
Pyt. Jak ludzie znosili to
odosobnienie?
Odp. W zasadzie dobrze, w
zasadzie. To znaczy niektórzy trochę młodzi ulegali, to znaczy Brycki
zaczął pić jakiś czaj i Waldek Niczyperowicz …
Pyt. Ale to nie było
szpanowanie?
Odp. Trudno powiedzieć,
na ile go tam brało. Ale Waldek go wziął pod flek - bo on
się bał Waldka - Brycki. W zasadzie to dosyć dobrze, były
takie momenty. Sam to odczuwałem. Ale w ogóle to odczuwaliśmy
satysfakcję, że jesteśmy na skrawku wolnej Polski: że tu
wolno wszystko mówić, że nie boimy się nawzajem, a byliśmy
świadomi, że tam się ludzie boją, tam jest pustka, a tu
jeszcze.
Pyt. A więc
wolność w więzieniu?
Odp. Tak, tak. Tylko te mury
powodowały ból głowy. Długotrwałe siedzenie w
więzieniu. I takie momenty miałem, takie miotanie się jak w
klatce. Mało spacerów było w sumie.
Pyt. Kiedy cię
wypuścili?
Odp. Kwiecień chyba,
połowa kwietnia, coś takiego. Tak jak cały OZOS, mniej
więcej w tym czasie. Teraz wspominam, że daj Boże, żeby
każde pokolenie Polaków tak lekko miało.
Pyt. Interesuje mnie okres
stanu wojennego na wolności.
Odp. Tu ci wiele nie powiem,
bo ja się od tego odciąłem specjalnie. To znaczy nie
pchałem się do tego w sposób jak gdyby zamierzony.
Zakładałem, że to będzie się ciągnęło i
narażanie się na szwank. Z tego co wiedziałem, prywatne kontakty
to miałem, to nie była działalność, ale podtrzymywanie
kontaktów. Chodziło o przyszłość. Zorientowałem
się, że to jest działalność, która polega na mówieniu,
że się ją uprawia. W zasadzie to mi się podobały te
zmieniające się ekipy wydające „Rezanonas” - to się
liczyło rzeczywiście realnie. Ale poza tym w zasadzie nic wicej.
Pyt. Czy wiesz coś
więcej o „Rezonansie”? Te zmieniające się ekipy?
Odp. Nie byłem w tym
zorientowany. Sam nawet w pewnym momencie byłem blisko, ale sam
właściwie odwróciłem głowę, nie chciałem
wiedzieć. Uważałem, że na tym rzecz polega, że albo
się w tym siedzi, albo nie trzeba wiedzieć.
Pyt. A więc bliżej
nie orientujesz się w tej sprawie?
Odp. Nie, nie. Ja
miałem takie historie, że w pewnym momencie Waldek miał
jakiś kontakt. Ja podwoziłem Szymka, faceta ze Śląska -
Luty się nazywał. Nie wiem czy pseudo, czy prawdziwe nazwisko. Ja go
wiozłem na Dajtki, ponieważ on miał tam jakiś kontakt i nie
było wyjścia i mnie musieli powiedzieć, że ja mam go tam
zawieść i byłem prawdopodobnie w mieszkaniu, które w tym
układzie chyba chyba jakimś takim było obsługowym tego
wszystkiego. Ale dosłownie prawie zamykałem oczy. Wiedziałem,
że mogę wychlapać czy coś takiego. Skoro ja w to nie
wchodzę, to najlepiej nie wiedzieć. Całkiem świadomie
chciałem nie wiedzieć. Jakieś takie opłatki …
Pyt. Mnie interesuje ten
okres tych kilku spotkań już w roku 1988 - Tymczasowego Zarządu.
Odp. O, to ja
współuczestniczyłem w tym. A jeszcze wcześniej opłatki
były. Towarzyskie spotkania. To też było widać, że nie
jesteśmy wspólnotą. Były różne koncepcje, czy
podjąć konkretną działalność, czy udawać,
że się coś robi. Nie było koncepcji na poważne
działanie. Bober mówił, że mógłby się konkretną
działalnością zająć, 2-3 lata działania, a potem
w pierdlu, bo innego nie było wyjścia, to było nie do
uniknięcia. Ale w sumie nie znalazł chętnych, jak się
zorientowałem i to między innymi chyba powodowało, że
machnął ręką, zraził się do tego, że w
zasadzie nie ma współpracowników do ostrej działalności. Nie
było, faktycznie. Ja też się tego nie podejmowałem.
Uważałem, że będę narażał. Znane twarze, to
nie. Albo środowisko niepodległościowe „Solidarność”
wyłania nowe ekipy, tak jak to się działo z „Rezonansem” -
rzeczywiście nieznani szerzej ludzie to produkowali, i to ma sens. A
jeżeli się będzie przyklejać ludzi znanych, to tylko
służy do wprowadzenia obawy … No, nie czarujmy się. Nie
pchałem się. Tym bardziej, że to był okres takiego
wzajemnego oskarżania się. Był ingres biskupa Piszcza, to
spotkałem się w gronie takim, to komuś dupę obrabiali: O,
to bezpieka … Ja jak tak popytałem, nas parenaście osób było,
uświadomiłem sobie i to im powiedziałem: Wiecie co, w różnych
grupach takich przypadkowo spotykających się, o każdym z was to
słyszałem. I zakładałem, że o mnie także.
Kwestia przypadku o kim nie. Potem się tam mówi … I w sumie
stwierdziłem, że im mniej będę się wpierzał w
jakieś sprawy, tym mniej będę podpadający. Bo jak ktoś
jest znany i chodzi tu i chodzi tam, to jakieś wpadki są, one są
nieuchronne. A inaczej ktoś oczyszcza sam siebie, bo się nie pcha, bo
gdyby był na takich czy innych usługach, to jego wolą
byłoby się pchać.
Pyt. Czyli, najlepiej nie
działać?
Odp. Ja ci powiem, to nie
tak. Oczekiwałem działania i bardzo sobie do tej pory cenię
tę podejmowaną rękawicę. Z całym szacunkiem
chciałbym tym nieznanym ludziom oddać honor i szacunek za
kontynuację tego tytułu. Chociaż mi się on nie podoba -
„Rezonans” - głupi tytuł - ale ten upór, ciągłość
numeracji przy zerwaniu ciągłości ekipy, że jedna drugiej
nie znała. Tymczasem jak to znikło, pogłoski poszły,
że kogoś zwinięto - znajdowali się ludzie, którzy napisali
„Rezonans” na kartce, kolejny numer nadawali i to szło dalej.
Przecież w sumie, jak się orientowałem, że to chyba cztery,
czy pięć ekip było i z najwyższym podziwem na to
patrzę. I uważam to za bardzo wartościowe - tę
działalność. A to, że ktoś tam się TZR-em
nazywał, coś tam słyszałem, że Gierczak czy inni.
Siedli i pieprzyli w bambus …
Pyt. W którymś
„Rezonansie” padło nazwisko Broński. Podejrzewam, że to
pseudonim?
Odp. Spotykałem
się czasami z tym szefem Regionu, naszym byłym pracownikiem, Wojtkiem
Niepokulczyckim. Czasami się spotykałem. Wiedziałem, że on
jest szefem Regionu, ale wiedział, że ja się nie
włączam w nic. Wszyscy wiedzieli, kurde, i na niego polowali …
Pyt. Czyli w stanie wojennym
on był szefem?
Odp. Tak, tak. Pierwszym
szefem, który dość długo … Znaczy, żebyś dobrze
rozumiał, jak rozumiałem, był jakiś taki rozziew. Było
ciało, które się zbierało, coś tam radziło i mówiło,
że jest TZR, to było jedno. A Wojtek Niepokulczycki to przypuszczam,
on między innymi inicjował te „Rezonanse” itd. On był takim
realnym szefem. Tego Lutego np. wiozłem na polecenie Wojtka
Niepokulczyckiego.
Pyt. Z jakiego zakładu
był Wojtek?
Odp. Nie powiem ci.
Młody chłopak, chyba zaraz po studiach. On był pracownikiem w
Zarządzie Regionu.
Pyt. A co się z nim
teraz dzieje?
Odp. Miałem kontakt z
nim i wtedy prowadził taką firmę prywatną, malarską,
remonty, coś takiego. Spotykałem go czasami na tym rynku na
Kościuszki. I urwał mi się. On odstąpił. Zraził się
czy coś, stracił zapał. Wogóle był zaskoczony, jak ja go
spotkałem (zaczął opierdalać) jak się TZR
organizował, ale tam coś już w tym momencie były rozziewy.
Czy coś zaniechał, a może go zmusili do podpisania czegoś
na jakimś etapie, gdy go przypudłowali?
Pyt. Czy on siedział?
Odp. Był taki moment,
że on siedział. Był taki moment, że go złapali. Jakie
były koleje, dzieje tego wszystkiego, to trudno powiedzieć. Faktem
jest, że on już nie wrócił do sprawy, kiedy związek
zaczął się odtwarzać. Ale sporo czasu funkcjonował
jako de facto szef … Początkowo nie szukałem, nie chciałem
dochodzić kto rządzi. Znalazłem tego Sasina Wieśka. On
rządził jako taki przewodniczący wojenny i kontaktowałem
ich ze sobą. Konkretnie chciał Niepokulczycki: - Kurde, mówił,
do kogo ja się zwrócę? Ciebie znam, więc ty mi musisz
załatwić kontakt. I jedną tylko rzecz nagrałem. W Parku
Czynu Partyjnego powiedziałem Wojtkowi godzinę, powiedziałem
Sasinowi i to była ich sprawa.
Pyt. A Sasin, kto to
był?
Odp. Nadal jest. On był
poprzednio przewodniczącym komisji rewizyjnej. On opierdolił
okropnie, jak Bryckiego podsumowywał. To on był szefem
Solidarności w OZOS-ie.
Pyt. On był szefem?
Odp. Nadal jest w komisji
zakładowej. On jakiś kolportaż organizował. Taki mały
kolportaż w OZOS-ie to ja robiłem też. Znaczki, wydawnictwa.
Parenaście osób obsługiwałem.
Pyt. W stanie wojennym
była oprócz prasy, Rezonansu, jeszcze druga sprawa, bardzo ważna: na
ile potrafiliśmy pomóc swoim kolegom, czyli działalność
charytatywna.
Odp. Jeżeli o tym
mówimy, to ja czuję ciągłość tego związku i nie
mogę mówić „nowa Solidarność”, czy coś takiego,
ponieważ cały czas płaciłem składki. Od 1980 roku
płacę składki związkowe i nigdy nie przerwałem.
Pyt. Kto zbierał
składki?
Odp. U mnie koleżanka
Ola zbierała. W pewnym czasie nastąpił taki moment, że ja
zbierałem. Przekazywało się Sasinowi. Wiedziałem o tym,
że to idzie na cele charytatywne. Rozliczenia nie było, byo to
zaufanie, że trzeba i to płynęło przez Sasina.
Pyt. Uważam, że to
bardzo istotna działalność. Czy z panią Heleną Cynalewską
miałeś kontakt?
Odp. Słaby. Bardziej
moja rodzina jak w internacie byłem. Pani Helena próbowała
pomagać. Pomoc materialna może nie była nam aż tak bardzo
potrzebna, ale ta życzliwość była potrzebna. Ona też
miała ciężkie momenty, bo milicja u niej zastała ludzi.
Możliwe, że moja koleżanka z OZOS-u i jej przekazywała
przez jakiś czas. Trudno mi powiedzieć. Nie pytałem o to.
Uważałem, że nie należy o to pytać. Był ten
obowiązek, że te zebranie Zarządu …
Pyt. Zwinięto u niej.
Odp. Nie zwinięto,
tylko przyszedł szef jakiś i powiedział, a raczej zapytał o
pozwolenie odbycia zebrania. Jak nie macie państwo, to się
rozejdźcie. Tak to wyglądało. Jedyne było zagrożenie,
że Powroźny miał całą teczkę, torbę
taką, pełną kaset lewych. No, kurde, żeby tylko nie zajrzeli.
I na niczym się to skończyło. Czuliśmy, że ku
czemuś nowemu idzie.
Wiosną 1988 roku chyba to było. Na pewno Grażyna Langowska z
Ryśkiem, oni to rozpoczęli i oni jak gdyby de facto wskazali paluchem
Bryckiego, że on tu ma być szefem. Ja tego typu demokrację
uważam na ciężkie czasy. Uważam, że Brycki swoją
rolę spełnił, chociaż mam do niego cholernie dużo
zastrzeżeń. Na ten czas jednak dostatecznie dobrym się
okazał. Robił co trzeba. Spotykaliśmy się u jego brata, to
u Franciszkanów w zakonie wewnątrz tam, to u mnie w domu raz było.
Pyt. 1988 rok to było
już wyraźne ożywienie polityczne.
Odp. Wszyscy żeśmy
się zgodzili z oceną, że jest to kwestia czasu, że
nastąpi jakiś przełom polityczny. Na czym będzie
polegał to dopiero wyjdzie, ale trzeba przygotować zakłady. O!
To była teza. I była dyrektywa w jaki sposób reaktywować to
porozumienie zakładów na bazie związkowej Zarzdu Regionu, ale w
sensie porozumienia aktywistów zakładowych, a nie jakiś organ, który
opowiada o sobie. Byliśmy zrażeni do takiego Zarządu Regionu,
który mówił o sobie. Zawracanie dupy.
Pyt. A co to był za
Zarząd?
Odp. To się
mówiło, tam różne nazwiska, bo to była „herbatka u Leny”,
„placki u Ziuty”. Szczególnie jeśli chodzi o ten drugi przypadek, to z
tego środowiska część uważała, że oni
są kontynuacją Zarządu Regionu jako takiego, ale to taka zabawa.
Pyt. Na tych spotkaniach,
m.in. u p. Heleny Cynalewskiej, jakie osoby tam były?
Odp. Ktoś z Ostródy,
ale nieznany mi zupełnie, ale ze znanych to bankowiec (starszy
jegomość o suchej twarzy, drobny, o wysokim czole, on chyba
działał w KIK-u).
Pyt. Grażyna chyba
była?
Odp. Nie, to na
początku tylko. Grażyna miała inną rolę -
Helsiński Komitet. To wyglądało tak, że oni uruchomili
sprawę, postawili Bryckiego i wio, dalej jedźcie sami. Kamiński
był. Później przeszło czy coś, trudno powiedzieć.
Pyt. Co możesz
powiedzieć o Boberze? Mówiłeś, że on był zdecydowany.
Odp. Bobera uważam za
najwybitniejszą postać tej dawnej „Solidarności” o jasnej wizji
politycznej i bardzo konkretnego człowieka. Jestem pełen szacunku do
niego. Z tym, że w życiu zawadził - co zresztą od razu
powiedział - o bezpiekę. Ale to uważał za swoje szalone
obciążenie do tego stopnia, że ktoś mu to wytknie, w związku
z tym nie chciał iść na szersze wody, bo ja uważałem,
że jak żeśmy do krajówki wybierali, to w końcu
uważałem, że Bobera należy wybrać, ale on się nie
zgodził, uparł się. jako jedyny człowiek miał
wizję.
Pyt. Co możesz
powiedzieć o tej jego wizji?
Odp. On widział
okresowość tego, przejściowość tego uzależnienia
od Sowietów, ale potrzebę wykorzystania tego okresu do, podobnie jak
powstania polskie robiły, odświeżenie świadomości
narodowej. Z jednej strony prawdopodobne było w bliskim planie przegranie,
ale w dłuższym planie to trzeba było robić. Między
innymi jak z więzienia wyszedł to mówił, że on będzie
działał, do więzienia pójdzie bo wie, że każda
konspiracja jest skazana na przegraną. Czas sprzyja milicji.
Pyt. A jeżeli chodzi o
jego okres więzienny, co możesz powiedzieć?
Odp. Niestety nie miał
lekkiego życia. Byłem na tym procesie kiedy go wypuścili, akurat
tam pojechałem.
Pyt. A co możesz
powiedzieć o Krupińskim?
Odp. Słuchaj, tutaj mam
wieści takie dziwne, że moi koledzy, którzy z nim byli w Bartoszycach
czy Braniewie w dużym więzieniu - nie chcą mówić.
Mówią, że pogardę czują do niego. Jedyne co z nich
wydostałem, to kwestie takie, że w tym co mówił to był
napastliwy, pogardliwy wobec Wałęsy, coś takiego, ale to za
mało by było, żeby w nich wzbudzić tego typu emocje. I w
Zbyszku Przewłockim i w Romaniuku - nie chcą faceci mówić. Tylko
mówią, że skreślili Krupińskiego i koniec. Jakie były
tego wątki, że inni potrafili zachować się, całkiem
prości ludzie wiedzieli jak zachować się w takim czasie, a on
nie potrafił. Nie wiem na czym to polega, skąd to się bierze. Zresztą
był trochę dziwnym człowiekiem. Jak był pogrzeb Bartuszka,
to różnie skłóceni ludzie byli, a jednak potrafili ze sobą
rozmawiać w jednej grupie, a Krupiński stał z boku. Ale
przyszedł, to też jest ciekawe. A więc może być
coś takiego, że jego osobliwości charakterologiczne i
niezależność tak daleko doprowadziły, więc być
może nie do końca należałoby go przekreślać.
Pyt. Może sam pobyt w
więzieniu wpłynął na to?
Odp. No nie, z relacji nie
wynikało, żeby on był mocno załamany.
Pyt. Ale w stoczni, czy on
był pobity mocno?
Odp. Nie, nie. Być
może oberwał, ale coś takiego, żeby miał
obrażenia - to nic mi nie wiadomo. On miał zaś jakieś swoje
sercowe historie. Może to z tym było związane.
Pyt. Po wyjściu z
więzienia nie włączył się do działalności?
Odp. Mam tutaj takie
osobiste patrzenie. Żeby w tym OZOS-ie być. Jedyny sens mego
działania to taki, że jestem w OZOS-ie. W zakładzie
organizację solidarnościową utworzyłem. Bo pamiętasz
była taka koncepcja, że odrębna organizacja związkowa w
każdym zakładzie. Ja byłem wystraszony - dzwoniłem do
Grażyny Langowskiej, to kurde chyba jakaś bzdura, ale ona
potwierdziła. Jeszcze do Romaszewskiego dzwoniła. Podobno my propagandowo uzyskujemy czas zaistnienie tego
komitetu …
Pyt. A Romaniuk z OZOS-u,
ten więziony?
Odp. Odsunął
się od działalności związkowej, a w międzyczasie
został kierownikiem jednego z wydziałów. Aktualny dyrektor
został wybrany przez Radę Pracowniczą, której przewodniczył
Romaniuk. On wrócił po paru latach, chyba rok po okrągłym stole,
do firmy.
Pyt. Acha, on był poza
firmą?
Odp. Tak, czekał na
orkiestrę, żeby go powitała, ale w sumie do
działalności związkowej nie włączył się.
Myśmy wysunęli go do Rady Pracowniczej, ale w pewnym sensie
Solidarność uważała, że ktoś inny powinien
być dyrektorem, ale on poparł innego i krótko potem awansował,
bardzo wyraźnie awansował, bo z majstra bez wyższego
wykształcenia, został kierownikiem w Bisztynku (bieżnikowania
opon), samodzielna placówka. Trochę poszedł na karierę. Nie
że to zaprzaniec ale, że poszedł na karierę.
Zaczął olewać Związek. Korzystając z popularności
i wpływów jakie ma … i te wpływy sprzedał dyrektorowi. Tak to
wygląda. (…)
Kiedy jeszcze na początku w 1980 roku dwa związki były, ja
zameldowałem się u Przewłockiego, gdyż tamten związek
rozpada się na koniec listopada. Ja na tę postawę się zdobyłem i o
„Solidarność” porosiłem. Poszedłem gdzie bardziej ludna
grupa była, podpisałem deklarację i powiedziałem, że
załoga chce tego związku. Dlatego się do związku
zapisałem, ponieważ załoga chciała - takie jest moje
wejście do „Solidarności”. I dalej w nim jestem, dlatego
właśnie. I widocznie uważano, że ja nie kręcę,
że uczciwie sprawę stawiam, bo w grudniu mnie skierowali, bo MKZ
zażyczył sobie, aby zakłady desygnowały ludzi do pracy. Bo
brakowało ludzi do pracy w Zarządzie Regionu. I mnie skierowali,
który deklarację w grudniu podpisał i były takie zgryzy,
awantury autonomistów z „Solidarnością”. Ale wiedzieli z jakich
pozycji, że prozałogowy startuję i mnie wysłali do Regionu
z całym przekonaniem. Ja się pojawiłem 31 grudnia 1980 roku w
Zarządzie Regionu, jako ten desygnowany przez OZOS do MKZ i mnie tam Bober
wkleił do interwentów, ale nie od razu miałem do czynienia z
Wojnowskim. Był to okres dużego napięcia z Wojnowskim. I tylko w
jednej sprawie wykorzystał mnie Bober, gdzieś tam latałem
koło Mirek, u stolarzy szukałem jakichś wałków, klocków,
które tam zdeponowali ludzie Wojnowskiego na jego rzecz. I ten bidula taki
stary był przerażony, że to u niego to leży, jak on
się z tego wytłumaczy, bo dokumentów nie ma. I zbierałem te
informacje na temat tych wałków. To było wzięte z jakiejś
stolarni, jakieś tam resztówki za darmochę. I to cały mój
współudział osobisty w sprawach Wojnowskiego.
Pyt. Jak ty to
oceniałeś w tym czasie? Na ile sprawa Wojnowskiego była
sprawą Związku? I całego Regionu?
Odp. Stwierdzam nadal,
że Związek był wówczas wszystkim. I nie kłóciłem
się z przebiegiem Zjazdu Krajowego, który był sejmem - polskim sejmen
wolnym. Tam były sprawy narodowości, kultury, to był pierwszy moment
po wielu, wielu latach, kiedy naród polski, nie działacze związkowi,
naród polski mógł zdefiniować pewne swoje pryncypia, które w nim
ocalały. Dlatego nie sprzeciwiałem się, gdyż wtedy
wiedziałem, że Związek jest
przesycony wszystkim co się da. W nim to wszystko się
chowało. A Wojnowski i ta władza, to były soprawy kryminalne.
Tam rózne historie, ludzie ze wszystkim do „Solidarności” szli i tak
być musiało. I dla mnie sprawa Wojnowskiego była nie sprawą
tej jednej osoby, gdyż rozmiar finansowy tej sprawy nie był wielki,
tylko charakterystyczny styl życia, metody. To co było tą
normalnością specyficzną. Tam było takie zdziwienie,
że pewne zarzuty są zarzutami.
Pyt. Że ktoś
sformułował wogóle coś takiego?
Odp. To był taki
obyczaj poniekąd zwyczajowy. Zapomnienie co to kradzież, co to
nadużycie stanowiska. takie były jakieś feudalne
należności, że coś załatwiają urzędnicy w
ciągu pracy coś im robią. To było tak według nich
oczywiste, że o czym tu gadać. Czysta złośliwość
polityczna, uważali, że robi się z igły widły. I to
myśmy obnażali. I tak należało to rozumieć.
Oczywiście nie było jakichś nadmiernych kwot w tym wszystkim,
ale był ten obyczaj, który wykazywał kto jest właścicielem
Polski Ludowej, że to aparat partyjny tak to traktował: Przecież
nie kradnę, tylko biorę dobre rzeczy bo co, bo mi się
należy. Po prostu mi się należy.
Pyt. Chciałem cię
zapytać o jedną rzecz, dotyczącą dnia dzisiejszego. Czy ty
jako członek „Solidarności” obecnie, jak się czujesz w swoim
środowisku i czy masz jakiś komfort?
Odp. No, nie bardzo. Nie
bardzo, gdyż członków jest znacznie mniej, niż dawniej. To jest
takie rozczarowanie nami samymi, jak gdyby wewnątrz Związku.
Nieufność wobec działaczy związkowych, nieufność
jednych zakładów wobec drugich i taka reakcja na powszechną
ufność wzajemną, radosną w tamtych latach, tak teraz
głęboka nieufność. Rzadko kiedy ludzie sobie teraz
darują.
Pyt. A stosunek do was
kierownictwa zakładu i członków dawnego estabilishmentu. Czy coś
dla nich stanowicie?
Odp. Raczej dla nich nie.
Pyt. Czy nie spotykacie
się z szykanami?
Odp. Nie, co to, to nie.
Jeszcze na tyle stanowimy potencjał w zakładzie, liczący
się nadal, że jeszcze trochę z szacunkiem, trochę jest
takiej gry podpuszczającej - jest respekt pewien, nadal jest pewien
respekt.
(Rozmowę przeprowadził i notował Zenon Złakowski)
--------------------------------------------------------------------------------
Rozmowa z Kazimierzem Wośkiem
w dniu 26 wrześnie 1995r.
Pyt. Od kiedy
związałeś się z „Solidarnością”?
Odp. W 1980 roku studiowałem
na WSP olsztyńskiej. tak pośrednio uczestniczyłem w strajku w
Stoczni Gdańskiej. Gdy zjawiłem się chyba pierwszego
października w Olsztynie, spotkałem Wojtka Ciesielskiego i on
zapytał: jak zakładamy związek zawodowy? Ja byłem wówczas
studentem, a on asystentem. I nie wiedziałem jak odpowiedzieć na to
pytanie. Pogadaliśmy krótko i już wiedziałem z kim rozmawiam. Do
czerwca 1981 roku kończyłem studia. Wojtek Ciesielski
powiedział, że najlepiej będzie jak będziesz pracował
w Zarządzie Regionu „Solidarności”
Pyt. A przez te kilka
poprzednich miesięcy?
Odp. Nie miałem
żadnego kontaktu. To znaczy zjawiałem się czasami w
Zarządzie Regionu. Ja byłem jednak wtedy na „dziekance”, nie
byłem członkiem NZS-u. Zacząłem pracę od zarządu
regionu i moje pierwsze skierowanie do pracy, moja pierwsza praca to w
Zarządzie Regionu - od 1 sierpnia 1981 roku z Urzędu zatrudnienia
dostałem skierowanie do pracy w Zarządzie Regionu
„Solidarność” w Olsztynie. Miałem tam pracować, chciałem
tam pracować jako archiwista. Wyszły nieporozumienia ze względu
na to, że żona Krzyśka Mielczarskiego członka Prezydium,
pani Ania Mielczarek pracowała jako archiwistka zatrudniona na etacie. I
zrozumiano to jako podkopywanie jej pozycji, więc chodziłem tak i nie
wiedziałem, czy będę tam pracował czy nie. Byłem w
takim zawieszeniu i wtedy Mirek Krupiński, którego nie znałem
wcześniej, powiedział: No to pan pracuj u nas w dziale
Administracyjno - Gospodarczym. Zacząłem tam pracę z januszem
Śliwińskim. Byłem od rozwieszania flag, od propagandy, na teleksie
pracowałem. I tak pracowałem do 13 grudnia. W tym czasie
obroniłem pracę magisterską - podczas II tury Zjazdu
„Solidarności”. Dostałem taką propozycję, żebym
codziennie jeździł do Gdańska na Zjazd po materiały i
zawożąc naszym delegatom materiały. I tak dwa tygodnie
kursowałem. W nocy przyjeżdżałem do Olsztyna,
nagrywaliśmy z Leszkiem Szawłowskim i jeszcze z kimś (może
Leszkiem Grucelą) audycje radiowe, które leciały przez tę
naszą „szczekaczkę: i w midzyczasie obroniłem tam kiedyś
pracę magisterską, pojechałem spowrotem do Gdańska i
cały następny tydzień tak jeździłem. Nie byłem w
Zarządzie Regionu nigdy zaakceptowany, dlatego, że ja byłem
pracownikiem Zarządu, ale nie działaczem i ja nie miałem za
sobą żadnej Komisji Zakładowej. Oni wszyscy wywodzili się z
jakichś komisji, mieli poparcie, a ja byłem znikąd. I kiedy w
1990 roku spotkałem się z Andrzejem Boberem, to on powiedział mi
tak: - Myśmy ciebie traktowali jako esbeka. Bo jesteś facet
znikąd, przychodzisz do pracy, pracujesz, wychodzisz i my nie wiemy kim ty
jesteś?” Bo ktoś za nimi stał, a za mnż nikt nie stał.
Wojtek Ciesielski stał. I to jest cała moja praca do 13 grudnia 1981
roku. A największa konsolidacja ludzi nastąpiła w czercu 1981 roku,
a ja wtedy jeszcze nie pracowałem.
Pyt. Czy w zarządzie
Regionu była atmosfera podejrzliwości?
Odp. Wyczuwao się
ją, ale była raczej - może nie bezmyślność, ale
chaotyczność w działaniu. Słuchaj, jeżeli mnie
zatrudniono nie wiedząc kim ja jestem, to znaczy, że to było na
wariata. Np. Soroka: skończył studia dziennikarskie i został
zatrudniony w Zarządzie Regionu jako dziennikarz. I ktoś tam
gdzieś plótł: a ten facet jest podejrzany, ale była kompletna
bezmyślność. Każdy kto chciał mógł
wejść: każdy esbek, kady milicjant mógł wejść do
Zarządu regionu i tam pracować.
Pyt. Czy uważasz,
że wielu ludzi niepożądanych mogło tam się
znaleźć?
Odp. tak, tylko diabli
wiedzą kto. Nie powiedział bym o żadnej z osób, że
była esbekiem, chociaż esbecja miała inne wejścia, bo
wszystko tam się toczyło jawnie. Tak jawnie, że ja do dziś
mam w swoich archiwach dokument, na którym jest pieczątka:
„wpłynęło do Zarządu Regionu” - na pewno go nie
ukradłem. Jest stempel oficjalny Zarządu Regionu - ja go nie
ukradłem, wziąłem go ze śmietnika. Dokument szedł do
kosza, ja go z kosza wyciągnąłem i do dzisiaj zachowałem,
bo to lubię zachowywać.
Pyt. Czy bezpośrednio
odczueś atmosferę podejrzliwości?
Odp. Wówczas nie. To
później Andrzej Bober mi powiedział, że faktycznie myśmy
ciebie nie znali. Ale ja tam byłem tylko pionkiem, dobrym urzędnikiem.
Tam było tylu prezydiantów, tam była cała komisja interwencji,
bardzo ważna. Podejrzliwości nie odczułem, dla mnie to była
bezmyślność.
Pyt. Powiedz wszystko, co
wiąże się z dniem 13 grudnia 1981 roku?
Odp. 12 grudnia
dostałem polecenie zebrania grupy plakatowej: studentów NZS-u z WSP do
rozplakatowania jakichś plakatów na mieście. Tę noc
spędziłem w akademiku przy ul. Niepodległości, NZS-u nie
znalażlem tam, poszedłem do akademika przy ul. Żołnierskiej
- też nie znalazłem chłopaków. I nie wiem, zostałem na noc.
Z rana chciałem wyjść i usłyszałem: - Dokąd ty
idziesz - portierka mnie znała - stan wojenny. Z moimi kolegami
podszedłem na ul. Dąbrowszczaków gdzie była siedziba
Zarządu regionu: milicja stoi, otoczony cały budynek. Ja próbuję
się dobijać i pamiętam jak dziś - do drzwi się dobijam
i myślę, że muszę nagrać audycję i im wyszczekam
co to jest stan wojenny. A portierka mi macha: - Idź pan, idź pan! A
tam stoją tacy ZOMO-wcy w maskach. Było dużo ludzi pod
Zarządem Regionu, była 9-ta rano. Tam spotkałem
Elżbietę Syniec. Ona też była wówczas pracownikiem
Zarządu Regionu - „Pszczoła”. I ona mi powiedziała: - No to
idziemy do PSTBR-u. A nie wiedziałem o tym, że jest gdzieś
strajk. Ja miałem jedno w głowie: iść do Zarządu
regionu, włączyć ten nadajnik, nagrać i szczekać -
protestować. I z „Pszczołą” udałem się do PSTBR-u. Tam
był drugi ośrodek strajkowy. Prezydium wcześniej jakby o tym
wiedziało - wyglądało na to, że wiedziano, iż
pierwszym ośrodkiem jest OZOS, a drugim PSTBR. I tam spędziłem
noc, tam siedzieliśmy.
Pyt. Kogo pamiętasz,
kto tam siedział?
Odp. Stefan Nowakowski i
Bolesław Mróz z PSTBR-u, było tam 20 osób. To była niedziela i
myśmy tam spali w jakiejś świetlicy na podłodze. To
był strajk. Myśmy strajkowali w tej sali, pies z kulawą nogą
tam nie zaglądał. Przyszła tam Grażyna Langowska, może
Ania Żurawek z OZOS-u. Pytaliśmy co się dzieje w OZOS-sie. Tam
był strajk i tu nasz drugi ośrodek strajkowy. Strajk w PSTBR
skończył się w poniedziałek rano. Bolesław Mróz i
Tadek Nowakowski poszli do dyrektora i poinformowali, że strajkują w
związku ze stanem wojennym. I w tym momencie przyjechała milicja i
zgarnęła ich. I myśmy wyszli, te pozostałe 18 osób, które
były z zewnątrz zakładu, głównie z Zarządu Regionu,
albo związani z Zarządem. Byliśmy zdenerwowani, zmęczeni.
Leżeliśmy tam pokotem na podłodze i spaliy. I rano
wyszliśmy, a ponieważ mieszkałem w Olsztynie, a moja żona w
Ostródzie. Mieszkałem na ul. Zwycięstwa, naprzeciwko stadionu - ktoś
mnie skierował do jakiegoś mieszkania naprzeciwko OZGrafu i tam
byłem przez następne dwa dni. Nie wiem co się działo,
kompletnie nie wiem. Byłem am, ktoś mnie gościł, ktoś
mówił, rozmawialiśmy z dziesiątkami osób. Ktoś się
kręcił tam.
Pyt. Ale kto był
gospodarzem?
Odp. Nie wiem, nie
pamiętam. I nie znajdziemy na pewno nikogo. Później po paru dniach
zameldowałem się u swojej znajomej Ewy
Piotrowskiej, też była pracownikiem Zarządu Regionu,
zmeldowałem się tym razem na ul. Limanowskiego, na Zatorzu. Dlaczego
to nie pamiętam. Dowiedziałem się z komunikatów, e potrzebne
jest zameldowanie i tam się zameldowałem. I tam tydzień
przebywałem. Przed świętami na pewno byłem w domu w
Ostródzie.
Pyt. Co wówczas
myślałeś robić? Jak zamierzałeś funkcjonować
w tej nowej rzeczywistości?
Odp. Próby były
chaotyczne. Pamiętam spotkanie poświąteczne, właśnie u
Piotrowskich, na którym był Walery Piskunowicz, Krystyna Urniaź,
Piotrowscy, ktoś tam jeszcze, któraś z
prawniczek Zarządu Regionu z 1980 roku, która później
podkablowała mnie. Bardzo ważne spotkanie, na którym
ustaliliśmy co mamy robić: protestować, coś wydawać,
ulotki pisać. Ja wtedy chlapnąłem, że mam
nieoznakowaną maszynę do pisania, ktoś tam później to
wykorzystał.
Później święta, Sylwester, jakoś przeleciały
normalnie. Nic wtedy nie robiliśmy. Z Pszczołą później
już nie miałem kontaktu żadnego. Pszczołę
zamknęli, internowali.
Pyt. Kim byli Piotrowscy?
Odp. Ewa Piotrowska
była pracownikiem Zarządu Regionu - maszynistką czy
sekretarką. Myśmy się znali, bo my nie byliśmy
działaczami, ani ja, ani Ewa Piotrowska, ani Ewa Ruszkowska i Janusz
Śliwiński. I myśmy wszyscy zostali na wolności i w styczniu
1982 r. zrobili razem chyba z Wojtkiem Niepokulczyckim (on w dziale interwencji
pracował i on też został) taką rzecz: ustaliliśmy,
że pójdziemy do wojewody zaprotestować, a raczej wyjaśnić
nasz status: czy my pracujemy, czy nie pracujemy, gdzie mamy dostawać
pieniądze. ja polazłem jako pierwszy i przedstawiłem się
jako przewodniczący Komisji Zakładowej, chociaż nim nie byłem,
gdyż byłem członkiem Komisji Zakładowej. W Urzędzie Wojewódzkim
było makabrycznie: jacyś milicjanci, generałowie chodzili ze
spluwami, z karabinami. Przyjął nas chyba któryś z wicewojewodów
i podanie. I wyrzucono nas za drzwi.
Pyt. Czy wyjaśnił
się wasz status?
Odp. Tak, do marca 1982 roku byliśmy zatrudnieni jako pracownicy
Zarządu Regionu i dostawaliśmy pieniądze - Urząd Wojewódzki
nam płacił. Do marca miałem w dowodzie - zatrudniony w
Zarządzie Regionu. Nawet kiedyś mandat mi wlepiono w pociągu za
to.
Pod koniec grudnia 1981 roku już byłem w Ostródzie, przyjechała
milicja i zrobiono u mnie rewizję, szukając matriałów
antypaństwowych. Jamiałem wówczas ok. 1000 książek
bezdebitowych i inne materiały. Zabrano mi te wszystkie książki,
biuletyny związkowe. Wtedy na spotkaniu u Piotrowskich pisaliśmy
ulotkę, swoim charakterem pisma, był nawet stempel „Solidarność”
po przekątnej, protestujący przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego.
Leżała między dwoma swetrami. Milicjant przełożył
dwa swetry i nie znalazł tego - byłbym siedział. Zabrano mnie do
Olsztyna z tytułu tego, że miałem u siebie te wydawnictwa. Wtedy
siedziałem 48 godzin pierwsze, bez postawienia konkretnego zarzutu. Chyba
nie byłem przesłuchiwany, a jak przesłuchiwany to na zasadzie :
co robiłem w Zarządzie Regionu, kim byłem. Pamiętam,
że było wówczas na dołku bardzo dużo osób z
„Solidarności”. I puszczono mnie. Powiedziałem sobie: wypnę
się na wszystko.
Długo nie wytrzymałem, 19 lutego własnym sumptem, bez inspiracji
wydałem pierwszy numer „Rezonansu”. Gdzieś miałem jeszcze
zachowane matryce woskowe, jeszcze z przed stanu wojennego. Nie wiem jak
winietę zrobiłem, bo była ona orginalna. Napisałem sam
ręcznie, żeby zmienić charakter pisma, to pisałem pod
linijką. Ten numer „Rezonansu” oznaczyłem numerem „2”. Żeby nie
było, że to jest pierwszy. Zamieściłem listę skazanych
i listę internowanych i protest przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. I
to był jednostronicowy „Rezonans”, który wydrukowałem. Matrycę
woskowę położyłem na lewą stronę - nie
wiedziałem jak to się robi - jakimś wałkiem, fabę
drukarską skądś miałem. Na szmacie, jeszcze widać
ślady na ręczniku, wydrukowałem ten numer. W 100 egzemplarzach.
Później złapałem kontakt z chłopakiem z NZS-u. On
mieszkał przy dzisiejszym pl. Konstytucji 3 Maja (przy dworcu).
Znałem tych ludzi. I on powiedział, że jest w stanie
wydrukować to lepiej. Miałem mu to dać, już go nie
pamiętam. Ten pierwszy numer rozrzucałem w pociągu. jak
wydrukowałem 100 egz. to 50 poszło w świat, a 50 egz. może
w piecu spaliłem. Po prostu zrobiłem coś i bałem się
tego co zrobiłem. Dawałem znajomym.
Pyt. Czy egzemplarz tego
numeru zachował się?
Odp. Jest. I on na podstawie
tegu numery … Heniek! On jest w Niemczech teraz. Był studentem WSP. Nie
mam żadnego kontaktu z nim. On mi to przepisał na maszynie do
pisania. I ja to powtórzyłem w 300 egz. dałem jemu i Wojtkowi
Ruszkowskiemu. Wojtek Ruszkowski to mąż Ewy Ruszkowskiej, która
pracowała w Zarządzie Regionu w 1981 roku, była do spraw
szkoleniowych.. I dałem ten „Rezonans”. Oni go rozwieźli, rozkolportowali.
Trzeci numer „Rezonansu” zrobił heniek przy użyciu normalnego
powielacza. tam było przemówienie Aleksandra Heiga na konferencji
madryckiej, protestujące przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego.
Taśmę z tym przemówieniem dał mi Janusz Śliwiński
(obecnie w Kanadzie). Ja tę taśmę przesłuchałem,
przepisałem ręcznie i ktoś przepisał na maszynie. Kto nie
pamiętam.
Pyt. Listę
internowanych, więzionych, skąd miałeś?
Odp. Z głowy, z
wiadomości uzyskanych podczas towarzyskich spotkań … Pamiętam,
że tam parę błędów popełniłem, kogo
internowałem, kogoś aresztrowałem. ta lista może i w radio
leciała, może i w „Gazecie Olsztyńskiej” była.
Później zacząłem współpracę z Michałem
Kłosińskim, to jest mój kolega ze studiów, współpracował z
„Solidarnością” olsztyńską nauczycieli w 1981 roku. On
był jednym z wydawców „Roty” - gazetki pracowników oświaty. Przez
niego poznałem Bogdana bachmurę, albo przez Wojtka Ruszkowskiego. Bo
to było tak. W marcu rozpocząłem pracę w Sp-ni
Mieszkaniowej „Pojezierze” w administracji. Byłem facetem od wydawania
kartek ywnościowych. To było na Kołobrzeskiej 13, blisko
miałem do Ruszkowskich. I tak - kartki wydawałem i chodziłem do
Ruszkowskich. Oni mi dawali bibułę i oni od kwietnia 1982 roku
zaczęli przywozić „Tygodnik Mazowsze”. Dokładnie Wojtek
Ruszkowski rozpoczął przywożenie do Olsztyna „Tygodnika
Mazowsze”, kasety Kellusa, Kaczmarskiego, Łapińskiego, Gintrowskiego.
Ponadto przywoził „KOS”. Ja poznałem
Ruszkowskich z Michałem Kłosińskim. Michał
Kłosiński mnie z Bogdanem Bachmurą. I ten krąg ludzi
zaczął funkcjonować. W pewnym momencie wydawało mi
się, że jestem najważniejszy w Olsztynie. Poza tym kręgiem
ludzi, którzy byli na wolności, ja znałem także ludzi z
Zarządu Regionu. Bo te osoby, nie licząc Ewy Ruszkowskiej, nie
były z Zarządu Regionu. Skontaktowałem się z Michałem
Powroźnym, z Leszkiem Grucelą, z Krzyśkiem Milczarkiem, z
Wandą Lechowską, żoną Leszka lechowskiego, sekretarza
Zarządu Regionu. Te osoby albo wychodziły z internowania z
Iławy, albo były na wolności. Ja tych byłych działaczy
i tych nowych działaczy kontaktowałem w jakiś sposób. Ja
się spotykałem, mówiłem ten jest ten, ten jest ten, i oni
się psotykali. I później ten krąg ludzi zaczął
się tak poszerzać …
Drukowałem „Rezonans” do 17 numeru. Robiłem to w chałupie, w
Ostródzie w domu, bez powielacza, ręcznie to było robione albo w
piwnicy, albo na strychu.
Pyt. Co to znaczy
ręcznie?
Odp. Ręcznie, to
znaczy: ktoś przepisywał na maszynie (kto, to nie pamiętam) na
matrycy woskowej, a ja to drukowałem kładąc, robiąc
taką ramkę, na którą kładłem farbę, później
matrycę, papier, wałeczkiem przejeżdżałem i
egzemplarz jeden był gotów. Następny egzemplarz, farba, nowy
wałek … Robiłem to w ilości do 1000 egzemplarzy. Skąd
miałem papier, nie pamiętam. Później Michał
Kłosiński skontaktował mnie z Igorem Hrywną, ale to chyba
był już rok 1985 czy 1986. A może wcześniej? Ktoś mi
przywoził papier. Nie wiem kto.
Miałem ten luksus, że dojeżdżałem do pracy z Ostródy
do Olsztyna: dzień w dzień coś woziłem przy sobie.
Brałem papier, chyba nie kradłem nigdzie. Ktoś mi
dostarczał, to Michał Kłosiński, ale skąd on
brał? Pytałem się parę lat temu, skąd brał
papier, to mówił, że nie pamięta.
Pyt. Wspomniałeś
między innymi o kontaktach z Bachmurą. jak go oceniasz, jak on
funkcjonował w tym czasie?
Odp. Z Bogdanem Bachmurą poznałem się na początku:
kwiecień czy maj 1982 roku. Wcześniej go nie znałem, ktoś
go wycignął. To Bogdan załatwiał papier -
załatwiał to wszystko.
Pyt. Okazuje się, że Bogdan Bachmura odegrał istotną rolę w okresie stanu wojennego. Niektórzy mówią o nim pozytywnie, niektórzy zaś negatywnie.
Odp. Z mojej strony
całkowicie pozytywnie. Poznałem go na ulicy i na pewno
przedstawił mi go albo Wojtek Niepokulczycki albo Wojtek Ruszkowski. Na
ulicy Kołobrzeskiej poznaliśmy się. Później
zacząłem z tym facetem kręcić i on mi dostarczał
masę rzeczy. To znaczy drukiem „Rezonansu” i całą tą
zabawą ja się zajmowałem do 1984 roku. Do 1984 roku nikt nie
wydał chyba poza mną żadnego „Rezenansu”. Pojawiła się
jakaś fałszywka wynikająca z tego (Tadek chyba Adamski czy
Adamczewski). On wydał w pewnym momencie dlatego, że ja się
spóźniłem … Był jeden numer taki podwójny. Do 1984 roku ja
wydawałem. Pomagał mi przy tym Bogdan Bachmura i Wojtek Ruszkowski,
chyba dostarczali mi matryce. Sądząc po czcionce to myślę,
że na mojej maszynie nie napisałem więcej niż dwa numery.
Ktoś musiał to robić - to oni to robili. I oni dostarczali mi
papier. ja miałem farbę drukarską, tą powielaczową od
Janusza Śliwińskiego. On mi kiedyś tam
dał w 1982 roku. On był internowany - jego żona mi
dała. Ona mieszkała na ówczesnej ul. Kaliningradzkiej (Dworcowej) 83
chyba. I kiedyś zaszedłem i ona mi dała farbę. Później mi tę farbę drukarską
dostarczał Wojtek Ruszkowski i Bogdan Bachmura.
Pyt. Kto dostarczał
informacje i artykuły?
Odp. To oni bardziej
będą wiedzieli. Ja byłem
tylko drukarzem. Od czasu do czasu dawałem swoje teksty,
informacje. Oni zajmowali się najbardziej istotnymi rzeczami.
1 maja 1982 roku ten krąg ludzi zaplanował - nie żadna
struktura, do maja 1982 roku, nie było żadnej struktury tu w
Olsztynie - zaplanowalimy protest przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Ja
wydrukowałem 1 maja w akademiku WSP, przy pomocy osoby nie związanej
z tym, w ciemni fotograficznej plakat - ładny plakat, Wojtek Adamski
(Adamczewski) zrobił mi projekt. Ten plakat poleciał w paru
tysiącach egzemplarzy. Na sicie to zrobiłem. Kto
mi dał sito - nie mam pojęcia. Pamiętam, że w ciemni
fotograficznej siedziaem dwie noce. Byłem zamknięty w akademiku, w
ciemni przy ul. Żołnierskiej. Zamknął mnie tam mój kolega, ja
tylko wychodziłem do kibla i spowrotem. Ten kolega w ogóle nie jest
związany z „Solidarnością”. Zrobiłem ten plakat i 1 maja
mieliśmy zrobić manifestację. Połowa egzemplarzy jak zwykle
poszła gdzieś. Być może ja się wystraszyłem,
być może zniszczyłem. To znaczy nie zniszczyłem, ale nie
rozkolportowałem.
Pyt. Co on
przedstawiał?
Odp. Krzyż, taki
przekreślony i 1 maja i wrony fruwające. I 31 kwietnia
pojechałem do Ostródy po tych nocach. Przyjechałem
1 maja, poszedłem pod Zarząd Regionu, kupiłem kwiatek,
ściągnąłem sznurówkę czarną, związałem
tą sznurówką kwiatek i położyłem pod wejściem do
Zarządu. I na trzęsących się nogach uciekłem.
Była to 9-ta rano. O 11-tej była tam wielka manifestacja, było
tam ze sto osób. jak na Olsztyn to była wielka manifestacja. I
składali kwiaty … ja się poczuwam do autorstwa tego. Choć
musiał iść kolportaż inną drogą. Musieli ludzie
wiedzieć, że tego dnia pod Zarządem Regionu trzeba
składać kwiaty. Później się dowiedziałem o tej
manifestacji.
Później była na 3 maja, to już Bogdan Bachmura powinien
wiedzieć. On wydrukował „Solidarność
Olsztyńską” na czcionce. Skądś ukradli czcionkę. Ja
pierwszego numeru czcionki nie składałem. Poza „Rezonansem”, bo
być może wówczas „Rezonans” został zawieszony, w maju. Ja do
maja drukowałem, ale wtedy mógł być albo kryzys albo strach.
Przestałem wówczas drukować „Rezenonans”, ukazała się
„Solidarność Olsztyńska” na czcionce robiona. Do dzisiaj ją
mam w piwnicy. I 3 maja chyba wtedy był ten wielki marsz na Starym
Mieście. Bojkot dziennika telewizyjnego. To wtedy się
zaczęło. To obił Bogdan Bachmura.
W 1983 czy 1984 roku, ten krąg ludzi: ja, Bogdan
Bachmura, Michał Kłosiński, Wojtek Ruszkowski i wtedy
pojawił się Zdzisiek Płotek, stworzyliśmy tzw. Tymczasowy
Zarząd Regionu. Śmieszne bo nie mieliśmy żadnego poparcia,
ja np. nie miałem żadnego poparcia. Jak można nazwać
się Zarządem Regionu, jak nie masz poparcia przez nikogo.
Pyt. Ale były to
warunki ekstremalne.
Odp. Tak, ekstremalne
były. Ja byłem ten, który za sobą nikogo, byłem sam.
Michał Kłosiński gdzieś w szkole pracował, Bohdan
bachmura kręcił się, znał tych ludzi.
Pyt. Kim był
Bogdan Bachmura, gdzie pracował?
Odp. Nie wiem, on
był takim spiritus movens w tym
momencie. Na pewno w 1983 roku to on był takim kręcącym
olsztyńską „Solidarnością”. On miał taką
umiejętność łapania ludzi, nawiązywania
znajomości. Powstała idea powołania Tymczasowego Zarządu
Regionu. Wybory pierwsze odbyły się w chałupie u Michała
Kłosińskiego na ul. Karłowicza, na Zatorzu. I Sławek Olek
był wówczas, ale skąd on się wziął?
Pyt. Czy wcześniej
znałeś Płotka?
Odp. Nie, nie znałem.
Ani Płotka, ani Sławka. Ja znałem tylko Michała
Kłosińskiego wcześniej, bo kolegami jesteśmy. Michał
był nauczycielem gdzieś na wsi, Gady czy coś. On jest w RFN
teraz. I myśmy w 1983 (?) roku powołali
Tymczasowy Zarząd Regionu. Przewodniczącym został wybrany Bogdan
Bachmura. A jakim pseudonimem on się podpisywał? … Ja
uczestniczyłem osobiście chyba w czterech spotkaniach Tymczasowego
Zarządu Regionu, u Zdziśka Płotka, u Michała …Sam
powiedziałem, jestem od drukowania, nie zajmuję się tym, nie
występuję nigdzie jako władza żadna. Jako władza
występowali: Bogdan i Sławek. Sławek też miał ambicje.
dwóch kandydatów było na przewodniczącego: Sławek i Bogdan. Ten
Zarząd wydał parę jakichś tam odezw drukowanych w
„Rezonansie”, w tej „Solidarności Olsztyńskiej”, która była … Bo
myśy sobie nie ufali nawet w tym wąskim kręgu. Oni np. o mnie to
wiedzieli, że drukuję. Ale nie wiedzieli gdzie ja drukuję. Ja
nie wiedziałem gdzie Bogdan mieszka. Myśmy się spotykali na Jarotach w wieżowcu,
gdzieś w mieszkaniu, przez kogoś wynajmowane, nie mam pojęcia.
Tak się kręciliśmy. Myśmy się spotykali tak jeden,
dwóch, trzech. A od czasu do czasu w tym szerszym gronie. Nie mieliśmy
ścilejszego kontaktu ze sobą.
W 1984 czy 1985 roku, to chyba Bogdan Bachmura załatwił mi kontakt z
Gdańskiem. Ja przywoziłem wtedy „Nasz Głos - Biuletyn
Gdański”, za Gdańsk to wtedy ja odpowiadałem. Jeździłem
do Gdańska, przywoziłem bibulę z Gdańska, ja zawoziłem
papier do Gdańska, żeby drukowali. Skąd był papier, nie
wiem. Przed śmiercią ks. Popiełuszki wynajęliśmy
mieszkanie na ul. Pana Tadeusza. Pieniądze na to dał bodajże
Jurek Meissner - dostałem 200 dolarów. Wynająłem mieszkanie za
100 dolarów na rok czasu. Płaciłem z góry. Facet się
śmiał. Ja tam coś kręciem, że coś z
panienką - śmieszne to było. On wyczuł od razu, że nie
o to chodzi. To było mieszkanie jego syna. Ten facet mieszkał na pl.
Bema nad barem (teraz restauracja Passarena). Tam mieszkał facet, który
dał ogłoszenie do „Gazety”, że odnajmuje mieszkanie. Myśmy
postanowili, że musimy mieć mieszkanie - lokal. Ja powiedziałem,
że u siebie w chałupie już nie będę drukował.
Wynajęliśmy mieszkanie syna tego faceta, przy ul. Pana Tadeusza, a
syn studiował gdzieś tam w Gdańsku, czy w Warszawie. Takie M-2.
On dał mi klucze, ale miał drugą parę kluczy. Ja
pierwszą rzeczą jaką tam wprowadziłem to powielacz. A miałem powielacz od Bogdana Bachmury. I stał on w
głównym miejscu w pokoju cały czas. On miał klucz i
wchodził do tego mieszkania. Zapaćkane to mieszkanie farbą,
papierami. I drukowaliśmy „Rezenans”.
Pyt. I ten facet na pewno był świadomy?
Odp. Był świadomy
- cicho siedział. Dostał pieniądze. Pieniądze były
chyba od Meissnera. Stówę zapłaciłem za to mieszkanie i stówę
oddałem Bachmurze. W tym mieszkaniu byliśmy rok czasu. Adres tego
mieszkania znałem ja, Boguś Kłosiński, nasz trzeci kolega
ze studiów, który przychodził i współpracował i jakiś Bolek
z OZOS-u - młody chłopaczek. Bachmura też znał.
Pamiętam nocne drukowanie po śmierci ks. Jerzego. Nagle wpada z
matrycą Boguś i walimy, walimy. To był 1984 rok. A więc od
lata 1984 roku mieliśmy lokal. Wcześniej
jeszcze ja wydawałem „Rezonans” w mieszkaniu przy ul. Kaliningradzkiej 83,
na strychu. To wtedy dostaliśmy powielacz od Bogdana Bachmury. Ja
ten powielacz z Bogdanem Kłosińskim wiozłem na strych - lokal
zastępczy jakiejś pracownicy Sp-ni Pojezierze. Dziewczynie
zabajerowałem, że jest mi mieszkanie potrzebne takie od czasu do
czasu. I ona też o tym wiedziała. Pamiętam jej nazwisko … I ona
też wiedziała, że w tym mieszkaniu dzieje się coś
innego niż to co ja powiedziałem. Później jednak kiedy ona
zaczynała mi mówić, że tak nie można … Ja drukowałem,
chowałem powielacz do łazienki, tam jakieś zadaszenie było.
I jak nam się skończył lokal na Pana
Tadeusza, to była wiosna 1985 - gdzieś poszedł powielacz, ale
gdzie? Być może ja go do Ostródy zabrałem.
Pyt. A ten facet, który wam
wynajmował mieszkanie przy ul. Pana Tadeusza?
Odp. To bohater,
człowiek uczciwy. Przecież gdyby chciał, to by nas wydał.
Miał klucze - wszystko widział. Kiedyś wpadł Michał:
Milicja! Pamiętam, że myśmy to do piwnicy przenosili. Z tego
mieszkania na Pana Tadeusza do piwnicy: powielacze, czcionka była, farby,
papier - to jest pół ciężarówki! Za dwie noce - bo coś
trzeba było zrobić - to żeśmy wynosili. I ten facet w
międzyczasie był i widział co tam się dzieje. Nic nie
powiedział. Przecież on mógł stracić mieszkanie, bo
był stan wojenny. To było na Pana Tadeusza - wieżowiec, który
stoi prosto do ul. Dworcowej - drugie, trzecie piętro.
A później powielacz przewiozłem do Ostródy. I
tak do 1986 roku. Kto później wydawał, to już nie pamiętam.
Wiem, że była z tym póniej związana Teresa Stefanowicz, Zdzisiek
Płotek i ktoś jeszcze. W 1985 roku załatwiałem już wszystko
sam. Przepisywała mi na maszynie matryce pani Irena Kurnatowicz (?),
mieszkająca na Lumumby - naprzeciwko Radia. Starsza pani. Robiła to
nieodpłatnie. Sąsiadka generała Dudka. I tam chodziłem, ona
przepisywała. Albo Wojtek Ruszkowski, Bogdan Bachmura - nie wiem … kto
tą panią nadał, to nie wiem. Ona to przeżywała
przepięknie. Przepisywała, bawiła się nocami.
Pyt. Czy była
sympatykiem „Solidarności”?
Odp. Tak. I to jest ten
krąg ludzi, których znam.
Pyt. Co
sądzisz o działalności Bogdana Bachmury?
Odp. Według
mnie to był szef „Solidarności” olsztyńskiej, bo on został
wybrany przewodniczącym Tymczasowego Zarządu i w pewnym momencie on
zaczął tym kręcić według mnie. Wycofali się
wszyscy ze starych działaczy, kompletnie wszyscy.
Pyt. Czy był jakiś
kontakt pomiędzy starymi działaczami - członkami Zarządu i
Prezydium - oczywiście już po wyjściu z internowania, a
Bachmurą?
Odp. To co powiedziałem, w 1983 roku wydawało mi się, że jestem tym najważniejszym w Olsztynie ze względu na to, że ja znałem i tych i tych. Bogdan nie znał tych ludzi co działali wcześniej. Ja go wówczas skontaktowałem z Michałem Powroźnym, a wierzyłem wtedy w Michała Powroźnego jako przewodniczącego Zarządu Regionu. Chodziło o to, żeby on dał placet dla tego nowego Tymczasowego Zarządu Regionu.
Pyt. Czy dał?
Odp. Nie było
tego, ponieważ oni nie istnieli - ci byli działacze. Myśmy
się ich bali, bo ja ich znałem i tych starych działaczy się
bałem. No bo oni byli znani i byli przez to spaleni. Bogdan bachmura nie
był znany, Ruszkowski nie był znany, Kłosiński nie był
znany, ja nie byłem znany, Olek nie był znany. No chyba nie był
znany wcześniej. My mieliśmy wrażenie, że my tworzymy
coś wielkiego, że jesteśmy najważniejsi. Ale
dowiedziałem się po paru latach, że było kilka
ośrodków, ale w 1982 i 1983 roku to myśmy tworzyli, poprzez wydawanie
bibuły, poprzez kolportaż, ten początek. Później z tymi
starszymi działaczami nie było kontaktu. Większość z
nich wyjechała w 1983 czy 1984 roku. Został Andrzej Bober,
szukałem z nim kontaktu. Bogdan też próbował, bo znał
Andrzeja Bobera. On szybciej chyba dotarł niż ja. Andrzej mnie
się bał, bo był po więzieniu. jako jeden z ostatnich
wyjeżdżał. Rozmawiałem jednak z Andrzejem - taka drętwa
rozmowa, a mnie chodziło o konkrety. Ja z Lubaszewskim rozmawiałem
tak samo: - Dajcie powielacz, dajcie pieniądze! Ja się wam
przedstawiam. Dasz mi to? - Nie, bo nie
mamy. Ja do Bobera poszedłem i powiedziałem: - Andrzej, daj mi
powielacz! Miałem już dość tej ręcznej roboty.
Łukomski wyjeżdżał, to ja z nim tak samo. Z Łukomskim
to prawie że się pobiłem. Dosłownie w przedzień jego
wyjazdu. Z Wieśkiem Bryckim byłem wówczas. O! Wieśka
złapałem. On mi powiedział, że
Łukomski wyjeżdża. To poszliśmy do niego. I chciałem
od niego powielacz, bo kursowała taka plotka, że ktoś zachował
powielacz w Olsztynie. Wyobraź sobie: wówczas powielacz to było
coś więcej niż teraz komputer. Przecież ja ręcznie
robiłem wszystko. No i wtedy z Łukomskim prawie żeśmy
się za łby nie wzięli: - Człowieku, ty
wyjeżdżasz! Zostaw mi chociaż ten powielacz! Oni udawali,
że coś wiedzą, że coś mają. Bogdan Bachmura nie
znał ich wcześniej i ja ich poznawałem.
Pyt. Czy w ogóle Bogdan Bachmura należał do „Solidarności”?
Odp. On chyba wcześniej
był uczniem? Ale chyba wcześniej nie był związany z
„Solidarnością”. Na pewno nie był znany w 1980 roku, a
także w 1981 roku.
Pyt. Czy mieliście
kontakt z Langowskimi?
Odp. Nie. Ostatnią
osobą, którą pamitam z byłego Zarządu Regionu był
Krzysztof Milczarek, który mówił, że gdzieś tam bibulę
dostarczać komuś. Ja nie miałem żadnego kontaktu. Z tym,
że ja zawsze się trochę wycofywałem, nigdy nie
pokazywałem się publicznie. Tak, że trudno mi powiedzieć
za Tymczasowy Zarząd Regionu.
Nie miałem kontaktu z Langowskimi, ze Śnieżko, z Lubienieckim, z
Nowakiem, z Wojtkiem Ciesielskim też nie miałem, trochę z
Grucelą.
Pyt. Znałeś Wojtka
Niepokulczyckiego?
Odp. Wojtka
Niepokulczyckiego znałem z Zarządu Regionu, on pracował w dziale
intrwencji w 1981 roku. Po 13 grudnia, spotkaliśmy się poprzez Wojtka
i Ewę Ruszkowskich, bo ja do nich wtedy zachodziłem. Oni mieszkali w
samotniaku. Ja z Wojtkiem spotkałem się w lutym, lub w marcu 1982
roku. Do tego czasu Wojtek Niepokulczycki istniał jako tymczasowy
przewodniczcy Zarządu Regionu. Wynikało to z tego, że on
był jedynym pracownikiem Zarządu Regionu, który pozostał. Nie
licząc mnie, bo ja nie byłem takim pracownikiem znanym. Ja byłem
takim pracownikiem - sprzątaczka, no! Wojtek Niepokulczycki był
utożsamiany z Zarządem Regionu. W styczniu 1982 roku był
utożsamiany z przewodniczącym Zarządem Regionu. Skąd to
się wzięło, ja nie wiem, ale coś takiego było i w tym
kręgu osób związanych z „Solidarnością” on tak
fukcjonował. I być może pierwsza odezwa grudniowo-styczniowa
podpisana przez przewodniczącego, to była podpisana przez Wojtka
Niepokulczyckiego. Oczywiście podpisał anonimowo, ale jako tymczasowy
przewodniczący.
Później kontakty z nim były przez Ruszkowskich i Bogdana
bachmurę. Ale z Bogdanem Bachmurą na pewno Wojtek znał się
dobrze. Wojtek w pewnym momencie wpadł w głupie przesłuchanie, w
głupie kłopoty z SB-ecją. Jemu sugerowano (to trzeba
zerknąć w styczniową lub lutową „Gazetę
Olsztyńską” tam był artykuł o nim) złodziejstwo. I
być może przez to siedział. On siedział w więzieniu.
Coś takiego pamiętam, że Wojtek jest zamknięty za
złodziejstwo. On mieszkał w takim wieżowcu koło Parku Czynu
Partyjnego, mieszkał gdzieś tam na 11 piętrze. Miał
kłopoty z chałupą.
Pyt. Mieszkał sam?
Odp. Z żoną, albo
z dziewczyną - sprawy rozwodowe. Coś tego typu. Ja tam kiedyś
byłem u niego. W komoisji interwencji pracował w tym ostatnim
składzie: on, Wojtek Grotecki, Wojtek, Andrzej Bober, Wisiek Brycki. Co
się później z Wojtkiem stało, nie wiem. Na pewno miał
nieprzyjemne historie z esbecją. Pamiętam jak
dziś: jakiś pierścionek mi pokazywano, czy ja go widziałem?
Jemu wmawiano, że on ukradł komuś na ART. jakiś
pierścionek. Ten motyw …
Pyt. Z tego wynika, że
miałeś z esbecj do czynienia?
Odp. Ja byłem 13
grudnia zameldowany na ul. Zwycięstwa 58. Tam z żoną
wynajmowaliśmy mieszkanie do października i nie zostalimy
wymeldowani. Wtedy przeprowadziliśmy się do Ostródy, chociaż do
grudnia byłem zameldowany w Olsztynie. I w Olsztynie po 13 grudnia
wpadła tam milicja - po co, diabli wiedzą? Mówili, że to jest
fałszywy alarm, że to nie po mnie przyszli. Tydzień czasu ukrywałem
się. Kręciłem się po Olsztynie. Przed świętami
wróciłem do domu. Po świętach wpadła milicja do domu do
Ostródy. Jak znaleźli - nie wiem! Zrobili rewizję, zabrali wszystkie
książki, bibułę i mnie zabrali. Siedziałem tam 48
godzin na komendzie i wyszedłem. Drugi raz zamknęli mnie w styczniu -
nie wiem za co. Na 24 godziny. W lutym zacząłem wydawać
„Rezonans”, do marca miałem spokój. Przed 1 maja dostałem jakieś
wezwanie na milicję. Po 1 maja zamknięto mnie
na 48 godzin, kolejny raz, związane to było ze sprawą Janusza
Śliwińskiego i Tadeusza Czajkowskiego. Ja myślałem, że
to jest związane z tym, że ja 1 maja położyłem te
kwiaty pod Zarządem Regionu i że 3 maja chodziłem po Starym Mieście.
To było związane ze sprawą Janusza Śliwińskiego, który
był za coś aresztowany.
Pyt. Mówiłeś jescze o zatrzymaniu w 1986 roku?
Odp. To dostałem. Ja
wtedy byłem głupi. Spałem na powielaczu, miałem w
łóżku powielacz. Są takie chwile, że jak ci patrzy gliniarz
to myślisz, że to jest z tobą związane. Byłemwezwany i
nic nie mówiłem tylko patrzyłem. Może przekląłem …
Wtedy gliniarz dał mi w pysk. To ja mu oddałem ręką. I
zostawił mnie, za pięć minut wpadli i mnie stłukli.
Wyprowadzili na dołek, zamknęli na 48 godzin i wypuścili.
Pyt. Nie było
większych konsekwencji?
Odp. Nie, za rok czasu
dostałem kolegium za to, że niegrzecznie się zachowałem.
Pyt. Mówiłeś,
że spałeś na powielaczu: w Olsztynie czy w Ostródzie?
Odp. W Ostródzie, w
chałupie miałem powielacz i ten powielacz wynosiłem do ogrodu, do
piwnicy, na strych. W kanapie miałem powielacz.
Pyt. A skąd go
miałeś?
Odp. Właśnie nie
wiem. Przywieźliśmy go z Gdańska. Mój szwagier Mariusz
Stępowski, Kaliningradzka 48, obecny nauczyciel LO nr 2 woził w 1983
roku papier. Ja go poprosiłem, zapłaciłem mu za to. On
woził papier do Gdańska, po to, żebyśmy wydrukowali
książkę o … I on wtedy przywiózł z Gdańska powielacz.
W 1984 roku, po ks. Popiełuszce, po jego śmierci, przestałem
się bać. Robiliśmy to pół jawnie wręcz. Krąg
osób, kolporterów - to się robiło jawnie. Nie wiem po co mnie w 1986
roku wezwali. Inna sprawa, że wcześniej dostałem w zęby w
1983 roku. Mój kolega ze studiów …
Pyt. Czy jeszcze o
czymś chciałbyś opowiedzieć?
Odp. 3 maja 1982 roku albo
1983. Ten marsz na Starym Mieście. Dla mnie to jest najpiękniejsza
rzecz. To było 3 maja? Ten marsz na Starym Mieście, gdy było
tysiące osób, bo to było tysiące osób szlo, i tam
widzieliśmy i kamery nagrywające … Nikt się nie bał. I
wtedy byli wszyscy internowani i stary Zarząd … wszyscy byli,
ludność Olsztyna. To było coś pięknego. Bo
później to była taka matołowata robota. Siedzisz powielasz … A
kiedy były te dziennikowe marsze?
Pyt. Dziennikowe marsze
były w pierwszych miesiącach 1982 roku.
Odp. To, czekaj, ja nie
mówię o 3 maja. Ja mówię o pierwszym marszu dziennikowym.
Pyt. Dlaczego po roku 1986
druk „Rezonansu” przejęli inni?
Odp. Bo wspólnym motywem
zawsze był Tadek Adamski (Adamczewski?) On
nadawał. Na pewno był Zdzisiek Płotek - cały czas
się przy tym kręcił. Jak ja przestałem wydawać, bo
drukowałem jeszcze inne rzeczy, jakie zlecenia mi dawali, bez
pieniędzy oczywiście: „Solidarność Walczącą” z
Wrocławia robiłem, gdański jakiś biuletyn robiłem,
wrocławskie PBK kolejarzy - oni mi dawali matryce i ja to miałem
robić.
Nie miałem żadnego kontaktu z OZOS-em - przez cały czas stanu
wojennego, aż dziwne. Ja nikogo z tamtąd nie znałem, może
dlatego, że ja dojeżdżający. Byłem tylko od robienia,
od drukowania. Od 1986 roku nic na pewno nie robiłem. Ja dostawałem
ten „Rezonans”, jak? Nie wiem. Może przez Michała
Kłosińskiego. I oni, to znaczy Zdzisiek Płotek i Teresa
Stefanowicz drukowali i dociągnęli do kwietnia 1989 roku. I
później 1989 rok przyszedł, czy nawet 1988. Sierpień 1988 roku
przyszedł, a ja też nie miałem nic wspólnego. Nie robiłem.
Z Komitetem Obywatelskim też nie miałem nic wspólnego.
Pyt. Znałeś przez
cały czas Wieśka Bryckiego. On też funkcjonował …
Odp. Nie funkcjonował.
Ja go znałem, ceniłem za 1981 rok. W 1982 czy 1983 roku
spotykaliśmy się … Ceniłem go, bo był taki facet z jajem,
taki agresywny w pozytywnym znaczeniu - przebojowy w stosunku do władzy.
Ponadto go lubiłem. Od 1983 do 1989 roku praktycznie się z
Wieśkiem Bryckim nie widziałem. Tak jak z każdym, bo to
wynikało z tego, że ja nie chciałem się z nimi
widywać. Ja kontaktowałem ludzi, ale sam nie chciałem. Ja
wolałem się w tym nowym kręgu, a nie w tym starym, dlatego,
że bałem się. Miałem kontakty z Meissnerami. Bałem
się kontaktów u tych starych działaczy, bo ja miałem powielacz.
Bałem się, że wpadnę, że mnie zapuszkują.
Dowiadywałem się, że Irena Telesz robi tam gdzieś w
Przykopie spotkania, to ja się dowiadywałem post factum. A nawet
gdybym się dowiedział wcześniej, na pewno bym się tam nie
pojawił. Unikałem.
Pyt. A czy do roku 1983
Wiesiek angażował się?
Odp. Kompletnie nic i Wiesiek
i o innych też nic nie wiedziałem. A póniejsza
działalność, to jest początek 1989 roku. Do 1989 roku
myśmy istnieli jako kompletnie odrębna grupa. Czy Bogdan Bachmura
miał - chyba nie. Inni też nie. Jak kontakty były to takie
pojedyńcze, a nie jako kontakt z całą grupą. Nie na
zasadzie wciągania ich w naszą działalność. Ta moja
działalność to jest 1983 - 1986. Na pewno jako Tymczasowy
Zarząd Regionu w 1983 - 1986 nie mieliśmy z nimi żadnego
oficjalnego kontaktu. W Olsztynie nie było takiej osoby ze Starego
Zarządu, która by utożsamiała „Solidarność”. Mirek
Krupiński był, ale on się wycofał. Kiedyś
mieliśmy pomysł wydania wspólnego komunikatu, ale on upadł z
tego względu, że z tamtej strony nie było z kim. Nie było
ani wspólnego komunikatu, ani oświadczenia, nic. Bo myśmy nawet nie
chcieli, bo myśmy ich nie czuli. Może oni nas nie czuli? Nic nie
podpisywaliśmy. Nie było inicjatywy, żeby z nimi
nawiązać kontakt. Oni byli tak samo dla nas pojedyńczymi
osobami, jak my zapewne dla nich.
Dlaczego nikt z Olsztyna nie był w TKK - w
Tymczasowej Komisji Krajowej? Bo nie było kogoś takiego. Wiem,
że była jakaś rozmowa Z Bogdanem Bachmurą i Bogdan
mógł być tam razem z Bujakiem, Frasyniukiem, Hardkiem i plus Bogdan
Bachmura. Dlaczego on nie był, nie wiem. Na pewno musiałby
przedstawić się z nazwiska. On nie mógł, musiałby
iść całkowicie w podziemie. A tu nie istniało coś
takiego jak podziemie.
END
--------------------------------------------------------------------------------
Rozmowa ze Sławkiem Olkiem
w dniu 13 listopada 1995 roku
Pyt. Gdzie
zastał cię 13 grudzień?
Odp. To była niedziela,
byłem sam bo żona wyjechała do chorej matki do Chodzieży. I
oto w telewizji nie ma programu. Marsze. Okazuje się, że wprowadzono
stan wojenny. Lecę na dworzec, pociąg nie przyjeżdża.
Biegnę na ul. Kard. Wyszyńskiego do Langowskich. Tam spotkałem
kilka osób, ale Grażyny nie było. Wymieniamy pierwsze wrażenia.
Pyt. Przypominasz sobie kto
tam był?
Odp. Nie pamiętam. Nie
bardzo rozumiemy to wszystko. Moja żona przyjeżdża drugim
pociągiem. Ta podróż była nietypowa - pociąg był
prawie pusty. Matka była ciężko chora. Kiedy chcieliśmy
jechać drugi raz, to o zezwolenie postarał mi się jeden z
uczniów, który pracował w ratuszu. 23 grudnia pojechaliśmy do matki
żony. Była nieprzytomna i zmarła na zapalenie opon. tak się
dla nas zaczął stan wojenny.
Szkoła zaczęła się dopiero gdzieś 13 stycznia.
Wcześniej nie było zajęć. Pracowałem w Zespole
Szkół Rolniczych i Ogrodniczych na ul. Jagiellończyka. Tam gdzie
była „dwunastka”. I właśnie w tej dwunastce uczyłem
też biologii i chemii. A w zasadniczej szkole byłem wychowawcą w
pierwszej klasie. W pierwszym dniu zajęć pan Żygas, który
był podinspektorem szkolnym powiedział, że chce ze mną
porozmawiać. Wcześniej dowiedziałem się, że zawiesili
w prawach nauczyciela przewodniczącą „Solidarności” w szkole
panią, która miała 5-ro dzieci. Gdy spotkałem się z
Żygasem to mówię, że nie uznaję żadnej WRON-y,
żadnego stanu wojennego, bo jest bezprawny, niekonstytucyjny. Ja znam
kartę Nauczyciela, mam sumienie. Byłem wściekły, rozmowa
była krótka. Chodziłem szukałem KPN-u, gdyż jak się
okazało „Solidarność” była za słaba. Szukałem
organizacji, która jest zdecydowanie antykomunistyczna.
Pyt. Ale co chciał
Żygas?
Odp. On chciał ze
mną rozmawiać, gdyż ja byłem w Zarządzie Regionu
członkiem Krajowej Komisji Oświaty. Byłem przedstawicielem woj.
olsztyńskiego i jeździłem na te spotkania Krajowej Komisji
Oświaty. I jako z działaczem „Solidarności” on chciał
przeprowadzić ze mną rozmowę.
To było 11-go. 13-go przysłał mi pismo: - „Zawieszam obywatela w
pełnieniu obowiązków służbowych z dniem 13 stycznia w
związku z niezastosowaniem się do postanowień
Zarządzeń Min. Oświaty i Wychowania, z 18 godzin w sprawie
organizacji pracy szkół i placówek … Jednocześnie ograniczam
obywatelowi uposażenie do 50%, zawieszam dodatki …” Czyli goła pensja
i to 50% … (dokument).
W administracji powiedzieli mi, że ja nie mam już prawa wstępu
do żadnej klasy - ubierać się w płaszcz i wychodzić.
Ja mówię: - Mam jeszcze sprawdziany, muszę poprawić. I
wstawić do dziennika oceny. - Nie, żadnych sprawdzianów, żadnych
ocen, kontaktów. Ale ja poszedłem do klasy, powiedziałem, że
zostałem zawieszony, nie wiem kiedy się spotkamy, ale w tej chwili
musimy się pożegnać.
Po tym 13 stycznia pozwoliłem sobie wystosować do Inspektora pana
Krygiera, odpowiednie pismo (w załączeniu: dokument), w którym
pouczam pana inspektora. I to pisemko stało się koronnym dokumentem
na rozprawie przeciwko mnie potem w komisji dyscyplinarnej.
Rozpoczęło się wtedy pierwsze wezwanie na SB. Rozmowę ze
mną przeprowadził tam pan Żygas. - to był podinspektor
oświaty. Natomiast inni w SB tam nie przedstawili. Próbował mnie
wciągnąć w rozmowę polityczną, ale ja powiedziałem:
- Proszę pana, jest to ostatnie miejsce, gdzie będę dyskutował
na tematy polityczne. Pan nie ma swoich poglądów, a ja mam lepszych
partnerów do dyskusji. A więc on przyniósł lojalkę i kazał
mi podpisać. Powiedziałem, że nie podpiszę, gdy to mi
uwłacza - Czy pan podpisywał, że pan nie będzie
gwałcił swojej żony publicznie, albo że nie będzie pan
pełnił dyżuru po pijanemu? - No, nie, bo to jest oczywiste. - Ja
tego też nie będę podpisywał. I takiej lojalki nie
podpisałem. Brali mnie potem jeszcze kilka razy. Ale ja się z nich
nabijałem. Nie było sensu z nimi dyskutować. kilkakrotnie mnie
później brali w różnych okresach, ale nie próbowali już
namawiać ani na lojalność, ani na współpracę, mimo
iż niektórych moich kolegów namawiali. Myślę, iż zauważyli,
że to nie ma sensu.
Rozpoczęła się rozprawa w Komisji Dyscyplinarnej powołanej
przez Kuratora i ja musiałem sobie znaleźć obrońcę.
Było 3 obrońców z urzędu wyznaczonych przez Kuratora: jednym z
nich był nauczyciel szkoły nr 4, drugim nauczycielka szkoły nr
11. Ale pomyślałem sobie, to są czynni nauczyciele, są kierownikami
szkół i są podporządkowani Kuratorowi. Ale był jeszcze
Bogdan Mużny, który kiedyś był szefem ZNP. I ja go
wybrałem. Odbyliśmy kilka spotkań. On mówił mi, że
przecież nauczyciela mogą karać tylko za to co zrobił z
uczniami w szkole, a pan przecież powiedział to tylko w stosunku do
swoich kolegów, przełożonych. Dwa dni przed rozprawą Mużny
przyszedł do mnie i powiedział, że rezygnuje z mojej obrony.
Później się dowiedziałem, że naciskano go aby rzucił
moją sprawę, robiono mu obietnice. Przecież później
został wicekuratorem (To mówiła mi pani, która pracowała w
dziale osobowym i przeglądała różne dokumenty, mówiono przy
niej głośno o mojej postawie itd.).
Po jego rezygnacji początkowo odłożono o 10 dni moją
sprawę, ale ja powiedziałem, że nie będę nikogo
szukał, że będę się bronił sam. To w maju
było - przegrałem. Mam tutaj wniosek o ukaranie i wezwanie na
rozprawę. Przewodniczył Władysław Jakubowski. To był
pracownik Kuratorium, natomiast Lesław Kleszczyński to był
dyrektor szkoły i Aleksander Żurowski - mój kolega, chemik, dyrektor
szkoły. I ta komisja ukarała mnie wyrzuceniem z pracy. To było 6
maja, przy drzwiach zamkniętych w Urzędzie Wojewódzkim. (odpis -
ksero w załączeniu). To ich orzeczenie, to parodia zupełna - bo
ja stawałem w obronie konstytucji i treści zarządzenia.
Zapisali, że powiedziałem, iż WRON-a jest władzą
uzurpatorską. To orzeczenie nie było nawet na granicy prawa, to
było poza prawem.
Ja się odwołałem do Komisji Dyscyplinarnej przy Ministrze.
cały cykl rozpoczął się na nowo. Tu mam notatki z tej
sprawy, swoje przemówienie, odpis protokołu. Ja udzieliłem
pełnomocnictwa prof. Zdzisławowi Ziębie z Warszawy,
nauczycielowi. I ja się tam zgłosiłem do punktu prowadzonego
przez „:Solidarność” przy kościele św. Aleksandra na pl. 3
Krzyży. On napisał mi odwołanie do tej komisji. Z punktu
widzenia prawnego to jest to napisane dobrze, np. ustosunkowanie się do
pkt 2, brak powołania na odpowiednie zarządzenia Ministra. Zygmunt
Rypina był przewodniczącym Kolegium, a moim obrońcą nie
był jednak ten Zięba (miał jakieś kłopoty z
żoną) ale Andrzej Stelmachowski - późniejszy minister, który
był wtedy kierownikiem katedry prawa Wydziału Rolnego UW. I on sobie
doskonale z tym poradził - dobił cały wniosek. Ale mi
przyłożyli mimo wszystko, że dali mi nagan (że ja
pyskuję). To jest 24 września 1982 roku rozprawa. Komisja ta jednak
postanowiła orzeczenie Komisji Dyscyplinarnej uchylić w
całości. Jednak postanowiła wymierzyć mi naganę z
przeniesieniem do innej szkoły. (dokument). W Kuratorium przeciwko mnie
stawał zawsze Pieklik Marian - chyba przy Kuratorium szef d/s osobowych,
szef kadr. Kilka razy on stawał przeciwko mnie i przegrywał w
Sądzie Pracy sprawy finansowe
Skierował mnie do pracy jako wychowawcę świetlicy w Szkole
Podstawowej nr 1. Tu moja kariera świetliczanki trwała przez
półtora roku. ja odwołałem się do Ministra Oświaty,
że nie jestem przygotowany do pracy w świetlicy, ale jestem
przygotowany do innej pracy. Ale bez skutku. Pracowałem tam przez 1,5
roku. raptem świetlica stała się modna, mnie to
pociągnęło. Uczyłem te dzieci w szachy, warcaby, zabawy
sportowe. Np. kto pod krzesełkami szybciej przejdzie, zapory,
piłkę nożną. Organizowałem konkursy: szachowy,
literacki, powołałem zespół - cuda! Ale później nie
poszedłem na pochód 1-majowy i wyrzucili mnie za to w 1984 roku.
Właściwie ja nie musiałem chodzić na pochód, bo
młodzież z tych młodszych klas nie chodziła. Kilku
nauczycieli w tym mój kolega, chcąc uniknąć tego pochodu,
wzięło sobie zwolnienia lekarskie. To dyrektorka mnie
wyznaczyła, więc powiedziałem, że nie pójdę, to ona na
piśmie mi przysłała. I ja sobie dałem, nie poszedłem,
a ona wtedy napisała pismo do inspektora, a inspektor do pana Wojewody
Chudego. I Wojewoda Chudy z dniem 4 maja wylał mnie ze szkoły. I ja
znowu się odwołałem do tej samej Odwoławczej Komisji
Dyscyplinarnej przy Ministrze Oświaty i wygrałem sprawę. Bo oni
popełnili błąd. Bez uzasadnienia to zrobili. Komisja
uchyliła to zwolnienie, a tu w Olsztynie byli zaszokowani (dokument). Ale
Wojewoda powiedział, że swoją decyzję podtrzymuje i koniec.
Zrobił to bezprawnie. Ja miałem obrońcę pana Antoniego
Fedorowicza - prawnik z Warszawy, przy kościele św. Aleksandra. I on
napisał pismo odwoławcze, ale się spóźnił. Nie
przyjęli bo minął tydzień. Sprawa upadła. Ale ja nie
rezygnowałem. Wystawiłem zażalenie, ale oni odpowiedzieli mi tym
samym. Ale znalazłem coś innego. Był taki przepis, że
może związek zawodowy wystąpić o przywrócenie terminu. Udałem
się do ZNP, gdzie wiceprezesem był pan Zaciura. Ja mam siostrę
prawnika w Warszawie.
Pyt. Kto ci tu w Olsztynie
radził pod względem prawnym?
Odp. Radziła mi Gienia
Kmieć, przy kościele św. Józefa. Tam się
kontaktowałem. Kiedy rozmawiałem z panem Zaciurą, on mówił,
że spotkałem się z bezprawiem, ale przeciągnął
termin napisania mi wniosku. ja napisałem pismo do Zarządu
Głównego i pan Zaciura w końcu odpowiedział, że nie
znajduje podstaw do wystąpienia z wnioskiem. Oczywiście
wcześniej byłem u pana Kopczyńskiego, który jest prezesem
Zarządu Oddziału ZNP, ale on wydał mi złą opinię.
Jak byłem radnym i byłem w Komisji Oświaty, to on kiedyś
przyszedł jako szef ZNP i widocznie zapomniał o tym co wcześniej
mówił jak to ZNP broniło i broni nauczycieli. Ja mu delikatnie
przypomniałem że w bardzo ważnej dla mnie sprawie zachował
się wręcz odwrotnie. Ale jak on wtedy zareagował: jak ja
śmiem mu przypominać, jaki jestem pamiętliwy. Prawie mi
nawymyślał.
Kurator Mering trochę głupio się czuł, jak do niego
zachodziłem. Mówił, że nie ma dla mnie pracy. Kiedyś mi
proponował posadę w Iławie, ale wyjazd do Iławy, to nie
była najlepsza sprawa. Napisałem wobec tego do ministra 18.01.1988
roku. do pana Henryka Bednarskiego MSW, aby spowodował zatrudnienie mnie
jako nauczyciela. Wcześniej musiałem gdzieś zarobić, a
jedyna praca gdzie nie trzeba było specjalnych kwalifikacji, to była
praca zaopatrzeniowca. I zatrudniłem się w Kombinacie Budowlanym jako
zaopatrzeniowiec. I miałem niezłe rezultaty. Potrafiłem
jeździć samochodami po całym kraju, zwozić stal lub inne
materiały. tam w Kombinacie wyprowadziłem „Solidarność” jako czwarty zakład w naszym
województwie. I tam wybrano mnie na przewodniczącego „Solidarności” i
napisałem do dyrektora z żądaniem zatrudnienia mnie na etacie
przewodniczącego i musiał to zrobić. W pokoju gdzie na drzwiach
była tabliczka POP, napisałem „Solidarność”
Pyt. Oficjalnie w Kombinacie
„Solidarność od kiedy mogła istnieć?
Odp. Chyba od 1989 roku.
Pyt. Kiedy
zacząłeś w Kombinacie pracować?
Odp. Jak przegrałem
ostatecznie sprawę w szkole. To najpierw zacząłem pracować
w Unipralu i tam pracowałem … Ale chciałem przenieść
się do innego zakładu pracy, spółdzielni na ul. Warszawskiej.
Już miałem wszystko załatwione, oni do mnie zwrócili się z
prośbą aby to było za porozumieniem stron, zgodą
zakładów pracy. Zwrócili się nawet na piśmie o to. Dogadali
się szefowie. Ale na drugi dzień zadzwonili do mojej spółdzielni
i powiedzieli, że rezygnują z tego, bo przyszli trzej panowie i
zabronili im.
Pyt. A czemu zezwolili ci w
Kombinacie?
Odp. Bo ja ich
podszedłem. Napisałem podanie do 3 zakładów potrzebujących
zaopatrzeniowca: do jakiegoś zakładu kolejowego i do jeszcze innego,
już nie pamiętam jakiego. A bez wysyłania pisma poszedłem
do dyrektora Kombinatu i on mnie przyjął od razu. Tak, że
wprawdzie w tych innych zakładach odpowiedzieli mi odmownie, ale nie
zauważyli, że jednocześnie już wystarałem się,
że mnie przyjął dyrektor Wieczorek., szef główny i jak oni
przyszli to ja miałem podpisaną umowę. Już pracowałem,
już nic nie mogli zrobić. I Wieczorek sobie ukręcił bicz na
własną głowę, bo później żeśmy go wyrzucili.
W Unipralu spotkałem się z dwoma stanowiskami, Prezes, pan
Skowroński podszedł do mnie bardzo fair. Oczywiście ja
musiałem mieć najniższą pensję - bo takie było
wtedy ich prawo. On podarł ten pierwszy angaż i bardzo mnie
faworyzował. To był bardzo uczciwy człowiek. Ale jego
zastępca, który do dzisiejszego dnia jest Prezesem, (nie będę
wymieniał jego nazwiska, bo to nie ma sensu) to był funkcjonariusz
partyjny i pilnie słuchał tego co mu polecono. Pan Skwarczyński
teraz ma własną firmę - czasami się spotykamy i mówimy o
tych czasach
Pyt. Jak wróciłeś
do szkoły?
Odp. Jeszcze w czerwcu 1983
roku pisałem podanie, ale to była już formalność.
Była specjalna Komisja Pojednawcza. Wezwali mnie na to posiedzenie
Komisji do Warszawy i tylko miałem udowodnić, że ja byłem
zwolniony z pracy z powodów politycznych. A to przecież była jasna
sprawa. To była więc formalność, napisali, że
przywracają mi termin, odwołanie uwzględnione, to zwolnienie z
pracy nieaktualne, pan Mering, pani poseł A. Urbanowicz wystosowała
pismo. komisja nakazała żeby Kuratorium mnie zatrudniło, ale
Kuratorium nie zatrudnia, tylko szkoły. I to był pewien problem.
Powstała nowa szkoła, nowe liceum przy ZSBud. ul. Pstrowskiego. I ja
się tam zgłosiłem do dyrektora i dyrektor mnie przyjął.
Uzgodniliśmy, że ten akt na Kuratora scedowany zostanie na dyrektora
tej szkoły. Wezwali mnie jednak, wicedyrektorka szkoły i Prezes ZNP
i powiedzieli, że się nie godzą na to, że mają
kogoś innego. Ja ich spokojnie zapytałem, czy one sobie czasami nie
zawłaszczyły uprawnień dyrektora. I zrezygnowały. Ale do
dzisiejszego dnia jestem tam nauczycielem drugiej kategorii. Ten mody dyrektor,
członek ZNP, kolega Kopczyńskiego, też wuefiarz. I już w
pierwszym roku dał mi naganę. Później musiał się
wycofać.
Pyt. Twoja
znajomość z Bachmurą? Czy znałeś go przed stanem
wojennym?
Odp. Nie, on się ze
mną skontaktował. On uważał, że ja mam jakieś
kontakty z władzami kościelnymi. A ja takich nie miałem. Ja
natomiast szukałem kontaktu z władzami podziemnymi. Spotkałem
się z nim i powiedziałem, że mu taki kontakt znajdę, ale
pod warunkiem, że mnie przyjmą do siebie, wręcz mu
powiedziałem. Zgodził się w zasadzie na to, z pewną
rezerwą. Powiedział, że ja mam się wkupić do nich
jakimś artykułem do gazety, do „Rezonansu”. I ja napisałem w
kwietniu 1982 roku artykuł na temat 3-maja. Poszedłem sobie do
biblioteki, wziąłem sobie książkę Jerzego Łojka
i napisałem artykuł bardzo spokojny, ale prawdziwy. Pamiętam,
że zakończyłem to zdaniem, że oficerowie o mentalności
rosyjskiej w polskich mundurach. Wiem, że ten artykuł im się
spodobał. Powiedział, że wreszcie mają kogoś, kto ma
dobre pióro. Bo inni to najpierw tylko całe wagony na komunę
ładowali, a treści dużo nie było.
Pyt.
Początkowo Bachmura wydawał biuletyn „Solidarność
Olsztyńska”
Odp.
Słusznie, on składał to czcionkami. I to było do tego
biuletynu. Ja przez rok czasu redagowałem „Rezonans”.
Pyt. W jakim
czasie?
Odp. Chyba 1986 rok, ale nie jestem pewny. Pisałem od 1982 roku artykuły, ale zostałem też członkiem Tymczasowego Zarządu Regionu. Przez rok redagowałem też „Rezonans”. Tam była taka pani, do której dzwoniłem i umawiałem się w sposób symboliczny, za pomocą pewnego kodu. Zanosiłem jej teksty, a ona przepisywała to na maszynie. I dalszą obróbkę robiła. ja tylko przygotowywałem teksty - kompletowałem. Cały numer. Kupiłem maszynę, kupiłem radio do nagrywania audycji zagranicznych. Nieraz całe audycje przeredagowywałem, albo całe publikowałem, zaznaczając, że to z Wolnej Europy, czy Głosu Ameryki. I nasze artykuły. Pokwitowania za składki, za dary, za wpłaty.
Pyt. Czy znasz ludzi, którzy
wspierali pisaniem „Rezonans” lub to drugie pismo? Oprócz ciebie.
Odp. Nic nie mogę
powiedzieć, bo to były dziwne układy, że jeden o drugim nic
nie wiedział. Każdy miał swoją działkę i nie
starał się dowiadywać więcej. Wychodziliśmy z
założenia, że lepiej nie wiedzieć. Wydaje się, że
był pan, u którego się spotykaliśmy, a który pracuje w tej
chwili w Urzędzie Wojewódzkim - Zdzisław Płotek. I był
Kazimierz Wosiek. Pisał również i Bogdan Bachmura. Bogdan trochę
się zgrywał na historyka. Miał trochę książek.
Pyt. Jaki był Bogdan
Bachmura?
Odp. Bardzo bojowy,
zdecydowany, był duszą tego towarzystwa. Próbował zbudować
nadajnik telewizyjny, ale to nie udało się.
Ściągnął fachowca nawet. To było wtedy, jak ja jeszcze
pracowałem w Unipralu - chyba 1984 rok. On takich części
żądał, takich pojemności, chyba kondensatorów czy coś,
że jak ja poszedłem i chciałem kupić, to oni dziwili
się i oczywiście nie mieli. To nie wyszło. natomiast wyszło
nam bardzo ładnie, jak żeśmy kontrolowali frekwencję
wyborczą. ja tam byłem szefem tego. Miałem swoich ludzi, m.in.
Grażyna i Rysiek Langowscy. Wyznaczyliśmy sobie punkty wyborcze.
Była tam metoda - co pewien czas przez krótki okres, trzeba było
obserwować i notować ludzi wychodzących.
Pyt. Jakie to były
wybory?
Odp. Nie pamiętam.
Zawoziłem potem wyniki do Gdańska. Ale u nas nie mamy żadnych
dokumentów, bo pierwszą zasadą jaką nam wpajano, to nic u siebie
w domu nie trzymać. To było kilkanaście punktów w Olsztynie.
Drugą rzeczą, którą podjąłem, początkowo nie sam,
a później już sam, to usiłowałem … Ja zawsze miałem
zacięcie historyczne, a szczególnie w tym okresie. Ja mocno
reagowałem na fałszowanie historii. A ponieważ byłem
filatelistą, to usiłowałem przelać to w postaci znaczków
„Solidarności”. I tu przez okres kilku lat wydawałem stopniowo
kilka rzeczy w roku - wydałem 16 takich bloczków pocztowych.
Pokazałem 12 polskich miesięcy - tzw. „polskie miesiące”. I to
mi dało dużą satysfakcję. Raptem spotkałem się z
odzewem z Warszawy z Centralnego Kolportażu. Trafili do mnie przez Wojtka
Ciesielskiego (Długiego). On wskazał im, że to ja te znaczki
wydaję. I zaczęły rozchodzić się w Warszawie i
stopniowo, uparcie doprowadziłem do tego, że te całe 12
miesięcy podałem jakie to były ważne fakty, wydarzenia w
tych miesiącach, które komuna albo fałszowała, albo
przemilczała. Tu miałem nawet pewne przykrości.
Pyt.
Posądzano cię, że ty zarabiasz na Solidarności. Jak ty to
oceniasz?
Odp. Ja
uważam, że nie można … Oni uważali, że to są
składki na „Solidarność”. A ja mówiłem, że nic
podobnego - to jest działalność, która się nazywa „Poczta
Solidarności”. Ja to robię jako związkowiec. Oni mówili, że
ja na tym zarabiam. A ja odpowiedziałem, że co, według nich
powinienem tracić? - O tak! Przyszło do mnie dwóch panów: Rysiek
Kułakowski i Stefan Śnieżko. Oni przyszli i chcą mnie
rozliczyć, bo ja jakieś kokosy zarabiam. Oni mówili: - Ty powinieneś
za to dostawać pieniądze, ale jako wynagrodzenie, a nie jako twoja
działalność prywatna. Ja miałem akurat inne zdanie na ten
temat, które wynikało nawet z broszur „Solidarności”. Według
tego działalność w „Solidarności” nie powinna być
oparta na pracy bezpłatnej. Ja miałem tu pewne doświadczenie.
Jeżeli ktoś pracował na siebie honorowo, to tak robił,
że to sito trzeba było później wyrzucić. A ja
uważałem, że trzeba za to wszystko zapłacić dwa razy
tyle ile za każdą fuchę niepolityczną. I tyle
płaciłem: jak zdobywałem papier, projekt, matrycę, a
później druk. Zawsze brałem najlepszych ludzi i płaciłem
dwa razy tyle co normalnie. Ale mówiłem np. do drukarza tak: - „Ja panu to
dzisiaj przynoszę, ale jutro musi to być wydrukowane. Tylko 24
godziny - nic więcej”. tak samo było z matrycą.
Raz z Kułakowskim tak było. Mieliśmy wydać pamiętniki,
zebrałem wszystkie dokumenty - naszego Antonowicza, który został
zabity. I teraz społeczna robocizna: najpierw było to adjustowane
miesiącami, nikt nie miał poczucia obowiązku. Leżało
to gdzieś na różnych melinach, mimo iż ja prosiłem,
żeby przyśpieszać. Aż w końcu jakaś przypadkowa
rewizja i zwinęli to wszystko. ja robiłem to inaczej. Przede
wszystkim bez amatorszczyzny. każdą rzecz wykonywali najlepsi
fachowcy. I musieli być opłaceni. I dzięki temu to wszystko
funkcjonowało.
Pyt. Kto zajmował
się drukiem, kto projektował?
Odp. Ja robiłem
wystawę i te wszystkie znaczki były eksponowane - z okazji
pielgrzymki papieża. I prosiłem nawet panią, która
projektowała te znaczki, pani Żuk. Ona ma podwójne nazwisko. Ona
projektowała z wyjątkiem jednego znaczka, tego ostatniego.
Październik - ten z papieżem, który mi projektował Kowalski z
Gdańska. Ale wszystko było drukowane w Olsztynie. W żadnym
dużym zakładzie drukarskim nie mogło to być robione, bo tam
chodzili i szukali. Był taki zakład, gdzie pracował na godzinach
najlepszy maszynista z OZGrafu. I on w jednym tygodniu pracował do
południa, a w drugim po południu. Jak pracował do południa,
to tam nie chodził, bo tam było dużo ludzi, a po południu
był sam. On pracował koło gmachu organizacji młodzieżowych
w tym wysokim budynku Biuro Projektów Budownictwa Wiejskiego. tam była
maszyna drukarska i po południu przychodziłem do niego i
płaciłem mu (on mieszka na ul. Kołobrzeskiej 13 H - może
Glesmer?)
Pyt. On żyje jeszcze?
Odp. Tak żyje. Był
bardzo dobry.
Pyt. Wizyta
Kułakowskiego i Śnieżki - ich argumenty?
Odp. Że ja śmiem
na tym zarabiać. Ja im powiedziałem, że mnie taka ich harcerska
praca nie interesuje. Rysiek mówi, że on też kiedyś z plecakiem
jeździł do Warszawy z bibulą. A ja, że mnie taka harcerska
praca nie interesuje. Ja jeżdżę Żukiem, a chciałbym
TIR-em, ale jeszcze mnie na to nie stać. Np. jak ja wydrukowałem 3
tyś. ( w 19882 roku) egz. wierszy Cz. Miłosza. Drukowałem w
budynku Komitetu Wojewódzkiego PZPR - zacząłem jeszcze przed stanem
wojennym, ale zakończyłem już w stanie wojennym. I z tymi
paczkami chodziłem, z poszczególnymi składami, jak kolejne strony
były drukowane, chodziłem, a wojskowe patrole tak mi się przyglądały.
Pyt. A kto drukował w
KW?
Odp. Taki pracownik, mieli
taki offset suchy, takie ksero. Prymitywne to ksero było, ale jakoś
drukowało. I pamiętam te wiersze Miłosza - obiecałem w
Zarządzie Regionu gdy pracowałem w Komisji Oświaty - i
później przyniosłem tym ludziom, ale już nie do Zarządu
Regionu, bo to było w stanie wojennym. Zażądałem za
taką jedną książeczkę 100 zł. To były nie
całe koszty druku. Uważałem, że powinienem na tym
trochę zarobić. Człowiek był bez pracy.
Wydrukowałem broszurę, czy wydrukowałem znaczek - brałem
3/4 kolportażu i albo wiozłem do Gdańska i tą broszurę
„Dwie ojczyzny - dwa patriotyzmy” wydrukowałem na
początku stanu wojennego - 3 tyś. sztuk. Duży nakład. To
było Lipskiego Jana - taki esej historyczny, bo mnie zawsze
interesowała historia. Pamiętam maj, 5-ta rano, słońce
ledwo uniosło się nad horyzontem, jesteśmy na Podgrodziu. Tam
miałem melinę w piwnicy i 12 paczek. Po dwie na Żuka kładę.
Ostatnie paczki kładę i patrzę, że idzie milicjant w
białej czapce, sierżant. Zobaczył nas i skręcił takim
skosem, przez jezdnię. _ No coś będzie! On podchodzi, taki
napuszony i mówi: - Właściciel wozu!. A samochód nie miał
żadnych napisów. ja mówię, że to prywatny. A to był mój
kolega, który był zaopatrzeniowcem, bo ja wśród zaopatrzeniowców
miałem sporo kolegów i on jechał do Gdańska. Poprosiłem go,
żeby mi to zawiózł. I on mówi, że jest tylko kierowcą,
jedzie do Gdańska, pokazał delegację. A ten milicjant pyta
jeszcze: - A co wy tam wieziecie? A kolega odpowiada: - Suchy chleb dla konia.
Milicjant powiedział: - Acha! i poszedł sobie. A tam ostatni worek to
był rzeczywiście suchy chleb, bo on miesiącami zbierał i
jak jechał do Gdańska, to przejeżdżał obok krewnych w
wiosce przed Gdańskiem i tam zawoził. I tak panu sierżantowi nie
udało się wówczas. Ale nawiasem mówiąc
to ten do którego woziłem te broszury, to był obecny prezes
Zarządu Radia i TV - Walendziak. On ma żonę z Olsztyna. Nawiasem
mówiąc nie rozliczył się ze mną. I potem z tymi
rozliczeniami to była makabra przez wszystkie lata. Tak, że z tymi
pieniędzmi to było tak, że mi starczyło zawsze -
musiałem sam gospodarować i sam trzymać to w ręku to
wszystko.
Pyt. Musiałeś
mieć pieniądze żeby …
Odp. Rozkręcać
następną pozycję. Dlatego nie mogłem tworzyć
jakiejś spółki formalnej, zarządu - bo wtedy natychmiast
byłoby położone. Początkowo to zaczynałem bez
inwestycji żadnej, bez żadnego kapitału, na kredyt, ale się
wypłaciłem. Zawsze byłem sumienny, regularny. Płaciłem
każdemu. Im się opłacało, bo ja przychodziłem już
z gotowym projektem.
Pyt. Miałeś jednak
w końcu wpadkę ze znaczkami?
Odp. W końcu zrobili u
mnie rewizję no i wyciągnęli taki worek materiałów. To
był gdzieś 1988 rok lub 1987.
Pyt. To znaczy przez lata
produkowałeś znaczki bez przykrych przygód?
Odp. Tak, ponieważ
robiłem to sam, nie byłem uzależniony od nikogo. Każdy etap
… I jak zawoziłem np. do Warszawy, to zawsze ze mną ktoś
jechał, albo ze mną w przedziale, albo w sąsiednim. Myśmy
się nie kontaktowali. Paczka z materiałami leżała u góry. W
razie czego, nikt się do niczego nie przyznawał. I gdy ktoś
był zwijany, to ta druga osoba informowała co się stało. Musiałem
zatrudniać również dwie osoby. To była firma.
I tutaj oni przyszli do mnie, że ja śmiem prowadzić taką
firmę, że to znaczki, raczej składki. Ja jestem
filatelistą.
Pyt. Ale czy
„Solidarność” mogła mieć jakąś korzyść
z tego, poza propagandową?
Odp. Oczywiście, bo
przecież ja również w tym czasie byłem skarbnikiem. I
pieniądze - ja się w końcu rozliczyłem, a nie wiem czy
wszyscy to uczynili. Ja byłem skarbnikiem Tymczasowego Zarządu
Regionu. I w tym rozliczeniu wyraźnie widać, że wydatki
były większe niż dochody. Ja nie napisałem, że te
większe wydatki były z tych dochodów ze znaczków, ale to jest
oczywiste. M.in. Owoc wychodził z więzienia, Fotek (?) mówił daj
mu pieniądze. No skąd mu te pieniądze dać. Panu Antonowiczowi dwa razy po 50 tyś. wtedy przekazałem
na pomnik dla syna.
Pyt. To jest bardzo istotne,
te rozliczenia finansowe. Skąd mieliście wpływy?
Odp. Pieniądze mi przynoszono, albo Bogdan mi przynosił, albo inni ludzie z Zarządu. Miałem nawet jakieś pieniądze dolarowe - chyba 300 dolarów i 50 holenderskich guldenów. A tak to było w złotówkach. To nie były tylko składki - to wpłaty indywidualne, chociaż ze składek też. Z OZOS-u to były ze składek. W OZOS-ie Wiesiek Sasin zbierał.
Pyt. Czy to były
duże pieniądze? I co z nimi robiliście?
Odp. Były to
pieniądze na działalność - przede wszystkim jak trzeba
było kogoś wesprzeć. Całe rozliczenie przekazałem
Bogdanowi Bachmurze. To było solidnie przeprowadzone rozliczenie -
wpływy i wydatki za okres gdzieś półtora roku. Najpierw
byłem członkiem, potem skarbnikiem, potem przewodniczącym rok
czasu. Wybrano mnie przewodniczącym. Wtedy pamiętam napisano
artykuł - rozmowę ze mną przeprowadzono w „Rezonansie”.
Pyt. Jest w „Rezonansie”
rozmowa z przewodniczącym.
Odp. To właśnie ze
mną. Tę rozmowę przeprowadził ten, który wyjechał do
Niemiec - Kłosiński. I byłem zbulwersowany, że ci ludzie,
którzy pod koniec już tego okresu, kiedy można było już
podnosić głowę. To główną aktywność skierowali
na to, żeby rozszyfrować, kto jest tym przewodniczącym. I tak
właśnie zrobił nasz pan prokurator Śnieżko. Dla mnie
to było śmieszne. pamiętam kiedyś był u mnie.
Rozmawialiśmy nawet przy kawie, przy wódeczce. On sobie popił
był wesoły i zaczęliśmy zgrywa się: kto tej komunie
się najlepiej zasłużył. On okazywał jakie dostał
odznaczenia, jakie ordery, a ja mu wtedy jako argument dałem zdjęcie.
jako filatelista z ramienia Polskiego Związku Filatelistów byłem w
Szczytnie na zebraniu koła Polskiego Związku Filatelistycznego przy
Szkole Milicyjnej w Szczytnie. I tam siedzą w prezydium sami milicjanci, a
ja jestem między nimi. I pokazuję mu i mówię: - Patrz jak ja
się zasłużyłem. I potem słyszę za parę dni,
że Olek to jest na pewno konfident, bo on ma takie zdjęcie. Chociaż
ja tylko jemu pokazywałem to zdjęcie. Nikomu innemu nie widziałem
powodu aby pokazywać. To natychmiast puścił opinię, że
ja jestem konfident, bo widział takie zdjęcie. Był Olek i sami
milicjanci. Myślę, że jak ten artykuł się ukazał
potem w „Rezonansie”, ta rozmowa ze mną, to on jak prokurator
występował, węszył, kto to może być ten. I tu
być może swymi rozmowami naprowadził na ślad tę
Służbę Bezpieczeństwa na jakieś domysły. jak
zrobiono mi przeszukanie to chyba 12 godzin to trwało.
Pyt. Czyli coś
wiedzieli?
Odp. Chodzili i szukali od
progu …
Pyt. Kiedy to było?
Odp. To był gdzieś
1987-88 rok. Oczywiście odkryli moją „tajną szafę”. Nie
widziałeś jej?
Pyt. Ja jestem pierwszy raz
u ciebie w domu.
Odp. No tak, słusznie.
I tam była moja biblioteczka „Solidarności”. I skład znaczków i broszur
i gazet. Ale przede wszystkim ta biblioteka - jej żałowałem. I
wzięli zeszyt, w którym miałem różne notatki porobione. No i
moja córa spisała się na medal, bo ten zeszyt gwizdnęła.
Ich trzech było. Coś zginęło i zaczęli szukać.
Szuka, szuka jeden z tych ubeków, w końcu spojrzał na mnie i
uśmiechnął się. Ja zrozumiałem, że on też
zrozumiał, iż mamy to już schowane i on tego zeszytu nie
dostanie. Tam wprawdzie nie było żadnych nazwisk, tylko pseudonimy,
ale po tych pseudonimach mogli by tam gdzieś dojść.
Pyt. Zabrali znaczki czy
matryce?
Odp. Matryc tam nie
było. Matryce były natychmiast chowane. Powinienem je zniszczyć,
ale walczyła we mnie dusza filatelisty, który zbiera i tego konspiratora.
I najczęściej zwyciężał ten pierwszy. I w różnych
miejscach to miałem ulokowane i dzięki temu mam. A wtedy te arkusze,
projekty - dwa lata temu, była Światowa Wystawa Filatelistyczna w
Poznaniu i byłem zaproszony na tę wystawę ze zbiorem znaczków
podziemnych. Pokazywałem jak się drukowało w podziemiu.
Pyt. Ty próbowałeś
zorganizować spotkanie z Moczulskim chyba w roku 1988?
Odp. Roman Kozinek (?)
jeździł do Warszawy, spotykał się jako NZS z KPN-em
Moczulskiego, no i ustaliliśmy, żeby przyjechał do Olsztyna na
spotkanie z działaczami „Solidarności”. Miało się ono początkowo
odbyć w jednej z salek Domu Parafialnego na Jarotach, ale jak się o
tym dowiedział prał. Magdziarz, to taką awanturę
zrobił ks. Januszowi, przy mnie go zbeształ. I wtedy
powiedzieliśmy sobie, że to się odbędzie u mnie w domu. W
końcu - mówię - 20 osób się zmieści, a jak przyjdzie
więcej, to będą w korytarzu. I powiedziałem do Romka: -
Pojedziesz do Kortowa, tam jest stacja benzynowa, tam poczekasz na
Moczulskiego. I on spóźnił się. Moczulski czekał i
pojechał z powrotem.
Pyt. To zawiódł go
mocno.
Odp. Tak.
Pyt. Bo następne
spotkanie miało być w kościele Chrystusa Króla, taka była
informacja - w kościele na Zatorzu. Tam ojciec Bonawentura był. I tam
czekaliśmy.
Odp. A myśmy tam w tym
kościele „sakrę” (?) montowaliśmy (spotkanie?). Myśmy tam
m.in. w 1988 roku zrobili wystawę fotorgafii solidarnościowej z
Adamem Sochą i z Centkowskim. Tam też miało być spotkanie z
Moczulskim, ale zostało odwołane.
Pyt. Czy znasz może
takie osoby, które cicho robiły robotę i nikt szerzej o tym nie
wiedział: w kolportażu, czy gdzie indziej?
Odp. Z Danką Gulko, z
Basią Nowak, Z Józkiem Nowakiem muszę powiedzieć, że
miałem bardzo osobliwe kontakty, ponieważ to z nim próbowałem te
druki broszur i znaczków w Olsztynie, ale on miał zupełnie inną
koncepcję. Próbowaliśmy zrobić pierwszy znaczek. Ja dałem
projekt, a on miał zrobić matrycę, ale o ile ja miałem
koncepcję, że każdy etap pracy musi robić najlepszy
fachowiec dobrze opłacony, to on miał koncepcję, że wszystko
sam jako „złota rączka. I wyszedł knot. I cały nakład
był do niczego. Powiedziałem: - Tak nie wolno. A on nie chciał
inaczej. Więc ja poprosiłem go, żeby mi podał adres gdzie
robi matryce. Nie chciał powiedzieć, ale ja się
dowiedziałem. Dawałem mu pieniądze, żeby za tę
matrycę zapłacił, ale ponieważ ten co robił matrycę
był mu dłużny, a więc Józek mu tych pieniędzy nie
dał. Ten się pogniewał i mu tej matrycy nie zrobił. A ja mu
powiedziałem: - Mnie guzik obchodzą wasze prywatne interesy. Ty
miałeś dać pieniądze. Potem machnąłem na to
ręką i powiedziałem: - Dobra, będę wobec tego
robił sam. Od tego czasu robiłem sam.
Pyt. Prowadziłeś
działalność, jak na stan wojenny z pewnym rozmachem. Jak
uważasz, dlaczego to się udawało?
Odp. Na SB byłem
ciągle wzywany, ale jako ta oficjalna opozycja. Nie posądzany o nic
więcej. Ale ja miałem osobliwe spotkanie dwa lata temu. Tutaj w tym
„Smerfowie” na naszym osiedlu, tam jest piwiarnia. I tam poszedłem na
piwko. I tam są dwa stoły - jeden taki podłużny i drugi
obok, Jeden stół, taka duża ława, była zajęta, a przy
drugiej siedział facet. Więc ja się przysiadłem, na rogu
przy tym drugim stoliku, na szczycie. A ten facet się do mnie
uśmiecha i mówi: - Panie Sławomirze. Sławomir - to mówili do
mnie tylko na SB. Usiłowali do mnie mówić po imieniu, a nie wiedzieli
jak się mówi, to mówili „panie Sławomirze”. Ja patrzę na niego i
mówię: - Ja pana nie znam. A on mówi: - Ja pana znam. Mówię: - Ja
wiem skąd pan jest. A potem chciałem go pociągnąć za
język, jedno piwo, drugie piwo - postawiłem mu, bo się
okazało, że nie miał pieniędzy. Esbek - ten który się
mną „opiekował”, on mnie prowadził przez cały stan wojenny
i później. 300 stron na mój temat zgromadził, a później
spalił moje dokumenty. Tak żeśmy rozmawiali i ja tak
stwierdziłem, że dużo wiedzieli na mój temat - więcej
niż myślałem, ale mniej niż on by chciał. Oni
posądzali mnie, że ja tutaj prowadziłem kolportaż, ale nie
przypuszczali, że ja również drukowałem, tego nie wiedzieli.
Wiedzieli o kolportażu, o tym że (brałem) 20%, bo to jednak
dużo osób było w to zaangażowanych, a ponieważ ludzie,
którzy byli zawistni - w „Solidarności” byli tacy, którzy prowadzili
kolportaż na innych zasadach, a im to nie wychodziło. Ludzie, jak
uważają się za wielkich bohaterów pracy podziemnej,
patriotycznej - nie mają oni terminu, ani odpowiedzialności - nic
niestety. A ponieważ mnie ten kolportaż chodził, cały czas
pracował: broszury, książki podziemne. Ja to dostawałem za
moje znaczki. Za znaczki dostawałem pieniądze w Warszawie i za to
brałem broszury i książki - i ciągle to chodziło, co
dwa miesiące. Musiało się to wydać. On mi tego
oczywiście nie powiedział, ani ja go nie pytałem.
Powiedział tak: - Pan nie myśli, że my mamy swoich informatorów.
To pańscy przyjaciele nam najwięcej pomogli. I podam ci taki
przykład (…).
Pyt. We Mszach św. za
ojczyznę w Warszawie dość systematycznie uczestniczyli
przedstawiciele z Olsztyna.
Odp. Ja byłem chyba z
pięć razy. Ale jeden raz pamiętam, bo powiedziałem kolegom
z Olsztyna, że dostarczą im transparent i wieniec.
Załatwiłem to wszystko w Warszawie. Ja tam mam rodzinę. I godz.
16-ta jak przyjechałem samochodem, maluchem, a do tego czasu już
Rysiek Langowski - potem się przyznał mi - „Sławek,
gadaliśmy na ciebie”. Oni już krzyczeli, że zawiodłem, a
ja sobie przyjechałem o 16-tej po wielu perypetiach, o których nikomu nic
nie mówiłem, bo po co. Ale były takie głupie sprawy.
Wyciągnąłem transparent rozwinięty już na dwóch
kijach, przyszyte, wypróbowane, żeby nie było żadnych
niespodzianek. Jak coś chcę zrobić to dokładnie się
przymierzam. I to pamiętam, że wówczas była Marta
Wysokińska, sporo osób. Ja zmęczony, spocony przyjechałem - oni
sobie poszli. Tak postałem trochę z młodszym bratem i
popatrzyłem za nimi, a milicja jak na komendę odwrócili się w
tył głowy, żeby nie widzieć. To było już po
śmierci ks. Jerzego. Tak samo na placu (teraz Piłsudskiego) jak tam
ten krzyż był układany. Tam swego czasu przyjechaliśmy z
delegacją, z kwiatami, a tam starsze małżeństwo tak na nas
patrzy, taki mają zachwyt w oczach, chcą nam coś miłego
powiedzieć i wreszcie ta pani mówi: - Nam się to bardzo podoba.
Pamiętam jak my idziemy: szpaler ogromny ludzi przed tym
kościołem na Żoliborzu, tłum, i wyczytują kolejne
pielgrzymki, delegacje z różnych regionów. Idzie nasza delegacja Warmii i
Mazur. Ja pamiętam szedłem z transparentem na czele tej delegacji:
Ziuta była wtedy, a wtem ktoś mi się na szyję rzuca,
całuje. Nie wiem zupełnie kto. Takie przeżycia, które się
zapomina, a które jednocześnie nie potrafimy dokładnie
odtworzyć, nie pamiętamy dokładnie kto. Jest klimat.
Pyt. W Olsztynie co pewien
czas w kościele NSPJ, również odbywały się Msze św. z
różnych okazji za Ojczyznę. Raz ciebie w 1988 roku na moich oczach
zwinęli.
Odp. Ja przyszedłem i
dowiedziałem się, od Grażyny Langowskiej, że nie ma drugiej
osoby do trzymania transparentu. I ja byłem oburzony: - Jak to nie ma. To
ja będę oczywiście! I tak spontanicznie zgłosiłem
się do trzymania tego transparentu i potem spotkało mnie to co mnie
spotkało. A wtedy rzeczywiście ja te ulotki rozrzuciłem,
jakkolwiek nie przyznałem się do tego, bo takie były reguły
gry. Ja to zrobiłem głównie na tych ulotkach, które przywiozłem
z Krakowa z tej konferencji na temat praw obywatelskich. Może tam
były jeszcze inne ulotki …
Pyt. Czy w tym kościele
jeszcze kiedyś uczestniczyłeś w takiej uroczystości?
Odp. Nie, tylko raz.
Kiedyś z Kombinatu Budowlanego wysłano mnie do Gdańska na
szkolenie z obrony cywilnej. Wtedy ubek przyszedł do Kombinatu i
powiedział: - Co za głupek wysłał Olka do Gdańska, w
samo serce „Solidarności”? Tam było szkolenie i mam dyplom z egzaminu
i wyróżnienia z tego okresu jak pokazywałem wszystkim ludziom z
całej Polski, jak tam w Gdańsku toczą się walki
„Solidarności” z SB, między kościołem św. Brygidy, ks.
Jankowskiego, a pomnikiem Stoczniowców. Ja szedłem w pierwszym szeregu z
panią, która była w podziemiu zaangażowana. Tam w Gdańsku
spotkałem się z Wałęsą na konferencji organizowanej
przez panią Walentynowicz w 1987 roku.
Pyt. Czy Walentynowicz wtedy
miała poprawny stosunek do Wałęsy?
Pyt. Nie, właśnie
wtedy spotkałem się z ogromnym atakiem na Wałęsę. Bo
on w drugim dniu konferencji. Myśmy mieli temat:
działalność związków zawodowych w zakładzie pracy.
Raptem wchodzi Wałęsą z synem i kierowcą. No więc
podniosła się wrzawa, ludzie go przywitali. A te baby z Walentynowicz
na czele, huzia na Wałęsę.
Pyt. A co, Walentynowicz
była na tym kursie?
Odp. Ona to
organizowała. A ja nie byłem w kursie, zdziwiłem się.
Wyszedłem na czoło, tam była mównica, i mówię: - Ludzie,
mamy temat, działalność związków zawodowych w
zakładzie pracy. Przychodzi przewodniczący Związku Zawodowego.
czy nie możemy wykorzystać tego, aby zrobić poglądową
lekcję? Brawo i później cicho. A baby znowu na Wałęsę.
I znowu namawiam je. Potem przychodzi ten kierowca i daje mi zdjęcie. Ja
mówię, a obok stoi Wałęsa i słucha, co ja mówię. A
potem w przerwie podszedł i prosi abym ustawił się koło
Wałęsy i zrobiliśmy sobie razem zdjęcie. I w ten sposób
miałem dwa zdjęcia. Ukradli mi obydwa. W Kombinacie Budowlanym
ukradli mi całą teczkę ze wszystkim. Ale to było polaroidem
robione. Ale był też film. Był też na kasecie video film z
tej konferencji. I również z Wałęsą fragment. Jedna kaseta
była z Olsztyna - miała Ziuta Mielnik.
END
--------------------------------------------------------------------------------
Rozmowa z ks. Julianem Żołnierkiewiczem
w dniu 22 stycznia 1996 roku
Pyt.
Ksiądz był właściwie jednym z animatorów
„Solidarności” w naszym regionie.
Odp. W pewnym
sensie tak. Z chwilą gdy rozpoczął się strajk w
Gdańsku stwierdziłem, że najwyższy czas, żeby
się zorientować o co naprawdę chodzi. Propaganda mówiła o
wrogich elementach itd. Razem z ks. Józefczykiem pojechaliśmy do
Gdańska do ks. Jankowskiego i on ułatwił nam spotkanie ze
stoczniowcami podczas strajku. Weszliśmy na teren stoczni i
zobaczyliśmy, że nie chodzi tylko o płace, ale o podstawowe
prawa człowieka i o całą podmiotowość obywateli
Rzeczypospolitej.
Pyt. W
stoczni z kim się kontaktowaliście?
Odp.
Rozmawiałem z Krzyśkiem Wyszkowskim, który jest olsztynianinem i
który tam był. Po przyjeździe do Olsztyna spotkałem się z
kilkoma osobami, m.in. z panem Ruchlewiczem, który postanowił jak
najszybciej zorganizować „Solidarność” w Olsztynie i WPKM
był chyba jednym z pierwszych zakładów, gdzie powstał ten
związek.
Pyt. Czy
ksiądz znał p. Ruchlewicza wcześniej?
Odp. Ja go
wcześniej znałem. I chyba od nich z WPKM-u chyba jeszcze raz kilka
osób pojechało do Gdańska, aby upewnić się, jak to wszystko
wygląda. Tak się
złożyło, że znałem wielu ludzi, którzy zakładali
„Solidarność” m.in. pan Kamiński. Pierwszą rzecz to trzeba
było przedstawić się księdzu biskupowi Józefowi Glempowi,
który przyjął delegację i pobłogosławił nam. Mnie
wyznaczył takim asystentem, czy kapelanem „Solidarności”. To
spotkanie było pod koniec września, lub na początku
października 1980 roku. Obecny był u biskupa cały Tymczasowy
Zarząd MKZ, chyba oprócz Bobera. Ks. biskup poświęcił nam
sporo czasu, dowiadywał się dokładnie o ideę i wsparł
nas swoją życzliwością i autorytetem.
Na początku października,
spotkałem się po raz drugi z tym ruchem stoczniowym, bo miałem
rekolekcje u św. Brygidy w Gdańsku. Brał w nich udział i p.
Lech Wałęsa i p. Walentynowicz i wszyscy działacze
„Solidarności”. Kościół dosłownie pękał w szwach.
Później po rekolekcjach było spotkanie na plebanii u ks.
Jankowskiego, gdzie byli obecni działacze „Solidarności” z
Wałęsą i Walentynowicz. Ale była także pani ambasador
Szwecji i przedstawiciele konsulatów Finlandii i Norwegii. Byli też
profesorowie różnych wyższych uczelni.
W Olsztynie często kontaktowałem
się z Zarządem regionu. We wszystkich ważniejszych spotkaniach
brałem udział, m.in. w tym sławnym spotkaniu w auli w Kortowie,
w hali sportowej. Chyba tam było ponad tysiąc delegatów. Albo to
było w auli Pijanowskiego. Delegaci zadawali pytania, a Józef Lubieniecki
odpowiadał będąc w dole na scenie. Pamiętam wypowiedź
ś.p. prof. Poznańskiego, który zwracając się do mnie
powiedział: „Księże, u mnie na wydziale nigdy nie było
żadnego prześladowania ludzi wierzących.” Deklarował
publicznie swoją lojalność wobec religii, wobec współpracowników.
To spotkanie prowadziła Irena Czinczoł-Włudyka, Józek
Lubieniecki był w tym czasie radcą prawnym „Solidarności” i jako
prawnik odpowiadał na pytania.
Kamiński w Zarządzie Regionu
opowiadał się za ścisłymi kontaktami z Kościołem,
pilotował te sprawy. Również przewodniczący przez cały czas
utrzymywał kontakt.
Pyt.
Ksiądz znał kolejnych przewodniczących „Solidarności”.
Odp.
Znałem Bartuszka - był zatroskany o Związek, Łukomski
również był życzliwy. Nawet wtedy gdy był stan wojenny i
ukrywał się, to u mnie przenocował, przebrał się, bo
był już wtedy poszukiwany. Ogolił się u mnie zjadł
posiłek i po cichu jakoś go stąd przemyciliśmy. Z Krupińskim też była dobra współpraca.
Pyt.
Krupiński zrobił szybką karierą w zawiązku.
Odp.
Był niezwykle błyskotliwy, jeśli chodzi o sposób
formułowania myśli i wizję Zawiązku. Był pełen
inicjatywy, pełen energii. Oceniam go pozytywnie. Chociaż niektórzy
mówili, że karierowicz. Myślę, że - pomijając jego
sprawy osobiste, rodzinne - jako przewodniczący dobrze reprezentował
interesy ludzi pracy.
Dla mnie
zaskoczeniem było to, że niektórzy uciekli, wyjechali za
granicę. Na pewno oni mieli rację, że sytuacja była bardzo
ciężka, natomiast uważałem, że ci ludzie powinni
jednak pozostać. Wyjechało bardzo dużo i to mnie - przyznam
się - przygnębiło trochę. Nie wytrzymali próby, w tym
także przewodniczący. Wódz musi być tam, gdzie są szarzy
obywatele.
Pyt. W tym
okresie „pokojowym” w naszym regionie ważnym wydarzeniem był strajk w
OZGrafie.
Odp.
Dowiedziałem się o tym strajku będąc we Frieburgu u swoich
przyjaciół. Skróciłem pobyt tam, żeby przyjechać i pomóc
sprawę rozwiązać. I tu był problem bardzo
złożony. Był Kuroń, któremu nie wyszła sprawa
zażegnania. Strajk trzeba było przerwać ze względu na Zjazd
„Solidarności”, który odbywał się w Gdańsku - Oliwie. I tu
były rzeczy dziwne. Przyjechał prof. Stelmachowski, był u mnie,
nocował. Byliśmy razem u wojewody, u biskupa, byliśmy razem w
OZGrafie. I też nie wyszło. Wtedy wojewoda Rubczewski, podczas naszej
wspólnej wizyty, zwrócił się do mnie twierdząc, że dobrze
byłoby gdyby ten strajk został przerwany. W OZGrafie było
referendum. Przychodzę późnym wieczorem do domu, gdzieś
około 23-ej i przybiega grupa młodych ludzi z OZGrafu,
rozentuzjazmowanych i krzyczy, że do końca będą walczyli,
że podczas referendum ponad 200 osób było za dalszym trwaniem
strajku, a nieduża grupa była przeciwko. Ja powiedziałem,
że zrobiliście prezent dla przeciwników, a nie dla „Solidarności”.
Wtedy była konsternacja. Kobiety nagle zaczęły zmieniać
zdanie. ja mówiłem: „Słuchajcie, przecież to jest
szaleństwo. Przecież Wałęsa i wszyscy proszą,
także pan prof. Stelmachowski, o to żeby zakończyć strajk”.
I cisza jest. Mówi, że specjalnie przyjechałem z Niemiec, żeby
to zakończyć. Oczywiście, kilka razy Mszę św.
odprawiłem, wcześniej inni księża odprawiali Msze św..
Ten krzyż na OZGrafie to jest z tego strajku. I ciekawe, że po tym
moim wystąpieniu odbyło się jeszcze raz nocne referendum i
okazało się, że była odwrotna sytuacja. te ponad 200 osób
było za przerwaniem strajku, a czterdzieści kilka było przeciw.
No i przedzwoniłem wtenczas do pana wojewody i oczywiście nie
otrzymałem jakiegoś podziękowania (śmieje się). A
więc ta jego prośba nie była szczera, bo później po
przerwaniu strajku nie było „dziękuj księdzu, czy coś
takiego” - była cisza.
Pyt.
Niektórzy mówią, że podczas strajku były z jakiejś strony
sprawy ambicjonalne, nawet postawa niektórych osób ze strony Zarządu
regionu miała na to wpływ.
Odp. Strajk
był inspirowany, nie wiem czy przez ludzi związanych z bezpieką,
czy też z partią, ale ta akcja nie była czysta.
Pyt.
Była kwestia nie tylko zakończenia, ale na jakich warunkach?
Odp. Te
postulaty były pozytywnie załatwione. Nikt absolutnie - o ile
się orientuję - nie był bezpośrednio szykanowany.
Później w stanie wojennym, tak.
Pyt. Jaka
była rola Kuronia?
Odp.
Kuroń przyjechał przekonany, że strajk załagodzi.
Powiedział: - „To jest drobna sprawa”. Wystąpił, mowę
wygłosił i okazało się, że bezskutecznie.
Wydawało mu się, że jego argumenty wystarczą, żeby
zakończyć strajk.
Pyt.
Można mówić o inspiracji, ale niezależnie od tego jest
psychologia tłumu, pewne prawidłowości rządzące
strajkiem i każdym protestem.
Odp. Mnie
się udało uderzyć w bardzo czułą strunę,
mianowicie psychikę kobiet, które tam były. One już były
zmęczone, one już chciały końca. Poza tym kiedy
usłyszały ode mnie, że przysłużyły się obcej
opcji, a nie „Solidarności”, to wzięły to sobie do serca. Zjazd
„Solidarności” już się rozpoczął i były
prośby i telegramy o przerwanie strajku. Ja gdzieś mam trochę
dokumentacji z tego okresu.
Pyt. 13
grudnia 1981 roku i stan wojenny.
Odp. W
przeddzień byłem w Zarządzie Regionu „Solidarności” i
wtenczas zwrócono się do mnie z prośbą, żeby
przechować pieniądze. Chcieli dać w depozyt. Powiedzieli mi,
że przyniosą po południu. Mówili o ruchach milicji.
Pyt. Kto
się zwrócił z tą prośbą?
Odp. Nie
umiem dokładnie do końca powiedzieć, nazwisk wszystkich nie
znam, ale wiem, że był m.in. Bober, była pani księgowa i
był jeszcze taki tęgi pan, on później był internowany, taki
grubasek. Troje ich było. Oni w trójkę przynieśli mi te
pieniądze. Pieniądze mi przekazano i ja miałem prawo oddać
tylko temu, jeżeli będzie trójka, która dała mi pieniądze.
Poczęstowałem ich kawą, pogadaliśmy, schowałem te dwa
miliony złotych. Te pieniądze miały później
służyć działalności podziemnej „Solidarności”.
Już po wprowadzeniu stanu wojennego przyszła księgowa, pani
Obiedzińska i prosiła, żebym oddał pieniądze. Ja jej
powiedziałem, że tych pieniędzy oddać nie mogę ze
względu na to, iż postanowienie było inne.
Pyt. A
dlaczego ona chciała pobrać te pieniądze?
Odp. Bo
ją tam naciskała bezpieka. Nie oddałem tych pieniędzy,
gdyż uważałem, że one powinny być zwrócone bardziej
formalnie, a nie jednej osobie. Zresztą zgodnie z umową. I sprawa
ucichła na jakiś czas.
Jak wybuchł stan wojenny, w tym dniu
było bardzo dużo osób. 13 grudnia bardzo wcześnie pani Ziuta
Mielnik z Kortowa przyniosła sztandar „Solidarności” kortowskiej,
który przechowałem aż do końca. Tutaj był przechowywany.
W tym dniu masa ludzi zgłaszała
się, przychodziła. Był ogromny ruch. Przez te pierwsze dni tu u
mnie nie zamykały się drzwi. Szukało się wyjścia z
tego wszystkiego, co dalej.
W wigilię Bożego Narodzenia przychodzi pan Obiedziński i mówi,
że jego żonę aresztują, jeżeli ona nie odda
pieniędzy. I tu powstał problem moralny: czy oddać
pieniądze, czy nie oddać tych pieniędzy? Nie było wiele
osób, których mógłbym się wówczas poradzić, ale te osoby z
którymi rozmawiałem (i ze strony księży i ze strony
„Solidarności” - m.in. z Wiesią Grzegorczyk, która była mocno
zaangażowana w :Solidarności”) radziły, żeby te
pieniądze oddać. Bo jeżeli dziewczyna ma siedzieć, ma
małe dzieci, a poza tym wszyscy byli zamknięci, wobec tego
zdecydowaliśmy, żeby te pieniądze zwrócić. I
zrobiliśmy w ten sposób, że pani Wiesia Grzegorczyk przyszła do
mnie … ach, poprosiłem żeby ona te pieniądze przekazała,
zaniosła do pani Obiedzińskiej, itd. Tymczasem okazało się,
że przy domu pani Obiedzińskiej był kocioł, stała milicja.
Wiesia idąc zobaczyła milicyjny samochód i jeszcze następny i
wtedy w nogi z tego miejsca. Oczywiście zauważono i śledzono
ją. I teraz … ona komuś przekazała te pieniądze.
jakiejś koleżance swojej, nie mówiła mi nazwiska. I ta
koleżanka przyniosła pieniądze, te 2 mln. złotych siostrze
zakonnej. I wtedy powstał problem: kto dostarczył te pieniądze?
Bo gdyby Wiesia, to bym schował te pieniądze i wszystko byłoby w
porządku. Ale ponieważ już nie Wiesia (bo Wiesię siostra
znała - mówi: „Ni to jakaś inna pani”. Pytam: „Nie w czerwonym?” -
„Nie!”) więc myślałem, że to może być prowokacja
i w związku z tym powstaje problem: co robić? Zostawić te
pieniądze? A jeżeli to jest prowokatorka? I wtenczas niestety,
mądrze czy niemądrze ale przedzwoniłem wówczas na milicję,
e pieniądze ktoś przyniósł. I powstał problem, kto
przyniósł te pieniądze i zostawił u siostry. Siostra
zeznawała kto to był. Oczywiście to jest bardzo fajna siostra,
ona teraz w Togo pracuje. To był dzień wigilijny, setki ludzi
przychodziło. Jak siostra może zapamiętać, kto dał
tę paczuszkę! jak siostra otworzyła tę paczuszkę,
wtedy zobaczyła, że w niej są pieniądze. Siostra nie
wiedziała o tym, że pieniądze otrzymuje. Nie zwróciła
więc uwagi na tę osobę. I
powstał problem bardzo złożony, mianowicie szukano kogoś,
kto by potwierdził zeznania, że te pieniądze … aha, był
bardzo ciekawy problem, że te pieniądze przyszły tą
drogą, ale nie było żadnych dowodów, że to te
pieniądze przekazali panowie z „Solidarności”. O tamtej trójce ja ani
słowa nie powiedziałem. Ja powiedziałem, że nie
będę nikomu mówił, a poza tym p. Obiedzińska jest moją
koleżanką i nie mogę zeznawać … Gdybym nawet wiedział,
to prawo kanoniczne mi zabrania, żebym ja cokolwiek na ten temat
mówił. I brakowało tego jednego ogniwa. Gdyby to ogniwo było -
ja bym potwierdził, a oni mieliby dowód na to, że ja
rzeczywiście przyjąłem, wtedy miało być w ten sposób:
tamci chcieli ukraść, ja jestem paserem i oczywiście sprawa w
sądzie. Ponieważ żadnych zeznań nie złożyłem
- byłem wzywany do prokuratury, aż do sierpnia. Wzywał mnie
nawet Topczewski do Urzędu Wyznań. „Ksiądz wie, że dopóki
ksiądz nie złoży zeznania, sprawy nie może być.” A ja mówię: „A po co sprawa.” Ale co
było najbardziej przykre dla mnie osobiście, mianowicie
konfrontacja z tym panem, który m.in. przyniósł te pieniądze - taki
grubasek, trzeba zapytać Lubienieckiego, on powie z kim siedział. I
on zeznał, że przynieśli mi pieniądze (Pan Bóg łaskaw,
że ja w ogóle pozbyłem się tych pieniędzy), że nawet
kawą ich częstowałem - wszystkie detale. Niestety Bober to samo zeznał. Bo przeczytano mi
zeznania Bobera. Mało, przywieziono do prokuratury tego pana z
Iławy na konfrontację tego grubaska. I on wtenczas dopiero się
zorientował, że ja nic nie zeznałem odnośnie tych
pieniędzy, że je od nich otrzymałem. Mówiłem, że tylko
one zostały mi podrzucone przez kogoś, a kogo, ja nie wiem.
Możliwe, że ten grubszy pan to był Nieczyperowicz. I on wtenczas
dopiero się połapał, że zrobił głupstwo. Bo on
siedzi naprzeciwko prokuratora, który stawia mi pytania … Całą
tę sprawę pilotował ze strony SB kpt Poliński … czy
coś podobnego. On pojechał ze mną do Wrocławia. Bo ja w
styczniu zacząłem mieć kłopoty z kręgosłupem i od
połowy stycznia leżałem w szpitalu miejskim. I do szpitala
przyszło pismo, na przełomie stycznia, lutego, że mają mnie
zwolnić ze szpitala. A ponieważ w szpitalu pracowały dziewczyny
z „Solidarności” i one mnie uprzedziły i uprzedziły ordynatora
Ferenca. I z panem Kostrzewskim (?) leżałem w jednej sali i wtedy w
telewizji, był problem naszych pieniędzy i moja sprawa. Wynikało
z tego programu, że ja jestem paserem, czy coś w tym sensie.
19 lutego wychodziłem ze szpitala i
19 stycznia miałem już bilet do sanatorium i położyłem
się w szpitaliku w Kudowie Zdroju. Tam pojechałem. Oni tu przyszli na
plebanię i mnie nie było.
Przy tej okazji przypomniała mi się jeszcze jedna rzecz. gdzieś
około 17 grudnia, kiedy zaczęto zamykać ludzi, przyszła do
mnie pewna osoba - nazwiska na razie jeszcze nie wymienię (jest to siostra
jednego z oficerów LWP, wysoko postawionego komisarza wojskowego) i
powiedziała, że powinienem wyjechać z Olsztyna. I w tym dniu
też przyszli po mnie, ale mnie już też nie było.
Wyjechałem z Olsztyna, wziąłem wówczas takie specjalne pismo od
biskupa Obłąka, który skierował mnie na sympozjum, które
miało się odbyć, a się nie odbyło ze względu na
stan wojenny, we Wrocławiu, poświęcone encylkice papieża,
chyba „Labore exerces” - dokładnie nie pamiętam). I wracając do
tych pieniędzy. Kiedy byłem w Kudowie, idę na górę, a
portier mówi: „Proszę księdza, ksiądz ma gości.
Przyszedł ubek, którego znam z Kudowy i chyba wasz ubek, bo kim on
mógłby być. I tam czekają na księdza na górze.” Tam w
Kudowie takich jak ja było sporo, którzy na jakiś czas do sanatorium
przyjechali … Myślę sobie, że muszę pójść i
chociaż bibułę w moim pokoju gdzieś do szafy schować.
Tych gazetek było sporo. Wrocławskie województwo, to było
wówczas pełne tych wydawnictw. I przyszedł do mnie ten pan z Olsztyna
z SB, 600 kilometrów jechał, żeby ze mną rozmawiać, ten kpt
Poliński (?). Ja go spytałem, czy pytał się mojego lekarza?
To przecież nie jest sanatorium, tylko szpital. Po udarach serca
przyjeżdża się tu na dalsze leczenie i jest lekarz
prowadzący. Odpowiedział, że nie. „No to nie będę
odpowiadał panu. I te 1200 km. zrobił pan na próżno.” - „Ale
kiedy ksiądz wraca?” - „Jak skończy się termin to wrócę”.
„Ale do Olsztyna?” - „Nie wiem, czy do Olsztyna”.
No i oczywiście po powrocie do
Olsztyna, znowu mnie wezwano. Ale wracając do tej konfrontacji u
prokuratora z tym panem Nieczyporowiczem z Iławy. Okazuje się,
że oni zeznali w szczegółach, przeczytali mi, ale ja nie
potwierdziłem. Powiedziałem, że nie zajmuję żadnego
stanowiska wobec tej informacji. I ten zdębiał, że można
nic nie mówić. Bo gdyby oni nic nie powiedzieli … zresztą
prawdopodobnie i tak nic by nie było, ale tak, to była okazja do
szarpania, do straszenia, do wygrywania propagandowego, wtedy ukazały
się artykuły w gazecie, jaki to jest Żołnierkiewicz.
Zagrozili mi, że będę siedział 3 miesiące w areszcie za
nie złożenie zeznań. Potem dali mi parę razy kary
pieniężne, ale nigdy nie zapłaciłem ani kar
pieniężnych, ani nie poszedłem do aresztu. Niemniej tego typu
szykany były ze strony prokuratury.
Wtenczas ten pan (Nieczyperowicz) przez swoją żonę, z Iławy
przesłał mi taki list, w którym mnie przeprosił za to, że
wrobili mnie w taką kabałę. Wiedzieli bowiem, że mnie
prokuratura szarpie za te pieniądze. Po prostu niezgrabnie to zrobili. We
Wrocławiu dali 60 mln zł. i nikt nie wie gdzie one są, a tutaj
pierwsza to powiedziała ta księgowa, a później jej mąż
przyszedł. I Wiesia Grzegorczyk przez to samo dostała pół roku.
Ona była w Gołdapi. To były niezgrabne posunięcia ludzi,
którzy niestety nie wytrzymali.
Oczywiście ta sprawa
przeciągnęła się aż do sierpnia. Od grudnia do
sierpnia, co parę tygodni przesłuchania w prokuraturze. Nic nie
zeznałem, mimo nacisku z Urzędu d/s Wyznań i dyrektora Leopolda
Topczewskiego. I dziwna rzecz, w tym czasie nie było mego opiekuna z
bezpieki. Był pewien pan, który inwigilował mnie przez cały czas
od 1970 roku, co dwa miesiące. I to wszystkich duszpasterzy akademickich w
całej Polsce. Uważano nas za najbardziej niebezpiecznych. ten
„opiekun” to obecny biznesmen.
W sierpniu mieliśmy spotkanie z
księdzem Prymasem. I ksiądz Prymas powiedział, że on chyba
zainterweniuje u pana Kiszczaka. No i była interwencja ks. bpa
Dąbrowskiego u Kiszczaka. Kiszczak przedzwonił do pana generała
Dudka - tak jak się dowiedziałem - no i dopiero w drugiej
połowie sierpnia, ok. 20 sierpnia, zawieszono tę sprawę. dali
spokój. Ponieważ mam pokwitowanie tych pieniędzy, to o te
pieniądze „Solidarność” ma prawo się ubiegać. Po
dzień dzisiejszy „Solidarność” nie odzyskała. One zostały
przejęte przez bezpiekę. Milicja wtedy wzięła, dali
siostrze pokwitowanie. te pieniądze „Solidarności” powinny być
odzyskane. Oczywiście musiała by być jakaś konfrontacja,
jakiś proces.
W międzyczasie tutaj
nawiązały ze mną kontakty różne grupy. Przede wszystkim
byłem mocno związany z tą grupą „Więzi”, z KIK-iem w
Warszawie - wtedy wydawało się, że to byli ludzie, którzy
służyli ojczyźnie. Również z różnych ośrodków,
czy to „Robotnika” czy aktorzy, czy różni prelegenci z różnych
środowisk. Przyjeżdżali tutaj na spotkania. Część
spotkań była oficjalna pod szyldem duszpasterstwa inteligencji
(otrzymałem nominację na duszpasterza inteligencji miasta Olsztyna) i
także otrzymałem nominację na duszpasterza ludzi pracy,
żebym mógł formalnie pracować z ludźmi pracy. Były to
nominacje od księdza biskupa Obłąka. te nominacje były dla
mnie glejtem. gdy bezpieka coś mi zarzucała, to mówiłem, iż
to jest w ramach duszpasterstwa - :Jestem duszpasterzem ludzi pracy”. „Ale
Solidarność przychodzi”, „A czy oni nie są ludźmi pracy?” W
każdym razie to był b. dobry wybieg. I wtedy mogłem robić w
ramach duszpasterstwa inteligencji, spotkania z różnymi ludźmi z
kraju, którzy wygłaszali tu referaty i były również referaty dla
ludzi pracy. M.in. były te sławne kiedyś Olsztyńskie Dni
Społeczne, kiedy kościół NSPJ był wypełniony po
brzegi. M.in. była wówczas na warsztacie encyklika „Solicitudo rei
socialis”. Był wówczas Andrzej Wielowieyski i poza tym ze Szczecina
Ustasiak i jeszcze jeden. To było zwieńczenie naszej
działalności.
Oczywiście odbywały się
pielgrzymki na Jasną Górę - pierwsza była z ks.
Popiełuszką, potem następne lata jeździliśmy. Oprócz
tych spotkań oficjalnych, były spotkania nieoficjalne - tutaj w tym
Domu Parafialnym. Głównie to byli ludzie „Solidarności”, byli tu ci
wypuszczeni z „internatu” lub więzienia: m.in. był Stefan Śnieżko
i cała gromada (nie pamiętam, czy Lubieniecki był) na pewno z
Kortowa było kilka osób: p. Ziuta i inni, była też Grażyna
i Rysio Langowscy.
W kościele były Msze św. za Ojczyznę z aktorami z Warszawy
- p. Skarżanką i inne. Było bardzo dużo ludzi - te występy
miały charakter patriotyczny - to były takie mocna uderzenia.
Pyt.
Śmierć Marcina Antonowicza - czy ksiądz pamięta sprawy z
tym związane?
Odp. Nie
poddaliśmy się presjom z zewnątrz, bp Wojtkowski ten pogrzeb
prowadził, ale to co zostało zaprogramowane, to zostało
zrealizowane, bo nikt nie miał zamiaru dostosować się do
poleceń władz. To byłoby niemoralne w stosunku do tych ludzi,
którzy się zebrali i do sytuacji jaka wówczas była. Problem był
nie do wyciszenia. mam jeszcze do dzisiaj transparent przywieziony z
Gdańska „Gdańsk łączy się z wami”. Była ogromna
delegacja, był prorektor Uniwersytetu Gdańskiego Tajlor i ks.
Jankowski. Była to chyba jedna z najbardziej spontanicznych manifestacji -
około 30 tyś. ludzi. Była to wstrząsająca
śmierć. Był to wyraźny mord człowieka i później
bezkarność tych służb.
Pyt.
Kościół NSPJ był takim i schronieniem opozycji i niejako
centrum. Tu były obchodzone wszystkie rocznice …
Odp.
Obchodzone były wszystkie rocznice, były nawet przypadki
aresztowań, chyba w 1988 kiedy to Sł. Olka i Wł.
Kałudzińskiego aresztowano. Ja zresztą po każdej takiej
imprezie musiałem odbywać spowiedź w bezpiece. Były to
takie ciężkie próby nacisku. W tym czasie - co jest ciekawe -
powstała kaplica pamięci narodowej, powstało duszpasterstwo
żołnierzy Armii Krajowej i pod szyldem tego duszpasterstwa
zaczęli się ci ludzie zbierać. Wmurowano tablice - w tej chwili
jest ponad 40 tablic, ale większość była wmurowana w
okresie stanu wojennego.
Pyt. Kiedy
powstała ta kaplica pamięci?
Odp. Chyba 1982
lub 1983 - trzeba by sprawdzić.
Pyt. Z tego
okresu stanu wojennego i okresu do 1989 roku jakich aktywnych ludzi ksiądz
pamięta? Oczywiście i ze strony opozycji, ale też ludzi, którzy
pomagali innym.
Odp. Byli
ludzie, którzy poza tacą, poza kościołem przekazywali
pieniądze na rzecz rodzin internowanych, albo wprost na
działalność solidarnościową, opozycyjną.
Dzięki temu mogliśmy wiele rzeczy realizować, pomagać
rodzinom, lub pieniądze były na publikacje. To było
kilkadziesiąt osób, które tak stale wspierały.
Pyt. Czy
były w tym czasie w Olsztynie jakieś ośrodki opozycyjne?
Odp.
Przed samym przełomem, czyli przed 1989 rokiem, niestety pojawiła
się pewna grupa, która była związana z Łodzią i która
chciała pójść na stronę Słowika (?). Chodziło o tzw.
lewicową orientację. To był gdzieś rok 1987 - 1988. Tak,
byliśmy wówczas z panem Andrzejem Gierczakiem w Gdańsku, żeby
tę sprawę jakoś naświetlić, ale robiło się
coś co odbiegało od idei solidarnościowej. Tam niektórzy ludzie
świadomie, niektórzy nieświadomie weszli w tę strukturę ze
środowiska olsztyńskiego. To była nieduża grupa, która
chciała się związać ze Słowikiem. Zresztą nawet
gdy zaczęła się na nowo odradzać „Solidarność”
wtedy zaproszono tu (Lipskiego czy Lityńskiego ?) i to było dziwne.
Jednak nie tą drogą miała pójść
„Solidarność” (Wszystko wskazuje na to, że w tej grupie
stawiającej na Słowika i Lipskiego byli Langowscy - przypisek mój
Z.Z.).
Kiedy zaczęła się
„Solidarność” rodzić na nowo, wtedy punktem spotkań
był dom parafialny NSPJ i wtedy przekazałem jedną z sal do
dyspozycji nowotworzącego się Zarządu Regionu. I wtedy na drugi
dzień po przekazaniu sala została wypalona. Prawdopodobnie chciano
spalić cały dom. Biurko, które było załadowane
książkami - Pismo św. itd. - ciągu kilku minut spopielało
zupełnie wszystko.
Pyt. A
przecież książki trudno się palą.
Odp.
Pierwszą rzecz jaką stwierdziła milicja, która przyszła
powiedziała, że to musiało być czymś polane.
Zresztą temperatura była tak wysoka, że na ramach okiennych
farba spulchniła się, były pęcherze. Gdyby nie to, że
na dole była choinka dla dzieci biednych i zauważono dym idący
na korytarz i herbatę przygotowaną dla dzieci zalano to wszystko w
środku. I w tym miejscu gdzie się wypaliła podłoga, beton
zrobił się tak kruchy … Oczywiście, później
zgłosiła się druga ekipa milicyjna i następnie trzecia. I
praktycznie biorąc, nic nie stwierdzono. Wydaje mi się jednak,
że to było celowe podpalenie przez ludzi, którzy byli wrogo
nastawieni do „Solidarności”.
Jeżeli chodzi o te pieniądze, te 2 mln. zł., to w
dziesięciolecie był artykuł w Gazecie Olsztyńskiej, i on
się niczym nie różni od tamtego z 1982 roku. Myśleliśmy z
Wiesią, że wyprostujemy te rzeczy i powiemy jak było. Ona napisała
coś. Solidarność dała w malutkich ramkach, że odcina
się od tej relacji tej opublikowanej w Gazecie. Chociaż nie wiem
jeszcze do tej pory, kto te pieniądze przyniósł do siostry.
Pyt.
Dzień 13 grudnia był dniem szczególnym. Ci którzy nie byli
internowani, spotkali się w kościele w tu w domu parafialnym. Kto wówczas
tutaj trafił?
Odp. Byli
Langowscy, były dziewczyna z Kortowa. Był Rondomański - on
zresztą przyleciał do mnie jeszcze w nocy, chyba była jeszcze 2
w nocy. Mówił, że milicja wtargnęła do Zarządu
Regionu. Wyszedłem na zewnątrz i rzeczywiście wszędzie byli
mundurowi. Rzeczywiście to była taka brutalna napaść. Tu
przyszli ci, którzy nie byli internowani z Zarządu regionu, pracownicy
administracyjni.
Pyt. Czy
ksiądz pamięta o czym się wówczas rozmawiało?
Odp.
Była konsternacja i załamanie, ale chyba raczej nie było utraty
ducha. Wyglądało na to, że ludzie uważali … 13-ty był
wstępem. Wielu ludzi uważało, że to było
przejściowe.
Pyt. Jak
ksiądz oceniał wiarygodność tych ludzi, których nie
wszystkich ksiądz znał?
Odp.
Patrzyłem na wszystkich pozytywnie. Praktycznie z mieszkania nie
wychodziłem, gdyż cały czas ktoś był. Były próby
przezwyciężenia, raczej określenia co dalej. Szukanie.
Stwierdziliśmy, że nie możemy tracić łączności,
musimy być blisko siebie. Powiedziałem tylko, że tu możecie
przyjść o każdej porze.
Pyt. W stanie
wojennym oprócz ludzi związanych z Zarządem Regionu byli też
inni, którzy organizowali działalność podziemną m.in. grupa
Olka, Bachmury.
Odp. Wiem,
że te ośrodki działały. Gienia Morawska. jeżeli
była jakaś impreza tu organizowana, to próbowało się
dotrzeć do wszystkich, którzy byli … Nie było wsypy, bo bezpieka
nigdy mnie nie macała za spotkania te, które tu się odbywały.
Czyli tutaj byli ludzie pewni. Bo za te imprezy na zewnątrz, to tak.
Pyt. Jak
liczne były te spotkania?
Odp. Kilkanaście
osób. Raz przyjechał Turowicz. Tu na tych spotkaniach próbowano
konstruktywnie myśleć co dalej, jak ten ruch podzielony ma się
jednoczyć.
Olsztyn niestety nie miał silnego ruchu podziemnego. tragedią
było to, że w kilku punkcikach działało. Ale dwa albo trzy
lata później po stanie wojennym, to się już coś
zaczęło, okrzepło. Ludzie zaczęli się odszukiwać.
M.in. Kałudziński i inni. Najgorzej z nazwiskami, nie pamiętam
wszystkich nazwisk.
Pyt. Osoby,
które były zaangażowane w przygotowania Mszy św. za
Ojczyznę?
Odp. Irena
Telesz, Andrzej Pawłowski, Wojtek Ciesielski, Langowscy i cały szereg
innych osób. Przygotowywano dekoracje.
Pyt. Sprawa
Frasyniuka, kiedy on był tutaj w więzieniu?
Odp. Sprawa
Frasyniuka i innych ludzi siedzących z „Solidarności” w Barczewie, to
takim czlowiekiem który pewne informacje dostarczał, to był ks.
dziekan Bronisław … Poza tym informacje otrzymywaliśmy od pana dr
Olszynki, który pracował tam jako chirurg w Barczewie w szpitalu więziennym.
Frasyniuk uderzył (?) sobie w żołądek, leżał
tutaj w szpitalu. T u mnie była skrzynka kontaktowa. Podobnie gdy był
proces, to stąd zaprzędliśmy (?) ludzi na sprawę, m.in. p.
Lubieniecki i inni.
Pyt. Ks. bp
Obłąk miał przychylny stosunek do „Solidarności”.
Odp.
Jeździł, odwiedzał Iławę itd. Zachował się
bardzo szlachetnie i nie zostawił tych ludzi. Nawet gdy ja miałem
ostrzeżenie w grudniu 1981 roku, że mogą mnie zamknąć
(na posiedzeniu rady komisarzy (?) w Olsztynie - powiedziano krótko, że
właściwie już ze wszystkimi sobie poradziliśmy, został
jeszcze Żołnierkiewicz i trzeba z nim też załatwić). I
wtedy poszedłem do ks. biskupa Obłąka, przyjął mnie
bardzo serdecznie, wypisał mi skierowanie, gdyż bez tego nie można
było jeździć pociągiem (to był czwarty albo piąty
dzień stanu wojennego I wtenczas ks. bp z miejsca usiadł przy
maszynie, napisał. To było skierowanie na mój wyjazd, w razie czego
gdyby w pociągu nie chcieli mi sprzedać biletu. I wtedy dziwna rzecz,
w całym pociągu były tylko dwie osoby - do Wrocławia.
Wtenczas przecież prawie nikt nie jeździł.
Ks. biskup bardzo mocno moralnie mnie popierał jeśli chodzi o
prokuraturę. Interweniował tam, nawet był taki moment, kiedy
zacytował pewne fragmenty prawa kanonicznego, które zobowiązują
duszpasterzowi przeciwko swoim parafianom świadczyć. Telefonicznie
wystąpił, ale także na piśmie.
(Rozmowę przeprowadził i notował Zenon Złakowski)
--------------------------------------------------------------------------------
--------------------------------------------------------------------------------
Rozmowa z Leszkiem Szawłowskim
R. Rozmawiam z byłym
pracownikiem Zarządu Regionu Warmińsko-Mazurskiego NSZZ „Solidarność”.
L. Nazywam się Leszek
Szawłowski. W Zarządzie Regionu pełniłem funkcję
specjalisty do spraw informacji.
R. Chciałabym poznać
Twoje losy od dnia 13 grudnia 1981 roku.
L. 12 grudnia wróciłem
do domu dość późno, ok. godz. 23.00. Przygotowywałem
się do wyjazdu do Warszawy. Po północy, kiedy już spałem,
usłyszałem walenie w drzwi. Wstałem i zapytałem się - Kto?
Odpowiedziano - Milicja. Nie uwierzyłem. poprosiłem o imię.
Myślałem, że któryś z kolegów robi mi kawał. Ponowne
ostrzeżenie było - Otwierać drzwi bo wyłamiemy. Odpowiedziałem,
żeby przyszli rano. Usłyszałem - jest stan wojenny, jest pan
internowany. Nie wiedziałem początkowo co to znaczy, ale dla
świętego spokoju otworzyłem. Wpadli do pokoju - było dwóch
mundurowych i jeden smutny pan po cywilnemu. Zwrócili się do mnie,
żebym wydał materiały szkalujące ustrój socjalistyczny.
Oświadczyli, że mają nakaz rewizji i jeśli im tego
dobrowolnie nie wydam, nastąpi przeszukanie mieszkania. Dałem im
pojedyńcze egzemplarze. Grałem na zwłokę. Liczyłem,
że może później nie będą tak dokładnie przeszukiwać.
bałem się bo w pokoju, pod oknem stały dwie torby
załadowane drukami z „różnych” wydawnictw. Bałem się,
żeby to nie wpadło. Oni zasugerowani, że tak ładnie
wszystko im dałem - dali spokój. Tamte zostało. Kazali mi się
ubrać, powiedzieli, że zabierają do Iławy.
R. Jak zareagowała
rodzina?
L. Żona
zaczęła się, może zbyt głośno, z nimi
awanturować. Mam dwoje dzieci, pożegnałem je nie budząc. W
trakcie pożegnania z żoną nałożyli mi kajdanki. Po
wyjściu z mieszkania posadzono mnie do Wołgi. Zorientowałem
się, że jedziemy w kierunku cmentarza. Stan wojenny. Z ich
określenia wynikało, że przeciwnik polityczny, więc
może chcieliby się nas pozbyć. Zrobiło mi się
lżej kiedy minęliśmy cmentarz i skręciliśmy w kierunku
garaży MO. Zaprowadzono mnie do stojącego na dziedzińcu
garaży samochodu bez okien zwanego „lodówką”. W nim spotkałem
Andrzeja Bobera, Tadka Kisłego, Niczyperowicza, Lubienieckiego, Osieckiego
i Bryckiego. W garaach siedzieliśmy do 530. Przed samym
odjazdem wprowadzono jeszcze rolnika spod Dobrego Miasta. Był w samej
marynarce. Powiedział, że funkcjonariusze, którzy go zabrali z obory
nie pozwolili mu wejść do mieszkania. Bardzo cierpiał - był
mróz.
R. O jakiej porze
dojechaliście do Iławy?
L. Była godzina 730.
Wprowadzono nas na dziedziniec więzienny. Wyczytywano nazwiskami i
przydzielano nam cele. Ja do pierwszej celi trafiłem z Bryckim,
Śnieżką oraz z Kamińskim z Lubawy. Przyniesiono nam
coś do jedzenia. To było ochydne. Podziwiałem Stefana
Śnieżkę, który złapał za łyżkę i
jadł jakby to było coś najsmaczniejszego. Natomiast ja i Brycki
jak się nachyliliśmy nad miską, to biegliśmy na zmianę
do klozetu. Pierwszy raz spotkaliśmy się z takim jedzeniem o bardzo
dziwnym zapachu. Była to wodnista zupa z warstwą łoju na
wierzchu. Do tego kawałek „chleba” - to były plewy.
R. Jakie warunki
przygotowano wam w celach?
L. Wnioskowaliśmy,
że były opróżnione w pośpiechu. Było sporo rzeczy
pozostawionych przez skazanych. Po lewej i po prawej stronie stały
normalne więzienne prycze z siennikami wypchanymi szmatami.
Otrzymaliśmy po dwa prześcieradła, małą poduszkę
wypchaną gąbką i dwa koce. W celi mieliśmy jeszcze
stół, klozet i umywalkę z zimną wodą. W celi było
bardzo zimno. Następnego dnia próbowano nas przebrać w więzienne
ubrania. Nie zgodziliśmy się na to, bo status internowanego nie jest
równoznaczny z tymczasowym aresztowaniem czy skazaniem. Następnie
próbowano w kartotekach umieścić nasze odciski palców.
Powiedziałem, że nie jestem ani podejrzany, ani skazany i nie
zgodziłem się na to.
R. Czy poinformowano was
jaka jest sytuacja w kraju, jak długo będziecie tu przebywać?
L. Byliy odizolowani od
wszystkich informacji. Dopiero po pewnym czasie włączono nam w celach
głośniki. Były to cenzurowane programy. Później
zaczęły do nas docierać podziemne wydawnictwa „Tygodnik
Solidarność”, „Rezonans”. Az serce się
uśmiechnęło, kiedy człowiek pierwszy raz na to
spojrzał. Oprócz „zewnętrznych”, mieliśmy i własne
wydawnictwo obozowe. Potem uruchomiliśmy także własną
rozgłośnię. Szczegółów technicznych dokładnie nie
znam. Podejrzewam, że w celach wykorzystywany był głośnik
jako mikrofon, natomiast źródłem zasilania (nie mieliśmy
baterii) była grzałka elektryczna. Głos z głośników
był metaliczny, chrypiący, ale zrozumiały. Klawisze
podejrzewali, że włamaliśmy się do radiowęzła.
R. Jak odbywało
się przekazywanie informacji między wami?
L. Informacje szły w
lewo i w prawo, w poziomie przez otwory do CO. Natomiast w pionie mieliśmy
komunikację na zasadzie podciąganego sznureczka.
R. Od kiedy
zaczęły was odwiedzać rodziny?
L. Pierwsze odwiedziny
miałem w styczniu. Widzenie było możliwe tylko raz w miesiącu.
Trwao godzinę.
R. Słyszałam,
że otrzymywaliście pomoc z PCK i Kościoła?
L. Tu jesteś w
błędzie. Pomocy z PCK nie było. Dopiero po pewnym czasie
zainteresował się nami Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Nasz
PCK nic w tym kierunku nie zrobił - po prostu dla nich nie
istnieliśmy. Dopiero po interwencji MCK, już po bardzo długim
czasie niby zaczęto się interesować naszymi rodzinami. Paczki
jakie myotrzymywaliśmy pochodziły z Kurii Biskupiej w Olsztynie.
R. Czy mieliście
posługę duszpasterską? Czy odwiedzali was księża?
L. Początkowo nam tego
odmawiano. Pierwszą Mszę św. odprawił dla nas ks. bp
J.Obłąk razem z księdzem z Iławy w połowie stycznia.
Od tamtej pory odprawiano Mszę św. już w każdą niedzielę.
Księża nie mieli dostępu do cel. jedynie w trakcie swojej wizyty
ksiądz biskup Jan Obłąk w towarzystwie funkcjonariusza
służby więziennej odwiedził nas w celach.
R. Czy w Iławie
zdarzały się przesłuchania i stosowano przemoc?
L. Byłem
przesłuchiwany po raz pierwszy w lutym. Zarzucano mi kolportaż i
drukowanie materiałów szkalujących ustrój nasz. Skorzystałem z
porad książeczki „Obywatel, a służba bezpieczeństwa”.
Rozmowa trwała godzinę. ja, jeżeli mówiłem 5 minut, to
było wszystko. Powiedziałem jak się nazywam i
słuchałem. Moje odpowiedzi były krótkie: nie wiem, nie
pamiętam. Zdawałem sobie sprawę, że każde nieopatrznie
użyte słowo może się obrócić przeciwko mnie.
Miały miejsca tzw. „ścieżki zdrowia”. M.in. 25 marca mocno
pobito grupę kolegów z Gdańska. Pytałem strażników dlaczego
odnoszą się do nas gorzej niż do skazanych. Po jakimś
czasie jeden z nich w tajemnicy powiedział mi, że mieli
instruktażowe spotkania, na ktrych określano nas jako bandytów,
że gdyby nas nie zamknęli, to wymordowalibyśmy ich rodziny.
Niektórzy faktycznie w te brednie uwierzyli i tak nas traktowa4li jak ich
szkolono.
R. Czym się tam
zajmowaliście?
L. Wyglądało to
rónie. Na spacerach uczyliśmy się języków obcych. W celach
dokształcaliśmy się z historii. Mieliśmy dość
często tzw. „kipisze” - przeszukania cel. W jednej z cel mieliśmy kolegę,
który przodował w pomysłach - np. wieszał na ścianie, na
nitce narysowanego orła w koronie. Na końcu tej nitki wisiało
pudełko od zapałek, wypełnione sodą kaustyczną
(dostawaliśmy ją do czyszczenia). Było to tak sprytnie
zawieszone, że w chwili gdy funkcjonariusz zrywał tego orła,
pudełeczko się przekręcało i soda wysypywała się
mu na twarz. Podobnych pomysłów było wiele.
R. Jaki wpływ na wasze
zdrowie miały istniejące warunki więzienne?
L. W czasie pobytu w
Iławie byłem dwa razy w szpitalu. Kłopoty z sercem, z którym
dotychczas nie miałem problemów. Było zalecenie, że internowany
nie może przebywać w szpitalu dłużej jak 7 dni. Drugi raz
trafiłem w kwietniu i byłem aż do czerwca. Wówczas
częściej odwiedzała mnie rodzina. 8 czerwca byłem wypisany
ze szpitala w Iławie ze skierowaniem na dalsze leczenie w szpitalu
wojewódzkim w Olsztynie. Konwojowało mnie trzech funkcjonariuszy. W drodze
zobaczyłem po pół roku zieleń, zboża - szokujący
widok. W Olsztynie zaniepokoił mnie fakt, że nie jedziemy prosto do
szpitala, lecz w stronę Barczewa. W chwilę potem
przejeżdżaliśmy koło mojedo domu. Trochę żal
się zrobiło, że po tak długim czasie nie mogę
wejść do domu, zobaczyć dzieci pomimo, że jestem tak
blisko. W Barczewie okazało się, że mam skierowanie - wniosek
komendanta wojewódzkiego na operację. Ordynator szpitala był
zdziwiony. Po 1,5 godzinnych ceregielach przewieziono mnie znowu do Iławy,
lecz nie do szpitala, tylkop prosto do obozu.
R. Jak długo jeszcze
przebywałeś w tym obozie?
L. 28 czerwca kazano nam
się spakować, wyprowadzono na przeszukanie, załadowano do
„lodówki” i przewieziono do Kwidzyna. Zostało nas w ostatniej grupie
18-tu. W Kwidzynie to już był normalny obóz. Zewnętrzny mur z
wieżami, strażnicy dyżurują z bronią na
okrągło, od muru w pewnej odległości płot z siatki, u
góry druty kolczaste, wewnątrz baraki z zakratowanymi oknami. Nie
można tego było nazwać - ośrodkiem odosobnienia - to
był po prostu obóz.
R. Jak wyglądały
kontakty z rodziną?
L. Początkowo
korzystaliśmy z sali widzeń. Powodowało to długie kolejki
oczekujących na widzenia. Później kilku kolegów - nasi
przedstawiciele - uzgodnili z komendantem obozu, że przy dobrej pogodzie,
będziemy przyjmować nasze rodziny na powietrzu. Ustawialiśmy
stoliki obok sali widzeń i wtedy ilość tych widzeń wzrastała.
R. Opowiedz dokładnie
co zdarzyło się w obozie 14 sierpnia?
L. 14 sierpnia 1982 roku. Po
godzinie 900 wyprowadzono nas na spacernik i wtedy
zauważyliśmy, że przed bramą stoi masa ludzi. Ten fakt nas
zaniepokoił. Delegacja udała się do komendanta z pytaniem -
dlaczego rodziny czekają. Ustalone było inaczej. Okazało
się, że zmieniono nam komendanta, obecny kategorycznie zerwał
naszą wewnętrzną umowę. Postanowiliśmy zaprotesować.
Wróciliśmy do cel, wzięliśmy taborety, łyżki
aluminiowe, miski. Usiedliśmy pod bramą i zaczęliśmy
łyżkami tłuc w garnki. Hałas był straszny. Po tej
kanonadzie przerwaliśmy, śpiewaliśmy pieśni obozowe i
ponownie czyniliśmy ten hałas. Jeszcze raz delegacja nasza udała
się do komendanta aby pertraktować o widzenia. Okazało się,
że komendant wczeniej radził się oddziałowego (w stopniu
porucznika), który nazywał się naszym wychowawcą - p.
Młotkowskiego i orzekli, że widzeń nie będzie.
Postanowiliśmy podtrzymać nasz protest 2 godziny. Po pewnym czasie
zauważyliśmy, że odsunięto nasze rodziny od bramy
siłą. Obóz otoczono ZOMO-wcami. ZOMO-wcy uzbroili się w tarcze,
pałki, kaski bojowe z przyłbicami. Jest zarzut, że internowani
rozpruli siatkę. Podejrzewam, że sprawa już wcześniej
była wyreżyserowana, żeby stworzyć pozory ucieczki. Zygmunt
Goławski nawoływał, aby internowani nie wychodzili poza pierwsze
ogrodzenie. Sprowadzono straż pożarną. Z-ca komendanta
straży, po stwierdzeniu, że nic się nie pali, odmówił
wjazdu na teren obozu. Chciano mu początkowo ten wóz zabrać, lecz w
kocu klawisze wyciągnęli obozową motopompę i skierowali
strumień wody na nas. Zaczęlimy się w popłochu
wycofywać zasłaniając się przed wodą taboretami.
Przyjęliśmy postawę by ich nie prowokować.
Zachowaliśmy spokój. Nie było wyzwisk, nikt niczym nie rzucał.
Kałudziński wszedł na dach baraku. Nie zdążył
zejść w porę i został od nas odcięty. Bili go
pałami. Kiedy upadł pryskali gazem w oczy. Zostawili go kiedy
już się nie ruszał. Pielęgniarka kazała wezwać
pogotowie. Zabrali go. Sytuacja wyglądała groźnie. Zomowcy mieli
przy sobie psy bez kagańców. Była w nas skierowana broń z
wież strażniczych. Uciekliśmy do swoich cel, aby zmieni
przemoczone ubrania. Wtedy cele zostały zamknięte. Po piętnastu
minutach otwierano je, na korytarzu było słychać krzyki bitych
kolegów. Wpadli do naszej celi. Uderzyli kolegę. Zamierzali się na
drugiego, gdy w drzwiach stanął oddziałowy Młotkowski. To
on wskazał konkretne osoby - Andrzeja Bobera i Piotra Bączyka,
internowanego w maju z OZOS-u. Uzbrojona w pały grupa ZOMO podeszła
do nich i zaczęła bić. Potem kazano im wychodzić. W drodze
do drzwi od łóżka już się przewracali. Zaczęto ich
kopać i tak wyrzucono na korytarz. Było słychać ich krzyki,
udezrenia pał. Ubliżano im, traktowano gorzej jak zwierzęta.
Wrzucili ich spowrotem do celi i znowu za nimi wpadli - pięciu lub
sześciu. Przez cały czas był z nimi dowódca. Oprócz pałek
używali pięści i kopali. Strasznie ich skatowano. Taki fakt mi
utkwił w pamięci. Już po pobiciu kazali uklęknąć
Piotrkowi przed szafką na której miał naklejony obrazek matki
Boskiej. Kazali mu go zerwać. Ten ukląkł, odkleił obrazek,
a klawisz go podarł i kazał ucałować swoje buty. Z
chwilą gdy Piotrek się nachylił - chłopak nie wiedział
już co robi - klawisz zaczął go okładać po plecach i
kopać. Podobnie było z Andrzejem Boberem. Potem kazano Boberowi,
Łukomskiemu i Bączykowi sprzątać korytarz, który
wyglądał jak po pożarze, woda i kawały tynku. Kiedy dano
nam spokój Andrzej Bober zaczął się skarżyć na silny
ból głowy. Dobijalimy się do drzwi, żeby udzielono mu pomocy,
lecz nie było żadnej reakcji. Dopiero około 17-18-tej
przyszedł lekarz więzienny i zaprowadzono pobitych do ambulatorium,
gdzie oglądano ciała, coś zapisywano i wygoniono spowrotem. Nie
dano żadnych środków opatrunkowych, żadnych znieczulających
- nic. W nocy Andrzej źle się poczuł - zaczął
tracić przytomność. Zaczęliśmy wszyscy walić do
drzwi. Prosiliśmy kolegów z innych cel, by robili to samo, wzywaliśmy
lakarza. Przyszedł oficer dyżurny i powiedział, że lekarz
będzie rano. Bojąc się o życie kolegi napisaliśmy
oświadczenie, że nie bierzemy odpowiedzialności za ewentualne
następstwa. To pomogło - przyjechało pogotowie ratunkowe, które
zabrało Andrzeja. Wstrząs mózgu.
R. Jak wyglądało
wyjście na wolność?
L. 16 września 1982
roku dostałem skierowanie do szpitala i przewieziono mnie do Prabut.
Było nas tam jedenastu. 27 listopada przewieziono mnie do Szpitala
Wojewódzkiego w Olsztynie, gdzie przebywałem do 24 grudnia 1982 roku. W
przeddzień, 23 grudnia był telefon z komendy MO, że jestem
wolny.
R. Po uzyskaniu
wolności zdecydowałeś się na wyjazd z kraju?
L. Tak. Szukałem pracy.
Nigdzie nie chciano mnie zatrudnić - w poprzednim moim zakładzie
grzecznie odmówiono. Byłem w OZNS i Polmozbycie. Pomozbyt
ogłaszał w „Gazecie Olsztyńskiej”, że poszukuje pracowników
lecz też mi odmówił. W kwietniu 1983 roku wyjeżdżam z
rodziną do Stanów Zjednoczonych.
(powyższy wywiad z Leszkiem Szawłowskim
zamieszczony został w „Rezonansie” nr 7/28 z dnia 13-17.12.19883r. - wyd.
podziemne).
--------------------------------------------------------------------------------
|
|
Olsztyn sobota, 14 listopada 2009 r. |
Do druku podał za Siecią poniższy tekst:
Rozmowa ze Stefanem Ruchlewiczem
przeprowadzona w dniu 13 kwietnia 1999 roku
Pyt. Szczególnie interesują mnie początki
„Solidarności” w Olsztynie.
Odp. W roku 1980 na przełomie czerwca i lipca -
pierwsze strajki - Gdańsk, Lublin, dwa ośrodki strajkowe. Ja
byłem na zaległym urlopie i w pewnym momencie telefon i zrywają
mnie z urlopu jako dyrektora. Spęd wszystkich dyrektorów w Komitecie
Wojewódzkim. Byłem wówczas dyrektorem naczelnym Wojewódzkiego
Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej. To zebranie prowadził sekretarz
Komitetu Wojewódzkiego i zaleca się, żeby był spokój w
zakładach, żeby nie było strajków. Ustawiano, żeby
dyrektorzy byli czujni. Na takich naradach organizowanych odgórnie były
ustawione dwie, trzy osoby - Reich
zabierał głos, Laskowski, który później został sekretarzem
KW, a w tym czasie był dyrektorem IZNS-u. Chyba jako piąty, już
poza planem wychylił się dyrektor Spomaszu i mówi: „Słuchajcie,
ja jestem wasz człowiek, ale żeby dowiedzieć się co
się dzieje w Polsce, to ja mam Wolnej Europy słuchać? Nie
mogę się dowiedzieć co w Gdańsku, co w kraju się
dzieje”. I tak ten dyrektor sprowokował mnie i ja także poza planem
zabrałem głos.
Być może była to już druga narada. I właśnie na
tej naradzie, kiedy się wychyliłem, powiedziałem o
możliwościach finansowych i o związkach zawodowych.
Powiedziałem, jaki problem jest ze związkami zawodowymi. Ja chcę
mieć rzetelnego partnera. A czy on będzie się nazywał
samorządny czy niezależny - co za problem? I wtedy na moje
wystąpienie E. Wojnowski wstał i powiedział: „Towarzyszu
Ruchlewicz, wyście nie zrozumieli o co tu chodzi. Nam nie chodzi o takie
związki, tylko że te związki chcą żeby były
chrześcijańskie, a my nie możemy na to pozwolić”.
Ale wtedy w Olsztynie jeszcze nikt nie strajkował. Cały czas
nasłuchiwano co się dzieje w kraju. I w pewnym momencie w Olsztynie
wpada do mnie kierowca i mówi: „Panie dyrektorze, zjeżdżają!”.
No i zjechali wszyscy z wyjątkiem jednego kierowcy Pawła Heniga, bo
to był taki człowiek oddany partii - później to on nie
miał życia, gdyż wszyscy kierowcy go prześladowali,
gdyż on był jak trędowaty, gdyż on się
wyłamał. On jedyny nie zjechał, na Dajtkach gdzieś
został. To był pierwszy strajk na terenie Warmii i Mazur. To było na przełomie lipiec - sierpień (?).
Poza Gdańskiem i Lublinem wówczas nic się jeszcze nie działo. To były
początki.
Kiedy zjechali nasi kierowcy, wtedy wszyscy się zebrali w świetlicy.
Wtedy przedzwoniłem do władz - do prezydenta, wojewody. Wtedy
przyjechali wojewoda, prezydent, komitet miejski, komitet wojewódzki, dyrektor
zjednoczenia na sali. I wychodzi pan Jan Makowski, późniejszy nasz
przewodniczący Komisji Zakładowej - wychodzi i czyta postulaty. Ja w
komunikacji miejskiej pracowałem dość długo, gdyż 8
lat jako zastępca dyrektora i czwarty rok jako naczelny, z widzenia
znałem każdego z kierowców, ale on był dla mnie mało znany,
a tu jako kierowca czyta postulaty. Nie kojarzyłem go. Zwróciłem
się do zastępcy, do kadrowej, kto to jest? I później
poprosiłem akta i dzisiaj widuję się czasami z nim na zasadzie
grzecznościowej „dzień dobry”, ale głęboko jestem
przeświadczony, że to był człowiek, który z góry był
ustawiony do zrobienia pewnej roboty. On przeczytał te postulaty
gdańskie i była jakaś część postulatów naszych
wewnętrznych, zakładowych, jakieś sprawy płacowe - razem
dołożyli ok. 10 postulatów. I na tej sali, załoga mi
ufała, a więc poprosiłem ich „słuchajcie, to są
władze, a więc proszę was wyjdźcie na trasę. Swój cel
osiągnęliście, postulaty władze otrzymały,
będziemy je realizować. Jeżeli mi ufacie jako dyrektorowi, to
proszę was wyjedźcie”. Cisza na sali, nikt się nie odzywał.
Jeszcze na początku wojewoda próbował przekonywać, prezydent,
ale oni nie chcieli tego słuchać. na moją prośbę
jednak zdecydowali się wyjechać. I wyszli z sali. Ja z władzami
wszedłem do gabinetu dyrektora, to wtedy oni zaczęli mnie
obcałowywać ci wodzowie, że w tak trudnej sytuacji załoga
posłuchała i wyjechała.
Dzisiaj prezentuję takie stanowisko, że to
było aranżowane przez służby specjalne. ten człowiek
był w KBW, on wyszedł z wojska i w nowym przedsiębiorstwie
krótko pracował 2-3 lata przed stanem wojennym. I raptem on stał
się szefem - wodzem. Pomimo jego działalności w Komisji
Zakładowej, nie był internowany. Później mi przekazywali,
Langowska i inni, że kiedy byli przesłuchiwani już po
wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy się zebrali przewodniczący
komisji zakładowych, to przy wszystkich stolikach było wypisane
nazwisko, gdzie kto siedział, a tam gdzie on siedział nie było
wpisane nazwisko. Trzeba by po prostu sięgnąć do archiwum
…
Po komunikacji miejskiej inne zakłady zaczęły strajkować.
Ja w zasadzie od początku ustawiłem się na tak.
Pyt. Władze wówczas popierały samodzielne,
samorządne, niezależne związki, ale nie „Solidarność”.
Odp. W pierwszej fazie to ze strony władz w
ogóle było „nie!” Tak było do porozumienia Jagielski -
Wałęsa. I dlatego kiedy ja na tym zebraniu w Komitecie zabrałem
głos, to na drugi, trzecie dzień miałem tu instruktorów. I z
komendy mnie odwiedzili, prosili o wykaz wszystkich umysłowych, sprawdzali
gdzie kto kończył jakie studia. Było to rozpracowywanie.
Nastąpiło jednak pewne pokrzyżowanie ich planów, gdyż ja
rok chyba przed stanem wojennym zatrudniłem Łukomskiego Edmunda. On
wyszedł z wojska, gdzie miał dyscyplinarne sprawy. On był bez
pracy. Później miano do mnie potężne pretensje, po co ja go
zatrudniłem. I on wszedł na
przewodniczącego MKZ-u. Po tych pierwszych spotkaniach właśnie
Łukomski został wybrany jako przewodniczący tego
Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego. I to
było dla mnie pewne, że Łukomski jest niezależny.
Znałem jego akta. Wtedy włączyła się także pani
Irena Telesz, Mackiewicz, Makowski Jan, Kisły później
dołączył. Był wówczas dyspozytorem.
Pyt. Była kwestia zarejestrowania Komisji
Zakładowej w Gdańsku. Ks. Żołnierkiewicz mówił,
że z panem jeździł do gdańska?
Odp. Była z nim współpraca, gdyż ja z
księdzem Żołnierkiewiczem rzeczywiście
współpracowałem. To były spotkania w cztery oczy. Z jednej
strony bowiem był nacisk władz, ale ja dla „Solidarności”
zapaliłem zielone światło, gdyż dałem pomieszczenie,
dałem pełną obsługę …
Pyt. Pan jako pierwszy dyrektor udostępnił
pomieszczenie nowym związkom i przez wiele miesięcy funkcjonował
w nim związek.
Odp. Na początku był jeden pokój,
później dwa pokoje oddałem do dyspozycji. Oddałem do dyspozycji
: fiata służbowego, udostępniłem telex. Na początku
nie zdawałem sobie w pełni sprawy z sytuacji. Ten przewodniczący
nowej Komisji Zakładowej - wówczas był telex, z którego
wychodziła taka taśma perforowana. I ten
Makowski przez cały czas, jak przychodziły z Gdańska te teleksy,
to on te taśmy perforowane brał i on to zbierał, i to było
prawdopodobnie kopiowane. Cały czas więc śledził.
Początki były bardzo trudne, bardzo ostre, gdyż była
potężna presja na mnie, natomiast załoga tego nie odwoła.
Ja w tym czasie byłem radnym Miejskiej rady narodowej - byłem
drugą kadencję radnym. I przyszedłem na sesję, jak tylko
pojawiły się pierwsze znaczki solidarnościowe, ja sobie
przypiąłem znaczek „Solidarności”. I pamiętam, był
taki stary redaktor „Gazety Olsztyńskiej”, Milewski i on powiedział,
że co Ruchlewiczowi trzeba oddać to jednak odwagę. Pierwszy na
sesję ze znaczkiem „Solidarności” na sesję i to jeszcze
dyrektor. Patrzyli wówczas zszokowani. Nie byli pewni czy mają we mnie
swojego człowieka. Były bowiem naciski, byłem bowiem
wielokrotnie wołany przez SB, wieczorami do Komendy Wojewódzkiej. Chcieli
mnie zwerbować, gdyż chcieli mieć e tym środowisku swojego
człowieka. Oczywiście się nie dałem.
W moim odczuciu początki, pierwszy strajk, pierwsze niepokoje - one
były inicjowane przez służby specjalne. I tego ja jestem pewien.
Natomiast później, wprowadzając Łukomskiego (Makowski był ich człowiekiem, Łukomski nie
był ich człowiekiem). Ja Makowskiemu powiedziałem chyba
ze trzy razy: „Słuchaj, mam wrażenie jakbyś ty działał
na szkodę „Solidarności”. On przychodził do mnie jako do
dyrektora i on też nie wiedział co ja myślę w konsekwencji.
On był ich czlowiekiem, ale on nie wiedział kim ja jestem. I nie
wiedział jak ze mną rozmawiać. Krótko mówiąc, w pierwszym
okresie ja ich instruowałem co mają robić. na przykład
pierwsze postulaty w Olsztynie dotyczące krzyży, budowy
kościoła na ul. Wyszyńskiego - Chrystusa Odkupiciela Człowieka.
Była taka sytuacja, że akurat byłem u prezydenta Różyckiego
załatwiając jakieś tam służbowe sprawy i Różycki
do mnie mówi: „Widzi pan, już chcą budować kościół
itd. Uważam, że będzie sprawa odrzucona, nikt się na to nie
zgodzi. już wstępnie konsultowałem”. Po tej rozmowie
wróciłem do przedsiębiorstwa, stoi grupka kierowców, z
dziesięć osób, podszedłem i chwilę porozmawiałem. I
mówię: „Słuchajcie, to wy macie pretensje, że w Olsztynie nie
dają pozwolenia na budowę kościoła. Wy do mnie macie o to
pretensje? Że nie ma krzyży w świetlicach, zakładach,
biurach?” I chwilkę postałem i poszedłem. To była rozmowa podsuwająca
im myśl. I dosłownie chyba po pięciu minutach przyszedł do
mnie kierowca Kwiatkowski, który był najbardziej religijny i paru jeszcze
innych i mówią: „Panie dyrektorze, ale co w tej sprawie dałoby się
zrobić?” Ja im mówię: „Macie te swoje postulaty, dajcie mi je, ja
pokażę dalej władzom”. Na drugi dzień maszynistka
napisała te postulaty i poszły do Komitetu Wojewódzkiego i do
Komitetu Miejskiego, do Prezydenta, do Zjednoczenia. I mówię: „Panie
prezydencie, będą stali. Jak nie będzie zgody, będą stali”.
I było pozwolenie. I było pozwolenie na budowę
kościoła. Tak, że ten moment rozmowy był dlatego łatwy
na terenie komunikacji miejskiej, gdyż do tych działaczy, którzy to
zaczęli nie było żadnej represji. Ja ich chroniłem
swoją osobą jak tarczą. A oprócz tego mieli też
materialną pomoc, bo np. papier mieli zakładowy, samochód, paliwo,
pełna obsługa biura. A w międzyczasie po zarejestrowaniu,
znalazło się dużo więcej odważnych ludzi.
Później powstało pismo „Rezonans” i włączyło się
szereg osób. Również całe zaplecze, cała drukarnia
mieściła się u nas. Były pokoje gościnne przy
szatniach. Tu bardzo aktywny był Kisły i jeszcze Grucela, oraz szereg
osób. Natomiast podczas I Zjazdu w Kortowie było taktyczne rozgrywanie.
Były wybory przewodniczącego regionu. Tu muszę powiedzieć,
że chyba popełniłem błąd taktyczny. Ja miałem
niedosyt. W dalszych etapach działalności związkowej nie
widziałem Łukomskiego. Ja go znałem lepiej, gdyż byłem
bezpośrednim jego szefem. I minusy znałem. Ale w sumie Łukomski
byłby lepszy niż Krupiński. ja nie zdawałem sobie sprawy.
Powroźny też był kandydatem i w
ostatniej chwili ja również się zdecydowałem kandydować.
I o tyle to dziwne było, np. Andrzej Bober, który był
wiceprzewodniczącym Zarządu, był aktywnym pracownikiem w
Zarządzie regionu i dostał jedynie 13 głosów. ja dostałem
31. Dostałem dużo więcej. Część ludzi
zaufało. Wystartowałem, gdyż chciałem rozwiązać i
poprowadzić dalej - ratować. Bo ja widziałem zagrożenie, u
niektórych działaczy dostrzegałem prywatę.
Pyt. Pan był w dość trudnej sytuacji,
gdyż zgodnie z duchem związkowym na dyrektora trudniej jest
głosować mimo nawet zasług. W tej sytuacji i tak pan
uzyskał sporo głosów.
Odp. Tym bardziej, że nie prowadziłem
żadnej kampanii. Ktoś się wychylił na sali: „A może
pan wystartuje?” A ja odpowiedziałem: „Chyba tak, zgodzę się”. I
później gdy było pytanie, czy się zgadzam, to
odpowiedziałem, że chcę służyć
„Solidarności”. Ale wtedy miałem pretensje do Lubienieckiego, który
prowadził ten Zjazd, że nieładnie się parę razy
zachował. Wtedy został wybrany przewodniczącym Krupiński.
Wcześniej prowadził Związek Łukomski i w trudnych momentach
on się sprawdził. W sumie może, gdyby z mojej strony było
większe poparcie dla Łukomskiego (ja chciałem chronić
Związek i oddawałem swoją osobę do dyspozycji) i gdybym
tego poparcia nie udzielił, to możliwe, że wiele rzeczy lepiej
by się potoczyło. Wtedy jednak nie poparłem go i szala
przechyliła się na rzecz OZOS-u, bo Powroźny się wtedy
wychylił - Krupiński wtedy wygrał w rywalizacji z
Powroźnym. Przez ten mój ruch w zasadzie osłabiłem pozycję
Łukomskiego i siłę komunikacji miejskiej. I ponieważ
przegrałem, a wokół Krupińskiego, Powroźny był i
Lubieniecki - i widziałem, że się toczy to w inną
stronę i powiem szczerze, że pierwszy raz wówczas mnie coś
zabolało. Mając stanowisko dyrektora WPKM i startując jako
kandydat do władz Związkowych, to ja tylko traciłem.
Całą swoją karierę zawodową kładłem na
szalę. I gdybym wygrał, to bym nic nie zyskał, tylko bym
tracił, gdyż ja musiałem wtedy wszystko zostawić. kariery
zawodowej więc już nie mógłbym robić.
Pyt. Stowarzyszenie Obrony Ludzi Więzionych za
Przekonania?
Odp. To już było, kiedy władze
przygotowywały się do rozbicia Związku. Było to już po
tych wydarzeniach marcowych. Chodziło o obronę ludzi więzionych
za przekonania. Ja zgodziłem się przewodniczyć temu komitetowi.
W Gdańsku Moczulski zorganizował spotkanie. Wtedy kiedy wyszedł
z więzienia. I poszedł telex do wszystkich Zarządów regionu,
żeby wysłać delegatów. Ja dostałem delegację i
pojechałem z Olsztyna sam. Był jednak taki szczególny moment: ja w
tym czasie przez cały czas chodziłem ze znaczkiem
„Solidarności”. I na to spotkanie przyjechałem z tym znaczkiem.
Dzisiaj nie dam głowy uciąć, czy to był Wielowieyski, ale
w 90% twierdzę, że to byli ludzie z Zarządu Głównego,
którzy stali przy wejściu na tę salę i pytanie było wprost
do mnie: „Po co ja idę na tę salę? Przecież pan może w
„Solidarności” działać. Po co pan wchodzi?” Praktycznie sala
była prawie pusta, byli nieliczni, 40 a może 50 osób. I to już
później, kiedy byłem internowany, kiedy mnie na Komendę
zamknęli, wtedy widziałem, że mieli te stenogramy tam nagrane i
je w pewnym momencie - to było jeszcze przed I Zjazdem „Solidarności”
w Gdańsku. I na tej sali chyba ze dwa razy zabrałem głos.
Ktoś zaproponował aby dalej poprowadzić to zebranie. I znowu
siedząc przy tym stole prezydialnym, miałem
wrażenie, że była jakaś
dziewczyna ze służb specjalnych, bo ja chciałem to
poprowadzić z klasą, a ona mi w tym przez cały czas
przeszkadzała. Widziałem, że nagrywa
całość. Powiedziałem jej, żeby się
wyłączyła, żeby nie przeszkadzała. Moczulski był
gościem i w zasadzie niewiele mówił. Trochę opowiadał o
swoich przeżyciach. Ja powiedziałem, że jako Polacy
powinniśmy się upomnieć o swoich braci na Wschodzie. No i wtedy
wszyscy wstali i były owacje. I to później znalazło swój
oddźwięk na I Zjeździe „Solidarności”, kiedy uchwalono
specjalny apel.
Pyt. Kto był głównym inspiratorem tego
gdańskiego spotkania?
Odp. To byli ludzie Moczulskiego, którzy chcieli zorganizować
z nim spotkanie. Może chciał się włączyć w ruch
solidarnościowy. I to było od razu blokowane. Stali i nie wpuszczali.
A więc było to w jakimś stopniu staranowane.
Pyt. Czyli było to blokowane przez pewnych
ludzi z „Solidarności”?
Odp. Tak. Oni nie chcieli żebyśmy
nawiązywali współpracę z Moczulskim. W tym czasie (…) byłem
sympatykiem KPN-u, miałem pewne kontakty. Oni chcieli mieć swój
zalążek w Olsztynie.
Pyt. Stan wojenny.
Odp. Gdzieś dwa miesiące przed stanem
wojennym przyszła do mego przedsiębiorstwa 30-osobowa ekipa wojskowa.
Szef tej grupy był później komisarzem wojskowym na terenie Olsztyna.
Dziś jest generałem, a wówczas był pułkownikiem. Oni
wówczas przeprowadzali niby kontrolę funkcjonowania przedsiębiorstwa,
ale właściwie przygotowywali się do wprowadzenia stanu
wojennego. Oni mój gabinet naszpikowali „pluskwami” - podsłuchem.
Pamiętam taki moment: siedzę przy biurku i coś tam przypadkowo
ręką dotknąłem i dwa razy taką „pluskwę” znalazłem.
Raz pod biurkiem. Wielkość dużego guzika - na takim
gwoździu było przybite. Więc ja to wziąłem i
pokazałem akurat przewodniczącemu Komisji Zakładowej, który
był w gabinecie. On chciał koniecznie żebym mu dał
obejrzeć i to już do mnie nie wróciło. to też był
sygnał, że on to przekazał. Ta grupa weszła do firmy, aby
rozpracować załogę. Ja w pierwszej turze nie byłem
przewidziany do internowania. Dzisiaj to już wiem dlaczego oni
podjęli taką decyzję. Bo w sumie byłem do końca oddany
„Solidarności”, ale byłem przeciwny strajkom, byłem przeciw
anarchii, byłem za porządkiem, za dyscypliną, za
właściwym funkcjonowaniem.
Gdy wprowadzono stan wojenny, to w nocy po mnie nie
przyjechano, ale gdy nad ranem chciałem do firmy zadzwonić, to
był głuchy telefon. Obudziłem się i może intuicja
może coś, bo mnie w domu nie zgarnęli. pojechałem do firmy
w niedzielę rani i oni za mną do godz. 20-tej jeździli po
Olsztynie. I tutaj w Szczęsnem, w tym właśnie pokoju (bo ja w
tym czasie mieszkałem na ul. Wyszyńskiego, a tutaj miałem dom
kupiony i on był w trakcie remontu). I tutaj miałem taki stary
telewizor. Włączyłem na Dziennik Telewizyjny i Jaruzelski akurat
mówił, kiedy oni przyjechali i mnie zwinęli po raz pierwszy.
Przetrzymali mnie w Komendzie Wojewódzkiej chyba do północy. Dlaczego mnie
wtedy puścili, to nawet sam nie wiem. Przypuszczam, że chodziło
o śledzenie i rozpracowanie.
Pyt. Ale wówczas przesłuchiwali pana?
Odp. Tak, przesłuchiwali. Bardzo długo
mnie trzymali. Dali mi do podpisania „lojalkę”, ale ja im tego nie
podpisałem. Tam chodziło, że będę wiernie
służył itd. a ja im na tym napisałem, że zawsze
przestrzegałem prawa obowiązującego w Polsce jako dyrektor i
nadal je przestrzegam. I podpisałem się pod tym, bo nie mogłem
się pod tym napisać co oni zapisali. Na pewno to gdzieś w aktach
mają.
Nie wiem co oni wówczas myśleli, kiedy mnie wypuścili. Może
myśleli, że gdzieś w nocy mnie „przycupną”, ale był
taki zbieg okoliczności, że jechał dyrektor Zjednoczenia, z
którym bardzo dobrze żyłem. Ja powiedziałem mu: „Podwieź
mnie” i on mnie podwiózł. Nawet dał kierowcę, bo sam
wyszedł, ale dał kierowcę, który miał przepustkę. I ja
wróciłem.
Po wprowadzeniu stanu wojennego, Langowska nie była internowana i
Langowski Rysiek nie był internowany - ja się z nimi spotkałem.
Wziąłem swego przewodniczącego. I to
pilne spotkanie Komisji Zakładowych ja zorganizowałem. To
było chyba w PSTB-erze. Oni wtedy pojechali
na to spotkanie, a ja z załogą zastanawiałem się co
zrobić mądrze, żeby nie poddać się władzy. I
tutaj w gabinecie powiedziałem, że dla mnie Jaruzelski nie jest
żadną władzą, że
władzą jest Łukomski. gabinet był na
podsłuchu, więc było wiadome, że mieli argumenty przeciwko
mnie. I chyba po dwóch godzinach otrzymałem telefon od tego dyrektora
Zjednoczenia, że mnie zawieszają w czynnościach.
Pyt. A gdzie była dyrekcja Zjednoczenia?
Odp. Tam gdzie był Zarząd Regionu
„Solidarności”, przy ul. Dąbrowszczaków. On
tam nadawał. I później to jego właśnie zobowiązali do
przyjęcia tego związkowego majątku. Bo to było Zjednoczenie
Przedsiębiorstw Gospodarki Komunalnej.
Pyt. Nazwisko tego dyrektora?
Odp. Jan Madej. I drugi
był taki moment, że ja poprosiłem tych swoich poddanych,
kierowników - ludzi, którym w jakimś stopniu ufałem i
powiedziałem, że nie robimy strajku, ale na zasadzie cichego strajku,
autobusy będą nam się psuły. I za parę dni
żeby wszystko stanęło. Przypuszczam, że to był
podstawowy powód mego internowania. Wiedzieli, że
takie działanie jest groźniejsze, niż wystąpienia wprost.
I wtedy drugi raz mnie zabrali i powieźli na Komendę. I wtedy w
piwnicach mnie osadzili. W kieszeni miałem wtedy 150 tyś zł.,
gdyż kupowałem materiały na remont. Chciałem przekazać
te pieniądze żonie, ale w tym momencie …
maznął mnie w oko i taki był początek moich
kłopotów z okiem.
Dobę spędziłem w piwnicy w Komendzie Wojewódzkiej. To był
już 15 grudzień. I w tym dniu również Andrzeja Pawłowskiego
do tej celi wrzucili i podjechała buda w nocy i skutych kajdankami
wywieźli nas. Byłem z Andrzejem skuty - wzięli nas do tej budy i
powieźli nas. gdy nas prowadzili do tej budy, to stał taki szpaler
milicjantów, a praktycznie zomowców, którzy znali mnie jako dyrektora. I wtedy
kiedy wsadzali mnie do tej budy, to ja powiedziałem: „Żegnacie nas
psami, ale mam nadzieję, że będziecie nas witać
orkiestrą”. Później dowiedziałem się, że to było
bardzo głośne wśród załogi WPKM-u. Przewieźli nas do
Iławy. Pierwsze dwa tygodnie były wręcz brutalne. Przez pierwsze
dwa, trzy tygodnie najwięcej zdrowia straciłem. Było potwornie
zimno. Dopiero po pierwszej wizycie, kiedy biskup Obłąk
odwiedził nas, wtedy troszeczkę zelżało. Cela była
bardzo słabo ogrzana. Wsadzili mnie do takiej mroźnej celi, może
dlatego, żebym nie miał z innymi kontaktu. Innych
wyprowadzali na spacer, ale mnie nie dopuszczali do kontaktowania się.
Wyprowadzali osobno. Sam byłem w celi i na spacer samego mnie
wyprowadzali. Nie miałem żadnego kontaktu z kolegami. Z nikim.
To było bardzo trudne, ale nie tyle samotność, co zimno mi
dokuczało. I wtedy mi nadszarpnięto zdrowie. Jak biskup
Obłąk szedł, to oni przez cały czas światło
włączali i wyłączali. Chodziło im o to, żeby
zrezygnował i nie odwiedzał cel. Ale biskup stał pół
godziny dłużej na tym korytarzu. I otworzyli celę. Biskup
zapytał: „ Czy mam jakieś życzenia?” To ja powiedziałem,
że przede wszystkim koc, bo tu kostnieję. Przecież jak mnie
zabrali, to miałem jakąś koszulkę, spodnie, bieliznę
pod spodem i nic poza tym. Były buty. Było zimno więc
nakładałem te buty - noga się pociła, a więc buty
mokre i tym bardziej to się potęgowało.
I po jakimś czasie 3 albo 4 tygodniach, przenieśli mnie do innej
celi. I do tej samej celi dali tego pana, który
dziś jest na Zachodzie (?). I był inny wychowawca, który
bardziej liberalnie, pod kątem rozmowy … Zauważyłem,
że wówczas ludzie w różnych celach byli wysyłani na Zachód, do
„Solidarności” i nie tylko. Od początku oni byli do tego
„szpikowani” - przygotowywani. I to tak od początku to się
toczyło. To tak pokrótce.
(Rozmowę przeprowadził i notował
Zenon Złakowski).
--------------------------------------------------------------------------------
--------------------------------------------------------------------------------
Rozmowa
z Michałem Powroźnym i Wiesławem Sasinem
ze
STOMILU w dniu 25 lutego 1994r.
Pyt. Zanim powstała
Solidarność w OZOS były najpierw związki Piątka. Czy
ktoś z panów był związany z tymi związkami?
Odp. Nie, absolutnie
nie.
Sasin - Ja byłem na urlopie wówczas, kiedy wróciłem był strajk na fali strajków sierpniowych. Spontaniczna reakcja tych ludzi. Później dopiero doszliśmy do wniosku, że prawdopodobnie to było sterowane. Pomoc dyrekcji przy pisaniu statutu, przy rejestracji tego związku. Z partii to chyba Pióro sam pisał ten statut. Za mało informacji było: co ta związek tworzy się w kraju, na Wybrzeżu. Większość ludzi myślała, że to są akurat te związki niezależne co na Wybrzeżu. W drugim dniu strajku powstał taki komitet, który miał za zadanie spisanie postulaty załogi i ten komitet prowadził już negocjacje z dyrekcją. To był strajk przez niepełne dwa dni. W nocy się zaczęło na wydziale tkanin kordów, następnie przeniosło się zebranie do magazynu wyrobów gotowych. I tam powstała lista postulatów. Były nawet śmieszne: jakieś mydło, środki czystości. To nie były jakieś istotne postulaty. I później zaczął się ten strajk załamywać. Pamiętam jak wracałem, bo tam byłem na takim rekonesansie przez ciekawość (byłem na hali wyrobów gotowych. Wiem, że dochodziło do scysji z łamistrajkami. Chowali się oni tam pod maszynami ci łamistrajki. Strajk zaczął gasnąć, tym bardziej, że dyrekcja przyjęła postulaty. Na czele komitetu strajkowego stanął pan Piątek, który był krótko pracownikiem OZOS-u. Pracował na innym wydziale i niewiele potrafię o nim powiedzieć. Przybył ze Śląska. Ponoć uciekł przed rodziną czy żoną, czy był ścigany przez prawo - trudno powiedzieć. I jak szybko się pojawił, tak szybko zniknął. Po zawiązaniu Solidarności, chyba we wrześniu już go nie było.
Powroźny - W tym
czasie byłem na urlopie. Przyjechałem w którymś dniu
września dopiero. Byłem gdzie nad morzem na miesięcznych
wczasach. Tak, że te wcześniejsze sprawy w firmie są mi nie
znane. Niemniej jestem w posiadaniu dokumentu. To znaczy on jest przedrukowany
w naszym Biuletynie Informacyjnym, gdzie komitet założycielski owych
związków wnosi do sądu o rozwiązanie. Nawet była zabawna historia,
że sąd to zwrócił - nie można było się
rozwiązać. Była afera z tego powodu.
Pyt. Jak powstała
Solidarność w zakładzie?
Sasin - Mieliśmy
pracownika ze Służby Utrzymania Ruchu p. Kazimierza Grucelę,
którego syn pracował w MPK - Leszek. I pierwszym zebraniem informacyjnym -
był to chyba początek września - było nas czterech. Pan
Grucela przyniósł nam ulotki i wzory list. Był wśród nas Zbyszek
Przewłocki i Jan Kisiel. Te informacje nie wystarczyły nam do
zawiązania związku. I postanowiliśmy dotrzeć w kraju do
większych zakładów gumowych czy chemicznych. I w kilka dni po tym
naszym 4-osobowym zebraniu wybraliśmy delegację: p. Kisiel Jan i Szczepan Marcinkowski. Pojechali
do Poznania, ale to było chybione zamierzenie, gdyż za tą
delegacją poszedł prawdopodobnie telefon i niewiele się dowiedzieli,
gdyż nie zostali wpuszczeni na teren zakładu. Wrócili z niczym, ale
po 2-3 dniach ta delegacja została zaproszona do MPK, gdzie dostali
zaproszenie do Płocka, do Rafinerii na spotkanie struktur branżowych
Solidarności. Tam w Płocku zebrani postanowili utworzyć
strukturę ogólnopolską w Rokicie w Brzegu Dolnym w zakładach
chemicznych. Po tym drugim przyjeździe, tym razem 3-osobowa: Jan Kisiel,
Szczepan Marcinkowski i Jerzy Raczek doszło do spotkania na walcowni - do
zebrania założycielskiego, gdzie już poszły listy i
powstała komisja organizacyjna.
Pyt. Czego się
spodziewaliście po Solidarności?
Powroźny - To
był taki okres, że były dwie opcje wśród powstających
związków. Jedna uważała, że sobie sami dadzą radę
i w zakładach sami problemy porozwiązują, ale pojawiła
się i zaczęła przeważać opcja powstania jednego
ogólnopolskiego związku. To jest również i państwowych.
Pyt. Czy możecie
wymienić ludzi, którzy w tym czasie aktywnie włączyli się w
działalność związkową w OZOS-ie? Na pewno Zbyszek
Przewłocki?
Powroźny -
Początkowo to i „Piątki” jeździły do Gdańska, a nawet
spotkały się z MKZ-em, a jednocześnie nasi ludzie też
zgłaszali się do MKZ-tu. Piątek nie chciał bowiem podporządkować
się pod MKZ, natomiast u nas
było od początku to założenie istnienia ogólnopolskiego
związku. Sporo ludzi, którzy uczestniczyli w tym strajku Piątka i
początkowo byli aktywni w jego związkach, pokazali się
później w Solidarności, chociażby Rondomański. Przypominam
sobie, że do OZOS-u przyjeżdżał Borusewicz, gdzie
tłumaczył wyższość związku ogólnopolskiego nad
małymi związkami autonomicznymi.
Pyt. Co możecie
powiedzieć o Zbyszku Przewłockim?
Sasin -
Niewątpliwie był motorem naszych poczynań, długoletni
pracownik. On był najbardziej zaangażowany. Ja zostałem
trochę na uboczu, ale on parł do przodu. Wówczas pracował jako
technolog w Dziale Głównego Technologa, a ja jako technolog
wydziałowy miałem z nim kontakty, gdyż on opiekował
się walcownią - moim wydziałem. Zresztą znaliśmy
się jeszcze od szkoły podstawowej. Tą ideę Gruceli on podchwycił i on to
organizował. Początek to Kisiel i też się
zaangażował, jeździł własnym samochodem, nawet ulegli
wypadkowi w czasie wyjazdu do Rokity w Brzegu Dolnym.
Pyt.
Jak się układała współpraca między OZOS-em a MKZ-em
Powroźny -
Początkowo pracowałem w laboratorium badań środowiska. To
była taka filia działu Bezpieczeństwa Technicznego. Miałem
pod sobą zespół do spraw ochrony środowiska.
W zakładowej strukturze
Solidarności byłem jednym z kilku wiceprzewodniczących Komisji
Zakładowej. Na zebraniu delegatów utworzono Komisję
Zakładową, która wybrała spośród siebie cały szereg
pomniejszych komisji.
Miały one rozwiązywać
problemy w zakładzie, np. komisja finansowa, informacji, wniosków i
postulatów, dochodzeń gospodarczych, mieszkaniowa, d/s rekreacji i spraw
socjalnych, zdrowia i ochrony pracy, d/s systemu 4-brygadowego, bo to trzeba
było zlikwidować i komisja d/s sportu.
Pyt. Kiedy było o
zebranie delegatów w OZOS-ie?
Powroźny - Zebranie
wyborcze było 21 XI. 1980r. Mam protokół z tego posiedzenia.
Został wybrany przewodniczący Zbyszek Przewłocki, delegaci do
MKZ-u: Kociuba, Przewłocki (…), wybór członków Zarządu
Zakładowego (w/g ordynacji wzorcowej Solidarności). Wtedy firma
miała 4.600 ludzi, a Solidarność liczyła ok. 3.000 ludzi.
Dwa dni po zebraniu delegatów ukonstytuowała się komisja
zakładowa, szefów tych większych komisji, dokonano wyboru delegatów
na spotkanie przedstawicieli Solidarności ZBGUM, dnia 26-28 w Krynicy
(Kisiel, Kociuba i Łukaszewicz). Przewodniczącym komisji informacji
Janik miał być dziś wśród nas. Myśmy przyjęli w
ten sposób, że Przewłocki jest przewodniczącym, natomiast
szefowie poszczególnych komisji zostali wiceprzewodniczącymi.
Pyt. W tym pierwszym
okresie działania Solidarności były jakieś momenty szczególnie
ważne: może konflikty z dyrekcją?
Powroźny - Na to
wszystko są dokumenty. Są dokumenty pierwszych działań
naszych, pierwsze nasze postulaty. Myśmy starali się
uniknąć błędów pierwszych związków. Myśmy
podeszli do tego koncepcyjnie, organizacyjnie. Mieliśmy ten komfort czasu.
Z dyrekcją na początku problemów nie było, natomiast na
końcu (sierpień, wrzesień 1981r.) to w naszych biuletynach
drukowaliśmy partyjne uchwały. Ponieważ oni byli z nami kontra
dyrekcja. Ich uchwały nie chciała drukować „Gazeta Olsztyńska”,
również „Kormoran” - gazeta zakładowa, oni nie mieli powielacza, nie
mieli nic i dlatego pomagaliśmy. Dochodziło do takich rzeczy, że
jakieś struktury z PKP kontaktowały się z Komitetem Zakładowym
OZOS-u poprzez Solidarność.
Pyt. Czy dużo
było wśród członków Solidarności partyjnych?
Powroźny - W
pierwszym momencie to sporo ludzi rzucało, występowało z partii.
Myśmy przywiązywali dużą wagę do
działalności propagandowej. To był ten czas, kiedy można
było wyciągać różne dziwne partyjne sprawy. Zarówno z
Polski jak i z OZOS-u. I myśmy to robili. I myśmy dzięki temu
mieli zwolenników.
Sasin - Partyjnych chyba
około 50%. Partia była dość liczna. Przebijała nawet
ZMS, który wówczas, który wówczas miał ok. 1.200 członków. Partia
mogła liczyć nawet do 1.500 członków. Około 80% załogi
w szczytowym okresie było w związkach więc siłą rzeczy
musieli też być partyjni. Poza kierownikami wyższych komórek,
wydziałów to rzeczywiście nie było podziałów na my i oni.
Mieliśmy sporo kolegów, którzy z konieczności należeli do partii
i nam to nie przeszkadzało. Nigdy nikt nikomu nie wytykał faktu
[przynależności.
Powroźny -
Miałem jakiś udział w początkach związku.
Prowadziliśmy audycje, zajmowałem się informacją.
Pracowałem w radiowęźle, a poza tym starałem się
współpracować z siecią wiodących zakładów. Przyjechali
do nas przedstawiciele ze Stoczni Gdańskiej. i zajęliśmy 10 czy
11 miejsce na liście krajowej. Zgłosiliśmy do tego akces i ja
temu się poświęciłem. Włożyliśmy naszą
pracę, gdyż przygotowaliśmy projekt ustawy o
przedsiębiorstwie, projekty dotyczące reformy samorządowej. W
czasie trwania Zjazdu było posiedzenie Sejmu i trwała straszna walka
ze Stanisławem Kanią o dwa lub trzy punkty. Przeszła ustawa
nowa, bardzo dobrze, ale brakowało nam 3 punktów aby to się nie różniło
od naszych założeń. Mam te materiały.
Pyt. „Sieć” jak
była odbierana przez władze krajowe Solidarności?
Powroźny -
Fatalnie, jako konkurencja. Była więc pełna
dwutorowość, dlatego że KK Porozumienia czy później Komisja
Krajowa miały swoje rzeczy czysto związkowe, natomiast my
wychwalaliśmy swoje. Interesowały nas sprawy gospodarcze, zagadnienia
prawne. Całe otoczenie, w których związek miał żyć.
Myślę, że to jest duży sukces OZOS-u, że myśmy w
to weszli, wnieśliśmy sporo nowego. na podkładzie tych statutów,
tych dokumentów, ordynacji wyborczej, przecież myśmy wybierali
radę pracowniczą w OZOS. Później przekładaliśmy to,
zgodnie z zasadą działania Sieci, na Region.
Pyt. Wspomniał pan
o marcu 81 roku. Jak odbieraliście wydarzenia w Bydgoszczy?
Sasin - Tak jak
większość członków, jako prowokację. Był to
jakiś papierek lakmusowy dla władzy. Czekali na reakcję jak
się Solidarność zachowa, na ile można sobie pozwolić,
siłowo rozwiązać.
Powroźny -
Wcześniej był kryzys z rejestracją związku. Był
pierwszym sprawdzianem siły organizacji. Przecież były te
różnice w zarejestrowanym statucie, a projektem.
Sasin - Tam
chodziło o tą przewodnią rolę partii
Powroźny - I
podległość związku.
Pyt. Co możecie
powiedzieć o zjeździe wojewódzkim Solidarności w 1981r.?
Powroźny - My w
OZOS-ie działaliśmy za szybko i dlatego mieliśmy już ludzi
wybranych w listopadzie. Regionalne przetasowania nas specjalnie nie
obchodziły. Wiesiek Rondomański, który miał obowiązek raz w
tygodniu czy dwa razy, pokazać się przed mikrofonem i powiedzieć
co tam w MKZ się dzieje. Oprócz tego były faxy, jakaś codzienna
informacja.
Pyt. Czy
radiowęzeł był wam podporządkowany?
Powroźny -
Oczywiście. Pierwsze spotkanie z dyrekcją jakie było to po to,
że kazaliśmy dodatkowe 100 głośników założyć
w zakładzie, bo radiowęzeł tam nie docierał na
całą halę.
Mieliśmy to w różnych
czasach, ale przynajmniej dwa razy w tygodniu mieliśmy takie 15-20
minutowe audycje, które później były powtarzana na trzeciej zmiania.
Pyt. Kto siadał za
mikrofonem?
Powroźny - Pan Janeczko,
był wtedy na etacie w OZOS i zajmował się też oprawą
muzyczną - ja również.
Pyt. Czy („składaliście”
jakąś ofertę ?) w OZOS-sie? Powołaliście
przecież specjalną komisję w tym celu?
Powroźny - Trzeba
powiązać 2 rzeczy, wziąć postulaty „Piątkowe”, a
również nasze, które protokołowaliśmy. 4.XI.1980r.. Wystarczy
przeczytać tylko nasze nagłówki: - Likwidacja systemu 4-brygadowego i
zmiana na system 3-zmianowy, przy takich samych płacach. Wprowadzenie
podwyżek płac, przyznanie dodatku za pracę w warunkach
szkodliwych, przydział pomieszczeń dla Solidarności, dostęp
do telefonu, powielacza, radiowęzła (…) zapewnienie załodze
decydującego głosu przy podziale wypracowanych środków
finansowych (…) Myśmy z takimi rzeczami wyszli.
Pyt. Czy dużo
udało się zrealizować?
Powroźny - Przede
wszystkim - 4-brygadówka, to była rzecz najważniejsza i to
oczywiście poszło. Oni jeździli na konsultacje, Krajowa Komisja
Chemików coś tam podpisała. Wysłano Marcinkowskiego i
Powroźnego do Gdańska, żeby tą Krajową Komisję
Chemików rozpędzić, bo to durnie i czerwoni - dokładnie.
Później poprawka tego wszystkiego.
Było sporo kwestii w zakładzie. Najbardziej denerwujące nas
sprawy, to była kwestia sportowców - czyli utrzymania stadionu. „STOMIL”,
który nam wciśnięto. Lewe kasy sportowców - to była też
rzecz szalenie bulwersująca. Następnie to Dąbie
nieszczęsne, ten ośrodek zbudowany dla bonzów w lesie koło
Mikołajek. Sprawy talonów na samochody. Budowa domków letniskowych. To nie
tylko Wojnowski, ale pan Wrzosek i inni. Sprawy kadrowe, przeszeregowań. I
te rzeczy trzeba było załatwić. Sporo tych rzeczy udało
się nam załatwić.
Sasin -
Zażądaliśmy list płac, nagród od szczebla dyrektora. Pensja
dyrektora - jak pamiętam - nie była dużo wyższa od mojej
(ok. 2.000 różnicy) dyrektor chyba około 5,5 tyś. natomiast
znaczące były różne premie. I to wyegzekwowaliśmy.
Publicznie wisiały listy. Przykróciliśmy więc tego rodzaju
praktyki. Postulaty zrealizowaliśmy prawie o 100%.
Powroźny -
Likwidacja systemu 4-brygadowego. Zbyniu, Józek i jeszcze kilka innych osób
wzięło ten system
obowiązujący w DDRze, poprzeliczali - jak trzeba
pozmieniać stawki ludziom, żeby oni nie pracowali w soboty i
niedziele, ale żeby ta liczba godzin się zgadzała. Była to
kolosalna rzecz - byliśmy pionierami chyba. Bo potem przyjeżdżali
do nas: jak wyście to zrobili? Jakie przeliczenia, jakie premie? To
była szalona praca. A przy tym nie wyrzucić nikogo.
Pyt. Wracając do
Zjazdu Regionalnego Solidarności. Wtedy przewodniczącym został
M. Krupiński. Trochę zmienił ten skład Jednym z pierwszych
posunięć tego Zarządu było złożenie wizyty w
Komitecie Wojewódzkim partii. Jak to motywowano?
Powroźny -
Przypominam to sobie. Ponieważ to była siła polityczna
wiodąca. Rozmawiać ze sobą za pomocą ulotek to nie był
właściwy spsób. To Krupiński jako pzrewodniczący
zainicjował to. Z drugiej strony trzeba sobie zdawać sprawę,
że mieliśmy sporo cichych zwolenników w tamtych szeregach.
Patrząc perspektywicznie rozmowy z tą drugą stroną
były nieuniknione, bo nie
można rozmawiać za pomocą ulotek. I dlatego
wybraliśmy się, owszem dostaliśmy potem straszliwe lanie, bo to
był ten okres taki z szabelką, ale trzeba było. Ponieważ
towarzysze tego swojego Wojnowskiego czy innych tak samo chcieli
rozliczyć. Nie mówili o tym głośno, ale była to próba
pierwsza nawiązania jakiegoś rozsądnego, normalnego kontaktu.
Pyt. Jaki był
przebieg tego spotkania?
Powroźny -
Musiałbym sięgnąć do jakichś dokumentów z tego czasu.
Pamiętam, że to zebranie było dość długie - w
Komitecie Wojewódzkim ono się odbyło. Myśmy tam poszli jako
Prezydium. Dla nich za tydzień czy dwa zaczynał się zjazd
partii., wobec tego myśmy tych towarzyszy, ponieważ ja sprawy
gospodarcze prowadziłem, więc zapytałem tego pana sekretarza,
który prowadził sprawy gospodarcze, z czym wy na ten zjazd jedziecie?
Więc on zaczął odpowiadać na zasadzie, że w tej
sprawie to już coś pisali. No dobrze, ale pan ma jakieś
materiały, jakieś projekty, proszę nam przedstawić,
chcielibyśmy przekonsultować konkretnie. Okazało się,
że nie mają nic. Skoro okazało się, że nie mają
nic, to ja wyciągnąłem z teczki kilka egzemplarzy projektu
„sieci” - przedsiębiorstwa społecznego - gdzie było napisane,
jakie powinna mieć uprawnienia rada pracownicza, do którego miejsca
państwo ma prawo wtrącać się w przedsiębiorstwo.
proszę, to są nasze projekty, jeżeli państwo zechcecie z
nich skorzystać, albo może pokazać na zjeździe, to
proszę bardzo. W każdej chwili jesteśmy otwarci na
dyskusję.
To była moja działka, ale takich punktów było kilka i w zasadzie
oni byli tą stroną szalenie
skonfundowaną, bo nie potrafili się poruszać, oni nie mieli
wizji.
Pyt. Wojnowski w tym
spotkaniu uczestniczył?
Powroźny - Nie, w
tym spotkaniu Wojnowski nie uczestniczył. Już chyba jego nie
było.
Pyt. Chyba to już
był Laskowski?
Powroźny - Chyba
Laskowski, bo on jako nowy chyba wyraził zgodę na to. Tym bardziej,
że myśmy poszli na ten warunek, że nie na neutralnym gruncie. Ja
uważam, że odnieśliśmy sukces. Oczywiście patrząc
w kategoriach dalej niż dwa miesiące.
Pyt.
Byliście za to rozliczani przez jakieś gremium?
Powroźny -
Tradycyjnie krzykliwe. Jak rozmawiać z czerwonym, przecież jego
trzeba powiesi. To było walne zebranie delegatów. Nie było
konkretnych zarzutów. Bo opcje były dwie: albo się wieszamy i
strzelamy do siebie, albo rozmawiamy. Ale jak decydujemy się
rozmawiać to musimy usiąść i rozmawiać rzeczowo. To
była wina tamtego czasu, kiedy przeważał huraoptymizm „skoro
mamy swój związek no to mamy wszystko, a tamtych jakąś
metodą trzeba wyeliminować.
Pyt. Z perspektywy czasu
trzeba stwierdzić, że tamta strona nie była przygotowana na
rozmowy, na kompromis.
Powroźny - Z
pewnością nie była przygotowana na kompromisy, ale do tego
żeby do pewnych rzeczy dojść, to niestety trzeba sprawdzić.
Nie można sprawdzić temperatury wody, jak się nie dotknie.
Pyt. Pan znalazł
się we władzach Regionu Solidarności.
Powroźny -
Później, ponieważ Mirek Krupiński na I Zjeździe
Solidarności został jednym z wiceprzewodniczących Komisji
krajowej, wobec tego zaszła potrzeba zmian lokalnych - to był
październik właściwie roku 1981. W Zarządzie Regionu mnie
podlegał Ośrodek Badań Społeczno - Zawodowych.
Chodziło o stworzenie takiego banku informacji, bazy eksperckiej we
wszystkich dziedzinach, którymi zajmował się Związek Była ewolucja Związku, od tego
momentu burza z szabelką, kiedy wystarczyło głośno
krzyczeć, albo umieć zrobi strajk, do momentu, kiedy trzeba było
wziąć się za robotę. A jeżeli nie chciało
wziąć się za robotę, to przynajmniej umieć ją
zorganizowć. Edmund znakomicie dawał sobie radę w pierwszym
momencie, bo to był moment taki, że powstał Związek,
były strajki i trzeba było na hura pomaga ludziom. Komitety
zakładać, problemy - na ten moment Edmund był znakomity i
Bartuszek. Z tym, że później już trzeba było
zorganizować tę pracę, bo to nie mogło być tak,
że przewodniczący miał być w 6 miejscach jednocześnie,
tylko mieli być ludzie, którzy do tych 6 miejsc mieli pojechać. I tu
Mirek był dobry. To, że miał ambicje (…?), większe, w
związku z tym został tym wiceprzewodniczącym Związku d/s
zagranicznych. Ja byłem jednym z trzech wiceprzewodniczących.
Był Andrzej Bober, Stasiu Mackiewicz i ja. I na dobrą sprawę
chyba z automatu jakoś tak wypadło, że byłem tym pierwszym.
Pyt. Był to okres
ważny i bardzo trudny. Jak pan ocenia ten okres?
Powroźny - Ocena
jest dość trudna. Związek pewne postulaty ogłosił i
powinien starać się o ich realizację. W sytuacji, która
była, sukcesów nie miał, bo nie można było oczekiwać
ich z dnia na dzień. Nieustępliwość władzy,
zresztą ona też miała ścianę za sobą. Myśmy,
że tyle co na owe czasy dało się zrobić, to moglibyśmy
zrobić niewiele więcej. Zwłaszcza biorąc pod uwagę
niezadowolenie ludzi z naszej niesprawności. Dla nich byliśmy
niesprawni. Nie wywiązaliśmy się nawet z tych 21 postulatów.
Zresztą niektóre z nich do dnia dzisiejszego są aktualne. Można
by sobie życzyć, żeby był mniejszy procent działaczy
krzyczących, a więcej pracujących, ale mieliśmy taką
sytuację jaką mieliśmy.
Pyt. Czy w tych
miesiącach była u was świadomość, że to może
skończyć się w sposób dramatyczny?
Powroźny -
Świadomość była, że to zmierza do jakiegoś
przełomowego załatwienia sprawy. Niemniej chyba nawet czołówka
krajowa Związku nie zdawała sobie sprawy, że to może
nastąpić już w przyszłym tygodniu i że będzie to
akurat tak wyglądało. Mam tutaj ostatni fax, który wysłał
Zarząd Regionu na ostatnie posiedzenie Komisji Krajowej. Treścią
tego faxu jest to, że kończyliśmy konsultacje społeczne
(…).
W wersji tej społecznej rady gospodarki narodowej, był nawet projekt
powołania Społecznej Rady Gospodarki Narodowej - mam nawet jej
założenia. I na ostatnim posiedzeniu Krajówki w sposób poufny,
żeby uniknąć podsłuchu, podano nam nazwiska ludzi, którzy
zgodzili się w niej uczestniczyć. Mam swój rękopis, były
bowiem tylko 3 egzemplarze, które przechodziły i nie wolno było tego
ujawniać. To był taki projekt, jak mówili nasi przeciwnicy
„superrządu”, a myśmy to traktowali raczej jako komisję
rozjemczą między rządem a związkami: Balcerowicz,
Bartoszewski, Białkowski (UW), Beksiak, Chrzanowski, prof. Gajewski,
Józefiak, Kurowski, Aleksander Legatowicz, Ryszard Manteufel, Andrzej Micewski,
Stefan Nowak, Maria Radomska (SGGW), Andrzej Stelmachowski, Andrzej Szaniawski,
Jan Józef Szczepański, Wacław Szubert, Andrzej Święcicki,
Witold Trzeciakowski, Andrzej Tymowski,
Andrzej Wielowiejski i red. Wilkanowicz, Ziółkowski i Jan Olszewski.
Natomiast ostatni fax jaki wyszedł z Regionu:
„Podajemy wyniki dotyczące uchwały Prezydium KK podjętej w
Radomiu po konsultacji z komisjami zakładowymi Regionu
Warmińsko-Mazurskiego. Podaję, że w większości zakładów
odbyły się zebrania załóg. Wyniki kształtują się
następująco: na 656 zakładów za całkowitym poparciem 299,
przeciwko 1 (Technochemia), 3 zakłady nie zajęły stanowiska z
powodu braku informacji. Informacje napływają w dalszym ciągu.
Informację przygotowała i podała Irena Karwowska (?) z
upoważnienia członka Prezydium Marka Żylińskiego. Olsztyn
11.12.81r.”
Pyt. Czyli optymistyczne
fakty zostały przerwane w sposób dramatyczny. Były jednak pewne próby
przygotowania Związku na wypadek stanu wyjątkowego.
Powroźny -
Czymś takim praktycznie rzecz biorąc nie zajmowaliśmy się.
Nawiasem mówiąc, jeśli chodzi o strajk generalny, czy jakiś
najazd, czy coś, to pamiętam był taki przypadek, że
weszła cenzura w nasz Biuletyn Informacyjny, zakładowy, i ukazał
się z pustymi miejscami. Tam była właśnie informacja
postępowania na wypadek strajku generalnego i ewentualnej interwencji - to
było delikatniej, inaczej rozważne.
Pyt. Skąd
mieliście taką instrukcję?
Powroźny -
Uważaliśmy, że strajk generalny jest prawdopodobny, a jeśli
tak, no to ludzie muszą się przygotować. To była kwestia
zabezpieczenia porządku na terenie zakładu pracy, zgromadzenia
zapasów żywności, pilnowania wody, zorganizowanie służby
zdrowia, łączności.
Sasin - Koce,
śpiwory. Ale w uzupełnieniu tej informacji, jednak przygotowania na
jakieś siłowe rozwiązania były. Na pewno były w
OZOS-ie.
Pamiętam, że mieliśmy
ustalony grafik spotkań na ewentualne rozwiązanie siłowe. To
były kościoły. I pierwszym naszym spotkaniem była
środa (pierwsza środa po wprowadzeniu stanu wojennego) w
kościele Chrystusa Odkupiciela Człowieka. Stąd nasze spotkanie,
bo praktycznie rzecz biorąc to w pracy w poniedziałek - po
wyprowadzeniu nas z zakładu ok godz. 2100 - wtorek był
zawieszony. Ludzie przychodzili, ale pracy nie było. Stąd nie
mogliśmy się zorganizować. Nie dopracowana była historia
odtworzenia Komisji Zakładowej, ale rozmowy też były
wcześniej na ten temat prowadzone, stąd nasze spotkanie w
środę w kościele, a raczej przy kaplicy Chrystusa Odkupiciela
Człowieka.
Było nas kilkunastu, do 15-tu maksimum. Szczęście, że
staliśmy pod baraczkiem, a nie w środku. Omawialiśmy jak
się zabezpieczyć, jak pomóc rodzinom zatrzymanych - więc
organizowanie pieniędzy i ewentualnych struktur. I z jednym
zdążyliśmy wyjść - z pieniędzmi. Siłą
jakiejkolwiek organizacji jest pieniądz. Nie udało nam się do
końca zorganizować jak po pół godzinie, może po 40 minutach
usłyszeliśmy syreny milicyjnych pojazdów. Zdążyliśmy
się rozpierzchnąć.
Pyt. Czy te syreny
milicyjne były związane z waszym spotkaniem?
Sasin - Tak. Ktoś
życzliwy dał znać.
Pyt. Czy był
ksiądz, czy wiedział o spotkaniu?
Sasin - Nie
wiedział. Myśmy nie uprzedzali księdza o tym spotkaniu, podobnie
jak nie uprzedziliśmy ks. Żołnierkiewicza, że jego
kościół też był wytypowany na piątkowe spotkanie. Po
tym pierwszym spotkaniu środowym, znaleźliśmy się w
piątek w kościele NSPJ. O tym jednak już wiedziała esbecja.
Twierdzę t, bo kilku smętnych panów weszło, zapominając
zdjąć nakrycia głowy. Ten moment, brat Zbyszka
Przewłockiego, Józek, zauważył. I przekazał nam. Wtedy
postanowiliśmy rozpierzchnąć się. Przy czym ja z Józkiem
Przewłockim pojechałem do Kortowa zobaczyć, czy tam jeszcze
jakieś życie istnieje. Chodziła nam o dostęp do poligrafii.
I ponownie w tymże kościele mieliśmy się spotkać. W Kortowie
zastaliśmy miasteczko puste, wymarłe. Była przerwa - studentów
nie było. Nikogo nie zastaliśmy. Wróciliśmy pod
kościół (w środku nikogo nie zastaliśmy), ale przed
kościołem dwie lub trzy osoby z naszego zakłady były.
Powiedzieli nam, że spotkania nie będzie, gdyż jak Msza się
kończyła, to w środku nie można było zostać,
gdyż SB-ecy mieliby ułatwione zadanie. Przy czy oni i tak nas
namierzyli. Wówczas zrezygnowaliśmy ze spotkań w kościołach.
Nie wybieraliśmy żadnych władz. Skupiliśmy się na
pieniądzach. Pomoc, pomoc i jeszcze raz pomoc dla rodzin osób
internowanych lub aresztowanych.
Pyt. Były więc
zbierane składki?
Sasin - Tak. To
były dość duże sumy. Zarzucano mi, gdyż byłem,
że tak powiem, głównym księgowym, w sumie około 2 mln.
zł. SB chciało mnie oskarżyć o defraudację tych
pieniędzy. Mimo, że nie mieli dokumentów, jak te pieniądze
wpływają, ale mieli doskonałą orientację. Nie ukrywam,
że wysokość pensji naszych aresztowanych kolegów była
wypłacona co miesiąc, regularnie. Przy tym, bardzo duża pomoc,
wszystkim potrzebującym, bez względu na to czy to był nasz
członek ze STOMIL-u czy też, jak w przypadku
Kałudzińskiego, Bryckiego, internowanych. Pamiętam, że
pierwszą osobą, która wyszła na wolność był
Andrzej Bartuszek - on wyszedł gdzieś w lutym. Ja z nim
błyskawicznie złapałem kontakt - po 2-3 dniach. Pamiętam,
że przekazałem mu jeszcze 11 tyś. złotych. Zbieraliśmy
czosnek dla internowanych, bo to było jeszcze źródło witamin.
Tak więc jak na ówczesne czasy dysponowaliśmy olbrzymimi
pieniędzmi. To było od naszych członków. Znakomicie to
funkcjonowało.
Pyt. Wydaje mi się,
że tego rodzaju praca była podstawowym przejawem
działalności związkowej w stanie wojennym - pomoc ludziom. Kto
by aresztowany i internowany w OZOS-ie?
Powroźny -
Aresztowani to: Przewłocki, Kociuba, Żurawek (…), cztery osoby.
Natomiast w internacie było trochę więcej: Borkowski,
Rondomański, dwóch z transportu i ja. I do wyjaśnienia strażnik
Foła (?).
Pyt. Czy znacie przebieg
strajku w OZOS-ie po 13 grudnia? Niedziela, zakład nie pracuje, niemniej
niektórzy się zjawiają.
Sasin - Członkowie
Komisji spotkali się z soboty na niedzielę, a „kurierzy” byli
rozsyłani do domów z informacją dla członków. M.in. był u
mnie, gdzieś około 500 nad ranem, nieświadomy nawet
byłem stanu wojennego, Bończyk. Ale nie byłem na tym strajku.
Pyt. Czy Bończyk
Piotruś później trafił do internatu?
Sasin - Trafił,
nawet mam od niego list ze stemplem poczty internowanych w Kwidzyniu.
Bończyk mnie wtedy w nocy poinformował, ale informowani byli ludzie,
jakby z zaplecza, jak gdyby dublerzy komisji. To później, może nie
wszyscy, ale w tej kilkunastoosobowej grupie w środę, to
żeśmy wiedzieli, że jesteśmy wytypowani, ale przez kogo nie
wiadomo. Do przyjęcia funkcji Komisji Zakładowej. Wiem, że to
przygotowywano wcześniej.
Pyt. Czy w samym strajku
brał pan udział?
Sasin - Tak. To był
dziwny strajk. Część osób pracowała, część
skupiała się w niewielkich grupkach, rozważając
sytuację. Natomiast kilkusetosobowa grupa, ludzi zdeterminowanych,
skupiła się na wydziale PWE wokół Komisji Zakładowej.
W poniedziałek w mistrzówce, która
jest na hali, tam przygotowano posiłki, tam robiono plakaty. Przy czym na
pewno nie były wybierane władze na tę okoliczność,
jakiś komitet strajkowy. Władzami uznano (dyrekcja też
uznała z automatu) Komisję Zakładową i
przewodniczącego jako lidera. Jest pewne jedno, że nie było
żadnego przymusu, nawoływania, jakiejś presji, wymuszania.
Ludzie się wyłamywali. W tej kilkusetosobowej grupie, która tak
chodziła, krążyła, jedni przychodzili przez ciekawość
jako gapie, różnie to wyglądało, ale 200 - 300 osób było
zdeterminowanych. I te osoby trwały do końca, do wyprowadzenia.
Nie potrafię powiedzieć jak
to w kolejnych godzinach się kształtowało jednakże
zostałem poproszony przez Zbyszka na takiego - miałem zadanie
obserwować otoczenie, meldować o siłach jakie zostały
zgromadzone, na terenie. To zadanie później mi utrudniało, jako,
że w godzinach jeszcze przed 1400, zamknięto bramę,
żeby nie dopuścić II zmiany. Oczywiście to był
poniedziałek. Tak że między naszymi godzinami, a 1400
nie wiem dokładnie co się tam na hali działo. Co chwilę
tylko przychodziłem, co godzinę czy co pół, z komunikatem jakie
siły, a to że już wojsko zostało wprowadzone na teren
zakładu, a to że się pod stadionem gromadzą olbrzymie, na
ówczesnej XX-lecia, siły rezerwistów i ROMO. Bo jeszcze ZOMO - tego
zawodowego nie było. Te siły zjawiły się dopiero
gdzieś 17-ta - 18-ta. Ale młodzi żołnierze już
obstawili trakt. Acha, wcześniej jeszcze zrobiliśmy takie
przygotowania jak blokada bram na halę, wózkami zatarasowaliśmy.
Liczyliśmy, że mogą ciężkim sprzętem
włamywać się np. czołgiem … Ale jeszcze raz podkreślam
- to zresztą mówiłem również w sądzie - że nie
było jakiegoś kierownictwa, komitetu strajkowego. Początkowo to
takie spontaniczne było. Później część, szczególnie po
godz. 1500. pracowników umysłowych, mniej odpornych,
wykruszyła się. W międzyczasie były namowy dyrekcji,
kilkakrotnie 2 - 3 razy dyrekcja jeszcze z jednym panem - on wówczas miał
coś z nogą, kulał, on chyba nie był w Solidarności, on
był w ciepłowni, z brodą, krępy.
Powroźny -
Któryś z ubeków może, zakładowych?
Sasin - On mocno
naciskał na rozwiązanie strajku. Informacja stosunkowo szybko
poszła w miasto. Już przed 1400 było bardzo dużo
ludzi z miasta. Obserwowali, pytali, rodziny chciały dostarczyć
jakąś żywność, papierosy.
Pyt. Czy można
było wchodzić na teren zakładu?
Sasin - Do pewnego
momentu tak - do 12-tej lub 13-tej. Na pewno już przed 14-tą bramy
były zamknięte. Później można było obserwować,
że jak na naszą garstkę ludzi, zgromadzono olbrzymie siły.
Było to po części takim straszakiem. Może to była
kompania w sile 70 - 80 ludzi, ale było tego sporo - głównie rezerwy.
Rezerwy, która się wstydziła, zasłaniała. W końcu
namowy te przedpołudniowe z dyrekcją nie dały rezultatu.
Około godz. 15-tej lub 16-tej zauważyliśmy innego rodzaju
namowy. Szczególnie dwóch panów - Dyrektora Brzoska i głównego mechanika
Bednarskiego, którzy chodzili z dowódcą milicjantów w stopniu majora, nie
tylko po to żeby nakłonić do przerwania strajku, ale - jak
żeśmy stwierdzili - to był rekonesans dla sił, którędy
mogą wejść, jak mogą wejść - między
maszynami, między bramami - rozpoznawali teren. Przygotowywali się do
jakiego ataku. Do siłowego rozwiązania. I rzeczywiście
nastąpiło to … no może dobrze, że nie był to atak. Ale
wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze. Ale wiedząc, że nie wolno nam
narażać się, chociaż były takie głosy - nawet
było zgromadzonych dużo gaśnic. Mamy też armatki z
dwutlenkiem węgla na hali i zabezpieczone maszynami, wózkami. W ten
sposób byliśmy odgrodzeni i zabezpieczeni przed takim frontalnym atakiem
na przestrzeni gdzieś 200 m2, plus ta mistrzówka. Po nieudanych
dyrekcji i majora, a o godz. około 19-tej, zaczęto już
przygotowywać rozwiązanie zdecydowane, wprowadzając już na
halę ludzi z ZOMO, natomiast wojsko zostało rozstawione
wcześniej wzdłuż traktu, tak że droga ewakuacyjna była
wcześniej planowana. I około godz.21-ej widząc bezsens dalszego
oporu. Acha, jeszcze istotna sprawa zastraszenia. Stanęli w sile kompanii,
ZOMO naprzeciwko nas, w odległości 30 metrów, takim szpalerem i
różne pokrzykiwania bicie pałkami w tarcze. To robiło
wrażenie, chcieli wywołać grozę, że nie ma
większego sensu. Nawet wówczas nie zdawaliśmy sobie sprawy z
ilości zgromadzonego sprzętu i ludzi. Więc, doszło do
pertraktacji z tym majorem. A więc zapewnienie, że nie będzie
jakichś łapanek, bicia po drodze. Druga sprawa, że wolno nam
wyjść z flagą, że wolno nam odśpiewać hymn. Chcieliśmy
wyjść z honorem. I rzeczywiście dotrzymali warunków. Około
godz. 21-ej uformowaliśmy się i bez większych problemów -
było tylko małe zatkanie przed wyjściem, gdyż
musieliśmy odtarasować bramy - opuściliśmy zakład.
Flaga na przedzie i zaintonowaliśmy hymn państwowy i do ronda w takim
szyku wyszliśmy. Dopiero na rondzie zaczęliśmy się
rozchodzić.
Pyt. Czy tam
również nie było interwencji?
Sasin - Nie, były
tylko sznury po kilka samochodów, które te grupki robotników rozchodzących
się do domów jak gdyby asekurowały. Ja miałem blisko, na
Wyszyńskiego, a więc trudno mi nawet powiedzieć jak tam dalej
wyglądało. Ale nie było jakichś przypadków, nie
słyszałem żeby kogoś pobito, wrzucono do samochodu.
Pyt. Gdzie jest ta
flaga, z którą wtedy wyszliście?
Sasin -
Właśnie, nie zadawałem sobie nigdy tego pytania.
Pyt. Jaką rolę
w początkach stanu wojennego odegrał Wojtek Niepokulczycki?
Powroźny - Po
pierwsze on nigdy nie był w OZOS-ie. On był w Zarządzie Regionu,
o ile pamiętam w Komisji Interwencji. Chyba nawet nie był
działaczem. Wiem, że pracował w Komisji Interwencji u Andrzeja
Bobera.
Sasin - Natomiast co do
stanu wojennego, to krótki epizod był. Dosłownie może dwa, trzy
miesiące. Został oszkalowany w „Gazecie Olsztyńskiej”,
ukazał się artykuł o nim.
On zginął w pewnym momencie.
Ja miałem dość szybko z nim kontakt, na pewno to już
był luty - marzec. Wiem na pewno też, że właśnie w tym
okresie jeszcze śniegu - bo mi pokazano na SB zdjęcie - jak
wychodziłem z parku, udawałem się do Sławka Olka, bo
jeszcze mieszkał przy Kołobrzeskiej w tym wieżowcu. I
pamiętam, że duży artykuł się ukazał i on po tym
artykule, czy może nawet wcześniej, tak, wcześniej, ten nasz
kontakt się urwał. Nie mogę więc powiedzieć o
jakichkolwiek działaniach, czy on gdzieś był …
Ja go nie znałem
wcześniej, ale szybko kontakt nawiązałem, nawet szybciej niż
z internatu w Iławie wyszedł Andrzej Bartuszek - to był luty.
Bartuszek z Barczewa wyszedł bo miał kłopoty z sercem. Tak,
że nawiązałem z Wojtkiem kontakt najwcześniej. Nie wiem kto
mi w tym pomagał, ale ktoś ze „Spomaszu”.
Pyt. Mówił pan o
tym zdjęciu, jak wychodziliście z parku. Dlaczego akurat o tym
zdjęciu pan wspomniał?
Sasin - Bo pomylono
nazwiska. Na SB wypominano mi kontakty, w ogóle o współpracę z
Niczyporowiczem. Ja się zapierałem, że broń Boże, nic
z nim nie miałem wspólnego. I tak było, po prostu pomylono nazwiska.
Z takim zdenerwowaniem, SB-ek wybiegł z pianą na ustach i po pewnym
czasie przychodzi, pokazuje zdjęcie i pyta, a to kto? Ja mówię: tego
to znam, ale nie wiedziałem, że on nazywa się Niczyperowicz. I
dopiero zorientowali się jaką gafę strzelili. Na zdjęciu
był Niepokulczycki.
Pyt. Co
Niepokulczyckiemu zarzucano w „Gazecie”?
Sasin - Jakieś
defraudacje, jakieś powiązania z ART, jakieś takie nieczyste
sprawy, takie kryminalne.
Powroźny - On teraz
gdzieś funkcjonuje w Olsztynie, jest uchwytny, prowadził
jakąś firmę - rzemiosłem się zajmował przez
pewien czas. Widziałem się z nim jakieś 2 - 3 miesiące
temu.
Pyt. Chciałem
zapytać się pana o pieniądze Zarządu Regionu podjęte z
banku tuż przed stanem wojennym. Czyja to była decyzja? Chodzi o te 2
mln.
Powroźny - O tym
najwięcej mógłby powiedzieć Łukomski, dlatego, że on z
ramienia Prezydium od końca listopada zajmował się sprawami tej
straży robotniczej, czy jak to się nazywało.17 (?) grudnia
był w Warszawie jakiś strajk. W związku z tym w Regionie
Mazowsze postanowiono zorganizować grupy zabezpieczające. Edek
Łukomski jeździł do Warszawy razem chyba z Kociubą, kilka
osób. Był z ramienia Zarządu Regionu upoważniony do tych
działań wojskowo - ochronnych. I stąd być może w
czasie kiedy mnie nie było, byłem na Krajówce czy gdzieś, pewne
decyzje odnośnie tych poufnych spotkań w kościołach
zapadły, o których ja nie wiedziałem, podobnie jak reszta
Zarządu - i bardzo dobrze. takie sprawy powinno znać skromne grono
osób z natury rzeczy. Podczas przesłuchań straszliwie mnie
wałkowano właśnie na ten jedyny temat: straż robotnicza,
jakie miało być uzbrojenie, jakie przeznaczenie, etcetera
(śmiech). To może być ta sprawa. Oczywiście były
dyżury w Zarządzie Regionu. Wyjeżdżając na
Krajówkę, sytuacja była napięta. Akurat Żylińskiemu
wypadł dyżur w Zarządzie Regionu.
Natomiast z pieniędzmi jest sprawa oczywista, że wzięli z konta
w banku, bo przecież nie trzymało się gotówki gdzieś w
firmie.
Pyt. Mnie
właśnie chodzi o te 2 mln. podjętych z konta, ale widzę,
że pan bliżej w tej sprawie nie jest zorientowany. Interesuje mnie,
jaką według was, spełnił rolę w stanie wojennym
kościół NSPJ i ks. Żołnierkiewicz?
Sasin - Jak już
mówiłem zaraz po stanie wojennym, jak nas SB namierzyło
zaniechaliśmy tych spotkań w kościele. Później
zajmowaliśmy się głównie pieniędzmi i kolportażem.
Natomiast kościół był i został długo, ten
kościół, w początkowym okresie , takim punktem kontaktowym, ale
już szerszej sprawy, np. uczestniczyłem tam w spotkaniach z
przedstawicielami Kortowa, wymiana jakichś druków, gazetek, to
funkcjonowało. Wciągnąłem się w kolportaż, poza
tą działalnością księgowego. Stworzyliśmy na
zakładzie, tam gdzie to było możliwe siatki, skrzynki
kontaktowe. W początkowym okresie były to hydranty, skrzynki
hydrantowe, tam się zostawiało, tam się przekazywało.
Dużo też chodziłem, rozwoziłem, lub przychodzili do mnie.
Często dostawałem, w tym początkowym okresie od kuriera - nie
pamiętam nazwiska, to był nauczyciel historii z jednej z
podolsztyńskich szkół. Dla mnie to był po prostu Michał.
Długie włosy, z brodą, tęgiej postury. Ale na pewno Bogdan,
bo mnie z nim skontaktował, i u mnie po przywiezieniu plecaka z tymi
materiałami w szafie przechowywałem. Wciągnąłem się
Później też Bogdan dał mi kontakt na ulicę Polną - to
było drugie źródło. Tam odbierałem materiały:
książki, gazetki. Jak się ta pani nazywała nie wiem. Nigdy
nie starałem się zapamiętać nazwiska, nie chciałem
wiedzieć.
Pyt. Czy był pan w
jakiś sposób represjonowany?
Sasin - Muszę
przyznać, że długo mi się udawało. Szybko wpadli.
Już w 1982r. na wiosnę wpadli na mój ślad. Ale popełnili
błąd, przypadek. Pracował też na jednym z wydziałów
mój cioteczny brat - miał to samo nazwisko i on był molestowany. On
pisał te zeznania, od początku wmawiano mu, że to on, że
inspirował. Bo wiedzieli, ale pomylili osoby. I rzeczywiście on
uprzedził mnie. Coś tu nie tak, chyba o ciebie chodzi. Długo mi
się udawało, praktycznie do kwietnia 1983r. Wtedy już
przygotowani lepiej, uderzyli w nas, m.in. Rysia, we mnie - jednego dnia. Wiesiek
Rondomański chyba wówczas też, Włodek Koprowski. Rewizje i szczególnie
na mnie wzięli namiar. Jak się później zorientowałem, to
głównie na mnie. Wyczyścili mieszkanie, ale to tak sprytni,
kilkunastoosobowa brygada, że tak powiem. Mieli fachowców. Później w
pracy, dokładnie, a szkoda mi szczególnie w pracy, bo miałem
taką półpancerną kasę. I w niej od początku, od
pierwszego spotkania przechowywałem różne karteczki - trudno to
nazwać dokumentami, chociaż dzisiaj to są dokumenty - nawet
listy osób, które na sztandar wpłaciły. Wszystko straciłem, to
były sterty. Oczywiście było zatrzymanie, na drugi dzień
wypuszczono. Ale nie poddałem się. Nie miałem żadnej
przerwy, nawet na godzinę. Obserwowano mnie na pewno.
Ale to już robiłem troszeczkę
ostrożniej, zawężyliśmy grono ludzi, do których można
było podejść, szczególnie z biuletynem „Mazowsza”, który
regularnie dostarczałem. Sławka Olka napastowały przeróżne
pomysły, nawet pamiętam, że radio chcieliśmy w Olsztynie
podziemne uruchomić. Ja nie fachowiec, ale materialnie bo wiadomo
było w mieście, że dysponujemy sporymi środkami
pieniężnymi. I stąd moja bytność w Likuzach, w
jakimś prywatnym domku. Sprawa upadła. Natomiast wracając do
firmy, to nie przerwałem tej działalności i później
już rutynowo były zatrzymania, wypuszczania, jakiegoś tam
przyznania się - odporny byłem, bo zabezpieczyliśmy się
szybko w takie broszurki - wszystkie wskazówki, jak zachowywać się
(ABC konspiratora), było to wspaniałe. Były nawet odczytywane
przez kolegę z pracy moje zeznania, no to mówiłem tylko, że albo
nie pamiętam albo że zgodnie z paragrafem …
Pyt. Dlaczego
odczytywane przez kolegę?
Sasin - Bo on przyzna
się, poddał się, niejaki kolega Raczkowski. Załamał
się. Mój bliski współpracownik. Mimo, że 48 godzin z nim siedziałem
- we dwóch. I wpajałem mu, że zawsze jest sąd i tam
będziesz miał pomoc. Możesz się później przyznać
- masz czas. Nigdy nie rób tego wcześniej. Wpajałem mu - poddał
się. I wytoczono mu sprawę. Fakt, że jej nie miał, bo w
międzyczasie amnestia była. Ale to był już 1984r. Wówczas
właśnie bardzo był przydatny Stefan Śnieżko - zawsze
był pod ręką i służył pomocą. Mnóstwo
przeróżnej korespondencji z prokuraturą rejonową, z
wojewódzką, z prokuraturą generalną. Co mnie aresztowano,
zatrzymano, to Stefan wspomagał. W niektórych przypadkach wręcz
żartowałem w swoich skargach do prokuratury generalnej. Grożono
mi nieraz, zabierano z pracy tak jak stałem, zawożono,
przywożono - tak, że nie miałem żadnych wezwań,
choć mam kilka 2 - 3 o przetrzymywaniu mnie na 48 godzin. To trwało
długo, do 1989r.
Pyt. Czy pan
pamięta w związku z tym jakichś „zaprzyjaźnionych” esbeków?
Sasin - Na co
zwróciłem uwagę: na bałagan w SB, zaskoczeni byli, przy
powtórnym zatrzymaniu w 1984r. Mieliśmy w naszym zakładzie
wydzieloną grupę SB 11-12 osobową do ochrony zakładu. To
była zupełnie inna grupa jeszcze przed stanem wojennym. Aresztowanie
w kwietniu 1983r. było przeprowadzone przez inną komórkę
tejże komendy wojewódzkiej. O zatrzymaniu nasza komórka nie
wiedziała. Po roku czasu ponownie mnie zatrzymują w lutym 1984 roku i
nie wiedzieli o tym fakcie. Robili ze mnie bandytę bez mała. W
pierwszym przypadku w kwietniu 1983 brano odciski palców, kojarzono mnie - nie
wiem z kim, ci z wojewódzkiej komendy, uważali mnie za jakąś
czołową postać. Dziwił się nawet funkcjonariusz, tam
gdzie mi robiono odciski palców, tam zdjęcia i to z różnych stron -
tak jak sztuka kryminalistyczna nakazuje. Ja tam mam nawet takie zapiski. I
taki moment mi utkwił pamięci.
Potraktowano mnie jako bandytę. To było po morderstwie jakiejś
dziewczynki i gwałt w Bartoszycach, na krańcach naszego województwa.
Wiem, że ten bandyta, którego złapali, siedział ze mną i
tak cuchnął. Siedział tam od lutego, czy od stycznia. Kalesony
to miał ciemniejsze od tych spodni.
Pyt. Mówił pan,
że podczas zatrzymania na 48 godzin, siedział pan razem ze
zbrodniarzem chyba z Bartoszyc. Próbowali pana traktować jako
kryminalistę.
Sasin - Chcieli dociec,
z kim, kto, gdzie. Szczególnie mnie molestowali o pieniądze i o ulotki.
Nie wiem skąd wiedzieli. Może niepotrzebnie na szwank naraziłem
kościół, mówiąc im, że w kościołach, że
rozdawano. A oni, że dla nich nie rozdawano, a ja im, że dla mnie
tak. Chodziło o ulotki, prasę. ja miałem w swojej takiej kasie
prasę, natomiast w domu to już miałem pokaźną
ilość bibuły od początku stanu wojennego.
Rzeczywiście, bardzo szybko nawiązałem kontakty, styczeń,
luty 1982r.
Pyt. Czy pan znał
nazwiska osób z SB, z milicji - szczególnie cywilnych?
Sasin - Ten co Zbyszka
aresztował, zapomniałem jego nazwiska. Dwie osoby głównie, ten
pan o którym wspomniałem niejaki pan Kiełbasiński, który
śledził nas od lutego 1982r. Podczas procesu „czwórki” aresztowanych
z OZOS, zaprosiłem się jako świadek (najpierw sąd wojskowy,
później cywilny). Tam poznałem p. Kiełbasińskiego z SB,
który służył w OZOS-ie. Natomiast z komendy dwa fakty
utkwiły mi. Wspólny kolega nasz, taki szczurek młody, co dziwne
kapitan, potężny, gruby, ale tępy. Podczas rewizji w mieszkaniu
miałem w maszynopisie jakieś piosenki, m.in. „Rotę”. On
przeczytał to i pytał się tych młodych, czy to jest
dozwolone. Ten kapitan to chyba na „P” się nazywał. Jeśli chodzi
o Kiełbasińskiego, to w pewnym momencie stał się naszym
pracownikiem w OZOS-ie, gdzieś w roku 1987. Zwolnił się z SB,
nie wiem czy sam. Miałem możliwość zwolnić go,
wymusić jego zwolnienie kiedy ponownie w kwietniu 1989r. zostaliśmy
zarejestrowani. Po drugie, on chciał mi wyznać, kiedy spotkałem
go raz na przystanku pijanego. Chciał mnie zaprosi na wódkę i
żebym mu wybaczył. Coś tam powiedziałem, że był
szmatą, a nie człowiekiem, powiedziałem, że z nim wódki nie
będę pił. Pytałem się nawet kolegów w pracy, czy ja
źle nie zrobiłem. Mógłby być cennym źródłem
informacji ten człowiek. czy on podpadł i go zwolniono, czy on sam
się zwolnił?
Pyt. Czy on zaszedł
panu za skórę?
Sasin - Nie, ten akurat
nie. Przy czym złamał tego mojego kolegę.
Pyt. Bo go
przesłuchiwał?
Sasin - Tak, mnie
też oczywiście. Ale złamał go. Przesłuchiwał nas
na komendzie. Mnie też przesłuchiwał, zamykał,
odwoził.
Pyt. Co może pan
powiedzieć o tej rozprawie przywódców strajku po 13 grudnia?
Sasin -
Denerwowałem się nawet, bo takie same pytania zaczęli mi
zadawać adwokaci.
Więc podkreślałem wolno
i wyraźnie, że to nie było sterowane przez tych ludzi, że
nie było przywódców, że to było spontaniczne. I to wielokrotnie
podkreślałem. I głównie im o to chodziło, kto tym
kierował? Bo nie sposób zamyka i skazywać kilkaset osób.
Chodziło o organizatorów. Oczywiście przypięto to tym osobom z
racji zajmowanych funkcji. Oskarżono Przewłockiego, Kociubę,
Romaniuka i Anię (Żurawek). Ania poza wypisaniem kilku haseł na
brystolu (…)
Powroźny -
Miała zielone łapy od mazaka.
Sasin
- I tłuste od kanapek, bo jej rolą było sporządzenie
jakichś kanapek
Pyt. Kto bronił
oskarżonych?
Sasin - Adwokaci nie
odmawiali obrony. Odmawiali jednego - pieniędzy. Chociaż na to
byliśmy przygotowani. Zbyszka (Przewłockiego) bronił Konrad
Urbanowicz. On wówczas jeszcze mieszkał w Ostródzie. Drugim był
Krakowski Michał. Praktyczne dokumenty może mieć Ania, która
stenografowała te rozprawy. Ona była na kilku, nie na wszystkich.
Prokuratorem był młody człowiek, którego wręcz zmuszono do
zajęcia się tą sprawą. To było dla niego
żyć, albo nie żyć. Wyglądało na to, że
był naszym sympatykiem. Z takich przecieków pamiętam, bodajże od
rodzin oskarżonych, on (prokurator) jak piskorz chciał się wywinąć
od tego i nie mógł. On musiał.
Pyt. „Musiał”?
Miał po prostu małe pole manewru.
Sasin - Jednym z
sędziów był mieszkający na naszym osiedlu Rost. Pamiętam
tę buźkę pucołowatą, brylantyną wysmarowane
włoski. Mało mówił, ale z wyglądu był nieprzyjemny. I
był przewodniczący tego składu sędziowskiego. Ciekawa
postać, starszy pan, ale próbowałem wielokrotnie jak
odpowiadałem jako świadek obrony. Mieliśmy takie potyczki na
wzrok. Z uporem patrzyłem w jego oczy - nie drgnęła mu powieka.
I to nieraz trwało kilka minut. Tego nigdy nie zapomnę. On się
we mnie patrzył, ja w niego. Ja mówię swoje i on swoje. Nawet nie
patrzy na maszynistkę, która notowała, ale celowo wolno
odpowiadałem. Nie drgnęła mu powieka. Ja w końcu
ustąpiłem, a on nie.
Pyt. Jak się
zachowywał, jak pan go ocenia?
Sasin - Robił
podchody, wymuszał żebym zeznawał, żebym popełnił
jakiś błąd, żeby obciążyć. To nie
prokurator, a on starał się obciążyć oskarżonych.
Głównie chodziło o przywództwo. prokurator to praktycznie tylko
odczytał akt oskarżenia i to wszystko. Nie przypominam sobie
żebym miał coś z prokuratorem, ale z tym człowiekiem
(sędzią) bez przerwy.
Pyt. Ilu było
świadków obrony?
Sasin -
Zgłosiliśmy się e dwóch. Oprócz mnie był jeszcze ten kolega
Raczkowski, który zmiękł. Nie wyobrażaliśmy sobie żeby
nie stanąć w obronie.
Pyt. Kiedy pan
wyszedł z internowania?
Powroźny - Marzec,
kwiecień. Równocześnie z Rondomańskim. W tym samym dniu
wyszliśmy i powróciliśmy do pracy w OZOS-ie.
Pyt. Ale później
pan odszedł z OZOS-u?
Powroźny -
Później to była spraw zmiany mojego angażu, sprawa zmiany
podporządkowania mojego stanowiska. Po internowaniu firma
przyjęła nas grzecznie na to samo stanowisko i za te same
pieniądze. Nie było tu żadnej sprawy. Owszem, było
parę aresztowań, zatrzymań, rewizji czy nawet z pracy w
kajdankach.
Pyt. A później na
czym polegała ta reorganizacja?
Powroźny - Ten
wydział, w którym pracowałem podporządkowano pod straż
pożarną, pod komendanta straży pana pułkownika Bogdana, a
więc pod MSW. Od tej pory obowiązywałaby mnie, mimo iż
byłem pracownikiem cywilnym, pragmatyka służbowa MSW. Tak,
że dla mnie było to nie do przyjęcia. W tej sytuacji ja
chciałem tylko z OZOS-u wyciągnąć jeszcze pieniądze,
wtedy obowiązywały przepisy, że można było dostać
sześciokrotne wynagrodzenie - to było gdzieś około 60
tyś. zł. Procesowałem się z firmą, nawet w NSA.
Oczywiście tam nie było szans wygrania. Tam Stefan Śnieżko
pomagał mi w tych sporach. Gromadził pewne dokumenty. To był rok
1984. Wtedy w stanie wojennym gazety były nasze.
Rezonans parę razy piękny wyszedł. Była ogromna akcja z
samorządem. Przecież samorząd to była druga Komisja
Zakladowa Solidarnosci MWP rada
pracownicza. Myśmy zrobili samorząd w OZOS-ie, tam poszli nasi ludzie,
najlepsi. I później ta rada pracownicza, w okresie wojny
kompromitowała się totalnie nie chcąc przyjąć do pracy
czterech aresztowanych i więzionych. To była ogromna akcja wspomagana
przez Stefana, ponieważ pan dyrektor Majewski powiedział, że
kaktus mu na dłoni wyrośnie nim przyjmie tę czwórkę do
pracy z więzienia wypuszczoną na mocy amnestii. Była
wtedy taka możliwość, że uchwałami rady pracowniczej
można konflikt z dyrektorem rozwiązać w sądzie. I to
już pomału były takie czasy, że albo sąd wydałby
wyrok przeciwko radzie pracowniczej i poparł by stanowisko dyrektora - ale
to miałoby szalone znaczenie polityczne, gdyż skonsolidowałoby
załogę i tych w części przetworzonych związkowców,
albo mogła być sytuacja odmienna, że zmienią nam pana
dyrektora - to też nie było nie wyobrażalne. Bo takie
kompetencje miała rada pracownicza. I w momencie jej odwieszenia
miała się tym zająć, Stefan Śnieżko
przygotował nawet dokumenty, ale znowu były takie działania,
że nie poinformowano wszystkich ludzi o terminie posiedzenia na którym
było głosowanie. I mimo, że większość na sali
było ludzi nieco dalej związanych z „Solidarnością”,
łącznie z partyjnymi, to sprawa tej uchwały przepadła
jednym głosem. To już na scenariusz filmowy nadaje się. To
był rok 1983.
Sasin - Ja mam pismo
odmowne z OZOS-u do Zbyszka Przewłockiego, bo jego sprawy prowadzę po
koleżeńsku - chodzi o odszkodowania. To pismo pokazałem
Konradowi Urbanowiczowi.
Ja napiszę do Zbyszka w sprawie materiałów solidarnościowych.
Od czasu wyjścia z więzienia
nie mógł dostać pracy, bo gdziekolwiek się zgłosił lub
dostał skierowanie, tam pracy nie było. A jak na ironię co rusz
go wzywano na milicję sprawie jego
zatrudnienia. To było dla niego upokarzające. Wtedy
obowiązywała ustawa o pasożytach społecznych.
Powroźny - To
była w ogóle najważniejsza sprawa w tym czasie - chodzi o radę
pracowniczą i nasze działania. Ale w okresie podziemia Zbyszek Bujak
z Tymczasowej Komisji Koordynacyjnej - on straszliwie parł na
likwidację samorządu. „Wycofać się, nic nie robić w
zakładzie pracy.” Myśmy przez tego typu akcje chcieli mu
pokazać, co można zrobić i jak. Wogóle na ten temat
mieliśmy inne zdanie. Uważaliśmy, że skoro nasi ludzie
są gdzieś tam, to oni powinni być przyczajeni, oni powinni
uczyć się gospodarowania zakładem i w pewnym momencie, powiedzmy
w tym ‘89 - wtedy mamy kadrę ludzi, na której możemy się
oprzeć. I możemy z dnia na dzień wyrzucić star
dyrekcję i postawić własnego dyrektora.
Pyt. Jaką rolę w
stanie wojennym odegrał Bachmura?
Powroźny - Bogdan
Bachmura przeprowadził rozmowę do „Rezonansu” z Mirkiem Krupińskim
(część przeprowadził Kazimierz
Wosiek) Najlepiej jednak bezpośrednio z nim przeprowadzić
rozmowę. Po prostu u źródła. Nawet w „Rezonansie” drukując i podpisując
się jako Tymczasowy Zarząd Regionu, to nie było tak istotne dla
członków związku, natomiast było istotne na zewnątrz.
Pyt. Pan też wspomniał o Sławku Olku, że kontaktowaliście się w stanie
wojennym i później?
Sasin - O, dużo, praktycznie rzecz biorąc
najwięcej i najczęściej. Od początku stanu wojennego,
jeszcze jak mieszkał przy Kołobrzeskiej. Tam poznałem Olka i Bogdana Bachmurę. To chyba Wojtek Niepokulczycki wprowadził mnie do Olka. Bo mi to zdjęcie bardzo dużo nasunęło
myśli, to było akurat naprzeciwko tego budynku (gdzie byliśmy).
Pyt. Czy ze Sławkiem
Olkiem poza kontaktami towarzyskimi jakieś wspólne sprawy
prowadziliście?
Sasin - Wiedziałem na pewno o znaczkach. Nawet jeden
z tych znaczków, na którym jest powstaniec wielkopolski z serii „Polskie
miesiące”, to był wypożyczony ode mnie. W niektórych momentach
zacieśnialiśmy tę współpracę. Pomoc czy też
kolportaż poprzez niego w dużym stopniu. Sławek może więcej powiedzieć o kontaktach z
klerem już po przeprowadzeniu się z Kołobrzeskiej na Jaroty, tam
też ciekawe historie były. Organizowaliśmy tam sporo
spotkań, nieudanych, ale … warto byłoby z nim porozmawiać.
(Rozmowę
przeprowadził Zenon Złakowski w dniu 25 lutego 1994 roku.