PO LATACH
1/ref: protokół posiedzenia KKP w
Szczecinie 19-11-1980 (vide przypis
19)
2/ coby Olsztyniacy nie czuli
sie w swoich „walesizmach” osamotnieni
3/ „pamietasz?” - niezupelnie...
4/ echa Grudnia 1981 w korespondencji
(2010-03-04)
5/ klucz do
olsztynskich zagadek.htm
8/
Rekord Guinessa w oszustwach sadowych
Miroslaw Krupinski - wstep:
Z Polski wyjechalem 7 maja 1987 roku,
zabierajac ze soba swoj skladany kajak rodem z Niewiadowa, wedki, maszyne
stolarska przy pomocy ktorej zbudowalem niegdys moje Pluski (poplynela statkiem
i doszla po 3 miesiacach), dosc duzo ksiazek, komplet dokumentow urzedowych,
zawodowych, stanowojennych i postanowojennych. Plus dziecinny rower piecioletniego
wowczas Dominika, jego nieliczne zabawki i jego oraz Haliny (wtedy moja zona)
rzeczy osobiste, ubrania i dokumenty. Cala reszta zostala i staralem sie za tym
nie ogladac.
Nie spodziewalem sie ze wszystkie swoje
dokumenty (niezbyt w zasadzie liczne) uda mi sie wywiezc. Czesc desek bocznych
skrzyn miala wyciete pila tarczowa niewidoczne szpary (byly laczone na zakladke
i ciezko przygwozdziowane do naroznikow) gdzie wedrowaly dokumenty najbardziej
„niewypuszczalne”, reszta dokumentow zajmowala cwierc jednej ze skrzyn. Jak
przypuszczalem – role celnikow odgrywalo dwoch esbekow, przegladajacych glownie
dokumenty. Te dostepne w skrzyni podzielili na dwie prawie rowne kupki i kladac
je na wczesniej sprawdzonej skrzyni oznajmili – tą z lewej prosze zabrac spowrotem,
tego pan nie wywiezie. Po czym zajeli sie kolejna skrzynia (byly ich
cztery). A ja, kiedy zauwazylem ze sa
nad nia pochyleni, przelozylem te posegregowane juz kupki wzajemnie, zmieniajac
ich kolejnosc. Poczekalem kiedy juz wstana i odwroca sie do mnie przodem – i
wlozylem do skrzyni spowrotem te trefne, a te ktore mialy byc trefne ale nie
byly wlozylem do skrzyni trailera ktory wracal z nami do Olsztyna. (skrzynie
odplywaly wczesniej). Panowie „celnicy” popatrzyli na to obojetnie, poczekali
az zabije wieka skrzyn trzycalowymi gwozdziami i przykleili papierowe,
opieczetowane, dowody sprawdzenia na krawedziach bokow i wieka. Wrocilismy bez
przygod, aby za kilka dni pojechac za skrzyniami.
Tak wiec wywiozlem to co okazalo sie
pozniej najwazniejsze. W Olsztynie zostalo kilku przyjaciol ktorzy opisywali mi
pierwsze lata i cieszylem sie coraz bardziej z psikusa z dokumentami. Bo Walesa z ktorym zerwalem dzien po wyjsciu
z wiezienia (18 wrzesnia 1983) kiedy
rozmowa z nim potwierdzila rewelacje Frasyniuka o ich wspolpracy z
Kiszczakiem i wspolnym szykowaniu „skoku na wladze”, cos znow szykowal. Jak ten
skok byl prztygotowywany, listy z Polski mi mowily. Ze sie odbyl – tez. No i
jak zamalowaywano mnie na czarno na wypadek gdybym glosno wyjasnil czemu sie z
„wodzem” rozwiodlem, o czym w Olsztynie wspomnialem po powrocie od niego tylko
kilka slow.
Tak wiec wiedzialem o wspolnych fotkach
przyszlych „lojalistow” z wodzem – zapewniajacych im zalapanie sie na urzedy i
pomniki, o wycinaniu w pien sceptykow (niektorzy do tej pory zyja w nedzy,
czesc juz wymarla) oraz o zapewniajacych „wodzowi” tajemnicę grzechow
przedmagdalenkowych sojuszach.
Internetowac zaczalem dopiero w roku 1995,
bo przedtem potrzebowalem dachu nad gowa i samochodu. No i zaczalem sie
dowiadywac wiecej – o „nowej Solidarnosci”, o samej Magdalence, o „Nocnej
Zmianie” – duzo tego bylo i trwalo prawie do tej pory. O Olsztynie tez wiedzialem coraz wiecej.
Wiedzialem tez duzo wczesniej (zaraz po wyjezdzie) ze mialem „swite” – jeden emisariusz czekal juz
na mnie w Sydney, drugi
(kobieta) wyjechala wkrotce po mnie. Wiadomoosci okazaly sie prawdziwe i
wiem ze narobilem zamieszania wybierajac sie w czerwcu roku 1988 w polroczna podroz dookola Australii,
bez zapodania celu, czasu i trasy.
Wyladowalem w Perth, po roku przenioslem
sie do Albany i kilka lat pozniej zalozylem witryne internetowa „Kraj
Utracony” zeby nie musiec odpowiadac
recznie nie wierzacym ze zyje. I zaczalem pisac wszystko to co dzis wisi na
mojej obecnej witrynie (adresy witryn sie zmienialy, ale zawsze byly firmowane
moim nazwiskiem i imieniem i podawaly moj aktualny adres).
Napisalem kilka ksiazek, opublikowalem je
internetowo i widocznie poruszylem bolacy ząb – bo zaczelo sie prewencyjne
i rewanzowe za to co pisalem opluwanie.
W tym samym czasie wygralem proces z Dowodztwem i Sadem Marynarki Wojennej, opisany i dokumentowany w
miare postepu w mojej drugiej
internetowej ksiazce „Zaulki Prawa”. Pierwsza ksiazka miala tytul „Zaulki
Zbrodni” i zawierala troche prawd ktore „nie powinny sie ukazac” i „komplet
moich dokumentow stanowojennych” ktore ocalilem przekladajac kupke oclona jako
trefna z kupka nietrefna. Napisalem tez kilka innych ksiazek – „Australijska
Przygode” bedaca opisem mojej podrozy wokol Australii, „Australijskie Migawki”
opisujace urode Albany gdzie mieszkam od 20 lat i moje tu poczynania i obserwacje, oraz piec tomow
wierszy (razem okolo 600) stanowiacych „Zbior Znarowionego Pegaza”
No i dowiedzialem sie ze w Olsztynie, w
Gdansku i Warszawie tez nie proznowano -
usilujac uczynic mnie niewiarygodnym i
umoczonym. Tak naprawde zaczelo sie to (jak do mnie docieralo) w roku 1992, kiedy
to do pozwu przeciwko Sadowi Marynarki Wojennej i przeciwko Izbie Wojskowej
Sadu Najwyzszego dolaczylem komplet fotokopii dokumentow „ktore przeciez nie
istnialy” i ja „nie mialem prawa ich miec”.
To znaczy - moich wlasnych dokumentow – prokuratorskich, sadowych,
wieziennych, zwiazanych z utrata pracy, mieszkania i samochodu, adresowanych do
mnie i moich na nie odpowiedzi. Ktore
przeciez zabroniono mi wywiezc J.
Juz koncze ten wstep. Dodam tylko ze w tym
czasie rozpoczela sie w Olsztynie intensywna kampania domalowywania mi geby, podsuwania
sciagawek moim bylym „wspolkombatantom” - aby udzielali „slusznych” o mnie
wywiadow i rozpowszechniali prawie jednobrzmiace „prawdy” nie do odrzucenia,
ani nie do odklamania. No bo pierwotnie zakladano ze wywiozlem kajak i maszyne
stolarska, ale wlasnych dokumentow nie.
To nawet nie bylo takie glupie, bo do tej pory watahy anonimow (zapewne
dzieci i wnukow owczesnych „autorytetow”) zgrzytaja i pluja anonimowo na moja
czesc przy okazjach roznych zbiorowych „patriotyzmow”.
Okazalo sie ze nie tylko ja to zjawisko
zobaczylem – bo od widzacych to podobnie otrzymalem kopie suuuuusznych wywiadow
zebranych miedzy innymi na moj temat (oczywiscie nie tylko na moj) przez OBN –
dziwnie jednobrzmiacych w formulowaniu klamliwych
wypowiedzi o mnie, zapewne wciaz w obronie upapranych autorytetow, z najwazniejszym wlacznie J.
Dobra – rozpisalem sie w tym wstepie – wiec
juz nie komentujac dalej zalaczam nizej zestawienie wspomnianych otrzymanych
wywiadow, nie wdajac sie w pyskowki z klamiacymi ani nie dziekujac (dla
rownowagi) nieklamiacym. Wspolnym
mianownikiem „wspolnej” podsunietej odpowiadajacym na pytania sciagawki byly
cztery tematy: - 1/ze nalezalem do PZPR - co jest klamstwem, 2/ze to ja bylem
inicjatorem i organizatorem spotkania Prezydium ZR „S” po wyborach w czerwcu
1981 z KW PZPR – co jest klamstwem, 3/ze wyrazalem sie niepochlebnie o Walesie
- co jest umiarkowana prawda, powiedziana mu przeze mnie prosto w oczy dzien po
moim wyjsciu z wiezienia i 4/ ze odmawialem udzialu w konspiracji „bo sie do niej
nie nadaje” – prawda jest ze: a/odmawialem udzialu w konspiracji przy kawie i
wodce, gdzie oddelegowana sbecja zbierala informacje i b/ ze mialem „ogony”
jezdzace i chodzace za mna nawet na ryby, a na niewatpliwy zarzut ze
naprowadzilem na bohaterskich kawowo wodczanych konspiratorow esbekow - nie mialem ochoty.
A teraz zycze milego czytania udzielanych w
tamtym czasie swoich i nie swoich wywiadow. Ich czcionka i formaty sie roznia -
bo sa to zapisy oryginalne, wiec pozostawiam je bez kosmetyzowania, aby nie byc
oskarzonym o zmiany ich tresci .
Czerwone wstawki w tekstach nie sa moje – za wyjatkiem jednej
prostujacej gdzies tam na koncu klamstwa o przyczynie mojego
„niekonspirowania”. Ta jedyna moja wstawka w cudzy tekst jest, w odroznieniu od
innych czerwonosci, podpisana moimi
inicjalami.
----------------------------------------------------------------
Rozmowa z Wiesławem
Rondomańskim
w dniu 11 maja 1993 roku.
Pyt. Kiedy w OZOS-ie powstała „Solidarność”? Wiem, że
tam na początku były inne Niezależne, Samorządne …
Odp. O,o,o, … Więc
może zacznijmy od tych związków. Kiedy byłem na letnisku we
wiosce koło Olsztyna, to tylko przez radio słyszałem, że
statki stoją na redzie, a rząd się niepokoi cytrynami. To mnie pasjonowało.
Sąsiedzi - rolnicy - powiedzieli mi, że w OZOS-ie się coś
gotuje. Zadzwoniłem. Nie, nie - wszystko w porządku. Okazało
się później, że bali się mi powiedzieć przez telefon.
Był moment, że strajkowano w OZOS-ie przez kilka dni. I jak
pojawiłem się, to było już po strajku. (2-3 dni strajku).
Był on czysto robotniczy - po prostu wyganiano tam ludzi w fartuchach.
Robotnicy zajęli halę wykańczania opon. Parę setek ludzi
tam było i pilnowano, żeby nie kręcili się tam
umysłowi. Żeby nie było inteligencji, żadnego dozoru.
Pyt. Jaką funkcję pełniłeś w zakładzie?
Odp. Ja byłem specjalistą w dziale organizacji. Oczywiście
zaliczałem się do inteligencji. Tu ważny był fartuch,
fartuch … bo robotnik to miał portki ogrodniczki. Po tym się
rozpoznawało czy to robotnik czy urzędnik, czy kierownik. Umysłowy
to była wroga nacja. Wtedy to się zaczęło. Wtedy
zaczął się krystalizować przyszły zarząd
związku, jakaś taka grupa.
Pyt. Na czele stał …
Odp. Niejaki Piątek. To jest osobliwa rzecz - zapomniałem jego
imienia. Facet, który z pół roku pracował w OZOS-ie, a przedtem
bywał w świecie, m.in. podobno w kopalniach, na co się często
powoływał. Miał on dość duży autorytet Był
to człowiek dość prymitywny, o takim specyficznym sprycie. W
każdym razie miał posłuch, poważanie wśród robotników,
przynajmniej wtedy na początku. Był dosłownie jednoosobową
osią wszystkiego. Inni kręcili się tak, jak koło
Wałęsy, jak ćmy obok ognia.
Pyt. Czy Piątek sympatyzował z tym strajkiem gdańskim?
Odp. To było jakieś specyficzne, dziwne balansowanie. Szereg
domniemań różnych jest, za niektóre można by
ciągnąć do sądu, dlatego ja tam nie pobrnę. Wiele
było różnych domniemywań, kto zacz - bo do tej pory to jest
niejasne. Była to bardzo silna osobowość, który chciał mieć
władzę we własnym ręku. Oficjalnie deklaratywnie to
popierał związek robotników z Wybrzeża, ze stoczni
Wałęsy - to tak. Osobliwością było to, że
robotnicy bali się: no, uważajcie, bo tam podobno KOR-owcy tym
sterują. - Nie KOR-owcy, ależ w żadnym wypadku! Ani Kuronie, ani
Moczulskie - my tu czysty związek. W każdym razie formalnie to
popierał, tym bardziej, że taki nastrój był wśród
robotników. Jednak później niejednokrotnie podkreślano, że OZOS
jak gdyby za szybko zaczął działać. Była ta myśl
rzucona jeszcze przez sfery rządowe i nie do końca wyjaśnione
początkowo przez działaczy solidarnościowych w Gdańsku,
że to ma powstać jeden monolityczny związek krajowy. Był
taki etap, że słowo „Solidarność” jeszcze nie
funkcjonowało, a tym bardziej jako związek ogólnokrajowy.
Pamiętam, kiedy się przyłączyłem, funkcjonowało
takie przekonanie, że mają powstać regionalne związki, i
ten w regionie gdańskim, on ma przybrać nazwę
„Solidarność”. A więc my równolegle, co będziemy
czekać, my też coś takiego zrobimy, i to powstało. Dowcip
polega na tym, że jak już coś powstanie, to nie chce
zdechnąć.
Bo to są osobiste ambicje, pewne emocje. Tu w OZOS-ie ten antyinteligencki
charakter był, ale już było wiadomo, że oni jedno, drugie
zebranie robią. Ja byłem pierwszym umysłowym, który
odważył się, przeżegnał i poszedł między
wilki. Jakoś nie skopali i było widać, że te pierwsze ostre
nastroje im przeszły. Jak zauważyłem, że tworzą
statut, a nie mieli żadnych wzorców i kilka, jak mi się
wydawało, rozsądnych myśli rzuciłem, które znalazły
uznanie wśród tych ludzi i tak się stało, że w praktyce dostrzegli
(demokracja realizowała się w praktyce), iż nie ma co
siedzieć w dwustu chyba na sali, tylko trzeba komisję statutową
powołać, i już się tam znalazłem. Jakiś
chłopak powiedział: - O, ten pan! - i wskazał na mnie. Był
to robotnik Kazik Łukaszewicz. I za parę dni
dołączyło jeszcze dwóch umysłowych na samym początku.
Później znalazłem się w prezydium i w takiej trójce, która
jechała rejestrować u Kościelniaka w Gdańsku ten związek.
Trzeci czy czwarty w kraju …
Pyt. Jako Niezależny, Samorządny …
Odp. Tak. To co później nazywano związkami autonomicznymi.
Ponieważ równolegle w tym czasie już się skrystalizował
związek „Solidarność” ogólnokrajowy, część ludzi
bardziej świadomych wśród robotników mówiła, że w sumie
chodziłoby o to. Ale nie wszyscy tak mówili. Niektórzy byli związani
z tym autonomizmem i mówili, po co nam „czapa”. A ta „czapa” to jeszcze
wywodziło się z CRZZ, że tu robotnicy rządzą w swoim
zakładzie pracy, a jeszcze ktoś im się wtrynia, a więc po co
ta „czapa” w Gdańsku jeszcze. Były takie zróżnicowane koncepcje
ale, że potrzebne było poczucie ścisłego związku i ta
ekipa 5-6 osób pojechała do MKZ-u Gdańskiego, aby się
zameldować, że my z tej samej parafii jesteśmy, że to jest
struktura zakładowa ale, że my do nich przynależymy. Z tym,
że wtedy było to już skrystalizowane i zauważona walka
partyjnych z „Solidarnością” przez tworzenie tego typu związków.
Ja bym się sprzeciwiał, że związki w OZOS-ie, taki
miały charakter, przynajmniej początkowo. Ale ten Piątek, czy on
albo ktoś jeszcze, czy byli pod czyimś wpływem - trudno to
udowodnić.
Pyt. W każdym razie robotnicy, którzy tworzyli ten związek, nie
myśleli o tym, że ktoś nimi manipuluje.
Odp. Na samym początku na pewno nie. Jednak zbyt długo to
było podtrzymywane i pytanie czy w tym podtrzymywaniu nie było
jakichś „nieczystych wpływów”.
Pyt. Do kiedy ten związek autonomiczny istniał?
Odp. Nie za długo chyba. Moja wizja była, że ja się
przyłączam do robotników w OZOS-ie - oni są moim sterem i oni
mną kierują. Po ważniejszych wystąpieniach okazywało
się, że robotnicy mają rację - zdaję się na
nich, będę służebny w stosunku do robotników w OZOS-ie. I
tak do tej pory czuję. Oni mi mówią, moja rola regionalna jest
wtórną w stosunku do tego.
Kiedy odbywały się wybory ostateczne do władz tego związku,
równolegle powstawała pierwsza komórka „Solidarności”, taka grupa
inicjatywna. Starszy pan Grucela, nie Leszek tylko jego ojciec, był
pierwszym - bardzo rozsądny człowiek, ale skromny - on to
rozpoczął, ale potem zbliżył młodych chłopaków, Zbyszka
Przewłockiego i jeszcze innych i raz dwa im to przekazał i oni
ciągnęli dalej. On był tym, który poszedł tam gdzie trzeba,
czy do Gdańska, czy do MKZ-u, dowiedzieć się co i jak, twardo,
ale potem już tym nie dyrygował. A między związkami
rozpoczęły się wzajemne przepychanki, oskarżenia. Ale
okazało się, że formuła wyborów w tym związku
autonomicznym przybrała charakter, między innymi ja to
forsowałem, plebiscytu jaki ten związek ma być. Uznaliśmy,
że jednak wszyscy robotnicy w OZOS-ie są jednym organizmem, że
są różnice takie czy owakie, ale my ustaliliśmy, gdy się
zjawią delegaci, jaki to ma być związek. Jeżeli będzie
opinia, że „Solidarność”, to ten związek zniknie. Czyli to
co miało być wewnątrzzwiązkowymi wyborami, stało
się zbieraniem (wybieraniem) delegatów na plebiscyt w tym zakresie. Nikt
wtedy nie powiedział, że to mogą być dwa związki - o
branżowym nie mówmy, bo to był wróg, itd. - tak się stało,
że 55 zostało wyłonionych. Ludzie już pytali. Pamiętam
zebranie na Tracku - taka baza nasza parowozowa, którą OZOS tam miał
- ludzie pytali: - Zaraz, ale do jakiego związku? - Więc im
mówiłem: - Kochani, jeszcze nie wiem do jakiego związku.
Właśnie od was delegaci też będą, to powiedzą jaki
związek będzie. I 55 ludzi było - ja za procedurę
odpowiadałem jako umysłowy - i z tych 55 - 44 głosowało za
„Solidarnością”, a 11 miało obiekcje. Z tym, że wtedy nikt
nie negował tego, że tak się stanie, że
większościowo zadecyduje się jaki związek będzie w
OZOS-ie. - To jest „Solidarność” - powiedziano, wielka radość,
po tych wszystkich przepychankach, ansach, pamiętam obejmowaliśmy
się. Potem jednak było takie burbulowanie (?), bo jednak ten
Piątek, niektórzy zaczęli negować, że coś tam
nieprawidłowo było. Mnie to osobiście wkurzało, bo za
proceduralną prawidłowość byłem odpowiedzialny.
Uważałem, że wszystko jest jak trzeba. Ze Zbyszkiem
Przewłockim rozmawiałem i doszedłem do wniosku, że z
niejakim Łuszpińskim, w PKS-ach pracuje, my doprowadzimy do rozwalenia
tego związku do końca, bo on się nie chciał
rozwiązać. I doprowadziliśmy do tego, że tamto prezydium
zaczęło składać rezygnacje. Zmusiło w ten sposób do
rezygnacji Piątka. I nowe wybory żeśmy ogłosili, przy czym
żaden z nas, ze starego prezydium, nie kandydował - w ten sposób
zrobiliśmy, że ten Piątek też nie wszedł, bo nikt nie
wchodził z prezydium. On z wściekłością
trzasnął drzwiami, zrozumiał, że nie kandyduje, wtedy
został wybrany chłopak, bardzo spokojny, przyzwoity, wysokiej klasy
robotnik, fachowiec z elektrociepłowni, ale bez osobowości takiej. I
ten związek autonomiczny chwilę potrwał i potem padł.
Zrobiliśmy jeszcze taki numer, że decyzję, że związek
się rozwiązuje, tylko się ogłasza, że jeżeli
ktoś chce zgłosić sprzeciw ten przynosi wniosek sprzeciwu
(?). Nie było tych głosów.
To była osobliwość, jak już informuję Zbyszka
Przewłockiego, że jestem z wami, referuję wyniki tego referendum
o którym mówiłem, i powiedziałem czy to mu nie przeszkadza, żeby
stało się faktem takie referendum. On mówi, że nie, bo
jeżeli ktoś nie jest w „Solidarności” to ma swobodę.
Później dzwoniłem do Kościelniaka będąc już
członkiem „Solidarności”, że my się rozwiązujemy. On
mówił, że nie może tego zrobić, że nie ma procedur
prawnych na rozwiązanie. Ale to są szczegóły. Już w tym
momencie byłem w „Solidarności”. Pod koniec listopada
nastąpił dokładny rozpad tego związku. Pozostała tylko
„Solidarność” - już te autoomiczne zniknęły.
Pyt. Jak liczny był związek „Solidarność” w
zakładzie?
Odp. Pamiętam dość dokładnie. Rząd 4 tyś.
ludzi w „Solidarności”, do 800 cz 600 w CRZZ.
Pyt. Co możesz powiedzieć o Przewłockim?
Odp. Przewłocki. Cenię go sobie. Człowiek z pragmatyków,
który pragmatyzmem się kierował. Ja bym porównał go -
zachowując pewną miarę - do kard. Wyszyńskiego, który
paktował z komunistami, ale był moment kiedy powiedział te „non
possumus”. I tak samo Przewłocki. Przyszedł ten moment i on
okazał się twardszym, zdecydowanym człowiekiem, kiedy
przyszła chwila próby. Jego zachowanie w stanie wojennym i
przeprowadzenie tego strajku.
Pyt. Opowiedz to wszystko, co jest związane z 13 grudnia i ze
strajkiem.
Odp. O Zbyszku może jeszcze dodajmy, że kilka razy podpadał
uśmierzając różnych wariatów, którzy chcieli kosy ostrzyć
i iść gdzieś tam na komitet - takie różne dziwne
pomysły - Symołona.. Był taki teoretyk rewolucji.
Pyt. On był pracownikiem OZOS-u?
Odp. Symołon? To ciekawa postać z Kętrzyna. Miał
przepychanki z nim Zbyszek. W stanie wojennym od razu pierwszego dnia do
„Gazety” pisał. Po prostu pospolity zdrajca, kawał łobuza.
Myśmy dostali „Gazetę Olsztyńską” w Iławie i tu
już Symołon tam był, pisał o aferach, co to było w tym
Zarządzie Regionu.
Pyt. A czy w czasie pokojowym też miał jakieś prowokacyjne
wystąpienia?
Odp. On odznaczał się nadmiernym radykalizmem. Radykalizm bez
podstaw - nie grał w to co jest możliwe, tylko próba napuszczania na
strajk, kiedy Krajówka wyciszała pewne sprawy, bo było widać o
co chodzi. Myśmy byli dosyć zdyscyplinowanym Regionem. Nam się
OZGraf wymknął spod kontroli - to Symołon właśnie
coś innego rozgrywał forsując swoją osobowość.
Pyt. Ale ty określiłeś go jako zdracjcę?
Odp. To stan wojenny, bo wybacz - ludzie pozamykani są i on na tych
pozamykanych ludzi pluje w komunistycznej gazetce, która prawie jako jedyna
spod komunistycznej cenzury ma prawo wyjść, chodzi o „Gazetę
Olsztyńską”, i on tam wywiadu pewnie Zemanowiczowi - jak to zwykle -
udziela na temat właśnie tego bałaganu, łajdactwa i nie
wiem co tam było jeszcze na pierwszym piętrze. No więc, ja nie
wiem, innego określenia nie znajduję. Można mieć pretensje,
ale to nie był czas i miejsce do wyłuszczania takich rzeczy.
Pyt. Opowiedz o Przewłockim i o strajku.
Odp. Przewłocki był czasami wyśmiewany, że on jest
strachliwszy czy co, a on był rozsądny, był pragmatykiem.
Pyt. Ja Przewłockiego pamiętam z okresu strajku w OZGrafie, bo
było spotkanie w OZOS-ie. Władze z Rubczewskim zamiast do OZGrafu,
to w OZOS-ie zorganizowali spotkanie. I właśnie Przewłocki
powiedział, że oni powinni do OZGrafu pójść, a nie tutaj -
i skończyło się na tym, że duża część
robotników razem z Przewłockim wyszła z tego spotkania. To było
znamienne. Pracowałem wtedy jeszcze w Rozgłośni PR i byłem
tam jako dziennikarz.
Odp. Przewłocki miał mir, szacunek, jak najbardziej on był
przywódcą. Mówię o opiniach w Zarządzie Regionu. To w Regionie
patrzono na niego jako człowieka zachowawczego czy spłoszonego.
Błędnie go ocenili.
Ale to przeminęło, jak wprowadzono stan wojenny, to mnie dyżurni
wyciągnęli z OZOS-u, z domu, bo myśmy mieli dyżury, takie
większe zakłady mieli dyżury. Jak się zerwała
łączność z Zarządem Regionu, to oni podjechali
samochodem zobaczyli, że zaczęła się kotłowanina pod
Regionem koło północy. I ci nasi z OZOS-u ludzie, którzy w
dyżurze zakładowym byli informowali. Coś się wyprawia,
budzenie po nocy. W każdym razie jak przyjechałem do OZOS-u
zaalarmowawszy po drodze kilku ludzi naszych, to Zbyszek Przewłocki
był już w zakładzie.
Pyt. O której godzinie byłeś?
Odp. Słuchaj, to chyba dwugodzinna jazda była,, a więc chyba
koło drugiej w nocy byłem w zakładzie.
Pyt. To znaczy przybyłeś z domu?
Odp. Z domu. Bo jak mówię bęc, bęc o północy robotnicy
z OZOS-u, którzy powiedzieli, że rozpierdolili MKZ i trzeba wiać. A
więc ja się zebrałem, a byłem trochę na bani, bo takie
napięcie było czuć i sobie golnąłem koniaku idąc
spać, no i na tej bani niestety, jeździłem syrenką.
Pierwszy raz w życiu mi się zdarzyło i jedyny do tej pory, no i
usiłowałem w tym padającym śniegu, ludzi
wyłapywać, których znałem. Ale po 2 godzinach zajechałem do
OZOS-u i tam było chyba ponad dwadzieścia osób. Z zewnątrz to
była Langowska i Irena Włudyka Cincioł. Dokładnie to trudno
mi powiedzieć, która to była godzina. One przybyły dwie, ale
ozosiaków już sporo było z Komisji Zakładowej. Myśmy
się połapali, że oni nie tykają ludzi z OZOS-u. Musiał
być specyficzny sposób podejścia do tej grupy ozosowskiej. W jednym
czasie z internatu zostaliśmy zwolnieni, to też o czymś
świadczy. Pięciu nas było i pięciu w jednym czasie
zostało zwolnionych. Ale to są późniejsze dzieje.
A wtedy w OZOS-ie, to próba takiej debaty, takie szarpanie, próba
łączenia się z kimkolwiek. Próbowaliśmy linią
kolejową łączności, karetkami, bo oni mają
krótkofalówki i chcieliśmy do Gdańska, ale to się
przerywało, ktoś tam odmawiał, nie chciał łączyć.
Tak, że widzieliśmy co się tutaj wyprawia, że pozabierano
ludzi, ale jaki to ma wymiar, nie było wiadomo. Potem przemówienie
Jaruzela, coś nam wyjaśniał, gdyż początkowo nie
było wiadomo, czy to Ruscy, nic nie było wiadomo.
Pyt. W niedzielę OZOS był pusty.
Odp. Pusto. Tam strażnicy i kotłownia, bo muszą grzać
miasto, ale w zasadzie pusto. Myśmy pojawili się z soboty na
niedzielę, nadchodzi ranek - cicho, pusto. W sumie doszło nas wtedy
około 30 osób, kręcili się w pokojach „Solidarności” i
tylko dwie osoby Grażyna i Irena, które jak sobie przypominam, były z
zewntrz. Mógł się jeszcze ktoś przewinąć, ale nie
pamiętam. Ktoś się pojawił z dyrekcji, ale z zasady z nami
nie rozmawiali. Tylko dyr. Oziębło naczelny, przyniósł nam
obwieszczenie o stanie wojennym, że powinniśmy to znać i
wiedzieć jakie skutki. Bardzo starał się być uprzejmy. I w
zasadzie było takie bezpłodne troszeczkę gadanie, siedzenie
przez całą niedzielę. Konkretnie ustaliliśmy, że
naszym obowiązkiem jest przynajmniej próba strajku protestacyjnego w
OZOS-ie, z tej chociażby przyczyny, że taka nas uchwała obowiązywała.
Nie mówiono wtedy o stanie wojennym, ale był taki kryzysowy moment i
jeżeli ten kryzys rząd będzie siłowo próbował
rozwiązać, to będzie strajk generalny. To co się
działo, ewidentnie się kwalifikowało, obowiązek więc
ciążył na nas, ale to wymagało ludzi, a więc trzeba
było czekać do poniedziałku. Zbliżał się wieczór,
zaobserwowaliśmy 4-5 milicjantów wyższego szczebla się
pojawiło, ale do nas nie zachodziło. Nyska przyjechała -
milicjanci co najmniej kapitańskie gwiazdki mający, poszli do
strażników przemysłowych i tam podobno pozabierali pistolety
wszystkie, do nyski zabrali i wynieśli się. I czas, cyka zegarek …
Pyt. Grażyna i Włudyka były przez cały czas?
Odp. One były, chyba rano się zjawiły. One zakasały
rękawy, bo myślały raczej o zewnętrznej sytuacji. Zaczęły
klepać na maszynie jakieś odezwy, chyba jakichś chłopaków
znalazły, którzy tam polecieli kleić na przystankach. One w OZOS-ie
pisały, ale nie pamiętam czy one na zmianę pisały, to
było trochę na uboczu, w mniejszym pokoiku się znajdowały.
Pyt. Czy milicja ich zwinęła w zakładzie?
Odp. To musiało być później. To było możliwe.
Wystarczy trzech ludzi - jest kabel. Była nas tam gromada, może
ktoś wypaplał. Zresztą nie trzeba było kabla,
wystarczyło proste, durne paplanie.
Pyt. Oczywiście - to jest tzw. donoszenie mimowoli.
Odp. Jakieś mętne wrażenie mam, że byli jacyś
ludzie. Przychodzili do nas, jak do jakiegoś ośrodka, który jeszcze
pozostał, aby zasięgnąć informacji, ale szczegółów nie
pamiętam.
Pyt. Ludzi przychodzących przecież nikt nie legitymował?
Odp. Tu każdy mógł wejść, żadnej obstawy nie
było, niczego. No i taka bezpłodna niedziela, to znaczy dla tych
dziewczyn nie była bezpłodna. Zbliżał się wieczór i
coś żeśmy czuli pismo nosem. Zaczęliśmy się
niepokoić. Pierwszej nocy byliśmy raczej spokojni, to teraz
zaczęliśmy się niepokoić. Przychodzi moment ciszy, spokoju,
martwej nocy. Było nas w sumie może 50 osób, ale nie więcej.
Niepokoiliśmy się, że ktoś może przyjechać i
coś narobić. I taka myśl przyszła, że my się
rozpraszamy. Obiekt znaliśmy, to nasza rodzinna firma i jakieś tam
grupki po 6 osób porozchodziliśmy się w różne miejsca, nie za
bardzo informując gdzie kto idzie - z grubsza jedynie. Poszedłem na
dział opon radialnych, w samym sercu OZOS-u - dosłownie. Niektórzy
wiedzieli gdzie kto jest, telefony wewnętrzne działały
wewnątrz OZOS-u, gdy coś si działo, O! ktoś tam idzie, to
telefon zaraz dzwonił i wiedzieliśmy, że coś się tam
dzieje. Dosyć bezpiecznie się czułem, bo jakby obstawiony innymi
placówkami dookoła i gdyby coś się działo, to
będę wiedział. Naszą intencją było czekanie do
rana. Niektórzy w tym czasie z nudów myśleli jakie przygotować
obwieszczenia. W pamięci została mi Ania Niszczak (Żurawek wówczas
- Niszczak obecnie), która tymi paluszkami z braku czegoś innego knota
ukręciła z papieru. maczała w tuszu - od stępli - zielonym
i tam coś bazgroliła po jakichś papierach, czy to na
formularzach wielkich z tylnej strony, czy też brystole skądś
się znalazły i tak prowizorycznie coś pisała „strajk
protestacyjny” - dokadnie nie pamiętam - ażeby gdy ludzie
przyjdą na szóstą, było przygotowane. Wiesz, nawet - już
podczas mojej nieobecności, bo też ciekawa rzecz -
nastąpiło coś takiego, że to było zwijane, było
ukryte na parapetach okien i przymocowane tak, że wystarczyło pchnąć,
strącić i to się rozwijało momentalnie. Tak, że na
zewnątrz niby OZOS nie był przygotowany, ale jak ludzie zaczęli
przychodzić, godz. 6, 7 to jeden rzut i rozwija się transparent -
strajk. To było przygotowane na te możliwości prowizoryczne,
jakie były - nawet farby nie było.
Dlaczego mówię, poza moją obecnością - bo dwóm z nas
przydarzyła się osobliwość, to znaczy Andrzejowi
Smolińskiemu i mnie. Na tym dziale radialnym w mistrzówce takiej.
Pyt. Ty byłeś ze Smolińskim?
Odp. Ze Smolińskim razem, tam jeszcze parę osób było: Ania
Żurawek. Było coś takiego, że chcieliśmy ze Zbyszkiem
chwilę pogadać i nie mogliśmy się zorientować, gdzie
on jest. On gdzieś tam miał być, ale pod telefonem nie
mogliśmy go złapać. Ania, ktoś jeszcze, parę osób
wyszło szukać go. Smoliński i ja zostaliśmy w tej
mistrzówce opon radialnych, no i brzdęk - drzwi się otwierają w
pewnym momencie i wchodzi taka ekipa jak trzeba. Rezydent bezpieki - bo taka
duża fabryka, a więc rezydentów miała, Leszek Dubieniecki na
przykład, czy jakiś inny, w tym momencie może jakiś inny
był, ale myśmy wiedzieli: to jest bezpieka.
Pyt. Ale waszym rezydentem był Leszek Dubieniecki?
Odp. Był na pewnym etapie Dubieniecki, a potem jeszcze jakiś inny
nastał. Ja nie pamiętam, ale twarz była znana, bo ja wiedziałem,
że to jest ten. No i jeszcze jacyś ludzie - tam mundurowych nie
było - ale było widać jaki typ ludzi, o co chodzi. I jeden z
dyrektorów technicznych - Wrzosek tam był. I chyba nikt poza tym, i: „Co
tu panowie robicie? Z naszej strony idiotyczne odpowiedzi były, gdyż
Smoliński, który był konfekcjonerem, czyli pracował na maszynach
przy których warto było parę godzin wcześniej przyjść
i przygotować sobie prefabrykaty. To potem więcej się
zarobiło, bo się wyprzedzało innych: bieżniki,
skrzydełka, jakieś inne historie. Można było wtedy
dużo zarobić. A więc ludzie przychodzili wcześniej, tylko
słuchaj: gdzie północ, a gdzie pocztek pracy. I on mówi: bo ja
przyszedłem prefabrykaty przygotować. Bzdura ewidentna - ale to mówi.
A ja mówiłem, że słyszałem jakąś dziwną
pogłoskę, że podobno jakieś aresztowania są w
Olsztynie, a więc się tutaj schowałem. Ale może to bzdura,
wiecie, ludzie często głupoty plotą i teraz chciałbym, żebyście
panowie rozwiali te wątpliwości - na co żadnej odpowiedzi nie
otrzymałem. Jeszcze Wrzoska zapytano wskazując na mnie, czy jestem
pracownikiem. Pytali gdzie Przewłocki, no gdzieś jest, tego … Czy
możecie się z nim kontaktować? No, czasami tak. Oni mówią,
że trzeba porozmawiać bo sytuacja jest taka poważna. Zbyszek
Przewłocki zadzwonił w tym momencie. No więc ja tak na
okrągło mówię, że tutaj są ludzie, którzy chcieliby z
przewodniczącym porozmawiać.
Pyt. To znaczy wy tak mówicie?
Odp. Tak, do niego. Bo któryś tam stał z tych milicjantów i
podniósł słuchawkę, tak pomedytował i przekazał nam. I
ja rozmawiałem ze Zbyszkiem, ale po tych słowach Zbyszek
zorientował się w czym rzecz, że nas tam mają. Ja mówi,
że oni chcieliby z tobą rozmawiać, czy chcesz z nimi
rozmawiać? No dobrze, porozmawiamy. A więc się pytam gości
- no to gdzie? No, to w sali KZ-u. Konferencyjna sala Komitetu Zakładowego
w biurze głównym. No to my tam będziemy. I nas dwóch tam
zaprowadzili. Czekaliśmy pół godziny, oczywiście Zbyszek nie
przyszedł.
Pyt. Kto was zaprowadził?
Odp. Cała ta ekipa, ci milicjanci, dyrektor. Wzięli
Smolińskiego i mnie i poszliy do tej sali KZ-u. Czekaliśmy pół
godziny i Zbyszek oczywiście nie przyszedł, to o czym tu gadać.
W takim razie ci milicjanci powiedzieli, że nie ma tu na co czekać i
zabrali nas do Komendy. Tak że, też ciekawostka, ja widziałem
tę Komendę od środka, wiesz w tych dniach: burdel sakramencki,
nie wiem jak te sprężyny chodziły, ale burdel nieprzytomny.
Zmieniali się moi rozmówcy. Rozmawiali ze mną właściwie o
niczym, nie wiem czego oni chcieli ode mnie. Tak pytali: a co? zamiary? Ale
właściwie nikt nie drążył nie cisnął.
Przejawem bałaganu było to, że zostawałem sam czasami w tym
pokoju. Zostaję sam, za parę minut przychodzi facet z drugiego i
mówi: kurwa, zapomniałem pistoletu, i nie zamkniętą na kluczyk
szufladę wyciąga, zabiera pistolet i wychodzi. Tak więc
siedziałem przy tej szufladzie z pistoletem, z czego sobie nie
zdawałem sprawy. Nie byłem zresztą w nastroju aby tam
grzebać akurat. Zresztą również byliśmy z Andrzejem razem
postawieni przed sprawą lojalki. Nie mieliśmy tego luksusu, że
ta sprawa była omówiona, co z tym robić itd. Z tym, że to
zupełnie prywatnie … (…). I takie dość niemrawe rozmowy
zupełnie o niczym. W pewnym momencie, jak się potem
dowiedziałem, Andrzeja krótko wcześniej wypuścili do domu, czy
zawieźli, tego nie pamiętam. I mnie zawieźli do mego
własnego domu z nakazem aresztu domowego. Osobliwa formuła, kazali mi
siedzieć w domu, nie wychodzić, ale … to samo w sobie wydawało
się idiotyzmem, ale wyraźnie związane z następną
rzeczą, mianowicie kilkanaście minut później kierowca z OZOS-u
pojawia się z biletem wizytowym Oziębły, dyrektora ówczesnego,
na którym to on pisze, że prosi mnie o przybycie do zakładu,
ponieważ jest bardzo poważna sytuacja. Jako ten działacz
związkowy jestem potrzebny do rozładowania napięcia - tak to
sformułowano. Andrzej Oziembło - podpis. Fajna ta wizytówka, ona
też odegrała swoją rolę. Wiadomo o co chodzi. I jeszcze
kierowca jakby swój człowiek troszeczkę. Może nie do końca.
Medytowałem co robić, bo przecież kazali mi tu siedzieć,
ale skoro mam taką wizytówkę, to ja zdawałem sobie sprawę,
że dyrektor OZOS-u to jest działacz gospodarczy partii, to jest osoba
która jest władzą. Taki dokument uwalniał mnie od
zobowiązań bezpieki. W jakiś sposób byłem kryty.
Wsiadłem, pojechałem.
Pyt. Starałeś się być lojalny.
Odp. Ale krótko to trwało. Jak się zorientowałem, to
wszystko było związane. Wyjście Andrzeja i moje i ten przyjazd -
to wszystko było w jednym układzie, to była jedna rzecz.
Zawieźli mnie do domu po to, aby mnie tamten samochód zabrał,
żebym ja pojechał do OZOS-u. To w sumie zwolniono mnie na wezwanie
Oziembły. No, pojechałem tam. Rzeczy dosyć znane mi - dyrektor
tłumaczył, że robotnicy nierozsądni, że istnieje
zagrożenie życia i żebym wpłynął na nich. On
mówił, a ja słuchałem.
Pyt. Myślał, że jesteś kupiony …
Odp. On brał mnie na rozsądek. Mówił, że ja tych
oszołomionych robotników opanuję itd. W każdym bądź
razie poszliśmy do tego komitetu strajkowego. Ciekawostka, do tego samego
miejsca, skąd mnie zabrano, do mistrzówki radialnej. Taką typową
rzeczą dla „Solidarności” było, mimo iż istniało
zagrożenie, to ten dyrektor mógł tam wejść, pogadać
jeden z drugim - nikt go nie chciał bić - wszystko spokojnie było.
Dyrektor oczekiwał, że ja będę tam do kogoś
przemawiał, ale nie widziałem powodów, przede wszystkim byłem
działaczem regionalnym (przecież byłem we władzach
regionalnych), a w tej chwili nie mam co gadać, jest komisja zakładowa,
jest Przewłocki, to co ja będę ludziom tłumaczył.
Dyrektor czekał, żebym coś mówił, ale ja nic nie
mówiłem, to on się kręcił, kręcił i poszedł.
W każdym razie to jest osobliwa rzecz, że w jakiś sposób
znalazłem się na strajku. Byłem przedtem tak i tak na nim, ale
teraz zostałem zaproszony przez dyrektora na strajk, pisemnie.
Pyt. Ile osób było wtedy na strajku?
Odp. Jak się pojawiłem, to była gdzieś ósma czy
dziewiąta. Koledzy pytali mnie od kiedy cię wypuścili, a ja im
mówię, że w sumie przed pół godziną. A, bo oni mówili,
że ty i Smoliński dawno żeście wyszli. Co się
okazało, jak już ten strajk się rozpoczął? Dało
skutek to wywieszanie, istotny skutek to dało, sporo osób się
zgromadziło. Na kolanie postulaty (wogóle nie wiedząc, co się
dzieje) tworzono - hasła tego typu: uwolnić działaczy związkowych,
a imiennie podano dwa. Tylko tych znali w tym momencie: Smolińskiego i
Rondomańskiego. Bo nas stąd zabrali na ich oczach. I to mogło
stworzyć takie wrażenie, że być może dać tych
dwóch, to sprawa się w OZOS-ie uspokoi. Tak to chyba musiało być.
Nie wiedzieli jeszcze kogo z Prezydium Związku wzięli, a kogo nie
wzięli. O nas wiedziano na pewno, a o innych informacje były mniej
pewne. Tylko o to chodziło, o niewiedzę, a nie było tak, że
o siebie dbamy, a reszt olewamy - nie byo tak. Taka moja osobliwa przygoda
życiowa, że chyba nieliczne w Polsce osoby zostały
wyciągnięte z pierdla przez protest robotniczy. Między innymi ja
miałem tę przyjemność.
Nasze przybycie oczywiście niczego nie zmieniło w strajku i
zaczęła się taka faza jakby pewnego rodzaju nacisku, stopniowo
tam nadciągała milicja, takie czy inne ROMO, ZOMO, różne
formacje z przyłbicami i wojsko nadciągnęło. Myśmy o
tym wiedzieli, bo tam z dachu obserwowano i z innych punktów. Była
bijatyka przed OZOS-em, bo tam ludzie się pobudzili i zaczęli
się awanturować, wykrzykiwać. I co osobliwe, że jeżeli
ktoś w skórę dostał w OZOS-ie, to paru młodych ludzi, czy
ktoś tam jeszcze, którzy wpadli pod pałę tej obstawy
dookoła OZOS-u. Tam dali manto. Wewnątrz nikt nie dostał - nawet
muśnięty nie został. Naciski były, kolejne
ostrzeżenia, jakieś tam wizyty prokuratorów wojskowych, którzy z
naszego megafonu nam tłumaczyli, tuby mieli, pomiędzy nami byli,
jakiś major, taki wojskowy prokurator.
Pyt. Wy byliście w zakładzie. Czy oni z terenu zakładu to
mówili?
Odp. Tak. Pomiędzy nami byli.
Pyt. A wic nie było takiego komitetu strajkowego, który by
orzekł, że nie wpuszczamy nikogo z zewnątrz. A czy była
jakaś kontrola?
Odp. Myśmy starali się obserwować, kto wchodzi, kto wychodzi
- co się dzieje. Między innymi ta trójka, która tworzyła
autonomiczny związek, to była na indeksie - Idzie ten i tamten, o,
uważajcie! Jeżeli ktoś szedł, to nie było tak,
że on wtapiał się w tłum, on był obserwowany. Ale nie
było obstawy, zakazu że nie wolno - takiego czegoś nie
było.
Pyt. Czy w tym momencie mieliście jakiś plan strajku, bo na pewno
liczyliście się, że może dojść do konfrontacji.
Odp. Ja ku temu dążę. Więc były różne
naciski, straszenie dekretem itd. Te Matki Polki tam wzywane, apel do synów,
dosłownie kilkadziesiąt różnych fal takiego nacisku. I
właśnie to stworzyło nam plan, chyba jedyny do zaakceptowania w
tej sytuacji. Wiemy, że tu niczego nie wygramy, ale nie możemy ulec
żadnym prośbom, groźbom, naciskom. My musimy być stąd
usunięci siłą. To było naszym planem.
Pyt. Taka była determinacja?
Odp. Tak, to jedno, że nas stąd muszą usunąć
siłą.
Pyt. A więc nie wy sami, ale siła z zewnątrz?
Odp. Tak. Kiedy, jak to nie wiadomo, ale jedno, że oni mogą
prosić, mogą grozić - my stąd nie pójdziemy. To musi
się odbyć siłą. To był jedyny plan w zasadzie. Bo czas
należał i tak do przeciwnika. I nasze przygotowanie polegało
tylko na tym, że jest taki mur, który dzielił OZOS na
część radialną od starej części i takie bramy w
tym wewnętzrnym murze są, to taką bramę żeśmy zablokowali
jakimiś ciężkimi wózkami przemysłowymi, które tam do
przewozu części są. Tam gromadzili sią. Tam gromadzili
się policaje, to żeśmy zablokowali. Z drugiej strony
byliśmy ogólnie dostępni, można było podejść. Ale
te wózki ustawiliśmy dookoła ograniczając te pole na którym
jesteśmy. Pozornie wydawało się, że jak gdyby mniej osób
się robiło.
Pyt. Czyli władze chciały żebyście opuścili OZOS?
Odp. Tak, żeby to zgromadzenie rozeszło się, zaniechało
strajku. Długo próbowali do tego doprowadzić.
Pyt. Ile osób było wówczas na terenie zakładu - robotników?
Odp. Dochodziło do 250-300 osób, ale to zmieniało się.
Ludzie wychodzili i wracali. Poza tym byliśmy ośmiornicą, która
miała swe macki, w kanałach, na dachach itd. Ten zbiornik centralny,
to był tylko częścią tego wszystkiego co było.
Był później nawet do policzenia i tutaj się trochę
sprzeczam ze Zbyszkiem Przewłockim. Uważam, że mam tutaj
rację.
A więc, tak po kolei nadchodzą te fale nacisku, ale godzina 21 i
widać, że są już konkrety. Idzie ZOMO - tarcze,
błyskotki, z daleka między maszynami oni idą. W sumie nastawiliśmy
się na pałowanie. Pamitam, czapę futrzaną
naciągnąłem. Wogóle taka ciekawostka, dyrektor miał
rację, że umysłowy ma trochę większą
fantazję i nic w domu nie jadłem. Z książek wojennych itd.
lepiej w żołądku nic nie mieć. bo to nie wiadomo czy o
pałę chodzi, czy coś innego. Ale nikomu nic nie mówiłem o
tych swoich przemyśleniach. Nie jadłem w każdym razie. A
więc idą, idą. W każdym razie było widać, że
prawdopodobnie musieli wiedzieć o naszej decyzji, musieli, wiesz, musieli.
Pyt. Czy to był komitet strajkowy? Czy to było jakieś
zebranie załogi?
Odp. Można powiedzieć, że tak. To się zmieniało w
samej mistrzówce opon radialnych. Kto tam wlazł to, nikt nie pytał,
że ten nie naley, nie był wybrany do prezydium. Kto tam wlazł,
aktywny był, ale głównie postawa Zbyszka Przewłockiego
osobiście przeważała, bo z nas wielu zastanawiało się
nad odpowiedzialnością za los tych ludzi, a on to jasno,
krystalicznie widział, że to jedno musimy spełnić,
niezależnie od ryzyka naszego osobistego, być może ludzi
też narazimy, ale z tego musimy się wywiązać. Tu był
konsekwentny. Nie chciał być demokratą tylko. Demokracja
była, bo taka uchwała została podjęta, że musi
się odbyć strajk. Teraz w głosowaniu mogłoby
wyjść, że my się rozchodzimy, że nie ma sensu - to
jednak my nie pytajmy ludzi demokratycznie, ale wręcz przeciwnie, w tej
chwili kształtujemy opinię tych ludzi, że tak to musi być.
Tego się trzymał, czyli rzeczywicie takim odpowiedzialnym,
pełnym szacunku człowiekiem się okazał, wbrew róznym
wariatom, którzy pouciekali na wszystkie strony.
Pyt. A czy były jakieś wówczas osoby z zewnątrz?
Odp. Nie, nie, nie. Grażyna i Irena - one wyszły z zakładu.
Ja tego momentu nie pamiętam, ale jeszcze przed tą nocą, gdzie
myśmy się rozproszyli. One nie były tam między nami.
Myśmy byli upieprzeni, Zbyszek w spychaczu siedział, który wyrównuje
popiół, w zimie - noc była wredna wówczas, a on w spychaczu
siedział. Później się o tym dowiedziałem, bo wówczas nie
mogliśmy go znaleźć. Wtedy gdy ta milicja przyszła, on w
spychaczu siedział, na pewno jeszcze gdzie indziej, ale upaprany był
wówczas jak świńtuch.
Pyt. A dlaczego takie miejsce sobie wybrał?
Odp. No, różne pomysły mieli ludzie. No ale jesteśmy przy
tym ZOMO i było widać, jak gdyby dokadnie byli poinstruowani o naszym
działaniu, po prostu mieli te pały, ale żaden z nich nie
użył. Ponieważ jak gdyby wiedzieli, że my mamy być
usunięci siłą, więc możliwie najłagodniejsza
formuła została zastosowana, a mianowicie oni rozepchali te wózki,
które blokowały przejścia i stamtąd też wyszli milicjanci i
połączyły się te siły ni i zaczęli na nas
napierać tarczami. I pchali nas tak jak masę. Ich też było
sporo i przepchali. Zbyszek zadbał o to już uprzednio, żeby do
minimum spowodować ryzyko starcia krwawego. Jest grupa zawodowa, która ma
cały czas przy sobie noże. Ci co na walcowni pracują, to jest
technologiczny nóż, pochwa tu jest skórzana i on służy do
cięcia gumy na takich walcach - to do obróbki. Kazał jednemu to
zebrać w jakieś tam worki i do szatni zanieść. Jak
mieliśmy butelki z wodą mineralną, to wózki z wodą
mineralną - jak ZOMO się pojawiło - kazał
odepchnąć w dal, żeby nie sięgnąć po butelkę
- to wszystko było przemyślane. To zresztą posłużyło,
że on został później ukarany, udowodniono, że te jego
działania świadczyły o jego wpływie i autorytecie i de
facto - przywództwo. To, że on ograniczał ryzyko starcia krwawego,
zostało wykorzystane przeciwko niemu.
No i w sumie nas tam z tego miejsca przepchali rzeczywiście. Za tą
bramą się okazało już, z milicjantów był utworzony
taki szpaler, który prowadził takimi drogami technologicznymi do
wyjścia z hali. No i tak szliśmy. Jeszcze była taka
niepewność, bo napotkaliśmy w pewnym momencie na bramę z
hali (nie z zakładu), zamknięta hala, a więc co za nią, czy
jakieś samochody czy co, ale nie - dalej był szpaler
żołnierzy biedaków zziębniętych na śmierć
żołnierzyków, którzy stali szpalerem przy bramie zakładu. Przez
bramę żeśmy wyszli i każdy szedł gdzie chciał (to
było zdumiewające). Nikogo nigdzie nie zatrzymali, a myśmy szli
ze szturmówką, która nam cały czas królowała podczas strajku -
biało-czerwona flaga, która nie wiadomo gdzie się teraz
zagubiła. Z tą szturmówką żeśmy szli, nie zabierali
nam jej. Później nawet długo jej szukałem, gdyż
uważałem ją za sztandar „Solidarności”.
Pyt. Ktoś mi opowiadał, że niektórych robotników zaraz za
bramą milicja zwinęła.
Odp. Nie! Właśnie nie. Zygmunta Borkowskiego zwinęli
koło domu, jak tam doszedł, ale przy bramie nie. W następnych
dniach taki osobliwy układ był, jak gdyby tam medytacje, co z nami
robić. I potem zaczęli zbierać. Zbyszka Przewłockiego przy
OZOS-ie, ale jak do pracy szedł, gdyż my zaczęliśmy
uczęszczać do pracy. Tego samego dnia, czy następnego, mnie w
domu z kolei zwinęli i wogóle wszystkich ozosiaków, ktorych tam w planie
mieli pozwijać, pozwijali.
Pyt. Kto był internowany z OZOS-u?
Odp. Zbyszek Przewłocki, Zygmunt Borkowski (chyba był
dyspozytorem zakładu) Michał Powroźny (ówczesny szef regionu,
podczas strajku był w Gdańsku) i dwóch ludzi jeszcze było:
Popielarz i jeszcze kierowcy z OZOS-u, wogóle nie zaplątani w aktywną
działalność związkową. Przypadek chyba jakiejś
zemsty własnego kierownika, który był powiązany ze
służbami specjalnymi, albo przynajmniej mający posłuch.
Dwóch kierowców z transportu samochodowego z OZOS-u, bo myśmy w więzieniu
ich poznali.
Pyt. Ale należeli do „Solidarności”?
Odp. Należeć, należeli, ale działaczami nie byli.
Pyt. A jacy się okazali?
Odp. Bez zastrzeżeń. Byli oszołomieni przebiegiem
wydarzeń, tak jak my.
Pyt. Ania Żurawek, to była więziona?
Odp. Tak więziona. Jeszcze w dołku na Komendzie Wojewódzkiej
siedziałem z Romaniukiem Włodkiem, który poszedł do
więzienia, a ja z tej samej celi na internat. Romaniuk należał
do „bandy czworga”, gdyż cztery osoby zostały uwięzione:
Przewłocki, Józek Kociuba, Romaniuk i Ania Żurawek-Niszczak.
Żurawek wyszła za mąż w kiciu.
To moje zaproszenie do OZOS-u na strajk mogło zadecydować, że ja
znalazłem się w internacie. Bo zastanawiałem się dlaczego
Romaniuk tu, a ja tam, mogło być przecież odwrotnie. Józek
Kociuba, to jest robotnik na ciężkim wydziale - walcowni; Włodek
Romaniuk, to był na radialnych mistrzem; Zbyszek Przewłocki -
był technologiem; Michał Powroźny - to główny specjalista.
Jak nas prowadzili, to jak to ja, umysłowy, myślałem, że
może im przyjść do głowy fantazja i rkm mogą
postawić, żeby skończyć z całym tym bałaganem.
Robotnicy zapewne myśleli inaczej - Ty, co na robotnika rękę
podnosisz?
Pyt. A więc robotnicy byli zdeterminowani? Wiedzieli, że
muszą wytrwać.
Odp. Tak. Ale chcę jeszcze podać liczbę tych ludzi, którzy
byli. Moment kiedy szliśmy tym szpalerem, pomiędzy bramą z hali,
a bramą w OZOS-ie. Uświadomiłem sobie, że powinienem
zobaczyć, ile jest ludzi. Szedłem blisko początku tego pochodu.
Stwierdziłem, że jak my idziemy między tymi
żołnierzami, to de facto idziemy czwórkami. No, czasami trzy, czasami
pięć osób, może zależy jakiej tuszy. Popatrzyłem do
tyłu i naliczyłem 25 takich czwórek i szacowałem optycznie
tę setkę w ten sposób. Ja widziałem jaka długość
tego ogona stanowi setkę i tę setkę próbowałem odłożyć
na tłumie „pi razy oko”. Mogłem się mylić, może
pięć razy, może sześć, ale to nie było 300. A ja
wtedy próbowałem oszacować i wg mnie 500-600 osób musiało
wychodzić w tym momencie. Pojawili się z różnych dziur,
zakamarków.
Pyt. Przewłocki, jak go zwinęli, to od razu był
uwięziony?
Odp. Nie, nie. Ten moment był taki, że nie wiadomo kto, gdzie.
Prawdopodobnie wszyscy razem byliśmy w tym „dołku”. Bo ja tam
też spędziłem, nie wiem 24 czy 48 godzin, na Komendzie na dole.
Tam musiała być Ania gdzieś, tam był Przewłocki, ja z
Romaniukiem w jednym pokoiku, z krymianalnymi różnymi tam siedziałem.
Pyt. A którego dnia?
Odp. W sumie się odbywało gdzieś 3-4 dnia po
zakończeniu strajku. Tak to mniej więcej musiało się
dziać. Był taki okres, że myśmy byli w OZOS-ie, Zbyszek
przychodził do pracy, ja przychodziłem. Spotykaliśmy się,
żeśmy rozmawiali. Chyba w tym czasie decyzje zapadały, co dalej
z tymi ludźmi robić. I później pach, pach, popudłowali
prawie jednego dnia, w róznych miejscach: Zbyszka pod OZOS-em, mnie w domu.
Nie, przepraszam, to jeszcze inaczej było. Mnie jeden z dyrektorów
zabrał przepustkę i powiedział: Niech pan będzie w domu i
na wezwanie przyjdzie do pracy. Czekałem na wezwanie i doczekałem
się gliny. Zgarnęli.
Pyt. Co możesz powiedzieć o więzionych z OZOS-u?
Odp. Włodek Romaniuk uczył się grypsery. Od razu jak
byliśmy w „dołku”, to z tymi więźniami uczył się.
To się przyda, powiedział.
Pyt. Czy w stanie wojennym były jeszcze jakie osoby aresztowane z
OZOS-u, w wyniku jakiej[AP1]ś akcji? Czy strajk był jedynym i ostatnim akordem?
Odp. Przynajmniej nie było uwięzienia ani internowania
powtórnego. Mieli specyficzne podejście do OZOS-u, jak mówiłem,
jednego dnia praktycznie wszyscy zapudłowani. To znaczy czwórkę
(„bandę czworga”) do więzienia, a resztę do internatu. Potem
zaś z internatu, w zasadzie niemal jednego dnia. Tylko Borkowski nieco
później, a pozostali w zasadzie w jednym terminie. Wszystkich nas
przyjęto do pracy z powrotem. Łącznie z szefem Regionu -
Michałem Powroźnym. Mówię o internowanych. Nie mówię o
„bandzie czworga”.
Pyt. Przewłocki za miał bardzo duże kłopoty.
Odp. Ja kiedyś miałem obiekcje, teraz już mniej, że
ktoś tam wyjechał, ale do niego jednego nie. Bo wiedziałem,
że on nie mógł się się zaczepić zawodowo nigdzie
praktycznie. Bezpieka szła w ślad za nim. Namawiali rzemieślnika
czy kogo, aby go nie zatrudniał. Odwiedził kupę ludzi, a bardzo
ambitny był. W jego rodzinie mężczyzna - kobieta to tradycyjny
układ. Mężczyzna, to musi zarabiać - ambicja męska i
on nie mógł zarobić na rodzinę - straszne.
Pyt. Kiedy on wyemigrował?
Odp. 1985? - dokładnie ci nie powiem.
Pyt. Ponadto miał jeszcze kalekie dzieci, to tym bardziej
dramatyczną czyniło jego sytuację.
Odp. Tak. Jakieś wady wrodzone.
Pyt. Opowiedz o pobycie w internacie. Zabrali cię z domu do
„dołka”?
Odp. Tak, do „dołka”. Tam jakieś smętne gadanie, z którego
nic nie pamiętam. I też nie wiedziałem, gdzie ja trafię.
Czy do więzienia, czy do internatu. To było tak ciekawie, że
spotkałem się z Michałem Powroźnym (wiedziałem,
że on w tym „kiciu” jest, w tym areszcie) w pokoju gdzie jemu kajdanki
zakładali i mnie założyli. Potem pojechaliśmy do internatu
we dwóch jak szlachta, nasi koledzy wielkimi blaszanymi pudłami
jeździli, a my czarną wołgą z trzema bezpieczniakami ,
kierowca i dwóch bezpieczniaków. Jakoś honorowo, tylko że kajdanki -
myśleliśmy, że to chwilowa … (?)
Powroźny miał propozycję od Rubczewskiego, takiego
rozwiązania, jakie w kilku Regionach podpisali, takie wezwanie o spokój.
On dostał coś takiego, albo internat, albo żeby podpisał petycję
o spokój. Rubczewski mu to dał. On się jednak nie zdecydował -
wybrał internat i go miał.
Pyt. Czyli on nie podpisał?
Odp. Nie, tylko chyba w dwóch Regionach podpisali.
Pyt. Trafiłeś do Iławy. Z kim byłeś w celi?
Odp. Dziwna sytuacja. W trójosobowej celi z Waldkiem Niczyporowiczem i z
matematykiem z WSP, który się afiszował swoją
żydowskością - Rusiecki. Osobliwość polegała na
tym, że o ile nasi koledzy na spacerniaku po 30 osób wychodzili, to
naszą celę na osobny spacerniczek. Rusieckiego, Niczyporowicza i
mnie. I my zastanawialiśmy się: kto tam chodzi, jacy jeszcze nasi
są? Tak z miesiąc było, a potem to już kilku było.
Później nastąpiło poluzowanie, jakiś okres otwartych cel,
tak że tylko oddział był zamknięty, po oddziale się
chodziło. W międzyczasie żeśmy dorabiali sobie klucze,
radiostację swoją mieliśmy, radiowęzeł, poligrafia …
Pyt. Czy możesz coś powiedzieć na temat poligrafii?
Odp. Poligrafia - było kilka ośrodków. Jeden to wiem, że
była technologia nakłuwania folii, torby foliowej igiełką i
tworzenia takiej matrycy, przecierania watką spirytusu od golenia, a na to
brany zamiast farby - tusz z długipisów, z wkładów i to było
przecierane. Elegancko, kolorowo. tak umiejętnie było kładzione
kilka matryc - jedna po drugiej kolory - tak żeśmy to lepiej robili
niż „Rezonans” w pierwszym powojennym wydaniu. Ale było kilka
niezależnych takich kierunków - ośrodków druku, tak że oni
szukali u nas w kipiszach jakichś urządzeń, a my w majtkach
mieliy całe urządzenie. Jeśli chodzi o radiowęzeł to byłem
w jakimś sensie współtwórcą, bo Rusiecki był głównym.
Ja mu projekt poddałem i wykończyłem mikrofon i dałem
konstrukcję prostownika. Mikrofon to proszek drapany z ołówka, a
membrana to aluminium z serków - wydłubane w klocku wgłębienie i
tamten proszek węglowy, tak jak w mikrofonach telefonicznych - to jest
węglowych. Ściskanie proszku, tego węglowego, powoduje
zmianę przewodności, jak do niego mówisz to daje efekt, a prostownik
to elektrolityczny, tak że ten proszek do pieczenia dostarczany przez więźniów
kryminalnych. Trochę blachy aluminiowej, to + łyżeczki i
ołowiu, trzeba rozplaskać ołów - ułożyć elektrody
w roztworze proszku do pieczenia, ołów i aluminium - to jest prostownik.
Wiele szczegółów z tego nie wiem, bo nas rozłączyli. Ja
później byłem gdzie indziej, ale dawało radę. Problem
polegał na tym, że gdzieś ta łącznica była, ta
rozgłośnia oficjalna i (…), która łączyła ze
wzmacniaczem i że niezależnie
sekcje więzienia poszczególne były włączane. Od przypadku
trochę zależało, które sekcje były włączane. Bo
oni mogli ostatnie przemówienie nie mieć do kryminalistów, do
Solidarności, albo ogólne komunikaty i od tego położenie tych
wyłączników zależało. Od komunikacji, którą naczelnik
uprawiał. Ale ich wyjście do nas było wejściem. Mając
wyprostowany prąd, mając mikrofon, mając bazę
(szczegóły znał Alek Rusiecki) mógł mówić - tylko pytanie
jak daleko sięgało. Jak że ta sekcja, którą on
nadawał, na ile była połączona przez centralę z
innymi. Więc najpierw bywała próba. On tak przesuwał gdzieś
tam 23 - 24: „Na cześć „Solidarności …” wołał i
było oczekiwanie na to „Hip, hip, hurrra …” jak tam odezwało się
parę cel, to znaczy, że propagacji nie ma. To znaczy, że te
połączenia są takie.
Pyt. Czy był czasami większy oddźwięk?
Odp. Był. Czasami taki ryk, jak licho. „Hurrrra!”. On już wtedy
wiedział, że połączenia są dobre, korzystne i dawaj:
Wolna Europa, strajki, tam różne … Nam zabierali. My robiliśmy
nasłuchy i obowiązkowo wywiady z rodzinami. ROGAL, REGION, to
się nazywało, pierwsze litery oznaczały słowa tematów, z
których trzeba było rodzinę przepytywać. Każdy miał
zdobywać informacje od rodziny o świecie na zewnątrz i potem to
było zbierane. I robiony był biuletyn. Z tych wywiadów z rodzinami,
tworzyła się całość. Z tego było powielanie to
prymitywne, albo radiowęzeł. I to było nadawane.
Takie były historie, jak się połapali ci z nadzoru, to robili
mostkowania, gdyż przestawało propagować. Myśmy się
domyślili o co chodzi, to znaczyło, że na tych
wyłącznikach mostkowali drutem, blokowali, jak wychodzili z
radiowęzła i opuszczali więzienie. To prąd ZZO, albo
wytrzyma sieć, albo nie wytrzyma, ale początkowo się
udawało, przepalało im ten mostek. Tam musiało buchnąć
ogniem, przepaliło, uwolnione i można było znowu nadawać.
Tak, że to były osobliwe rzeczy.
Wiem, że u nas spawano, korzystając z tego prostownika. Wystarczy
opalić ołówki, dwa grafity i dobry rzemieślnik może
spawać.: klucze robiliśmy luksusowe ze skrzydełkiem spawanym.
Nie byle jakie tam jakieś wytrychy. Połowa z nas miała wytrychy
do cel. Ty wiesz jak to się robi, jak masz drzwi bez klamki, żeby
nikt nie mógł wejść? Nic nie masz, a możesz zrobić,
że nikt nie wejdzie. Tam są zasuwy na zewnątrz, a tutaj jak
weźmiesz drewniane kliny, gdzieś koło futryny wbijasz te kliny i
co się dzieje? To ze straszliwą siłą tam napiera. Z
taką siłą, że tamtej zasuwy nie wyciągniesz. Tak
potworna siła, że nie dasz rady. Więc demontowano zasuwy, aby
się do celi dostać, a tu w ostatnim momencie zabierano kliny i nic
nie ma. No, zacięło się panowie, technika do dupy. Tak, że
mieli z nami sto pociech. Jak podsłuchiwali, bo byliśmy na wysokim
parterze na początku. Słychać szelest - skórkowy siedzi i
podsłuchuje. Wtedy prąd do kubeczka, troszeczkę soli z wodą
i tak przez okienko: O, kurwa! Trzaśnięcie w łeb prądu po
lejącej się strudze słonej wody. Nie mógł połapać
się, jakim to cudem. Mieli sto pociech, bo mieli do czynienia, tak: z
inteligentami, z robotnikami kwalifikowanymi, ślusarzami, drukarzami (z
Gdańska mieliśmy 4 drukarzy). Oni dotąd mieli do czynienia z
kryminałem prymitywnym, a z kwiatem inteligencji i robotniczego fachu -
tego to nie mieli, doświadczenie tego rodzaju. Więc myśmy
nieźle dali im popalić.
Pyt. Jak ludzie znosili to odosobnienie?
Odp. W zasadzie dobrze, w zasadzie. To znaczy niektórzy trochę
młodzi ulegali, to znaczy Brycki zaczął pić jakiś czaj
i Waldek Niczyperowicz …
Pyt. Ale to nie było szpanowanie?
Odp. Trudno powiedzieć, na ile go tam brało. Ale Waldek go
wziął pod flek - bo on się bał Waldka - Brycki. W zasadzie
to dosyć dobrze, były takie momenty. Sam to odczuwałem. Ale w
ogóle to odczuwaliśmy satysfakcję, że jesteśmy na skrawku
wolnej Polski: że tu wolno wszystko mówić, że nie boimy się
nawzajem, a byliśmy świadomi, że tam się ludzie boją,
tam jest pustka, a tu jeszcze.
Pyt. A więc wolność w więzieniu?
Odp. Tak, tak. Tylko te mury powodowały ból głowy.
Długotrwałe siedzenie w więzieniu. I takie momenty miałem,
takie miotanie się jak w klatce. Mało spacerów było w sumie.
Pyt. Kiedy cię wypuścili?
Odp. Kwiecień chyba, połowa kwietnia, coś takiego. Tak jak
cały OZOS, mniej więcej w tym czasie. Teraz wspominam, że daj
Boże, żeby każde pokolenie Polaków tak lekko miało.
Pyt. Interesuje mnie okres stanu wojennego na wolności.
Odp. Tu ci wiele nie powiem, bo ja się od tego odciąłem specjalnie.
To znaczy nie pchałem się do tego w sposób jak gdyby zamierzony.
Zakładałem, że to będzie się ciągnęło i
narażanie się na szwank. Z tego co wiedziałem, prywatne kontakty
to miałem, to nie była działalność, ale podtrzymywanie
kontaktów. Chodziło o przyszłość. Zorientowałem
się, że to jest działalność, która polega na mówieniu,
że się ją uprawia. W zasadzie to mi się podobały te
zmieniające się ekipy wydające „Rezanonas” - to się
liczyło rzeczywiście realnie. Ale poza tym w zasadzie nic wicej.
Pyt. Czy wiesz coś więcej o „Rezonansie”? Te zmieniające
się ekipy?
Odp. Nie byłem w tym zorientowany. Sam nawet w pewnym momencie
byłem blisko, ale sam właściwie odwróciłem głowę,
nie chciałem wiedzieć. Uważałem, że na tym rzecz
polega, że albo się w tym siedzi, albo nie trzeba wiedzieć.
Pyt. A więc bliżej nie orientujesz się w tej sprawie?
Odp. Nie, nie. Ja miałem takie historie, że w pewnym momencie
Waldek miał jakiś kontakt. Ja podwoziłem Szymka, faceta ze
Śląska - Luty się nazywał. Nie wiem czy pseudo, czy
prawdziwe nazwisko. Ja go wiozłem na Dajtki, ponieważ on miał
tam jakiś kontakt i nie było wyjścia i mnie musieli
powiedzieć, że ja mam go tam zawieść i byłem
prawdopodobnie w mieszkaniu, które w tym układzie chyba chyba jakimś
takim było obsługowym tego wszystkiego. Ale dosłownie prawie
zamykałem oczy. Wiedziałem, że mogę wychlapać czy
coś takiego. Skoro ja w to nie wchodzę, to najlepiej nie
wiedzieć. Całkiem świadomie chciałem nie wiedzieć.
Jakieś takie opłatki …
Pyt. Mnie interesuje ten okres tych kilku spotkań już w roku 1988
- Tymczasowego Zarządu.
Odp. O, to ja współuczestniczyłem w tym. A jeszcze wcześniej
opłatki były. Towarzyskie spotkania. To też było
widać, że nie jesteśmy wspólnotą. Były różne
koncepcje, czy podjąć konkretną działalność, czy udawać,
że się coś robi. Nie było koncepcji na poważne
działanie. Bober mówił, że mógłby się konkretną
działalnością zająć, 2-3 lata działania, a potem
w pierdlu, bo innego nie było wyjścia, to było nie do
uniknięcia. Ale w sumie nie znalazł chętnych, jak się
zorientowałem i to między innymi chyba powodowało, że
machnął ręką, zraził się do tego, że w
zasadzie nie ma współpracowników do ostrej działalności. Nie
było, faktycznie. Ja też się tego nie podejmowałem.
Uważałem, że będę narażał. Znane twarze, to
nie. Albo środowisko niepodległościowe „Solidarność”
wyłania nowe ekipy, tak jak to się działo z „Rezonansem” -
rzeczywiście nieznani szerzej ludzie to produkowali, i to ma sens. A
jeżeli się będzie przyklejać ludzi znanych, to tylko
służy do wprowadzenia obawy … No, nie czarujmy się. Nie
pchałem się. Tym bardziej, że to był okres takiego
wzajemnego oskarżania się. Był ingres biskupa Piszcza, to
spotkałem się w gronie takim, to komuś dupę obrabiali: O,
to bezpieka … Ja jak tak popytałem, nas parenaście osób było,
uświadomiłem sobie i to im powiedziałem: Wiecie co, w różnych
grupach takich przypadkowo spotykających się, o każdym z was to
słyszałem. I zakładałem, że o mnie także.
Kwestia przypadku o kim nie. Potem się tam mówi … I w sumie
stwierdziłem, że im mniej będę się wpierzał w
jakieś sprawy, tym mniej będę podpadający. Bo jak ktoś
jest znany i chodzi tu i chodzi tam, to jakieś wpadki są, one są
nieuchronne. A inaczej ktoś oczyszcza sam siebie, bo się nie pcha, bo
gdyby był na takich czy innych usługach, to jego wolą
byłoby się pchać.
Pyt. Czyli, najlepiej nie działać?
Odp. Ja ci powiem, to nie tak. Oczekiwałem działania i bardzo
sobie do tej pory cenię tę podejmowaną rękawicę. Z
całym szacunkiem chciałbym tym nieznanym ludziom oddać honor i
szacunek za kontynuację tego tytułu. Chociaż mi się on nie
podoba - „Rezonans” - głupi tytuł - ale ten upór,
ciągłość numeracji przy zerwaniu ciągłości
ekipy, że jedna drugiej nie znała. Tymczasem jak to znikło,
pogłoski poszły, że kogoś zwinięto - znajdowali
się ludzie, którzy napisali „Rezonans” na kartce, kolejny numer nadawali i
to szło dalej. Przecież w sumie, jak się orientowałem,
że to chyba cztery, czy pięć ekip było i z najwyższym
podziwem na to patrzę. I uważam to za bardzo wartościowe -
tę działalność. A to, że ktoś tam się TZR-em
nazywał, coś tam słyszałem, że Gierczak czy inni.
Siedli i pieprzyli w bambus …
Pyt. W którymś „Rezonansie” padło nazwisko Broński.
Podejrzewam, że to pseudonim?
Odp. Spotykałem się czasami z tym szefem Regionu, naszym
byłym pracownikiem, Wojtkiem Niepokulczyckim. Czasami się
spotykałem. Wiedziałem, że on jest szefem Regionu, ale
wiedział, że ja się nie włączam w nic. Wszyscy
wiedzieli, kurde, i na niego polowali …
Pyt. Czyli w stanie wojennym on był szefem?
Odp. Tak, tak. Pierwszym szefem, który dość długo … Znaczy,
żebyś dobrze rozumiał, jak rozumiałem, był jakiś
taki rozziew. Było ciało, które się zbierało, coś tam
radziło i mówiło, że jest TZR, to było jedno. A Wojtek
Niepokulczycki to przypuszczam, on między innymi inicjował te
„Rezonanse” itd. On był takim realnym szefem. Tego Lutego np. wiozłem
na polecenie Wojtka Niepokulczyckiego.
Pyt. Z jakiego zakładu był Wojtek?
Odp. Nie powiem ci. Młody chłopak, chyba zaraz po studiach. On
był pracownikiem w Zarządzie Regionu.
Pyt. A co się z nim teraz dzieje?
Odp. Miałem kontakt z nim i wtedy prowadził taką firmę
prywatną, malarską, remonty, coś takiego. Spotykałem go
czasami na tym rynku na Kościuszki. I urwał mi się. On
odstąpił. Zraził się czy coś, stracił zapał.
Wogóle był zaskoczony, jak ja go spotkałem (zaczął
opierdalać) jak się TZR organizował, ale tam coś już w
tym momencie były rozziewy. Czy coś zaniechał, a może go
zmusili do podpisania czegoś na jakimś etapie, gdy go
przypudłowali?
Pyt. Czy on siedział?
Odp. Był taki moment, że on siedział. Był taki moment,
że go złapali. Jakie były koleje, dzieje tego wszystkiego, to
trudno powiedzieć. Faktem jest, że on już nie wrócił do
sprawy, kiedy związek zaczął się odtwarzać. Ale sporo
czasu funkcjonował jako de facto szef … Początkowo nie szukałem,
nie chciałem dochodzić kto rządzi. Znalazłem tego Sasina
Wieśka. On rządził jako taki przewodniczący wojenny i
kontaktowałem ich ze sobą. Konkretnie chciał Niepokulczycki: -
Kurde, mówił, do kogo ja się zwrócę? Ciebie znam, więc ty
mi musisz załatwić kontakt. I jedną tylko rzecz nagrałem. W
Parku Czynu Partyjnego powiedziałem Wojtkowi godzinę,
powiedziałem Sasinowi i to była ich sprawa.
Pyt. A Sasin, kto to był?
Odp. Nadal jest. On był poprzednio przewodniczącym komisji
rewizyjnej. On opierdolił okropnie, jak Bryckiego podsumowywał. To on
był szefem Solidarności w OZOS-ie.
Pyt. On był szefem?
Odp. Nadal jest w komisji zakładowej. On jakiś kolportaż
organizował. Taki mały kolportaż w OZOS-ie to ja robiłem
też. Znaczki, wydawnictwa. Parenaście osób obsługiwałem.
Pyt. W stanie wojennym była oprócz prasy, Rezonansu, jeszcze druga
sprawa, bardzo ważna: na ile potrafiliśmy pomóc swoim kolegom, czyli
działalność charytatywna.
Odp. Jeżeli o tym mówimy, to ja czuję
ciągłość tego związku i nie mogę mówić „nowa
Solidarność”, czy coś takiego, ponieważ cały czas
płaciłem składki. Od 1980 roku płacę składki
związkowe i nigdy nie przerwałem.
Pyt. Kto zbierał składki?
Odp. U mnie koleżanka Ola zbierała. W pewnym czasie
nastąpił taki moment, że ja zbierałem. Przekazywało
się Sasinowi. Wiedziałem o tym, że to idzie na cele
charytatywne. Rozliczenia nie było, byo to zaufanie, że trzeba i to
płynęło przez Sasina.
Pyt. Uważam, że to bardzo istotna działalność. Czy
z panią Heleną Cynalewską miałeś kontakt?
Odp. Słaby. Bardziej moja rodzina jak w internacie byłem. Pani
Helena próbowała pomagać. Pomoc materialna może nie była
nam aż tak bardzo potrzebna, ale ta życzliwość była
potrzebna. Ona też miała ciężkie momenty, bo milicja u niej
zastała ludzi. Możliwe, że moja koleżanka z OZOS-u i jej
przekazywała przez jakiś czas. Trudno mi powiedzieć. Nie
pytałem o to. Uważałem, że nie należy o to
pytać. Był ten obowiązek, że te zebranie Zarządu …
Pyt. Zwinięto u niej.
Odp. Nie zwinięto, tylko przyszedł szef jakiś i powiedział,
a raczej zapytał o pozwolenie odbycia zebrania. Jak nie macie
państwo, to się rozejdźcie. Tak to wyglądało. Jedyne
było zagrożenie, że Powroźny miał całą
teczkę, torbę taką, pełną kaset lewych. No, kurde,
żeby tylko nie zajrzeli. I na niczym się to skończyło.
Czuliśmy, że ku czemuś nowemu idzie.
Wiosną 1988 roku chyba to było. Na pewno Grażyna Langowska z
Ryśkiem, oni to rozpoczęli i oni jak gdyby de facto wskazali paluchem
Bryckiego, że on tu ma być szefem. Ja tego typu demokrację
uważam na ciężkie czasy. Uważam, że Brycki swoją
rolę spełnił, chociaż mam do niego cholernie dużo
zastrzeżeń. Na ten czas jednak dostatecznie dobrym się
okazał. Robił co trzeba. Spotykaliśmy się u jego brata, to
u Franciszkanów w zakonie wewnątrz tam, to u mnie w domu raz było.
Pyt. 1988 rok to było już wyraźne ożywienie polityczne.
Odp. Wszyscy żeśmy się zgodzili z oceną, że jest
to kwestia czasu, że nastąpi jakiś przełom polityczny. Na
czym będzie polegał to dopiero wyjdzie, ale trzeba przygotować
zakłady. O! To była teza. I była dyrektywa w jaki sposób
reaktywować to porozumienie zakładów na bazie związkowej Zarzdu
Regionu, ale w sensie porozumienia aktywistów zakładowych, a nie
jakiś organ, który opowiada o sobie. Byliśmy zrażeni do takiego
Zarządu Regionu, który mówił o sobie. Zawracanie dupy.
Pyt. A co to był za Zarząd?
Odp. To się mówiło, tam różne nazwiska, bo to była
„herbatka u Leny”, „placki u Ziuty”. Szczególnie jeśli chodzi o ten drugi
przypadek, to z tego środowiska część uważała,
że oni są kontynuacją Zarządu Regionu jako takiego, ale to
taka zabawa.
Pyt. Na tych spotkaniach, m.in. u p. Heleny Cynalewskiej, jakie osoby tam
były?
Odp. Ktoś z Ostródy, ale nieznany mi zupełnie, ale ze znanych to
bankowiec (starszy jegomość o suchej twarzy, drobny, o wysokim czole,
on chyba działał w KIK-u).
Pyt. Grażyna chyba była?
Odp. Nie, to na początku tylko. Grażyna miała inną
rolę - Helsiński Komitet. To wyglądało tak, że oni
uruchomili sprawę, postawili Bryckiego i wio, dalej jedźcie sami.
Kamiński był. Później przeszło czy coś, trudno
powiedzieć.
Pyt. Co możesz powiedzieć o Boberze? Mówiłeś, że
on był zdecydowany.
Odp. Bobera uważam za najwybitniejszą postać tej dawnej
„Solidarności” o jasnej wizji politycznej i bardzo konkretnego
człowieka. Jestem pełen szacunku do niego. Z tym, że w
życiu zawadził - co zresztą od razu powiedział - o
bezpiekę. Ale to uważał za swoje szalone obciążenie do
tego stopnia, że ktoś mu to wytknie, w związku z tym nie
chciał iść na szersze wody, bo ja uważałem, że
jak żeśmy do krajówki wybierali, to w końcu uważałem,
że Bobera należy wybrać, ale on się nie zgodził,
uparł się. jako jedyny człowiek miał wizję.
Pyt. Co możesz powiedzieć o tej jego wizji?
Odp. On widział okresowość tego,
przejściowość tego uzależnienia od Sowietów, ale
potrzebę wykorzystania tego okresu do, podobnie jak powstania polskie
robiły, odświeżenie świadomości narodowej. Z jednej
strony prawdopodobne było w bliskim planie przegranie, ale w
dłuższym planie to trzeba było robić. Między innymi
jak z więzienia wyszedł to mówił, że on będzie działał,
do więzienia pójdzie bo wie, że każda konspiracja jest skazana
na przegraną. Czas sprzyja milicji.
Pyt. A jeżeli chodzi o jego okres więzienny, co możesz
powiedzieć?
Odp. Niestety nie miał lekkiego życia. Byłem na tym procesie
kiedy go wypuścili, akurat tam pojechałem.
Pyt. A co możesz powiedzieć o Krupińskim?
Odp. Słuchaj, tutaj mam wieści takie dziwne, że moi koledzy,
którzy z nim byli w Bartoszycach czy Braniewie w dużym więzieniu -
nie chcą mówić. Mówią, że pogardę czują do niego.
Jedyne co z nich wydostałem, to kwestie takie, że w tym co mówił
to był napastliwy, pogardliwy wobec Wałęsy, coś takiego,
ale to za mało by było, żeby w nich wzbudzić tego typu
emocje. I w Zbyszku Przewłockim i w Romaniuku - nie chcą faceci
mówić. Tylko mówią, że skreślili Krupińskiego i
koniec. Jakie były tego wątki, że inni potrafili zachować
się, całkiem prości ludzie wiedzieli jak zachować się
w takim czasie, a on nie potrafił. Nie wiem na czym to polega, skąd
to się bierze. Zresztą był trochę dziwnym człowiekiem.
Jak był pogrzeb Bartuszka, to różnie skłóceni ludzie byli, a
jednak potrafili ze sobą rozmawiać w jednej grupie, a Krupiński
stał z boku. Ale przyszedł, to też jest ciekawe. A więc
może być coś takiego, że jego osobliwości
charakterologiczne i niezależność tak daleko doprowadziły,
więc być może nie do końca należałoby go
przekreślać.
Pyt. Może sam pobyt w więzieniu wpłynął na to?
Odp. No nie, z relacji nie wynikało, żeby on był mocno
załamany.
Pyt. Ale w stoczni, czy on był pobity mocno?
Odp. Nie, nie. Być może oberwał, ale coś takiego,
żeby miał obrażenia - to nic mi nie wiadomo. On miał
zaś jakieś swoje sercowe historie. Może to z tym było
związane.
Pyt. Po wyjściu z więzienia nie włączył się
do działalności?
Odp. Mam tutaj takie osobiste patrzenie. Żeby w tym OZOS-ie być.
Jedyny sens mego działania to taki, że jestem w OZOS-ie. W
zakładzie organizację solidarnościową utworzyłem. Bo
pamiętasz była taka koncepcja, że odrębna organizacja
związkowa w każdym zakładzie. Ja byłem wystraszony -
dzwoniłem do Grażyny Langowskiej, to kurde chyba jakaś bzdura,
ale ona potwierdziła. Jeszcze do Romaszewskiego dzwoniła. Podobno
my propagandowo uzyskujemy czas
zaistnienie tego komitetu …
Pyt. A Romaniuk z OZOS-u, ten więziony?
Odp. Odsunął się od działalności związkowej,
a w międzyczasie został kierownikiem jednego z wydziałów.
Aktualny dyrektor został wybrany przez Radę Pracowniczą, której
przewodniczył Romaniuk. On wrócił po paru latach, chyba rok po
okrągłym stole, do firmy.
Pyt. Acha, on był poza firmą?
Odp. Tak, czekał na orkiestrę, żeby go powitała, ale w
sumie do działalności związkowej nie włączył
się. Myśmy wysunęli go do Rady Pracowniczej, ale w pewnym sensie
Solidarność uważała, że ktoś inny powinien
być dyrektorem, ale on poparł innego i krótko potem awansował,
bardzo wyraźnie awansował, bo z majstra bez wyższego
wykształcenia, został kierownikiem w Bisztynku (bieżnikowania
opon), samodzielna placówka. Trochę poszedł na karierę. Nie
że to zaprzaniec ale, że poszedł na karierę.
Zaczął olewać Związek. Korzystając z popularności
i wpływów jakie ma … i te wpływy sprzedał dyrektorowi. Tak to
wygląda. (…)
Kiedy jeszcze na początku w 1980 roku dwa związki były, ja
zameldowałem się u Przewłockiego, gdyż tamten związek
rozpada się na koniec listopada. Ja na tę postawę się zdobyłem i o
„Solidarność” porosiłem. Poszedłem gdzie bardziej ludna
grupa była, podpisałem deklarację i powiedziałem, że
załoga chce tego związku. Dlatego się do związku
zapisałem, ponieważ załoga chciała - takie jest moje
wejście do „Solidarności”. I dalej w nim jestem, dlatego
właśnie. I widocznie uważano, że ja nie kręcę,
że uczciwie sprawę stawiam, bo w grudniu mnie skierowali, bo MKZ
zażyczył sobie, aby zakłady desygnowały ludzi do pracy. Bo
brakowało ludzi do pracy w Zarządzie Regionu. I mnie skierowali,
który deklarację w grudniu podpisał i były takie zgryzy,
awantury autonomistów z „Solidarnością”. Ale wiedzieli z jakich
pozycji, że prozałogowy startuję i mnie wysłali do Regionu
z całym przekonaniem. Ja się pojawiłem 31 grudnia 1980 roku w
Zarządzie Regionu, jako ten desygnowany przez OZOS do MKZ i mnie tam Bober
wkleił do interwentów, ale nie od razu miałem do czynienia z
Wojnowskim. Był to okres dużego napięcia z Wojnowskim. I tylko w
jednej sprawie wykorzystał mnie Bober, gdzieś tam latałem
koło Mirek, u stolarzy szukałem jakichś wałków, klocków,
które tam zdeponowali ludzie Wojnowskiego na jego rzecz. I ten bidula taki
stary był przerażony, że to u niego to leży, jak on się
z tego wytłumaczy, bo dokumentów nie ma. I zbierałem te informacje na
temat tych wałków. To było wzięte z jakiejś stolarni,
jakieś tam resztówki za darmochę. I to cały mój współudział
osobisty w sprawach Wojnowskiego.
Pyt. Jak ty to oceniałeś w tym czasie? Na ile sprawa Wojnowskiego
była sprawą Związku? I całego Regionu?
Odp. Stwierdzam nadal, że Związek był wówczas wszystkim. I
nie kłóciłem się z przebiegiem Zjazdu Krajowego, który był
sejmem - polskim sejmen wolnym. Tam były sprawy narodowości, kultury,
to był pierwszy moment po wielu, wielu latach, kiedy naród polski, nie
działacze związkowi, naród polski mógł zdefiniować pewne
swoje pryncypia, które w nim ocalały. Dlatego nie sprzeciwiałem
się, gdyż wtedy wiedziałem, że Związek jest przesycony wszystkim co się da. W nim to
wszystko się chowało. A Wojnowski i ta władza, to były
soprawy kryminalne. Tam rózne historie, ludzie ze wszystkim do
„Solidarności” szli i tak być musiało. I dla mnie sprawa
Wojnowskiego była nie sprawą tej jednej osoby, gdyż rozmiar
finansowy tej sprawy nie był wielki, tylko charakterystyczny styl
życia, metody. To co było tą normalnością
specyficzną. Tam było takie zdziwienie, że pewne zarzuty są
zarzutami.
Pyt. Że ktoś sformułował wogóle coś takiego?
Odp. To był taki obyczaj poniekąd zwyczajowy. Zapomnienie co to
kradzież, co to nadużycie stanowiska. takie były jakieś
feudalne należności, że coś załatwiają
urzędnicy w ciągu pracy coś im robią. To było tak
według nich oczywiste, że o czym tu gadać. Czysta
złośliwość polityczna, uważali, że robi się
z igły widły. I to myśmy obnażali. I tak należało
to rozumieć. Oczywiście nie było jakichś nadmiernych kwot w
tym wszystkim, ale był ten obyczaj, który wykazywał kto jest
właścicielem Polski Ludowej, że to aparat partyjny tak to traktował:
Przecież nie kradnę, tylko biorę dobre rzeczy bo co, bo mi
się należy. Po prostu mi się należy.
Pyt. Chciałem cię zapytać o jedną rzecz,
dotyczącą dnia dzisiejszego. Czy ty jako członek „Solidarności”
obecnie, jak się czujesz w swoim środowisku i czy masz jakiś
komfort?
Odp. No, nie bardzo. Nie bardzo, gdyż członków jest znacznie
mniej, niż dawniej. To jest takie rozczarowanie nami samymi, jak gdyby
wewnątrz Związku. Nieufność wobec działaczy związkowych,
nieufność jednych zakładów wobec drugich i taka reakcja na
powszechną ufność wzajemną, radosną w tamtych latach,
tak teraz głęboka nieufność. Rzadko kiedy ludzie sobie
teraz darują.
Pyt. A stosunek do was kierownictwa zakładu i członków dawnego
estabilishmentu. Czy coś dla nich stanowicie?
Odp. Raczej dla nich nie.
Pyt. Czy nie spotykacie się z szykanami?
Odp. Nie, co to, to nie. Jeszcze na tyle stanowimy potencjał w
zakładzie, liczący się nadal, że jeszcze trochę z
szacunkiem, trochę jest takiej gry podpuszczającej - jest respekt
pewien, nadal jest pewien respekt.
(Rozmowę przeprowadził i notował Zenon Złakowski)
--------------------------------------------------------------------------------
Rozmowa z Kazimierzem Wośkiem
w dniu 26 wrześnie 1995r.
Pyt. Od kiedy związałeś się z
„Solidarnością”?
Odp. W 1980 roku studiowałem na WSP olsztyńskiej. tak pośrednio
uczestniczyłem w strajku w Stoczni Gdańskiej. Gdy zjawiłem
się chyba pierwszego października w Olsztynie, spotkałem Wojtka
Ciesielskiego i on zapytał: jak zakładamy związek zawodowy? Ja
byłem wówczas studentem, a on asystentem. I nie wiedziałem jak
odpowiedzieć na to pytanie. Pogadaliśmy krótko i już
wiedziałem z kim rozmawiam. Do czerwca 1981 roku kończyłem
studia. Wojtek Ciesielski powiedział, że najlepiej będzie jak
będziesz pracował w Zarządzie Regionu „Solidarności”
Pyt. A przez te kilka poprzednich miesięcy?
Odp. Nie miałem żadnego kontaktu. To znaczy zjawiałem
się czasami w Zarządzie Regionu. Ja byłem jednak wtedy na
„dziekance”, nie byłem członkiem NZS-u. Zacząłem pracę
od zarządu regionu i moje pierwsze skierowanie do pracy, moja pierwsza praca
to w Zarządzie Regionu - od 1 sierpnia 1981 roku z Urzędu
zatrudnienia dostałem skierowanie do pracy w Zarządzie Regionu
„Solidarność” w Olsztynie. Miałem tam pracować,
chciałem tam pracować jako archiwista. Wyszły nieporozumienia ze
względu na to, że żona Krzyśka Mielczarskiego członka
Prezydium, pani Ania Mielczarek pracowała jako archiwistka zatrudniona na
etacie. I zrozumiano to jako podkopywanie jej pozycji, więc chodziłem
tak i nie wiedziałem, czy będę tam pracował czy nie.
Byłem w takim zawieszeniu i wtedy Mirek Krupiński, którego nie
znałem wcześniej, powiedział: No to pan pracuj u nas w dziale
Administracyjno - Gospodarczym. Zacząłem tam pracę z januszem
Śliwińskim. Byłem od rozwieszania flag, od propagandy, na
teleksie pracowałem. I tak pracowałem do 13 grudnia. W tym czasie
obroniłem pracę magisterską - podczas II tury Zjazdu
„Solidarności”. Dostałem taką propozycję, żebym
codziennie jeździł do Gdańska na Zjazd po materiały i zawożąc
naszym delegatom materiały. I tak dwa tygodnie kursowałem. W nocy
przyjeżdżałem do Olsztyna, nagrywaliśmy z Leszkiem
Szawłowskim i jeszcze z kimś (może Leszkiem Grucelą)
audycje radiowe, które leciały przez tę naszą „szczekaczkę:
i w midzyczasie obroniłem tam kiedyś pracę magisterską,
pojechałem spowrotem do Gdańska i cały następny
tydzień tak jeździłem. Nie byłem w Zarządzie Regionu
nigdy zaakceptowany, dlatego, że ja byłem pracownikiem Zarządu,
ale nie działaczem i ja nie miałem za sobą żadnej Komisji
Zakładowej. Oni wszyscy wywodzili się z jakichś komisji, mieli poparcie,
a ja byłem znikąd. I kiedy w 1990 roku spotkałem się z
Andrzejem Boberem, to on powiedział mi tak: - Myśmy ciebie traktowali
jako esbeka. Bo jesteś facet znikąd, przychodzisz do pracy,
pracujesz, wychodzisz i my nie wiemy kim ty jesteś?” Bo ktoś za nimi
stał, a za mnż nikt nie stał. Wojtek Ciesielski stał. I to
jest cała moja praca do 13 grudnia 1981 roku. A największa
konsolidacja ludzi nastąpiła w czercu 1981 roku, a ja wtedy jeszcze
nie pracowałem.
Pyt. Czy w zarządzie Regionu była atmosfera podejrzliwości?
Odp. Wyczuwao się ją, ale była raczej - może nie
bezmyślność, ale chaotyczność w działaniu.
Słuchaj, jeżeli mnie zatrudniono nie wiedząc kim ja jestem, to
znaczy, że to było na wariata. Np. Soroka: skończył studia
dziennikarskie i został zatrudniony w Zarządzie Regionu jako
dziennikarz. I ktoś tam gdzieś plótł: a ten facet jest
podejrzany, ale była kompletna bezmyślność. Każdy kto
chciał mógł wejść: każdy esbek, kady milicjant
mógł wejść do Zarządu regionu i tam pracować.
Pyt. Czy uważasz, że wielu ludzi niepożądanych
mogło tam się znaleźć?
Odp. tak, tylko diabli wiedzą kto. Nie powiedział bym o
żadnej z osób, że była esbekiem, chociaż esbecja miała
inne wejścia, bo wszystko tam się toczyło jawnie. Tak jawnie,
że ja do dziś mam w swoich archiwach dokument, na którym jest
pieczątka: „wpłynęło do Zarządu Regionu” - na pewno go
nie ukradłem. Jest stempel oficjalny Zarządu Regionu - ja go nie
ukradłem, wziąłem go ze śmietnika. Dokument szedł do
kosza, ja go z kosza wyciągnąłem i do dzisiaj zachowałem,
bo to lubię zachowywać.
Pyt. Czy bezpośrednio odczueś atmosferę podejrzliwości?
Odp. Wówczas nie. To później Andrzej Bober mi powiedział, że
faktycznie myśmy ciebie nie znali. Ale ja tam byłem tylko pionkiem,
dobrym urzędnikiem. Tam było tylu prezydiantów, tam była
cała komisja interwencji, bardzo ważna. Podejrzliwości nie
odczułem, dla mnie to była bezmyślność.
Pyt. Powiedz wszystko, co wiąże się z dniem 13 grudnia 1981
roku?
Odp. 12 grudnia dostałem polecenie zebrania grupy plakatowej:
studentów NZS-u z WSP do rozplakatowania jakichś plakatów na mieście.
Tę noc spędziłem w akademiku przy ul. Niepodległości,
NZS-u nie znalażlem tam, poszedłem do akademika przy ul.
Żołnierskiej - też nie znalazłem chłopaków. I nie
wiem, zostałem na noc. Z rana chciałem wyjść i
usłyszałem: - Dokąd ty idziesz - portierka mnie znała -
stan wojenny. Z moimi kolegami podszedłem na ul. Dąbrowszczaków
gdzie była siedziba Zarządu regionu: milicja stoi, otoczony cały
budynek. Ja próbuję się dobijać i pamiętam jak dziś -
do drzwi się dobijam i myślę, że muszę nagrać
audycję i im wyszczekam co to jest stan wojenny. A portierka mi macha: -
Idź pan, idź pan! A tam stoją tacy ZOMO-wcy w maskach. Było
dużo ludzi pod Zarządem Regionu, była 9-ta rano. Tam spotkałem
Elżbietę Syniec. Ona też była wówczas pracownikiem
Zarządu Regionu - „Pszczoła”. I ona mi powiedziała: - No to
idziemy do PSTBR-u. A nie wiedziałem o tym, że jest gdzieś
strajk. Ja miałem jedno w głowie: iść do Zarządu
regionu, włączyć ten nadajnik, nagrać i szczekać -
protestować. I z „Pszczołą” udałem się do PSTBR-u. Tam
był drugi ośrodek strajkowy. Prezydium wcześniej jakby o tym
wiedziało - wyglądało na to, że wiedziano, iż
pierwszym ośrodkiem jest OZOS, a drugim PSTBR. I tam spędziłem
noc, tam siedzieliśmy.
Pyt. Kogo pamiętasz, kto tam siedział?
Odp. Stefan Nowakowski i Bolesław Mróz z PSTBR-u, było tam 20
osób. To była niedziela i myśmy tam spali w jakiejś
świetlicy na podłodze. To był strajk. Myśmy strajkowali w
tej sali, pies z kulawą nogą tam nie zaglądał.
Przyszła tam Grażyna Langowska, może Ania Żurawek z OZOS-u.
Pytaliśmy co się dzieje w OZOS-sie. Tam był strajk i tu nasz
drugi ośrodek strajkowy. Strajk w PSTBR skończył się w
poniedziałek rano. Bolesław Mróz i Tadek Nowakowski poszli do
dyrektora i poinformowali, że strajkują w związku ze stanem
wojennym. I w tym momencie przyjechała milicja i zgarnęła ich. I
myśmy wyszli, te pozostałe 18 osób, które były z zewnątrz
zakładu, głównie z Zarządu Regionu, albo związani z
Zarządem. Byliśmy zdenerwowani, zmęczeni. Leżeliśmy
tam pokotem na podłodze i spaliy. I rano wyszliśmy, a ponieważ
mieszkałem w Olsztynie, a moja żona w Ostródzie. Mieszkałem na
ul. Zwycięstwa, naprzeciwko stadionu - ktoś mnie skierował do
jakiegoś mieszkania naprzeciwko OZGrafu i tam byłem przez
następne dwa dni. Nie wiem co się działo, kompletnie nie wiem.
Byłem am, ktoś mnie gościł, ktoś mówił,
rozmawialiśmy z dziesiątkami osób. Ktoś się
kręcił tam.
Pyt. Ale kto był gospodarzem?
Odp. Nie wiem, nie pamiętam. I nie znajdziemy na pewno nikogo.
Później po paru dniach zameldowałem się u
swojej znajomej Ewy Piotrowskiej, też była pracownikiem Zarządu
Regionu, zmeldowałem się tym razem na ul. Limanowskiego, na
Zatorzu. Dlaczego to nie pamiętam. Dowiedziałem się z
komunikatów, e potrzebne jest zameldowanie i tam się zameldowałem. I
tam tydzień przebywałem. Przed świętami na pewno byłem
w domu w Ostródzie.
Pyt. Co wówczas myślałeś robić? Jak
zamierzałeś funkcjonować w tej nowej rzeczywistości?
Odp. Próby były chaotyczne. Pamiętam spotkanie
poświąteczne, właśnie u Piotrowskich, na którym był
Walery Piskunowicz, Krystyna Urniaź, Piotrowscy, ktoś
tam jeszcze, któraś z prawniczek Zarządu Regionu z 1980 roku, która
później podkablowała mnie. Bardzo ważne spotkanie, na
którym ustaliliśmy co mamy robić: protestować, coś wydawać,
ulotki pisać. Ja wtedy chlapnąłem, że mam
nieoznakowaną maszynę do pisania, ktoś tam później to
wykorzystał.
Później święta, Sylwester, jakoś przeleciały
normalnie. Nic wtedy nie robiliśmy. Z Pszczołą później
już nie miałem kontaktu żadnego. Pszczołę
zamknęli, internowali.
Pyt. Kim byli Piotrowscy?
Odp. Ewa Piotrowska była pracownikiem Zarządu Regionu -
maszynistką czy sekretarką. Myśmy się znali, bo my nie
byliśmy działaczami, ani ja, ani Ewa Piotrowska, ani Ewa Ruszkowska i
Janusz Śliwiński. I myśmy wszyscy zostali na wolności i w
styczniu 1982 r. zrobili razem chyba z Wojtkiem Niepokulczyckim (on w dziale
interwencji pracował i on też został) taką rzecz:
ustaliliśmy, że pójdziemy do wojewody zaprotestować, a raczej
wyjaśnić nasz status: czy my pracujemy, czy nie pracujemy, gdzie mamy
dostawać pieniądze. ja polazłem jako pierwszy i
przedstawiłem się jako przewodniczący Komisji Zakładowej,
chociaż nim nie byłem, gdyż byłem członkiem Komisji
Zakładowej. W Urzędzie Wojewódzkim było makabrycznie: jacyś
milicjanci, generałowie chodzili ze spluwami, z karabinami.
Przyjął nas chyba któryś z wicewojewodów i podanie. I wyrzucono
nas za drzwi.
Pyt. Czy wyjaśnił się wasz status?
Odp. Tak, do marca 1982 roku byliśmy
zatrudnieni jako pracownicy Zarządu Regionu i dostawaliśmy
pieniądze - Urząd Wojewódzki nam płacił. Do marca
miałem w dowodzie - zatrudniony w Zarządzie Regionu. Nawet
kiedyś mandat mi wlepiono w pociągu za to.
Pod koniec grudnia 1981 roku już byłem w Ostródzie, przyjechała
milicja i zrobiono u mnie rewizję, szukając matriałów
antypaństwowych. Jamiałem wówczas ok. 1000 książek
bezdebitowych i inne materiały. Zabrano mi te wszystkie książki,
biuletyny związkowe. Wtedy na spotkaniu u Piotrowskich pisaliśmy
ulotkę, swoim charakterem pisma, był nawet stempel „Solidarność”
po przekątnej, protestujący przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego.
Leżała między dwoma swetrami. Milicjant przełożył
dwa swetry i nie znalazł tego - byłbym siedział. Zabrano mnie do
Olsztyna z tytułu tego, że miałem u siebie te wydawnictwa. Wtedy
siedziałem 48 godzin pierwsze, bez postawienia konkretnego zarzutu. Chyba
nie byłem przesłuchiwany, a jak przesłuchiwany to na zasadzie :
co robiłem w Zarządzie Regionu, kim byłem. Pamiętam,
że było wówczas na dołku bardzo dużo osób z „Solidarności”.
I puszczono mnie. Powiedziałem sobie: wypnę się na wszystko.
Długo nie wytrzymałem, 19 lutego własnym sumptem, bez inspiracji
wydałem pierwszy numer „Rezonansu”. Gdzieś miałem jeszcze
zachowane matryce woskowe, jeszcze z przed stanu wojennego. Nie wiem jak
winietę zrobiłem, bo była ona orginalna. Napisałem sam
ręcznie, żeby zmienić charakter pisma, to pisałem pod
linijką. Ten numer „Rezonansu” oznaczyłem numerem „2”. Żeby nie
było, że to jest pierwszy. Zamieściłem listę skazanych
i listę internowanych i protest przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. I
to był jednostronicowy „Rezonans”, który wydrukowałem. Matrycę
woskowę położyłem na lewą stronę - nie
wiedziałem jak to się robi - jakimś wałkiem, fabę
drukarską skądś miałem. Na szmacie, jeszcze widać
ślady na ręczniku, wydrukowałem ten numer. W 100 egzemplarzach.
Później złapałem kontakt z chłopakiem z NZS-u. On
mieszkał przy dzisiejszym pl. Konstytucji 3 Maja (przy dworcu).
Znałem tych ludzi. I on powiedział, że jest w stanie
wydrukować to lepiej. Miałem mu to dać, już go nie
pamiętam. Ten pierwszy numer rozrzucałem w pociągu. jak
wydrukowałem 100 egz. to 50 poszło w świat, a 50 egz. może
w piecu spaliłem. Po prostu zrobiłem coś i bałem się
tego co zrobiłem. Dawałem znajomym.
Pyt. Czy egzemplarz tego numeru zachował się?
Odp. Jest. I on na podstawie tegu numery … Heniek! On jest w Niemczech
teraz. Był studentem WSP. Nie mam żadnego kontaktu z nim. On mi to
przepisał na maszynie do pisania. I ja to powtórzyłem w 300 egz.
dałem jemu i Wojtkowi Ruszkowskiemu. Wojtek Ruszkowski to mąż
Ewy Ruszkowskiej, która pracowała w Zarządzie Regionu w 1981 roku,
była do spraw szkoleniowych.. I dałem ten „Rezonans”. Oni go
rozwieźli, rozkolportowali. Trzeci numer „Rezonansu” zrobił heniek
przy użyciu normalnego powielacza. tam było przemówienie Aleksandra
Heiga na konferencji madryckiej, protestujące przeciwko wprowadzeniu stanu
wojennego. Taśmę z tym przemówieniem dał mi Janusz
Śliwiński (obecnie w Kanadzie). Ja tę taśmę
przesłuchałem, przepisałem ręcznie i ktoś
przepisał na maszynie. Kto nie pamiętam.
Pyt. Listę internowanych, więzionych, skąd miałeś?
Odp. Z głowy, z wiadomości uzyskanych podczas towarzyskich
spotkań … Pamiętam, że tam parę błędów
popełniłem, kogo internowałem, kogoś aresztrowałem. ta
lista może i w radio leciała, może i w „Gazecie
Olsztyńskiej” była.
Później zacząłem współpracę z Michałem
Kłosińskim, to jest mój kolega ze studiów, współpracował z
„Solidarnością” olsztyńską nauczycieli w 1981 roku. On
był jednym z wydawców „Roty” - gazetki pracowników oświaty. Przez
niego poznałem Bogdana bachmurę, albo przez Wojtka Ruszkowskiego. Bo
to było tak. W marcu rozpocząłem pracę w Sp-ni
Mieszkaniowej „Pojezierze” w administracji. Byłem facetem od wydawania
kartek ywnościowych. To było na Kołobrzeskiej 13, blisko
miałem do Ruszkowskich. I tak - kartki wydawałem i chodziłem do
Ruszkowskich. Oni mi dawali bibułę i oni od kwietnia 1982 roku
zaczęli przywozić „Tygodnik Mazowsze”. Dokładnie Wojtek
Ruszkowski rozpoczął przywożenie do Olsztyna „Tygodnika Mazowsze”,
kasety Kellusa, Kaczmarskiego, Łapińskiego, Gintrowskiego. Ponadto
przywoził „KOS”. Ja poznałem Ruszkowskich z
Michałem Kłosińskim. Michał Kłosiński mnie z
Bogdanem Bachmurą. I ten krąg ludzi zaczął
funkcjonować. W pewnym momencie wydawało mi się, że jestem
najważniejszy w Olsztynie. Poza tym kręgiem ludzi, którzy byli na
wolności, ja znałem także ludzi z Zarządu Regionu. Bo te
osoby, nie licząc Ewy Ruszkowskiej, nie były z Zarządu Regionu.
Skontaktowałem się z Michałem Powroźnym, z Leszkiem
Grucelą, z Krzyśkiem Milczarkiem, z Wandą Lechowską,
żoną Leszka lechowskiego, sekretarza Zarządu Regionu. Te osoby
albo wychodziły z internowania z Iławy, albo były na
wolności. Ja tych byłych działaczy i tych nowych działaczy
kontaktowałem w jakiś sposób. Ja się spotykałem,
mówiłem ten jest ten, ten jest ten, i oni się psotykali. I
później ten krąg ludzi zaczął się tak poszerzać …
Drukowałem „Rezonans” do 17 numeru. Robiłem to w chałupie, w
Ostródzie w domu, bez powielacza, ręcznie to było robione albo w
piwnicy, albo na strychu.
Pyt. Co to znaczy ręcznie?
Odp. Ręcznie, to znaczy: ktoś przepisywał na maszynie (kto,
to nie pamiętam) na matrycy woskowej, a ja to drukowałem
kładąc, robiąc taką ramkę, na którą
kładłem farbę, później matrycę, papier,
wałeczkiem przejeżdżałem i egzemplarz jeden był gotów.
Następny egzemplarz, farba, nowy wałek … Robiłem to w
ilości do 1000 egzemplarzy. Skąd miałem papier, nie
pamiętam. Później Michał Kłosiński skontaktował
mnie z Igorem Hrywną, ale to chyba był już rok 1985 czy 1986. A
może wcześniej? Ktoś mi przywoził papier. Nie wiem kto.
Miałem ten luksus, że dojeżdżałem do pracy z Ostródy
do Olsztyna: dzień w dzień coś woziłem przy sobie.
Brałem papier, chyba nie kradłem nigdzie. Ktoś mi
dostarczał, to Michał Kłosiński, ale skąd on
brał? Pytałem się parę lat temu, skąd brał
papier, to mówił, że nie pamięta.
Pyt. Wspomniałeś między innymi o kontaktach z Bachmurą.
jak go oceniasz, jak on funkcjonował w tym czasie?
Odp. Z Bogdanem Bachmurą poznałem
się na początku: kwiecień czy maj 1982 roku. Wcześniej go
nie znałem, ktoś go wycignął. To Bogdan załatwiał
papier - załatwiał to wszystko.
Pyt.
Okazuje się, że Bogdan Bachmura odegrał istotną rolę w
okresie stanu wojennego. Niektórzy mówią o nim pozytywnie, niektórzy
zaś negatywnie.
Odp. Z mojej strony całkowicie pozytywnie. Poznałem go na ulicy i
na pewno przedstawił mi go albo Wojtek Niepokulczycki albo Wojtek
Ruszkowski. Na ulicy Kołobrzeskiej poznaliśmy się. Później
zacząłem z tym facetem kręcić i on mi dostarczał
masę rzeczy. To znaczy drukiem „Rezonansu” i całą tą
zabawą ja się zajmowałem do 1984 roku. Do 1984 roku nikt nie
wydał chyba poza mną żadnego „Rezenansu”. Pojawiła się
jakaś fałszywka wynikająca z tego (Tadek chyba Adamski czy
Adamczewski). On wydał w pewnym momencie dlatego, że ja się
spóźniłem … Był jeden numer taki podwójny. Do 1984 roku ja
wydawałem. Pomagał mi przy tym Bogdan Bachmura i Wojtek Ruszkowski,
chyba dostarczali mi matryce. Sądząc po czcionce to myślę, że
na mojej maszynie nie napisałem więcej niż dwa numery. Ktoś
musiał to robić - to oni to robili. I oni dostarczali mi papier. ja
miałem farbę drukarską, tą powielaczową od Janusza
Śliwińskiego. On mi kiedyś tam dał
w 1982 roku. On był internowany - jego żona mi dała. Ona
mieszkała na ówczesnej ul. Kaliningradzkiej (Dworcowej) 83 chyba. I
kiedyś zaszedłem i ona mi dała farbę. Później mi tę farbę drukarską
dostarczał Wojtek Ruszkowski i Bogdan Bachmura.
Pyt. Kto dostarczał informacje i artykuły?
Odp. To oni bardziej będą wiedzieli. Ja byłem tylko drukarzem. Od czasu do czasu
dawałem swoje teksty, informacje. Oni zajmowali się najbardziej
istotnymi rzeczami.
1 maja 1982 roku ten krąg ludzi zaplanował - nie żadna
struktura, do maja 1982 roku, nie było żadnej struktury tu w
Olsztynie - zaplanowalimy protest przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Ja
wydrukowałem 1 maja w akademiku WSP, przy pomocy osoby nie związanej
z tym, w ciemni fotograficznej plakat - ładny plakat, Wojtek Adamski
(Adamczewski) zrobił mi projekt. Ten plakat poleciał w paru
tysiącach egzemplarzy. Na sicie to zrobiłem. Kto
mi dał sito - nie mam pojęcia. Pamiętam, że w ciemni
fotograficznej siedziaem dwie noce. Byłem zamknięty w akademiku, w
ciemni przy ul. Żołnierskiej. Zamknął mnie tam mój kolega,
ja tylko wychodziłem do kibla i spowrotem. Ten kolega w ogóle nie jest
związany z „Solidarnością”. Zrobiłem ten plakat i 1 maja
mieliśmy zrobić manifestację. Połowa egzemplarzy jak zwykle
poszła gdzieś. Być może ja się wystraszyłem, być
może zniszczyłem. To znaczy nie zniszczyłem, ale nie
rozkolportowałem.
Pyt. Co on przedstawiał?
Odp. Krzyż, taki przekreślony i 1 maja i wrony fruwające. I
31 kwietnia pojechałem do Ostródy po tych nocach. Przyjechałem
1 maja, poszedłem pod Zarząd Regionu, kupiłem kwiatek,
ściągnąłem sznurówkę czarną, związałem
tą sznurówką kwiatek i położyłem pod wejściem do
Zarządu. I na trzęsących się nogach uciekłem.
Była to 9-ta rano. O 11-tej była tam wielka manifestacja, było
tam ze sto osób. jak na Olsztyn to była wielka manifestacja. I
składali kwiaty … ja się poczuwam do autorstwa tego. Choć
musiał iść kolportaż inną drogą. Musieli ludzie
wiedzieć, że tego dnia pod Zarządem Regionu trzeba
składać kwiaty. Później się dowiedziałem o tej
manifestacji.
Później była na 3 maja, to już Bogdan Bachmura powinien
wiedzieć. On wydrukował „Solidarność
Olsztyńską” na czcionce. Skądś ukradli czcionkę. Ja
pierwszego numeru czcionki nie składałem. Poza „Rezonansem”, bo
być może wówczas „Rezonans” został zawieszony, w maju. Ja do
maja drukowałem, ale wtedy mógł być albo kryzys albo strach.
Przestałem wówczas drukować „Rezenonans”, ukazała się
„Solidarność Olsztyńska” na czcionce robiona. Do dzisiaj ją
mam w piwnicy. I 3 maja chyba wtedy był ten wielki marsz na Starym
Mieście. Bojkot dziennika telewizyjnego. To wtedy się
zaczęło. To obił Bogdan Bachmura.
W 1983 czy 1984 roku, ten krąg ludzi: ja, Bogdan
Bachmura, Michał Kłosiński, Wojtek Ruszkowski i wtedy
pojawił się Zdzisiek Płotek, stworzyliśmy tzw. Tymczasowy
Zarząd Regionu. Śmieszne bo nie mieliśmy żadnego poparcia,
ja np. nie miałem żadnego poparcia. Jak można nazwać
się Zarządem Regionu, jak nie masz poparcia przez nikogo.
Pyt. Ale były to warunki ekstremalne.
Odp. Tak, ekstremalne były. Ja byłem ten, który za sobą
nikogo, byłem sam. Michał Kłosiński gdzieś w szkole
pracował, Bohdan bachmura kręcił się, znał tych ludzi.
Pyt. Kim był Bogdan Bachmura, gdzie pracował?
Odp. Nie wiem, on był takim spiritus
movens w tym momencie. Na pewno w 1983 roku to on był takim
kręcącym olsztyńską „Solidarnością”. On miał
taką umiejętność łapania ludzi, nawiązywania
znajomości. Powstała idea powołania Tymczasowego Zarządu
Regionu. Wybory pierwsze odbyły się w chałupie u Michała
Kłosińskiego na ul. Karłowicza, na Zatorzu. I Sławek Olek
był wówczas, ale skąd on się wziął?
Pyt. Czy wcześniej znałeś Płotka?
Odp. Nie, nie znałem. Ani Płotka, ani Sławka. Ja znałem
tylko Michała Kłosińskiego wcześniej, bo kolegami
jesteśmy. Michał był nauczycielem gdzieś na wsi, Gady czy
coś. On jest w RFN teraz. I myśmy w 1983 (?)
roku powołali Tymczasowy Zarząd Regionu. Przewodniczącym
został wybrany Bogdan Bachmura. A jakim pseudonimem on się
podpisywał? … Ja uczestniczyłem osobiście chyba w czterech
spotkaniach Tymczasowego Zarządu Regionu, u Zdziśka Płotka, u
Michała …Sam powiedziałem, jestem od drukowania, nie zajmuję
się tym, nie występuję nigdzie jako władza żadna. Jako
władza występowali: Bogdan i Sławek. Sławek też
miał ambicje. dwóch kandydatów było na przewodniczącego:
Sławek i Bogdan. Ten Zarząd wydał parę jakichś tam
odezw drukowanych w „Rezonansie”, w tej „Solidarności Olsztyńskiej”,
która była … Bo myśy sobie nie ufali nawet w tym wąskim
kręgu. Oni np. o mnie to wiedzieli, że drukuję. Ale nie
wiedzieli gdzie ja drukuję. Ja nie wiedziałem gdzie Bogdan mieszka.
Myśmy się spotykali na
Jarotach w wieżowcu, gdzieś w mieszkaniu, przez kogoś
wynajmowane, nie mam pojęcia. Tak się kręciliśmy.
Myśmy się spotykali tak jeden, dwóch, trzech. A od czasu do czasu w
tym szerszym gronie. Nie mieliśmy ścilejszego kontaktu ze sobą.
W 1984 czy 1985 roku, to chyba Bogdan Bachmura załatwił mi kontakt z
Gdańskiem. Ja przywoziłem wtedy „Nasz Głos - Biuletyn
Gdański”, za Gdańsk to wtedy ja odpowiadałem. Jeździłem
do Gdańska, przywoziłem bibulę z Gdańska, ja zawoziłem
papier do Gdańska, żeby drukowali. Skąd był papier, nie
wiem. Przed śmiercią ks. Popiełuszki wynajęliśmy
mieszkanie na ul. Pana Tadeusza. Pieniądze na to dał bodajże
Jurek Meissner - dostałem 200 dolarów. Wynająłem mieszkanie za
100 dolarów na rok czasu. Płaciłem z góry. Facet się
śmiał. Ja tam coś kręciem, że coś z
panienką - śmieszne to było. On wyczuł od razu, że nie
o to chodzi. To było mieszkanie jego syna. Ten facet mieszkał na pl.
Bema nad barem (teraz restauracja Passarena). Tam mieszkał facet, który
dał ogłoszenie do „Gazety”, że odnajmuje mieszkanie. Myśmy
postanowili, że musimy mieć mieszkanie - lokal. Ja powiedziałem,
że u siebie w chałupie już nie będę drukował.
Wynajęliśmy mieszkanie syna tego faceta, przy ul. Pana Tadeusza, a
syn studiował gdzieś tam w Gdańsku, czy w Warszawie. Takie M-2.
On dał mi klucze, ale miał drugą parę kluczy. Ja
pierwszą rzeczą jaką tam wprowadziłem to powielacz. A miałem powielacz od Bogdana Bachmury. I stał on w
głównym miejscu w pokoju cały czas. On miał klucz i
wchodził do tego mieszkania. Zapaćkane to mieszkanie farbą,
papierami. I drukowaliśmy „Rezenans”.
Pyt. I
ten facet na pewno był świadomy?
Odp. Był świadomy - cicho siedział. Dostał
pieniądze. Pieniądze były chyba od Meissnera. Stówę
zapłaciłem za to mieszkanie i stówę oddałem Bachmurze. W
tym mieszkaniu byliśmy rok czasu. Adres tego mieszkania znałem ja,
Boguś Kłosiński, nasz trzeci kolega ze studiów, który
przychodził i współpracował i jakiś Bolek z OZOS-u -
młody chłopaczek. Bachmura też znał. Pamiętam nocne
drukowanie po śmierci ks. Jerzego. Nagle wpada z matrycą Boguś i
walimy, walimy. To był 1984 rok. A więc od lata 1984 roku
mieliśmy lokal. Wcześniej jeszcze ja
wydawałem „Rezonans” w mieszkaniu przy ul. Kaliningradzkiej 83, na
strychu. To wtedy dostaliśmy powielacz od Bogdana Bachmury. Ja ten
powielacz z Bogdanem Kłosińskim wiozłem na strych - lokal
zastępczy jakiejś pracownicy Sp-ni Pojezierze. Dziewczynie
zabajerowałem, że jest mi mieszkanie potrzebne takie od czasu do
czasu. I ona też o tym wiedziała. Pamiętam jej nazwisko … I ona
też wiedziała, że w tym mieszkaniu dzieje się coś
innego niż to co ja powiedziałem. Później jednak kiedy ona
zaczynała mi mówić, że tak nie można … Ja drukowałem,
chowałem powielacz do łazienki, tam jakieś zadaszenie było.
I jak nam się skończył lokal na Pana
Tadeusza, to była wiosna 1985 - gdzieś poszedł powielacz, ale
gdzie? Być może ja go do Ostródy zabrałem.
Pyt. A ten facet, który wam wynajmował mieszkanie przy ul. Pana
Tadeusza?
Odp. To bohater, człowiek uczciwy. Przecież gdyby chciał, to
by nas wydał. Miał klucze - wszystko widział. Kiedyś
wpadł Michał: Milicja! Pamiętam, że myśmy to do
piwnicy przenosili. Z tego mieszkania na Pana Tadeusza do piwnicy: powielacze,
czcionka była, farby, papier - to jest pół ciężarówki! Za
dwie noce - bo coś trzeba było zrobić - to żeśmy wynosili.
I ten facet w międzyczasie był i widział co tam się
dzieje. Nic nie powiedział. Przecież on mógł stracić
mieszkanie, bo był stan wojenny. To było na Pana Tadeusza -
wieżowiec, który stoi prosto do ul. Dworcowej - drugie, trzecie
piętro.
A później powielacz przewiozłem do Ostródy. I
tak do 1986 roku. Kto później wydawał, to już nie pamiętam.
Wiem, że była z tym póniej związana Teresa Stefanowicz, Zdzisiek
Płotek i ktoś jeszcze. W 1985 roku załatwiałem już
wszystko sam. Przepisywała mi na maszynie matryce pani Irena Kurnatowicz
(?), mieszkająca na Lumumby - naprzeciwko Radia. Starsza pani. Robiła
to nieodpłatnie. Sąsiadka generała Dudka. I tam chodziłem,
ona przepisywała. Albo Wojtek Ruszkowski, Bogdan Bachmura - nie wiem … kto
tą panią nadał, to nie wiem. Ona to przeżywała
przepięknie. Przepisywała, bawiła się nocami.
Pyt. Czy była sympatykiem „Solidarności”?
Odp. Tak. I to jest ten krąg ludzi, których znam.
Pyt. Co sądzisz o działalności Bogdana Bachmury?
Odp. Według mnie to był szef „Solidarności”
olsztyńskiej, bo on został wybrany przewodniczącym Tymczasowego
Zarządu i w pewnym momencie on zaczął tym kręcić
według mnie. Wycofali się wszyscy ze starych działaczy,
kompletnie wszyscy.
Pyt. Czy był jakiś kontakt pomiędzy starymi działaczami
- członkami Zarządu i Prezydium - oczywiście już po
wyjściu z internowania, a Bachmurą?
Odp. To
co powiedziałem, w 1983 roku wydawało mi się, że jestem tym
najważniejszym w Olsztynie ze względu na to, że ja znałem i
tych i tych. Bogdan nie znał tych ludzi co działali wcześniej.
Ja go wówczas skontaktowałem z Michałem Powroźnym, a
wierzyłem wtedy w Michała Powroźnego jako przewodniczącego
Zarządu Regionu. Chodziło o to, żeby on dał placet dla tego
nowego Tymczasowego Zarządu Regionu.
Pyt. Czy dał?
Odp. Nie było tego, ponieważ oni nie istnieli - ci byli
działacze. Myśmy się ich bali, bo ja ich znałem i tych
starych działaczy się bałem. No bo oni byli znani i byli przez
to spaleni. Bogdan bachmura nie był znany, Ruszkowski
nie był znany, Kłosiński nie był znany, ja nie byłem
znany, Olek nie był znany. No chyba nie był znany wcześniej. My
mieliśmy wrażenie, że my tworzymy coś wielkiego, że
jesteśmy najważniejsi. Ale dowiedziałem się po paru latach,
że było kilka ośrodków, ale w 1982 i 1983 roku to myśmy
tworzyli, poprzez wydawanie bibuły, poprzez kolportaż, ten
początek. Później z tymi starszymi działaczami nie było
kontaktu. Większość z nich wyjechała w 1983 czy 1984 roku.
Został Andrzej Bober, szukałem z nim kontaktu. Bogdan też
próbował, bo znał Andrzeja Bobera. On szybciej chyba dotarł
niż ja. Andrzej mnie się bał, bo był po więzieniu.
jako jeden z ostatnich wyjeżdżał. Rozmawiałem jednak z
Andrzejem - taka drętwa rozmowa, a mnie chodziło o konkrety. Ja z Lubaszewskim
rozmawiałem tak samo: - Dajcie powielacz, dajcie pieniądze! Ja
się wam przedstawiam. Dasz mi to? -
Nie, bo nie mamy. Ja do Bobera poszedłem i powiedziałem: - Andrzej,
daj mi powielacz! Miałem już dość tej ręcznej roboty. Łukomski
wyjeżdżał, to ja z nim tak samo. Z Łukomskim to prawie
że się pobiłem. Dosłownie w przedzień jego wyjazdu. Z
Wieśkiem Bryckim byłem wówczas. O! Wieśka złapałem. On mi powiedział, że Łukomski
wyjeżdża. To poszliśmy do niego. I chciałem od niego
powielacz, bo kursowała taka plotka, że ktoś zachował
powielacz w Olsztynie. Wyobraź sobie: wówczas powielacz to było
coś więcej niż teraz komputer. Przecież ja ręcznie
robiłem wszystko. No i wtedy z Łukomskim prawie żeśmy
się za łby nie wzięli: - Człowieku, ty
wyjeżdżasz! Zostaw mi chociaż ten powielacz! Oni udawali,
że coś wiedzą, że coś mają. Bogdan Bachmura nie
znał ich wcześniej i ja ich poznawałem.
Pyt. Czy
w ogóle Bogdan Bachmura należał do „Solidarności”?
Odp. On chyba wcześniej był uczniem? Ale chyba wcześniej nie
był związany z „Solidarnością”. Na pewno nie był znany
w 1980 roku, a także w 1981 roku.
Pyt. Czy mieliście kontakt z Langowskimi?
Odp. Nie. Ostatnią osobą, którą pamitam z byłego
Zarządu Regionu był Krzysztof Milczarek, który mówił, że
gdzieś tam bibulę dostarczać komuś. Ja nie miałem
żadnego kontaktu. Z tym, że ja zawsze się trochę
wycofywałem, nigdy nie pokazywałem się publicznie. Tak, że
trudno mi powiedzieć za Tymczasowy Zarząd Regionu.
Nie miałem kontaktu z Langowskimi, ze Śnieżko, z Lubienieckim, z
Nowakiem, z Wojtkiem Ciesielskim też nie miałem, trochę z
Grucelą.
Pyt. Znałeś Wojtka Niepokulczyckiego?
Odp. Wojtka Niepokulczyckiego znałem z Zarządu Regionu, on
pracował w dziale intrwencji w 1981 roku. Po 13 grudnia, spotkaliśmy
się poprzez Wojtka i Ewę Ruszkowskich, bo ja do nich wtedy
zachodziłem. Oni mieszkali w samotniaku. Ja z Wojtkiem spotkałem
się w lutym, lub w marcu 1982 roku. Do tego czasu Wojtek Niepokulczycki
istniał jako tymczasowy przewodniczcy Zarządu Regionu. Wynikało
to z tego, że on był jedynym pracownikiem Zarządu Regionu, który
pozostał. Nie licząc mnie, bo ja nie byłem takim pracownikiem
znanym. Ja byłem takim pracownikiem - sprzątaczka, no! Wojtek
Niepokulczycki był utożsamiany z Zarządem Regionu. W styczniu
1982 roku był utożsamiany z przewodniczącym Zarządem
Regionu. Skąd to się wzięło, ja nie wiem, ale coś
takiego było i w tym kręgu osób związanych z
„Solidarnością” on tak fukcjonował. I być może
pierwsza odezwa grudniowo-styczniowa podpisana przez przewodniczącego,
to była podpisana przez Wojtka Niepokulczyckiego. Oczywiście
podpisał anonimowo, ale jako tymczasowy przewodniczący.
Później kontakty z nim były przez Ruszkowskich i Bogdana
bachmurę. Ale z Bogdanem Bachmurą na pewno Wojtek znał się
dobrze. Wojtek w pewnym momencie wpadł w głupie przesłuchanie, w
głupie kłopoty z SB-ecją. Jemu sugerowano (to trzeba
zerknąć w styczniową lub lutową „Gazetę
Olsztyńską” tam był artykuł o nim) złodziejstwo. I
być może przez to siedział. On siedział w więzieniu.
Coś takiego pamiętam, że Wojtek jest zamknięty za
złodziejstwo. On mieszkał w takim wieżowcu koło Parku Czynu
Partyjnego, mieszkał gdzieś tam na 11 piętrze. Miał
kłopoty z chałupą.
Pyt. Mieszkał sam?
Odp. Z żoną, albo z dziewczyną - sprawy rozwodowe. Coś
tego typu. Ja tam kiedyś byłem u niego. W komoisji interwencji
pracował w tym ostatnim składzie: on, Wojtek Grotecki, Wojtek,
Andrzej Bober, Wisiek Brycki. Co się później z Wojtkiem stało,
nie wiem. Na pewno miał nieprzyjemne historie z esbecją. Pamiętam jak dziś: jakiś pierścionek mi
pokazywano, czy ja go widziałem? Jemu wmawiano, że on ukradł
komuś na ART. jakiś pierścionek. Ten motyw …
Pyt. Z tego wynika, że miałeś z esbecj do czynienia?
Odp. Ja byłem 13 grudnia zameldowany na ul. Zwycięstwa 58. Tam z
żoną wynajmowaliśmy mieszkanie do października i nie
zostalimy wymeldowani. Wtedy przeprowadziliśmy się do Ostródy,
chociaż do grudnia byłem zameldowany w Olsztynie. I w Olsztynie po 13
grudnia wpadła tam milicja - po co, diabli wiedzą? Mówili, że to
jest fałszywy alarm, że to nie po mnie przyszli. Tydzień czasu
ukrywałem się. Kręciłem się po Olsztynie. Przed
świętami wróciłem do domu. Po świętach wpadła
milicja do domu do Ostródy. Jak znaleźli - nie wiem! Zrobili rewizję,
zabrali wszystkie książki, bibułę i mnie zabrali.
Siedziałem tam 48 godzin na komendzie i wyszedłem. Drugi raz
zamknęli mnie w styczniu - nie wiem za co. Na 24 godziny. W lutym
zacząłem wydawać „Rezonans”, do marca miałem spokój. Przed
1 maja dostałem jakieś wezwanie na milicję. Po 1 maja zamknięto mnie na 48 godzin, kolejny raz,
związane to było ze sprawą Janusza Śliwińskiego i
Tadeusza Czajkowskiego. Ja myślałem, że to jest związane z
tym, że ja 1 maja położyłem te kwiaty pod Zarządem
Regionu i że 3 maja chodziłem po Starym Mieście. To było
związane ze sprawą Janusza Śliwińskiego, który był za
coś aresztowany.
Pyt.
Mówiłeś jescze o zatrzymaniu w 1986 roku?
Odp. To dostałem. Ja wtedy byłem głupi. Spałem na
powielaczu, miałem w łóżku powielacz. Są takie chwile,
że jak ci patrzy gliniarz to myślisz, że to jest z tobą
związane. Byłemwezwany i nic nie mówiłem tylko patrzyłem.
Może przekląłem … Wtedy gliniarz dał mi w pysk. To ja mu
oddałem ręką. I zostawił mnie, za pięć minut
wpadli i mnie stłukli. Wyprowadzili na dołek, zamknęli na 48
godzin i wypuścili.
Pyt. Nie było większych konsekwencji?
Odp. Nie, za rok czasu dostałem kolegium za to, że niegrzecznie
się zachowałem.
Pyt. Mówiłeś, że spałeś na powielaczu: w Olsztynie
czy w Ostródzie?
Odp. W Ostródzie, w chałupie miałem powielacz i ten powielacz
wynosiłem do ogrodu, do piwnicy, na strych. W kanapie miałem
powielacz.
Pyt. A skąd go miałeś?
Odp. Właśnie nie wiem. Przywieźliśmy go z Gdańska.
Mój szwagier Mariusz Stępowski, Kaliningradzka 48, obecny nauczyciel LO nr
2 woził w 1983 roku papier. Ja go poprosiłem, zapłaciłem mu
za to. On woził papier do Gdańska, po to, żebyśmy
wydrukowali książkę o … I on wtedy przywiózł z Gdańska
powielacz.
W 1984 roku, po ks. Popiełuszce, po jego śmierci, przestałem
się bać. Robiliśmy to pół jawnie wręcz. Krąg
osób, kolporterów - to się robiło jawnie. Nie wiem po co mnie w 1986
roku wezwali. Inna sprawa, że wcześniej dostałem w zęby w
1983 roku. Mój kolega ze studiów …
Pyt. Czy jeszcze o czymś chciałbyś opowiedzieć?
Odp. 3 maja 1982 roku albo 1983. Ten marsz na Starym Mieście. Dla mnie
to jest najpiękniejsza rzecz. To było 3 maja? Ten marsz na Starym
Mieście, gdy było tysiące osób, bo to było tysiące
osób szlo, i tam widzieliśmy i kamery nagrywające … Nikt się nie
bał. I wtedy byli wszyscy internowani i stary Zarząd … wszyscy byli,
ludność Olsztyna. To było coś pięknego. Bo
później to była taka matołowata robota. Siedzisz powielasz … A
kiedy były te dziennikowe marsze?
Pyt. Dziennikowe marsze były w pierwszych miesiącach 1982 roku.
Odp. To, czekaj, ja nie mówię o 3 maja. Ja mówię o pierwszym
marszu dziennikowym.
Pyt. Dlaczego po roku 1986 druk „Rezonansu” przejęli inni?
Odp. Bo wspólnym motywem zawsze był Tadek Adamski (Adamczewski?) On nadawał. Na pewno był Zdzisiek
Płotek - cały czas się przy tym kręcił. Jak ja
przestałem wydawać, bo drukowałem jeszcze inne rzeczy, jakie
zlecenia mi dawali, bez pieniędzy oczywiście: „Solidarność
Walczącą” z Wrocławia robiłem, gdański jakiś
biuletyn robiłem, wrocławskie PBK kolejarzy - oni mi dawali matryce i
ja to miałem robić.
Nie miałem żadnego kontaktu z OZOS-em - przez cały czas stanu
wojennego, aż dziwne. Ja nikogo z tamtąd nie znałem, może
dlatego, że ja dojeżdżający. Byłem tylko od robienia,
od drukowania. Od 1986 roku nic na pewno nie robiłem. Ja dostawałem
ten „Rezonans”, jak? Nie wiem. Może przez Michała Kłosińskiego.
I oni, to znaczy Zdzisiek Płotek i Teresa Stefanowicz drukowali i
dociągnęli do kwietnia 1989 roku. I później 1989 rok
przyszedł, czy nawet 1988. Sierpień 1988 roku przyszedł, a ja
też nie miałem nic wspólnego. Nie robiłem. Z Komitetem
Obywatelskim też nie miałem nic wspólnego.
Pyt. Znałeś przez cały czas Wieśka Bryckiego. On
też funkcjonował …
Odp. Nie funkcjonował. Ja go znałem, ceniłem za 1981 rok. W
1982 czy 1983 roku spotykaliśmy się … Ceniłem go, bo był
taki facet z jajem, taki agresywny w pozytywnym znaczeniu - przebojowy w
stosunku do władzy. Ponadto go lubiłem. Od 1983 do 1989 roku
praktycznie się z Wieśkiem Bryckim nie widziałem. Tak jak z
każdym, bo to wynikało z tego, że ja nie chciałem się
z nimi widywać. Ja kontaktowałem ludzi, ale sam nie chciałem. Ja
wolałem się w tym nowym kręgu, a nie w tym starym, dlatego,
że bałem się. Miałem kontakty z Meissnerami. Bałem
się kontaktów u tych starych działaczy, bo ja miałem powielacz.
Bałem się, że wpadnę, że mnie zapuszkują.
Dowiadywałem się, że Irena Telesz robi tam gdzieś w
Przykopie spotkania, to ja się dowiadywałem post factum. A nawet
gdybym się dowiedział wcześniej, na pewno bym się tam nie
pojawił. Unikałem.
Pyt. A czy do roku 1983 Wiesiek angażował się?
Odp. Kompletnie nic i Wiesiek i o innych też nic nie wiedziałem.
A póniejsza działalność, to jest początek 1989 roku. Do
1989 roku myśmy istnieli jako kompletnie odrębna grupa. Czy Bogdan
Bachmura miał - chyba nie. Inni też nie. Jak kontakty były to
takie pojedyńcze, a nie jako kontakt z całą grupą. Nie na
zasadzie wciągania ich w naszą działalność. Ta moja działalność
to jest 1983 - 1986. Na pewno jako Tymczasowy Zarząd Regionu w 1983 - 1986
nie mieliśmy z nimi żadnego oficjalnego kontaktu. W Olsztynie nie
było takiej osoby ze Starego Zarządu, która by utożsamiała
„Solidarność”. Mirek Krupiński był, ale on się
wycofał. Kiedyś mieliśmy pomysł wydania wspólnego
komunikatu, ale on upadł z tego względu, że z tamtej strony nie
było z kim. Nie było ani wspólnego komunikatu, ani oświadczenia,
nic. Bo myśmy nawet nie chcieli, bo myśmy ich nie czuli. Może
oni nas nie czuli? Nic nie podpisywaliśmy. Nie było inicjatywy,
żeby z nimi nawiązać kontakt. Oni byli tak samo dla nas
pojedyńczymi osobami, jak my zapewne dla nich.
Dlaczego nikt z Olsztyna nie był w TKK - w
Tymczasowej Komisji Krajowej? Bo nie było kogoś takiego. Wiem,
że była jakaś rozmowa Z Bogdanem Bachmurą i Bogdan
mógł być tam razem z Bujakiem, Frasyniukiem, Hardkiem i plus Bogdan
Bachmura. Dlaczego on nie był, nie wiem. Na pewno musiałby
przedstawić się z nazwiska. On nie mógł, musiałby
iść całkowicie w podziemie. A tu nie istniało coś
takiego jak podziemie.
END
--------------------------------------------------------------------------------
Rozmowa ze Sławkiem Olkiem
w dniu 13 listopada 1995 roku
Pyt. Gdzie zastał cię 13 grudzień?
Odp. To była niedziela, byłem sam bo żona wyjechała do
chorej matki do Chodzieży. I oto w telewizji nie ma programu. Marsze.
Okazuje się, że wprowadzono stan wojenny. Lecę na dworzec,
pociąg nie przyjeżdża. Biegnę na ul. Kard.
Wyszyńskiego do Langowskich. Tam spotkałem kilka osób, ale
Grażyny nie było. Wymieniamy pierwsze wrażenia.
Pyt. Przypominasz sobie kto tam był?
Odp. Nie pamiętam. Nie bardzo rozumiemy to wszystko. Moja żona
przyjeżdża drugim pociągiem. Ta podróż była nietypowa
- pociąg był prawie pusty. Matka była ciężko chora.
Kiedy chcieliśmy jechać drugi raz, to o zezwolenie postarał mi
się jeden z uczniów, który pracował w ratuszu. 23 grudnia
pojechaliśmy do matki żony. Była nieprzytomna i zmarła na
zapalenie opon. tak się dla nas zaczął stan wojenny.
Szkoła zaczęła się dopiero gdzieś 13 stycznia.
Wcześniej nie było zajęć. Pracowałem w Zespole
Szkół Rolniczych i Ogrodniczych na ul. Jagiellończyka. Tam gdzie
była „dwunastka”. I właśnie w tej dwunastce uczyłem
też biologii i chemii. A w zasadniczej szkole byłem wychowawcą w
pierwszej klasie. W pierwszym dniu zajęć pan Żygas, który
był podinspektorem szkolnym powiedział, że chce ze mną
porozmawiać. Wcześniej dowiedziałem się, że zawiesili
w prawach nauczyciela przewodniczącą „Solidarności” w szkole
panią, która miała 5-ro dzieci. Gdy spotkałem się z
Żygasem to mówię, że nie uznaję żadnej WRON-y,
żadnego stanu wojennego, bo jest bezprawny, niekonstytucyjny. Ja znam
kartę Nauczyciela, mam sumienie. Byłem wściekły, rozmowa
była krótka. Chodziłem szukałem KPN-u, gdyż jak się
okazało „Solidarność” była za słaba. Szukałem
organizacji, która jest zdecydowanie antykomunistyczna.
Pyt. Ale co chciał Żygas?
Odp. On chciał ze mną rozmawiać, gdyż ja byłem w
Zarządzie Regionu członkiem Krajowej Komisji Oświaty. Byłem
przedstawicielem woj. olsztyńskiego i jeździłem na te spotkania
Krajowej Komisji Oświaty. I jako z działaczem „Solidarności” on
chciał przeprowadzić ze mną rozmowę.
To było 11-go. 13-go przysłał mi pismo: - „Zawieszam obywatela w
pełnieniu obowiązków służbowych z dniem 13 stycznia w
związku z niezastosowaniem się do postanowień
Zarządzeń Min. Oświaty i Wychowania, z 18 godzin w sprawie
organizacji pracy szkół i placówek … Jednocześnie ograniczam
obywatelowi uposażenie do 50%, zawieszam dodatki …” Czyli goła pensja
i to 50% … (dokument).
W administracji powiedzieli mi, że ja nie mam już prawa wstępu
do żadnej klasy - ubierać się w płaszcz i wychodzić.
Ja mówię: - Mam jeszcze sprawdziany, muszę poprawić. I
wstawić do dziennika oceny. - Nie, żadnych sprawdzianów, żadnych
ocen, kontaktów. Ale ja poszedłem do klasy, powiedziałem, że
zostałem zawieszony, nie wiem kiedy się spotkamy, ale w tej chwili
musimy się pożegnać.
Po tym 13 stycznia pozwoliłem sobie wystosować do Inspektora pana
Krygiera, odpowiednie pismo (w załączeniu: dokument), w którym
pouczam pana inspektora. I to pisemko stało się koronnym dokumentem
na rozprawie przeciwko mnie potem w komisji dyscyplinarnej.
Rozpoczęło się wtedy pierwsze wezwanie na SB. Rozmowę ze
mną przeprowadził tam pan Żygas. - to był podinspektor
oświaty. Natomiast inni w SB tam nie przedstawili. Próbował mnie
wciągnąć w rozmowę polityczną, ale ja
powiedziałem: - Proszę pana, jest to ostatnie miejsce, gdzie
będę dyskutował na tematy polityczne. Pan nie ma swoich
poglądów, a ja mam lepszych partnerów do dyskusji. A więc on
przyniósł lojalkę i kazał mi podpisać. Powiedziałem,
że nie podpiszę, gdy to mi uwłacza - Czy pan podpisywał,
że pan nie będzie gwałcił swojej żony publicznie, albo
że nie będzie pan pełnił dyżuru po pijanemu? - No,
nie, bo to jest oczywiste. - Ja tego też nie będę
podpisywał. I takiej lojalki nie podpisałem. Brali mnie potem jeszcze
kilka razy. Ale ja się z nich nabijałem. Nie było sensu z nimi
dyskutować. kilkakrotnie mnie później brali w różnych okresach,
ale nie próbowali już namawiać ani na lojalność, ani na
współpracę, mimo iż niektórych moich kolegów namawiali.
Myślę, iż zauważyli, że to nie ma sensu.
Rozpoczęła się rozprawa w Komisji Dyscyplinarnej powołanej
przez Kuratora i ja musiałem sobie znaleźć obrońcę.
Było 3 obrońców z urzędu wyznaczonych przez Kuratora: jednym z
nich był nauczyciel szkoły nr 4, drugim nauczycielka szkoły nr
11. Ale pomyślałem sobie, to są czynni nauczyciele, są
kierownikami szkół i są podporządkowani Kuratorowi. Ale był
jeszcze Bogdan Mużny, który kiedyś był szefem ZNP. I ja go
wybrałem. Odbyliśmy kilka spotkań. On mówił mi, że
przecież nauczyciela mogą karać tylko za to co zrobił z
uczniami w szkole, a pan przecież powiedział to tylko w stosunku do
swoich kolegów, przełożonych. Dwa dni przed rozprawą Mużny
przyszedł do mnie i powiedział, że rezygnuje z mojej obrony.
Później się dowiedziałem, że naciskano go aby rzucił
moją sprawę, robiono mu obietnice. Przecież później został
wicekuratorem (To mówiła mi pani, która pracowała w dziale osobowym i
przeglądała różne dokumenty, mówiono przy niej głośno
o mojej postawie itd.).
Po jego rezygnacji początkowo odłożono o 10 dni moją
sprawę, ale ja powiedziałem, że nie będę nikogo
szukał, że będę się bronił sam. To w maju
było - przegrałem. Mam tutaj wniosek o ukaranie i wezwanie na
rozprawę. Przewodniczył Władysław Jakubowski. To był
pracownik Kuratorium, natomiast Lesław Kleszczyński to był
dyrektor szkoły i Aleksander Żurowski - mój kolega, chemik, dyrektor
szkoły. I ta komisja ukarała mnie wyrzuceniem z pracy. To było 6
maja, przy drzwiach zamkniętych w Urzędzie Wojewódzkim. (odpis -
ksero w załączeniu). To ich orzeczenie, to parodia zupełna - bo
ja stawałem w obronie konstytucji i treści zarządzenia.
Zapisali, że powiedziałem, iż WRON-a jest władzą uzurpatorską.
To orzeczenie nie było nawet na granicy prawa, to było poza prawem.
Ja się odwołałem do Komisji Dyscyplinarnej przy Ministrze.
cały cykl rozpoczął się na nowo. Tu mam notatki z tej
sprawy, swoje przemówienie, odpis protokołu. Ja udzieliłem pełnomocnictwa
prof. Zdzisławowi Ziębie z Warszawy, nauczycielowi. I ja się tam
zgłosiłem do punktu prowadzonego przez „:Solidarność” przy
kościele św. Aleksandra na pl. 3 Krzyży. On napisał mi
odwołanie do tej komisji. Z punktu widzenia prawnego to jest to napisane
dobrze, np. ustosunkowanie się do pkt 2, brak powołania na
odpowiednie zarządzenia Ministra. Zygmunt Rypina był
przewodniczącym Kolegium, a moim obrońcą nie był jednak ten
Zięba (miał jakieś kłopoty z żoną) ale Andrzej
Stelmachowski - późniejszy minister, który był wtedy kierownikiem
katedry prawa Wydziału Rolnego UW. I on sobie doskonale z tym
poradził - dobił cały wniosek. Ale mi przyłożyli mimo
wszystko, że dali mi nagan (że ja pyskuję). To jest 24
września 1982 roku rozprawa. Komisja ta jednak postanowiła orzeczenie
Komisji Dyscyplinarnej uchylić w całości. Jednak
postanowiła wymierzyć mi naganę z przeniesieniem do innej
szkoły. (dokument). W Kuratorium przeciwko mnie stawał zawsze
Pieklik Marian - chyba przy Kuratorium szef d/s osobowych, szef kadr. Kilka
razy on stawał przeciwko mnie i przegrywał w Sądzie Pracy
sprawy finansowe
Skierował mnie do pracy jako wychowawcę świetlicy w Szkole
Podstawowej nr 1. Tu moja kariera świetliczanki trwała przez
półtora roku. ja odwołałem się do Ministra Oświaty,
że nie jestem przygotowany do pracy w świetlicy, ale jestem
przygotowany do innej pracy. Ale bez skutku. Pracowałem tam przez 1,5
roku. raptem świetlica stała się modna, mnie to
pociągnęło. Uczyłem te dzieci w szachy, warcaby, zabawy
sportowe. Np. kto pod krzesełkami szybciej przejdzie, zapory,
piłkę nożną. Organizowałem konkursy: szachowy,
literacki, powołałem zespół - cuda! Ale później nie
poszedłem na pochód 1-majowy i wyrzucili mnie za to w 1984 roku.
Właściwie ja nie musiałem chodzić na pochód, bo
młodzież z tych młodszych klas nie chodziła. Kilku
nauczycieli w tym mój kolega, chcąc uniknąć tego pochodu,
wzięło sobie zwolnienia lekarskie. To dyrektorka mnie
wyznaczyła, więc powiedziałem, że nie pójdę, to ona na
piśmie mi przysłała. I ja sobie dałem, nie poszedłem,
a ona wtedy napisała pismo do inspektora, a inspektor do pana Wojewody
Chudego. I Wojewoda Chudy z dniem 4 maja wylał mnie ze szkoły. I ja
znowu się odwołałem do tej samej Odwoławczej Komisji
Dyscyplinarnej przy Ministrze Oświaty i wygrałem sprawę. Bo oni
popełnili błąd. Bez uzasadnienia to zrobili. Komisja
uchyliła to zwolnienie, a tu w Olsztynie byli zaszokowani (dokument). Ale
Wojewoda powiedział, że swoją decyzję podtrzymuje i koniec.
Zrobił to bezprawnie. Ja miałem obrońcę pana Antoniego
Fedorowicza - prawnik z Warszawy, przy kościele św. Aleksandra. I on
napisał pismo odwoławcze, ale się spóźnił. Nie
przyjęli bo minął tydzień. Sprawa upadła. Ale ja nie
rezygnowałem. Wystawiłem zażalenie, ale oni odpowiedzieli mi tym
samym. Ale znalazłem coś innego. Był taki przepis, że
może związek zawodowy wystąpić o przywrócenie terminu. Udałem
się do ZNP, gdzie wiceprezesem był pan Zaciura. Ja mam siostrę
prawnika w Warszawie.
Pyt. Kto ci tu w Olsztynie radził pod względem prawnym?
Odp. Radziła mi Gienia Kmieć, przy kościele św. Józefa.
Tam się kontaktowałem. Kiedy rozmawiałem z panem Zaciurą,
on mówił, że spotkałem się z bezprawiem, ale
przeciągnął termin napisania mi wniosku. ja napisałem pismo
do Zarządu Głównego i pan Zaciura w końcu odpowiedział,
że nie znajduje podstaw do wystąpienia z wnioskiem. Oczywiście
wcześniej byłem u pana Kopczyńskiego, który jest prezesem
Zarządu Oddziału ZNP, ale on wydał mi złą opinię.
Jak byłem radnym i byłem w Komisji Oświaty, to on kiedyś
przyszedł jako szef ZNP i widocznie zapomniał o tym co wcześniej
mówił jak to ZNP broniło i broni nauczycieli. Ja mu delikatnie
przypomniałem że w bardzo ważnej dla mnie sprawie zachował
się wręcz odwrotnie. Ale jak on wtedy zareagował: jak ja
śmiem mu przypominać, jaki jestem pamiętliwy. Prawie mi
nawymyślał.
Kurator Mering trochę głupio się czuł, jak do niego
zachodziłem. Mówił, że nie ma dla mnie pracy. Kiedyś mi
proponował posadę w Iławie, ale wyjazd do Iławy, to nie
była najlepsza sprawa. Napisałem wobec tego do ministra 18.01.1988
roku. do pana Henryka Bednarskiego MSW, aby spowodował zatrudnienie mnie
jako nauczyciela. Wcześniej musiałem gdzieś zarobić, a
jedyna praca gdzie nie trzeba było specjalnych kwalifikacji, to była
praca zaopatrzeniowca. I zatrudniłem się w Kombinacie Budowlanym jako
zaopatrzeniowiec. I miałem niezłe rezultaty. Potrafiłem
jeździć samochodami po całym kraju, zwozić stal lub inne
materiały. tam w Kombinacie wyprowadziłem „Solidarność” jako czwarty zakład w naszym
województwie. I tam wybrano mnie na przewodniczącego „Solidarności” i
napisałem do dyrektora z żądaniem zatrudnienia mnie na etacie
przewodniczącego i musiał to zrobić. W pokoju gdzie na drzwiach
była tabliczka POP, napisałem „Solidarność”
Pyt. Oficjalnie w Kombinacie „Solidarność od kiedy mogła
istnieć?
Odp. Chyba od 1989 roku.
Pyt. Kiedy zacząłeś w Kombinacie pracować?
Odp. Jak przegrałem ostatecznie sprawę w szkole. To najpierw
zacząłem pracować w Unipralu i tam pracowałem … Ale
chciałem przenieść się do innego zakładu pracy,
spółdzielni na ul. Warszawskiej. Już miałem wszystko
załatwione, oni do mnie zwrócili się z prośbą aby to
było za porozumieniem stron, zgodą zakładów pracy. Zwrócili
się nawet na piśmie o to. Dogadali się szefowie. Ale na drugi
dzień zadzwonili do mojej spółdzielni i powiedzieli, że
rezygnują z tego, bo przyszli trzej panowie i zabronili im.
Pyt. A czemu zezwolili ci w Kombinacie?
Odp. Bo ja ich podszedłem. Napisałem podanie do 3 zakładów
potrzebujących zaopatrzeniowca: do jakiegoś zakładu kolejowego i
do jeszcze innego, już nie pamiętam jakiego. A bez wysyłania
pisma poszedłem do dyrektora Kombinatu i on mnie przyjął od
razu. Tak, że wprawdzie w tych innych zakładach odpowiedzieli mi
odmownie, ale nie zauważyli, że jednocześnie już wystarałem
się, że mnie przyjął dyrektor Wieczorek., szef główny
i jak oni przyszli to ja miałem podpisaną umowę. Już
pracowałem, już nic nie mogli zrobić. I Wieczorek sobie
ukręcił bicz na własną głowę, bo później żeśmy
go wyrzucili.
W Unipralu spotkałem się z dwoma stanowiskami, Prezes, pan
Skowroński podszedł do mnie bardzo fair. Oczywiście ja
musiałem mieć najniższą pensję - bo takie było
wtedy ich prawo. On podarł ten pierwszy angaż i bardzo mnie
faworyzował. To był bardzo uczciwy człowiek. Ale jego
zastępca, który do dzisiejszego dnia jest Prezesem, (nie będę
wymieniał jego nazwiska, bo to nie ma sensu) to był funkcjonariusz
partyjny i pilnie słuchał tego co mu polecono. Pan Skwarczyński
teraz ma własną firmę - czasami się spotykamy i mówimy o
tych czasach
Pyt. Jak wróciłeś do szkoły?
Odp. Jeszcze w czerwcu 1983 roku pisałem podanie, ale to była
już formalność. Była specjalna Komisja Pojednawcza.
Wezwali mnie na to posiedzenie Komisji do Warszawy i tylko miałem
udowodnić, że ja byłem zwolniony z pracy z powodów politycznych.
A to przecież była jasna sprawa. To była więc
formalność, napisali, że przywracają mi termin,
odwołanie uwzględnione, to zwolnienie z pracy nieaktualne, pan
Mering, pani poseł A. Urbanowicz wystosowała pismo. komisja
nakazała żeby Kuratorium mnie zatrudniło, ale Kuratorium nie
zatrudnia, tylko szkoły. I to był pewien problem. Powstała nowa
szkoła, nowe liceum przy ZSBud. ul. Pstrowskiego. I ja się tam
zgłosiłem do dyrektora i dyrektor mnie przyjął.
Uzgodniliśmy, że ten akt na Kuratora scedowany zostanie na dyrektora
tej szkoły. Wezwali mnie jednak, wicedyrektorka szkoły i Prezes ZNP
i powiedzieli, że się nie godzą na to, że mają
kogoś innego. Ja ich spokojnie zapytałem, czy one sobie czasami nie
zawłaszczyły uprawnień dyrektora. I zrezygnowały. Ale do
dzisiejszego dnia jestem tam nauczycielem drugiej kategorii. Ten mody dyrektor,
członek ZNP, kolega Kopczyńskiego, też wuefiarz. I już w
pierwszym roku dał mi naganę. Później musiał się
wycofać.
Pyt. Twoja znajomość z Bachmurą? Czy znałeś go
przed stanem wojennym?
Odp. Nie, on się ze mną skontaktował. On uważał,
że ja mam jakieś kontakty z władzami kościelnymi. A ja
takich nie miałem. Ja natomiast szukałem kontaktu z władzami
podziemnymi. Spotkałem się z nim i powiedziałem, że mu taki
kontakt znajdę, ale pod warunkiem, że mnie przyjmą do siebie,
wręcz mu powiedziałem. Zgodził się w zasadzie na to, z
pewną rezerwą. Powiedział, że ja mam się wkupić
do nich jakimś artykułem do gazety, do „Rezonansu”. I ja napisałem
w kwietniu 1982 roku artykuł na temat 3-maja. Poszedłem sobie do
biblioteki, wziąłem sobie książkę Jerzego Łojka
i napisałem artykuł bardzo spokojny, ale prawdziwy. Pamiętam,
że zakończyłem to zdaniem, że oficerowie o mentalności
rosyjskiej w polskich mundurach. Wiem, że ten artykuł im się
spodobał. Powiedział, że wreszcie mają kogoś, kto ma
dobre pióro. Bo inni to najpierw tylko całe wagony na komunę
ładowali, a treści dużo nie było.
Pyt. Początkowo Bachmura wydawał biuletyn
„Solidarność Olsztyńska”
Odp. Słusznie, on składał to czcionkami. I to było do
tego biuletynu. Ja przez rok czasu redagowałem „Rezonans”.
Pyt. W jakim czasie?
Odp.
Chyba 1986 rok, ale nie jestem pewny. Pisałem od 1982 roku artykuły,
ale zostałem też członkiem Tymczasowego Zarządu Regionu.
Przez rok redagowałem też „Rezonans”. Tam była taka pani, do
której dzwoniłem i umawiałem się w sposób symboliczny, za
pomocą pewnego kodu. Zanosiłem jej teksty, a ona przepisywała to
na maszynie. I dalszą obróbkę robiła. ja tylko
przygotowywałem teksty - kompletowałem. Cały numer. Kupiłem
maszynę, kupiłem radio do nagrywania audycji zagranicznych. Nieraz
całe audycje przeredagowywałem, albo całe publikowałem,
zaznaczając, że to z Wolnej Europy, czy Głosu Ameryki. I nasze
artykuły. Pokwitowania za składki, za dary, za wpłaty.
Pyt. Czy znasz ludzi, którzy wspierali pisaniem „Rezonans” lub to drugie
pismo? Oprócz ciebie.
Odp. Nic nie mogę powiedzieć, bo to były dziwne układy,
że jeden o drugim nic nie wiedział. Każdy miał swoją
działkę i nie starał się dowiadywać więcej.
Wychodziliśmy z założenia, że lepiej nie wiedzieć.
Wydaje się, że był pan, u którego się spotykaliśmy, a
który pracuje w tej chwili w Urzędzie Wojewódzkim - Zdzisław
Płotek. I był Kazimierz Wosiek. Pisał również i Bogdan
Bachmura. Bogdan trochę się zgrywał na historyka. Miał
trochę książek.
Pyt. Jaki był Bogdan Bachmura?
Odp. Bardzo bojowy, zdecydowany, był duszą tego towarzystwa.
Próbował zbudować nadajnik telewizyjny, ale to nie udało
się. Ściągnął fachowca nawet. To było wtedy, jak
ja jeszcze pracowałem w Unipralu - chyba 1984 rok. On takich
części żądał, takich pojemności, chyba
kondensatorów czy coś, że jak ja poszedłem i chciałem
kupić, to oni dziwili się i oczywiście nie mieli. To nie wyszło.
natomiast wyszło nam bardzo ładnie, jak żeśmy kontrolowali
frekwencję wyborczą. ja tam byłem szefem tego. Miałem
swoich ludzi, m.in. Grażyna i Rysiek Langowscy. Wyznaczyliśmy sobie
punkty wyborcze. Była tam metoda - co pewien czas przez krótki okres,
trzeba było obserwować i notować ludzi wychodzących.
Pyt. Jakie to były wybory?
Odp. Nie pamiętam. Zawoziłem potem wyniki do Gdańska. Ale u
nas nie mamy żadnych dokumentów, bo pierwszą zasadą jaką
nam wpajano, to nic u siebie w domu nie trzymać. To było
kilkanaście punktów w Olsztynie.
Drugą rzeczą, którą podjąłem, początkowo nie sam,
a później już sam, to usiłowałem … Ja zawsze miałem
zacięcie historyczne, a szczególnie w tym okresie. Ja mocno
reagowałem na fałszowanie historii. A ponieważ byłem
filatelistą, to usiłowałem przelać to w postaci znaczków
„Solidarności”. I tu przez okres kilku lat wydawałem stopniowo
kilka rzeczy w roku - wydałem 16 takich bloczków pocztowych.
Pokazałem 12 polskich miesięcy - tzw. „polskie miesiące”. I to
mi dało dużą satysfakcję. Raptem spotkałem się z
odzewem z Warszawy z Centralnego Kolportażu. Trafili do mnie przez Wojtka
Ciesielskiego (Długiego). On wskazał im, że to ja te znaczki
wydaję. I zaczęły rozchodzić się w Warszawie i
stopniowo, uparcie doprowadziłem do tego, że te całe 12 miesięcy
podałem jakie to były ważne fakty, wydarzenia w tych
miesiącach, które komuna albo fałszowała, albo
przemilczała. Tu miałem nawet pewne przykrości.
Pyt. Posądzano cię, że ty zarabiasz na Solidarności.
Jak ty to oceniasz?
Odp. Ja uważam, że nie można … Oni uważali, że to
są składki na „Solidarność”. A ja mówiłem, że nic
podobnego - to jest działalność, która się nazywa „Poczta
Solidarności”. Ja to robię jako związkowiec. Oni mówili, że
ja na tym zarabiam. A ja odpowiedziałem, że co, według nich
powinienem tracić? - O tak! Przyszło do mnie dwóch panów: Rysiek
Kułakowski i Stefan Śnieżko. Oni przyszli i chcą mnie
rozliczyć, bo ja jakieś kokosy zarabiam. Oni mówili: - Ty powinieneś
za to dostawać pieniądze, ale jako wynagrodzenie, a nie jako twoja
działalność prywatna. Ja miałem akurat inne zdanie na ten
temat, które wynikało nawet z broszur „Solidarności”. Według
tego działalność w „Solidarności” nie powinna być
oparta na pracy bezpłatnej. Ja miałem tu pewne doświadczenie.
Jeżeli ktoś pracował na siebie honorowo, to tak robił,
że to sito trzeba było później wyrzucić. A ja
uważałem, że trzeba za to wszystko zapłacić dwa razy
tyle ile za każdą fuchę niepolityczną. I tyle
płaciłem: jak zdobywałem papier, projekt, matrycę, a
później druk. Zawsze brałem najlepszych ludzi i płaciłem
dwa razy tyle co normalnie. Ale mówiłem np. do drukarza tak: - „Ja panu to
dzisiaj przynoszę, ale jutro musi to być wydrukowane. Tylko 24
godziny - nic więcej”. tak samo było z
matrycą.
Raz z Kułakowskim tak było. Mieliśmy wydać pamiętniki,
zebrałem wszystkie dokumenty - naszego Antonowicza, który został
zabity. I teraz społeczna robocizna: najpierw było to adjustowane
miesiącami, nikt nie miał poczucia obowiązku. Leżało
to gdzieś na różnych melinach, mimo iż ja prosiłem, żeby
przyśpieszać. Aż w końcu jakaś przypadkowa rewizja i
zwinęli to wszystko. ja robiłem to inaczej. Przede wszystkim bez
amatorszczyzny. każdą rzecz wykonywali najlepsi fachowcy. I musieli
być opłaceni. I dzięki temu to wszystko funkcjonowało.
Pyt. Kto zajmował się drukiem, kto projektował?
Odp. Ja robiłem wystawę i te wszystkie znaczki były
eksponowane - z okazji pielgrzymki papieża. I prosiłem nawet
panią, która projektowała te znaczki, pani Żuk. Ona ma podwójne
nazwisko. Ona projektowała z wyjątkiem jednego znaczka, tego ostatniego.
Październik - ten z papieżem, który mi projektował Kowalski z
Gdańska. Ale wszystko było drukowane w Olsztynie. W żadnym
dużym zakładzie drukarskim nie mogło to być robione, bo tam
chodzili i szukali. Był taki zakład, gdzie pracował na godzinach
najlepszy maszynista z OZGrafu. I on w jednym tygodniu pracował do
południa, a w drugim po południu. Jak pracował do południa,
to tam nie chodził, bo tam było dużo ludzi, a po południu
był sam. On pracował koło gmachu organizacji młodzieżowych
w tym wysokim budynku Biuro Projektów Budownictwa Wiejskiego. tam była
maszyna drukarska i po południu przychodziłem do niego i
płaciłem mu (on mieszka na ul. Kołobrzeskiej 13 H - może
Glesmer?)
Pyt. On żyje jeszcze?
Odp. Tak żyje. Był bardzo dobry.
Pyt. Wizyta Kułakowskiego i Śnieżki - ich argumenty?
Odp. Że ja śmiem na tym zarabiać. Ja im powiedziałem,
że mnie taka ich harcerska praca nie interesuje. Rysiek mówi, że on
też kiedyś z plecakiem jeździł do Warszawy z bibulą. A
ja, że mnie taka harcerska praca nie interesuje. Ja jeżdżę
Żukiem, a chciałbym TIR-em, ale jeszcze mnie na to nie stać. Np.
jak ja wydrukowałem 3 tyś. ( w 19882 roku) egz. wierszy Cz.
Miłosza. Drukowałem w budynku Komitetu Wojewódzkiego PZPR -
zacząłem jeszcze przed stanem wojennym, ale zakończyłem
już w stanie wojennym. I z tymi paczkami chodziłem, z poszczególnymi
składami, jak kolejne strony były drukowane, chodziłem, a
wojskowe patrole tak mi się przyglądały.
Pyt. A kto drukował w KW?
Odp. Taki pracownik, mieli taki offset suchy, takie ksero. Prymitywne to
ksero było, ale jakoś drukowało. I pamiętam te wiersze
Miłosza - obiecałem w Zarządzie Regionu gdy pracowałem w
Komisji Oświaty - i później przyniosłem tym ludziom, ale
już nie do Zarządu Regionu, bo to było w stanie wojennym.
Zażądałem za taką jedną książeczkę 100
zł. To były nie całe koszty druku. Uważałem, że
powinienem na tym trochę zarobić. Człowiek był bez pracy.
Wydrukowałem broszurę, czy wydrukowałem znaczek - brałem
3/4 kolportażu i albo wiozłem do Gdańska i tą broszurę
„Dwie ojczyzny - dwa patriotyzmy” wydrukowałem na
początku stanu wojennego - 3 tyś. sztuk. Duży nakład. To
było Lipskiego Jana - taki esej historyczny, bo mnie zawsze
interesowała historia. Pamiętam maj, 5-ta rano, słońce
ledwo uniosło się nad horyzontem, jesteśmy na Podgrodziu. Tam
miałem melinę w piwnicy i 12 paczek. Po dwie na Żuka kładę.
Ostatnie paczki kładę i patrzę, że idzie milicjant w
białej czapce, sierżant. Zobaczył nas i skręcił takim
skosem, przez jezdnię. _ No coś będzie! On podchodzi, taki
napuszony i mówi: - Właściciel wozu!. A samochód nie miał
żadnych napisów. ja mówię, że to prywatny. A to był mój
kolega, który był zaopatrzeniowcem, bo ja wśród zaopatrzeniowców
miałem sporo kolegów i on jechał do Gdańska. Poprosiłem go,
żeby mi to zawiózł. I on mówi, że jest tylko kierowcą,
jedzie do Gdańska, pokazał delegację. A ten milicjant pyta
jeszcze: - A co wy tam wieziecie? A kolega odpowiada: - Suchy chleb dla konia.
Milicjant powiedział: - Acha! i poszedł sobie. A tam ostatni worek to
był rzeczywiście suchy chleb, bo on miesiącami zbierał i
jak jechał do Gdańska, to przejeżdżał obok krewnych w
wiosce przed Gdańskiem i tam zawoził. I tak panu sierżantowi nie
udało się wówczas. Ale nawiasem mówiąc
to ten do którego woziłem te broszury, to był obecny prezes
Zarządu Radia i TV - Walendziak. On ma żonę z Olsztyna. Nawiasem
mówiąc nie rozliczył się ze mną. I potem z tymi
rozliczeniami to była makabra przez wszystkie lata. Tak, że z tymi
pieniędzmi to było tak, że mi starczyło zawsze -
musiałem sam gospodarować i sam trzymać to w ręku to
wszystko.
Pyt. Musiałeś mieć pieniądze żeby …
Odp. Rozkręcać następną pozycję. Dlatego nie
mogłem tworzyć jakiejś spółki formalnej, zarządu - bo
wtedy natychmiast byłoby położone. Początkowo to
zaczynałem bez inwestycji żadnej, bez żadnego kapitału, na
kredyt, ale się wypłaciłem. Zawsze byłem sumienny,
regularny. Płaciłem każdemu. Im się opłacało, bo
ja przychodziłem już z gotowym projektem.
Pyt. Miałeś jednak w końcu wpadkę ze znaczkami?
Odp. W końcu zrobili u mnie rewizję no i wyciągnęli
taki worek materiałów. To był gdzieś 1988 rok lub 1987.
Pyt. To znaczy przez lata produkowałeś znaczki bez przykrych
przygód?
Odp. Tak, ponieważ robiłem to sam, nie byłem
uzależniony od nikogo. Każdy etap … I jak zawoziłem np. do
Warszawy, to zawsze ze mną ktoś jechał, albo ze mną w
przedziale, albo w sąsiednim. Myśmy się nie kontaktowali.
Paczka z materiałami leżała u góry. W razie czego, nikt się
do niczego nie przyznawał. I gdy ktoś był zwijany, to ta druga
osoba informowała co się stało. Musiałem zatrudniać
również dwie osoby. To była firma.
I tutaj oni przyszli do mnie, że ja śmiem prowadzić taką
firmę, że to znaczki, raczej składki. Ja jestem
filatelistą.
Pyt. Ale czy „Solidarność” mogła mieć jakąś
korzyść z tego, poza propagandową?
Odp. Oczywiście, bo przecież ja również w tym czasie
byłem skarbnikiem. I pieniądze - ja się w końcu
rozliczyłem, a nie wiem czy wszyscy to uczynili. Ja byłem skarbnikiem
Tymczasowego Zarządu Regionu. I w tym rozliczeniu wyraźnie
widać, że wydatki były większe niż dochody. Ja nie
napisałem, że te większe wydatki były z tych dochodów ze
znaczków, ale to jest oczywiste. M.in. Owoc wychodził z więzienia,
Fotek (?) mówił daj mu pieniądze. No skąd mu te pieniądze
dać. Panu Antonowiczowi dwa razy po 50 tyś.
wtedy przekazałem na pomnik dla syna.
Pyt. To jest bardzo istotne, te rozliczenia finansowe. Skąd
mieliście wpływy?
Odp.
Pieniądze mi przynoszono, albo Bogdan mi przynosił, albo inni ludzie
z Zarządu. Miałem nawet jakieś pieniądze dolarowe - chyba
300 dolarów i 50 holenderskich guldenów. A tak to było w złotówkach.
To nie były tylko składki - to wpłaty indywidualne, chociaż
ze składek też. Z OZOS-u to były ze składek. W OZOS-ie
Wiesiek Sasin zbierał.
Pyt. Czy to były duże pieniądze? I co z nimi
robiliście?
Odp. Były to pieniądze na działalność - przede
wszystkim jak trzeba było kogoś wesprzeć. Całe rozliczenie
przekazałem Bogdanowi Bachmurze. To było solidnie przeprowadzone
rozliczenie - wpływy i wydatki za okres gdzieś półtora roku.
Najpierw byłem członkiem, potem skarbnikiem, potem
przewodniczącym rok czasu. Wybrano mnie przewodniczącym. Wtedy
pamiętam napisano artykuł - rozmowę ze mną przeprowadzono w
„Rezonansie”.
Pyt. Jest w „Rezonansie” rozmowa z przewodniczącym.
Odp. To właśnie ze mną. Tę rozmowę
przeprowadził ten, który wyjechał do Niemiec - Kłosiński. I
byłem zbulwersowany, że ci ludzie, którzy pod koniec już tego
okresu, kiedy można było już podnosić głowę. To
główną aktywność skierowali na to, żeby
rozszyfrować, kto jest tym przewodniczącym. I tak właśnie
zrobił nasz pan prokurator Śnieżko. Dla mnie to było
śmieszne. pamiętam kiedyś był u mnie. Rozmawialiśmy
nawet przy kawie, przy wódeczce. On sobie popił był wesoły i
zaczęliśmy zgrywa się: kto tej komunie się najlepiej
zasłużył. On okazywał jakie dostał odznaczenia, jakie
ordery, a ja mu wtedy jako argument dałem zdjęcie. jako filatelista z
ramienia Polskiego Związku Filatelistów byłem w Szczytnie na zebraniu
koła Polskiego Związku Filatelistycznego przy Szkole Milicyjnej w
Szczytnie. I tam siedzą w prezydium sami milicjanci, a ja jestem
między nimi. I pokazuję mu i mówię: - Patrz jak ja się
zasłużyłem. I potem słyszę za parę dni, że
Olek to jest na pewno konfident, bo on ma takie zdjęcie. Chociaż ja
tylko jemu pokazywałem to zdjęcie. Nikomu innemu nie widziałem
powodu aby pokazywać. To natychmiast puścił opinię, że
ja jestem konfident, bo widział takie zdjęcie. Był Olek i sami
milicjanci. Myślę, że jak ten artykuł się ukazał
potem w „Rezonansie”, ta rozmowa ze mną, to on jak prokurator występował,
węszył, kto to może być ten. I tu być może swymi
rozmowami naprowadził na ślad tę Służbę
Bezpieczeństwa na jakieś domysły. jak zrobiono mi przeszukanie
to chyba 12 godzin to trwało.
Pyt. Czyli coś wiedzieli?
Odp. Chodzili i szukali od progu …
Pyt. Kiedy to było?
Odp. To był gdzieś 1987-88 rok. Oczywiście odkryli moją
„tajną szafę”. Nie widziałeś jej?
Pyt. Ja jestem pierwszy raz u ciebie w domu.
Odp. No tak, słusznie. I tam była moja biblioteczka
„Solidarności”. I skład znaczków i broszur i gazet. Ale przede
wszystkim ta biblioteka - jej żałowałem. I wzięli zeszyt, w
którym miałem różne notatki porobione. No i moja córa spisała
się na medal, bo ten zeszyt gwizdnęła. Ich trzech było.
Coś zginęło i zaczęli szukać. Szuka, szuka jeden z
tych ubeków, w końcu spojrzał na mnie i uśmiechnął
się. Ja zrozumiałem, że on też zrozumiał, iż mamy
to już schowane i on tego zeszytu nie dostanie. Tam wprawdzie nie
było żadnych nazwisk, tylko pseudonimy, ale po tych pseudonimach
mogli by tam gdzieś dojść.
Pyt. Zabrali znaczki czy matryce?
Odp. Matryc tam nie było. Matryce były natychmiast chowane.
Powinienem je zniszczyć, ale walczyła we mnie dusza filatelisty,
który zbiera i tego konspiratora. I najczęściej
zwyciężał ten pierwszy. I w różnych miejscach to
miałem ulokowane i dzięki temu mam. A wtedy te arkusze, projekty -
dwa lata temu, była Światowa Wystawa Filatelistyczna w Poznaniu i
byłem zaproszony na tę wystawę ze zbiorem znaczków podziemnych.
Pokazywałem jak się drukowało w podziemiu.
Pyt. Ty próbowałeś zorganizować spotkanie z Moczulskim chyba
w roku 1988?
Odp. Roman Kozinek (?) jeździł do Warszawy, spotykał
się jako NZS z KPN-em Moczulskiego, no i ustaliliśmy, żeby
przyjechał do Olsztyna na spotkanie z działaczami
„Solidarności”. Miało się ono początkowo odbyć w jednej
z salek Domu Parafialnego na Jarotach, ale jak się o tym dowiedział
prał. Magdziarz, to taką awanturę zrobił ks. Januszowi,
przy mnie go zbeształ. I wtedy powiedzieliśmy sobie, że to
się odbędzie u mnie w domu. W końcu - mówię - 20 osób
się zmieści, a jak przyjdzie więcej, to będą w
korytarzu. I powiedziałem do Romka: - Pojedziesz do Kortowa, tam jest
stacja benzynowa, tam poczekasz na Moczulskiego. I on spóźnił
się. Moczulski czekał i pojechał z powrotem.
Pyt. To zawiódł go mocno.
Odp. Tak.
Pyt. Bo następne spotkanie miało być w kościele
Chrystusa Króla, taka była informacja - w kościele na Zatorzu. Tam
ojciec Bonawentura był. I tam czekaliśmy.
Odp. A myśmy tam w tym kościele „sakrę” (?)
montowaliśmy (spotkanie?). Myśmy tam m.in. w 1988 roku zrobili
wystawę fotorgafii solidarnościowej z Adamem Sochą i z
Centkowskim. Tam też miało być spotkanie z Moczulskim, ale
zostało odwołane.
Pyt. Czy znasz może takie osoby, które cicho robiły robotę i
nikt szerzej o tym nie wiedział: w kolportażu, czy gdzie indziej?
Odp. Z Danką Gulko, z Basią Nowak, Z Józkiem Nowakiem muszę
powiedzieć, że miałem bardzo osobliwe kontakty, ponieważ to
z nim próbowałem te druki broszur i znaczków w Olsztynie, ale on miał
zupełnie inną koncepcję. Próbowaliśmy zrobić pierwszy
znaczek. Ja dałem projekt, a on miał zrobić matrycę, ale o
ile ja miałem koncepcję, że każdy etap pracy musi
robić najlepszy fachowiec dobrze opłacony, to on miał
koncepcję, że wszystko sam jako „złota rączka. I wyszedł
knot. I cały nakład był do niczego. Powiedziałem: - Tak nie
wolno. A on nie chciał inaczej. Więc ja poprosiłem go, żeby
mi podał adres gdzie robi matryce. Nie chciał powiedzieć, ale ja
się dowiedziałem. Dawałem mu pieniądze, żeby za
tę matrycę zapłacił, ale ponieważ ten co robił
matrycę był mu dłużny, a więc Józek mu tych
pieniędzy nie dał. Ten się pogniewał i mu tej matrycy nie
zrobił. A ja mu powiedziałem: - Mnie guzik obchodzą wasze
prywatne interesy. Ty miałeś dać pieniądze. Potem
machnąłem na to ręką i powiedziałem: - Dobra,
będę wobec tego robił sam. Od tego czasu robiłem sam.
Pyt. Prowadziłeś działalność, jak na stan wojenny
z pewnym rozmachem. Jak uważasz, dlaczego to się udawało?
Odp. Na SB byłem ciągle wzywany, ale jako ta oficjalna opozycja.
Nie posądzany o nic więcej. Ale ja miałem osobliwe spotkanie dwa
lata temu. Tutaj w tym „Smerfowie” na naszym osiedlu, tam jest piwiarnia. I tam
poszedłem na piwko. I tam są dwa stoły - jeden taki
podłużny i drugi obok, Jeden stół, taka duża ława,
była zajęta, a przy drugiej siedział facet. Więc ja
się przysiadłem, na rogu przy tym drugim stoliku, na szczycie. A ten
facet się do mnie uśmiecha i mówi: - Panie Sławomirze.
Sławomir - to mówili do mnie tylko na SB. Usiłowali do mnie
mówić po imieniu, a nie wiedzieli jak się mówi, to mówili „panie
Sławomirze”. Ja patrzę na niego i mówię: - Ja pana nie znam. A
on mówi: - Ja pana znam. Mówię: - Ja wiem skąd pan jest. A potem
chciałem go pociągnąć za język, jedno piwo, drugie
piwo - postawiłem mu, bo się okazało, że nie miał
pieniędzy. Esbek - ten który się mną „opiekował”, on mnie
prowadził przez cały stan wojenny i później. 300 stron na mój
temat zgromadził, a później spalił moje dokumenty. Tak
żeśmy rozmawiali i ja tak stwierdziłem, że dużo
wiedzieli na mój temat - więcej niż myślałem, ale mniej
niż on by chciał. Oni posądzali mnie, że ja tutaj
prowadziłem kolportaż, ale nie przypuszczali, że ja również
drukowałem, tego nie wiedzieli. Wiedzieli o kolportażu, o tym że
(brałem) 20%, bo to jednak dużo osób było w to
zaangażowanych, a ponieważ ludzie, którzy byli zawistni - w
„Solidarności” byli tacy, którzy prowadzili kolportaż na innych
zasadach, a im to nie wychodziło. Ludzie, jak uważają się
za wielkich bohaterów pracy podziemnej, patriotycznej - nie mają oni
terminu, ani odpowiedzialności - nic niestety. A ponieważ mnie ten
kolportaż chodził, cały czas pracował: broszury,
książki podziemne. Ja to dostawałem za moje znaczki. Za znaczki
dostawałem pieniądze w Warszawie i za to brałem broszury i
książki - i ciągle to chodziło, co dwa miesiące.
Musiało się to wydać. On mi tego oczywiście nie
powiedział, ani ja go nie pytałem. Powiedział tak: - Pan nie
myśli, że my mamy swoich informatorów. To pańscy przyjaciele nam
najwięcej pomogli. I podam ci taki przykład (…).
Pyt. We Mszach św. za ojczyznę w Warszawie dość
systematycznie uczestniczyli przedstawiciele z Olsztyna.
Odp. Ja byłem chyba z pięć razy. Ale jeden raz
pamiętam, bo powiedziałem kolegom z Olsztyna, że dostarczą
im transparent i wieniec. Załatwiłem to wszystko w Warszawie. Ja tam
mam rodzinę. I godz. 16-ta jak przyjechałem samochodem, maluchem, a
do tego czasu już Rysiek Langowski - potem się przyznał mi -
„Sławek, gadaliśmy na ciebie”. Oni już krzyczeli, że zawiodłem,
a ja sobie przyjechałem o 16-tej po wielu perypetiach, o których nikomu
nic nie mówiłem, bo po co. Ale były takie głupie sprawy.
Wyciągnąłem transparent rozwinięty już na dwóch
kijach, przyszyte, wypróbowane, żeby nie było żadnych
niespodzianek. Jak coś chcę zrobić to dokładnie się
przymierzam. I to pamiętam, że wówczas była Marta
Wysokińska, sporo osób. Ja zmęczony, spocony przyjechałem - oni
sobie poszli. Tak postałem trochę z młodszym bratem i
popatrzyłem za nimi, a milicja jak na komendę odwrócili się w
tył głowy, żeby nie widzieć. To było już po
śmierci ks. Jerzego. Tak samo na placu (teraz Piłsudskiego) jak tam
ten krzyż był układany. Tam swego czasu przyjechaliśmy z
delegacją, z kwiatami, a tam starsze małżeństwo tak na nas
patrzy, taki mają zachwyt w oczach, chcą nam coś miłego
powiedzieć i wreszcie ta pani mówi: - Nam się to bardzo podoba.
Pamiętam jak my idziemy: szpaler ogromny ludzi przed tym
kościołem na Żoliborzu, tłum, i wyczytują kolejne
pielgrzymki, delegacje z różnych regionów. Idzie nasza delegacja Warmii i
Mazur. Ja pamiętam szedłem z transparentem na czele tej delegacji:
Ziuta była wtedy, a wtem ktoś mi się na szyję rzuca,
całuje. Nie wiem zupełnie kto. Takie przeżycia, które się
zapomina, a które jednocześnie nie potrafimy dokładnie
odtworzyć, nie pamiętamy dokładnie kto. Jest klimat.
Pyt. W Olsztynie co pewien czas w kościele NSPJ, również
odbywały się Msze św. z różnych okazji za Ojczyznę.
Raz ciebie w 1988 roku na moich oczach zwinęli.
Odp. Ja przyszedłem i dowiedziałem się, od Grażyny
Langowskiej, że nie ma drugiej osoby do trzymania transparentu. I ja
byłem oburzony: - Jak to nie ma. To ja będę oczywiście! I
tak spontanicznie zgłosiłem się do trzymania tego transparentu i
potem spotkało mnie to co mnie spotkało. A wtedy rzeczywiście ja
te ulotki rozrzuciłem, jakkolwiek nie przyznałem się do tego, bo
takie były reguły gry. Ja to zrobiłem głównie na tych
ulotkach, które przywiozłem z Krakowa z tej konferencji na temat praw
obywatelskich. Może tam były jeszcze inne ulotki …
Pyt. Czy w tym kościele jeszcze kiedyś uczestniczyłeś w
takiej uroczystości?
Odp. Nie, tylko raz. Kiedyś z Kombinatu Budowlanego wysłano mnie
do Gdańska na szkolenie z obrony cywilnej. Wtedy ubek przyszedł do
Kombinatu i powiedział: - Co za głupek wysłał Olka do
Gdańska, w samo serce „Solidarności”? Tam było szkolenie i mam
dyplom z egzaminu i wyróżnienia z tego okresu jak pokazywałem
wszystkim ludziom z całej Polski, jak tam w Gdańsku toczą
się walki „Solidarności” z SB, między kościołem
św. Brygidy, ks. Jankowskiego, a pomnikiem Stoczniowców. Ja szedłem w
pierwszym szeregu z panią, która była w podziemiu zaangażowana.
Tam w Gdańsku spotkałem się z Wałęsą na
konferencji organizowanej przez panią Walentynowicz w 1987 roku.
Pyt. Czy Walentynowicz wtedy miała poprawny stosunek do
Wałęsy?
Pyt. Nie, właśnie wtedy spotkałem się z ogromnym
atakiem na Wałęsę. Bo on w drugim dniu konferencji. Myśmy
mieli temat: działalność związków zawodowych w
zakładzie pracy. Raptem wchodzi Wałęsą z synem i
kierowcą. No więc podniosła się wrzawa, ludzie go
przywitali. A te baby z Walentynowicz na czele, huzia na Wałęsę.
Pyt. A co, Walentynowicz była na tym kursie?
Odp. Ona to organizowała. A ja nie byłem w kursie, zdziwiłem
się. Wyszedłem na czoło, tam była mównica, i mówię: -
Ludzie, mamy temat, działalność związków zawodowych w
zakładzie pracy. Przychodzi przewodniczący Związku Zawodowego.
czy nie możemy wykorzystać tego, aby zrobić poglądową
lekcję? Brawo i później cicho. A baby znowu na Wałęsę.
I znowu namawiam je. Potem przychodzi ten kierowca i daje mi zdjęcie. Ja
mówię, a obok stoi Wałęsa i słucha, co ja mówię. A
potem w przerwie podszedł i prosi abym ustawił się koło
Wałęsy i zrobiliśmy sobie razem zdjęcie. I w ten sposób
miałem dwa zdjęcia. Ukradli mi obydwa. W Kombinacie Budowlanym
ukradli mi całą teczkę ze wszystkim. Ale to było polaroidem
robione. Ale był też film. Był też na kasecie video film z
tej konferencji. I również z Wałęsą fragment. Jedna kaseta
była z Olsztyna - miała Ziuta Mielnik.
END
--------------------------------------------------------------------------------
Rozmowa z ks. Julianem Żołnierkiewiczem
w dniu 22 stycznia 1996 roku
Pyt. Ksiądz był właściwie jednym z
animatorów „Solidarności” w naszym regionie.
Odp. W pewnym sensie tak. Z chwilą gdy
rozpoczął się strajk w Gdańsku stwierdziłem, że
najwyższy czas, żeby się zorientować o co naprawdę
chodzi. Propaganda mówiła o wrogich elementach itd. Razem z ks.
Józefczykiem pojechaliśmy do Gdańska do ks. Jankowskiego i on
ułatwił nam spotkanie ze stoczniowcami podczas strajku.
Weszliśmy na teren stoczni i zobaczyliśmy, że nie chodzi tylko o
płace, ale o podstawowe prawa człowieka i o całą
podmiotowość obywateli Rzeczypospolitej.
Pyt. W stoczni z kim się kontaktowaliście?
Odp. Rozmawiałem z Krzyśkiem Wyszkowskim, który
jest olsztynianinem i który tam był. Po przyjeździe do Olsztyna
spotkałem się z kilkoma osobami, m.in. z panem Ruchlewiczem, który
postanowił jak najszybciej zorganizować „Solidarność” w
Olsztynie i WPKM był chyba jednym z pierwszych zakładów, gdzie
powstał ten związek.
Pyt. Czy ksiądz znał p. Ruchlewicza
wcześniej?
Odp. Ja go wcześniej znałem. I chyba od nich z
WPKM-u chyba jeszcze raz kilka osób pojechało do Gdańska, aby
upewnić się, jak to wszystko wygląda. Tak się złożyło, że
znałem wielu ludzi, którzy zakładali „Solidarność” m.in.
pan Kamiński. Pierwszą rzecz to trzeba było przedstawić
się księdzu biskupowi Józefowi Glempowi, który przyjął
delegację i pobłogosławił nam. Mnie wyznaczył takim
asystentem, czy kapelanem „Solidarności”. To spotkanie było pod
koniec września, lub na początku października 1980 roku. Obecny
był u biskupa cały Tymczasowy Zarząd MKZ, chyba oprócz Bobera.
Ks. biskup poświęcił nam sporo czasu, dowiadywał się
dokładnie o ideę i wsparł nas swoją
życzliwością i autorytetem.
Na
początku października, spotkałem się po raz drugi z tym
ruchem stoczniowym, bo miałem rekolekcje u św. Brygidy w
Gdańsku. Brał w nich udział i p. Lech Wałęsa i p.
Walentynowicz i wszyscy działacze „Solidarności”. Kościół
dosłownie pękał w szwach. Później po rekolekcjach było
spotkanie na plebanii u ks. Jankowskiego, gdzie byli obecni działacze
„Solidarności” z Wałęsą i Walentynowicz. Ale była
także pani ambasador Szwecji i przedstawiciele konsulatów Finlandii i
Norwegii. Byli też profesorowie różnych wyższych uczelni.
W Olsztynie
często kontaktowałem się z Zarządem regionu. We wszystkich
ważniejszych spotkaniach brałem udział, m.in. w tym sławnym
spotkaniu w auli w Kortowie, w hali sportowej. Chyba tam było ponad
tysiąc delegatów. Albo to było w auli Pijanowskiego. Delegaci
zadawali pytania, a Józef Lubieniecki odpowiadał będąc w dole na
scenie. Pamiętam wypowiedź ś.p. prof. Poznańskiego, który
zwracając się do mnie powiedział: „Księże, u mnie na
wydziale nigdy nie było żadnego prześladowania ludzi
wierzących.” Deklarował publicznie swoją lojalność
wobec religii, wobec współpracowników. To spotkanie prowadziła Irena
Czinczoł-Włudyka, Józek Lubieniecki był w tym czasie radcą
prawnym „Solidarności” i jako prawnik odpowiadał na pytania.
Kamiński
w Zarządzie Regionu opowiadał się za ścisłymi
kontaktami z Kościołem, pilotował te sprawy. Również
przewodniczący przez cały czas utrzymywał kontakt.
Pyt. Ksiądz znał kolejnych
przewodniczących „Solidarności”.
Odp. Znałem Bartuszka - był zatroskany o
Związek, Łukomski również był życzliwy. Nawet wtedy
gdy był stan wojenny i ukrywał się, to u mnie przenocował,
przebrał się, bo był już wtedy poszukiwany. Ogolił się
u mnie zjadł posiłek i po cichu jakoś go stąd
przemyciliśmy. Z Krupińskim też
była dobra współpraca.
Pyt. Krupiński zrobił szybką
karierą w zawiązku.
Odp. Był niezwykle błyskotliwy,
jeśli chodzi o sposób formułowania myśli i wizję
Zawiązku. Był pełen inicjatywy, pełen energii. Oceniam go
pozytywnie. Chociaż niektórzy mówili, że karierowicz.
Myślę, że - pomijając jego sprawy osobiste, rodzinne - jako
przewodniczący dobrze reprezentował interesy ludzi pracy.
Dla mnie zaskoczeniem było to, że niektórzy uciekli,
wyjechali za granicę. Na pewno oni mieli rację, że sytuacja
była bardzo ciężka, natomiast uważałem, że ci
ludzie powinni jednak pozostać. Wyjechało bardzo dużo i to mnie
- przyznam się - przygnębiło trochę. Nie wytrzymali próby,
w tym także przewodniczący. Wódz musi być tam, gdzie są
szarzy obywatele.
Pyt. W tym okresie „pokojowym” w naszym regionie
ważnym wydarzeniem był strajk w OZGrafie.
Odp. Dowiedziałem się o tym strajku
będąc we Frieburgu u swoich przyjaciół. Skróciłem pobyt
tam, żeby przyjechać i pomóc sprawę rozwiązać. I tu
był problem bardzo złożony. Był Kuroń, któremu nie
wyszła sprawa zażegnania. Strajk trzeba było przerwać ze
względu na Zjazd „Solidarności”, który odbywał się w
Gdańsku - Oliwie. I tu były rzeczy dziwne. Przyjechał prof. Stelmachowski,
był u mnie, nocował. Byliśmy razem u wojewody, u biskupa,
byliśmy razem w OZGrafie. I też nie wyszło. Wtedy wojewoda
Rubczewski, podczas naszej wspólnej wizyty, zwrócił się do mnie
twierdząc, że dobrze byłoby gdyby ten strajk został
przerwany. W OZGrafie było referendum. Przychodzę późnym
wieczorem do domu, gdzieś około 23-ej i przybiega grupa młodych
ludzi z OZGrafu, rozentuzjazmowanych i krzyczy, że do końca
będą walczyli, że podczas referendum ponad 200 osób było za
dalszym trwaniem strajku, a nieduża grupa była przeciwko. Ja
powiedziałem, że zrobiliście prezent dla przeciwników, a nie dla
„Solidarności”. Wtedy była konsternacja. Kobiety nagle
zaczęły zmieniać zdanie. ja mówiłem: „Słuchajcie,
przecież to jest szaleństwo. Przecież Wałęsa i wszyscy
proszą, także pan prof. Stelmachowski, o to żeby
zakończyć strajk”. I cisza jest. Mówi, że specjalnie
przyjechałem z Niemiec, żeby to zakończyć. Oczywiście,
kilka razy Mszę św. odprawiłem, wcześniej inni
księża odprawiali Msze św.. Ten krzyż na OZGrafie to jest z
tego strajku. I ciekawe, że po tym moim wystąpieniu odbyło
się jeszcze raz nocne referendum i okazało się, że
była odwrotna sytuacja. te ponad 200 osób było za przerwaniem
strajku, a czterdzieści kilka było przeciw. No i przedzwoniłem
wtenczas do pana wojewody i oczywiście nie otrzymałem jakiegoś
podziękowania (śmieje się). A więc ta jego prośba nie
była szczera, bo później po przerwaniu strajku nie było
„dziękuj księdzu, czy coś takiego” - była cisza.
Pyt. Niektórzy mówią, że podczas strajku
były z jakiejś strony sprawy ambicjonalne, nawet postawa niektórych
osób ze strony Zarządu regionu miała na to wpływ.
Odp. Strajk był inspirowany, nie wiem czy przez
ludzi związanych z bezpieką, czy też z partią, ale ta akcja
nie była czysta.
Pyt. Była kwestia nie tylko zakończenia, ale na
jakich warunkach?
Odp. Te postulaty były pozytywnie załatwione.
Nikt absolutnie - o ile się orientuję - nie był
bezpośrednio szykanowany. Później w stanie wojennym, tak.
Pyt. Jaka była rola Kuronia?
Odp. Kuroń przyjechał przekonany, że
strajk załagodzi. Powiedział: - „To jest drobna sprawa”. Wystąpił,
mowę wygłosił i okazało się, że bezskutecznie.
Wydawało mu się, że jego argumenty wystarczą, żeby
zakończyć strajk.
Pyt. Można mówić o inspiracji, ale
niezależnie od tego jest psychologia tłumu, pewne
prawidłowości rządzące strajkiem i każdym protestem.
Odp. Mnie się udało uderzyć w bardzo
czułą strunę, mianowicie psychikę kobiet, które tam
były. One już były zmęczone, one już chciały
końca. Poza tym kiedy usłyszały ode mnie, że
przysłużyły się obcej opcji, a nie „Solidarności”, to
wzięły to sobie do serca. Zjazd „Solidarności” już się
rozpoczął i były prośby i telegramy o przerwanie strajku. Ja
gdzieś mam trochę dokumentacji z tego okresu.
Pyt. 13 grudnia 1981 roku i stan wojenny.
Odp. W przeddzień byłem w Zarządzie
Regionu „Solidarności” i wtenczas zwrócono się do mnie z
prośbą, żeby przechować pieniądze. Chcieli dać w
depozyt. Powiedzieli mi, że przyniosą po południu. Mówili o
ruchach milicji.
Pyt. Kto się zwrócił z tą
prośbą?
Odp. Nie umiem dokładnie do końca
powiedzieć, nazwisk wszystkich nie znam, ale wiem, że był m.in.
Bober, była pani księgowa i był jeszcze taki tęgi pan, on
później był internowany, taki grubasek. Troje ich było. Oni w
trójkę przynieśli mi te pieniądze. Pieniądze mi przekazano
i ja miałem prawo oddać tylko temu, jeżeli będzie trójka,
która dała mi pieniądze. Poczęstowałem ich kawą,
pogadaliśmy, schowałem te dwa miliony złotych. Te pieniądze
miały później służyć działalności podziemnej
„Solidarności”. Już po wprowadzeniu stanu wojennego przyszła
księgowa, pani Obiedzińska i prosiła, żebym oddał
pieniądze. Ja jej powiedziałem, że tych pieniędzy oddać
nie mogę ze względu na to, iż postanowienie było inne.
Pyt. A dlaczego ona chciała pobrać te
pieniądze?
Odp. Bo ją tam naciskała bezpieka. Nie
oddałem tych pieniędzy, gdyż uważałem, że one
powinny być zwrócone bardziej formalnie, a nie jednej osobie. Zresztą
zgodnie z umową. I sprawa ucichła na jakiś czas.
Jak
wybuchł stan wojenny, w tym dniu było bardzo dużo osób. 13
grudnia bardzo wcześnie pani Ziuta Mielnik z Kortowa przyniosła
sztandar „Solidarności” kortowskiej, który przechowałem aż do
końca. Tutaj był przechowywany.
W tym dniu
masa ludzi zgłaszała się, przychodziła. Był ogromny
ruch. Przez te pierwsze dni tu u mnie nie zamykały się drzwi.
Szukało się wyjścia z tego wszystkiego, co dalej.
W wigilię Bożego Narodzenia przychodzi pan Obiedziński i mówi,
że jego żonę aresztują, jeżeli ona nie odda
pieniędzy. I tu powstał problem moralny: czy oddać
pieniądze, czy nie oddać tych pieniędzy? Nie było wiele
osób, których mógłbym się wówczas poradzić, ale te osoby z
którymi rozmawiałem (i ze strony księży i ze strony
„Solidarności” - m.in. z Wiesią Grzegorczyk, która była mocno
zaangażowana w :Solidarności”) radziły, żeby te
pieniądze oddać. Bo jeżeli dziewczyna ma siedzieć, ma
małe dzieci, a poza tym wszyscy byli zamknięci, wobec tego
zdecydowaliśmy, żeby te pieniądze zwrócić. I
zrobiliśmy w ten sposób, że pani Wiesia Grzegorczyk przyszła do
mnie … ach, poprosiłem żeby ona te pieniądze przekazała,
zaniosła do pani Obiedzińskiej, itd. Tymczasem okazało się,
że przy domu pani Obiedzińskiej był kocioł, stała
milicja. Wiesia idąc zobaczyła milicyjny samochód i jeszcze
następny i wtedy w nogi z tego miejsca. Oczywiście zauważono i
śledzono ją. I teraz … ona komuś przekazała te
pieniądze. jakiejś koleżance swojej, nie mówiła mi
nazwiska. I ta koleżanka przyniosła pieniądze, te 2 mln.
złotych siostrze zakonnej. I wtedy powstał problem: kto
dostarczył te pieniądze? Bo gdyby Wiesia, to bym schował te
pieniądze i wszystko byłoby w porządku. Ale ponieważ
już nie Wiesia (bo Wiesię siostra znała - mówi: „Ni to
jakaś inna pani”. Pytam: „Nie w czerwonym?” - „Nie!”) więc
myślałem, że to może być prowokacja i w związku z
tym powstaje problem: co robić? Zostawić te pieniądze? A
jeżeli to jest prowokatorka? I wtenczas niestety, mądrze czy
niemądrze ale przedzwoniłem wówczas na milicję, e pieniądze
ktoś przyniósł. I powstał problem, kto przyniósł te
pieniądze i zostawił u siostry. Siostra zeznawała kto to
był. Oczywiście to jest bardzo fajna siostra, ona teraz w Togo
pracuje. To był dzień wigilijny, setki ludzi przychodziło. Jak
siostra może zapamiętać, kto dał tę paczuszkę!
jak siostra otworzyła tę paczuszkę, wtedy zobaczyła,
że w niej są pieniądze. Siostra nie wiedziała o tym,
że pieniądze otrzymuje. Nie zwróciła więc uwagi na tę
osobę. I powstał problem
bardzo złożony, mianowicie szukano kogoś, kto by
potwierdził zeznania, że te pieniądze … aha, był bardzo
ciekawy problem, że te pieniądze przyszły tą drogą,
ale nie było żadnych dowodów, że to te pieniądze przekazali
panowie z „Solidarności”. O tamtej trójce ja ani słowa nie powiedziałem.
Ja powiedziałem, że nie będę nikomu mówił, a poza tym
p. Obiedzińska jest moją koleżanką i nie mogę
zeznawać … Gdybym nawet wiedział, to prawo kanoniczne mi zabrania,
żebym ja cokolwiek na ten temat mówił. I brakowało tego jednego
ogniwa. Gdyby to ogniwo było - ja bym potwierdził, a oni mieliby
dowód na to, że ja rzeczywiście przyjąłem, wtedy miało
być w ten sposób: tamci chcieli ukraść, ja jestem paserem i
oczywiście sprawa w sądzie. Ponieważ żadnych zeznań
nie złożyłem - byłem wzywany do prokuratury, aż do
sierpnia. Wzywał mnie nawet Topczewski do Urzędu Wyznań.
„Ksiądz wie, że dopóki ksiądz nie złoży zeznania,
sprawy nie może być.” A ja
mówię: „A po co sprawa.” Ale co było najbardziej przykre dla mnie
osobiście, mianowicie konfrontacja z tym panem,
który m.in. przyniósł te pieniądze - taki grubasek, trzeba zapytać
Lubienieckiego, on powie z kim siedział. I on zeznał, że
przynieśli mi pieniądze (Pan Bóg łaskaw, że ja w ogóle
pozbyłem się tych pieniędzy), że nawet kawą ich
częstowałem - wszystkie detale. Niestety
Bober to samo zeznał. Bo przeczytano mi zeznania Bobera. Mało,
przywieziono do prokuratury tego pana z Iławy na konfrontację tego
grubaska. I on wtenczas dopiero się zorientował, że ja nic nie
zeznałem odnośnie tych pieniędzy, że je od nich
otrzymałem. Mówiłem, że tylko one zostały mi podrzucone
przez kogoś, a kogo, ja nie wiem.
Możliwe, że ten grubszy pan to był Nieczyperowicz. I on wtenczas
dopiero się połapał, że zrobił głupstwo. Bo on
siedzi naprzeciwko prokuratora, który stawia mi pytania … Całą
tę sprawę pilotował ze strony SB kpt Poliński … czy coś
podobnego. On pojechał ze mną do Wrocławia. Bo ja w styczniu
zacząłem mieć kłopoty z kręgosłupem i od
połowy stycznia leżałem w szpitalu miejskim. I do szpitala
przyszło pismo, na przełomie stycznia, lutego, że mają mnie
zwolnić ze szpitala. A ponieważ w szpitalu pracowały dziewczyny
z „Solidarności” i one mnie uprzedziły i uprzedziły ordynatora
Ferenca. I z panem Kostrzewskim (?) leżałem w jednej sali i wtedy w
telewizji, był problem naszych pieniędzy i moja sprawa. Wynikało
z tego programu, że ja jestem paserem, czy coś w tym sensie.
19 lutego
wychodziłem ze szpitala i 19 stycznia miałem już bilet do
sanatorium i położyłem się w szpitaliku w Kudowie Zdroju.
Tam pojechałem. Oni tu przyszli na plebanię i mnie nie było.
Przy tej okazji przypomniała mi się jeszcze jedna rzecz. gdzieś
około 17 grudnia, kiedy zaczęto zamykać ludzi, przyszła do
mnie pewna osoba - nazwiska na razie jeszcze nie wymienię (jest to siostra
jednego z oficerów LWP, wysoko postawionego komisarza wojskowego) i
powiedziała, że powinienem wyjechać z Olsztyna. I w tym dniu
też przyszli po mnie, ale mnie już też nie było.
Wyjechałem z Olsztyna, wziąłem wówczas takie specjalne pismo od
biskupa Obłąka, który skierował mnie na sympozjum, które
miało się odbyć, a się nie odbyło ze względu na
stan wojenny, we Wrocławiu, poświęcone encylkice papieża,
chyba „Labore exerces” - dokładnie nie pamiętam). I wracając do
tych pieniędzy. Kiedy byłem w Kudowie, idę na górę, a
portier mówi: „Proszę księdza, ksiądz ma gości.
Przyszedł ubek, którego znam z Kudowy i chyba wasz ubek, bo kim on
mógłby być. I tam czekają na księdza na górze.” Tam w
Kudowie takich jak ja było sporo, którzy na jakiś czas do sanatorium
przyjechali … Myślę sobie, że muszę pójść i
chociaż bibułę w moim pokoju gdzieś do szafy schować.
Tych gazetek było sporo. Wrocławskie województwo, to było
wówczas pełne tych wydawnictw. I przyszedł do mnie ten pan z Olsztyna
z SB, 600 kilometrów jechał, żeby ze mną rozmawiać, ten kpt
Poliński (?). Ja go spytałem, czy pytał się mojego lekarza?
To przecież nie jest sanatorium, tylko szpital. Po udarach serca
przyjeżdża się tu na dalsze leczenie i jest lekarz
prowadzący. Odpowiedział, że nie. „No to nie będę
odpowiadał panu. I te 1200 km. zrobił pan na próżno.” - „Ale
kiedy ksiądz wraca?” - „Jak skończy się termin to wrócę”.
„Ale do Olsztyna?” - „Nie wiem, czy do Olsztyna”.
No i
oczywiście po powrocie do Olsztyna, znowu mnie wezwano. Ale wracając
do tej konfrontacji u prokuratora z tym panem Nieczyporowiczem z Iławy.
Okazuje się, że oni zeznali w szczegółach, przeczytali mi, ale
ja nie potwierdziłem. Powiedziałem, że nie zajmuję
żadnego stanowiska wobec tej informacji. I ten zdębiał, że
można nic nie mówić. Bo gdyby oni nic nie powiedzieli … zresztą
prawdopodobnie i tak nic by nie było, ale tak, to była okazja do
szarpania, do straszenia, do wygrywania propagandowego, wtedy ukazały
się artykuły w gazecie, jaki to jest Żołnierkiewicz.
Zagrozili mi, że będę siedział 3 miesiące w areszcie
za nie złożenie zeznań. Potem dali mi parę razy kary
pieniężne, ale nigdy nie zapłaciłem ani kar
pieniężnych, ani nie poszedłem do aresztu. Niemniej tego typu
szykany były ze strony prokuratury.
Wtenczas ten pan (Nieczyperowicz) przez swoją żonę, z Iławy
przesłał mi taki list, w którym mnie przeprosił za to, że
wrobili mnie w taką kabałę. Wiedzieli bowiem, że mnie
prokuratura szarpie za te pieniądze. Po prostu niezgrabnie to zrobili. We
Wrocławiu dali 60 mln zł. i nikt nie wie gdzie one są, a tutaj
pierwsza to powiedziała ta księgowa, a później jej mąż
przyszedł. I Wiesia Grzegorczyk przez to samo dostała pół roku.
Ona była w Gołdapi. To były niezgrabne posunięcia ludzi,
którzy niestety nie wytrzymali.
Oczywiście ta sprawa przeciągnęła się aż
do sierpnia. Od grudnia do sierpnia, co parę tygodni przesłuchania w
prokuraturze. Nic nie zeznałem, mimo nacisku z Urzędu d/s Wyznań
i dyrektora Leopolda Topczewskiego. I dziwna rzecz, w tym czasie nie było
mego opiekuna z bezpieki. Był pewien pan, który inwigilował mnie
przez cały czas od 1970 roku, co dwa miesiące. I to wszystkich
duszpasterzy akademickich w całej Polsce. Uważano nas za najbardziej
niebezpiecznych. ten „opiekun” to obecny biznesmen.
W sierpniu
mieliśmy spotkanie z księdzem Prymasem. I ksiądz Prymas
powiedział, że on chyba zainterweniuje u pana Kiszczaka. No i
była interwencja ks. bpa Dąbrowskiego u Kiszczaka. Kiszczak
przedzwonił do pana generała Dudka - tak jak się
dowiedziałem - no i dopiero w drugiej połowie sierpnia, ok. 20
sierpnia, zawieszono tę sprawę. dali spokój. Ponieważ mam
pokwitowanie tych pieniędzy, to o te pieniądze
„Solidarność” ma prawo się ubiegać. Po dzień
dzisiejszy „Solidarność” nie odzyskała. One zostały
przejęte przez bezpiekę. Milicja wtedy wzięła, dali siostrze
pokwitowanie. te pieniądze „Solidarności” powinny być odzyskane.
Oczywiście musiała by być jakaś konfrontacja, jakiś
proces.
W
międzyczasie tutaj nawiązały ze mną kontakty różne
grupy. Przede wszystkim byłem mocno związany z tą grupą
„Więzi”, z KIK-iem w Warszawie - wtedy wydawało się, że to
byli ludzie, którzy służyli ojczyźnie. Również z
różnych ośrodków, czy to „Robotnika” czy aktorzy, czy różni
prelegenci z różnych środowisk. Przyjeżdżali tutaj na
spotkania. Część spotkań była oficjalna pod szyldem duszpasterstwa
inteligencji (otrzymałem nominację na duszpasterza inteligencji
miasta Olsztyna) i także otrzymałem nominację na duszpasterza
ludzi pracy, żebym mógł formalnie pracować z ludźmi pracy.
Były to nominacje od księdza biskupa Obłąka. te nominacje
były dla mnie glejtem. gdy bezpieka coś mi zarzucała, to
mówiłem, iż to jest w ramach duszpasterstwa - :Jestem duszpasterzem
ludzi pracy”. „Ale Solidarność przychodzi”, „A czy oni nie są
ludźmi pracy?” W każdym razie to był b. dobry wybieg. I wtedy
mogłem robić w ramach duszpasterstwa inteligencji, spotkania z
różnymi ludźmi z kraju, którzy wygłaszali tu referaty i
były również referaty dla ludzi pracy. M.in. były te sławne
kiedyś Olsztyńskie Dni Społeczne, kiedy kościół NSPJ
był wypełniony po brzegi. M.in. była wówczas na warsztacie
encyklika „Solicitudo rei socialis”. Był wówczas Andrzej Wielowieyski i
poza tym ze Szczecina Ustasiak i jeszcze jeden. To było zwieńczenie
naszej działalności.
Oczywiście odbywały się pielgrzymki na Jasną
Górę - pierwsza była z ks. Popiełuszką, potem następne
lata jeździliśmy. Oprócz tych spotkań oficjalnych, były
spotkania nieoficjalne - tutaj w tym Domu Parafialnym. Głównie to byli
ludzie „Solidarności”, byli tu ci wypuszczeni z „internatu” lub
więzienia: m.in. był Stefan Śnieżko i cała gromada
(nie pamiętam, czy Lubieniecki był) na pewno z Kortowa było
kilka osób: p. Ziuta i inni, była też Grażyna i Rysio Langowscy.
W kościele były Msze św. za Ojczyznę z aktorami z Warszawy
- p. Skarżanką i inne. Było bardzo dużo ludzi - te
występy miały charakter patriotyczny - to były takie mocna
uderzenia.
Pyt. Śmierć Marcina Antonowicza - czy
ksiądz pamięta sprawy z tym związane?
Odp. Nie poddaliśmy się presjom z
zewnątrz, bp Wojtkowski ten pogrzeb prowadził, ale to co zostało
zaprogramowane, to zostało zrealizowane, bo nikt nie miał zamiaru
dostosować się do poleceń władz. To byłoby niemoralne
w stosunku do tych ludzi, którzy się zebrali i do sytuacji jaka wówczas
była. Problem był nie do wyciszenia. mam jeszcze do dzisiaj
transparent przywieziony z Gdańska „Gdańsk łączy się z
wami”. Była ogromna delegacja, był prorektor Uniwersytetu
Gdańskiego Tajlor i ks. Jankowski. Była to chyba jedna z najbardziej
spontanicznych manifestacji - około 30 tyś. ludzi. Była to
wstrząsająca śmierć. Był to wyraźny mord
człowieka i później bezkarność tych służb.
Pyt. Kościół NSPJ był takim i schronieniem
opozycji i niejako centrum. Tu były obchodzone wszystkie rocznice …
Odp. Obchodzone były wszystkie rocznice, były
nawet przypadki aresztowań, chyba w 1988 kiedy to Sł. Olka i Wł.
Kałudzińskiego aresztowano. Ja zresztą po każdej takiej
imprezie musiałem odbywać spowiedź w bezpiece. Były to
takie ciężkie próby nacisku. W tym czasie - co jest ciekawe -
powstała kaplica pamięci narodowej, powstało duszpasterstwo
żołnierzy Armii Krajowej i pod szyldem tego duszpasterstwa
zaczęli się ci ludzie zbierać. Wmurowano tablice - w tej chwili
jest ponad 40 tablic, ale większość była wmurowana w
okresie stanu wojennego.
Pyt. Kiedy powstała ta kaplica pamięci?
Odp. Chyba 1982 lub 1983 - trzeba by sprawdzić.
Pyt. Z tego okresu stanu wojennego i okresu do 1989 roku
jakich aktywnych ludzi ksiądz pamięta? Oczywiście i ze strony
opozycji, ale też ludzi, którzy pomagali innym.
Odp. Byli ludzie, którzy poza tacą, poza
kościołem przekazywali pieniądze na rzecz rodzin internowanych,
albo wprost na działalność solidarnościową,
opozycyjną. Dzięki temu mogliśmy wiele rzeczy realizować,
pomagać rodzinom, lub pieniądze były na publikacje. To było
kilkadziesiąt osób, które tak stale wspierały.
Pyt. Czy były w tym czasie w Olsztynie jakieś
ośrodki opozycyjne?
Odp. Przed samym przełomem, czyli przed
1989 rokiem, niestety pojawiła się pewna grupa, która była
związana z Łodzią i która chciała pójść na
stronę Słowika (?). Chodziło o tzw. lewicową
orientację. To był gdzieś rok 1987 - 1988. Tak, byliśmy
wówczas z panem Andrzejem Gierczakiem w Gdańsku, żeby tę
sprawę jakoś naświetlić, ale robiło się coś
co odbiegało od idei solidarnościowej. Tam niektórzy ludzie świadomie,
niektórzy nieświadomie weszli w tę strukturę ze środowiska olsztyńskiego.
To była nieduża grupa, która chciała się związać
ze Słowikiem. Zresztą nawet gdy zaczęła się na nowo
odradzać „Solidarność” wtedy zaproszono tu (Lipskiego czy Lityńskiego
?) i to było dziwne. Jednak nie tą drogą miała
pójść „Solidarność” (Wszystko wskazuje na to, że w tej
grupie stawiającej na Słowika i Lipskiego byli Langowscy - przypisek
mój Z.Z.).
Kiedy zaczęła się
„Solidarność” rodzić na nowo, wtedy punktem spotkań
był dom parafialny NSPJ i wtedy przekazałem jedną z sal do
dyspozycji nowotworzącego się Zarządu Regionu. I wtedy na drugi
dzień po przekazaniu sala została wypalona. Prawdopodobnie chciano
spalić cały dom. Biurko, które było załadowane
książkami - Pismo św. itd. - ciągu kilku minut
spopielało zupełnie wszystko.
Pyt. A przecież książki trudno się
palą.
Odp. Pierwszą rzecz jaką stwierdziła
milicja, która przyszła powiedziała, że to musiało być
czymś polane. Zresztą temperatura była tak wysoka, że na
ramach okiennych farba spulchniła się, były pęcherze. Gdyby
nie to, że na dole była choinka dla dzieci biednych i zauważono
dym idący na korytarz i herbatę przygotowaną dla dzieci zalano
to wszystko w środku. I w tym miejscu gdzie się wypaliła
podłoga, beton zrobił się tak kruchy … Oczywiście,
później zgłosiła się druga ekipa milicyjna i następnie
trzecia. I praktycznie biorąc, nic nie stwierdzono. Wydaje mi się
jednak, że to było celowe podpalenie przez ludzi, którzy byli wrogo
nastawieni do „Solidarności”.
Jeżeli chodzi o te pieniądze, te 2 mln. zł., to w
dziesięciolecie był artykuł w Gazecie Olsztyńskiej, i on
się niczym nie różni od tamtego z 1982 roku. Myśleliśmy z
Wiesią, że wyprostujemy te rzeczy i powiemy jak było. Ona
napisała coś. Solidarność dała w malutkich ramkach,
że odcina się od tej relacji tej opublikowanej w Gazecie. Chociaż
nie wiem jeszcze do tej pory, kto te pieniądze przyniósł do siostry.
Pyt. Dzień 13 grudnia był dniem szczególnym. Ci
którzy nie byli internowani, spotkali się w kościele w tu w domu
parafialnym. Kto wówczas tutaj trafił?
Odp. Byli Langowscy, były dziewczyna z Kortowa.
Był Rondomański - on zresztą przyleciał do mnie jeszcze w
nocy, chyba była jeszcze 2 w nocy. Mówił, że milicja
wtargnęła do Zarządu Regionu. Wyszedłem na zewnątrz i
rzeczywiście wszędzie byli mundurowi. Rzeczywiście to była
taka brutalna napaść. Tu przyszli ci, którzy nie byli internowani z
Zarządu regionu, pracownicy administracyjni.
Pyt. Czy ksiądz pamięta o czym się wówczas
rozmawiało?
Odp. Była konsternacja i załamanie, ale chyba
raczej nie było utraty ducha. Wyglądało na to, że ludzie
uważali … 13-ty był wstępem. Wielu ludzi uważało,
że to było przejściowe.
Pyt. Jak ksiądz oceniał wiarygodność
tych ludzi, których nie wszystkich ksiądz znał?
Odp. Patrzyłem na wszystkich pozytywnie. Praktycznie
z mieszkania nie wychodziłem, gdyż cały czas ktoś był.
Były próby przezwyciężenia, raczej określenia co dalej.
Szukanie. Stwierdziliśmy, że nie możemy tracić
łączności, musimy być blisko siebie. Powiedziałem tylko,
że tu możecie przyjść o każdej porze.
Pyt. W stanie wojennym oprócz ludzi związanych z
Zarządem Regionu byli też inni, którzy organizowali
działalność podziemną m.in. grupa Olka, Bachmury.
Odp. Wiem, że te ośrodki działały.
Gienia Morawska. jeżeli była jakaś impreza tu organizowana, to
próbowało się dotrzeć do wszystkich, którzy byli … Nie było
wsypy, bo bezpieka nigdy mnie nie macała za spotkania te, które tu
się odbywały. Czyli tutaj byli ludzie pewni. Bo za te imprezy na
zewnątrz, to tak.
Pyt. Jak liczne były te spotkania?
Odp. Kilkanaście osób. Raz przyjechał Turowicz.
Tu na tych spotkaniach próbowano konstruktywnie myśleć co dalej, jak
ten ruch podzielony ma się jednoczyć.
Olsztyn niestety nie miał silnego ruchu podziemnego. tragedią
było to, że w kilku punkcikach działało. Ale dwa albo trzy
lata później po stanie wojennym, to się już coś
zaczęło, okrzepło. Ludzie zaczęli się odszukiwać.
M.in. Kałudziński i inni. Najgorzej z nazwiskami, nie pamiętam
wszystkich nazwisk.
Pyt. Osoby, które były zaangażowane w
przygotowania Mszy św. za Ojczyznę?
Odp. Irena Telesz, Andrzej Pawłowski, Wojtek
Ciesielski, Langowscy i cały szereg innych osób. Przygotowywano dekoracje.
Pyt. Sprawa Frasyniuka, kiedy on był tutaj w
więzieniu?
Odp. Sprawa Frasyniuka i innych ludzi siedzących z
„Solidarności” w Barczewie, to takim czlowiekiem który pewne informacje
dostarczał, to był ks. dziekan Bronisław … Poza tym informacje
otrzymywaliśmy od pana dr Olszynki, który pracował tam jako chirurg w
Barczewie w szpitalu więziennym. Frasyniuk uderzył (?) sobie w
żołądek, leżał tutaj w szpitalu. T u mnie była
skrzynka kontaktowa. Podobnie gdy był proces, to stąd
zaprzędliśmy (?) ludzi na sprawę, m.in. p. Lubieniecki i inni.
Pyt. Ks. bp Obłąk miał przychylny stosunek
do „Solidarności”.
Odp. Jeździł, odwiedzał Iławę
itd. Zachował się bardzo szlachetnie i nie zostawił tych ludzi.
Nawet gdy ja miałem ostrzeżenie w grudniu 1981 roku, że
mogą mnie zamknąć (na posiedzeniu rady komisarzy (?) w Olsztynie
- powiedziano krótko, że właściwie już ze wszystkimi sobie
poradziliśmy, został jeszcze Żołnierkiewicz i trzeba z nim
też załatwić). I wtedy poszedłem do ks. biskupa
Obłąka, przyjął mnie bardzo serdecznie, wypisał mi
skierowanie, gdyż bez tego nie można było jeździć
pociągiem (to był czwarty albo piąty dzień stanu wojennego
I wtenczas ks. bp z miejsca usiadł przy maszynie, napisał. To
było skierowanie na mój wyjazd, w razie czego gdyby w pociągu nie
chcieli mi sprzedać biletu. I wtedy dziwna rzecz, w całym
pociągu były tylko dwie osoby - do Wrocławia. Wtenczas
przecież prawie nikt nie jeździł.
Ks. biskup bardzo mocno moralnie mnie popierał jeśli chodzi o
prokuraturę. Interweniował tam, nawet był taki moment, kiedy
zacytował pewne fragmenty prawa kanonicznego, które zobowiązują
duszpasterzowi przeciwko swoim parafianom świadczyć. Telefonicznie
wystąpił, ale także na piśmie.
(Rozmowę przeprowadził i notował Zenon
Złakowski)
--------------------------------------------------------------------------------
--------------------------------------------------------------------------------
Rozmowa z Leszkiem
Szawłowskim
R. Rozmawiam z byłym pracownikiem Zarządu Regionu
Warmińsko-Mazurskiego NSZZ „Solidarność”.
L. Nazywam się Leszek Szawłowski. W Zarządzie Regionu
pełniłem funkcję specjalisty do spraw informacji.
R. Chciałabym poznać Twoje losy od dnia 13 grudnia 1981 roku.
L. 12 grudnia wróciłem do domu dość późno, ok. godz.
23.00. Przygotowywałem się do wyjazdu do Warszawy. Po północy,
kiedy już spałem, usłyszałem walenie w drzwi. Wstałem
i zapytałem się - Kto? Odpowiedziano - Milicja. Nie uwierzyłem.
poprosiłem o imię. Myślałem, że któryś z kolegów
robi mi kawał. Ponowne ostrzeżenie było - Otwierać drzwi bo
wyłamiemy. Odpowiedziałem, żeby przyszli rano.
Usłyszałem - jest stan wojenny, jest pan internowany. Nie
wiedziałem początkowo co to znaczy, ale dla świętego
spokoju otworzyłem. Wpadli do pokoju - było dwóch mundurowych i jeden
smutny pan po cywilnemu. Zwrócili się do mnie, żebym wydał
materiały szkalujące ustrój socjalistyczny. Oświadczyli, że
mają nakaz rewizji i jeśli im tego dobrowolnie nie wydam,
nastąpi przeszukanie mieszkania. Dałem im pojedyńcze
egzemplarze. Grałem na zwłokę. Liczyłem, że może
później nie będą tak dokładnie przeszukiwać.
bałem się bo w pokoju, pod oknem stały dwie torby
załadowane drukami z „różnych” wydawnictw. Bałem się,
żeby to nie wpadło. Oni zasugerowani, że tak ładnie
wszystko im dałem - dali spokój. Tamte zostało. Kazali mi się
ubrać, powiedzieli, że zabierają do Iławy.
R. Jak zareagowała rodzina?
L. Żona zaczęła się, może zbyt głośno, z
nimi awanturować. Mam dwoje dzieci, pożegnałem je nie
budząc. W trakcie pożegnania z żoną nałożyli mi
kajdanki. Po wyjściu z mieszkania posadzono mnie do Wołgi.
Zorientowałem się, że jedziemy w kierunku cmentarza. Stan
wojenny. Z ich określenia wynikało, że przeciwnik polityczny,
więc może chcieliby się nas pozbyć. Zrobiło mi
się lżej kiedy minęliśmy cmentarz i skręciliśmy w
kierunku garaży MO. Zaprowadzono mnie do stojącego na dziedzińcu
garaży samochodu bez okien zwanego „lodówką”. W nim spotkałem
Andrzeja Bobera, Tadka Kisłego, Niczyperowicza, Lubienieckiego, Osieckiego
i Bryckiego. W garaach siedzieliśmy do 530. Przed samym
odjazdem wprowadzono jeszcze rolnika spod Dobrego Miasta. Był w samej
marynarce. Powiedział, że funkcjonariusze, którzy go zabrali z obory
nie pozwolili mu wejść do mieszkania. Bardzo cierpiał - był
mróz.
R. O jakiej porze dojechaliście do Iławy?
L. Była godzina 730. Wprowadzono nas na dziedziniec
więzienny. Wyczytywano nazwiskami i przydzielano nam cele. Ja do pierwszej
celi trafiłem z Bryckim, Śnieżką oraz z Kamińskim z
Lubawy. Przyniesiono nam coś do jedzenia. To było ochydne.
Podziwiałem Stefana Śnieżkę, który złapał za
łyżkę i jadł jakby to było coś najsmaczniejszego.
Natomiast ja i Brycki jak się nachyliliśmy nad miską, to
biegliśmy na zmianę do klozetu. Pierwszy raz spotkaliśmy
się z takim jedzeniem o bardzo dziwnym zapachu. Była to wodnista zupa
z warstwą łoju na wierzchu. Do tego kawałek „chleba” - to
były plewy.
R. Jakie warunki przygotowano wam w celach?
L. Wnioskowaliśmy, że były opróżnione w pośpiechu.
Było sporo rzeczy pozostawionych przez skazanych. Po lewej i po prawej
stronie stały normalne więzienne prycze z siennikami wypchanymi
szmatami. Otrzymaliśmy po dwa prześcieradła, małą
poduszkę wypchaną gąbką i dwa koce. W celi mieliśmy
jeszcze stół, klozet i umywalkę z zimną wodą. W celi
było bardzo zimno. Następnego dnia próbowano nas przebrać w
więzienne ubrania. Nie zgodziliśmy się na to, bo status
internowanego nie jest równoznaczny z tymczasowym aresztowaniem czy skazaniem.
Następnie próbowano w kartotekach umieścić nasze odciski palców.
Powiedziałem, że nie jestem ani podejrzany, ani skazany i nie
zgodziłem się na to.
R. Czy poinformowano was jaka jest sytuacja w kraju, jak długo
będziecie tu przebywać?
L. Byliy odizolowani od wszystkich informacji. Dopiero po pewnym czasie
włączono nam w celach głośniki. Były to cenzurowane
programy. Później zaczęły do nas docierać podziemne
wydawnictwa „Tygodnik Solidarność”, „Rezonans”. Az serce się
uśmiechnęło, kiedy człowiek pierwszy raz na to spojrzał.
Oprócz „zewnętrznych”, mieliśmy i własne wydawnictwo obozowe.
Potem uruchomiliśmy także własną rozgłośnię.
Szczegółów technicznych dokładnie nie znam. Podejrzewam, że w
celach wykorzystywany był głośnik jako mikrofon, natomiast
źródłem zasilania (nie mieliśmy baterii) była grzałka
elektryczna. Głos z głośników był metaliczny,
chrypiący, ale zrozumiały. Klawisze podejrzewali, że
włamaliśmy się do radiowęzła.
R. Jak odbywało się przekazywanie informacji między wami?
L. Informacje szły w lewo i w prawo, w poziomie przez otwory do CO.
Natomiast w pionie mieliśmy komunikację na zasadzie podciąganego
sznureczka.
R. Od kiedy zaczęły was odwiedzać rodziny?
L. Pierwsze odwiedziny miałem w styczniu. Widzenie było
możliwe tylko raz w miesiącu. Trwao godzinę.
R. Słyszałam, że otrzymywaliście pomoc z PCK i
Kościoła?
L. Tu jesteś w błędzie. Pomocy z PCK nie było. Dopiero
po pewnym czasie zainteresował się nami Międzynarodowy Czerwony
Krzyż. Nasz PCK nic w tym kierunku nie zrobił - po prostu dla nich
nie istnieliśmy. Dopiero po interwencji MCK, już po bardzo
długim czasie niby zaczęto się interesować naszymi
rodzinami. Paczki jakie myotrzymywaliśmy pochodziły z Kurii Biskupiej
w Olsztynie.
R. Czy mieliście posługę duszpasterską? Czy odwiedzali
was księża?
L. Początkowo nam tego odmawiano. Pierwszą Mszę św.
odprawił dla nas ks. bp J.Obłąk razem z księdzem z
Iławy w połowie stycznia. Od tamtej pory odprawiano Mszę
św. już w każdą niedzielę. Księża nie mieli
dostępu do cel. jedynie w trakcie swojej wizyty ksiądz biskup Jan
Obłąk w towarzystwie funkcjonariusza służby więziennej
odwiedził nas w celach.
R. Czy w Iławie zdarzały się przesłuchania i stosowano
przemoc?
L. Byłem przesłuchiwany po raz pierwszy w lutym. Zarzucano mi
kolportaż i drukowanie materiałów szkalujących ustrój nasz.
Skorzystałem z porad książeczki „Obywatel, a służba
bezpieczeństwa”. Rozmowa trwała godzinę. ja, jeżeli
mówiłem 5 minut, to było wszystko. Powiedziałem jak się
nazywam i słuchałem. Moje odpowiedzi były krótkie: nie wiem, nie
pamiętam. Zdawałem sobie sprawę, że każde nieopatrznie
użyte słowo może się obrócić przeciwko mnie.
Miały miejsca tzw. „ścieżki zdrowia”. M.in. 25 marca mocno
pobito grupę kolegów z Gdańska. Pytałem strażników dlaczego
odnoszą się do nas gorzej niż do skazanych. Po jakimś czasie
jeden z nich w tajemnicy powiedział mi, że mieli instruktażowe
spotkania, na ktrych określano nas jako bandytów, że gdyby nas nie
zamknęli, to wymordowalibyśmy ich rodziny. Niektórzy faktycznie w te
brednie uwierzyli i tak nas traktowa4li jak ich szkolono.
R. Czym się tam zajmowaliście?
L. Wyglądało to rónie. Na spacerach uczyliśmy się
języków obcych. W celach dokształcaliśmy się z historii.
Mieliśmy dość często tzw. „kipisze” - przeszukania cel. W
jednej z cel mieliśmy kolegę, który przodował w pomysłach -
np. wieszał na ścianie, na nitce narysowanego orła w koronie. Na
końcu tej nitki wisiało pudełko od zapałek, wypełnione
sodą kaustyczną (dostawaliśmy ją do czyszczenia). Było
to tak sprytnie zawieszone, że w chwili gdy funkcjonariusz zrywał
tego orła, pudełeczko się przekręcało i soda
wysypywała się mu na twarz. Podobnych pomysłów było wiele.
R. Jaki wpływ na wasze zdrowie miały istniejące warunki
więzienne?
L. W czasie pobytu w Iławie byłem dwa razy w szpitalu. Kłopoty
z sercem, z którym dotychczas nie miałem problemów. Było zalecenie,
że internowany nie może przebywać w szpitalu dłużej
jak 7 dni. Drugi raz trafiłem w kwietniu i byłem aż do czerwca.
Wówczas częściej odwiedzała mnie rodzina. 8 czerwca byłem
wypisany ze szpitala w Iławie ze skierowaniem na dalsze leczenie w
szpitalu wojewódzkim w Olsztynie. Konwojowało mnie trzech funkcjonariuszy.
W drodze zobaczyłem po pół roku zieleń, zboża -
szokujący widok. W Olsztynie zaniepokoił mnie fakt, że nie
jedziemy prosto do szpitala, lecz w stronę Barczewa. W chwilę potem
przejeżdżaliśmy koło mojedo domu. Trochę żal
się zrobiło, że po tak długim czasie nie mogę
wejść do domu, zobaczyć dzieci pomimo, że jestem tak
blisko. W Barczewie okazało się, że mam skierowanie - wniosek
komendanta wojewódzkiego na operację. Ordynator szpitala był
zdziwiony. Po 1,5 godzinnych ceregielach przewieziono mnie znowu do Iławy,
lecz nie do szpitala, tylkop prosto do obozu.
R. Jak długo jeszcze przebywałeś w tym obozie?
L. 28 czerwca kazano nam się spakować, wyprowadzono na
przeszukanie, załadowano do „lodówki” i przewieziono do Kwidzyna.
Zostało nas w ostatniej grupie 18-tu. W Kwidzynie to już był
normalny obóz. Zewnętrzny mur z wieżami, strażnicy dyżurują
z bronią na okrągło, od muru w pewnej odległości
płot z siatki, u góry druty kolczaste, wewnątrz baraki z
zakratowanymi oknami. Nie można tego było nazwać -
ośrodkiem odosobnienia - to był po prostu obóz.
R. Jak wyglądały kontakty z rodziną?
L. Początkowo korzystaliśmy z sali widzeń. Powodowało
to długie kolejki oczekujących na widzenia. Później kilku
kolegów - nasi przedstawiciele - uzgodnili z komendantem obozu, że przy
dobrej pogodzie, będziemy przyjmować nasze rodziny na powietrzu.
Ustawialiśmy stoliki obok sali widzeń i wtedy ilość tych widzeń
wzrastała.
R. Opowiedz dokładnie co zdarzyło się w obozie 14 sierpnia?
L. 14 sierpnia 1982 roku. Po godzinie 900 wyprowadzono nas na
spacernik i wtedy zauważyliśmy, że przed bramą stoi masa
ludzi. Ten fakt nas zaniepokoił. Delegacja udała się do komendanta
z pytaniem - dlaczego rodziny czekają. Ustalone było inaczej.
Okazało się, że zmieniono nam komendanta, obecny kategorycznie
zerwał naszą wewnętrzną umowę. Postanowiliśmy
zaprotesować. Wróciliśmy do cel, wzięliśmy taborety,
łyżki aluminiowe, miski. Usiedliśmy pod bramą i
zaczęliśmy łyżkami tłuc w garnki. Hałas był
straszny. Po tej kanonadzie przerwaliśmy, śpiewaliśmy
pieśni obozowe i ponownie czyniliśmy ten hałas. Jeszcze raz
delegacja nasza udała się do komendanta aby pertraktować o
widzenia. Okazało się, że komendant wczeniej radził
się oddziałowego (w stopniu porucznika), który nazywał się
naszym wychowawcą - p. Młotkowskiego i orzekli, że widzeń
nie będzie. Postanowiliśmy podtrzymać nasz protest 2 godziny. Po
pewnym czasie zauważyliśmy, że odsunięto nasze rodziny od
bramy siłą. Obóz otoczono ZOMO-wcami. ZOMO-wcy uzbroili się w
tarcze, pałki, kaski bojowe z przyłbicami. Jest zarzut, że
internowani rozpruli siatkę. Podejrzewam, że sprawa już
wcześniej była wyreżyserowana, żeby stworzyć pozory
ucieczki. Zygmunt Goławski nawoływał, aby internowani nie
wychodzili poza pierwsze ogrodzenie. Sprowadzono straż pożarną.
Z-ca komendanta straży, po stwierdzeniu, że nic się nie pali,
odmówił wjazdu na teren obozu. Chciano mu początkowo ten wóz
zabrać, lecz w kocu klawisze wyciągnęli obozową
motopompę i skierowali strumień wody na nas. Zaczęlimy się
w popłochu wycofywać zasłaniając się przed wodą
taboretami. Przyjęliśmy postawę by ich nie prowokować.
Zachowaliśmy spokój. Nie było wyzwisk, nikt niczym nie rzucał.
Kałudziński wszedł na dach baraku. Nie zdążył
zejść w porę i został od nas odcięty. Bili go
pałami. Kiedy upadł pryskali gazem w oczy. Zostawili go kiedy
już się nie ruszał. Pielęgniarka kazała wezwać
pogotowie. Zabrali go. Sytuacja wyglądała groźnie. Zomowcy mieli
przy sobie psy bez kagańców. Była w nas skierowana broń z
wież strażniczych. Uciekliśmy do swoich cel, aby zmieni
przemoczone ubrania. Wtedy cele zostały zamknięte. Po piętnastu
minutach otwierano je, na korytarzu było słychać krzyki bitych
kolegów. Wpadli do naszej celi. Uderzyli kolegę. Zamierzali się na
drugiego, gdy w drzwiach stanął oddziałowy Młotkowski. To
on wskazał konkretne osoby - Andrzeja Bobera i Piotra Bączyka,
internowanego w maju z OZOS-u. Uzbrojona w pały grupa ZOMO podeszła
do nich i zaczęła bić. Potem kazano im wychodzić. W drodze
do drzwi od łóżka już się przewracali. Zaczęto ich
kopać i tak wyrzucono na korytarz. Było słychać ich krzyki,
udezrenia pał. Ubliżano im, traktowano gorzej jak zwierzęta.
Wrzucili ich spowrotem do celi i znowu za nimi wpadli - pięciu lub
sześciu. Przez cały czas był z nimi dowódca. Oprócz pałek
używali pięści i kopali. Strasznie ich skatowano. Taki fakt mi
utkwił w pamięci. Już po pobiciu kazali uklęknąć
Piotrkowi przed szafką na której miał naklejony obrazek matki
Boskiej. Kazali mu go zerwać. Ten ukląkł, odkleił obrazek,
a klawisz go podarł i kazał ucałować swoje buty. Z
chwilą gdy Piotrek się nachylił - chłopak nie wiedział
już co robi - klawisz zaczął go okładać po plecach i
kopać. Podobnie było z Andrzejem Boberem. Potem kazano Boberowi,
Łukomskiemu i Bączykowi sprzątać korytarz, który
wyglądał jak po pożarze, woda i kawały tynku. Kiedy dano
nam spokój Andrzej Bober zaczął się skarżyć na silny
ból głowy. Dobijalimy się do drzwi, żeby udzielono mu pomocy,
lecz nie było żadnej reakcji. Dopiero około 17-18-tej
przyszedł lekarz więzienny i zaprowadzono pobitych do ambulatorium,
gdzie oglądano ciała, coś zapisywano i wygoniono spowrotem. Nie
dano żadnych środków opatrunkowych, żadnych znieczulających
- nic. W nocy Andrzej źle się poczuł - zaczął
tracić przytomność. Zaczęliśmy wszyscy walić do
drzwi. Prosiliśmy kolegów z innych cel, by robili to samo, wzywaliśmy
lakarza. Przyszedł oficer dyżurny i powiedział, że lekarz
będzie rano. Bojąc się o życie kolegi napisaliśmy
oświadczenie, że nie bierzemy odpowiedzialności za ewentualne
następstwa. To pomogło - przyjechało pogotowie ratunkowe, które
zabrało Andrzeja. Wstrząs mózgu.
R. Jak wyglądało wyjście na wolność?
L. 16 września 1982 roku dostałem skierowanie do szpitala i
przewieziono mnie do Prabut. Było nas tam jedenastu. 27 listopada
przewieziono mnie do Szpitala Wojewódzkiego w Olsztynie, gdzie przebywałem
do 24 grudnia 1982 roku. W przeddzień, 23 grudnia był telefon z
komendy MO, że jestem wolny.
R. Po uzyskaniu wolności zdecydowałeś się na wyjazd z
kraju?
L. Tak. Szukałem pracy. Nigdzie nie chciano mnie zatrudnić - w
poprzednim moim zakładzie grzecznie odmówiono. Byłem w OZNS i
Polmozbycie. Pomozbyt ogłaszał w „Gazecie Olsztyńskiej”, że
poszukuje pracowników lecz też mi odmówił. W kwietniu 1983 roku
wyjeżdżam z rodziną do Stanów Zjednoczonych.
(powyższy wywiad z
Leszkiem Szawłowskim zamieszczony został w „Rezonansie” nr 7/28 z
dnia 13-17.12.19883r. - wyd. podziemne).
--------------------------------------------------------------------------------
|
|
Olsztyn Friday, 10 June 2011 r. |
Do druku podał za Siecią poniższy tekst:
Rozmowa
ze Stefanem Ruchlewiczem
przeprowadzona w dniu 13
kwietnia 1999 roku
Pyt. Szczególnie
interesują mnie początki „Solidarności” w Olsztynie.
Odp. W roku 1980 na
przełomie czerwca i lipca - pierwsze strajki - Gdańsk, Lublin, dwa
ośrodki strajkowe. Ja byłem na zaległym urlopie i w pewnym
momencie telefon i zrywają mnie z urlopu jako dyrektora. Spęd
wszystkich dyrektorów w Komitecie Wojewódzkim. Byłem wówczas dyrektorem
naczelnym Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Komunikacji Miejskiej. To zebranie
prowadził sekretarz Komitetu Wojewódzkiego i zaleca się, żeby
był spokój w zakładach, żeby nie było strajków. Ustawiano,
żeby dyrektorzy byli czujni. Na takich naradach organizowanych odgórnie
były ustawione dwie, trzy osoby -
Reich zabierał głos, Laskowski, który później został
sekretarzem KW, a w tym czasie był dyrektorem IZNS-u. Chyba jako
piąty, już poza planem wychylił się dyrektor Spomaszu i
mówi: „Słuchajcie, ja jestem wasz człowiek, ale żeby
dowiedzieć się co się dzieje w Polsce, to ja mam Wolnej Europy
słuchać? Nie mogę się dowiedzieć co w Gdańsku, co
w kraju się dzieje”. I tak ten dyrektor sprowokował mnie i ja
także poza planem zabrałem głos.
Być może była to już druga narada. I właśnie na
tej naradzie, kiedy się wychyliłem, powiedziałem o
możliwościach finansowych i o związkach zawodowych.
Powiedziałem, jaki problem jest ze związkami zawodowymi. Ja chcę
mieć rzetelnego partnera. A czy on będzie się nazywał
samorządny czy niezależny - co za problem? I wtedy na moje
wystąpienie E. Wojnowski wstał i powiedział: „Towarzyszu
Ruchlewicz, wyście nie zrozumieli o co tu chodzi. Nam nie chodzi o takie
związki, tylko że te związki chcą żeby były
chrześcijańskie, a my nie możemy na to pozwolić”.
Ale wtedy w Olsztynie jeszcze nikt nie strajkował. Cały czas
nasłuchiwano co się dzieje w kraju. I w pewnym momencie w Olsztynie
wpada do mnie kierowca i mówi: „Panie dyrektorze, zjeżdżają!”.
No i zjechali wszyscy z wyjątkiem jednego kierowcy Pawła Heniga, bo
to był taki człowiek oddany partii - później to on nie
miał życia, gdyż wszyscy kierowcy go prześladowali,
gdyż on był jak trędowaty, gdyż on się
wyłamał. On jedyny nie zjechał, na Dajtkach gdzieś
został. To był pierwszy strajk na terenie Warmii i Mazur. To było na przełomie lipiec - sierpień (?).
Poza Gdańskiem i Lublinem wówczas nic się jeszcze nie działo. To były
początki.
Kiedy zjechali nasi kierowcy, wtedy wszyscy się zebrali w świetlicy.
Wtedy przedzwoniłem do władz - do prezydenta, wojewody. Wtedy
przyjechali wojewoda, prezydent, komitet miejski, komitet wojewódzki, dyrektor
zjednoczenia na sali. I wychodzi pan Jan Makowski, późniejszy nasz
przewodniczący Komisji Zakładowej - wychodzi i czyta postulaty. Ja w
komunikacji miejskiej pracowałem dość długo, gdyż 8
lat jako zastępca dyrektora i czwarty rok jako naczelny, z widzenia
znałem każdego z kierowców, ale on był dla mnie mało znany,
a tu jako kierowca czyta postulaty. Nie kojarzyłem go. Zwróciłem
się do zastępcy, do kadrowej, kto to jest? I później
poprosiłem akta i dzisiaj widuję się czasami z nim na zasadzie
grzecznościowej „dzień dobry”, ale głęboko jestem
przeświadczony, że to był człowiek, który z góry był
ustawiony do zrobienia pewnej roboty. On przeczytał te postulaty
gdańskie i była jakaś część postulatów naszych
wewnętrznych, zakładowych, jakieś sprawy płacowe - razem
dołożyli ok. 10 postulatów. I na tej sali, załoga mi
ufała, a więc poprosiłem ich „słuchajcie, to są
władze, a więc proszę was wyjdźcie na trasę. Swój cel
osiągnęliście, postulaty władze otrzymały,
będziemy je realizować. Jeżeli mi ufacie jako dyrektorowi, to
proszę was wyjedźcie”. Cisza na sali, nikt się nie odzywał.
Jeszcze na początku wojewoda próbował przekonywać, prezydent,
ale oni nie chcieli tego słuchać. na moją prośbę
jednak zdecydowali się wyjechać. I wyszli z sali. Ja z władzami
wszedłem do gabinetu dyrektora, to wtedy oni zaczęli mnie
obcałowywać ci wodzowie, że w tak trudnej sytuacji załoga
posłuchała i wyjechała.
Dzisiaj prezentuję takie stanowisko, że to
było aranżowane przez służby specjalne. ten człowiek
był w KBW, on wyszedł z wojska i w nowym przedsiębiorstwie
krótko pracował 2-3 lata przed stanem wojennym. I raptem on stał
się szefem - wodzem. Pomimo jego działalności w Komisji
Zakładowej, nie był internowany. Później mi przekazywali,
Langowska i inni, że kiedy byli przesłuchiwani już po
wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy się zebrali przewodniczący
komisji zakładowych, to przy wszystkich stolikach było wypisane
nazwisko, gdzie kto siedział, a tam gdzie on siedział nie było
wpisane nazwisko. Trzeba by po prostu sięgnąć do archiwum
…
Po komunikacji miejskiej inne zakłady zaczęły strajkować.
Ja w zasadzie od początku ustawiłem się na tak.
Pyt. Władze wówczas
popierały samodzielne, samorządne, niezależne związki, ale
nie „Solidarność”.
Odp. W pierwszej fazie
to ze strony władz w ogóle było „nie!” Tak było do porozumienia
Jagielski - Wałęsa. I dlatego kiedy ja na tym zebraniu w Komitecie
zabrałem głos, to na drugi, trzecie dzień miałem tu
instruktorów. I z komendy mnie odwiedzili, prosili o wykaz wszystkich
umysłowych, sprawdzali gdzie kto kończył jakie studia. Było
to rozpracowywanie. Nastąpiło jednak pewne pokrzyżowanie ich
planów, gdyż ja rok chyba przed stanem wojennym zatrudniłem
Łukomskiego Edmunda. On wyszedł z wojska, gdzie miał
dyscyplinarne sprawy. On był bez pracy. Później miano do mnie
potężne pretensje, po co ja go zatrudniłem. I on wszedł na przewodniczącego MKZ-u. Po tych
pierwszych spotkaniach właśnie Łukomski został wybrany jako
przewodniczący tego Międzyzakładowego Komitetu
Założycielskiego. I to było dla mnie pewne, że
Łukomski jest niezależny. Znałem jego akta. Wtedy
włączyła się także pani Irena Telesz, Mackiewicz,
Makowski Jan, Kisły później dołączył. Był wówczas
dyspozytorem.
Pyt. Była kwestia
zarejestrowania Komisji Zakładowej w Gdańsku. Ks.
Żołnierkiewicz mówił, że z panem jeździł do
gdańska?
Odp. Była z nim
współpraca, gdyż ja z księdzem Żołnierkiewiczem
rzeczywiście współpracowałem. To były spotkania w cztery
oczy. Z jednej strony bowiem był nacisk władz, ale ja dla „Solidarności”
zapaliłem zielone światło, gdyż dałem pomieszczenie,
dałem pełną obsługę …
Pyt. Pan jako pierwszy
dyrektor udostępnił pomieszczenie nowym związkom i przez wiele
miesięcy funkcjonował w nim związek.
Odp. Na początku
był jeden pokój, później dwa pokoje oddałem do dyspozycji.
Oddałem do dyspozycji : fiata służbowego, udostępniłem
telex. Na początku nie zdawałem sobie w pełni sprawy z sytuacji.
Ten przewodniczący nowej Komisji Zakładowej - wówczas był telex,
z którego wychodziła taka taśma perforowana.
I ten Makowski przez cały czas, jak przychodziły z Gdańska te
teleksy, to on te taśmy perforowane brał i on to zbierał, i to
było prawdopodobnie kopiowane. Cały czas więc śledził.
Początki były bardzo trudne, bardzo ostre, gdyż była
potężna presja na mnie, natomiast załoga tego nie odwoła. Ja
w tym czasie byłem radnym Miejskiej rady narodowej - byłem drugą
kadencję radnym. I przyszedłem na sesję, jak tylko pojawiły
się pierwsze znaczki solidarnościowe, ja sobie przypiąłem
znaczek „Solidarności”. I pamiętam, był taki stary redaktor
„Gazety Olsztyńskiej”, Milewski i on powiedział, że co
Ruchlewiczowi trzeba oddać to jednak odwagę. Pierwszy na sesję
ze znaczkiem „Solidarności” na sesję i to jeszcze dyrektor. Patrzyli
wówczas zszokowani. Nie byli pewni czy mają we mnie swojego
człowieka. Były bowiem naciski, byłem bowiem wielokrotnie
wołany przez SB, wieczorami do Komendy Wojewódzkiej. Chcieli mnie
zwerbować, gdyż chcieli mieć e tym środowisku swojego
człowieka. Oczywiście się nie dałem.
W moim odczuciu początki, pierwszy strajk, pierwsze niepokoje - one
były inicjowane przez służby specjalne. I tego ja jestem pewien.
Natomiast później, wprowadzając Łukomskiego (Makowski był ich człowiekiem, Łukomski nie
był ich człowiekiem). Ja Makowskiemu powiedziałem chyba
ze trzy razy: „Słuchaj, mam wrażenie jakbyś ty działał
na szkodę „Solidarności”. On przychodził do mnie jako do
dyrektora i on też nie wiedział co ja myślę w konsekwencji.
On był ich czlowiekiem, ale on nie wiedział kim ja jestem. I nie
wiedział jak ze mną rozmawiać. Krótko mówiąc, w pierwszym
okresie ja ich instruowałem co mają robić. na przykład
pierwsze postulaty w Olsztynie dotyczące krzyży, budowy
kościoła na ul. Wyszyńskiego - Chrystusa Odkupiciela Człowieka.
Była taka sytuacja, że akurat byłem u prezydenta Różyckiego
załatwiając jakieś tam służbowe sprawy i Różycki
do mnie mówi: „Widzi pan, już chcą budować kościół
itd. Uważam, że będzie sprawa odrzucona, nikt się na to nie
zgodzi. już wstępnie konsultowałem”. Po tej rozmowie
wróciłem do przedsiębiorstwa, stoi grupka kierowców, z dziesięć
osób, podszedłem i chwilę porozmawiałem. I mówię:
„Słuchajcie, to wy macie pretensje, że w Olsztynie nie dają
pozwolenia na budowę kościoła. Wy do mnie macie o to pretensje?
Że nie ma krzyży w świetlicach, zakładach, biurach?” I
chwilkę postałem i poszedłem. To była rozmowa
podsuwająca im myśl. I dosłownie chyba po pięciu minutach
przyszedł do mnie kierowca Kwiatkowski, który był najbardziej
religijny i paru jeszcze innych i mówią: „Panie dyrektorze, ale co w tej
sprawie dałoby się zrobić?” Ja im mówię: „Macie te swoje
postulaty, dajcie mi je, ja pokażę dalej władzom”. Na drugi
dzień maszynistka napisała te postulaty i poszły do Komitetu
Wojewódzkiego i do Komitetu Miejskiego, do Prezydenta, do Zjednoczenia. I
mówię: „Panie prezydencie, będą stali. Jak nie będzie
zgody, będą stali”. I było pozwolenie. I było pozwolenie na
budowę kościoła. Tak, że ten moment rozmowy był
dlatego łatwy na terenie komunikacji miejskiej, gdyż do tych
działaczy, którzy to zaczęli nie było żadnej represji. Ja
ich chroniłem swoją osobą jak tarczą. A oprócz tego mieli
też materialną pomoc, bo np. papier mieli zakładowy, samochód,
paliwo, pełna obsługa biura. A w międzyczasie po
zarejestrowaniu, znalazło się dużo więcej odważnych
ludzi.
Później powstało pismo „Rezonans” i włączyło się
szereg osób. Również całe zaplecze, cała drukarnia
mieściła się u nas. Były pokoje gościnne przy
szatniach. Tu bardzo aktywny był Kisły i jeszcze Grucela, oraz szereg
osób. Natomiast podczas I Zjazdu w Kortowie było taktyczne rozgrywanie.
Były wybory przewodniczącego regionu. Tu muszę powiedzieć,
że chyba popełniłem błąd taktyczny. Ja miałem
niedosyt. W dalszych etapach działalności związkowej nie
widziałem Łukomskiego. Ja go znałem lepiej, gdyż byłem
bezpośrednim jego szefem. I minusy znałem. Ale w sumie Łukomski
byłby lepszy niż Krupiński. ja nie zdawałem sobie sprawy.
Powroźny też był kandydatem i w
ostatniej chwili ja również się zdecydowałem kandydować.
I o tyle to dziwne było, np. Andrzej Bober, który był
wiceprzewodniczącym Zarządu, był aktywnym pracownikiem w
Zarządzie regionu i dostał jedynie 13 głosów. ja dostałem
31. Dostałem dużo więcej. Część ludzi
zaufało. Wystartowałem, gdyż chciałem rozwiązać i
poprowadzić dalej - ratować. Bo ja widziałem zagrożenie, u
niektórych działaczy dostrzegałem prywatę.
Pyt. Pan był w
dość trudnej sytuacji, gdyż zgodnie z duchem związkowym na
dyrektora trudniej jest głosować mimo nawet zasług. W tej
sytuacji i tak pan uzyskał sporo głosów.
Odp. Tym bardziej,
że nie prowadziłem żadnej kampanii. Ktoś się
wychylił na sali: „A może pan wystartuje?” A ja odpowiedziałem:
„Chyba tak, zgodzę się”. I później gdy było pytanie, czy
się zgadzam, to odpowiedziałem, że chcę
służyć „Solidarności”. Ale wtedy miałem pretensje do
Lubienieckiego, który prowadził ten Zjazd, że nieładnie się
parę razy zachował. Wtedy został wybrany przewodniczącym
Krupiński. Wcześniej prowadził Związek Łukomski i w
trudnych momentach on się sprawdził. W sumie może, gdyby z mojej
strony było większe poparcie dla Łukomskiego (ja chciałem
chronić Związek i oddawałem swoją osobę do dyspozycji)
i gdybym tego poparcia nie udzielił, to możliwe, że wiele rzeczy
lepiej by się potoczyło. Wtedy jednak nie poparłem go i szala
przechyliła się na rzecz OZOS-u, bo Powroźny się wtedy
wychylił - Krupiński wtedy wygrał w rywalizacji z
Powroźnym. Przez ten mój ruch w zasadzie osłabiłem pozycję
Łukomskiego i siłę komunikacji miejskiej. I ponieważ
przegrałem, a wokół Krupińskiego, Powroźny był i
Lubieniecki - i widziałem, że się toczy to w inną
stronę i powiem szczerze, że pierwszy raz wówczas mnie coś
zabolało. Mając stanowisko dyrektora WPKM i startując jako
kandydat do władz Związkowych, to ja tylko traciłem.
Całą swoją karierę zawodową kładłem na szalę.
I gdybym wygrał, to bym nic nie zyskał, tylko bym tracił,
gdyż ja musiałem wtedy wszystko zostawić. kariery zawodowej
więc już nie mógłbym robić.
Pyt. Stowarzyszenie
Obrony Ludzi Więzionych za Przekonania?
Odp. To już
było, kiedy władze przygotowywały się do rozbicia
Związku. Było to już po tych wydarzeniach marcowych. Chodziło
o obronę ludzi więzionych za przekonania. Ja zgodziłem się
przewodniczyć temu komitetowi.
W Gdańsku Moczulski zorganizował spotkanie. Wtedy kiedy wyszedł
z więzienia. I poszedł telex do wszystkich Zarządów regionu,
żeby wysłać delegatów. Ja dostałem delegację i
pojechałem z Olsztyna sam. Był jednak taki szczególny moment: ja w
tym czasie przez cały czas chodziłem ze znaczkiem
„Solidarności”. I na to spotkanie przyjechałem z tym znaczkiem.
Dzisiaj nie dam głowy uciąć, czy to był Wielowieyski, ale
w 90% twierdzę, że to byli ludzie z Zarządu Głównego,
którzy stali przy wejściu na tę salę i pytanie było wprost
do mnie: „Po co ja idę na tę salę? Przecież pan może w
„Solidarności” działać. Po co pan wchodzi?” Praktycznie sala
była prawie pusta, byli nieliczni, 40 a może 50 osób. I to już
później, kiedy byłem internowany, kiedy mnie na Komendę
zamknęli, wtedy widziałem, że mieli te stenogramy tam nagrane i
je w pewnym momencie - to było jeszcze przed I Zjazdem „Solidarności”
w Gdańsku. I na tej sali chyba ze dwa razy zabrałem głos.
Ktoś zaproponował aby dalej poprowadzić to zebranie. I znowu
siedząc przy tym stole prezydialnym, miałem
wrażenie, że była jakaś
dziewczyna ze służb specjalnych, bo ja chciałem to
poprowadzić z klasą, a ona mi w tym przez cały czas przeszkadzała.
Widziałem, że nagrywa całość. Powiedziałem jej,
żeby się wyłączyła, żeby nie przeszkadzała.
Moczulski był gościem i w zasadzie niewiele mówił. Trochę
opowiadał o swoich przeżyciach. Ja powiedziałem, że jako
Polacy powinniśmy się upomnieć o swoich braci na Wschodzie. No i
wtedy wszyscy wstali i były owacje. I to później znalazło swój
oddźwięk na I Zjeździe „Solidarności”, kiedy uchwalono
specjalny apel.
Pyt. Kto był
głównym inspiratorem tego gdańskiego spotkania?
Odp. To byli ludzie
Moczulskiego, którzy chcieli zorganizować z nim spotkanie. Może
chciał się włączyć w ruch solidarnościowy. I to
było od razu blokowane. Stali i nie wpuszczali. A więc było to w
jakimś stopniu staranowane.
Pyt. Czyli było to
blokowane przez pewnych ludzi z „Solidarności”?
Odp. Tak. Oni nie
chcieli żebyśmy nawiązywali współpracę z Moczulskim. W
tym czasie (…) byłem sympatykiem KPN-u, miałem pewne kontakty. Oni
chcieli mieć swój zalążek w Olsztynie.
Pyt. Stan wojenny.
Odp. Gdzieś dwa
miesiące przed stanem wojennym przyszła do mego przedsiębiorstwa
30-osobowa ekipa wojskowa. Szef tej grupy był później komisarzem
wojskowym na terenie Olsztyna. Dziś jest generałem, a wówczas
był pułkownikiem. Oni wówczas przeprowadzali niby kontrolę
funkcjonowania przedsiębiorstwa, ale właściwie przygotowywali
się do wprowadzenia stanu wojennego. Oni mój gabinet naszpikowali
„pluskwami” - podsłuchem. Pamiętam taki moment: siedzę przy
biurku i coś tam przypadkowo ręką dotknąłem i dwa razy
taką „pluskwę” znalazłem. Raz pod biurkiem. Wielkość
dużego guzika - na takim gwoździu było przybite. Więc ja to
wziąłem i pokazałem akurat przewodniczącemu Komisji
Zakładowej, który był w gabinecie. On chciał koniecznie
żebym mu dał obejrzeć i to już do mnie nie wróciło. to
też był sygnał, że on to przekazał. Ta grupa
weszła do firmy, aby rozpracować załogę. Ja w pierwszej
turze nie byłem przewidziany do internowania. Dzisiaj to już wiem
dlaczego oni podjęli taką decyzję. Bo w sumie byłem do
końca oddany „Solidarności”, ale byłem przeciwny strajkom,
byłem przeciw anarchii, byłem za porządkiem, za dyscypliną,
za właściwym funkcjonowaniem.
Gdy wprowadzono stan wojenny, to w nocy po mnie nie
przyjechano, ale gdy nad ranem chciałem do firmy zadzwonić, to
był głuchy telefon. Obudziłem się i może intuicja
może coś, bo mnie w domu nie zgarnęli. pojechałem do firmy
w niedzielę rani i oni za mną do godz. 20-tej jeździli po
Olsztynie. I tutaj w Szczęsnem, w tym właśnie pokoju (bo ja w
tym czasie mieszkałem na ul. Wyszyńskiego, a tutaj miałem dom
kupiony i on był w trakcie remontu). I tutaj miałem taki stary
telewizor. Włączyłem na Dziennik Telewizyjny i Jaruzelski akurat
mówił, kiedy oni przyjechali i mnie zwinęli po raz pierwszy.
Przetrzymali mnie w Komendzie Wojewódzkiej chyba do północy. Dlaczego mnie
wtedy puścili, to nawet sam nie wiem. Przypuszczam, że chodziło
o śledzenie i rozpracowanie.
Pyt. Ale wówczas
przesłuchiwali pana?
Odp. Tak,
przesłuchiwali. Bardzo długo mnie trzymali. Dali mi do podpisania
„lojalkę”, ale ja im tego nie podpisałem. Tam chodziło, że
będę wiernie służył itd. a ja im na tym
napisałem, że zawsze przestrzegałem prawa
obowiązującego w Polsce jako dyrektor i nadal je przestrzegam. I
podpisałem się pod tym, bo nie mogłem się pod tym
napisać co oni zapisali. Na pewno to gdzieś w aktach mają.
Nie wiem co oni wówczas myśleli, kiedy mnie wypuścili. Może
myśleli, że gdzieś w nocy mnie „przycupną”, ale był
taki zbieg okoliczności, że jechał dyrektor Zjednoczenia, z
którym bardzo dobrze żyłem. Ja powiedziałem mu: „Podwieź
mnie” i on mnie podwiózł. Nawet dał kierowcę, bo sam
wyszedł, ale dał kierowcę, który miał przepustkę. I ja
wróciłem.
Po wprowadzeniu stanu wojennego, Langowska nie była internowana i
Langowski Rysiek nie był internowany - ja się z nimi spotkałem.
Wziąłem swego przewodniczącego. I to
pilne spotkanie Komisji Zakładowych ja zorganizowałem. To
było chyba w PSTB-erze. Oni wtedy pojechali
na to spotkanie, a ja z załogą zastanawiałem się co
zrobić mądrze, żeby nie poddać się władzy. I
tutaj w gabinecie powiedziałem, że dla mnie Jaruzelski nie jest
żadną władzą, że
władzą jest Łukomski. gabinet był na
podsłuchu, więc było wiadome, że mieli argumenty przeciwko
mnie. I chyba po dwóch godzinach otrzymałem telefon od tego dyrektora
Zjednoczenia, że mnie zawieszają w czynnościach.
Pyt. A gdzie była
dyrekcja Zjednoczenia?
Odp. Tam gdzie był
Zarząd Regionu „Solidarności”, przy ul. Dąbrowszczaków. On tam nadawał. I później to jego
właśnie zobowiązali do przyjęcia tego związkowego
majątku. Bo to było Zjednoczenie Przedsiębiorstw Gospodarki
Komunalnej.
Pyt. Nazwisko tego
dyrektora?
Odp. Jan Madej. I drugi był taki moment, że ja poprosiłem tych
swoich poddanych, kierowników - ludzi, którym w jakimś stopniu ufałem
i powiedziałem, że nie robimy strajku, ale na zasadzie cichego
strajku, autobusy będą nam się psuły. I za parę
dni żeby wszystko stanęło. Przypuszczam, że to był
podstawowy powód mego internowania. Wiedzieli, że
takie działanie jest groźniejsze, niż wystąpienia wprost.
I wtedy drugi raz mnie zabrali i powieźli na Komendę. I wtedy w
piwnicach mnie osadzili. W kieszeni miałem wtedy 150 tyś zł.,
gdyż kupowałem materiały na remont. Chciałem przekazać
te pieniądze żonie, ale w tym momencie …
maznął mnie w oko i taki był początek moich
kłopotów z okiem.
Dobę spędziłem w piwnicy w Komendzie Wojewódzkiej. To był
już 15 grudzień. I w tym dniu również Andrzeja Pawłowskiego
do tej celi wrzucili i podjechała buda w nocy i skutych kajdankami
wywieźli nas. Byłem z Andrzejem skuty - wzięli nas do tej budy i
powieźli nas. gdy nas prowadzili do tej budy, to stał taki szpaler
milicjantów, a praktycznie zomowców, którzy znali mnie jako dyrektora. I wtedy
kiedy wsadzali mnie do tej budy, to ja powiedziałem: „Żegnacie nas
psami, ale mam nadzieję, że będziecie nas witać orkiestrą”.
Później dowiedziałem się, że to było bardzo
głośne wśród załogi WPKM-u. Przewieźli nas do
Iławy. Pierwsze dwa tygodnie były wręcz brutalne. Przez pierwsze
dwa, trzy tygodnie najwięcej zdrowia straciłem. Było potwornie
zimno. Dopiero po pierwszej wizycie, kiedy biskup Obłąk
odwiedził nas, wtedy troszeczkę zelżało. Cela była
bardzo słabo ogrzana. Wsadzili mnie do takiej mroźnej celi, może
dlatego, żebym nie miał z innymi kontaktu. Innych
wyprowadzali na spacer, ale mnie nie dopuszczali do kontaktowania się.
Wyprowadzali osobno. Sam byłem w celi i na spacer samego mnie
wyprowadzali. Nie miałem żadnego kontaktu z kolegami. Z nikim.
To było bardzo trudne, ale nie tyle samotność, co zimno mi
dokuczało. I wtedy mi nadszarpnięto zdrowie. Jak biskup
Obłąk szedł, to oni przez cały czas światło
włączali i wyłączali. Chodziło im o to, żeby
zrezygnował i nie odwiedzał cel. Ale biskup stał pół
godziny dłużej na tym korytarzu. I otworzyli celę. Biskup
zapytał: „ Czy mam jakieś życzenia?” To ja powiedziałem,
że przede wszystkim koc, bo tu kostnieję. Przecież jak mnie
zabrali, to miałem jakąś koszulkę, spodnie, bieliznę
pod spodem i nic poza tym. Były buty. Było zimno więc
nakładałem te buty - noga się pociła, a więc buty
mokre i tym bardziej to się potęgowało.
I po jakimś czasie 3 albo 4 tygodniach, przenieśli mnie do innej
celi. I do tej samej celi dali tego pana, który
dziś jest na Zachodzie (?). I był inny wychowawca, który
bardziej liberalnie, pod kątem rozmowy … Zauważyłem,
że wówczas ludzie w różnych celach byli wysyłani na Zachód, do
„Solidarności” i nie tylko. Od początku oni byli do tego
„szpikowani” - przygotowywani. I to tak od początku to się
toczyło. To tak pokrótce.
(Rozmowę
przeprowadził i notował Zenon Złakowski).
--------------------------------------------------------------------------------
--------------------------------------------------------------------------------
Rozmowa z Michałem Powroźnym i
Wiesławem Sasinem
ze STOMILU w dniu 25 lutego 1994r.
Pyt. Zanim powstała Solidarność w OZOS
były najpierw związki Piątka. Czy ktoś z panów był
związany z tymi związkami?
Odp. Nie, absolutnie nie.
Sasin -
Ja byłem na urlopie wówczas, kiedy wróciłem był strajk na fali
strajków sierpniowych. Spontaniczna reakcja tych ludzi. Później dopiero
doszliśmy do wniosku, że prawdopodobnie to było sterowane. Pomoc
dyrekcji przy pisaniu statutu, przy rejestracji tego związku. Z partii to
chyba Pióro sam pisał ten statut. Za mało informacji było: co ta
związek tworzy się w kraju, na Wybrzeżu. Większość
ludzi myślała, że to są akurat te związki niezależne
co na Wybrzeżu. W drugim dniu strajku powstał taki komitet, który
miał za zadanie spisanie postulaty załogi i ten komitet
prowadził już negocjacje z dyrekcją. To był strajk przez
niepełne dwa dni. W nocy się zaczęło na wydziale tkanin
kordów, następnie przeniosło się zebranie do magazynu wyrobów
gotowych. I tam powstała lista postulatów. Były nawet śmieszne:
jakieś mydło, środki czystości. To nie były
jakieś istotne postulaty. I później zaczął się ten
strajk załamywać. Pamiętam jak wracałem, bo tam byłem
na takim rekonesansie przez ciekawość (byłem na hali wyrobów
gotowych. Wiem, że dochodziło do scysji z łamistrajkami. Chowali
się oni tam pod maszynami ci łamistrajki. Strajk zaczął
gasnąć, tym bardziej, że dyrekcja przyjęła postulaty.
Na czele komitetu strajkowego stanął pan Piątek, który był
krótko pracownikiem OZOS-u. Pracował na innym wydziale i niewiele
potrafię o nim powiedzieć. Przybył ze Śląska.
Ponoć uciekł przed rodziną czy żoną, czy był
ścigany przez prawo - trudno powiedzieć. I jak szybko się
pojawił, tak szybko zniknął. Po zawiązaniu
Solidarności, chyba we wrześniu już go nie było.
Powroźny - W tym czasie byłem na urlopie.
Przyjechałem w którymś dniu września dopiero. Byłem gdzie
nad morzem na miesięcznych wczasach. Tak, że te wcześniejsze sprawy
w firmie są mi nie znane. Niemniej jestem w posiadaniu dokumentu. To
znaczy on jest przedrukowany w naszym Biuletynie Informacyjnym, gdzie komitet
założycielski owych związków wnosi do sądu o
rozwiązanie. Nawet była zabawna historia, że sąd to
zwrócił - nie można było się rozwiązać. Była
afera z tego powodu.
Pyt. Jak powstała Solidarność w
zakładzie?
Sasin - Mieliśmy pracownika ze Służby
Utrzymania Ruchu p. Kazimierza Grucelę, którego syn pracował w MPK -
Leszek. I pierwszym zebraniem informacyjnym - był to chyba początek
września - było nas czterech. Pan Grucela przyniósł nam ulotki i
wzory list. Był wśród nas Zbyszek Przewłocki i Jan Kisiel. Te
informacje nie wystarczyły nam do zawiązania związku. I
postanowiliśmy dotrzeć w kraju do większych zakładów
gumowych czy chemicznych. I w kilka dni po tym naszym 4-osobowym zebraniu
wybraliśmy delegację: p. Kisiel
Jan i Szczepan Marcinkowski. Pojechali do Poznania, ale to było
chybione zamierzenie, gdyż za tą delegacją poszedł prawdopodobnie
telefon i niewiele się dowiedzieli, gdyż nie zostali wpuszczeni na
teren zakładu. Wrócili z niczym, ale po 2-3 dniach ta delegacja
została zaproszona do MPK, gdzie dostali zaproszenie do Płocka, do
Rafinerii na spotkanie struktur branżowych Solidarności. Tam w
Płocku zebrani postanowili utworzyć strukturę ogólnopolską
w Rokicie w Brzegu Dolnym w zakładach chemicznych. Po tym drugim
przyjeździe, tym razem 3-osobowa: Jan Kisiel, Szczepan Marcinkowski i
Jerzy Raczek doszło do spotkania na walcowni - do zebrania
założycielskiego, gdzie już poszły listy i powstała
komisja organizacyjna.
Pyt. Czego się spodziewaliście po
Solidarności?
Powroźny - To był taki okres, że były
dwie opcje wśród powstających związków. Jedna uważała,
że sobie sami dadzą radę i w zakładach sami problemy
porozwiązują, ale pojawiła się i zaczęła
przeważać opcja powstania jednego ogólnopolskiego związku. To
jest również i państwowych.
Pyt. Czy możecie wymienić ludzi, którzy w tym
czasie aktywnie włączyli się w działalność
związkową w OZOS-ie? Na pewno Zbyszek Przewłocki?
Powroźny - Początkowo to i „Piątki”
jeździły do Gdańska, a nawet spotkały się z MKZ-em, a
jednocześnie nasi ludzie też zgłaszali się do MKZ-tu.
Piątek nie chciał bowiem podporządkować się pod
MKZ, natomiast u nas było od
początku to założenie istnienia ogólnopolskiego związku.
Sporo ludzi, którzy uczestniczyli w tym strajku Piątka i początkowo
byli aktywni w jego związkach, pokazali się później w Solidarności,
chociażby Rondomański. Przypominam sobie, że do OZOS-u
przyjeżdżał Borusewicz, gdzie tłumaczył
wyższość związku ogólnopolskiego nad małymi
związkami autonomicznymi.
Pyt. Co możecie powiedzieć o Zbyszku
Przewłockim?
Sasin - Niewątpliwie był motorem naszych
poczynań, długoletni pracownik. On był najbardziej
zaangażowany. Ja zostałem trochę na uboczu, ale on parł do
przodu. Wówczas pracował jako technolog w Dziale Głównego Technologa,
a ja jako technolog wydziałowy miałem z nim kontakty, gdyż on
opiekował się walcownią - moim wydziałem. Zresztą
znaliśmy się jeszcze od szkoły podstawowej. Tą ideę Gruceli on podchwycił i on to
organizował. Początek to Kisiel i też się
zaangażował, jeździł własnym samochodem, nawet ulegli
wypadkowi w czasie wyjazdu do Rokity w Brzegu Dolnym.
Pyt. Jak się układała współpraca
między OZOS-em a MKZ-em
Powroźny - Początkowo pracowałem w
laboratorium badań środowiska. To była taka filia działu
Bezpieczeństwa Technicznego. Miałem pod sobą zespół do
spraw ochrony środowiska.
W
zakładowej strukturze Solidarności byłem jednym z kilku wiceprzewodniczących
Komisji Zakładowej. Na zebraniu delegatów utworzono Komisję
Zakładową, która wybrała spośród siebie cały szereg
pomniejszych komisji.
Miały
one rozwiązywać problemy w zakładzie, np. komisja finansowa,
informacji, wniosków i postulatów, dochodzeń gospodarczych, mieszkaniowa,
d/s rekreacji i spraw socjalnych, zdrowia i ochrony pracy, d/s systemu
4-brygadowego, bo to trzeba było zlikwidować i komisja d/s sportu.
Pyt. Kiedy było o zebranie delegatów w OZOS-ie?
Powroźny - Zebranie wyborcze było 21 XI. 1980r.
Mam protokół z tego posiedzenia. Został wybrany przewodniczący
Zbyszek Przewłocki, delegaci do MKZ-u: Kociuba, Przewłocki (…), wybór
członków Zarządu Zakładowego (w/g ordynacji wzorcowej Solidarności).
Wtedy firma miała 4.600 ludzi, a Solidarność liczyła ok.
3.000 ludzi. Dwa dni po zebraniu delegatów ukonstytuowała się
komisja zakładowa, szefów tych większych komisji, dokonano wyboru
delegatów na spotkanie przedstawicieli Solidarności ZBGUM, dnia 26-28 w
Krynicy (Kisiel, Kociuba i Łukaszewicz). Przewodniczącym komisji
informacji Janik miał być dziś wśród nas. Myśmy
przyjęli w ten sposób, że Przewłocki jest przewodniczącym,
natomiast szefowie poszczególnych komisji zostali wiceprzewodniczącymi.
Pyt. W tym pierwszym okresie działania Solidarności
były jakieś momenty szczególnie ważne: może konflikty z
dyrekcją?
Powroźny - Na to wszystko są dokumenty. Są
dokumenty pierwszych działań naszych, pierwsze nasze postulaty.
Myśmy starali się uniknąć błędów pierwszych
związków. Myśmy podeszli do tego koncepcyjnie, organizacyjnie.
Mieliśmy ten komfort czasu. Z dyrekcją na początku problemów nie
było, natomiast na końcu (sierpień, wrzesień 1981r.) to w
naszych biuletynach drukowaliśmy partyjne uchwały. Ponieważ oni
byli z nami kontra dyrekcja. Ich uchwały nie chciała drukować
„Gazeta Olsztyńska”, również „Kormoran” - gazeta zakładowa, oni
nie mieli powielacza, nie mieli nic i dlatego pomagaliśmy. Dochodziło
do takich rzeczy, że jakieś struktury z PKP kontaktowały
się z Komitetem Zakładowym OZOS-u poprzez Solidarność.
Pyt. Czy dużo było wśród członków
Solidarności partyjnych?
Powroźny - W pierwszym momencie to sporo ludzi
rzucało, występowało z partii. Myśmy przywiązywali
dużą wagę do działalności propagandowej. To był
ten czas, kiedy można było wyciągać różne dziwne
partyjne sprawy. Zarówno z Polski jak i z OZOS-u. I myśmy to robili. I
myśmy dzięki temu mieli zwolenników.
Sasin - Partyjnych chyba około 50%. Partia była
dość liczna. Przebijała nawet ZMS, który wówczas, który wówczas
miał ok. 1.200 członków. Partia mogła liczyć nawet do 1.500
członków. Około 80% załogi w szczytowym okresie było w
związkach więc siłą rzeczy musieli też być
partyjni. Poza kierownikami wyższych komórek, wydziałów to
rzeczywiście nie było podziałów na my i oni. Mieliśmy sporo
kolegów, którzy z konieczności należeli do partii i nam to nie
przeszkadzało. Nigdy nikt nikomu nie wytykał faktu
[przynależności.
Powroźny - Miałem jakiś udział w
początkach związku. Prowadziliśmy audycje, zajmowałem
się informacją. Pracowałem w radiowęźle, a poza tym
starałem się współpracować z siecią wiodących
zakładów. Przyjechali do nas przedstawiciele ze Stoczni Gdańskiej. i
zajęliśmy 10 czy 11 miejsce na liście krajowej.
Zgłosiliśmy do tego akces i ja temu się
poświęciłem. Włożyliśmy naszą pracę,
gdyż przygotowaliśmy projekt ustawy o przedsiębiorstwie,
projekty dotyczące reformy samorządowej. W czasie trwania Zjazdu
było posiedzenie Sejmu i trwała straszna walka ze Stanisławem
Kanią o dwa lub trzy punkty. Przeszła ustawa nowa, bardzo dobrze, ale
brakowało nam 3 punktów aby to się nie różniło od naszych
założeń. Mam te materiały.
Pyt. „Sieć” jak była odbierana przez
władze krajowe Solidarności?
Powroźny - Fatalnie, jako konkurencja. Była
więc pełna dwutorowość, dlatego że KK Porozumienia czy
później Komisja Krajowa miały swoje rzeczy czysto związkowe,
natomiast my wychwalaliśmy swoje. Interesowały nas sprawy
gospodarcze, zagadnienia prawne. Całe otoczenie, w których związek
miał żyć. Myślę, że to jest duży sukces
OZOS-u, że myśmy w to weszli, wnieśliśmy sporo nowego. na
podkładzie tych statutów, tych dokumentów, ordynacji wyborczej,
przecież myśmy wybierali radę pracowniczą w OZOS.
Później przekładaliśmy to, zgodnie z zasadą działania
Sieci, na Region.
Pyt. Wspomniał pan o marcu 81 roku. Jak
odbieraliście wydarzenia w Bydgoszczy?
Sasin - Tak jak większość członków,
jako prowokację. Był to jakiś papierek lakmusowy dla
władzy. Czekali na reakcję jak się Solidarność
zachowa, na ile można sobie pozwolić, siłowo
rozwiązać.
Powroźny - Wcześniej był kryzys z rejestracją
związku. Był pierwszym sprawdzianem siły organizacji.
Przecież były te różnice w zarejestrowanym statucie, a
projektem.
Sasin - Tam chodziło o tą przewodnią
rolę partii
Powroźny - I podległość związku.
Pyt. Co możecie powiedzieć o zjeździe
wojewódzkim Solidarności w 1981r.?
Powroźny - My w OZOS-ie działaliśmy za
szybko i dlatego mieliśmy już ludzi wybranych w listopadzie.
Regionalne przetasowania nas specjalnie nie obchodziły. Wiesiek
Rondomański, który miał obowiązek raz w tygodniu czy dwa razy,
pokazać się przed mikrofonem i powiedzieć co tam w MKZ się
dzieje. Oprócz tego były faxy, jakaś codzienna informacja.
Pyt. Czy radiowęzeł był wam
podporządkowany?
Powroźny - Oczywiście. Pierwsze spotkanie z
dyrekcją jakie było to po to, że kazaliśmy dodatkowe 100
głośników założyć w zakładzie, bo
radiowęzeł tam nie docierał na całą halę.
Mieliśmy
to w różnych czasach, ale przynajmniej dwa razy w tygodniu mieliśmy
takie 15-20 minutowe audycje, które później były powtarzana na
trzeciej zmiania.
Pyt. Kto siadał za mikrofonem?
Powroźny - Pan Janeczko, był wtedy na etacie w
OZOS i zajmował się też oprawą muzyczną - ja
również.
Pyt. Czy („składaliście”
jakąś ofertę ?) w OZOS-sie? Powołaliście
przecież specjalną komisję w tym celu?
Powroźny - Trzeba powiązać 2 rzeczy,
wziąć postulaty „Piątkowe”, a również nasze, które
protokołowaliśmy. 4.XI.1980r.. Wystarczy przeczytać tylko nasze
nagłówki: - Likwidacja systemu 4-brygadowego i zmiana na system
3-zmianowy, przy takich samych płacach. Wprowadzenie podwyżek
płac, przyznanie dodatku za pracę w warunkach szkodliwych,
przydział pomieszczeń dla Solidarności, dostęp do telefonu,
powielacza, radiowęzła (…) zapewnienie załodze decydującego
głosu przy podziale wypracowanych środków finansowych (…) Myśmy
z takimi rzeczami wyszli.
Pyt. Czy dużo udało się zrealizować?
Powroźny - Przede wszystkim - 4-brygadówka, to
była rzecz najważniejsza i to oczywiście poszło. Oni
jeździli na konsultacje, Krajowa Komisja Chemików coś tam
podpisała. Wysłano Marcinkowskiego i Powroźnego do Gdańska,
żeby tą Krajową Komisję Chemików rozpędzić, bo to
durnie i czerwoni - dokładnie. Później poprawka tego wszystkiego.
Było sporo kwestii w zakładzie. Najbardziej denerwujące nas
sprawy, to była kwestia sportowców - czyli utrzymania stadionu. „STOMIL”,
który nam wciśnięto. Lewe kasy sportowców - to była też
rzecz szalenie bulwersująca. Następnie to Dąbie
nieszczęsne, ten ośrodek zbudowany dla bonzów w lesie koło
Mikołajek. Sprawy talonów na samochody. Budowa domków letniskowych. To nie
tylko Wojnowski, ale pan Wrzosek i inni. Sprawy kadrowe, przeszeregowań. I
te rzeczy trzeba było załatwić. Sporo tych rzeczy udało
się nam załatwić.
Sasin - Zażądaliśmy list płac, nagród
od szczebla dyrektora. Pensja dyrektora - jak pamiętam - nie była
dużo wyższa od mojej (ok. 2.000 różnicy) dyrektor chyba
około 5,5 tyś. natomiast znaczące były różne premie. I
to wyegzekwowaliśmy. Publicznie wisiały listy. Przykróciliśmy
więc tego rodzaju praktyki. Postulaty zrealizowaliśmy prawie o 100%.
Powroźny - Likwidacja systemu 4-brygadowego. Zbyniu,
Józek i jeszcze kilka innych osób wzięło ten system obowiązujący w DDRze, poprzeliczali
- jak trzeba pozmieniać stawki ludziom, żeby oni nie pracowali w soboty
i niedziele, ale żeby ta liczba godzin się zgadzała. Była
to kolosalna rzecz - byliśmy pionierami chyba. Bo potem
przyjeżdżali do nas: jak wyście to zrobili? Jakie przeliczenia,
jakie premie? To była szalona praca. A przy tym nie wyrzucić nikogo.
Pyt. Wracając do Zjazdu Regionalnego
Solidarności. Wtedy przewodniczącym został M. Krupiński.
Trochę zmienił ten skład Jednym z pierwszych posunięć
tego Zarządu było złożenie wizyty w Komitecie Wojewódzkim
partii. Jak to motywowano?
Powroźny - Przypominam to sobie. Ponieważ to
była siła polityczna wiodąca. Rozmawiać ze sobą za pomocą
ulotek to nie był właściwy spsób. To Krupiński jako
pzrewodniczący zainicjował to. Z drugiej strony trzeba sobie
zdawać sprawę, że mieliśmy sporo cichych zwolenników w
tamtych szeregach. Patrząc perspektywicznie rozmowy z tą drugą
stroną były nieuniknione, bo nie
można rozmawiać za pomocą ulotek. I dlatego
wybraliśmy się, owszem dostaliśmy potem straszliwe lanie, bo to
był ten okres taki z szabelką, ale trzeba było. Ponieważ
towarzysze tego swojego Wojnowskiego czy innych tak samo chcieli
rozliczyć. Nie mówili o tym głośno, ale była to próba
pierwsza nawiązania jakiegoś rozsądnego, normalnego kontaktu.
Pyt. Jaki był przebieg tego spotkania?
Powroźny - Musiałbym sięgnąć do
jakichś dokumentów z tego czasu. Pamiętam, że to zebranie
było dość długie - w Komitecie Wojewódzkim ono się
odbyło. Myśmy tam poszli jako Prezydium. Dla nich za tydzień czy
dwa zaczynał się zjazd partii., wobec tego myśmy tych
towarzyszy, ponieważ ja sprawy gospodarcze prowadziłem, więc
zapytałem tego pana sekretarza, który prowadził sprawy gospodarcze, z
czym wy na ten zjazd jedziecie? Więc on zaczął odpowiadać
na zasadzie, że w tej sprawie to już coś pisali. No dobrze, ale
pan ma jakieś materiały, jakieś projekty, proszę nam
przedstawić, chcielibyśmy przekonsultować konkretnie. Okazało
się, że nie mają nic. Skoro okazało się, że nie
mają nic, to ja wyciągnąłem z teczki kilka egzemplarzy
projektu „sieci” - przedsiębiorstwa społecznego - gdzie było
napisane, jakie powinna mieć uprawnienia rada pracownicza, do którego
miejsca państwo ma prawo wtrącać się w
przedsiębiorstwo. proszę, to są nasze projekty, jeżeli
państwo zechcecie z nich skorzystać, albo może pokazać na
zjeździe, to proszę bardzo. W każdej chwili jesteśmy
otwarci na dyskusję.
To była moja działka, ale takich punktów było kilka i w zasadzie
oni byli tą stroną szalenie
skonfundowaną, bo nie potrafili się poruszać, oni nie mieli
wizji.
Pyt. Wojnowski w tym spotkaniu uczestniczył?
Powroźny - Nie, w tym spotkaniu Wojnowski nie
uczestniczył. Już chyba jego nie było.
Pyt. Chyba to już był Laskowski?
Powroźny - Chyba Laskowski, bo on jako nowy chyba
wyraził zgodę na to. Tym bardziej, że myśmy poszli na ten
warunek, że nie na neutralnym gruncie. Ja uważam, że
odnieśliśmy sukces. Oczywiście patrząc w kategoriach dalej
niż dwa miesiące.
Pyt. Byliście za to rozliczani przez jakieś
gremium?
Powroźny - Tradycyjnie krzykliwe. Jak rozmawiać
z czerwonym, przecież jego trzeba powiesi. To było walne zebranie
delegatów. Nie było konkretnych zarzutów. Bo opcje były dwie: albo
się wieszamy i strzelamy do siebie, albo rozmawiamy. Ale jak decydujemy
się rozmawiać to musimy usiąść i rozmawiać
rzeczowo. To była wina tamtego czasu, kiedy przeważał
huraoptymizm „skoro mamy swój związek no to mamy wszystko, a tamtych
jakąś metodą trzeba wyeliminować.
Pyt. Z perspektywy czasu trzeba stwierdzić, że
tamta strona nie była przygotowana na rozmowy, na kompromis.
Powroźny - Z pewnością nie była
przygotowana na kompromisy, ale do tego żeby do pewnych rzeczy
dojść, to niestety trzeba sprawdzić. Nie można sprawdzić
temperatury wody, jak się nie dotknie.
Pyt. Pan znalazł się we władzach Regionu
Solidarności.
Powroźny - Później, ponieważ Mirek
Krupiński na I Zjeździe Solidarności został jednym z
wiceprzewodniczących Komisji krajowej, wobec tego zaszła potrzeba zmian
lokalnych - to był październik właściwie roku 1981. W
Zarządzie Regionu mnie podlegał Ośrodek Badań
Społeczno - Zawodowych. Chodziło o stworzenie takiego banku
informacji, bazy eksperckiej we wszystkich dziedzinach, którymi zajmował
się Związek Była ewolucja
Związku, od tego momentu burza z szabelką, kiedy wystarczyło
głośno krzyczeć, albo umieć zrobi strajk, do momentu, kiedy
trzeba było wziąć się za robotę. A jeżeli nie
chciało wziąć się za robotę, to przynajmniej
umieć ją zorganizowć. Edmund znakomicie dawał sobie
radę w pierwszym momencie, bo to był moment taki, że
powstał Związek, były strajki i trzeba było na hura pomaga
ludziom. Komitety zakładać, problemy - na ten moment Edmund był
znakomity i Bartuszek. Z tym, że później już trzeba było
zorganizować tę pracę, bo to nie mogło być tak,
że przewodniczący miał być w 6 miejscach jednocześnie,
tylko mieli być ludzie, którzy do tych 6 miejsc mieli pojechać. I tu
Mirek był dobry. To, że miał ambicje (…?), większe, w
związku z tym został tym wiceprzewodniczącym Związku d/s
zagranicznych. Ja byłem jednym z trzech wiceprzewodniczących.
Był Andrzej Bober, Stasiu Mackiewicz i ja. I na dobrą sprawę
chyba z automatu jakoś tak wypadło, że byłem tym pierwszym.
Pyt. Był to okres ważny i bardzo trudny. Jak
pan ocenia ten okres?
Powroźny - Ocena jest dość trudna.
Związek pewne postulaty ogłosił i powinien starać się
o ich realizację. W sytuacji, która była, sukcesów nie miał, bo
nie można było oczekiwać ich z dnia na dzień.
Nieustępliwość władzy, zresztą ona też miała
ścianę za sobą. Myśmy, że tyle co na owe czasy
dało się zrobić, to moglibyśmy zrobić niewiele
więcej. Zwłaszcza biorąc pod uwagę niezadowolenie ludzi z
naszej niesprawności. Dla nich byliśmy niesprawni. Nie
wywiązaliśmy się nawet z tych 21 postulatów. Zresztą
niektóre z nich do dnia dzisiejszego są aktualne. Można by sobie
życzyć, żeby był mniejszy procent działaczy
krzyczących, a więcej pracujących, ale mieliśmy taką
sytuację jaką mieliśmy.
Pyt. Czy w tych miesiącach była u was
świadomość, że to może skończyć się w
sposób dramatyczny?
Powroźny - Świadomość była,
że to zmierza do jakiegoś przełomowego załatwienia sprawy.
Niemniej chyba nawet czołówka krajowa Związku nie zdawała sobie
sprawy, że to może nastąpić już w przyszłym
tygodniu i że będzie to akurat tak wyglądało. Mam tutaj
ostatni fax, który wysłał Zarząd Regionu na ostatnie posiedzenie
Komisji Krajowej. Treścią tego faxu jest to, że
kończyliśmy konsultacje społeczne (…).
W wersji tej społecznej rady gospodarki narodowej, był nawet projekt
powołania Społecznej Rady Gospodarki Narodowej - mam nawet jej
założenia. I na ostatnim posiedzeniu Krajówki w sposób poufny,
żeby uniknąć podsłuchu, podano nam nazwiska ludzi, którzy
zgodzili się w niej uczestniczyć. Mam swój rękopis, były
bowiem tylko 3 egzemplarze, które przechodziły i nie wolno było tego
ujawniać. To był taki projekt, jak mówili nasi przeciwnicy
„superrządu”, a myśmy to traktowali raczej jako komisję
rozjemczą między rządem a związkami: Balcerowicz,
Bartoszewski, Białkowski (UW), Beksiak, Chrzanowski, prof. Gajewski,
Józefiak, Kurowski, Aleksander Legatowicz, Ryszard Manteufel, Andrzej Micewski,
Stefan Nowak, Maria Radomska (SGGW), Andrzej Stelmachowski, Andrzej Szaniawski,
Jan Józef Szczepański, Wacław Szubert, Andrzej Święcicki,
Witold Trzeciakowski, Andrzej Tymowski,
Andrzej Wielowiejski i red. Wilkanowicz, Ziółkowski i Jan Olszewski.
Natomiast ostatni fax jaki wyszedł z Regionu:
„Podajemy wyniki dotyczące uchwały Prezydium KK podjętej w
Radomiu po konsultacji z komisjami zakładowymi Regionu
Warmińsko-Mazurskiego. Podaję, że w większości
zakładów odbyły się zebrania załóg. Wyniki
kształtują się następująco: na 656 zakładów za
całkowitym poparciem 299, przeciwko 1 (Technochemia), 3 zakłady nie
zajęły stanowiska z powodu braku informacji. Informacje
napływają w dalszym ciągu. Informację przygotowała i
podała Irena Karwowska (?) z upoważnienia członka Prezydium
Marka Żylińskiego. Olsztyn 11.12.81r.”
Pyt. Czyli optymistyczne fakty zostały przerwane w
sposób dramatyczny. Były jednak pewne próby przygotowania Związku na
wypadek stanu wyjątkowego.
Powroźny - Czymś takim praktycznie rzecz
biorąc nie zajmowaliśmy się. Nawiasem mówiąc, jeśli
chodzi o strajk generalny, czy jakiś najazd, czy coś, to
pamiętam był taki przypadek, że weszła cenzura w nasz
Biuletyn Informacyjny, zakładowy, i ukazał się z pustymi
miejscami. Tam była właśnie informacja postępowania na
wypadek strajku generalnego i ewentualnej interwencji - to było
delikatniej, inaczej rozważne.
Pyt. Skąd mieliście taką instrukcję?
Powroźny - Uważaliśmy, że strajk
generalny jest prawdopodobny, a jeśli tak, no to ludzie muszą
się przygotować. To była kwestia zabezpieczenia porządku na
terenie zakładu pracy, zgromadzenia zapasów żywności, pilnowania
wody, zorganizowanie służby zdrowia, łączności.
Sasin - Koce, śpiwory. Ale w uzupełnieniu tej
informacji, jednak przygotowania na jakieś siłowe rozwiązania
były. Na pewno były w OZOS-ie.
Pamiętam,
że mieliśmy ustalony grafik spotkań na ewentualne
rozwiązanie siłowe. To były kościoły. I pierwszym
naszym spotkaniem była środa (pierwsza środa po wprowadzeniu
stanu wojennego) w kościele Chrystusa Odkupiciela Człowieka.
Stąd nasze spotkanie, bo praktycznie rzecz biorąc to w pracy w
poniedziałek - po wyprowadzeniu nas z zakładu ok godz. 2100
- wtorek był zawieszony. Ludzie przychodzili, ale pracy nie było.
Stąd nie mogliśmy się zorganizować. Nie dopracowana
była historia odtworzenia Komisji Zakładowej, ale rozmowy też
były wcześniej na ten temat prowadzone, stąd nasze spotkanie w
środę w kościele, a raczej przy kaplicy Chrystusa Odkupiciela
Człowieka.
Było nas kilkunastu, do 15-tu maksimum. Szczęście, że
staliśmy pod baraczkiem, a nie w środku. Omawialiśmy jak
się zabezpieczyć, jak pomóc rodzinom zatrzymanych - więc
organizowanie pieniędzy i ewentualnych struktur. I z jednym
zdążyliśmy wyjść - z pieniędzmi. Siłą
jakiejkolwiek organizacji jest pieniądz. Nie udało nam się do
końca zorganizować jak po pół godzinie, może po 40 minutach
usłyszeliśmy syreny milicyjnych pojazdów. Zdążyliśmy
się rozpierzchnąć.
Pyt. Czy te syreny milicyjne były związane z
waszym spotkaniem?
Sasin - Tak. Ktoś życzliwy dał znać.
Pyt. Czy był ksiądz, czy wiedział o
spotkaniu?
Sasin - Nie wiedział. Myśmy nie uprzedzali
księdza o tym spotkaniu, podobnie jak nie uprzedziliśmy ks.
Żołnierkiewicza, że jego kościół też był
wytypowany na piątkowe spotkanie. Po tym pierwszym spotkaniu
środowym, znaleźliśmy się w piątek w kościele
NSPJ. O tym jednak już wiedziała esbecja. Twierdzę t, bo kilku
smętnych panów weszło, zapominając zdjąć nakrycia
głowy. Ten moment, brat Zbyszka Przewłockiego, Józek,
zauważył. I przekazał nam. Wtedy postanowiliśmy
rozpierzchnąć się. Przy czym ja z Józkiem Przewłockim
pojechałem do Kortowa zobaczyć, czy tam jeszcze jakieś
życie istnieje. Chodziła nam o dostęp do poligrafii. I ponownie
w tymże kościele mieliśmy się spotkać. W Kortowie
zastaliśmy miasteczko puste, wymarłe. Była przerwa - studentów
nie było. Nikogo nie zastaliśmy. Wróciliśmy pod kościół
(w środku nikogo nie zastaliśmy), ale przed kościołem dwie
lub trzy osoby z naszego zakłady były. Powiedzieli nam, że
spotkania nie będzie, gdyż jak Msza się kończyła, to w
środku nie można było zostać, gdyż SB-ecy mieliby
ułatwione zadanie. Przy czy oni i tak nas namierzyli. Wówczas
zrezygnowaliśmy ze spotkań w kościołach. Nie
wybieraliśmy żadnych władz. Skupiliśmy się na
pieniądzach. Pomoc, pomoc i jeszcze raz pomoc dla rodzin osób
internowanych lub aresztowanych.
Pyt. Były więc zbierane składki?
Sasin - Tak. To były dość duże sumy.
Zarzucano mi, gdyż byłem, że tak powiem, głównym
księgowym, w sumie około 2 mln. zł. SB chciało mnie
oskarżyć o defraudację tych pieniędzy. Mimo, że nie
mieli dokumentów, jak te pieniądze wpływają, ale mieli doskonałą
orientację. Nie ukrywam, że wysokość pensji naszych
aresztowanych kolegów była wypłacona co miesiąc, regularnie.
Przy tym, bardzo duża pomoc, wszystkim potrzebującym, bez
względu na to czy to był nasz członek ze STOMIL-u czy też,
jak w przypadku Kałudzińskiego, Bryckiego, internowanych.
Pamiętam, że pierwszą osobą, która wyszła na
wolność był Andrzej Bartuszek - on wyszedł gdzieś w
lutym. Ja z nim błyskawicznie złapałem kontakt - po 2-3 dniach.
Pamiętam, że przekazałem mu jeszcze 11 tyś. złotych.
Zbieraliśmy czosnek dla internowanych, bo to było jeszcze
źródło witamin. Tak więc jak na ówczesne czasy
dysponowaliśmy olbrzymimi pieniędzmi. To było od naszych
członków. Znakomicie to funkcjonowało.
Pyt. Wydaje mi się, że tego rodzaju praca
była podstawowym przejawem działalności związkowej w stanie
wojennym - pomoc ludziom. Kto by aresztowany i internowany w OZOS-ie?
Powroźny - Aresztowani to: Przewłocki, Kociuba,
Żurawek (…), cztery osoby. Natomiast w internacie było trochę
więcej: Borkowski, Rondomański, dwóch z transportu i ja. I do
wyjaśnienia strażnik Foła
(?).
Pyt. Czy znacie przebieg strajku w OZOS-ie po 13 grudnia?
Niedziela, zakład nie pracuje, niemniej niektórzy się zjawiają.
Sasin - Członkowie Komisji spotkali się z
soboty na niedzielę, a „kurierzy” byli rozsyłani do domów z
informacją dla członków. M.in. był u mnie, gdzieś
około 500 nad ranem, nieświadomy nawet byłem stanu
wojennego, Bończyk. Ale nie byłem na tym strajku.
Pyt. Czy Bończyk Piotruś później
trafił do internatu?
Sasin - Trafił, nawet mam od niego list ze stemplem
poczty internowanych w Kwidzyniu. Bończyk mnie wtedy w nocy
poinformował, ale informowani byli ludzie, jakby z zaplecza, jak gdyby
dublerzy komisji. To później, może nie wszyscy, ale w tej
kilkunastoosobowej grupie w środę, to żeśmy wiedzieli,
że jesteśmy wytypowani, ale przez kogo nie wiadomo. Do przyjęcia
funkcji Komisji Zakładowej. Wiem, że to przygotowywano
wcześniej.
Pyt. Czy w samym strajku brał pan udział?
Sasin - Tak. To był dziwny strajk.
Część osób pracowała, część skupiała
się w niewielkich grupkach, rozważając sytuację. Natomiast
kilkusetosobowa grupa, ludzi zdeterminowanych, skupiła się na
wydziale PWE wokół Komisji Zakładowej.
W
poniedziałek w mistrzówce, która jest na hali, tam przygotowano
posiłki, tam robiono plakaty. Przy czym na pewno nie były wybierane
władze na tę okoliczność, jakiś komitet strajkowy.
Władzami uznano (dyrekcja też uznała z automatu) Komisję
Zakładową i przewodniczącego jako lidera. Jest pewne jedno,
że nie było żadnego przymusu, nawoływania, jakiejś
presji, wymuszania. Ludzie się wyłamywali. W tej kilkusetosobowej
grupie, która tak chodziła, krążyła, jedni przychodzili
przez ciekawość jako gapie, różnie to wyglądało, ale
200 - 300 osób było zdeterminowanych. I te osoby trwały do
końca, do wyprowadzenia.
Nie
potrafię powiedzieć jak to w kolejnych godzinach się
kształtowało jednakże zostałem poproszony przez Zbyszka na
takiego - miałem zadanie obserwować otoczenie, meldować o
siłach jakie zostały zgromadzone, na terenie. To zadanie później
mi utrudniało, jako, że w godzinach jeszcze przed 1400,
zamknięto bramę, żeby nie dopuścić II zmiany.
Oczywiście to był poniedziałek. Tak że między naszymi
godzinami, a 1400 nie wiem dokładnie co się tam na hali
działo. Co chwilę tylko przychodziłem, co godzinę czy co
pół, z komunikatem jakie siły, a to że już wojsko
zostało wprowadzone na teren zakładu, a to że się pod
stadionem gromadzą olbrzymie, na ówczesnej XX-lecia, siły rezerwistów
i ROMO. Bo jeszcze ZOMO - tego zawodowego nie było. Te siły
zjawiły się dopiero gdzieś 17-ta - 18-ta. Ale młodzi
żołnierze już obstawili trakt. Acha, wcześniej jeszcze
zrobiliśmy takie przygotowania jak blokada bram na halę, wózkami
zatarasowaliśmy. Liczyliśmy, że mogą ciężkim
sprzętem włamywać się np. czołgiem … Ale jeszcze raz
podkreślam - to zresztą mówiłem również w sądzie -
że nie było jakiegoś kierownictwa, komitetu strajkowego.
Początkowo to takie spontaniczne było. Później
część, szczególnie po godz. 1500. pracowników
umysłowych, mniej odpornych, wykruszyła się. W międzyczasie
były namowy dyrekcji, kilkakrotnie 2 - 3 razy dyrekcja jeszcze z jednym
panem - on wówczas miał coś z nogą, kulał, on chyba nie
był w Solidarności, on był w ciepłowni, z brodą,
krępy.
Powroźny - Któryś z ubeków może,
zakładowych?
Sasin - On mocno naciskał na rozwiązanie
strajku. Informacja stosunkowo szybko poszła w miasto. Już przed 1400
było bardzo dużo ludzi z miasta. Obserwowali, pytali, rodziny
chciały dostarczyć jakąś żywność, papierosy.
Pyt. Czy można było wchodzić na teren
zakładu?
Sasin - Do pewnego momentu tak - do 12-tej lub 13-tej. Na
pewno już przed 14-tą bramy były zamknięte. Później
można było obserwować, że jak na naszą garstkę
ludzi, zgromadzono olbrzymie siły. Było to po części takim
straszakiem. Może to była kompania w sile 70 - 80 ludzi, ale
było tego sporo - głównie rezerwy. Rezerwy, która się wstydziła,
zasłaniała. W końcu namowy te przedpołudniowe z
dyrekcją nie dały rezultatu. Około godz. 15-tej lub 16-tej
zauważyliśmy innego rodzaju namowy. Szczególnie dwóch panów -
Dyrektora Brzoska i głównego mechanika Bednarskiego, którzy chodzili z
dowódcą milicjantów w stopniu majora, nie tylko po to żeby
nakłonić do przerwania strajku, ale - jak żeśmy stwierdzili
- to był rekonesans dla sił, którędy mogą wejść,
jak mogą wejść - między maszynami, między bramami -
rozpoznawali teren. Przygotowywali się do jakiego ataku. Do siłowego
rozwiązania. I rzeczywiście nastąpiło to … no może
dobrze, że nie był to atak. Ale wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze.
Ale wiedząc, że nie wolno nam narażać się,
chociaż były takie głosy - nawet było zgromadzonych
dużo gaśnic. Mamy też armatki z dwutlenkiem węgla na hali i
zabezpieczone maszynami, wózkami. W ten sposób byliśmy odgrodzeni i
zabezpieczeni przed takim frontalnym atakiem na przestrzeni gdzieś 200 m2,
plus ta mistrzówka. Po nieudanych dyrekcji i majora, a o godz. około 19-tej,
zaczęto już przygotowywać rozwiązanie zdecydowane,
wprowadzając już na halę ludzi z ZOMO, natomiast wojsko
zostało rozstawione wcześniej wzdłuż traktu, tak że
droga ewakuacyjna była wcześniej planowana. I około godz.21-ej
widząc bezsens dalszego oporu. Acha, jeszcze istotna sprawa zastraszenia.
Stanęli w sile kompanii, ZOMO naprzeciwko nas, w odległości 30
metrów, takim szpalerem i różne pokrzykiwania bicie pałkami w tarcze.
To robiło wrażenie, chcieli wywołać grozę, że nie
ma większego sensu. Nawet wówczas nie zdawaliśmy sobie sprawy z
ilości zgromadzonego sprzętu i ludzi. Więc, doszło do
pertraktacji z tym majorem. A więc zapewnienie, że nie będzie
jakichś łapanek, bicia po drodze. Druga sprawa, że wolno nam
wyjść z flagą, że wolno nam odśpiewać hymn.
Chcieliśmy wyjść z honorem. I rzeczywiście dotrzymali
warunków. Około godz. 21-ej uformowaliśmy się i bez większych
problemów - było tylko małe zatkanie przed wyjściem, gdyż
musieliśmy odtarasować bramy - opuściliśmy zakład.
Flaga na przedzie i zaintonowaliśmy hymn państwowy i do ronda w takim
szyku wyszliśmy. Dopiero na rondzie zaczęliśmy się
rozchodzić.
Pyt. Czy tam również nie było interwencji?
Sasin - Nie, były tylko sznury po kilka samochodów,
które te grupki robotników rozchodzących się do domów jak gdyby
asekurowały. Ja miałem blisko, na Wyszyńskiego, a więc
trudno mi nawet powiedzieć jak tam dalej wyglądało. Ale nie
było jakichś przypadków, nie słyszałem żeby kogoś
pobito, wrzucono do samochodu.
Pyt. Gdzie jest ta flaga, z którą wtedy
wyszliście?
Sasin - Właśnie, nie zadawałem sobie nigdy
tego pytania.
Pyt. Jaką rolę w początkach stanu
wojennego odegrał Wojtek Niepokulczycki?
Powroźny - Po pierwsze on nigdy nie był w
OZOS-ie. On był w Zarządzie Regionu, o ile pamiętam w Komisji
Interwencji. Chyba nawet nie był działaczem. Wiem, że
pracował w Komisji Interwencji u Andrzeja Bobera.
Sasin - Natomiast co do stanu wojennego, to krótki epizod
był. Dosłownie może dwa, trzy miesiące. Został
oszkalowany w „Gazecie Olsztyńskiej”, ukazał się artykuł
o nim.
On
zginął w pewnym momencie. Ja miałem dość szybko z nim
kontakt, na pewno to już był luty - marzec. Wiem na pewno też,
że właśnie w tym okresie jeszcze śniegu - bo mi pokazano na
SB zdjęcie - jak wychodziłem z parku, udawałem się do
Sławka Olka, bo jeszcze mieszkał przy Kołobrzeskiej w tym
wieżowcu. I pamiętam, że duży artykuł się
ukazał i on po tym artykule, czy może nawet wcześniej, tak,
wcześniej, ten nasz kontakt się urwał. Nie mogę więc
powiedzieć o jakichkolwiek działaniach, czy on gdzieś był …
Ja go nie znałem wcześniej, ale szybko kontakt
nawiązałem, nawet szybciej niż z internatu w Iławie
wyszedł Andrzej Bartuszek - to był luty. Bartuszek z Barczewa
wyszedł bo miał kłopoty z sercem. Tak, że
nawiązałem z Wojtkiem kontakt najwcześniej. Nie wiem kto mi w
tym pomagał, ale ktoś ze „Spomaszu”.
Pyt. Mówił pan o tym zdjęciu, jak
wychodziliście z parku. Dlaczego akurat o tym zdjęciu pan
wspomniał?
Sasin - Bo pomylono nazwiska. Na SB wypominano mi
kontakty, w ogóle o współpracę z Niczyporowiczem. Ja się zapierałem,
że broń Boże, nic z nim nie miałem wspólnego. I tak
było, po prostu pomylono nazwiska. Z takim zdenerwowaniem, SB-ek
wybiegł z pianą na ustach i po pewnym czasie przychodzi, pokazuje
zdjęcie i pyta, a to kto? Ja mówię: tego to znam, ale nie wiedziałem,
że on nazywa się Niczyperowicz. I dopiero zorientowali się
jaką gafę strzelili. Na zdjęciu był Niepokulczycki.
Pyt. Co Niepokulczyckiemu zarzucano w „Gazecie”?
Sasin - Jakieś defraudacje, jakieś
powiązania z ART, jakieś takie nieczyste sprawy, takie kryminalne.
Powroźny - On teraz gdzieś funkcjonuje w
Olsztynie, jest uchwytny, prowadził jakąś firmę -
rzemiosłem się zajmował przez pewien czas. Widziałem
się z nim jakieś 2 - 3 miesiące temu.
Pyt. Chciałem zapytać się pana o
pieniądze Zarządu Regionu podjęte z banku tuż przed stanem
wojennym. Czyja to była decyzja? Chodzi o te 2 mln.
Powroźny - O tym najwięcej mógłby
powiedzieć Łukomski, dlatego, że on z ramienia Prezydium od
końca listopada zajmował się sprawami tej straży
robotniczej, czy jak to się nazywało.17 (?) grudnia był w
Warszawie jakiś strajk. W związku z tym w Regionie Mazowsze
postanowiono zorganizować grupy zabezpieczające. Edek Łukomski
jeździł do Warszawy razem chyba z Kociubą, kilka osób. Był
z ramienia Zarządu Regionu upoważniony do tych działań
wojskowo - ochronnych. I stąd być może w czasie kiedy mnie nie
było, byłem na Krajówce czy gdzieś, pewne decyzje odnośnie
tych poufnych spotkań w kościołach zapadły, o których ja nie
wiedziałem, podobnie jak reszta Zarządu - i bardzo dobrze. takie sprawy
powinno znać skromne grono osób z natury rzeczy. Podczas
przesłuchań straszliwie mnie wałkowano właśnie na ten
jedyny temat: straż robotnicza, jakie miało być uzbrojenie,
jakie przeznaczenie, etcetera (śmiech). To może być ta sprawa.
Oczywiście były dyżury w Zarządzie Regionu.
Wyjeżdżając na Krajówkę, sytuacja była napięta.
Akurat Żylińskiemu wypadł dyżur w Zarządzie Regionu.
Natomiast z pieniędzmi jest sprawa oczywista, że wzięli z konta
w banku, bo przecież nie trzymało się gotówki gdzieś w
firmie.
Pyt. Mnie właśnie chodzi o te 2 mln.
podjętych z konta, ale widzę, że pan bliżej w tej sprawie
nie jest zorientowany. Interesuje mnie, jaką według was,
spełnił rolę w stanie wojennym kościół NSPJ i ks.
Żołnierkiewicz?
Sasin - Jak już mówiłem zaraz po stanie
wojennym, jak nas SB namierzyło zaniechaliśmy tych spotkań w
kościele. Później zajmowaliśmy się głównie
pieniędzmi i kolportażem. Natomiast kościół był i
został długo, ten kościół, w początkowym okresie ,
takim punktem kontaktowym, ale już szerszej sprawy, np.
uczestniczyłem tam w spotkaniach z przedstawicielami Kortowa, wymiana
jakichś druków, gazetek, to funkcjonowało. Wciągnąłem
się w kolportaż, poza tą działalnością
księgowego. Stworzyliśmy na zakładzie, tam gdzie to było
możliwe siatki, skrzynki kontaktowe. W początkowym okresie były
to hydranty, skrzynki hydrantowe, tam się zostawiało, tam się
przekazywało. Dużo też chodziłem, rozwoziłem, lub
przychodzili do mnie. Często dostawałem, w tym początkowym
okresie od kuriera - nie pamiętam nazwiska, to był nauczyciel
historii z jednej z podolsztyńskich szkół. Dla mnie to był po
prostu Michał. Długie włosy, z brodą, tęgiej postury.
Ale na pewno Bogdan, bo mnie z nim skontaktował, i u mnie po przywiezieniu
plecaka z tymi materiałami w szafie przechowywałem.
Wciągnąłem się Później też Bogdan dał mi
kontakt na ulicę Polną - to było drugie źródło. Tam
odbierałem materiały: książki, gazetki. Jak się ta
pani nazywała nie wiem. Nigdy nie starałem się
zapamiętać nazwiska, nie chciałem wiedzieć.
Pyt. Czy był pan w jakiś sposób represjonowany?
Sasin - Muszę przyznać, że długo mi
się udawało. Szybko wpadli. Już w 1982r. na wiosnę wpadli
na mój ślad. Ale popełnili błąd, przypadek. Pracował
też na jednym z wydziałów mój cioteczny brat - miał to samo
nazwisko i on był molestowany. On pisał te zeznania, od początku
wmawiano mu, że to on, że inspirował. Bo wiedzieli, ale pomylili
osoby. I rzeczywiście on uprzedził mnie. Coś tu nie tak, chyba o
ciebie chodzi. Długo mi się udawało, praktycznie do kwietnia
1983r. Wtedy już przygotowani lepiej, uderzyli w nas, m.in. Rysia, we mnie
- jednego dnia. Wiesiek Rondomański chyba wówczas też, Włodek
Koprowski. Rewizje i szczególnie na mnie wzięli namiar. Jak się
później zorientowałem, to głównie na mnie. Wyczyścili
mieszkanie, ale to tak sprytni, kilkunastoosobowa brygada, że tak powiem.
Mieli fachowców. Później w pracy, dokładnie, a szkoda mi szczególnie
w pracy, bo miałem taką półpancerną kasę. I w niej od
początku, od pierwszego spotkania przechowywałem różne karteczki
- trudno to nazwać dokumentami, chociaż dzisiaj to są dokumenty
- nawet listy osób, które na sztandar wpłaciły. Wszystko
straciłem, to były sterty. Oczywiście było zatrzymanie, na
drugi dzień wypuszczono. Ale nie poddałem się. Nie miałem
żadnej przerwy, nawet na godzinę. Obserwowano mnie na pewno.
Ale to już robiłem troszeczkę
ostrożniej, zawężyliśmy grono ludzi, do których można
było podejść, szczególnie z biuletynem „Mazowsza”, który
regularnie dostarczałem. Sławka Olka napastowały przeróżne
pomysły, nawet pamiętam, że radio chcieliśmy w Olsztynie
podziemne uruchomić. Ja nie fachowiec, ale materialnie bo wiadomo
było w mieście, że dysponujemy sporymi środkami
pieniężnymi. I stąd moja bytność w Likuzach, w jakimś
prywatnym domku. Sprawa upadła. Natomiast wracając do firmy, to nie
przerwałem tej działalności i później już rutynowo
były zatrzymania, wypuszczania, jakiegoś tam przyznania się -
odporny byłem, bo zabezpieczyliśmy się szybko w takie broszurki
- wszystkie wskazówki, jak zachowywać się (ABC konspiratora),
było to wspaniałe. Były nawet odczytywane przez kolegę z
pracy moje zeznania, no to mówiłem tylko, że albo nie pamiętam
albo że zgodnie z paragrafem …
Pyt. Dlaczego odczytywane przez kolegę?
Sasin - Bo on przyzna się, poddał się,
niejaki kolega Raczkowski. Załamał się. Mój bliski współpracownik.
Mimo, że 48 godzin z nim siedziałem - we dwóch. I wpajałem mu,
że zawsze jest sąd i tam będziesz miał pomoc. Możesz
się później przyznać - masz czas. Nigdy nie rób tego
wcześniej. Wpajałem mu - poddał się. I wytoczono mu
sprawę. Fakt, że jej nie miał, bo w międzyczasie amnestia
była. Ale to był już 1984r. Wówczas właśnie bardzo
był przydatny Stefan Śnieżko - zawsze był pod
ręką i służył pomocą. Mnóstwo przeróżnej
korespondencji z prokuraturą rejonową, z wojewódzką, z prokuraturą
generalną. Co mnie aresztowano, zatrzymano, to Stefan wspomagał. W
niektórych przypadkach wręcz żartowałem w swoich skargach do
prokuratury generalnej. Grożono mi nieraz, zabierano z pracy tak jak
stałem, zawożono, przywożono - tak, że nie miałem
żadnych wezwań, choć mam kilka 2 - 3 o przetrzymywaniu mnie na
48 godzin. To trwało długo, do 1989r.
Pyt. Czy pan pamięta w związku z tym
jakichś „zaprzyjaźnionych” esbeków?
Sasin - Na co zwróciłem uwagę: na bałagan
w SB, zaskoczeni byli, przy powtórnym zatrzymaniu w 1984r. Mieliśmy w
naszym zakładzie wydzieloną grupę SB 11-12 osobową do
ochrony zakładu. To była zupełnie inna grupa jeszcze przed
stanem wojennym. Aresztowanie w kwietniu 1983r. było przeprowadzone przez
inną komórkę tejże komendy wojewódzkiej. O zatrzymaniu nasza
komórka nie wiedziała. Po roku czasu ponownie mnie zatrzymują w lutym
1984 roku i nie wiedzieli o tym fakcie. Robili ze mnie bandytę bez
mała. W pierwszym przypadku w kwietniu 1983 brano odciski palców, kojarzono
mnie - nie wiem z kim, ci z wojewódzkiej komendy, uważali mnie za
jakąś czołową postać. Dziwił się nawet
funkcjonariusz, tam gdzie mi robiono odciski palców, tam zdjęcia i to z
różnych stron - tak jak sztuka kryminalistyczna nakazuje. Ja tam mam nawet
takie zapiski. I taki moment mi utkwił
pamięci. Potraktowano mnie jako bandytę. To było po
morderstwie jakiejś dziewczynki i gwałt w Bartoszycach, na
krańcach naszego województwa. Wiem, że ten bandyta, którego
złapali, siedział ze mną i tak cuchnął. Siedział
tam od lutego, czy od stycznia. Kalesony to miał ciemniejsze od tych
spodni.
Pyt. Mówił pan, że podczas zatrzymania na 48
godzin, siedział pan razem ze zbrodniarzem chyba z Bartoszyc. Próbowali
pana traktować jako kryminalistę.
Sasin - Chcieli dociec, z kim, kto, gdzie. Szczególnie
mnie molestowali o pieniądze i o ulotki. Nie wiem skąd wiedzieli.
Może niepotrzebnie na szwank naraziłem kościół, mówiąc
im, że w kościołach, że rozdawano. A oni, że dla nich
nie rozdawano, a ja im, że dla mnie tak. Chodziło o ulotki,
prasę. ja miałem w swojej takiej kasie prasę, natomiast w domu
to już miałem pokaźną ilość bibuły od
początku stanu wojennego. Rzeczywiście, bardzo szybko
nawiązałem kontakty, styczeń, luty 1982r.
Pyt. Czy pan znał nazwiska osób z SB, z milicji -
szczególnie cywilnych?
Sasin - Ten co Zbyszka aresztował, zapomniałem
jego nazwiska. Dwie osoby głównie, ten pan o którym wspomniałem
niejaki pan Kiełbasiński, który śledził nas od lutego
1982r. Podczas procesu „czwórki” aresztowanych z OZOS, zaprosiłem się
jako świadek (najpierw sąd wojskowy, później cywilny). Tam
poznałem p. Kiełbasińskiego z SB, który służył w
OZOS-ie. Natomiast z komendy dwa fakty utkwiły mi. Wspólny kolega nasz,
taki szczurek młody, co dziwne kapitan, potężny, gruby, ale
tępy. Podczas rewizji w mieszkaniu miałem w maszynopisie jakieś
piosenki, m.in. „Rotę”. On przeczytał to i pytał się tych
młodych, czy to jest dozwolone. Ten kapitan to chyba na „P” się
nazywał. Jeśli chodzi o Kiełbasińskiego, to w pewnym
momencie stał się naszym pracownikiem w OZOS-ie, gdzieś w roku
1987. Zwolnił się z SB, nie wiem czy sam. Miałem
możliwość zwolnić go, wymusić jego zwolnienie kiedy
ponownie w kwietniu 1989r. zostaliśmy zarejestrowani. Po drugie, on
chciał mi wyznać, kiedy spotkałem go raz na przystanku pijanego.
Chciał mnie zaprosi na wódkę i żebym mu wybaczył. Coś
tam powiedziałem, że był szmatą, a nie człowiekiem,
powiedziałem, że z nim wódki nie będę pił.
Pytałem się nawet kolegów w pracy, czy ja źle nie zrobiłem.
Mógłby być cennym źródłem informacji ten człowiek. czy
on podpadł i go zwolniono, czy on sam się zwolnił?
Pyt. Czy on zaszedł panu za skórę?
Sasin - Nie, ten akurat nie. Przy czym złamał
tego mojego kolegę.
Pyt. Bo go przesłuchiwał?
Sasin - Tak, mnie też oczywiście. Ale
złamał go. Przesłuchiwał nas na komendzie. Mnie też
przesłuchiwał, zamykał, odwoził.
Pyt. Co może pan powiedzieć o tej rozprawie
przywódców strajku po 13 grudnia?
Sasin - Denerwowałem się nawet, bo takie same
pytania zaczęli mi zadawać adwokaci.
Więc
podkreślałem wolno i wyraźnie, że to nie było sterowane
przez tych ludzi, że nie było przywódców, że to było
spontaniczne. I to wielokrotnie podkreślałem. I głównie im o to
chodziło, kto tym kierował? Bo nie sposób zamyka i skazywać
kilkaset osób. Chodziło o organizatorów. Oczywiście przypięto to
tym osobom z racji zajmowanych funkcji. Oskarżono Przewłockiego,
Kociubę, Romaniuka i Anię (Żurawek). Ania poza wypisaniem kilku
haseł na brystolu (…)
Powroźny - Miała zielone łapy od mazaka.
Sasin - I tłuste od kanapek, bo jej rolą
było sporządzenie jakichś kanapek
Pyt. Kto bronił oskarżonych?
Sasin - Adwokaci nie odmawiali obrony. Odmawiali jednego
- pieniędzy. Chociaż na to byliśmy przygotowani. Zbyszka
(Przewłockiego) bronił Konrad Urbanowicz. On wówczas jeszcze
mieszkał w Ostródzie. Drugim był Krakowski Michał. Praktyczne
dokumenty może mieć Ania, która stenografowała te rozprawy. Ona
była na kilku, nie na wszystkich. Prokuratorem był młody
człowiek, którego wręcz zmuszono do zajęcia się tą
sprawą. To było dla niego żyć, albo nie żyć.
Wyglądało na to, że był naszym sympatykiem. Z takich
przecieków pamiętam, bodajże od rodzin oskarżonych, on
(prokurator) jak piskorz chciał się wywinąć od tego i nie
mógł. On musiał.
Pyt. „Musiał”? Miał po prostu małe pole
manewru.
Sasin - Jednym z sędziów był mieszkający
na naszym osiedlu Rost. Pamiętam tę buźkę pucołowatą,
brylantyną wysmarowane włoski. Mało mówił, ale z
wyglądu był nieprzyjemny. I był przewodniczący tego
składu sędziowskiego. Ciekawa postać, starszy pan, ale
próbowałem wielokrotnie jak odpowiadałem jako świadek obrony.
Mieliśmy takie potyczki na wzrok. Z uporem patrzyłem w jego oczy -
nie drgnęła mu powieka. I to nieraz trwało kilka minut. Tego
nigdy nie zapomnę. On się we mnie patrzył, ja w niego. Ja
mówię swoje i on swoje. Nawet nie patrzy na maszynistkę, która
notowała, ale celowo wolno odpowiadałem. Nie drgnęła mu
powieka. Ja w końcu ustąpiłem, a on nie.
Pyt. Jak się zachowywał, jak pan go ocenia?
Sasin - Robił podchody, wymuszał żebym
zeznawał, żebym popełnił jakiś błąd,
żeby obciążyć. To nie prokurator, a on starał się
obciążyć oskarżonych. Głównie chodziło o
przywództwo. prokurator to praktycznie tylko odczytał akt oskarżenia
i to wszystko. Nie przypominam sobie żebym miał coś z prokuratorem,
ale z tym człowiekiem (sędzią) bez przerwy.
Pyt. Ilu było świadków obrony?
Sasin - Zgłosiliśmy się e dwóch. Oprócz
mnie był jeszcze ten kolega Raczkowski, który zmiękł. Nie
wyobrażaliśmy sobie żeby nie stanąć w obronie.
Pyt. Kiedy pan wyszedł z internowania?
Powroźny - Marzec, kwiecień. Równocześnie
z Rondomańskim. W tym samym dniu wyszliśmy i powróciliśmy do
pracy w OZOS-ie.
Pyt. Ale później pan odszedł z OZOS-u?
Powroźny - Później to była spraw zmiany
mojego angażu, sprawa zmiany podporządkowania mojego stanowiska. Po
internowaniu firma przyjęła nas grzecznie na to samo stanowisko i za
te same pieniądze. Nie było tu żadnej sprawy. Owszem, było
parę aresztowań, zatrzymań, rewizji czy nawet z pracy w
kajdankach.
Pyt. A później na czym polegała ta
reorganizacja?
Powroźny - Ten wydział, w którym
pracowałem podporządkowano pod straż pożarną, pod
komendanta straży pana pułkownika Bogdana, a więc pod MSW. Od
tej pory obowiązywałaby mnie, mimo iż byłem pracownikiem
cywilnym, pragmatyka służbowa MSW. Tak, że dla mnie było to
nie do przyjęcia. W tej sytuacji ja chciałem tylko z OZOS-u
wyciągnąć jeszcze pieniądze, wtedy obowiązywały
przepisy, że można było dostać sześciokrotne
wynagrodzenie - to było gdzieś około 60 tyś. zł.
Procesowałem się z firmą, nawet w NSA. Oczywiście tam nie
było szans wygrania. Tam Stefan Śnieżko pomagał mi w tych
sporach. Gromadził pewne dokumenty. To był rok 1984. Wtedy w stanie wojennym gazety były nasze. Rezonans
parę razy piękny wyszedł. Była ogromna akcja z
samorządem. Przecież samorząd to była druga Komisja
Zakladowa Solidarnosci MWP rada pracownicza.
Myśmy zrobili samorząd w OZOS-ie, tam poszli nasi ludzie, najlepsi. I
później ta rada pracownicza, w okresie wojny kompromitowała się
totalnie nie chcąc przyjąć do pracy czterech aresztowanych i
więzionych. To była ogromna akcja wspomagana przez Stefana,
ponieważ pan dyrektor Majewski powiedział, że kaktus mu na
dłoni wyrośnie nim przyjmie tę czwórkę do pracy z
więzienia wypuszczoną na mocy amnestii. Była wtedy taka
możliwość, że uchwałami rady pracowniczej można
konflikt z dyrektorem rozwiązać w sądzie. I to już
pomału były takie czasy, że albo sąd wydałby wyrok
przeciwko radzie pracowniczej i poparł by stanowisko dyrektora - ale to
miałoby szalone znaczenie polityczne, gdyż skonsolidowałoby załogę
i tych w części przetworzonych związkowców, albo mogła
być sytuacja odmienna, że zmienią nam pana dyrektora - to
też nie było nie wyobrażalne. Bo takie kompetencje miała
rada pracownicza. I w momencie jej odwieszenia miała się tym
zająć, Stefan Śnieżko przygotował nawet dokumenty, ale
znowu były takie działania, że nie poinformowano wszystkich
ludzi o terminie posiedzenia na którym było głosowanie. I mimo,
że większość na sali było ludzi nieco dalej
związanych z „Solidarnością”, łącznie z partyjnymi,
to sprawa tej uchwały przepadła jednym głosem. To już na
scenariusz filmowy nadaje się. To był rok 1983.
Sasin - Ja mam pismo odmowne z OZOS-u do Zbyszka
Przewłockiego, bo jego sprawy prowadzę po koleżeńsku -
chodzi o odszkodowania. To pismo pokazałem Konradowi Urbanowiczowi.
Ja napiszę do Zbyszka w sprawie materiałów solidarnościowych.
Od czasu
wyjścia z więzienia nie mógł dostać pracy, bo gdziekolwiek
się zgłosił lub dostał skierowanie, tam pracy nie
było. A jak na ironię co rusz go wzywano na milicję sprawie jego zatrudnienia. To było dla
niego upokarzające. Wtedy obowiązywała ustawa o pasożytach
społecznych.
Powroźny - To była w ogóle najważniejsza
sprawa w tym czasie - chodzi o radę pracowniczą i nasze
działania. Ale w okresie podziemia Zbyszek Bujak z Tymczasowej Komisji
Koordynacyjnej - on straszliwie parł na likwidację samorządu.
„Wycofać się, nic nie robić w zakładzie pracy.” Myśmy
przez tego typu akcje chcieli mu pokazać, co można zrobić i jak.
Wogóle na ten temat mieliśmy inne zdanie. Uważaliśmy, że
skoro nasi ludzie są gdzieś tam, to oni powinni być przyczajeni,
oni powinni uczyć się gospodarowania zakładem i w pewnym
momencie, powiedzmy w tym ‘89 - wtedy mamy kadrę ludzi, na której
możemy się oprzeć. I możemy z dnia na dzień
wyrzucić star dyrekcję i postawić własnego dyrektora.
Pyt. Jaką rolę w stanie
wojennym odegrał Bachmura?
Powroźny - Bogdan Bachmura
przeprowadził rozmowę do „Rezonansu” z Mirkiem Krupińskim (część przeprowadził Kazimierz Wosiek) Najlepiej jednak
bezpośrednio z nim przeprowadzić rozmowę. Po prostu u
źródła. Nawet w „Rezonansie”
drukując i podpisując się jako Tymczasowy Zarząd Regionu,
to nie było tak istotne dla członków związku, natomiast
było istotne na zewnątrz.
Pyt. Pan też wspomniał o Sławku
Olku, że kontaktowaliście się w stanie wojennym i
później?
Sasin - O, dużo, praktycznie rzecz biorąc najwięcej i
najczęściej. Od początku stanu wojennego, jeszcze jak
mieszkał przy Kołobrzeskiej. Tam poznałem Olka i Bogdana Bachmurę.
To chyba Wojtek Niepokulczycki
wprowadził mnie do Olka. Bo mi
to zdjęcie bardzo dużo nasunęło myśli, to było
akurat naprzeciwko tego budynku (gdzie byliśmy).
Pyt. Czy ze Sławkiem Olkiem
poza kontaktami towarzyskimi jakieś wspólne sprawy prowadziliście?
Sasin - Wiedziałem na pewno o znaczkach. Nawet jeden z tych znaczków, na
którym jest powstaniec wielkopolski z serii „Polskie miesiące”, to
był wypożyczony ode mnie. W niektórych momentach
zacieśnialiśmy tę współpracę. Pomoc czy też
kolportaż poprzez niego w dużym stopniu. Sławek może więcej powiedzieć o kontaktach z
klerem już po przeprowadzeniu się z Kołobrzeskiej na Jaroty, tam
też ciekawe historie były. Organizowaliśmy tam sporo
spotkań, nieudanych, ale … warto byłoby z nim porozmawiać.
(Rozmowę przeprowadził Zenon Złakowski w
dniu 25 lutego 1994 roku.
--------------------------------------------------------------------------------
Rozmowa ze Zdzisławem Płotkiem
W dniu 14 lutego 1996 roku
Pyt. (…)
Odp. Dostarczali mi „Rezonans”,
który rozprowadzałem. To było w drugim, trzecim miesiącu stanu
wojennego. Ja pracowałem w Biurze Projektów, w tym budynku gdzie był
Zarząd Regionu.
Pyt. Kto opracował winietę „Rezonansu”, jeszcze w okresie
pokojowym?
Odp. Nie wiem. Ale na pewno
Adamski będzie wiedział. To było tak. Był taki okres – jak
był robiony ten „Rezonans”, to matryce z winietą przygotowywał
Adamski. Chyba przez cały czas on to robił w okresie stanu wojennego.
Od samego początku, aż do ostatniego wydania. Z tym, że jak
zabrakło tych matryc – bo on wyjechał do Warszawy – to ja inna
metodę zrobiłem. Z tym, że przekalkowałem – to bardzo
łatwo przekalkować.
Pyt. To znaczy, że on zrobił tych winiet na zapas?
Odp. On do każdego numeru
przygotowywał. On był w Olsztynie do 1983 – 1984 roku chyba. Potem
wyjechał do Warszawy. Milicja go w jakiś sposób ścigała,
gdyż wiedziała, że on zajmuje się tą
działalnością podziemną (był wzywany). Ja w 1983 roku
próbowałem go wciągnąć, gdyż kolegą w moim
biurze, a on udawał, że go to nie interesuje. Później mi to
wszystko powiedział.
Pyt. Czy przed stanem wojennym należał do „Solidarności”?
Odp. Tak, był
działaczem. To znaczy ja byłem przewodniczącym Komisji
Zakładowej, a on był zastępcą. Był trochę
zaangażowany w wydawanie tego „Rezonansu” legalnego do czasu wprowadzenia
stanu wojennego. Coś tam robił. Miał zdolności plastyczne.
W stanie wojennym pierwsze numery to na pewno on robił. W każdym
razie pierwsze 10 numerów, to było jego dzieło. On
przygotowywał, drukował, rozprowadzał. Tak przynajmniej wynika z
tego co mówił. A potem musiał zrezygnować. Po aresztowaniu
przewodniczącego Niepokulczyckiego, powstał Tymczasowy Zarząd
Regionu.
Pyt. Czy pan Adamski znał Niepokulczyckiego?
Odp. Chyba nie, oni się
nie znali. To była niezależna działalność. On sam
postanowił wydawać.
Pyt. Czy Adamski miał jakieś kontakty z Kazikiem Wośkiem?
Odp. Miał, ale nie
interesowały mnie szczegóły.
Pyt. A więc pierwszy okres to był do momentu aresztowania Wojtka
Niepokulczyckiego?
Odp. Znaczy, inaczej. To
były takie moje kontakty. Nie chciałbym mówić o tej
działalności pana Adamskiego czy Wośka, bo ja nie
wiedziałem o tym. Pierwsze kontakty miałem z Niepokulczyckim i z tymi
ludźmi koło niego. Kontaktowałem się przez młodego
chłopaka, którego nazwiska nie znam. Tam do mnie przychodził, nie
znałem jego imienia, ani nazwiska, wpadał i raz czy dwa razy
zaprowadził mnie do Niepokulczyckiego.
Pyt. Czy Niepokulczycki w tym okresie uważał się za
przewodniczącego?
Odp. Prawdę mówiąc
wszyscy podporządkowali się nam.
Pyt. W tym początkowym okresie były jakieś działania,
decyzje, ze strony Niepokulczyckiego?
Odp. Jeżeli z jego inicjatywy,
czy za jego wiedzą ukazywał się ten „Rezonans”, to był
jedyny przejaw jego działalności. Oczywiście oprócz tego
opowiadało się różne rzeczy, że coś się tam robi,
że gdzieś strajkują, ale próby zorganizowania tego wszystkiego
to nie było. On nawiązywał kontakty.
Pyt. Później SB oskarżyło go o jakieś wcześniejsze
kradzieże, czy paserstwo. Ukazał się o nim artykuł w
„Gazecie Olsztyńskiej”, stał się osobą kontrowersyjną.
Odp. Gdyby on chciał, to
by mógł podczas przesłuchań wiele powiedzieć. Przecież
wiedział gdzie ja pracuję. Na pewno powiedział tylko tyle ile
musiał, ale nie powiedział za dużo. Chociaż kiedy
przeczytałem taką informację, że jego zamknęli, i
że on coś tam podpisał, to nawet się nie przestraszyłem.
Nie było dowodów, żeby mogli mnie o cos oskarżyć.
Pyt. I to był pierwszy okres. Następny okres, to działanie
tego Tymczasowego Zarządu Regionu.
Odp. Też nie wiem jak on
powstał. W pewnym momencie ten sam człowiek, który mnie
skontaktował z Niepokulczyckim (to był student prawa, który w tym czasie
zrobił dyplom – to był Ruszkowski. On jeszcze do Warszawy
dojeżdżał, bo robił pracę magisterską. On
się tu ożenił z dziewczyną, która pracowała w
Zarządzie Regionu. Ja właśnie utrzymywałem kontakt z
tą dziewczyną – jego żoną. To ona przyszła do mnie i
powiedziała, że Niepokulczycki chce nawiązać kontakt. A jak
Niepokulczycki się wycofał, to z kolei Ruszkowski do mnie
przyszedł. Powiedział, że działa taki Zarząd Regionu i
czy nie mam miejsca na spotkanie. Powiedziałem, że u mnie w domu. I
wtedy przyszli i zaproponowali też, żebym do tego Tymczasowego
Zarządu Regionu należał. To było ciało, które
działało. I tam właśnie był Kazimierz Wosiek, Bogdan
Bachmura, Michał Kłosiński, Ruszkowski no i Sławek Olek.
Pyt. Jakie przejawy działalności pan pamięta?
Odp. Głównie to tym
„Rezonansem” się zajmowano. Wiem, że z inicjatywy Michała
została wydana jedna książka o Piłsudskim. To była
podstawowa działalność.
Pyt. A jeszcze akcje, marsze na Starym Mieście.
Odp. Dużo mówiono,
były wielkie zamiary, m.in. chodziło o nadawanie audycji radiowych,
ale nic nie wyszło. Wiem, że próbowano akcje organizować, ale
jeśli była jedna, albo dwie, to było dużo. Ludzie się
bali. A poza tym muszę stwierdzić, że tylko nieliczni coś
robili, a reszta stała z boku. Główna sprawą u nas, to było
rozprowadzanie prasy, robiono to systematycznie. Michał
Kłosiński systematycznie jeździł co tydzień do
Warszawy – oprócz tego, że drukował. Był nauczycielem w jednej
ze szkół podolsztyńskich. I na sobotę i niedzielę
jechał do Warszawy i przywoził tę warszawską prasę.
Ja go podziwiałem. Tak przez 3-4 lata ciągnął.
Pyt. Jak funkcjonował ten kolportaż? On w plecaku przywoził?
Odp. Tak, w plecaku.
Siadał w pociąg i jechał. W końcu fazie to szedłem do
niego, on to wszystko w domu trzymał. Już nie miał gdzie. W
pierwszym okresie czasu jeszcze byli chętni ludzie, a więc szybciej
się udawało rozprowadzić na punkty. Późnij to on wszystko
trzymał w domu. Ja przychodziłem, brałem około 100
egzemplarzy i rozprowadzałem wśród znajomych. To znaczy ja też
miałem parę takich podpunktów – gdzieś 3-4 podpunkty.
Pyt. Jak długo pan zajmował się kolportażem?
Odp. Prawie cały czas. Ta
moja współpraca z Tymczasowym Zarządem regionu trwała
praktycznie do 1986-87 roku. I wtedy ten Zarząd Regionu praktycznie
się rozleciał. Część osób stwierdziła, że to
wszystko już nie ma sensu, że trzeba się zająć
inną działalnością, a ja z kolei stwierdziłem, że
nie ma znaczenia co się robi, i że trzeba coś robić. My
się wszyscy miotamy, nastroje są takie, jakie są. Zaczęto
zastanawiać się czy tych „Rezonansów” jest dużo drukowanych czy
mało. Dowodziłem, że nawet gdyby tylko dwa egzemplarze były
potrzebne, to trzeba to robić. Stwarzać klimat nacisku politycznego.
Bo ostatecznie oni nie wiedzą, czy zarząd (?) istnieje, czy nie
istnieje.
Pyt. Chyba w 1986 czy 87 roku Bachmura się wycofał, gdyż –
jak sam stwierdził – stracił wiarę czy to ma jakiś sens. Ludzie nie byli tym zainteresowani.
Odp. Tak. On się
związał chyba z liberałami. W zasadzie od początku
były takie rozbieżności. Bachmura twierdził, że do
pracy podziemnej trzeba zaangażować osoby, które trzeba
opłacać. Ja uważałem natomiast, że trzeba
społecznie, trzeba też robić samemu. Bo przecież za
pieniądze każdego można kupić. To jednak musi się
opierać na zasadach ideowych, a nie merkantylnych. No i to tak
trwało. Ten rok 1987 był najgorszy dla działalności.
Były złe nastroje społeczne – to wszystko siadło, wszyscy
potracili nadzieje. No i wtedy spotkaliśmy się u Sławka Olka.
Pamiętam, że to była zima. Kiedy oni powiedzieli, że to
już nie ma sensu, wtedy ja powiedziałem, że ja się sam tym
zajmę. I ze mną współpracował Grzesio Jasiński, to
jest syn prof. J. Jasińskiego. On tam też w OBN-ie teraz pracuje,
jako doktor historii. Poznałem go w roku 1977. On wtedy
współpracował z „Głosem”. Ja wtedy tez miałem kontakty, bo
ja kolportowałem, a on był takim łącznikiem. Później
on kończył studia i te kontakty przez cały czas były
utrzymane. Zresztą on właśnie był cały czas
redaktorem „Rezonansu”. Jeszcze jak Wosiek wydawał go w stanie wojennym, to
on pisał. Tak, że chyba od 1982 roku był z „Rezonansem”
związany też. Z tym, że on nie brał udziału w
spotkaniach tego Tymczasowego Zarządu.
Pyt. Ale pisał artykuły?
Odp. Tak, on był
praktycznie redaktorem. Odpowiadał za tą stronę redakcyjną.
Jak mu opowiedziałem o tym ostatnim spotkaniu u Sławka Olka, to on
powiedział: „dobra, to będziemy w dwójkę robili”. Kiedyś
pojechałem do Krakowa, tzn. byłem na wczasach. Tam w Krakowie
spotkałem faceta z opozycji, który mi dał sprzęt do druku. Tzn.
taką zwykła szmatę, wałek. W każdym razie ja tym
dysponowałem. I praktycznie od 1987 roku do końca na tym
robiliśmy. Grzesio Jasiński przygotowywał treści
artykułów, ja ściągałem maszynistkę, którą
była Teresa Stefanowicz, a ja drukowałem.
Pyt. Teresa Stefanowicz, ona również wcześniej przepisywała
„Rezonans”.
Odp. Być może. Ona
współpracowała z tym Adamskim. Bo on ją do mnie
przyprowadził. Nawet była taka śmieszna scena. Bo on
przyjechał do mnie i też zaczął opowiadać, że
właśnie wszystko leży, nic się nie dzieje. A więc ja
mu powiedziałem, że tak, ale prowadzimy taką
działalność, tzn. druk „Rezonansu”, ale brakuje nam
maszynistki. A on powiedział, że nam przyprowadzi. I patrzę,
idzie on ulicą i prowadzi tę maszynistkę, czyli Teresę
Stefanowicz, którą ja dobrze znałem. I mówię o popatrz, prowadzi
maszynistkę Adamski. Współpracowała Danka Gulko. Ja
drukowałem, Grzesio zbierał, a raczej przygotowywał teksty
ogólne, natomiast Danka Gulko zbierała informacje z regionu.
Zbierała od wszystkich znajomych.
A więc pracował Adamski, Teresa Stefanowicz, Grzesio Jasiński,
Danuta Gulko i ja. Tylko, że wszystkie te osoby to znałem tylko ja,
a Teresa znała się z Adamskim i to wszystko. Tak, że myśmy
w piątkę nigdy się nie spotykali. Najwięcej w dwie osoby:
ja z Danką, albo ja z Teresą, albo ja z Grzesiem. Taka była
zasada działania. Tak było od 1987 roku. Bo wcześniej to wiem,
że robił Wosiek. Była nawet taka sytuacja, że kolega z
Warszawy chciał książkę drukować. I tę
książkę wydrukował, ale trochę się
spóźnił z drukiem i tam później w Warszawie czekaliśmy na
przekazanie całego nakładu. I to przywiózł Wosiek – i on
powiedział, że zajmuje się drukiem. Szczegóły to powinien
Bachmura znać. Właściwie Michał – był taki moment,
że oni wynajmowali lokal. I tylko oni wiedzieli, gdzie ten lokal jest.
Nie było sensu się nawet dopytywać, bo i po co? Na wszelki
wypadek lepiej nie wiedzieć. I do tego lokalu to chyba tylko przychodzili
na druk – i to drukował Wosiek. Ja później domyśliłem
się.
Pyt. W „Rezonansie” z 1984 czy 1985 roku jest rozmowa z przewodniczącym
Tymczasowego Zarządu Regionu – Janem Brońskim.
Odp. To Bachmura występuje
pod tym pseudonimem.
Pyt. Czy Bachmura, czy Olek?
Odp. To było tak. W pewnym
momencie Bachmura powiedział, że musi być przewodniczący.
Jak powiedział, że ma być przewodniczący, no to niech
będzie. Było głosowanie. Wiem, że i Bogdan był
przewodniczącym i Olek był przewodniczącym.
Pyt. Ale pierwszym był Bachmura?
Odp. Być może, a
potem był Olek. Wiem, że to był wywiad z Bachmurą.
Pyt. Rozmowę z nim przeprowadził niejaki Lubicz.
Odp. To był
Kłosiński. Praktycznie on wtedy przygotowywał materiały do
druku.
Pyt. A więc niech pan raz jeszcze spróbuje powiedzieć, jaka
była rola Adamskiego?
Odp. On przygotowywał
winietę. I tylko tyle.
Pyt. Czyli on merytorycznymi sprawami się nie zajmował?
Odp. Bo jak wyjechał do
Warszawy, to technicznymi sprawami już się nie zajmował
(wyjechał w 1983 lub 1984 roku). Pierwsze numery natomiast, to on
robił. Mówił, że pierwszy czy drugi numer to na tzw. Szmatę
robił. Nie wiem jak ta matryca była przygotowywana. Tak jak u nas, to
było wałkiem robione na ramce. To co on opowiadał, to była
inna epoka, to przecież był prymityw niesamowity. To zwykłą
szmatą, przez płótno było robione.
Pyt. A więc to był Adamski na początku, ciekawe czy
współpracował wówczas z Michałem Kłosińskim.
Odp. Nie, Kłosiński
na pewno go nie znał. W tym pierwszym okresie czasu, bo potem o tyle go
znał, że Michał Kłosiński jeździł do
Warszawy po te matryce. Czy też Adamski przyjeżdżał i mu
wręczał. Były to matryce tylko z winietą. W pewnym momencie
nawet wybuchła taka afera, że niby milicja czy ubecja zna nazwisko
tego z Zarządu Regionu – tak mówił Adamski, że był
śledzony dlatego, że kontaktował się z Michałem i
Michał doprowadził milicję do niego. Ale Adamski był pewno
przewrażliwiony. Później mi opowiadał, jak to uciekał przed
milicją, jak wyrzucał to wszystko z samochodu, wyskakiwał,
uciekał ukrywał się. To był 1984 lub 1985 rok.
Pyt. Czy Adamski był jeszcze w Olsztynie?
Odp. Nie, w Warszawie.
Przyjechał z Warszawy i spotkał się z Michałem i
tłumaczył, że Michał „ogon” przywlókł, który
później za nim pojechał. To był jednak przypadek, ale Adamski
był przestraszony. Bo gdyby tak było, to byśmy się
przecież jakoś dowiedzieli. Poza tym zbieraliśmy pieniądze.
Pyt. Skąd braliście pieniądze?
Odp. Ze składek. Ja
mogę powiedzieć o tym, co ja zbierałem w początkowych
latach. Między innymi opłacaliśmy bilety do Warszawy po
bibułę.
Pyt. Jakie to były kwoty, duże?
Odp. Nie. Notowałem kto
ile wpłacił. Prowadziłem tę rachunkowość, aż
w końcu się wystraszyłem. W 1988 roku w Krakowie było
jakieś spotkanie o obronie praw obywatelskich i dwie osoby tam pojechały.
Grażyna Langowska i Kmieciowa chyba była. Olek był ale
niezależnie. W każdym razie ja im te pieniądze dałem. A tak
to pieniądze wydawałem na farbę, na rozpuszczalnik, papier
się kradło. Farbę w większości też (poprzez
Danusię z OZGraf-u)
Pyt. Jak odbieraliście sprawę znaczków?
Odp. Ustalono w ten sposób,
że znaczki będą rozprowadzane przez członków Tymczasowego
Zarządu Regionu i jakiś procent zysków będzie na naszą
bieżącą działalność. Znaczki zostały rozprowadzone,
ale zarząd nie dostał z tego ani grosza. I jak to szczegółowo
wyliczyłem i przedstawiłem o jakie kwoty chodzi, to wszyscy milczeli.
Olek zaczął tłumaczyć, że to jego pieniądze, jego
inicjatywa, on tutaj się zaangażował. A ja uważałem,
że jeżeli został zawarty jakiś kontrakt, to powinien
być dotrzymany, tym bardziej, że Zarząd Regionu nie jest po to,
żeby komuś prowadzić interesy. Jeżeli podjął
zobowiązanie, że wpłaci pewną kwotę to powinien
ją wpłacić. Zdecydowałem, że z takimi ludźmi nie
można utrzymywać kontaktu. Nie dotrzymał słowa.
Pyt. W którym roku to było?
Odp. To właśnie na
przełomie 1986-87 roku. Wtedy doszło do tej rozmowy podczas spotkania
u Olka. Oni już nie chcieli prowadzić działalności, a
jeszcze doszła sprawa tych znaczków, a raczej tych nie zapłaconych
pieniędzy, za te rozprowadzane znaczki. I wtedy tak wszyscy do siebie
taką niechęcią pałali.
Pyt. Słyszałem, że do Sławka Olka trafił także
jakiś przekaz pieniędzy z zagranicy.
Odp. O tym to nie
słyszałem. To była trochę inna sprawa. Jak tak
zaczęło wszystko podupadać – ja miałem kolegów w Warszawie
i pewnym momencie skontaktowałem z
nimi Bachmurę, jako z przewodniczącego. I on chyba się
spotkał z Wujcem, który mu przekazał pieniądze. I w pewnym
momencie padło pytanie na co te pieniądze zostały przeznaczone –
mój kolega zapytał: „słuchaj, myśmy dali wam pieniądze, a
wy nic nie robicie”. I powiedział: „Ja przyjadę do was, umów mnie z
Bachmurą”. I rozmawiałem z Bachmurą. Ten kolego przyjechał,
bo był wcześniej umówiony, ale Bachmura się zwinął. I
z tych pieniędzy, z tych 500 dolarów Michał Kłosiński
dostał jakąś kwotę na prowadzenie swojej
działalności, to od niego dostałem 60 może 70 dolarów.
Taką kwotę to na pewno dostałem.
Pyt. Michał dostał na prowadzenie jakiej działalności?
Odp. Na te wyjazdy do Warszawy.
W każdym razie on korzystał trochę z tych pieniędzy, w
każdym razie wiem, że Bachmura dał jakąś tam
kwotę. Kiedy Michał wybierał się do RFN-u (zresztą wyjechał),
to powiedział mi: „słuchaj stary, ja tu już kończę, ty
zajmujesz się też tą gazetą, mnie zostało tyle
pieniędzy, to ci je daję”. Michał mi je przekazał.
Pyt. Kiedy Bachmura otrzymał te pieniądze z Warszawy od Wujca?
Odp. Już nie
pamiętam. To był 1985 rok.
Pyt. Był Tymczasowy Zarząd. Z internatu lub z więzień
zaczęli wychodzić „starzy” działacze „Solidarności”,
członkowie Zarządu Regionu. Jaki był wasz stosunek do nich i czy
były próby współpracy?
Odp. Nie, nie było. Ja
osobiście uważałem, że nie ma sensu z nimi
współpracować, nie dlatego, że ich lekceważyłem, ale
dlatego, że milicja miała na nich namiar. Kiedy wyszedł z
internatu Wiesiek, to od razu zadzwonił, skontaktował się ze
mną. Telefonicznie i zaraz była milicja u nas w biurze. Bo przecież
wiadomo, że on telefonicznie się kontaktuje, to przecież jest
podsłuch.
Chcę wspomnieć o Krupińskim. On pracował w naszym biurze
projektów, był moim kolegą w pracy. Ludzie przekazywali różne
dary dla jego rodziny. Niektórzy ludzie z zagranicy przekazywali dla niego
pieniądze. Również dla innych osób, ale imiennie. Np. jechali do
Krakowa i mówili: my chcemy dać Krupińskiemu pieniądze. I ci
ludzie z Krakowa szukali kontaktów w Olsztynie, przekazywali pieniądze –
to często się przez nas odbywało.
Z tym, że Krupiński od samego początku, od razu się
odciął. Zresztą mnie to wprost powiedział, że praca w
podziemiu go nie interesuje. Legalnie mogłem działać, ale teraz
już nie. Dlatego też i z Wałęsą się
poróżnił. Wałęsa nazwał go „dupkiem” –
powiedział, że jak „Solidarność” była na fali, to on
był wielkim działaczem, a jak przyszedł okres klęski, to go
nie ma. Krupiński jak wyszedł z więzienia, to mógł być
u nas zatrudniony, ale on popełnił błąd. Poczuł
się ważny i napisał taki list do wojewody, że stara
się tu o pracę. Jak to dotarło do wojewody, to ten z miejsca
zablokował możliwość jego zatrudnienia. Wtedy była
taka sytuacja, że trzeba było mieć zgodę urzędu
zatrudnienia na przyjęcie kogoś do pracy. Zadzwonili do urzędu
miasta, żeby skierowania nie wydawać. A przecież tutaj sprawa
była załatwiona – on miał za dwa trzy dni przyjść do
pracy. Ale on chciał pokazać, że dla niego partnerem jest
wojewoda. Pokpił sprawę. Pracował więc indywidualnie,
podrzucaliśmy mu pewne zlecenia. Początkowo miał zlecenia, a
później nastąpił pewien zastój, kryzys. I zdecydował
się wyjechać.
Pyt. (…)
Odp. Wszyscy znaliśmy
Wojtka Ciesielskiego. Z tym, że Wojtek nie mógł wiedzieć,
że my działaliśmy. Ustaliliśmy, że jak ktoś z nas
wpadnie, to należy pójść do Wojtka i spytać się, „czy
był ktoś od pani Luli?” – takie maiło być hasło. I
potem to hasło Lula to miało te pozostałe osoby, które nie
wpadną miały później tę dalszą
działalność. Później jak opowiedzieliśmy to Wojtkowi,
to do końca nie mógł uwierzyć. On przecież kontaktował
się, z nami rozmawiał, różne sprawy poruszał, ale my mówiliśmy,
że nic o tym nie wiemy.
On jednak krążył po Olsztynie i był dla nas trochę
niebezpieczny, gdyż zbyt dużo gadał. On miał być dla
nas skrzynką kontaktową, z tym, że on sam o tym nie
wiedział (śmieje się) ……
Przez pierwsze trzy dni po wprowadzeniu stanu wojennego, to można
było schodzić do biura Zarządu Regionu „Solidarności”. Ale
tam właściwie nie było co zbierać, bo jak milicja
wpadła za którymś tam razem, to wszystko zniszczyła. Natomiast
wiem, że koledzy tam biegali i do mnie przynieśli 10 flag i ja je w
szafie trzymałem. Po trzech, czterech dniach zabrałem je do domu i w
1990 roku oddałem je.
Pyt. To były związkowe flagi?
Odp. Tak związkowe. Jako
przewodniczący Komisji Zakładowej, to co musiałem to
oddałem, gdyż uważałem, że tu nie ma sensu z nimi
walczyć. Mam jeszcze pokwitowanie odbioru przez dyrektora, który miał
obowiązek przekazać to ubecji. Ale były przecież jeszcze
gazety, tygodnik „Solidarność” – ja to wszystko wycinałem. Ale
był taki terror psychiczny. Jak pierwszy raz człowiek zszedł z
tą teczką wypchaną, to się bałem, ale później
doszedłem do wniosku, że właściwie to oni o tym nie wiedzą.
Ja to taki 40-letni człowieczek, starszy człowiek – jaką on tam może prowadzić
działalność. Po prostu, jeżeli się wpadnie to przez
własną głupotę. Trzeba zachowywać pewne zasady, jak w
okresie wojny i walki podziemnej. Powinno znać się tylko kilka osób i
powinny być tylko te same kontakty. Że ja nie będę
rozdawał gazety 100 osobom, tylko np. pięciu.
Pyt. Jakie gazety rozprowadzaliście?
Odp. Praktycznie wszystkie
warszawskie, plus „Rezonans”, w pierwszym okresie to także
wrocławskie, KPN-u. W pierwszych 2-3 latach było bardzo dużo
wydawnictw.
Pyt. Niezależnie od „Rezonansu” był w pierwszym okresie wydawany
przez grupę związaną z Bachmurą „Biuletyn
Solidarność”. Czy pan coś wie na ten temat? Czy pan miał to
w ręku?
Odp. Nie przypominam sobie.
Wiem, że w pewnym momencie w Olsztynie ukazywały się dwie gazety
Solidarności. Ale nie przypominam nazwy. Wiem, że była to tylko
jedna strona. Oni mieli czcionki drukarskie – ilość tych czcionek
była ograniczona, tak że mogli drukować taki papier A-4, tylko
dwie strony. To było na samym początku. Ukazały się chyba
2-3 numery, nie więcej.
Pyt. Czy ma pan komplet „Rezonansów” wydanych w okresie wojennym?
Odp. Ja w ogóle nie
zbierałem, żeby nie wpaść.
Pyt. Jaki był nakład „Rezonansu”?
Odp. Gdzieś tysiąc
sztuk. Miałem kilka punktów i tam dostarczałem „Rezonans” według
zamówienia. Ja je z Grzesiem Jasińskim drukowałem, a wtedy gdy on robił
doktorat, to ja sam. To było 7-8 godzin pracy. Kładło się
kalkę, jeździło się wałkiem i następna kalka. To
były mechaniczne ruchy. A jeszcze matryca się zużywała.
Właściwie dopiero przy ostatnich numerach opanowaliśmy
technikę druku. Chodziło o odpowiednią farbę.
Właściwie tylko drukarskiej nie można było dostać –
trzeba było ją zmieszać z pastą PCW i jeszcze z czymś.
Dopiero pod koniec otrzymaliśmy dobrą farbę i mogliśmy z
jednej matrycy zrobić 100 sztuk, a tak często bywało, że
tylko 200, a więc trzeba było znowu pisać na maszynie – a
więc trzeba było ściągać Teresę, bo dla mnie to
był zbyt duży problem.
Pyt. Na jakiej maszynie pisaliście?
Odp. To znaczy ktoś mi
przekazał maszynę. W ogóle te wszystkie rzeczy to przechowywałem
w takiej piwnicy pod garażem sąsiada.
Pyt. A czy sąsiad wiedział o tym?
Odp. Skąd? To wejście
było dokładnie zamaskowane. Było to wejście z ogrodu. Jego
garaż przylega do naszego ogrodu. Tam trzymałem książki. W
ogrodzie był taki szyb pionowy, taka studzienka 40 cm x 40 cm i można
było się spuścić. Przykryłem ten szyb
płytką, potem darniną. Praktycznie to było nie do wykrycia.
Ale maszynę trzeba było oddzielnie trzymać. Chodziło
się o odpowiedniej godzinie, żeby sąsiedzi nie widzieli.
Natomiast ramkę, to trzymałem w drzwiach. W środku między
płytami była pusta przestrzeń i tam ją trzymałem.
Pyt. Wcześniej drukowano „Rezonans” u Szuliów?
Odp. Ja nie wiedziałem
gdzie się drukuje. Kiedyś Bachmura wziął ode mnie samochód
i powrócił. Jechał do Gutkowa.
Pyt. Jeśli chodzi o nadzór wyborów.
Odp. Były zorganizowane
zespoły. Trzeba było ustalić mniej więcej ile osób mieszka
w poszczególnych obwodach. I później organizowało się liczenie
osób przychodzących do lokali wyborczych. Ktoś z „krajówki”
opracował system. Ja miałem 5 komisji obserwować o
określonej godzinie. To było chyba gdzieś przez czas pół
godziny i przerwa. Wiem, że chyba obserwowałem komisję w hotelu
robotniczym, to wtedy ubol chodził i ja chodziłem. Bo oni obstawiali
od zewnątrz. On już na mnie tak patrzył, że kolejnym razem
to syna posłałem.
Pyt. Czy w stanie wojennym była jakaś trudna sytuacja dla pana?
Jakieś zagrożenie?
Odp. Pierwsze miesiące
człowiek to przeżywał, stresował się. Wydawało mu
się, że jest obserwowany. Ale później sobie zawsze
wytłumaczyłem. Twierdzę, że jeżeli ktoś się
specjalnie nie przechwalał – u mnie w pracy po prostu wszyscy wiedzieli co
ja robię.
Pyt. Czy z obrad Tymczasowego Zarządu regionu były jakieś
przecieki?
Odp. Nie, raczej nie było
przecieków. Może inaczej, była pewna rywalizacja, ale ja się w
to nie wdawałem. No bo słuchajcie, o co walczycie? Mnie to
śmieszyło trochę (Olek i Bachmura).
(Rozmowę
przeprowadził i notował Zenon Złakowski)
--------------------------------------------------------------------------------
Rozmowa z
Andrzejem Pawłowskim
w dniu 6 maja
1993r.
Odp. Wiesiek
Chojnowski z paroma innymi osobami - Tadek Kisły (jest w Stanach
Zjednoczonych, na Florydzie) Grucela Leszek, Krukowa Swietłana, Jan
Rosłan, to ludzie, którzy robili „Rezonans”. Wiesiek Chojnowski,
ponieważ miał zamiłowania fotograficzno - filmowe, mając
kamerę, ósemkę super, nie było wtedy jeszcze video, między
innymi nakręcił sceny z marszu głodowego w Olsztynie w sierpniu
1981. Mnie wówczas nie było w Polsce, byłem na urlopie w Szwecji. To
było przed strajkiem drukarzy. On ma ten film. Pamiętam, że w
okresie stanu wojennego, kiedyś spotkałem się z nim w domu na
małej kawie, żeby sobie powspominać, i on mi puścił
ten film. Ma również znakomity film, chyba jedyny, o Marii Ziętarze
Malewskiej. Film ten zrobił na zlecenie Kurii Biskupiej.
Pyt. A gdzie on pracuje?
Odp. Pracuje w
ZUS-ie, cały czas tam pracował. Był sekretarzem jakiejś
komisji, która przyznawała renty inwalidzkie, a ostatnio był, chyba
jest nadal, kierownikiem działu administracyjnego. Trochę się
chyba chłopak psychicznie źle czuje, już go dawno nie
widziałem. Dość trudno prowadzi się z nim rozmowę -
nawet bym powiedział, bardzo trudno.
Pyt. Dlaczego?
Odp. Nie
potrafię odpowiedzieć. Rozczarowany do ludzi i całego świata.
I zajmuje takie stanowisko, że trzeba rżnąć wszystkich po
kolei.
Pyt. Radykalny
jest?
Odp. Strasznie.
Pyt. Ty pracowałeś w komisji
interwencji?
Odp. Tak,
pracowałem w komisji interwencji Zarządu regionu. Z tego okresu mam
jeszcze gdzieś legitymację. To była funkcja społeczna, nie
z wyboru. Kierował nią Andrzej Bober.
Niedawno była u nas jego mama i powiedziała, że był w
Olsztynie, ale jak zobaczył co się dzieje, to czym prędzej
uciekł, bo tu już nie ma czego szukać.
Pyt. Z tego okresu, co mógłbyś powiedzieć
o Andrzeju Boberze?
Odp. Chyba to
był jeden z ciekawszych ludzi tamtego okresu. Był radykalnym
człowiekiem, to prawda, miał radykalne spojrzenie.
Pyt. A na czym ten radykalizm polegał?
Odp. Po prostu,
to był wyjątkowo uczciwy człowiek, bez względu na
przeszłość jaką on miał. Szedł do przodu i dla
niego nie było rzeczy, żeby ktoś mu proponował jakieś
lepsze stanowisko, jakieś lepsze pieniądze. On był przeciwnikiem
tego typu spraw. Był wyjątkowo uczciwy, kryształowo czysty
jeśli chodzi o tego typu rzeczy. Zarzucano mu, pamiętam, że
miał do czynienia swego czasu z milicją, że pracował w
milicji.
Pyt. On sam podobno się przyznał,
że przez krótki czas współpracował ze Służbą
Bezpieczeństwa.
Odp.
Prawdopodobnie coś takiego było. Być może stąd ta
późniejsza zajadłość bezpieki w stosunku właśnie
do niego. A to, że on w pewnym momencie przejrzał na oczy i
zajął się zupełnie inną działalnością -
podziękował tym panom, no to później spotkało go to co
spotkało. Oni nie mogli tego ścierpieć.
Pyt. Był uczciwym. A jeżeli chodzi o
jego ocenę sytuacji i o jakiś program?
Odp. Dzisiaj
trudno mówić o wyobrażeniach w tamtym okresie czasu jeśli chodzi
o kształt związku. Wtedy to nie był związek zawodowy - to
był ruch społeczny. A dopiero gdzieś tam na końcu
związek zawodowy. Ja nie mogę powiedzieć żebyśmy mieli
jakiś konkretny program - pracowało się z dnia na dzień,
koncepcje rodziły się na bieżąco, szczególnie w komisji
interwencji. Życie nam dyktowało to co ma być jutro, czym
się zajmować. Wchodziliśmy w zupełnie nam nieznane obszary
życia społecznego.
Pyt. Czy możesz przytoczyć jakiś
przykład?
Odp. Przede
wszystkim były to różnego rodzaju malwersacje finansowe tzw.
czerwonej burżuazji, że tacy panowie dyrektorzy, tow. sekretarze,
prezesi mają wille, mają tamto, że na koszt
społeczeństwa budują sobie, używają robotników do
tego. Ale też cały szereg spraw było bardzo ludzkich.
Zetknąłem się swego czasu ze sprawą, która mnie na
dłuższy czas zaabsorbowała - dotyczyła tzw. „królików
doświadczalnych” w obozach hitlerowskich. Przyszedł do mnie jeden pan
z Kętrzyna - jeżeli dobrze pamiętam, nazwiska nie przypomnę
sobie, który opowiedział, że on był takim królikiem
doświadczalnym. Przeprowadzano na nim eksperymenty medyczne, i na innych.
Ja nie wchodziłem jakiego typu były to eksperymenty. Natomiast swego
czasu w Polsce było dość głośna sprawa
odszkodowań. Ówczesny rząd niemiecki dawał pieniądze
poprzez rząd polski. Zachodziło pytanie, co się z tymi
pieniędzmi stało. Zacząłem grzebać. Odbyłem
wówczas, pamiętam, bardzo poufną rozmowę z ówczesnym
posłem, sędzią Szczepanem Styranowskim. Dzisiaj chyba można
już o tym mówić. Otóż on jako poseł miał dostęp
do pewnych materiałów rządowych opatrzonych klauzulą „tajne”. Udostępnił
mi taki materiał, żebym przeczytał, ale nie wolno mi było
robić żadnych notatek. Siedziałem parę godzin w jego
gabinecie i czytałem. Miałem o tym nie pisnąć słowa.
Było to sprawozdanie Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich (szefa
Głównej Komisji). W tych dokumentach było jasno powiedziane, co
rząd z tymi pieniędzmi zrobił, że otrzymać,
otrzymał pieniądze, które miał przekazać swoim obywatelom.
(…)
Rząd
polski zrzekł się reparacji wojennych. Za Polskę mieli
ściągać te reparacje i nam przekazywać, Rosjanie. Rosjanie
zabrali wszystko sobie. Podobnie później rząd polski te odszkodowania
od Niemców wziął sobie.
Pyt. Czy mogłeś coś w tej sprawie
zrobić?
Odp.
Mogłem. Napisałem dwa krótkie teksty i one zrobiły trochę
szumu wokół tej sprawy. Teksty te, pamiętam jak dziś, pod
tytułem „Króliki doświadczalne” zamieściłem w „Rezonansie”
chyba jesienią 1981r. i kiedy mnie bezpieka przymykała, to te
artykuliki były jednym z głównych powodów - nie
najgłówniejszych, ale jednymi z głównych powodów, że mnie
przymknięto. I dopytywano się co ja na ten temat mam, gdzie ja mam te
materiały. Ja miałem trochę dokumentów od tego pana z
Kętrzyna, niestety dokumenty szlag trafił, gdyż były one
przechowywane w regionie. Zginęły.
Pyt. Jak trafiłeś do
„Solidarności”?
Odp.
Pracowałem wtedy w Wojewódzkim Związku Gminnych Spółdzielni
„S.Ch” w komórce samorządowej. Zajmowałem się samorządami w
GS-ach, klubami, kulturą. Wtedy wybuchły strajki. Zacząłem
z paroma kolegami chodzić, kto tu w Olsztynie coś robi. I tak
trafiliśmy wówczas na ślad Krupińskiego Mirka. Gdzieś tam
przypadkowo na jakimś koleżeńskim małym spotkaniu i tak to
się zaczęło. I zaczęliśmy robić każdy w
swoim zakładzie pracy - zbierać podpisy, kto chce należeć
do „Solidarności”. Pierwsze dni września - przypadkowo dowiedziałem
się, że jest taki Edek Łukomski, Wiesiek Brycki, którzy
pracują w Komunikacji Miejskiej i zbierają z całego Olsztyna
wszystkich chętnych.
Poleciałem tam i spotkałem się po raz pierwszy z
Wieśkiem Bryckim, a później dopiero poznałem Edka
Łukomskiego. A więc najpierw we wrześniu 1980r.
zakładałem komórkę „Solidarności” w WZGS-ie.
Pyt. Czy znalazłeś chętnych?
Odp. Tak,
było dużo. Co prawda nie tak dużo jak bym się
spodziewał - pracowało nas ok. 150 osób w tym biurowcu, a ja
miałem ok. 30 osób chętnych. uważam, że to było
dużo, jak na tę mieszaninę.
Pyt. Tym bardziej, że urzędnicy zawsze
są oporni.
Odp. Tak, zawsze
byli oporni, a partyjnych tam było od cholery.
Pyt. Czy pamiętasz tę „dziuplę” w
MPK? Ten pokoik?
Odp.
Pamiętam. Tam był wieczny młyn. Każdy przychodził.
Stały tam dwa biurka, na którym (nie przy którym, ale na którym)
siedział Wiesiek Brycki otoczony stosami papierzysk (to były te
zgłoszenia). I tam „chłopcy” siedzieli - pamiętam - dzień i
noc. Segregowali - robili spisy. Tam można było właściwie
przychodzić dzień i noc. Nie było większych oporów. Przez
bramę byli wszyscy wpuszczani, mimo, że to obiekt zamknięty,
komunikacja miejska, można było spokojnie wejść - młyn
bez przerwy. Nie chcę powiedzieć, że dziesiątki, ale chyba
setki ludzi. Takie były początki, taka była tam atmosfera -
gorączka. Tam się wtedy poznawało różnych ludzi. Jak
się kogoś widziało dwa razy, to już był „swój”. Wtedy
na tej zasadzie poznałem paru kolejarzy m.in. Kwiatkowskiego. On dzisiaj
jest szefem związku zawodowego maszynistów (ogólnopolski) - to jest
kawał łobuza.
Pyt. A wtedy należał do
„Solidarności”?
Odp. Tak.
Był uczciwy, przebojem wtedy szedł: komunę trzeba
zniszczyć, równo zaorać, żeby śladu nie było, ale
potem okazało się, że - nie chcę źle oceniać
pewnych ludzi, czy on gdzieś należał, czy go ktoś tam
napuszczał - w każdym razie wszedł na zupełnie inne tory
myślowe. I on zaczął później „Solidarność”
zwalczać.
Pyt. Kiedy to było?
Odp. W stanie
wojennym. Spotkałem go na ulicy, chętnie rozmawiał, i
mówił: wiesz, ale czy „Solidarność” miała rację. Czy
to co robiliśmy w 1981r. to było słuszne? Zmienił tak
radykalnie swoje poglądy i stanowisko. A potem przestałem go już
widywać i na ulicy przestałem mu się kłaniać.
Pyt. Kogo jeszcze pamiętasz z tego okresu?
Odp. Drugiego
kolejarza - Andrzeja Gierczaka. Był to ciekawy człowiek. Nie był
takim radykałem, jakim się zrobił pod koniec lat
osiemdziesiątych. Normalny chłopak, uśmiechnięty,
miły, sympatyczny. W kryminale zachowywał się tak jak wszyscy. Z
nim nie było takich ostrych rozmów jak dzisiaj. Dzisiaj Andrzej idzie
jedną swoją linią i nie ma dla niego szare, pewne odmiany - jest
albo białe, albo czarne. Bardzo radykalny. Chyba to było wynikiem -
tak przypuszczam - jego późniejszego aresztowania, co prawda nie
doszło do rozprawy, został wypuszczony na wolność, ale od
tego czasu stał się bardzo radykalny - bardzo.
Internowany
Andrzej wyszedł dość wcześnie - wiosną. Miał
jakieś kłopoty zdrowotne, ręka czy noga. Ale pamiętam,
że kiedy wyszedł, to myśmy się cieszyli. To był
pierwszy moment, kiedy ktoś wychodził na wolność -
myśmy się cieszyli. Początkowo było inaczej: żal nam
było, że to nie my. No bo każdy chciał wrócić do domu.
Pewnego rodzaju zazdrość. Może.
Pyt. Dlaczego później nastąpiła
zmiana?
Odp. Andrzej
nie był powodem. Myśmy zrozumieli pewien mechanizm, że im mniej
nas w kryminale, tym lepiej. I z tego powinniśmy się cieszyć.
Pamiętać powinniśmy, że nie wszyscy wyjdą, że
będzie ktoś ostatni, kto - nie wiadomo. Może ty, może ja.
Jeżeli komukolwiek, z jakichkolwiek powodów udało się
wyjść na wolność, to byliśmy z tego zadowoleni. Pewnie,
że każdy w duchu miał - a może ja, a dlaczego on, a nie ja.
Ale było wiadomo, że to nie od nas zależy.
Pyt. Z okresu początków „Solidarności”:
czy znałeś Łukomskiego?
Odp. Nie, ja
Łukomskiego nie znałem. Bliżej Edka poznałem dopiero w
celi. Co prawda nie byliśmy razem w celi, ale kiedy on wrócił z
aresztowania razem z Andrzejem Boberem (bo najpierw siedzieli tu w Olsztynie),
chyba ze trzy miesiące siedzieli, dopiero zwolniono ich z więzienia i
dano im decyzję o internowaniu do Iławy. A ponieważ w
Iławie był to okres pewnej liberalizacji w dyscyplinie, mogliśmy
swobodnie wychodzić z celi. To znaczy nie tak całkowicie swobodnie,
ale na pukanie przychodził klawisz, otwierał i szliśmy do takiej
celi do której chcieliśmy - bez większych problemów. Natomiast takiego
całkiem swobodnego chodzenia po korytarzu, to nie było w Iławie.
Dopiero pod koniec, maja, czerwca - ale to nie to.
Jak
wrócił Edek z Andrzejem z więzienia, to przechodziliśmy z celi
do celi, zbieraliśmy się w jednym pomieszczeniu przy kawie czy herbacie
i rozmawialiśmy. Wtedy dopiero bliżej spotkałem się z
Edkiem. To był człowiek nie nadający się na czasy pokojowe
- to był człowiek czasów rewolucji, a wtedy trzeba zdecydowania,
twardego stanowiska - nie dyplomacji. Dyplomatą mógł być Mirek
Krupiński. On był dyplomatą - po prostu myślący
człowiek. Natomiast Edek Łukomski, jako były oficer zawodowy,
nie ważne z jakiego powodu musiał odejść z wojska, ale
miał we krwi stanowczość, krzyk - ma być tak, a nie
inaczej, komu się nie podoba „won”! Krótko - i na tamten czas tego typu
przywódcy byli potrzebni. Trzeba to było wszystko wziąć krótko i
trzymać w garści. Wydaje się, że to była jego
największa cecha, na którą chyba trzeba tak popatrzeć. Bo później
kiedy przyszedł Mirek Krupiński, został przewodniczącym,
próbował wprowadzić - nie wiem czy to nazwać demokracją,
możliwością wypowiadania swobodnego, ale zaczęły
się dyskusje: a może tak, a może inaczej? Mirek się temu
wszystkiemu przysłuchiwał. A to nie były czasy na
dyplomację.
Pyt. Tylko pamiętaj, że „Solidarność”
demokrację sobie zapisała w programie. Tej demokracji każdy
pragnął.
Odp. Zgadzam
się, ale wówczas demokracja zupełnie na czym innym polegała. Nie
na tym, że w głosowaniu czyjś wniosek przechodził lub
upadał. Tam głosowało się nogami. Taka była wola ludu
i koniec. Nie było dyskusji.
Pyt. Tym samym twierdzisz, że Łukomski
odpowiednio odczytywał wolę ludu?
Odp. Tak.
Obserwując, rozmawiając. Łukomski, jako przewodniczący,
miał parę spraw do powiedzenia ludziom z komisji interwencji.
Często mówił krótko, trzeba zrobić tak, a nie gadać, nie
dyskutować, tylko robić. To był jego sposób myślenia, ale i
sposób działania. Wtedy to miało ręce i nogi i sprawdzało
się. Niektórzy mieli mu za złe, że jest dyktatorem.
Pyt. A jaki stosunek do Łukomskiego miał
Bober? Przecież on był jego zastępcą.
Odp. Tak. Bober
był wiceprzewodniczącym. Oni się rozumieli. To znaczy ja nie
widziałem i chyba nikt nie widział, żeby były konflikty.
To nie był czas konfliktów wewnątrz organizacji. Jeżeli
były jakieś konflikty, to one nie wychodziły na zewnątrz.
Pyt. A co o Krupińskim możesz powiedzie?
Mówiłeś, że on próbował wprowadzić metody bardziej
demokratyczne.
Odp. Także
raczej polityczne. Wtedy Mirka bliżej nie znałem. Spotykaliśmy
się, rozmawiali, ale to naprawdę nie oznacza, że go znałem.
Nie mógłbym o nim w tamtym okresie coś powiedzieć. Ja go
zacząłem dopiero później spotykać, kiedy wyszedł z
więzienia.
Pyt. Jest to okres szczególny w jego biografii,
jak on wyszedł z więzienia?
Odp. Był
osamotniony. Nikt z nim, z olsztyniaków, nie chciał rozmawiać.
Pyt. Czy on nie
chciał, czy z nim nie chcieli?
Odp. Z nim nie
chcieli.
Pyt. Wielu ludzi ma
do niego pretensję, że się odsunął.
Odp. To znaczy
Mirek odsunął się od organizacji jako takiej. Być może
gdzieś, kiedyś popełnił błąd i powiedział:,
że ja z tym nie mam nic wspólnego. Być może, no ale to nie
był czas, że się brało zabawki i szło do domu.
Jeżeli się weszło w coś, to trzeba było
ciągnąć, nie było rady. Można się było na
kogoś obrażać, ale na coś…? Zresztą któż z nas
był bez winy, każdy popełniał jakieś błędy,
a dzisiaj wyciąga się te błędy i wytyka. To chyba nie tak. Można Mirkowi co nieco
pozarzucać, takich czy innych zachowań w okresie kiedy siedział
w kryminale, choć nigdy przez nikogo nie zostało to udokumentowane.
Pyt. Ale co mu zarzucano?
Odp. Próbowano mu zarzucić, koledzy nasi dzisiaj mu to
zarzucają, że poszedł na współpracę z bezpieką,
że zdradził ideały „Solidarności”.
Pyt. To ciężki zarzut.
Odp.
Bardzo ciężki zarzut. Był zarzut taki, że jak siedział
w kryminale i chciał wyjść, to zgłosił się do
władz i podpisał jakiś dokument wzywający do spokoju itd.
Ja nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek opublikował jakikolwiek
dokument z podpisem Krupińskiego, wzywający, nawołujący
członków związku do spokoju. Wręcz przeciwnie, kiedy Lech Wałęsa
był internowany, Mirek Krupiński działał na terenie Stoczni
Gdańskiej i przejął władzę po Lechu - podczas
nieobecności Lecha to było jego prawo i obowiązek, i to
właśnie Krupiński wokół siebie zgromadził iluś
tam ludzi w stoczni i to pod jego kierownictwem, może nieudolnym, to jest
druga sprawa - nie wiem, nie umiem ocenić, to - była przeprowadzona
pacyfikacja stoczni gdańskiej przez milicję i ZOMO, wojsko.
Pyt. To znaczy przeciwko niemu!
Odp.
Tak, tak, źle się wyraziłem. To jego przez parę dni ganiano
po Stoczni Gdańskiej, Mirka.
Odp.
Zdrowo dostał. Mirek nie był lubiany. To nie był robotnik. To
był inteligent. Wtedy się bardzo głośno i ładnie
mówiło, że inteligencja poszła razem z robotnikami. Prawda,
tylko ta klasa robotnicza - marksistowska, ona w dalszym ciągu nie
lubiła ludzi inteligentnych i nie lubi do dzisiaj. Egzemplum - nasz kolego
pan Lech Wałęsa.
Pyt. Mirka później
spotykałeś jak wyszedł z więzienia. Jak on się
zachowywał? Niektórzy mówią, że on się zmienił pod
względem charakterologicznym, psychicznym…
Odp.
Chyba nie. On był załamany - to prawda. Nie mógł dostać
pracy - to też prawda. Z jakichś powodów, ja nie chcę w to
wkraczać, i na ten temat mało wiem. Wiem, że nie mógł
dostać pracy - inni otrzymywali, a on nie. Dlaczego - wystarczy to.
Był naprawdę, rzeczywiście załamany psychicznie, że mu
się coś w życiu nie udaje. I chyba jako jeden z ostatnich
podjął decyzję wyjazdu z kraju.
Pamiętam, jako żywo - miałem z nim rozmowę, taką w
cztery oczy, parenaście dni przed jego wyjazdem z kraju. Spotkaliśmy
się na cmentarzu przy Al. Wojska Polskiego, żeby nikt nas nie
podsłuchiwał i żeby nikt nie widział - to wieczorem, o
zmroku. O co chodziło Mirkowi? Otóż chciał on przekazać
pewne dokumenty, które miał z okresu działania związku, które
się zachowały w jego prywatnych zbiorach. Ludzie dołowali, a
potem oddali to jemu. To był pokaźny plik tych dokumentów.
Część z nich mógł zabrać ze sobą do Australii.
Powszechnym zwyczajem w tamtym okresie było to, że ludzie, którzy
wyjeżdżali z Polski, byli bardzo dokładnie rewidowani na
lotnisku Okęcie przez bezpiekę, bardzo dokładnie. I mało
komu udawało się coś przemycić w kieszeni, w walizeczce.
Mirek wiedział o tym i chciał się w jakiś sposób zabezpieczyć,
a opuszczając Olsztyn nie mógł zostawić tego, ot tak, na
pastwę losu. Co to były za dokumenty? To były protokoły
tych słynnych spraw, które region prowadził przeciwko Komitetowi
Wojewódzkiemu PZPR, kopie rachunków najrozmaitszych, były tam
protokoły z posiedzeń Zarządu Regionu, oświadczenia
różnych ludzi - ogromny stos papierzysk.
Pyt. Gdzie to jest?
Odp.
Wtedy chciałem to przejąć i złożyć w ambasadzie szwedzkiej. Miałem tam swoje
kontakty, i planowaliśmy z Mirkiem, że jak on wyjedzie, to
będziemy kontaktami dyplomatycznymi wysyłać, albo gdzieś
przechowywać na lepsze czasy. Część dokumentów Mirek
zabrał ze sobą. Udało się mu przewieść -
niedużo. natomiast sporą część zostawił w
Olsztynie. Nie wiem gdzie on to zostawił. W każdym razie te dokumenty
są, gdzieś tu.
Odp.
Oczywiście, bez względu na to co się w tych dokumentach
znajduje. jest to w każdym razie dokument tamtych czasów. Jest jeszcze
drugie archiwum - Andrzeja Bobera.
Pyt. Gdzie ono jest?
Odp. Też nie
wiadomo gdzie ono jest. Zniknęło - kamfora. Pewne osoby
zaopiekowały się tym…
Pyt. Pewne czyli jakie?
Odp. Nie
mogę powiedzieć, bo nie wiem. Nie to, że nie chcę, ale nie
wiem. Mogę się domyślać. Rozmawiałem wielokrotnie na
ten temat z panią Boberową - mamą Andrzeja. Mówiłem jej i
ona zdaje sobie sprawę, że są to dokumenty bardzo istotne. W
okresie stanu wojennego wiedziałem, że pani Halina te dokumenty ma,
ale nie rozmawialiśmy gdzie one są. W tym momencie nie było to
istotne.
Pyt. Gdzie mieszka matka Andrzeja Bobera?
Odp. Tu w
Olsztynie na Dworcowej. W Słupach mieszka brat Andrzeja. Później pani
Halina bojąc się o konsekwencje trzymania tego w domu, bo za nią
bezpieka też chodziła, przychodzili do niej do domu - nie na
rewizję, ale na tzw. rozmowy. Bała się, że któregoś
dnia przyjdą na rewizję, więc przekazała te dokumenty.
Dzisiaj ona nie chce powiedzieć komu.
Pyt. Ja myślę, że tutaj Andrzej
Bober mógłby zadysponować. Ona chyba czeka na znak od niego.
Odp.
Prawdopodobnie Andrzej się w tej sprawie nie odezwie, podejrzewam, bo te
osoby, które wzięły od pani Haliny te dokumenty, twierdzą,
że tego nie mają, że nic takiego nie miało miejsca. Jest to trochę związane z inną, równie
przykrą sprawą, bo jeżeli zginą dokumenty, to jeszcze
można sobie darować, ale jak giną pieniądze, to zaczyna
być głupio. Andrzej, wyjechawszy do Stanów, swoimi kanałami,
przysyłał pieniądze do Olsztyna, na działalność
podziemną. I te pieniądze zniknęły w tajemniczych
okolicznościach, choć wiadomo kto te pieniądze otrzymał i
gdzie one poszły. Osoby, które wiedzą o tym milczą i długo
będą milczały. Mogę się domyślać, ale nie
wolno mi głośno powiedzieć. Tylko się domyślam.
Jeśli jest to prawda, to włos się jeży na głowie.
Pyt. Czy była
próba rozliczenia z tych pieniędzy?
Odp. Była
próba rozliczenia.
Pyt. Wiem, że
część pieniędzy trafiła do Stefana Śnieżko.
Odp. Zgadza
się.
Pyt. I że on,
z części pieniędzy rozliczył się.
Odp. Zgadza
się. Z części się rozliczył.
Pyt. Jak pani
Halina mówi o tysiącu dolarów?
Odp. Wtedy to
był ogromny pieniądz.
Pyt. Tyle po prostu zwrócił, a z reszty
próbował się rozliczyć. Czy jemu chodziło o jakąś
osobę poza Stefanem?
Odp. Tak.
Pyt. Wiem, że w tym kontekście
padło nazwisko Józka, który się nie rozliczył. Tylko kwestia,
jakie to były sumy?
Odp. My
możemy sobie gdybać, ale w pewnym okresie czasu po 4 czerwca, kiedy
trzeba było o tym głośno powiedzieć, to myśmy wszyscy
milczeli. Albo tuż przed 4 czerwca - między marcem, a czerwcem. Wtedy
trzeba było się zebrać w małym pokoju, huknąć
pięścią w stół i powiedzieć krótko: społeczeństwo
płaciło pieniądze, musimy się z tego rozliczyć.
Pyt. Jeżeli ktoś takie pieniądze
wziął na własne potrzeby, to taka osoba jest według mnie
przekreślona.
Odp.
Przecież ja o tym głośno mówię, że znam nazwisko
takiej osoby, która wzięła pieniądze sobie i z tego majątek
uzbierała wcale niemały - Bachmura.
W okresie
stanu wojennego, jak zapewne wiesz, kursowały znaczki pocztowe. Ktoś
to robił. Dziś okazuje się, że to robili bardzo dziwni
ludzie, którzy pod płaszczykiem , pod sztandarami „Solidarności”
robili na tym biznes. Normalni, przeciętni ludzie zakochani w
„Solidarności”, członkowie „Solidarności”, zwolennicy - kupowali
te znaczki, bo byli święcie przekonani, że przynajmniej
część kosztów przekazywali na „Solidarność” podziemną.
Tak było w całej Polsce, ale nie w Olsztynie. W Olsztynie
pieniądze te zbierał niejaki pan Bachmura. On produkował te
znaczki. Ja nie potrafię powiedzieć, gdzie on to robił,
natomiast on to produkował,
rozprowadzał, a myśmy na to płacili pieniądze. A on
te pieniądze zbierał. Ani jedna złotówka nie dostała
się do kasy związku z tych znaczków solidarnościowych. Bo na
teren Olsztyna przychodziły również znaczki gdzieś tam z
głębi Polski: z Warszawy, z Gdańska, Wrocławia i to
dużo, ładne znaczki były. jestem w stanie twierdzić,
że jeżeli te znaczki pochodziły „z Polski”, to w znakomitej
większości, pieniądze trafiały rzeczywiście do kasy
podziemnych struktur związku. Jeśli te znaczki były z Olsztyna,
tu je produkowano, wszystko szło do kieszeni pana Bachmury.
Pyt. Ale skąd wiesz, że on
sprzedawał i zbierał pieniądze?
Odp. To
było wiadome. To znaczy, w tamtym okresie to nie było wiadome, bo nie
każdy musiał wiedzieć. Ja też nie mogłem o tym
wiedzieć, bo taki był czas. Sprawa ujrzała światło
dzienne po „okrągłym stole”. Kiedy zaczęliśmy się
zbierać u ks. Juliana Żołnierkiewicza i tam
zaczęliśmy się organizować. Tam dopiero
wypłynęła ta sprawa. Głośno było na ten temat,
chociaż też nie można było zbyt daleko idących
wniosków wyciągać. W czasie pewnych spotkań słynnych,
znanych w Olsztynie „na plackach” u naszej koleżanki Ziuty. Tam
robiliśmy takie lub inne postanowienia. Co zrobić z pieniędzmi
które mamy? Tam też zadawaliśmy sobie czasami głupie pytania, bo
nie każdy i nie wszyscy musieli o wszystkim wiedzieć - taka była
żelazna zasada. No dobrze, a gdzie są pieniądze ze znaczków?
Pyt. Czy to chodziło o duże
pieniądze? czy można je jakoś ocenić?
Odp.
Sądzę, że tak. Tutaj mała dygresja. To było w czerwcu
ubiegłego roku, kiedy prezydentem Olsztyna przestawał być pan
Jurek Bukowski - wyniknęła sprawa nowego prezydenta. Wówczas to
Kongres Liberalno - Demokratyczny zgłosił swego kandydata na
prezydenta, pana Bachmurę. Jak się o tym dowiedziałem,
będąc w Unii Demokratycznej, to mi się włosy
zjeżyły. kto jak kto, ale nie Bachmura, na litość
boską, na prezydenta. I głośno zacząłem
opowiadać, co ja wiem, co na ten temat słyszałem.
Powiedziałem to publicznie na zebraniu, że pan Bachmura po prostu
kradł pieniądze związkowe, które miały iść na
cele zbożne, na wykupienie kogoś z kryminału, na pomoc dla ludzi
itd., a one szły do prywatnej kieszeni pana Bachmury. Ile? Nie wiem!
Zadano mi pytanie, czy ja sobie zdaję sprawę z tego co mówię? Tak! Bo jeżeli dojdzie do jakiejś rozprawy
prasowej, ktoś oskarży mnie, że posądzam p. Bachmurę o
takie rzeczy - nie wiem, być może przed sądem przegram,
może nie znajdę świadków na potwierdzenie tego co mówię, a
tylko dlatego, że osoby które coś wiedzą na ten temat, dzisiaj
będą milczały. Proszę bardzo, nazwiska: Grażyna
Langowska - pierwsza, będzie na pewno milczała, Ziutek Lubieniecki,
będzie milczał, Wiesiek Brycki, nie wiem czy coś powie, Stefan
Śnieżko nie wiem czy coś zechce powiedzieć. W tym gronie
była rozmowa i w tym gronie zarzucono Bachmurze, który był obecny,
„stary, gdzie masz pieniądze”, On mówił, że to się
rozchodziło na cele związkowe, ponieważ on był
przewodniczącym Zarządu Regionu, podobno, okazuje się.
Pyt. Kto?
Odp. Bachmura!
Pyt. Przez
jakiś czas w stanie wojennym?
Odp. On tak o sobie mówił, a że to była nieprawda
ta każdy o tym wie. Ale cóż szkodzi powiedzieć, nie?
Kiedy ja mówiłem o tym głośno, na zebraniu Unii, nie wiedziałem,
bo nie czytuję brukowca typu „Nie” pana Urbana, i paru jeszcze innych,
„Głos” tutaj wychodzi w Olsztynie i parę jeszcze innych
śmierdzących. Po prostu brzydzę się, ktoś tam pyta
mnie: - Panie Andrzeju, czy pan mówi o tym Bachmurze tutaj … -
właśnie o tym mówię. - A toż parę tygodni
wcześniej Urban w „Nie” to opisywał, wyliczając dokładnie
ile pan Bachmura zarobił na tym. Mówię więc: - Proszę
bardzo, potwierdza się to co ja mówię, chociaż z drugiej strony
rzecz biorąc, ja się pytam, kto udostępnił te materiały
temu zakichanemu żydowi. Pytanie, kto jemu to udostępnił, bo
przecież sam Bachmura tego nie zrobił. Musiał Urbanowi
przekazać ktoś z naszych ludzi. Kto? Ktoś ze ścisłej
czołówki - na palcach jednej ręki mogę wyliczyć nazwiska.
Bo przecież Urban z sufitu tego nie wziął. Bezpieka. Być
może, że bezpieka coś o ty wiedziała, że bezpieka
powoduje takie czy inne działania, mogła natrafić na ślad
Bachmury. Ja nie chcę źle posądzać tego człowieka
dzisiaj, ale być może wzięła go sobie na warsztat i
wiedziała o nim wszystko od A do Z. Co do złotówki rozliczyła
go, a potem trzymała w garści.
Pyt. A dlaczego mówicie, że ta produkcja to
była związkowa? A może on na własną rękę to
robił?
Odp. Tak, masz
rację. Jest to argument. Tylko, że w tamtym okresie nie robiło
się tzw. interesów dla siebie. Jeżeli ja się
powoływałem na wielkie hasła solidarnościowe, to po prostu
moralnie musiałem być w porządku. Nie mogłem tego brać
po prostu, do kieszeni. Inaczej powiem, jeżeli ktoś tak
postępował pod hasłami „Solidarności” i zarobił na tym
- postępował niemoralnie. Bo generalnie rzecz biorąc,
społeczeństwo polskie - jakie ono było, takie było, a
raczej jakie ono jest - można mieć do niego takie czy inne pretensje,
ale nie wymienimy go sobie, i oczekiwało i miało święte
przekonanie, że jeżeli ktokolwiek i cokolwiek robi, pod szyldem
„Solidarności”.
Pyt. A on to robił pod szyldem
„Solidarności”?
Odp.
Oczywiście. Bo to były znaczki z napisem „Poczta Solidarności”.
No, przepraszam bardzo - to nie była Poczta Polska Rzeczypospolitej.
Pyt. Wiem, że w sprawę znaczków
zaangażowany był również Sławek Olek?
Odp. Tak, on
też był zaangażowany w sprawę znaczków. Swego czasu
rozmawiałem z Olkiem na ten temat. Sławek mi nie zaprzeczył,
ale i nie potwierdził. Powiedział, że on na ten temat nic nie
wie. Jemu nie są znane te fakty. Wiedział natomiast, że na
terenie Olsztyna rozchodzi się jakaś partia znaczków. A
ponieważ, jak mówił, to było robione w tak wielkiej tajemnicy,
że sąsiad nie wiedział o sąsiedzie. Trudno by było
inaczej.
Pyt. To znaczy, on nie powiedział, że
produkował?
Odp. Nie, on
nie produkował. On tylko kolportował znaczki, które pochodziły
gdzieś z kraju. Wiem, on po uszy siedział w tym.
Pyt. Bo ja słyszałem, że on
również produkował.
Odp. Być
może. Gdyby Sławek na tym coś zarobił, ale nie widać
było tego po nim. To był nauczyciel, fizyk…
Pyt. A po Bachmurze to było widać?
Odp.
Oczywiście, że tak. Kto w Olsztynie miał pierwszy sklep i to
dość duży sklep - rok 1989 przypominam, kiedy nam we łbie
nie była władza demokratyczna. Kto w Olsztynie miał pierwszy
sklep handlujący bronią, na ul. Kopernika, właśnie pan
Bachmura, był jego właścicielem. Sprowadzał pistolety i
miał oficjalne pozwolenie na to. Pytanie, kto w tamtych czasach…
Pyt. A czy on był związany z
„Solidarnością”?
Odp.
Przed stanem wojennym nie, a robił później pod szyldem
„Solidarności”. On nie miał dokładnie nic wspólnego z
„Solidarnością”, jeżeli to może z drugiej strony.
Młody człowiek, który się pojawił dopiero w okresie stanu
wojennego, cały Zarząd Regionu siedział w kryminale, to on
zaczął rozgłaszać, że jest przewodniczącym.
mało tego - był taki chłopak, który jest obecnie w USA, a który
próbował wydawać podziemny „Rezonans”. A tych „Rezonansów” było
kilka, nie mówiąc o robionych przez bezpiekę. I w paru „Rezonansach”
była mowa o tym, że istnieje Zarząd Regionu, nowy, nie ten który
siedzi, że tamten to już skończony. To był Zarząd
Regionu Bachmury.
Pyt. W jednym z „Rezonansów” była rozmowa z
niejakim Brońskim, jako nowym szefem regionu.
Odp.
Nie chcę powiedzieć, że Broński to Bachmura, natomiast
twierdzę, że Bachmura w swoim mniemaniu pełnił funkcję
przewodniczącego. Mówił o tym publicznie w 1989r. po
„okrągłym stole”, jak byliśmy w kościele NSPJ.
Przychodził. Był nawet zdumiony, że jego, przewodniczącego
związku, nie prosi się na organizacyjne spotkania. Powiedział
wtedy, że: ja więcej do was nie przyjdę, i wtedy się pożegnał.
I rzeczywiście, więcej się nie pokazał. Później
były z nim prowadzone rozmowy w cztery oczy w sprawie pieniędzy za
znaczki. Ale to była ostateczna rozmowa. Trochę więcej na ten
temat mógłby powiedzieć Wiesiek Brycki, bo on uczestniczył w
tych rozmowach na temat pieniędzy i znaczków. Ale czy dzisiaj zechce…
Pyt. Co wiesz o wydawaniu „Rezonansu” w stanie
wojennym?
Odp. Otóż na
pewno wydawał „Rezonans” Kazik Wosiek, chłopak z Ostródy.
Pyt. Czy Wosiek wydawał przez cały
okres?
Odp. On
wydawał przez cały czas, tylko nie były to wydawnictwa
regularnie ukazujące się. Jak była potrzeba to siadał,
pisał i drukował. Sam to robił, własnym sumptem. Nie
mogę dokładnie nic na ten temat powiedzieć, gdyż wtedy z
Wośkiem nie utrzymywałem kontaktu. Nie dlatego, że nie
chciałem. Ja go nie znałem. Natomiast parę innych osób utrzymywało
z nim kontakt m.in. Ziuta Mielnik chyba o nim coś wiedziała. On od
czasu do czasu dostawał informacje, że kogoś zamknięto,
że ktoś miał kolegium i potem to się ukazywało.
Pyt. A gdzie drukował?
Odp. Chyba u
siebie w domu w Ostródzie, ale nie jestem w 100% pewien. Wiem, że
robił to na takiej maszynce, kręciołce, powielaczu.
Pyt. A czy jeszcze ktoś inny się tym
zajmował?
Odp. Nie
słyszałem, mam prawo jedynie domyślać się, że
tak, ponieważ kiedy byłem u Wośka w domu, przed wyborami,
pokazywał mi wtedy swoje archiwum tych „Rezonansów”, które robił i
tam była ciągłość od momentu oficjalnego „Rezonansu”
do wydań podziemnych. Jest on chyba jako jedyny, który posiada komplet
„Rezonansów”, i wówczas z jego ust dowiedziałem się, że były
inne „Rezonanse”. Inaczej, wiedziałem, że były inne jakieś
gazetki pod tytułem „Rezonans”. I wszędzie wiadomo było, że
to jest podziemne pismo. Tylko powstaje pytanie, czy robił go ten sam
zespół, czy ta sama osoba. Okazało się, że robiły to
różne zespoły. O jednym wiem, bo to robił Wosiek, ale jeszcze
był ktoś, kto próbował to robić. To wydawanie „Rezonansu”
Wośka, stało się w 1989r. podstawą do przyjęcia go do
Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Pyt. A jak
kolportował pismo?
Odp. Nie
mówił, a ja go nie pytałem.
Pyt. Może coś wiesz na temat 13 grudnia
w biurach Zarządu Regionu?
Odp. Nie.
Jeżeli coś wiem to raczej z opowiadań, a nie z moich osobistych
przeżyć, dlatego, że 11, 12 i 13 (piątek, sobota,
niedziela) planowo byłem w Poznaniu na Uniwersytecie. Stan wojenny
zastał mnie w Poznaniu. Do domu wróciłem 13 w niedzielę w
godzinach wieczornych, dowiedziałem się od mamy, że już
była po mnie bezpieka w domu. Nie zastawszy mnie - zostawili w spokoju, bo
mama powiedziała im, że ja dopiero w środę będę.
Kiedy przyjechałem, wieczorem, przeszedłem ulicą
Dąbrowszczaków koło Zarządu Regionu - po drugiej stronie -
widziałem tam samochód milicyjny i paru facetów w cywilu,
kręcących się. To było wszystko. Ale już o godzinie
milicyjnej wiedziałem, a więc miałem mało czasu aby
przyjść do domu, ochłonąć i jeszcze z kimś
się spróbować skontaktować.
Pyt. W jakich okolicznościach ciebie
internowano?
Odp. W
śmiesznych okolicznościach. To rozłożone było na raty,
to moje internowanie. Jest to bardzo znamienny szczegół, który
prawdopodobnie trzeba będzie - to jest moje zadanie - trochę
kiedyś rozwiązać tę sprawę. Otóż, jak mnie nie
zastali w domu 13, zaczęli polować na mnie w pracy. Ponieważ
wiedzieli, że miałem urlop, nie czekali w pracy, tylko ja
przyszedłem normalnie do pracy. Zastanawiałem się co robić,
uciekać, ukrywać się? Doszedłem do wniosku, że nie ma
sensu, bo gdzie ja pojadę, gdzie ja pójdę - do lasu? A nie mam
takiego oparcia wśród znajomych, by mnie mogli gdzieś tam
przechować. To nie miało sensu, nie było potrzeby. Takie
miałem wtedy zdanie. Zresztą dzisiaj chyba bym to samo zrobił.
Poszedłem na 7.00 do pracy i w granicach godz. 10.00 pojechałem na
Track służbowym samochodem - jakieś drobiazgi
załatwiać. Byłem kierownikiem administracyjnym. Spotkałem
się tam z paroma ludźmi z „Solidarności” na Tracku i
okazało się, że bardzo źle trafiłem, ponieważ
ludzie o których myślałem, że są w naszym związku, bo
rzeczywiście byli, to podstawieni agenci SB. Ale to już odrębna
historia.
Pyt. Nie wiem czy nie warto byłoby
sporządzić takiej listy osób, które były w związku, a
okazało się, że byli agentami?
Odp. Dla
potomności można by. Z tego Tracka wróciłem po dwunastej do
WZGS-u i o 13.00 miałem obiady w restauracji „Albatros” - tam cała
firma jadła obiady. Zjadłem obiad, przychodzę do firmy -
była chyba godz. 14.00. Potem się okazało, że ktoś
zadzwonił na bezpiekę, że już jestem, że można
po mnie przyjść. Przyszło po mnie dwóch panów i prosto z biura
zabrali mnie na Komendę Wojewódzką. Rozmawiano ze mną do godz.
18.00 z małymi minutami. Rozmowa miała w miarę kulturalny
przebieg. Na zasadzie: co ja robię w „Solidarności”, jak
wstąpiłem itd. - ale grzecznie. Z upływem czasu rozmowa ta
przestawała być grzeczna. Bić nie bito, ale pan prowadzący
przesłuchanie …
Pyt. Czy wiesz kto prowadził?
Odp.
Oczywiście, że wiem. Nazywał się Bogdan Micek, młody
chłopak. W trakcie przesłuchania zaczął bawić się
pistoletem, wyjmował ten pistolet z szuflady, wkładał magazynek,
repetował.
Pyt. W sposób klasyczny naśladował okres
stalinowski.
Odp.
Dokładnie. Kładł go na biurku, podnosił i tak w moją
stronę: - No to co panie Pawłowski? Będziemy rozmawiali? Drugi
pan stanął za krzesłem, za mną z pałą
policyjną i tak machał tą pałą. Oczywiście
wszystko to miało na celu wywarcie presji psychicznej. Dzisiaj to ja bym
się nie przejmował, ale wtedy, to jednak trochę inaczej się
reagowało.
Pyt. Nie było
wiadomo czym to się skończy.
Odp. Tak, tak.
Pyt. O co im
chodziło?
Odp. Im
chodziło o podpisanie współpracy. Wreszcie doszło do sytuacji
takiej, że Micek powiedział: - Panie Pawłowski, to proszę
podpisać nam współpracę. Pan będzie wolny, pójdzie pan do
domu. Jutro pójdzie pan do pracy. Będzie pan rozmawiał z kolegami i
koleżankami w pracy i proszę posłuchać co ludzie mówią
na temat wprowadzenia stanu wojennego. Jakie są nastroje wśród członków
„Solidarności”, potem się spotkamy i pan nam wszystko opowie. My na
pana będziemy czekali. Ja mówię, że nie będę w ogóle z
nimi na ten temat rozmawiał. - E, tam, panie Pawłowski, damy sobie
radę, niech pan się nie martwi. Jest pan wolny! Była godzina
18.00. I na tej zasadzie wypuszczono mnie z Komendy Wojewódzkiej. Idąc do
domu ul. Partyzantów widziałem, że za mną szedł
„cień”. Wszedłem do domu, powiedziałem mamie co się ze
mną działo w tym czasie. Coś tam wypiłem, zjadłem i
poszedłem od razu do Juliana Żołnierkiewicza do Serca
Jezusowego. Tam spotkałem już ferajnę, w zakrystii.
Pyt. Kogo?
Odp.
Między innymi poznałem tam wtedy, po raz pierwszy, Rysia
Langowskiego. Wtedy jeszcze nie wiedziałem jak on wygląda.
Znałem Grażynę. Grażyna też tam była. Była Teresa
Stefanowicz. Było jeszcze parę innych osób, w tej chwili już nie
pamiętam ich nazwisk. Wiem, że tam był Rysiek Langowski i
Grażyna. Dlaczego mówię o Ryśku? Ponieważ
zanim przyszedłem do kościoła, spotkałem osobę, która
mówiła mi, że takie i takie osoby są aresztowane i więzione
w Iławie m.in. Andrzej Bober (wymieniono kilka osób internowanych i w tym
kontekście padło nazwisko Langowskiego). Z tą wręcz
rewelacyjną wiadomością dla mnie, przyleciałem do
kościoła mówiąc: - Słuchajcie, przed chwilą wypuszczono
mnie z Komendy Wojewódzkiej, po drodze dowiedziałem się, że
są aresztowani i znajdują się w Iławie - ci, ci i Langowski
- a wtedy Grażyna się uśmiechnęła (wówczas jeszcze
było „pan, pani”) i powiedziała: Czy pan zna pana Langowskiego? -
Mówię, że nie, nie znam. Nawet nie wiem jak wygląda. A ona mówi,
że właśnie jej mąż stoi obok. Wtedy poznałem po
raz pierwszy Ryśka - zobaczyłem chłopaka z bródka. Mówię,
że moim psim obowiązkiem było powiedzieć to co wiem,
że ktoś został aresztowany. Jeżeli jest to nieprawda, moje
informacje nie są ścisłe. Ale co do innych osób? Co do innych
osób, owszem, to jest prawda. Natomiast nie wiem kto, a może wiem i nie
chcę powiedzieć kto, powiedział: - No, to żadna
rewelacja, że pan wyszedł z Komendy Wojewódzkiej, bo my tu wszyscy
też byliśmy na Komendzie i też nas wypuszczono … Wtedy nie
przywiązywałem żadnej wagi do tej informacji. Ta informacja jak
czkawka odbiła się mi po wielu latach, kiedy zaczęliśmy
głośno mówić, kto, skąd pochodzi, czy ktoś nie jest
przypadkiem agentem. Ci, którzy nie zechcieli podpisać współpracy,
poszli do kryminału. Ci, którzy podpisali wyszli na wolność.
Byli w Komendzie Wojewódzkiej, ale dlaczego ich nie zatrzymano? Nie
internowano, tylko wypuszczono do domu? Nigdy w życiu nie byli
internowani.
Ale co
było dalej ze mną? We wtorek poszedłem normalnie do pracy,
natychmiast rozmawiałem z prezesem i opowiedziałem mu o wszystkim, a
on zaraz wszystko przekablował do bezpieki.
Pyt. To znaczy opowiedziałeś mu, o czym
między innymi?
Odp. Co
się działo ze mną w bezpiece. Jak wyglądało moje
przesłuchanie. Opowiedziałem mu wszystko ze szczegółami.
Cały trząsłem się jeszcze z wrażenia. Między
innymi o tej propozycji, o wszystkim. Czułem się w obowiązku
lojalnie uprzedzić i powiedzieć mojemu szefowi … A więc godz.
8.00, zdałem mu relację i powiedziałem: Panie prezesie,
proszę o urlop. Naprawdę źle się czuję psychicznie, po
tym maglu. Muszę dojść do siebie. On mi mówi: Dobrze, bierz
manatki i idź do domu. Napisz jakąś powiastkę o urlop i nie
ma sprawy.
Pyt. To był prezes?
Odp. Prezes
Zarządu WZGS-u. Nacisnąłem kapelusz, coś[AP2] tam napisałem i nie
mówiąc nic nikomu, wyszedłem. Nie musiałem nikomu się
tłumaczyć, gdyż jako kierownik działu, miałem
obowiązek tylko mojemu przełożonemu, czyli prezesowi
powiedzieć. A reszta, wychodzę, nie ma mnie. Prezes wie. W ten sposób
cały wtorek biegałem po mieście, po różnych znajomych -
szukałem informacji, kontaktów, pytałem co itd. Ale o godz. 13.00
musiałem pójść na obiad znowu do tej knajpy „Albatros”.
Wchodzę do restauracji, a z boku z podwórka od strony Mody Polskiej,
wychodzi dwóch panów: Dzień dobry panie Pawłowski, pan jest bardzo
niesłowny, myśmy czekali na pana, a pan do nas nie przyszedł.
Pan pozwoli z nami - Nigdzie nie pójdę! Odwracam się, po drugiej
stronie była budka telefoniczna, z tej budki wychodzi facet o znajomej mi
twarzy i z daleka: Nie, nie panie Pawłowski, proszę do samochodu. Ja
w lewo, na Dąbrowszczaków, a tu zza rogu z Dąbrowszczaków prosto
dwóch panów.
Pyt. O znajomej twarzy, czyli ten który cię
przesłuchiwał?
Odp. Tak. I w
ten sposób dwoma samochodami zostałem odwieziony na Komendę
Wojewódzką. Tam żarty się skończyły. Nie było
żadnych propozycji współpracy. Bić, nie bito. Nie
słyszałem o żadnym przypadku żeby ktoś w Olsztynie na
Komendzie Wojewódzkiej był pobity.
Wtedy
zaczął się magiel. Magiel trwał do późnych godzin
wieczornych. Wtedy się nie patyczkowano. Rzucono mi wówczas komplet
„Rezonansów” na stół, pokazano mi to co pisałem, bądź
mówiłem o „królikach doświadczalnyh”. Rzuconi mi na stół również
potężne dwa segregatory z nazwiskiem: Pawłowski. Było to
dla mnie jedno z większych zaskoczeń.
Pyt. To znaczy materiały, które według
nich obciążały ciebie?
Odp. Całe
moje dosje, z całego życia. Wtedy zaczęli mówić: Panie
Pawłowski, teraz wreszcie poważnie zaczniemy rozmawiać. Co pan
robił w 1956 roku? - Mówię: gdzie? - No, tu w Olsztynie. - W
Olsztynie do szkoły chodziłem. - To my wiemy, ale co jeszcze? Jakie
były pana zachowania związane z wydarzeniami poznańskimi? I mnie
tu już szczęka opadła. Autentycznie. Jako żywo
przypomniałem sobie wówczas rozmowę z lat
pięćdziesiątych, którą miałem z ówczesnym naszym
drużynowym drużyny harcerskiej po wydarzeniach poznańskich w
czerwcu 1956r. i węgierskiej tragedii. On mi wówczas powiedział: -
Słuchaj i uważaj, bo masz założoną teczkę w UB.
Ileż ja wtedy miałem lat? do dziewiątej czy dziesiątej
klasy chodziłem. Zaśmiałem się, wzruszyłem ramionami i
powiedziałem: - A, to … Po paru latach jeszcze raz ktoś mi dał
sygnał, że mam założoną teczkę personalną w
bezpiece, że na mój temat zbierane są informacje. Miało to
miejsce, kiedy kończyłem Studium Nauczycielskie. I na moje - nie wiem
- szczęście lub nieszczęście, byłem jeszcze
ministrantem w katedrze. Jeden z moich kolegów, z roku, wziął mnie na
taką szczerą rozmowę w cztery oczy i powiedział: -
Słuchaj, stary, czy ty wiesz, że możesz nie zdać egzaminów
końcowych? Pytam, dlaczego? - On mówi: Wiesz, co prawda nikt mnie nie
wysyłał do ciebie, ale moim ludzkim obowiązkiem czuję
się zobowiązany poinformować o tym. To był członek
partii i należał do egzekutywy w Studium Nauczycielskim. Za to
ceniłem tego człowieka. Powiedział mi, że jestem
przygotowywany na odstrzał. W Polsce Ludowej nauczyciel nie może
być ministrantem, albo chodzić do kościoła. On mi mówi:
Wiem, że jesteś wierzący, nie mam nic przeciwko. Powiedz tylko,
czy musisz chodzić na 1000 do kościoła? Wtedy, kiedy
wszyscy przychodzą? Nie możesz chodzić na 600, kiedy
nikogo nie ma? Mówię mu - mogę, tylko nie rozumiem po co? - Po to,
żebyś nie był widoczny przy ołtarzu, bo inaczej nie
będziesz nauczycielem.
Pyt. Który to był rok?
Odp.
Sześćdziesiąty. Nie przypuszczałem, w końcu egzaminy
pozdawałem. Nota bene próbowała obciąć mnie moja opiekunka
roku i promotor mojej pracy dyplomowej. Panie Pawłowski, pan jest
nieprzygotowany W ogóle pan nic nie wie. Proszę indeks! - Prawda, że
trochę się zacinałem. Geniuszem, to nie byłem.
Powiedziała, przecież pan i tak z innych przedmiotów ma same
„niedostateczne”. Mówię, przepraszam, a z jakich? Bo ja jeszcze o tym nie
wiem. - Tak?, a to może ja się pomyliłam. Ma pan - dostateczny.
Tak wyszło szydło z worka. I to mi później przypomniano 14
grudnia 1981r., dokładnie wszystko. Mój udział w manifestacjach
październikowych na pl. Świerczewskiego, pod ratuszem, na stopniach
teatru Jaracza.
Pyt. W którym roku?
Odp. ‘56 rok -
wydarzenia rewolucyjne na Węgrzech, te manifestacje. Mój udział w
manifestacjach w akademiku Studium Nauczycielskiego. To mi wszystko bezpieka
wypomniała. - Panie Pawłowski, my o panu więcej wiemy niż
pan sobie wyobraża. - I rzeczywiście, rzucono mi na stół
życiorys, o którym zapomniałem … Rozmowa krótka - za kapotę,
fruu - zleciałem na dołek. Skończyły się żarty i
wylądowałem na dołku w Komendzie Wojewódzkiej. Tam
spotkałem Stefana Ruchlewicza, oraz szefa „Solidarności” z PSTBR—u.
Tam pracownicy strajkowali - rozbito ich, rozwalono.
Pyt. W jaki sposób rozwalono?
Odp.
Wjechały skoty. Wreszcie wprowadzono w środę następnego
dnia, szefa „S” z OZOS-u -
Przewłockiego. Było nas tam 12 osób. Przewłocki opowiadał
nam co się stało w OZOS-ie, ale to wiem już tylko z jego relacji
i dziś dokładnie nie pamiętam, a nie chciałbym coś
pokręcić, w każdym razie tam nie było ciekawie i
łatwo. Mówił też coś o Grażynie Langowskiej, o jej
roli w pisaniu ulotek. Gdy rozbito strajk, podobno wszyscy mieli
wyjść do domów spokojnie, jeżeli się poddadzą, nie
będzie żadnych represji, a tymczasem gdy chłopcy wyszli na
zewnątrz, to od razu wzięli ich za łeb i do suki.
Później
skuto mnie kajdankami ze Stefanem Ruchlewiczem i wywieziono do Iławy. I jeszcze
parę osób. Ale kogo, nie pamiętam, bo nie utrwaliłem sobie w
pamięci nazwisk. Nie zabrano do Iławy ani Przewłockiego z OZOS,
ani tego z PSTBR-u. Aresztowano ich i wytoczono procesy sądowe. Ten z
PSTBRU-u, wyjechał później do Stanów Zjednoczonych i w roku 1989
pojawił się u nas w Zarządzie Regionu na Dąbrowszczaków na
III piętrze. Ledwo go poznałem, przyjechał na urlop.
Chcę
powiedzieć - dlaczego mnie internowano? A mogli puścić do domu.
Puściliby, gdybym się zgodził na współpracę, gdybym
zaczął mówić. Złapał bym za niteczkę, za
którą oni by pociągali. Nawet gdybym jakąś minimalną
informację im przekazał: o nastrojach, o czym koleżanki i
koledzy rozmawiają w pracy i następnego dnia powiedziano by:
proszę pana to proszę nam jeszcze coś powiedzieć. I wchodził
bym tak coraz głębiej i głębiej.
Pyt. Czy chcesz powiedzieć, że
każdy który był w poniedziałek …?
Odp. Chcę
powiedzieć, że każdy kto był w poniedziałek na
przesłuchaniu w Komendzie Wojewódzkiej i został wypuszczony i nigdy
nie został aresztowany, ani internowany, na pewno podpisał … Nie
chcę przez to powiedzieć, że dzisiaj potępiam tych ludzi,
nie. Bo nie każdy, kto podpisał zobowiązanie do współpracy,
dalej z tymi ludźmi współpracował, że stał się
gorącym zwolennikiem. Nie, ale to mówię na marginesie ostatnio toczącej
się dyskusji, kto jest winien, kto jest tajnym współpracownikiem. Bo
to wcale nie jest takie proste i wcale nie takie łatwe.
Pyt. Stan wojenny to szczególny okres. Ten kto w
1980 czy 1981r. był agentem, to już jest inna waga.
Odp. Rzucamy
oskarżenia, że ten był współpracownikiem, ten
pracował, ten donosił, ten podpisał lojalkę taką czy
inną. Jak nas zamknięto w Iławie, wszyscy jak jeden
mąż w różnych okresach tylko, byliśmy wzywani na rozmowy.
Przyjeżdżali oficerowie z bezpieki do Iławy i przeprowadzali z
nami rozmowy. Każda z tych rozmów musiała zakończyć
się albo propozycją współpracy, albo podpisaniem tzw. lojalki.
To nie jest równoznaczne ze współpracą. Chodzi o to, że
będziesz lojalny, nie będziesz brał udziału i wtedy
możesz wyjść natychmiast do domu. Nie okazało się to
prawdą, że się natychmiast wychodziło, natomiast
prawdą było, że wielu, wielu kolegów, którzy siedzieli w
Iławie podpisywało taką lojalkę, że będą
lojalni wobec władz stanu wojennego.
Pyt. Czy to było tajemnicą, czy też
mówiono na ten temat?
Odp. Nie, to
nie było tajemnicą. Niektórzy przyznawali się: bili w piersi i
mówili: ja podpisałem, trudno … Dokładnie 9 stycznia, kiedy po raz
pierwszy przybył do nas ks. ś.p. biskup Obłąk -
pomijając wszystkie inne sytuacje z tym związane - przyjechali z nim
księża, którzy spowiadali. Za tydzień, w niedzielę
przyjechał ponownie biskup Obłąk. Nie pamiętam w tej chwili
czy było to po tygodniu czy po dwóch, w każdym razie pamiętam
homilię - kazanie bpa Obłąka, w takiej małej świetlicy.
Prawie wszyscy byliśmy, wierzący i niewierzący. Bp
Obłąk poruszył sprawę podpisywanych lojalek, różnych
zobowiązań podpisywanych przez członków „Solidarności” w
bezpiece. Pamiętam, powiedział, że: My nie mamy się czym
martwić, nie mamy się czym przejmować, jeżeli ktokolwiek z
was, cokolwiek podpisał, jakikolwiek dokument, to wobec ludzi i Pana Boga,
jest rozgrzeszony. Dlatego, że dokonał tego w sytuacji ekstremalnej,
w sytuacji przymusu. To się nie liczy, mimo, że jest to
zobowiązanie na piśmie. Jest to pewnego rodzaju przysięga
złożona na piśmie - tego rodzaju zobowiązanie, ani
przysięga, nie jest ważna, bo złożone pod przymusem.
Jeżeli ktoś kogoś na siłę doprowadzi do ołtarza i
zmusi do małżeństwa, to ta osoba otrzyma rozwód, choć
kościół katolicki rozwodów nie uznaje. Pamiętam, że po tym
kazaniu bpa Obłąka wśród nas nastąpiło takie pewne
rozluźnienie psychiczne, takie wewnętrzne samouspokojenie,
zadowolenie. Nie chcę przez to mówić, że każdy z nas
podpisywał - to nie o to mi chodzi. Chodzi o to, że poczuliśmy
się bardziej zbudowani. Moralnie podbudowani, że jeżeli
ktokolwiek z nas cokolwiek złego zrobił, w swoim wewnętrznym
odczuciu wobec kolegów, wobec społeczeństwa, moralnie czuje się
rozgrzeszony.
Pyt. Bardzo mądre to było.
Odp. Dlatego
jeżeli ktoś mówi mi dzisiaj o jakichkolwiek lojalkach, to nie
chcę rozmawiać na ten temat. Jeżeli warunkiem, że znajduje
się dokument, podpisane zobowiązanie z jego charakterem pisma i
podpisem, ma to być równoznaczne ze współpracą, przepraszam, nie
takie dokumenty widziałem na podstawie których ludzi wypuszczano na
wolność. Tak, nie o to chodzi. Uważam, że jest to bardzo
istotny moment w całej tej sprawie. I jeszcze jedna sprawa, z którą
osobiście nie mogę się pogodzić. Pewnego razu, było to
po pobiciu naszych kolegów w Iławie, założyliśmy
głodówkę.
Pyt. A kiedy to pobicie było?
Odp. Luty -
marzec. Chyba to był marzec. Pisaliśmy oświadczenia,
wyrzucaliśmy to przez zakratowane okna. Wielu z nas składało pod
tym swoje podpisy.
Pyt. Jakie rozmiary miało to zajście, to
pobicie?
Odp. Tylko 4
osoby były pobite. Czterech młodych ludzi z Gdańska. Nie mam
zamiaru bronić służby więziennej, chcę tylko dla
świętego spokoju, dla samouspokojenia powiedzieć, że
było częściowo winą tych chłopców. Oni rozrabiali.
Zachodzi natomiast pytanie, czy ich zachowanie usprawiedliwiło tego typu
reakcję. Bo jeżeli ktoś siedzi w kryminale zamknięty nie
wiadomo za co i po co, to ma prawo do obrony. I wtedy jego zachowanie jest
usprawiedliwione, nawet jeżeli on będzie szyby wybijał. Ci
młodzi ludzie trochę narozrabiali. W tym sensie rozrabiali, że
głośno krzyczeli, wymyślali tym strażnikom, stołkami
walili w drzwi. Na litość boską, ale tego typu zachowania
mają więźniowie prawie na co dzień i nikt nie robi z tego
problemu. A ten problem zrobiono w stosunku do nas. I to jest naganne. Tutaj
służba więzienna była sprowokowana - nie ulega to dla mnie
żadnej wątpliwości. Tylko nie powinna tak reagować jak
zareagowała. Sąsiednie cele, zanim doszło do pobicia, też
robiły dokładnie prawie to samo. Zaczęliśmy
łomotać stołkami w drzwi. Wykrzykiwać, no i zleciała
się cała watacha tych chłopaków w chełmach, z tarczami i
pałami, zaczęli tłuc po drzwiach, dając nam do zrozumienia
co nas może czekać. No i nie powiem, wielu się uspokoiło
momentalnie i to dobrze. Ale uspokoili się starsi wiekiem. Po prostu z
uwagi na pewne doświadczenia życiowe, że można się
nabawić guza. Natomiast młodzi ludzie, potraktowali to tak przyjemnościowo
i dla checy. Otworzono drzwi do celi, weszli do środka i tam ich dopiero
zmasakrowano. To było naganne.
Pyt. Mówiąc delikatnie.
Odp.
Mówiąc delikatnie, bo tych chłopców później odseparowano. Nie na
dłużej ale na parę dni. Spotkaliśmy się później w
łaźni, obowiązkowo raz w tygodniu, jak się chłopcy
rozebrali, to nie wiedziałem, czy mam przed sobą murzyna, czy
kolegę z sąsiedniej celi. Działo się to przez
ścianę mojej celi.
Pyt. Kto to był?
Odp. Jeden z nich
nosił nazwisko - Pawłowski z Gdańska, nie pamiętam w tej
chwili nazwisk.
Pyt. I tylko z tej celi, ta czwórka?
Odp. Tylko z
tej celi, ta cała czwórka. Pozostali nie byli pobici.
Zaprotestowaliśmy przeciwko takiemu zachowaniu się służby
więziennej. Głodówka. Głodówka trwała jeden dzień.
Następnego dnia natychmiast zjawił się u nas bp Obłąk.
Był to dzień powszedni. Msza i o wiele dłuższe niż
zwykle kazanie. To było kazanie z takim lekkim pogrożeniem palcem.
Obłąk mówił o przykazaniu: nie zabijaj! Mówił, że
głodowanie, głodówka jest to targnięcie się na swoje
własne zdrowie, w konsekwencji na życie, a więc przekroczenie
przykazania. To było bardzo przekonywujące dla nas kazanie.
Myśmy po tym kazaniu zaprzestali głodówki. Rozeszliśmy się
do cel i oświadczyliśmy, że kończymy głodówkę.
Następny posiłek jedliśmy już normalnie. Nie była to
wielka głodówka - jednodniowa. Nie chodziło tu o nasze zdrowie tylko
o pewien symbol, solidarność. Czym by się to dalej
zakończyło, nie wiem, nie chcę snuć żadnych
przypuszczeń. natomiast w tym kontekście, tamtych wywarzeń,
głodówki, nie mogę sobie dziś wyobrazić - a niestety takie
wypadki miały miejsce - że niektórzy hierarchowie kościelni,
dziś nie reagują na fakt głodówek - różnych
więźniów, nie reagują. Dla mnie to jest szok. Dopiero niedawno,
chyba wczoraj, słyszałem, że ks. Prymas zaapelował do pana
Dobrzyńskiego z PC, żeby zaprzestał głodówki. Po tylu
dniach głodówki - to jest dla mnie szok. Ks. Prymas powinien
zająć stanowisko natychmiast, następnego dnia. Tak jak to
zrobił w stosunku do nas ks. bp Obłąk.
Pyt. Widać, że postać bp
Obłąka rysuje się tu bardzo pozytywnie.
Odp. Od samego
początku.
Pyt. Był podobno pierwszym biskupem w kraju,
który zjawił się w więzieniu w stanie wojennym?
Odp. Tak, ten
który wszedł do środka. Chcę powiedzieć, że z tego co
nam ks. biskup na pierwszym spotkaniu - dokładnie to było 9 stycznia,
pamiętam - opowiadał. To była opowieść, ale ubrana w
formę homilii. Mówił, że z chwilą kiedy dowiedział
się o tym, że działacze związkowi siedzą w
Iławie, chodził wokół murów więzienia i modlił
się i szukał dojścia do nas, żeby z nami się
skontaktować. Nie otrzymywał zezwolenia - on biskup, on ordynariusz.
Wreszcie mógł wejść do więzienia w Iławie, razem z
księdzem dziekanem Antonim Gelertem z Iławy, którego przedstawił
nam jako naszego kapelana. I tylko on miał prawo nas spowiadać - nikt
inny. Żadna inna osoba, która by tu weszła w sutannie, to proszę
do niej nie mieć zaufania - to były słowa bpa Obłąka.
Opowiadał, że chodząc wokół murów więzienia
modlił się, żeby móc do nas wejść i z nami rozmawiać.
No i później dziękowaliśmy Bogu, że jego modlitwy
zostały wysłuchane. W przededniu, w sobotę, widzieliśmy na
dziedzińcu kryminału nadzwyczajne porządki. Sprzątanie,
szorowanie, zmywanie, a w niedzielę klawisze w białych koszulach. Nie
zdawaliśmy sobie sprawy, co to ma oznaczać, ale był to
sygnał, że coś się szykuje - tylko co? Jaruzelski
przyjechał? Chyba nie, więc co? Jak zobaczyliśmy swego biskupa,
nie chciało nam się wierzyć. Wielu z nas płakało. Nie
można się było tego wstydzić, ale od tego dnia byliśmy
spokojni. Wiedzieliśmy, że nam się nic złego stać nie
może. Jeżeli weszła na teren więzienia po raz pierwszy w
komunistycznych czasach, władza kościelna, kościół ze
swoimi przedstawicielami, to ta informacja pójdzie w świat, że o nas
ludzie i świat będą wiedzieli. Nie chodziło nam o to czy
Kozłowski, czy Kwiatkowski, czy Pawłowski, ale jest tyle osób.
Wtedy biskup otrzymał od nas wykaz wszystkich osób osadzonych w
Iławie. Co prawda biskup był w stosunku do władz
więziennych bardzo lojalny. Uprzedził nas, że on nie będzie
od nas brał żadnych przesyłek, żadnych liścików, bo mówił:
władze więzienne prosiły mnie o to. Ja im obiecałem i
muszę być lojalny. Mój strój mnie do tego zobowiązuje. Natomiast
nie powiedział tego o swoich towarzyszących mu kapłanach, a oni
doskonale wykorzystali swoje szerokie, potężne i przepastne sutanny
i powynosili tam różne dziwne rzeczy. Bardzo dziwne. Od tego momentu
byliśmy spokojni, bo do 9 stycznia nie byliśmy pewni dnia ani
godziny. Co się z nami miało stać? I nie miało
większego znaczenia, że przed Bożym Narodzeniem na
wolność zostało wypuszczonych paru naszych kolegów, w tym m.in.
Wojtek Ciesielski. Później w Gazecie Olsztyńskiej można
było przeczytać - specjalnie dostaliśmy gazetę do
przeczytania - że za dobre sprawowanie wypuszczono naukowca z WSP, rolnika
jakiegoś tam, jeszcze kogoś … Taki przekrój społeczny zrobiono -
cztery osoby, pamiętam jak dziś. I to że Wojtek trafił
później znowu do nas, ale to było już po wizycie bp
Obłąka. Co było w międzyczasie z Wojtkiem nie wiedzieliśmy,
bo tego typu informacje do nas nie docierały, przecież żadnych
wizyt rodzin w tym czasie nie było. Dopiero z chwilą przyjazdu
biskupa, po mszy św. od razu były wizyty.
Pyt. Wspomniałeś o Bożym
Narodzeniu, czy pamiętasz w jaki sposób to święto było uczczone
przez was? Jak je przeżyliście?
Odp. Trudno
było mówić o uczczeniu. O tym jak przeżyliśmy, możemy
długo rozmawiać. Pamiętam, że w tym zespole, a było
nas ośmiu w celi …
Pyt. Kto?
Odp. Dwóch z
Ostrołęki, jeden nazywał się Melon - starszy
mężczyzna. Drugi - nie pamiętam jego nazwiska- w tej chwili jest
wojewodą w Ostrołęce, prawnik z wykształcenia. Jego bardzo
szybko zwolniono - w styczniu poszedł do domu, na wniosek PAX-u
został zwolniony. Dwóch chłopców ze Szczytna, ja i jeszcze ktoś,
nie pamiętam. Acha, Stefan Ruchlewicz.. Przypominając sobie tę
wigilię. Otóż nie jest dzisiaj czas na wspomnienie wigilii, ale
był to bardzo smutny dzień. Tak jak wigilia raczej bywa takim dniem
refleksji, zadumy, to tamten dzień był wyjątkowy.
Pamiętam, że ktoś z nas próbował zanucić
jakąś kolędę. Nie mieliśmy sił śpiewać.
Coś tu, w gardle wiązało. Zamruczeliśmy sobie coś tam
pod nosem i na tym się skończyło. Posiłek zwykły - tak
jak każda kolacja - czarna kawa, chyba margaryna była, chleb
biały, nie pamiętam co było jeszcze, ale taki zwykły typowo
więzienny posiłek. Wieczorem, udało się nam zdobyć
maciupeńką okruszynę opłatka. To była
rzeczywiście okruszyna. Dostał ją jeden z kolegów, mieszkaniec
Iławy, któremu rodzina poprzez klawisza podrzuciła. . I on się z
nami podzielił na spacerniaku w ciągu dnia. To był nasz
opłatek. Była to odrobina, szczypta, ale była. To było
wszystko. Nastrój - o nastroju to można mówić zimą przed
Bożym Narodzeniem. Dzisiaj to nie jest czas na to.
Pyt. Jak długo siedziałeś?
Odp. Do
połowy sierpnia. Później byłem na tzw. przepustce -
będąc internowanym. Mogłem się poruszać po kraju bez
opieki. To mam w dokumentach. Miałem być zwolniony pierwszego
września, byłem pod koniec sierpnia wezwany na rozmowę z
Komendantem Wojewódzkim MO w Olsztynie i on obiecał mi, że muszę
jeszcze niestety wrócić do miejsca mojego ostatniego pobytu - a ja byłem w Łupkowie w
Bieszczadach, ale taka już podobno procedura administracyjna. Tam
miałem odebrać dokumenty i spokojnie wrócić do domu.
Ponieważ Łupków został rozwiązany, jako obóz internowania,
wszyscy koledzy nasi z Lupkowa zostali umieszczeni w Załężu
koło Rzeszowa. W tej samej sytuacji co ja był Stefan
Śnieżko. Obydwaj mieliśmy wrócić 1 września do
Załęża. Ja się na 1 dzień zatrzymałem w W-wie,
dokładnie 30 sierpnia. Tam w Warszawie akurat była ta słynna
zadyma, trochę przyznam się, bałem poruszać po W-wie bo
wiedziałem co nade mną wisi. Byłem ciągle internowany.
Wszedłem do pociągu i pojechałem do - Rzeszowa -
Załęża. Tu umówiony byłem ze Stefanem Śnieżko. Z
tym, że Stefan miał jechać na dalszą odsiadkę, a ja
miałem odebrać tylko dokumenty i tego samego dnia wracać do
domu. Stefan mówił wówczas: - Słuchaj, jak wyjdziesz, załatwisz
sprawę, to czekaj na mnie przed kryminałem, to pogadamy sobie i
powiesz co tam w środku jest. Wszedłem do środka - głupie
wrażenie. Przychodzisz do kryminału, pukasz i mówisz: - Proszę
pana, ja przychodzę do kryminału. Przyjął mnie jakiś
oficer i pyta: - Czego? - Odpowiadam, że przyjechałem po dokumenty. -
Jakie dokumenty? - Zwolnienia. - Ja ci dam zwolnienie. - Za krawat i do celi. I
tak znalazłem się ponownie w celi więzienia w
Załężu. Tam były już inne warunki. Wybrałem sobie
celę, bo można było. Wszystko zdemolowane, dokładnie. Wtedy
dowiedziałem się, że w Załężu parę dni temu
był bunt internowanych. O czym było głośno w Polsce.
Zdemolowano prawie cały kryminał.
Pewnego
dnia, wiosną w Iławie 1982r., bez zapowiedzi, lub czegokolwiek co
mogłoby wskazywać na jakąkolwiek, czyjąkolwiek wizytę;
to musiał być jeszcze marzec, bo w kwietniu trochę
„luźniej” było, drzwi od celi otwierają się i w drzwiach
widzimy księdza. Wówczas w celi byłem z Józkiem Lubienieckim.
Pamiętam dokładnie, choć nie poznałem owego księdza,
Józek poznał natychmiast: O, ksiądz Tischner! Rzeczywiście
był to ksiądz profesor Tischner. Przyjechał nas odwiedzić!
Z każdym zamienił parę zdań pytał o nazwisko,
imię, rodziny, kto skąd pochodzi, jak się czuje. I wtedy raz
jeszcze powtórzył dokładnie to samo, o czym mówił biskup
Obłąk w trakcie kazań: Kochani, nie martwcie się, jeżeli
ktokolwiek z was, cokolwiek podpisał, zrobiliście to pod przymusem
(mówił to w obecności klawiszy), a w ogóle moi kochani, jak
wyjdziecie na wolność, będziecie chodzili w aureoli
świętości. Tylko uważajcie, bo może wam ktoś
tę aureolę szybko z głowy strącić. Taka była
kwintesencja jego wypowiedzi. Drzwi się zamknęły i poszedł
do następnej celi. Tę wizytę ks. Tischnera bardzo dokładnie
pamiętam. Ilekroć ktokolwiek mówi na temat świętości
„Solidarności”, to przychodzi mi na myśl wizyta księdza
Tischnera i słowa które mówił: Jak wyjdziecie na wolność,
będziecie chodzili w aureoli świętości, tylko
uważajcie, bo ktoś ją może wam strącić. I wtedy
nie macie już czego szukać.
Pyt. Mówiłeś o Józku. Jak on długo
siedział?
Odp. Józek
siedział tak samo długo jak ja. Nie, on wyszedł po 22 lipca.
Byliśmy razem w Łupkowie: Józek Lubieniecki, Stefan Śnieżko
i ja - z olsztyńskiego.
Pyt. A od kiedy byliście w Łupkowie?
Jaka była wasza droga?
Odp.
Iława, później Kielce - Piaski (koniec czerwca).
Większość kolegów została wywieziona do Kwidzyna, natomiast
18 osób z Iławy przewieziono do Kielc. To było tak: Koledzy z
Małopolski - wszyscy, którzy siedzieli w Iławie, cały Kraków,
koledzy z Elbląga, nas trzech z Olsztyna: Józek Lubieniecki, Stefan
Śnieżko i ja, nie licząc naszego kolegi matematyka z WSP -
Rusieckiego Alka, bo też był, ale ja raczej zaliczam go do
warszawiaków niż olsztyniaków. Antek Macierewicz też był w tej
osiemnastce, Tadek Syryjczyk (mieszkaniec Krakowa). Wylądowaliśmy w
Kielcach. Nie pamiętam dokładnie, może po dwóch tygodniach,
wywieziono nas z Kielc do Łupkowa w Bieszczadach, przez więzienie w
Tarnowie. Po 22 lipca, na święto narodowe, Jaruzelski
zaczął wypuszczać - masowo. Rzeczywiście była to
masówka. Codziennie po kilkanaście, kilkadziesiąt osób
wychodziło do domu. Pamiętam, że Józek Lubieniecki został
wypuszczony kilka dni po 22 lipca, podszedł do mnie i
uścisnęliśmy się. Płakał ze szczęścia,
mówił: chłopcy, jutro, pojutrze na pewno wy również wyjdziecie,
przykro mi, że ja wychodzę, a wy musicie jeszcze zostać. Tak
się zakończył nasz pobyt w Łupkowie. Dokładnie kilka
dni później zostałem wezwany - dano mi urlop. Następnego dnia
Stefan Snieżko też dostał urlop.
Po przeczytaniu tego tekstu, nie wyrażam
zgody na jego publikowanie, w
całości bądź we fragmentach, bez mojej wcześniejszej zgody
i korektach. Wynika to z mojej niepełnej wiedzy, gdy udzielałem
wywiadu, o omawianych sprawach, bądź osobach wspominanych w w/w
tekście. Nie chcę w tej chwili wdawać się wszczegóły.
Dotyczy to szczególnie mojej oceny działań pewnych osób. W
miarę upływu czasu niektóre sformułowania uległy
sprostowaniu. Tak dzieje się zawsze w ocenach. W miarę upływu
czasu, muszą być prostowane
Olsztyn 08.07.2000r.
W temacie
Bachmury, mogę wiele wyjasnic, (wiele wyniknelo już z naszych prywatnych
rozmow), ale tylko jego losów po 89 roku, w kontekście sklepu, a potem
naszej spółki, a potem zrezygnowania lokalu i długów, a także
niepłacenia pracownikom, którzy dochodzą racji przed sadem.
To napisz
do cholery, czy dzisiaj uważasz już Bachmure za przewodniczacego TZR
i godnego kandydata na prezydenta miasta? J
Michał
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rozmowa z Bogusławem Owocem
W dniu 26 maja 1993 roku
Pyt. Czy przed stanem wojennym był pan związany z
„Solidarnością”?
Odp. W 1981 roku
podjąłem pracę, gdyż w 1980 roku byłem w wojsku. Gdy
powstawała „Solidarność”, ja byłem w wojsku w szkole
oficerów rezerwy. Tam mieliśmy spotkania wyjaśniające – ja
byłem na praktyce półrocznej. Funkcjonowałem jako kadra,
mieliśmy odprawy i od tamtej strony w 1980 roku to poznałem.
Po wyjściu z wojska podjąłem pracę w 1981 roku i byłem
szeregowym członkiem „Solidarności”. Uczestniczyłem w
spotkaniach w MPK w 1981 roku w listopadzie (chyba w
1980r. – A.P.), lecz nie byłem zbyt
aktywnym członkiem, gdyż wynikało to z charakteru pracy, która
polegała na tym, że jeździłem na budowy kilkadziesiąt
kilometrów za Olsztyn – wracałem późno.
Pyt. Gdzie pan był zatrudniony?
Odp. W PBRol-u.
Pyt. Pewne doświadczenia i to przykre miał pan w stanie wojennym?
Odp. Jeżeli chodzi o sam
stan wojenny to nie. Nie licząc incydentu w dniu 14 grudnia pod OZOS-em,
gdzie zostałem pobity przez milicję. To też chyba na zasadzie
przypadku to się stało. Po prostu pojechaliśmy z kolegą
zobaczyć co się dzieje pod OZOS-em, no i wezwał nas
funkcjonariusz – podeszliśmy. Pierwsze pytanie: Gdzie idziecie, tacy i
owacy – na s … słowo. Ja mówię, że idziemy do domu ponieważ
mieszkałem u mamy na ul. Pana Tadeusza, wtedy on zażądał
dowodu osobistego. Kiedy sięgnąłem do kieszeni płaszcza po
dowód, zostałem uderzony pięścią w twarz i później od
razu pałką w twarz. Podleciało od razu do mnie trzech
milicjantów – uderzenie w kończyny, w kolana, żeby nogi
zwiędły, żebym się przewrócił, ale jakoś
uciekłem (uprawiałem w tym czasie sport wyczynowy i to mi
pomogło). Gonili mnie chyba z 15 metrów. Natomiast kolegę zostawili
całkowicie spokojnie.
Pyt. Czy przed OZOS-em były jeszcze podobne incydenty?
Odp. Nie widziałem. To
się wydarzyło w momencie, kiedy wysiadłem z autobusu i była
taka przestrzeń między tłumem ZOMO, a ludźmi i ja
byłem w tej przestrzeni. Chyba zadziałał. Chyba
zadziałał taki mechanizm – zaczepiano ludzi młodych, a ja
wówczas miałem 26 lat. Pierwsze reakcje były takie, bo akurat krew mi
leciała z dziąsła. Pierwszy odruch taki młodzieńczy –
chciałem chwycić kamień, a tu jedna pani powiedziała:
szkoda waszego zdrowia chłopcy, ono się jeszcze przyda w przyszłości.
Pyt. To był początek stanu wojennego.
Odp. Tak, kiedy 14 grudnia
przyszedłem do pracy, to wszystko przebiegało normalnie. Miałem
pojechać na budowę, pojechałem. Potem robiłem to co
uważałem, że każdy człowiek porządny powinien
robić, to znaczy kolportowałem, jeżeli mi wpadła w
ręce prasa drugiego obiegu, uczestniczyłem w marszach, tych
organizowanych na Starym Mieście w czasie emisji dziennika telewizyjnego,
no i te wszystko – noszenie opornika. Robiłem to co normalny człowiek
mógł robić. Nie miałem kontaktu ze strukturami podziemnymi
„Solidarności” w Olsztynie. Tak z perspektywy czasu, wydaje mi się,
że było bardzo hermetyczne środowisko. Bardzo ciężko
było się tam dostać, jeżeli ktoś miał
chęć działania. Oddawało się swoje kartki na papierosy
internowanym.
Pyt. Wspomniał pan o kolportażu?
Pyt. To był sporadyczny
kolportaż.
Pyt. Pan był aresztowany?
Odp. Ale już nie był
to stan wojenny. 1985 rok. Wydaje się, że to z pozoru był
przypadek, a właściwie myślę, że nie. Moje
aresztowanie odbyło się bowiem w dniu moich 30 urodzin. Dzień
wcześniej rozmawiałem w pracy z obecnym posłem Mariuszem
Wesołowskim – razem pracowaliśmy. Ja już wtedy pracowałem w
Zespole Szkół Budowlanych – w warsztatach szkolnych. On był z-cą
kierownika warsztatów, a ja byłem kierownikiem budowy. Prowadziłem
budowę, na której pracowali uczniowie odbywający praktyki. No i w
przeddzień tych moich urodzin on powiedział, że musisz się
zdecydować do 30 roku życia, co będziesz w życiu
robił. I pamiętam, 30 września poszedłem do kościoła,
przystąpiłem do komunii św. I zacząłem się
zastanawiać, co ja będę w tym życiu dokładnie robił. Bo przed
trzydziestką człowiek jeszcze nie myśli perspektywicznie,
poważnie, co go czeka w przyszłości. I rzeczywiście
miałem te 30 lat skończyć, no i 1 października w dniu moich
urodzin zostałem zatrzymany przez Służbę Bezpieczeństwa,
za rozprowadzanie nielegalnych wydawnictw, dążących do
wywołania niepokojów społecznych i rozruchów. Odbyło się to
też w przypadkowy z pozoru sposób gdyż jak mówiłem miałem
co jakiś czas dostęp do literatury II obiegu.
Od 1983 roku miałem już częsty dostęp i w tym czasie
mieszkaliśmy w Galinach. Znaczy ja dojeżdżałem na
sobotę i niedzielę – za rok mieliśmy dostać mieszkanie w
Olsztynie, żona tam podjęła pracę, kiedy ja poszedłem
do wojska no i tam był taki człowiek, któremu ja dostarczałem
tę literaturę. Galiny są między Bisztynkiem, a
Bartoszycami. To był człowiek, który co jakiś czas
nadużywał alkoholu. No i przy jakiejś utracie kontroli nad
sobą, rozpowiadał jakie to on ma kontakty z Olsztynem, że on
może mieć bibułę itd. no i był od dłuższego czasu
namierzany. Po prostu chwycili go w momencie kiedy odbijał pojedyncze
egzemplarze „Tygodnika Mazowsze”, ni i zatrzymano jego, zatrzymano inną
osobę – pana, który udostępnił mu kserokopiarkę. W
każdym razie zostali zatrzymani na gorącym uczynku przez SB.
Pyt. A nazwiska tych zatrzymanych?
Odp. Sławek
Sokołowski – ten który ode mnie otrzymywał wydawnictwa, natomiast
nazwiska drugiego pana nie pamiętam, ale mam dokumenty … Sławek
był z Galin, natomiast ten drugi pan z Bartoszyc. Sławek
pracował w Bartoszycach i w zakładzie bartoszyckim odbijali te numery
– dokładnie to były 23 numery pojedynczego „Tygodnika Mazowsze”.
Zostali zatrzymani i pytanie: od kogo? – No i padło moje nazwisko i to
wystarczyło do tego, żeby mnie zatrzymać. Oczywiście
rewizja w domu w Olsztynie (bo już wtedy mieszkaliśmy w Olsztynie).
To był pierwszy rok kiedy mieszkaliśmy w Olsztynie,
właściwie drugi … Sławek przez dwa lata od 1983 otrzymywał
te wydawnictwa. Zatrzymano mnie w pracy, rewizja w zakładzie pracy,
później rewizja w domu – pojedyncze egzemplarze. No już cała
ideologia do tego dorobiona jest. To był 1985 rok 1 października.
Trzeba było usprawiedliwić istnienie takiego ogromnego aparatu
Służby Bezpieczeństwa – nie było więźniów
politycznych w olsztyńskim, więc trzeba było to zrobić i
nakaz prokuratora o tymczasowym aresztowaniu, ze względu na wagę
popełnionego przestępstwa. Później akt oskarżenia
skierowano do sądu no i rozprawa. Rozprawa w Bartoszycach już po 4
miesiącach śledztwa, przeniesiono nas z Olsztyna do aresztu w
Bartoszycach. Rozprawa była 11 lutego 1986 roku. W tym czasie była
także ustawa – tzw. Akt humanitarny, z którym niby wystąpił p.
Dobraczyński jako szef PRON-u do Rady Państwa i tutaj tych niektórych
przestępców skazanych za te czyny nie kryminalne – okazać im akt
łaski. Mieliśmy gdzieś wyjść wszyscy w połowie
listopada, ale w tym czasie zamordowano Marcina Antonowicza i po tym nas
przetrzymano. Widocznie niezły wycisk dostała olsztyńska
prokuratura i milicja za to wszystko – za taką manifestację podczas pogrzebu.
Stąd zaostrzenie represji.
Pyt. Dlaczego przetrzymano was dłużej?
Odp. Doprowadzono nas normalnie
do procesu.
Pyt. Kto był oskarżycielem? Sędzią?
Odp. Oskarżycielem
był prokurator Musiałek. Było moje zdziwienie kiedy już po
1989 roku on był rzecznikiem prasowym prokuratury wojewódzkiej. Nie wiem
jaką funkcję on w tej chwili pełni, ale jest na pewno
prokuratorem.
Sędzią była pani Krawczyk z Bartoszyc. W pewnym momencie ja
się stałem głównym oskarżonym, mimo że
funkcjonowałem jako ten trzeci. Byłem głównym motorem w
wystąpieniu oskarżycielskim, prokuratora Musiałka.
Wiadomo: kolportaż – Gdańsk, wyjazdy – Warszawa.
Ciągłość przestępstwa. No i wyrok był taki,
że uznano stopień działalności na szkodę państwa.
Skazano mnie na półtora roku więzienia, ale biorąc pod
uwagę sytuację polityczną, ten wyrok zawieszono na 4 lata.
Pyt. Dowodem były tylko te numery „Tygodnika Mazowsze”?
Odp. Myślę, że
tu jeszcze dowodem mogły być moje notatki – zapisywałem jakie
książki wypożyczyłem komu. Śledztwo prowadzono do
połowy grudnia, potem do domu bo święta, no i później
już normalnie na rozprawę.
Pyt. Jak pan wyszedł z więzienia?
Odp. Jak wyszedłem z
więzienia, czyli się uwiarygodniłem jakby, więc
nawiązano ze mną kontakt i powoli zacząłem wchodzić w
strukturę podziemną „Solidarności”. Było to o tyle dziwne,
że nikt mnie dokładnie nie sprawdzał. Wystarczyło, że
siedziałem w więzieniu. A przecież mogli kogoś wsadzić
celowo po to żeby … chociaż moim zdaniem – później z
doświadczenia wiem, że popełniono takie błędy organizacyjne,
że jestem przekonany, że to środowisko było dokładnie
infiltrowane przez Służbę Bezpieczeństwa. Zresztą jak
wszędzie w kraju.
Pyt. Czy coś robiliście w strukturach podziemnych? Na pewno
kolportaż?
Odp. Na początku
funkcjonowałem jako odbieracz. Natomiast po jakimś czasie już
przejąłem kolportaż między Warszawą, a Olsztynem.
Zajmowałem się kolportażem do kwietnia 989 roku. Od 1987 roku do
1989 – do momentu zarejestrowania „Solidarności”.
Pyt. W Warszawie skąd pan odbierał?
Odp. Z jednego punktu podanego
przez struktury olsztyńskie. W samym Olsztynie najpierw dostarczałem
do pani Heleny Cynalewskiej, a później do państwa Dunajew. Prasy to
było około 200 egzemplarzy: Tygodnik Mazowsze, KOS, PWA,
Wiadomości. No i książki.
Pyt. Pan niejednokrotnie mówił, że początkowo patrzył
pan na ten nurt opozycyjny, jako na ruch jednorodny. Później
zaczął pan krytycznie przyglądać się temu wszystkiemu.
Zaczął pan rozróżniać pewne opcje, kiedy to
nastąpiło?
Odp. To znaczy pierwszy taki
punkt zwrotny nastąpił wtedy, kiedy pani mecenas, która
prowadziła moją sprawę, wyjechała na wakacje i ja nie
wiedziałem czy będzie na rozprawie rewizyjnej. I na rozprawie
rewizyjnej miałem adwokata z Warszawy pana Andrzeja Zaleskiego.
Później chyba musiałem mu wpaść w oko, gdyż już
po sprawie, przeprowadziliśmy rozmowę, w której zadał mi,
pamiętam, pierwsze pytanie: – jaki jest układ polityczny w Olsztynie.
Ja nie wiedziałem o co chodzi w pierwszej chwili. Jak to, układ
polityczny – komuna i my. Późniejszy czas pokazał zasadność
tego pytania.
Pyt. A kto pana wcześniej bronił?
Odp. Pani mec. Mirosława
Pietkiewicz. Podczas głównej rozprawy ona mnie broniła i mam wiele
uznania dla pani mecenas.
Pyt. Rozprawa rewizyjna gdzie była?
Odp. W Olsztynie.
Pyt. Czy już wtedy pan związał się z jakąś
konkretną opcją?
Odp. Wtedy jeszcze nie. Z
konkretną opcją związałem się w 1987 roku, to jest z
Polką Partią Niepodległościową. Była ona
określana jako najbardziej radykalny, antykomunistyczny kierunek, gdzie w swoim
programie politycznym, jako wartość naczelną, postawiono
odzyskanie niepodległości przez Polskę i urabiano jej
opinię awanturników, podżegaczy, ludzi nawiedzonych. I w związku
z tym, że bardzo zależało służbom bezpieczeństwa
na rozpracowaniu tego ugrupowania, funkcjonowało ono w bardzo
ścisłej konspiracji. Nie proponowano mi od razu wstąpienia,
tylko widocznie musiało nastąpić jakieś sprawdzenie mojej
osoby.
Pyt. Czy pan kolportował „Rezonans”?
Odp. Tak.
Pyt. Czy może pan coś wie na temat druku „Rezonansu”?
Odp. Z tego co wiem, to
dowiedziałem się już później, po 1989 roku. Wiem, że
na początku (co słyszałem) zajmował się tym m.in.
Bogdan Bachmura, Sławek Olek, natomiast później ktoś inny to
przejął. Wtedy tym się nie interesowałem bliżej.
Pyt. Czy znał pan bliżej Bachmurę i Olka?
Odp. Nie. Z Bogdanem
Bachmurą poznaliśmy się bliżej w 1988-89 roku. Była to
jedna z osób, która dość krytycznie nastawiły się do
ówczesnej rzeczywistości. I z tego co wiem Bogdan Bachmura nie brał
udziału w wyborach 1989roku. Natomiast Sławka Olka znam, gdyż
jesteśmy sąsiadami. Mieszkamy naprzeciwko siebie. Ja Maleskiego 2/5,
a on 5/2.
Pyt. Ale czy mieliście kontakty w okresie stanu wojennego i
później?
Odp. Nie. Główny mój
kontakt jaki był to z Danką Gulko. Przede wszystkim współpraca.
Danka pracowała w ZUP-ie (Zespół Usług Projektowych) i ona mnie
znała jako projektanta tego ZUP-u, i ona mnie kojarzyła. Później
kiedy mnie zatrzymano, ona skojarzyła moje nazwisko, sprawdziła i
była pierwszą osobą, która dotarła do mojej żony.
Później kiedy wyszedłem z więzienia, to żona mi
powiedziała, że była taka i taka osoba i pracuje tam i tam i w
związku z tym prosiła o kontakt. Ja poszedłem do ZUP-u i tam
osobiście poznaliśmy się.
Pyt. Co mógłby powiedzieć pan o Dance Gulko?
Odp. Same superlatywy –
była bardzo oddana sprawie. Jest jedną z osób, które
właściwie poświęciły się. Dlatego teraz zawodowo
pracujemy w jednej firmie. I wydaje mi się, że to co
nastąpiło ostatnio, to było dużym szokiem dla niej.
Odwołanie rządu Olszewskiego, ujawnienie pewnych informacji.
Nasze drogi rozeszły się w 1989 roku. Uważałem, że
okrągły stół jest tym co wprowadzi w Polsce poważne
zagrożenia, to znaczy komuniści pozornie oddadzą
władzę, zatrzymując pełną władzę
ekonomiczną, że wpuszczają część ludzi
nieświadomie w układ, skazując ich z góry na porażkę.
Wiadomo, że bez reform prawa bankowego, bez poważnych reform procesu
odbudowy Polski, nie mógł się powieść. Wiadomo było,
że oni przygotowywali się do przejęcia w przyszłości
władzy, ale nie przy pomocy rosyjskich tanków (jak w 1944 roku), tylko w
sposób demokratyczny. Żeby już nikt im nie zarzucił, że
osiągnęli władzę na sowieckich bagnetach, tylko że
wygrali w demokratyczny sposób wybory. Nigdy nie doceniliśmy, jako społeczeństwo,
komunistów jako polityków. Dla nas był to tępy, jakiś rubaszny
komuch. Natomiast nie doceniliśmy tego o czy piszą np. autorzy
„Lewego czerwcowego” o tym pokoleniu 84 roku, gdzie nastawiono się na
ludzi młodych, wykształconych. Często wykształconych na
Zachodzie, gdzie oni mieli przejąć w przyszłości
władzę. I widać, że te ich koncepcje sprawdzają
się. Ja myślę, że jednak komuniści nie wygrają w
wolnych wyborach, ale wiele osób twierdzi, że tak.
Pyt. Jakie ważne wydarzenie czy zjawisko z minionego okresu
chciałby pan opisać?
Odp. Pamiętam I
rocznicę śmierci Marcina Antonowicza. Byłem jedną z trzech
osób, które składały wiązankę kwiatów w kościele NSPJ
podczas Mszy św. (podczas ofiarowania). To był 1986 rok czyli
pełna represja milicyjna i ja świeżo po wyjściu z
więzienia (składałem z Agatą i … dwiema dziewczynami,
które pracowały w drukarni). I po złożeniu tej wiązanki
kwiatów, podszedł do mnie jeden pan, nie wiem czy to był tata Marcina
czy ktoś z rodziny i tak mi wymownie uścisnął
rękę, że to chyba zapamiętam do końca życia.
Nasze oczy się spotkały. I te wszystkie niedogodności jakie
mogły mnie spotkać, były niczym w porównaniu z tym czego
doznałem.
Pamiętam również, bardzo osobistym przeżyciem był pobyt
Ojca Świętego na Zaspie. Przypadł mi zaszczyt trzymania
również transparentu „Solidarności” (były różne historie z
przemyceniem tego transparentu). To była Danka Gulko, Ziuta Mielnik, pani
Maria z księgarni, siostra Ryśka Kułakowskiego, Baśka Nowak
… I właśnie trzymałem wtedy transparent i pamiętam reakcję
ludzi, gdy transparent się rozwinął …
Niemniej cały czas funkcjonowałem w PPN-ie. Prowadząc
kolportaż, przypuszczałem, że SB wiedziało, że ja
się tym zajmuję. Ale to przykrywało to, że jestem w PPN.
Pyt. Kogo z liderów pan znał z PPN? Zalewski i kto jeszcze?
Odp. Z Szeremietiewem nie
był to regularny kontakt. To działało na zasadzie sieci, że
nie bezpośrednio z Szeremietiewem. Moja bezpośrednia współpraca
z Romkiem Szeremietiewem i Tadeuszem Tańskim wiąże się
już od 1988 roku, kiedy jeszcze działaliśmy w konspiracji, ale
już było wiadomo, że to były troszeczkę inne czasy.
Pyt. My mówimy o swoich, ale mnie również chodzi o tę drugą
stronę, o tych ludziach, którzy represjonowali.
Odp. Na pewno pan prokurator
Musiałek, z którym były bardzo śmieszne sytuacje, jak się
spotkaliśmy, to on szybko przechodził na drugą stronę,
odwracał głowę, kiedy ja mu mówiłem wymownie „dzień
dobry”. Pamiętam, była kiedyś taka historia, że
staliśmy razem na przystanku MPK i on był z żoną. Był
tłok i wsiadaliśmy do autobusu
i jego żona wsiadła, ja obok jego żony, a on powiedział
że pojedzie później, śmieszna sytuacja.
Natomiast bezpośrednio zatrzymywał mnie prokurator Bogusław
Płoński (chyba tak się nazywał). To znaczy było dwóch
braci – zresztą to wszystko są nazwiska do sprawdzenia. To był
wyjątkowy cham, ordynarny – ten co zatrzymywał.
Pamiętam jeszcze epizod ze sprawy chłopców z Kętrzyna, gdzie
był taki sędzia – wysoki, dobrze zbudowany, czeszący się na
bok, z wąsikiem, który w bardzo ordynarny sposób prowadził
sprawę. Obrońcą tych chłopców był również mec.
Andrzej Zalewski. Jest to jeden z najlepszych prawników. Zresztą miał
najwięcej procesów politycznych w Polsce. I tylko dzięki klasie
Andrzeja, ta rozprawa miała w miarę kulturalny przebieg,
ponieważ ten pan podczas mowy obrończej Andrzeja w sposób bezczelny
konferował z sąsiadem. Pan Andrzej przeżywał swoje
wypowiedzi, dawał czas panu sędziemu, żeby się
wygadał. Ostatnio tego pana sędziego spotkałem w sądzie,
schodził ze schodów. Mój radca prawny powiedział, że ten
sędzia w tej chwili zajmuje się odszkodowaniami dla ofiar represji
stalinowskich. Na pewno Wojtek by go zidentyfikował.
Pyt. Interesuje mnie ta rozprawa dotycząca Dydzińskiego …
Odp. Dydziński, Wielicki.
Udało mi się wygrać ze Służbą Bezpieczeństwa
pewną procedurę prawną. Podczas rewizji u mojej mamy, zatrzymano
mi rocznik „Tygodników Solidarność”. Po wyjściu z aresztu
zwracałem się kilka razy do SB, żeby mi to oddali. Nie było
żadnej odpowiedzi. I występowałem kilkakrotnie do prokuratora
Musiałka. Pan prokurator odpowiadał, że te wszystkie
materiały zostały przekazane do sądu i sąd orzekł
przepadek materiałów. On zapomniał o jednej rzeczy, że ja mam
kwit na materiały, które zostały zatrzymane, a nie zostały
przekazane do sądu. Chodziło o wydawnictwa wydane przed grudniem 1981
roku. Wtedy zaskarżyłem prokuraturę wojewódzką do
sądu, że nie chce oddać tych materiałów. Efekt był
taki, że SB oddała mi nie tylko te tygodniki, ale cały rocznik
„Tygodników Solidarność”.
(Rozmowę przeprowadził i zanotował Zenon Złakowski)
Rozmowa z Józefem Nowakiem
w dniu 14.04.1993 w jego mieszkaniu
Nowak - Zaczęło się znacznie wcześniej. Mój tatuś
w 1957 roku skazany został na 4 lata więzienia. Po 3 latach
wrócił do domu.
Pyt. Za co został skazany?
Odp. Za rzekome złodziejstwo. Siostra moja w tym czasie w 1957 roku
skazana została na 2 lata pozbawienia wolności w zawieszeniu, na rok
chyba za ubliżanie władzy ludowej. Pobyt ojca w więzieniu, w
domu bieda, koszmar życia codziennego. Siostry starsze zarabiały na
życie całej rodziny, na adwokatów. To były pierwsze
doświadczenia. Następne to był 1968 rok, wojsko, wyjazd do
Czechosłowacji. Byłem w jednostce, która była jednostką
liniową, pierwszorzutową wchodzącą w skład Układu
Warszawskiego. I znalazłem się w jakimś tam momencie 30 km od
Pragi, w Milowicach. Mówiło się o normalnych zajęciach,
ćwiczeniach rutynowych, ale to nie było to - to było
zupełnie co innego. Zbuntowani ludzie, rozbrojone wojsko. No i
starałem się sobie to wszystko jakoś poukładać, bo
właściwie od informacji myśmy byli odcięci. To była
jednostka, z której się tylko jechało dwa razy na urlop w ciągu
całej służby: w pierwszym roku i w drugim roku. Przepustek
praktycznie nie było, bo nie było gdzie iść. To był
Gubin - miasto graniczne.
Pyt. Czy możesz jeszcze coś powiedzieć o waszym pobycie w
Czechosłowacji. Czy byłeś świadomy jaką
spełnialiście rolę?
Odp. Nie, tego się nie czuło właściwie. Myśmy nie
wiedzieli. Wojsko było izolowane od wszelkich informacji.
Pyt. Czy mieliście kontakt z miejscową ludnością?
Odp. Nie. Nie było radia, telewizji. W jednostce była dyscyplina.
ewakuowanie się jednostki w ciągu 30 minut, to było przynajmniej
raz w miesiącu. Jednostka miała około 100 czołgów, poza tym
jeszcze innych kilka kompanii chemicznych, łączności,
zaopatrzenia, obrony oplot. Około1000 ludzi - 30 min. To był
rekordowy czas. To była V Saska Dywizja Pancerna, której dowódcami byli
kolejno późniejsi dowódcy z MON: Molczyk, Siwicki. Traktowane były
jako jednostki karne. Wszyscy oficerowie byli po jakichś tam swoich
osobistych losach rzucani do tej jednostki.
Pyt. Ale ten pobyt w Czechosłowacji oceniasz krytycznie?
Odp. Nikt z żołnierzy służby czynnej nie wiedział
po co tam był. To było gdzieś 2 miesiące.
Pyt. Czy braliście udział w jakiejś akcji bojowej w
Czechosłowacji?
Odp. Tam nie było typowych akcji bojowych. Cała rola mojej jednostki
polegała na częściowym blokowaniu miasta Nowy Bolesław,
gdzie jest duża fabryka samochodów osobowych. Miasto leży w takiej
kotlinie. W słoneczną pogodę widać było rozlokowane
czołgi na wszystkich wzgórzach okalających Mlada Bolesław.
Miasto było dużym ośrodkiem przemysłowym i ono było
tymi naszymi czołgami zablokowane.
Pyt. Kolejne twoje doświadczenia prze 1980 rokiem.
Odp. Był jeszcze rodzący się w Polsce ruch opozycyjny 1976
roku: Radom. Byłem stałym słuchaczem Radia Wolna Europa,
codziennie. Wiedziałem co się po prostu dzieje, po tych
doświadczeniach „czeskich”. To była moja osobista edukacja. RWE
podawało komunikaty o kursach, o wykładach Towarzystwa Kursów
naukowych. ja próbowałem dotrzeć na te kursy do domu Jacka Kuronia,
ale tam nigdy nie dotarłem. Zawsze jak tam byłem, to była
jakaś zawierucha, to jakieś babcie, to jacyś milicjanci, to co
innego. Byłem na klatce kiedyś, ale był jakiś szum.
Musiałem z domu wyjść. To znaczy do mieszkania dotarłem,
ale nie byłem nigdy obecny na żadnym z tych kursów. T przez kilka
miesięcy trwało takie szarpanie się. To było aby
pobudzić Polaków do wytworzenia swego rodzaju precedensu. tak to się
zaczęło. W Radiu Wolna Europa te wszystkie informacje, komentarze
stanowiły jakąś całość, to stanowiło jednak
określony kierunek opozycyjny w stosunku do władzy, do systemu
całego, sowieckiego.
Potem był jeszcze Papież i jego wizyta w Polsce. Byłem w
Warszawie na Mszy św. na pl. przed Grobem Nieznanego Żołnierza.
Głęboko poruszyły wszystkich słowa Papieża o tym,
że żaden naród nie powinien żyć kosztem wolności
innego narodu. Po tych słowach były oklaski, które chyba trwały
przez pół godziny.
Potem przyszedł rok 1980, strajki oczywiście, sierpień. I
drugiego września znalazłem się jako kierowca w Zakładach
Graficznych w Gdańsku, pracowałem w zaopatrzeniu. tam otrzymałem
pierwsze ulotki. One były różne w swojej treści. Były
również dezinformacyjne - widać było robotę ubecji, która
nie chciała dopuścić do jednolitości ruchu
związkowego. Wtedy to jeszcze nie nazywało się „Solidarność”.
Potem pojechałem do Wrzeszcza, gdzie mieściła się siedziba
MKS-u gdańskiego. Budynek obstawiony przez różnych ludzi, milicjantów
mundurowych. Chciałem się przyjrzeć jak to wygląda. Przez
otwarte drzwi czy okno - już teraz nie pamiętam - zobaczyłem
Wałęsę siedzącego przy pulpicie, obok Mazowieckiego, który
wyjaśniał coś. Byli tam ludzie, którzy przyjechali z
różnych rejonów Polski z Częstochowy, Katowic, Warszawy. W pewnym
momencie zauważyłem, że jacyś ludzie zaczynają
się mną interesować, oczywiście uciekłem stamtąd.
Ci ludzie za mną szli, dotarłem do pojazdu swojego i pojechałem
do Olsztyna, do domu.
Pyt. Dlaczego uciekłeś?
Odp. Bałem się prawdopodobnie milicjantów. Oni w cywilu byli. To
nie byli związkowcy, to byli milicjanci i SB-cy. Ich tam było masa.
kręcili się i obserwowali z daleka, z bliska. Potem już w
Olsztynie w Zakładach Graf. zacząłem dogadywać się z
ludźmi, aby założyć niezależne związki.
Początkowo dałem się wybrać do Rady Pracowniczej z tą
myślą, że Rada Zakładowa w całości pójdzie do
„Solidarności”, ale to się nie udało. W OZGrafie do
najaktywniejszych w tym czasie należał Rudziński (Henryk).
bardzo długo pracował w Zakładach Graf. Wieli obserwowało
nas i widać było, że będą utrudniać nam
działalność.
Kiedy zacząłem się interesować tymi związkami, to MKZ
w Olsztynie jeszcze nie istniał. Praktycznie my do niego żeśmy
dość późno przystąpili. Oni zaczęli organizować
się pod koniec września. Później z MKZ-em kontaktował
się Rudziński i ja, a z tamtej strony był Bober Andrzej i
Bartuszek.
Pyt. Co możesz powiedzieć o Boberze?
Odp. Andrzej wiedział czego chce. Jemu nie chodziło o zrobienie
jakiejś kariery, ale o coś więcej. Jak później się
dowiedziałem, to on miał kontakt jeszcze wcześniej z Bogdanem
Borusewiczem.
Pyt. Czy był on jakimś autorytetem w środowisku?
Odp. Andrzej nie był autorytetem. Andrzej był raczej typem
polityka niezbyt wychylającego się. Osobą, która nie
oczekiwała pochwał. On po prostu robił swoje. Nie był
hałaśliwy jak wielu.
Pyt. Mówisz, że nie wychylał się. Czy on się bał?
Odp. Raczej się nie bał. On po prostu nie umiał się
wyróżniać. To nie było mu potrzebne. Poklask nie był mu
potrzebny. jemu chodziło o robienie konkretnej roboty, którą sobie
założył.
Pyt. W sierpniu 1981 roku doszło w OZGrafie do strajku. jak do niego doszło?
Odp. Był strajk dwudniowy i z niego przeszliśmy w strajk
nieograniczony na skutek komunikatu w telewizji. Komunikat stwierdzał,
że uniemożliwiamy innym pracownikom podjęcie pracy. Na podstawie
tego komunikatu można było pozamykać ludzi, chociaż tego
rodzaju wypadki miały miejsca.
Pyt. Zarzucano wam, że łamiecie prawo.
Odp. tak.
Pyt. Co możesz powiedzieć o ścieraniu się poglądów
w Komitecie Strajkowym. Na pewno różne interesy tam dochodziły do
głosu.
Odp. Interesy były różne rzeczywiście. Masa ludzi się
tam przewinęła. Byli tam zwolennicy strajku generalnego - postawienia
w strajk rozgłośni radiowych z drukarniami. Nie wiem jak to sobie
wyobrażali bezpośrednio i pośrednio. Nie wiem dlaczego osoby,
które nawet bezpośrednio nie pracowały w tych środowiskach,
parły do strajku w Rozgłośniach radiowych. Dowiedzieliśmy
się, że rozgłośnie radiowe są obstawione wojskiem i
milicji, te wszystkie zarzuty … ponieważ była
możliwość nadawania przez inne nadajniki.
Pyt. Kto parł do takiego strajku?
Odp. To była taka radykalna grupa, która działała
wyłącznie na destrukcję, ale nie biorąc bezpośrednio
odpowiedzialności za to co się dzieje. To była grupa z
zewnątrz, przypadkowa grupa, to nie była zorganizowana. Z poza
Olsztyna, ośrodek czy w Szczecinie, czy w Warszawie. Oni tak parli,
natomiast ja za to odpowiedzialności nie chciałem brać. Ja
byłem przewodniczącym Komitetu Strajkowego. Łącznik z
Warszawy czekał. Była propozycja strajku wszystkich drukarń w
Polsce i rozgłośni radiowych oraz ośrodków telewizyjnych. I
łącznik tylko czekał. Miał osobiście pojechać i
przekazać te informacje. Ja za to odpowiedzialności nie chciałem
brać na siebie, żeby zaapelować o poparcie. Było to zbyt
wielkie jak na moją biedną osobę.
Pyt. Ale miałeś przecież kolegów.
Odp. Koledzy byli, ale podjęciem decyzji właściwie nie byli
zainteresowani. Ciężko pracujący - to co się dzieje na
zewnątrz właściwie niewiele ich interesowało. Ja
odpowiedzialności za to nie chciałem brać. Zbyt drogo to
mogło kosztować. Byli oczywiście za strajkiem w OZGrafie, bo to
było wszystko zgodnie z prawem przeprowadzone. Było referendum itd.
Pyt. ten strajk się przedłużał i przyjechały osoby
z Warszawy i Gdańska, żeby w jakiś sposób przerwać.
Odp. Przyjechał Kuroń i Bogdan Lis. Kuroń szczególnie to
był strategiem w tej całej opozycji i właściwie chciał
wykazać, że związek posiada jedno centrum dowodzenia. Jest takim
organizmem społecznym. Mówił, że w tej chwili strajk jest
już niepotrzebny. Chciał żebyśmy przerwali strajk.
Chciał rozmawiać z ludźmi, ale był zbyt radykalny,
żeby go dopuścić do załogi.
Pyt. Dlaczego zbyt radykalny?
Odp. to byli ludzie ciężko pracujący i nie wyrobieni tak
politycznie. Oczywiście, myśmy w jakiś sposób złapali
się na to. Później jednak doszło do spotkania załogi z
Kuroniem i Lisem, ale i z Komitetem Strajkowym. I okazało się,
że to nie było takie straszne.
Pyt. Po prostu zostali odkomunizowani.
Odp. W pewnym sensie tak. Ale jeszcze na początku
„Solidarność” też miała swoje hasła. Lansowała:
Socjalizm - tak, ale wypaczenia nie. Tak, że to było głębokie
w Polsce.
Pyt. Ale ta intencja Kuronia i Lisa wtedy nie poskutkowała.
Odp. Nie poskutkowała. Było posiedzenie Komisji Krajowej w
Gdańsku.
Pyt. Czy byłeś za przerwaniem strajku?
Odp. Chciałem, żeby przede wszystkim te nasze postulaty były
spełnione. A później zauważyłem, że z chwilą
kiedy nie wystąpiłem o poparcie innych zakładów w kraju, to
władza stara się nas tak jakoś bagatelizować. W pewnym
momencie wysłałem telegram do Prymasa Glempa z prośbą o
negocjacje. Chciałem to jakoś rozwiązać. W odpowiedzi na
ten telegram przyjechał prof. Stelmachowski, który prowadził wtedy
rozmowy z władzami lokalnymi. Rozmawiał z wojewodą z
prokuratorem wojewódzkim, którzy byli zresztą jego uczniami. Czy on ich
tak nauczył, czy oni byli (śmieje się) złymi uczniami?
Też zorientował się w co tu jest grane.
Pyt. Czy Stelmachowski wam jakoś pomógł?
Odp. Stelmachowski nam pomógł jako autorytet, że był razem z
nami, rozmawiał ze wszystkimi, oczywiście z nami podzielił
się swoimi uwagami. Byli obecni ówcześni posłowie z terenu
Olsztyna. Wizytowali też Zakłady Graficzne.
Pyt. Ale czy ta wizyta zmieniła nastawienie władz?
Odp. Nie? Władze w ogóle nie reagowały w tym czasie, a raczej
udawały, że nie reagują. Podsyłani byli pijacy, wódkę
podrzucano do zakładów. Niejednokrotnie wyrzucałem pijanych ludzi,
którzy starali się zrobić jakiś tam ferment. Takie reakcje
były, ale bezpośredniej intencji nie było. Gazeta była
drukowana gdzieś tam w Szkole Milicyjnej w Szczytnie. Początkowo drukowana
w piwnicy w Komitecie, w drukarni Komitetu Wojewódzkiego, a później w
Szczytnie. Udawali więc, że na tym im nie zależy, na tym,
żeby strajk był przerwany.
Pyt. Jak ustosunkował się MKZ?
Odp. Właściwie to było pierwsze na tym terenie takie
działanie opozycyjne na taką skalę. Wszyscy się
uczyliśmy właściwie tego. MKZ, osoby z MKZ-tu nie
wiedziały, co to jest działalność opozycyjna. Strajk w
Zakładach graficznych pokazał jak trudna jest ta konfrontacja, z
władzą i do czego ona prowadzi. Podejrzewam, że wiele osób,
które by wiedziały, że będzie ona tak brutalna, co wykazał
1981 rok, to by w ogóle do związku nie wstąpiły
Pyt. Początkowo wszyscy to dość sielankowo widzieli?
Odp. tak. Bo to „Solidarność”, bo to telewizja, bo to radio, bo
to gazeta. Niektórzy swoje osoby nagłaśniali wręcz nazwisko
swoje. A to przecież nie o to chodziło.
Pyt. Tymczasowy Zarząd regionu co zrobił w tym strajku?
Odp. Nic, oni nie strofowali. To było jakieś takie ciało
mało widoczne. Ciężar gatunkowy był po naszej stronie o
wiele wyższy. To była duża sprawa. MKZ, oczywiście, przychodzili
pojedynczo, konsultowali się z nami. Nie było żadnych
pouczeń, nacisków, absolutnie. Podejrzewam, że ci ludzie też
się uczyli.
Pyt. A czy były osoby, które chciały tam błysnąć w
jakiś sposób, bo to radio, telewizja, prasa?
Odp. No nie, tam by nie błysnęli, ponieważ nie było
możliwości błyśnięcia. Ja byłem
wiceprzewodniczącym Komisji Zakładowej przed strajkiem. Rudnicki
był przewodniczącym. Ponieważ on organizacyjnie był raczej
… Był dobrym organizatorem, ale baliśmy się, że on
mógłby nie wytrzymać napięcia nerwowego, stałego. I
padło na mnie, żebym ten strajk organizował. On był
odpowiedzialny za pewien odcinek, a ja byłem za całość
odpowiedzialny. I starałem się dobrze zorganizować, żeby
nie było jakichś tam samodzielnych posunięć. Był
rzecznik prasowy, który codziennie był informowany.
Pyt. Nie było tarć między ludźmi?
Odp. Nie.
Pyt. A jak odnosiła się do was dyrekcja?
Odp. Dyrekcja to byli członkowie partii.
Pyt. Wspomniałeś, że pojechaliście z Krupińskim do
gdańska. I jaki był stosunek Komisji Krajowej do strajku?
Odp. Przed zjazdem Krajowa Komisja uważała, że nie powinno
być w Polsce strajków. jak się okazało to nawet podczas trwania
Zjazdu były strajki na Śląsku w kopalniach. I do tego krytycznie
się nie odniosła Komisja Krajowa. natomiast do nas odniosła
się krytycznie, gdyż ciężar gatunkowy tych dwóch strajków
był różny. Śląsk się liczył w tym czasie.
Wałęsa chciał przyjechać do Olsztyna, aby
zakończyć strajk, ale potem odstąpił od tego.
Pyt. Uważasz, że by mu się udało?
Odp. Chyba tak, gdyż w wielu fabrykach w tym czasie Wałęsa
gasił strajki. Wałęsa był w tym czasie autorytetem.
Pyt. Nie sfinalizowaliśmy jeszcze tej sprawy: dlaczego Kuroniowi i
Lisowi nie udało się uciszyć tego strajku? Wy też
byliście świadomi, że to był apel władz krajowych „S”.
Odp. Propaganda w tym czasie oddzielała w tym czasie Krajową
Komisję od tej grupy takiej radykalnej Kuronia, od KOR-u. Kuroń
utożsamiany był z KOR-em, a nie z „Solidarnością”.
Były więc reakcje antykuroniowe.
Pyt. Ale Komisja Krajowa potwierdziła tę opinię Kuronia i
chciała żebyście zakończyli strajk.?
Odp. Tak. Potem po mediacjach prof. Stelmachowskiego, strajk się
zakończył bez spełnienia postulatów. Zarząd Regionu
wziął na siebie dalsze negocjacje, odpowiedzialność za
konsekwencje wynikające ze strajku. Oczywiście nie było
konsekwencji - był później 13 grudzień.
Pyt. Ale czy przed 13 grudnia jako pracownicy OZGraf spotkaliście
się z jakimiś szykanami? W związku ze strajkiem? Czy podstawowe
żądania socjalne były spełnione?
Odp. Strajk był strajkiem politycznym i roszczeń finansowych nie
było gdyż ludzie … pracownikom wypłacono ze środków
związkowych. W tym czasie byliśmy jeszcze bogaci. Wypłacono
gdzieś około 800 tyś. złotych, co było w tym czasie
dużo. Były wypłacane pieniądze wszystkie, łącznie
z premiami. I żadnych szykan nie było z tego tytułu. My
zresztą prowadziliśmy również strajk tzw. czynny. Produkowaliśmy podczas tego
strajku i potem dyrekcja nie wiedziała jak nam zapłacić za
tę pracę. Tylko nie drukowaliśmy „Gazety Olsztyńskiej”, natomiast
wszystkie inne wydziały pracowały.
Pyt. Po 13 grudnia w stanie wojennym wiele osób było internowanych.
Odp. Internowanych było nas dwóch, oprócz mnie jeszcze Zarzycki. On
był wiceprzewodniczącym.
Pyt. A Danuta Gulko?
Odp. To później w 1982 roku, w rocznicę powstania
„Solidarności” została aresztowana. Ona udzielała się przy
kolportażu wydawnictw, ulotek. Wtedy aresztowano 5 osób, w sumie:
Michalska, Brysiak Roman, Danka Gulko i jeszcze Halina Pietkiewicz i Sidor Janka
z introligatorni. Tam były kolportowane „Rezonans” i inne wydawnictwa -
grupa zorganizowana. Danka Gulko wcześniej sekretarzem w Komisji
Zakładowej, była naszym specjalistą od płac.
Pyt. Rudziński, przewodniczący Komisji Zakładowej nie
był internowany?
Odp. Nie wiem dlaczego. On się przez jakiś czas ukrywał,
chyba przez dwa tygodnie, nie nocował w domu …
Pyt. W jakich okolicznościach cię internowano?
Odp. 12 grudnia byłem wieczorem na wsi z Romkiem Rudzińskim i
jeszcze z jednym kolegą, aby kupić świnię. Kupiliśmy,
zabiliśmy tam. Około godz. 23-ej wróciliśmy do domu> ni i
oczywiście w domu pokroiłem ją na kawałki i wsadziłem
do lodówki i w trakcie odpoczynku, gdzieś 15-20 minut po północy
usłyszałem stukanie do drzwi. Spojrzałem w wizjer - milicja,
pomyślałem sobie, co oni za świniakiem przyjechali? W tym czasie
było to nielegalne. Otworzyłem drzwi, zobaczyłem jednego cywila,
dwóch milicjantów w mundurach. Zapytali o nazwisko, tak wszystko się
zgadza. Przedstawili mi decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego, nie wiedziałem
o tym. Kazali mi się ubrać i iść z sobą. Ubrałem
się, wziąłem zapas papierosów. Ciepło się
ubrałem. Oni mówili, że zaraz wrócę do domu, żebym się
tak nie ubierał, bo to chwilę potrwa i zaraz mnie puszczą.
Jakieś podejrzane wydawało mi się to wszystko. Wcześniej
wracałem do domu około 23-ej i nie zauważyłem żadnych
ruchów na mieście milicji. Padał gęsty śnieg. Nie
zauważyłem nic podejrzanego. Zeszliśmy na dół. Czekał
samochód milicyjny bez znaków, cywilny fiat, duży biały. Siadłem
na tylnym siedzeniu i zawieziono mnie na Zieloną Górkę na teren
garaży milicyjnych, gdzie czekały więźniarki.
Pyt. Na pewno zdziwiłeś się czemu cię na komendę
nie wiozą?
Odp. Myśli różne, dziwne. Starałem się w miarę
możliwości obserwować to wszystko, co się dzieje.
Później rozmowy toczyliśmy różnego rodzaju: a gdzie, a co, a
jak? Nikt nie wiedział. Był Śnieżko, Lubieniecki, Alek
Rusiecki. Rozmawialiśmy o internowaniu, o pojęciu internowania, co to
jest. Józek Lubieniecki coś nam mówił o internowaniu obcych wojsk na
obcym terytorium. Potem gdzieś około godziny czwartej rano,
więźniarki ruszyły w drogę. jechaliśmy drogą
okrężną. Nie wiedzieliśmy gdzie - czy „białe
niedźwiedzie”, czy czort wie gdzie. Po pewnym czasie okazało
się, że jesteśmy w Iławie na terenie więzienia, gdzie
w międzyczasie przygotowywane były dla nas cele. Zostaliśmy
rozrzuceni po kilka osób. Ja byłem z Andrzejem Boberem i kilkoma osobami z
Elbląga. Sześciu nas było. Był jeden rolnik spod Dobrego
Miasta ze Smolajn, członek ZSL-u, nie wiadomo dlaczego. Kiedyś tam
byłem u niego. Po wyjściu rok czy dwa. A był taki kolega z
Elbląga, nazwiska jego nie znałem, który liczył pracujących
tam klawiszy. Cela nasza była blisko bramy wjazdowej do więzienia.
Robił to codziennie. Zawsze wiedział ilu jest klawiszy. Po raz
pierwszy spotkałem się w więzieniu z brutalnością.
Obsługa starała się traktować nas jako normalnych
złodziei, a naszą rolą było aby nie poddać się
temu rygorowi.
Pyt. Na czym polegała ta brutalność?
Odp. Na meldowaniu, bo oczywiście więźniowie muszą
meldować na baczność, cela, apel. Rano starszy więzień
melduje przełożonemu czy oficerowi dyżurnemu, a inni stoją
na baczność. A my staraliśmy się to ignorować,
leżąc na łóżkach, nie podporządkowując się
tej dyscyplinie. Chociaż przy internowaniu, jak nam oświadczono,
obowiązuje regulamin dla tymczasowo aresztowanych, co dla nas było
krzywdzące, ponieważ my byliśmy osobami dla których ?? … na
każdym kroku. No tak staraliśmy się maksymalnie utrudniać.
Pyt. Ale czy w związku z tym były jakieś szykana z ich
strony?
Odp. Tak. Obsługa starała się wymusić ścielenie
łóżek, jakieś tam spotkanie, dyscyplinę. Natomiast my nie
stosowaliśmy się do tego. Były kary w postaci nie dostarczania
korespondencji, czy nie wypuszczanie na spacery, czy inne kary. Zmianą w
ich zachowaniu to był dzień przed świętami Bożego
Narodzenia, kiedy odwiedził nas biskup Obłąk. Ten cały
koszmar się zmienił. Byliśmy traktowani troszeczkę inaczej.
Obecność biskupa w więzieniu zmieniły ten cały obraz i
nasz pobyt tam. (Józek w tym momencie się myli. Wizyta biskupa
Obłąka nie mogła być przed świętami Bożego
Narodzenia, gdyż Wigilia była bardzo smutna, bez opłatka, przy
kawałku suchego chleba z czarną kawą, zbożową - przyp.
A.P.)
Pyt. Czy tylko w tym dniu?
Odp. I później, ale od tego dnia. Widziałem w oczach wielu
klawiszy łzy, autentyczne łzy podczas wizyty. Byli ubrani w
białe koszule, wizytowo, oczywiście w mundurach. Widać było
wtedy autentycznie ludzkie twarze chociaż niejednokrotnie wśród tych
klawiszy byli ludzie obrzydliwi wręcz, ze swoją
brutalnością, nachalnością. To było odpychające.
A podczas wizyty łzy zauważyłem po raz pierwszy. Podczas Mszy
św. klawiszy na sali nie było, chociaż dwóch było zawsze.
Pyt. Czy waszą celę biskup odwiedził również?
Odp. Tak, wszystkie cele odwiedził. Później odbywały
się Msze św. raz w tygodniu, co niedziela.
(Rolnik spod Ciechanowa został wyciągnięty z celi -
siedział z Pagaczem w jednej celi) i trzech z oddziału w
hełmach, tarczami.) ???
(Był w Iławie do 23 marca, równo 100 dni. Wyszedł razem z
Andrzejem Gierczakiem i jeszcze jedną osobą spoza Olsztyna).
przebywanie w jednej celi jest sztuką. Ja starałem się w
miarę możliwości nie być uciążliwym dla innych.
Niektórzy narzucali swoimi kawałami. Żartownisiem w negatywnym tego
słowa znaczeniu był Brycki. Wojtek (Ciesielski) jest chorym
człowiekiem, ma bóle migrenowe, cierpiał. Widać było,
że ma nieprzespane noce. Brycki miał żarty, podczas snu Wojtka
szturchał kijem. Brycki i Szawłowski żyli w komitywie z
klawiszami. To mi się też nie podobało, bo to nie wypadało
po prostu.
(Nowak robił Wojtkowi okłady - inni robili z tego podśmiechujki.
Po wyjściu z Iławy pierwsze kroki do biskupa Obłąka)
Po internowaniu wróciłem od OZGraf. Przyjął mnie dyrektor i
powiedział, że będzie proponował redukcję, która mnie
obejmie. Wtedy ja wziąłem (od psychiatry) zwolnienie. Chorowałem
4 miesiące. Później jak wróciłem, to Kuczyńskiego już
nie było, był Kochalski. Wtedy były szykany, ale przez dwa lata
jeszcze się uchowałem. Chodziło o to, żeby nie dać
się złapać na byle czym. Potem zatrzymano mnie na parkingu na
ul. Kołobrzeskiej, że niby byłem pijany. Ubek powiedział,
że odda mi prawo jazdy gdy pójdę na współpracę.
Odmówiłem, więc zabrał mi prawo jazdy. Wtedy przestałem
być przydatny w OZGrafie jako kierowca. W 1984 roku zwolniono mnie z
pracy. Po tym byłem znowu na 4 miesiące u „czubków” na oddziale
dziennym (depresja). Sławka Olka zwolniono z pracy
w szkole. Wtedy człowiek zaproponował, żeby wydrukować
znaczki. Drukowałem te znaczki, żeby mu pomóc (o treści
patriotyczno-solidarnościowej). I za tym szły olbrzymie pieniądze.
Olek te pieniądze zainwestował w swoje mieszkanie, które
otrzymał na Jarotach. Znaczki produkowaliśmy w latach 1983-85.
Pierwsze dwa znaczki robiłem, ale później się wycofałem.
Powiedziałem, że jeśli dalej chce dalej tak robić, to niech
własnym nazwiskiem to sygnuje, a nie znakiem
„Solidarności”.
Robiło się pozytywy fotograficzne, a z tego blachy do druku. To
było częściowo w domach, a częściowo w zakładach
pracy. Pierwszy znaczek był w drukarni wydawnictwa „Pojezierze”. Był
to zły znaczek. Później Sławek znalazł jakiegoś
profesjonalistę drukarza na Likuzach, który miał własny
zakład poligraficzny
(Pierwszy znaczek „Polskie miesiące”. Czerwiec, sierpień)
Później wynikła sprawa Popiełuszki. Pierwsza rocznica
śmierci. Ja wycofałem si z propozycji Sławka wydrukowania ks.
Jerzego. Powiedziałem, że nie będę zarabiał na tym
nieszczęściu. Niechaj drukuje pod własnym nazwiskiem, a nie pod
znaczkiem „Solidarności”. Gdy „Solidarność”, to pieniądze
powinny być przeznaczone na inny cel. Sławek znaczek z
Popiełuszką zrobił sam. Jakość bardzo dobra.
W kolportaż tych znaczków włączył
żonę Nowaka. Chętnie się na to zgodziłem. Potem
się okazało, że zapoznał ją z drukarzem, który to
drukował. Sławek powiedział drukarzowi (raczej zapoznał
Baśkę z drukarzem jak jakąś dziwkę). Sławek
rozbił rodzinę. Baśka ze Sławkiem i drukarzem (Karkulowski
Jan) później przepili te pieniądze. On później drukował
wszystkie pisemka Komitetu Obywatelskiego. Jest to zakład na Likuzach.
Państwo Karkulowscy brali na święta
dziewczynkę z Domu Dziecka. Sławek później naśladował
państwa Karkulowskich. Wziął dziewczynkę, jako
koleżankę do swojej córki. Baśka Nowak została aresztowana
za rozrzucanie ulotek w Lidzbarku Warm. o północy 2 maja 1986r. To
było z jej własnej głupoty, bo rzucała ulotki prawie na
głowy milicjantów. Po tym przeprowadzono rewizję w wielu domach. Po
tych rewizjach została aresztowana siostra Noaka - Helena, a także
aresztowany Kwiatkowski z Lidzbarka Warm. Zaraz po wyjściu z
więzienia, Kwiatkowski czynił starania o wyjazd do Kanady. I
wyjechał. W tej sprawie nie było procesu tylko areszt. Później
nastąpiło umorzenie śledztwa. Brycki
przedtem nie istniał, pojawił się dopiero przed przełomem w
1989 roku.
(Zdjęcie z chrzcin Marcina, we wrześniu 2-3 1983r. Rysiek Langowski i
Gulko - rodzice chrzestni w betlejemce).
Jul Grodziński - spokojny, nie był hałaśliwy, dużo
słuchał, mało mówił - dobry człowiek. Nie był
gwałtowny. Dobry - tak go wspominają ludzie.
Józef Lubieniecki był działaczem partyjnym i działaczem struktur
poziomych. To, że były struktury poziome, to osłabiało
partię.
Baśka Nowak była internowana w sierpniu 1982 roku i Sidor i
Pietkiewicz były internowane. Baśka przebywała w Darłówku a
miesiące, od 28 sierpnia do 16 października 19082r. Tam była
cała czołówka „Solidarności”: Geremek, Mazowiecki, Woroszylski,
Kuśmierek, Piotr Mroczyk, Niesiołowski, Amsterdamski …
Na zdjęciu, które ma Nowak z Przykopu przy stole przed budynkiem są
m.in. Goławski, Kałudziński, Nowak, Śnieżko,
Langowski, Grucela, Gulko, Mielnik, Ciesielski, Langowska, Niczyperowicz.
Śnieżko w tym czasie w grupie mało się udzielał. On
zawsze był prokuratorem. Trzymał się z Afeltowiczem.
Najczęściej coś notował. Widocznie tak widział
swoją rolę, żeby pewne sprawy zanotować.
END
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rozmowa z mec.
Michałem Krakowskim
w dniu
14.XI.1994r.
Pyt. W jakim
momencie związał się pan z „Solidarnością” i co pana
do tego skłoniło?
Odp. Sądzę, że ze mną
było podobnie jak z tymi 10 milionami ludzi, którzy znaleźli się
w „Solidarności”. Z tym, że ja byłem jednym z pierwszych.
Dlaczego? Pracowałem jako adwokat, poglądy moje były
zbieżne z tym co „Solidarność” głosiła. Podobnie w
roku 1956, też brałem czynny udział w ruchu odnowy. Byłem
wówczas w takiej komisji, która badała przypadki łamania
praworządności, w wyniku czego paru prokuratorów zostało
odsuniętych - utraciło stanowiska. To są bardzo ciekawe
materiały, jeżeli je znajdę. Ta komisja pracowała przez
szereg miesięcy. Przewodniczył jej (…) w składzie byli:
sędziowie Szczepan (Stefan?) Karbowski, z adwokatów Szopaduski Adam i ja,
z sędziów: Olszewski. Komisja składała się chyba z
kilkunastu osób. Została powołana na jednym z tych wieców w październiku
1956 roku. W wyniku działania tej komisji, zostali wyeliminowani z pracy
tacy prokuratorzy: Kowalska - taka znana wówczas postać, Multa (?) wraz z
małżonką i paru funkcjonariuszy UB. Rozpatrywaliśmy zarzuty
w stosunku do około 20 osób. Opracowaliśmy wnioski i z tym
udaliśmy się do prokuratora generalnego (jeśli chodzi o
prokuratorów). Był nim wówczas Marian Rybicki. W skład tej delegacji
wchodzili: sędzia Sznopf, ja byłem i trzeciej osoby nie
pamiętam.
Po dość takiej ostrej dyskusji z prokuratorem genaralnym,
uzyskaliśmy pod koniec obietnicę, że rozpatrzy te materiały
i w zasadzie zgadzając się, że te osoby powinny
ponieść konsekwencje, spełnił nasze postulaty, to znaczy
odwołanie ich ze stanowisk (chodziło o prokuratorów, bo
sędziowie nie byli w jego gestii, nie mogli oni być odwołani
administracyjnie). Najbardziej byliśmy zainteresowani, w sensie
negatywnym, osobą pani Kowalskiej.
Pyt. Czym ona
się wyróżniła jako prokurator?
Odp.
Występowała w sposób agresywny, brutalny, w proesach politycznych w
latach pięćdziesiątych: procesy WiN, harcerzy. Stawiała
wnioski bardzo surowe. Dopuszczała się zniewag oskarżonych. Jej
ideałem, z czym się nie kryła, był prokurator radziecki -
Wyszyński. Mam te jego „dzieła” i patrząc na sposób jej
występowania, widać było, że naśladowała swego
mistrza. Była to ciekawa postać, ta pani Kowalska. Jej mąż
był zastępcą szefa Wojewódzkiego Urzędu
Bezpieczeństwa.
Usunięto ją, ale te wydarzenia
październikowe straciły z czasem na ostrości po dojściu
Gomułki do władzy, pani Kowalska została adwokatem. Formalnie
miała uprawnienia, jako że skończyła studia i miała
odpowiedni staż w prokuraturze. Ustawa dała jej
możliwość wpisu na listę adwokatów. I została
adwokatem w Augustowie. Co ciekawe: stała się żarliwym
obrońcą. Przy tym, nie była to kobieta pozbawiona uzdolnień
zawodowych. Cały swój zmysł i temperament skierowała na
wypełanianie obowiązków zawodowych adwokata w sposób
bezbłędny, czasami przesadzając w zbytnim zaangażowaniu
się. Mało tego, w latach 1956 i później, to był taki okres
dla adwokatury nieciekawy, z tego względu, że był konflikt
pomiędzy władzą, która sprawowała nadzór, a
adwokaturą. Adwokatura gremialnie poparła zmiany październikowe,
występowała zdecydowanie i to ostro, i to budziło reakcje
władz i wtedy jak Gomułka umacniał swoje wpływy, to
Ministerstwo Sprawiedliwości zaczęło dokręcać nam
śruby. I wówczas to pani Kowalska w paru wypadkach bardzo zdecydowanie
przeciwstawiła się takiej postawie Ministerstwa Sprawiedliwości.
Pyt. Gdzie pan
kończył studia prawnicze?
Odp. W Warszawie.
Ja jestem kresowiakiem. Urodziłem się na Wileńszczyźnie,
byłem żołnierzem Armii Krajowej.
Pyt. Nastał
rok 1980, kolejny zryw niepodległościowy.
Odp. Czynnie
włączyłem się. Moja rola polegała na doradztwie.
Miałem pewne doświadczenie. Pojawiło się masę
problemów prawnych.
Pyt. Czy pan sam
zaoferował swoją pomoc, czy ktoś się do pana zwrócił?
Odp.
Mieliśmy kontakt z Lubienieckim, który był wówczas sędzią.
Zbliżyliśmy się w sensie towarzyskim ze względu na podobne
poglądy. On je bardzo zdecydowanie demonstrował. Omawialiśmy
wspólnie te problemy. Do mnie się zwrócił Andrzej Bober, mnie
się wydaje, że z poręki Lubienieckiego, jako do osoby, która
sprzyja ruchowi.
Pyt. Jak
dużo pracowników wymiaru sprawiedliwości w Olsztynie
włączyło się w ruch „Solidarności”?
Odp. Z przykrością stwierdzam, że
Olsztyn w odróżnieniu do innych ośrodków, jeżeli chodzi o
prawników, to niezbyt się angażował. Minimalnie. Wśród
moich kolegów niewielu znalazło się takich, którzy w sposób czynny,
zdecydowany w owym czasie angażowali się.
Pyt. Czy
mógłby pan wymienić nazwiska tych osób, które się
zaangażowały?
Odp. Konrad
Urbanowicz - adwokat. Mam na myśli ten pierwszy okres, z tym, że
większość, znaczna większość była
zwolennikami ruchu, ale nie angażowała się. To było inaczej
niż w 1956 roku. Wtedy adwokaci włączyli się w sposób
czynny i jednoznaczny. Był wówczas wielki krąg tych osób. W 1980 roku
byli to nieliczni.
Pyt. Czy
Afeltowicz wtedy też?
Odp. Afeltowicza
zacząłem spotykać w późniejszym okresie. Ja z nim się
zetknąłem dopiero w czasie wyborów w 1989 roku - oczywiście
chodzi o pracę w Solidarności. On wcześniej był chyba poza
Olsztynem.
Pyt. Chodzi mi o
prawników zaangażowanych od chwili powstania „Solidarności”, ale i
później w okresie stanu wojennego.
Odp. Jeśli
chodzi o procesy to brali udział jako obrońcy: Gąsiorowski
Stefan, Stefan Leleń - nieżyjący już, Konrad Urbanowicz -
w sposób zdecydowany, Kordasiewicz Władysław, pan Wojciech Gryczewski
też brał udział w jednym z procesów, Żuk. Nikt nie
odmawiał obrony jeżeli się do niego zwrócono. Ja wymieniłem
nazwiska kolegów, którzy w liczniejszych procesach brali udział. Byli
bardziej zaangażowani.
Pyt. Wśród
prokuratorów, czy ktoś oprócz Stefana Śnieżki był tak
poważnie zaangażowany?
Odp.
Śnieżko od początku w sposób czynny się
włączył. Pozostali? Ja nie spotkałem przeciwnika
„Solidarności” w kameralnych, koleżeńskich rozmowach. Byli
prawie wyłącznie raczej sympatycy. Były wyjątki, o których
nie chcę mówić. Mogę tylko powiedzieć, że do tych
niechlubnych wyjątków należeli ci prokuratorzy, którzy dostali
się do prokuratury nie na zasadzie studiów i aplikacji, ale ze
społecznego awansu. Była tutaj taka wyraźna linia. Jednak ci
wszyscy - i młodzi i starsi, którzy dostali się w normalnym trybie,
nie byli dyspozycyjni. Nawet prokurator Reut (wojewódzki) w takich rozmowach
prywatnych zdradzał swoje stanowisko przychylne temu ruchowi. To też
jest ciekawa postać: na wysokim poziomie i zawodowym i inteligentny, bardzo
kulturalny.
Skoro mówimy o pracownikach wymiaru sprawiedliwości, to chciałbym
powiedzieć o pracownikach wymiaru sprawiedliwości wojskowego.
Byłem obrońcą wojskowym od 1952 roku. Uważam za swój
obowiązek stwierdzić co następuje: Gdyby nie wymiar sprawiewdliwości
wojskowy, to stan wojenny u nas wyglądałby znacznie gorzej.
Przede wszystkim wojskowy wymiar sprawiedliwości ustawił wreszcie w
sposób właściwy odpowiedzialność funkcjonariuszy MO. W
stanie wojennym funkcjonariusze MO byli sądzeni przez sądy wojskowe i
z tą chwilą oni przestali być nietykalni. Prokuratura i sąd
wojskowy traktował ich na równi z innymi, by nie powiedzieć, że
nieco nawet surowiej. Uważano, że ludzie powołani do
przestrzegania prawa, nie powinni go łamać. W ciągu jednego roku
stanu wojennego zostało oskarżonych i aresztowanych więcej
funkcjonariuszy MO niż przez cały okres 20-lecia. Oni byli
wcześniej nietykalni. Była taka rzecz strasznie tajna, okólnik
ministra sprawiedliwości, który nakazywał, aby wszczęcie postępowania
przeciwko funkcjonariuszowi MO lub UB, później SB, było zależne
od zgody Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Ja ten okólnik widziałem, mimo,
że był ściśle tajny. Pokazywał mi go mój kolega
prokurator. Ten okólnik już nie działał w czasie stanu
wojennego.
Pyt. Jakie oskarżenia
kierowano przeciwko milicjantom?
Odp. Różne
czyny kryminalne, plus nadużycie władzy, pobicia itd. ale i
kradzieże i wypadki drogowe. Można taką statystykę
zdobyć w sądzie wojskowym. Sądownictwo wojskowe było tutaj
wówczas niezależne. tam nie było postaw oportunistycznych i
lękliwych, jakie w sądownictwie powszechnym powstają. Z
wyjątkami oczywiście, gdyż w ogóle w ostatnich latach dobór kadr
jest negatywny. Chyba to rola wojska, mimo, że stan wojenny zawsze krytykowałem,
jednak jeżeli już był, to został przeprowadzony w sposób
„aksamitny”.
Jak nastał stan wojenny, wtedy w Warszawie odbyła się odprawa
prokuratorów. Prokuratorem generalnym był wówczas gen. Szewczyk (?). On
wywodzi się z Olsztyna, był tutaj prokuratorem garnizonowym w
Olsztynie. Człowiek według mnie przyzwoity. Na pierwszej odprawie w
stanie wojennym on powiedział: „Koledzy, to jest ustawa, którą musimy
wykonywać, tylko zawsze bądźmy
… (wyleciało mi z pamięci), nie przesadzajmy, nigdy nie
przesadzajmy”. Było to dla nas ważne, ustawiło to trochę
ludzi. Prokuratura wojskowa składała się wyłącznie z
młodzieży uniwersyteckiej, studenci, którzy ukończyli prawo i
wybrali karierę wojskową.
Pyt. W stanie
wojennym wielu prawników zostało powołanych do służby w
prokuraturze wojskowej, m.in. w Olsztynie np. Feliks Tarnowski.
Odp. Tak,
był Feliks Tarnowski powołany, był Anders. Proszę pana,
jeżeli ktoś chciałby usłyszeć moje zdanie o
tarnowskim. W ogóle uważam go za bardzo przyzwoitego człowieka. Wiem,
że niektóre procesy on prowadził, które spotkały się z
jakąś krytyką, z róznymi ocenami. Ale tak jak zawsze Tarnowski
był sędzią wojskowym, super przyzwoity, z tym, że tutaj
dopiero mógł się wykazać swoją niezalenością, co
nie było takie łatwe, kiedy zasiadał jako sędzia w
sądzie wojewódzkim.
Pyt. Czy pan
uczestniczył w jakimś procesie, w którym Tarnowski był
sędzią?
Odp.
Nie mogę sobie teraz przypomnieć szczegółów.
Pyt. Panie
mecenasie, czy pan pamięta te dwa
bardzo ważne procesy, w których pan uczestniczył: ozosowski i
kortowski?
Odp. Te to
pamiętam. Musiałbym sobie szczegóły przypomnieć. Może
na zasadzie porównań. ja byłem zbudowany postawą robotników z
OZOS-u, którzy byli na rozprawie - oskarżonych. jestem pełen szacunku
dla tych ludzi. To dla mnie było ważnym doświadczeniem, nie
powiem objawieniem. Cechowała ich prede wszystkim odwaga,
godność, a jeżeli chodzi o świadków robotników,
wyczuwało się zdecydowaną solidarność. Ani krzty
oportunizmu, bojaźliwości. Postawy oskarżonych. Świadków
OZOS-u troszeczkę różniły się od postaw w procesie
kortowskim - niestety. Nie zarzucam im braku godności, ale tam się
wyczuło chęć przede wszystkim obrony. Nie za wszelką
cenę, ale nie było tej demonstracyjnej postawy. Ci z OZOS-u w dalszym
ciągu reprezentowali „Solidarność”. W ogóle inteligenci są
najtrudniejszymi klientami. tam się ujawniły jakieś indywidualne
animozje, różnice, w każdym razie ci ludzie myśleli przede
wszystkim o obronie.
To nie dotyczy jednego z głównych oskarżonych
Jutrzenki-Trzebiatowskiego. On był - nie chcę powiedzieć Don
Kichotem, jeżeli bym tak powiedział, to w sensie pozytywnym - godny,
powiedziałbym, że się w sposób rycerski zachował. Tam nie
było jakichś niskich postaw, było przede wszystkim, żeby
jakoś wyjść z tej sprawy.
Co było charakterystycznym momentem w tej rozprawie kortowskiej - jak
przyprowadzano tych młodych, w większoci byli to studenci,
młodzi ludzie - skutych w kajdany na salę rozpraw. To wybitnie
demonstracyjnie ich wprowadzano. Nawet w czasie przerwy próbowano im kajdanki
założyć, ale sędzia przewodniczący Rink (?), na nasz
protest zareagował, że zabronił im tego. tam była
chęć poniżenia oskarżonych.
Pyt. Z jakiej
strony była ta chęć poniżenia?
Odp. Ze strony
konwojentów milicji, którzy wprowadzali tych młodych chłopaków w
kajdankach na salę, czego się nigdy nie robi. jeżeli przywozi
się w kajdankach, to w takim pokoju obok ich rozkuwają i na
salę rozpraw wprowadzają bez
kajdanów. Ci milicjanci natomiast doprowadzili w kajdanach. Tymi milicjantami
dyrygował jakiś funkcjonariusz w cywilu.
Pyt. Czy zna pan
jego nazwisko?
Odp. Nie, nie
znam.
Pyt. W procesie
OZOS-owskim oskarżony był również Przewłocki.
Odp. Tak.
Pyt. A jak w tym
procesie zachowali si prokuratorzy i sędziowie?
Odp. Poprawnie.
Nie uwłaczali godności swego stanowiska. Proces był prowadzony
zgodnie z zasadami KPK, w posób opanowany, spokojny. Sędzia wykazał
wiele spokoju, umiaru i kultury osobistej. Również prokurator.
Co będę z tego procesu pamiętał? Wystąpienie jednego
ze świadków, już nieżyjącego, dlatego nie wymienię
nazwiska. Był to ktoś z najwyższego kierownictwa OZOS-u. Ja w
ciągu swojej kariery zawodowej, kariery adwokackiej,
38 lat, pierwszy raz spotkałem się z taką postawą, że
jeden z tych panów wysoko postwionych w hierarchii kierowniczej OZOS-u,
zeznając w charakterze świadka, po skończeniu swoich
zeznań, jeszcze z własnej inicjatywy dodał. Chodzi o moment,
kiedy opisywał swoje spotkanie z robotnikami, m.in. moi klienci, bracia
Kociuba byli tam czynnymi uczestnikami tych wydarzeń. Byli to ludzie
zdecydowani i w pewnych momentach nawet bardzo zdecydowani - nie użyję
tu słowa agresywni. To byli wykwalifikowani robotnicy. Wtedy pan
świadek z własnej nieprzymuszonej woli powiedział: „Ale
proszę sądu, ci panowie Kociubowie podeszli do mnie i mi na ucho powiedzieli: My cię
skurwysynu wykończymy, a jak nie zdążymy, to ja mam tam jeszcze
braci, to cię załatywią”. Robotniczy język w dialogu z
panem dyrektorem. To było takie nieprzyjemne - jeszcze
dołożył, przez nikogo nie prowokowany. Ale wówczas mój klient na
ucho mi mówi: „Widzi pan, czy ja nie wiedziałem, że to jest skurwysyn.
I ja to mu jeszcze powtórzę kiedyś jak wyjdę”.
Pyt. A
Przewłockiego pan pamięta z tego procesu?
Odp. On był
przewodniczącym Komisji Zakładowej. To jest człowiek, który ma
wrodzone predyspozycje przywódcze, na pewno. Uważam go za człowieka,
który jest predysponowany do piastowania stanowisk wymagających
odpowiedzialności, umiejętności. Ruch Solidarności
wysunął właśnie takie postacie. Myślę tu
również o Krupińskim. Ludzie nie pamiętają, że
Krupiński był z-cą Wałęsy. Również Łukomski,
z którym pierwsze kroki stawiałem w „Solidarności”. Przewłocki w
tym procesie był przywódcą. On, wyczuwało się, ma nadal
wpływ na innych, jako przywódca. paował nad tą sytuacją.
Pyt. Czy to,
że był autorytetem, nie stało się dla niego momentem
obciążającym?
Odp. Musiałbym
sięgnąć do uzasadnienia wyroku. W tej chwili nie pamitam. Mam
tylko obraz ogólny. W Sądzie Wojewódzkim są te dokumenty. tam jest
ksero. W tej sprawie trzeba zgłosić się do Prezesa Sądu (…)
Pyt. Czy pan
naley do Światowego Związku Żołnierzy AK?
Odp. Tak.
I jakie spory są między nami, gdy wspominamy pewne wydarzenia.
Gorące kłótnie. To wynika z różnic psychicznych. Podobnie jest
przy zbieraniu materiałów o „Solidarności”. I dlatego sędziowie
mówią, że największym wrogiem wymiaru sprawiedliwości jest
świadek. Sąd wydaje wyrok w większości na podstawie
zeznań świadków - ich zeznania są często bardzo
subiektywne.
Pyt.
Wracając do sprawy braci Kociubów. Czy pan pamięta linię obrony?
Odp. Po pierwsze, że oni byli nieświadomi, że
działalność ich jest nielegalna - co zresztą ich nie
zwalnia z odpowiedzialności. Ponadto podważaliśmy
zasadność ingerencji władz podczas strajku. Chodziło o
próbę użycia siły. Tutaj ujawniła się pozytywna rola
wojska podczas strajku w OZOS. Milicja była gotowa wkroczyć na teren
OZOS-u i to prawdopodobnie skończyło by się krwawymi
zajściami.
Pyt. A
przecież tam przebiegło wszystko w miarę spokojnie.
Odp.
Dlatego, że wówczas włączył się w to komisarz wojskowy
pułkownik … (nie pamiętam jego nazwiska) i on podjął
się roli mediacyjnej. Było tak, że on między milicję,
a OZOS wprowadził żołnierzy i fizycznie rozdzielił. On
chyba w tym procesie jako świadek zeznawał. Był człowiekiem
o postawie rozsądnej, zawodowej. Wyczuwałem u niego akcent sympatii w
stosunku do robotników. To emanowało z jego wypowiedzi, z jego postawy.
Zresztą tak to również widzieli uczestnicy strajku. jego postawa
różniła się od postaw funkcjonariuszy milicji, którzy
działali jako ślepa, brutalna siła.
Pyt. Czy oprócz
tych dwóch, pamięta pan jeszcze jakiś proces w stanie wojennym?
Odp. Pierwsza moja sprawa w sądzie wojskowym
w stanie wojennym, to była taka, że taki młody człowiek,
pracownik cywilny instytucji wojskowej, to była chyba administracja
budynków mieszkalnych w Bartoszycach, przekłuł opony w samochodach
wojskowych, stojących na placu tego przedsiębiorstwa. Ja byłem
obrońcą. Idąc na tą rozprawę, miałem jak
najgorsze przeczucia i myśli. Bo tak: stan wojenny - sabotaż.
Myślę: Jezus, Maria co tu będzie! Unieruchomienie samochodów
wojskowych. I był dla mnie zaskakujący wyrok. Przyjęto
kwalifikację zgodnie z moim wnioskiem, jako uszkodzenie mienia. I wyrok
był poniżej 2 lat, chyba 1,5 roku. Ja sobie pozwoliłem po tym
wyroku w takiej prywatnej rozmowie z młodym sędzią, który wydał
ten wyrok, powiedzieć: „Wie pan co, ja tutaj szedłem na tę
sprawę pełen najgorszych przeczuć i niepokoju, ale teraz
widzę młodzi panowie sędziowie, że jeszcze Polska nie
zginęła”. I wyszedłem z pokoju. Powiedziałem to
spontanicznie, naprawdę byłem głęboko przejęty t
postawą. To był pierwszy tydzień stanu wojennego.
Mówiąc o sędziach wojskowych, trzeba wypomnieć o takich wyrokach
jak Kutasiewicz, co spotkało się z
ogólną dezaprobatą prokuratorów i sędziów wojskowych.
Zresztą sędzia ten został póżniej przeniesiony i
skończył swoją karierę.
Pyt. Grażyna
Langowska mówiąc o swoim procesie, wspomina prokuratora wojskowego.
Odp. On
przecież wypuścił ją na Wigilię, Konarzewski. On teraz
jest prokuratorem wojskowej prokuratury Okręgu Warszawskiego. To jest
jedno z ważniejszych w kraju stanowisk w wymiarze sprawiedliwości. Bo
Prezes Sądu Wojskowego z Olsztyna, jest teraz prokuratorem generalnym
Prokuratury Wojskowej. (wyleciało mi jego nazwisko z głowy). I on jak
objął stanowisko naczelnego prokuratora wojskowego, to zabrał ze
sobą Konarzewskiego - lwowiaka.
Pyt. Czy pan
pamięta inne jeszcze procesy?
Odp. Pamięta
się pierwsze. Żeby jednak zilustrować to, że milicjanci
stali się zwykłymi obywatelami przed sądami wojskowymi, to taki
przykład. Brałem udział jako oskarżyciel posiłkowy
przeciwko milicjantom z Olsztynka, oskarżonym o pobicie, szantaż. To
chyba było w Sudwie. Milicjanci odpowiadali z wolnej stopy. I zaczęli
się migać. Na pierwszą rozprawę nie przyjechali, na
drugą jeden przyjechał, drugi jakieś wyjaśnienia
nieformalne przysłał, trzeci zatelefonował, że nie
może być. Zachowywali się tak jak milicja zachowywała
się w dawnych czasach. Wtedy pan sędzia zarządził by patrol
WSW (obecnie to jest Żandarmeria Wojskowa) pojechał na miejsce i
przyprowadził ich. I tak się stało. I panowie milicjanci (dodam,
że ci funkcjonariusze WSW zrobili to dość chętnie) stali
się tacy pokorni. Skończył się okres bezprawia dla tej
grupy ludzi.
Pyt. Czy
pamięta pan z okresu stanu wojennego jakieś wydarzenie, nie
koniecznie proces, związane z działalnością
„Solidarności”, chociażby kwestia kolportażu?
Odp. ja
osobiście miałem kontakty, otrzymywałem podziemną
prasę, znaczki pocztowe. Ale ja mogę mówić tylko o swoich
własnych kontaktach. Prasę miałem od Baśki Milowicz, to jest moja koleżanka, nie
żyjąca już - od niej znaczki. Od pani Bogdy (Mirek?), którą
poznałem przed stanem wojennym. W zespole otrzymywałem
„Praworządność”, ale niech pan wybaczy nie powiem od kogo.
musiałbym się z nim porozumieć. To był prokurator.
Pyt. Pan
miał kontakty z przywódcami „Solidarności” w regionie. Pan bardzo
pozytywnie wypowiadał się o Boberze
Odp. ja tak o nim
mówiłem: Bober z wyglądu nie warty 5 groszy. To jest
osobowość nieprzeciętna. Posiadał zdolności wybitnie
organizatorskie. Bez reszty był oddany sprawie „Solidarności”. Zdolny
do poświęceń, do ryzyka. Jest to postać, która mi
przypomina moich przyjaciół, w większości już nie
żyjących z konspiracji podczas okupacji. Wyróżniał się
stron intelektualną i cechami charakteru.
Jeśli chodzi o Łukomskiego, dużo się z nim
kontaktowałem, on miał uzdolnienia przywódcze, innego typu niż
Bober. Bober był bardziej finezyjny. Natomiast
bardzo wysoko oceniam uzdolnienia Krupińskiego. Miał fenomenalny dar
syntezy. On np. potrafił w paru zdaniach zrobić syntezę tego, co
się działo podczas zebrania. Nasze zebrania były długie,
pełne dygrasji, słów. On miał fenomenalny dar wyłuskiwania
jądra.
Pyt.
Niektórzy mu zarzucają, że był trochę próżny, że
bardziej myślał o swojej karierze niż o Związku.
Odp. Ja
nie słyszałem takich opinii. Ja go tak nie odbierałem. A
lubiłem z nim kontakty. On był bardzo żywy, miał żywy
intelekt, był zdecydowany. Nie sądzę, żeby to co
robił, robił dla efektu. Może pewne takie opinie miały
niektóre panie, sądzę że to mogło być wynikiem
zainteresowania kobiet. Miał pewne kłopoty małżeńskie
i inne. Nie to jednak, żeby go dyskwalifikowało, ale mogły
być u niektórych pań takie opinie. Może on wywoływał
takie niechętne opinie, bo on bywał czasami nieprzyjemny, kiedy
ludzie bzdury pletli, nie byli konkretni. On był konkretny. To jest
inżynier, miał umysł matematyczny, ścisły w
rozumowaniu był. Miał poczucie własnej wartości,
według mnie uzasadnione.
Pyt. Co
może pan więcej powiedzieć o Łukomskim, przez rok był
on szefem regionu>
Odp. Proszę
pana, jeśli mam się krytycznie wyrazić, to wol w ogóle. Nie mogę
nic złego o nim powiedzieć. To był człowiek
zaangażowany autentycznie. Może miał inne uzdolnienia, może
dla mnie byli bliżsi intelektualnie Bober i Krupiński, ale to nie
umniejsza w niczym Łukomskiemu, był to były wojskowy, miał
wykształcenie techniczne (chyba WAT). On się radził, prawie
niemalże jak to napisać; jak to zrobi? Z tym, że jeżeli
chodzi o konflikty, łamanie prawa, to go mniej interesowało. Tym
bardziej interesował się Bober.
Pyt. Bober
był szefem działu interwencji.
Odp. Dlatego ja z
nim często współpracowałem. Już wiele szczegółów
zapomniałem,boję si przekłamać. Między innymi
chodziło również o Poznysza - Prokuratora Wojewódzkiego.
Pyt. Jakim
był Poznysz?
Odp. O Poznyszu
mogę wiele powiedzieć. Wcześniej był kierownikiem
Wydziału Administracyjnego PZPR, później był sekretarzem
miejskim PZPR w Olsztynie, później został prokuratorem wojewódzkim.
To był człowiek, który nie miał solidnego przygotowania.
Był i jest typowym człowiekiem z nomenklatury, a ja osobiście z
Poznyszem miałem dużo do czynienia. Jak on był kierownikiem
Wydziału Administracyjnego PZPR w Olsztynie i w jego kompetencjach
był wymiar sprawiedliwości, w tym również adwokatura. Ja przez
20 lat byłem członkiem Rady Adwokackiej w Olsztynie, ciała
samorządowego. W związku z tym miałem z nim często do
czynienia. Ja znalazłem z nim język. Może było to wynikiem
tego, że pochodziliśmy z jednych stron, z Wileńszczyzny. Do
Poznysza są również zastrzeżenia, ale ja do niego poza sympatią
i szacunkiem nic innego nie mam. On jedyny jako sekretarz, niezwykle
ważnego wydziału partii, nie usiłował narzucać swego
zdania.
Kiedy była taka sprawa personalna, dyscyplinarna adwokata
miejscowości X - to było Braniewo. I doszła ta sprawa do
Komitetu. Ponieważ prezes tego adwokata się skarżył, my
mieliśmy też na niego różne skargi, nie mówiąc o donosach,
a ja byłem rzecznikiem dyscyplinarnym (zajmowałem się
postawą adwokatów, ich stroną moralną). I między nami
była różnica zdań. Komitet nie ingerował generalnie w tych
sprawach, tylko w tym wypadku z uwagi na skargi Prezesa Sądu i milicji i
partii (z wszystkimi ten adwokat pozadzierał). Przyszedłem do
Poznysza, który chciał tego człowieka wyeliminować. Moje zdanie
było takie, że powinien być upomniany, kar dyscyplinarną
ponieść, ale widziałem tu zwykłą nagonkę. I tak z
Poznyszem dyskutujemy, a on mówi tak: jak mu sekretarz kazał, a ja swojego
stanowiska bronię do końca. I rozstaliśmy się.
Przychodzę do biura, dzwoni ktoś w tej sprawie z Komitetu. Co za
cholera! On miał taki swoisty sposób bycia, był z wileńszczyzny
z rodziny chłopskiej., komunistycznej. I mówi do mnie tak: „Wiecie
Krakowski, cholera was wie, ja tu myślał, myślał, ale czort
to wie, niechaj raczej oni tam zajebią się!” Co z tego wynika? On po
namyśle przyznał mi rację i zadzwonił do mnie, żeby to
oświadczyć. To było ewenementem, nie do pomyślenia,
żeby Komitet PZPR w ten sposób postąpił. A on reprezentował
Komitet. Poza tym jest super uczciwy i porządny człowiek.
Pyt. Ale w
okresie Solidarności w 1981 roku wyrósł na wroga nr 1
„Solidarności”. Był wówczas prokuratorem wojewódzkim. Była
sprawa strajku w OZGrafie.
Odp. proszę
pana, u Poznysza byłem może 10 razy w róznych sprawach. Akurat
sprawą OZGrafu nie zajmowałem się, nie wiem dlaczego tak
się stało. I na pewno Poznysz wówczas był pod presją dla
niego nie do przezwyciężenia. Ale nie przekroczył jakiejś
granicy przyzwoitości. To jest bardzo ciekawa postać. Zwykły
chłop, który uzyskał dyplom - w jaki sposób, to ja nie chcę w to
wchodzić. Dlaczego mnie do niego wyprawiano. Ja miałem z nim wspólny
język jako ziomek. Moi przodkowie to byli z sąsiedniej wsi.
Dzieliły nas róznice społeczne, ale on nigdy tego nie
podkreślał, chociaż wspominał: „O wasi wujowie, to byli
dobrzy ludzie:”. (Byli zamożni, dziadek miał folwark). Ja byłem
bezpartyjny, znałem mentalność tego człowieka. Ja z nim
potrafiłem po biaorusku rozmawiać, bo ten jzyk znałem,
zresztą on był dostępny dla wszystkich. jak przychodziłem
do niego, to zaczynałem mówić naszym dialektem - ten zaśpiew.
Teraz jest na emeryturze, chory jest, miał przykrości, bo jego
zięć jeszcze wcześniej wyjechał do RFN-u i z tego
tytułu go jakieś przykrości spotkały jeszcze przed 1989. Zrobili mu ten dyplom.
Pyt. czy on w
stanie wojennym okazał jakąś złą wolę w stosunku
do „Solidarności”?
Odp. Moim zdaniem
nie. On jako szef urzędowo podpisywał te nakazy aresztowania - to
tak. To należało do jego zastępców, ale niektóre i on
podpisywał, jako szef prokuratury. Ale na pewno nie wyróżniał
się gorliwością. jak ja wcześniej zgłaszałem
się w różnych drobnych sprawach, chodziło o szykanowanie, to
przy mnie dzwonił do Komendy Wojewódzkiej - reagował od razu. On poza
legalność nie posuwał się. A gorliwości na pewno nie
wykazywał. On był o! - teraz wiem. On był, on robił
wrażenie człowieka kompletnie zagubionego i bezradnego. To przerastało
jego możliwości i nawet jego wyobraźnię. tego prostego
poczciwego chłopa. Ja to mówię w sensie pozytywnym.
On pochodzi ze wsi Nieki w powiecie Święciańskim, skąd ja
się wywodzę. A ta wieś była komunistyczna, jedna z
nielicznych, ale komunistyczna wieś. On wychował się w
środowisku komunistów. Ale nigdy nie negował innych …
Pyt. Co pan
może powiedzieć o sprawie Krupiński - Wojnowski?
Odp. O, to ja
Wojnowskiego przypadkowo uratowałem. Nie Wojnowskiego, ale tego drugiego!
(Czyżby Rubczewskiego?). Z Wojnowskim to była taka przepychanka.
Wielkim kanciarzem chcieli go zrobić, ale on nie był. Ja w tym
procesie nawet jako adwokat występowałem przeciwko niemu o ten domek.
Był proces. Wojnowski zachowywał się
poprawnie, nie wykorzystywał swego stanowiska. Robił wrażenie
człowieka niezbyt wielkiego lotu, chociaż robiono z niego
intelektualistę, zrobił doktorat.
Był to proces cywilny, nie karny o odzyskanie
ziemi na której on bezprawnie zbudował domek.
Pyt. Kto
wniósł sprawę?
Odp.
Właściciel tej ziemi, ja sdzę, że on nawet się nie
orientował w tym, a to był maleńki kawałeczek na
początku tej miejscowości - Pluski.
Krupiński też tam zbudował, ale porządny domek. Sam
zbudował, przecież jest inżynierem budowlanym i wiedział
jak to zrobić. Bardzo ładnie to zrobił.
Pyt. Ale czy do
Krupińskiego nie miał nikt pretensji, że komuś ziemię
zabrał?
Odp. tam był
kontratak obrony Wojnowskiego: co tam zarzuca się Wojnowskiemu, skoro pan Krupiński zbudował nielegalnie domek,
znacznie bardziej okazały.
Pyt. Ale
w ten sposób, to ostrze ataku zostało stępione, z tego względu,
że Krupiński miał jednak bardziej okazały dom.
Odp. Tak,
fotografie były, jakieś audycje.
Pyt. A w tej
sprawie Wojnowskiego z Warmiakiem?
Odp. Została
tam zawarta jakaś ugoda, pogodzili się. To tylko kawałeczek
ziemi zajęli Warmiakowi. Takie piaski. To było niefortunne
załatwienie tej sprawy, bo to właściwie Urząd Gminy w
Stawigudzie. To nie było świadome
nadużycie. Rzeczywiście domek Krupińskiego był
okazalszy od tej budki Wojnowskiego.
Taką postacią bardzo ciekawą, nawet wybitną, to jest Stefan
Śnieżko. To jest człowiek, który w sposób konsekwentny
demonstrując swoją bezkompromisowość i odwagę,
zaangażował się w działalność
„Solidarności”, będąc prokuratorem rejonowym. To jest
człowiek zdolny, dobrej klasy prawnik, poważna postać. On mógł zagarnąć tutaj gdyby chciał,
stanowisko przewodniczącego, ale on nie chciał, ustąpił.
To jest silna, mocna indywidualność. On jest moim krajaninem, on jest
z Wileńszczyzny.
Pyt. W Olsztynie
co drugi mieszkaniec jest z Wileńszczyzny.
Odp. On jest z
Wileńszczyzny. Przeszedł ze swoją rodziną całą
naszą gechennę, skończył gimnazjum polskie w Wilnie i
dopiero w roku 1955, czy którymś, przyjechał do Polski. Tu
ukończył uniwersytet, chyba w Toruniu, no i rozpoczął pracę
w prokuraturze. Wszystkie szczeble: aplikacja, podprokurator itd. Ja go tak
lansowałem do Senatu z ramienia Unii Demokratycznej, której byłem
zwolennikiem i jestem, jednak on kandydował z Kongraesu Liberalnego.
Pyt. Po stanie
wojennym on miał kłopoty, po internowaniu nie mógł
znależć pracy.
Odp. Miał
długotrwały spór o wpis na listę adwokacką. W końcu
jednak został wpisany, to zależało od Ministerstwa
Sprawiedliwości. Został adwokatem w Olsztynie i ewenement -
Śnieżko, który właściwie nie rozpoczął jeszcze
pracy adwokata, ale tylko był wpisany na listę, na pierwszym walnym
zgromadzeniu został wybrany do Rady Adwokackiej w Olsztynie, nota bene na
mój wniosek. Do Rady z reguły dostaje się po paru latach. Ale to z
uwagi na jego działalność i jego osobowość. Adwokaci
potrafią wyłuskać osoby, które nadają się do tej
pracy. Uważam, że on w sposób bardzo umiejętny prowadził
tę sprawę katyńską. On się nadaje, pomijając
zawodowe przygotowanie, ze względu na to, że on zna język
rosyjski świetnie, zna psychikę Rosjan - co jest bardzo ważne.
Rosjanie to są ludzie, którzy mają takie specyficzne cechy
charakterologiczne osobowości, że nieraz ludziom z centralnej Polski,
nie mówiąc o Zachodniej Europie, trudno to zrozumieć. Śnieżko
wywodzący się z kresów, wychowany w ZSRR, potrafi z Rosjanami
rozmawiać.
(Rozmowę
przeprowadził i notował Zenon Złakowski)
|
-------------------------------------------------------- |
Olsztyn Friday, 10 June 2011 r. |
Rozmowa z Grażyną Langowską
przeprowadzona dnia 2
września 1994r.
PYTANIE : Kiedy po raz pierwszy
zetknęłaś się z ideą „Solidarności” i kiedy
podjęłaś decyzję o aktywnym włączeniu
się do tego ruchu?
Odp. To nie było tak, że w jakimś
konkretnym momencie podjęłam decyzję. Troszkę to inaczej
wyglądało. To był powrót z urlopu, który spędziliśmy
nad morzem i chcieliśmy odwiedzić rodzinę, bo jeszcze
zostało kilka dni urlopu - rodzinę w Gdyni. Przejeżdżaliśmy
przez Trójmiasto. To był bliższy kontakt z tą atmosferą -
taki deszczowy dzień. Przejeżdżaliśmy maluchem z
małą córeczką. I nastąpiła taka zbitka pewnych
wrażeń, ponieważ byłam również tu po wypadkach
grudniowych 1970r. w Gdańsku i Gdyni, bo tam wtedy również
byliśmy zaproszeni, żeby spędzić święta
Bożego Narodzenia u rodziny mojego męża. I wtedy, pamiętam
to Trójmiasto straszliwie zapłakane, bo ludzie byli zapłakani. Takie
twarze spotykałam, przygnębione, żałobne - wypalony
dworzec, zapach gazów, których używano do tłumienia tych rozruchów,
patrole milicyjne wtedy na ulicach, godzina milicyjna, legitymowano wszystkich.
Myśmy wysiedli w Gdańsku i musieliśmy się po pierwsze
wylegitymować, dlaczego tu jesteśmy, po co przyjechaliśmy. I z
pewnymi obawami, czy się dostaniemy z Gdańska do rodziny, czy
będzie możliwość dotarcia kolejką i czy w ogóle
wyrażą zgodę, ci milicjanci. Udało się to. I
później święta przez cały czas były w atmosferze
żałoby, bo ten budynek w którym mieszka rodzina Ryśka, to jest
budynek w dużej części zasiedlony przez stoczniowców. Rodziny
więc już wtedy były osierocone, zaginione różne osoby,
ludzie w mieszkaniach się schodzili, rozmawiali ze sobą. I wtedy
ta więź, która przedtem była dosyć luźna, ona się
wtedy tworzyła dopiero. Jakoś tak sobie przypomniałam tamte
chwile - tamto Trójmiasto z 1970 roku i teraz to.
Ono było inne. Nie było radosne
oczywiście, ale było już zorganizowane. To co mnie bardzo wtedy
poruszyło, to to, że była pełna mobilizacja, że nie
tylko stocznia, ale różne inne zakłady, które mijaliśmy po
drodze przejeżdżając przez całe Trójmiasto do Gdyni,
że ono było oflagowane, że mimo strug deszczu byli robotnicy,
którzy pełnili straż przy tych bramach zakładów pracy
produkcyjnych i instytucji - one były oflagowane i charakterystyczne, tam
gdzie były bramy, to były kwiaty, jakieś tam grupki - przypuszczam
- rodzin, które rozmawiały z tymi strajkującymi, ale ulice były
dosyć puste. Pogoda też była taka, ale to było w
zakładach pracy. I wtedy sobie pomyślałam, że ponieważ
to już jest i na taką skalę i że to wszystko odbywa
się w zakładach pracy, i że ci ludzie po tamtych
doświadczeniach - tak sobie wówczas myślałam - przecież
chyba nie wyjdą na ulicę, nie powtórzy się tamta tragedia. I
ponieważ wiedziałam, że skala tego, tej mobilizacji, tych solidarnych
strajków w zakładach, które jako kolejne przyłączają
się - bo znałam relacje radiowe - że to się inaczej otoczy
i już nie może skończyć się taką
pacyfikacją, bo to jest już zbyt duże. I później
zaczęłam poznawać z relacji ludzi, którzy się kontaktowali
z rodziną mieszkającą w Gdyni, że to cały czas narasta,
że skala mobilizacji zakładów pracy jest ogromna. I powstało
pytanie, czym się to skończy. Poprzez tamte wspomnienia z 1970 roku,
poprzez to co zobaczyłam, rozmowy, które prowadziłam z ludźmi -
ale nie z formalnymi przedstawicielami z zakładów pracy - tylko
z ludźmi, którzy mieszkają w tych domach w Gdyni, tuż przy
pomoście wiodącym do Stoczni Komuny Paryskiej. Z taką
refleksją i z takimi wrażeniami, przyjechałam do Olsztyna, bo tu
zaczynał się rok szkolny. Wydawało mi się, że to jest
tak ważne, jakby zobowiązujące, że nie można stać
z boku. A ponieważ zainteresowanie moich koleżanek i kolegów w Szkole
Samochodowej było duże, próbowałam przekazać im tą
atmosferę - to był jakby impuls, po drugie wokół mnie gromadzili
się ludzie i dopytywali się: a jak to wygląda, a dużo tego?
Taki przypadkowy zbieg okoliczności. gdybym urlop spędzała gdzie
indziej, to już nie miałabym tego impulsu. I on się
wziął tak trochę przypadkowo, przez ten pobyt w Trójmieście.
I później już wola tych ludzi była
taka, że my przecież nie możemy stać, to jest zbyt
ważne, żeby czekali jak to się wszystko rozwinie. I jeśli
dobrze pamiętam, to pierwsza nasza decyzja była taka, że do tego
WPKM-u gdzie mieściła się pierwsza siedziba tego pierwszego
zalążka MKZ-u - należy zebrać jakieś środki, bo
one są potrzebne i zanieść. I pierwsza lista dotyczyła
właściwie tylko tej składki, którą ludzie - tyle ile kto
miał - zebrać i zanieść tam. I w ten sposób powstał
rejestr ludzi nie tylko świadomie włączających się,
ale którzy wspierają to co się dzieje w Polsce i u nas w
olsztyńskim WPKM-ie. Już nawet nie pamiętam, kto mi
towarzyszył, trzy osoby - Mirka Angelus, na pewno i jeszcze ktoś -
poszliśmy prawie z kapeluszem. Tam zostały skrupulatnie
po-liczone pieniądze, wpłaciliśmy. I oni tam w WPKM-ie uchwycili
jako kolejny kontakt z kolejnym zakładem pracy, a raczej kolejnym
środowiskiem, z którym będzie się można kontaktować.
PYTANIE : Kogo pamiętasz z WPKM-u w
tym czasie?
Odp. Na pewno Łukomski, który już wtedy szefował (zaczal w pazdzierniku/MK) .
Nie zajmował się już wtedy technicznymi sprawami. Na pewno
pamiętam Irenę Teleszową, Waldka Nieczyporowicza, Wieśka
Bryckiego. Wieśka nie jestem w 100 procentach pewna, ale na pewno
była Irena, która się tam kręciła, która całą
tę robotę techniczną wykonywała, te pieniądze
przeliczała, zbierała listy, nawiązywała bezpośredni
kontakt - interesowały ją adresy ludzi, żeby można
było się skontaktować w celu dalszego organizowania się.
PYTANIE : Czy już wtedy mówiono o
„Solidarności”?
Odp. Chyba jeszcze nie. Chociaż w szkole
mojej stało się to dość szybko. Ponieważ nie
chcieliśmy stać z boku, wobec tego na radzie pedagogicznej, takiej
rutynowej, która zwykle wiąże się z rozpoczęciem roku
szkolnego, poprosiliśmy dyrektora, żeby w porządku konferencji
były również te problemy sierpniowe, czyli wydarzenia aktualne w
kraju.
PYTANIE : Kto był dyrektorem?
Odp. Dyrektor Dumalski, który uznał to za
naturalną rzecz, że chcemy na ten temat porozmawiać. I pierwsza
myśl jaka się wyłoniła ta taka, że my również
mamy szkolną rzeczywistość, w której parę rzeczy
powinniśmy zmienić, sformułować w formie postulatów
wręcz. Nie sformułowałam tego na piśmie, ale
przemyślałam to, bo myślałam wiele o tym co się dzieje
na Wybrzeżu. Okazuje się, że ludzie też się nad tym
zastanawiali. Myśmy wiedzieli już o tym, że w Stoczni są
już nauczyciele Trójmiasta, którzy również się w to
włączyli, zarówno w ten program zmian w skali całego kraju, jak
i gdańskiego podwórka jak i środowiska. I
sformułowaliśmy te postulaty swoje, bardzo życzeniowo były
one ujęte. Zostały przedstawione odręcznie na piśmie
dyrektorowi szkoły. Nie wiem czy to było na tej radzie, ale na
następnej na pewno. Na tej konferencji był, zaproszony przez nas -
czy może inicjatywa była z dwóch stron - ówczesny szef ZNP lub
przedstawi-ciel - Bogdan Mużny. Był tą stroną, która
miała mało komfortową sytuację. Pamiętam, że
jakkolwiek był jakby stroną w tym - że w tym zderzeniu, nie
starciu, bo tam nie było atmosfery buntu czy konfrontacji - był
reprezentantem struktur skostniałych. Ale nie było to agresywne ani
konfrontacyjne. I on wtedy również był zdania, że ta
rzeczywistość się zmienia i że struktury związku
zawodowego powinny być zmienione. To tak bardzo ogólnie pamiętam. My
jednak nie chcieliśmy tych zmian poprzez istniejące struktury, bo
nowe związki organizowały się jako coś alternatywnego,
coś obok. Być może rola jego była taka, żeby w ramach
tego co istnieje spróbować coś zmienić, ale woli takiej nie
było. Chociaż większość z nas o ile nie wszyscy byli
formalnie w tym związku, bo kiedy się przychodziło do
pracy, automatycznie się wypełniało deklarację, jakieś
składki były automatycznie potrącane. My jednak tak nie
chcieliśmy, żeby to się wtopiło w istniejące struktury
i było to takie połowiczne. I w związku z tym myśmy od razu
powiedzieli, że raczej widzimy swoje miejsce w tych strukturach
niezależnych, które zaczynają się tworzyć. Niemniej
uznaliśmy, że kontakt jest potrzebny i dlatego to spotkanie
odbyło się.
I automatycznie ta grupa, która wcześniej
udała się do WPKM-u, przekształciła się
w grupę inicjatywną u siebie na poziomie swojej szkoły.
Wkrótce jednak inne szkoły się zwiedziały i zaczęły
się zgłaszać, jak to robić. Dla ludzi w WPKM-ie była
to pewna ulga, jako że automatycznie rozładowała się dla
nich sytuacja. W WPKM-ie zgłaszające się delegacje ze
szkół, kierowano do nas. Myśmy więc wyjaśniali,
improwizowali, robiliśmy dobrą minę do tej dość
trudnej gry wtedy. Obiecywaliśmy pomoc i staraliśmy się to robić.
Osoby do niego należące, były wybrane przez aklamację. Same
wyraziły zgodę i albo ktoś się sam zgłaszał, albo
kogoś wysunięto - sala krzyczała, że ty masz być i
będziesz.
PYTANIE : Czy ty już wtedy
szefowałaś tej grupie założycielskiej?
Odp. To nie było, że to
właśnie ja. Była grupka ludzi, ale ponieważ wokół mnie
ludzie gromadzili się, gdyż opowiadałam co widziałam sama i
czego się dowiedziałam - więc to jakby się w sposób
naturalny stało. Byłam jakby świadkiem.
Ponieważ szkoły zaczęły
się do nas zgłaszać, więc w sposób naturalny staliśmy
się taką szkołą kontaktową, informującą,
wspomagającą. Mówiliśmy, że nie może być nic poza
wiedzą szkoły, musi być zgoda dyrektora na to, żeby
było to w określonych godzinach. Broń Boże w godzinach
pracy. To zaczęło powielać się na zasadzie pewnego wzoru,
co do sposobu postępowania, a także taktyki tych rozmów z
dyrekcją. Uważaliśmy, że szczególnie w szkołach
musi to być w sposób taki delikatny, bo szkoła jest szkołą
- trzeba pracować. Wiedzieliśmy, że to w żaden sposób nie
może wpłynąć na normalną pracę z
młodzieżą.
Bardzo się broniliśmy przed tym, że
stanowimy już jakieś władze związkowe, chociaż mimo
woli tak było, bo zaczęliśmy prowadzić rejestr tych
szkół, nazwiska, adresy. Oni chcieli się spotykać,
wymieniać pewne doświadczenia, utrzymywać taką pewną
więź midzyzakładową. Zgłaszały się szkoły
najpierw olsztyńskie, a później i z województwa: Szkoła
Ekonomiczna z ul. Bałtyckiej, Zespół Szkół Chemicznych,
LO-2, LO-1. Ja bojąc się, że zbyt dużo obowiązków na
mnie spadnie zaczęłam wywiera presję, żeby ci którzy
stanęli na czele tych grup inicjatywnych, weszli w taki jakiś
nieformalny skład reprezentacji placówek szkolnych oświatowych. I w
ten sposób Zosia Czajkowski tam się pojawiła, pani Kiszkurno, nie
pamiętam nazwiska kolegi z Bałtyckiej - oni stanowili już
wsparcie dla mnie. Bo następne szkoły się zgłaszały, a
WPKM uznał, że my staliśmy się agendą ich struktury w
oświacie. A potem, gdy to zostało już troszkę
sformalizowane, to był taki moment, że przyjechali emisariusze
z Gdańska, nauczyciele, dwójka kolegów - nie pamiętam nazwisk,
był tam Włodek i pani z LO - a Włodek był ze szkoły
stoczniowej. To byli ludzie, którzy w stoczni uczestniczyli jako
przedstawiciele oświaty z Trójmiasta. I oni stanowili dla nas wsparcie.
Zorganizowaliśmy spotkanie, było duże zainteresowanie, bo
przyjechali ludzie z Gdańska. To odbyło się bardzo
uroczyście. Wiem, że mnie to rozśmieszyło gdyż
stół był przykry-ty zielonym suknem, stół prezydialny. Mnie
się to nie podobało - mówię nie ma tak. Nie ma tu żadnego
prezydium, my jesteśmy załogą, która się zebrała,
żeby sobie porozmawiać, a nie już ma tam zaraz ktoś
zasiąść. Broniłam się, ale w końcu z boczku tego
stołu przysiedliśmy. Poprosiliśmy naszych gości, był
dyrektor, kierownictwo naszej szkoły. Był prawie w komplecie
cały nasz zespół nauczycielski i pracownicy obsługi też.
Skrzyknęliśmy przedstawicieli innych szkół olsztyńskich,
głównie średnich. Konferencje metodyczne, to trochę się
znaliśmy. A gdańszczanie chcieli, żeby natychmiast
wyłonić jakieś władze. I wtedy był pisany
protokół i ja zostałam dosłownie wypchnięta.
Starałam się wycofać trochę do tyłu, bo zdawałam
sobie sprawę, że jest to ogromna odpowiedzialność i szalone
obciążenie - cały czas trzeba być konsultantem, cały
czas trzeba kogoś przyjmować w czymś uczestniczyć, a tu
normalne obowiązki, praca, dom, maleńkie dziecko - 3-letnie. I
przerażona byłam trochę tą perspektyw, że tutaj
staję się mimo woli takim liderem. Broniłam się
dość ostro, ale pamiętam te pchnięcie w plecy i
zostałam wypchnięta do przodu i nie było siły. Goście
bardzo naciskali na to, gdyż mówili, że nie będą
czekać, że gdy będą wyjeżdżać, żeby
było wiadomo, na kogo mogą liczyć. I to się tak
odbyło - sala krzyknęła. Ja chyba się żenująco
zachowałam, gdyż powiedziałam, iż mam maleńkie
3-letnie dziecko. Oni po-wiedzieli z sali, że będą wspierać,
podobnie koledzy z Gdańska. Później jednak w ten teren trzeba
było jeździć, nie było odwrotu. I tak się stało. Powstał Międzyzakładowy Komitet
Założycielski „Solidarności”. Były to pierwsze dni
września - to szybko się stało. (pierwsze
dni wrzesnia??/MK)
Wtedy zafunkcjonowałam jako
przewodnicząca tej struktury międzyzakładowej w oświacie -
zaczęły zgłaszać się i przedszkola … teren
zaczął zjeżdżać. To stało się kłopotliwe,
gdyż ludzie przyjeżdżali z terenu, a ja jestem na lekcji.
Dyrektor był na szczęście w porządku. Ludzie czekali,
podczas przerwy trzeba było gdzieś kąt znaleźć i
porozmawiać. Już wtedy zaczęły pojawiać się pewne
dokumenty, kopie tych dokumentów, trzeba im było dać jako wzór,
powielić to na powielaczu spirytusowym na denaturat. Jeżeli więc
coś już powstało w jakimś mieście w Bartoszycach
czy Kętrzynie, Mrągowie, Morągu, Nidzicy to ja już
odsyłałam do odpowiedniej placówki w terenie. Mimo to jednak trzeba
było także jeździć w teren. Już jesień
była, wcześnie robiło się ciemno. Na tych spotkaniach
gromadzili się ludzie nie tylko zresztą ze szkół. I trzeba
było odpowiadać często na bardzo trudne pytania, a nade
wszystko czego ludzie oczekiwali, to pewności siebie, że nie ma
lęku, nie ma obawy. Jest pewność, że to co robimy jest
słuszne, że nie boimy się, a to nie było wówczas takie
proste. Działy się rzeczy dosyć bulwersujące. Trzeba
było więc pokonywać i lęki, które człowiek miał
sam i umieć nawiązać kontakt z tym tłumem, bo to
często były tłumy, sale były nabite. To było w salach
szkolnych, jakichś aulach i trzeba było mówić o tym dlaczego my
się organizujemy, jak powinniśmy to robić, jak się
zachować w zakładach pracy. Wtedy nie było ani haseł ani
programów, że my tu chcemy obalać władzę. Broń
Boże. Miał być jednak nie-zależny związek, który ma
charakter ogólnospołeczny - to znaczy nie ma on struktur branżowych,
dlatego, że problemy które nas dotykają wiążą się
z ogólnospołeczną i ogólnopolityczną sytuacją, a nie
tylko zakładową. Naszą siłą jest to, że
jesteśmy organizacją jedną w różnych za-kładach pracy
i w różnych branżach.
PYTANIE : Czy były jakieś
przykre incydenty podczas tych spotkań?
Odp. Ja już nie pamiętam, ale ja
się nie zetknęłam z jakimiś incydentami. Owszem podczas
spotkań zdarzały się agresywne pytania, albo służb
specjalnych, albo władz partyjnych, ludzie nie zawsze się
przedstawiali. Dla mnie to nie miało znaczenia, po prostu
odpowiadałam w sposób taki jak potrafiłam, ze spokojem i w sposób
rzeczowy. Pamiętam, że moje ówczesne wystąpienia czy odpowiedzi
nie były lekkie, ale jedno wiedziałam, że one muszą
być bardzo wyważone, bo ta atmosfera ogólnego podniecenia była
tak ogromna, że nie wolno było jeszcze ją podsycać. To
byłoby nie w porządku wobec ludzi, bo ja wyjadę, a ludzie
rozejdą się po różnych zakładach, gdzie mogą
zetknąć się z różnymi reakcjami swoich dyrektorów,
kierowników. I wtedy były już te znaczki. Kiedy ci gdańszczanie
odjechali, to zostawili nam te znaczki, których inni nam bardzo
zazdrości-li. To były te pierwsze - kilka ich było zaledwie.
Wiem, że ja dostałam i nosiłam, może jeszcze dwie osoby od
nas. Były one naprawdę ładne, duże białe plakietki z
dobrze wykonanym napisem oryginalnym „Solidarność”.
Należało to jako legitymację nosić na wszystkich spotkaniach.
Tak bardzo identyfikowałam się z tą treścią,
którą wyrażał ten znaczek, ale odczuwałam nie lęk - na
pewno nie, ale musiałam pokonać jakieś tam opory, to że ja
występuję jako działacz, to budziło mój jakiś
wewnętrzny opór. Przypinałam ten znaczek - chociaż bardzo mi
się podobał i bardzo go ceniłam - to równocześnie nie bez
oporów przypinałam go sobie. Kojarzyłam sobie, że jakaś
19-wieczna rewolucjonistka do tłumu przemawia i przyznam, że to mnie
momentami śmieszyło, ale w sensie pozytywnym. Nie to, że
wszystko wydawało mi się śmieszne. To wszystko było bardzo
poważne, ale moja osobowość nie pasowała do tej całej
sytuacji, w której trochę mimo woli zna-lazłam się. To mimo
woli też nie jest do końca prawdziwe, jakaś wola wewnętrzna
włączenia się w to co się dzieje,
świadomość, że nie można stać na boku była
pełna. Jednocześnie wydawało mi się, że to powinien
ktoś z innymi predyspozycjami czynić, ale skoro tak było, to
trzeba było to robić.
PYTANIE : Miałaś kontakt z
ludźmi, którzy byli we władzach Związku. Miałaś
też kontakty z ks. Żołnierkiewiczem, który od początku
związany był ze Związkiem.
Odp. Jeżeli chodzi o szkoły, to my
mieliśmy być od początku samodzielni. Z księdzem
Żołnierkiewiczem stykałam się w WPKM-ie, ale raczej w
biegu, a potem to już musieliśmy sobie sami radzić. I
przyjęli mnie owi koledzy i Łukomski i Mackiewicz, Leszek Lechowski,
Andrzej Bober i Irena Telesz i Andrzej Bartuszek, Mirek Krupiński,
Kisły - to są wszystkie nazwiska ludzi, którzy stanowili tą
czołówkę, ci z pierwszych szeregów - i oni stwierdzili, że
Grażyna sobie poradzi. I jakoś sobie radziłam. Inna sytuacja
zapewne była w dużych zakładach pracy, inna była w
placówkach, gdzie trzeba było robić w innym rytmie i to było
bardzo rozproszone, musieliśmy sobie sami radzić. Na początku wyrażałam
takie obawy, że nie pociągnę, że chcę wsparcia. Nie
wiem, może na jednym czy na dwóch spotkaniach, ktoś tam był -
Mirek i ktoś, a potem ja doszłam do wniosku, że trzeba dać
spokój, niech oni sobie załatwiają swoje sprawy, a ja
pociągnę. Obecność Juliana, głównie
zarejestrowałam, w tym ogólnym rozgardiaszu w WPKM-ie jak tam
panował, on tam w swoim garniturku, nie w sutannie, z koloratką.
To było tylko ocieranie się o niego. A o pomoc nigdy nie
prosiłam, gdyż uważałam, że może bardziej jest
potrzebna w zakładach pracy.
A jeżeli chodzi o to jak ja weszłam w
struktury ponad zakładowe, to na takiej zasadzie: jest szefowa
Solidarności oświaty, więc zostałam dokooptowana do tego
prezydium. Na którymś z zebrań, kiedy przedstawiciele
poszczególnych zakładów pracy przychodzili jako ci wybrani jeszcze tak
przez aklamację - reprezentantami poszczególnych zakładów pracy, tego
coraz więcej zaczęło się robić - tych bardziej
znaczących zakładów pracy (mających większą
liczbę członków) dokoptowywano, a ponieważ oświata
obejmowała duży obszar, chociaż rozproszony po całym województwie
i bardzo dużo szkół, wobec tego uznano, że to jest na tyle
duża grupa zawodowa, że należy mnie dokooptować. I
zostałam dokooptowana jakąś tam uchwałą do tegoż
prezydium. To była jesień, może październik.
PYTANIE : Co możesz powiedzieć
o Bartuszku?
Odp. (…) On budził respekt poprzez sam swój
wygląd. To był mocny człowiek ten Andrzej.
PYTANIE : On był podobno nawet
samokrytyczny, gdyż w pewnym momencie stwierdził, że go to
przerosło.
Odp. Wtedy kiedy zaczęły padać
trudne pytania, dotyczące tego co dalej. Jak to się będzie
miało do istniejących struktur władzy. To już wymagało
i dużej dyplomacji i pewnej umiejętności panowania nad
tłumem - nie tak jak z delegatami z zakładów pracy, którym
mówił: weźcie się w garść i róbcie. On z nimi
rozmawiał bardzo twardo. Tu już trzeba było inaczej. On
zdawał sobie sprawę, że tu trzeba było ludzi, którzy
będą sobie radzili - że tu Langowska
trzeba wysłać, tam Krupińskiego - takich, którzy nad
większym tłumem będą bardziej panowali. Bartuszek
przestał już na te większe spotkania udawać się.
PYTANIE : Wkrótce szefem został
Łukomski.
Odp. Tak, on na początku mnie
drażnił, lecz później go polubiłam. Drażnił mnie
jego sposób bycia. Jak się później dowiedziałam, że z
wojska wyniósł pewien sposób bycia, wówczas jednak nie do przyjęcia.
Trzeba było być zdecydowanym - tego nawet oczekiwały
środowiska - ale nie można było przybierać takiego tonu,
jakby wojskowych rozkazów. Przerywania wypowiedzi ludziom. Jeżeli trzeba
było przerwać, to nie w taki sposób. Trzeba było delikatnie
ludzi traktować - oni mieli dość traktowania z góry.
Pamiętam kiedyś na jednym z naszych zebrań, już jak
byłam członkiem tego powołanego prezydium, doszło do
ostrego spięcia między mną, a Edmundem „Mundkiem” tak go
nazywaliśmy, ponieważ ja mu powiedziałam: - „Stary, ty sobie
zrażasz ludzi. To jest nie do przyjęcia.” Ale jeszcze zanim
zostałam członkiem tego prezydium, powiedziałam w dość
ogólny sposób, ale kategoryczny jednak, twardy, że w taki sposób tego
zebrania nie można prowadzić. Może byłam troszkę
wydelikacona, bo reprezentowałam środowisko inteligenckie i w związku z tym, mnie
się wydawało, że to jest nie do przyjęcia. Owszem, trzeba
było panować nad tym, bo to było żywiołowe, ale w inny
sposób, bardziej taki dyplomatyczny. Jemu tego brakowało, wiem, że on
nawet w pewnym momencie się obraził, ale potem gdy żeśmy
się lepiej poznali, mówiliśmy sobie pewne rzeczy otwarcie i
sądzę, że to później nie zostawiło śladu na
naszych stosunkach, kontaktach. I nawet
pamiętam, że po tym moim twardym wystąpieniu, doszło do
tego, że te większe zebrania były prowadzone przez kogoś
innego. Ja mówiłam, że może to prowadzić Mackiewicz,
Bober, Krupiński, ale nie Łukomski. Kiedy on nie panował nad tym
zebraniem, bo czasami ktoś mówił rozwlekle, wszystko się
przeciągało, a ludzie byli zmęczeni, w związku z tym
powiedziałam, że niech pan przewodniczący rozpoczyna zebranie, a
potem kto inny niech poprowadzi, bardziej umiejętnie. I tak
rzeczywiście się stało.
PYTANIE : Jak go oceniasz jako szefa,
który musiał jednak kierować Związkiem?
Odp. On miał duże umiejętności
organizacyjne, ale brakowało mu czasami wyczucia sytuacji. Bo mnie
się wydawało, że to wszystko co się dzieje, to ogromna fala
ludzkich oczekiwań, bo my byliśmy wtedy władzą dla tych
ludzi, to ta władza nie może powielać zachowań, które
byłyby kojarzone z arogancją. Ale niestety mnie się to
kojarzyło i ludziom, sądząc po ich reakcjach, też. Tak
odczuwali ludzie, którzy stali obok mnie, bo to były często wielogodzinne
stojące spotkania, kiedy różne problemy były rozważane.
Ludzie niechętnie reagowali na rozwlekłe wystąpienia, a
jednocześnie sala reagowała pomrukiem wrogości, kiedy ktoś
próbował przerwać kategorycznie czyjeś wystąpienie. Znowu
władza komuś zamyka usta.
PYTANIE : Dlaczego MKZ skupił
się w WPKM-ie?
Odp. Tego nie wiem. Dyrektora znałam, bo to
był mój kolega, który miał zajęcia w naszej szkole, w
samochodówce na wydziale zaocznym, chyba i wieczorowym - pan Ruchlewicz.
Myślę, że gdzieś trzeba było znaleźć
miejsce, a z jego strony była oferta, ale ja nie byłam na
początku, przy tych rozmowach. Dyrektor Ruchlewicz przez cały czas
stwarzał dobre warunki do funkcjonowania. Najpierw to było takie
biurowe pomieszczenie, taka kajutka, tam było ciasno, bez przerwy tam
ludzie przychodzili - te list, gdzieś to trzeba było zanotować,
kapoty nie było gdzie powiesić, deszcz padał. Ale on był
przychylnie do tego nastawiony, później coraz więcej
wygospodarowywał miejsca, potem już regularnie udostępniał
tę dużą świetlicę, a nawet pierwszy samochód, którym
dysponowaliśmy jeżdżąc w bardziej odległe miejsca - to
był wyremontowany siłami naszych działaczy robotników, był
wypożyczony z WPKM, przez dyrekcję. Był rzeczowy człowiek.
PYTANIE : Co możesz powiedzieć
o Krupińskim, Boberze?
Odp. Wcześniej ich nie znałam, tak
że pierwsze kontakty dopiero w Związku. Bardzo szybko myśmy
się zżyli ze sobą i każdy z nich miał trochę
inną osobowość. Najdłużej to się docierało z
Łukomskim „Mundkiem”, a bardzo szybko nawiązywało się
przyjaźń z tą dwójką. I oceniam, że oni są
sprawni, zwłaszcza Krupiński ma taką dużą swobodę
w wypowiadaniu się dosyć gładkich, często na
okrągło, bo trzeba tak było powiedzieć czasami, on
robił dobra wrażenie, on był akceptowany. Bober był
bardziej kameralny. Bardzo przydatną osobą
był Wiesiek Brycki, który świetnie na-wiązywał kontakty z
robotnikami, którzy przyjeżdżali, on mówił ich językiem.
Również był bardzo sprawny w organizowaniu technicznej strony
spotkań, bardzo operatywny, wydolny, ciągle obecny.
PYTANIE : Kogo jeszcze pamiętasz z
tego okresu?
Odp. Irenę Telesz jeszcze pamiętam.
Osobę, która emanowała energią, entuzjazmem
i zaangażowaniem. Czasami nam tego brakowało, bo później
przychodziło zmęczenie, a ona przynosiła element luzu i
żartu, a jednocześnie zatroskania o to wszystko co było. Z
kobiet to ją głównie pamiętam. Każdy był trochę
inny. Myśmy się w jakiś sposób uzupełniali.
Leszek Lechowski np. był takim bardzo
dokładnym, koncentrował się na szczegółach. Krupiński
zmierzał do pewnych uogólnień, a więc jak gdyby
drobiazgowość Lechowskiego uzupełniał gładką
wymową i odsuwaniem drobiazgów na bok, jako nieistotne.
PYTANIE : On miał zresztą
zacięcie dziennikarskie.
Odp. Właśnie, dlatego on nieprzypadkowo
został rzecznikiem naszym, pierwszym. Te kontakty z prasą były
więc już z głowy, bo on miał z mediami te kontakty.
PYTANIE : Niektórzy mówią, że
miał zbyt duże ambicje.
Odp. Miał, ale miało to
również uzasadnienie w pewnych predyspozycjach. Uważałam,
że dobrze iż nam trafił się taki właśnie
człowiek, który to robił. Czasami być może to jego krasomówstwo
drażniło, ale myśmy mu o tym otwarcie mówili.
Oczekiwaliśmy, że będzie też bardziej konkretny, że
będzie ściśle prezentował nasze stanowiska, nasze
uchwały, dezyderaty, deklaracje, stanowiska itd. On to robił.
PYTANIE : On został po
zjeździe wojewódzkim „Solidarności” przewodniczącym.
Odp. Ale krótko, bo przecież został
wkrótce wiceprzewodniczącym Związku w kraju.
PYTANIE : Jako przewodniczący
Zarządu Regionu, jak on sobie dawał radę?
Odp. Nie brakowało między nami
spięć, bo rzeczywistość była taka, że były
bardzo trudne momenty, kiedyśmy już przez te bardzo liczne problemy w
zakładach pracy (spowodowane przez jedną czy drugą stronę).
I wtedy trzeba było tam jeździć łagodzić spory,
podobnie jak i wewnętrzne problemy, ludzie bowiem w zakładach
pracy spierali się jak należy podchodzić do rozwiązywania
różnych problemów, także sprawy personalne - i to się czasami
przenosiło i na nasze grono, przecież nie tak wielkie, W
Zarządzie Krupiński miał umiejętność
łagodzenia tego rodzaju sporów. Taką osobą, która umiała
rozważnie do wielu rzeczy podchodzić i łagodzić nawet
agresywne za-chowania, był również Andrzej Bober. On był bardzo
konkretny, spokojny, ja go bardzo lubiłam, z nim się dobrze
rozmawiało. Andrzej miał zawsze czas, żeby skupić się
na człowieku, kiedy ktoś przyjeżdżał z problemami,
czasami pogubiony jakiś, potrafił cierpliwie wysłuchać, a
mimo że skracał z konieczności ten kontakt, to jednocześnie
sprawiał wrażenie, że on się pochylił nad ludzkim
problemem. Czasami ludzie przeważnie przyjeżdżali, bo sobie nie
radzili z problemami w zakładach pracy.
Każdy był trochę inny i w
całości myśmy stanowili chyba nie najgorszy zespół
rozumiejący się.
PYTANIE : Ludzi tych skupiła pewna
idea, poglądy światopoglądowe nie były wówczas takie
ważne. Po zjeździe regionalnym „Solidarności”, Krupiński
zostaje przewodniczącym i jednym z pierwszych kroków jest spotkanie w
Komitecie Wojewódzkim PZPR. Jak ty to oceniasz i jak doszło do tego
spotkania, kto był inicjatorem?
Odp. Wielu z naszych kolegów miało
przecież przeszłość partyjną jak wiemy, no nie byli to
działacze wysokiego szczebla, ale należeli do partii. W związku
z tym ja często się zastanawiałam - to przecież mówiono o
czerwonym regionie, ze względu na to, że wielu naszych kolegów należało
do partii. Ja oczywiście nigdy nie należałam do partii, ale
przecież należeli i Kisły i Ruchlewicz, u którego się to
rodziło i Andrzej Bober i Krupiński i Śnieżko i Józek
Lubieniecki - wielu z nich było. Ja to przyjęłam jako rzecz
naturalną. Cóż, taka rzeczywistość jest. Ci ludzie, którzy
teraz identyfikują się z tym co się dzieje (m.in. Irena Telesz)
- przyjęłam to jako coś naturalnego, taki był ten teren. On
nadal taki jest. W związku z tym nie mogło to stanowi kryterium
wartościowania ludzi. Starałam się na tym specjalnie nie
koncentrować, oceniać przydatność tych ludzi, sposób ich
myślenia. Czasami nie do końca się z tym godziłam, też
czasami miałam wątpliwości, czy to dobrze, że my idziemy do
tego Komitetu, ale z drugiej strony było wiadomo, uczyliśmy się,
że istnieje ten Komitet jako ta władza. Nie mamy zamiaru obalać
władzy, stykamy się w wielu zakładach pracy z różnymi
problemami, jest to ta wiodąca siła, która ma zagwarantowane
rządy. Nie można udawać, że tego nie ma i jakkolwiek z dużą
niechęcią tam się udawałam, czułam się
dość nieswojo i zastanawiałam się nad tym, jak to
zostanie przyjęte przez ludzi. Obce ciało, my jesteśmy tak
różni, jesteśmy jak gdyby na drugim biegunie, ale z drugiej strony
pocieszałam się tym, że tam też powiało czymś
nowym, ruchy poziome zaczynały tworzyć się w partii, że
być może oni wobec tych przemian i tego ożywienia
społecznego, zaczną się zastanawiać nad tym, że i
u nich powinno się cokolwiek zmieniać. Nawet doszliśmy do
wniosku, że nasi koledzy, którzy nadal mają legitymacje partyjne,
uczestnicząc w tych zebraniach, powinni przyglądać się temu
co się tam dzieje. Powinni być zorientowani na to czy jest szansa na
to, że to zacznie się reformować. Dość trudne to
było w sumie, niemniej były tego rodzaju rozmowy. Zastanawiałam
się, czy nie powinno to być tak, że oni według
zupełnie po przeciwnej stronie tych zdarzeń społecznych, które
się działy, tam też było przecież duże
ożywienie i pewnie spory niepokój, jak to się wszystko potoczy, a jak
potem się dowiedzieliśmy, były bardzo konkretne plany
również pacyfikacji, ale myśmy wówczas uznali, że no cóż
stanowią oni być może jakiś zalążek reformowania
się tych struktur partyjnych, tak ja z jednej z dyskusji troszeczkę
pamiętam.
PYTANIE : Kto był wówczas I
Sekretarzem KW?
Odp. Laskowski.
PYTANIE : Jaki był przebieg tego
spotkania?
Odp. Laskowski był, ale chyba również
Mokrzyszczak. Było to spotkanie bardzo uładzone. Myśmy siedzieli
przy tym stole, oni z drugiej strony i przyznam się, że jakkolwiek z
takimi dużymi oba-wami szłam, bo sądziłam, że
może dojść do bardzo ostrych spięć. Ja nie miałam
takiej natury rewolucyjnej, nie bardzo chciałam, żeby to się
skończyło wielkim zgrzytem, gdyż wiedziałam, że i tak
jest nam bardzo trudno w zakładach. I gdyby tutaj doszło, nie daj
Boże, do ostrych wypowiedzi, wzajemnych ataków i z naszej strony
oskarżeń, to mocno utrudni funkcjonowanie na codzień. Bardziej
mi zależało na tym jak budować te struktury
w zakładach pracy, żeby ludzie sobie radzi-li z własnymi
problemami niż na wysokim szczeblu wywoływać jakąś
wojnę. tego nie chciałam. I tak się później stało, bo
to była ewidentna prowokacja z tym wywiadem Samitowski - Irena Telesz.
Byliśmy ostrzegani o Samitowskim, wiedzieliśmy, że to
był wyjątkowo cyniczny człowiek, dziennikarze nas ostrzegali, a
jednak oni dość naiwnie tak jakby zawierzyli: Irena Telesz,
Łukomski i Krupiński. Bardzo cynicznie, bezwzględnie
wykorzystano przeciwko nim, wyciągnięto tam jakieś osobiste
sprawy, i to była świadoma prowokacja, która miała
doprowadzić do zgrzytu. Ten wywiad był po
spotkaniu w KW (????). Bo na pewno nie byłoby to takie gładkie,
chociaż naprawdę ne jestem pewna. (????)
To spotkanie miało spokojny i rzeczowy
charakter. Myśmy się zaprezentowali, kilka problemów takich, które
należało rozwiązać zostało zgłoszonych:
zaopatrzenie sklepów i inne, oraz problem naszego funkcjonowania w
zakładach pracy. To było wszystko bez napaści, czasami tylko
ostrzejsze sformułowania ale nie przekraczały one granicy pewnej
normy.
PYTANIE : Kto był z tamtej strony?
Odp. Był Laskowski, Mokrzyszczak, ale nie
zapamiętałam wszystkich.
PYTANIE : Czy była z tego
jakaś notatka czy protokół?
Odp. Był komunikat. Oni do nas odnosili
się z pewnym szacunkiem i myśmy
przyzwoicie ich traktowali. No istniejąca struktura władzy, jakby nie
było. Nie byliśmy agresywni, ale też zaznaczaliśmy … Z
całą pewnością zanim poszliśmy do tego Komitetu,
pamiętam taką refleksję, że nie możemy
dopuścić do tego, aby nie nastąpiło jakieś naturalne
wdrukowanie (?) się w te władze poprzez częste kontakty. My
jednak jesteśmy czymś innym.
PYTANIE : Czy nie było opinii,
że to powinno być zorganizowane na neutralnym gruncie?
Odp. To chyba nie było dyskutowane, ale to
byłoby chyba w gruncie rzeczy fałszywe, no bo spotykamy się z
aktywem KW, istota rzeczy się nie zmieni nawet gdybyśmy spotkali
się gdzie indziej. Oni tam mieli naturalne warunki, chyba byli trochę
tym przejęci, my również podenerwowani troszkę.
Postanowiliśmy uważać na jedno, żeby nie pójść na
zbyt wielkie zbliżenie, chyba nie było tego zlania się dwóch
różnych władz, które tak były postrzegane, gdyż czy
byliśmy też władzą, tak byliśmy postrzegani. Ludzie do
nas przychodzili z różnymi problemami, również osobistymi,
łącznie z problemami - co było zabawne, a momentami dramatyczne
- zupełnie osobistymi, rodzinnymi. Gama tych problemów była tak
szeroka, że byliśmy czasami bezradni …
Jako szalony zgrzyt, jako kubeł zimnej wody
na ich ci przedstawiciele komunistycznego estabiliszmentu, potrafią
być cyniczni i wredni (myśmy wiedzieli, że mamy jakiś
wpływ, ale nie mamy władzy) - uczestniczyliśmy w spotkaniach,
żeby rozwiązywać konkretne potrzeby, czy w spotkaniach z
prezydentem miasta, czy dyrektorem dużego zakładu pracy:
Zakładów Mięsnych, czy innych. Liczyli się z nami jako
reprezentanci szerokiej opinii publicznej i że to są sprawy takie
najważniejsze dla ludzi - a więc musimy z tymi władzami jak
gdyby współgospodarzyć wręcz. Tak to zapamiętałam, ale
jednocześnie te zgrzyty, które się tam pojawiły z tym
Samitowskim, to u-znaliśmy, że jest to perfidna prowokacja, ponadto
wypowiedzi Wojnowskiego, który gdzieś tam publicznie wypowiedział
się, że mu tu kaktus wyrośnie jak „Solidarność”
powstanie. Ciągle jakieś światełka się zapalały,
że są tacy, którzy nie chcą przyjmować, że to jest
ruch wielki, szeroki, wielomilionowy i że jedynie siłą
można by go zdusić. Poprzez konkretną pacyfikację. To nie
jest tak, że jakaś publiczna wypowiedź nie ma gdzieś
wsparcia w znacznie wyższych strukturach. Było to mocno powiedziane i
to tak bardzo groźnie, że w naszych rozmowach, kiedy myśmy
próbowali też przewidywać pewien przebieg zdarzeń nie wolni od
pewnych obaw. Ruch przybiera ogromny kształt i ta władza będzie
musiała temu jakoś przeciwdziałać. I zanim pojawiły
się pierwsze symptomy szykowania się władzy do czegokolwiek, do
pacyfikacji, to już wcześniej takie obawy u nas były. Do tego
stopnia byliśmy przezorni - było to bardzo ważne - że
uważaliśmy, że można gdziekolwiek schronić się
przed podsłuchem czy inwigilacją, to myśmy próbowali - bo
zdawaliśmy sobie, że w tych miejscach gdzie żeśmy na
stałe urzędowali, są podsłuchy, że wszechobecny
był podsłuch i wszechobecna penetracja była także w naszych
szeregach, co potem w stanie wojennym się okazało.
PYTANIE : Jaki był stosunek
Zarządu Regionu „Solidarności” do strajku w OZGrafie?
Odp. Ja w tym strajku uczestniczyłam,
byłam nawet ich takim … oni mieli swego rzecznika, jeden z członków
Komitetu Strajkowego był ich rzecznikiem. Przewodniczącym Komitetu
Strajkowego był Józef Nowak. Poznałam tam wiele bardzo miłych,
sympatycznych ludzi. Ja byłam nawet od-delegowana, żeby być tam
cały czas. Wspomagałam ich, bo wtedy wokół tego strajku
gromadziły się nie tylko lokalne środki przekazu, ale
również „Trybuna Ludu”, TV - warszawska, sporo ludzi tu
przyjeżdżało i interesowało się gdyż było to
duże wydarzenie, nagłośnione także w Polsce. Trzeba było
chronić strajkujących przed przebiegłością i cynizmem
dziennikarzy …
Teraz oczywiście szczegółów nie
pamiętam, mogę powiedzieć tylko, że to była
prowokacja. że ten strajk został sprowokowany, z tym że
niezależnie od tego …
PYTANIE : Strajk został sprowokowany,
czy był tylko prowokacyjnie przedłużany?
Odp. Sam strajk został sprowokowany i
być może przeciąganie tego strajku, też było
prowokowane dlatego, że prokuratura …
PYTANIE : To zaczęło się
od „Dni bez Gazety”.
Odp. Na samym początku mnie nie było, nie
uczestniczyłam w tym, a więc nie znam zupełnie początku tej
całej sprawy w OZGrafie, ale w momencie kiedy zadecydowało Prezydium,
że ja tam powinnam być i zamiast przychodzić do naszej siedziby,
to od razu tam się zjawiałam, to zorientowałam się, że
jest coś bardzo niedobrego w tym wszystkim, bowiem tak: w pewnym momencie
zarówno my jako reprezentacja „Solidarności” wojewódzkiej, nie
zapanowaliśmy nad tym i to zaczęło bardzo nabrzmiewać,
nastroje były bardzo niedobre wśród załogi, w tym poczucie
zagrożenia, bo zaczęły pojawiać się groźby ze
strony prokuratury i to formalnie również na piśmie, że
bezpośredni działacze „Solidarności” uczestniczący w tych
zdarzeniach poniosą odpowiedzialność karną za te wypadki,
które miały tam miejsce. Czyli grożą im poważne kary, z
pozbawieniem wolności włącznie - jak dziś pamiętam.
Górna granica tego zagrożenia to było 8 lat. Wtedy lęk ludzi
przed tym, że jeżeli ten strajk się skończy, a oni nie
będą mieli gwarancji, że te osoby, które uznano za przywódców
nie będą chronione przed represjami, przed wyrokami, że nie
można tych ludzi zostawić samych sobie. Z drugiej strony nacisk
władz „Solidarności” był tak duży, że-by czym
prędzej przerwać ten strajk, bo się zbliża Zjazd
„Solidarności”. Sytuacja szalenie dramatyczna, patowa i ja się temu
przyglądałam i powiedziałam, że jeżeli się nie
zagwarantuje tym ludziom bezpieczeństwo. To było bardzo ważne,
gdyż ten strajk w pewnym momencie był bardzo ważnym wsparciem tego
ogólnopolskiego strajku, tej akcji, która przebiegała pod hasłem
dostępu do środków przekazu. I teraz kiedy ci ludzie zostali jakby
wmanewrowani poprzez samych siebie, przez to, że tak ostro sobie tutaj
poczynali, w taką ślepą uliczkę. I teraz przedstawiciele
ich samych sobie z tym zagrożeniem konkretnym, gdyż trudno było
orzec na ile ta władza blefuje, a na ile rzeczywiście może to
się skończyć represjami. To było w moim przekonaniu nie do
przyjęcia. Wiem, że wtedy dochodziło do ostrych sporów
między nami. Tutaj przyjeżdżał także Kuroń,
przedtem był Onyszkiewicz, mnie nie było wówczas. I ci emisariusze
Lis z Kuroniem. Pamiętam, że ja i jeszcze paru robotników
mówiło, że na tym bardzo wysokim szczeblu działaczy
„Solidarności” oczekujemy wręcz glejtu, że ci ludzie będą
chronieni. Ponieważ czegoś takiego nie mogliśmy się dowalczyć
(?), w związku z tym uważałam, że żądanie takiego
bezwarunkowego zakończenia strajku, to jest niemoralne trochę wobec
tych konkretnych ludzi zagrożonych karami więzienia. Doszło do
spięcia zarówno z Kuroniem jak i z Mirkiem Krupińskim. Powiedziałam: Mirek, ty byłeś tutaj na
początku, mnie tu nie było. Byłam poza Olsztynem i trzeba
było przewidzieć konsekwencje, że ci ludzie po tych incydentach,
które miały miejsce, z dyrektorem zakładów doszło do
spięcia, wbrew jego decyzjom, zablokowali tam jakiś druk, a
przecież nie robili tego w imię własnych interesów, tylko w
imię ogólnopolskiego hasła bardzo ważnego dla całego
Związku, a teraz kiedy to przybrało wymiar jak gdyby konfliktu
lokalnego, to się od tych ludzi oczekuje, że oni tak z marszu
powiedzą, że dla dobra wspólnego i wyższego, my przerwiemy ten
strajk bez jednoczesnej gwarancji bezpieczeństwa. To dla mnie było
nie do przyjęcia i ja byłam temu przeciwna, uważałam,
że to jest niemoralne i pamiętam również, że
zależało mi na tym, że-by ten strajk zakończyć, bo ja
wiedziałam, że w atmosferze strajku rozpoczynanie Zjazdu, kiedy my
musimy jako delegaci jechać: Krupiński i ja i Lubieniecki, … I
zostawienie tych ludzi i równocześnie wymuszanie, żeby to była
decyzja władz krajowych Związku, żeby ich zmusić do
za-kończenia tego strajku bez gwarancji, to było straszne. I wtedy
myśmy zaangażowali tych lokalnych posłów, pamiętam to,
żeby ich zmusić do tego, żeby oni również te gwarancje
dali. Oni pośredniczyli w tych rozmowach z prokuratorem.
PYTANIE : Jak oceniasz ich rolę?
Odp. Sądzę, że była dobra wola
z ich strony, ale też niewiele oni mogli. Oni poprzez kontakt ze
strajkującymi, mieli świadomość tego co
przeżywają ci ludzie, że tam się dzieje dramat. Oni się
czują zagrożeni, a na pewno ze strony prokuratury były gesty
bardzo wrogie i wręcz, twierdzę, prowokacyjne, bo oni np. nie chcieli
się godzić na rozmowy na terenie zakładu, stawiali ciągle
jakieś warunki. Jakby zależało im na tym, aby ten strajk się
przeciągał. Szalenie trudno było wyjść z tej
ślepej uliczki i równocześnie o tyle taka dyskom fortowa sytuacja,
że naciski były z obu stron - bezwarunkowe przerwanie strajku z tym
poczuciem zagrożenia u tych ludzi, którzy siebie wmanewrowali w bardzo
trudną pełną różnych obaw i konsekwencji
sytuację, a potem jakby troszkę zostawieni sobie.
PYTANIE : Czy w pewnym momencie ze
względu na ambicje Zarządowi czy Krupińskiemu ten strajk
był potrzebny?
Odp. Tak, w pewnym
momencie on pod wpływem tych nacisków, które były ze strony krajowych
władz Związku, gotów był wywierać presję, żeby
ten strajk zakończyć. I dlatego miałam o to do Mirka
pretensje. Mówiłam, a gdzie była twoja głowa i przewidywanie,
kiedy można było na początku po prostu powiedzieć „stop”.
Wtedy tego nie powiedziałeś, a kiedy ten konflikt tak bardzo nabrzmiał,
że zarzucano tym drukarzom, naruszenie prawa, wtedy chcesz
spacyfikować strajk. Chcesz być w porządku wobec władz
krajowych. Nie bierzesz tego pod uwagę, że ci ludzie zostaną
tutaj z rodzinami, które płaczą, z groźbą wyrzucenia z
pracy i także z groźbą procesów sądowych. To mnie
mocno poruszyło, wręcz poróżniło także z Mirkiem.
Wyjeżdżaliśmy już z takim ustaleniem, że oni sami w
OZGrafie podejmą decyzję, o zakończeniu strajku, bez
narzucania im przez władze krajowe. Z taką naszą obietnicą
i gwarancją, że do Zjazdu zwrócimy się o tego rodzaju
gwarancje dla nich, jeżeli one będą potrzebne, a tutaj
prokuratura nie ustąpi i że my stanowimy taką gwarancję dla
nich my ludzie, którzy z nimi byli, nie spali po nocach. Jechaliśmy
Andrzej Bober i ja, jednym samochodem i byliśmy tak zmęczeni, że
nieomal do wypadku nie doszło. Kiedy po nocach nieprzespanych
jechaliśmy w nocy, jechaliśmy prawie w ostatniej chwili. W pewnym
momencie na drodze, kiedy jeden z delegatów prowadził samochód,
zmęczony, wyobraź sobie, że zjechaliśmy, zamiast
zakręcić, gdzieś tam w pole. Zmęczenie to spowodowało.
Na szczęście nie było to groźne. I był taki moment
kiedy to zmęczenie dało znać o sobie. Przyjechaliśmy przed
„Oliwię” i kierowca nie zauważył schodów i o mało co nie
zjechaliśmy po schodach, bo tam był taki plac przed „Oliwią” i
dosłownie w ostatniej chwili zatrzymał się samochód. Ale
byliśmy bardzo przygnębienie tym wszystkim. Także tą
postawą naszych liderów tutaj: Mirka Krupińskiego i jeszcze paru
osób. Bo ja powiedziałam: ja wiem, że tutaj racje …(? AP)
przemawiają za tym, żeby ten strajk bezwarunkowo zakończyć,
a potem martwić się jak chronić ludzi, z drugiej strony wiem, co
ci ludzie przeżywają, czego oczekują od nas. Jak solidarni to
razem z ni-mi - to już jesteśmy do końca z wami, wbrew temu jak
ktoś nas oceni. Że zaszkodzimy Związkowi - i tego rodzaju opinie
się pojawiały. Dobrze, ale jak była ta ogólnopolska akcja, to
nikt nie brał pod uwagę, że może dojść do prowokacji
i do lokalnego konfliktu.
PYTANIE : Jak oceniasz postawę
Józka Nowaka?
Odp. On się cieszył dużym
autorytetem. Ludzie tam byli bardzo solidarni, bardzo zdyscyplinowani, bardzo
odpowiedzialni.
PYTANIE : A czy była może tam
grupa krzykaczy?
Odp. Nie, może na początku tak
było, ale ja o tym nie mogę powiedzieć, ale później
wśród członków Komitetu Strajkowego nie zauważyłam tego.
Jeżeli to była prowokacja, a na pewno była, to mu-siało
się odbyć tak zręcznie, tak przygotowane, że kogoś tam
podpuszczono i potem nie było już możliwości wycofania
się. Na szczęście to się skończyło tym, że
oni tu sami podjęli decyzję o za-kończeniu tego strajku, kiedy
przyjechał Kuroń wiem, że nawet jego wystąpienia były
przyjmowane z dość dużą dezaprobatą. Jego
wystąpienie miało charakter bardzo polityczny. Mówił o tym,
że przyjdzie czas, że będziemy obalać władzę, a
ludzie mówili, nie - my tu nie chcemy władzy obalać, my chcemy
załatwić swoje własne problemy, a równocześnie kiedy
jesteśmy w potrzebie, to pan tutaj przyjeżdża i takie mowy
polityczne głosi, nie biorąc pod uwagę, co się z nami tutaj
stanie.
PYTANIE : Józef Nowak w pewnym momencie
nawet nie chciał doprowadzić do tego spotkania.
Odp. Tak. Ja zresztą Kuroniowi też to
mówiłam, że mimo iż jest tak popularną postacią, to
kiedy będzie mówił o zakończeniu strajku bez gwarancji bezpieczeństwa,
może zostać potraktowany jako obce ciało. W znacznie bardziej
stanowczy sposób mówił Bogdan Lis, który reprezentował sekcję
drukarzy w tych strukturach krajowych. On miał jakby większe wyczucie
sytuacji jaką tutaj zastał, natomiast Kuroń przyjechał z
takim bojowym nastawieniem jako polityk, że on tutaj bez większych
problemów sobie poradzi. To zapamiętałam jako niezbyt dobre
doświadczenie - brak odpowiedzialności za losy ludzi, którzy
mają tutaj zostać. Przyznam się, że nawet do mnie mieli pretensje.
Powiedziałam tak, teraz już za późno mówić o tym, że
to będzie źle odbierane, że Zjazd powinien odbywać się
w spokoju, kiedy nie ma strajków. A tuż przed Zjazdem była to
ogólnopolska akcja i musiało być brane pod uwagę, co się
stanie jak będzie prowokacja, jak ludziom będzie groziło np.
aresztowanie, a w interesie Związku będzie przerwanie tego strajku,
co wtedy. Co z kolegami, którzy staną się jak gdyby ofiarami tej
ogólnopolskiej akcji - tak się właśnie stało w Olsztynie. I
żadne racje polityczne nie zwalniają nas z obowiązku bycia
cały czas z tymi ludźmi, którzy zwyczajnie boją się
rozprawy sądowej.
PYTANIE : Czy jeszcze
chciałabyś coś powiedzieć o tym okresie pokojowym w
życiu Związku?
Odp. Na początku my byliśmy taką
jednością, nieistotne było co kto robił, jakie ma
poglądy, stosunek do religii, do ideologii, do spraw, które w
przyszłości zaczęły się jawić jako rzeczy bardzo
istotne. Przy formowaniu programu „Solidarności” już różnicujące
nas, czyli później i w naszym gronie zaczęło się
stawać dość istotne. Zaczęło wychodzić, kto ma
bardziej lewicowe poglądy, kto konserwatywne, kto ma określony
stosunek do Kościoła, do spraw wiary, jako rzeczy bardzo istotnych w
życiu tego narodu. To zaczęło być bardzo widoczne
i ważne. Dochodziło już do ostrzejszych spięć,
czyli kto na daleko idące kompromisy zaczyna się godzić. Np.
mnie się wyda-je, że tu już dalsze kompromisy są
niemożliwe. To wszystko zaczęło powodować, że coraz
trud-niej się współpracowało. I to m.in. spowodowało,
że ja złożyłam rezygnację z etatowego pełnienia
funkcji dlatego, że ja nie chciałam godzić się
z wieloma uchwałami, które wtedy zapadały. Oczywiście
pracowałam w dalszym ciągu, ale już społecznie, jako
członek Zarządu Regionu i członek Prezydium. I wtedy moja
aktywność skierowała się bardziej na pracę w
ściśle szkolnych strukturach.
PYTANIE : Kiedy zrzekłaś
się etatu rzecznika?
Odp. Musi być gdzieś ten dokument. To
było w związku z kampaniami, które coraz częściej
zaczęły się pojawiać, także politycznymi. To był
już chyba listopad. Uczestniczyłam oczywiście nadal w zebraniach
Prezydium, ale jakby nie chciałam pewnych rzeczy firmować.
PYTANIE : O czym myślisz, o jakich
rzeczach?
Odp. Było coś dziwnego, gdyż z
jednej strony byli tacy koledzy - ja pamiętam, ale nie chcę
mówić nazwisk - którzy zachowywali się w sposób szalenie
buńczuczny. Mówili: - „poradzimy sobie”, „Gotowi jesteśmy
przeciwstawić się w sposób ostry władzy” - czyli już
było wiadomo, że szykuje się coś niedobrego. Mnie się
nie podobały te buńczuczne uchwały, które w moim przekonaniu
świadczyły o braku odpowiedzialności za słowo, a z drugiej
strony było coś takiego, że tacy byli którzy chcieli
iść na daleko idące kompromisy. Czyli cały czas takie
właściwie „Przepraszam, że żyję”. I ja w tym wszystkim
jakoś nie umiałam się znaleźć. Uważałam,
że powinien być opracowany taki złoty środek. Na
posiedzeniach Zarządu Regionu pojawiła się taka grupa, co to w
trampkach na Ruska gotowi byli iść i taka grupa, która by gotowa
iść na ciągłe kompromisy wobec władzy. A prowokacje
się mnożyły, bo to wojsko było wszechobecne i takie
wypowiedzi zaczęły się pojawiać w prasie centralnej
i lokalnej, pogróżki pod adresem „Solidarności”, której kres
trzeba położyć. Natomiast tych ludzi, którzy uważali,
że trzeba wypracować takie stanowisko środka, było
niewielu.
PYTANIE : Czy mogłabyś
wymienić nazwiska tych ludzi środka?
Odp. Nie, bo musiałabym wymienić
też tych innych (… ZZ). Nie ważne co było przedtem, jakie
były między nami różnice. Trzeba było się tym
zająć w imieniu tych władz, które kiedyś istniały,
głos zabierać, zajmować się organizowaniem wszystkiego co
było - potem różnice nie były istotne.
(Okazuje się, że do tych
buńczucznych należeli Żyliński i Symołon z
Kętrzyna, a do umiarkowanych Grażyna i Gierczak - Z.Z.)
PYTANIE : Przechodzimy więc do 13
grudnia. To są na tyle sprawy ważne, że dobrze byłoby
gdybyś szczegółowo opisała ten dzień i następne - tak
jak pamiętasz.
Odp. Tuż przed stanem wojennym atmosfera
była niedobra. Myśmy mieli już dziwne sygnały, że
coś wisiało w powietrzu. Spodziewaliśmy się, że
może nastąpić zawieszenie prawa do strajku, że być
może nawet zawieszenie działalności związku, ale że
skończy się to wprowadzeniem stanu wojennego, taką totalną
pacyfikacją - nie myśleliśmy chyba o tym. Natomiast gdzieś
wewnętrznie było jednak poczucie zagrożenia. Coraz
częściej nie można było uzyskać połączenia.
Nie dochodziły faxy (może teleksy? - ZZ). Nie mieliśmy kontaktu
z innymi regionami. Była atmosfera przygnębienia. Ja byłam
codziennie obecna w Zarządzie Regionu. Z informacji, które mimo wszystko
otrzymywaliśmy, wynikało, że wygląda na to, że
coś się dzieje z wojskiem, jakieś koncentracje milicji i wojska.
I takie przeczucie, że coś się zdarzy, ale nie było
konkretnego wyobrażenia, że oni wejdą, coś tam
zdemolują. Staraliśmy się raczej nie dopuszczać tego do
świadomości. Ja np. miałam takie dziwne telefony do domu.
Muszę przyznać, że one mnie bardzo niepokoiły,
wstydziłam się do tego przyznać, że one powodują,
że ja już nie śpię do rana. Miałam takie telefony,
mówię: ktoś głupkowate żarty sobie robi i przeszkadza mi
spać, chce żebym przychodziła zmęczona do pracy, do
Regionu. Były takie telefony. Nie było tam pogróżek, ale,
że … takie śmieszne, wiesz - nawet wstydziłam się
gdziekolwiek powtórzyć - ciągle taki sam telefon: „Brzoskwinie przyjdą
transportem nocnym”, „Pamiętaj, brzoskwinie przyjdą transportem
nocnym”. Ja mówię: „Niech się pan odczepi ode mnie” - bo to
jakiś facet. „Niech pan do hurtowni zadzwoni, czy gdzieś tam”.
Przecież to był grudzień, mówię: „Rysiek, do jasnej
cholery, co to za jakieś telefony. Bez przerwy ten sam głos i te same
brzoskwinie. Co on się zaparł na nas”. Były też telefony
kierowane do mnie z wyzwiskami, z obelgami, ale już takie, żeby mnie
zdenerwować. Stek bluźnierstw. Powtarzały się późnym
wieczorem. To był grudzień. Takie nękające. Z jednej strony
były te enigmatyczne, a z drugiej strony te, których nie było
przedtem, takie z wyzwiskami na mnie. Takie, których już nie
powtórzę bo były obrzydliwe, takimi epitetami zostałam
określona, kim to ja jestem. Były straszne zupełnie. Takie
przykre, bo nigdy nie wiedziałam kto dzwoni, a tu bluzganie, jakieś
takie głosy, a momentami to było nawet tak jakby to była
dość duża grupa ludzi, bo ja słyszałam głosy
jakby pijackie, wyraźny był, jakby dochodziło, że było
tam dużo ludzi: chichoty, śmiechy, drugi głos odpowiadał,
jakąś kolejną obelgę - takie, które wytrącały z
równowagi i wiedziałam, że one do tego zmierzają.
Powtarzające się i trochę inaczej. Ja w końcu już
zmęczona tymi powtarzającymi się telefonami, kogoś
zapytałam: „Słuchajcie, czy macie jakieś telefony, bo mnie
ktoś sobie upatrzył jako ofiarę. Rysiek mówił: a daj sobie
spokój, a daj sobie spokój. Ja mówię, dobra, jak mnie budzą w
środku nocy. Ja byłam już tym wyczerpana.
PYTANIE : A czy inni otrzymywali podobne
telefony?
Odp. Takie paszkwilanckie tak, natomiast innych
nie mieli, albo krępowali się przyznać, bo to by mogło
świadczyć, że ty się czegoś zaczynasz bać,
że coś tam przyjdzie. Przecież wiadome było, że nie
chodzi o brzoskwinie, tylko chodzi o to, że coś się stanie
nocą. Nie wiem, nikt mi nic takiego nie powiedział, a może
się wstydził, bo ja się wstydziłam przyznać, wiesz …
nawet Ryśkowi nie chciałam powiedzieć: „To pomyłka
jakaś była”. A ja nie chciałam niepokoić, chociaż sama
byłam dobrze zaniepokojona. A już później gdy były te
kłopoty i myśmy mieli sygnały, pamiętam ode-brałam
jakiś telex, że tam zaobserwowano jakieś ruchy wojska na
Śląsku, to myślę: „Jasna cholera, tutaj mamy, że
coś się dzieje, że do Gdańska coś tam jedzie, a
więc na Śląsku coś się dzieje. Żeby te
brzoskwinie nie przyjechały” - tak sobie myślałam. I wtedy,
pamiętam, komuś powiedziałam, chyba Andrzejowi Boberowi:
Andrzej, czy to jest przypadek, że są takie telefony? A on mówi: No
chyba ten sejm coś tam postanowi, ale jeszcze trochę mamy czasu,
zanim on się zbierze. Wtedy będziemy się martwić. A
później, jak wiesz, stało się to, co się stało.
Wyznaczone mieliśmy dyżury. My kobiety
nie po nocach, bo to nie miało sensu, ale często do późnych
godzin byłyśmy tam, ale nocne dyżury to już były
chłopaków. I oczywiście ja już byłam w domu tej nocy.
Byliśmy już trochę przygotowani do tego, że może
się coś zdarzyć, ale nie aż tak dramatycznego. Była
wtajemniczona grupa osób na wypadek gdyby się coś stało - nie
bardzo wiadomo co i w jakim kształcie - że była jakaś
struktura władzy. Żeby nie wywołać wilka z lasu, to
się nie mówiło o aresztowaniach, ale gdzieś w
podświadomości coś takiego było, że może się
coś zdarzyć. Ale te decyzje były w tak ścisłym gronie,
że mimo iż ja byłam dalej w Prezydium, to nawet nie bardzo
chciałam wiedzieć.
PYTANIE : A czy teraz coś
bliżej wiesz na ten temat?
Odp. Że odbywały się te spotkania
poza Olsztynem. Byli to ludzie ciągle z tego samego ścisłego
grona, tyle, że nie ci partyjni. W gruncie rzeczy jednak to wszystko
się posypało, bo były te internowania i cały komplet
poszedł za kratki. I z tych ludzi, którymi ja powinnam coś
ustalić co dalej robić, to ja zostałam sama. Jedno co
wiedziałam, to , że nie mogę siedzieć i czekać,
aż się samo cokolwiek zorganizuje, tylko trzeba się
organizować i trzeba pójść do dużego zakładu pracy,
tam jest póki co w miarę bezpiecznie, no i po prostu uznałam, że
muszę się tym zająć i nie czekać, aż się
ktoś zgłosi. Czekałam, aż ktoś
się zgłosi i tak spontanicznie zaczęliśmy. W imieniu
władz Związku formułowałam odezwę i nie tylko
odezwę.
PYTANIE : Czy masz treść tej
ulotki, która stała się aktem oskarżenia?
Odp. Ja się z tym zapoznałam teraz na
świeżo w 1992 roku, ponieważ odbyła się ta rozprawa w
lutym, chyba 10 lutego. Rozprawa w Sądzie Wojskowym na wniosek Prokuratora
Generalnego. Ponieważ ciążył na mnie wyrok i te zarzuty.
Oczywiście nie na mój wniosek odbyła się ta rozprawa, z
urzędu i zostałam o tym powiadomiona, że prokurator wnosi
o rewizję tego wyroku. I odbyła się taka rozprawa w SN w
Warszawie. I zostałam oczyszczona z tych zarzutów i wtedy treść
tej ulotki została odczytana.
Akt oskarżenia był bardzo poważny,
bo to było oskarżenie z 7 artykułów dekretu o stanie wojennym,
który oskarżał mnie o działanie przeciwko ustrojowi, przeciwko
porządkowi państwa i że działałam wbrew prawu stanu
wojennemu, naruszałam ten dekret, podejmując
działalność polityczną na terenie zakładu pracy, wbrew
postanowieniom tego dekretu. I treść tej odezwy, którą mi
przypisano - zresztą zgodnie z prawdą - ale do czego ja się do
końca nie przyznałam i że ta treść tej mojej odezwy
zawierała i nieprawdę i mogłaby wywołać skutki
groźne dla państwa, łącznie z przelewem krwi. No, nie
przewidziane w ogóle reperkusje i skutki. I ta odezwa została na tej
rozprawie odczytana. Zresztą bardzo mi się podobała, jak ją
odczytałam.
PYTANIE : Co ona zawierała?
Odp. Była ona bardzo stonowana, gdyż
miałam świadomość tego, że sytuacja jest bardzo
groźna, że ludzie siedzą w więzieniach, że jest ogólny
lęk przed tym co będzie dalej, a jednocześnie poczucie
krzywdy, która dotknęła wiele ludzi i tego, że jesteśmy
terroryzowani w tej chwili. Zważywszy, że ludzie są różni,
może to z jednej strony spowodować albo całkowite zastraszenie
ludzi, po-chowanie się w zakamarki - to też byłoby niedobrze,
gdyż nie byłoby tej solidarnej pracy na rzecz wolności, na rzecz
tych wszystkich poszkodowanych, utrzymanie tych więzi między
sobą, tych ludzi, którzy zostali zamknięci. Pomyślałam
też sobie, że i prowokacje będą zapewne ze strony
władz, służb bezpieczeństwa i będą tacy, którzy
się poddadzą tym prowokacjom, bo są impulsywni i spontaniczni.
To musi być takie, żeby zawierało prawdę o tym co się
stało, a z drugiej strony jakby był ten apel do solidarnej postawy,
żeby się nie poddać, żeby się organizować, ale
broń Boże nie poddać się prowokacjom, nie wyjść
na ulice, bo może być użyta siła przeciwko ludziom. Nie
wolno wychodzić na ulicę, trzeba to robić w miejscach pracy
między sobą organizować się, bronić się przed
skutkami represji. I równocześnie uważałam, że trzeba
twardo powiedzieć, że naruszona została konstytucja, i to
jeszcze zostało w tej odezwie powiedziane, że wprowadzenie stanu
wojennego jest naruszeniem konstytucji, że tylko sejm mógł coś
takiego uchwalić, że ten generał to działa wbrew prawu,
także ówcześnie istniejącemu, że działa przeciwko
swoje-mu narodowi, że niewinni ludzie ponieśli dotkliwe także
pseudo kary. Jednym słowem, taka jest intencja tego. To jest powiedziane
nawet dość zręcznie. Taka jest konstrukcja tego dokumentu. I ja
uzurpowałam sobie w pewnym sensie prawo do podpisania tego jako
Zarząd Regionu. Uważałam, że mam takie prawo, ponieważ
ci którzy siedzą, nie mogą tego zrobić, a ja jestem i powinnam
wyrazić stanowisko. Uważałam, że gdyby ci ludzie byli na
wolności, to by się pod takim tekstem podpisali. Merytorycznie
więc ja jestem za to odpowiedzialna. Już później, sprawa
techniczna, to nawet nie bardzo chciałam wiedzieć, to
rzeczywiście Irena na maszynie przepisywała z mojego rękopisu. W
OZOS-ie to było, bo tam przecież żeśmy poszły szukając
kontaktu. Wiedzieliśmy bowiem, że trzeba coś robić, nie
można milczeć, żeby ludzie płakali. To było 13 grudnia
(ktorego roku?). Poszłam do tego OZOS-u i
tam nad tym pracowałam, siedziałam i właściwie tylko przez
mgłę pamiętam, co tam się działo. Ludzie z OZOS-u
zajęci byli organizowaniem strajku. Przychodzili z innych zakładów,
którzy też szukali jakiegoś kontaktu. Mnóstwo ludzi się tam
przewijało. Mnie tam zrobiono miejsce żebym mogła się
skupić i pracować nad tym tekstem, który ja pisałam. Irena,
kiedy ja to przepracowałam i przepisałam jeszcze raz (ołówkiem
pisałam na takim pożółkłym papierze, byle jakim maszynowym
- pamiętam te kartki), wzięła to do przepisania na maszynie.
Przeczytałam, powiedziałam: „tak, to może pójść”. A
resztę to róbcie już tam inni. I to poszło do powielenia i
kolportaż już kto inny załatwiał. Nawet nie wiedziałam
kto. Później jeszcze pracowałam nad czymś innym, mianowicie (…)
PYTANIE : Te ulotki później
były dowodem. W jakim one były kształcie? Czy to był twój
rękopis?
Odp. Nie, bo ja rękopis zniszczyłam. Oni
już mieli powielony. To była jedna strona. To była odezwa, chyba
taki tytuł. Później jeszcze pisałam krótsze teksty, takie
hasłowe, ulotki. Jakoś tak się potrafiłam
skoncentrować, troszkę odizolować od tego wszystkiego co
się wokół działo, bo tam ciągle ktoś przechodził,
atmosfera była niedobra oczywiście - bo to widać było,
że to nie jest zabawa, nie przelewki. Tu się organizuje ten
zakład do strajku i ja pisałam różnego rodzaju teksty,
mianowicie krótsze, które miały mobilizować strajkujących,
podtrzymywać na duchu, przeciwko tym represjom, krótkie - dwuzdaniowe,
jednozdaniowe hasło. Nawet nieźle mi to szło. Byłam tak
skoncentrowana, a nawet zdumiona, że można tak szybko, tak
całkiem nienajgorzej to zrobić. Ja im dawałam te teksty, oni
zabierali to sobie i strajkujący to pisali. Pamiętam, na dużych
pakowych papierach, różnymi farbami, pędzlami, stalówkami.
Część tych krótkich tekstów, poszła także do pisania
na maszynie i do rozrzucenia po mieście - krótkie hasła na małych
kartkach. Ale już tekstów tych nie pamiętam i nie wiem czy SB
się tym zajmowała. Być może SB zajmowało się
tylko tym poważniejszym tekstem, że konstytucja, że bezprawie,
że przeciwko narodowi, że ukarani zostaną. I takie różne
rzeczy. To wszystko było w tym tekście, ale na pewno
pamiętałam o jednym, że muszę zawrzeć tam jedno
istotne zdanie, że niezależnie od tego co się będzie
działo - jeżeli to będzie nawet uzasadniony protest - nie wolno
iść na ulicę, bo może się to skończyć
ma-sakrą. I przed tym przestrzegałam, o to prosiłam, żeby
działać na zimno i żeby nie upadać na duchu, ponieważ
jeśli nawet kolejnych ludzi aresztują - tych, którzy teraz
organizują się - to przyjdą następni i tak z
całą pewnością będzie, bo jest nas wielu. Wszystkich
nas nie spacyfikują. Jakoś tak mi się wydawało, że tak
powinno być. I później jak prokurator w 1992 roku czytał ten
tekst na tej rozprawie, to mówił, że zarzut oczywiście
niesłuszny, bo ja nie nawołuję do żadnych
wystąpień. A wtedy w stanie wojennym inaczej odczytywał to - tak
jak mu się podobało …
PYTANIE : Żeby posadzić
człowieka niewiele wówczas trzeba było, ale jeżeli chodzi o
tę odezwę, czy masz rozeznanie, że ona dotarła gdzieś
szerzej?
Odp. Nie mam. Ona była kolportowana.
Zostało to powielone. Wiem, że był tam Tadziu Poźniak. Nie
wiem, czy on miał się powieleniem zajmować, on chyba miał
organizować wśród kolegów tych kolporterów, oraz ludzi do druku.
Wiem, że tam była Ziuta (Ziuta Mielnik - Z.Z.), tylko, że ona
później została oskarżona - nie wiem czy wszyscy wiedzieli,
że wszystkie te drobiazgi również ja pisałam. Nawet Ubecja chyba
nie wiedziała. A te były drukowane później, bo ja
rozpoznawałam swój styl. One były kolportowane, te małe teksty,
krótsze formy - była to klasycznie ulotna twórczość.
PYTANIE : Czy Ziuta była w tym
czasie w OZOS-ie?
Odp. Nie wiem czy była w OZOS-ie. Zdaje
się, że później dotarł do niej Poźniak, bo oni szukali
kontaktów.
PYTANIE : Kiedy zainteresowała
się tobą SB-ecja?
Odp. To znaczy ja zostałam zidentyfikowana
bardzo wcześnie. Przecież w OZOS-ie musieli być jacyś
ludzie, którzy obserwowali, przecież oni wiedzieli, że tam się
zgromadzą w tym OZOS-ie. Więc ja zostałam bardzo szybko. Zaraz
14 czy 15-tego przez SB byłam wezwana i potem były już
regularne przesłuchania. Formułowali te zarzuty i sprawa się
toczyła. Natomiast samo aresztowanie nastąpiło później, w
wigilię Bożego Narodzenia. Ale to nękanie, te przesłuchania
całodzienne, nocne, to były do samego aresztowania już od początku.
PYTANIE : Czy wiesz kto cię
przesłuchiwał?
Odp. Różni tam byli, ale jeden, to był
ten stały mój opiekun - Szymański i drugi - wyglądało na
to, że miał mniejszą rangę, ale również na
początku uczestniczył w tych nękających przesłuchaniach,
to był Kuciński Józef. A Szymański był ten główny,
później splendory zbierał.
PYTANIE : Czy pamiętasz inne
nazwiska SB-ków, którzy w ogóle przewinęli się?
Odp. Nie pamiętam nazwisk. Dokładnie
mogłabym ci opisać wygląd, ubranie, ale nazwisk nie
pamiętam. Był jeden taki komiczny facet, któremu się
wydawało, że trafił na bardzo ważną osobę,
mianowicie on tak jak dobry wujek do mnie przemawiał, że on wie,
że ten system jest bardzo represyjny, że ta władza to jest „be”,
że trzeba inaczej, on wie jak to na Zachodzie wygląda. Ja patrzyłam
na niego i oczywiście udawałam pierwszą naiwną, ale
przecież wiedziałam, kto zacz i po co on to wszystko mówi, że to
w celu rozmiękczenia, żebym ja mu więcej coś
powiedziała. Krytycznie oceniał nasz system karny. Miał
koło 50-ki, może czterdzieści parę lat miał. Natomiast
taki starszy siwy facet, też tak z pozycji troszczącego się o
moje losy, jakkolwiek niewesołe i przesądzone, ale też
chciał mi dobrze radzić … Próbowali mnie skłonić do
podpisania lojalni.
Nigdy nie zgrywałam żadnej bohaterki.
Ten okres od 13 grudnia do samego aresztowania w dniu 24 grudnia, był
chyba najkoszmarniejszym okresem w moim życiu. Nękanie było
okropne, oni wiedzieli jak to trzeba robić w sposób fachowy. Ja nigdy nie
wiedziałam czy ja jeszcze wrócę, nigdy nie wiedziałam co
powiedzieć rodzinie. To było obrzydliwe. W nocy najczęściej
byłam wypuszczana i podwożona, bo to był stan wojenny i godzina
milicyjna. Oni podwozili. Z jednej strony to było jak gdyby dla mojego
bezpieczeństwa, z drugiej strony to jakby tylko milicja mnie na moment wypuściła,
bo ja i tak nie mogłam wyjść z tego domu, bo wszędzie
patrole. Potem znowu zabierano rano i tak było do samego aresztowania.
Przyznam, że jak wylądowałam w więzieniu (areszcie), gdy
otrzymałam akt oskarżenia i określenie wyroku kary, co mnie
czeka - to było dość szokujące przyznam się, bo to
było w trybie doraźnym, to było 3 lata na wejściu. Tyle
mogłam mieć najmniej. Dla mnie to był duży szok, ale ten
moment kiedy ja wreszcie znalazłam się w tym więzieniu, już
to nękanie się skończyło - no siedzę zamknięta,
ale już nie ma tego nękania, to by-łam wyczerpana totalnie
i paradoksalnie z ulgą przyjęłam, jak się ta brama
zatrzasnęła za mną.
PYTANIE : A więc podobne uczucie
jak ludzi, którzy przeszli represje w ZSRR. Jak już skazali, to każdy
oddychał z ulgą.
Odp. tak. Oczywiście później przyszła
refleksja, mój Boże 3 lata, jakże to długo. Ja to mierzyłam
miarą, ile będzie miała moja córka, jak wyjdę z tego
więzienia, to znaczy, że ona będzie miała wtedy 7 lat,
czyli pójdzie do szkoły i będzie już dużą
dziewczynką. Ale to było minimum, gdy-bym więcej nie
dostała, tylko 3 lata. A jeszcze liczyłam sobie, że jeśli
to będzie tak, że dostanę więcej, np. 4 lata, to
będzie ona miała 8 lat - ale jeszcze na komunię
zdążę.
PYTANIE : Czy o samych
przesłuchaniach możesz coś więcej powiedzieć?
Odp. Obrzydliwe to było. Tak sobie
pomyślałam, że oni taką misję budowania komunizmu ci
esbecy pełnili. Niektórzy być może przekonani co do
słuszności tej ideologii, którą w tych strukturach tego
totalitarnego państwa wspierają. Takie ono bowiem było. Dla
tych, którzy próbowali trochę głowę wyżej
podnieść, to wtedy wszystkie mechanizmy państwa totalitarnego
dawały znać o sobie. Gdy obywatel był bierny, niczemu się
nie przeciwstawiał, to tego sobie nie uświadamiał, ale jak tylko
spróbował, to od razu wiadomo było czym to się wszystko
skończy i co można powiedzieć, czego można oczekiwać
od wymiaru sprawiedliwości, od władzy politycznej itd. Ja dzisiaj z
tej perspektywy to nie patrzę w taki indywidualny sposób na poszczególnych
ludzi, patrzę na pewną strukturę. Oczywiście ludzi też
zapamiętałam. Ludzi, którzy momentami próbowali nawet odgrywać
jakąś taką dziwną rolę, że współczuli,
że cóż oni niewiele tutaj mogą. Było to tym bar-dziej
cyniczne, że wszyscy oni robili bardzo porządnie swoją
robotę i to konsekwentnie.
PYTANIE : Ale czy znalazłaś
ludzi, którzy autentycznie ci współczuli i chcieli pomóc?
Odp. tak znalazłam. Twierdzę, że
prokurator, który wypisywał już akt aresztowania mnie
w prokuraturze wojskowej, on był podprokuratorem chyba, nazywał
się Konarzewski, to był młody człowiek. Ten
rzeczywiście czuł się źle w tej roli - tak jak dzisiaj to
postrzegam. On uważał, że jest to przemoc, że jest to
niesprawiedliwe i bulwersujące. I nawet to w sposób oględny powiedział.
On jakby troszeczkę próbował mnie pocieszyć mówiąc: „Wie
pani, to są rzeczy tak straszne - my przyzwyczajeni do tego, że
zamykamy przestępców, dziś musimy normalnych ludzi zamykać. Bo
takie prawo stanu wojennego jest. W związku z tym to długo nie
może potrwać. To chyba jest niemożliwe, żeby to długo
trwało”.
PYTANIE : Bo oni też znaleźli
się w nowej dla siebie roli.
Odp. I tu siedzi jakaś … ( nieczytelne Z.Z.),
która daleka jest od działalności jakiejkolwiek przestępczej,
zagrażającej porządkowi publicznemu. Przecież on
wiedział o co tu chodziło i na pewno logicznie analizował ten
tekst, który był podstawą oskarżenia. Tam były wręcz
wezwania do tego, żeby nie spowodować rozruchów jakichkolwiek. Jakby
wbrew temu oskarżeniu tam te treści były zawarte. Mówiłam o
tym, że to jest wbrew konstytucji, naruszenie prawa. On też przecie
wie-dział, że to jest tak. A z drugiej strony polityczna wola
władz była taka, że trzeba skazywać, żeby dać
nauczkę, żeby zastraszyć itd. I on później został
zabrany stąd. Nie wiem czy był to awans, czy była to degradacja,
tam gdzieś do Suwałk. Być może więc, że
niekoniecznie musiał być to awans.
Pijany prokurator na przykład. Pijany
prokurator wojskowy, ten szef cały główny w tej wojskowej
prokuraturze. Bo to była wigilia, więc oni sobie już te paczki
pakowali, choinki nosili i pomarańcze, a mnie czekało zamknięcie
w więzieniu. A oczywiście broń Boże, nie przejmując
się - tak go oceniam - moim losem, bo ja tam się popłakałam
- tak niechętnie się przyznaję, bo to niestety była prawda,
to było przykre. Kiedy widziałam choinki i myślałam,
że tak jak na tych wojskowych te dzieci czekają, tak i moja córka
pewnie też na mnie czeka. Nie było to przyjemne, gdyż
wiedziałam, że ja nie wrócę do domu. Dlatego też
mieliśmy choinkę na wszelki wypadek dzień wcześniej
ubieraliśmy ją. Bo ja sądziłam, że nie będzie mi
to dane. Przed wigilią jeszcze była ubrana choinka, żeby dziecko
wiedziało, że ta choinka w domu jest. Ona zmęczona, po
ja-kimś tam przesłuchaniu przyjechałam do domu, ona
wieszała bombki, na ręku ją ojciec miał i ja
podarowałam te bombki, żeby wiedziała, że ta wigilia jest
tylko taka wcześniejsza.
PYTANIE : Wiem, że w jakimś
momencie trafiłaś do szpitala.
Odp. tak, było to tak, że ponieważ
warunki, wiadomo jakie były w tym więzieniu. Areszt miałam w
dalszym ciągu, ale ponieważ ja byłam w fatalnym stanie, bo nic
jeść nie mogłam. Nie chcę żeby o tym była mowa
(…).
W związku z tym on zorganizował
transport (prokurator? - Z.Z.) i przewieziono mnie do Ostródy. A więc on
działając w moim interesie zorganizował konwój i przewieźli
mnie do Ostródy, dla-tego że naprawdę w tym wojsku podobno są
straszne warunki. Jeszcze gorzej niż tutaj na Partyzantów „na dołku”.
Ja nie byłam „na dołku” w Komendzie - wcześniej mnie po prostu
przywozili do domu z tych przesłuchań i tu właściwie
zgodnie z prawem powinnam trafić na dołek tutaj w prokuraturze
wojskowej, mają tam taki areszt, ale on uznał, że to nie jest
właściwe miejsce gdzie ja mogłabym być i dlatego
zorganizował przewiezienie mnie do Ostródy.
PYTANIE : A w tym szpitalu
psychiatrycznym w Olsztynie?
Byłam normalnie traktowana, mogłam tam
mieć kontakty z ludźmi. Odwiedzali mnie - rodzina. Można
było się poznać, ale wiadomo było, że jestem
aresztantem i ponieważ nie spodobało się to władzom
politycznym (mógł przychodzić mąż, znajomi nawet).
PYTANIE : Czy byłaś na oddziale
zamkniętym, obserwacji?
Odp. Nie, tam za zamkniętymi drzwiami nie
byłam. Być może powinnam być zamknięta, ale tam
być zamkniętą, to jeszcze gorzej niż w więzieniu.
Być zamkniętą razem z „czubkami” - przepraszam, e tak mówię
- tam mnie z kolei by się nie chciało. To wolałam być w
więzieniu. czyli ja tu-taj normalnie mogłam się poruszać,
ale oczywiście tylko na terenie szpitala. Ponieważ rodzina miała
dostęp do mnie, to zaraz przyszedł nakaz przeniesienia mnie do
więzienia w Ostródzie.
PYTANIE : A kierownictwo szpitala, jak
się zachowywało?
Odp. Wiedzieli, że mam proces polityczny. na
pewno nie byłam wygodną osobą, bo to zawsze jest inwigilacja
pewna. Byli przyzwoici, w porządku się zachowywali wobec mnie,
natomiast później oceniałam - służba zdrowia zawsze ma
szansę ochroni człowieka przed więzieniem, ale to trzeba-by
być może zaryzykować jakieś nieprzychylne oceny ze strony
władz i służby bezpieczeństwa, a oni bardzo chcieli
żebym wróciła do tego więzienia. Po co dawać takie luksusy
widywania się z rodziną, dlatego też ówczesny dyrektor szpitala
(Gołdys? - Z.Z.) wyraził zgodę, potrzebna bo-wiem była jego
zgoda. I to nawet dobrze mi zrobił ten pobyt w szpitalu, ten łyk
jakby wolności - miałam tam do czynienia z normalnymi ludźmi,
nie potrzebowałam żadnej kuracji, tylko potrzebowałam
wolności. Dlatego to byli normalni ludzie: pielęgniarki, lekarze,
natomiast widzenie się z rodziną i normalne jedzenie, nie
więzienne, to podreperowało moje zdrowie. No i potem jak gdyby naładowana
taką normalnością, pół normalnością, łatwiej
mogłam przetrzymać takie trudne dla mnie momenty do rozprawy (…)
PYTANIE : Facet gdzieś pod
pięćdziesiątkę. Co on chciał?
Odp. nie to, że lojalkę, bo o ni
już mnie gnębili wcześniej, ale żebym zgodziła si na
wystąpienie albo publiczne, mówiące o tym, że to źle
się władzy przeciwstawiać, że władza ma swoją
rację, wy-stąpiłam nawet nie wiem gdzie
- przed kamerami chyba telewizji, albo też napisała jakiś
tekst, albo oni napiszą, a ja podpiszę tylko. I to złagodzi mój
wyrok, albo wręcz w zawieszeniu. Oni bardzo chcieli czegoś podobnego.
ja oczywiście na to się nie zgodziłam.
PYTANIE : Jak ten facet się
nazywał?
Odp. Nie wiem. On przyjeżdżał do
więzienia. I on rozmawiał ze mną w warunkach takich,
a jakże, nie tam gdzieś, gdzie przesłuchiwano nas, czy
odbywały się widzenia z rodziną, tylko w świetlicy, gdzie
była choinka, bo to był okres Bożego narodzenia. Wszystko
więc było piknie, książki, ład-nie tam było. On
tam też takie wizje roztaczał, że najchętniej by mi
pomógł, kuszące to było, bo można było coś
takiego sformułować, co nie byłoby potępieniem buntu czy
czegokolwiek - oni tego ode mnie nie oczekiwali - ale na pewno apelem o
rozwagę. Wiedzieli, że ja tak mocno chciałam wrócić do
domu, dziecka, ale jednocześnie wiedziałam, że byłoby to
niedobre i nie wolno mi z tego skorzystać i udało mi się temu
oprzeć. Metody były różne. na przykład, mówił mi
coś takiego - to było obrzydliwe, że ja swoim uporem, że
nie chcę zaapelować do swoich kolegów, żeby zaprzestali takich
czy innych działań. Mogę się przyczynić
do tego, że będą wyroki wysokie, wieloletnie, łącznie
z karą śmierci, że będę miała na sumieniu, nie
tylko swoje dziecko, ale dzieci Krupińskiego, tam kogoś jeszcze.
Nawet wyroki śmierci, bo podobno doszło do strasznych wypadków,
że oni pozabijali milicjantów. Opowiadał takie różne
historie. Także maltretowanie psychiczne, żeby tylko swoje
osiągnąć. To było też straszne dla mnie. Nie
pamiętam ile razy, ale my-ślę, że był ze trzy razy,
ale nie raz.
PYTANIE : Jakie warunki były w
więzieniu w Ostródzie?
Odp. Wiesz, warunki były prymitywne, ciasno,
zimno, okno było nieszczelne, bo to były mrozy, jakieś
kłopoty miałam z korzonkami, z kręgosłupem. To było
straszne, że nie można było się na-wet
położyć, żeby odpocząć. Można było
siedzieć na stołku bez oparcia, ale nie można było się
położyć. jeśli chodzi o klawiszki, to były różne,
jedne były bardziej ludzkie, inne prymitywne. jedna właśnie mnie
tak mocno dopiekła. Wiesz, że potraktowała mnie wtedy jak mnie
tam przy-wieziono. Taki medalik miałam na łańcuszku, to mi go
wyszarpnęła. Była taka brutalna, mówiła żeśmy
zasłużyli, wiesz, że popchnęła mnie - nie
uderzyła mnie, nie, ale popchnęła mnie. takie babsko prymitywne.
Zresztą czego można było spodziewać się w
więzieniu. Ale nigdy mi nie grożono bronią, nic czegoś
takiego nie było. Ja tylko myślałam o tym, żeby nie
załamać się, żeby tam nie pęknąć. Byłam
wyczerpana. Bałam się o los swojego dziecka i Ryśka. Ciągle
mi mówiono, że on chodzi w różne miejsca i może też
wylądować w więzieniu. Przecież my razem kombinowaliśmy
jak zdobyć jakiś sprzęt poligraficzny, żeby mieć na
czym drukować. Myśmy chodzili 14 grudnia, chyba to było wtedy,
jak był ten strajk w OZOS-ie. W Eltorze byliśmy. Oni mieli tam
powielacz, chciałam, żeby go nam dali. Mówiłam do Ryśka,
że jak nas pozamykają, to przynajmniej niech wiem dlaczego.
Chciałam to zabrać i zadołować. Ale tam było
zamknięte na kłódkę. Żeby tam przeciąć> Ale to
nic z tego nie wyszło. Tam się nie zgodzili, żeby to
zabrać. Bałam się, żeby nie pęknąć,
żeby nie kajać się przed władzą, prosząc o
łagodny wymiar kary, żeby broń Bo-że nie okazać takiej
słabości. Wiadomo było, że i tak niczego się nie da
zmienić, bo to proces po-lityczny, że i tak ten wyrok nie zapadnie na
sali sądowej, tylko gdzie indziej, że wszystko jest przesądzone.
Miałam taką świadomość, że wszystko jest
przygotowane, przesądzone. Mieliśmy takie
książeczki jak się w takich sytuacjach zachować.
Zresztą bez książeczki wiedziałam jedno, że
przyznawać się nie było co, bo wyrok będzie wyższy.
Mówię więc, że pisałam tam sobie jako rzecznik, dla
potomności, co się z tym stało nie pamiętam, ale nie
pisałam żadnej odezwy, a jak Irena powiedziała, że to
ja napisałam, to powiedziałam, że ona być może chce
zostać bohaterką i ona tak się przyznaje za mnie (…)
Ja byłam autorką w sensie merytorycznym,
a ona tylko na maszynie przepisywała. Ja nie przyznawałam się do
tego, wiedziałam - tam jest napisane „nie przyznawać się!” „A
dlaczego pani pisała?” „Pisałam, gdyż byłam rzecznikiem,
spisywałam wszystko na bieżąco co się dzieje tylko do celów
archiwalnych”. To wszystko.
Ja ją o nic nie oskarżam, ja
ją nawet broniłam. Mówiłam, że nie zgodzę się,
żeby ona się w cokolwiek angażowała - jeszcze o ile
ja, to ja. Cały czas mówiłam, że nie rozumiem motywów jej
postępowania, bo oskarża siebie i mnie. Pomyślałam sobie:
„dziewczyno w co ty brniesz?” W sumie brnęła w większy wyrok. I
ona faktycznie miała większy ode mnie. Mimo, że mówiła, To
nie ja, to koleżanka”, to
jednak dostała większy, bo się przyznała, że
współuczestniczyła w przestępstwie, a ja się do końca
nie przyznałam.
PYTANIE : Bronił cię Żuk?
Odp. Bardzo starał się, bo przecież
to że ja wyszłam na uchylenie z aresztu, bo miałam straszne
kłopoty ze zdrowiem, miałam chorobę wrzodową i warunki
stresu i obawy. W tym więzieniu miałam dolegliwości i obawy,
że ta choroba którą miałam wcześniej może
przynieść skutki poważne. jestem mu wdzięczna, że on
gnał ich tymi wnioskami o uchylenie aresztu, bo byłam w bardzo
złym stanie, schudłam, wyszłam połowa tego, co byłam
wcześniej i żadne z tych ubrań, które miałam nie
nadawało się, wszystko ze mnie zjeżdżało
Ja nie potrafiłam się przystosować,
nie mogłam jeść. Może nie było to takie złe, ale
organizm nie chciał przyjmować w tych warunkach. Poza tym tu mam
kibel (sracz) pod nosem i ta fizjologia w obecności innych ludzi. W celi
były przeważnie 4 osoby i trudno było się nawet
załatwić i wiecznie te szczękające klucze, to wszystko
było okropne. Ja do takich warunków nie mogłam się przystosować
i to mnie fizycznie wykańczało.
Mecenas Żuk tak bardzo starał się o
różne konsultacje lekarskie i kontaktował się także
z moim lekarzem na wolności. Byłam leczona wcześniej,
miałam owrzodzenie żołądka i leżałam w
Poliklinice i było rozpoznanie wrzodu na dwunastnicy. A poza tym
miałam dostarczane leki do więzienia. Wydzielane przez jakiegoś
felczera czy kogoś. Ten stan był taki, że widać było,
że ten organizm coraz słabszy się robi. Lekarz więzienny po
tych pytaniach mecenasa i po zapoznaniu się z opiniami lekarskimi,
załamał się być może i dlatego uchylił areszt wcześniej
niż wobec Ireny. Irena później przecież wyszła, chyba o dwa
miesiące.
PYTANIE : Areszt czy więzienie?
Odp. Bo to było tak, że jeszcze nie
było prawomocnego wyroku. Bo jeżeli się odwoływał, to
na warunkach aresztu. Dlatego, że odwoływał się, bo
byłam w dyspozycji sądów wojskowych. Odwoływał się do
Najwyższego Sądu Wojskowego w Warszawie - tam była rewizja tego
wyroku i ja później znowu zostałam przekazana po uchyleniu tego
wyroku w całości do sądów cywilnych. Bo miałam duże
sprawy - mnie się już to miesza. Dlatego, że wyrok ciągle
nie był prawomocny. Ja drugi raz to przecież z wolnej stopy
odpowiadałam, już przed sądem cywilnym było tutaj,
przecież byliście. Ale już ten pierwszy wyrok miałam za
sobą - wiedziałam na czym stoję.
PYTANIE : Wcześniej przebywałaś
w więzieniu w Ostródzie cały czas?
Odp. Tak.
PYTANIE : Kiedy wyszłaś,
pamiętasz?
Odp. Dokładnie nie pamiętam -
w maju 1982 roku.
PYTANIE : Jakich ludzi
zapamiętałaś z tego pobytu w Ostródzie?
Odp. Pamiętam wizytę biskupa
Wojtkowskiego - jestem mu wdzięczna, dziękowałam już mu za
to. To było chyba przed świętami Wielkanocy. Dość to
zabawne było. Przyjechał i przywiózł mi jakieś
świąteczne paczki i oczywiście sądził, że
będzie w stanie się ze mną zobaczyć, a przecież tam
bez zezwolenia nie wolno było. Musiało być zezwolenie od
prokuratora. Czekał, czekał - wiele godzin przesiedział w tej
dyżurce u głównego klawisza. Mówił, że się chce
spotkać, przy-niósł jakieś delikatesowe wiktuały:
pomarańcze, czekoladę, takie rzeczy z darów, a to było wbrew
regulaminowi. A nam delikatesowych rzeczy nie można było
dostarczać. W takich dużych torbach te dary były. Myśmy
później to dostały, klawiszki naruszyły regulamin i nam to
dały. Przyszła klawiszka i mówi tak: „To macie od biskupa”. A on
czekał na zezwolenie na widzenie. Prosił że-by jakoś
załatwić, a Zarząd zakładów Karnych miał wydać
zezwolenie. On siedział, ale później miał pociąg i
odjechał. Gdyby może posiedział trochę dłużej, to
doszło by do widzenia. Ja później wzięłam te paczki,
podzieliłam i święta mieliśmy nieźle zaopatrzone.
ta prokuratura wojskowa się bardzo przyzwoicie zachowywała.
Dostałam jakąś chorobę, uczulenie od tych więziennych
koszul, ręczników, a raczej ścierek - na skórze, na szyi - okropne
to było. Miałam dosłownie rany. Wozili mnie do jakiegoś
dermatologa. To było bardzo dokuczliwe, piekące takie. Kiedy
dostałam zezwolenie od lekarza na używanie własnych
ręczników, to mi zeszło. Jak Rysiek przywoził te ręczniki,
to z reguły też coś jeszcze dołożył. Te
ręczniki trzeba było bowiem wymieniać, bo gdy-bym prała w
więzieniu ich proszkiem, to byłoby to samo. Prokurator zezwalał
na to. Ubrań przecież nie wolno było zmieniać, te swetry -
całe korowody z tym były.
PYTANIE : Czy poznałaś tam
jakieś osoby?
Odp. tak, jak wyglądałam przez okno,
żeby zobaczyć, która tam na spacerniku jest. Była Ziuta, potem
Irena, Ania Żurawek. Jak Ania Żurawek brała ślub, to
klawiszka jedna pozwoliła nam się przywitać.
PYTANIE : Ślub był w
więzieniu?
Odp. tak, w więzieniu, ale pozwolono im
się pobrać. Ja nie byłam na tej uroczystości. Pozwolono
się spotkać. Pozwolono im się przebrać w cywilne szatki,
była ładnie ubrana, miała ładną spódnicę,
ładny zielony sweterek moherowy. taka malutka była, dziecinka. Mnie pozwolono
tam, żebym mogła jej złożyć życzenia. Nawet
kwiaty były. ja dostałam kwiaty. Poprosiłam o kwiaty i
pozwolili. Prokurator zezwolił przywieźć i te kwiaty Ania
dostała ode mnie. Takie pachnące kolorowe frezje.
część tych frezji chyba została u mnie.
PYTANIE : A kto dał ślub?
Odp. Zakonnik z Ostródy. taki z brodą.
PYTANIE : A w celi z kim
przebywałaś?
Odp. Ludzie się zmieniali: tydzień, dwa
tygodnie, 10 dni> Człowiek jako tako się przyzwyczaił,
wzajemnie do swoich zwyczajów, każdy jest trochę inny, to przerzucali
nas. Różne osoby były, w wielu celach siedziałam. Bardzo
dramatyczne tam przypadki poznałam. Dziwne były tam wyroki. jeden
bardzo straszny, dziesięcioletni - za zabójstwo w afekcie. Może nie w
afekcie w orzeczeniu, bo nie wiem jaki był wyrok. Była taka osoba,
która dwójkę dzieci miała i zostawiła je. Mąż zginął,
ona go dźgnęła nożem … a te dzieci ją, z Elbląga
dziewczyna. Narkomanką była. Z taką kobietą, która
była oskarżona o współudział w jakiejś napaści -
sprawa wy-ranie fabrykowana. Nie polityczna, ale ofiarą się
stała, taka wiejska kobiecina. Bardzo przyzwoitą i ofiarą
była sprytu innych ludzi. Straszne tam były rzeczy. Z dużym
wyrokiem młoda dziewczyna zmarła - była narkomanką.
Zupełnie z marginesu. Taki dzieciak właściwie. Biedne takie
dziecko - 17-letnie. We wrzodach potwornych. Ofiara też tego systemu
społecznego, w którym ona była. Różne były. Za handel
walutą - była taka osoba. I złodziejki kieszonkowe, takie
sprytne. Szajki takie, tak że życia kawałek poznałam.
PYTANIE : Ślub Ani
Żurawek w jakim miejscu był?
Odp. Nie pamiętam - zima była.
Może luty. Jeszcze śnieg był.
PYTANIE : Uchylenie wyroku.
Odp. Trzeba było żyć nadzieją.
Miałam nadzieję, że ta moja choroba (nie ma tego złego co
by na dobre nie wyszło) - nawet bałam się o swoje zdrowie.
Bardzo się już starałam później jeść, żeby
nie zrujnować siebie, bo mam do kogo wracać. perspektywa już
była, że to nie będzie żadne 10 lat, tak jak miała ta
Ewa Kubasiewicz. pomyślałam, że muszę to jakoś
przetrwać. Starałam się już i na spacery wychodzić, bo
tak to nie bardzo chciałam. Dlatego, że to było też upokarzające,
chodzenie w kółeczko w tych grupach. Te biedne kobiety, w tych butach bez
sznurowadeł, w jakichś za wielkich, męskich. Dla mnie było
to bardzo przykre, z drugiej strony jednak wiedziałam, że troszkę
powietrza trzeba. I zaczęłam wychodzić i to w kółko
cholerne na tzw. „spacerniaku”. Starałam się patrzeć w
górę, żeby widzieć jakieś kawałki drzew. Udało mi
się jakoś pokonać słabość, bo to był objaw
słabości, że nie mogłam sobie poradzić z własnym
organizmem. Starałam się minimalnie chociaż jeść i spać
i troszkę oddychać na powietrzu. I panować nad tym wszystkim. I
później już złapałam pewną równowagę
fizyczną i psychiczną, ale dalej ten organizm był mocno
wyczerpany. no i później jeszcze przed ostatecznym wyrokiem, wyszłam
na uchylenie aresztu. Zresztą w ogóle jakby odwilż szła.
Po wyjściu pierwsza przesłanka,
którą wzięłam pod uwagę, to
że trzeba być bardzo ostrożnym. Wtedy też
wydawało mi się, że jestem na tyle ostrożna, że
nigdzie publicznie tam nie … ale, wtedy ktoś mi zarzucił, że
„daliście się tam powyłamywać”. Ale innych
możliwości nie było na samym początku. Potem posypały
się te sprawy i wyroki. Tam po prostu, jeżeli się chciało
zareagować natychmiast, a trzeba było to zrobić dla tych ludzi,
którzy siedzieli w więzieniach itd., dla opinii społecznej, to
nie można było inaczej. Po prostu trzeba było to zrobić w
takich warunkach w jakich to było możliwe i musiało to się
tak zakończyć. W gruncie rzeczy nie było wyboru, a
później już trzeba było być bardziej ostrożnym. I
były takie momenty kiedy ja brnęłam w bardzo niebezpieczne
sytuacje, kiedy my przenosiliśmy - pamiętam - jakieś tam
czcionki, takie do ma-szyny drukarskiej w takich szmacianych siatkach, po
troszku, bardzo ciężkie, z jednego strychu na strych. Byłam
pełna obaw, lęku, ale nie było wyjścia, bo nie miał
kto tego zrobić. Wiedziałam, że nie ja powinnam to robić,
bo przecież miałam wyrok w zawieszeniu.
Ale tylko w sytuacjach koniecznych - czy kolportaż, na przykład w
zastępstwie bo wpadł tam jakiś kolporter, to takimi rzeczami
się zajmowałam. Natomiast kontakty musiały być i były.
To też było ryzykowne i w województwie i poza województwem: w
Gdańsku, w Bydgoszczy - u Antka Tokarczuka w mieszkaniu i w Toruniu
i gdzie indziej. Takie wyjazdy. To było wszystko w granicach pewnych
norm bezpieczeństwa.
Za najważniejsze uważałam; po
pierwsze - trzeba tu być. Nie można ulec pokusie wyjazdu. Tak sobie
powiedziałam, jak wyszłam z tego więzienia - po tym pobycie
krótkim, bo krótkim, ale dla mnie dolegliwym - że póki ktoś jeden
siedzi w więzieniu, to trzeba tu być,
a potem to ci którzy będą ryzykowali dalej, to już bardziej na
własne ryzyko. W tym sensie mówiłam, że nie mamy prawa
wyjeżdżać. Może to jest surowe co ja mówię, ale zawsze
tak mówiłam i często z goryczą mówiłam tym, którzy
podejmowali decyzje o wyjeździe: a ci pozostali, którzy siedzą?
Później po latach to już kontynuujesz na własny rachunek, ale
wtedy to przecież z jednych struktur wyszliśmy. Uważałam,
że … a propozycje wyjazdów oczywiście miałam. Raz byłam
w Ambasadzie belgijskiej, żeby podziękować nie skorzystam.
Mimo, że te nie miałam lekko, ale uważałam, że tego
nie można zrobić, że to jest pewne zobowiązanie wobec
ludzi, którzy teraz są represjonowani. Nie powinnam pewnie tego
mówić, bo to jakbym sądziła innych ludzi. Ale trochę jakby
rozumiem motywację tych ludzi. Rozmawiałam z nimi, z kolegami,
z czołówki naszego Związku. Bez nazwisk powiem. jeden z naszych
kolegów (Bober? - Z.Z.), który przeszedł dość ciężkie
więzienie, powiedział tak, że podejmuje decyzję o
wyjeździe mimo, że siedzą ludzie z wyrokami, dlatego że on
następnego więzienia by już nie przetrzymał, a
siedzieć bezczynnie by tu nie potrafił. Faktycznie zanim
wyjechał, to myśmy na miarę swoich możliwości tutaj
knuli. I ta działalność wydawnicza jakaś i
spotykaliśmy się. Nasza działalność prowadzona na
mikroskalę w porównaniu z tym co było gdzie indziej i dlatego
też rozumiem te motywy. On mnie wtedy przekonał, kiedy
powie-dział, że gdyby jeszcze raz trafił do więzienia, to
już by tego nie był w stanie znieść. I dlatego ja bardzo
ostrożnie i z dużym lękiem, podejmowałam się na
miarę swoich możliwości działań, a także
obejmując opieką tych wszystkich, którzy potem byli represjonowani -
opieką prawną, obecnością, odwiedzinami w więzieniach,
uczestniczenie w procesach, kontaktowanie się z tymi strukturami. I
tak siłą rozpędu to szło.
PYTANIE : Czy mogłabyś
wyliczyć te kontakty ze strukturami ogólnopolskimi?
Odp. Spotykaliśmy się w mieszkaniu
zięcia Siły-Nowickiego w Sopocie, u Jacka Merkla w mieszkaniu, u
Antka Tokarczuka w Bydgoszczy, w Warszawie to z Heniem Wujcem mieliśmy
kontakty, żeby wiedzieć, co kto robi, ten kolportaż, ta
bibuła, jak się tutaj trzymamy. Co pewien czas ktoś się
ośmielał i wychodził troszeczkę.
PYTANIE : Jakie osoby były
szczególnie zaangażowane w kolportaż?
Odp. To był Bachmura, to była
Ziuta, to wiele ludzi, którzy już powyjeżdżali m.in.
z Kortowa, to byli Nowakowie, Teresa Stefanowicz, mnóstwo m.in. z
księgarni.
PYTANIE : Z Warszawy skąd były
odbierane te wydawnictwa?
Odp. To region Mazowsze. Były kontakty z Mazowszem,
były kontakty ze Śląskiem i z Gdańskiem. Syn Tytusa
Brzozowskiego, Sławek, również przywoził. Mnóstwo nas było.
PYTANIE : Czy wiesz, kto się
zajmował wydawaniem „Rezonansu”?
Odp. Oczywiście, że wiem. Dużo
ludzi, to też się zmieniało. Był Wosiek i Danka, i Józek
i Baśka Nowakowie, Płotek też. Była
ta wpadka słynna w tym Gutkowie. Byli tam ci dwaj bracia, nazwisk
nie pamiętam. To Bogdan Bachmura by ci powiedział. Ja Bachmurę
znałam, bo to był mój uczeń. On kończył
samochodówkę. Ja pamiętam, że 13 chyba czy 14 grudnia
zgłosił się do mnie. Ja nie wiedziałam czy to nie jest
prowokacja i nie bardzo chciałam z nim rozmawiać. Młody
chłopak, gdzieś tam pracował, a może uczył się
wtedy. I ja go pamiętam jako chłopca, ucznia. I teraz przychodzi do
mnie 14 czy 15 grudnia. powiedział, że chciałby pomóc. Znany z
nazwiska, ale nie wiem kim on jest. Ja powiedziałam: to chyba
pomyłka. Przykro mi, ale ja nie mogę pomóc w na-wiązaniu
kontaktów. tak, że go wtedy załatwiłam w taki sposób, bo
inaczej nie mogłam zrobić.
PYTANIE : Czy z
Bachmurą później miałaś jakieś kontakty?
Odp. tak, jak on wyszedł z
więzienia po procesie to nawet przyjaźniliśmy się. Nawet
razem urlop spędziliśmy.
PYTANIE : Kiedy
siedział w więzieniu?
Odp. Jak padła ta drukarnia,
został aresztowany. Było to lato, piękne lato. Bo razem
spędzaliśmy później ze Sławkiem, z nim, z jego
żoną, nad Gimem urlop - po jego wyjściu z więzienia.
Wyszedł blady taki, ale nie pamiętam który to był rok. Helenka
była jeszcze bardzo maluteńka.
PYTANIE : A czy wraz z nim ktoś
był jeszcze wówczas w więzieniu?
Odp. Wiele było tych aresztowanych.
Baranowski, Gierczak - ale on w związku z tą
działalnością na kolei. W każdym razie Bachmura
współpracował z Rezonansem jak najbardziej.
PYTANIE : Chodzi mi o władze
związkowe w stanie wojennym. Kilka osób podawało się czy
reprezentowało faktycznie Zarząd Regionu.
Odp. Długo Wosiek się
ukrywał, to Wosiek to firmował. ten drugi, jak on się nazywa.
W pewnym momencie to myśmy mówili, że on jakiś trefny jest.
Taki w komisji pracował, w interwencji razem z Wośkiem. Oni
wpadli, to Danka była wtedy aresztowana. Ona dostarczała farbę
drukarską do drukowania. I Danka Gulko została aresztowana w tej
sprawie. Był to młody człowiek, kędzierzawy. (Chyba
Niepokulczycki?).
To się zmieniało. jak wrócił Bober,
to myśmy odtwarzali te nasze struktury. Cały czas to grono ludzi,
którzy byli związani z tą działalnością, dawniej
legalną. To było podejmowanie wspólnych decyzji, jak były
rocznicowe jakieś sprawy. Pamiętam takie historie jak
w kościołach się odbywały, w katedrze, u Serca
Jezusowego. To była taka grupa ludzi, która podejmowała decyzje jak
my, jako opozycja, co my mamy robić. taki moment pamiętam, że
trzeba było wyjść i oficjalnie zło-żyć kwiaty. I
był problem, kto ma to zrobić. Ja wyszłam i jeszcze ktoś
obok mnie. Trzeba było wyjść przed ołtarz, na oczach tych
ludzi (to było w NSPJ) złożyć te kwiaty, a tam było
mnóstwo esbeków. I wyszło, e ja to zrobię, nawet płaszcz
zdjęłam, na czarno ubrani byliśmy, taki sweterek czarny
miałam i złożyliśmy te kwiaty, które były symbolem
naszej woli trwania i nie poddawania się. To było w grudniu. Innym
razem esbecja próbowała nas wygarnąć. pamiętasz tę
ucieczkę? To było wtedy kiedy ja już wróciłam do pracy i
chcieli mnie ze szkoły zwinąć. Wiele ludzi wtedy prewencyjnie
wyganiali z pracy, z domów, żeby nie dopuścić do tego
żebyśmy się zjawili na Mszy św. w NSPJ.
PYTANIE : I chcieli wówczas
złapać cię w szkole?
Odp. Tak, przyjechali po mnie i ja
postanowiłam im uciec. Oczywiście do kościoła nie
mogłam pójść, bo był obstawiony i wtedy
pomyślałam, że to nie ma sensu pchać się
i przesiedziałam wtedy u góry u tego Marka Cholędzkiego, aż
skończyła się uroczystość.
PYTANIE : Tak, tak - pamiętam.
Słuchaj, właśnie 13 czy 14 grudnia kiedy stan wojenny
nastał, wielu udawało się do kościoła NSPJ do ks.
Żołnierkiewicza. Czy pamiętasz to spotkanie?
Odp. Byłam, byłam tam. Wcześniej
byłam pod bramą OZOS-u, dopóki nie rozpędzono tego tłumu,
kiedy tam pałowali tych ludzi. Krzyczeli żeby ich nie zostawić
samych. Pamiętam tego Zbyszka Przewłockiego, Anię Żurawek.
Właśnie, przecież Zbyszek zanim wyjechał z tymi
dziećmi to myśmy wcześniej ciągle byliśmy razem. Ania
Żurawek - to było ciągle to samo grono ludzi. Ale wtedy przed
OZOS-em, jak tych ludzi spałowano, bo wtedy ZOMO-wcy tam byli.
Żeśmy dziecko zostawili u rodziny i byliśmy pod OZOS-em. Ciemno
się zaczęło robić i wtedy oni zdecydowali się na
obstawienie tego tłumu i wtedy ruszyło to ZOMO. Zaczęli
pałować. I uciekliśmy wtedy. Ślisko było. Wiem,
że wtedy gdyby ktoś upadł. No widziałam z daleka.
Było to straszne, że nie można było zostać, trzeba
było zmywać się, bo to duże pały mieli. Tam dzieciaki
też były, nastolatki. Ja wtedy miałam takie samopoczucie,
że jakbym źle zrobiła, bo jednak myśmy uciekli. Nie
można było nie uciec, bo pałowali.
PYTANIE : Na szczęście,
jeśli chodzi o samych strajkujących, to ich nie bili.
Odp. Ale myśmy o tym nie wiedzieli. ZOMO-wcy
mieli te pały, te tarcze, to wszystko. Jak uciekaliśmy taką
alejką, bo tam były pryzmy śniegu, to Rysiek
ciągnął mnie tą alejką, to ja byłam tak
zesztywniała z tego przerażenia, że tam biją tych ludzi, to
mimo, iż byłam ubrana ciepło, to z tego strachu i z tego
poczucia bezsilności, to zesztywniałam. Tak, że ja nie
biegłam, tylko on mnie ciągnął i ja na tych sztywnych
nogach jechałam. Bo oglądałam się za siebie i
widziałam, że dopadli tam kogoś i biją tam ludzi. Nie wiem,
co tam się stało z tymi ludźmi, uciekliśmy stamtąd.
Później myślałam sobie, że zostawiliśmy tam kogoś
bezradnego i tych ludzi w tym zakładzie. Pomyślałam sobie,
że tamtych też tam spacyfikują, zbiją. Jak dotarliśmy
do domu, to wiem, że ryczałam strasznie - po prostu wróciłam do
domu z poczuciem winy, że tam nie zostałam. Nawet za cenę,
że mnie tam zamkną. Chociaż Rysiek mi mówił, że ty tu
bardziej jesteś potrzebna.
PYTANIE : A to spotkanie w
kościele?
Odp. Oczywiście nie było co zrobić
z tymi nieszczęsnymi pieniędzmi. Ja te pieniądze w mojej
torbie, którą do dzisiaj mam, skórzanej. Wynosiliśmy. Bo miały
niby być u niego (U ks. Żołnierkiewicza), ale później on
uznał, że trzeba je przenieść. I przenieśliśmy te
pieniądze idąc z tą dużą sumą pieniędzy, w
każdej chwili mógł nas zatrzymać patrol. Torba duża na
skórzanym pasku. I szliśmy pieszo, bo nie było komunikacji, do
Meissnerów.
PYTANIE : Masz na myśli te
pieniądze, które zostały zabrane tuż przed stanem wojennym i
które zostały zdeponowane u ks. Żołnierkiewicza?
Odp. Tak, myśmy te pieniądze
wynieśli, gdzie one trafiły dalej, to już nie wiem, bo moim
zadaniem było tylko wynieść z kościoła. Wszyscy
się bali. Zanieśliśmy do Meissnerów. Myśmy szli wtedy jak
na ścięcie. Ja z tym Poźniakiem. One miały bezpiecznie
dotrzeć. I nie było komu ich prze-nieść.
Myślałam, że przecież oni i tak dowiedzą się,
że ja tam stałam … to trudno.
PYTANIE : To było 14-tego?
Odp. Tak, następnego dnia. To chyba w
poniedziałek. Tak mi się wydaje. I całą drogę
żeśmy prze-nieśliśmy w dwójkę tę torbę do
tych Meissnerów, ja razem z Poźniakiem.
PYTANIE : A gdzie mieszkali
Meissnerowie?
Odp. Tu gdzieś na Zatorzu. Myśmy
zapukali do nich, bo nie wiedzieliśmy gdzie pójść z tym. Oni
otworzyli drzwi. Maryla i tego … A ja ponieważ tak dobrze Maryli nie
znałam, ale Poźniak znał. I powiedzieliśmy, że
coś z tym trzeba zrobi. Szybko musieliśmy wracać.
PYTANIE : Tak, że
uszczęśliwiliście ich.
Odp. Z tym, że oni nie byli aż tak na
widelcu, jak ja na pewno, Poźniak i inni. W zakrystii to też, wiadomo
było.
PYTANIE : Kto wiedział o tych
pieniądzach?
Odp. To musiało wiedzieć niewiele osób.
To musiało być bardzo dyskretnie zrobione. Ksiądz dał nam
to bez większych komentarzy. Po prostu powiedział, że nie
może tego przetrzymywać u siebie.
PYTANIE : Kto tam więcej
zjawił się w kościele?
Odp. Było trochę ludzi, ale z tych
zakładowych struktur z komisji zakładowych. Władykowie tam byli,
chyba Ziuta. Tam mnóstwo było takich ludzi, których nie pozamykano. tam
się zgromadzili. Andrzej Pawłowski, Teresa Stefanowicz. Ludzi
zebrało się sporo i postanowiliśmy, że będziemy
się spotykali w kościele. Będziemy przychodzili na Msze, wprawdzie
wiedzieliśmy, że tam esbecja się kręci, ale nie wygarną
nas od razu stamtąd. Ale myśmy z Ryśkiem uznali, że za
dużo tam się ludzi kręci. Stwierdziliśmy, że trzeba to
robić indywidualnie. Tak że krótko tam byliśmy. Na-wet nie wiem,
czy ktoś tego nie skomentował, że się wystraszyliśmy.
PYTANIE : Czy w
późniejszych latach kontaktowaliście się z ks.
Żołnierkiewiczem?
Odp. Nie, ja nie. To był jedyny raz
tylko wtedy, kiedy żeśmy zapukali do niego i później
żeśmy z tym Poźniakiem wędrowali. To był jedyny raz.
Potem to chyba poszłam tylko jak wyszłam z więzienia. Nie wiem.
PYTANIE : Podobno
Bachmura uznawał siebie za przewodniczącego Zarządu regionu w
stanie wojennym? Podobnie ten młody człowiek, o którym mówiliśmy
…
Odp. Wojtek Niepokulczycki.
PYTANIE : Czy było jakieś
przekazanie władzy, czy też nie?
Odp. Nie, nie było. Dla mnie taki - ale
wyłącz (…). nawet gdy oni tak o sobie mówili, to nie budziło
żadnego sprzeciwu.
Później jak z tymi Romaszewskimi.
Przecież Danka siedziała z tą Romaszewską, z Zakładów
graficznych, ta dziewczyna, nie pamiętam. Nie mówię o Agacie. One
też były internowane, Danka była aresztowana. Ale one
wyjechały przecież też. W następnych latach to kontakty te
były utrzymywane poprzez Romaszewskich. Przekazywanie informacji,
udzielanie pomocy aresztowanym - przy ich wsparciu finansowym, duchowym i prawniczym.
PYTANIE : jeśli chodzi o Przykop -
było to miejsce gdzie dosyć często spotykaliście się.
Przeważnie tam były pożegnania, albo towarzyskie spotkania.
Odp. Tak, bo o takich sprawach organizacyjnych tam
się nie mówiło. To było raczej miejsce relaksu. jedno takie
zapamiętałam, jak się żegnaliśmy z Andrzejem Boberem.
Dużo zdjęć jest z tego spotkania. Był Stefan
Śnieżko, Irena … To było lato chyba. Spaliśmy w fatalnych
warunkach. Z Boberem spotykaliśmy się też tam po jego
wyjściu.
PYTANIE : Uczestniczyłaś, a
raczej obserwowałaś proces elbląski?
Odp. Bober, Władek Kałudziński,
bracia Goławscy i taki najmłodszy pośród nich, maturzysta,
strasznie poturbowany. Ten proces ciągnął się tygodniami.
Myśmy jeździły z Anią Żurawkową, bo ja
byłam pozbawiona pracy, ona też i staraliśmy się być
wsparciem dla tych biednych naszych kolegów, którzy byli tam sądzeni.
Przecież tam było mnóstwo esbecji i milicjantów na sali. Raz
przyjechał biskup Obłąk - pamiętam, cały czas
Warszawę reprezentował Jacek Fedorowicz (zaprzyjaźniłam
się z nim), Danuta Szaflarska. Jacek robił dokumentację z tego
procesu, tam poznałam wielu ludzi jak adwokat Andrzejewski, cały
szereg znakomitości, ludzi, którzy tam bronili w tym procesie.
PYTANIE : Dlaczego ten proces
wywarł na tobie tak duże wrażenie?
Odp. Dlatego, że to było straszne,
że oni byli ofiarami, byli strasznie pobici i właśnie ich
oskarżano. ten prokurator, ci sędziowie. Kable, które gdzieś
prowadziły do jakiegoś pokoju wyżej, gdzie za-padały
decyzje. te mowy obrończe, rozpaczliwe wysiłki, aby nie tyle
bronić co nagłaśniać tę sprawę, wykazać
podłość tego systemu, tej „sprawiedliwości”. Potworną
bezczelność tego całego składu sędziowskiego, taka przerażająca
bezkarność tych ludzi. Przeinaczone zeznania, plączący
się w zeznaniach świadkowie oskarżenia. Tych funkcjonariuszy
więziennych. To dopiero dawało wyobrażenie o tym czym jest ten
cały system, że wymiar sprawiedliwości służy
zniewoleniu ludzi (…).
Tych dwóch, Andrzej i drugi z braci
Goławskich. Jeden z nich zeznawał na wózku bo nawet stać nie
mógł.
PYTANIE : Jeśli chodzi o pogrzeb
ks. Jerzego Popiełuszki.
Odp. Jeździliśmy do Warszawy, cała
reprezentacja: Brycki, ja. Kupowaliśmy kwiaty, meldowaliśmy się,
że jesteśmy przedstawicielami Warmii i Mazur w kościele na
Żoliborzu. Były Msze za Ojczyznę - szła nasza delegacja,
naszego regionu. jeździłam tam bardzo regularnie. To też
były manifestacje. Bywałam tam często u siostry swojej w
Warszawie i często chodziłam do tego kościoła. A gdy
były te Msze św. za Ojczyznę, to regularnie
jeździliśmy. U mojej siostry zatrzymywaliśmy się, tam
można było coś zjeść, a nawet przenocować.
PYTANIE : Czy mogłaś się
przyjrzeć ks. Jerzemu?
Odp. To była postać charyzmatyczna. raz
nie była to Msza za Ojczyznę, była to normalna Msza wieczorna.
ks. Jerzy został zatrzymany i nie mógł odprawić mszy, ks.
Małkowski (?) odprawiał za niego. (inny ksiądz). Ks. Jerzy nie
wrócił na Mszę. Modliliśmy się wszyscy o jego powrót (…)
Ksiądz Jerzy, ja go obserwowałam, bo nie znałam osobiście,
ale ponieważ starałam się zawsze wcześniej
przyjść, żeby być blisko. Krótko to było, bo
później ta tragedia się zdarzyła. Dla niego tak często
chciałam być. Pomyślałam sobie
wtedy, jaka szkoda, że my nie mamy takiego księdza u siebie. W naszym
regionie, bo nam potrzeba tutaj tak dużo siły, żeby nie bać
się, żeby jednak by, żeby chociaż w dobry sposób zaznaczy
dla ludzi swoją obecność w tym strasznym świecie
ciągłej inwigilacji esbeków, tych prześladowań. Żeby
nie dać się tak zdeptać, stłamsić. taki był
żal, że kogoś takiego tutaj nie ma.
Dla mnie, kiedy jeździłam tam sama z
moją rodzin, dzieckiem i z Ryśkiem i tymi przyjaciółmi z
Warszawy, (…) i jak tam jeździli do tego kościoła, to dla mnie
pobyt w tym kościele, obecność tego księdza i każde
jego słowo, to było takie naładowanie akumulatorów. To było
czerpanie siły do tego aby tkwić w tym uporze, nie poddawać
się. Tutaj w Olsztynie byliśmy na widelcu - było nas tak
mało. Wystarczyło zgarnąć paru tych ludzi - to nie
było trudne dla nich. Ale trzeba było nie poddawać się temu
wszystkiemu. A uczestnictwo w nabożeństwach w tym kościele,
to było wielkie święto wolności. To było jak gdyby
wolne państwo, rządzące się swoimi prawami, otoczone
zewsząd kordonem tych „suk”, tych esbeków, tego wszystkiego, a myśmy
śpiewali co żeśmy chcieli, modliliśmy się. Byli ci
aktorzy, ten Zelnik, Szczepkowski - oni występowali, w tych
częściach modlitewnych, intencje głosili. Ta
część uroczysta miała oprawę literacką i to
pamiętam, z tego balkonu, kiedy tam występowali. I proboszcz Bogucki
wspierał tych młodych księży swoją
obecnością. Ogromna ilość sztandarów. Różne
święta, np. na zakończenie żniw czy święta
górnicze - grudzień, to przybywało coraz więcej, nawet po
śmierci ks. Jerzego. Przybywało tej solidarności między
ludźmi, którzy nie dali się zdeptać - było wiele takich
fizycznych, normalnych dowodów.
Nawiązaliby kontakty z innymi regionami,
środowisko nasze jednak było małe, zagrożone, ciągle
ktoś był w więzieniu. Było mnóstwo ludzi takich często
anonimowych np. taka pani z przedszkola, która często opiekowała
się rodziną, Helenką. Mnóstwo takich ludzi. Bardzo często
szlachetnych i bardzo anonimowych dzisiaj.
Mogę ci powiedzieć dlaczego
zostałam. Inni może faktycznie ryzykowali wcale nie mniej ode mnie, z
tym, że ja (…) dlatego, że w gruncie rzeczy dla mnie ten pobyt w
więzieniu był takim chrztem, jak ja przeszłam przez te pierwsze
najtrudniejsze tygodnie, bo to było straszne i wolność
przyjęłam z ogromną ulgą, to ja wyszłam
przeświadczona, że stać mnie na wiele, jakby wiele mogę
wytrzymać. Bo ja się bałam, że mogę wielu rzeczy nie
wytrzymać. Kiedy okazało się, że ja mogę
wytrzymać, to później już tak bardzo się nie bałam. To
ryzyko było. Zawsze gdy coś robi-łam, to obawiałam
się, że mogę mieć namiar, coś tam usłyszeli,
zobaczyli. Ale gdy sobie pomyślałam, że mogę trafić
znowu do więzienia, to ono nie jest takie straszne, że można je
przetrwać. Inni zaś chyba uznali, że nie są w stanie
przetrwać. On, to jest Andrzej, autentycznie mówił, że by
ponownie nie przetrwał. Ja jednak czułam w sobie jeszcze dużo
siły. uważam, że to najgorsze, to jest to nieznane. Później
też przecież wielokrotnie bardzo się bałam, ale
przecież nie na tyle, aby (…)
Do dziś mam to Pismo Święte, zalane
jakimś pachnącym szamponem. I ja z niego czerpałam wiele mocy.
Najgorsze jest to nieznane. Można nie załamać się i
przetrwać. W pierwszych tygodniach bardzo się bałam
PYTANIE : Wiesiek Brycki?
Odp. Wiesiek Brycki po wyjściu z internowania
miał taką sytuację, że miał malutkie dzieci - tam
żona w ciąży. Nawet w pewnym momencie miałam mu za
złe, że się tak wyłączył w pierwszym
okresie, ale później gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych
on wyszedł z tego i uczestniczył w tych wszystkich naszych
knuciach. Myśmy spotykali się bardzo regularnie: ja, Rysiek.
Chcieliśmy w to wciągnąć większą liczbę
ludzi, ale nie wszyscy się kwapili. Może uważali, że to nie
ma racji bytu. Mieliśmy ścisłe kontakty z Wujcem.
jeździliśmy do niego do Warszawy - spotykaliśmy się nawet i
w pracy u niego w jakim biurze projektowym pracował. U Romaszewskich - on
też wtedy jeździł. Miałam kontakty z
„Solidarnością” nauczycielską także.
Jeden z tych ludzi u których się spotykaliśmy, jest do dzisiaj
dyrektorem departamentu. Nie chcę jednak o tym mówić, żeby mu
nie zaszkodzić (?) (…)
Do kościoła św. Aleksandra
informacje o prześladowanych nauczycielach przewoziłam. Sławek
Olek też. A tutaj w Olsztynie taki miejscem był ten Komitet
Prymasowskiej Pomocy przy kościele św. Józefa. Tam była
Baranowska-Kmieć, Klonowska. One się tam pojawiły ale Baranowska
nie była mi znana nigdy przedtem, ani z okresu stanu wojennego, ani z
przed stanu. One tam pojawiły się jako prawniczki - bo takie osoby
były potrzebne.
PYTANIE : Jak wyglądały próby
reaktywowania „Solidarności”?
Odp. Spotykaliśmy się u Bryckiego, u
mnie, u Gierczaka, u Ziuty nie bo Ziuty nie było przecież. To
był 1987 rok, 1988, 1989 rok. To były próby zorganizowania struktur
od nowa. Pamiętam jedno z takich spotkań kiedy nas esbecja
wygarnęła - u mamy Wieśka Bryckiego w domu. To było po
spotkaniu z Szeremietiewem, on przyjechał, chciał
założyć jakieś struktury. I myśmy się spotkali z
nim najpierw tam, aby zobaczyć co oni mają nam do zaproponowania w
oparciu o struktury „Solidarności”, może nie struktury - to za
duże słowo - lecz w oparciu o więzi, o ludzi, Irena była
tam również. To był styczeń - jakaś taka zima była
wtedy - chyba 1987 rok, jak mi się wydaje … Danuta Gulko, …
Spotkaliśmy się i zorientowali, czy w to się
włączyć. Ale to nie załapało specjalnie. To było
u mamy Wieśka Bryckiego, na ul. Kościuszki gdzieś.
Tu u Leny Cynalewskiej jak spotkaliśmy
się, to było przeszukanie. Ja byłam za świadka tego
prze-szukania. To był chyba 1988 rok i mieliśmy tam zebranie. Rok
wcześniej, jednak jak był Szeremietiew, to zastanawialiśmy
się nad tworzeniem partii politycznej. Wyraźnie Szeremietiew
parł do tego, żeby tworzyć partię polityczną. On
był już po rozejściu się z Leszkiem Moczulskim. A z
Moczulską to ja miałam kontakty. Tak się składało,
że ona przyjeżdżała do swego męża i u mnie
się zatrzymywała. Szeremietiew opowiadał, że ten rząd
musi upaść i wtedy nie możemy być zaskoczeni.
PYTANIE : Czy Bogusław Owoc
brał udział w tych spotkaniach?
Odp. Nie, wtedy w tym pierwszym spotkaniu go nie
było. Później chyba on to przyjął. Myśmy szli na to
spotkanie też tak śmiesznie, bo osobno z Ryśkiem. To było u
matki Wieśka Bryckiego na Kościuszki. Spotykaliśmy się i u
Gierczaka i u mnie w domu w pokoju tym najmniejszym.
PYTANIE : Gierczak był bardzo
ruchliwy wtedy.
Odp. Tak, myśmy się spotykali. Zaczęliśmy myśleć, jak obejść
przepisy i zacząć tworzyć związek na poziomie zakładu
pracy. Oznajmiać i stawiać wnioski o rejestracji. Nawet gdy
nas nie zarejestrują ale ten czas wykorzystywać propagandowo.
Myśmy dość aktywnie w tym uczestniczyli. Rysiek.
Zaczęliśmy wyłapywać tych, którzy się zjawili:
Smoliński, Modniewicz ten z BUMAR-u. Później przenieśliśmy
się do Juliana do parafii.
PYTANIE : Bachmura
się nie włączył?
Odp. Nie, nie wiem dlaczego. To też
nie do wykorzystania, nie chcę tego wyciągać (…). Bachmura
prowadził „Rezonans”, ale mnie się wydawało, że za
dużo ludzi o tym wie. Do końca nie miałam przekonania.
Zachodzili tam przypadkowi ludzie. Ja nie byłam przypadkowa, ale
przecież nie może być tak, że ktoś ad hoc organizuje
transport maszyn itp. Pamiętam, że raz Rysiek coś tam
woził. Po naszych doświadczeniach, po tych wyrokach, takich numerów
nie wolno robić. Przypadkowe osoby się o tym dowiadują. W
ostatniej chwili organizowano jakieś części do tych maszyn,
coś tam było odbierane. Ja pomyślałam: tak poważna sprawa,
a to jest tak organizowane spontanicznie. Myśmy wtedy szukali
jakiegoś innego samochodu i z jakiegoś innego samochodu
skorzystaliśmy. tam zaś było za mało środków
ostrożności i to mnie denerwowało. I o ile na początku to
tłumaczyło się naszym niedoświadczeniem, to później
uznałam - nie chcę tego powiedzieć głośno - że to
może być prowokacja czy coś.
PYTANIE : bardzo ściśle Olek
tam współpracował?
Odp. Tak. Myśmy z Andrzejem Boberem
zastanawiali się czy to koniecznie musi być tutaj drukowane. czy nie
lepiej do Mazowsza. I tak myśleliśmy. Żeby nasze informacje
dawać do „Tygodnika Mazowsze”. Tutaj wydawało nam się zbyt
duże ryzyko - za wysoka cena.
(To chyba Grażyna mówiła, że Niepokulczycki Wojtek
zachował się w sposób podejrzany. To on raz miał
przenieść chyba czcionki i farbę drukarską - zostawił
to na ławce i milicja zabrała. Później on się wyniósł
z Olsztyna, gdzieś na południe Polski. - przyp. Z.Z.).
END
---------------------------------------------------------------------------
Rozmowa z ks. Janem Rosłanem
w dniu 20 maja 1993r. (Gryźliny)
Pyt. Byłeś ściśle związany z
redakcją Rezonansu. Jak tam trafiłeś?
Odp. Trafiłem dzięki telegramowi. W tym czasie
mieszkałem w Białymstoku. Przysłał do mnie Jarek (Waldemar)
Dąbrowski telegram. On przyjechał do Olsztyna z Gdańska.
Był pracownikiem etatowym "Studenta", potem był rzecznikiem
prasowym wojewody elbląskiego, pracował w "Czasie" i w tych
pismach gdańskich, m.in. w ostatnim piśmie wydawanym przez Będkowskiego
"Jedność", którego wyszedł numer próbny i jeden
oficjalny. On objął "Rezonans" i od razu powiadomił
mnie, żebym przyjechał.
Pyt. To znaczy był redaktorem naczelnym
"Rezonansu"?
Odp. Tak. Był redaktorem naczelnym. Objął
"Rezonans" po Andrzeju Weberze. Andrzej był architektem. Z tego
względu, że cały czas "Rezonans" był wydawany po
amatorsku. Nie wiem kto go stworzył. Potem był Weber, potem
przyszła Świetłana, ale nie kierowała nim, bo ona
miała za zadanie uruchomienie wydawnictwa przy "Rezonansie". Ale
dopóki się to nie stało. Jarek kiedy przyszedł, ona była
członkiem redakcji. Przyjechałem i zaraz zacząłem
pracować w "Rezonansie", potem stałem się sekretarzem
serwisu, bo "Rezonans" wychodził raz na dwa tygodnie,
zaczęliśmy wydawać serwis "Rezonansu", raz na dwa dni,
a w chwilach takich kiedy się coś wielkiego działo - codziennie,
np. podczas Zjazdu. Andrzej Weber też był członkiem redakcji,
członkiem redakcji była Świetłana - to była obsada
etatowa, a po Zjeździe Solidarności doszedł do nas Janusz Soroka
- dziennikarz z Gazety Olsztyńskiej. On był z Wackiem Radziwinowiczem
w Gdańsku - obsługiwał Zjazd Solidarności, ale wezwano go,
żeby powrócił. On tam chyba nie miał etatu. Był na
stażu i wyrzucono go. Zaczynał pracę po studiach. Myśmy
byli wtedy na Zjeździe i on do nas przyszedł. Już kiedy
został wyrzucony z Gazety, pracował u nas, ale traktował to
trochę jako pracę w Biuletynie - to nie odpowiadało jego
aspiracjom. Wierzył w siebie, kiedy był bunt w Kamińsku w
więzieniu, napisał reportaż i ten reportaż został od
razu przedrukowany w "Tygodniku Solidarność", tym
ogólnopolskim. Wtedy poczuł się doceniony i dowartościowany.
"Tygodnik Solidarność" przysyłał nam swoje
numery, myśmy im wysyłali. Ta redakcja traktowała nas po
przyjacielsku i korzystała z naszych wydawnictw, czasami
przedrukowując teksty i informacje. Tak broniła tych biuletynów, bo
tam była nawet sprawa sądowa o obrazę Związku Radzieckiego,
kiedy jeden z biuletynów wydrukował karykaturę Breżniewa w
formie misia. Była sprawa sądowa i wtedy "Tygodnik
Solidarność" przedrukował tę karykaturę,
chcąc tym samym niejako wzmocnić obronę.
I pracowaliśmy w tym zespole. Tam jeszcze
technicznym był Piotr (Kajko?) - jedyny członek KPN-u.
(Nieścisłość: członkiem KPN-u był Leszek
Szawłowski - przyp. A.P.) Dość ważne, potem jego głównie
posądzano o kontynuowanie Rezonansu w stanie wojennym. Jak wiemy służby
bezpieczeństwa najbardziej wtedy obawiały się KPN-u.
Pyt. A jeżeli chodzi o Kisłego? Jaką
funkcję pełnił?
Odp. Tadeusz Kisły. Nie wiem w jakich był
strukturach. Był chyba szefem propagandy. Co myśmy robili? To Jarek
walczył o autonomię "Rezonansu", żebyśmy byli
niepodporządkowani propagandzie bezpośrednio. Wtedy rzecznikiem
prasowym była Grażyna Langowska. Doszło do pewnego sporu.
Grażyna pisała bardzo wielkie oświadczenia, polemiki, nawet z
wystąpieniem Breżniewa i chodziło o to, żeby to
wydrukować. Myśmy się w pewnym stopniu temu sprzeciwili,
dyskutowaliśmy z Grażyną, żeby to było pismem, a nie
biuletynem. O to walczyliśmy. I rzeczywiście tak się stało,
bo nawet u nas drukowali teksty dziennikarskie, którym odrzucono to gdzie
indziej. Czasami pod pseudonimami. To był nasz sukces. Rosło grono
współpracowników, np. Bruno Bernard Szulc z "Panoramy
Północy", który został w Niemczech, pisał do nas bo tam mu
odrzucano teksty, zaczęły się już kontakty z
profesjonalistami, którzy u nas umieszczali pod pseudonimami lub nazwiskami -
to było różnie. A Świetłana cały czas
spełniała rolę sekretarza "Rezonansu"
wychodzącego co dwa tygodnie. To było spore pisemko. Były tam
reportaże, duże teksty, czasami rzeczywistość tak
gnała, że wydawaliśmy sam serwis.
Pyt. A Grucela?
Odp. Leszek Grucela był pierwszym, który
zakładał "Rezonans". gdy my przyszliśmy, to była
taka dziwna nowa fala. On potem był w propagandzie. Potem
przejął funkcję chyba
socjalnego w Zarządzie Regionu, ale już z
"Rezonansem" nie pracował.
Pyt. Od kiedy pracowałeś w
"Rezonansie"?
Odp. Ja pracowałem w "Rezonansie" od
wakacji roku 1981. Od lipca. Dopiero na Zjazd wziąłem
legitymację nr 13. Zacząłem od wakacji, kiedy przyszedł
Jarek Dąbrowski z Gdańska i objął to. Myśmy faktycznie
tak prawdę mówiąc, w trzy osoby najściślejsze grono
stanowili: Jarek, Świetłana i ja. Jeszcze był Weber, który potem
stał się technicznym. Był architektem. Został technicznym i
robił to dobrze. A ten Piotr był od propagandy, od kolportażu,
plakatów i innych rzeczy. Były dwie maszynistki.
Pyt. Janusz Soroka, kiedy trafił do
"Rezonansu"?
Odp. Po zjeździe, kiedy wyrzucono go z Gazety
Olsztyńskiej.
Pyt. A dlaczego go wyrzucono?
Odp. Za to, że nie wrócił ze zjazdu, a był
odwołany. Tam Wacek Radziwinowicz obsługiwał zjazd z ramienia "Gazety
Olsztyńskiej". Pracował dość uczciwie. Janusz był
na stażu i oni podpisywali tekst podwójnie, że razem to robili.
Drukowano tylko Wacława Radziwinowicza, twierdzono, że Janusz nie
jest delegowany.
Pyt. Czyżby on samodzielnie pojechał na Zjazd?
Odp. Nie wiem jak tam była sprawa domówiona, czy
mówił, że jedzie, czy go puszczono w trakcie zjazdu, kiedy
nabrał barwy, ale tylko Wacek był oficjalnym przedstawicielem. Nie
drukowano jego korespondencji mimo, że razem było podpisane, bo
"Gazeta" była nam dowożona do Gdańska i to było
widać. On sam już wiedział, że coś się złego
dzieje. I jemu kazano wracać, nie
wrócił i za to wyleciał.
Pyt. W jakim nakładzie ukazywał się
"Rezonans"?
Odp. Nawet do 10 tyś. sięgał. To szło
kolportażem autobusowym. Rano kierowcy autobusami rozwozili, i to
był nakład taki, który można było wydrukować tą
techniką.
Pyt. A gdzie był drukowany?
Odp. W MZK, tam były zakłady graficzne,
były maszyny. Tam było drukowane najpierw na taśmy, potem
dostaliśmy także maszyny, potem na blachy. To już robili
drukarze.
Pyt. Pracując w "Rezonansie"
miałeś okazję poznać wielu ludzi. Jak ty
odbierałeś ówczesnych działaczy związku?
Odp. Krupińskiego, Łukomskiego, Bobera. Bardzo
często gdy był konflikt w zakładzie pracy, wtedy jechał
przedstawiciel Zarządu Regionu i dziennikarz, żeby to opisać. Ja
byłem w Dobrym Mieście w Warfamie, miałem całe dokumenty,
tam widziałem pana Śnieżkę ówczesnego prokuratora. Tam
poznałem Lubienieckiego. Byłem także w Biskupcu w przedszkolu.
Gołębiowski, tego też poznałem. Większość
ludzi traktowała pracę w Zarządzie Regionu jako samobójstwo.
Uważali, że to wszystko się bardzo szybko zawali.
Obsługiwaliśmy posiedzenia, prezydia i
Zarządy Regionu, różne nasiadówki. Zachowało się u mnie
sporo notatek - cała dokumentacja na szczęście ocalała.
Łącznie z ostatnimi teleksami z BIPS-u, notatki z ostatniego zebrania
kiedy było już bardzo źle. Tutaj na Szrajbera była taka
zajezdnia autobusowa, kiedy mówiono o grupach ochronnych w czasie demonstracji
i innych rzeczach. Tak była zagęszczona atmosfera - te zapiski
gdzieś wszystkie zostały, bo to był natłok tego.
Pyt. Co możesz powiedzieć o Krupińskim?
Odp. Solidarność miała ludzi krzykliwych.
Nie chciałbym oceniać ludzi. Krupiński był człowiekiem
bardzo spokojnym. Podczas zjazdu gdy wybierano Komisję Krajową,
myśmy już wiedzieli o kandydaturze na zastępcę
przewodniczącego Lecha Wałęsy. Przeprowadzaliśmy w czasie
zjazdu wywiady, na spółkę podpisane z Jarkiem Dąbrowskim, ze
wszystkimi naszymi delegatami i teleksem były drukowane -
Świetłana obsługiwała w Olsztynie serwis i od razu był
drukowany. I Wałęsa jaki sposób zastosował? Wiadomo było,
że był konflikt z Gwiazdą, który zarzucił Wałęsie,
że on mało pracuje, złą politykę związkową
prowadzi itd. Konflikt Walentynowicz, Gwiazda kontra Wałęsa, a
Wałęsa wypomniał mu brak obecności na zebraniach, na
posiedzeniach Komisji Krajowej itd. I wtedy Wałęsa powiedział
tak: Kto chce pracować w Komisji Krajowej, niech się zgłosi.
Zgłosił się oczywiście Gwiazda, zgłosiła się
większość członków. Wałęsa wtedy: A ja
chciałbym żeby pracowali: ten, ten i ten. Wymienił dwa lub trzy
tylko nazwiska. Krupiński się nie zgłosił. On sam
wymienił Krupińskiego. Dlaczego? Krupiński był chyba
najbardziej poważną osobą wśród przewodniczących
regionów. Był osobą stateczną - był architektem z
dorobkiem, poważny pan. A pozostali to ludzie w większości
młodzi, bardzo narwani. Chyba Wałęsa to docenił. I
stąd zaproponował mu od razu także wiceprzewodniczącego.
Przyjął to.
Pamiętajmy, że Olsztyn był wówczas
wciągnięty w sprawę ogólnopolską. Była to sprawa
sądowa, która cały czas toczyła się m.in. Krupiński,
Łukomski - przeciwko dziennikarzowi Sam jestes Tumanowicz - Samitowski
Tumanowiczowi z "Dziennika Telewizyjnego", który nakręcił
reportaż i ujawnił, że Łukomski był oficerem, że
karnie zwolniony itd. To się cały czas toczyło. Łukomski
był człowiekiem bardziej wojskowym, bardziej twardym, Krupiński
był nie tyle miękki co bardziej dyplomatyczny. I już
zmieniał się też charakter pracy w Zarządzie Regionu,
Krupiński wyciszał. To, że został wybrany
przewodniczącym, to także o czymś świadczyło.
Potrafił wiele rzeczy łagodzić.
Komisja interwencyjna to była najbardziej
zwariowana, bo nagle np. nie chcą sprzedawać jakichś tam
podpasek, czy żyletek w kiosku w Urzędzie Miejskim. Ustawiła
się kolejka, awantura, dzwonią do komisji. Ja też tam jadę.
Nie ma Solidarności w Urzędzie Miejskim, a ludzie chcą żeby
zrobić jakiś porządek itd. Były więc sprawy
humorystyczne z dzisiejszego punktu widzenia. Solidarność to
była wtedy taka straż ratunkowa na wszystko.
Pyt. Chyba wtedy szefem komisji interwencji był
Bober?
Odp. Tak, był Bober, ale bardzo aktywnym był
także Niczyporowicz. To był człowiek bardzo wojowniczy.
Były sprawy działek. Ten podział dóbr w zakładach pracy
był najczęściej przyczyną konfliktów. Były
również sprawy inne, np. wyboru opcji politycznej. Pamiętam w
listopadzie, w grudniu - co zrobić? Wejść do sejmu. A
jeżeli tak to w jaki sposób? Jesteśmy związkiem zawodowym,
może wszyscy wstąpimy do PAX-u, bo to była z Reifa partia, która
najbardziej mogła akceptować Solidarność.
Toczyła się również sprawa wewnętrzna
- sprawa samorządów. Ale to jakoś nie było odbierane przez
ludzi. Podobnie sprawa sieci - to robił Jarek Dąbrowski. Sieć to
była bardzo ważna siła w związku. Wchodziły
największe zakłady, w tym OZOS. Sieć była organizacją,
którą stworzyli partyjni (?) Czyli już Solidarność nie
była taką wielką jednością, chociaż to było
jeszcze ukryte, jednak można było wyczuć jakąś tam
opcję.
Pyt. Ludzie, którzy kierowali związkiem, czy mieli
jakąś wizję związku? Np. Krupiński?
Odp. Reakcja związku była często
reakcją byka na płachtę i to nie było dobrze.
Przykład, jesteśmy na zjeździe. W czasie zjazdu podwyższono
ceny papierosów i alkoholu. Doszło od razu do wezwania na salę dwóch
ministrów. Przyjechał Krzak i drugi. Uznano to za prowokację. M.in. w
takiej komisji analizującej był Lubieniecki, który przez to, że
referował, nie został później wybrany do Komisji Krajowej mimo,
że miał największe szanse. Bo tam poplątał pewne
drobiazgi, Coś tam nie wyszło.
Solidarność bardzo żywiołowo
reagowała na posunięcia władzy. Cały czas patrzenie ludziom
na ręce. Chodziło o stworzenie Polski samorządowej. Nikt nie
liczył się z upadkiem PZPR-u. Uważano, że samorządy
będą tak silne, że ograniczą partię i jej
władzę.
Jednak rzeczywistość chwili najbardziej kształtowała politykę
związku. I to było najbardziej widoczne. Tych ludzi od pracy od
podstaw nie było dużo. Sądzę, że w Olsztynie
zabrakło sztabu intelektualnego, który mógłby taką wizję
wypracować. Fluktuacja w Zarządzie Regionu była bardzo
duża. Pracowało się od rana do wieczora, ale to były w
większości interwencyjne sprawy. Czasami wręcz prowokacyjne.
Powiem o jednej takiej prowokacji. Podczas I Zjazdu wypuszczono plakat jednorocznego
dziecka, który szedł z kijem - bobas jednoroczny i wtedy w Olsztynie
(służby bezpieczeństwa tu sprawnie pracowały) od razu
wydrukowano taki sam plakat, tylko dziecku dano zamiast kija - pudełko
zapałek i dano podpis "ostrożnie z ogniem". Dawano do
zrozumienia, że Solidarność jest takim dzieckiem, który bawi
się zapałkami. Olsztyn wpadł na genialny pomysł bardzo
szybko - dodruk napisu "To polskie zapałki - pożaru nie
będzie!? Wiadomo, że wówczas polskie zapałki paliły
się fatalnie. A więc poczucie humoru. Był to więc czasami
związek konfrontacyjny, nie zaczepkowy - bardzo często były to
prowokacje władzy. Nacisk oddolny był tak duży, żeby
się do tego ustosunkować, tej pracy podstawowej, praktycznie
brakowało. Były prognozy, wypracowane gdzieś na górze, ale chwila
przewracała wszystko.
Pyt. Po Krupińskim rzecznikiem została
Grażyna Langowska.
Odp. Grażyna była człowiekiem bardzo
żywiołowym. Ona żyła Solidarnością,
denerwowało ją bardzo wiele spraw. Kontakt z prasą
oficjalną właściwie nie istniał, bo "Gazeta"
pisała o związku dość późno i raczej milczała.
Zamieszczała właściwie tylko oficjalne komunikaty o
posiedzeniach. Grażyna czasami oficjalne wypowiedzi i oświadczenia
wydawała - to raz i dwa: współpracowała już wtedy z
Komisją Oświaty. Komisja ta wydawała pismo "Rotę"
- byli to nauczyciele, ale oni byli gdzieś z boku, gdyż wówczas w
Solidarności liczyły się przede wszystkim duże
zakłady pracy. U nas taką bazą był OZOS, Warfama,
Kętrzyn. Kiedy nastał stan wojenny ona jedna dalej realizowała
zaplanowane wcześniej rzeczy. Potem zapłaciła za to
więzieniem. Studenci także, bo sam siedziałem ze studentem,
który przewoził te ulotki. On dostał chyba wyrok trzech lat.
Został na tym złapany.
Pyt. Kto to był?
Odp. Nie pamiętam. Przesiedziałem z nim
trochę, to był student 3 roku ART, pochodził z Łodzi,
rodzice - co było bardzo ważne - dowiedzieli się i przywozili mu
do Komendy Wojewódzkiej papierosy i wiktuały. Mnie zatrzymano 26 lutego,
to było Mirosława pamiętam, a jego zatrzymano już w
grudniu, a więc przesiedział już dość dużo.
Pyt. I siedział bez przerwy na Partyzantów?
Odp. Tak, siedział na Partyzantów. Przeciwko niemu
wytoczono sprawę i dlatego nie był internowany. Tam była od razu
selekcja - albo internowanie, albo przetrzymywanie w areszcie do wytoczenia
sprawy. Jeżeli nie mieli podstaw do wytoczenia, a starali się, to
internowali. A jeżeli złapali na działalności, to od razu
pod sąd. A ja byłem w celi przez którą przechodzili wszyscy
internowani.
Pyt. W jakich okolicznościach ciebie zatrzymano?
Odp. Oni mnie szukali, a ja nie byłem zameldowany w
Olsztynie - jak zwykle - i to mnie uchroniło. Przecież
mieszkałem w Olsztynie w tzw. systemie alarmowym był adres mego
brata, tam był też telefon. I był popełniony czeski
błąd - zamiast podać 2 przez 5 mieszkanie, podałem tam 5
przez 2 i za to potem byłem oskarżony za fałsz przez
esbecję - to był taki drobiazg. Bardzo ważne, że po 10
latach nie ocenia się ludzi po ich zachowaniu się w stanie wojennym,
jak się sprawdzili. Kiedyś zaszedłem do Zarządu Regionu i zobaczyłem
nową sekretarkę. Bardzo się zdziwiłem. Ta sekretarka
obecnie nie żyje. Bardzo się wtedy zdziwiłem bo, kiedyś
jeszcze podczas swych reporterskich historii dowiedziałem się,
że ta sekretarka jest pracownikiem sądu. mało tego, kiedyś
(...) pan Malewski, był wówczas posłem na sejm. Ona mówiła wtedy
o tym, że Niemcy przyjeżdżają i zabijają nawet czy
szantażują ludzi, którzy zeznają przeciwko zbrodniarzom
hitlerowskim. Mówiła (chyba Jadwiga Borkowska? - Z.Z.) pod wpływem
alkoholu. Byłem zdumiony, później okazało się, że
pracowała w sądzie razem z kolegą Wackiem (jakim?), z którym
później do niej dotarliśmy. Zanegowała wszystko, albo
udawała, że nie pamięta, ale Wacek kazał jej napisać w
tej sprawie i był zdenerwowany. Nagle ja patrzę, a ona zatrudniona
jako sekretarka, co mnie bardzo zdumiało - sekretarka w Zarządzie
Regionu - to było dla mnie dziwne.
(Przyp. Andrzej Pawłowski - w latach 60-tych i
70-tych miałem stałą kartę wstępu do Domu
Środowisk Twórczych w Olsztynie przy ul. Mickiewicza. Poznałem
wówczas wielu bardzo ciekawych ludzi ze świata kultury, jak też wielu
bardzo nieciekawych. Wśród tych ostatnich poznałem wielu esbeków, o
których prawie wszyscy wiedzieliśmy gdzie pracują. Wśród stałych
gości i biesiadników przy stolikach z panami z SB była zawsze p.
Jadwiga Borkowska 'dla pewności, o czarnych włosach', ze swoją
koleżanką , które to dziewczyny nigdy nie bawiły się innymi
gośćmi klubu. Mówiło się głośno, wśród naszych
znajomych, że ona jest współpracownikiem Służby
Bezpieczeństwa, toteż jak mogliśmy unikaliśmy tego towarzystwa.
Jednym z jej stałych partnerów był pewien facet - niestety nie
udało mi się poznać jego nazwiska 'wysoki, potężny, o
czerwonej twarzy', który przesłuchiwał mnie po zatrzymaniu w grudniu
1981r. i on wydał na mnie wyrok - internowanie! Podejrzenia ks. Jana
Rosłana były bardzo uzasadnione. Gdy ją zobaczyłem w
Zarządzie Regionu przy biurku sekretarki, zrobiłem awanturę,
dlaczego zatrudnia się esbeków. Rozeszło się po kościach.
Wkrótce po wprowadzeniu stanu wojennego będąc internowanym w
Iławie, dowiedzieliśmy się od naszych rodzin, że
zginęła w bardzo tajemniczych okolicznościach, nie
wyjaśnionych do dnia dzisiejszego).
Pyt. To że pracowała w sądzie, a teraz ...
Odp. To było samo przez się wiadome, że
musiała ... znaczy, to jest może oskarżycielskie. Była to
osoba bardzo niepewna. Był tam jeszcze jeden konflikt z takim
pracownikiem. On był pracownikiem socjalnym czy innym, normalnym
etatowym, nie pełnił żadnej funkcji. Oni chyba mieli jakiś
związek ze sobą, ale później chyba się pokłócili, czy
nie. W każdym razie tam wyszło jakieś nagranie, jakiś
magnetofon - jakaś bardzo przykra sprawa. I ja się oczywiście
dzieliłem z Jarkiem i Świetłaną pewnymi opiniami, że
są osoby, które nie dają żadnej gwarancji prawdomówności.
Ja trochę z boku patrzyłem na to wszystko, po prostu byłem
dziennikarzem i żeby było śmieszniej, nie byłem nawet
członkiem związku Solidarność. W poprzednim zakładzie
pracy, w Białymstoku, wszyscy cały zakład wstąpił do
Solidarności oprócz mnie, bo szefem został pan, który był
funkcjonariuszem milicji, potem przeszedł do kultury i był
przewodniczącym komisji zakładowej. I rzeczywiście w stanie
wojennym od razu 13 grudnia ubrał mundur i pacyfikował, więc ja
już wtedy zauważyłem, kto czasami organizuje Solidarność.
I to mnie zdziwiło, że ta pani potem została najdłużej
pracującą w stanie wojennym - prowadziła wszystko (w
rozwiązanym Zarządzie Regionu - przyp. A.P.). Pamiętam
sprawę, którą dzisiaj się zapomina, to była sprawa dwóch
milionów złotych. To były bardzo potężne pieniądze.
Wówczas zarabiałem chyba 6 tysięcy, były to dość
wysokie pobory ustalone na Komisji Krajowej Solidarności. Chodziło o
pobrane przed stanem wojennym pieniądze. Podobno gł. księgowa
była członkiem partii. Nikt nie sprawdził tego. Bardzo szukano
tych pieniędzy - była tam sprawa księdza
Żołnierkiewicza i jego zawał w szpitalu. Bo ona do niego
też poszła. Oczywiście uwierzyła, że jeżeli odda
te pieniądze to ją puszczą itd. I oddała te pieniądze.
Przyszła do starszego pana, (chyba Wilhelm Dąbrowski - przyp. Z.Z.),
który miał 80 lat i wcześniej był księgowym, i był na
emeryturze. Potem ten pan nawet wystąpił w telewizji i on
prowadził rozwiązany Zarząd Regionu, który był pod władzą
komisaryczną zakładu komunalnego (pieczątka na moim zwolnieniu z
pracy) i ta sekretarka.
Pyt. Nie znasz nazwiska tego pana?
Odp. Nie, on był chyba na pół etatu w pierwszej
fazie Zarządu Regionu i potem został zmieniony - przyszła
zawodowa księgowa, która to wszystko prowadziła. Jego odgrzebano i
występował z tą sekretarką i dalej prowadził
całą sprawę rozwiązania Zarządu. Potem
dowiedzieliśmy się jedno ...
Jak mnie złapano? Ja nie chciałem dalej
wchodzić. Zajmowałem się dziennikarstwem, nie pracowałem
tylko w Zarządzie Regionu, a pisywałem do innych pism.
Jeździłem na reportaże, bo związałem się z
"Panoramą Północy", gdy wyrzucono naczelnego i w ogóle ...
Stan wojenny był sprawdzianem, wtedy bardzo wiele rzeczy wyszło.
Mianowicie 12 grudnia mieliśmy zebranie Koła Młodych w DŚT.
Też tam byłem - koło Młodych przy ZLP. Było kompletnie
pusto, co nas bardzo zdumiało. Zostaliśmy we dwóch. Wszyscy ulotnili
się o 9 - 10. Zostałem z Wieśkiem Niesiobędzkim, on
miał pociąg dopiero pół do drugiej w nocy, do Iławy. Wychodząc
z DŚT - było zamknięte koło 12-tej, idąc na dworzec zobaczyłem
grupowane już pod Delikatesami Wiejskimi oddziały Milicji i ZOMO.
Wiedziałem, że Zarząd Regionu pracuje, były tam bowiem tzw.
"warty robotnicze", przedstawiciele m.in. OZOS-u. Chciałem
się dostać do Zarządu Regionu, lecz zostałem kulturalnie
zatrzymany na drodze. Powiedziano, że jest zablokowane.
Pyt. Kto zatrzymał?
Odp. Milicja. Nie wylegitymowano nawet. Wszedłem z
drugiej strony - tam też było zablokowane. Już było po
12-tej, szedłem na dworzec i naprzeciwko Milicji na ul. Partyzantów
była budka telefoniczna, koło ronda. Wszedłem do budki i
chciałem zatelefonować do ludzi: do Świetłany Kruk, Erwin
Kruk był wtedy na Kongresie Kultury. Nigdzie nie udało się
zatelefonować, ale zatelefonowałem na karetkę pogotowia.
Powiedziałem swoje nazwisko i wtedy mi powiedziano: To pan nie wie panie
doktorze, to pan o tym nie wie, że zostały zabrane wszystkie karetki
pogotowia. Oni mnie potraktowali jako lekarza, bo mój brat jest lekarzem. Wtedy
zrozumiałem wszystko. Poszliśmy z Wieśkiem na dworzec. On czekał
na pociąg, ja zwróciłem się do kolejarzy, bo chciałem
potelefonować. Wszystkie telefony wewnątrz były poodcinane i
poszedłem do domu. O godz. pół do drugiej przyjechał kolega i
zawiadomił mnie, że Zarząd Regionu jest rozbity. Powiadomił
go człowiek od odśnieżania miasta. Pamiętajmy, że
wtedy była taka zamieć - zimno, cały czas padał śnieg.
On przyjechał swoim samochodem. Zresztą, to był Kazimierz
Centkowski. Myśmy razem współpracowali. W "Panoramie
Północy" on robił zdjęcia do moich tekstów, reportaży
i do niego przyjechał gość od odśnieżania - Marek
Iwański (?). Wtedy wsiedliśmy w samochód i zaczęliśmy
jeździć po mieście. Pojechaliśmy do Jarka
Dąbrowskiego, wyciągnąć go. On nie był zorientowany.
Co nam się udało? Myśmy zgubili samochód. Bardzo dziwne, -
wchodzimy do jego domu, on mieszkał przy ul. Żolnierskiej, a z
drugiej klatki schodowej wyskakują ludzie z pistoletami, jakieś
sygnały, samochód z tyłu. Był to stan pewnej grozy.
Wyciągnęliy Jarka i nie wiedzieliśmy gdzie się
schować. Postanowiliśmy schować się u studentów w akademiku. Wybór był dobry, przed
akademikiem zobaczyliśmy żołnierza z kartami powołania
(?),. Schował nas drugi fotograf Mierzejewski. U niego spaliśmy.
Dobrze, że nie trafiliśmy na ul. Niepodległości, bo tam
właśnie internowano Maćka Kuronia i kilku studentów stamtąd
właśnie. A myśmy byli w akademiku przy Żołnierskiej i
tam nikogo tej nocy nie było. Rano poszliśmy na Mszę św.,
poszliśmy pod Zarząd Regionu - rozbity. Wiedzieliśmy, że
jest spotkanie w punkcie kontaktowym. I byliśmy wieczorem w niedzielę
13 grudnia w tym punkcie.
Pyt. Czyli gdzie?
Odp. Było to przy pl. Bema. Punkt kontaktowy
był w mieszkaniu naszej pani, która pracowała w obsłudze
telegrafu. Starsza pani, lat około 60. I tam zebraliśmy się
omówić sytuację. Jarek znał ten punkt. Omówiliśmy
sytuację. Od razu było widać ... Między innymi
wspomniałeś tego założyciela pierwszego
"Rezonansu" - Leszka Grucelę. Jego żona była.
Opowiadała o rzeczach śmiesznych teraz i wtedy. Bo ona
sprawdziła dokument internowania. Chyba u niego wpadli do ojca. On
ożenił się i zmienił mieszkanie. Mieli adres ojca i
zaczęli go tam szukać. A dlaczego jego szukali kiedy on już
się wycofywał z prac w zarządzie regionu. Był - nie
istniał faktycznie jako człowiek funkcyjny, ale on zakładał
Solidarność na WSP (chodzi o Leszka - syna). Listy internowanych
były spisane rzeczywiście wiosną. Myśmy to stwierdzili.
Między innymi żona Leszka - nie wiem czy był to lipiec, czy
marzec - już wtedy wystawiono. I wtedy doszliśmy, czemu mylne adresy.
Np. Łukomski był na weselu gdzieś. Przyszli, robili mieszkanie,
zerwano u niego tapety, bo szukano tych milionów. Między innymi on podpisywał
czek pobierając te pieniądze. Więc szukano tego. I tam
dowiedzieliśmy się kogo internowano, gdzie mniej więcej są.
Między innymi sytuacje jakie były. No więc wpadli i zaczęli
szukać Leszka Grucelę. Ojciec wreszcie powiedział, że to
są plotki (ojciec się obawiał poszukiwań, bo miał
zacier na bimber. Ojciec powiedział gdzie mieszka syn, podał adres,
bo się nagle przestraszył, że oni szukają bimbrowni, bo
ktoś powiedział - były takie sytuacje. (Nie podawać - przyp
J.R.). Co teraz wyszło. Tam wyszła sprawa paczek i innych rzeczy. I
po pewnym czasie mieszkanie było namierzone - po drugiej stronie , tam
gdzie był ginekolog, było puste i przez cały czas była
prowadzona obserwacja i tam mnie zatrzymano.
Pyt. Jakich paczek?
Odp. Dla internowanych, do Iławy, Kwidzyna, czy
gdzie indziej.
Pyt. Acha, to ty mówisz o czasie późniejszym.
Odp. Tam była sprawa organizacyjna - organizowania
pomocy. Ile, jakie są straty, itd. To zaczęło się od 13
grudnia. Była kwestia dokąd ludzi zabrano i jak pomóc. Była
sprawa szukania ludzi: kto pozostał i dlaczego. I wtedy siedziałem w
Olsztynie i na święta uciekłem - nie miałem żadnej
przepustki, bez niczego pojechałem do Orzysza, do rodziców, nocnym
pociągiem. Byłem dwu- czy trzykrotnie łapany przez milicję
i trzykrotnie puszczany. Raz z fałszywą przepustką.
Pyt. Czy ty byłeś na liście do
internowania? Dlaczego byłeś łapany?
Odp. Byłem kontrolowany. Nie mogłem być na
liście, gdyż zacząłem pracę w lipcu, zbyt późno.
Na liście do internowania byli przede wszystkim ci, którzy wcześniej
rozpoczęli pracę, mimo, że później mogli się już
wycofać. A np. Jarek Dąbrowski też nie był zameldowany w
Olsztynie i nikt nie wiedział, że on istnieje. Po Jarku, jak się
potem dowiedziałem, podobno przyszli w Gdańsku, ale mieszkał w
Olsztynie. Myśmy zamieszkali, siedzieli w Olsztynie. Ja pojechałem
na święta, wróciłem, zobaczyłem co i jak. To wszystko
było zdumiewające. Trzeba było kartek i życia. Co oni
później robili? Już nie internowali, brali na 48 godzin - puszczali,
wracali ci do domu i ponownie ich zatrzymywano. Tak samo było z tą
panią, która była na telefonie. Odwiedziłem ją, tak jak ona
mówiła, kożuch swój powiesiłem w przedpokoju i wszedłem do
pokoju i wtedy dzwonek. A oni wtedy łapali nas aby wręczyć
każdemu kartę zwolnienia z pracy - wypowiedzenie. Bo trzeba
było dostarczyć osobiście i musi być przez zainteresowanego
podpisana. Zgodnie z prawem. Zresztą później pisaliśmy
odwołania od tej decyzji.
Kiedy byłem znowu u tej pani, ona była
zatrzymana na 48 godzin, a potem wypuszczona. Czasami wstawiała obiad i
znowu. No i wpadł znany mi dobrze funkcjonariusz bezpieczeństwa,
który dzisiaj jeszcze pracuje, jest wykładowcą na WSO w Szczytnie. Pan Ryszard Dębski z
WSP z historii i wtedy rozpoznał mój kożuch, bardzo charakterystyczny
i torba łowiecka. I wpadł, słyszałem tylko, że
coś się źle dzieje, pytano tą kobietę: Czy jest
Rosłan. Ona powiedziała, że nie. On wtedy zagroził,
przyszło kilku panów i wtedy zabrali mnie. Miałem torbę,
szedłem na imieniny Mirosława - to znakomicie pamiętam.
Ubierając się wyjąłem swój dowód i położyłem
go na szafce u tej pani: tam były kartki jakieś, numery telefonów
kontaktowe, bo notes zawierał same stare numery i gdy zawieziono mnie do
Komendy Wojewódzkiej, zaczęły się przesłuchania, nie
wiedzieli czego ode mnie chcą. Do tej pory pamiętałem jego
nazwiska, bo kiedy mnie wybierał z "dołka" to musiał
podać nazwisko (chłopak, który przyszedł z Warszawy). I
zaczęło się w nocy przesłuchanie. Do tej pory
pamiętam, że kiedy szedłem z góry, bo przesłuchanie
trwało chyba do godzin wieczornych, słyszałem piosenki z Festiwalu
Piosenki Zakazanej, który był w Gdańsku "Janek Wiśniewski
padł", na całą górę tę melodię puszczano i
wtedy powiedziałem do niego, że to nie jest tak źle jak oni
słuchają tych piosenek, bo na pewno się nawrócą. On
poszedł i kazał to wyłączyć.
Pyt. To znaczy przesłuchiwał cię ten
Dębski?
Odp. Dębski mnie zatrzymał. Dębski
przychodził namawiać mnie na współpracę oczywiście -
raz i drugi, bo tam mnie przetrzymywano. To były bardzo różne metody.
Na początku dobroć, proponowanie wyjazdu za granicę już
wtedy, od razu itd. Ja się zorientowałem, że przechodzę
przez celę, w której był konfident, który siedział jeszcze przed
grudniem (niby okradł garaże), on wszystkich internowanych
przeszedł. To był ich człowiek, którego także po dwóch
dniach wyciągnięto na zeznania, więc był on, potem był
jakiś aferzysta - dyrektor
zakładu, młody chłopak, który za gołębie został
pobity, student. Była wtedy głośna sprawa, że dwóch
gości zamordowało babcię dusząc ją - też ze
mną siedział ten morderca, który potem dostał 25 lat więzienia
- czytałem w gazecie. Takie było towarzystwo. I zeznania, że to
niby ja redaguję "Rezonans", który zaczął w podziemiu
wychodzić. Nic nie mieli. Nie mieli żadnych argumentów, żeby
mnie zatrzymać powyżej 48 godzin.
Pyt. Jak długo cię trzymali?
Odp. 48 godzin, plus jeszcze godzinę.
Stwierdziłem, że to niegroźne. Początkowo twierdzili,
że będę internowany, potem powiedzieli, że będę
sądzony itd. Zatrzymując mnie, dano wypowiedzenie z pracy. To
było bardzo ważne. Co się okazało? Stwierdzono, że nie
będę internowany, a zostanę osądzony. Zawieziono mnie do
kolegium. Było coś fantastycznego jak ważna była
znajomość prawa. Mieliśmy takie broszury, czy coś w tym
rodzaju. Sami wydawaliśmy - co robić przy zatrzymaniu przez
milicję itd. To się wszystko okazało potem potrzebne. Bo stałem
przed kolegium i wiadomo, że tych wszystkich, którzy nie pracowali, od
razu dostawali 3 miesiące, to było przekroczenie godziny milicyjnej
itd. Mnie oskarżał jakiś umundurowany milicjant i zarzucił
3 lub 4 zarzuty. Pierwsze, to oczywiście: przebywanie bez przepustki w
Olsztynie, bo nigdzie nie byłem zameldowany; dwa - wprowadzenie w
błąd funkcjonariuszy służby bezpieczeństwa, że
podałem mylny adres; jeszcze trzeci był jakiś zarzut i
groźba zatrzymania mnie na 3 miesiące. Oczywiście nie było
żadnej grzywny. Ale co było śmieszne, ja służbę
bezpieczeństwa oskarżyłem, że ukradli mi portfel.
Naprawdę zapomniałem, że ten portfel zostawiłem u tej pani.
Patrzę, portfela nie ma. Myślę, że oni mnie tu
skażą, a ja nie mam żadnych pieniędzy. Wtedy
tłumaczyli, że oni nie kradną itd. Potem wpadł
gość, który straszył pobiciem itd. za to, że ja ich
oskarżam o złodziejstwo. I tak myślałem, że jak
jechaliśmy tą wołgą - trzech nas z tyłu - patrzę
portfela nie ma, a więc musiał mi gdzieś wypaść. To
nagle zacząłem ich oskarżać. No i orzeczenie: rzeczywiście
dostaję 3 miesiące, dlatego, że jestem niepracujący, bez
prawa grzywny. No i ja wtedy: Przepraszam, ja jestem w okresie wypowiedzenia,
bo dostałem właśnie rozwiązanie umowy o pracę, a w
okresie wypowiedzenia jest się pracującym. I tutaj był wielki
dylemat. Nagle przerwano czytanie orzeczenia, udano się jeszcze raz na
naradę. Tam też oskarżano jakiegoś pracownika ART, że
w nocy wyszedł na spacer z psem i jakiegoś pijaka.
Pyt. To było w ratuszu?
Odp. Tak. no i czekałem godzinę czy dwie.
Skierowanie mnie do aresztu odpada, bo jednak jestem pracujący (mam bowiem
wypowiedzenie umowy o pracę) chociaż w dowodzie nie miałem
żadnej pieczątki. I wtedy powiedziano mi, że potraktowano mnie
"jak człowieka" i to sędzia ten orzekający, dając
3200 zł, czy 3 tyś. zł grzywny. Myślałem, że
jestem wolny, ale to okazało się nieprawdą, bo znowu zabrano
mnie do "dołka". Była już godzina wieczorna, więc
zacząłem się awanturować, na jakiej zasadzie jestem
zatrzymywany: czy jestem aresztowany, czy jestem internowany. Mówię: Nie
mam pieniędzy, bo nie mam portfela - nie wiem czy w ciągu 48 godzin
tę grzywnę zapłacę, czy w ciągu tygodnia. No i
zaczęło się, co zrobić ze mną. Z Komendy Wojewódzkiej
przewieziono mnie na miejską, bo to kolegium z miasta woziło, a
więc tego wożenia było. Była godzina wieczorna. I chyba mnie
wypuszczono pod wieczór między siódmą, a ósmą. Chciałem,
żeby dali mi przepustkę, bo mogli mnie przecież zaraz
zatrzymać, bo była godzina milicyjna, a ja nie miałem jeszcze
zameldowania. To oni mi powiedzieli, że w tym dniu, czy też
dzień wcześniej, przepustki zostały cofnięte.
Wyszedłem i pojechałem do tej pani, godzina milicyjna jeszcze
obowiązywała. Okazało się, że portfel leżał.
Wziąłem portfel i pojechałem wtedy do Kruków. Oni już w tym
czasie zrobili rewizję u moich rodziców, wcześniej szukali mnie u
brata. Rewizję u rodziców zrobili, aby zdobyć jakieś argumenty.
Ja oczywiście nie mówiłem gdzie moi rodzice mieszkają. Nie mieli
żadnych argumentów potwierdzających moją
działalność. Byłem u Kruków, ale wiem, że cały
czas byłem śledzony i wtedy zatrzymałem taksówkę, bo
była od 22-ej, godzina milicyjna. Taksówką dojechałem na
Jagiellońską, w domu miałem plik ulotek z Białegostoku, bo
kursowałem tak jakoś dziwnie. Wiedziałem, że jak
dowiedzą się gdzie mieszkam, to od razu wpadną i te plakaty
właściwie byłyby dowodem oskarżenia. Ta pani, u której
mnie zatrzymano, zaraz powiadomiła znajomych, że zostałem
zatrzymany. Teraz patrzyłem, że milicja przez cały czas za
mną jeździ, pomyślałem, że jestem królikiem. To wtedy
udałem się do brata i tam posiedziałem. Taki to był czas
takiej zabawy. Oczywiście nacisków, straszenia, obietnic, było bardzo
dużo. Potem, to był rok 1982 i seminarium, to jeszcze przez dwa lata
trwały nachodzenia czy groźby. Na I roku seminarium komplet
reprodukcji pornograficznych przyszedł na mój adres, później inni koledzy
zaczęli otrzymywać z jakichś tam pism zachodnich. Formy
nachodzenia, szantażu czy groźby trwały cały czas. Po dwóch
latach rezygnują z tego, jeżeli kto się nie dał
złamać, ale ta zabawa trwała.
W stanie wojennym, chodzi o tę sekretarkę.
Nagle ta sekretarka działała w tym oficjalnym komisarycznym
zarządzie rozwiązującym się. I kiedy przyszedłem do
tej pani, to ona mnie ostrzegła: żeby wszystko powiedzieć, bo
oni doskonale orientowali się, kto był na pierwszym zebraniu, gdzie
siedział, o czym mówił, a więc ktoś musiał ją
znać ...
Pyt. Na jakim zebraniu?
Odp. Na tym pierwszym zebraniu 13 grudnia, przy pl. Bema.
Powiedziała, że to jak się najpierw kobiety wcześniej
spotkały, a później my, to oni wszystko wiedzieli, nawet to gdzie kto
siedział i kto co mówił. Ktoś musiał to przekazać im.
Pyt. A czy ta sekretarka też tam była?
Odp. Też była. Ale później jak
organizowano paczki, zaczęła się z tego wycofywać. To
było bardzo podejrzane. Podobno nagle zmarła w Kętrzynie. Nagle
zmarła - wylew czy coś. Były jakieś złe
przypuszczenia. Miał ktoś nawet tam pojechać i sprawdzić
czy jest taka mogiła w Kętrzynie. Później okazało się
jednak, że ta sekretarka nie żyje.
Pyt. Niektórzy mówią, że to były
jakieś porachunki esbeckie i że ona została zamordowana.
Znaleziono ją podobno w pościeli.
Odp. Tak, tak. Ale ona była w sekretariacie, ona
przyszła po mnie, zaszokowany byłem jak ją zobaczyłem w
Zarządzie Regionu. To było dla mnie przerażające.
Pamiętam o jednym: Bober też pracował w wojsku.
Pyt. Bober mówił, że przez krótki czas był
w SB. Ale on publicznie się do tego przyznawał.
Odp. Tak. I tutaj ta atmosfera była taka różna.
Potem gdy siedziałem w komunikacji, tam ... To znowu sprawy personalne.
Bober kręcił z taką sekretarką z działu interwencji,
bardzo młodą dziewczyną - miał żonę. Ta
dziewczyna była w nim kompletnie zakochana, to było widać. Potem
ona wpadła ... tam myśmy się rozpoznali, bo tam prowadzono do
(umywalni ...?). Ona miała takie charakterystyczne czerwone spodnie.
Myśmy rozpoznali, że to jest ona (...)
Pyt. ...
Odp. Były różne komentarze. Byłem
wyłączony z jakiejkolwiek działalności. Tylko obserwowałem.
Spotykałem się czasami z ludźmi w bardzo wąskim gronie i
pytaliśmy co i jak. Gdzieś tak latem w 1985 roku wyjechałem do
Rzymu z pielgrzymką. Były trudności paszportowe, ale ja dlatego
otrzymałem paszport, że nie brałem go z Olsztyna, tylko z Pisza.
Po pogrzebie Antonowicza nie dano już paszportu żadnemu klerykowi,
nawet na wyjazd do Lurd, za karę, za udział seminarium w pogrzebie.
Ktoś kto miał paszport w Suwałkach - otrzymał, bo tylko u
nas była ta restrykcja. Ale to było jeszcze dużo wcześniej
też Rzym, więc ja byłem zdumiony, że otrzymałem
paszport. Była to oficjalna pielgrzymka z księdzem Górnym.
Chciałem się tam spotkać z ludźmi, bo ja się
umówiłem z Jarkiem. Jarek wyemigrował po roku, także
wyjechał z pielgrzymką i nie wrócił.
Pyt. On nie był zatrzymywany?
Odp. Jarka szukano w Gdańsku. On tam był na
stałe zameldowany. Po 13 grudnia Jarek także nie
włączył się bezpośrednio do działalności.
Praktycznie to on był takim intelektualistą, pisał raporty, czy
inne i cały czas był między Olsztynem i Gdańskiem.
Pyt. W jakim wieku był?
Odp. Jarek był starszy ode mnie o 3 lata.
Pochodził z Olsztyna, ale studia kończył w Gdańsku i został
w Gdańsku, cały czas pracując jako dziennikarz. Był takim
typowym intelektualistą - ekonomistą z wykształcenia (ekonomika
transportu). Poznaliśmy się w roku 1974 na obozie studenckim,
"itedowskim", dziennikarskim. Przepraszam, nie na obozie, na 30-leciu
PRL-u, bo ja witałem Breżniewa. Była tam wielka manifestacja w
W-wie, ja tam pojechałem jako delegat harcerski. I tam pracowałem w
gazecie, którą Jarek także wydawał - to Trybuna Pracy w
Sztandarze Młodych.
Pyt. Jaka to dokładnie gazeta, "Sztandar
Młodych"?
Odp. "Sztandar Młodych" wydelegował.
Myśmy mieszkali w Beniaminowie, było 10 tyś ludzi i tam
wydawaliśmy gazetkę (ale mniejsza o to).
I pojechałem do Włoch. Tam od razu
spotkałem się z naszą emigracją, już na lotnisku. Miałem
kolegę, który po roku w seminarium wystąpił, wstąpił
do zakonnego seminarium we Włoszech i tam też wystąpił -
obecnie jest w Kanadzie. On mi załatwił, o co mi bardzo
chodziło, pół worka literatury emigracyjnej. Był rok 1985.
Między innymi pełne wydanie "Dzienników" Gombrowicza i
świeża literatura i stara i Czapski i wiele innych książek.
Bardzo się ucieszyłem. Powiedział, żeby nie iść
do placówki Kultury, bo tam jest obserwowane. Zostałem w kawiarni, on
wyniósł bezpłatnie. No i chciałem pojechać do obozu Latina,
gdzie byli Polacy. Wcześniej byłem umówiony z Jarkiem: słuchaj,
wyjedziesz (bo on sam wyjechał, pozostawiając tutaj żonę i
dwoje dzieci - oni nie mieli ślubu). Jedno było dziecko, to dziecko
było niestety chore, miało tylko jedną nerkę i ta jedna
nerka jeszcze była chora. I wyjechał do Włoch. Ja
wiedziałem o tym wyjeździe. To była sprawa osobista. Ta
dziewczyna nie wiedziała, że on chce uciec. On wyjechał i po
dwóch latach ściągnął ją. Ona też wyjechała.
Teraz są w Kanadzie. To dziecko niestety się utopiło w Ontario
mając 7 czy 8 lat. Przerażająca sprawa. Joanna była w roku
ubiegłym w Polsce. Potem wzięli ślub, bo ona była
rozwódką we Włoszech.
I byliśmy umówieni w tych Włoszech. On, jak
przyjechałem za dwa lata, już wyjechał do Kanady. Więc
żeśmy się nie spotkali, ale zobaczyłem co się dzieje w
Latinie. Mówiono, żeby tam nie jechać, tam doszło do morderstwa,
prostytucji. Ten kolega, który wystąpił z zakonu, wszystko mi opowiedział i też
chciał uciekać do Kanady, gdyż tam miał ojca. Ja na to wszystko
patrzyłem z wielkim dystansem, bo dowiedziałem się o infiltracji
środowisk emigracyjnych, nawet przez funkcjonariuszy SB. Nawet
przykład z Mrągowa, kiedy dyrektor zakładu nagle wyjechał i
tam był działaczem, nagle został rozpoznany, wrócił i
był taksówkarzem. Potem te listy, które otrzymywałem. Ta Polonia
była bardzo infiltrowana. Te wszystkie kontakty były bardzo szybko
rwane czy ujawniane. Na wszystko patrzyłem z pewnym dystansem, bez
bezpośredniego zaangażowania. Z Jarkiem i ze Świetłaną
tworzyliśmy taki klan, taki sztab intelektualny, którego zabrakło.
Analizy tam dochodziły i Kruk i jacyś inni ludzie. Myśmy
stanowili takie forum dyskusyjne i analizujące, sprawdzające postawy.
Taką postawę zachowałem w seminarium, miałem wśród
kolegów (wręczyłem im jakąś literaturę podziemną).
Władze seminarium bardzo obawiały się wszystkich restrykcji,
że to wszystko przeciwko kościołowi się obróci, przeciwko
budowie seminarium. Nie było pozwolenia na budowę. Cały czas
była restrykcja administracyjna. Władze seminarium obawiały
się wszelkich zaangażowań, więc nic bezpośrednio nie
robiłem. Czytałem, studiowałem, sprawdzałem i
patrzyłem na to co się będzie dalej działo.
Pyt. Na początku, jak wstępowałeś do
seminarium, czy kościół nie miał nic przeciwko temu, że
byłeś zaangażowany w "Rezonans"?
Odp. Nigdy. Przyjmował mnie biskup Ziemba, który
wtedy został biskupem. Latem został biskupem, a przyjmował mnie
jesienią do seminarium. Być może oni sądzili, że ja
przyszedłem na pewien czas, żeby się przechować, ale ...
(...) Gienia Kmieć - Baranowska pomogła bardzo
dużo, bo była radcą prawnym i masę rzeczy wywalczyła.
I ta kobieta była przezywana "Kropa". Wszyscy tak mówili
"Kropa".
W seminarium być może niektórzy sądzili,
że to była taka ucieczka, ale trzeba założyć jedno: ja
nawet w Zarządzie Regionu, w "Rezonansie" zawsze
podchodziłem z pewnym dystansem, w roli obserwatora. Potem ten dystans
się zwiększył - obserwacji. I mogę powiedzieć, że
byłem bardziej klerykiem, niż jakimkolwiek działaczem. Nigdy
bezpośrednio nie pełniłem żadnej funkcji, ani żadnej
roli, a jeżeli byłem tym przypatrującym się -
wchodzącym w jakieś dyskusje, układy czy rady, wiedzącym o
tym i o owym. Nigdy nie pełniłem żadnej roli.
Drugą rzecz, co mogę teraz powiedzieć
wprost, całe finanse trzymała właśnie Ziuta Mielnik. Ona
była skarbnikiem, ona sprzedawała znaczki - rozliczenie, które
wydawano tutaj w Olsztynie. Ja też te znaczki kupowałem. Ona
zbierała składki wtedy. Pełniła też bardzo
ważną rolę, bo ona była w Kortowie, tam uniemożliwiono
jej publikację pracy habilitacyjnej itd. I ja znałem te problemy i
czasami starałem się zbierać czy jakieś opinie, ale to
było gdzieś tam bardzo dalekie, nic bezpośrednio. I w seminarium
ten status jeszcze bardziej wzrósł. Przypatrywałem się temu, o
wielu rzeczach wiedziałem, ale to była typowa postawa kleryka
patrzącego z boku.
Pyt. Wspomniałeś o Gieni, o "Kropie".
Co możesz powiedzieć więcej?
Odp. Ja myślę, że to jest geniusz
prawniczy, bo wygrała kilka spraw sądowych w seminarium. Sprawa np.
Bema, tam toczyła się sprawa tego teatru (Lalek), placu, sprawa
budowy. Ona prowadziła wiele spraw i bardzo podziwiałem ją.
Była radcą, robiła coś, jak pisma itp. Był jeden,
który nie mógł działać, to był prokurator
Śnieżko. Bo go nie przyjęto do zespołu adwokackiego w
Szczytnie, ja interesowałem się tą sprawą, bo
Tarczyński Jacek (niestety dzisiaj jest chory), był w tej radzie
adwokackiej w zespole adwokackim w Szczytnie i on pracował wcześniej
w szkole milicyjnej i zespół adwokacki przyjął Śnieżkę,
a niestety został odrzucony przez władzę zwierzchnią.
Był to jeden z nielicznych wypadków, żaden zespół adwokacki nie
chciał go przyjąć. On robił adwokaturę, ale go nie
przyjęli. Więc on był takim, bo Lubieniecki przeszedł do
Kurii Biskupiej i patrzyłem jak już działał w
kościele, no już tutaj tego
nie oceniam. Wielu księży miało z nim przeróżne kontakty i
tutaj była inna sfera działalności. A ona robiła tutaj
konkretną robotę, "Kropa".
Pyt. Czy ona pomagała internowanym, więzionym?
Odp. Tak, robiła pod względem prawnym. I Rysiu
Kułakowski pośredniczył tam, chodził i przedstawiał,
konsultował i przy mnie np. były konsultacje z nią i ze
Śnieżką, kiedy sprawa odszkodowania, chodziło o te
procesy. Ci ludzie, może nie występowali na pierwszym miejscu,
tworzyli pewien sztab i tworzyli bardzo dobre zaplecze prawnicze. To było
bardzo ważne. Ta działalność, której się w ogóle nie
dostrzega, bo niektórzy w ogóle nie byli działaczami, a można
było na nich liczyć, gdy trzeba było pomóc. Byli i
księża, na których zawsze można było liczyć, w sensie
pomocy, i byli tacy ludzie. I o nich się oczywiście nigdy nie
wspomina.
Pyt. Czy wiesz cokolwiek o wydawaniu
"Rezonansu" w stanie wojennym?
Odp. Wtedy wiedziałem, że jest wydawany,
wiedziałem przez kogo. Wydawał Wosiek, potem cały czas było
podejrzenie, że ten Piotr z KPN-u (czyżby Kajko?).
"Rezonans" bo on był wydawany raz, drugi przez drugą
osobę. Jak zaczął wychodzić to myśmy tego Rezonansu
nie cenili, bo było widać, że robi to jeden człowiek. Ja się
dopiero dowiedziałem o miejscach drukowania dosłownie ostatnio. U
jednego z nauczycieli, gdzieś za Barczewem. Między innymi był
klawisz więzienny, współpracował, opowiadał mi tę
historię druku. Tam kilka numerów u niego wyszło. Był to
młodszy Kaczyński, syn Jana Kaczyńskiego. U niego to się
działo. On ma mieszkanie teraz na pl. Bema. Na dole, jak jest restauracja
(kiedyś bar Rondo) to z tyłu na zapleczu, pierwsza klatka schodowa.
Pyt. Gdzie on pracuje?
Odp. On jest nauczycielem w jakiejś szkole
wieczorowej, uczy języka polskiego. On mi opowiadał, u niego pewne
numery robiono.
Pyt. Bo wiem, że na Dajtkach też był
drukowany Rezonans.
Odp. To cały czas się zmieniało. To
była zasada prasy podziemnej. Nie można było robić w jednym
miejscu. Cały czas było szukanie ludzi.
Pyt. Jak zmieniało się miejsce druku Rezonansu,
tak też w stanie wojennym zmieniał się Zarząd Regionu
Solidarności. Dotychczas znam kilka nazwisk ludzi, którzy byli niby
szefami Zarządu Regionu.
Odp. Mnie to w ogóle nie interesowało, bo byłem
zdziwiony tym. Raz na początku, ulotki były podpisywane jakimiś
pseudonimami, lub powoływano się wyłącznie na funkcje bez
osoby. Żeby nie ujawniać nazwisk. Ja w tym w ogóle nie brałem
udziału. Wiem jedno, ty mówisz o Krupińskim. Był
właśnie zarzut, że potem nie stanął na czele, chciano
go zrobić przewodniczącym. I tu był największy zarzut,
że on się kompletnie wycofał z podziemia, a myślano,
że on pociągnie to wszystko. Chciano odgrzać legendę. Mnie
nie interesowało to w ogóle, bo uważałem to za zabawy salonowe,
to głupio przyznać.
Pyt. Nie chcę oceniać, chodzi mi o konkretne
osoby.
Odp. Nie, ja nie znam nikogo.
Pyt. W okresie stanu wojennego dali się we znaki
ludzie z tej drugiej strony: esbecy, milicjanci - cały ten aparat. Czy
znasz konkretne osoby?
Odp. Ja śledziłem prasę. To mnie zawsze
interesowało. Miałem nawet pisać na WSP pracę
magisterską z prasy młodzieżowej. I zbierałem tę
prasę. W Szczytnie np. zaczęła wychodzić prasa podziemna,
jakiś "Kurek Mazurski", było "Echo Mrągowa".
Ja powołałem się na podziemne wydania i wiem, że
później esbecja chodziła, szukała. Tam pojawił się
dobry tekst o Wichercie. Znam autora, on podpisywał się
"Student". Mnie bardzo interesowało działanie tych
malutkich ośrodków, że tam się coś zaczynało
robić. A więc sprawa gazetek, bo to było świadectwo
istnienia. Potem włączyłem się już w roku 1988 i 1989
jak byłem w Ostródzie, w redagowanie pisma "Pomost", który
zaczął wychodzić, chyba dwa numery. I to mnie interesowało.
Kto się nam najbardziej dał we znaki? Ja
muszę powiedzieć jedno, to jest moja filozofia bardzo dziwna i
życiowa, że ja nie mam wrogów. To znaczy nie żywię do
nikogo żadnych negatywnych uczuć, chociaż wiem, że dla
niektórych jestem wrogiem. Powiedziałem sobie kiedyś, że zapamiętam znakomicie nazwisko
oficera, który mnie prowadził, on mnie potem raz i drugi zatrzymał.
Jeszcze po wypuszczeniu z aresztu, jeszcze mnie kiedyś zgarnął z
ulicy z propozycją, że albo porozmawiamy, albo on mnie zatrzymuje. To
było zdumiewające. Więc ja mówię, że możemy
porozmawiać. I zapomniałem jego nazwisko. Teraz jego nazwisko
wyrzuciłem z pamięci. To jest zdumiewające. Wiem, że mu
opowiadałem anegdotkę (on przyszedł z Warszawy), więc ja
ich może bardziej denerwowałem. Szedłem na drugie piętro z
piwnicy. Wyciągano mnie rano i wieczorem. Raz chyba zjadłem
śniadanie czy obiad, bo cały czas byłem ciągany na
przesłuchania. Jest taka anegdotka, kiedyś Słonimski
siedział przy stole przy prokuratorze. Zapytał go, czy u nas wykonuje
się wyrok śmierci przez powieszenie? Tak! Czy ten sznur musi
mieć ściśle określone wymiary? Tak! No, a potem to się
odcina? Tak! A potem co się dzieje z tym sznurem? W końcu ten
prokurator się wkurzył i woła: Czy pan wie, co pan się
uparł z tym sznurem? Czy pan nie ma innego tematu? A Słonimski
odpowiedział: O czym innym mogę rozmawiać z prokuratorem?
Szliśmy z tego "dołka" na drugie
piętro i zacząłem go o to samo pytać: Czy u nas, przez
powieszenie itd. itd. też się zdenerwował, ale Słonimskiego
nie czytał i wskazałem, że jeszcze mają pewne braki. To
były takie żarty, a więc i ja potrafiłem ich
zdenerwować. Byłem swobodny, nie miałem rodziny,
wiedziałem, że nikogo nie wsypię.
Pyt. Podczas przesłuchania, o co się pytali
najczęściej?
Odp. Pytali, kto wydaje Rezonans. Wmawiali mi, że to
ja. Mówili, że oni wiedzą. Rysiu Dębski np. wpadł i
pokazywał mi całą listę, że mają na mnie tyle
haków itd. a ja mówię: dobrze, ale ja na siebie nie mam żadnego, a
więc to było takie wpuszczenie "w maliny" po prostu. Oni
się mną zainteresowali z różnych względów.
Dowiedziałem się później od jednego z esbeków, niestety,
że (oni wiedzieli nawet kiedy miałem wypadek samochodowy,
chociaż Gazeta o tym nie pisała, chociaż on mówił, że
z Gazety, gdy jechałem po pogrzebie ... miałem złamanie
ręki, na ul. Korczaka. Oni znakomicie wszystko wiedzieli). I wmawianie mi
różnych faktów, że oni tam wiedzą, a faktycznie nie mieli nic.
Ja mówię, że pierwszy raz słyszę, że ja wydaję
Rezonans. Zabrali mi przy rewizji wszystko, min legitymację Rezonansu nr
13. Kiedy mnie wypuszczono, wszystko oddano, prócz tej legitymacji. Wtedy
zażądałem zwrotu. Spytano: dlaczego? Odpowiedziałem: na
pamiątkę. Oddano mi tę legitymację i mam ją do
dzisiaj.
Podczas przesłuchania kazali mi odtworzyć, co
robiłem w czasie stanu wojennego, co potem itd. Więc ja pewne rzeczy
wiedząc, że już wcześniej zostały puszczone,
powiedziałem że spotkaliśmy się u tej pani i
radziliśmy jak pomóc internowanym, i to było wszystko. Pytali
się wtedy chyba gdzie jest Jarek. Powiedziałem, że nie wiem.
Powiedziałem, że jest w Gdańsku, co było nieprawdą, bo
on był w Olsztynie. Wiem, że go tam właśnie szukali. Potem
była szalona namowa na współpracę, wręcz nacisk.
Powiedzieli, że oni wtedy pomogą mi i zniszczą pewne historie,
jakieś moje podpisy i obietnice wszystkiego. Ja powiedziałem, że
jestem dziennikarzem, to oni powiedzieli, że ich to bardzo interesuje,
że można za granicę. Mówili, że wielu z nimi
współpracuje. Była oferta, że wrócę do pracy w
dziennikarstwie i będę dla nich pracował, albo że wprost
wyjadę za granicę. Zaproponowali paszport. Gdy ten przesłuchujący
wyszedł, to wszedł Darek, a nie Ryszard Dębski - nie to Darek
Dębski, który był kiedyś szefem wydziału SZSP.
Przesłuchania esbecji odbywają się bowiem tak, że to jest
pokój, a tam jest mikrofon i połączone z aparatur w sąsiednim
pokoju. I co pewien czas wychodzili, analizując zeznania, lub
sprawdzając wszystkie dokumenty lub z innymi porównują. Co pewien
czas przychodzili z innymi pytaniami. Stąd oni mają dwa pokoje do
przesłuchań. I tam siedzi sztab. I nagle ten Dębski
przyszedł i daje mi słowo porucznika. Byli gotowi zapłacić
kolegium, bo ja powiedziałem, że nie mam pieniędzy. I
później nawet podczas wakacji przyjechali z SB, ten jeden
właśnie znany ze studiów. Byli w domu, kiedy miałem jakiś
dyżur na plebanii przyszli do kancelarii. Cały czas, wtedy jeszcze mi
mówili, że zlikwidują jakieś dokumenty, a ja mówiłem,
że nic nie mam i niczego się nie boję. A potem chyba IV
wydział mnie przejął, bo oni mieli zdjęcia wszystkich,
adresy itd. Myśmy musieli być zameldowani w Dobrym Mieście. Na
pierwszym roku był kleryk, który miał dwóch braci ze służby
bezpieczeństwa, później sam wystąpił z seminarium.
Pyt. Jak uważasz, czy wśród kleryków mogły
być osoby współpracujące?
Odp. Zdawało się, że w seminariach
były takie przypadki, że byli oddelegowani. Ten chłopak np.
wystąpił po dwóch miesiącach chyba i wstąpił do
esbecji. Miał dwóch braci w SB. Na pewno miał więc takie
zadanie. Bardzo często ci, którzy później pracowali w Urzędzie
Wojewódzkim, czy nawet w SB, to byli ludzie którzy odeszli od
Kościoła i zmienili front. Oni się bardzo starali. Trzeba
też powiedzieć, że mieli oni pewnych księży, bo jak
pojechałem z pielgrzymką i wróciłem, a także przy zdawaniu
paszportu, dopiero zaczęła się największa szopka, bo ja
chcę oddać paszport, a pani mówi: proszę poczekać, dzwoni
do jakiegoś kapitana, wyszedł na obiad, potem do jakiegoś
majora, wyszedł na obiad i kiedy zdawało się paszport, trzeba
było od razu zdać rozmowę. Dlatego, bo podczas naszej
pielgrzymki 3 osoby zostały w Rzymie. Byli tacy księża
Caritasowcy, którzy nawet wprost chlubili się, że panowie ich
odwiedzaj, rozmawiają, to były zawsze bardzo kulturalne rozmowy i oni
mieli zawsze paszporty, nawet i wtedy. A ja wtedy dopiero się
przekonałem i miałem zdumiewające szczęście, bo jeden
i drugi pan wyszedł, a ta pani była tak wkurzona. Był chyba
nakaz, że jak się zdaje paszport, to trzeba przeprowadzić
rozmowę. Potem następny wyjazd, to było już dużo,
dużo później i już nie było żadnych kłopotów.
Dopiero po raz drugi pojechałem w 1989 roku, kiedy już nie było
żadnych historii.
Ja widziałem kiedyś opublikowane, które nie
spaliły się, te akta personalne księży, były one
bardzo dokładne, bardzo dokładne.
Ja z Solidarnością zostałem na boku,
chociaż zawsze śledziłem. Jak na przykład w Ostródzie
zaczynałem, to znalazłem się na dożynkach w Dąbrównie.
Były to kontakty nieformalne. Podczas seminarium nie było
żadnych działań z mojej strony, to muszę wprost
powiedzieć.
Pyt. Pogrzeb Marcina Antonowicza.
Odp. Ten pogrzeb został sfilmowany i puszczony w
Stanach Zjednoczonych, w dużym reportażu o Polsce, o
Solidarności i myśmy oglądali w seminarium ten reportaż na
video. Pamiętam wielką mobilizację. Wtedy miałem taką
funkcję, trzymałem mikrofony biskupowi. Przyjechał ksiądz
Jankowski (Nie publikować! Ksiądz Jankowski miał mieć
przemówienie nad grobem. Biskup Wojtkowski mu kategorycznie zakazał w
zakrystii.) Myśmy wtedy opublikowali w seminarium, takie wewnętrzne
pismo, wtedy redagowałem, drukowałem wszystkie przemówienia i listy.
List od Wałęsy, który czytał student, wystąpienie
duszpasterza akademickiego, biskupa Wojtkowskiego, które zostało
ocenzurowane nawet w "Posłańcu". To było pismo
wewnętrzne i ono się rozeszło, dodatek z pełną
dokumentacją pogrzebu Antonowicza. I wtedy zaczął się
skandal. Sprawa mało przyjemna, zainteresowała się tym esbecja.
Wtedy na szczęście rektorem był ks. Tarda. Wezwał mnie i
mówi, że musi iść do biskupa, bo sprawa jest dość
poważna, ale mówi: nie przejmuj się i wszystko jest raczej na dobrej
drodze. I faktycznie biskup Wojtkowski ocalił to pismo. Wziął
następny numer, myśmy siedzieli ze 3 godziny, przeczytał wszystko
dokładnie, wyjął ustawę o cenzurze i stwierdził,
że może być pismo okólne, a więc tylko do wiadomości
kleryków. I od tej pory dawał pieczęć Kurii Biskupiej na dwóch
egzemplarzach; jeden zostawiał u siebie, drugi dawał mnie.
Staliśmy się więc niejako oficjalnym pismem kościelnym,
pismo okólne, któremu imprimatur dawał biskup Wojtkowski. I to pismo
ukazywało się dalej, chociaż interwencja była nawet w
W-wie. Właśnie po pogrzebie Antonowicza. Dużą część
księża wzięli, to były wywieszane w kościołach,
czy w Ostródzie czy w innych. To poszło również na Polskę, bo
klerycy to również rozwieźli, gdzieś do Tarnowa i dlatego
była m.in. interwencja.
Podczas pogrzebu została zwieziona milicja i esbecja
np. z Mrągowa. Wszystko było obstawione. I ta sprawa wyjścia. Ja
widziałem naprawdę. Było dwóch biskupów: bp Ziemba i bp
Wojtkowski, który celebrował. I kiedy wyszedł, zdumienie i
zaskoczenie było naprawdę duże. Biskup Ziemba pojechał
samochodem i czekał na cmentarzu. Ksiądz Żołnierkiewicz
przez cały czas uprzedzał, że przyjadą autokary. Na
początku zmieniono przecież godzinę pogrzebu. Zamknięto
młodzież szkół średnich, żeby nie wyszła - w
szatniach itd. I potem powiedzieli, że nie dano autokarów, że nie
wypożyczyli. I potem kiedy zaczęli się obawiać, to dali te
autokary. No i studenci wyszli i mieli wnieść trumnę do
samochodu, nagle ruszają. U biskupa Wojtkowskiego widziałem
zawahanie. Pewne przeżycie - co robić? Wszyscy idą w milczeniu,
bo początkowo myślano, że tylko za skrzyżowanie ten
samochód 50 m. dalej pojedzie i włożą trumnę do samochodu.
Ale my idziemy pod pl. Bema, cały czas, milicja tam zakazuje itd. Na Bema
wchodzimy na rondo, oczywiście potem Żeromskiego była
zastrzeżona już. Kolumna samochodów które jechały,
zostaliśmy skierowani chyba przez następną ulicę. I ten
pogrzeb był największą manifestacją. Wtedy poleciał
rektor Taylor. I to było jedno z najważniejszych rzeczy
mobilizacyjnych w Olsztynie. I wtedy na (...?) sprawa tego Urbana, tego
ZOMO-wca, który obecnie mieszka w Wielbarku, gdyż interesowała się
dalej tą sprawą. Sprawa ekspertyz medycznych, weryfikowanie jednego i
drugiego lekarza. ta śmierć zmobilizowała środowiska
młodych i Solidarność.
Taką mobilizacją była też kiedyś
pielgrzymka. Wtedy pojawiło się nawet w Rezonansie sprawozdanie,
że my tam byliśmy. Oczywiście było to bardzo tłumione.
Obawa ks. Borzyszkowskiego, nie pozwolono aby kierownikiem pielgrzymki był
ks. Hulecki. Nie chciano zezwolić na tę pielgrzymkę, dlatego
kierownikiem został biskup. To była też karta przetargowa.
Zdumiewające, biskup Wojtkowski, chociaż całym organizatorem i
kierownikiem miał być ks. Hulecki. A więc Kościół
zawsze za coś tam obrywał, także za działalność
studentów. I ta pielgrzymka także była pewną mobilizacją,
na wzór warszawski.
Pyt. Ty szedłeś też z pierwszą?
Odp. Tak, szedłem z pierwszą. Wtedy
obawialiśmy się prowokacji. I staraliśmy się robić
wszystko, aby nie było żadnych haseł, emblematów itd. To
było pod ścisłą od góry kontrolą. A jednak
wchodząc na Jasną Górę, zostało chyba dwóch chłopców z
Olecka wyciągniętych, to było to "V" pokazane przez
nich (zakazane) i prośba o niesienie chyba jakiegoś transparentu.
Ktoś stał z boku i poprosił, żeby mu pomóc i dwóch
chłopców pomogło, to byli prowokatorzy i od razu zgarnęła
ich milicja. Wtedy mieliśmy Mszę św. wieczorem, zostało to
oznajmione, no i oczywiście bp Wojtkowski starał się o
uwolnienie tych chłopaków. Było to prowokacyjne, aby później
głosić, że pielgrzymki są wykorzystywane do celów
antyrządowych.
Pyt. Ale na trasie nie było takich incydentów?
Odp. Na trasie bezpośrednio, aż takich nie
było. Były kontrole cały czas. Widzieliśmy obstawę
służb bezpieczeństwa, jakieś samochody itd. Przypatrywanie
się, to było nawet czynione bardzo jawnie.
Pyt. Jak podczas I pielgrzymki przyjmowali was ludzie?
Odp. To przyjęcie było bardzo gościnne,
zdumiewające. Nawet w tym Radostowie pod Częstochową, gdzie
zawsze są tłumy, tam także było bardzo gościnnie.
Pielgrzymka była bardzo serdecznie przyjęta. Wtedy szło tylko
1.200 osób, mała grupa, na 4 podzielona grupy i wielka gościnność
ludzi.
Pyt. Kto według ciebie w Olsztynie wydawał
znaczki?
Odp. Kupowałem od Ryszarda Kułakowskiego i
chyba on wydawał, być może on w jakiejś firmie
uczestniczył, też był zaangażowany w to. Ziuta jako
skarbnik, a więc oni także wydawali znaczki.
Pyt. Podobno też wydawał Bachmura, Olek.
Odp. Tak Bachmura był wymieniany także,
rzeczywiście. Powiem jeszcze o akcji, która była jeszcze przed
Solidarnością i była po Solidarności w stanie wojennym.
Niestety została ujawniona, akcja kompletnie nieznana. Akcja Bogdana
Mazura, syna byłego rektora ART Teofila Mazura. Akcja na szeroką
skalę, bardzo dokuczliwa, złośliwa i bardzo inteligentna. Ten
człowiek kończył filozofię i filologię polską na
WSP. Teraz jest nauczycielem. Niestety esbecja znalazła go. On jeszcze za
czasów Solidarności, m.in. mam taką dokumentację, co robił?
Między innymi organizował listy, korespondencję do
największych olsztyńskich komunistów: do Segieta, Zemanowicza,
już w okresie Solidarności, a w stanie wojennym szczególnie. Np.
ktoś jechał do Moskwy czy gdzieś, więc podziękowanie
od władz komunistycznych. Np. zamówił w imieniu Janusza Segieta
ileś tam 1.000 - 5.000 deklaracji PRON-u, na jego nazwisko przyszło
na Gazetę Olsztyńską. To były w większości
kartki, pocztówki z podziękowaniem za postawę. Utworzył nawet
jakąś fikcyjną organizację komunistyczną,
międzynarodową i wysyłał zaproszenia i nawet niektórzy mu
odpowiadali. I do Urbana i do naszych wielkich prominentów stanu wojennego. Szczególnie
Zemanowicz, Segiet. Była to akcja bardzo szeroka. Gdy ktoś
wyjeżdżał to wrzucał korespondencję,
przerażająco śmieszną. I on np. przygotował aktorom
teatru zabawę w Czarnego Piotrusia. Oni mieli gdzieś grać na
scenie w karty i on to zrobił figury: Breżniewa, Jaruzelskiego,
ponaklejał i oni się tam wygłupiali i śmieli, esbescja to
niestety zgarnęła. Np. Żożo miał jakiś
ośmieszający, rozwalający się but. To był but, w
którym Albin Siwak wszedł do KC. I taką akcję ośmieszającą.
Niestety niektórzy dziennikarze, m.in. Tadzio Pruszyński był tam
ośmieszony za publikacje gazetowe. Większość
poskarżyła się i zaniosła wszystkie materiały do
służby bezpieczeństwa, bo on to widział, bo on został
zgarnięty. Ale on leczył się w zakładzie psychiatrycznym
(poradni zdrowia psychicznego) i dzięki temu wyszedł na
wolność. Jedyny Segiet, który nie przekazał całego pliku,
całego skoroszytu, tylko wyniósł. Wszyscy złożyli
zażalenia na esbecję, to był prawie cały skład Gazety,
szczególnie Czesław Pazera i Bałtroczyk. To była akcja
ośmieszająca i bardzo nękająca. On jeszcze działał
zanim ja wstąpiłem do seminarium. Bo to dość długo,
już teatr zaczynał grać i dopiero wtedy został
zgarnięty. On kręcił się w środowisku teatralnym.
Część ludzi się bawiło, i to zostało
namierzone.
Pyt. Ty go znałeś?
Odp. Bardzo dobrze go znałem, bo Boguś Mazur
przynosił pewne teksty do Rezonansu. Myśmy go namówili do pisania. On
świetnie znał angielski, tłumaczył pewne rzeczy z
angielskiego. Ta akcja jest kompletnie nie znana, Nękany był pierwszy
front Gazety Olsztyńskiej. On wysyłał też do znanych dziennikarzy
telewizyjnych jakieś tam ordery itd.
Pyt. I on to sam robił?
Odp. Tak. Zaangażował ludzi. Wtedy był
studentem, pisał pracę magisterską, chyba ze Słonimskiego
na WSP, a wcześniej studiował filozofię i przerwał na
Uniwersytecie Warszawskim. Tam jakąś gazetę
współredagował. I zrobił fantastyczną rzecz w nowej gazecie
(miejskiej), to byli anarchiści. Chciał żebym pisał, ja
jednak nie pisałem. Wyjął z całej prasy po śmierci
Stalina, określenia na Stalina: największy miłośnik
polskich kobiet, parowóz rewolucji, itd. I mam to, na chyba dwie lub trzy
strony maszynopisu.
Pyt. Czy on miał kontakty z teatrem?
Odp. On przebywał tam w takim środowisku
towarzyskim. Był też dobrym znajomym Jarka Dąbrowskiego. Jarek
poznał Bogusia przeze mnie. To było jeszcze w czasach studenckich.
Głowa niesamowita: był bardzo zdolny, bardzo inteligentny
człowiek. Już w czasach Solidarności nękał ludzi
taką przerażającą złośliwością. Trzeba
powiedzieć, że była to akcja bezpośrednia, taka
śmieszna hasłowa, różne
historie malowano. Do tych ludzi dotrzeć. Słyszałem o tym. Ale
ta akcja Bogusia jest w ogóle nie znana.
Pyt. Czy możesz jeszcze coś powiedzieć o
Andrzeju Boberze?
Odp. W czasach Solidarności, czy po?
Pyt. W czasach Solidarności, bo nie wiem czy
kontaktowałeś się z nim później.
Odp. Tak, jak wyszedł i miał sprawę
sądową.
Pyt. Czy jak on wyszedł z więzienia
miałeś z nim kontakt?
Odp. Wtedy w ogóle nie miałem żadnych kolegów,
patrzyłem kto wyjeżdża. Dla mnie pewne rzeczy z wyjazdami
były ... Był pewien człowiek, który wyjechał. Obecnie jest
w Kanadzie, którego żona pracowała, robiła wszystko w
Zarządzie Regionu. On też przychodził, pracował - nie
pracował. bardzo dziwny człowiek dla mnie. Nie chcę rzucać żadnego
podejrzenia, ale miałem dwie sytuacje, o których on nie wie, i wtedy dla
mnie ten człowiek dużo stracił. Obecnie wyjechał,
widziałem jego zdjęcia, utrzymują tam kontakty. Nic nie mówi
się o zmarłym sekretarzu Zarządu Regionu. Zmarł na
zawał we Francji (w Stanach Zjednoczonych, - przyp. A.P.) Lechosław
Lechowski. Była taka sprawa drobna. Powiesić krzyż w
Zarządzie Regionu, czy nie. On powiedział: to ja ateista byłem
za tym żeby powiesić. Tak powiedział Lechosław,
jeździłem z nim samochodem. Krupiński też nie
wiedział, był taki niepewny. To było jakieś tam świadectwo.
Ten człowiek był sekretarzem i sądzę, że to była
też postawa Krupińskiego. To był już w poważnym wieku,
czterdzieści parę czy pięćdziesiąt lat, taki siwawy,
zdumiałem się, że on zmarł na ten zawał. Trzeba by
odtworzyć jego sekretarzowanie.
Bober był w komisji interwencji. Dla mnie był człowiekiem dość
zamkniętym. To był jednak typ wojskowy i to wychodziło. Ja
może nie lubię takiego typu ludzi.
Pyt. O Boberze mam bardzo dużo pozytywnych opinii.
Odp. Ten dział interwencji trzeba było
trzymać, bo tam były ekipy i on miał trochę rozwagi i
przyznaję - rację. Bo Niczyperowicz wtedy, to był też
poważny gość, a był bardzo za ... mnie zawsze ci
huraoptymiści trochę przerażali. Np. ktoś kto okazywał
się tak wielką gorliwością, który robił wszystko,
przychodził po nocach. No to później wychodziło, że to
był człowiek, który chciał wszystko wiedzieć. Tak się
przekonałem.
Pyt. Z tym, że ten okres był szczególny i
myślę, że mało kto się oszczędzał.
Odp. Wiem jedno, że ten późniejszy okres
był fantastyczny, przynajmniej w
mowie ... Ja pracowałem w tych kilku firmach, nawet w tych kilku
redakcjach i nigdy nie przychodziłem do roboty tak nastawiony jakoś
pozytywnie. Tutaj było inaczej, wychodziło się z roboty o 6-tej
czy 7-mej - stołówka była na miejscu - i razem z tym samym
towarzystwem szliśmy do DŚT na jakąś kawę czy
lampkę wina. Przychodził wtedy właśnie Erwin,
Świetłana. I byliśmy z Jarkiem często na 12 godzin i nie
mieliśmy siebie dość. To było bardzo ważne. A
więc ta atmosfera wielkiej sprawy. Nikt nie pytał o pieniądze.
Chcieliśmy nawet płacić ludziom obcym, którzy drukowali, a sobie
nawet nie płacić. Atmosfera była bardzo dobra, rozumieliśmy
się, przynajmniej te trzy osoby bardzo. Janusz Soroka był trochę
z boku, może nie miał tej samej opcji. Tam był jeszcze Grzesiu
Skwierczyński z Gazety Olsztyńskiej. Grzesio został też
pokrzywdzony, on teraz podobno ciężko chorował psychicznie.
Miał dwoje czy troje dzieci. Został wyrzucony z Gazety
Olsztyńskiej, potem nagrał audycję radiową, w której
był podobno bardzo odważny. Był więc skład
profesjonalny, była nas bowiem faktycznie piątka. No i był
jeszcze Andrzej Weber i jeszcze pisujący inni.
Później podczas przesłuchań na SB to
był najważniejszy zarzut, że Rezonans miał charakter
formacyjny i pokazywał pewne procesy, dlaczego Bieńkowskiego fragment
został wydrukowany i takie inne rzeczy. I potem jak zacząłem
przeglądać te numery już po stanie wojennym, jakieś 3 - 4
miesiące później, patrząc co przetrwało, to okazało
się, że najbardziej właśnie te materiały, bo one
były jeszcze aktualne dalej. Wszystko było chwilowe i
bieżące, to było wówczas najważniejsze. My czasami
też byliśmy rewolwerowcami. Były takie prowokacje. Nawet
tytuł "Wróbel strzela do ludzi". Policjant Wróbel strzelił
tam w jakimś barze. "Tygodnik Solidarność" też
to wydrukował i Jarek Dąbrowski pilotował tę sprawę, a
więc reporterka także była uderzeniowa. Żyło się
w pewnym lęku, bo cały czas przychodziły wiadomości, że
zostały już więzienia i areszty opróżnione. Sprawa
jakichś wojsk. To wszystko przenikało. To robiło atmosferę,
jednocześnie to zagrożenie zewnętrzne sprawiało, że
człowiek musiał się trzymać, ale to było coś
wspaniałego, coś co nie da się powtórzyć.
Pyt. ( ... )
Odp. Pamiętajmy, że Solidarność
tworzyli 30-latkowie. To był taki czas. Krupiński był jednym z
bardziej poważnych. A więc byli młodzi, którzy bardzo szybko
się sparzyli. Cena była za wysoka. Nie wszyscy to przeszli. Trzeba
podziwiać, niektórzy obrywali przez przypadek. Ten film, który chyba wcześniej
leżał w telewizji, o takim aktorze, który przez przypadek stał
się bohaterem Solidarności. Czy
żeśmy się dowiadywali tylko smutnych rzeczy o postawie Bobera,
o pobiciu, o procesie, że oni zostali pobici? Potem sprawa Piechockiego
młodego, który prowadził te sprawy (znałem z koła
młodych), który sądził (Bartoszyce) strażnika
siedzącego w więzieniu w Barczewie, więc nagle
zobaczyliśmy, jak ci nasi dalecy znajomi, to była znajomość
oficjalna, są po tej stronie linii. Też pobicie w Kwidzynie
Kałudzińskiego. Mówił o tym wszystkim Ryszard Kułakowski.
On drukował znaczki, m.in. z ks. Popiełuszką,
"Kułak" bardzo aktywnie działał, woził
bibułę w plecaku. "Kułak" wykazał bardzo
dużą odwagę na pogrzebie Antonowicza. Przecież tam był
oficjalny wieniec od Zarządu Regionu, on niósł ten wieniec. Milicja
kręciła wszystko. Oglądaliśmy to w telewizji
amerykańskiej z tego pogrzebu.
Pyt. Co wiesz o tym punkcie przy kościele św.
Józefa?
Odp. Ja byłem z boku.
End
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rozmowa z Tadeuszem
Kisłym
w dniu 8 stycznia 1994 roku
Pyt. Gdzie
pana zastały wydarzenia sierpniowe?
Odp. W Olsztynie, ale tutaj było to pewne
zaskoczenie. Wśród tej grupki, która później zaczęła
tworzyć „Solidarność” w Olsztynie praktycznie
zaczęliśmy działalność od 17 września. To
były pierwsze nieoficjalne, nielegalne jeszcze spotkania (Zjazd) MKZ-u w
Gdańsku. To był ten pierwszy kontakt, który mnie niejako zaispirował.
On nie wyszedł z Olsztyna. 17 września z Łukomskim
pojechaliśmy do Gdańska z WPKM-u i spotkaliśmy panią
Krzywonos w MKZ-e w Gdańsku. Wałęsa też biegał po
korytarzu - był mocno zajęty wtedy. To było w Hotelu Morskim. W
Gdańsku struktury były już okrzepłe, a my nieco zagubieni
zwróciliśmy się do p. Krzywonos, która użyła nawet
trochę mało parlamentarnych słów, że wy tam w Olsztynie
powinniście działać u siebie, a nie szukać pomocy w
Gdańsku. My przyjechaliśmy aby zgłosić oficjalnie swój
akces. Pani Krzywonos - tramwajarka -
była osobą, która w jakiś sposób, wszystkich
ukierunkowywała. Wyciągnęła jakąś listę i
powiedziała, że w Olsztynie jest taki Mackiewicz ze Spomaszu (my
już go mamy), jest Leszek Lechowski w Zakładach „Eltor”: i
wymieniła Biuro Projektów, w którym pracował Mirek Krupiński. Te
osoby były dzień wcześniej, a może tego samego dnia.
Pyt. Czy spotkanie w Spomaszu nie było przed 17
września?
Odp. O ile pamiętam, to później. Być
może Bartuszek nawiązywał jakieś kontakty, nie wiem, ale
moja ścieżka była zupełnie inna.
Wtedy w Gdańsku pamiętam jakiegoś silnego
mężczyznę z południa Polski: „Bo nas rozwalcują jak
nie będziemy w kupie”. I pamiętam podekscytowanego Rulewskiego.
Wtedy, który był pistoletem od samego początku. Wstał i oświadczył,
że nasza tablica na budynku MKZ-u w Bydgoszczy nie jest czerwona, tylko
zielona, co wzbudziło wielki aplauz, gdyż to jakiś
rozsadzało wyobraźnię. Przed tym Hotelem Morskim - było
dokładnie wszystko obstawione, mieliśmy kłopoty z zaparkowaniem.
Po powrocie do Olsztyna zorganizowaliśmy, o ile pamitam, następnego
dnia.
Najpierw pojechaliśmy do Eltoru na Track, do Leszka Lechowskiego.
Weszliśmy do pokoju, Leszek stał przy desce kreślarskiej. - No
tak, no tak! - jak to biedny Lechowski - Tak, pewnie. No to siadajcie.
Wykonał parę telefonów i zwołaliśmy pierwsze zebranie do
WPKM-u. Później wydaje mi się było spotkanie w Spomaszu, na
którym zjawili się również Tadeusz Poźniak i chyba Irena Telesz.
Tak, bo Irena sobą wzbudzała … dodawała nam ducha, bo dotychczas
byli przeważnie przedstawiciele zakładów technicznych, a teraz
zjawili się pracownicy kultury, artyści. Poźniak z ART, nie
wzbudzał wówczas takiego entuzjazmu, bo on nie był absolutnie zorientowany
w co jest grane.
Mnie się wydaje, że te związki zawodowe, to od początku
była przykrywka. W Gdańsku może było inaczej, natomiast
tutaj w Olsztynie jednak ta chęć obalenia tego czerwonego,
pojawiła się furtka,możliwość. Zresztą moja
motywacja była rwnież polityczna. U mnie wywodzi się to z
tradycji rodzinej. Mój ojciec jeszcze przed wyjazdem ze środkowej Polski
na tzw. Ziemie Odzyskane do Olsztyna. Jeszcze na początku 1948 roku
przyjmował przysięgi AK-owców w okr ęgu radomskim. Ojciec
był w stopniu porucznika i jego pseudonimem był „Sęp”. I
cała moja rodzina miała tego ducha patriotycznego. Jedna z ciotek,
zamek w Lublinie zaliczyła, w 1960 roku jak wchodziła na ten
dziedziniec przez bramę, to mówiła półgłosem i
pokazywała okno gdzie była.
Ja bardzo emocjonalnie podchodzę do niektórych spraw i wydarzeń. To
pozwoliło mi wypowiedzieć się. Mój ojciec musiał
zmienić miejsce zamieszkania i przeniósł się do Olsztyna w 1948
roku. W tym samym roku zginął w wypadku samochodowym koło
Nidzicy. Sprawa nie wyjaśnoina.
Pyt. Jaką funkcję pełnił pan w
WPKM-ie?
Odp. Pracowałem w Biurze Studiów Ruchu. Byłem
dysopozytorem ruchu. Miałem skończone Liceum
Ogólnokształcące. I miałem bardzo duży wpływ na
kierowców. Byłem zły gdy w WPKM-ie wybuchł strajk bez mojej
wiedzy. On był przed 17 września. To był strajk 2-3 godzinny.
Zgłoszono postulaty na miarę ludzi, którzy ten strajk organizowali.
Do dziś nie wiem kto był inicjatorem tego strajku.
Pyt. WPKM stał się przyczółkiem
„Solidarności” w Olsztynie. Dlaczego tak się stało?
Odp. Stało się to dlatego, że jest to
jakby najbardziej widoczne przedsiębiorstwo w mieście. Ponadto struktura
tego przedsiębiorstwa. Kierowca autobusu miał podobną
percepcję, jak kierowca taksówki - wiedział wszystko, nastroje ludzi.
A przy tym miał swój dom, rodzinę, niewiele pieniędzy, niewiele
wolności.
Dyrektorem przedsiębiorstwa był wtedy Zienkiewicz - oddany partii
człowiek, a przy tym nie lubiany. Chociaż ja z nim nie miałem
scysji. Natomiast Stefan Ruchlewicz pochodził z Kresów, w ramach
repatriacji przyjechał, z którąś tam falą z kolei, chyba
pod koniec lat pięćdziesiątych. U niego była to chyba
częściowo ta lektura szklanych domów. Człowiek pełen
energii starający się mieć oczy otwarte. Zachował
swoją kresową prowincjonalność. Stefan był dyrektorem
technicznym. Jemu się coś nie udawało z partią, zawsze
chciał coś tam nowego wprowadzić jako członek partii.
Zresztą ja też byłem członkiem partii i legitymacji nie
rzuciłem. Stefan na początku był pasywny, ale to chyba
było zdeterminowane instynktem samozachowawczym. On przeszedł chyba
sporo na tych kresach. Partia nie dała mu skrzydeł
rozwinąć. Początkowo nam nie przeszkadzał, później
starał się pomagać. Był tam jeszcze młody
inżynier Koper, chyba Roman. Stefan stracił wiarę w bezkrwawe
powodzenie naszej sprawy, tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. 4
miesiące przed 13 grudnia on tego sensownego inżyniera Kopera
odsunął od spraw. Ja później rozmawiałem ze Stefanem, a on
powiedział, że Koper ma tam matkę na utrzymaniu. Nie wiem,
początkowo myślałem, że jest to rodzaj izolacji, pewnej konkurencji
w firmie, ponieważ Koper był inteligentnym człowiekiem i
miał spory wpyw na pracowników. Tak, że ten ruch Stefana mi się
nie podobał. Ale może on już wtedy myślał, że to
wszystko może się skończyć dramatycznie.
Chyba pod koniec okresu „Solidarności” 1981, Stefan został naczelnym
dyrektorem. I popierał „Solidarność”. Sądzę, że
może i dlatego, żeby sobie zachować ten szklany dom. To był
absolutny Żeromski. Sytuacja przystawała do tego. Zastał tę
Polskę może nie taką jaką sobie wyobrażał.
Partia zawężyła mu te horyzonty, a Solidarność nagle
otworzyła możliwości. To nie był koniunkturalista.
Myślę, że później kiedy nawet kandydował na stanowisko
przewodniczącego Zarządu Regionu, bo był taki moment, to
myślę, że ten element mógł mieć miejsce w
świadomości Stefana. Niemniej była to dla niego jakaś
droga, jakaś alternatywa. Ten człowiek zawsze mi się kojarzy ze
szklanymi domami.
Przypominam sobie, że już było po tym krótkim strajku, ale przed
wyjazdem 17 września do Gdańska, zorganizowałem (to była
moja inicjatywa) zebranie załogi. I Stefan był wtedy. To było
zebranie w świetlicy. Ułożyłem sobie mowę
programową. Nie byłem dobrym mówcą i zawsze wolałem
pisać niż mówić (miałem skazę w uzębieniu).
Wstydziłem się po prostu. Wówczas mówiłem o Leszku Moczulskim,
wyjaśniałem kto to jest, bo on był wtedy mocno atakowany i KPN -
główna siła destrukcyjna itd. To moje orędzie usiłował
przerwać Stefan, który siedział obok przy stole, takim prezydialnym.
Wtedy mu powiedziałem: Pan jest dyrektor, ale w tej chwili to nie jest
zebranie organizowane przez dyrekcję. Jeżeli pan sympatyzuje to
dostanie pan głos później, jak skończę. I Stefan
rzeczywiście się wyciszył. I na koniec tego mojego expoze,
zrobiłem takie małe referendum: Kto jest za utworzeniem związków
zawodowych „Solidarność” w komunikacji. Wydaje mi się, że
było prawie 100% - może 95%. Pojedyńcze osoby wstrzymały
się od głosu - były sceptyczne. Byli tam pracownicy biur,
kierowcy, mnóstwo osób, 150-200. Cała świetlica była zapchana. I
wówczas poparł mnie właśnie Łukomski, który był
jednym z nielicznych uświadomionych, co to jest KPN itd. Łukomski
był chyba głównym inżynierem, pełnił chyba
funkcję równorzdną do wspomnianego przeze mnie Romka Kopera.
Zastępca kierownika warsztatów, czy co[AP3]ś
podobnego.
Edmund był impulsywnym człowiekiem, bezkompromisowym, idącym jak
czołg do przodu. I chyba po tym zebraniu, ja właśnie z
Łukomskim pojechałem do Gdańska. Wzięliśmy bez pytania
służbowy samochód. Tak zadecydował Łukomski.
Służbowy, państwowy, znaczy nasz. Wrócili z Gdańska
gdzieś o 23.30, bardzo późno i czekał na nas w gabinecie o tak
późnej porze, Stefan Ruchlewicz i chyba jeden z ówczesnych zastępców
d/s ekonomicznych, pan Kwestorowski. Nie pamiętam czy był
Zienkiewicz. Były z ich strony pytania na temat związków zawodowych.
Byli tym mocno zainteresowani, a mnie związki absolutnie nie
obchodziły, ani Edka. Nas interesowało, na ile ten związek jest
silny (w Gdańsku plakaty i wolne słowo).
Pyt. Jak w tym czasie zachowywał się dyrektor
Zienkiewicz? Czy próbował wam przeszkadzać?
Odp. Nie potrafię sobie przypomnieć jego
wyraźnych szykan, natomiast był zdecydowanie nastawiony negatywnie.
Pyt. Okres Bartuszka był bardzo krótki. Wkrótce
szefem Tymczasowego Zarządu został Łukomski. Co może pan o
nim powiedzieć? Jak on to widział?
Odp. On miał bardzo złe doświadczenia z
wojska. Wielokrotnie miałem z nim scysje. Był bardzo bybuchowy.
Był to typowy przykład kaprala, typ charakteru. Jego było bardzo
trudno przekonać, natomiast kiedy ulegał już tej presji,
był jak lokomotywa. Był to człowiek, który mógł
pociągnąć wielu. Jego sposób bycia raczej go nie
predysponował. Był autokratą i to nie zjednywało mu ludzi.
Dokładnie nie wiem, jaka była wówczas motywacja do działania w
Solidarności. Nie wiem ilu w Solidarności było stuprocentowych
związkowców. Myślę, że najbardziej związkowo
nastawionym człowiekiem był Mackiewicz (Lechowski był
antykomunistą), on był powolnym człowiekiem, lubiącym
dłubaninkę, ustawy, przepisy i co można pracownikowi - wczasy …
Wcześniej był przecież w Radzie Zakładowej - był
działaczem związkowym. Natomiast ani Edmund, ani ja nie byliśy
działaczami związkowymi.
Pyt. Wśród działaczy Solidarności w tym
okresie było bardzo dużo członków partii. Na ile miało to
wpływ na charakter Solidarności w tym czasie - było dla niej
obciążeniem. Czy widzieliście jakieś możliwości
współpracy: partia - związek Solidarność?
Odp. Chyba jedynym człowiekiem z naszego grona,
który widział jakąś możliwość symbiozy, wzajemnego
uporządkowania spraw był chyba Mirek Krupiński. Nie wiem
zresztą, czy on należał do partii, ale starał się
jakoś kompromisowo podchodzić do pewnych spraw. Zdecydowanie na „nie”
był Andrzej Bober. Natomiast bardzo ciekawe myślenie miał
Lechowski. On trochę myślał jak Iwanow. To znaczy,
włażąc w szeregi PZPR, my możemy zamieszać tak,
że to w końcu pęknie, że tam kukułcze jajo się
podrzuci. Ten typ myślenia przewrotnego prezentował Leszek Lechowski.
Pyt. Kiedy Mirek Krupiński został wybrany
Przewodniczącym Zarządu Regionu, pierwszym gestem ze strony nowego
Zarządu Regionu, był kontakt z Komitetem Wojewódzkim.
Odp. Tak, ja byłem na jednym z tych spotkań.
Tam było jeszcze parę innych osób, które uważały, że
na tym etapie, na którym się znajdujemy … Myślę, że
również Wiesiek Rondomański miał podobne myślenie, że
na tym etapie warto. Wydaje mi się również, że Mietek
Kamiński myślał podobnie - był członkiem prezydium.
Wówczas to w moich oczach nie dyskredytowało tych ludzi.
Pyt. Ale czy mieliście odczucie, że nawet
wśród władz Solidarności w Regionie są osoby, które
działają trochę na zasadzie partyjnej agentury?
Odp. Może agentura, to za duże słowo.
Takiego wrażenia nie odnosiłem. Ja nie widzę nikogo, którego
mógłbym tak oceniać. Może poza wyjątkiem, ale ten
człowiek nie był ani członkiem Zarządu, ale był
bardzo aktywny - Włodek Pagacz. Może przez fakt, że był
synem działacza partyjnego. Ale on nie miał żadnego wpływu.
(Andrzej Pawłowski: Ale pamiętam dość dobrze, że
Włodek Pagacz ochrzcił się w „internacie”. cichutka sprawa
była, ale to było. Jego chrzcił ksiądz z Iławy -
Gelert).
T.K. Zapomniałem o jednej niemal sztandarowej
postaci, o Ziutku Lubienieckim. Na którymś
z zebrań MKZ-u, to było chyba koło listopada 1980 roku,
padło takie zdanie o ciemnych szufladach sądownictwa w Polsce.
Wówczas Józek lekko się zacinając stwierdził: Proszę
państwa, nazywam się tak i tak, w sądzie jestem od tego dnia,
jestem tym i tym i stwierdzam, że w sądownictwie polskim nie ma
ciemnych szuflad. Nastąpiła cisza i takie buuuuuu …! Kto to jest? I
był ktoś, kto niedawno przeprowadził się do Olsztyna z
Gdańska i przeżywał tam pewne momenty i on też podniósł
głos … Była więc jakaś taka nieswoja sytuacja. Po tym
stwierdzeniu Józka milczenie przerwał dopiero ten świeżo
upieczony olsztynianin, który wstał i mówi: Ja jestem zdziwiony, że
takie słowa na zebraniu delegatów mogą paść i to pozostaje
bez echa. On uważał, że sala powinna zareagować,
wziąć Józka za frak i wyrzucić.
Józek wcześniej był niewidoczny, nikt go nie znał. I
właśnie co do Józka Lubienieckiego ja miałem pewne obawy,
że to jest być może … nie wiem, miałem obawy co do Józka.
Może ta jego złotoustość. Chociaż drugim
złotoustym był Mirek Krupiński, ale zawsze większą
wiarygodnością były słowa Józka Lubienieckiego. Może
dlatego, że to sędzia itd.
Pyt. Jeśli chodzi o Józka Lubienieckiego, jak z
perspektywy czasu pan określa tę postać?
Odp. Ja darzyłem go nieufnością, ale
podobnie wiele innych osób patrzyło na niego. Tak mi się wydaje. Ale
będę mówił za siebie. Nie wiem dlaczego, ale przez skórę
podświadomie. ten facet do tej całej konfiguracji, która w swojej
strukturze była dość skomplikowana - robotnicy i różni
ludzie - nie pasował. Śnieżko mi pasował od razu. A on mi
nie pasował. On był jakiś facet z doskoku, wydawało mi
się, raczej obserator i układacz scenariusza - tak mi się
wydaje.
Pyt. Ale czy były fakty, które by to
potwierdzały?
Odp. Mnie trudno mówić o faktach. Poza tym jednym
wystąpieniem, to trudno mi przywołać z przeszłości
jakieś inne, ale taka była moja ogólna ocena. Natomiast
nastąpił pewien przełom w moim myśleniu w mamrze, kiedy
spotkałem go po raz pierwszy po 2 tygodniach właśnie w internie.
Jak nas wypuszczono na spacerniak (on był izolowany wcześniej) i
zobaczyłem tego człowieka, zmaltretowanego w granatowym takim
płaszczu, dość długim - on był zdruzgotany.
Zgasła ta iskierka w oku, ten uśmiech, pewność siebie. To
był zupełnie nie ten sam człowiek. I zapytałem go na
spacerniku: Józek, co się stało? A on mówi: Stary, koszmar! (2
tygodnie w pojedynkę siedział).
Pyt. Czemu go trzymano w pojedynkę?
Odp. Nie mam pojęcia. Wtedy jak gdybym się
zawachał. Może go niesłusznie oceniłem. Natomiast w dalszym
ciągu mówię, patrząc z pewnej perspektywy, wydaje mi się,
że był to człowiek do którego ja bym nie miał zaufania.
Gdyby sytuacja miała się powtórzyć nie byłby to
człowiek, z którym kroczyłbym w jednym szeregu. Ale może to jest
moje subiektywne wrażenie.
Pyt. Ale w zestawieniu z Krupińskim, Józek
wypadł pozytywnie? Co pan sądzi o Krupińskim, w końcu
był on najpierw rzecznikiem, a później szefem Zarządu Regionu?
Odp. Uważam, że on był znakomitym Urbanem
w Związku. Rzecznik był z niego doskonały. Był to
intelektualista złotousty, natomiast brakowało temu człowiekowi
przebojowości. Gdyby on miał przebojowość Edka
Łukomskiego, to byłby to idealny facet na wszystkie czasy, bo
był niezwykle inteligentnym człowiekiem. On często
komplikował specjalnie, sprawy niezwykle proste. To było widać
przy róznego typu uchwałach. Rzecz wydawała się do
przyjęcia, natomiast Krupiński wychodził z czymś, co trudno
było odrzucić, ale jednocześnie komplikował niejako
sprawę. Był to człowiek na pokaz. On mógł reprezentować
ruch, natomiast brak było u niego tego podłoża, motywacji. Nie
widziałem motywów jego działania. Ja gubię się na
Krupińskim, była to postać mglista. On chyba nie miał
koncepcji. (Andrzej Pawłowski: On miał przed sobą jakiś
cel, chciał zaistnieć. Ale według mojej oceny, Mirek
zagubił się jako przewodniczxący).
Pyt. Czy on działał tylko w interesie
osobistym, czy w interesie Związku? Chodzi mi o główny, podstawowy
motyw.
Odp. Wydaje mi się, że jednak nie tylko interes
osobisty.
Pyt. Czy są jakieś jego decyzje, które
byście oceniali krytycznie? On rozkręcił sprawę z
Wojnowskim. Czy były to tylko osobiste porachunki?
Odp. Nie, być może również, ale tylko
również. Rzeczywiście, ja się nigdy nie zastanawiałem nad
Mirkiem.
Pyt. Dla wielu on się skompromitował w okresie
jak siedział w więzieniu i sformułował list do władz.
Odp. (Ale byli gorsi od niego - Andrzej Pawłowski).
Kisły: Jest bardzo trudno to ocenić. Nikt nie zna dobrze siebie,
dopóki nie stanie w ekstremalnej sytuacji i musi podjąć decyzję.
Pyt. Jestem daleki od dyskredytowania człowieka. Ja
chcę tylko ocenić w kategoriach błędu. Czy Mirek
popełnił błąd, czy nie?
Odp. Wydaje mi się, że ja go usprawiedliwiam
jako człowieka, mógłbym go również usprawiedliwić jako
działacza. Mimo wszystko mógłbym, być może w tym okresie
włanie los wszystkich był niepewny, przekreślony, nie wiadomo na
jak długo. I na pewno należało jakąś grę
grać. Jaką grę można grać mając kajdany. Dlatego
również częściowo rozgrzeszył bym go w tym bardzo trudnym
okresie, jako działacza związku, ale rozgrzeszył bym go w 50%,
ponieważ te pozostałe 50% również mógł zareagować
inaczej, w końcu był to wiceprzewodniczący Związku. Ta
podziemna bibuła musiała to w jakiś sposób skomentować,
podobnie środki zachodnie. Z drugiej strony było to okazanie pewnej
słabości, której on okazać nie powinien w tym czasie jako
wiceprzewodniczący. On był w niezwykle trudnej sytuacji. Okazuje
się, że ci którzy przetrwali z tym podniesionym czołem, którzy
nie pisali listów, którzy byli zawsze buńczuczni, mieli rację. Ale
któż wtedy mógł przewidzieć, jak się potoczą losy. Ja
nie potępił bym go w ten przysłowiony czambuł, absolutnie.
(Andrzej Pawłowski: Mirek był człowiekiem inteligentnym i
reprezentował środowisko inteligenckie. Natomiast wówczas w
Związku, we władzach, było dużo robotników. Mimo wszystko
istniał podział na pracowników umysłowych i fizycznych. I Mirek
z racji swego wykształcenia i elokwencji, próbował na sposób ludzki,
kulturalny, znaleźć jakieś modus vivendi, podczas gdy
zwykły kierowca, robotnik - nie ubliżając nikomu - szedł po
prostu przebojowo głową do przodu. Łukomski - Krupiński, to
dwie przeciwstawne postacie, charaktery, sposoby myślenia i
działania. Dzisiaj to się nam odbija czkawką, w dzisiejszym
Związku Solidarność, którego już praktycznie nie ma.
Odbiło się to właśnie czkawką w 1989 roku. Ekipa tzw.
intelektualistów, o której się mówiło, że przewodniczący
Wałęsa pchnął ich na pierwszą linię frontu,
właśnie do Sejmu i nagle - spaliła się i
wykończyła. I dzisiaj tylko niedobitki pozostały o bardzo
głośnych nazwiskach. Mirek natomiast nie był dobrze odbierany w
Polsce, bo to był człowiek znikąd. O Mirku Krupińskim nie
słyszało się w Polsce. Za krótko funkcjonował jako
wiceprzewodniczący i zaraz stan wojenny). Kisły: Stan wojenny
zastał Mirka niejako w momencie transformacji. Z tego okresu hura!! Nie
był tym przebojowcem, a te elity nie miały jeszcze zbyt dużo do
powiedzenia w Związku. Ten jego list dowodzi tego.
Pyt. Jakie były wówczas stosunki z
Kościołem. Jaki wpływ miał Kościół na zachowanie
się Związku?
Odp. Człowiekiem w Zarządzie, który
widział korzyść z takich związków z Kościołem,
był niewątpliwie Mietek Kamiński. On chyba pracował w
Miastoprojekcie. Jego myśl nie unosiła się zbyt daleko. Był
to człowiek o dużym rozsądku - stabilizator nastrojów. Andrzej
Bober nie widział w tej współpracy z Kościołem
korzyści dla ruchu, ale mogę być w błędzie. Edek
Łukomski - tak, widział taką korzyść
Pyt. Co pan sądzi o Andrzeju Boberze?
Odp. Można dużo, a można nic. Ja nie mam
wyklarowanej opinii.
Pyt. Pracownikiem Zarządu Regionu, komisji
Interwencji był Wiesiek Brycki.
Odp. On był członkiem Prezydium na samym
początku. To jest barwna postać. Impulsywny człowiek. To
była taka mała Wałęsa. Był to absolutny prostak, ale
inteligentny. Krętacz prywatny, ale potrafił się szybko
odnaleźć w różnych sytuacjach. Wierzył w to co robi i chyba
też nie miał wizji Solidarności jako związku zawodowego.
Zanim był w komisji interwencji był w komisjach chyba wyborczych
MKZ-u. W pewnym okresie chyba miał do czynienia z funkcjonowaniem
regionalnych komisji. I było, pamiętam chyba jakieś spotkanie z
nauczycielami z województwa olsztyńskiego, już w siedzibie na
Dąbrowszczaków, na II piętrze salka konferencyjna. Tuż za
tą salką mieściła się redakcja „Rezonansu” i tam
siedzieliśmy. Była tam dziura wybita pomiędzy salką
konferencyjną a naszym pokojem (myśmy dwa pokoje zajmowali). W tej
dziurze były jakieś resztki instalacji radiofonizacji tej sali. Przez
tę dziurę - tam kłąb drutu, jakieś puszki rozdzielcze
tam były. Wiesiek nie mógł się z tymi ludźmi dogadać.
Robił wszystko co mógł, ale to nie było przekonujące.
Ludzie tak siedzieli, potakiwali - nie łapali co on chce powiedzieć.
Nie ten język. Był to jednak język kierowcy, który mówił do
ludzi, którzy myśleli trochę na innym poziomie. I w pewnym momencie z
sali (chyba 80 osób) padło chyba pytanie, co mają robić, chyba
chodziło o tworzenie struktur w oświacie gdzieś koło
Olsztyna. I on wpadł w jakieś zdenerwowanie i padły słowa:
Do jasnej cholery, czy ja was będę musiał cały czas …
tego. Wówczas jeden z panów podniósł się i powiedział:
Proszę pana, wszystko jest ładnie, ale ja sobie wypraszam.
Jeżeli pan będzie używał tego typu słów, to my po
prostu wyjdziemy stąd. Powiedział to zdecydowanie, był
elokwentny. Stłamsił tego Wieśka. I on stracił rezon, ale
stracił go na 10 minut, później na powrót wrócił do
słownictwa. Nie wiem czym się to zebranie skończyło, ale to
był Wiesiek.
On robił wszystko. On mógł robić wszystko byle być w ruchu.
Miał często szalone pomysły. Kiedyś była akcja
plakatowania, on tu siedział za biurkiem, ale biurko mu nie
leżało. Była to sytuacja już trochę niebezpieczna,
gdyż milicja zaczęła takie inwigilacyjne wywoływanie
poprzez przysyłanie jakichś zawiadomień do domów. Ja
zresztą też dostałem. Raz zignorowałem, drugi raz, aby
się stawić w jakiejś sprawie. Ani numer sprawy nie był
podany. To przed stanem wojennym. Wojna propagandowa przybierała na sile.
Wiesiek potrafił wszystko zorganizować. On się nie
szczypał, nie liczył się ze słowami. On trafiał intuicyjnie
do grupy, która może mu pomóc w konkretnej pracy. Był bardzo
energiczny. Nie było sprawy, której by nie mógł załatwić.
I często działał przez zaskoczenie, ponieważ ktoś na
jakim[AP4]ś
tam szczeblu, od którego coś zależało, gdy zobaczył tego
człowieka, który mu tam pięścią wymachiwał … Była
to kwestia poddania się. Dobrze mieć tego faceta z głowy, ja
wszystko podpiszę. I taki był Wiesiek. Zebrał grupę
plakaciarzy, brał udział w plakatowaniu - milicja podjechała i
zabrała go na przesłuchanie do Komendy Miasta. Jest telefon do
Zarządu Regionu - dzwoni oficer dyżurny: „Myśmy tu zatrzymali
niejakiego Bryckiego Wiesława. Podaje się, że pracuje dla Zarzdu
Regionu, bo tam z grupą coś nakleja na murach. Ale w telefonie
duży hałas. Łukomski odebrał ten telefon, słyszy krzyk
i ten meldunek. Mówi: Brycki znowu siedzi, trzeba po niego pojechać. I
nagle słyszy w słuchawce: Co ty wygadujesz, kiedy ja już prawie
Solidarność założyłem na milicji, to ty mnie wyciągasz?
Okazuje się, że wziął oficerowi dyżurnemu
słuchawkę i zaczął mówić.
Pyt. A więc nie chciał, żeby go
stamtąd zabrać?
Odp. Nie, on tym żył. On się tam
czuł. I rzeczywiście jak później opowiadał, to jakieś
panie pracowniczki tam były, sala zadymiona. Ktoś tam przyjechał
i później opowiadał, że Brycki tam brylował - cała
sala go słuchała. Z tym, że był niezrównoważony
również, nie liczył się często z realiami. Był
więc na pewien okres w pewnych granicach, do wykorzystania.
Pyt. Czyli nie był politykiem?
Odp. Absolutnie nie. Człowiek czynu.
Pyt. Wiesiek Brycki był bezpośrednio
zaangażowany w sprawę pieniędzy związkowych - tych 2
milionów zł., które przed 13 grudnia zostały pobrane z banku.
Odp. To było zrobione bardzo dobrze. Ja nic o tym
nie wiedziałem. Wówczas nie pełniłem funkcji związkowej.
Wcześniej byłem przez krótki czas członkiem Zarządu.
Zostałem dokooptowany tuż przed moim wyjazdem do Częstochowy,
kiedy tam się zaczęły … Zresztą byłem wtedy z
Bartuszkiem. Bartuszek w czasie jazdy pociągiem powiedział, że
będzie moją obstawą -
olbrzymi mężczyzna. Myśmy prowadzili rozmowy
uświadamiające. Tam w Częstochowie pojawiła się z
długą bronią milicja i wojsko. To był koniec roku 1980.
Była tam jakaś napięta historia. Nie pamiętam z czym tam
byliśmy w Zarządzie Regionu w Częstochowie. Edek mówi: „Weź
Bartuszka, będziesz miał obstawę. Zawsze co chłop to nie
ty!” I pojechaliśmy. W tym czasie byłem dokooptowany do Zarządu
Regionu jako działacz, a później już przeszedłem na etat.
Zająłem się gazetą.
Pyt. Był pan związany z informacją, z
„Rezonansem? Jakie były początki. Pan był głównym motorem.
Odp. Ja i Piotruś Kajko. Ambicją Piotra Kajki
było to, że Olsztyn nie ma żadnej gazety, a gdzie indziej jest
ich kilka. Ludzie nie czują informacji. Były to regionalne ambicje.
Piotr Kajko był geodetą, który nie umiał pisać do gazet,
natomiast miał niezwykle ostry dowcip. Piotr przede wszystkim
inspirował, dostrzegał i w bardzo dowcipny sposób komentował
niektóre zdarzenia, nieźle rysował (wynika to chyba z jego profesji)
Miał zawsze w głowie pewien pomysł graficzny gazety. Miał
pojęcie ładu, jak gazeta powinna wyglądać. Piotr robił
szatę graficznie i miał pomysły. Miał np. pomysł na
artykuł, chociaż źle sam pisał. Może 2-3 razy w sumie
napisał. Chociaż pamiętam jego pierwszy artykuł -
było to na temat Wojnowskiego. Ta gazeta wyszła chyba wtedy w
10-tysięcznym nakładzie. To się nazywało
„Solidarność Olsztyńska” i było drukowane przez nieznanych
nam wówczas ludzi. Podejrzewam, że ci co nam zaproponowali usługi,
może to milicja była, nie wiem. Przyszło dwóch i
powiedziało: Wydrukujemy. Zapłaciliśmy im wtedy kupę
pieniędzy. I Piotr tam pisał coś, do czego dorobiłem
tytuł: „Struktura kryształu”.
Pyt. Jak powstawało to pismo. Kto zajmował
się pisaniem i redakcją, a później kolejne etapy przygotowania
do druku?
Odp. Wiele zapomniałem. W róznych etapach za
różne rzeczy było się odpowiedzialnym. Była to grupa
entuzjastów. Był Alek Rusiecki, Wiesiek Chojnowski. Później to
się przekształciło w „Rezonans”. Pierwszy numer „Rezonansu”
wyszedł po wydarzeniach w Bydgoszczy. Wszyscy sądzili, że to
jest rezonans na wydarzenia bydgoskie, natomiast myśmy ustalili, że
będzie to stała zmiana tytułu, ponieważ wszędzie
były Solidarności: Gdańska, Płocka, Poznańska,
Łódzka. Była „Solidarność Olsztyńska”, ale od
Bydgoszczy zaczął się „Rezonans”. Mieliśmy nawet pewne
problemy, gdyż przyszła delegacja chyba z Technikum Samochodowego,
która zakwestionowała zasadność używania nazwy,
ponieważ oni w szkole wydawali gazetkę, która nazywała się
„Rezonans”. Uczniowie byli bardzo przychylnie nastawieni do ruchu. Nie
wiedzieliśmy jak z tego wybrnąć. Mimo całej ich sympatii do
nas, nasze argumenty ich nie przekonały (twierdzili, że ich pismo ma
jakąś większą tradycję) ale …
Pyt. Byliście wtedy silniejsi.
Odp. Byliśmy silniejsi i biedni uczniowie musieli
zrezygnować. Być może wydawali tam dalej, ale nie wiem.
Pyt. Kto wpadł na pomysł tytułu?
Odp. To był mój pomysł. Stronę
graficzną zrobił czarną winietę - pracował na górze.
Biuro Projektów (VI czy VII piętro) było i on się nazywał
Majewski (?) Adamski(?), dokładnie nie pamiętam. Zaoferował,
że będzie robił wszystkie historie techniczno-graficzne, które
są nam potrzebne. Wśród dziennikarzy był nawet z „Gazety
Olsztyńskiej”, ale występował incognito (może Szwejkowski).
Zrobił dwa artykuły chyba. On był może nie korpulentny, ale
niższy niż Prusiński. Był na etacie w „Gazecie”,
przyszedł do nas i powiedział mi: „Proszę pana, jeżeli pan
mi zagwarantuje … „
Pierwszą rzecz, którą zrobił to było o „Litieraturnoj
Gazietie”, która opluła Łukomskiego po aferze z Wojnowskim. A przyniosła
nam tę gazetę Małgosia - Leszka Gruceli żona. Grucela
też pomagał przy Rezonansie. Małgosia przynosiła nam rzeczy
już przetłumaczone z rosyjskiego. I ten dziennikarz z „Gazety”
pierwszą rzecz jaką zrobił, to w sposób krótki, zręczny
sposób skomentował ten artykuł z „Litieraturnoj Gaziety”. Byłem
bardzo zadowolony. I napisał chyba jedną rzecz i później sprawa
się urwała.
Pyt. W tym początkowym okresie jednak kłopotów
z materiałami nie mieliście?
Odp. Nie. Jedyne kłopoty były z powielaniem. Ta
informacja też musiała docierać do związkowców, na
zasadzie przedruków z prasy ogólnopolskiej. Z piszącymi nie mieliśmy
kłopotu, później jak już przeszliśmy na ul.
Dąbrowszczaków, dostaliśmy dwa pokoje. Przyszedł wtedy Jarek
Dąbrowski z „Czasu” gdańskiego, Jan Rosłan, Swietłana Kruk.
Już wtedy była utworzona zupełnie odrębna agencja
serwisowa. Leszek Grucela brał te wszystkie „zbitki” z teleksów i on nie
zamieszczając żadnych komentarzy, tworzył Serwis Informacyjny.
„Rezonans” był redagowany od początku do końca, artykuły
problemowe … Natomiast „Serwis” był normalnym „przekaziorem” informacji
centralnych o wydarzeniach, które się działy w kraju. Głównie
były to teksty przy wykorzystaniu teleksów, gdyż w tym czasie
były bezpośrednie połączenia teleksowe ze wszystkimi
redakcjami, Zarządami Regionów. To co działo się w Olsztynie, to
ja wyłapywałem, bądź Leszek i wysyłalimy w
Polskę, natomiast to co przychodziło do nas, szło do Serwisu.
Ten Serwis wychodził 2-3 razy w tygodniu i Leszek Grucela to robił.
Pyt. Gdzie drukowano „Rezonans”?
Odp. Papier był dostarczany przez Komisje
Zakładowe. Każdy dostarczał papier maszynowy z zakładów
pracy. Byłem z Wieśkiem Bryckim u Wałęsy w Gdańsku,
kiedy byłem już tym szefem działu informacji i wydawnictw
(byłem już na etacie). Wcześniej byłem tylko redaktorem
naczelnym „Rezonansu” i pracowałem społecznie. Gdy zostałem
zatrudniony na etacie, byłem szefem wszystkiego - całego
działu.. Oficjalnie wtedy redaktora naczelnego „Rezonansu” nie było.
Nawet Swietłana przychodziła do mnie czasami i pytała o
różne rzeczy. Nieformalnie szefem był Dąbrowski. Ja wtedy
przestałem być kierownikiem „Rezonansu”, gdyż nie miałem
czasu, a ponadto byli lepsi fachowcy ode mnie.
Przyszła wiadomość do Zarządu Regionu, że jakieś
tam maszyny, chyba holenderskie, przyszły i gdy natychmiast będziemy
z Wałęsą rozmawiać to uzyskamy, gdyż Poznań chce
to zabrać. Pojechaliśmy więc z Bryckim do Wałęsy.
Dotarliśmy w Hotelu Morskim do jego gabinetu. Wyjaśniliśmy
krótko sprawę, o co chodzi. W zasadzie nie dostaliśmy odpowiedzi, nic
konkretnego. Pod tym względem się nie zmienił. Tych maszyn
jednak nie dostaliśmy. Jedną maszynę kupiliśmy w
Urzędzie Wojewódzkim, maszynę drukującą. Taką bez
składania czcionki, to był powielacz właściwie. Skład
robiliśmy ręcznie, takie różne wklejanki, potem dopiero
robiliśmy fotokopię. Jeżeli były zdjęcia, to
używało się siatek … Już nie pamiętam. ja nie jestem
fachowcem od druku. Robiło się zdjęcia całego składu.
Mieliśmy dwie maszyny, bo jeszcze była jedna (nie pamiętam
skąd ją mieliśmy). Jedna była bardzo niedobra, a druga
była troszkę niedobra. One stały w WPKM-ie, tam były
założone kraty itd.
Pyt. Kto się zajmował drukiem?
Odp. Mieliśmy dwóch drukarzy: pan Glesmer i pan
Stabach (Stawarz ?), który pracował w poligrafii w Stomilu. Obok nas w siedzibie
Zarządu Regionu, rolnicy indywidualni mieli swoją redakcję pisma
„Żeńcy”, winietę ich pisma przecież ja robiłem. Takie
brzydkie to jest. Myśmy chcieli im w jakiś sposób pomóc. Uważali
nas za ludzi doświadczonych. M.in. był tam Tadziu Kotowicz. „Żeńcy”
jednak to nie była dobra gazeta. Tam było za dużo prywatnych
spraw wmieszane. Niektóre osoby upatrywały swój własny interes,
niezależnie od ich zaangażowania w walkę.
Pyt. A sam Józef Chwała?
Odp. Ja Chwały nie znałem dobrze. Chwała dla
mnie byl grubianinem takim. Oni wszyscy byli tacy. Nie czułem
spójności z nimi. Raz przeprowadzałem wywiad z Józefem
Kuśmierkiem i zadawałem mu strasznie głupie pytania na temat
rolnictwa. Byłem strasznie podekscytowany, ale podczas rozmowy on
ciągle schodził na tematy rolnictwa. Drążył te tematy
do końca. I pamiętam zdenerwował się wtedy na mnie.
Zresztą nie przebierał w słowach. Pamiętam to pytanie moje:
Jaką rolę może odgrywać Solidarność wiejska w
kreowaniu tego rolnictwa lepszego? I on się zdenerwował i
powiedział: „O czym my tu k… rozmawiamy”. I zaczął mi
tłumaczyć. Kiedy w olsztyńskim leży tyle ziemi
odłogiem … I nakrzyczał na mnie wtedy. Miałem z nim 2 godziny
rozmowy. Urodziło się z tego coś bardzo miękiego. Ja
byłem jednak zadowolony.
Pyt. Jakie wydarzenia z okresu 1980-1981 uważa pan
za szczególnie istotne?
Odp. Nie będę oryginalny. Największym
szokiem dla mnie była przede wszystkim sprawa bydgoska. Chociaż
wiedziałem, że milicjant jest nie tylko do przeprowadzania dzieci
przez ulicę, to jednak to było dla mnie zaskoczeniem. Byłem
biernym opdbiorcą tego, co się działo w latach
siedemdziesiątych na Wybrzeu. To wtedy nie przemawiało tak do mnie.
Natomist po tym co się stało w Bydgoszczy, dopiero zrozumiałem
cały mechanizm - nie liczą się z nikim, z niczym, tam nie ma
wartości, była tylko kwestia brutalnej, zwierzęcej siły.
Wtedy zdałem sobie sprawę, że my w zasadzie jesteśmy
bezsilni, bezradni.
Pyt. To była konfrontacja, która już
obnażyła wszystko. Na ile w Związku liczyliście się z
takim finałem jak 13 grudnia?
Odp. Te nastroje były zmienne, gdyż działo
się bardzo dużo różnych rzeczy. Były również stany
lękowe. Było wahadełko nastrojów i uczuć. Czy to
osłabiało wolę? Nie! Bo już za mocno się w tym
siedziało. To się grzęzło z problemami, które się nawarstwiały.
Maszyna była już rozpędzona. Czy jednak przewidywaliśmy to
czy nie? Myślę, że generalnie nawet jako Zarząd Regionu
tak, czego dowodem jest nawet kwestia tych 2 milionów. Ktoś w ostatnim
momencie jednak i to w bardzo dobry sposób. Jako pracownik Zarządu nic o
tym nie wiedziałem, mimo, że byłem bardzo serdecznymi
więzami z tymi ludźmi związany. Oni zrobili to bardzo dobrze.
Nie wiedział o tym nikt. Nawet przyjaciele. Przecież moim
przyjacielem był Leszek Lechowski. On wiedział o tym.
Zresztą ja w tym samym dniu, który skończył się
aresztowaniem, pojechałem do Warszawy, do Zarządu Mazowsza i
miałem się skontaktować (Łukomski mi to nadał) z
prośbą o instrukcje. Nie pamiętam nazwiska z kim się
spotkałem, a z kim miałem się spotkać, ale się nie
spotkałem. Były to znane nazwiska w Regionie Mazowsza, którzy mieli
już opracowany pewien plan powołania brygad robotniczych -
samoobrony. Zdejmowanie tabliczek z nazwami ulic … To już
zaczęło funkcjonować.
Pyt. Były więc na szczeblu centralnym
jakieś koncepcje?
Odp. Taktyka była bardzo prosta. Miały być
stworzone w ciągu 2-3 tygodni grupy ludzi. Stąd moja misja do
Warszawy. Część tych ludzi była w Gdańsku na obradach
i ich nie zastałem. I miałem odebrać materiały do tworzenia
tych grup samoobrony.
Pyt. Czy Związek zakładał ze swej strony
użycie siły?
Odp. Nie, natomiast miał to być bierny opór,
polegający na dezinformacji, który mógł być potrzebny,
gdyż z taką możliwością się liczono, w przypadku
wejścia wojsk sowieckich. Było już wtedy dość
powszechne odczucie, że coś jednak się zdarzy i to
niedługo. Ja przywiozłem bardzo szczątkowe rzeczy, dlatego
że nie spotkałem tego kogoś, kto był w tym czasie w
Gdańsku. Mazowsze było niemal puste w tym czasie …
Pyt. Docieramy do 13 grudnia 1981 roku i momentu
aresztowania pana. W jakich okolicznościach to nastąpiło?
Odp. To się łączy z moim wyjazdem do
Warszawy. W Warszawie śniegu nie było, jak przyjechałem rano,
natomiast po południu zaczął podać. W przejściu
podziemnym już była chlapa. To był 12 grudnia. Tak jak
mówiłem, część tych materiałów wziąłem i
wiele innych rzeczy. Kiedy wracałem pociągiem, to zrobiłem
zebranie w przedziale. Oczywiście były kłótnie, a ja
podpierałem się bibułą. Pełna dyskusja. Wojskowi stali
na korytarzu - zawodowi. I było fajnie. Przyjechałem chyba około
godz. 23-ej do Olsztyna. I tutaj był śnieg, rozpoczął
się mróz. Tu już nie było wody, chlapy jak w Warszawie. Mróz
się potęgował i nieg zaczął padać. Szedłem z
dworca pieszo z tą bibulą i dochodzę do skrzyżowania
Kołobrzeskiej z Kaliningradzką. Szedłem i było mi zimno.
Miałem przemoczone nogi, czułem, że jestem chory.
Gorączkę się czuje. Głowa staje się ciężka i
dreszcze. Dochodzę do tego skrzyżowania, zatrzymuje się autobus
MPK. Znali tam mnie wszyscy dokładnie. Kierowca otworzył drzwi,
autobus zjeżdżał do zajezdni: „Panie Tadeuszu, szybko do mnie
na chwileczkę. Co się - mówię, dzieje. Przed Komendą
stoją budy, jest wojsko. Ale mnie do głowy nie przyszło, że
to jest właśnie to. To była właśnie ta noc.
Przyszedłem do domu, wziąłem kąpiel, taką fest,
gorącą. Rozebrało mnie zupełnie. Byłem kompletnie
chory. Całą tę bibułę wrzuciłem pod stół.
Nie miałem już sił, żeby przejrzeć. Jest pukanie do
drzwi. Ja miałem doga, tego niemieckiego Grey Deni. Mieszkam na Dworcowej
(dawnej Kaliningradzkiej). Ten pies był duży, Wielki Dańczyk. W
pokoju spała córka z babcią, to znaczy z moją mamą.
Żona była w drugim pokoju, razem ze mną.
Położyłem się spać. Było dokładnie za dwadzieścia
dwunasta. Patrzyłem na zegarek. Pukanie. Myślałem, że z
Zarządu Regionu, że coś się dzieje. Skojarzyłem to z
informacją kierowcy. Pukanie było dość delikatne, ale
natarczywe. Pies zaczął się awanturować, żona
zapytała: Kto jest? Nie pamiętam co odpowiezieli, zdaje się
że to była milicja. Żona otworzyła i weszło trzech:
„Pan Tadeusz Kisły? Tak. Zatrudniony w Zarządzie Regionu? Tak.
Proszę się ubierać!”
Pyt. Trzech, czyli kto?
Odp. Jeden był milicjantem niewątpliwie, w
mundurze ale takim polowym raczej. Pozostałych dwóch nie pamiętam,
ale był też cywil. „Proszę ciepło się ubrać. Jest
pan internowany!” Ja nie miałem pojęcia co to w moim przypadku
oznacza. On to powiedział w bardzo grzeczny sposób. Ten cywil po
książkach tak spojrzał, pod stolik, gdzie była bibuła.
Książki miałem w domu różne od Jerzego Wiatra poprzez
„Nową” itd. Przejrzał, ale nie ruszał książek.
Powiedział tylko: „Proszę ciepło się ubrać,
proszę wziąć papierosy jak pan pali”. I daje mi papier, że
jestem internowany. Tam było napisane: „W związku z działalnością,
która może doprowadzić do niepokojów społecznych i wymierzona
jest przeciwko ustrojowi państwa!!” Ja mam ten papier w Stanach… Jedyny
papier, który przemyciłem. „Decyzją … zostaje internowany i
przewieziony do Zakładu Internowania w Iławie”. Była podana
Iława.
Pyt. A więc było już uaktualnione. Jak
gdyby II rzut.
Odp. Byłem drugim rzutem, gdyż spotkałem
Wojtka Ciesielskiego, który miał wpisany Kamińsk. I powiem panu,
że ja wystraszyłem się. Obleciał mnie strach.
zestawiłem wszystko do kupy i po prostu włożyłem spodnie,
ale nie włożyłem kaleson, bo nie wiedziałem co ja
robię. jakieś papierosy z barku wyciągnąłem,
włożyłem to w kieszeń. W pokoju zaczęła
płakać córka. Miała wtedy 11 lat. Wszystko słyszała
dokładnie. Żona była roztrzęsiona, powiedziała ”Ja
natychmiast idę do Zarządu Regionu!” A jeden z nich bardzo grzecznie,
co najmniej poprawnie powiedział: „Proszę pani, tam już nie ma
po co iść!” I wtedy się zorientowałem w sytuacji i
właśnie oblał mnie strach.
Wyszedłem z nimi. Nysa czekała, a w niej kierowca, pod domem.
Wsiadłem do Nysy. Ten który się przedstawił, kończył
prawo administracyjne w Toruniu, jeden z tych milicjantów, w stopniu
porucznika. To był ten w takim mundurze, dość wysoki,
szczupły facet. I ten kierowca odwrócił się i mówi: Czy pan chce
zapalić? Ja już miałem gorączkę w tym czasie.
Zaczynałem być chory. Później ten kierowca
wyciągnął paczkę cukierków czekoladowych i powiedział:
Weź pan! Matka tam dostała gdzieś w kolejce! Tak powiedział
ten milicjant - kierowca. Ja wziąłem tego papierosa i tego cukierka.
I ten porucznik użył brzydkiego słowa, które zapamiętam do
końca życia: „Panie, co to się będzie działo.
Komuś na górze się popierdoliło! Cały kraj stanie”. Jak
dziś pamiętam. To jest dokładny cytat.
Wtedy śnieg był naprawdę duży. Ulice były już
białe. I jak oni powiedzieli, że jedziemy do Iławy, zauważyłem,
że skręcili gdzie indziej, przez most na Track. Mówię: „Jezu ja
na wschód jadę!” Wystraszyłem się wtedy. Nie wiedzialem gdzie
jadę. Nie miałem pojęcia, że tam jest jakaś baza. Zresztą
żona nie wiedziała, że jadę do Iławy, bo ten papier
tylko mnie podsunęli pod nos. W samochodzie starali się nawet
jakiś rodzaj koleżeńskości stworzyć. Narzekali,
że bieda, że to to, że to tamto … W Nysie z internowanych
byłem tylko ja. Kiedy wjechaliśmy na ten plac, rzęsiście
oświetlony, psy i te budy i oni w tych kufajkach. Tam była już
zupełnie inna atmosfera. Teraz były już te psy, „ruszaj
się”, popychanie. I wepchnęli mnie do tego baraku. I pierwszy
człowiek, którego zauważyłem był Wojciech Ciesielski.
Zabrano nam tam dowód osobisty.
Pyt. Kogo pan jeszcze spotkał w baraku?
Odp. W baraku pamiętam Wojtka, innych nie
pamiętam. W baraku byliśmy krótko, to w budach siedzieliśmy
około dwóch godzin. Pamiętam, że do tej budy wpędzano nas i
tam założono kajdanki. To jest taka ludzka ułomność,
ale jak zobaczyłem tych ludzi więcej, poczułem się lepiej.
Nie jestem sam, może nie będzie tak źle. Może nie
będzie ten Wschód …
I pamiętam jedną rzecz, jak wszedł Stefan, wepchnęli
Śnieżkę, wepchnęli także Józka Lubienieckiego.
Później Leszka Szawłowskiego. Nie widać było, żeby
się specjalnie czym przejmował i powiedział: „Nie martwcie
się” - rzucił parę kiepskich dowcipów, ale powiedział: Ja
przynajmniej zaopatrzenie przywiozłem. I zaczął rozdawać
papierosy. To były „Cara” w niebieskich opakowaniach. I pamiętam
rozmowę, którą usiłował nawiązać Józek
Lubieniecki ze Stefanem Śnieżko. Józek jąkając się
zaczął: „Stefan, czy jest takie prawo?” Spojrzeli na siebie i nie
było już komentarza. Jaka bowiem mogła być odpowiedź
na zaczęte w ten sposób pytanie. Józek miał immunitet
sędziowski, a już siedział. I żaden z nich tego nie
skomentował. Po prostu roześmialiśmy się wszyscy.
(Andrzej Pawłowski: Pamiętam, że Józek długo jeszcze nie
mógł przyswoić sobie tej wiedzy, że on jako sędzia
mający immunitet, nie ma prawa być tknięty).
Józek w tym momencie wydoroślał - tak mi się wydaje.
Pamiętam, była kwestia siusiu … ja w tej budzie przyjechałem
kompletnie chory do Iławy. Józek mi plecy rozcierał. Byłem w
takim płaszczu z podpinką z misia, granatową. Długi
płaszcz miałem. Józek kaptur mi podnosił i tam mi po plecach
masaże robił. To było przygnębiające w tej budzie, bo
pamiętam, że kiedy zdecydowaliśmy się wyjść robić siusiu …
Wypuszczono nas po długich pertraktacjach. Wychodziliśmy, o ile
pamiętam, pojedyńczo. Stawaliśmy przed kołaem samochodu,
świecił nam policjant latarką bezwstydnie, a my przy tym kole. I
to tak po kolei kto miał chęć wyjść. A więc, tu
była atmosfera przygnębiająca na tym placu, a kompletnie
zawaliło się wszystko w Iławie, kiedy ta brama się
otworzyła. Była zamieć, zawieja. Padały takie słowa:
„Może nas ktoś odbije?” Oczywiście to tylko raczej dla
podtrzymania na duchu. Kiedy za nami się ta brama w Iławie
zamknęła, pierwsze słowa, jakie żeśmy otrzymali jak
ten szpaler łobuzów tam stał wyprężony z psami. Padło
słowo: „Pod ścianę tych takich owakich!”. Już na tym
dziedzińcu więziennym. Dopiero nas do takiego baraczku wpędzono
i tam rozdzielano. Odciski palców brano. Każdy dostał po kocu. Chyba
nas na II piętro wprowadzono, nie pamiętam dokładnie. Tam
były twarde łoża. I klęska była kiedy człowiek
słyszał za sobą szczęk zamykanych drzwi. I Koniec. Ja
stałem przy tych stalowych drzwiach i pomyślałem: „O rany
Boskie”. Wyobrażałem sobie chorobę klaustrofobii. Tego się
nie da opisać.
Pyt. Co może pan powiedzieć o tym pierwszym
okresie?
Odp. Uważam, że obrazem, który był
odzwierciedleniem samopoczucia większości z nas, była
właściwie postać Ziutka Lubienieckiego, kiedy go po dwóch
tygodniach zobaczyłem. Doszedłem do wniosku, że my
musieliśmy wyglądać dokładnie tak samo. W tym samym
fatalnym stanie ducha.
Pyt. Jak długo był pan internowany?
Odp. Bez dwóch dni rocznica. Wyszedłem 10 grudnia.
Pyt. Najpierw była Iława, a później?
Odp. Później zaczęto nas dzielić, po 6
miesiącach (6 czerwca) zaczęto partiami wysyłać. Było
dużo ciekawych momentów. Pamiętam, jak brata aresztowano, jeszcze w
Iławie byłem. Aresztowano go podczas odwiedzin, na ulicy był
śnieg, była niedziela, bardzo ładna pogoda. Poprzez kraty,
siatkę i wydłubaną blendę ze skosa z II piętra
można było zobaczyć tych, którzy szli w kierunku bramy i to
się rozpoznawało swoich. To była chyba połowa lutego.
Żona mnie przez dwa tygodnie szukała, nie powiedziano jej gdzie
jestem. Papier widziałem tylko ja. Dowiedziała się dopiero od
żon „współtowarzyszy”, które przekazywały sobie informacje.
Podczas widzeń tych niedzielnych, milicja często
przyjeżdżała i nie pozwalała gromadzić się
ludziom miejscowym i innym. I zobaczyłem brata, zaczęłiśmy
wymieniać zdania, ja krzyczałem, bo to okno się uchyliło
więc było słychać. Zresztą każdy z nas
wypatrywał i mógł śledzić rozmowy swoich kolegów. I kiedy
zaczęliśmy wymieniać pierwsze zdania, wówczas podjechał
radiowóz i chwycili mojego brata. I pamiętam tę
solidarność. Jak chwycili mojego brata, to chociaż nikt go nie
znał, zaczął się wrzask, ale taki jak na stadionie
Marakana. To było coś potwornego. Wielki wrzask internowanych, ale i
kryminalistów, którzy byli piętro nad nami. I był krzyk: „Gestapo!”,
„Wypuścić go!”
Pyt. Czy brat dał jakiś powód?
Odp. Nie, jedynym powodem było to, że stał
na dole na ulicy, gdzie nie można było stać i komunikował
się ze mną. Zabrano go i przetrzymano przez 2 godziny. Po 2 godzinach
dotarł do mnie na widzenie. Jak go trzymano, to spisano personalia i
powiedziano mu: „Jak chcesz to tam za 5 minut możesz być. Jeszcze
słówko tylko”. A brat mi niefortunnie zmarł teraz, na początku
sierpnia, nie mam już nikogo. Starszy. On miał bardzo mocno
rozwiniętą miażdżycę, a przy tym astmę. I na
jeziorze wypadł z łodzi i tak się skończyło.
Paweł, niemal 10 lat starszy ode mnie. On był dla mnie pewnym
substytutem ojca.
Pyt. Najważniejsze przeżycie podczas pobytu w
„internacie”?
Odp. Miałem bardzo mieszane uczucia, co do postawy
kolegów. To znaczy, myśmy wszyscy w stosunku do siebie, poza
wyjątkami, byliśmy bardzo nieufni. Tak mi się wydaje. Był
pewien dystans, a niektóre grupy osób, które się tworzyły, chyba
demonstrowały nieufność zbyt daleko posuniętą. Ja
zresztą też w pewnym okresie troszeczkę nieufny. A przy tym
siedząc w odosobnieniu, człowiek kontempluje różne historie,
analizuje. I wydaje mi się, że mimo pozornej solidarności - to
znaczy ona była - to jednak znaczna część z nas
kierowała się ku sobie. Byliśmy skłonni bardzo często,
mieć różnice zdań, na przykład co do sposobu
postępowania z władzami więziennymi. Pamiętam, doszło
nawet do konfliktu ze Stefanem Śnieżko. Ja np. nie zgadzałem
się na głodówkę, która wydawała mi się rzeczą
ostateczną i dla mnie nie było dość uzasadnione, żeby
- nie pamiętam, o co tam chodziło, chyba o jedzenie - żeby
podejmoać głodówkę. Byłem zdecydowanie przeciwny. Uważałem,
że powód powinien być znacznie większy i ta głodówka tym
samym miała by większy wydźwięk, niż jaki[AP5]ś
tam lokalny ze strażnikami. Natomiast Stefan sądził, że
małymi krokami można jednak doprowadzić do czegoś, czy do
złagodzenia czegoś. Zresztą biorąc pod uwag Stefana
profeję, jego … (?) były uzasadnione. Ciągle usiłował
pracować, jednak kierując się prawem. W pewnych ramach. W pewnym
okresie byłem dużym pesymistą, ale później już nie.
Później myślałem, że to musi się inaczej
skończyć. Koniec wydawał mi się jaśniejszy. Może
to był wynik przystosowania też.
Pyt. Dlaczego panu nie zawsze się podobało
zachowanie kolegów?
Odp. Z niektórych wychodziły atawizmy.
Uważałem, że cały czas należało jednak
tworzyć wspólny front i pokazać tym stróżom, klawiszom, że
my jednak nie jesteśmy więźniami kryminalnymi, lecz stanowimy
coś innego. Natomiast niektórzy reagowali w taki sposób: słowo za
słowo, ząb za ząb. Ten sam język, te same sposoby
zachowania się. Ja się z tym generalnie nie zgadzałem.
Uważałem, że powinniśmy bardziej zdecydowanie w sytuacjach
dramatycznych, stanowić front jednolity, natomiast nie powinniśmy
zniżać się i wchodzić w spory, które miały na celu
tylko ułożenie sobie bytowych spraw w relacji: strażnik - my.
Cały czas uważałem, że my jesteśmy jednak coś
więcej.
Pyt. Czy były jakieś sytuacje szczególnie
dramatyczne?
Odp. Były. Dla mnie dramatem był fakt samych
zachowań. Był to osobisty dramat, ponieważ umiałem
przewartościować pewne postawy, pewne osoby. Ludzie, którzy wydawali
mi się tutaj delikatni, mili, przyjemni, którym można było
zaufać, tam wychodziło często zupełnie co innego. Stawali
się ludźmi niegodni zaufania. Np. niektórzy zniżali się,
albo tworzyli wokół siebie jakiś mit zupełnie niepotrzebny,
który nie funkcjonował tam. tam nie trzeba było tworzyć mitów,
tam rzeczywistość była taka, a nie inna i trzeba się
było z tym wziąć za bary. I przeć do przodu. To
działało w dwóch kierunkach. A jednocześnie dla mnie to była
szkoła życia, poprzez możliwość obserwacji ludzi w
zamknięciu. I powiem panu, że ja się dowartościowałem
w ten sposób, że mój pogląd na człowieka zmienił się.
I wartości według których w przyszłości powinienem sobie
dobierać przyjaciół bądź eliminować przyjaźnie -
jakieś wzorce stamtąd wyniosłem.
Pyt. Ale były też pozytywne przykłady?
Odp. Oczywiście. Poznawanie ludzi w warunkach
ekstremalnych, co strach może zrobić z człowieka. Głównie
strach, bo to była atmosfera strachu.
Pyt. Czy dotyczyło to tylko początkowego
okresu?
Odp. Nie tylko, bo następowała faza
przyzwyczajania się do warunków. I na ile ludziom zależało,
żeby wyjść. Na ile oni dążyli do tego i jakimi
sposobami (…) Zachowanie się ludzi w ekstremalnych sytuacjach były
bardzo różne. Była w marcu tzw. zadyma w więzieniu w
Iławie. tam niemal masakra nastąpiła, wyżywanie się
tej służby więziennej, plus jakieś tam oddziały, które
tam jeszcze sprowadzili z zewnątrz. Jakieś specjalne oddziały.
Nie pamiętam. Myśmy siedzieli w celi. Ja byłem akurat ze
Stefanem Ruchlewiczem i siedział Lubieniecki. Reakcje ludzi na te straszne
krzyki, które się tam rozlegały na korytarzu. Natychmiast cele
pozamykano i ludzie, którzy mieli wybite lipa, (takie małe okienka w
drzwiach) i którzy akurat cele mieli usytuowane na którymś z końców
korytarza. Chyba Leszek Lechowski miał taką celę, on obserwował.
Albo Staszek Mackiewicz. Któryś z nich. Oni widzieli. Cały
oddział, nie pamiętam czy czterdziestu tych milicjantów i
służby więziennej, czy 60, czy trzydziestu kilku. Była ich
spora gromada. My reagowaliśmy na odgłosy. I tych czterech chyba
gdańszczan. Znęcano się nad nimi. I teraz reakcja ludzi.
Była to reakcja ludzi wystraszonych, bojących się o siebie.
Zresztą te pały się tam wsuwały co chwilę do tych cel
i: „Teraz przyjdziemy do was i wam tutaj …” itd. Bali się wszyscy, to nie
ulega wątpliwości, ale jak się zachowywali. Kilku tych moich
współtowarzyszy i ja zresztą też, zaczął się
straszny rumor w tych celach. Na korytarzu były krzyki, a raczej straszne
wycie, zwierzęce. Tych ludzi tam bito, kopano. I rozległ się
hałas w tych wszystkich celach z róznym nasileniem. W każdej celi
był taki stołeczek metalowy i tłukliśmy w drzwi. Echo
niosło się na Iławę, na tę ulicę i
mieszkańcy okolicznych bloków, okna mieliśmy naprzeciwko, oni to musieli
słyszeć. Ale to jest uboczny efekt tego wszystkiego. Natomiast jedni
reagowali w ten sposób, zaś dla mnie absolutnym zaskoczeniem był
fakt, że (ze strachu, niewątpliwie ze strachu) Stefan i Ziutek
zabrali się za partię szachów, w tym momencie. Ja widziałem,
że im się ręce trzęsły. Usiedli do partii szachów. Ja
rzuciłem raz tym stołkiem w drzwi i początkowo byłem
oburzony ich zachowaniem (ci grają w szachy, tamtych ludzi mordują).
Ale przecież człowiek nie mógł sforsować tych drzwi. A tak
na dobrą sprawę to myśmy się bali, żeby oni nie
weszli. Mimo to wbrew woli, waliliśmy w te drzwi. A ci grali w szachy! To
nie była gra, to była próba stworzenia pewnej bariery, izolacji. To
też było kolejne doświadczenie, jak ludzie się
zachowują.
Pyt. Ja miałem informację, że całe to
zajście było w celi.
Odp. W celi się zaczęło. Już nie
pamiętam o co tam chodziło. W każdym razie około godziny
chyba piątej po południu, żeby wezwać strażnika
więziennego do celi, może ktoś był chory, może inna
sprawa - taki był zwyczaj, należało zastukać w drzwi celi
od wewnątrz. Wówczas ci strażnicy, którzy mieli dyżurkę
usytuowaną w centralnej części korytarza, po przeciwnej stronie
cel, z reguły podchodzili i pytali o co chodzi. Nie wiem czego wówczas
chcieli ci ludzie, ale to stukanie trwało co najmniej 10 minut. Ono
się potęgowało, ponieważ nikt nie przychodził, nikt
nie reagował. I sądzę, że to było celowe, żeby
sprowokować, żeby wyżyć się na nas. W momencie kiedy
to stukanie stało się natarczywe i głośne, na korytarz
wtargnęła ta grupa kilkudziesięcioosobowa, to można
było poznać nawet po krokach.
Pyt. Z tymi tarczami i w chełmach, wyglądali
strasznie.
Odp. W pełnym rynsztunku wpadli. Weszli do tej celi,
cela była niewielka, a więc liczba osób chętnych do wyżycia
się była większa, więc wyciągnięto ich i
pędzono z tego końca korytarza, aż do środkowej
części i szpaler. Tam każdy dokładnie mógł się
wyżyć. To, że ja w te drzwi uderzyłem, to też nie
wynikało z niczego innego tylko ze strachu. Człowiek nie
wiedział co robi. Było to dla mnie straszne przeżycie. To jest
reakcja takiego szczura, który gdzieś tam …
Pyt. Czy takich dramatów było więcej? Nie
mówię o zajściach w Kwidzynie, to jest odrębna sprawa.
Odp. Nie znam przypadków, które byłyby na
podobną skalę i miały podobny skutek. Ci ludzie byli
storturowani. Natomiast były indywidualne przypadki, że bito, kopano,
ktoś był zbyt opieszały lub sprzeciwiał się - kluczami
w brzuch itd. Takie przypadki się zdarzały.
Pyt. Czy zna pan może nazwiska gorliwych
funkcjonariuszy?
Odp. Kazimierz … miał pseudonim „Indor”. Nie
mogę sobie przypomnieć nazwiska. Wyjątkowy. Wielu moich kolegów
na pewno pamięta to nazwisko. W Kwidzyniu był jeden, ale też
nazwiska nie pamiętam. Ja bym go poznał nawet po tylu latach.
Pyt. Czy pan bezpośrednio padł ofiarą
takich prób wyżycia się?
Odp. Nie.
Pyt. A czy ktoś z bliskich kolegów?
Odp. Z najbliższych przyjaciół chyba nie. O,
tak, ale to dotyczyło Kwidzyna, a mnie w tym czasie nie było. Ja
wyszedłem z Leszkiem Lechowskim na przepustkę i mnie nie było w
tym czasie, kiedy się tam stała rzecz straszna. M.in. przecież
Andrzej Bober strasznie pobity, Kałudziński …
Pyt. Czy funkcjonariusze SB wzywali, przesłuchiwali?
Odp. O tak. Tak samo wiele osób na tej samej zasadzie
mogło mnie nie ufać. Przynajmniej w pewnym momencie. Mnie to
krzywdziło, ale przecież nie było sensu robić afer, tym
bardziej, że do pozostałych miałem również pewne objekcje.
Moim interlokutorem był niejaki Mroczkowski z SB. Bardzo grzeczny
świńtuch, który mazurzył. Nosił brązowy garnitur i
złoty pierścień na prawej ręce. Mazurzył strasznie,
na mnie mówił :”Kysły”, co mnie denerwowało. Wielu z nas zdawało
sobie sprawę, że bez interwencji z zewnątrz oni zrobią to
co chcą, a na taką interwencję nie można było
liczyć. Byli nawiedzeni, szaleńcy, którzy mówili, że w lasach
szczycieńskich gromadzą się kupy zbrojne i swawolne, które
niebawem będą odbijać Iławę. Co poważniejsi,
wrzucali to między bajki. Generalnie nie mieliśmy nadziei na szybkie
uwolnienie ze względu na sytuację na świecie i w Europie.
Wiadomo było, że Rosjanie już nie weszli i nie wejdą,
natomiast Zachód nigdy nie będzie interweniował. Poza tym, myśmy
się bardzo cieszyli z sankcji kolegi Regana, wiedzieliśmy, że to
jedynie może coś zrobić. Byli ludzie, którzy wierzyli w Amnesty
International. Delegacje z tej organizacji były chyba dwa razy,
również Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Ale oni byli jak
papież, bez wojska. Chodziło głównie o to, żeby
przetrwać, taki pragmatyzm w niektórych grupach funkcjonował. Chyba
większość była zwolennikami takiego kursu. Ja byłem
wzywany parę razy. Niektórzy odmówili, inni chodzili na te
przesłuchania. Niektórych zmuszano.
Pyt. W wypadku odmowy, czy były jakieś
konsekwencje?
Odp. Nie Mogły być. Czasami odmawiano widzenia
z rodziną, co było bardzo przykre, szczególnie dla rodzin.
Przemieszano ludzi, chyba po to, żeby wzbudzić tę nieufność.
To dzielenie i rządzenie miało miejsce. Z celi do celi i
domysły, dlaczego X-a przeniesiono tu, kiedy ci ludzie kiedyś
się nie lubili. Imaginowano sobie różnego rodzaju sytuacje. A
często przenoszono za karę, bo był niegrzeczny. Mojej rodzinie
też odmówiono dwukrotnie chyba widzenia i żonę poinformowano,
iż byłem niegrzeczny przy jakiejś tam okazji.
Ja odczuwałem gwałtowny ciąg do kontaktów z ludźmi z
zewnątrz, z poza muru więziennego. I dla mnie ten ubek był
kimś z zewnątrz. Można było odmówić, ale były
róne konsekwencje. Pamiętam Eichlera, on wyjechał do Szwecji.
Naraził się na sporo różnych kłopotów, był hardy,
odmówił. W rezultacie jednostkowe zachowanie nie miało absolutnie
żadnego wpływu na zmianę polityki w stosunku do nas. To
zależało od rozwoju sytuacji w kraju. Decyzje były gdzie
indziej, nasza grupa nie miała na to żadnego wpływu.
Można było zrezygnować, ale wie pan - te rozmowy
właściwie były głupie. Ja zresztą pokłóciłem
się z ubekiem, ten Mroczkowski widział awersję, jaką
czułem do niego. Kiedy przeszliśmy na tematy, jak agresja sowietów 17
września, kiedy zaczęli nasze wschodnie tereny zajmować. Facet
mi przez pół godziny klarował, to co się dzieciom opowiiada w
szkole. On był tą stroną aktywną. Podczas tego kolejnego
wykładu ja się zdenerwowałem.
Koniec
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
|
|
|
|
|
Olsztyn Friday, 10 June 2011 r. |
Do druku
podał za Siecią poniższy tekst:
Rozmowa a Władkiem
Kałudzińskim
w dniu 13
października 1994r.
Pyt. W
jakim przedsiębiorstwie pracowałeś w roku 1980?
Odp. W
Polmozbycie. Byłem diagnostykiem. Związany byłem w Polmozbycie
na Partyzantów, była stacja diagnostyczna oddzielnie i tam we dwójkę
z kolegą pracowaliśmy na zmianę od 6 - 14 i od 14 - 22.
Pyt.
Kiedy zostałeś członkiem „Solidarności”?
Odp. Jak
już powstawała „Solidarność” - wrzesień -
październik 1980 roku, to pamiętam poszedłem do MKZ-tu, który
mieścił się w dyrekcji WPKM i tam poszedłem po
materiały. Chciałem zoba-czyć, co to jest. To była moja
pierwsza styczność. Tam Łukomski był - dopiero później
skojarzy-łem, że to on.
Byłem
wówczas świeżym pracownikiem, pracowałem chyba dopiero od roku w
Polmozbycie i nie znałem całej załogi.
Pyt. Czy
ktoś inny w Polmozbycie interesował się jeszcze
„Solidarnością”?
Odp. To
jeszcze taki Bolek Matuć, on poszedł też do MKZ-tu na
własną rękę i przyniósł materiały.
Zakładanie Związku nie wynikło z mojej inicjatywy. Bardziej
zorganizowany był transport.
Pyt. A
ten działacz z Polmozbytu, który teraz zakład poligraficzny prowadzi
- Andrzej Dębski?
Odp.
Wtedy go nie znałem, może jeszcze wtedy nie pracował. W
każdym razie wtedy nie działał w „Solidarności”. Ja go w
1980 roku nie znałem. Nawet jako pracownika nie znałem.
Pyt. Czy
pamiętasz w jaki sposób działała „Solidarność” w
Polmozbycie?
Odp.
Było parę akcji. Chyba strajk ostrzegawczy przed wydarzeniami
bydgoskimi w marcu 18981 roku. Godzinę czy trzy godziny był postój.
Opaski. Przewodniczącym Komisji Zakładowej „Solidarności”
był Czesiek Łada. Później w stanie wojennym on nie był
internowany tylko wciągnięty do ZOMO, a może do wojska - w
każdym razie był tu w Olsztynie na miejscu.
Pyt. Jak
go oceniasz jako przewodniczącego?
Odp.
Oceniam go negatywnie, po prostu był za miękki. Był nawet taki
moment, że zgłosiłem votum
nieufności, ale nie było innego kandydata, nikt nie
chciał podjąć się tej funkcji. Uważałem, że
on jest za miękki, gdyż miał być jakiś strajk, a on
się upłynnił. Poszedł na zwolnienie lekarskie po to,
żeby nie uczestniczyć w strajku. Na te czasy był za słaby -
tak uważałem. To już wtedy była walka polityczna.
Pyt. A
czy wśród działaczy „Solidarności” ktoś pozytywnie się
zaznaczył?
Odp.
Tylko właściwie jeden taki był, reszta to się
rozpierzchła, nawet cała ta Komisja Zakładowa. Najbardziej jeszcze
był zaangażowany ten mój kolega, z którym pracowałem Bolek
Matuś. To był chłopak można powiedzieć mniej
rozgarnięty, ale twardy. Nieraz potrafił powiedzie jasno.
Pyt. Czy
był w jakiś sposób szykanowany w stanie wojennym?
Odp.
Raczej nie. On przyjeżdżał do mnie na rozprawy. Pamiętam,
że był na każdej rozprawie. I on nawet zebrał podpisy od
kolegów z Polmozbytu, żeby mnie wypuścili z więzienia. Takie
poręcze-nie.
Pyt. A
czy ty miałeś kontakt z tymi bardziej znanymi działaczami
regionu?
Odp. Nie
miałem kontaktu. Chodziłem na takie spotkania, bo ja tym
żyłem. Te spotkania w zakła-dzie pracy. było ich co
niemiara w różnych sprawach. Pomagałem organizować Związek.
Byłem w paru miejscowościach w tych mniejszych stacjach Polmozbytu.
Dwa lub trzy razy byłem.
Pyt. W
jakich okolicznościach zostałeś internowany?
Odp. To
znaczy ja już czułem, że coś może być, gdyż
ukazywały się w stanie wojennym ulotki anty-państwowe i
antykomunistyczne w zakładzie. I ja pewne rzeczy od kogo tam dostałem
i żona przepisywała na maszynie i tam rozrzuciłem trochę
tych ulotek. Jeszcze kolega ten Bolek Matuś i jeszcze jeden był. I on
trochę podrzucił mi tych materiałów. Kierownik zaczął
mnie trochę podej-rzewać. Mówił: - Panie Władku, czy to nie
pan to robił?
Pyt. Te
pierwsze ulotki nie były twego autorstwa?
Odp. Nie,
myśmy je otrzymali od kogoś i później razem
działaliśmy, m.in. Bolek, rozrzuciło się w przerwie w
szatni, czy gdzieś po szafkach powtykaliśmy. Kiedy dostałem
jedną to żona przepi-sywała na maszynie.
Pyt. A
więc raz wytłumaczyłeś się kierownikowi, a dalej?
Odp.
Pamiętam później, że chorowałem i poszedłem do
lekarza, z rana. Trzęsło mnie, a on mi nie dał zwolnienia.
Czułem się chory i poszedłem później drugi raz do lekarza.
I mówię do pani doktor. A wcześniej miałem rewizję w domu.
W każdym razie lekarka mierzy mi temperaturę i w tym czasie jest
telefon. Widocznie mnie obserwowali. Lekarka jak był telefon to
wychodziła - i za pierwszym razem także. Za pierwszym razem ja jej
powiedziałem: - Jak pani zakazano dawać zwolnienie, to niech pani
napisze, że jestem chory, ale pani nie wolno wydać zwolnienia. - Nie,
tego …
Ale tak
wyglądało, że już wtedy musiałem być obserwowany
i że nie kazano jej dawać m zwol-nienia lekarskiego. Drugim razem mi
jednak dała. najpierw powiedziała: - Ale przecież pan był.
- Byłem - ja mówię - ale mam
38 czy 390, a pani powiedziała, że ja nie jestem chory.
Pyt. To
była lekarka zakładowa?
Odp. Nie,
ja byłem tu w przychodni. I dała mi w końcu. Przyszedłem do
domu, leżałem w łóżku i następnego dnia z rana przyszli
panowie robić mi rewizję. Żona była. Wtedy zabrali mi
maszynę. Chyba znaleźli tam ze trzy ulotki pojedyncze. Jak były
to pojedyncze. Zabrali maszynę do eks-pertyzy i kasety. Wtedy
jeździli tam i spowrotem, chyba ze 2-3 razy, chcieli żebym się
ubierał i z nimi pojechał, ale żona zaczęła
krzyczeć: - On jest chory, on nigdzie nie pojedzie. I wtedy poje-chali po
następną ekipę. Zrobili mi również w pracy rewizję.
Pyt. Czy
formułowali jakieś konkretne zarzuty?
Odp.
Było podejrzenie, że ja te ulotki. Ale ja złożyłem u
nich skargę, że zabrali maszynę do prokura-tury. To było
gdzieś luty, marzec. Zimową porą. Ja czując, że
mogą mnie internować, wziąłem urlop i chciałem wyjechać,
żeby sprawa przycichła. Pojechałem sobie na dwa tygodnie w
rodzin-ne strony, żeby odpocząć od tego wszystkiego, żeby
przycichło - po co mają mnie zamykać. Pa-trzyłem, że
tam z góry z dyrekcji zaczynają mnie obserwować - taki personalny z
kadr. On z góry patrzył - jak ja przychodziłem do szatni, to
było widać, że „Władek idzie do szatni”. I on za mną
do szatni, niby coś tam szuka. Podejrzewałem, że jestem
obserwowany. I jeszcze wcześniej czy też później, przeprowadzono
ze mną rozmowę - chyba ze wszystkimi takie rozmowy były
prze-prowadzone. Ubek zaczął mnie tam straszyć, taki gruby. I mi
lojalkę podsunął. Ja przeczytałem i mówię, że nic
nie robię i podpisałem ją. Zapytałem wcześniej: - A
jak nie podpiszę to co? - No to pana internujemy.
Pytał
się z kim pracuję, z kim się najwięcej spotykam. To ja
mówię: - Równo. A później moich kolegów przesłuchał. Ten
pierwszy raz chciałem ubeka przekonać, że miałem racje tam
słuszne. A ubek mówił nawet: - Zobaczy pan, że oni zostaną
jeszcze ukarani Gierek i inni, Jaroszewicz. Może był przygotowany
jakiś proces. A jeszcze wcześniej to ja prowadziłem działalność
w związku z nadużyciami, chociaż teraz z dalekiej perspektywy,
to się okazuje, że to co oni tam knuli to były dobre sprawy w
stosunku do dzisiejszych czasów, kiedy są luki w prawie. Wtedy chodziło
o talony, że niektórzy zamiast co 4 lata, dostawali w krótszym czasie i to
im się opłacało. Sam to robiłem. Na ul.
Pieniężnego była taka instytucja „ZETO” i tam też chyba
była Komisja Zakładowa i przyniosłem im tam te wszystkie teczki.
Oj, gdyby wówczas poginęły te dokumenty, to by jeszcze mnie
zamknęli.
Pyt. Bo
ty z biura wziąłeś te teczki?
Odp. Tak
z biura, od kierownika, musiałem pokwitować. To wszystko na mojej
głowie było. I później to wszystko zanosiłem do
prokuratury. Ale ta sprawa się
rozmyła - później był stan wojen-ny.
Pyt. A
więc wystarczająco zagrałeś im na nerwach, żeby
cię internowali. jak uważasz, kto się głównie
przyczynił do tego?
Odp.
Internowano mnie akurat przed 1 majem, 30 kwietnia. Przyszedł do mnie
kierownik z zakładu pracy i mówi, że mam się zgłosić
na milicję. To było w zakładzie pracy. Ja mówię, że
nigdzie nie pójdę. Jak pan chce to proszę mi tu na piśmie
dać. I później przyszedł po godzinie i powiedział, że
po rozmowie z panem dyrektorem daje polecenie służbowe pójścia
na komendę.
Ja
miałem parę spraw, co miałem się tak spieszyć. Jeszcze
miałem takie fotele odebrać. tak czułem, że mogą mnie
przyskrzynić. Ale myślałem, że mnie 2 lub 3 dni
potrzymają i wypuszczą. Załatwiłem te wszystkie sprawy i
poszedłem jeszcze do żony i mówię, że mam wezwanie.
Chodziło o to żeby było wiadome, gdzie szukać. Żonie
dałem to zaświadczenie, że z polecenia kierownika mam się
zgłosić na komendę, żeby ona wiedziała gdzie jestem. I
poszedłem na UB na Partyzan-tów do tego czerwonego gmachu.
Pyt. Do
czerwonego gmachu?
Odp. Tak,
tu gdzie UB się mieściło, nie milicja tylko UB. I tam
wzięli mnie do pokoiku, tam siadłem a oni: - No tak, pan nam nic nie
chce pomóc, pan nie chce z nami rozmawiać, to pan trochę
dłużej tutaj posiedzi.
Pyt. Kto
cię przesłuchiwał?
Odp.
Kilka osób na zmianę. - Może pan sobie przypomni to … Nazwisk tych
osób nie pamiętam, jeden taki gruby, starszy.
A jeszcze
z przeszukania, to dwóch takich młodzieniaszków, którzy się tam
wyżywali, niegrzecznie się zachowywali podczas przeszukania. Ale ten
starszy facet starał się być grzeczny: - A to ja pana znam ze
stacji diagnostycznej. - Przecież oni samochodami też
przyjeżdżali. Byłem tak ze 2-3 godziny na tej komendzie, to oni
wtedy: - No, widać, że się nie dogadamy, to pan przenocuje
tu-taj.
Pyt. O co
im głownie chodziło?
Odp.
Chodziło o ulotki. Kto rozrzucał ulotki, a ja mówię: - Ja nic
nie wiem. - Na dół! Sznurówki zabrali, dokumenty. Pierwszy raz
zetknąłem się z więzieniem. rygory w pewnym stopniu
wię-zienne. Tę noc to zapamiętam do końca swego życia.
Nie spałem całą noc, bo się leżało na takich pryczach
drewnianych, twardo, kocem się przykrywało. Nie mogłem spać
bo wszystko mnie bolało.
Pyt. Kto
był z tobą w celi?
Odp. Sami
złodzieje byli. jakoś przeleżałem. Słyszałem
cykanie każdego zegara, bicie zegara, wie-działem która godzina jest.
Może trochę człowiek i zdrzemnął się. Ale
głównie to nocne czuwanie było. Rano wstałem, kible były
tam na dole, osobno, nie w celi. Mycie też było. Śniadanie
marne.
Pyt.
Mówisz o tym czerwonym budynku obok Dąbrowszczaków?
Odp. Tak.
Blisko drogówki. Tam była drogówka, a teraz jest UOP. Koło UOP-u. To
był 1 maja. Później w jakim momencie, pamiętam, przywieźli
jednego internowanego, nazywał się Żółciński.
Pyt. On
wtedy też dopiero był internowany?
Odp. Tak,
bo jak później się dowiedziałem, Tadek Mikułan, on tam
ulotki czy coś mieli zawieszać koło Ratusza na 1-maja i Tadek
uciekł, a tego dorwali. Później się okazało, że ten
Żółciński próbował ze mnie wyciągnąć
parę rzeczy. Tak żeśmy się wieczorem położyli.
Teraz dopiero wiem z perspektywy czasu, że on chciał
wyciągnąć ze mnie parę rzeczy, po prostu
współpracował z UB. Później z rana jego zabrali. Widocznie nic
się ode mnie nie dowiedział, ja już wtedy byłem bar-dziej
ostrożny i podejrzliwy. Jak ktoś za dużo pytał, to znaczy,
że to było podejrzane. Już wtedy wyczuwałem. Najpierw jego
gdzieś tam wzięli z rana, a później mnie. Jakoś się
tam wałkowało, szukali podstawy, żeby mnie zamknąć.
Widocznie na mój temat za dużo nie mógł powiedzieć. Myśmy
się znali wcześniej z widzenia, chyba przyjechał samochodem. W
każdym razie ja już go znałem wcześniej.
No i z
rana, pamiętam, poproszono mnie tam na dół. Kazali się
ubrać i pokazali mi ten doku-ment: - Przeczyta pan punkt … tam
któryś, który mówił, że mogę się odwołać. To
jest dla pana najważniejszy punkt, tak mi zaznaczyli. O internowaniu
było to pismo.
Byłem
więc internowany. Ubrałem się. Była to niedziela, i do
czarnej wołgi. Dwóch panów po bokach, ja w środku skuty kajdankami,
jak wielki zbrodniarz, żebym nie uciekł. I idziemy. Dwóch cywilów i
kierowca. Zajechaliśmy do Iławy. Tam mnie przekazano. Tam jeszcze
odciski mi pobrano. Już dokładnie nie pamiętam, w każdym
razie zaprowadzili mnie do celi. Nikogo nie ma, sam jestem. Do nikogo nawet
gęby otworzyć. Później się dowiedziałem, była niedziela
i wszyscy byli na Mszy św. Później zjawił się taki
mały, nieduży z Ostrołęki był, leśnik. I on
zaczął mnie wprowadzać. I zaraz po rurach nadał
informację, e jest jeden z Olsztyna. No to później mnie tam
ściągnęli - Andrzej Bober do swojej celi.
Pyt. Bo
wtedy można już było wędrować?
Odp. Tak,
można było wędrować. No i oni mnie zaprosili. Pamiętam
Andrzeja Bobera i Rysia. Pierwszy raz Rysia Kułakowskiego widziałem -
taki łysy. Był taki uprzejmy: - Herbatki, Władziu. Ja nie
byłem przyzwyczajony do takiej uprzejmości. I mnie się
pytają: - Władziu, a za co ty sie-dzisz? - Nie wiem za co.
Zamknęli mnie tak jak wszystkich, za niewinność. I trochę
się zaczęli pytać o nastroje w Olsztynie. Też tego ruchu
nie znałem opozycji. Co wiedziałem, to przekazałem. Już
przy kościele św. Józefa powstał punkt porad prawnych. tam
też już byłem jeszcze przed internowaniem …
Pyt. Jak
długo byłeś w Iławie?
Odp.
Może skończmy jeszcze o nastrojach w Iławie. Chodziło
się na spacerniku już godzinę czasu. Spacery były
codziennie. Różne akcje były. Raz pamiętam, wywieszaliśmy chyba
każdego 13, flagi z napisem „Solidarność”. To się
wywieszało przez okno. Były robione różnego rodzaju znaczki,
koperty się stemplowało.
Pyt. Z
kim siedziałeś w celi?
Odp.
Wtedy siedziałem początkowo z tym leśnikiem z
Ostrołęki, a wkrótce przyjechał dziadek Pąkczyński z
Olsztyna i Surowiec Zbyszek. Chyba po tygodniu. Oni byli w mojej celi.
Później po pewnym czasie chodził Łukomski i szukał: kto nie
pali, to może do mojej celi przyjść. Ja nie palę i poszedłem
do jego celi. Tam jeszcze był Kazik Rochowicz z Iławy. W trójkę
tam byliśmy. Przychodził też Alek Rusiecki. On na temat polityki
się wypowiadał, kiedy to się skończy, jak to się
zakończy. Lubiliśmy go słuchać. W brydża się
grało, aby czas zapełni. Albo w szachy. W szachy to nie lubiłem
grać, bo wymagały dużego myślenia. Wolałem w
brydża.
I po
pewnym czasie część internowanych zaczęto przewozić
tą więźniarką: Stefana, Łukomskiego. Mnie przewieziono
ostatnim transportem. Kosek jeszcze, taki rolnik siedział. A jeszcze
pod-czas internowania, przekazywałem żonie różnego rodzaju
pamiątkowe sprawy: znaczki i inne rze-czy - to się wkładało
w proszki. Próbowało się przemycić. Kiedyś, pamiętam,
papieru toaletowe-go nie było, to dałem cały krąg papieru.
Pyt. To
znaczy, że wszystkich internowanych wywieziono z Iławy?
Odp. Tak,
ja odjechałem ostatnim transportem pod koniec czerwca 1982 roku. Też
nie mówili gdzie wiozą. A jeszcze wcześniej uszyłem taki worek,
który jeszcze mam, z tych podkładów, płótno lniane pod siennikiem.
Kazik Rochowicz miał nitkę, to mi nitkę dał. Jeszcze mam,
Wojtek w tym książki nosił.
Pyt. A do
czego ten worek miał służy?
Odp. Po
prostu wszyscy szyli - na przeprowadzkę. Do worka wszystko
władowałeś i wygodnie było, na plecy. Każdy się
liczył, że będzie się przeprowadzał, więc
szył worek. Podczas internowania to myśmy byli na własnym
prowiancie - żona przywoziła i z kościoła mieliśmy
pomoc. Tego wię-ziennego jedzenia nie można było jeść
prócz chleba, czy zupy, to tego nie dało się jeść. Takie
marne było. tam myśmy próbowali np. frytki robić z ziemniaków.
Taki garnek duży był na gazie. Spirala była wycięta w takim
pustaku, suporeksie. I spiralę się przesuwało. Robiło
się złodziejkę od żyrandola. To było wzbronione. Za
każdym razem jak przychodzili to zrywali. To znaczy nie wszędzie, bo
tam gdzie spokojnie było, nie rozrabiano, to popatrzyli na to i nic.
Przecież jednego razu zerwali, a następnego dnia było spowrotem,
przecież herbatkę czy coś. Brało się dwie
żylet-ki i między żyletki … do gotowania wody. Wodę
się gotowało, herbatkę się robiło. Te spirale
by-ły zrobione, to często Kazik robił.
Pyt.
Później wywieźli was do Kwidzyna.
Odp. Jak
przyjechaliśmy do Kwidzyna, to wszyscy nas widzieli, bo tam było
już pełno internowa-nych. Tam nawet łóżka były
piętrowe. Ja byłem w celi gdzie był „Faja” z Dobrego Miasta,
kiedyś żeśmy się nawet pokłócili, bo żeśmy
grali w brydża i ja źle wyszedłem, a on miał chyba
dwadzie-ścia parę punktów i odezwał się z dwóch bez atu, a
ja mu sparowałem, bo byłem bezpunktowy. I on najechał na mnie.
tam tak super jeszcze nie grałem.
Oprócz
„Faji” był jeszcze z Gdańska jeden, o!, Żółciński
jeszcze też był. Pamiętam jak go przy-wieźli. Chyba 6 osób
było. Z Gdańska były dwie osoby, jeden taki złodziej,
był to chłopak młody, dobrze zbudowany. jego zabrali na
komendę i chcieli go do ZOMO, a on powiedział, że nie, to oni,
że go internują. No to internujcie. A wcześniej już
powiedział: - Panowie ja byłem już kara-ny. - To nie
przeszkadza, możesz być. I później go internowali. Oni mieli
zdolności. Na ścianie pisali czerwoną farbą „Solidarność”.
Takimi literami - pół metra. To ci z Gdańska napisali. Oni mieli
pędzel czy coś, farbę czerwoną. W każdej celi chyba
był chyba taki napis.
W
Kwidzynie były luzy. Z rana się wychodziło kiedy się
chciało, na korytarz i tam był ośrodek dla pracujących. tam
już były inne zwyczaje. Nie było regulaminu internowanych. Nas
obowiązywał regulamin tymczasowo aresztowanych. Tam w kwidzynie to z
Międzynarodowego Czer-wonego Krzyża przyjechał i
powiedział, że jak internowani to luzy powinny być. Cele
zaczęto otwierać. też były święta, każdego
„trzynastego” wciągaliśmy flagę na maszt.
Pyt. Na
jaki maszt?
Odp.
Były tam słupy oświetleniowe. To było wysokie, drabiny nie
było. Żyłka była i żyłkę przerzu-cało
się przez słup i się wciągało flagę. Taka kotwica
była i ona zaczepiała się, żyłkę się
odcina-ło, że nie można było jej ciągnąć.
Później jak klawisze chcieli to ściągnąć, to
przyjeżdżała straż pożarna i wtedy ją zdejmowali.
Pyt. Jak
się zachowywali internowani? Czy rzeczywiście było to zachowanie
prowokacyjne?
Odp. Znaczy,
był taki pogląd - walka z klawiszami. tego nie podzielałem.
Było wiele osób takich, które można powiedzieć, że ich
zachowanie było nie na miejscu. Wyzywanie klawisza, ubliżanie mu. Ja
wychodziłem z tego założenia, że trzeba traktować go
jako osobę, która nie istnieje - nie rozmawiać, nic nie mówić do
niego, tak jakby go nie było, jak powietrze.
Przecież
już w Iławie nikt na komendę nie wstawał, leżało
się, przyszedł popatrzył, zamknął. Nikt nie
meldował, że tylu i tylu w celi. Tak początkowo było, początkowo
rzeczywiście były rygory niesamowite.
Pyt. Kto
celował w tym wulgarnym odnoszeniu się do klawiszy?
Odp. To
Pagacz, to Wiesiek Brycki, potrafił wiele, z olsztyniaków. Piotrek
Bączyk - młody chłopak z OZOS-u. On został internowany
też po 1-maja. Mieliśmy tam Mszę polową, przyjechał
biskup z Lublina czy skądś. Były negocjacje między
internowanymi, a komendantem ośrodka. Rodziny przyjeżdżały
z daleka i jak w wypadku Goławskich, to ojciec siedział, dwóch synów,
synowa i ta matka jeździła, co tydzień to była gdzie
indziej. Bo 4 są tylko niedziele, a każdego chciała
odwie-dzić. Dwóch braci Goławskich to ze mną siedziało. I
wtedy powstała ugoda między internowa-nymi (ja nie
uczestniczyłem w tych rozmowach), a komendantem, że będą
widzenia na świeżym powietrzu. Stoły się rozstawiało i
jak rodzina przyjechała można było posiedzieć. I wszyscy
na-raz. Nie musieli czekać pod bramą, bo w salce wszyscy się nie
mieścili. I to było chyba raz czy dwa razy. Następnym razem
uciekł internowany. To było na pewno przygotowane, wyszedł
ra-zem z odwiedzającymi, w cywilnych ubraniach. I potem komendant
powiedział, że „nie”, że nie będzie tych widzeń. To
był ktoś z Siedlec, ten co uciekł. Później ja go
spotkałem. On w Piszu się ukrywał trochę czasu,
później jakieś inne miejsce znaleźli.
Komendant
powiedział, że nie będzie widzeń na wolnym powietrzu.
Już wcześniej nie miało być widzeń, ale myśmy
wykorzystali przyjazd biskupa. Wtedy pamiętam też żeśmy
się zebrali pod płotem. jak przyjechał biskup to nie
wypadało nie dać widzeń.
Pyt. Ale
przynajmniej raz było to widzenie za zezwoleniem komendanta na
świeżym powietrzu?
Odp. Tak
było, dwa razy było. Nawet po tej ucieczce było. Jak ten biskup
przyjechał. To było 14 sierpnia z rana, niedziela. Ale już
wcześniej się zapowiadało, gdyż było widać takie
różne zmia-ny. Więcej tych klawiszy. Nawet któryś z tych
klawiszy powiedział: „Jeszcze trochę i dostaniecie swoje”. Już
się odgrażali, wiedzieli, że coś się szykuje.
W
niedzielę widziałem, że wynoszą stoły i na widzenia
przygotowują. Widzę, że wszyscy się gromadzą,
mówią: „idziemy manifestować”. Kubek w ręku, talerz i się
szło. I śpiewało się pio-senki patriotyczne, to
więzienne. Ale w tym czasie trzech poszło na rozmowę do
komendanta. M.in. Andrzej Bober wtedy był. Według relacji, komendant zwlekał
z rozmową. Nie doszła ona do skutku i tylko było wiadomo,
że widzeń nie będzie. A w tym czasie nastąpiła zmiana
komen-danta. Ze względu na to, że tamten sobie nie radził.
Było więc dwóch komendantów, bo chyba ten nowy nie miał jeszcze
nominacji, ale ten nowy już podejmował decyzje. A ten stary
komendant, jak na rozprawie zeznawał, to mówił, że jeszcze
chciał pozwolić jeden dzień, gdyby mu pozwolił ten nowy
komendant, ale ten nowy się nie zgodził.
W pewnym
momencie ktoś rozciął siatkę, to był błąd internowanych.
I tak żeśmy stanęli, z jednej strony i drugiej. Jak przetniesz
to siatka się rozpłynie w prawo i lewo. W tym czasie Pagacz
wszedł na dach, część przeskoczyła przez dach.
Przeskakiwano na drugą stronę. Ja akurat w tym czasie nie miałem
powodu, żeby przechodzić na drugą stronę. Mówię sobie:
wejdę na dach do Pagacza, tam więcej spokoju. tam żeśmy
stanęli, gdzie było resztę widzieć to co się dzieje.
Pyt. Czy
z twojej rodziny ktoś się zjawił?
Odp. Nie,
w tym dniu nikogo nie było ode mnie. I stamtąd widziałem jak
przyjechało ZOMO, uzbro-jeni po zęby: pałki, tarcze, kaski na
głowach, psy były już. Przyjechała straż pożarna.
Ustawili się w pobliżu, takie było przygotowanie do akcji. Chyba
w międzyczasie ktoś tam podleciał do bramy, podawał, czy
dziecko, czy coś tam rękę wyciągnęło przez
bramę i dziecko dostało pałką po plecach. Chyba ze dwa razy
była otwierana brama. Później tłumaczyli to, że straż
miała wyje-chać. Było to moim zdaniem prowokacyjne, być
może liczyli na to, że internowani będą uciekać przez
tę bramę, a jak uciekają, to wtedy można użyć
broni. Ale z internowanych nikt nie próbo-wał przejść przez
bramę.
Pyt. A
przez tę siatkę, która została przerwana?
Odp.
Przeszli, ale to ze dwa metry za siatką stali. Z jednej strony siatki i z
drugiej, ale na placu. No i w pewnej chwili zobaczyłem straż
pożarna była i przy gotowała się do akcji. Miała
być użyta do polewania wodą, a wiadomo było, że taki
strumień wody to powali, bo to jest bardzo duże ciśnienie.
Podłączyli pod hydrant. A wcześniej zauważyłem z
drugiej strony stały rodziny na takim pla-cu na górce i można
było stamtąd obserwować co się dzieje z internowanymi. Te
rodziny też usu-nięto, żeby nie było świadków.
Pyt. A
jak zachowywali się internowani w tym czasie, gdy byli już ci
ZOMO-wcy i straż?
Odp.
Cały czas pieśni się śpiewało. Żadnych incydentów
w tym czasie. Ale jak podłączyli do hy-drantów węże
strażackie i uruchomili jeszcze taki agregat prądotwórczy.
Włączyli po to, żeby zagłuszył to wszystko. A jeszcze
wcześniej Włodek Pagacz mówił: - Władek, mam trzy butelki
benzyny. I dał mi do zrozumienia, ale ty nie jesteś cwany.
Wyglądało na to, że chce podpalić to wszystko.
Pyt.
Skąd te butelki się wzięły?
Odp. Po
prostu, jak szli z tego baraku, to taki był więzień i on
bibliotekę prowadził. I on dał te bu-telki, ten
więzień. Miała być w nich benzyna, ale ja tego nie
sprawdzałem. Pagacz wziął te butel-ki, a nie, to ktoś inny
wziął, a Pagacz mówił mi o tych butelkach.
Pyt. I
gdzie one się znalazły te butelki?
Odp. Na
dachu.
Pyt.
Oprócz ciebie i Pagacza był jeszcze ktoś na dachu?
Odp.
Ktoś tam jeszcze był, ale wcześniej zszedł. Pagacz
mówił, że to są te butelki. Później Pagacz mówił: - Ja
schodzę, Władek, chodź schodzimy. A ja mówię: - Nie, ja
jeszcze trochę popatrzę. No i później się
zaczęło. Woda zaczęła lecieć. To jest moment. Jak woda
poszła, to poszły pałki w ruch. Internowani zasłaniali
się taboretami. A jeszcze w międzyczasie jak Pagacz był na
dachu, to tam były takie trzy podwyższenia. Byliśmy na tym
najwyższym, a jak zleciał na dach, zszedł to były tam
taborety to jeszcze dwa lub trzy razy rzucił tymi taboretami. Mnie
się zdawało, że on rzucał je w klawiszów, chciał
żeby przeleciało aż na drugą stronę. No i później
zszedł na dół. Ja zostałem sam. I jak zaczęli polewać
to już szybko. Ja już patrzę, że nie ma co.
Pyt.
Miałeś drogę odciętą.
Pyt.
Drogę odciętą, pamiętam jeszcze Adama Kozaczyńskiego,
który zszedł ostatni. Wodę dali jed-nemu po twarzy, aż się
zachwiał, przewrócił się. Później Adam Kozaczyński
wziął go pod pachy.
Pyt. Kogo
prowadził pod pachy?
Odp.
Kogoś prowadził, ale kogo to już nie pamiętam. taki
słupek jeszcze był i klawisze kogoś gonili wokół. Na
końcu zapamiętałem moment jak Kozaczyński szedł, a
klawisz go okładał tą pałką i po prostu nie
reagował na to bicie pałą i ten klawisz krzyczał do
drugiego: „Dawaj siedemdziesiąt-kę” - to znaczy większy rozmiar,
bo te, które oni mieli to były pięćdziesiątki. Rozmiar
pały. Ko-zaczyński szedł, a ten go tam okładał tą
pałką, aż do znudzenia. No i później jak już prawie
wszystkich zapędzili do baraku, to później jeszcze polali wodą
po szybach. Okna nieszczelne, to się wody nalało do środka.
Można powiedzieć, że ktoś tam jeszcze próbował
jakiś materac rzucić palący się. były próby
podpalenia. Ten materac był nasączony pastą do podłogi, ale
to się nie pa-liło.
Pyt.
Chodziło o podpalenie budynku?
Odp. Aby
podpalić barak - pomylone w głowie. Wtedy byłyby trupy. To co
się działo w celach, to ja nie wiem. To znam tylko z opowiadań.
Widziałem co się dzieje na placu, też się próbowałem
gdzieś schronić, ale paru tam weszło po drabinie. Nawet chyba
mnie obserwowali, gdyż jak wchodzili to klawisze wołali:
„Uważaj, bo on idzie do ciebie i cię zwali!” Później jak weszli,
to te butelki jeden zrzucił na dół i mało co w klawisza by nie
trafił. Później mnie to przypisali.
Pyt. A ty
nie rzucałeś butelkami?
Odp. Nie.
Ani butelkami, ani taboretami. Jak weszli to do mnie” „Jak żeś
wszedł, tak schodź”. Kazali mi skakać, a ja mówię, że
nie, za wysoko. „To jakżeś wlazł to schodź”. To się
schodziło po oknach, bo okna były żelazne. Zszedłem, a oni
na dole już czekali na mnie. Był ustawiony szpaler, zrobili mi
parę zdjęć takich ładnych i pies. Psa mieli. Pamiętam,
że tego psa chyba ktoś puścił, a ja zacząłem
uciekać, samoczynnie. Szpaler był taki dosyć długi.
Uciekasz, chcesz czy nie chcesz, a oni cię tam okładają po
głowie, po plecach, gdzie popadnie. Nikt tam nie patrzy. Doleciałem
jakoś do jednych drzwi, a jeden z klawiszy zawołał: „Spowrotem!
Niechaj ci się ode chce”. I jeszcze pobiegłem kawałek i
straciłem przytomność. Później polewali mnie wodą, ale
już tego nie pamiętam. Później mnie niby badała taka
pielęgniarka. Przyjechało pogotowie, zabrało mnie. To wiem z
opowiadań, bo byłem nieprzytomny. Przytomność odzyskałem
w szpitalu. To znaczy odzyskiwałem, traciłem z przerwami.
Pamiętam, jeszcze przyszedł później komendant, bo
leżałem w sali intensywnej terapii. Podłączono mi
kroplówkę. Miałem głowę jak sito.
Pyt.
Jakie miałeś obrażenia?
Odp.
Byłem obity, szczególnie głowę, jak sito. Przysłali jeszcze
do pilnowania dwóch czy trzech klawiszy. Później się okazało,
że oprócz mnie jeszcze Goławskiego przywieźli.
Pyt. Jaki
to był szpital?
Odp.
Był to normalny szpital, nie więzienny. To był szpital otwarty.
Później przychodził taki lekarz z Gdańska i on się
pytał, co tam się stało. On zaczął się
wypytywać, a później nadał do Wolnej Europy. I tego samego dnia
to nadano. Wszyscy się dziwili, jak to się stało, że Wolna
Europa wie. Później Urban zaprzeczał, że nic takiego nie
miało miejsca. Nawet przychodzili wszyscy i nas oglądali. Mówią,
jak to, przecież w telewizji Urban powiedział, że nikt nie
został pobity.
(p.
Kałudzińska) Początkowo to tę salę w szpitalu tak
obstawili, że nawet ja jako jego żona nie mogłam
wejść. Dopiero krętymi drogami, bo byli pilnowani.
Pyt.
Kiedy pani zjawiła się w szpitalu?
Odp. (p.
Kałudzińska) Ja dostałam wiadomość o północy o
pobiciu. Ktoś mnie powiadomił. Tak, że się nawet
bałam, bo to po północy było. Przez drzwi się nikt nie
przedstawiał. jakaś osoba mi nieznana [Wł.
Kałudziński: chyba … (?) żona]. Ktoś odwiedzający.
Zaraz pierwszym pociągiem rannym pojechałam do Kwidzyna. Tylko
skontaktowałam się z koleżanką czy mogłaby
zaopie-kować się Krzysiem. Ona jest jego chrzestną.
Pyt.
Kiedy pani dostała się do tej sali, gdzie leżał
mąż?
Odp. Od
razu się dostałam. Po prostu pomoc taka była natychmiastowa.
Pamiętam, e gdzieś przez pokoje mnie przeprowadzono.
Pyt. W
jakim stanie był mąż?
Odp.
Był taki bezkontaktowy. Leżał. Świadomość
odzyskał, ale był taki osłabiony, nie doszedł do siebie.
Nie wiedział co się z nim dzieje. Te włosy miał takie
zlepione tą krwią. Jak go dotknęłam, to miał taki
odruch. Cały zresztą był obolały, drżący, ten
głos miał taki stłumiony, ledwie co z siebie wydobywał. Nie
można było złapać tego kontaktu z nim.
Pyt. A
jaka była opieka?
Odp.
Personel medyczny był wspaniały. Dali z siebie co mogli. Załoga
szpitala też była taka, że nie pozwolono odbić go sobie.
Chcieli go zabrać do Barczewa stamtąd. Chcieli to wyciszyć.
Miesz-kańcy Kwidzyna zaczęli bowiem przychodzić do szpitala. Nie
dowierzali, że w ogóle coś takiego miało miejsce. Oglądali,
współczuli. To takie wszystko było spontaniczne. każdy
robił co mógł. tak samo ci lekarze, gdyby nie oni to ranni byliby
zabrani do Barczewa, zamknięci w barczew-skim szpitalu, nikt by nie
wiedział co się stało.
Pyt. A
jaka była diagnoza, jaka była lekarska ocena stanu zdrowia?
Odp.
Żadnej historii choroby to nie było. Wszystko było owiane
tajemnicą. W ogóle był kłopot, nawet na karcie szpitala to
było wszystko ogólnikowe. Historia choroby gdzieś zaginęła.
Pyt. Czy
ktoś był obecny z klawiszy czy milicjantów w szpitalu?
Odp. W
tych pierwszych dniach była obstawa, pilnowali ich pomieszczenia, że
trudno było wejść. Wchodziliśmy na siłę,
rozpychając się. Nie wpuszczą drzwiami to się oknami
wchodziło.
Pyt. I co
dalej było?
Odp.
(Władek Kałudziński) Tak jak żona mówiła, tego samego
dnia chcieli nas przerzucić do szpita-la, tylko lekarz leczący (w
aktach chyba jest jego nazwisko, później nawet próbowano
ściągnąć na rozprawę tego lekarza, ale go
przeniesiono, czy też on sam się przeniósł. On sam miał
później też kłopoty przez to wszystko) się sprzeciwił.
Chyba po dwóch dniach przeniesiono nas do innej sali. Ja byłem, Andrzej
Bober, Adam Kozaczyński i jeszcze chyba dwóch pobitych. Andrzej
Go-ławski był na innej sali - on na wózku jeździł, a
Zygmunt Goławski to miał dobrze bo tutaj nie było miejsca, to go
wzięli na zakaźny. Tam już klawiszom nie wolno było
wchodzić.
Nas
czterech było w sali. Najgorzej miał Adam Kozaczyński -
pokazywał nogę, to od uda do ko-lan to miał siną. Nie
było tkanki normalnej, białej. Jak pokazywał lekarzom, to
lekarze odwracali głowę. A najgorzej bity, zmasakrowany, to był
najmłodszy Radek Sarnicki, on dostał aż śpiączki.
Stracił przytomność, ale nie od razu po pobiciu, ale chyba po
dniu. Dzięki internowanym, że nie włączał się w
takie akcje Łukomski, to wtedy pierwszy raz wyszła od niego taka
akcja, jak Radka i Andrzeja nie chcieli wziąć, to wziął
taboret i walił w drzwi taboretem, żeby zabrali ich do szpi-tala.
Wtedy tylko w taki sposób można było wymusić.
Pyt. Co
się stało z Andrzejem Boberem? Kiedy on został pobity?
Odp. On
został pobity podczas tej pacyfikacji, ale nie od razu został
przeniesiony do szpitala. Dopie-ro w nocy czy następnego dnia, bo
zaczął tracić przytomność. Dostał wstrząsu
mózgu. Nas w szpitalu było tych najbardziej pobitych sześciu: ja,
Andrzej Bober, Adam Kozaczyński, Włodek taki wysoki, chyba z Zielonej
Góry, Andrzej i Zygmunt Goławscy i jeszcze jeden. I jeszcze Sar-nickiego,
to zabrali go bezpośrednio karetką do Gdańska, bo tu go już
nie mogli trzymać. W ta-kim był już stanie, nie mieli aparatury
do leczenia. On w Gdańsku leżał chyba ze trzy miesiące.
Pyt. A ty
jak długo leżałeś w szpitalu?
Odp.
10-12 dni. Wtedy przyszło takie polecenie, żeby wypisywać
wszystkich, bo trzeba ich zamknąć. Okazało się, że
było zmontowane już przeciwko nam oskarżenie. Po wypisaniu ze
szpitala, gdzieś 2-3 dni byliśmy w internacie i przyszedł
ktoś i powiedział: „Pakować się”. Okazało się,
że ci najwięcej pobici zostali wzięci w samochód i do
prokuratury w Kwidzyniu. tam przesłuchanie i nakaz aresztowania.
Pyt. A
kiedy wyszedłeś ze szpitala, to jakie miałeś samopoczucie?
Odp. Ja
przez cały czas leżałem. Szczerze mówiąc nie ruszałem
się. Miałem zawroty głowy, tracenie równowagi, tak że
się nie nadawałem do chodzenia. A tam w prokuraturze każdy
miał taki sam zarzut: napad czynny na funkcjonariusza służby
więziennej.
Pyt. O co
pytali podczas przesłuchania?
Odp.
Wcześniej jeszcze takie rozmowy były. Przyszedł taki z
Ostrołęki prokurator i powiedział jak się zachować.
najlepiej nic nie mówić. Ten prokurator był jednym z internowanych.
Bo tam było paru prawników i mówili jak się zachować. Nawet
gryps mi napisał, ale go wyrzuciłem. Mówił, że najlepiej
nic nie mówić i to przyjąłem jako zasadę. Nic nie
mówiłem. Żadnych wyjaśnień nie będę
składać. Żądałem obdukcji lekarskiej. Nie
podpisałem też dokumentu, bo powiedziałem, że nie wiem co
tam jest napisane. Nie za bardzo kontaktuję. - Nie podpisze pan? - Nie!
Później po tym wszystkim za jakieś dwie godziny dostaliśmy ten
akt oskarżenia. Przewieziono nas do wię-zienia do Elbląga.
Pierwszej nocy to chyba żeśmy w pojedynkach byli czy w dwójkach,
dopiero następnego dnia - najpierw byłem w takie celi, gdzie robili
koperty. tam już ci dostawali lepsze wyżywienie. Miałem ze
sobą trochę konserw.
Pyt. Czy
mogłeś tam leżeć?
Odp. Nie,
nie pozwalali, przepisy więzienne nie pozwalały. Siedziało
się, gdzieś się oparło
Pyt. Nie
miałeś żadnych przywilejów z uwagi na pobicie?
Odp. Nie,
jak chodziłem do lekarza to on mówił: - „Panie, po co pan przychodzi?
Pan ma tą samą chorobę, to po co pan do mnie przychodzi?”
Było w więzieniu takie porzekadło: Lekarz pyta się :
Siostro, których mamy pastylek więcej, czy białych czy czerwonych? -
„Czerwonych” - „No to damy czerwone”. A jak białych więcej, to
białe. I wypisywał. Tam się nikt nie przejmował.
Pyt. Ale
w Elblągu w więzieniu też próbowałeś do lekarza
pójść?
Odp.
Chodziłem, ale wiesz, wypisywał jakieś lekarstwo
uspokajające. Zobaczył, że mam nerwicę, bo byłem
roztrzęsiony, po tych jego lekarstwach to ja chodziłem po
ścianie. Później wyrzuciłem to wszystko.
(p.
Kałudzińska) Ja później załatwiłam witaminy i inne
rzeczy. On był cały rozbity. Miał trudności z
wysławianiem, występowało takie jąkanie, brakowało mu
słów - tak, że było wyraźnie widać, że nie jest
tak jak być powinno. Ja wtedy skontaktowałam się z Ireną
Telesz, a ona mnie skontakto-wała z panią doktor, która w Barczewie
pracuje w szpitalu zakaźnym. Ta pani doktor na podstawie mojego opisu,
tych objawów, wypisała leki. tak, że zabrałam je ze sobą,
ale nie pozwolono mi je dostarczyć. Mówili, że mu nic nie jest, on
jest zdrowy. Chodziłam więc do prokuratora, że-by uzyskać
specjalne pozwolenie, oczywiście nie chciał mnie przyjąć,
sekretarka mówiła, że jego nie ma. Aż w końcu
siłą się wchodziło do pokoju i wymuszało się.
Tak, że później to już co
chciałam dla męża to na wszystko wyrażał zgodę,
żeby tylko się odczepić - ten prokurator. Bo ja nie byłam
już grzeczna, nie czekałam grzecznie w sekretariacie. Bezczelnie
wchodziłam do poko-ju i od razu zezwolenie.
(Wł.
Kałudziński) tam najbardziej rozrabiała teściowa Andrzeja
Bobera - Dunajew. Jak tam weszła, to nie liczyła się ze
słowami. Później jak prokurator ją zobaczył, to mówił”
- „Tą panią to załatwić bez kolejki”. I podpisywał
wszystko in blanco.
Później
nawet się zdarzyło, że miała dwa widzenia w ciągu
jednej niedzieli. To klawisze się dzi-wili: „Jak to możliwe?” „Co to
jest, dwa widzenia, co ja będę tu prowadzać, w tę i z
powrotem?”. Później to chodził taki, pamiętam, fryzjer. „Ja
Kocha goliłem” - mówił, „w Barczewie”. Tak się chwalił -
„No, muszę was ogolić”.
Pyt. Ty
też miałeś brodę?
Odp.
Też, mała ale była broda. jak się nie ogolisz to ci
urośnie.
Odp. (p.
Kałudzińska) Tak, ale później tak cię ogolił, że
zaciął męża i mu się zaczęło paprać. Całe
szczęście, że później po jakimś czasie to się
zagoiło.
Odp.
(Wł. Kałudziński) On przecież jedną brzytwą
wszystkich golił. Patrzył na Goławskiego i mó-wił:
„Muszę go ogolić”, a on mówił: „Nie”. Przyszedł klawisz i
mówił: „Wszystkich golić, ale te-go pana nie wolno golić, oni
są pod specjalną ochroną”. Oni się spodziewali chyba
konfrontacji. Jak ogolą to się przecież zmienia twarz.
Pyt.
Przygotowanie do procesu i sam proces.
Odp.
Wcześniej jeszcze przyjeżdżał taki prokurator, który mnie
oskarżał. Okazało się, że ja jemu robiłem
samochód, jeszcze jak pracowałem w diagnostyce. On był z Olsztyna,
ale delegowany do Elbląga. To był główny oskarżyciel.
Pyt. Jak
on się zachowywał?
Odp. W
stosunku do mnie, to nie tak źle. Znał mnie, to nawet proponował
mnie i wszystkim, żebyśmy poszli na taki układ - my wycofamy
oskarżenie, a oni nas zwalniają. A ja mówię: siedziałem
już tyle, to posiedzę jeszcze. Były bowiem dwa dochodzenia:
prokuratura wojskowa prowadziła dochodzenie przeciwko klawiszom, a
prokuratura cywilna dochodzenie przeciwko nam. Były dwa dochodzenia, dwa
przesłuchania. W tym czasie miałem już kontakt z adwokatem,
przyjeżdżał do Elbląga.
Pyt. Kto
był twoim adwokatem?
Odp.
Włodarczyk z gdańska, obecnie pracownik kancelarii prezydenta. No i
prokurator zapropono-wał nam takie wyjście. Dał mi do
zrozumienia: jak chcę to mogę wyjść. I później
wezwał wychowawcę czy kierownika więzienia i powiedział
wprost, że możemy wyjść, tylko jak wycofamy się z
oskarżenia. Powiedział, że koledzy wyszli, akurat z Zielonej
Góry, bo wycofali oskarżenie.
Pyt. I co
wyszli też z internatu?
Odp. Tak,
bo już wtedy internowania nie było, bo to był rok 1983. Mieli
przeciwko nim zarzuty, to nawet klawisze zmienili zeznania. Jeden z nich
miał zarzut podpalenia, a ten drugi rzucanie tabo-retami. I klawisze
zmienili zeznania automatycznie. Później na rozprawie mówili, że
się pomylili, czy coś takiego, że to nie on rzucał. Mnie
się wydawało początkowo, że to on, ale to było
nieumyślne. Jak nieumyślnie, nie było do nikogo pretensji.
Pyt. A ty
nie wycofałeś swego oskarżenia?
Odp. Po
prostu uważałem, że jak tyle siedziałem. Akurat
zbliżała się pielgrzymka Papieża, to myślałem,
że będzie amnestia. „Jak Papież przyjedzie to ja wychodzę,
a jak Papież nie przyjedzie, to będę siedział dalej”. I tak
było. Później rozprawa toczyła się przez dwa miesiące.
Cały gmach są-du był obstawiony. Żadnych innych spraw nie
było. Na samym początku tak było.
Pyt.
Również inni nie wycofali swego oskarżenia?
Odp.
Myślę, że chyba też mieli podobne propozycje. Im
chodziło o to, żeby tego nie było. Po co im tam proces był
potrzebny.
Pyt.
Pierwsza rozprawa była cywilna, w której wy byliście oskarżeni?
Odp.
Była jeszcze taka propozycja, że może te dwie sprawy
złączyć w jedno. Tak właśnie powinno być, bo
przecież była jedna akcja. Jak jest bójka, to nie jest tak, że z
jednej wioski oddzielnie zgo-da, a z drugiej też oddzielnie. Tylko jest
jedna sprawa. A tu dwie. Po prostu tam w ogóle nie było sprawy - tak
długo ciągnęli, dochodzenia robili, aż przyszła
amnestia i ich klawiszy objęła amnestia. Im tam też postawiono
zarzuty, nie pamiętam ilu osobom 5 czy 10. W każdym razie i
kie-rownictwo obozu miało zarzuty o pobicie, podżeganie do pobicia.
Pyt. Czy
ta prokuratura wojskowa przynajmniej w części chciała dociec
prawdy?
Odp. Na
pewno się starała, bo jeżeli są postawione zarzuty
klawiszom, to znaczy, że gromadzili jakieś materiały.
Pyt.
Wracając do waszej rozprawy. Powiedziałeś, że obstawiono
cały gmach sądu. Jaki to miało przebieg?
Odp. Z
Elbląga dużo przyszło - Duszakowie byli prawie cały czas,
cała rodzina.
Odp. (p.
Kałudzińska) Oni byli najbardziej narażeni
Odp.
(Wł. Kałudziński) U nich był taki punkt spotkań. Z
Olsztyna przyjechali chłopcy: Piotrek Mi-kułon i Jurek Szmit. Ich tam
zawrócono, bo poszli pod pomnik. Zdjęli czapki. Stwierdzono, że
się niewłaściwie zachowali, bo czapki pozdejmowali przed
pomnikiem. Milicja wzięła ich w samo-chód i zawiozła na dworzec.
Podczas
procesu były różne incydenty. Kiedyś jednemu z adwokatów zabrano
prawo jazdy. On się pyta: - Za co? A on mówi: - Mnie kazano zabrać, a
więc pan niech się nie pyta za co.
Chyba dwa
razy był składany wniosek o zmianę składu
sędziowskiego, do czego jednak nie do-szło. Prokurator
olsztyński tak się ordynarnie zachowywał. Od sędziego
Wierzbickiego podczas rozprawy to czuć nawet było nienawiść
do internowanych. Kiedyś Lecha Wałęsę nie chcieli
wpu-ścić to go drugimi drzwiami wpuścili, bo było
przejście z pokoju adwokatów. Z tej strony oficjal-nie nie, ale wtedy otworzyli
te drugie drzwi (adwokaci?) i tamtędy go wpuścili. Esbecy się
dziwi-li: Jak on wszedł?
Odp. (p.
Kałudzińska) Rozprawa była przy zamkniętych drzwiach.
Były tylko przepustki
Pyt.
Fedorowicz tam bywał.
Odp.
(Władek) Fedorowicz był stałym gościem. Ze strony
Episkopatu to były jakieś dwie panie. Od nas też przyjeżdżali.
Z W-wy Basia Sadowska (matka Przemyka). Z Olsztyna Grażyna Langow-ska
przyjeżdżała, ten mój kolega Bolek Matuś, dziewczyny z
Kwidzyna te pielęgniarki. Zawsze te 20-30 osób to było.
Pyt.
Sąd był wrogo nastawiony, trudno było mówić o
bezstronności.
Odp.
Było protokołowane, nagrywane na taśmę, z taśmy
jeszcze szło kablem do góry, a tam panowie siedzieli - ubecy.
Pyt. A
skąd wiecie o tym?
Odp. (p.
Kałudzińska) No bo myśmy kiedyś z Bożeną
eksperyment zrobiłyśmy. Każde piętro było obstawione,
ale my żeśmy się jakoś przemknęły i mówimy,
że trzeba sprawdzić, co za tymi drzwiami jest.
Otworzyłyśmy, a oni nie byli zamknięci. Oczywiście
siedzieli ze słuchawkami, a-paratura była, czyli to było miejsce,
gdzie oni mieli kontakt z salą.
Pyt.
Mogli wydawać instrukcje.
Odp. Tak.
Nawet tak było, że sąd sugerował klawiszom odpowiedzi takie
lub inne. Inaczej przesłu-chiwano nowych świadków, a inaczej ich.
Można powiedzieć, że myśmy mieli najlepszych adwo-katów - z
całej Polski, bo i Siła-Nowicki i Andrzejewski, Włodarski mój
młody ale dobry adwo-kat, Jacek Taylor, Przeciechowski z Lublina,
Woźniak.
Pyt. I
co, starali się?
Odp.
Starać się starali, ale wyrok z góry było wiadomo jaki
będzie.
Odp. (p.
Kałudzińska) Było śmiesznie, jak sędziemu Woźniak
czy Andrzejewski zwrócił uwagę, żeby nie spał, było mu
bowiem obojętne co tam się mówi, on i tak miał z góry
powiedziane jak to ma wyglądać i drzemkę sobie
uskuteczniał. Czasami rozprawa trwała od rana do wieczora.
Odp.
(Władek) Nieraz rozprawy były od ósmej do 20-tej. Wysiedzieć tak
było trudno. Ławnicy też trochę kimali, takich starych
dziadków jak posadzą. Podczas tej rozprawy jeszcze Wałęsa
jechał do domu z kierowcą Wachowskim, to milicja Wachowskiemu
zabrała prawo jazdy. Później Wa-łęsa z niego
zrezygnował, bo nie miał prawa jazdy. Były inne incydenty.
Któregoś dnia były ro-dziny wyrzucone z sali, bo źle się
uśmiechano
Pyt.
Żonę też wyrzucono?
Odp.
Żonę tak i później śledzono. Kazali wyrzucić pod byle
jakim pretekstem.
Odp. (p.
Kałudzińska) Jak myśmy wyszły za drzwi, to wtedy za
drzwiami stała milicja i do każdej z nas podszedł milicjant i
nas wyprowadzono w ogóle z sądu. Jak żeśmy wsiadły do
samochodu, bo Marek Bober nas woził, to nie wiedzieliśmy jak
jechać, w którą stronę, bo cały czas nas śledzili.
Krążyliśmy więc po całym mieście, żeby nie
dopadli nas, gdyż nie wiedzieliśmy co oni z nami chcą
zrobić.
Odp.
(Władek) Mieliśmy dobrego współpracownika. Ta sekretarka, która
protokoły pisała, to w kilku egzemplarzach dla każdego adwokata.
Już po procesie u któregoś adwokata znaleziono te maszynopisy i
zwolniono obydwie z pracy.
Pyt.
Sekretarki sprzyjały wam?
Odp. Tak,
protokolantka. Ona była taka bystra. Wszystko załatwiała. Wpada
do sędziego: „Panie sędzio, pan podpisze”. „Co tak szybko?” „Szybko
bo mi się szczać chce”. I on podpisywał. cza-sami czekoladę
dostawała. Ale te dwie sekretarki były nam przychylne.
Odp. (p.
Kałudzińska) mamy kontakt z nimi. Zawsze jak jedziemy do Elbląga
i odwiedzamy Dusza-ków to i ją odwiedzamy.
Odp.
(Władek) Podczas rozprawy adwokaci mowy piękne, tam Siła-Nowicki
się powoływał na swo-ją przeszłość. „Ten
sąd skazał mnie 3 razy na karę śmierci, a ja jeszcze
chodzę” i dalej żeby sąd był sądem i nie patrzył
na inne różne naciski. Ale wiadomo było. Od razu sąd nie
wydał wyroku, chyba za dwa tygodnie czy za miesiąc. Odczytano wtedy
wyrok. Myśmy dostali - ja półtora roku (czy rok), a największy
wyrok był dwa lata i koszta po 10
czy 20 tyś. kosztów sądowych. I tego samego dnia, co się nigdy
nie zdarza, zmiana środka zapobiegawczego. Wyszliśmy z
więzienia.
Pyt. Co,
dostaliście w zawieszeniu?
Odp. Nie
dostaliśmy wyrok, ale nie był prawomocny i tego samego dnia, co
się nie zdarza w sądownictwie, za parę godzin wychodzisz z
więzienia. Te złodzieje to się dziwili: „Ty, jak, wyrok
do-stajesz i wychodzisz?” „A, tak, dostałem wyrok i wychodzę”. To
był maj i zbliżała się piel-grzymka Papieża, trzeba
było wypuścić, bo Papież na pewno by się
upomniał, bo to był głośny proces. I cały czas
był komentowany przez Wolną Europę i w gazetach pisano.
I
żeśmy wyszli z tego więzienia, żona mnie przywitała z
kwiatkami. Była pod więzieniem. Powi-tały nas rodziny, ZOMO
stało, suka była, pilnowali nas i pilotowali cały czas. najpierw
żeśmy poszli pod pomnik. Pilotowali cały czas ubeki było
widać. Później żeśmy się spotkali w kościele w
Elblągu. Był ksiądz Józefczyk. Przed ołtarzem
żeśmy kwiaty złożyli i uklęknąłem. Andrzej
Bober - ateista - i nie wiedzieliśmy. Pociągnąłem go i
mówię: „Klęknij Andrzej, klęknij”. I w koń-cu
klęknął, a ks. Józefczyk powiedział: „Zobaczcie jak
się Bober modli przed ołtarzem”.
Po tym
złożeniu kwiatów na ołtarzu, to żeśmy poszli do
księdza Józefczyka na plebanię. tam już Lechu Wałęsa
czekał. tam żeśmy zasiedli przy okrągłym stole i
poczęstował nas cygaretkami, pamiętam jeszcze jak dziś,
powiedział takie słowa: „Jeszcze zwyciężymy, wy się
jeszcze przyda-cie. Na razie odpocznijcie trochę, ale gdy przyjdzie czas,
to trzeba będzie się włączyć w dalszą
walkę”. No i po wyjściu, ja się jeszcze nie bardzo czułem.
Poszliśmy do Duszaków. Duszakowa miała dwa dolary i kupiła
koniak. Powiedziała: „Władek, ja pieniędzy nie miałam, ale
koniak ku-piłam aby was powitać”. Ona była taka wierząca,
modląca się do końca.
Odp. (p.
Kałudzińska) Myśmy u Duszaków zawsze kanapki robiły i
nosiłyśmy do sądu. jedna taca była dla naszych mężów,
a druga taca była dla adwokatów. Reakcja społeczeństwa
Elbląga była tak spontaniczna. Gdy nas widziano z tymi tacami, od
razu wiedzieli dokąd idziemy. Zdarzało się, że taksówkarz
zatrzymywał się i nas podwoził. Ludzie trzymali za nas kciuki, a
najbardziej pani Duszakowa. Każdego roku 15 października jedziemy na
imieniny do Elbląga, w dowód wdzięczności, no bo trudno
zapomnieć tak sympatyczną osobę, która naprawdę
narażała się na wiele nieprzyjemności. Miała rewizje w
domu często i zastraszania różnego rodzaju.
Pyt. Czy
Duszakowie byli we władzach „Solidarności” elbląskiej?
Odp. Ona
w bibliotece pracowała. Mirek po wyjściu z więzienia w
kolportażu i w drukarni praco-wał. drukarnię mieli swoją.
teraz ma drukarnię w Warszawie, bo się ożenił. On
związany jest z Macierewiczem. Duszakowa to jego matka, która tak nami
się opiekowała. Jak wyszedłem z tego więzienia, to trzeba
było się raz w tygodniu meldować. Ubecy rozmawiali ze mną.
Chodziłem na komendę, bo on tam przychodził, żeby nie
było podejrzeń, to on przychodził do miejskiej komen-dy i tam
taka była rozmowa. On mówił, a ja słuchałem.
Pyt. Nie
wiesz jak on się nazywał?
Odp.
Kawałko, czy coś w tym rodzaju. Powiedział swoje i „No to
już koniec, może pan iść”. Źle się czułem,
zacząłem po lekarzach chodzić, do neurologa. I wtedy
dostałem skierowanie do szpitala wojewódzkiego na neurochirurgię do
doktora Kopcia. tam leżałem chyba z miesiąc czasu. Trochę
psychicznie podreperowałem się, bo mnie cały czas nachodzili.
Pamiętam
jedną rzecz, doktor powiedział: „I u mnie byli i pytali się o
pana”. Syn Wojtek zawsze przychodził - codziennie był w szpitalu.
Jakoś się dostał, albo przez kotłownię albo inaczej.
„Ta-tuś, tego dnia jak ciebie zabrali, to dwóch panów cały dzień
na ławce siedziało”. Widocznie mnie obserwowali, co się z nim
stało. Tak mnie pilnowali. Po wyjściu ze szpitala, kolega z
Zamościa odwiedził mnie. Wtedy za bardzo się nie
włączałem, ale miałem kontakt z Haliną Kurowską.
Przychodziłem do „Posłańca” często. Otrzymywałem
różne materiały i książki, rozprowadzałem.
Również monety. Kolportaż prowadziłem.
Pyt.
Skąd otrzymywałeś te znaczki i monety?
Odp. Od
Haliny Kurowskiej, to były solidarnościowe. Wałęsa - Nobel.
Chciałem na kurs iść ale głowa mi nie pracowała.
Chciałem się czymś zająć
Pąkczyński
siedział z Wojtkiem Ciesielskim w jednej celi. Nazywano go „Nocną
Brygidą”, bo on nie mógł spać w nocy i chodził. Opowiadał o brygadzie (dywizji) gen.
Maczka, w której walczył. Był wielkim kobieciarzem i o tym
opowiadał. Również tam w wojsku. Pąkczyńskiego szwagrem (?)
jest Wiesiek Brycki. Pąkczyński zmarł niedawno (1994r.) na raka
jąder. Źle żył z synem, kłó-cili się.
Rozmowa z Grzegorzem Jasińskim
W dniu 12 marca 1996 roku
Pyt. Pana pierwszy kontakt z opozycją?
Odp. Praktycznie od 1977 roku.
Byłem drukarzem w drukarni „Głosu” – to był „Głos” Antka
Macierewicza i Piotra Naimskiego. Z mojej strony to był czysty przypadek i
nie zależało to od moich poglądów. Z tamtej strony przyszła
jakaś propozycja i tak zaczęliśmy pracować. KOR
powstał w końcu 1976 roku, a my w 1977 (to można łatwo
sprawdzić). Ja wówczas studiowałem w Warszawie. Akurat jak
przyjechałem w 1976 roku po raz pierwszy na studia, to
zauważyłem tam pierwsze komunikaty KOR-u i od razu wszedłem w tę
atmosferę. Zresztą Wydział Historyczny był bardzo silnie
osadzony w tym środowisku. Wielu starszych asystentów było
zaangażowanych. Pracując jako drukarz i sprawując nadzór nad
wydawaniem „Głosu” i książek, które wydawało to
środowisko, jednocześnie miałem taki punkt składania
biuletynu informacyjnego. Pociągnąłem to bez większej
wpadki, nie afiszowałem się z tym zresztą, do lata 1980 roku,
gdy w środowisku „Głosu” nastąpił podział.
Część obsługi technicznej i kilka innych osób z Rady
Wydawnictwa „Głos” odeszło, nie zgadzając się z tą
opcją narodową, którą już bardzo silnie proponował
Antek Macierewicz. Założyliśmy wówczas własne wydawnictwo
pod nazwą „Krąg”, które bardzo szybko rozwinęło się i
w okresie I „Solidarności” i w stanie wojennym (zwłaszcza na
początku) było liczącym się wydawnictwem. W końcu 1982
roku obroniłem pracę magisterską i wróciłem z oporami do
Olsztyna. Przyjechałem ze znajomością środowiska
warszawskiego, ale dość wąsko pojętego. Nie obracałem
się w tych kręgach opiniotwórczych. Po powrocie do Olsztyna,
właśnie chyba przez pana Płotka, mieliśmy wspólnego
znajomego w Warszawie, pana Chodakiewicza Witolda późniejszego
wiceministra Komunikacji. Później za Pawlaka został wyrzucony. On
mnie właśnie zapoznał z panem Płotkiem, na początku
były one bardzo luźne. Ściągnąłem jakiś
powielacz z Warszawy do Olsztyna, taki przedpotopowy. Zacząłem
pracować w Muzeum na początku 1983 roku. W jakiś sposób
poznałem się z Bogdanem Bachmurą i Bogdanem Michałem
Kłosińskim, który był nauczycielem w Lamkowie, czy gdzieś. Wiedziałem, że „Rezonans” wychodził
wcześniej, później była jakaś duża wpadka. Chyba dwie
osoby zostały zatrzymane na drukowaniu w Gutkowie. I później,
o ile pamiętam, to był Wojtek Ruszkowski. On jest teraz adwokatem –
ma biuro naprzeciwko OBN-u. On chyba na początku redagował ten „Rezonans”
– może i drukował.
Pyt. Tutaj jest wiele niejasności. Często są
wykluczające się informacje.
Odp. Ja
zacząłem redagować koło 50 numeru, chyba to był rok
1984. Najpierw redagowałem, a później – już nie pamiętam od
którego numeru – przyjąłem z panem Płotkiem druk także. I
to wychodziło co miesiąc. To tak się mówi „redakcja” – to jednak
było zamawianie (ja raczej nie pisałem)) jakiegoś
wstępniaka i później robienie głównie przedruków, zestawienie najciekawszych
rzeczy z regionu, a na koniec informacje z „Tygodnika Mazowsze” i innych pism.
Pyt. Jaki krąg ludzi pan znał?
Odp. Znałem praktycznie
cztery osoby: Bogdana Bachmurę, Michała Kłosińskiego i pana
Płotka. Na początku te wszystkie rzeczy załatwiał ze
mną Bogdan Bachmura, później Michał i później było jakieś
zawirowanie – przerwane zostało wydawanie drukowania tego. Po 50 numerze
(musiałbym zobaczyć po technice druku) przejąłem to z
Płotkiem.
Pyt. To było chyba po tym posiedzeniu Tymczasowego zarządu Regionu
u Sławka Olka, kiedy to powstały nieporozumienia wokół znaczków.
Odp. Być może. Na
początku ja redagowałem tylko, a to wszystko szło na powielaczu,
ale później kiedy przejęliśmy to z Płotkiem, to
robiliśmy na sicie. I wtedy musieliśmy ograniczyć do dwóch kartek
(cztery strony) i p. Płotek miał maszynistkę, która
przepisywała. Ja jej nie znałem. To znaczy dwa albo trzy razy
byłem pod jednym adresem na ul. Limanowskiego, a później wszystko
szło przez p. Płotka. Dla mnie było to trochę
uciążliwe, ponieważ ja nie chciałem się pokazywać
w tym środowisku, ze względu na kwestię druku. Pan Płotek był dość ostrożny,
małomówny. Chociaż więc byłem redaktorem, to jednak nie
bardzo byłem w stanie zbierać wiadomości. Ja miałem dobry
dostęp do prasy zewnętrznej, natomiast wszystkie wiadomości
lokalne to szły głównie przez Tymczasowy Zarząd, przez
Płotka, ten do mnie. Ja to kompilowałem, próbowałem
redagować itd. Tak więc ja nie zdobywałem wiadomości
miejscowych. Miałem jakieś sygnały tylko rzucone, opowiadane,
czasami nagrywane – ja robiłem obróbkę redakcyjną plus wszystko
co się działo na zewnątrz. I zamawiałem wśród osób,
których byłem pewny, wstępniaki. Miałem więc
świadomość, że jest to pismo w pewnym stopniu ograniczone.
Rzeczywiście tak jak mówił Płotek, chodziło nam o to,
żeby coś wychodziło. Nakład był chyba 500 sztuk.
Pyt. W porywach do 1000 egz.
Odp. I z reguły to
załatwialiśmy za jednym posiedzeniem w garażu Płotka. On
miał taką komórkę przy garażu. Drukowaliśmy razem, bo
ja miałem doświadczenie drukarskie z czasów wcześniejszych. To
sito dostaliśmy z zewnątrz. Później wiem, że
eksperymentowaliśmy z farbami. Braliśmy farbę drukarską z
różnymi farbami, mydłami. To sito, to nie wiem czy też czasami
nie za pośrednictwem naszego wspólnego znajomego pana Chodakiewicza.
Natomiast ten przedpotopowy powielacz, który wcześniej przywiozłem i
na nim powielaliśmy, to gdzieś przepadł. Zresztą pan
Płotek nie był nim specjalnie zainteresowany, gdyż powielacz to
dowód wyraźnie obciążający, natomiast sito się
rozbierało i było prawie niemożliwością go
znaleźć.
Pyt. A więc tu były brane pod uwagę nawet względy
bezpieczeństwa?
Odp. Tak. Pamiętam ,
że postanowiliśmy dla tych niedużych ilości ograniczyć
się do sita. Ten nakład cały zostawiałem i Płotek sam
rozrzucał dalej. Były to ze dwa główne punkty kolportażu,
gdzie oprócz „Rezonansu” trafiała także prasa z zewnątrz. To
wszystko było obciążające czasowo, bo co miesiąc
trzeba było wydawać. Trzeba było przygotować materiał,
a z samym drukiem to też kłopoty były, bo albo papier nie
pasował (był za dobry – i nie przyjmował farby, albo taki na
którym farba się rozpływała) – druk więc czasami trwał
więcej niż jedno posiedzenie. I ostatni numer, to był setny,
już po wyborach 1989 roku. I na tym skończyliśmy wydawanie
„Rezonansu”.
Pyt. Czy Dankę Gulko znał pan?
Odp. Nie, tylko z widzenia.
Pyt. Bo p. Płotek mówił, że ona
też dostarczała informacji.
Odp. Być może, ale to
już szło przez niego.
Pyt. Co może pan powiedzieć o Michale Kłosińskim?
Odp. On skończył
historię na WSP i był nauczycielem. On był drukarzem „Rezonansu”
wcześniej, nawet być może redagował przez pewien czas
przede mną. On miał tylko niedobrą pracę, bo dojeżdżał
chyba gdzieś do Lamkowa, a więc pochłaniało mu to sporo
czasu. Jego najlepiej znał Bogdan Bachmura. Wiem, że Michał nie
był zamieszany w te sprawy znaczkowe.
Pyt. Co może pan powiedzieć o tych znaczkach?
Odp. Te znaczki nazywały
się „Polskie miesiące”. I każdy miesiąc miał być
poświęcony jakiemuś wydarzeniu z historii Polski. Były
nawet dość ładnie wydawane. I wiem,
że to dopiero przy którymś z tych miesięcy zaczęło
się mówić, że tam jest coś nie tak. To potwierdził pan
Zdzisław Płotek, że Sławek Olek wydawał niejako na
własny „szczot”, ale pod szyldem „Solidarności” i przez kanały
„Solidarności”. I w tym czasie na pewno by nikt tych znaczków nie
kupił wiedząc, że drukuje to prywatna osoba i zarabia na tym.
Nawet gdy to on tłumaczył, że robi
reklamę „Solidarności”. Kiedy dowiedziałem się o tym, to ja
zamknąłem te swoje kanały sprzedaży znaczków. I wtedy
zerwały się nasze związki także z Bogdanem Bachmurą i
wtedy zostałem już tylko z panem Płotkiem.
Pyt. Jakie to były kanały?
Odp. Ja
miałem znajomości w Warszawie i tam wysyłałem znaczki,
ponadto do Torunia, a z Torunia szły jeszcze dalej do Poznania. I to
początkowo działało sprawnie, ale kiedy wybuchła ta sprawa
tych znaczków, to ja powiedziałem, żeby nie zwracano tych
pieniędzy, ale żeby przeznaczono je na lokalne potrzeby. A jedną
partię, którą miałem, zniszczyłem wtedy. Później
Bogdan Bachmura wszedł w tworzące się środowisko
liberałów. Oni wydawali własne
pisemko. Ostatnie 20 numerów „Rezonansu”, to wydawaliśmy już
na własny rachunek, pisząc tam „Solidarność”, ale przez
nikogo nie byliśmy już popierani, utrzymywaliśmy w pewnym
stopniu fikcję działania zarządu Regionu.
Pyt. To świadczy również o słabości środowiska olsztyńskiego.
Odp. Zdecydowanie. Wiem,
że Zarządy Regionu koło 1987 roku to padły zupełnie
chyba.
Pyt. I później w 1988 roku zaczęło się coś
rodzić ponownie.
Odp. Być
może. W roku 1989 krótko byłem jeszcze w tym Komitecie Obywatelskim,
ale kiedy Komitet ten zaczął się zajmować sprawami czynszów
od pracowni malarskich – zabrnęło w ślepą uliczkę, to
wtedy umarło to śmiercią naturalną, wszystkie te struktury.
Pyt. Czy od 1983 roku, kiedy pan wrócił z Warszawy do Olsztyna,
otarł się pan o jakieś wydarzenie, przejaw
działalności podziemnej opozycji?
Odp. Nie absolutnie nie. Ja
świadomie omijałem wszelkiego typu imprezy. Jedyną osobą z
wyższych sfer, którą znałem, to był Wojtek Ciesielski., ale
to przelotnie. Nie uczestniczyłem też w żadnych nabożeństwach
czy marszach, spotkaniach towarzyskich, opłatkowych itd.
Pyt. Udało się wam zachować druk w tajemnicy.
Odp. Sprawę druku
udało nam się zachować w tajemnicy.
Pyt. Czy coś pan wie o latającym uniwersytecie?
Odp.
Wszystko co do mnie dotarło to przez Bogdana Bachmurę. I ja wtedy
załatwiłem na jeden czy dwa wykłady Norberta Kasperka. On w tej
chwili pracuje na WSP w Olsztynie, na historii. To mój szwagier. On
zresztą był autorem tej broszury o Piłsudskim pod pseudonimem
Żmudzki. Widziałem tę pozycję w jakiejś bibliografii
Chojeckiego, chyba jako nie rozszyfrowaną jeszcze. On wtedy już chyba
mieszkał w Olsztynie i pracował w bibliotece na WSP. On
kończył historię na KUL. Wykłady Uniwersytetu
Latającego odbywały się w domu na rogu ulicy Zamenhofa i tej
prowadzącej wzdłuż torów do cmentarza – ulicy Waryńskiego i
tam stoi czteropiętrowy obrzydliwy dom – budownictwo z lat 60-tych. On mi
mówił, że to tam odbywały się te wykłady
właśnie.
Rozmowa z Ireną Telesz
w dniu 21 kwietnia 1993r.
Irena - Gdzieś w 1983 -1984 roku, to że
był Jul (Żołnierkiewicz), że był ten
kościół, że można było urządzać 13 grudnia,
3 sierpnia, 3 maja. Później to było bardziej oficjalne, a
wcześniej tak się nie odbywało, przecież podczas
jakiejś Mszy św. kiedyś zabrali Olka i Władka
Kałudzińskiego. Różnie bywało w tym czasie. Na to Jul
się zawsze zgadzał. I było wiadome, że tam się
spotkamy, że tego dnia wszyscy tam będą. Jak się nic nie
robiło, a było wiadomo, że jest 13 grudnia, tam jakieś,
przed ołtarzem nawet bez słowa, ale spotykaliśmy się. I nie
mogę. Tego nie zapomnę nigdy swoim kolegom, nie daruję. Znaczy
nie daruję, mam żal do kolegów, że po 1989 roku te dni
bywało tak, że była Msza św. i po Mszy ja zostawałam
przed kościołem, czekałam na tych ludzi i nikt nie
przychodził. Do Jula szłam jedna dziękować, że taka
Msza się odbyła, że on coś mówił. Ja nie jestem taka
prokościelna, ale już szczególnie należałoby zostawić
ten kościół Serca Jezusowego jako symbol. To się musi łączyć.
Jak można zapomnieć co się działo. W końcu przychodzi
ta ukochana wolność, to o co się walczyło i tego dnia,
jednego dnia nie przyjść do tego kościoła
właśnie.
Pyt. Według ciebie, co było przyczyną tego
rozbicia, które obserwowało się już w stanie wojennym i
później. Już podczas pogrzebu Bartuszko.
Odp. Wiadomo, że każdy z nas ma inne
poglądy i było wiadomo, że tak będzie kiedyś. Ale nie
można zapomnieć, że Solidarność była czymś
innym zupełnie i należy zachować wspomnienie jako ruchu
narodowościowego, podstawowe wartości i to zostawić. Według
mnie jest to zwycięstwo ubecji, jedno ze zwycięstw, że nas
rozbiła. Moim przyjaciołom powiedziano w więzieniu, że nie
będę mówiła którym, dopiero Wojtek Ciesielski powiedział:
idiotko jak możesz tak myśleć, że ja jestem wtyką
ubecką i dlatego nie zabrali mnie w grudniu.
Pyt. Najczęściej powtarzany zabieg.
Odp. Tak, a
ponadto, że był strach. I jeszcze nie znalazła się osoba z
aż tak olbrzymim autorytetem, która by potrafiła scalić
wszystkich. U nas tego typu osoby nie było.
Pyt. Powiedz trochę o kilku postaciach, aktywnych z
Solidarności. Niekoniecznie musieli to być członkowie
Zarządu? Np. Leszek Lechowski?
Odp. On był od początku. To była jedna z
ważnych osób, która uruchomiła Solidarność. W modlitwach
solidarnościowych zawsze wymieniam go, bo Leszek Lechowski nie żyje,
zmarł w USA. Uważam, że nie można zapomnieć o tym
człowieku nigdy. Nie jestem w stanie ocenić tych ludzi. Był
inżynierem elektrykiem, projektantem w budownictwie wiejskim, czy w
Eltorze. Wspólny mianownik tej pierwszej naszej 19-nastki, że była to
grupa jakichś wariatów, która coś chciała zrobić i o
osobowościach trudno mówić, bo myśmy się podzielali, bo
trzeba było jechać na zebranie, przemówić, wypełnić
deklaracje i następne zebranie. Było to 19 cholernie
wytrzymałych ludzi. Myśmy pracowali po 24 godziny na dobę. Praca
zawodowa. Później jechało się na zebranie i to byli tacy
faceci. Trzeba było być na bieżąco z czytaniem z
myśleniem, z drukowaniem. Robiliśmy na powielaczu denaturowym,
najprostsze statuty. Pisało się na maszynie. O tym pierwszym okresie
mogę powiedzieć, że to była grupa wspaniałych ludzi, z
których żaden nie myślał, że kiedyś będzie
posłem, oprócz jednego człowieka, to znaczy Józka Lubienieckiego.
Pyt. O jakich osobach myślisz mówiąc o tej
grupie?
Odp. Ta pierwsza grupa to … Może inaczej.
Przychodziły różne osoby na dyżury po mnie. I to
wyglądało tak, że w zeszycie myśmy pisali, co się
załatwiło, co jest następnego, kto się z czym
zgłosił … I np. jest sobota, Walter - zebranie. Ja wyznaczałam
lub ktoś się wpisywał np. Prątkowski i Trzaska Centrala
Rybna - jedzie Lechowski i Andrzej Bober. I myśmy tak pracowali. Dopiero
potem jak zaczęliśmy robić interwencje - zgłasza p.
Mieczysław Kochański - stacja Biskupiec. Krupiński jeszcze
działał w tym pierwszym okresie.
Myśmy w tym czasie jeszcze nie wiedzieli jak kto działa, ale byli to
ludzie szalenie zaangażowani i skuteczni skoro nam się udało w
szybkim czasie powołać tyle komisji i to w całym województwie.
Pyt. W tym okresie co byś uważała za
jakieś spektakularne osiągnięcie (poza tą waszą
normalną robotą organizacyjną). Czy były takie?
Odp. Chyba najbardziej gdy WPKM strajkował w imieniu
służby zdrowia. Np. była to godzinna przerwa w ruchu. Oni
zjeżdżali do bazy i opowiadali, że ludzie na nich krzyczą.
To się nie da opowiedzieć. Siedziałam przy telefonie, obrzucana
różnymi epitetami. I np. zjechali ci kierowcy i mówią, że nie
wyjadą spowrotem do miasta. Wtedy wpadłam na pomysł,
żebyśmy na kartkach papieru napisali; „Strajkowaliśmy w twoim
imieniu”. Coś o aptekach, o lekarstwach. Mirek Krupiński, Leszek Lechowski,
Tadek Kisły i ja i myśmy pisali na tych kartkach. I
wychodziliśmy z tymi kartkami, żeby te autokary obkleić.
Podjeżdża karetka pogotowia i wychodzi dr Bortkiewicz jeszcze z
jakąś lekarką i one płaczą. One płakały,
że czegoś takiego nie przeżyły w życiu i
całują tych kierowców. Zdewaluowane przez komunizm, że bratanie
się różnych zawodów. Ale wtedy były to nie zapomniane chwile. I
dla takich momentów też nie wolno się było później
podzielić. Wiadomo, że historycznie inaczej wyglądał
1985r., 1968, 1970 i dopiero w 1980 roku wszyscy razem i później znowu,
kurcze, wszystko spaprane. Jak mówił Bober, dlatego nie myśli
się o przyszłości o polityce, o przyszłych partiach. … A to
jest również dlatego, że 40 lat się wyprowadza ludzi z domu
niewoli.
Pamiętam była taka historia, że jakieś
przedsiębiorstwo się zgłosiło WPHM czy coś, że
jest jakaś afera z magazynem czy coś … i potrzebny był prawnik,
żeby pojechał na to zebranie.
I ja nie miałam żadnego prawnika i
zaczęłam szukać i gdzieś znalazłam, że jeden od
nas jest prawnikiem - Andrzej Bober i odtąd na takie zebrania
wysyłałam A.Bobera.
Pyt. Co możesz powiedzie o Wieśku Bryckim?
Odp. Wiesiek Brycki jest osobną historią tego
okresu powstawania Solidarności. Właśnie miałam dyżur
od 7-ej rano w WPKM-ie, to gdzieś mniej więcej o 8-ej
przyjeżdżał Brycki, ponieważ on rozwoził mięso
rano i później odstawiał samochód i przychodził do mnie
pomagać. Na powielaczu, przy telefonie.
Wspaniała
rzecz, on zupełnie nie miał ograniczeń jeżeli chodzi o
rozmowy z ludźmi z tych wysokich szczebli. Nie, dzień dobry, pozwoli
pan, że ja zaprotestuję … On mówił: Panie, kurde, co pan robisz
- i walił po łbie. Kiedyś Grażyna Langowska
powiedziała do Bryckiego, że na przyszłość jeżeli
używam jej nazwiska w anegdocie, to żebym zapytała ją o
zgodę, bo nie wolno nazwiska posła używać … Ale to
było przepiękne, kiedy było pożegnanie MKZ-u i każdy z
nas wspominał. I Grażyna powiedziała, że dla niej wówczas w
październiku czy listopadzie jak oni przystąpili (Grażyna
później do tego wszystkiego przystąpiła), że dla niej
najważniejszą osobą w MKZ-cie to był Brycki. Ponieważ
była jakaś akcja protestacyjna i Grażyna wywiesiła znak
Solidarności i flagę gdzieś tam i przyszedł dyrektor i
kazał to zdjąć. Ona zadzwoniła do MKZ-u i akurat Brycki ten
telefon odebrał i mówi: Brycki jestem. Ona mówi: Langowska, samochodowa
szkoła, że tak dyrektor się zachowuje. Na to Wiesiek mówi: Niech
pani powie, że Brycki kazał, że ma to być i koniec. I
Grażyna uważała, że nikt mądrzejszy nikt silniejszy
nie jest nad Bryckiego. Ot, Brycki kazał powiesić!
Pyt. On tam był później pracownikiem?
Odp. To już po wyborach Zarządu Regionu, to
jest po roku. A tak Wiesiek był członkiem MKZ-u. Taką
notatkę mam, że on 5 października, Wiesław Brycki -
Przedsiębiorstwo Transportu i Spedycji Przemysłu Mięsnego.
Pamiętam tę niedzielę, gdyż mieliśmy zebranie w
Przedsiębiorstwie Przewozowym na Partyzantów, tuż przed Ubecją.
I on przez swoje kontakty mięsne przywiózł właśnie
Ryśka Kalinowskiego z Elbląga, już wówczas zastępcę
Wałęsy. I takie były związki branżowe i cała
załoga poszła za nami, za Solidarnością. I taka
ciekawawostka. Z Elbląga przyjechał Rysiek Kalinowski samochodem
(oni mieli już samochód, kadry, wszystko - myśmy się tam uczyli
księgowości) przyjechał z olbrzymim napisem „Solidarność”
i myśmy tym samochodem jechali przez miasto. To była pierwsza
publiczna demonstracja - 5 października. Że coś takiego
istnieje. Piotr Kajko, Tadzio Kisły …
Pyt. Co powiesz o Tadeuszu Kisłym?
Odp. Był to dynamit. On powiedział, że
musi być prasa, informacja. I on to zrobił. Był to niezwykle
skuteczny facet, we wszystkim.
Pyt. Ciekawe czemu on wyjechał? No, na pewno,
że był szykanowany.
Odp. Słuchaj, część tej emigracji to
są emigracje ich żon. Już na gwiazdkę, gdy trzeba było
organizować pomoc dla siedzących, dla rodzin. Waldek Niczyporowicz -
ten kierowca z PSTBR-u i przez Zbyszka Malewskiego, to była pierwsza pomoc
dla Waldka, ale potem gdy przez cały okres internowania … Wszystkich
pościągałam od razu, czy od razu wszyscy jechali.. Przecież
to też było moje wstawianie, że musimy się spotykać. A
może wogóle się nie zjawiła mimo, że ja dzwoniłam.
Pyt. Powroźny też się jakoś
wyłączył?
Odp.
Wyłączył się zupełnie potem. Ja tam byłam na
założycielskim zebraniu w ART, ale jak dokładnie potem, co
się działo z Tadeuszem to nie wiem. On chyba raz był w
Przykopie, ale tylko raz się z nim widziałam.[1]
Pyt. Co możesz powiedzieć o Ruchlewiczu? W końcu przez długi czas tam w
WPKM-ie był MKZ?
Odp. On wykazał olbrzymią odwagę nas
przyjmując. Cokolwiek później mówiono, to jestem dla niego pełna
szacunku, że się zgodził nam dać tę dziuplę u
siebie.
Pyt. Czy nie spotykał się z jakąś
presją władz?
Odp. Oczywiście. Wiem, że miał naciski.
Kiedyś wywołał mnie na korytarz i powiedział z którego
telefonu nie powinnam dzwonić, bo jest na podsłuchu. I taki był
na początku. Potem odszedł gdzieś od nas. Następny który
odszedł.
Pyt. Interesuje mnie jeszcze środowisko prawnicze.
Odp. To zaczął wszystko robić Andrzej Bober
i pierwszą osobą, która nam pomogła był mecenas Krakowski i
zdaje się, że z jego poręki … Pierwsze zebranie pamiętam w
WPKM-ie na którym był Józef Lubieniecki. Powiedział, że mamy do
niego dzwonić do 21-ej, później raczej nie, bo synek malutki
śpi, który go potem nie poznał w więzieniu zresztą. Józek
był pierwszy, a za dwa, trzy tygodnie (nie mogę dokładnie
powiedzieć, gdyż inaczej się czas wtedy liczył)
dołączył Stefan Śnieżko i jeszcze Zbyszek Milewski …
Oni byli na każde zawołanie.
Niesamowita rzecz, to koncert na 13 grudnia, chyba na 16 grudnia … Rocznica
grudnia 1970, organizowana w grudniu 1980. To było w hali, dwa koncerty
urządzone. Było tam również prawykonanie Wiłkomirskiego
„Lacrima”, nie mylić z Pendereckim (całkiem to co innego),
napisał to Wiłkomirski, ten utwór w Szczecinie w 1970. Był tam w
momencie rozruchów szczecińskiego grudnia. I koncert, brała w nim
udział również olsztyńska filharmonia, także aktorzy
(była część słowno-muzyczna) Halina Mikołajska,
filharmonia. Prawykonanie tego utworu było w Dublinie w 1978 lub 1979
roku, a u nas polska prapremiera w Olsztynie i jednym z instrumentów było
podium, ponieważ orkiestra siedziała na płycie hali, na
parkiecie. Musiało być specjalne podium zrobione, przyniesione,
ponieważ jednym z instrumentów było to podium. Był marsz, w
pewnym momencie szły buty, szły buty, tak jak idzie wojsko … to ZOMO.
I wówczas po raz pierwszy pokazaliśmy kronikę z 1970 roku z
potężnymi perturbacjami z Warszawy to ściągnęliśmy.
To szło w W-wie (to z tymi czołgami, z tym wszystkim, to co jeszcze
nigdzie nie szło). Ja się uparłam, że w tym koncercie
również będzie. I już udało się nam to
załatwić.
Na nazwiska
tych ludzi ściągnęliśmy, Leszek Lechowski wiózł
Halinę Mikołajską i tę kronikę, czy jacyś
studenci się do tego dołączyli i ja tu mam załatwione
już z CAF-u wyświetlaczy i godzinę przed koncertem dyrektor
powiedział mi, że on tego nie puści, że zabiera
aparaturę z hali, bo jemu grożono, że jak to się ukaże
to … Już nie pamiętam jakich użyliśmy argumentów, jaka
awantura była między nami straszna. W każdym razie nie
puściłam tej aparatury, ta aparatura została i ta kronika
została wyświetlona w czasie koncertu. Dwa koncerty były po 2000
osób na każdym koncercie i zabrakło biletów. Ludzie dzwonili z
województwa, myśmy mieli grafik według ilości członków,
był podział ilości biletów. Myśmy siedzieli w Biurze
Projektów z Marią Bucińską - panią profesor z ART,
rozdzielaliśmy: tutaj dwa, tutaj cztery i były awantury i ludzie
się pchali drzwiami i oknami. Reszel dostał, Rema dostała chyba
50 biletów, a te zakłady, trzy autokary szykowali na to. To było
nieprawdopodobne, jak ludzie na ten koncert szli, jak parli, jak chcieli … To
było drukowane w „Warmii i Mazurach”, są te zdjęcia.
Pyt. W te sprawy dotyczące kultury włączył
się również Kurowski?
Odp. To było tak. Działały w Polsce
Komisje Kultury tak zwane i to polegało na tym, że to robiły
komisje zakładowe z poszczególnych zakładów pracy. Na pomysł
Komisji Kultury wpadłam w 1980 roku. I na to pierwsze zebranie w DŚT
poprosiłam Krzysztofa Rościszewskiego, Bohdana Kurowskiego, Kruka i
Krukową. Zaprosiłam Kruka, a przyszła jeszcze Krukowa.
Chciałam z tymi osobami najpierw rozmawiać. Chciałam ludzi
znaczących dla kultury w tym mieście, wciągnąć w
taką właśnie
działalność. I Bohdan Kurowski włączył
się w to bardzo prężnie. Zresztą ja nie znam
środowiska w ogóle w Olsztynie …
Pyt. Dlaczego pytam o Bohdana, bo nie tylko
był partyjny ale ideologicznie był mocno związany z
ówczesną władzą polityczną.[2]
Odp. Nie wiedziałam o tym w ogóle. Ponadto nie
brałam pod uwagę takich kryteriów. Bohdan oddał nam od razu
swą siedzibę PAP-u. tam jako Komisja Kultury mieliśmy swoje
zebrania.. Myśmy pierwsi w Polsce stworzyli raport o stanie kultury.
Pyt. Czy w jakiś sposób został upubliczniony
ten raport?
Odp. Raport polegał na tym, że wszystkie
dziedziny zostały przedstawione jako katastrofa[3].
Pyt. Czy ten raport jest gdzieś?
Odp. W 1989 roku powtórzyłam ten apel o sejmik
kultury w Filharmonii. Z Wysokińską, Jolą Jurand i z kimś
tam jeszcze. I B. Kurowski oddał tę dokumentację, były tam
między innymi te sprawozdania.
Maciek Gardzielewski - 5.VI 1981 było miejsce dla Maćka w klinice w
Monachium (miał stwardnienie rozsiane). Kosztowało to 1000 marek -
120.000 zł., które pożyczył jeden człowiek nie pytając.
(Irena była nazywana „Mama Solidarności” bo ona się o to
wszystko starała, w ciągu kilku dni. Gardzielewski po kilku dniach
przyszedł do Regionu, oparł się o framugę i
zapłakał. Co się stało? Okazało się, że
dostał wiadomość z Monachium, że jego syn Maciek po raz
pierwszy wstał),
To było w roku 1981, po Monachium. Wreszcie te tysiąc marek (które
pożyczył znajomy mego kolegi), trzeba było oddać temu
człowiekowi. I jest już lipiec, a ja tych pieniędzy nie mam.
Była uchwała MKZ-u, że te pieniądze z koncertu w grudniu
1980 roku, który ja organizowałam za pomordowanych w rocznicę grudnia
1970. I za te pieniądze miałam kupić marki i pieniądze
miałam, a marek nie miałam. I po Cyganach chodziłam,
wszędzie. I Glemp został Prymasem. Ja poszłam z Krupińskim
i z Kamińskim zaprosić Prymasa, aby poświęcił nasz
sztandar w Olsztynie i powiedziałam Glempowi o tej sprawie: on
wyszedł do pokoju obok, przyniósł mi kopertę i powiedział:
Niech pani się więcej nie martwi, pani Ireno. I myśmy te
pieniądze, w momencie gdy święciliśmy sztandar, te 120
tysięcy - Grażyna witając przy ołtarzu Glempa,
wręczyła 120 tysięcy na ołtarz czy na krzyż do
kościoła na Jarotach, wówczas budowanego.
Pyt. Początek Solidarności w teatrze.
Odp. Mieliśmy urlop do 1 września w teatrze. 2
września zjawiliśmy się w teatrze i było zebranie
załogi pierwszego dnia. To już po porozumieniach było. I
Krzysztof odczytał nam telegram z Teatru Wybrzeża z Gdańska,
że powstają wolne związki i proszą o kontakt, jeżli
nas to interesuje. i były zdania, żeby to odłożyć,
poczekamy co z tego wyjdzie. I Stasiu Brodacki powiedział, że nie ma
tu co czekać, tylko trzeba pojechać i dowiedzieć się co tam
jest. Ja wówczas byłam wolna i powiedziałam, że znam Gdańsk,
po drugie więc pojadę. Pojechałam, spotkałam się w
Teatrze Wybrzeże z Łapińskim i z Kiszkisem, oni mi
wytłumaczyli, co to w ogóle jest. Dostałam deklaracje i już
wiedziałam, że absolutnie to trzeba robić. To jest jeszcze w
pamiętnikach skrzętnie opisane. Potem siedziałam w domu aktora i
był telefon z Grudziądza, bo kiedyś byłam w
Grudziądzu, żebym tam przyjechała, bo już tam dotarła
wiadomość, że byłam w Gdańsku i żebym
pojechała do nich też, opowiedzieć to. To ciekawa rzecz.
Myśmy siedzieli przy tej kawie z godzinę czy dwie i nie pamiętam
kto wszedł wtedy, ktoś ze znajomych moich (to było w tym klubie
aktora) i mówi: Pani Ireno, niech pani do Grudziądza nie jedzie. Nie wiem
skąd on wiedział, że tam jeszcze wtedy nie powinnam jechać.
Mnie zamurowało, że już mnie ktoś ostrzega, że mam
gdzieś nie jechać. Że to jest niebezpieczne. Nie wiem dlaczego.
Może telefon był na podsłuchu, wiedzieli gdzie mnie
znaleźć. Przedziwna to historia. Przyjechałam do Olsztyna.
Spotkała mnie ś.p. Asia Biesiada (?) i Krzysztof mnie zabrał i
powiedział: Mów, co to jest. On z Cywińską był w kontakcie.
U niej w Poznaniu to się już tworzyło. No i co i co? I
myśmy wtedy postanowili, że nie będzie zebrania całej
załogi, tylko ja będę chodziła po wszystkich naszych
wydziałach i będę mówiła (pracowniach, po ludziach) i
będę tłumaczyła każdemu z osobna, co to jest, a
równolegle ze mną chodziła Lubaczewska namawiając do drugich
związków - branżowych. I 75% ludzi przystąpiło do wolnych
związków. To było szalenie spontaniczne. Aktorzy właściwie
prawie wszyscy się zapisali. Dwie, trzy osoby, które nie wstąpiły
i trochę nie wstąpiło z obsługi.
Pyt. Kto aktywniej działał?
Odp. Później było już zebranie i Andrzej
Jurczak, w tej chwili w Australii (ale nie emigracja polityczna) i
Włodzimierz Ambroziak, to był elektryk i ja - to była nasza
trójka, komitet organizacyjny.
Pyt. W 1981 roku w teatrze było wystawione to
widowisko Ignaciuka „Pieśń o drodze”.
Odp. Tak, kiedy był termin naszego Walnego
Zgromadzenia Warmińsko-Mazurskiego, chyba 24 czy 25 czerwca 1981 roku.
Rozmowy zaczęły się z Krzysztofem, że coś by trzeba
zrobić i Krzysztof zaproponował tę „Pieśń o drodze”.
Prezydium MKZ-u przyszło do teatru i wysłuchaliśmy tych
piosenek (to było w czerwcu czy w lutym) no i bardzo nam się to
wszystkim podobało. Wiedzieliśmy, że jest to specjalnie robione
dla Solidarności, dla Zgromadzenia naszego. To Zgromadzenie odbywało
się w ART, ale potem wszyscy byli na premierze tego spektaklu. To
było dla wszystkich delegatów, to było bardzo uroczyste. To
musiał być koniec czerwca, bo ja wróciłam z Poznania
(Zostawiłam Zjazd, gdyż byłam przewodniczącą delegacji
olsztyńskiej na odsłonięcie pomnika ofiar poznańskich.
Wojtek Ciesielski, Wiesiek Brycki i ja, chyba ktoś tam jeszcze) (Także Andrzej Pawłowski - przyp
A.P.). Jak wróciłam to była ta premiera tej „Pieśni o
drodze”. To się nie da opowiedzieć. Teraz piosenki takie to lecą
tuzinami, a wtedy to trzeba było być! Pewnie są gdzieś
jakieś nagrania. W każdym razie było tak, jak nam teraz
opowiadał jeden z kolegów, wówczas student studium teatralnego w
Gdańsku, Artur Steranko, że on nie mógł dostać się na
stojące jakieś miejsce, aby wejść do teatru. Ludzie,
młodzież walili drzwiami i oknami. Czegoś takiego nie było
w tym teatrze jak ten spektakl. Tak szalenie trafiony. On był powtarzany i
ciągle, ciągle była taka frekwencja.
Pyt. Rościszewski był więc od
początku związany z Solidarnością?
Odp. Absolutnie, tak. Gdy nastał stan wojenny i
później po pewnym czasie mogliśmy przyjść do teatru aby
próbować coś tam, w stanie wojennym, to był chyba 5 stycznia, to
Krzysztof zebrał nas aktorów w bufecie i powiedział, że
najchętniej to on by wystawił teraz kawałek „Dziadów”
Mickiewicza, albo „Księgi pielgrzymstwa polskiego”. Ciągle był
buńczuczny, nie poddawał się. Później zaczęły
się regularne ataki ze strony Segieta.
Rościszewski był hołubiony i uznawany za wspaniałego
reżysera do okresu Solidarności, a potem okazało się,
że robimy w tym teatrze same knoty, a Rościszewski nie ma
pojęcia o reżyserowaniu. Solidarność odebrała talent
Rościszewskiemu. To nie była walka recenzenta (to było
obrzydliwe) ja do tej pory z Segietem się nie kłaniam, ręki nie
podaję. Nie mam w sobie żadnej nienawiści. Jaruzelskiemu nigdy
nie wybaczę, bo nie jestem w stanie. Nawet gdybym miała
pójść do piekła, to nie przebaczę tego, co zrobił.
Jest to obrona ludzi pomordowanych, Marcina Antonowicza, Andrzeja Bartuszko,
pobitych Władka Kałudzińskiego, jest to obraza, jeżeli
się stara cokolwiek znaleźć na
usprawiedliwienie. To jest obrzydliwe dla mnie. A pan Segiet, oczywiście w
innym wymiarze, ale jest obrzydliwą dla mnie postacią. On wyczuł
koniunkturę. Pamiętasz te jego felietoniki. Przecież ja
byłam członkiem partii. W pamiętniku piszę, że
czuję się obrzydliwie, gdyż część
odpowiedzialności za krew w grudniu 1970 roku mam tę kroplę na
sobie, ponieważ podpisałam protest przeciwko temu co się tam
dzieje w grudniu w Gdańsku, jakieś tam było postępowanie.
Nie pamiętam dokładnie jak tam było. Wiem, że jakoś
szłam z tym nurtem, ale to co robił Segiet to było
obrzydliwe. I Rościszewski przez to wyleciał z tego teatru.
Pyt. Stosunek Wydziału Kultury?
Odp. Nie żyje niestety ś.p. Gienio Zawadzki,
który w stanie wojennym w styczniu, lutym podszedł do mnie i
powiedział, no Matko Polko uratowaliśmy ciebie. W ogóle on na ten
temat nie chciał mówić. Widocznie Wydział Kultury w tym czasie
jakoś interweniował, żebym ja z pracy nie wyleciała,
dopiero wyleciałam później, po Tygodniu Kultury
Chrześcijańskiej w 1984 roku. Ale wcześniej jakoś nas
kryli.
Pyt. Wspomniałaś Gienka Zawadzkiego.
Odp. Ja Gienka znam jako olbrzymiego pasjonata teatru,
który nas po prostu kochał. To była miłość
nieprawdopodobna. Na widok aktorów, aktorek robił się miękki jak
plastelina. Ja go cenię szalenie za to, co robił dla teatru, dla
ludzi, dla kultury. Był to jeden z najwspanialszych motorów. Ja nie wiem w
jakim kierunku politycznym, ja tego nie oceniam. Gdyby takich ludzi było
więcej, podejrzewam że losy kultury potoczyłyby się
inaczej. I ocalałoby więcej rzeczy w Polsce. Jestem bardzo
szczęśliwa, że jeszcze udało mi się być u niego w
szpitalu przed śmiercią i pożegnać się z nim.
Pyt. Rościszewski kiedy odszedł?
Odp. On odszedł na rok do Katowic, to był rok
1978, wrócił, a w stanie wojennym odszedł w 1984 roku. Gdy był
Tydzień Kultury Chrześcijańskiej, to już był
Ziembiński.
Pyt. Opisz Tydzień Kultury
Chrześcijańskiej.
Odp. Presja esbecka była straszna,
część ludzi zrezygnowała. W końcu zostalimy:
Baśka Baryżewska, Janek Niemaszek, Artur Steranko i ja. Z
początkowej szóstki czy ósemki nawet, aktorów, którzy mieli brać w
tym udział, potem się wykruszali. To była inicjatywa Bohdana
Kurowskiego - on to zrobił. Szalał mój ukochany, osobisty opiekun
„Zyga” tzw. czyli Zygmunt Szymański. On dostawał szału,
żeby to się nie odbyło. Był u mnie w domu. Bo to były
formy pracy pana Szymańskiego, że on przychodził. Bo to był
mój osobisty przyjaciel, ostrzegał, takie różne rzeczy i
przychodził do domu. W tym Tygodniu Kultury Chrześcijańskiej
był u Baśki Baryżewskiej, potem przyszedł do mnie. I wtedy
to było słynne: „A Piotrek to gdzie się stara, na WSP? Pani
żartuje”. To były takie dowcipy, że syn chce się
dostać na WSP. Siedzieliśmy, na tapczanie on siedział koło
mnie, a ja miałam egzemplarz tekstów i pytał: A dlaczego my się
nie chcemy poddać cenzurze?” A ja, że po pierwsze, to jest w
kościele, a więc nie ma potrzeby ocenzurowania, a dwa to
przecież jest Kochanowski, to niech pan sobie poszuka „Odprawę
posłów …” u Kochanowskiego.
Oczywiście nie pokazałam mu tego tekstu, zabrałam bo on już
tak sięgał. „No nie, nie! To może pan przyjść sobie
posłuchać tego, albo poczytać Kochanowskiego”. Zresztą my
chodziliśmy ze szczoteczkami do zębów i z past na te nasze spotkania,
na te występy nasze. W kościele NSPJ recytujemy, a pan Szymaski przez
środek kościoła żując zresztą pestki (to pamiętam
jak dziś) i siada w pierwszym rzędzie. Nie ważne, że siedział
w pierwszym rzędzie. Mógł siedzieć, bo tak samo ubek w
kościele św. Józefa też stał pod kolumną i myśmy
wiedzieli, że to właśnie ubek, ale to co zrobił pan
Szymański, to przechodzi wszelkie pojęcie. Pomijam, że brak
kultury, ale trudno to określić, że on się nie bał,
że go ludzie tam nie … nie mama słów. Żuł i ten przemarsz,
w czasie kiedy już aktorzy recytują, on idzie jak procesja
główna przez ten środek żując pestki, siada w pierwszym rzędzie.
Pyt. Prowokował swoim zachowaniem się?
Odp. Tak, tak. Z tym widowiskiem występowaliśmy
po jednym razie w każdym z kościołów.
Pyt. Siekierski się wycofał.
Odp. Siekierski i Stefan się wycofali. Innych
nazwisk o których wiem, to nie mogę podać, które się
wycofały. Stefan się wycofał, ponieważ stwierdził,
że z nas dwojga jedno musi być w domu. Jeszcze o tym Tygodniu
Kultury. Tak się stało, że aktor Steranko, znakomity aktor,
musiał pójść do wojska na rok i to do bardzo ciężkiej
służby. Nie udało się, mimo że uruchomiliśmy
przedziwne różne rzeczy. Przedziwne, nie będę mówiła,
jakich używałam dróg, żeby go, u bardzo wysoko postawionych osób
wojskowych, bardzo wysoko[4]
i się nie udało go wybronić. Wojsko nie miało wpływu
na to, żeby Sterankę uratować od tej służby wojskowej.
Steranko odszedł, Baśka Baryżewska musiała odejść
z tego teatru również. Baśka poszła najpierw do Elbląga, a
potem do Łodzi. Ona była przez cały czas zaangażowana, ale
stąd musiała odejść. Jasiek Niemaszek odszedł
również, poszedł do Radomia. Nie ułożyło się.
Pyt. Rok 1984 i 1985 to był (Irena: tu, tu w
Olsztynie). Nie wiem czy tylko w Olsztynie, przecież Popiełuszko i
nie tylko, w skali kraju. Niemniej w Olsztynie był on szczególny.
Odp. Tak, szczególny. W tym samym czasie miałam
spotkania w Warszawie z różnymi ludźmi, z Lublinem, cały czas z
Gdańskiem. Ale to co się działo tutaj to nie do porównania.
Tutaj było szczególnie.
Pyt. Czy mogłabyś coś powiedzieć o
Julu Grodzińskim?. Wiem, że łączyły cię z nim
szczególne więzi.
Odp. (Wzruszona) To jest tak, że Jul ewaluował[5].
Początkowo, ten stary potomek szlachty i prawie, że magnat.
Spowinowacony z tronem angielskim. Uważał, że tylko monarchia
oświecona jest ustrojem jedynym i możliwym do przyjęcia.
Autentycznie przez ciotkę swoją jest wujem króla, czyli
męża Elżbiety. Ale to nie ważne. I on uważa, że
tylko monarchia oświecona. Spotyka się z nami, w 1981 roku
poznaliśmy Jula. Jak pojechałam na Zjazd do Oliwii we wrześniu,
to przysyłałam mu kartki z tamtąd i materiały jakieś
do czytania. I Jul uważał, że robimy źle, natomiast w
momencie kiedy stan wojenny zastał mnie tam z Pawłem u Jula
Grodzińskiego w Przykopie, Jul zabrał dzieci do siebie, tak że
jak mnie pan Szymański - ukochany - zabierał, to dzieci tego nie
widziały na szczęście, tylko Stefanowi powiedział tak
bardzo głupio i bardzo bydlęco (14 grudnia). Byli po mnie 13 grudnia,
ale mnie nie było w domu i przyszli po mnie 14, w poniedziałek. Tylko
było przesłuchanie. Szymański twierdził, że on jest
wielbicielem mego talentu i uważał że on mnie ratować
będzie całe życie.
Pyt. Jednym słowem „człek ludzki”!
Odp. I z ludzką twarzą jeszcze w dodatku. I Jul
wtedy przeszedł dokładnie na naszą stronę. Zresztą
przestał się golić, tak jak wszyscy w opozycji od stanu
wojennego. I stał się Przykop miejscem spotkań bardzo
różnych dziwnych ludzi, łącznie z przechowywaniem papieru, farby
drukarskiej. Nie dla Olsztyna, dla Gdańska akurat, bo tak się
złożyło, że miałam dla Gdańska stamtąd farby
wozić z Przykopu. I co dziwne, Jul był wzywany i przesłuchiwany
również w związku z podziemiem. Zresztą zaczęto interesować
się Przykopem, po wyjściu Bartuszka z internowania, dlatego że
Andrzej tam przyjeżdżał do mnie do Przykopu i potem
zaczęły się inwigilacje, wzywania Jula na
ubecję. Potem jeszcze doszedł Janusz Śliwiński, który
wyszedł z więzienia w 1983 i nie miał gdzie pracować.
Załatwilimy mu pracę u Króla, to jest taki rolnik, który miał
olbrzymią hodowlę świń w lesie za nami w Przykopie. I
charakterystyczne: zaczął tam pracę w poniedziałek, we
wtorek przyszedł znowu, ale w środę miał się
meldować na milicji, w każdą środę. Na milicji
zameldował się w środę, i jemu powiedziano tak na milicji:
Wie pan, pan pracuje tam na wsi, oczywiście pan tam pracować
może, ale wie pan, tam są maszyny, może coś się
spalić, słoma się spali, a pan tam będzie, pan jest
kryminalistą. I Janusz zrezygnował z tej pracy, gdyż dano mu
wyraźnie do zrozumienia. Zresztą jak szłam z nim do tego Króla
przez las, to drogą już jechał samochód, tak że wiedzieli
dokładnie gdzie Janusz będzie. Śliwiński wcześniej
był więziony.
Pyt. Mówiłaś, że do Przykopu trafiali
dziwni ludzie?
Odp. Do Przykopu trafiały dziennikarki z News Weeka
z Nowego Jorku i edycji londyńskiej. To były dwie angielki - jedna
angielka i amerykanka, które były u nas dwa albo trzy razy,
przyjeżdżały. Zostały przez Gdańsk przysłane i u
nas zatrzymywały się w Przykopie. One tu przywoziły pieniądze dla ludzi. Dostawali m.in.
Kałudziński, Boberowa. I kontaktowałam je z osobą, nie
pamiętam nazwiska, na Kołobrzeskiej[6],
a był też nasz człowiek, który dalej te pieniądze
brał. A przy tym one napisały o Olsztynie, o Solidarności, o
tych czasach.[7]
Pierwszy raz one były w 1983 (lub 1984), kiedy
wyjeżdżał Tadek Kisły. Zresztą wszystkie
pożegnania, gdy ktoś wyjeżdżał odbywały się
w Przykopie. Poza tym przez Przykop, więcej o tym powie, jeżeli
będzie chciał Bohdan Kurowski, bo w Kopankach były spotkania z
członkiem rządu holenderskiego, z którym miał kontakt B.
Kurowski. I od nas woziliśmy tam Leszka Lechowskiego na rozmowy na temat
Solidarności, interny. Bo to było już po internowaniu, lata
1983-84. Wszyscy ludzie po internowaniu znajdowali się w Przykopie: Mirek
Krupiński, Grażyna Langowska, Staszek Mackiewicz, Andrzej Bober,
Waldek Niczyperowicz, Władek Kałudziński, Janusz Śliwiński,
Michał Powroźny[8],
Ziuta Mielnik, Danka Gulko, Baśka Nowak, Józek Nowak, Stefan
Śnieżko, Wojciech Ciesielski, Tadeusz Kisły, Mietek
Kamiński. To są wszyscy ludzie z tego początku z 1980 roku.
Zarząd Regionu w 1981 roku to co innego, niż ten początek
września 1980. A potem wszyscy się przez ten Przykop przewinęli.
Pyt. W jaki sposób były organizowane te spotkania?
Odp. Ktoś wyjeżdżał, wracali z
więzienia - to tam odbywały się powitania. I
załatwiało się też różne dziwne sprawy. To znaczy, nie
chciałabym mówić ponieważ, tam była załatwiana jedna z
najbardziej przykrych rzeczy, do tej pory niewyjaśniona, a ponieważ
kolegów już nie ma i nie chcę też o tym mówić - sprawy
pieniędzy z Zachodu. nie wiem dokładnie, a nie chcę o tym
mówić. [9]
Pyt. A nie wiesz jakie duże sumy to były?
Odp. Na ten temat nic nie wiem.
Pyt. W „Gazecie” ukazała się publikacja o Julu
Grodzińskim.
Odp. Kiedy był proces Andrzeja Bobera i siedmiu
pobitych w Kwidzynie za 1981 sierpień - i proces elbląski
słynny, Jul wywalczył delegację z ramienia tygodnika „Warmia i
Mazury” (dwutygodnika wówczas już), że będzie reprezentował
redakcję. Wywalczył, pojechał na ten proces, wrócił i
pamiętam, że wrócił roztrzęsiony zupełnie i
powiedział: „To jest wczesny Oświęcim, to co tam się
dzieje.” I nigdy na ten temat nie napisał. On, tak twardy facet, który
pisał o wielu rzeczach, on nie był w stanie. On normalnie
płakał. Nie był w stanie tego opisać. Wtedy pałał
miłością absolutną do Andrzeja Bobera, stwierdził,
że to jest jeden z najmądrzejszych ludzi jakich znał, mimo
że jak wiesz, znał wielu dziwnych ludzi. Jemu szalenie Andrzej Bober
zaimponował.
Pyt. Postać ta mnie bardzo interesuje.
Odp. Dla mnie Andrzej Bober był najmądrzejszym
z nas wszystkich człowiekiem, w tej grupie zakładającej
Solidarność. Dam ci przykład: dokładnie 8 marca 1981,
gdyż pamiętam mieliśmy komunistyczne święto babskie i
były jakieś ciastka, lampka wina i ja siedziałam na parapecie w
oknie, w tym wieżowcu. Jadłam ciastko i podszedł do mnie Andrzej
i powiedział mi: Ty jesteś wiceprzewodniczącą MKZ-u, ty
siedzisz, ciastko jesz, ty się śmiejesz. Ty powinnaś już w
tej chwili taktykę opracowywać, co będzie jak trzeba będzie
władzę przejąć. To mówił Andrzej w 1981, że
należy już kadry przygotowywać, politykę. On wtedy już
o tym myślał. Gdybyśmy wtedy posłuchali Andrzeja Bobera, to
teraz miernoty nie byłyby w Sejmie i nie byłoby tego co jest w tej
chwili. Bo byśmy przygotowali wtedy elitę, a nie popłuczyny. To
by się całkiem inaczej potoczyło.
Andrzej miał szalenie oziębłą głowę, gorące
szalenie serce, ale bardzo zimną głowę - przywódczą. On
rzeczywiście oceniał, gdzie jest ryzyko bardzo dokładnie. Co
można dalej, wychylić się w którą stronę, żeby
coś osiągnąć. To nie chodzi o kunktatorstwo, nie, nie, nie.
Trzeźwa mądrość.
Pyt. On bardzo krótko był związany z SB.
Odp. Tak, mówił o tym na początku naszej pracy.
Nie pamiętam dokładnie. Miesiąc czy dwa pracował, to
było wszystko. To nie było ważne w tym momencie. Każdy
musiał się wyspowiadać z grzechów. I on o tym powiedział.
Pyt. On chyba nie pchał się na świecznik?
Odp. W żadnym wypadku. Nigdy w życiu. On
się zajmował wszystkim. Dla mnie, to Andrzej kierował
Związkiem. Tak to było w moim odczuciu. Andrzej miał
najmądrzejsze spostrzeżenia. Część była na
świeczniku, część reprezentowała jak Krupiński, a
Andrzej był cichutki, spokojniutki, malutki i z boczku mówił: „A ja
uważam, kurde, że to trzeba zrobić tak”. I okazało
się, że to trzeba było zrobić tak jak Andrzej mówił.
To, że Andrzej wyjechał jest to jedna z największych strat dla
ruchu postsolidarnościowego w regionie. Jest to jedna z największych
strat.
Pyt. Ciekawy jestem dlaczego Andrzej Bober
zrezygnował. Początkowo po wyjściu z więzienia coś
jeszcze próbowano robić.
Odp. Andrzej nie wytrzymał. I Bożena (jego
żona) miała kłopoty. Ubecja za nimi bez przerwy chodziła.
Andrzej ani pracy nie miał, przecież on jako robotnik pracował
gdzieś (chyba w zakładzie hodowlanym w Słupach) i jeszcze
rewizje. Z kościoła wychodził i go zabierali. Bez przerwy. Ja
uważam, że ubecja była na tyle mądra, jak zawsze
mówił: uważajcie oni są mądrzejsi od nas ponieważ oni
mają specjalistów. Andrzej i Bożena, byli tym zmęczeni. A przy
tym podejrzewam, taką miałam przez sekund rozmowę z Andrzejem
przed wyjazdem, gdyż pożeganinie pierwsze było w Słupach, a
największe to w Przykopie, że już nie są ci sami ludzie. I
on tego też nie mógł, on też to wiedział. Ja to
widziałam również.
Pyt. Stan wojenny był niezwykła próbą.
Odp. I obnażył, obnażył. Stan wojenny
to jest jedno, a potem 1989 rok. Druga próba. To są dwie różnego
rodzaju działalności, a przy tym ujawniło się: ja nigdy nie
deprecjonuję tych, którzy chcą władzy i chcą awansu, bo to
jest normalne, tak powinno być. należy jednak mieć pewną
ocenę własnych kompetencji i własnej odporności.
Pyt. Ja uważam, że można
dążyć do władzy ale w imię czegoś. W imię
dobra społecznego, wspólnego.
Odp. Jasne, to jest rzecz podstawowa.
Pyt. Bardzo ważną postacią był
Krupiński. Był rzecznikiem, później szefem Związku, na
koniec zastępcą Wałęsy.
Odp. On był bardzo błyskotliwy. Tak jak
Grażyna była na błysk, na zewnątrz. Szalenie elokwentna,
potrafiła mówić. To są tego typu ludzie. I Mirek na tym
jechał. Przecież w pierwszej fazie on nie był taki
największy, ale był widoczny, przebojowy, z aparycją. Amerykanie
mają rację, że prezydent powinien być przystojny. I Mirek
był, może nie w moim typie, ale to była taka
powierzchowność też…
Pyt. Czy możesz go ocenić jako szefa Regionu?
Odp. Jako szefa Regionu zupełnie nie, dlatego
że ja już po czerwcu 1981 roku wróciłam do teatru, po wakacjach.
Bo przecież ja na Solidarność, nie tyle wzięłam urlop,
ale mniej grałam w teatrze, rezygnowałam z jakichś tam ról. We
wrześniu 1980 roku myśmy byli jedynym MKZ-em w Polsce, który od
początku nie zaczął działać etatowo. Myśmy
wszyscy pracowali, robiliśmy te słynne dyżury w „dziupli” czyli
w WPKM-ie na dole od wejścia. Ponieważ nikt z pracy nie mógł
się zwolnić. Ja się wycofałam z obsady, chyba ze
„Ślubów panieńskich” i siedziałam na tych dyżurach w czasie
pracy, a potem po 15-tej mnie zmieniali inni ludzie. I tak myśmy gonili do
grudnia, aż dostaliśmy tą siedzibę na Dąbrowszczaków.
Kiedy się zaczęło szefostwo Krupińskiego, kiedy był
normalny Zarząd Regionu, to po czerwcu 1981 roku wróciłam do teatru
do pracy i do MKZ-u przychodziłam tylko na interwencje, na
załatwianie spraw, czy komisję kultury, nic więcej. I jaki
był przewodniczącym Regionu trudno jest mi to ocenić.
Pyt. Ale wcześniej jako działacza?
Odp. Był to sprawny działacz, ale nie
gloryfikowałabym Mirka. Jestem pełna szacunku za to co się z nim
później działo, przeżył straszne rzeczy …
Pyt. On był jedną ze stron w konflikcie z
Wojnowskim.
Odp. Nie chciałabym go skrzywdzić, ale
padały takie głosy, że Krupiński dlatego zaczął
działać w Solidarności, żeby załatwić porachunki
z Wojnowskim …
Pyt. Ale wszyscy byliście przekonani, że to
jest ważna sprawa?
Odp. Bardzo, uważam że jednak
najważniejsza, ja do tego się przyłożyłam, że
zarządziliśmy pogotowie strajkowe, kiedy nie przyjechała komisja
z W-wy na wiosnę w 1981 roku, badać sprawę Wojnowskiego. Chcieli
przesunąć to na jakiś czas, czekać. Wtedy ja się
sprzeciwiłam, że nie wolno czekać w
nieskończoność, bo to jest bicie nas po nosie. To nie
chodziło nawet o Wojnowskiego, chociaż wiedziałam, że
były to duże sumy, tylko chodziło o to, żeby
społeczeństwo zobaczyło, że on jest równy wobec prawa
(teraz to może demagogicznie brzmi). To jest najważniejsze. Gdyby
nam się wtedy udało w 1981 ukarać parę tego typu osób nawet
symbolicznie, ale żeby społeczeństwo zobaczyło, i
Mazowiecki w 1989 roku to powtórzył, byłaby inna atmosfera teraz.
Pyt. Musi być to oczyszczenie.
Odp. Oczywiście.
Pyt. Z Wojnowskim częściowo się
udało, bo przecież w końcu on odszedł.
Odp Tak, ale zostało to, że coś tam
Krupiński, że Łukomski, że dał po mordzie … a to,
że nie jest najczyściej. A po drugie, to władzy
właśnie chodziło o to. Nam chodziło o rozprawę
sądową, nam nie chodziło o tego typu odejście. Nam chodzio
o to, żeby to było w majestacie prawa.
Pyt. Co możesz powiedzieć o Bartuszku, on jest
bardzo mało znany?
Odp. Andrzej Bartuszek kiedy we wrześniu 1980 roku,
gdyż nam olsztyński komitet założycielski MKZ-u zaczął
się wyłaniać w końcu sierpnia, jeszcze przed podpisaniem
umowy w Gdańsku. Wiem, że Leszek Lechowski i inni jeździli do
Gdańska, były jakieś kontakty. I na pierwszym zebraniu w
„Spomaszu”, to była druga połowa września, było zebranie na
którym poznałam po raz pierwszy związki zawodowe już z
całego Olsztyna i przewodniczącym już był (to było drugie
zebranie) Andrzej Bartuszek. Jego zdjęcie mam. Był to prosty, ale
szalenie mądry i kulturalny człowiek. Był ślusarzem, czy
coś takiego. Bardzo prężny, a przy tym słowo
Solidarność ze wszystkich to chyba do Andrzeja pasuje. Facet, który
kiedy trzeba było pomagać, już nawet jak wyszedł w stanie
wojennym z więzienia, nie było sprawy, której nie zrobiłby
Andrzej Bartuszek dla człowieka, dla kolegi, dla przyjaciela. To było
zebranie w Spomaszu, ale później było zebranie w PSTBR na ul.
Lubelskiej i już była zmiana prezydium, bo tam przyszło tak
strasznie dużo zakładów pracy, że zarządzono nowe wybory,
bo to się zrobił inny wymiar. Jak w Spomaszu było nas 30-40 osób
najwięcej, to w PSTBR było nas ponad 100 osób i trzeba było
robić nowe wybory. Przewodniczącym został Edmund Łukomski,
Staszek Mackiewicz i ja zostaliśmy wiceprzewodniczącymi, Mirek
Krupiński rzecznikiem prasowym i kontakty z krajówką. Andrzej
Bartuszek był członkiem prezydium, ale nie był już
przewodniczącym. Ale w pierwszych tygodniach on organizował.
Później internowany, on ciężko chory był na nadciśnienie,
sprawy krążenia, no i żył rok po wyjściu z
więzienia, rok, dwa lata żył niecałe. Zresztą
cały czas działając w tym czasie. I później wylew krwi do
mózgu - 33 lata. Dokładnie przyłożyła się do tego
interna. Pogrzeb Andrzeja był takim momentem, że pozbieraliśmy
się trochę, nawet z województwa poprzyjeżdżali na jego
pogrzeb. To był maj, to było 9 maja 1984. Wszyscy się
zebraliśmy. W imieniu Solidarności ja go żegnałam. Byli
wszyscy, i to mnie bardzo cieszyło.
Chociaż już wtedy (nie chcę nazwisk wymieniać, gdyż
ludzie jeszcze żyją) przed kaplicą przy Szpitalu Wojewódzkim
już nie staliśmy razem. Ja stałam z grupą ludzi …
Przychodzili inni, już do nas nie podchodzili wszyscy, po czym ja
chodziłam do różnych ludzi, a część już się
z sobą nie witała. To jest straszne.
Pyt. Krupiński miał bardzo ciężkie
przejścia w więzieniu (Wojtek bardzo krytycznie go ocenia).
Odp. On się odsunął od nas. Ja nigdy nie
będę nikogo sądziła ani oceniała, ponieważ ja nie
przeszłam przez więzienie, nie wiem co to jest i nie mam
pojęcia jaka byłaby moja reakcja … Odsunął się
zupełnie od nas, ale po pogrzebie Andrzeja po jakimś czasie go
spotkałam, on zapowiedział mi, że będzie pomagał
Kaśce, czyli „Grubej”, żonie Bartuszka. On tylko ze mną
może mieć kontakt, bo on nie chce z ludźmi mieć do
czynienia. Powiedział, że będzie mnie te pieniądze czy
jakąś pomoc przekazywał. Nigdy mnie dla Kaśki nie dał,
raz prosił mnie o adres i podałam mu adres Kaśki. Ale
przecież nie będę go kontrolowała. Był u mnie w
Przykopie ze dwa razy. (mam zdjęcia z 8 października w Przykopie
kiedy są wszyscy). Nie chcę osądzać, ale Krupiński z
takim ciężarem przeżyć gdyby był z nami, to też
byłoby inaczej. Albo coś wiedział o ludziach i nie chciał …
Odsunął się i to jest niedobre … Nie wiem jak bym
zareagowała na pobyt w więzieniu, ale mając taką
pozycję czuła bym się w obowiązku tu jednak ludziom
pokazać, że ja jeszcze żyję, że ja jestem … i
pościągać tych ludzi, żeby oni byli razem.
Pyt. Podobnie Andrzej Bober.
Odp. Trudno tu porównywać te dwa pobyty w
więzieniu, ale Andrzej Bober siedział w jednej celi z mordercą,
z zwyrodnialcem, który gwałcił i mordował małe dziewczynki.
On siedział z nim przez parę miesięcy. To co on
przeżył, to jest straszne. Nie wiadomo czy fizyczne cierpienia
są gorsze, czy z takim indywiduum siedzieć. I jeszcze zachowywał
się, ja nie mogę po prostu mówić … Nie można
wyporności ludzkiego umysłu oceniać. Niemniej uważam,
że Krupiński jeżeli sam nie miał siły, to powinien
komuś dać cynk, że ja żyję, włączyć
się raz.
Pyt. Co możesz powiedzieć o księdzu
Żołnierkiewiczu?
Odp. Był cały czas z nami, natomiast
zupełnie nie mam pojęcia o sprawie pieniędzy. Natomiast
później wszystkie inicjatywy kiedy chciano wystąpić w
kościele, kiedy chciałam cokolwiek zrobić, to Jul był
zawsze z nami … To znaczy był z Solidarnością. To znaczy
też był okres kiedy nie chciał z nami rozmawiać,
dokładnie z Andrzejem Bartuszkiem i ze mną, w stanie wojennym po
wyjściu Andrzeja z więzienia 1982r. Ale to było przez moment, on
podobno nawet pobity był. I tego nikt do końca nie
wyjaśnił, nie wiem czy Jul się teraz do tego przyzna, czy powie
co było z nim.
Pyt. Na pewno on też był pod dużą
presją.
Odp. Ach, na pewno!
Irena: Chodzi o pieniądze, które były
przekazywane z Zachodu. Jedni drugich oskarżali o ich przywłaszczenie.
Ja jeżeli dostałam jakieś pieniądze, to dawałam przy
świadkach. Gdy Andrzej Bober wyjeżdżał to powiedział,
że postara się aby pieniądze były przekazywane na ręce
M. Powroźnego lub moje. Ja jednak nie otrzymałam żadnych
pieniędzy, o ile mi wiadomo to Powroźny też nie[10].
A. Bobera odwoziłam do W-wy. Pamiętam, że jakaś kobieta
głośno na lotnisku, kiedy mnie zobaczyła, to zawołała,
że ma dla mnie jakieś ulotki i materiały do Olsztyna. Nie
zachowała żadnej ostrożności.
END
Rozmowa z Heleną Cynalewską
w dniu 28.04.1993r.
H.C. W niedzielę 13 grudnia,
idąc do kościoła, przeszłam ul. Dąbrowszczaków.
Stał tam samochód milicyjny po jednej stronie i drugiej. Na dole była
dziura, wybita szyba, dyktą zabite i wtedy poszłam do
kościoła. Na ul. Mickiewicza spotkałam Wojtka Niepokulczyckiego.
Tego dnia nie było go w domu, szukali go ale nie wzięli. Chwilę
porozmawialiśmy, poszliśmy do kościoła i po Mszy św.
mieliśmy się spotkać. W pewnym momencie odwróciłam się
i zauważyłam, że go
już nie ma, nie stał za mną. Później mi powiedział,
że była kupa ubeków w kościele i on po prostu uciekł. No i
znowu zostałam sama. Byłam taka bezradna, myślałam, że
trzeba wyjść na ulicę chodzić, krzyczeć i szukać
gdzieś kogoś, bo zdawałam sobie sprawę, że coś
trzeba robić, a ja zupełnie nie miałam gdzie i nie miałam
jak. Potem zaczęłam przy kościele, ponieważ tutaj w tym
KIK-u znałam pana Borzyma, Jasia Kumora, tych wszystkich i
wiedziałam, że tutaj przychodzi pomoc i po prostu wkręciłam
się w to, na tej zasadzie, że oni mnie znali, wiedzieli kto ja
jestem. Poszłam do Żołnierkiewicza, który znał mnie od
bardzo dawna, bo w tej parafii jestem od niepamiętnych już czasów, od
1958 roku tu mieszkam. Powiedziałam mu jaka jest sprawa. On
powiedział, że dobrze i poprosił tę panią Danusię
i powiedział jej, że wszystko co ja będę dawała,
wszystkie wykazy, wszystkie nazwiska i o co będę prosiła, to
żeby było uwzględnione. I
wtedy zrobiłam listę, napisałam te wszystkie nazwiska i tak
się z nimi umówiłam, że co jakiś czas przyjdę,
wezmę kartki i dostarczę ludziom i oni będą przychodzili po
odbiór. Z tym, że ponieważ byli to ludzie, którzy nie bardzo lubili
korzystać z takiej pomocy, więc zwykle robiliśmy to w ten
sposób, że był dzień kiedy ci ludzie przychodzili, albo
jakieś godziny, np. od 19-tej tylko dla rodzin internowanych. Tak,
żeby nie było to w ten sposób, że to z takim najróżniejszym
elementem, różni bowiem ludzie przychodzili. Zrobiliśmy więc
osobno.
Pyt. Czy ta pomoc organizowana przez
kościół NSPJ była dość istotna?
Odp. Wydaje się, że tak, tylko
nie wszyscy chcieli z niej korzystać. Była część
ludzi, którzy nie chcieli przychodzić.
Pyt. Ale wszyscy propozycje mieli?
Odp. Tak. Na pewno to było dużo.
To była odzież, dużo żywności. Szczególnie w tym
początkowym okresie było tego naprawdę dużo.
Pyt. Pani Heleno, a więc były
jak gdyby dwa ośrodki, kościół NSPJ i kościół św.
Józefa?
Odp. Kościół św. Józefa, to
było trochę później. Początkowo to było tylko przy
NSPJ. Później gdy był zorganizowany ośrodek przy kościele
św. Józefa, to tutaj nadal była wydawana pomoc, ale już w mniejszym
wymiarze.
Pyt. Kiedy zaczął
funkcjonować ośrodek przy kościele św. Józefa?
Odp. To było chyba wiosną 1982
roku, bo pamiętam, że było ciepło jak tam do nich
chodziłam i wtedy oni tam mieli już swoje kartoteki. Tam każdego
nowo aresztowanego czy represjonowanego rejestrowano, bo tam im
zgłaszałam i oni według tych kartotek powinni prowadzić
tę pomoc. Ja już wtedy tej pomocy specjalnie nie kontrolowałam,
wycofałam się, najwyżej gdy ktoś czegoś
potrzebował to załatwiałam tutaj w kościele. Byli tacy,
których umawiałam i tutaj przychodzili. Część ludzi nie
chciała przychodzić. Pamiętam panią Śnieżko, jak
rozdawałam kartki, to ona nigdy nie chciała. Kiedyś tylko
powiedziała, że gdyby były jakieś tenisówki potrzebne
dziewczynkom. Wzięłam rozmiary. Część rodzin
miała pomoc z Norwegii. Widocznie te nasze listy tam dotarły. Nie pytałam,
kto co i jak ale wiem, że część ludzi dostawała. A
więc ta pomoc szła bezpośrednio na adresy tych rodzin, była
pomoc tu przy kościele, a potem była pomoc w tym punkcie przy
św. Józefa, ale później tam już tych rzeczy było coraz
mniej, jeżeli chodzi o odzież i inne rzeczy.
Pyt. Czy była również pomoc
finansowa?
Odp. Tu przy kościele NSPJ była,
z tym że tu przy kościele też zbierałam pieniądze i
przekazywałam te pieniądze ks. Borzyszkowskiemu z informacjami o
ludziach, którzy potrzebują. I on z tymi pieniędzmi szedł. Z
tym, że czasami te pieniądze on mnie dawał, a czasami ja jemu
dawałam i mówiłam gdzie, co i jak. Czy była pomoc finansowa
przy kościele św. Józefa, to nie wiem. Ja nie miałam żadnej
podstawy, żeby ich o to wypytywać.
Pyt. A czy wchodziły tutaj w grę
pieniądze z zagranicy?
Odp. Ja z takimi pieniędzmi nie
miałam do czynienia. Wiem, że coś takiego było.
Pyt. A jeśli chodzi o te
pieniądze, które pani dostarczała lub zbierała, czy może
pani podać przykład, że one do kogoś trafiły?
Odp. Np. do Boberów. Byłam u
Dunajewów i dowiedziałam się, że Bożena Boberowa (oni mieszkali
w Słupach) nie ma pieniędzy na kupno węgla. I powiedziałam
o tym księdzu Borzyszkowskiemu. Jak poszłam po kilku dniach do
Dunajewów, okazało się że był już ks. Borzyszkowski i
te 5 tyś. zł było i Bożena węgiel wykupiła.
Pamiętam, jak przyszłam, rzucili mi się na szyję. Ja pytam
o co chodzi? - Och, niech pani nie udaje. Mówiliśmy pani o 5 tyś.
zł., a te 5 tyś. już przyszły i węgiel
wykupiliśmy. W tamtym czasie te 5 tyś. to były ogromne
pieniądze dla tych ludzi. I wiem, że te pieniądze
dochodziły do ludzi.
Pyt. Chodzi mi o aktywnych członków
Solidarności.
Odp. O wielu mogę powiedzieć
później, po stanie wojennym, ponieważ byłam dochodzącym
członkiem Zarządu Regionu, więc spotykałam się raz w
miesiącu lub dwa razy na dwa tygodnie i siedziałam w jednym miejscu
podczas zebrania. Koło mnie siedział pan ze Szczytna, a z urzędującymi,
właściwie niewiele mieliśmy kontaktów. Z tych młodych to
był Żyliński Marek, ale z tych dawnych członków
Zarządu, to niewielu znałam. Właściwie dopiero stan wojenny
nas zbliżył i te wszystkie sprawy.
Pyt. Ma pani przed sobą listę
członków Zarządu Regionu?
Odp. Z tej listy mogę bardzo
pozytywnie powiedzieć o Andrzeju Boberze. Między innymi jak Bober
miał wyjeżdżać, to siedzieliśmy w Przykopie i pół
nocy przegadali. Było mi go serdecznie żal. Było mi żal jak
wyjeżdżał Przewłocki, on nie był w Zarządzie
Regionu, ale to był taki działacz z OZOS-u, bardzo wartościowy,
ale on wyjeżdżał ze łzami w oczach. Zresztą Bober tak
samo.
Bober był małomówny, zamknięty w sobie, nie robił niczego
na pokaz i to co robił to miało sens. Lubię ludzi konkretnych,
nie takich, którzy się popisują. Część tych ludzi
zupełnie się nie sprawdziła. Z częścią ludzi
trudno było się dogadać, np. miałam żal do tych,
którzy powyjeżdżali tak szybciutko, tak właściwie
pouciekali, tak jakoś nieładnie np. Krupiński, to był
pogrzeb Bartuszka, on przyszedł na pogrzeb, ale właściwie do nas
nie podszedł. Stał zupełnie osobno i nie wiem dlaczego, ale
myśmy też nie zrobili kroku i właściwie tak jakbyśmy
byli jakimiś, ja wiem? Była między nami taka jakaś
przepaść. Bo ci wszyscy, którzy powychodzili, jakoś się tak
kontaktowaliśmy. Rondomański, Niczyperowicz i Wiesiek Brycki.
Jakoś tak staliśmy razem, a Krupiński stał zupełnie z
boku. Nie wiem, czy to były jakieś sprawy ze stanu wojennego. Nie mam
pojęcia, nie wiem. On właściwie potem z nami nie
nawiązał kontaktu. Wiem, że siedział w domu sam i
właściwie kontaktów z nim nie było. Bober później
poszedł do tej ciężkiej fizycznej pracy, jako pracownik w
jakiejś brygadzie przy hodowli indyków. Gdzieś tu pod Olsztynem
była jakaś tuczarnia indyków. I on tam pracował. Nosił
worki 50-kilagramowe z paszą. Ponieważ tam w większości
pracowały kobiety, więc je wyręczał i jak wracał do
domu to nieraz dosłownie szedł wyczerpany. Gdyż do takiej pracy
fizycznej nie był przyzwyczajony, ale pracował tam i później
wreszcie zdecydował się wyjechać.
Pyt. Czy on mówił dlaczego?
Odp. Tak. To było chyba w ten sposób,
że on nie chciał siedzieć bezczynnie, a zdawał sobie
sprawę, że jeżeli do czegoś się włączy, to
się może źle skończyć, a poza tym był
rozczarowany w stosunku do wielu osób. A powiedział, że tak
siedzieć i tylko pracować fizycznie, to nie chce.
Pyt. A co pani może powiedzieć o
Przewłockim?
Odp. Przede wszystkim Przewłocki ma
dwoje chorych dzieci. Przewłocki jest cudownym ojcem i rzeczywiście
dla tych dzieci, jak potem przychodziłam, jak on już wyszedł. Z
tym, że po wyjściu on też nie dostał pracy. Pracował
prywatnie. Ja znam jego braci. On się wybił ponad poziom. On
pracując, skończył studia. Jego brat jest zwykłym prostym
robotnikiem. Przewłocki się wybił o własnych siłach
ciężko pracując, mając dwoje chorych, upośledzonych
fizycznie dzieci (mają zrośnięte kręgi szyjne, głowa
wyrasta z ramion). I on tymi dziećmi zajmował się bardzo
dużo. On z tymi dziećmi chodził na różne jazdy. Kiedyś
wypożyczył, (ja miałam zbiór znaczków), znaczki polskie od 1945
roku. On je pożyczył, gdyż chciał je synowi pokazać,
wytłumaczyć i poopowiadać i razem z synem te znaczki
oglądał, tłumaczył. On pracował fizycznie. Był
taki okres, że za tą pracę (on pracował u kogoś w
jakiejś firmie budowlanej), nie dostał pieniędzy. Była
zima, w czasie której oni właściwie głodowali. Jak go
spotkałam na wiosnę, to on się właściwie
zdecydował. Bo wcześniej długi czas nie mówił o
wyjeździe. Mówił, że jego miejsce jest tutaj i że
będzie tu cały czas. Ale potem powiedział mi, że takiej
drugiej zimy on nie jest w stanie przeżyć. Powiedział:
Proszę pani, to przekracza moje możliwości. Ja nie mogę na
to patrzeć. Nie wystarcza nam, jego żona była
pielęgniarką. I powiedział: Drugiej takiej zimy ja psychicznie
po prostu nie wytrzymam. Gdy wyjeżdżał, spotkałam go na
ulicy, miał naprawdę łzy w oczach.
Pyt. W którym roku on wyjechał?
Odp. To był chyba rok 1985. On
wyjechał jako jeden z ostatnich. Bo część osób
wyjechała momentalnie. Część miała dosłownie
załatwione papiery na wyjazd z chwilą gdy wychodzili z internowania.
I wtedy się z nikim nie kontaktowali, te sprawy ich zupełnie nie
interesowały. Widać było, że to byli ludzie, którzy byli bo
byli, ale jak się skończyło, to w ogóle przestało ich to
interesować. I z tymi ludźmi właściwie nie było
żadnego kontaktu. Najdłużej trzymał się Wiesiek
Brycki, trzymał się Rondomański, który powiedział, że
nigdy nie wyjedzie. Nieczyporowicz pojechał, ale to chyba żona go
namówiła.
Pyt. Właśnie Irena Telesz
mówiła, że te emigracje w wielu wypadkach, to były emigracje
żon. To jest czynnik bardzo ważny.
Odp. Może na to jeszcze
wpłynęła ta pomoc stanu wojennego. Jak te żony
zobaczyły, to co przychodziło z zachodu, jakie to są rzeczy,
jakie są możliwości, a co my mamy tutaj. Bo rzeczywiście
cała masa rzeczy była naprawdę wartościowa, bardzo dobra,
bardzo ładna. To wszystko przychodziło, nawet jeśli chodzi o
żywność w tych opakowaniach, te wszystkie proszki,
najróżniejsze środki chemiczne. To rzeczywiście na podstawie
tych darów, to było Eldorado. Jeżeli się stworzyła
jakaś szansa, to była tak silna presja.
Rodzin te sprawy polityczne nie interesowały, ważne było,
że mąż nie pracuje, że jest bez pracy. Tak długo
się wahał pan Porc też. Pracowała tylko jego żona, on
nie pracował. Był pracownikiem na Wydziale Geodezji i tam nie
miał prawa powrotu. To był już pan w średnim wieku, znaczy
młodszy ode mnie, ale nie tak dużo młody. Po prostu on nie
wiedział co robić. Właściwie żyli z pomocy. Im
cały czas pomagało Kortowo, nie pracowała żona i miał
dwie dziewczynki. On też mi powiedział, że już na cudzym
garnuszku dłużej żyć nie może. Pamiętam,
byliśmy na takim spotkaniu w KIK-u i wtedy właśnie
powiedział, że musi wyjechać. Część osób nie
odnalazła się już w ogóle, zupełnie się już potem
nie kontaktowała. Znaczy z chwilą wprowadzenia stanu wojennego dla
nich się sprawa skończyła.
Byłam związana z Rondomańskimi. On myślał trochę
inaczej. O nim też kiedyś puścili historię, że jest
związany z UB. Pamiętam była taka historia, był
zorganizowany opłatek. Ktoś wcześniej przyszedł do mnie i
powiedział: Niech pani uważa z Rondomańskimi, bo on jest UB-ek.
A dokładnie chyba następnego dnia czy w dwa dni później
przyszedł do mnie, aby powiedzieć, że jest organizowany
opłatek członków Zarządu Regionu i że on po mnie
przyjedzie. Nie powiedział gdzie i jak tylko, że co[AP6]ś takiego będzie. Pamiętam,
że jak przyszedł, to córka moja mówi: Mamo, przecież ciebie
zabiorą na UB. Powiedziałam: Kochana, przecież ja mam
czystą torbę, czysto w domu, a jeżeli nie wrócę do rana, to
przynajmniej będziesz wiedziała gdzie mnie szukać. I
rzeczywiście pojechaliśmy z panem Rondomańskim i okazało
się, że to była nieprawda. Byliśmy na tym opłatku …
Pyt. Dużo osób było ?
Odp. Nie, było nas kilka osób. To
było organizowane u państwa Piskunowiczów w domu. Wtedy był
Powroźny, p.p. Piskunowiczowie, Rondomański, Grucela i jeszcze kilka
osób. Gdy wróciłam do domu powiedziałam wtedy mojej córce: Widzisz
jak to ludzie ludzi posądzają, byliśmy i nic się nie
stało. Powroźny przyszedł wcześniej, on wcześniej
był wypuszczony, druga część jeszcze siedziała.
Rondomański też wcześniej wrócił z internowania, jako
rodzina zastępcza, bo on miał adoptowanego syna. I też
wyszedł wcześniej, gdyż nawet ze szkoły poszła
jakaś inicjatywa, że dziecku jest ojciec potrzebny i wtedy go chyba
zwolnili wcześniej. Tak, że kilka osób było takich, z którymi
rzeczywiście z przyjemnością się kontaktowało i
było o czym porozmawiać.
Bardzo długo utrzymywałam kontakty z panem Piotrowiczem, który
był też tak samo jak ja, dochodzącym członkiem Zarządu
Regionu. Do końca odbierał ode mnie zawsze gazety i je rozwoził.
Zbierał pieniądze, zbierał pomoc. Tak, że wtedy często
w Rezonansie, pod pseudonimem „Kazik” przekazywał te pieniądze.
Często były podziękowania dla niego. Właściwie byli
ludzie, po których można było się bardzo wiele spodziewać i
nie było nic, a byli ludzie po których się właściwie
niczego nie spodziewałam i okazało się, że ci ludzie
rzeczywiście pomagali i rzeczywiście włączali się do
wielu rzeczy.
Pyt. Jakie imię miał pan
Piotrowicz?
Odp. Franciszek. Był bankowcem. On
rzeczywiście narażał się, a ma czworo czy pięcioro
dzieci. Byli ludzie, którzy ryzykowali dużo.
Pyt. Czy pamięta pani kogoś z
takich ludzi szerzej nie znanych?
Odp. A więc był okres,
właściwie przez cały czas bardzo dużo robiła pani
Danusia Gulko. Po wyjściu z więzienia i wcześniej. Zresztą
byłam na jej sprawie. Baśka Nowakowa też, tylko ona robiła
bardzo dużo hałasu. Ja potem się z Baśką trochę
bałam, bo to wszystko było tak głośno i mi się
wydawało, że … np. szła do mnie po prasę, przychodziła
i mówi: Pani Leno, nakleiłam u pani na dole jakieś tam ulotki. -
Matko Boska! Pani Basiu, nie mogła pani gdzie indziej? Więc to
było dla mnie szaleństwo, bo wie pan, ja mogę rozkleić w
stu różnych miejscach, ale klejenie w domu, w którym wiadomo, że jest
kupa bibuły, do którego się przychodzi po bibułę, to uważam,
że to szaleństwo. I potem ja się jej bałam. Potem cały
czas pomagałam Boberowej. Boberowa w różne te sprawy
włączyła się. Pomijając to, że jak trzeba
było to jej, ale ona się włączała we wszystko bardzo
chętnie. Tak, że byli ludzie tacy z którymi się pracowało,
z którymi wcześniej właściwie zupełnie nie byłam
związana.
Pyt. Interesuje mnie sprawa
kolportażu. Skąd pani otrzymywała gazety?
Odp. Z Warszawy. Do mnie dostarczano. To
było tak: początkowo ja odbierałam i to szło od Basi Nowakowej,
ale ponieważ raz, że mąż był przeciwny, był ten
maluch, który im się urodził, a poza tym Baśka Nowakowa wiecznie
miała jakieś kłopoty z milicją, bo to ją zatrzymywali.
To chyba było jak ją aresztowali, chyba po tym Lidzbarku (już
nie pamiętam) i wtedy właśnie była taka sytuacja, że
trzeba było od niej zabrać i to już nie powinno do niej
wrócić. I wtedy ja powiedziałam, że ja to mogę od niej
wziąć do siebie do domu, ponieważ ja jestem sama, jestem na
emeryturze. Z pracy mnie nie zwolnią, więzienie też
liczyłam, że ze względu na wiek i na moją chorobę, to
może mnie ominie. Niewiele ryzykuję i powiedziałam, że
proszę bardzo jeżeli chcecie to niech to będzie u mnie. I potem
przez tych kilka lat, właściwie do 1989 roku, to szło cały
czas ode mnie. Z tym, że zmieniali się dostawcy. Jednego z nich to
jeszcze spotykam czasami na ulicy. On potem się chyba ożenił i
żona mu zabroniła i wtedy przyszedł kto inny. Był taki
jeden, który wyjechał za granicę, później znowu powrócił.
Był taki okres, że dowoził mi ktoś z Warszawy. Ja
znałam tylko ich imiona, niewiele o nich wiedziałam.
Właściwie ważna była tylko sprawa rozliczania się z
dostawcami. Bo to był stały dzień umówiony, z reguły raz w
tygodniu, powiedzmy środa, albo raz na dwa tygodnie. Zresztą
umawialiśmy się i przywożone było z Warszawy, skąd i
jak, to nigdy nie pytałam.
Pyt. Jakie tytuły?
Odp. O, dużo. „Wiadomości”.
Potem przychodził taki mały serwis, „Tygodnik Mazowsze”, był
KOS, był nauczycielski jakiś, potem był z Woli jakiś.
Czasem dostawałam jakieś krakowskie, czasem katowickie.
Pyt. Ile egzemplarzy się
rozchodziło?
Odp. 100, oczywiście wszystkich
tytułów. Ja kiedyś policzyłam, to w tych czasach obracałam
chyba na miliony. To było chyba po kilkaset tysięcy, jednych i
drugich. Oprócz tego były książki. Książek było
dużo, różnych. Były także znaczki.
Pyt. Czy znaczki również produkowano
w Olsztynie?
Odp. Tak, ale w porównaniu z tym co
dostawałam, to był drobny wycinek. Znaczki były bardzo
ładne. Ładne były krakowskie, wrocławskie. Była taka
ładna seria Matki Boskiej Ostrobramskiej. Miałam dwa albumy tych
znaczków i mi skradli złodzieje.
Pyt. Czy pani rozprowadzała Rezonans?
Odp. Też. Jak wychodził, to
rozprowadzałam. Tylko, że on był później wydawany
nieregularnie, ale on już do mnie trafiał z reguły od innych.
Pyt. Czy pani orientowała się
kto wydawał Rezonans?
Odp. Tam się zmieniało. Tam byli
bracia, którzy mieszkali w Likuzach. Tam jakiś czas Wojtek Niepokulczycki
siedział, to się zmieniało. Bracia z Likuz trzej, ale w
końcu ich szwagier wydał. To było chyba trzech braci, takie
gospodarstwo w Likuzach nad samym jeziorem, daleko na cyplu. I oni, wiem,
że w ulu mieli schowany powielacz i szwagier po pijanemu, zatrzymała
go milicja, oni co[AP7]ś tam wiedzieli i z niego to
wycisnęli. Zrobiono obławę i wszystkich zwinęli. Wiem,
że chyba dwaj, czy wszyscy, wyjechali. Jeszcze potem były różne
akcje: chodziło się i w tym gospodarstwie pomagało, przy
żniwach, a tych trzech braci aresztowano. Ale ja starałam się
jak najmniej wiedzieć, jak najmniej pytać, ponieważ raz, że
za mną ciągnęła się historia ubowska, a poza tym ni z
tego ni z owego gdzieś kogoś aresztowano i potem się
okazywało, że ktoś coś robił, i że gdzieś
ktoś powiedział, a ja z przyjemnością stwierdzałam,
że nic o tym nie wiedziałam. To, że na pewno nie mogłam, bo
po prostu o tym nie wiedziałam. Tak, że nawet tych którzy do mnie
przychodzili, nigdy właściwie o nic nie pytałam, ani gdzie kto
mieszka, gdyż uważałam, że im mniej wiem, to w razie czego
się nie wygadam. Nigdy nie byłam wcześniej przesłuchiwana
i nigdy nie wiedziałam jak się zachowam, jak zniosę takie
różne sytuacje. Dlatego uważałam, że im mniej wiem, tym
jest bezpieczniej dla tych ludzi. Jak przyszedł i powiedział,
że jest Olek, no to dobrze, to jest Olek. Potem powiedział, że
ma taką sytuację rodzinną, że się żeni i nie
może, no to nie może. I przyszedł ktoś następny, ale
kto on był, gdzie, co i jak, nigdy nie wiedziałam i nigdy go o to nie
pytałam. Bo jednak zawsze sobie zdawałam sprawę, że zawsze
mogą do mnie przyjść. Tym bardziej kiedy przyszli do mnie kiedy
było to spotkanie - zebranie u mnie. Bo myśmy w 1988 roku
zaczęli robić już takie zebrania i to było ogłaszane
w Rezonansie. W kilku Rezonansach było.
Pyt. Jak wyglądał przebieg tego
zebrania, na które zjawiła się milicja i SB?
Odp. To była dziwna sprawa.
Potwierdzało by to tylko, że rzeczywiście moje mieszkanie
było obserwowane. Bo jak przychodziła do mnie czasem Baśka
Nowakowa, to mówi: Pani Heleno, ale przecież u pani pilnują. Na
podwórku stoi samochód taki i taki, nr rejestracyjny, gość siedzi i
czyta gazetę. Albo czasami nawet do mnie dzwoniła i mówiła …
Ja mieszkam róg Kościuszki i Kętrzyńskiego i z tyłu jest
takie podwórko, gdzie się podjeżdża do sklepu mięsnego i
rybnego, ale ja chodząc po ulicach nigdy się nie oglądałam.
Zawsze szłam tak normalnie, zwyczajnie i nie znałam żadnych
numerów samochodów. Nigdy nie wiedziałam, czy za mną ktokolwiek
idzie, czy jedzie. Bo po prostu wychodziłam z domu i szłam, bez
żadnych jakichś oglądań się gdziekolwiek. Ale
widocznie było tak, że musieli mnie obserwować.
Mieliśmy kilka takich spotkań. jedno spotkanie było w
kościele Franciszkanów, drugie spotkanie było u rodziców
Wieśka Bryckiego, potem było spotkanie u Rondomańskiego. I
zawsze na każdym spotkaniu umawialiśmy się na termin i miejsce
następnego. Z tym, że umawialiśmy się na piśmie i na
migi, zdając sobie sprawę, że może być gdzieś
jakiś podsłuch. I jak było to spotkanie u Rondomańskiego,
to też na piśmie i na migi, umówiliśmy się na spotkanie u
mnie. Miało być chyba po dwóch tygodniach.
Pyt. Kto był na tym spotkaniu u
Wieśka Rondomańskiego?
Odp. Wszystkich panu nie wymienię, bo
już nie pamiętam. Był Rondomański na pewno, byłam ja,
pan Piotrowicz, Gierczak, Brycki. Nie wiem czy był ten pan z Nidzicy -
Kisieliński, ale nie pamiętam. I nie pamiętam, czy był pan
Kamiński, bo on u mnie był. Może była też
Grażyna. Bywało nas tak około 10 osób i później
wydawaliśmy takie oświadczenie, … Nie mogliby się
określać Zarządem Regionu, bo nas było tylko 10 osób, a
Zarząd liczył 60, ale żeby ludzie wiedzieli, że coś
się dzieje i że odbyło się takie spotkanie. One
głównie odbywały się po to, żeby ludzie wiedzieli, że
coś istnieje, i że w każdej chwili to może być
większe. To były cztery czy pięć spotkań. Jeszcze u
ks. Żołnierkiewicza też się spotykaliśmy, w
którejś z salek. Od kilku miesięcy odbywały się takie
spotkania, które już uznaliśmy za zebrania, o których należy
podawać komunikat. I potem było umówione to spotkanie u mnie. Dwa dni
przed tym spotkaniem przyjechał do mnie mój kolega z Lublina na zjazd
Polskiego Towarzystwa Zootechnicznego w Kortowie i on u mnie nocował. Z
tym, że on już tego dnia kiedy u mnie miało być to
spotkanie, albo jeszcze wcześniej, były te Latające
Uniwersytety, jedno ze spotkań też było u mnie i wtedy było
sporo ludzi, gdyż ponad 20 osób i wtedy nikt nie przyszedł.
Pyt. A w którym roku było to
spotkanie Latającego Uniwersytetu?
Odp. Może 1987? Chyba tak, bo
wcześniej było ono u Ziuty. Do mnie przyjechał jakiś pan z
Krakowa. Tak, że przyjeżdżali lektorzy na te spotkania. I u mnie
to było z takim panem z Krakowa, taki brodacz stary.
I właśnie jeszcze przed tym spotkaniem u mnie, przyjechał ten
kolega z Lublina, ponieważ był to mój kolega ze studiów, znał
moją siostrę, więc byłam z nim któregoś dnia po
południu u mojej siostry, a tego dnia, kiedy miało być u mnie
to spotkanie, on już wyjechał, tak, że on nawet nie
wiedział o tym, że będzie to spotkanie. Wyjechał
wcześniej, a spotkanie miało odbyć się wieczorem o 19-tej
chyba. Czekając na tych wszystkich, byłam w kuchni paliłam
papierosa i zauważyłam w sklepie „Kubia”, stał gość i patrzył w stronę
ulicy Kętrzyńskiego i tak się zastanawiałam, czemu on tam
stoi. Ze względu na to, że mieli być u mnie ludzie, to
byłam czujniejsza niż zwykle. Ten gość wydał mi
się jakiś taki podejrzany, ale wszyscy się poschodzili wtedy
dość szybko, już w czasie wizyty milicji w domu, przyszedł
Powroźny z taśmami, nagraniami, które chciał nam
puścić, ale na szczęście bagaży gości nikt nie
sprawdzał.
Pyt. Ale kto się zjawił na tym
zebraniu? Do momentu wkroczenia milicji.
Odp. Wszyscy się zjawili, a więc
była Grażyna Langowska, pan Kamiński, pan Piotrowicz, Brycki,
był Rondomański na pewno, w sumie było 10 osób, byłam ja, i
Gierczak. I kto mógł być jeszcze? W sumie 10 osób. A milicjantów
przyszło czterech, dwóch mundurowych (dzielnicowy i jakiś drugi z
krótkofalówką), trzech cywili i potem przywieźli pana z Urzędu
Wojewódzkiego, który wygłosił taką formułkę, że
to jest nielegalne zebranie, że musimy się rozejść. Jak to
powiedzieli, stwierdzili, że muszą przeprowadzić rewizję.
Ponieważ moje znaczki wyjechały do mojej córki, a ja się tak
umówiłam, że wieczorem pojadę do córki, zapytałam czy
mogę zadzwonić do córki. Pozwolił, więc zadzwoniłam i
mówię, że nie przyjadę, gdyż u mnie jest UB i robią
rewizję. Wtedy ten pan skoczył, że nie UB i nie rewizja. ale dla
mnie jak zwał tak zwał, chodziło mi o to, żeby córka
sprzątnęła te znaczki. Co zresztą od razu zrobiła. No
i przystąpili do tego przeszukiwania, myślę że byłam
wcześniej obserwowana, gdyż w kuchni leżał list od mojej
ciotki z Kanady, na stole adresowany do mojej siostry na ul. Słowackiego.
I on od razu zobaczył ten list i mówi: Dlaczego u pani list adresowany na
Słowackiego? Kto tam mieszka na Słowackiego? Ja mówię: To moja
siostra. To jest list od mojej ciotki z Kanady pisany do nas dwóch, jeżeli
pan chce to niech pan czyta. A on na to, że dziękuje. Więc
wiedziałam, że to Słowackiego ich ciekawiło. I pierwsze
pytanie jak oni weszli to: Kto tu jest z państwa nietutejszy, kto jest
spoza Olsztyna? No i był ten pan z Nidzicy i on pierwszy
wyciągnął dowód. Ale z tego wnioskuję, że oni musieli
wiedzieć, że u mnie jest ktoś spoza Olsztyna i sądzili,
że to jest niewiadomo kto, że to były jakieś kontakty
gdzieś na ul. Słowackiego i przypuszczam,
że w związku z tym oni tak obserwowali moje mieszkanie. I
sądzili, że tu jest jakiś delegat krajowy, zagraniczny, a
okazało się, że to był Polak, kolega, który poszedł na
bal Polskiego Towarzystwa Zootechnicznego.
Pyt. Oni wkroczyli i czego
chcieli?
Odp. Kazali się wszystkim
rozejść. My siedzieliśmy, piliśmy herbatę. Nie
było żadnych jakichś rzeczy.
Pyt. Czy coś znaleźli?
Odp. Nie, jedną
„Kulturę” paryską miałam i ją zabrali i taką
karteczkę - to było rozliczenie znaczków, która nie wiem dlaczego
była w wazonie. Nigdy takich rzeczy nie robię i tam musiało
wpaść w czasie rewizji, z wazonu wyciągnęli. Potem mnie o
to pytali. No i kazali wszystkim iść. Ja się bardzo bałam,
czy ich wszystkich gdzieś nie powieźli. A u mnie został pan
Kamiński i Grażyna, zostali jako świadkowie rewizji.
Pyt. To znaczy rewizji
osobistych nie przeprowadzano?
Odp. Nie. Rozejść
się tylko. Oni myśleli, że coś tu jest przywiezione. Ja
przypuszczam, że ten list ktoś obcy, który przyjechał do mnie,
przywiózł jakieś materiały krajowe, żebyśmy się
tu spotkali nad tymi materiałami.
Pyt. Michał Powroźny
przyszedł później?
Odp. Tak. On przyszedł
gdzieś tak o godzinę później. A myśmy siedzieli, pili
herbatę i rozmawialiśmy.
Pyt. Jeśli chodzi o te spotkania,
jaka wówczas była wasza ocena sytuacji? Czy były jakieś plany?
Odp. Plany, to było cały czas
przygotowywanie, żeby ruszyć coś w powiatach, gdzie jeszcze byli
ludzie. To był jak gdyby bilans strat, gdzie kogo mamy, gdzie nie mamy,
gdzie można by poruszyć i jak, żeby zrekonstruować
strukturę.
Pyt. Czy wszyscy spotkali się na
zasadzie partnerskiej, czy był ktoś kto przewodniczył tej
grupie?
Odp. Wiadomo było, że powinien
być Powroźny, ale Powroźny w zasadzie z tych wszystkich spraw
wyłączył się, on się nie włączył. On
był tym byłym przewodniczącym i właśnie on dla nas
był tą władzą, ale byli inni aktywniejsi, np. Gierczak,
Rondomański, Brycki. Tak, że właściwie jeżeli chodzi
o jakieś rozmowy (czy Grażyna), to na pewno oni o wiele więcej
zabierali głos. Myślę, że jeżeli chodzi o Powroźnego,
to on był, bo mu tak wypadało.
Pyt. Jeżeli chodzi o pana
Kamińskiego, gdzie on pracował?
Odp. On pracował w jakimś biurze
projektów. Między innymi kiedyś byłam u niego w domu. To
było chyba po jakimś aresztowaniu. Tak, że on był też
aktywny, ale ja podczas pracy konspiracyjnej właściwie z nim nie
miałam kontaktu.
Pyt. A jeśli chodzi o Wieśka
Bryckiego. Pani powiedziała, że utrzymywała kontakty z jego
żoną.
Odp. Później myśmy się
zawsze spotykali, ale był taki okres, tak przynajmniej Wiesiek zawsze twierdził,
że jak Bober wyjeżdżał, to zostawił mu jakby takie
polecenie, żeby on się na jakiś czas wyłączył ze
wszystkiego, żeby siedział cicho i jak przyjdzie odpowiedni moment,
to żeby wtedy wyszedł. Jak gdyby miał być taką
rezerwą. Tak zawsze Wiesiek mówił, bo rzeczywiście był taki
okres, że później dostarczałam mu trochę tych gazet, ale
był taki okres, że mówił, że on jednak nie, że tak
chciał Bober, żeby się nie włączał, po prostu,
żeby go nie zużyć w tym czasie wcześniejszym. Dlatego
później jak powstawał Zarząd Regionu, to uważaliśmy,
że Wiesiek jest tym, który powinien zostać przewodniczącym.
Zresztą Powroźny założył prywatne przedsiębiorstwo,
w którym pracuje właściwie sam. Tak, że on już nie
miał pełnego mandatu. Podobnie jak ja nie miałam mandatu, jestem
bowiem emerytem. I on był bardziej zaabsorbowany tą swoją
pracą. Myśmy te swoje spotkania musieliśmy mieć od jesieni
1988 roku. Teraz to wszystko się jakoś zlewa, to było wiele lat
i przez te wszystkie lata coś się robiło.
Pyt. Co pani sądzi o Wieśku
Bryckim?
Odp. Wydaje mi się, że on
był bardzo zaangażowany. Kiedyś uczestniczyłam w takich
rozmowach, że ja np. doskonale rozumiem sprawy z Wałęsą, bo
uważam, że sprawa z Wieśkiem, to jest dokładnie ta sama
sprawa, w skali mikro. I na pewno, ja właściwie nie
głosowałam, bo nie byłam delegatem, ale byłam absolutnie
przekonana, że powinien być Wiesiek. Tylko sądziłam,
że Wiesiek te wszystkie sprawy poprowadzi zupełnie inaczej. A to go
przerosło. Dobrał sobie klakierów, a nie doradców. I dlatego
później, już przy następnych wyborach uważałam,
że mogą być wszyscy, ale nie Wiesiek. Ale wtedy
uważałam, że rzeczywiście tylko on, tym bardziej, że
on był gorący, jak mówił to mówił z zaangażowaniem.
Pyt. On miał też dużą
intuicję.
Odp. Ja absolutnie uważałam,
że może być tylko i wyłącznie on. nikt inny. Byli
zwolennicy Gierczaka, ale uważałam, że Gierczak jest za sztywny,
za dogmatyczny. U Gierczaka było tylko czarne i białe, jeżeli
ktoś miał inne zdanie to znaczy, że jest komunistą. To tak
nie można. Znaczy ja się Gierczaka bałam.
Pyt. A jeśli chodzi o
Grażynę?
Odp. Ja się z nimi
kontaktowałam. Jeszcze wtedy jak Grażyna siedziała,
chodziłam, nosiłam jakąś pomoc. Pamiętam jej
mamę, siostrę z maleńkim dzieckiem. Jestem właściwie
inna od Grażyny. Grażyna jest taka egzaltowana, a ja lubię tak
konkretnie. Z nią się ciężko rozmawiało. Nigdy nie
wiedziałam, czy Grażyna mnie akceptuje, czy nie. I między nami
takich bliskich kontaktów nie było. Mimo, że ja tam kilka razy u nich
byłam, kilka razy porozmawialiśmy sobie od serca, ale zawsze był
jakiś pewien dystans, którego ja nie próbowałam
przełamywać. Nie mam zwyczaju ładowania się gdzieś,
gdzie mnie nie chcą. Oni zawsze mieli swoją grupę, inne
towarzystwo. W każdym razie nie widziałam tam miejsca dla siebie.
Specjalnie się tam nie pchałam. Wiem, że Grażyna co[AP8]ś tam robiła, ale to co ja
robiłam, to był dla niej za mały poziom. Ja robiłam zawsze
zwykłą robotę: jak trzeba było pomóc, to pomoc, gazetę
to gazetę, nie bawiłam się w jakieś takie wyższe … Ja
lubię konkrety, a Grażyna bardziej siedziała w polityce, w
jakichś układach. Dla mnie układy nie istniały. Jak trzeba
było to poszłam i do tej grupy i do tamtej. Jeżeli był
gdzieś interes. Układy dla mnie nie istniały, dla mnie
istniały sprawy.
Pyt. A jeżeli chodzi o Józka Lubienieckiego,
czy pani go znała?
Odp. W okresie dawnym, to było
niewiele, bo te kontakty były takie luźne. Wiem, że
wcześniej miano mu za złe i to było podnoszone, ta sprawa tego
delegata na Konferencję Wojewódzką Partii, to kładło się
jakimś takim cieniem. Potem ja się do niego parę razy
zwracałam, chodziło o pomoc. Między innymi wtedy, kiedy on
już po wyjściu z internowania został pracownikiem kurii, to
myśmy się kiedyś zwracali. Był taki pan Mróz, oni chyba
wyjechali, on mieszkał w Gutkowie. ja tam do nich jeździłam z
pomocą. Miał troje małych dzieci, stara mama i domek, który
trzeba było spłacać, jeszcze nie wykończony. I jak on
wyszedł z internowania, to tam była taka fatalna sytuacja. Miał
5 osób na utrzymaniu, a on szósty i nie miał później nigdzie pracy.
Wtedy miało być budowane seminarium przy kościele św.
Józefa. Chcieliśmy załatwić, żeby Mróz był
dozorcą, żeby został tam zatrudniony, żeby mu jakoś
pomóc. I zwróciliśmy się z tym do Lubienieckiego, a on wtedy
powiedział, że kuria jest przeciwna zatrudnianiu ludzi z
Solidarności. I gdyby to mówił ktoś inny, ale jako członek
Solidarności, zatrudniony w kurii, to tak jakoś było dziwne.
Pamiętam też jak się jeździło na proces elbląski.
Kiedyś mnie wiózł mój zięć (syn Dobosza dyrektora WPHW) i
wtedy zaproponowałam Lubienieckiemu, że jadę i jeżeli on
chce to proszę bardzo. I on wtedy skorzystał i pojechał z nami.
A później na jakiejś kolejnej sprawie jeździłam maluchem z
przedsiębiorstwa dawnego Bobera, z teściową Bobera i tam jeszcze
dwie osoby jechały i pojechaliśmy tym maluchem. Przyjechał
też Lubieniecki. Lubieniecki już pracował wtedy w kurii, i tak
cichutko szeptem on do mnie mówi: Proszę pani, gdyby pani chciał to
ja jestem samochodem kurii. Tylko wie pani, nie chciałem, żeby
wszyscy o tym wiedzieli. Ponieważ pani mnie podwoziła, on stoi tam z
boku, jeżeli pani ma ochotę. Ja mówię: Wie pan, ja
przyjechałam z tymi ludźmi i wyjadę z nimi. I wtedy też mi
coś nie pasowało. Bo wie pan, jak mam miejsce to mogę
wziąć każdego, a to było jakie[AP9]ś takie … I była jeszcze jedna
sprawa, jak on strasznie zwymyślał pana Adama Sochę.
Pyt. O co wtedy poszło?
Odp. O jakiś artykuł. Wtedy
była naprawdę głupia sytuacja, byłam sama w pokoju, przy
mnie siedziała jakaś interesantka, którą zagadywałam,
żeby tego nie słyszała, bo to był jakiś zwykły
pracownik jakiegoś zakładu. Było mi głupio, żeby
słyszała. Lubieniecki krzyczał, że ja pana zniszczę.
Następnego dnia Socha mnie poprosił, żebym była
świadkiem w sądzie w jego sprawie. Powiedziałam: Panie Adamie,
ja nie zrobię tej frajdy, że my się będziemy między
sobą sądzili, tak że jest mi przykro, ale ja w rodzinie
przeciwko nikomu nie będę świadczyć. I potem jeszcze
wcześniej to podpisałam jakieś takie oświadczenie.
Pyt. To w sprawie „Gazety
Olsztyńskiej”?
Odp. Tak. Z Lubienieckim to były
zawsze jakieś takie śliskie sprawy. Właściwie nie było
nic takiego konkretnego, ale jeżeli chodzi o jakąś pomoc z jego
strony, właściwie nie bardzo można było liczyć. On
się z tego tak po prostu wykręcał.
Pyt. Z Ireną Telesz miała pani
kontakt?
Odp. Był ten kontakt, potem w stanie
wojennym i później jak ona była na wsi, to myśmy także u
niej bywali.
Pyt. Chodzi mi o Przykop.
Odp. Tak Jak żegnaliśmy Andrzeja
Bobera, to całą noc nie spałam. Byłam na takim jednym z
którego wróciłam o 9-tej rano, całą noc nie spałam,
całą noc przegadaliśmy. To było pożegnanie Bobera. Wie
pan, ponieważ miałam ten kolportaż i się starałam w
pewnych takich sprawach, w których nie musiałam brać udziału.
Jeden przynosił, ale co najmniej 5 różnych osób odbierało.
Pyt. Pani zachowywała więc tzw.
minimum ostrożności.
Odp. Tak i uważałam, że
gdzie nie muszę to się nie pcham. Nie ze względu na siebie, ale
że wpakuję kupę ludzi. I dlatego jak gdzieś szli
oficjalnie składać kwiaty czy gdzieś, ja na to nie szłam.
Na Mszę św. szłam, bo uważałam, że na Mszy mam
prawo być, bo na Mszy jest 100, 200, 500 osób, ale na takie jakieś
gdzie wiedziałam, że idzie nas mało osób, wtedy nie brałam
w tym udziału, bo uważałam, że narażam innych, a nie
mam prawa. Mam prawo to robić ze swoją wolnością wszystko
co chcę, ale z wolnością innych, nie mam prawa.
No i z tego Przykopu, dla mnie to było … Wie pan, bo zajechaliśmy tam
do tego Przykopu no i ja zaraz się biorę, mówię: Irena, co
będzie? co robić? Irena mówi: będzie zupa szczawiowa z jajkiem.
A więc mówię, no to daj, gdzie jest ten szczaw, czy już jest
posiekany. A Irena mówi: tam na polu. Matko Boska! Rzeczywiście
nazbieraliśmy tego szczawiu. Ona miała kury. To właściwie
była cała noc przegadana. To było gadanie, gadanie. Między
innymi ponieważ to był ostatni - i właściwie Bober jak
gdyby się tłumaczył. Zdawałam sobie sprawę, że
jemu jest głupio, że on się czuje w stosunku do nas nie w
porządku, że my zostajemy, a on sobie wybiera jednakże to
lepsze. Właściwie trudno było wówczas powiedzieć to,
że on wiedział, że już go nie będą tymi
samochodami milicyjnymi ganiali, a nas jednakże mogli zawsze ganiać.
Więc on się jak gdyby z tego tłumaczył i na tym
polegała cała ta rozmowa, że on jak gdyby …
Pyt. Czy o tym była mowa, o jego
straszliwych przejściach w więzieniu?
Odp. On w ogóle był bardzo skryty,
mówił niechętnie i potem mówił: co było to było i nie
lubił mówić o tych sprawach.
Pyt. Kto był wtedy w Przykopie?
Odp. Oj, wtedy była kupa ludzi.
Pamiętam był Kozioł ten, który ma księgarnię, Danusia
Gulko i jeszcze ta mała gruba … Wiem, że był Wiesiek Brycki,
Boberowie, Irena Teleszowa, Baśka Nowakowa, Śnieżko.
Śnieżko chyba przyjechał z sernikiem, bo on zawsze na takie
różne te, to jego żona robiła sernik. Śnieżko na pewno
był do końca, bo ja pojechałam rano, o 7-ej z minutami był
autobus, a część gdzieś się poukładała do
spania, ja już nie bardzo widziałam możliwości do spania i
powiedziałam, że wracam do domu. Były tam takie nie
kończące się rozmowy Polaków.
Pyt. Czy był obecny Jul
Grodziński?
Odp. Jego wtedy nie było. On był
w Anglii.
Pyt. Czy pani miała w stanie wojennym
jakieś kontakty ze Stefanem Śnieżko?
Odp. Miałam, bo chodziłam do
Śnieżków wtedy jak on siedział, później on też
brał ode mnie sporo różnych rzeczy. Przychodził i brał
książki i inne rzeczy. I później została mi wyznaczona taka
bardzo przykra rola, bo wciąż były sprawy zagranicznych
pieniędzy. I one były chyba częściowo u Śnieżki.
Potem na którymś ze spotkań wszyscy doszli do wniosku, ponieważ
właściwie przez cały ten okres byłam od lutego
skarbnikiem. Więc zbierałam składki, to znaczy mnie przynoszono
i mówiono: to są składki od Kazika, Zosi, Zbyszka itd. a więc
nie wiedziałam kto to jest, tylko podawano mi takie imiona. Tam był i
brodacz i wąsaty i gruba. Ja sobie zaznaczałam i te składki
zbierałam. Zbierałam chyba przez cztery lata.
Pyt. Czy były to duże sumy?
Odp. Różne, ale nieduże.
Pyt. Na co były te środki
przeznaczane?
Odp. Proszę pana,
część z nich poszła na kolegia. Np. było kolegium
m.in. Władka Kałudzińskiego, coś było dla Baśki
Nowakowej zapłacone. Potem był taki wyjazd do Krakowa, na spotkanie z
Romaszewskim z Komiteteu Helsińskiego. Pamięta pan.
Pyt. Pamiętam, to Grażyna
była m.in.
Odp. Wiem, że jeździły trzy
osoby i ja im wypłacałam pieniądze. Potem były jakieś
kwiaty rocznicowe.
Pyt. Kto podejmował decyzje?
Odp. To zwykle ktoś do mnie
przychodził i mówił, że właśnie jest taka sprawa. Bo
ja dokładnie nie wiedziałam, jaka jest ta grupa, bo
część pieniędzy przynosiła Ziuta, część
przynosiła Danka Gulko, część przynosił Boguś
Owoc i część mnie wpłacali indywidualnie. Potem były
decyzje, mówiono, że na to czy na tamto mają być te
pieniądze wydane. Potem już ostatnie pieniądze, to były
wydane już tu w Zarządzie Regionu za sprzątanie. Wtedy jak tutaj
siedzieliśmy, to ktoś musiał przyjść i
posprzątać, bo tu był zrobiony remont. No i potem mnie
właśnie zlecono sprawę wycofania pieniędzy od pana
Śnieżki.. Z tym, że nikt do tego nie chciał się
włączyć, tylko powiedziano jemu, że on ma się
rozliczyć ze mną, a ja dostałam polecenie (to były już
chyba te spotkania), żeby te pieniądze od niego wziąć. To
chyba część pieniędzy dała mi wtedy Ziuta, bo Ziuta
miała swoje uczelniane jakieś. A, wiem że była jakaś
sprawa magnetofonu i czy ten magnetofon był kupowany za Ziuty
pieniądze. Kortowskie pieniądze. Potem przeszedł do mnie pan
Śnieżko. Z tym, że chciano, aby to było dokładne
rozliczenie. Tyle przyszło wtedy i wtedy, na to i na to zostało
wydane, po takim czy innym kursie były sprzedane. Ja takiego rozliczenia
nie dostałam i właściwie to trudno może było
komuś coś takiego dokładnie trzymać. No, nie wiem. Wiem, to
jest co[AP10]ś takiego, że w tym czasie
trzeba było mieć do siebie nawzajem zaufanie. Na temat tych
pieniędzy krążyły różne historie. Podobno jak Bober
wyjechał, to oni też za granicą zbierali i je przekazywali,
przywoził je tutaj brat, czy odbierane były od stewardesy gdzieś
tam na lotnisku. Tak, że te pieniądze szły poza mną. A
potem jak przyjeżdżała ich córka, to też przekazywała
Śnieżce pieniądze. Ja nigdy tych rzeczy nie znałam i znam
tylko z opowiadań, ze słyszenia, ale ja się tym nie
interesowałam. No i potem ja je zabrałam. Było tego chyba
około 1000 (tysiąc) dolarów.
Pyt. To znaczy pani przejęła te
pieniądze od kogo?
Odp. Od pana Śnieżki. I
wpłaciłam je, ponieważ miałam swoje konto w PKO SA (z tym,
że ja mam konto funtowe, mam je od swojego ojca) i otworzyłam
subkonto i na te subkonto wpłaciłam te dolary i potem jak
dostawałam wyciągi i była podawana ta suma, to zawsze oddawałam
potem Danusi Gulko, że jest taka suma pieniędzy i np. jeżeli
chciano, żebym jakieś pieniądze wypłaciła, to wtedy
oni to sprzedawali. To brałam jak przychodził wyciąg,
pokazywałam ile podjęłam i ile zostało i ile jeszcze jest.
Potem ostatecznie to konto zlikwidowałam wtedy, gdy byliśmy tu
już w Zarządzie Regionu.
Pyt. Kiedy pani próbowała
rozliczyć się ze Stefanem Śnieżko?
Odp. Sądzę, że to był
rok 1988 chyba.
Pyt. Dlaczego były takie pretensje?
Czy spodziewano się, że tych pieniędzy powinno być
więcej?
Odp. Tak. Spodziewano się, że
tego powinno być dużo i że powinno być wykazane gdzie one
do kopgo poszły. Wiecznie były opinie, że ten czy ten
dostał. Wie pan, wtedy jeżeli są niedomówienia, wtedy są
podejrzenia.
Pyt. Co na ten temat mówił
Śnieżko?
Odp. Pan Stefan powiedział mi,
że on gdzieś płacił kolegia, że gdzieś tam pomoc,
że gdzieś za adwokata. Już nie pamiętam w tej chwili, ale
on mi powymieniał ile. On zresztą mówił, że teraz mu trudno
powiedzieć, po ile je wówczas sprzedawał i ile ich sprzedał ale,
że te pieniądze szły na te sprawy i zostało tyle i tyle.
Dokładnie tego nie pamiętam, ale wiem, że po tym spotkaniu
poszłam i im to wszystko przekazałam. Powiedziałam ile tych
pieniędzy jest i jeszcze Ziuta dała mi swoje i tak zostało
ustalone, że te całe pieniądze wpłacałam na swoje konto,
bo to chodziło o to, że tych pieniędzy nie można było
tak trzymać. Więc powiedziałam, że jeżeli chcecie to
mam konto funtowe, otwieram subkonto dolarowe i na tym subkoncie leżą
tylko wasze pieniądze i wyciągem zawsze …
Pyt. Czy pretensje dotyczyły pieniędzy
odnosiły się tylko do Stefana Śnieżki?
Odp. Proszę pana, były też
do Lubienieckiego, z tym, że od Lubienieckiego nikt żadnych
pieniędzy żadnych zwrotów nie miał, ale pamiętam taką
scenę z telewizji, jak go zaaresztowano i takie były porozkładane
wachlarze pieniędzy. W dzienniku telewizyjnym, takie leżały
wachlarze pieniędzy, no i wtedy była mowa na ten temat, ile tam w
nich jest naszych pieniędzy.
Pyt. Skąd ludzie wiedzieli, że
Lubieniecki dostawał pieniądze związkowe, dla związku?
Odp. To dochodziło, bo np.
gdzieś jacyś działacze krajowi, jak się spotykali z
kimś naszym, to mówili, przyszły dla was pieniądze, czy z
Brukseli, czy stamtąd, czy z owąd. To się jakoś
wiedziało.
Pyt. Głównie skąd
przychodziły?
Odp. Wiem też, że oprócz
Brukseli coś szło z krajów skandynawskich. Wie pan, te sprawy
pieniędzy mnie nigdy nie interesowały.
Pyt. Ważne jest, że jakaś
próba rozliczenia ze Stefanem była.
Odp. Była. Ja w ogóle ludziom raczej
wierzę. I mnie się wydaje, że jeżeli ktoś do mnie
przychodzi i przynosi pieniądze …
Pyt. Błąd Stefana
Śnieżko polegał tylko na tym, że jeżeli wydawał
te pieniądze, to powinien mieć jakieś potwierdzenie, jakaś
druga osoba przynajmniej.
Odp. Tak. Wie pan, może on sobie nie
zdawał sprawy, że będą jakieś takie podejrzenia. W
każdym razie mnie było głupio, a ponieważ pana Stefana
zawsze bardzo lubiłam, ja go nie posądzałam o żadne
jakieś takie kręcenia i mnie się wydaje, że on na tyle, na
ile mógł rozliczył się, z tym że nie zrobił tego
dokładnie, bo może nie przywiązywał do tego wagi. Po prostu
może uważał, że jeżeli jemu zawierzyli ci, którzy
pieniądze dali, to z chwilą gdy się będzie rozliczał,
to też ludzie będą mu wierzyli.
Pyt. Czy jeszcze miała pani kontakt
ze Stefanem w stanie wojennym?
Odp. Myśmy się spotykali na
różnych takich powitaniach, pożegnaniach, na chrzcinach u Nowaków, na
takich różnych historiach, poza tym byłam z nim umówiona, że
jeżeli mam jakieś ciekawe rzeczy, to on wtedy do mnie wpadał i
je brał, kupował. Te książki. To znaczy ja nigdy nie
mówiłam na jaką skalę mam, ale mówiłam, jeżeli
miałam co ciekawego, tak samo Jurkowi Szmitowi. On też ode mnie
często brał te rzeczy. Z wieloma osobami już miałam te
kontakty.
Chyba Śnieżko na tych naszych spotkaniach też bywał. Wydaje
mi się, że też, bo Śnieżko się
włączał do wszystkiego. Może nie sam tak z własnej
inicjatywy, ale gdy trzeba było, to on się włączał.
Pyt. Czy pani znała bliżej
Bartuszka?
Odp. Nie znałam go bliżej.
Dłuższa moja rozmowa z nim, była w czasie Zjazdu. On wtedy
był bramkarzem i tam żeśmy sobie pogadywali. Potem on w Regionie
tu często bywał. W czasie tych zebrań też go
spotykałam. I spotkałam go później, jak on wyszedł z
internowania, parę razy. A potem to już tylko bywałam u
Bartuszkowej.
Pyt A jaki był Bartuszek?
Odp. To był prosty chłopak.
Zresztą jak były te wybory to on mówił, że on był
przewodniczącym MKZ-u, powiedział: Wie pani, ktoś musiał to
zacząć, ktoś musiał to zrobić, ale teraz to widzi pani
ja jestem bramkarzem, bo uważam, że są mądrzejsi, którzy
powinni dalej te sprawy prowadzić, a ja już będę tylko
robił coś takiego porządkowego. Potem tylko bywałam u pani
Bartuszkowej i później (po pogrzebie) robiliśmy taką
składkę, to zawsze Władek Kałudziński o tym
pamiętał, kupował coś tam dzieciom, robiliśmy
jakąś paczkę. Kiedyś do nich poszłam, to chyba
było po powrocie z Kanady, byłam u nich i ci chłopcy mnie
wypytywali (albo może wcześniej). Jeden z tych chłopców mnie
pytał: A pani jadła banany? A ja mówię, że jadłam. - A
jaki one mają smak, bo koledzy mówią, że to takie jak
mydło. Pamiętam, że mi się wtedy zrobiło tak strasznie
i jak był u mnie Władek Kałudziński, to mówiłam
że koniecznie żeby ci chłopcy chociaż po bananie mogli
spróbować, jaki one mają smak.
Właśnie z Kałudzińskim później utrzymywało
się w tych spotkaniach w Przykopie, to oni też bywali. Niski pan, to
byli tacy ludzie, którzy się potem włączyli, a którzy
wcześniej nie byli.
Pyt. Pani powiedział, że ma pani
pretensje do niektórych, którzy tak szybko zrezygnowali.
Odp. M.in. np. Powroźny, no Grucela,
ale Grucela był pracownikiem, a więc miał prawo. Ale takich
było. Np. nic się nie słyszało o Kazimierzu Parowiczu,
tutaj parę razy przyleciał. Langowski też się
właściwie wycofał. Kruk był w Zarządzie Regionu, ale
Kruk zawsze był taki jakiś. Ja u Kruków zresztą byłam, jak
ta pomoc, to do nich parę razy wpadałam. Ale on się w związkowe
sprawy nigdy nie mieszał.
Pyt. Ale czy jakaś forma pomocy
była?
Odp. Raz. Z mojej strony nie było i
ja sobie potem zdałam sprawę. Kiedyś poszłam do
Langowskich, co[AP11]ś tam im niosłam, i ich nie
było. To znaczy Grażyna wtedy siedział, a Langowskiego i
małej nie było. Ponieważ znam adres Kruków, to poszłam do
nich z prośbą, żeby oni to Langowskim przekazali i dopiero
później do mnie doszło, że u Kruka podobno była fatalna
sytuacja. I tak mi wtedy było jakoś później głupio, ale wie
pan, ja się interesowałam głównie rodzinami internowanych. A wie
pan o tym, że ktoś stracił pracę i był bez pracy i
mimo, że nie miał kolegów ani czegoś … Ja po prostu dlatego,
że nikt mi nie podawał, a Kruk był z nami wszystkimi mało
związany. On chyba w drodze przypadku był w tym Zarządzie.
Pyt. On zawsze był samotnikiem. Jako
pisarz, jako autorytet tam się znalazł, a nie jako działacz
związkowy. A co pani sądzi o Kisłym?, to był człowiek
tryskający energią.
Odp. Wyemigrował bardzo prędko.
Więc to jest to. Ja panu powiem, mam ojca w Anglii, jeździłam
do Anglii chyba 10 czy 11 razy. Za każdym razem ojciec mnie namawiał
żebym została w tej Anglii. Pamiętam jak w 1981 roku byłam
ostatni raz i wyjeżdżałam i pokazywał mi w telewizji
mapę Polski z tymi czołgami naokoło. Ojciec mnie
błagał, żebym została. Powiedziałam, że moje
miejsce jest tutaj w Polsce i poza Polską siebie nigdzie nie widzę. I
trudno było mi zrozumieć ludzi, którzy tak lekko z tego kraju
wyjeżdżali. Nie byłam w stanie tego zrozumieć, bo ja
byłam w Anglii z moimi dziećmi. Mój ojciec miał tam dom i wie
pan, tylko było tam zostać. Zostać i nie wracać.
Ponieważ już od dawna byłam wdową i pojechałam z dziećmi,
a więc wszystko co moje, było ze mną i ja sobie tego nie wyobrażałam.
Rozumiem ludzi takich jak Bober czy Przewłocki czy Porz, ktrzy zostali
zmaltretowani psychicznie, rzuceni na kolana, ich rozumiem, ale tych którzy
nawet nie próbowali …?
Pyt. Tu chodziło jeszcze o jedną
istotną sprawę - utrzymanie rodziny.
Odp. Niektórzy popróbowali. Bo ja
rozumiem, że ktoś próbował przez pół roku czy rok i nic
się nie dało i wreszcie machnął ręką mówiąc:
Po prostu nie jestem w stanie, nie przewalczę. Ale wie pan, jechać
dosłownie od razu, to jakoś nie tak. To było dla mnie niezrozumiałe.
Tym bardziej, że ja miałam tę możliwość wiele
razy i nie wyobrażałam sobie. I dlatego do tych ludzi miałam
żal, że zostawili wszystko i wszystkich, nie martwiąc się
poza sobą o nic. Ale nawet nie próbowali stwierdzić czy oni sobie nie
daliby rady, chociażby Waldek Niczyperowicz, jako kierowca
ciężarówki przecież mógł zostać. Wyemigrował do
Kanady. Z paroma osobami rozmawiałam w Kanadzie m.in. z Łukomskim. Bo
ja pojechałam w 1986 roku, nie później. Byłam w Kanadzie 5 lat
temu, a więc w 1988r. I to była sprawa tych Bartuszków, którym
chciałam pomagać. Wtedy były potrzeby u Baśki Nowakowej. I
wtedy m.in. do Łukomskiego się dodzwoniłam i prosiłam go
żeby co jakiś czas tym tutaj rodzinom pomogli, m.in. Bartuszkowej. A
na to mi Łukomski mówi: Ale ona podobno wyszła za mąż! Ja
mówi: Proszę pana, jeżeli nawet wyszła za mąż, to
dzieci są Bartuszka. Ci chłopcy są Bartuszka i naprawdę …
Jak byłam w Kanadzie to sobie i swojej rodzinie zapłaciłam za
paczki po 10 dolarów na Boże Narodzenie i jeszcze na Wielkanoc. Tak,
że jak wróciłam przed Bożym Narodzeniem z Kanady, przyszły
ode mnie paczki na Boże Narodzenie i przyszły jeszcze na Wielkanoc,
do mnie i do mojej rodziny. Ja mówię: Panie Łukomski, taką
paczkę za 10 dolarów dwa razy do roku byście mogli opłacić.
- No wie pani, ale to ludzie … wtedy kiedy byłam i mówiłam o tej
paczce za 10 dolarów, to najniższa paczka godzinowa wynosiła 5
dolarów. Mniej niż 5 dolarów nie można było pracownikowi
płacić. I tego nie mogli …
Pyt. Kiedy wyemigrował Łukomski?
Odp. Łukomski wyemigrował zaraz
po internowaniu. To była sprawa kilku miesięcy. To było tak,
myśmy jeździli na sprawę Bobera i Łukomski na jedną
sprawę przyjechał. Na następnej sprawie miał być świadkiem.
Wszedł na salę, a myśmy mówili, że jeżeli chce
być świadkiem w poniedziałek, to nie dobrze, że teaz
wszedł na salę, bo potem mogą go odrzucić jako
świadka. A okazało się, że jego w poniedziałek
już nie było w kraju. Znaczy on został odrzucony przez sąd
jako świadek, a już go wtedy nie było w kraju. Tak że on
doskonale wiedział, że wyjedzie i on zostawił tych swoich
kolegów w trakcie procesu. Wiem, że on coś tam miał, mógł
zeznawać, mógł coś powiedzieć, zostawił wszystko
wziął się i wyjechał.
Pyt. Czy pani bliżej znała
Łukomskiego?
Odp. Nie, znałam go tylko z
Zarządu Regionu, z takich kontaktów. Trudno mi o nim coś
powiedzieć, w każdym razie na podstawie tych faktów to mówię, to
było nieładne.
Np. Ania Zurawek się też wyłączyła z tych wszystkich
spraw, to ją rozumiem. Ona wyszła za mąż, ona była z
domu dziecka. I jeżeli założyła sobie rodzinę to
była dla niej sprawa najważniejsza. I ja ją doskonale rozumiem.
A ci to tak: Krupiński się od razu odciął, Łukomski,
tak mi było za tych ludzi wstyd.
Pyt. I dlatego to środowisko
zostało zaraz rozbite.
Odp. No tak. Właśnie to trzeba
było szukać w trzecim, czwartym szeregu, a czasem właśnie
znajdowali się tacy ludzie zupełnie przypadkowi, no między
innymi Władek. Ponieważ Władek był zwykłym
pracownikiem Polmozbytu, on był mechanikiem czy czymś takim i dopiero
później po tych wszystkich sprawach, wyrósł na jakiegoś takiego
działacza. Ale on nie musiał, na nim nie ciążył
żaden jakiś moralny obowiązek, a ja uwżam, że na nas
to ciążyło i mówię panu, że wtedy w niedzielę,
jak zobaczyłam co jest, to uważałam, że muszę się
do tego brać, zresztą wiele razy jak ktoś pytał, to ja
mówiłam, że mnie nikt nie zwolnił z tego, co na mnie
ciąży, jako na członku Zarządu Regionu. I że dopóki
nie dojdzie do jakiegoś oficjalnego rozwiązania czy zmiany, to ja
przez cały czas czuję się tym członkiem Zarządu Regionu,
który wziął na siebie sprawy pomocy ludziom potrzebującym. I
nikt mnie z tego nie zwolnił. Potem mnie co prawda nikt nie
rozliczył, ale to już jest inna sprawa, ale cały czas
wiedziałam, że to na mnie ciąży i dlatego jak
pojechałam do tej Kanady, to zabrałam te różne adresy,
myślałam, że podzwonię do tych ludzi, spróbuję
się jakoś skontaktować, bo uważam, że dla nich to
była naprawdę dobra rzecz, która byłaby tu dla innych dużą
rzeczą. A Bober się zaraz włączył. Ile razy było
cokolwiek potrzeba, Bober się zawsze włączył.
Pyt. Czy jak teraz był w Olsztynie,
pani widziała się z nim?
Odp. Widziałam się z nim. Z tych
przyjeżdżających podobało mi się dwóch: podobał
mi się Śliwiński i podobał mi się Bober. Obydwaj
przyjechali i nie zrobili się jakimiś wielkimi mądralami, a
Andrzej Bober to powiedział po prostu: W tej chwili tutaj nie jestem i nie
mam prawa was pouczać i nie mam prawa coście powinni i jak
żeście powinni. Przez to, że wyjechałem, to ja
właściwie to prawo straciłem
Ale jak przyjeżdżają inni, między innymi jak
przyjechał Pagacz, przyjechał Mackiewicz, Kisły,
Szawłowski. Część z nich jak przyjedzie zaczyna z miejsca
pouczać co i jak myśmy powinni. Wie pan, to mnie trafia szlag.
Pyt. A jeśli chodzi o
Śliwińskiego?
Odp. Śliwiński był
pracownikiem i dostał bardzo w skórę, bo miałam z nim takie
kontakty. On był chyba internowany, albo później dobrany, bo
myśmy sobie jeszcze podrzucali Rezonans i informacje o ludziach, do mnie
przychodził i potem go zatrzymali. Kiedyś go spotkałam na ulicy
jak szedł sprzedawać do komisu swoje książki. Był
rzeczywiście w ciężkiej sytuacji. On był chyba
humanistą z wykształcenia, już nie pamiętam. Był w
ciężkich warunkach i wyjechał. Potem jak przyjechał, to
się z nami wszystkimi spotkał, tam wtedy był Kozioł,
był Śnieżko, było sporo, pozapraszal tych z którymi
się kontaktował i właśnie jest taki zwyczajny.
Pyt. Czy pani znała Sławka Olka?
Odp. Trudno mi coś mówić. Z
Olkiem byłam przez te lata w bliskich kontaktach, między innymi jak
mnie wzięli na przesłuchanie, wtedy jak Kiszczak
wyciągnął nas wszystkich na wierzch, to wtedy mnie pytano o
Olka. Mój zięć mieszkał w sąsiedniej klatce. Oni są
sąsiadami i ja przez piwnicę od córki do Olków tam bardzo często
wpadałam i myśmy sobie stale wiele rzeczy przez te lata, jak tam córka
mieszkała, takie były kontakty. Zresztą widziałyśmy
jak tam raz milicja przyjechała i robiła u nich rewizję. I w tym
czasie również od niego brałam sporo znaczków, sprzedawałam a
on brał ode mnie całą prasę. (Od ośmiu lat na
Małeckiego mieszka). A później … Ja nie znam jego dawnych czasów,
mówią o nim ludzie źle. Ja go nie znam z tamtych czasów i trudno mi
cokolwiek powiedzieć. Znam go z czasów po stanie wojennym, a później
to na mnie robiło wrażenie, że on się chciał za
wszelką cenę gdzieś załapać. I w tej chwili
właściwie niewiele się kontaktowaliśmy.
Pyt. Ale w stanie wojennym próbował
coś robić, np. znaczki. Niektórzy np. Józef Nowak oskarża go,
że brał za te znaczki firmowane przez Solidarność
pieniądze, a się nie rozliczył.
Odp. Podobno. Ponieważ ja byłam
pomówiona o tą esbecję i jestem bardzo ostrożna w poznawaniu
ludzi. Wie pan, prawda jest gdzieś pośrodku, bo z kolei wiem z
drugiej strony, że Nowak brał te znaczki i miał je gdzieś
rozprowadzić i się też z tego nie rozliczał. Być
może to było tak: ten nie zapłacił za robotę, to ten
wziął znaczki i policzył sobie jako zapłatę za
robotę. Ale nie wiem. Ta sprawa mnie nie interesowała.
Pyt. A czy pani wie coś na temat tych
pieniędzy, które po 13 grudnia trafiły do ks.
Żołnierkiewicza - pieniądze związkowe?
Odp. Wiem. Kilka dni po wprowadzeniu stanu
wojennego do mnie do pracy przyszła ta pani, ta księgowa, która
wzięła te pieniądze. Ona siedziała u mnie w pracy parę
godzin. Właściwie rozmowa była o niczym. Taka pani, która
siedziała ze mną w pokoju wyszła i później mówiła do
mnie: Proszę pani, ja widziałam, że ona chciała pani
coś powiedzie. Ale się nie zdobyła i nic mi nie
powiedziała. Ja o tych pieniądzach faktycznie wcześniej nic nie
wiedziałam i później ona mi mówiła o tym, że będą
wypłacane pieniądze dla tych rodzin. Byłam u niej w domu, ona
mieszkała na Pana Tadeusza w wieżowcu. Potem któregoś dnia jak
przyszłam, to otworzył mi tylko jej mąż i tak stał w
drzwiach, właściwie mnie nie wpuścił. Ja
właściwie pytałam go czy ona jest - nie, nie ma. A kiedy
będzie? - Nie wiem. Czy mógłby pan coś żonie
przekazać? - No nie wiem. Wyszłam z uczuciem, że coś jest
nie tak, a okazało się, że przed południem ją
aresztowali i była rewizja, a ja byłam w parę godzin po tej
rewizji u niej. No i potem ukazały się te wszystkie listy, te
różne jej oświadczenia. Ona miała dwójkę małych
dzieci. Tak, że … To było tak: te wszystkie rodziny po prostu nie
były przygotowane i ci pracownicy, na to co ich spotkało. I wie pan,
jak żołnierz idzie do wojska, to wie co go spotka. Ale ci ludzie nie
szli do wojska, ci ludzie nie wiedzieli co ich spotka. Ci wszyscy ludzie byli
po prostu, zwyczajnie na to nieprzygotowani. I tak samo ta księgowa,
jeżeli ją aresztowano i jeżeli mąż na widzeniu
coś jej truł, albo coś napisał, jeżeli ona wiedziała,
że on może niezbyt opiekował się dziećmi (tych dwoje
dzieci z nim zostało), ja się nie bardzo dziwię, że
zwykły człowiek pisał … Wie pan, ja ją rozumiem. To znaczy
ja bym nie napisała, ale ją rozumiem. Po prostu to jest taka
sytuacja, to jest takie tam. Jeżeli kobieta zostawia dwójkę
małych dzieci, a w rodzinie mogą by bardzo różne kłopoty.
Mogła by jakaś teściowa, czy mąż, to my nie wiemy co
to było. Ta pani poszła do Zarządu Regionu do pracy, ale nikt
jej nie pouczył (? - A.P.), że może kiedyś zostać
zatrzymana, a dzieci mogą zostać pod opieką męża.
Być może jakby o tym wiedziała, to by się nigdy do tej
pracy nie zgłosiła (? - A.P.). Wtedy była jeszcze sprawa tej
Igi, tej dziewczyny z Barczewa. Widzi pan, nie jest wyjaśniona sprawa
śmierci tej Igi. Ją zamordowano w domu. To było gdzieś tu w
Olsztynie. O niej mówiło się wcześniej, że ona była
jakąś ubecką wtyczką w Zarządzie Regionu.
pyt. Jaką funkcję
pełniła?
Odp. Ona była jakąś
urzędniczką. I potem ją znaleziono w domu chyba
nieżywą i to chyba podobno w jakimś zarzyganym łóżku.
Tam było podejrzenie, że to był wstrząs mózgu, że
ją po prostu zatłukli. I to pewnie była zatłuczona, bo
być może, że była niewygodna, może się bali,
że coś wypaple. Była potrzebna do spełnienia jakiejś
roli, potem może nie chciała w tym uczestniczyć. Moim zdaniem,
to była taka jakaś podejrzana śmierć. Bez względu na
to kim ona była, to zginęła w jakichś takich dziwnych
okolicznościach.
Wtedy jak byłam u tej pani kasjerki, to ona mi opowiadała, że
one z Igą uciekały, że za nimi jechały samochody, one
się kontaktowały z tą z Barczewa i one były takie trzy
pracownice dawne. Ale później, jak kasjerkę aresztowali, to
więcej z nimi nie utrzymywałam kontaktu. Później
dowiedziałam się, o tych pieniądzach, bo te pieniądze
były deponowane chyba rano u ks. Żołnierkiewicza, że
przynieśli je w paczce do Regionu i się nimi bawili, że podobno
Wiesiek i inni pokazywali sobie: Popatrzcie jak wygląda, bo to była
jakaś taka paczuszka, i że tę paczuszkę sobie rzucali. Ktoś
chciał 2 miliony, to mam dwa miliony.
Pyt. A kto się bawił?
Odp. Pracownicy w Regionie. Tak, że
to nie było żadną tajemnicą, to było zupełnie
głośne i potem chyba doszli do wniosku, że trzeba je
zanieść do księdza i tam je zanieśli, ale o tym, że te
miliony były, to wszyscy pracownicy, którzy wtedy w Regionie byli, to
wiedzieli.
Pyt. W „Gazecie Olsztyńskiej” z
grudnia chyba 1989 czy 1990 roku ukazał się artykuł na temat
tych pieniędzy m.in. o ks. Żołnierkiewiczu, kasjerce. Ciekawy
jestem skąd ta dziennikarka miała te informacje?
Odp. A kto to pisał?
Pyt. Nie pamiętam, ale to można
sprawdzić. Trusewicz, czy ktoś inny?
Odp. To na pewno z UB, na pewno
stamtąd. (Wywiad z ówczesnym
przewodniczącym Tymczasowego Zarządu Regionu Wiesławem Bryckim,
ukazał się w Gazecie Olsztyńskiej w 1989 roku, chyba że
chodzi o list drukowany w Gazecie Olsztyńskiej w 1982r. Myśmy
wtedy, tego ostatniego dnia, ja siedziałam tam gdzie przez cały czas
były telefony, byli na dyżurze w Zarządzie Regionu, bo to
były dyżury. Ja siedziałam do 22-ej (12 grudnia). Po mnie
przyszedł taki pan z OZOS-u, to jego milicja zatrzymała, potem go
puścili. Ale były telefony, m.in. dzwonił Kostrzewa, to był
też członek Zarządu Regionu ze Szczytna. I on mi przez cały
czas telefonicznie podawał numery tych wozów milicyjnych, które
wyjeżdżały z koszar. Z tym, że myśmy wszyscy byli
przekonani, że oni jadą na Gdańsk. I cały czas, że to
będzie coś w Gdańsku, czy jakaś manifestacja, czy
jakiś strajk, ale nikomu nie przyszło do głowy, że to
może być w całym kraju. Nikomu, tak że ja o 22-ej z
Kostrzewą rozmawiałam, ale później musiałam już
iść do domu. Ale były takie telefony, dlatego jak zeszłam
na dół, to drzwi wejściowe były otwarte. Tam siedziała
portierka, więc mówię, że tu się kręci taka kupa
różnych ludzi, to niech pani jednakże zamknie te drzwi, żeby ten
budynek nie był taki otwarty, bo pani tu siedzi na dole sama.
Zięć po mnie przyjechał samochodem i potem jak wsiadłam,
mówię: rzeczywiście jest nieciekawie, jest taka jakaś nerwowa
atmosfera, ale nie przyszło mi do głowy, że to może
być coś takiego. I potem już po stanie wojennym, weszłam
kiedyś do tego budynku i rozmawiałam z tą portierką i
zapytałam jak to wyglądało. Ona odpowiedziała: Dobrze, że
pani mi powiedziała, żebym zamknęła drzwi, bo jak oni
zaczęli łomotać, to ja prędko wsiadłam w windę i
pojechałam na górę. Tak, że ona im tych drzwi nie otworzyła
i pojechała na górę do Regionu, żeby im powiedzieć, bo
wiedziała, że tylko oni tam siedzą. I powiedziała, że
oni wybili tę szybę i włazili na czworakach. I mówi, że po
schodach to oni szli dosłownie jeden po drugim. Mówi, że
dosłownie leżeli po sobie i siebie tratowali, żeby jak
najszybciej dostać się na to górne piętro. Najpierw wpadli do
telefonów i tam zniszczyli te telefony, te połączenia, dopiero
później wpadli na górę. Ale biegli na piechotę, bo winda
pojechała na górę i tam na górze została. Tak, że ona im
nie otworzyła, ich nie wpuściła.
Pyt. Czy udało jej się
kogoś uprzedzić? Kto tam był u góry? Tylko ten człowiek z
OZOS-u?
Odp. Nie,
tam było kilku, bo tam były dyżury z Komisji Interwencji. Wtedy
był Żyliński, tam było parę osób. Czy nie Bober
był wtedy? Już nie pamiętam, jeszcze się z nimi
podzieliłam kanapkami, bo siedzieli głodni. Powiedziałam,
ponieważ jadę do domu, to weźcie i zjedzcie. Tych dwóch ze Szczytna,
czy skądś, którzy byli ostatnio w Zarządzie Regionu …
Żyliński i Wierzbowski… oni byli tam na górze. Z tym, że tam
przyszedł ktoś jeszcze, albo Mackiewicz był i oni siedzieli w
pokoju i rozmawiali, a ja siedziałam przy telefonie. I tam siedziało
kilka osób w sąsiednim pokoju, jako Komisja Interwencji. Tam siedzieli
ludzie z OZOS-u, WPKM i skądś jeszcze. Oni się tam zmieniali. A
na moje miejsce przyszedł … Brzozowski (?) z OZOS-u.
Dopisek: Kiedyś pani Cynalewska
zgłosiła się do ośrodka przy kościele św. Józefa
w sprawie ciepłych butów dla Danusi Gulko, która była w
więzieniu. Panie w tym ośrodku wypytywały się podejrzliwie,
aż w końcu stwierdziły że p. D. Gulko już kiedyś
dostała buty. - Ależ to były letnie buty, a teraz jest zima,
argumentowała p. Cynalewska. Wiele osób np. z OZOS-u, nie chciało
samemu chodzić do tego ośrodka, co najwyżej z p. Heleną.
END
Rozmowa z Andrzejem
Gierczakiem
w dniu 25 maja 1993 roku
Pyt. Tworzyłeś Związek „Solidarność” na
węźle?
Odp. W roku 1980, zaraz po podpisaniu porozumień gdańskich,
zaczęliśmy na węźle olsztyńskim, organizować
niezależne związki zawodowe. Początkowo byliśmy odizolowani
od innych zakładów i nie bardzo orientowaliśmy się, że w
innych przedsiębiorstwach ludzie próbują podobnie organizować
się w niezależne związki. Gdzieś około 5 września pojechaliśmy do Gdańska,
żeby się zarejestrować jako komisja. Dlaczego do Gdańska?
Otóż wynikało to z charakteru naszego przedsiębiorstwa. Nasza
dyrekcja była w Gdańsku i tam często jeździliśmy w
różnych sprawach służbowych. Jako kolejarzom było nam
łatwo trafić tam gdzie siedziba naszej dyrekcji.
Pyt. Ale wasz związek nie był jeszcze „Solidarnością”?
Odp. Nie. Hasło „Solidarność” było później.
Początkowo były niezależne związki. Zarejestrowaliśmy
się i z Gdańska przywieźliśmy pierwsze informacje,
mało, stamtąd przyjechali pierwsi koledzy, którzy na pierwsze takie
oficjalne zebranie załogi dotarli. Jeszcze ciekawa rzecz, po drodze mieli
kłopot. Jechali tu na umówione spotkanie pociągiem i tak to
zorganizowano, ktoś się o tym dowiedział, że ten
pociąg do Tczewa z przesiadką, został zatrzymany pod semaforem i
oni nie zdążyli. Było to celowe i świadome działanie.
Bo później żeśmy to dokładnie przeanalizowali.
Pyt. To byli koledzy z Gdańska?
Odp. Z dyrekcji gdańskiej. Pamiętam, że jeden z nich
nazywał się Klamen, drugi Badełek. Obydwaj później
odgrywali dość czołową rolę. Bodełek został
nawet przewodniczącym Komisji Okręgowej z siedzibą w Gdańsku.
Co prawda później okazało się, że był to niezbyt
uczciwy człowiek, a ponadto miał powiązania z PZPR-em.
Pyt. A jeśli chodzi o olsztyński węzeł. Kto oprócz
ciebie organizował związek?
Odp. Oprócz mnie zajmował się tym Grzegorz Kaucz, Michał
Kwiatkowski, o którym trudno dzisiaj mówić, bo był to człowiek
wyjątkowo paskudny i nieuczciwy. Później organizował
związki branżowe po wprowadzeniu stanu wojennego - mało tego
znalazł się jako organizator Niezależnego Związku
Maszynistów w 1990 roku, a teraz właściwie i stamtąd został
wykreślony, a więc był to wyjątkowy rozrabiacz i nieciekawa
postać.
Pyt. Czy on należał do partii?
Odp. Nie należał. W każdym razie wiadomo było, że
bez przerwy biegał - ja już o tym wiedziałem - biegał bez
przerwy do Komendy Wojewódzkiej. Po co, nie wiadomo, ale takie miałem
informacje - okazały się one prawdziwe. Po każdym naszym
spotkaniu, czy gdziekolwiek, rozmowach, to pierwsze jego kroki to zamiast do
domu, to na Komendę. Zresztą później po wprowadzeniu stanu
wojennego wydał kolegów, powiedział gdzie schowane są
materiały Komisji Zakładowej i z tego powodu ludzie mieli dużo
nieprzyjemności.
Około 18 września 1980 roku dowiedzieliśmy się, że w
Olsztynie już inne komisje organizują się i że zebrania -
próbują się zebrać w MKZ i te zebrania są w WPKM-ie,
że bardzo życzliwie przyjmuje ich dyrektor pan Ruchlewicz, zresztą
były pracownik kolei - kierownik jednego z naszych zakładów. Tam
poszliśmy i tam nawiązaliśmy pierwsze kontakty.
Pyt. Jakie osoby pamiętasz z tego czasu?
Odp. Łukomski, Pagacz, Bober, Krupiński, Irena Telesz, z
którą jeździłem na różne zebrania organizacyjne w terenie.
Pyt. Później Wiesiek Brycki chyba tam się pojawił?
Odp. No więc Bryckiego to ja sobie nie przypominam. On jakby był
pracownikiem Regionu - ale od kiedy, to sobie nie przypominam. Czołowej
roli nie odgrywał na pewno.
Przypominam sobie, że w OZOS-ie również tworzono swój odrębny
związek - Piątek chyba go tworzył. W odizolowaniu.
Pyt. Wy też tworzyliście najpierw niezależne związk.
Kiedy wy oficjalnie nazwaliście się „Solidarnością”? Czy
ponownie się rejestrowaliście?
Odp. Nie, nie. Otóż cała organizacja, to przyszło z
Gdańska, to hasło: „Solidarność”. Pamiętam nawet
początkowo byliśmy atakowani, czy my to też
„Solidarność”. Przypominam sobie, że ktoś z egzekutywy nawet
próbował nas atakować za to. Ja byłem bezpartyjny, ale na
otwarte zebrania partyjne chodziłem, żeby nie pozwolić na taki
bezpośredni, bezpardonowy atak na te niezależne związki.
Broniłem ich. I pamiętam, że kiedyś zadano mi pytanie, czy
my też jesteśmy w „Solidarności”. Nawet my wówczas jeszcze nie
wiedzieliśmy, że już przyjmujemy tę nazwę
„Solidarność”. Oni już pierwsi byli zorientowani przez agendy
partyjne i zaczęli mnie atakować. Ja im mówiłem, że
rzeczywiście „Solidarność”, to jest to czego my oczekujemy, że wspólnie, razem itd.
Jakoś tak dobrze to wypośrodkowałem.
Pyt. Dlaczego tworzyliście ten niezależny związek? Jakie
było wówczas wasze myślenie?
Odp. Jakie myślenie? Otóż ja chcę nawiązać do roku
1968 kiedy za krytykę polityki zakładu pracy, gdyż kolejarzy
brano do rozpędzania manifestujących studentów w Kortowie - ja
oczywiście nie zgodziłem się z tym i podnosiłem tam
głos na ten temat, wtedy się za mnie zabrano, zaczęto mi
dokuczać, ale ponieważ byłem niezłym pracownikiem,
sumiennym człowiekiem …
pyt. Bo ty pracowałeś jako?
Odp. Pracowałem na odcinku elektroenergetycznym jako elektryk. I wtedy
po 1968 roku cały czas się mną zajmowali i za karę mnie
przenieśli do takiej niezbyt ciekawej pracy. Paskudnej, brudnej, trudnej
itd. Wtedy w 1968 roku podniosłem dość głośny protest
i wypisałem się ze związku, z CRZZ. Ciekawa rzecz,
zapisałem się ponownie po wypadkach w Gdańsku w 1970 roku - po
porozumieniach. Uważałem, że warto dać znowu poparcie, ale
już za rok wiedziałem, że to jest to samo. Bo myśmy byli
bardzo dobrze zorientowani jako kolejarze, bo nasi koledzy jeździli tam,
mieliśmy kontakt. Ja ubolewałem wtedy w 1970 roku, że my nie
mogliśmy nic pomóc tym ludziom. I w 1980 roku uważałem, że
nie można po raz kolejny zostawić tych kolegów z Gdańska, tej
garstki ludzi, samych sobie. Że trzeba im dać pomoc w postaci
organizowania tych związków. W postaci wzajemnego wspierania. U mnie taka
była myśl. Natomiast inni mieli różne ku temu powody - raz
nieudolność związków branżowych, druga rzecz braki
dokuczały ludziom. Chcieli przeciwstawić się tej grabieży,
tej nieuczciwości, tym praktykom monopolu bolszewickiego.
Pyt. Czy ze strony kierownictwa partyjnego mieliście jakieś
szykany?
Odp. Były bardzo duże problemy. Pamiętam, że przede
wszystkim działacze tamtego związku mocno nas atakowali, czuli,
że grunt pod nogami im się zawala i że będzie ta silna
konkurencja zorganizowanego oddolnie związku zawodowego. Po drugie,
członkowie partii, aktywiści, lektorzy, sekretarze atakowali nas za
to, że ten związek jest pewną platformą politycznego
działania, że uderza w idee socjalizmu, w które oni wierzyli.
Były takie momenty, że wzywali mnie w otoczeniu - jak się
domyślałem później, Służby Bezpieczeństawa - i
zamykali drzwi w celu jakiegoś zastraszenia, czy coś w tym rodzaju,
wymuszania jakichś ustępstw. Ja oczywiście nie reagowałem
na to. Robiło to na mnie odwrotne wrażenie. Ugruntowałem
się w tym, że trzeba to przełamać
Pyt. W którym roku to było?
Odp. To był rok 80-ty, jak się tworzyły niezależne
związki. Byliśmy mocno obserwowani, m.in. dlatego, że byłem
przeciwnikiem tego ustroju. Tego nigdy nie ukrywałem i chyba byłem w
tym zakładzie pracy tylko dlatego, że byłem pracownikiem
sumiennym, nie piłem, nie paliłem. Nic nie mogli przeciwko mnie
wykorzystać. A ponadto trochę im na mnie zależało,
ponieważ byłem specjalistą od spraw sterowania i maszyn
elektrycznych. Nie było mi równego w zawodzie. I może to mnie
uchroniło. Pamiętam, że później na kolegium to
Służba Bezpieczeństwa to podnosiła, że oni
wiedzą, że jestem dobrym pracownikiem i mam doskonałą
opinię w zakładzie i ubolewali nad tym, że zajmuję się
polityką.
Pyt. Wtedy byłeś już przewodniczącym komisji?
Odp. Ja wtedy byłem przewodniczącym tej grupy inicjatywnej, a od
stycznia zostałem przewodniczącym węzła olsztyńskiego.
Pyt. Jak oceniałeś ludzi z MKZ-u?
Odp. Ja początkowo bardzo uważnie patrzyłem na to wszystko.
Wydawało mi się, że my tu wszyscy zebrani, mamy te zbożne
intencje organizowania się w niezależny związek, że
przyświeca nam idea zerwania z przeszłością, odcięcia
się od złych praktyk itd. Ale po miesiącu, półtora już
zauważyłem, że są tam bardzo różni ludzie o
różnych charakterach, o różnych poglądach i róznym zabarwieniu
politycznym. Nawet wydawało mi się w pewnym momencie, że u
niektórych widzę chęć przejęcia i kierowania tym, nawet
pewnej manipulacji i to w stronę sterowaną przez organa władzy
państwowej. I było to dla mnie dość rewelacyjnym odkryciem.
Nie był to zbieg okoliczności, ale świadome działania. na
to musiałyby być pewne dokumenty, ale …
Zaskoczyło mnie to, że na czoło wysunęli się
aktywiści PZPR-u. Ja nigdy nie miałem do czynienia z tymi
ludźmi, zawsze się od nich odcinałem zdecydowanie i jawnie,
nagle znalazłem się wśród tych ludzi. Okazało się,
że oni mieli być może większe doświadczenie w działalności
społecznej i politycznej i to wykorzystali. Stanęli na czoło ludzie
już przetarci, czasami nawet byli współpracownicy SB. Być
może oni zmienili swoje poglądy, ale może było na zasadzie
pewnych odgrywek, bo tam gdzieś zostali odrzuceni, albo z różnych
powodów inaczej potraktowani, niż by sobie tego życzyli. Później
znaleźli sobie platformę do odgrywki.
Pyt. Jak odbierałeś wtedy pewne osoby?
Odp. Zdecydowanie wyróżniał się tutaj Pagacz.
Właściwie był zwolennikiem rozliczenia się z przeszłością,
ale też wyjątkowo opowiadał się za komunizmem. Było to
dla mnie dziwne zjawisko.
Pyt. Skąd był Pagacz?
Odp. Z WPHW. On ciągle krzyczał, że gdyby się trzymano
idei marksizmu, leninizmu, to byłoby właściwie to o co chodzi,
natomiast mimo, że to było zapisane nikt tego nie realizował. To
dla niego było wielką tragedią. Nawet w momencie internowania, z
„Kapitałem” Marksa jechał do więzienia i tam
tłumaczył, że to są założenia słuszne.
Pyt. Jak koledzy przyjmowali te jego deklaracje?
Odp. Niektórzy uważali go za dziwaka, inni w ogóle nie zwracali uwagi,
dla mnie natomiast było to ciekawe. Większość członków
partii była wychowana na wzorcach marksizmu i leninizmu, a więc ich
obecność w tych związkach nadawała ton i charakter temu
związkowi.
Pyt. Czy pamiętasz Bartuszka?
Odp. Pamiętam. Trudno mówić o nieżyjącym. Ale ja
szczerze powiem, był to wyjątkowy cham. Być może na
pierwszy okres był taki potrzebny, który by nogami drzwi otwierał
itd. Zostawił naprawdę smutne wrażenie po sobie, mało tego,
zostało to później wykorzystane przeciwko związkowi. W okresie
początkowym stanu wojennego pokazywano w tym zakładzie itd. - tam
wielu ludzi odwróciło się od „Solidarności”, bo te metody
widzieli i niestety one nie mogły być wzorem. Ja wiem, że
później dużo się mówiło o tym człowieku, bo zmarł
i jak gdyby przyczyną był stan wojenny itd. Wszystko to rozumiem,
być może, że nawet tak było, ale sposób i forma w jaki
się zachowywał i działał …
Pyt. Również członkowie „Solidarności” tak go odbierali?
Odp. Tu też był można powiedzieć brutalem. Tutaj
spełniał rolę takiego porządkowego. Organizowania takiej bojówki.
Natomiast na pewno nie nadawał się do tej dobrej strony, do
reprezentowania Związku.
Pyt. Bartuszek był krótko szefem. Później był Łukomski.
Odp.
Otóż Łukomski trafił z wojska. Też był
człowiekiem może dobrym na ten czas, bo był hardy, szorstki, odniosłem
nawet wrażenie, że bezczelny. Może w pierwszej fazie tworzenia,
tacy zdecydowani ludzie mogli być potrzebni, ale już w czasie
organizacji było wiadome, że ta forma działania nie może
przynieść żadnego dobrego rezultatu, że zraża ludzi,
że ludzie z tym chamstwem spotykali się przez tyle lat … Takie
miał ordynarne i bezczelne zagrywki.
Jeden z moich przyjaciół, którego bardzo dobrze znałem, kiedyś
pyta, czy znam Łukomskiego> Mówię, że znam. A co się
stało? Otóż mówi: - Wiesz co, on się zachowuje bezczelnie.
Pijany obnosi się z tym, że jest przewodniczącym, zastrasza
ludzi, że on się policzy - w autobusie nie ma skrupułów
żadnych, więc nie jest to dobra renoma związku. Jeżeli
możesz to powiedz mu to. I ja rzeczywiście, przy okazji kiedyś w
jakimś momencie mówię: - Słuchaj, Edmund, doszły do mnie
takie głosy, że tak się zachowujesz. Byłoby głupio
gdyby tak rzeczywiście było. Strasznie się zjeżył
momentalnie i zaraz mówi: - Ja tam twoją komisję rozliczę, ja
tam do was przyjdę. Powiedziałem, że ja się tego nie
boję. Proszę bardzo, w każdej chwili możesz do mnie
przyjść. Nie mam nic do ukrycia. Tak się odniósł,
myślałem, że raczej inną postawę przyjmie. Hardy
był wyjątkowo, nawet czasem bezczelny. Wynikało to chyba z jego
charakteru, chociaż to wojsko to też, jeśli się z nim
rozstali, to być może, że zauważyli, że ma takie
metody niekonwencjonalne.
I jeszcze muszę powiedzieć o Łukomskim jedno. Otóż 13
grudnia w stanie wojennym on nie był internowany, gdyż w tym dniu
pojechał na jakąś uroczystość rodzinną. No i stawił
się do jednostki jako oficer rezerwy. Stawił się i proszę
sobie wyobrazić, że się tam tak kajał przed tymi oficerami,
że on musiał itd., że nawet niektórzy nie mogli na to
patrzeć i wychodzili.
Pyt. A w której jednostce się zjawił?
Odp.
Już nie pamiętam, ale tak się zachował i myślę,
że wyjechał, to może nawet i dobrze zrobił. Później
jak się zorientował, że wypadło to w sumie fatalnie - jego
postawa i jego zachowanie. Póżniej mimo wszystko go internowali, dnia i
czasu już nie pamiętam. Miał jakieś kłopoty ze
zdrowiem, z sercem czy coś takiego i wyjechał. On chyba dlatego z
więzienia wyszedł, że się zdecydował wyjechać.
Pyt. A Krupiński?
Odp. To ciekawa postać. Była to osobowość silna i
bardzo ciekawa. Ja nawet próbowałem dociekać przez długi okres
czasu, jak to się stało, że został zastępcą Lecha
Wałęsy. Nawet w więzieniu się tym zajmowałem i
próbowałem to badać. No i doszedłem do ciekawych wniosków.
Był to człowiek wyjątkowo inteligentny, spryciarz - mógłbym
tak powiedzieć. Ciekawa postać. Zastanawiałem się, jak
się znalazł w Związku, bo jakoś tak myślałem
trochę po prostacku, że będą przede wszystkim ci ludzie,
którzy przez lata byli ciemiężeni, ci którzy nigdy niczego się nie
doczekali - żadnych zarobków, że zawsze tylko starczyło na
jedzenie i biedny ubiór, a okazało się, że znalazł się
człowiek, który miał zarobki wyjątkowo olbrzymie, bo w momencie
kiedy chodziło o uposażenie przewodniczącego Regionu to
powiedział, że musi zarabiać nie mniej niż 15 tyś.
zł. albo tyle ile w dotychczasowym zakładzie pracy. Więc
było to dla mnie dużym zaskoczeniem, że są ludzie, którzy
tyle zarabiają. A nasze zarobki wynosiły wtedy maksimum 6 tyś
zł., a gdy ktoś zarabiał 7 tyś, to był straszny
zarobek. No więc proszę sobie wyobrazić 15 tyś. albo tyle
ile w macierzystym zakładzie (tam podobno zarabiał około 18
tyś zł.). Nie wiedziałem, że przy jego zawodzie to
było raczej normalne.
Pyt. Bo był architektem.
Odp. Tak. I w związku z tym było ciekawe, jak on się tu
znalazł? Co nim kierowało? Później zorientowałem się,
że była to po prostu chęć zrobienia kariery. Tak bym to
podsumował na razie.
Pyt. Jakie fakty związane z jego działalnością
utkwiły ci w pamięci?
Odp. No więc, jakie fakty. Wiele rzeczy. Co ciekawego. Po wyborach
Zarządu Regionu w Kortowie, dwa dni to trwało do późnej nocy. W
poniedziałek rano prezydium udało się do Komitetu Wojewódzkiego.
Był to dla mnie prawdziwy szok. Do dziś to pamiętam i na
pierwszym posiedzeniu Zarządu Regionu wtedy ubezpieczając się,
bo już wiedziałem, w którą stronę to wszystko idzie, czułem
to niebezpieczeństwo grożące mnie jako człowiekowi,
przeciwnikowi PZPR-u i tamtych układów, zadałem pytanie: - Czy
mógłbym do programu wprowadzić punkt, w którym poinformowano by,
dlaczego i kto zorganizował tem wymarsz do Komitetu Wojewódzkiego, ponieważ
mnie ludzie pytają i ja nie wiem co odpowiedzieć. I to zostało
wprowadzone. Zresztą Krupiński zaczął na to
odpowiadać.
Pyt. Co mówił?
Odp. Powiedział, że on uważa, że pójdzie wszędzie,
gdzie tylko można, żeby załatwić ludziom pracy to, co im
jest potrzebne i że oni poszli tam z pakietem spraw i tak to
nagrywał. Ja w ramach riposty prosiłem jeszcze raz o głos i
powiedziałem, że ludzie oceniają to, że poszliście aby
was ochrzcić. Jak można, żeby 10 milionowy Związek
udawał się tam do nich. Przecież ostatecznie mamy swoje
władze i mamy swój statut - to jest pierwsze, a po drugie, że
przecież cały ten społeczny bunt i niezadowolenie był po
to, żeby się już nie utożsamiać z PZPR-em i żeby
znowu nie szukać u nich jakiegoś wsparcia. Czy też jakiejś
próby narzucenia nowego systemu zarządzania Związkiem. I
uważam, że to było wielkie nieporozumienie i ludzie mają o
to duże pretensja. W zasadzie rzeczywiście to tylko
wypływało ode mnie. No, słuchali ludzie tego, ale nic więcej.
A ja ponowiłem jeszcze raz pytanie, kto i kiedy to
zorganizował. I później Krupiński pod naciskiem wreszcie
powiedział, że sprawa ta była zaaranżowana przez Łukomskiego.
Myślę, że Łukomski był przekonany, że zostanie
przewodniczącym. Zresztą bardzo mocno odchorował sprawę tej
przegranej.
Pyt. Bo on kandydował?
odp. Kandydował i przegrał. I myślę, że
przegrał ze względu na swoją postawę arogancką -
ludzie tego nie zaakceptowali. Natomiast Krupiński był bardziej
człowiekiem elokwentnym, dyplomatą, sympatycznym człowiekiem. No
ale niestety okazał się graczem dużej miary.
Pyt. Mówisz graczem, czy możesz podać jakiś argument?
Odp. Otóż, zawsze wsłuchiwał się w to co ludzie
mówią i był tam gdzie większość niezależnie od
tego czy mieli rację. Zjednywało mu to ludzi i jednocześnie
jakby stawał się pewnym języczkiem u wagi w momentach trudnych.
Bo wiadomo, dwie przeciwstawne alternatywy, a on już tam jest gdzie
większość i wygrywa. Umie też ładnie to
wytłumaczyć, przeinaczyć, ładnie to zegrać, żeby
i ci przegrani mieli też drobną satysfakcję. Natomiast okazuje
się, że większość nie zawsze miała rację,
mało, prowadziło to związek do różnych
nieszczęść - chociażby strajk w OZGrafie, gdzie
właśnie w dużej mierze oprócz Andrzeja Bobera, który był
odpowiedzialny z ramienia Zarządu Regionu (ja o tym też kiedyś
opowiem). Ja pytałem jako pierwszy, jak do tego doszło i kto jest za
to odpowiedzialny, ponieważ twierdziłem, że problem jest za
mały, żeby postawić Region, a zakład jest znowu za
mały, żeby się ktokolwiek z nim liczył. I może
dojść do tego, że ludzie będą strajkować i nie
będzie drugiej strony do rozmów. I tak się też później
stało. I nawet w pewnym momencie, po tym strajku, który został
zakończony apelem przed Zjazdem Krajowym, ja zostałem z ramienia
Zarządu Regionu powołany do komisji badającej przyczyny i
okoliczności strajku w OZGR-afie. Jako przewodniczący chciałem
to zrobić dobrze - niestety, Krupiński mnie unikał,
ponieważ wiedział, że ja byłem jedynym człowiekiem,
który przestrzegał - mało, na spotkaniu w Filharmonii ja
właśnie jako jeden zwróciłem uwagę Krupińskiemu: -
Panie przewodniczący, ja nie bardzo rozumiem z czego się pan
śmieje. Tam strajkują ludzie i nie ma z tego wyjścia, a pan jest
z tego zadowolony. Żaden to powód do dumy.
Pyt. Co przewodniczący lub Zarząd Regionu chcieli uzyskać
przez ten strajk?
Odp. Myślę, że za wszelką cenę - to było
dość modne - pokazać się. Pokazać siłę,
pokazać, że u nas też jest zakład, który się nie da
złamać itd. Tu przyjechali, i Kuroń, i prof. Stelmachowski,
który odjechał z niczym itd. A Krupiński tutaj nakręcał
spiralę strajku w zakładzie. Za wszelką cenę. Chciał
pokazać. Później to nawet odniosłem to do tego, że
może to było uzgodnione z Wałęsą, chodziło
może o to nawet, żeby utrącić tu Kuronia, który był z
KOR-u, a wtedy Kościół nawet odradzał, żeby odsunąć
korowców. Sądziłem, że może to być ten argument,
że go póniej odtrącą: - Panie, nie masz pan przebicia ani
posłuchu, a pan się rządzisz. Tak myślałem, ale
okazuje się, że to był inny powód - nie w tym momencie o tym
mówić.
Pyt. Krupiński później jak gdyby „dopiął” swego -
oczywiście nie mógł wiedzieć, że zostanie
wiceprzewodniczącym.
Odp. Posłuchaj - to jest ważna sprawa. Zasadniczą rolę
w tym odegrał ks. Julian Żołnierkiewicz, że Krupiński
został wiceprzewodniczącym.
Pyt. Jak to było możliwe?
odp. Oczywiście, on się później przed tym bronił. Nawet
kiedyś jak byliśmy u Lecha Wałęsy w stanie wojennym - ja z
ks. Żołnierkiewiczem - bo był taki moment, to mógł być
1987 rok, w drodze (ja już wtedy wszystko wiedziałem, a ksiądz
nie wiedział, że ja wiele rzeczy wiem), ja jeszcze próbowałem go
wybadać. On wtedy mówił tak: - To chyba sam diabeł komuś
podszepnął, żeby lansować Krupińskiego. Ja
oczywiście wiedziałem, że to on robił.
Pyt. Czyżby wpływ ks. Juliana był wtedy tak duży?
Odp. Może nie każdy wie, że serdecznym przyjacielem ks.
Jankowskiego był i jest ks. Julian Żołnierkiewicz. Są to
przyjaciele serdeczni. Mało tego, Wałęsa do województwa
elbląskiego jeździł na ryby do parafii, gdzie pracował brat
ks. Juliana - też ksiądz. I te wszystkie drobne rzeczy takie
towarzyskie, odegrały szaloną rolę. (…)
Pyt. Co możesz powiedzieć o Andrzeju Boberze?
Odp. Odnośnie Andrzeja Bobera. Myślę, że od
początku nie przypadliśmy sobie do gustu. Ja na pewno jestem
człowiekiem kontrowersyjnym ze względu na te swoje ustabilizowane
poglądy. Ja nie miałem kierunków, ja miałem poglądy.
Kierunki się zmieniają, pogląd człowiek ma do śmierci.
I dlatego ciągle się zderzałem z ludźmi, którzy
poglądów nie mieli. Ciągle twierdzili, że związek z natury
jest socjalistyczny z czym ja się absolutnie nie zgadzam. Uważam,
że człowiek i każdy z nas ma obowiązek wynikający z
człowieczeństwa, a nie z socjalizmu. To socjaliści to
przechwycili i stwierdzili, że to co ludzkie jest socjalistyczne.
Oczywiście to nie wynika z jakiejś idei zapisanej przez socjalistów,
a wynika z człowieczeństwa i z Ewangelii, z której w dużej
mierze socjaliści wszystko to przenieśli, to co wygodne, do swojej
ideologii socjalistycznej.
Pyt. A Bober?
Odp. I w tym kontekście Bober był człowiekiem, przeze mnie
jako milczek, trudny do rozszyfrowania, oschły, może dość
dobry organizator. tak myślałem z czego mu się to bierze: czy to
wynika z natury, czy z jakiegoś przetarcia, a później
dowiedziałem się, że był przez jakiś czas pracownikiem
służby bezpieczeństwa. I stamtąd odszedł - dlaczego,
nie wiem.
Pyt. Podobno o tym mówił publicznie.
Odp. No, to były rózne metody. Ja znam takich ludzi, którzy się
frontalnie ustawiali, że ja to byłem itd. bo jak ktoś się
później dowie to głupio, a tak to już od razu jest wiadome, a
swoje można robić.
Pyt. Jak go jednak oceniałeś?
Odp. Bardzo fatalnie oceniłem go przede wszystkim za strajk w
OZGrafie, gdzie on z ramienia Regionu od samego początku był, bo
chodziło o „Dni bez prasy” - protest środków masowego przekazu i z
tego telewizja pokazała urywek, czy dała informację, że w
OZGrafie odpychają ludzi od maszyn, że tam się źle
zachowywano itd. że tam było siłowe działanie Związku.
I Związek się tu obraził. Ja uważałem, że nie ma
potrzeby się obrażać, przecież nie jesteśmy pannami
weselnymi, mamy swój cel, niezależnie co o nas mówią, do tego celu
dążmy. Natomist w trakcie tego wzburzenia załogi, Bober
zebrał tych wszystkich ludzi - były tam zamiary organizowania strajku
przeciwko, jeżeli telewizja tego nie odwoła, Bober mówi: - No to w
takim razie idźcie do domu, weźcie koce, kanapki itd. a jutro w tej
sprawie zrobimy referendum. Dla mnie to było jasne i oczywiste, że
jeżeli ludzie przyjdą tutaj z pledami, kocami, z całym
wyposażeniem strajkowym no to 100 na 100, że będzie strajk. I
tak się też stało. I oczywiście nie było na to
argumentów, ani metody na rozwiązanie tego problemu strajkowego. Ludzie
się zniechęcili i pamiętam, że pod koniec strajku wszyscy
wyraźnie - zresztą później byłem przewodniczącym tej
komisji - wszyscy wyraźnie twierdzili, że nikt w życiu już
ich na żaden strajk nie namówi. Byli zawiedzeni, bo był problem
wypłaty, o finansowanie tego strajku, wiele, wiele rzeczy nie
wyjaśnionych, skomplikowanych i właściwie strajk został generalnie
przegrany. I winą - ja osobiście - obdarzyłem Zarząd
Regionu, przede wszystkim Andrzeja Bobera, który z ramienia Regionu był
odpowiedzialny za przeprowadzenie akcji „Dni bez prasy”.
Pyt. Ale później, jak już ten strajk trwał, jak on
oceniał?
Odp. W pierwszym momencie była taka historia, gdzie Bober na
Zarządzie Regionu zamiast tonować i próbować jakoś w tym
momencie Region ustawić, aby Region swoją uchwałą nie
poparł strajku i jakby załogę w tej pierwszej fazie zmusił
do zakończenia, to on za wszelką cenę zdystansował tę
moją wypowiedź, krytycznie się o niej wyraził. Natomiast
powiedział, że my tu prowadzimy dyskusje, a tam ludzie strajkują
i trzeba ich poprzeć. Ludzie na to czekają. I po prostu jakby pod
pewną sugestią Zarząd Regionu zagłosował za poparciem
akcji strajkowej w OZGrafie. A później konsekwencje były wszystkim
znane.
Chcę jeszcze powiedzieć o jednej rzeczy. Można to w prasie
znaleźć, gdzie tam była jakaś pijacka burda, w której
brał udział jakiś milicjant czy ktoś, już nie
pamiętam w Dobrym Mieście czy gdzieś, gdzie Bober pojechał
no i jego wypowiedź i zachowanie było naprawdę
nieusprawiedliwione. Jakieś nieprzemyślane, bezczelne, aroganckie.
Nie wiem, czy to był w ogóle styl Regionu - bo wielu ludzi tak
postępowało - czy to byli tacy ludzie, którzy się w tym okresie
znaleźli. Na ten czas oni swoim charakterem pasowali do tego
przełomowego okresu, gdzie trzeba było wykazać się hartem
ducha, arogancją może nawet czy czymś takim, nie wiem …
Pyt. Mówiąc o Boberze wiele osób mówi, że nie pchał się
na pierwsze miejsce, zapewne ze względu na swoją
przeszłość, że miał koncepcję Związku, i
był konkretny w dziaaniu.
Odp. No ja mam taką przykrą okoliczność jeszcze ze
strajkiem w WSP, gdzie właśnie dzięki Boberowi i Maćkowi
Kuroniowi, zostałem wprowadzony w wielki kłopot na terenie
zakładu …
(Rozmowę przeprowadził i notował Zenon Złakowski)
Tu wklejam Gierczak 3.doc
Rozmowa z Andrzejem
Gierczakiem
w dniu 1.12.1992 roku
Pyt. Jedenaście lat mija od pamiętnej daty 13 grudnia 1981 roku,
Wtedy to na terenie całego kraju wprowadzono stan wojenny. O wspomnienia z
tego okresu poprosiłem Andrzeja Gierczaka, wówczas członka
Zarządu Regionu Warmińsko-Mazurskiego NSZZ „Solidarność” i
działaczem „Solidarności” w środowisku kolejarskim.
Również obecnie A. Gierczak pełni funkcję Przewodniczącego
Komisji Zakładowej na olsztyńskim węźle PKP. Chciałbym
abyś spróbował przybliżyć wydarzenia w tamtych
dramatycznych chwilach.
Odp. Był to okres bardzo burzliwy. Jak dobrze pamitam ostatnie
posiedzenie Zarządu Regionu, na którym był obecny Michał
Powroźny, przewodniczący Regionu. Na krótko zresztą oddelegowany
na posiedzenie Komisji Krajowej w Gdańsku, przyjechał z zapytaniem,
jak mamy się zachować w momencie gdyby były jakieś
rozruchy, jakaś konieczność obrony Związku. Nie wszyscy
właściwie rozumieli, na czym to ma polegać. Padały
różne pytania. Wyglądało na to, że KK chciała
wysondować, czy jesteśmy za powołaniem Komitetu Obrony
Solidarności. Padały różne głosy. Ja osobiście
byłem przeciwny. Wydawało mi się, że bronimy się
wszyscy, gdyby była sytuacja zagrożenia dla Związku, natomiast
organizowanie czegokolwiek, jakiejkolwiek grupy stróży, mogłaby nam
później być zaliczone jako specjalne organizowanie falangi -
jakiejś falangi robotniczej i jakby prowokowanie do siłowej
konfrontacji między władzą a Związkiem. No i generalnie,
właściwie nie wypracowano żadnej koncepcji. Chyba dlatego,
że zdania były podzielone. Zarówno byli zwolennicy jak i drugiej
myśli. I z tej ogólnej dyskusji właściwie nic nie można
było obektywnie wywnioskować. I myślę, że trudne
miał zadanie Powroźny, gdyż pojechał nie przekonany - bez
specjalnego pomysłu. Myślę, że generalnie nie było
przekonania, że może nam grozić stan wojenny. O tym chyba nikt
nie myślał, chociaż wcześniej - późną
jesienią, był już taki moment przesilenia, kiedy wydawało
się, że jednak chyba będzie jakieś siłowe
rozwiązanie w stosunku do Związku. Wyglądało raczej na to,
że będzie strajk generalny. Natomiast nikt nie brał pod
uwagę tego, że może być wprowadzenie stanu wojennego lub
delegalizacja Związku. Związek raczej czuł się pewny siebie
i wydawało się, że władza nie porwie się na atak na
Związek.
Pyt. Ten stan świadomości trwał do 13 grudnia.
Odp. No tak, generalnie tak chyba było. Raczej strajk, a strajk
generalny dla związkowców wcale nie wiązał się z
radykalną postawą władz. Wydawało się to po prostu
niemożliwe. Byliśmy organizacją 10-milionową, ponadto
byliśmy na fali - tak się przynajmniej nam wydawało.
Chociaż ja nie byłem takim optymistą. W momencie już podpisania
w słynnej sali BHP w Gdańsku, porozumienia w sprawie tworzenia
niezależnych związków zawodowych i wogóle porozumienia -
uważałem, że władza podpisuje te porozumienia z
myślą, że i tak nas pokona chociaż jeszcze wówczas w
szczegółach nie wiedziała jak to zrobi.
Pyt. Nadszedł 13 grudnia. Gdzie ciebie zastał i w jakiej sytuacji
zostałeś internowany?
Odp. Kilka minut po północy zbudził mnie dzwonek do drzwi.
Wstałem, żeby zorientować się, cóż to za
gość o tej porze próbuje się dodzwonić. Na moje pytanie: -
Kto tam?, była w zasadzie krótka odpowiedź: - Milicja! Oczywiście
otworzyłem - nie czułem się tutaj niczym zagrożony.
Weszło ich pięciu. Trzech uzbrojonych oczywiście, ubranych w
mundury moro i dwóch cywilów. Jeden z nich wymienił swoje nazwisko i
zapytał czy to ja. Odpowiedziałem: - Tak. Więc on mówi: - Niech
pan się ubierze, mamy obowiązek dowieźć pana do Komendy
Wojewódzkiej na rozmowę. Byłem zdziwiony i mówię: - Dziwna to
pora na jakiekolwiek rozmowy. Czy panowie nie możecie mi
przysłać wezwania do zakłądu pracy, albo do domu - ja sam
pójdę, nie musicie się fatygować. Jeden z tych cywili
młody, jakoś tak dość ostro i arogancko nawet próbował
mnie zaatakować. Było to dziwne dla mnie - nie reagowałem.
Pomyślałem sobie: wolę rozmawiać z kimś kto sensownie
do mnie przemawia. Mówię więc: - Chwileczkę, jeżeli panowie
chcecie mnie zabrać, to rozumiem, że macie wezwanie. Bo przecież
nie możecie mnie z domu zabierać jak worek kartofli: - No, mamy
oczywiście mamy to wezwanie, ale nie o to chodzi, niech pan się
ubiera i bardzo bym pana prosił, niech pan nie robi nam trudności.
Znam pana, że pan jest przyzwoitym człowiekiem. Mam nadzieję,
że pan dostosuje się do naszej prośby. Spojrzałem na tego
człowieka, nie bardzo wiedząc skąd moglibyśmy si znać.
On mówi: - No wie pan, z narad i odpraw w Dyrekcji. Wiedziałem o tym,
że służba bezpieczestwa ma swoich ludzi, że oni biorą
udział w naradach, ale to mi nie przeszkadzało. Zawsze mówiłem
to, co uważałem za stosowne i zgodnie z prawdą. Nie miałem
potrzeby niczego ukrywać. No więc ponieważ człowiek ten
nalegał i robił to w sposób dość sensowny, nie było w
tym żadnego chamstwa, co u tego młodego człowieka dało
się zauważyć, ale zwróciłem uwagę na jedną rzecz,
mianowicie cała ta piątka stanęła w jakimś takim
półkolu i generalnie odgrodziła mi wszystkie wyjścia z domu,
zarówno na górę, do piwnicy jak i do wyjścia. Gdybym nawet
próbował wyjść, to byłoby to niemożliwe.
Zastanawiałem się, czy to celowo czy to przypadek? Poszedłem
do drugiego pokoju. Jeden z nich szedł za mną, ale się
zatrzymał. Chciałem się pożegnać z dziećmi,
ponieważ podświadomie wydawało mi się, że jednak
coś nie tak z tymi rozmowami. Tym bardziej, że ta pora była
mało stosowna. Poszedłem na korytarz, zacząłem
żegnać się z żoną, chociaż jeden z nich
mówił, że nie ma potrzeby, ja mimo wszystko powiedziałem: -
Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Żona była zupełnie tym
zaskoczona i zdziwiona moją postawą, że ja się żegnam,
że tak reaguję na to. Mówię jej tak: - Zadzwoń jutro do
Regionu i powiedz, że mnie zabrali z domu. Jeden z nich powiedział: -
No tak, niech pani zadzwoni. I wychodzimy z domu. Jesteśmy na schodach i w
tym momencie postanowiłem użyć pewnego faktu dla zorientowania
się o co tu naprawdę idzie. Zwracam się do nich: - Wiecie
panowie, zapomniałem żonie zostawić kartki
żywnościowe na mięso. A oni mówią: - A to szkoda, że
pan nie zostawił. I w tym momencie się zorientowałem, że to
jest jednak jakaś dłuższa sprawa.
Uszliśmy parę metrów. Za budynkiem moich sąsiadów za
skrzyżowaniem, stała nyska milicyjna z dwoma milicjantami.
Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy. Noc była mroźna,
księżycowa, było sporo śniegu. Ujechaliy kawał.
Wywiązała się między nami rozmowa. Ten, który zwracał
się do mnie przyzwoicie powiedział, że dziękuje, że
tak się zachowałem. Odpowiedziałem więc, że nie
miałem powodu aby się zachowywać inaczej, nie mam też
wrogów chyba, że wrogowie „Solidarności” są moimi wrogami.
Więc on mówi: - Niestety ma pan
wroga. Co przyjąłem, że ktoś tam mocno naciskał aby
mnie zabrano.
Przejechaliśmy przez Dajtki, później przez ul. 1-Maja, no i ta nysa
milicyjna zamiast skręcić w prawo na Komendę, skręca w lewo
na most. na Al. Wojska Polskiego. Więc ja mówię: - Panowie,
rozmawiajmy jak dorośli mężczyźni, powiedzcie gdzie mnie
wieziecie i o co tu chodzi. Oni mwią: - Nie, i no wie pan. I unikali
określenia się, i jechali ulicą Jagiellońską do ulicy
Poprzecznej, wzdłuż cmentarza, na Waryńskiego i później na
Zielonej Górkce skręcili do bazy samochodowej milicji.
Pyt. Jak wieźli ciebie co myślałeś?
Odp. To znaczy wydawało mi się, że to jest jakaś
szersza sprawa, że to nie chodzi tylko o mnie. Natomiast nie czułem
lęku. W momencie wjazdu w bramę tej bazy samochodowej,
zauważyłem taki półmrok, masę milicjantów
kręcących się, uzbrojonych z psami. Dużo samochodów
skoncentrowanych w tym miejscu. W tym momencie już zorientowałem
się, że jest to atak na Związek. Samochód się
zatrzymał. Ten młody ubowiec wysiadł i poszedł gdzieś.
Okazało się, że oni nie mieli przy sobie tej decyzji o moim
internowaniu. Trudno powiedzieć, czy to ze zbytniego pośpiechu - nie
wiem co się za tym kryło. Wyprowadził mnie z samochodu i
podprowadził do dystrybutora z paliwem. Tam była taka mała
lampeczka i podał mi ten dokument, który przyniósł do odczytania.
Była to decyzja o internowaniu i jako zarzut podano, że zagrażam
bezpieczeństwu państwa. W związku z czym jestem internowany do
Kamińska. Przeczytałem to, a on się pyta czy już się z
tym zapoznałem. Tak. No to niech się pan na tym podpisze. Mówię,
że nie zamierzam się podpisywać na takich dokumentach. Na co on
stwierdził, że napisze, iż odmawiam. Ja mówię: - Proszę
bardzo. Zabrał tę decyzję ze sobą, podprowadził
jeszcze kilka metrów i w tym momencie widzę, że prowadzą skutego
w kajdany Andrzeja Bobera. Nie wiem czy on mnie zauważył, ale ja go
widziałem jak go tam prowadzono. W tym momencie jeszcze nie byłem w
kajdanach. No więc on mówi: - W takim razie tu się pożegnamy. I
podaje mi rękę. Chciałem w tym momencie coś
powiedzieć, ale myślę sobie, nie dam się tutaj
sprowokować. Nie pozwolę sobie na to, aby w tym momencie jakieś
instynkty nade mną górowały. Powiedziałem, do widzenia i
pożegnaliśmy się. Oczywiście zaraz rzuciła się na
mnie milicja, zaczęli mnie rewidować. Wiedziałem, że w tym
momencie szukają zapewne tych karabinów, o których ciągle mówili, że
„Solidarność” się przygotowuje. Później prasa nawet o tym
pisała gdzieniegdzie, że niektórzy byli już uzbrojeni. Takie
pogłoski różne. Zgodnie to nagłaśniano przez prasę, a
szczeglnie przez tą szeptaną propagandę, która dawała takie
sygnały, że „Solidarność” była przygotowana, że
znaczyła domy różnych urzędników państwowych itd.
Pyt. Generalnie w całej Polsce nic nie znaleziono. Gdzieś na
strychu kilka kijów.
Odp. Tak, generalnie tak było. Nawet wydawało mi się,
że na tym ostatnim posiedzeniu Zarządu Regionu, to jakby były
jakieś naciski, jakieś dziwne wypowiedzi niektórych ludzi,
członków Zarządu, żeby przygotować się zbrojnie. Nie
wiem czy było to prowokacyjne czy ludzie rzeczywiście tak
myśleli. Po tej rewizji poprowadzono mnie do samochodu, takiego do
przewozu więźniów. Tam spotkałem różnych ludzi. Po mnie
przywieziono przewodniczącego „Solidarności” z Zakładów
Mięsnych. Wiem, że był człowiekiem wyjątkowo
spiętym. Bardzo to przeżył. Był tam Maciek Eichler
(wyemigrował do Szwecji) były pracownik ART. Było też
parę osób zupełnie mi nie znanych, których widziałem pierwszy
raz. Niektórzy byli skuci w kajdany, niektórzy nie. Rozgorzała dyskusja,
co to znaczy itd. Niektórzy twierdzili, że to jest niemożliwe,
że będą z nami rozmawiać. Natomiast ja byłem
bliższy opinii, że niestety to jest koniec „Solidarności”,
że nie robi się tego w ten sposób i na taką skalę,
żeby później z ludźmi rozmawiać. Przez dwie godziny
trzymali nas w samochodzie. Gdzieś około 3-ej, zaczęli
pojedyńczo nas wyprowadzać. Utworzyli taki szpaler między jednym
samochodem, a drugim. I pojedyńczo nas skuwali. Ciekawe, że
różnie nas prowadzili do tych samochodów. Był to już inny
samochód podzielony na takie boksy, odzielone od siebie kratami, czterech czy
pięciu w takiej przegrodzie siedziało. Akurat koło mnie siedział
z prawej strony prokurator Stefan Śnieżko. Wszyscy byliśmy skuci
w kajdany. Na końcu tej ostatniej poprzecznej przegrodzie siedziało
dwóch milicjantów uzbrojonych, z psami. I wszystkich nas zamknęli od
zewnątrz. I w ten sposób ta cała kolumna samochodów ruszyła.
Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy gdzie. O piątej kolumna ruszyła,
a o siódmej rano dojechaliśmy do Iławy. Tak rozpoczął
się okres internowania.
Pyt. Ale miałeś przydział do Kamińska?
Odp. Tak. Po tym żeśmy się zorientowali, że stan
wojenny, cała ta sprawa, została wcześniej przygotowana.
Musiała ona być już przygotowana latem, bo przecież w
październiku - jak dobrze pamiętam - to był taki dość
duży bunt w Kamińsku i więzienie zostało po
części spalone. I dlatego to internowanie nasze nie mogło
mieć miejsca w Kamińsku, gdzie rzeczywiście diabeł mówi
dobranoc i gdzie dojazd jest dużo trudniejszy niż do Iławy.
Pyt. Z tego wynika, że te decyzje były wydane jeszcze przed tym
buntem w Kamińsku. Kilka miesięcy wcześniej.
Odp. Tak, w lecie była duża akcja sprawdzania zakładów pracy.
U nas w kolejnictwie zjawił się komandor Marynarki Wojennej. Na
końcu poprosiłem o spotkanie i spytałem tego człowieka, o
co chodzi. Powiedział, że chcieliby uzyskać wiarygodne dane o
sytuacji w zakładzie poprzez źródła wojskowe. Nie pasowało
mi to. Prawdopodobnie już wtedy robiono przegląd
przedsiębiorstw, które później miały znaczenie strategiczne.
Pyt. Jak długo byłeś w Iławie. W jakim towarzystwie?
Odp. Iława, wiadomo, to jest duże więzienie.
Zorientowaliśmy się, że już przygotowano te więzienia,
że wczeniej doszło do szeroko zakrojonej amnestii, o czym ja np. nie
wiedziałem. Wielu więźniów, a szczególnie młodocianych.
Iława jest ośrodkiem więźniów młodocianych. Tam wielu
ludzi zwolniono wczeniej, a tych którzy pozostali stłoczono w dwóch
budynkach. Naprawdę stłoczono w celach 3-4 osobowych, siedzieli po
8-10. Przygotowano się więc do tego solidnie. Resztę bloków
zajmowali internowani. Było nas bardzo dużo.
Ten pierwszy moment był bardzo trudny. Chciano zaprowadzić
dyscyplinę. Natomiast konsekwencje łamania tej dyscypliny były
niejasne. Oni sami zresztą, ci strażnicy, cała władza
więzienna, nie wiedziała jak z nami postępować. Chciano od
nas wymagać. Oglądano nas tam codziennie. Sam komendant obozu dla
internowanych w towarzystwie całej kadry obchodził to więzienie,
przyglądał się. Wymagano od nas meldowania się, takiej
postawy jaka obowiązywała wobec normalnie aresztowanych. W wielu
przypadkach myśmy się do tego nie stosowali. Ja byłem w celi z
Maćkiem Eichlerem i Włodkiem Pagaczem.
Pyt. Czyli trójka was była w celi?
Odp. Tak, ale to różnie bywało, ponieważ nas przemieszczano.
Myśmy się do tego meldowania nie zastosowali. Okrzyknięto nas
buntownikami. Mieliśmy kłopoty, zabrali nam możliwość
wychodzenia na spacery. Próbowano stosować taki więzienny rygor.
Myśmy sobie z tego nic nie robili. Oczywiście pierwszy okres był
szalenie trudny. Odizolowano nas generalnie od siebie i zastosowano typowy
rygor więzienny. Tylko - jak powiedziałem - kończyło
się to wszystko odbieraniem możliwości chodzenia na spacer.
Pyt. Jaki był nastrój wśród internowanych? Szczególnie w tych
pierwszych dniach?
Odp. Bardzo różny. U niektórych duże przygnębienie.
Duża obawa o przyszły los, o los rodziny, o całą tą
sytuację poza. Próbowano nam włączać komunikaty przez te
ogólne radiowęzły więzienne i po nich próbowaliśmy
się zorientować, jakie są nastroje i sytuacja. Szczególnie po
komunikatach o wykorzystaniu mocy, energii. To nam dawało sygnał,
jaka jest sytuacja w przedsiębiorstwach, jak małe zużycie
energii, to było wiadomo, że jednak są postoje, że są
trudności na zewnątrz. Na czym one dalej polegały, czy
społeczeństwo stanęło biernie czy czynnie, to myśmy w
perwszych dniach nie wiedzieli o tym. Izolacja była naprawdę
skuteczna. Nie można było się czegokolwiek dowiedzieć. Sami
strażnicy też raczej milczeli, z nami jakichkolwiek rozmów. Taki
moment sobie przypominam, że w chwili kiedy nas przywieziono, zabierano
wszystkie dokumenty i wszystko co mieliśmy przy sobie (odbierano nawet
zegarki - przyp. A. Pawłowski). Wśród strażników były dwie
kobiety, które nas również przyjmowały i płakały. Ciekawe
to zjawisko, że były bardzo załamane.
Pyt. Czy strażników można w jakiś sposób
zróżnicować?
Odp. Na pewno. Byli tacy, którzy tylko i wyłącznie wykonywali
swoje obowiązki. Można było wyczuć jakąś ich
wewnętrzną sympatię, ale byli też i bardzo gorliwi, którzy
objaw jakiejkolwiek innej, luźnej postawy, momentalnie zgłaszali,
tępili. Chociażby na spacernikach były takie sytuacje, gdzie
trzeba było od siebie o parę metrów chodzić, żeby nie kontaktować
się ze sobą słownie. Zdarzało się, że myśmy
próbowali się do siebie zbliżyć, żeby chociażby
parę słów ze sobą wymienić. To jeden ze strażników,
wyjątkowo gorliwy, natychmiast ściągnął cały
oddział milicyjny, pogotowie jakby służbowe, no i oni natychmiast
przyszli do nas i tam próbowali się z nami rozliczyć. Czuło
się, że chcą za wszelką cenę sprowokować do
bijatyki, ale zdjęli nas natychmiast z tego spacerniaka. Czyli próby
wzajemnego kontaktu natychmiast były przez nich przerywane. Ale była
to niewielka grupa. Raczej trzeba powiedzieć, że około 60%
było nam przychylnych.
Pyt. Czy doszło przez cały czas internowania w Iławie do
jakichś incydentów, do próby użycia siły?
Odp. W tym okresie, kiedy ja byłem, to nie. Chociaż była
druga taka sytuacja, kiedy myśmy się postawili w momencie próby
zwrócenia się do komendanta o zezwolenie na przeniesienie do szpitala
pozawięziennego kol. Ruchlewicza. Miał bardzo poważne
kłopoty ze wzrokiem. Groziła mu nawet utrata wzroku. Oni nie
reagowali i dlatego żeśmy się postawili. Nie chcieliśmy
wejść z korytarza do cel. Oni uznali to za bunt i wtedy natychmiast
zjawiła się ta ekipa szybkiego reagowania. Zrobiło się
niebiesko od straży i próbowali nas zastraszyć, ale my nie dawaliśmy
się sprowokować. I taka postawa gwarantowała nam
bezpieczeństwo.
Pyt. Jak długo byłeś w Iławie?
Odp. Ja zachorowałem, siedziałem w celi, która była
wyjątkowo zimna i zrobiła mi się zimna noga od kolana w dół
i bezwładna. Zupełnie bezwładna. Brak możliwości
leczenia tego, spowodował, że oni postanowili wywieźć mnie
do Barczewa. taka była wersja. Wieźli mnie karetką pogotowia i
ja byłem przekonany, że oni wiozą mnie do Barczewa, a oni
przywieźli mnie do domu. I zostawili mnie bez dokumentów, historii choroby
itd. Nie zostawili żadnego znaku.
Pyt. Czyli kiedy trafiłeś do domu?
Odp. W kwietniu, po 4 miesiącach.
Pyt. Co przypominasz sobie jeszcze z tej Iławy. Ludzi, internowanych?
Odp. Otóż jeden z naszych kolegów, bardzo zdolny człowiek w
zupełnie trudnych warunkach, tak wszystko sprytnie zorganizował,
że podłączył się do radiowęzła i po godzinie
22-ej, kiedy już obowiązywała cisza, zaczął
nadawać komunikaty do internowanych. Oczywiście po jakimś czasie
oni się zorientowali. Próbowali namierzyć, gdzie kto ma te
urządzenia i jak to jest możliwe, że przy takim nadzorze,
ktoś się włączył do radiowęzła.
Ponieważ byłem chory, to ten kolega, który miał te
urządzenia do włączania się i nadawania komunikatów,
wykorzystał moj chorobę i wszystkie te drobne, a bardzo precyzyjne
urządzenia chował w mojej kieszeni. I on przeprowadzając mnie z
celi do celi, udało nam się obydwu przenieść to wszystko i
uniknęliśmy wpadki z tymi urządzeniami. To był Rusiecki -
bardzo zdolny człowiek
Pyt. Czy był jakiś ruch personalny wśród internowanych?
Odp. No bez przerwy były. To chyba były takie więzienne
metody rewizji i ciągłych zmian. To byliśmy w celi dwuosobowej,
to trzy, to pięcioosobowej. Był ciągły ruch. Każda z
tych zmian poprzedzana była bardzo dokładną rewizją w
celach. Przeszukiwani, czy nie posiadamy jakichś materiałów, czy nie
przyłapią jakichś grypsów czy kontaktów z osobami z poza
więzienia. Jakoś szybko mimo tych trudności, mimo braku
doświadczenia w tym działaniu w strukturach więziennych, my
jakoś szybko zorganizowaliśmy się. Zaczęła
ukazywać się jakaś wewnętrzna bibuła, która
przekazywała różne wiadomości z zewnątrz. Bo trzeba
powiedzieć, że nie wszystkich od razu internowano, na wielu ludzi
nie trafiono, albo byli nieobecni, albo źle ustalono ich adresy i
dowożono tych ludzi, a więc były już nowe jakieś
wiadomości. Poprzez tę bibułę myśmy się wzajemnie
informowali. Nawet trafiały czasami wycinki z prasy, informacje z zewnątrz,
już pisaliśmy grypsy, niektórzy koledzy robili znaczki związane
z „Solidarnością’, okresem internowania w Iławie. I tak powoli
życie internowanych nabierało charakteru wewnętrznej
działalności podziemia solidarnościowego.
Pyt. Czy odwiedzały was rodziny?
Odp. Tak, dopiero w styczniu. Rodziny w początkowej fazie nie
miały pojęcia gdzie jesteśmy internowani. To było tymczasem
w tajemnicy. Dopiero później, chyba przez interwencję i naciski
kościoła katolickiego. Odwiedził nas ks. bp Obłąk - to
było w styczniu. Nieżyjący już ks. bp Obłąk.
Przyjechał w niedzielę i w momencie kiedy w towarzystwie komendanta
więzienia i paru funkcjonariuszy i asysty księży - w tym
miejscowego proboszcza z Iławy. Gdy zwiedzał cele zgasło
światło. Były trudności z uruchomieniem agregatu, ale ks.
biskup się nie zraził i przy latarce obchodzili cele. Jak zauważyłem,
próbowano zliczyć nas i były pierwsze pytania, o to jak się
czujemy itd. Duch panował dobry. Ks. biskup chyba odniósł
wrażenie, że nie jesteśmy tragicznie załamani.
Pyt. Chyba była to pierwsza wizyta w więzieniu biskupa w Polsce?
Odp. Tak, myśmy o tym jeszcze nie wiedzieli. Jak się później
dowiedzieliśmy, to ks. biskup postawił komendę więzienia
przed faktem dokonanym. Otóż przyjechał do więzienia, tam
się zgłosił, że jest i e chce odwiedzić internowanych.
Było duże zamieszanie, podobno były telefony do Warszawy,
komendant nie bardzo wiedział jak się zachować i ktoś tam z
Warszawy podjął decyzję, że skoro jest no to nie ma
wyjścia, trzeba zgodzić się. I w ten sposób ksiądz biskup
znalazł się wśród nas. To podtrzymało nas wyraźnie na duchu.
I później były już pierwsze przełomy. Była decyzja o
zezwoleniu na Msze św. niedzielne i to były pierwsze nasze wspólne
bliższe kontakty, gdzie mogliśmy się zobaczyć i
wymienić parę zdawkowych słów, ale przede wszystkim była to
możliwość skorzystania ze Mszy św. - dla nas ważna o
róznych wymiarach i w psychicznym i duchowym.
Jedna rzecz nas jak gdyby troszeczkę nie zadowalała - trzeba to
wyraźnie powiedzieć. Domagaliśmy się jakiegoś
zorganizowanego działania i decyzyjności tych, którzy byli przez nas
wybrani na przewodniczących Regionu, działaczy, którzy z racji wyboru
mieliby w pewnych sprawach zdecydować nawet o życiu podziemnym w
więzieniu. Tego jakby brakowało, żeby się
zorganizować, żeby działaćhierarchicznie. Ten początek
był taki trudny. Okazało się, że niektórzy nie zdali
egzaminu.
Pyt. Czy mógłbyś wymienić nazwiska przynajmniej niektórych
internowanych. A więc Wojtek Ciesielski był …
Odp. Andrzej Pawłowski, Wiesiek Brycki, później przywieziono po
Bożym Narodzeniu Michała Powroźnego, Andrzej Bober był od
początku, jak już mówiłem.
O właśnie, wiem, że dwie lub trzy osoby otrzymały decyzje o
wykluczeniu z PZPR-u. Były to decyzje partyjne, gdyż o ile mi
wiadomo, to organizacje partyjne miały prawo działać w stanie
wojennym. I chyba egzekutywy, czy władze partyjne podjęły decyzje
o wykluczeniu paru ludzi internowanych. Pamiętam jak dziś, że
Józek Lubieniecki był wyjątkowo oburzony i oczywiście
mówił, że będzie się odwoływał, bo jakże tak
można, żeby szujostwo zostało, a porządni ludzie byli wykluczeni.
Pyt. To znaczy, że on został wykluczony?
Odp. Tak, on został wtedy wykluczony, jako jeden z kilku. Dostał
taką informację i się odwołał. Jeśłi chodzi
o Kozła (Kozioła) to on był przywieziony gdzieś chyba w
styczniu, później raczej. Ja przynajmniej go wcześniej nie
znałem. Bo jak mówiłem, dowożono. Np. Pawłowskiego dowieziono
w następnych grupach tych ludzi. O, jeszcze pamiętam takiego
kolegę Jankowskiego, myśmy si wcześniej nie znali.
Działał w strukturach rolników indywidualnych. To był przyzwoity
kolega, sympatyczny człowiek. No i oczywiście, co ciekawe, było
paru kolegów z Krakowa, którzy trafili zupełnie przypadkowo. Wyjechali
wczeniej z posiedzenia Komisji Krajowej i stan wojenny zastał ich na
terenie olsztyńskiego. Zostali internowani. Właśnie m.in.
był tam Stefan Jurczak, z którym siedziałem w jednej celi. Był
Tadek Syryjczyk. W Iławie też siedział m.in. Antek Macierewicz,
z którym przez jakiś czas siedziałem w celi. Był też w
pierwszych dniach, pierwszej nocy internowany Bronisław Geremek. Ale
przebywał w Iławie bardzo krótko i natychmiast został
przewieziony do Warszawy.
(…)
Włączyłem się w tę działalność
podziemia tutaj, olsztyńskiego, kruchego zresztą, ale jakoś tam
próbującego szukać możliwości działania.
Odnalazłem od razu kolegów, którzy próbowali coś robić,
działać. Dosłownie rok później zostałem aresztowany za
działalność i organizowanie struktur podziemnych w kolejnictwie.
I wtedy miałem dużo szczęścia, gdyż zostałem
wywieziony do Gdańska, gdzie czekałem na proces. I ten proces w
zasadzie odbył się w ten sposób, że zawieszono nasze wyroki,
zawieszono całą sprawę, ze względu na to, że po
wizycie Ojca Świętego, objęła nas amnestia.
(…)
W więzieniu w Iławie. Gdzieś to było chyba w m-cu lutym,
otrzymaliśmy z zewnątrz materiał na transparent. Prymitywnie,
ale na tym mateiale zrobiliśmy napisy „Solidarność”, Iława,
internowani. I tak żeśmy się zorganizowali z celą obok,
że cały transparent przez okno w pewnym momencie podaliśmy na
drugą celę. Trzymaliśmy za jeden koniec, koledzy za drugi i
cały transparent został rozwinięty na zewnątrz i
został z zewnątrz sfotografowany. Było to dla służby
więziennej niemiłe zjawisko. Momentalnie rzucili się,
mieliśmy trochę kłopotów, ale cała akcja udała
się.
(…)
Przeprowadzano rozmowy indywidualne z każdym z internowanych.
Część z tych rozmów miała niejako usprawiedliwić
wprowadzenie tego stanu. Chciano za wszelką cenę przekonać
internowanych, że ta decyzja na pewno była bardzo słuszna i
konieczna, że uratowano nas od gorszych następstw. Oczywiście
nie dopuszczaliśmy takiej myśli, żeby internowanie mogło
być zbawcze. Pamiętam taką rozmowę z kapitanem SB, nie znam
jego nazwiska, ale on za wszelką cenę próbował
wyjaśnić, że była taka sytuacja, ciągle istniało
zagrożenie, że dzieci wieczorem nawet nie mogą wyjść
na ulicę. Było to dla mnie jakieś dziwne usprawiedliwienie. W
każdym razie powiedziałem, że moje dzieci nie mają zwyczaju
włóczyć się wieczorami. Mówił, że mu ludzie
wymachiwali pięściami - do tego też się
zdystansowałem, że ja wrogów nie mam i nikt mi nie wygrażał.
W każdym razie, za wszelką cenę chciano wzbudzić w nas
przekonanie, że aktem dobroczynności jest stan wojenny.
Była też wizyta przedstawicieli Czerwonego Krzyża, byli to dwaj
panowie - jeden Austriak i Szwed - jak dobrze pamiętam, w towarzystwie
oficera Wojska Polskiego. Zrobiono takie spotkanie internowanych z nimi,
były pytania jak się czujemy, czy mamy koce, jakie tu warunki
panują, kto cierpiał z tego powodu, takie rzeczy. I muszę
powiedzieć, że wtedy dopiero tak uprzytomniłem sobie i tak
myślami sięgnąłem do przeszłości, że wypisz
wymaluj Czerwony Krzyż jakby spłyca swoją
działalność, że to nie jest ten wymiar, że w
Oświęcimiu też pytano, czy koce, jak śpią itd.
Oczywiście, że pewne dane były przekazywane, ale czegoś
innego zupełnie się spodziewałem po tej organizacji.
Nabrałem do niej niechęci, i do tej pory to pokutuhe. Być
może jest to rganizacja humanitarna, ale ludzie w takich sytuacjach
czegoś więej oczekują, od takiej organizacji. Zresztą
dzisiaj przykład Jugosławi też jaest charakterystyczny. Tam
trzeba chleba, leków, wielu najprostszych rzeczy, ale przede wszystkim trzeba
zdecydowania.
Pyt. Ale na pewno ta organizacja jest zbyt słaba, żeby to
załatwić.
Odp. Tak, rola tej organizacji jest inna, tak. Ale ja się wtedy
spodziewałem czegoś innego - zdecydowanego działania tej
organizacji. Takich akcji bardziej powszechnych, nie tylko czysto
humanitarnych. I tu byłem zawiedziony.
Były też przejawy indywidualnych prowokacji, ale dbano o to,
żeby było rzeczywiście indywidualne i w pewnej skrytości.
Nikt tego nie widział.
Pyt. Prowokacje z czyjej strony?
Odp. Ze strony służby więziennej.
Pyt. Jak było ze sprawą lojalek?
Odp. Rzeczywiście ja miałem taki moment kiedy dano mi
zupełnie niewinny dokument, że nie będę działał
na szkodę PRL-u. Mocno się nad tym biedziłem. Siedziałem
nad tym dokumentem i patrzyłem na niego. Myślę sobie: o co tu im
chodzi? Gdyż włąściwie dokument jest pusty. I
oświadczyłem, że może nie tak, że ja nie
działałem i nie będę działał na szkodę
Polski. Była zaraz natychmiastowa riposta: Dlaczego ludowej? Przeszkadza?
Ja mówię, wie pan, Polska może być różna. Możecie
powiedzieć, że będzie Jaruzelska i wtedy mi zarzucicie, że
ja przeciwko Jaruzelskiemu to będę działał, więc
darujmy sobie: jaki? Ja po prostu nie działałem i nie będę
działał na szkodę Polski. Ale to im nie bardzo odpowiadało,
koniecznie chcieli, żeby to było ludowej.
Ale były podejrzenia, że niektórzy to podpisują. Były
też różne opinie na temat w ogóle rozmawiania ze
służbą bezpieczeństwa. Jedni twierdzili, że nie bo to
prowokujące, żeby nie dawać się wciągać. Ja byłem
zwolennikiem rozmowy, gdyż wydawało mi się, że nie, że
moich przekonań nikt nie jest w stanie zmienić.
W pewnym momencie z zupełnie nie wyjaśnionych przyczyn, zmieniono
mojego opiekuna. ten pierwszy po dwóch czy trzech rozmowach już
więcej mnie nie wzywał, natomiast po zmianie, ten nowy, taki
ugrzeczniony, zaczął ze mną rozmawiać i zgłosił
się do mnie z nową wersją dokumentu o internwaniu. Już tam
zmieniono motywację prawną i napisano, że „wroga nastawiony do
władz administracyjnych i państwowych PRL”. Oczywiście je tego
też nie przyjąłem. Absolutnie uważałem, że to
jest bezprawie i nie zamierzałem się z tym zapoznawa. No i ten drugi
mój opiekun, starał się być bardziej sympatyczny, miły i
mówi: - Wie pan, po co tu siedzicie w tym więzieniu, nie ma sensu to
wszystko. A gdyby pan na zewnątrz od czasu do czasu, ja wiem, że tam
chaos w tym przedsiębiorstwie, gdyby pan coś do nas napisał. Nie
musi pan przychodzić, złożył pan jakiś dokument. Ja
oczywiście odpowiedziałem: - Nie! Macie panowie tam dość
dużo swoich informatorów. Ja do tego się nie nadaję, a dobrze by
było, żeby informatorzy zamiast donosić o nas donosili wam o
sytuacji i stanie gospodarczym zakładu. To by było dużo lepiej.
Oczywiście odmówiłem jakiejkolwiek współpracy.
Pyt. Jak rodzina. Czy w ogóle widywałeś się z rodziną?
Odp. Moja rodzina bardzo to przeżyła. Mój tata był
przekonany, że ja wyjadę, że ja tu nie zostanę. Był
oburzony, że ja zostałem internowany i że tak mnie potraktowano.
Żona czyniła liczne starania o widzenie, ale odmówiono mi tych
widzeń, twierdząc, że ja się zachowuję źle,
jestem buńczuczny i w związku z tym nie będzie żadnego
widzenia. Jeżeli pani umożliwimy widzenie, to pod warunkiem, że
pani wpłynie na postawę męża, żeby nie był taki
hardy. Od początku nie podporządkowuje się rygorowi
więziennemu.
Ja od początku uważałem, że nie mam potrzeby ani
obowiązku żadnego. Jestem tutaj z przymusu i konieczności.
Uważałem, że ja osobiście nie złamałem prawa,
wręcz odwrotnie, jestem więziony przez tych co prawo
łamią.
(…)
W pewnym momencie jeden z ubowców zadaje mi takie pytanie: - Co pan tam na
posiedzeniu Zarządu Regionu mówił o karabinach? Albo, a dlaczego pan
wypowiadał się tak ostro w sprawie kontaktów Zarządu Regionu z
Komitetem Wojewdzkim? Z tego wywnioskowałem, że mieli dobre informacje,
i że te informacje były im wcześniej przekazane. Bo
przecież to był dość długi okres czasu, skąd by
mogli o tym się dowiedzieć. Musieli mieć posiedzenie
Zarządu Regionu nagrywane i z tego czerpali informacje.
END
Rozmowa z Bogdanem Bachmurą
W dniu
19 października 1995 roku
Pyt. Przed stanem wojennym nie był pan
znanym działaczem „Solidarności”?
Odp. Nie. Właściwie o
„Solidarność” otarłem się w PTHW. Przez trzy miesiące
przed stanem wojennym tam pracowałem i właściwie miałem
od nowego roku przejść na etat w tym przedsiębiorstwie. Tam
ostro pomagałem pani przewodniczącej, do tego stopnia, że
musiałem 13 grudnia przez bramę, porównując z
Wałęsą, tylko, że ja w drugą stronę
skakałem. Musiałem uciekać, bo pewnie by się internowaniem
skończyło.
Pyt. Pomagał pan przewodniczącej „Solidarności” w PTHW.
Odp. Tak, pani Redżepi.
Tam przysługiwały dwa etaty. Firma nie wykorzystywała drugiego i
ja od nowego roku, od 2 stycznia, miałem być tam przewodniczącym
drugim w tej firmie. PTHW to Przedsiębiorstwo Transportu Handlu
Wewnętrznego, przy ul. Składowej – taki łącznik między
Lubelską, a Towarową.
Pyt. 13 grudnia – gdzie pana zastał?
Odp. O wszystkim
dowiedziałem się, jak większość o godz. 10 00
kiedy „sześćdziesiątki” nie było (audycja radiowa „60 minut
na godzinę””) w radiu. Właściwie zaczęliśmy tego
samego dnia już działać, bo już wieczorem byłem na
spotkaniu ze studentami z WSP i z p. Skurpską. Ona była na pierwszych
dwóch spotkaniach, lecz później już nie przychodziła. I ze
studentami z NZS-u właściwie już chyba trzeciego dnia
wydaliśmy na powielaczu pierwszy tekst.
Pyt. Ale 13 grudnia, gdzie było to spotkanie?
Odp. W akademiku przy ul.
Niepodległości. Była tam pani Maryna Skurpska, kilka osób z
NZS-u z przewodniczącym ostatnim, mój kolega z klasy ………… I tam
siedzieliśmy i kombinowali, co by tu robić.
Pyt. I co dalej? Wiem, że pan aktywnie włączył się
w okresie stanu wojennego w działalność opozycyjną.
Został pan nawet przewodniczącym Tymczasowego Zarządu Regionu.
Odp. Pierwsze miesiące, to
głównie działalność w otoczeniu tych studentów z NZS-u.
Zabrakło nam naturalnego zaplecza, którym mogły być zakłady
pracy. I ewolucja była taka, że ci studenci przechodzili do zaplecza
dalszego, pomocniczego. Utworzono natomiast Zarząd Regionu i do tego
Zarządu weszli oprócz mnie: Sławek Olek (ja właściwie wtedy
go poznałem – on się sam zgłosił).
Pyt. Kiedy pan go poznał?
Odp. Dopiero w stanie wojennym.
Myślę, że to był gdzieś marzec 1982 roku. On się
do nas sam zgłosił – do tej grupy ludzi, którzy zaczęli
robić. Pamiętam jak nawiązał kontakt. Jedna z tych
studentek, moja przyjaciółka od dzieciństwa, dała
bibułę swojej sąsiadce z dołu, a on ją z kolei
uczył, bo on był nauczycielem. I tam gdzieś się dogadali,
że jest taki facet u góry, który coś tam robi. I tak przyszedł
do nas. Jak zwykle takie przypadki decydują.
Pyt. Jaki to był krąg osób?
Odp. W Zarządzie oprócz
Sławka Olka, był Zbyszek ze Spomaszu (on tam pracował na
produkcji przy urządzeniach chłodniczych). On tam pomagał
Bartuszkowi.
Pyt. Michała Powroźnego, kiedy pan poznał?
Odp. Bardzo późno. Nie
jest chyba tajemnicą, Michał nie działał w stanie wojennym.
To jest druga połowa lat osiemdziesiątych jak go poznałem.
Pyt. Michał Kłosiński?
Odp. To nasz serdeczny
przyjaciel. Obecnie jest w Niemczech. To jedna z bardzo aktywnych postaci. Tak
szczerze mówiąc, poza Sławkiem Olkiem i nim to takich niewielu
było! Oni chyba najwięcej w to roboty włożyli. On nigdy nie
uważał się za pracownika Zarządu Regionu przed stanem wojennym,
pomagał Kazikowi Wośkowi przy druku Rezonansu. Ten Zarząd w
stanie wojennym wykreował się tak: były takie dwie grupy. Moja
tzn. studenci plus Sławek Olek (studenci, to poza przewodniczącym
był jeszcze Kajat Henryk – niedawno zginął tragicznie w
Kanadzie, Anna Wdzięczna – nazwisko panieńskie, następnie Edward
……………… i jeszcze Andrzej Dolińczyk. To wszystko członkowie NZS-u,
którzy blisko z młodym Kuroniem współpracowali). I ta grupa plus
Sławek Olek i jeszcze kilka osób z zakładów m.in. moja
przewodnicząca pani Redżepi, z łączności był taki
pan Olszewski – o ile dobrze pamiętam. Bardzo mocno i długo
działali, to pan Baranowski z rodziną (mama i dwójka dzieci) – on
zresztą siedział w więzieniu z ks. Zychem. On był z
chłodni, a jego siostra na PKP do dzisiaj chyba pracuje. Bardzo mocno nam
ci ludzie pomagali, bardzo oddani ludzie. Oni do zarządu nie wchodzili –
Zbyszek nie wchodził, ale oni bardzo nam pomagali. Tworzyły się
dwie grupy. Zaczęliśmy bardzo wcześnie pisma wydawać.
Pierwsze to była „Solidarność Regionu Warmii i Mazur”. To
było jeszcze w 1982 roku. Tak jest, jeszcze wcześniej niż
„Rezonans” (?). Ja to wydawałem z tymi studentami, bo udało mi
się wynieść z OZGraf-u czcionki w pierwszych dniach stanu
wojennego. Skład żeśmy robili i wałkiem żeśmy
jechali. Tak, że jakościowo było to lepsze niż to prymitywne
sito, które robiono. Później to pismo ewoluowało. Zmieniło
się w „Solidarność”. Taki nadruk był stylizowany. Ja tego
pilnowałem dopóki była czcionka.
Pyt. Jak często to się ukazywało?
Odp. Przynajmniej raz na dwa
tygodnie. I to nawet później w dużym nakładzie bo ok. 3 tyś
sztuk i to się dobrze rozchodziło w 1982 i 1983 roku. Przełomowy
taki moment to wtedy kiedy spotykamy się z „Rezonansem”, właśnie
z grupą: Kazik Wosiek, państwo Ruszkowscy i Wojtek Niepokulczycki. To
jedyny członek Zarządu Regionu, który się ukrywał (Wojtek Niepokulczycki nigdy nie był członkiem
Zarządu Regionu. Był natomiast stałym pracownikiem ZR w Komisji
Interwencji – przyp. A. Pawłowski – członek Komisji Interwencji ZR).
I właśnie ten bardziej stały skład Tymczasowego
Zarządu powstaje w tym momencie. Do niego jeszcze doszedł Zbyszek
……………… ten ze Spomaszu, był Sławek Olek, Wojciech Ruszkowski, bo Ewa
nie wchodziła do Zarządu, Kazik Wosiek i później
dołączył jeszcze Andrzej Gierczak.
Pyt. W którym roku dołączył Andrzej Gierczak?
Odp. To na pewno nie
wcześniej jak 1983 rok. To łatwo mi przypomnieć, bo zanim ja
poszedłem do więzienia, to Andrzej się zjawił. On
zresztą wkrótce poszedł siedzieć. Zaraz po mnie. Andrzeja
Gierczaka posądzono o to, że był jednym z kreatorów „krajówki”
PKP, która miała swoją siedzibę w Gdańsku. Nawet było
takie podejrzenie, że ja go zakapowałem, bo ja poszedłem
siedzieć i on zaraz po mnie. Później się to wyjaśniło,
że go za Komisję Krajową PKP wsadzono, bo on często
jeździł do Gdańska na posiedzenia tej „krajówki” PKP.
Pyt. Wojtka Niepokulczyckiego poznał pan dopiero gdy zetknął
się pan z grupą „Rezonansu”?
Odp. Wcześniej go nie
znałem. Ja z Zarządu Regionu poza Grażyną Langowską,
która mnie wcześniej uczyła w szkole samochodowej, praktycznie tam
ludzi nie znałem.
Pyt. Wojtkowi Niepokulczyckiemu SB-ecja coś zarzucała.
Odp. Wojtek był tutaj
dłuższy czas ukrywany przez Ruszkowskich i pomagał nam tutaj
bardzo. Zaczęło się później robić wokół niego
bardzo ciasno. Dwa razy znaleziono zdjęcia ewidentnie pochodzące z
kieszeni milicjantów, gdzie były jego zdjęcia noszone. My go
wywieźliśmy do Katowic. Tam się ukrywał, tam
jeździłem do niego dwa, trzy razy w sprawach bieżących. I
on był już właściwie wtedy odsunięty. Ukrywał
się po prostu. I kiedy ogłoszono, że można się
ujawniać, Wojtek się ujawnił za naszą namową. On
już wtedy nie był w stanie pomagać nam efektywnie – trudno
było człowieka trzymać w zamknięciu ciągle. Miał
zresztą osobiste sprawy. On jest z Suwałk i tam było coś
osobistego. On ujawnił się i po bardzo krótkim czasie jego wsadzono.
On miał w młodzieńczych latach jakieś problemy kryminalne,
w tym sensie, że był związany z jakąś grupą osób.
Pyt. Zarzucano mu paserstwo …
Odp. Była tam kiedyś
sprawa i on został uniewinniony – to było jeszcze przed „Solidarnością”.
Natomiast wyciągnięto z lamusa, konkretnie w więzieniu
siedział jakiś jego znajomy, który za obietnicę
wcześniejszego wyjścia, zeznał powtórnie i w ten sposób jakby
sprawę odgrzano. I ten człowiek obciążył Wojtka i go
zamknięto. Siedział niestety cały czas „na dołku”. Kto
siedział „na dołku” to wie, że tam jest trudniej siedzieć
niż tutaj w areszcie. Trochę tam go zmiękczono. Ja tu mówię
o swoim teraz zdaniu. Jego najbliżsi współpracownicy zaczęli
bardzo mocno obciążać (nie będę mówił nazwisk) –
takie odium nad nim zawisło. Kiedyś go spotkałem przypadkiem,
pamiętam wychodziliśmy z kina i zacząłem z nim
rozmawiać. To mówił. Ja tam byłem, a ludzie, którzy nie byli za
murem inaczej to widzą. Ja widziałem jak się obraża ludzi.
I ja tam byłem, bo mnie zakapowano. Ja widziałem osobę, która
mnie zakapowała. Widziałem co z niej tam zrobiono. To jest inna
perspektywa. Nabiera się pokory. Mnie się udało to jeszcze
przeżyć dobrze. Nie chwaląc się, ja mam psychikę
przygotowaną na takie stany wojenne. Natomiast kobieta, która mnie
zakapowała, została zupełnie zniszczona psychicznie. W wieku 35
lat została rencistką, w psychiatryku wylądowała na pewien
czas. Ja pokory nabrałem. Natomiast w pewnym sensie rozumiałem Wojtka.
On się o tyle dobrze tam zachował, że powiedział
naprawdę niewiele. Ja później z nim długo rozmawiałem.
Powiedział niewiele, ale przez to, że w ogóle coś
powiedział, to wytworzył się pewien mit człowieka
ukrywającego się. Człowieka na którego było
zapotrzebowanie, aby był tym żelaznym facetem, jedyny ukrywający
się w Olsztynie (nie jest to ścisłe,
bowiem co najmniej kilka osób ukrywało się – przyp. A. Pawłowski).
I raptem ten mit trochę spadł i ludzie tak odreagowali, że
odsądzono go od czci i wiary. On się później z polityki w ogóle
wycofał.
Pyt. Czyli on załamał się pod wpływem tych warunków, w
których przebywał?
Odp. Są dwie szkoły
na ten temat. Niektórzy mówią, że trzeba być żelaznym … Ten
człowiek na pewno nie robił tego ze złej woli, a ja mogę o
tym mówić, bo wiem ile Wojtek wiedział, ile mógł powiedzieć,
ile powiedział. To jest bardzo znamienne. Jeżeli człowiek
robił to ze złej woli, to mówi wszystko. Jeżeli on by mówił
wszystko, to nie mówiąc już o nim, ale bardzo wiele osób
wylądowałoby tam gdzie on.
Pyt. Czy po 13 grudnia pełnił on rolę przewodniczącego
Zarządu regionu?
Odp. Nie. Sam siebie też
nie uznawał. To jest człowiek bardzo skromny. To jest prosty w
gruncie rzeczy chłopak. On oczywiście czuł się nobilitowany
tym, że się ukrywa itd. Ale nigdy nie odczuwałem, żeby
chciał dominować. Mnie się z nim bardzo dobrze
współpracowało. Zresztą w tej grupce ludzi nie było
spięć, tarć. Zresztą nie było się o co bić.
Tam nie było koryta po prostu.
Pyt. Ważniejsze sprawy, którymi się zajmowaliście?. Warunki
druku tego pierwszego pisma.
Odp. Robiło się to w
miejscach dziwnych. Robiłem to m.in. w swoim mieszkaniu na początku,
gdyż do pewnego momentu byłem człowiekiem zupełnie
anonimowym. Dzięki temu, że ja nie byłem w Zarządzie, nie
byłem w kręgu zainteresowania. Drukowałem to w zakładzie
m.in. swego pryncypała (dzisiejszym moim …… ). Natomiast kiedy
zeszliśmy się z „Rezonanesem” … Np. drukowaliśmy długo
niedaleko stąd, gdyż w mieszkaniu Romka Szyca (Schitza ?), brata pani
Trojanowskiej, który tutaj mieszkał zanim wyjechał do Niemiec. To
jest budynek z tyłu Hortexu – wieżowiec. To była jeszcze ta
pierwsza faza, kiedy drukowaliśmy nasze pismo. Rychło
nastąpiło postanowienie, aby przerwać druk naszego pisma i
„Rezonans” przez jakiś czas szedł na naszym sprzęcie i
później – to jest chyba rok 1982 koniec lub początek 1983, zima –
jeszcze są zapory z wojskiem, jeszcze ogniska palą itd. Jedziemy
samochodem tego człowieka ze Spomaszu do Gdańska i dostaliśmy z
Regionu Gdańskiego – taka niesamowita sytuacja – z hotelu robotniczego
Stoczni Gdańskiej, taki fajny duński powielacz. I jechaliśmy z
powrotem przez te wszystkie zapory z możliwymi rewizjami samochodu.
Wieziemy ten powielacz do Olsztyna i to się nam udaje. Nie wiem jakim
cudem – teraz bym tego nie zrobił. Wtedy bardzo aktywny zaczął
być Igor Hrywna. Zresztą Igor był z nami po ten powielacz – nie
wracał już z nami, ale w
tamtą stronę jechał. I po jakimś czasie ten powielacz
zostaje ulokowany już na stałe u państwa w Gutkowie,
państwa Szulja. To się zrodziło przez mojego brata to miejsce,
gdyż mój brat uczył się z chłopakiem, który
zaproponował. Taka rodzina wielodzietna z tradycjami – oni w 1946 roku
uciekli z Rosji. Oczywiście rodzice na ten powielacz wyrazili zgodę.
Bardzo mocno antykomunistyczna rodzina. I tam żeśmy byłi długo
– do wpadki. Tam drukarnia wpadła w kwietniu 1983 roku.
Pyt. Dlaczego doszło do wpadki?
Odp. Jak to zwykle w życiu
bywa. Mama śp. Tych chłopaków pochwaliła się swojej
siostrze, że tu się drukuje, a mąż tejże siostry
był uchem esbeckim. Pracował w Inspekcji Pracy i był takim nieetatowym
donosicielem. To się trochę stało przez naszą
głupotę, dlatego że sygnał był wcześniej,
ponieważ na jakiejś tam wódce rodzinnej popił tenże
człowiek i powiedział do najstarszego z tych braci, że „ja wiem,
co się tu dzieje”. I ja dostałem ten sygnał, samochód
wziąłem i pojechałem po ten powielacz. Kiedy przyjechałem
to ojciec ich mówi: „Wie pan co, niech pan to zostawi, jakoś sobie
poradzimy”. Zgubiła mnie ta jego chęć, gdyż ja
właściwie też chciałem, żeby to tam zostało, bo
przecież największym problemem w podziemiu jest znalezienie miejsca
do druku. Kto tego nie robił, może do końca nie zdaje sobie
sprawy. To jest kwestia domowników, sąsiadów, otoczenia, wszystkiego. A to
było odosobnione miejsce nad jeziorem, daleko od miasta. Oni by tego nie
znaleźli. Mieliśmy pojemniki zrobione, tylko jeszcze uszczelniacze
zostały i to miało być zatapiane po każdym druku w wodzie.
Nam zabrakło dosłownie dwóch dni, żeby to urządzenie
schować tak zupełnie, że nawet wpadli, to by go nie było.
Tak, że trochę pechowo to się stało. Ja w tym czasie
byłem zresztą w wojsku. Do rezerwy mnie wzięto karnie – tam z
kontrwywiadem miałem kłopoty i ja nie zostałem za druk
aresztowany. Ta kobieta, która mnie zakapowała, to była kolporterka z
fabryki Mebli (dzisiejszego MM-u) i właściwie mnie próbowano
łączyć w tej sprawie z chłopakami. Potem siedzieliśmy,
w tym samym czasie, ale to nigdy nie zostało udowodnione, że
mieliśmy ze sobą coś wspólnego.
Pyt. Czyli w tej sprawie druku byli aresztowani?
Odp. Czterech braci Szulja, z
tym, że dwaj byli niepełnoletni i zostali szybko puszczeni. Jeden
został od razu puszczony, drugi siedział z miesiąc i dwaj do
amnestii siedzieli już razem ze mną. Nie w celi razem ze mną,
ale w tym samym czasie.
Pyt. A dlaczego pan siedział?
Odp. Bo byłem obciążony
zeznaniami tej kolporterki z Fabryki Mebli. SB wiedziało, że ja
coś robię, bo byłem po wielu odsiadkach 48-godzinnych. Ja nie
byłem wówczas dopiero odkryty przez nich. Ja już miałem … wiele
odsiadek. Od pewnego momentu już wiedziano, że ja to robię, zaczęli
mnie macać. Dlatego zeznania tej pani były dobrym pretekstem,
żeby mnie przytrzymać na dłużej. Próbowano mnie z tymi
chłopakami Szulja wiązać. Oni to świetnie wytrzymali mimo,
iż znaleziono u nich wszystko zaraz po wydruku bezpośrednio.
Zmęczeni po nocy, ten cały materiał został wrzucony do
tapczana, maszyna była jeszcze nie umyta i w tym momencie weszli, a
więc najgorszy z momentów.
Pyt. Widocznie mieli namiar i wybrali sobie odpowiedni moment.
Odp. Pewnie tak. Oni nawet
między ulami chowali (powielacz?) i oni poszli pomiędzy te ule w
ciemno, a więc mieli od ich wujka dobre namiary. Ci chłopcy nawet
zaprzeczać nie mogli. Ale oni w areszcie trzymali się dobrze i nie
zeznawali przeciwko mnie. My się nie znaliśmy. Oni podtrzymywali
taką wersję.
Pyt. Czy w tej sprawie ktoś oprócz nich siedział?
Odp. W sprawie druku nie. Ja
właściwie nie drukowałem już na tej maszynie, ja tym tylko
kierowałem. Natomiast do druku dochodził poza domownikami albo Henio
Kajat, dopóki był w Polsce (który zginął w Kanadzie) albo
częściej Bogdan Kłosiński. On ma imię Michał, a w
domu mówi się na niego Bogdan.
Pyt. A w jaki sposób organizowaliście artykuły i informacje do
tego pisma?
Odp. Mieliśmy stałe
kontakty z RKW warszawskim – ja jeździłem często,
spotykałem się z Heniem Wujcem. On w garści trzymał te
wszystkie rzeczy. I mieliśmy dobre kontakty z Gdańskiem – wszystkie
na bieżąco pisma. Ja się dwa razy spotykałem z Lisem (w
stanie wojennym z przebranym tym Lisem). Tak, że jako przewodniczący
miałem bieżące informacje i wiedziałem co się dzieje.
Później nawet z Bujakiem, ale to pod sam koniec jego ukrywania się.
Pyt. Pan przed stanem wojennym nie był szerzej znany. Czy nie miał
pan kłopotów w tych kontaktach zewnętrznych – w Gdańsku czy w
Warszawie?
Odp. Trzeba wrócić do
pewnych postanowień krajówki podziemnej „Solidarności”. Coś
takiego opublikowano, że władze podziemne każdego z regionów
przejmą upoważnienia dotyczących władz regionalnych (tych z
przed stanu wojennego). Jeżeli te władze podziemne zostały
uznane, to ja miałem lepsze wejście niż np. pan Krupiński,
pan Bober, czy ktoś taki.
Pyt. Ale wy nie byliście „klepnięci” przez Zarząd Regionu.
Odp. Nikt nas nie klepał
rzeczywiście. Jak to się odbywało? O tym decydowała nasza
aktywność i kontakty z przewodniczącymi komisji zakładowych,
które mi mocno pomagały. Przewodniczącymi lub ich
współpracownikami. Np. bardzo nam pomagał i był również w
Zarządzie do pewnego momentu pan Sasin z OZOS-u. On tu niedaleko mieszka
zresztą. On dużo robił, rozprowadzał w OZOS-ie,
zbierał składki. Już wiele osób wymieniłem jako
członków Tymczasowego zarządu regionu, ale ta liczba praktycznie
nigdy nie przekraczała 5 osób. Była bowiem jakaś rotacja.
Zaufanie budowało się więc poprzez osoby, które miały
kontakty gdzieś pozaregionalne, gdyż były te osoby w
„Solidarności”. Ja tych kontaktów osobiście nie musiałem
szukać – tylko znajdowałem je przez osoby, które znały
„Słuchaj, ja tam powiem …… No to dobra …”.
Pyt. I druga sprawa – kontakty z członkami Zarządu regionu?
Odp. Ja wcześniej nie
miałem takich kontaktów poza własnym przedsiębiorstwem, ale
postępowałem podobnie. Generalnie jednak było takie zjawisko,
trzeba było zejść w dół. Szukaliśmy takich ludzi,
którzy mieli autorytet w zakładzie pracy, ale niekoniecznie dawnych
członków komisji zakładowych, bo oni byli mocno pilnowani. Weźmy
Spomasz. Szedłem do człowieka, bo tam robiłem jakąś
działalność prywatną, a więc szedłem do
człowieka, którego znałem wcześniej: „Znasz w Spomaszu
człowieka, który chciałby popracować?” – „No mam takiego, akurat
mój sąsiad”. Weźmy Fabrykę Mebli: moja teściowa
pracowała tam. No więc pytam; „Mamo, ktoś tam jest?”, „No jest –
Magda, taka dziewczyna, daj jej bibułę”. I tak to się
zaczynało. To było ciężkie budowanie. Ja w tym okresie
praktycznie zawodowo nie pracowałem. Pracowałem na czarno u mojego
pryncypała (Marian Glinka?). To się nazywało pamiątkarstwo,
coś takiego. Taki starszy pan, który był oddany sprawie. Może
nie tak aktywnie pomagał, ale dobry patriota. Nauczył mnie zatroskania
o kraj i temu człowiekowi wiele zawdzięczam.
Pyt. Chciałem się pana zapytać o motywacje: dlaczego akurat w
stanie wojennym pan się zaangażował?
Odp. Ano właśnie. Wie
pan, jak ja otworzyłem radio i nie było tej
„sześćdziesiątki”, o której zaczynałem mówić, nie
było. I ten komunikat o stanie wojennym poszedł, to ja sobie
powiedziałem coś takiego: „Teraz żeście kurwa chłopaki
przesadzili!” Wie pan, ja się temu przyglądałem w zakładzie
pracy, jeden działał wyżej, drugi niżej. Wszyscy
żeśmy tę robotę robili. Poczułem – wie pan, to
się tak mówi – zew krwi. Może dzięki temu ja nigdy nie
miałem pretensji o to, żeby z tego jakieś profity
ciągnąć. Nigdy nie czułem się męczennikiem, nie
oczekiwałem, że ktoś mi odszkodowanie da. Dla mnie to była
wojna między mną, a tą całą resztą tych panów. Ja
czułem potrzebę działania, nie miałem potrzeby uznania dla
tego co robiłem. Nie czuję takiej potrzeby. Ja wiedziałem,
że łamię ówczesne prawo i wiedziałem co mnie za to spotka.
Wiedziałem co robię i nigdy nie miałem pretensji do ludzi,
którzy nic nie robili. To jest wybór: jeden lubi w kapciach siedzieć w
domu, a drugi w stanie wojennym lubi poganiać z bibułą.
Traktowałem to jako moją prywatną wojnę z tym wszystkim … i
koniec.
Pyt. Chodzi mi o stosunek członków Zarządu Regionu do was i wasz
stosunek do nich? Czy były jakieś próby kontaktu i współpracy?
Odp. Z ich strony nie było
prób, z mojej były próby. Nam bardzo było potrzeba człowieka –
ludzi, którzy skłonni byliby nas podeprzeć swoimi nazwiskami.
Gdzieś tam dali by sygnał poprzez podpis pod oświadczeniem.
Żebyśmy wyszli poza granice anonimowości. A niestety nie
znalazłem takiego człowieka. Ja nie powiem u kogo byłem, to
niczemu nie służy w tej chwili, ale takie próby podejmowałem.
Bezskutecznie.
Pyt. Jaka była reakcja?
Odp. Przede wszystkim wymówka
jest właściwie zawsze taka sama, że jest pilnowany i
mogłoby to służyć źle sprawie. W pewnym stopniu to
tłumaczenie miało sens, dlatego ja nikomu nie proponowałem
wejścia w działalność – broń Boże, to by nam
tylko przeszkadzało. Nam było potrzeba podeprzeć się
nazwiskiem, autorytetem. Wbrew pozorom nikomu to nie szkodziło. Ktokolwiek
dałby nazwisko i podpisał się pod oświadczeniem swoim
nazwiskiem – nie robiąc w rzeczywistości nic – oczywiście
represje by go spotkały w sensie rewizji, przesłuchania i to
wszystko. Ja również mogę napisać (…) kto drukuje taką
bibułę może napisać, że podpisał się Lech
Wałęsa pod tym. I w rzeczywistości nic nie groziło
jeżeli ta osoba nic nie robiła, a ja propozycji współpracy nie
składałem. Mieliśmy później taką historię. Ta
sprawa dawnych działaczy pojawiła się, gdy oni zostali
wypuszczeni po sprawie pana Bobera. Tam była taka historia, że
Andrzej Bober chciał w to wejść w tę
działaność – to był mocny człowiek. I kiedy on próbował
ze swoimi byłymi kolegami coś robić, moim zdaniem mocno się
sfrustrował, kiedy zobaczył jak jest naprawdę. Chyba on
miał w pamięci tych swoich kolegów jeszcze z przed stanu wojennego –
on tam chyba najdłużej siedział. Był mocno zaskoczony,
że nic nie wyszło i wtedy znalazł kontakt z nami. Wtedy ja
wyszedłem z więzienia.
Pyt. Jak długo pan siedział w więzieniu?
Odp. Trzy miesiące. Od 26
chyba kwietnia do 26 lipca 1983 roku. To była ta pierwsza amnestia –
abolicja. Bo ta duża amnestia była w 1984. I Andrzej wyszedł –
złożył taką propozycję współpracy. Jeździł
na rozmowy z nimi – bo ja wtedy odpoczywałem po więzieniu – z
państwem Langowskimi, nad jeziorem Gim. I jeździł na te
spotkania Sławek Olek. I tam się nie dogadali. Według relacji
jakie mi Sławek złożył, Andrzej Bober chciał
przejąć ten cały interes. My nigdy nie podchodziliśmy w
całym stanie wojennym do tego ambicjonalnie. Byliśmy zaskoczeni tymi
próbami przejęcia. Było to wbrew założeniom „krajówki”,
że ktoś z dawnych działaczy „przejmuje” – to było
szkodliwe. Można było tylko mówić o wsparciu. I takie propozycje
z naszej strony padły w niesympatyczny sposób się rozeszli, ale
później spotkały nas miłe rzeczy od Andrzeja, on nas
przeprosił. Próbował coś tu robić nadal i wyjechał …
Wie pan, on się załamał po prostu. Ja nie chcę wnikać,
to są jego sprawy, dlaczego tak się stało. Ale nie mam pretensji
do niego, że wyjechał. Myślę, że dużo
próbował i chciał … Źle się tylko stało, że
podczas pierwszego kontaktu od razu żeśmy się nie dogadali, bo myślę,
że Andrzeja historia mogła się inaczej potoczyć,
gdybyśmy znaleźli – on i my – właściwe miejsce dla niego.
Szkoda mi tego człowieka.
Pyt. Czyli uważa pan, że było możliwe żeby on
został?
Odp. Możliwe. Ja nie
chcę mu przypisywać winy, daleki jestem od tego, ale gdyby wtedy
ustawił się inaczej, przyjął nasze propozycje. Mam
wrażenie, że on później żałował, iż tak
się nie stało. I byłby wykorzystany jak my chcieliśmy,
czyli bardziej jako nazwisko, a nie fizyczna aktywność. To co
proponowaliśmy nie było zgodne z jego temperamentem. On chciał
wejść – ja to rozumiem. Siedział tyle czasu w więzieniu i
nie wiedział, że czas się zmienił, że na niego by
przyszedł czas. Zresztą przyszedł na takich ludzi jak on …
Pyt. I właśnie wtedy go już nie było.
Odp. Trudno, tak się
stało jak się stało. Nie dogadaliśmy się, ale mam
szacunek, że próbował przynajmniej to całe towarzystwo
ruszyć.
Pyt. Czy z członków Zarządu, po wyjściu z więzienia,
były jakieś jeszcze osoby, które próbowały?
Odp. Ja utrzymywałem
kontakty np. ze Stefanem Śnieżko. On nam pomagał w sprawach
prawnych, poradach itd., ale ja nie usiłowałem wciągać tych
ludzi w żadną robotę z prostego względu: z tego, co
się stało z drugiej strony niejako środowiska, które za model
działalności przyjęło pewne spotkania grupowe bardzo
widoczne dla władzy: bigosiki u pani Ziuty itd. Ja nie mówię tego z przekąsem,
mnie to pomagało tylko w mojej działalności. Przez nich,
może to nie było zamierzone, ale kierowało duży procent
zainteresowania w tamtą stronę. Tam przynoszono bibułę,
zresztą pani Ziuta była niesamowicie odważna osobą. Ona
moim zdaniem znowu stanowiła zasłonę dymną dla całej
reszty – była niesamowita, jak czołg. Ona przez jakiś czas w
Komitecie Helsińskim działała. Ja z panią Ziutą nie
utrzymywaliśmy kontaktów, nie działaliśmy razem. Mam
zresztą zupełnie inną mentalność, inne podejście
do tych spraw. Chociaż ja się z tymi ludźmi nie
poróżniłem i strasznie unikałem tego. Od czasu mojej odsiadki,
ja już byłem na widelcu i moja działalność była
inna. Ja mogłem z tymi ludźmi się kontaktować głównie
w Komitecie Charytatywnym – ja tam bywałem co jakiś czas. Byłem
już w pewnym sensie kartą odkrytą, chociaż jeszcze przez
dwa lata do 1985 roku gdzieś połowy przynajmniej intensywnie
działałem, mimo że byłem po odsiadce. Później
zacząłem się z tego powolutku wycofywać. Zarząd,
podziemie itd. – to przestało mieć rację bytu. To nie tylko w
Olsztynie, ale zaczęło siadać w całej Polsce. Później
to już miało właściwie pozory gry własnej dla dobrego
samopoczucia działaczy. Robiliśmy jeszcze później robotę,
ale trochę innego rodzaju. Z Jurkiem Szmitem zaczęliśmy robić
takie środowisko …
Pyt. W Rezonansie, w nr 47 z 1984 roku jest wywiad z Przewodniczącym
Tymczasowego Zarządu Regionu – Januszem Brońskim.
Odp. 1984 rok – może to
dziwnie zabrzmi, ale bodajże jest to wywiad ze mną. Prawie na pewno.
Pyt. I rozmawiał z panem Andrzej Lubicz.
Odp. Proszę się nie
sugerować tym, że te nazwiska mi nic nie mówią. Albo
rozmawiał ze mną Kazik Wosiek, albo Kłosiński Michał.
Ja jestem skłonny stwierdzić, że to rozmawiał Michał.
On miał też zacięcie dziennikarskie.
Pyt. Czy z samego Olsztyna próbowaliście jakieś materiały
zdobywać?
Odp. Tak, przez komisje lub
osoby prywatne z zakładów. Zakłady pracy były naszymi jedynymi
źródłami informacji.
Pyt. Kazik Wosiek mówił, że na pewnym etapie
wynajęliście pomieszczenie aby tam drukować?
Odp. Tak. Jeżeli miał
na myśli w pobliżu pl. Bema, to nie było wynajęte. To
było mieszkanie Michała Kłosińskiego – ale to już
dokładnie przy ul. Karłowicza. I tam ja z nim nocami drukowałem.
Ale to już był okres późniejszy …
Pyt. Kazik Wosiek mówił o lokum wynajętym za pieniądze.
Odp. Musielibyśmy to
chronologicznie ustawić, bo być może Kazik ma na myśli … Ja
na pewno nie wiem gdzie to dokładnie było. To już był ten
okres, kiedy ja się nie zajmowałem drukiem bezpośrednio. A my
staraliśmy się trzymać takiej wersji. Coś sobie przypominam
… To było chyba nawet przedmiotem sporu na posiedzeniu zarządu, kiedy
jedna z osób (nie będę mówił nazwiska) starała się
przekonać wszystkich, że musimy dociec gdzie jest ta drukarnia.
Pamiętam, że byłem za tym, że to jest niekonieczne, że
skoro ja się tym nie zajmuję, nie powinienem wiedzieć. Tę
informację zna Kaziu, a może Michał też, gdzie to
było. Ja tego nie wiem. O innych miejscach wiem nie dlatego, że
byłem przewodniczącym, ale dlatego, że ja te miejsca
organizowałem, lub nawet drukowałem. Uważam, że to bardzo
dobrze, że nie wiedziałem.
Pyt. Poza drukiem w tym początkowym okresie, czy były z waszej
strony jakieś inicjatywy.
Odp. Przede wszystkim ten
słynny marsz w Olsztynie na starówce. To była od początku do
końca nasza inicjatywa, choć wiem, że parę osób sobie
przypisywało inicjatywę. O ile pamiętam to pierwszym miastem
był Świdnik i my zrobiliśmy to po Świdniku. W moim
posiadaniu są komunikaty jeszcze na czcionce drukowane. To żeśmy
rozpowszechniali i to sporo w zakładach pracy. Nie było to rzucone
gdzieś tam przypadkowo. My żeśmy nie szli na takie ryzyko,
żeby gdzieś po autobusach itd. – to późniejsze czasy są,
druga połowa lat osiemdziesiątych, a wtedy było zbyt gorąco.
To było w zakładach pracy i kontaktami przez znajomych. Tytułem
dygresji: jak coś ma podatny grunt, ludzie chcą coś robić,
to szeptanka rozchodzi się, jak nie to się nie uda.
Pyt. Jeden z wieców był przy ul. Kaliningradzkiej (Dworcowej) koło
OZGraf-u. Kiedy to było?
Odp. Ja wiem o tym, ale chyba
to było już po tych marszach. Te rzeczy były jeszcze
kilkakrotnie organizowane na starówce – trzykrotnie i to się
skończyło blokadą starówki, bariery postawiono, nie wpuszczano
na starówkę i później my to próbowaliśmy przenieść ze
starówki. Być może jedną z prób był ten wiec na
Kaliningradzkiej, ale pamięć mi nie dopisuje.
Pyt. Pisano o tym także w prasie olsztyńskiej, oczywiście
zaniżając liczbę osób. Odnotowano jednak.
Odp. Trzeba by o to
zapytać Sławka Olka.
Pyt. Jeżeli mówimy o Sławku Olku, to interesuje mnie sprawa ze
znaczkami. Sławka, a pośrednio i pana oskarżano, że na tym
robicie interes.
Odp. Bardzo nieprzyjemna
sprawa. To była od początku do końca Sławka inicjatywa.
Zresztą to, że znaczki te były tak dobrze wydrukowane, to z tego
powodu, że Sławek był profesjonalistą – prezesem czy
wiceprezesem filatelistów na naszym terenie. Sławek Olek –
myślę, że to był już 1982 rok, ale końcówka –
wymyślił taką serię miesięcy polskich. I
zorganizował druk we własnym zakresie. Nigdy nie używaliśmy
do tego naszych maszyn. Zresztą to był druk na dużo wyższym
poziomie. Do dzisiaj nie wiem gdzie on drukował. Znalazł wejście
do poligrafii państwowej, publicznej. I w pewnym momencie
zaproponował żebyśmy swoim kolportażem rozprowadzali to
przeznaczając część pieniędzy na potrzeby zarządu.
I tak się stało. Kilka
nakładów się rozeszło. Sławek Olek też swoimi drogami
rozprowadzał. Część pieniędzy on zatrzymał dla
siebie. To był człowiek, który wielkie szkody poniósł w stanie
wojennym. Jest to mój drużba ze ślubu. On cierpiał straszną
biedę. Jego wyrzucono z pracy, pozbawiono wszystkiego, miał
wielokrotne procesy, prof. Stelmachowski go tam bronił. To jest cała
historia, tu on powinien mówić. On potraktował to jako środek do
życia. Zaczął to drukować, dawał część
pieniędzy na nasze potrzeby. W pewnym momencie było tak, że na
jednym z mieszkań konspiracyjnych zaczęło robić
gorąco. Człowiek, który trzymał te znaczki, które ja mu
zaniosłem, spalił ze strachu, zniszczył. Powstała sytuacja
niezręczna. Ja wtedy powiedziałem Sławkowi, że nie chcę
tego rozpowszechniać. Nie chcę tych pieniędzy i tych znaczków.
Były znaczki, nie ma ich, on tego człowieka nie znał, który te
znaczki spalił – ja go tylko znałem, niezręczna sytuacja. Nie
było sporu między mną, a Sławkiem. Mnie się
zrobiło niezręcznie. I Sławek wtedy od tego momentu
zaczął robić zupełnie na własną rękę.
Te znaczki dostawały się do naszego kolportażu, ale w takim
zakresie, że bez pieniędzy. Dawał jakąś tam
część. Pieniądze jeżeli schodziły, to na nasze
potrzeby, ale ja nie wchodziłem w kolportaż, że trzeba tego jak
najwięcej rozpowszechnić. Koniec. Nie wiem ile tych nakładów
poszło, ale Sławek dalej pracował, chwalił się.
Było zresztą czym. Te znaczki – kiedy krajówka zrobiła prezent
królowej Elżbiecie, to jego znaczek na okładce poszedł. Ładne
te znaczki były. I teraz tak, przyszedł taki moment, że
praktycznie robienie tych znaczków przez Sławka, staje się
sprawą publiczną.
Pyt. W „tygodniku Mazowsze” był sygnał krytyczny o tych znaczkach.
Odp. Zaczynają być
podejrzenia, że Sławek robi na tym pieniądze.. Zaczynają
wszyscy o tym mówić – nie chcę tu wymieniać nazwisk, ale
całe to towarzystwo „placków”, zaczyna mówić i mnie spotykają
ostrzeżenia: stary, z kim ty tam współpracujesz. To są
nieprzyjemne sprawy. Obciąża się człowieka, nie tylko znaczkami
– to warto o tym powiedzieć – ale przeszłością
partyjną. Ja się dowiaduję, że to jest Sb-ek itd. To nie
obciąża się go tylko znaczkami. Ja nie chcę mówić
nazwisk, absolutnie, bo by było głupio dzisiaj tym osobom, gdyby
przypomnieć, jak tego faceta obciążali. Te osoby źle
wyglądały w moich oczach, bo ja ze Sławkiem od początku
działałem. Gdyby to był facet, który nawet nie ze złej
woli, coś powiedział, to by tu siedziało wielu, jak po sznurku.
On wszystko wiedział praktycznie. Był zawsze w tym ścisłym
gronie. I z tej przyczyny było mi bardzo głupio, bo ci ludzie mu do
pięt nie dorastali.
Pyt. Czy to chodziło o członków Zarządu regionu?
Odp. Bardzo znane osoby. Co
się dzieje dalej? Już był rok 1986 – już jest ta atmosfera
lepsza, już nie ma takiego zagrożenia. Wtedy przychodzą ponownie
z rewizją do Sławka, miał taką skrytkę pod
boazerią. Cały nakład zabierają i niestety wpadli ludzie
ci, którzy mu drukowali. Powstało straszne zagrożenie, że
będą siedzieć. Gdyby to było rok wcześniej, czy
półtora, to na pewno by zapuszkowano ich. I stało się to w
momencie, kiedy Sławek miał blachy przygotowane już na
następny druk. Przesłuchania. Tych ludzi nigdy nie poznałem,
którzy mu drukowali, ale wiem, że ich z pracy wyrzucono. To było w
Olsztynie drukowane. Co ja zrobiłem? Wziąłem od Sławka
blachy, pojechałem do Warszawy do RKW, poprosiłem chłopaków,
żeby za opłatą wydrukowali te znaczki. Mnie chodziło o to,
żeby ratować jego i tych dwóch ludzi. Chodziło o pokazanie,
że skoro już drukarzy złapali i nie ma komu drukować, to my
drukujemy te znaczki. Chcieliśmy pokazać, że to jest ślepy
trop.
Pyt. Bo jasnych dowodów nie mieli przeciwko tym drukarzom?
Odp. Tak, nie mieli. U
Sławka to znaleziono, były przesłuchania, ale dowodów nie mieli.
On przecież nie mówił, że to oni robili. Ja te znaczki
wydrukowałem. Nota bene ode mnie nie wzięli żadnych
pieniędzy w Warszawie. Umorzyli to. Wydrukowali, przekazali mi to, ja
przekazałem Sławkowi. Chodziło mi o to, żeby Sławek
puścił to znów w obieg. Niestety te znaczki w całym
nakładzie znów u niego wpadają. Może pewna
nieostrożność była też i z mojej strony. I to jest
właściwie cała sprawa ze Sławkiem. Skąd mnie
zaczęto z nim wiązać? Dlatego, że ja tego faceta
broniłem po prostu. Ja nigdy nie miałem z tymi znaczkami ani w sensie
druku jak i w sensie sprzedaży nic wspólnego.
Pyt. To środowisko solidarnościowe wiązało osobę
pana ze znaczkami?
Odp. Tak. Razem
chodziliśmy, działaliśmy. Niejednokrotnie mnie przed
Sławkiem ostrzegano. Ja to ignorowałem, bo ja wiedziałem o tym
o czym inni nie wiedzieli i jaka to była gotówka – bo ja to
rozliczałem te pieniądze i ja wiedziałem ile Sławek
wiedział w ogóle, gdyby chciał zakapować. Jeżeli ktoś
go oskarża, to ja pytałem: jak myślisz, ile on zarobił?
Wtedy padały komiczne sumy. Jeżeli panu ktoś powie, że pan
ileś tam nachapał się i są to pieniądze, które są
szokujące, to nie ma na to argumentów. Niczym się tego nie da
odeprzeć. Niewygodne było tylko to, że ten facet w tym czasie
nie kupił ani samochodu, ani nawet telewizora – boazerię sobie w
przedpokoju położył. Kiedyś ktoś powiedział, nie
powiem kto, że pewnie Sławek sobie za te pieniądze boazerię
położył.
Pyt. Pan znał kwoty.
Odp. Bo na początku
większość tego kolportażu przez nas przechodziło,
więc ja wiedziałem jakie to kwoty. Człowiek ten musiał z
czegoś żyć. Można oczywiście rozważać – i
takie rozważania wtedy były – czy można ten szyld
Solidarności w takim celu wykorzystywać, jasne. Ja to pozostawiam
osądowi, sam chyba nie mam na ten temat zdania. Ja tylko czuję
bardziej niż inni sytuację tego człowieka. Jakby nikt do niego
za bardzo wówczas ręki nie chciał wyciągnąć. Z drugiej
strony czyjaś pomoc dla niego, nam by ograniczała
możliwość współpracy. Pojawianie się częstow kościele
itd. Zresztą my wiedzieliśmy, że jest tam tzw. Wtyka w tym
całym towarzystwie.
Pyt. W kościele św. Józefa?
Odp. Tam była wtyka przy
tym kościele dlatego, że przesłuchania jakie się
odbywały na policji, pokazały jednoznacznie: ci panowie wszystko
wiedzieli. Ja wiele godzin spędziłem na tych przesłuchaniach i
doskonale wiedziałem, że większość informacji
stamtąd pochodziła. Nie trzeba było szczególnej wiedzy.
Wystarczyło łączyć fakty. Tam ktoś był, kto
mówił co się dzieje i zawsze ci panowie wiedzieli dokładnie co.
Pyt. Czy ten krąg podejrzeń obejmował pp Meissnerów?
Odp. To są bardzo
porządni ludzie. Absolutnie nie o nich chodzi.
Pyt. Czy może pan jeszcze wskazać na inne przejawy waszej
działalności?
Odp. Żeby trzymać
się chronologii w druku, to wychodziły przez jakiś czas pismo
„Nurty” (?), którego głównym autorem był Igor Hrywna. On tam
rozgrywał to z Piotrusiem Odojem. Chyba jeszcze Jurek Szmit im
pomagał. Mój udział był tylko taki, że pomagałem
Igorowi przez naszą sieć kolportażu to rozpowszechniać.
Pyt. Kiedy to się ukazywało?
Odp. To już trochę później – 1984 roku chyba. Ale to jest
temat Igora Hrywny. Czuję się tutaj bardzo niekompetentny. Ale to
ważne.
Później zaś, kiedy Tymczasowy
Zarząd regionu praktycznie przestał istnieć, to z Jurkiem
Szmitem podjęliśmy taką inicjatywę, zaczęliśmy
wydawać takie pisemko „Inicjatywy Warmińskie”. Pomagał nam w tym
Adam Socha. Ale to była już późniejsza inicjatywa –
zaczęło się formować środowisko liberalne. Nie
było tej bieżącej bieganiny, tej walki z komuną.
Pyt. Sprawa śmierci ks. Popiełuszki. Czy wcześniej
braliście udział we Mszach św. Za Ojczyznę w W-wie?
Odp. Nie. Nie braliśmy
udziału w imprezach tego typu. Jeżeli miałem przygody z takich
powodów, to w roku 1983, w rocznicę sierpnia, zaraz po wyjściu z
więzienia, zostałem zabrany z pod kościoła NSPJ. To było
dobrze zorganizowane spotkanie. Zabrano mnie z pod krzyża – zostałem
zabrany wraz z żoną, wtedy jeszcze nie żoną. Bardzo
brutalnie to się odbyło i zabrano też dwóch braci Szulje. Ich z
pod więzienia zgarnięto.
Pyt. Dlaczego was zgarnięto?
Odp. Widocznie uznano, że
organizowaliśmy to. I tak było. Tam ustawiono kamery przed tym
kościołem. To był 31 sierpnia. To były duże obchody
rocznicowe w Gdańsku, u nas było mało milicji, ale zachowali
się bardzo brutalnie. Posiniaczono moją przyszłą
żonę. Ją wypuszczono. Wzięto nas po raz pierwszy na
Komendę Rejonową. Myślałem, że będziemy nawet
bici. Oni zresztą byli bardzo zdenerwowani, bo pod kościołem
tłum ludzi. Oni nas wzięli już z chodnika. Ja ich trochę
rozumiem. Wcześniej to nie było wiadomo jak ten tłum zareaguje.
Wzięli pod ręce i szybko do samochodu. A Szuljów, braci
wzięłi z przystanku przy murze więziennym. Wcześniej
się bali bo to dwaj mężczyźni. Suka podjechała. Ja tam
na komendzie Rejonowej przesiedziałem noc. Ja wtedy mogłem sobie
pozwolić na udział w uroczystościach, bo już byłem po
więzieniu. Ale w zasadzie my nie mogliśmy bywać na takich
rocznicach i nie próbowaliśmy nawet tego robić. Ja próbowałem
kiedyś …
Pyt. Czy mieliście kontakt z ks. Żołnierkiewiczem?
Odp. Nie. Ja oczywiście
poznałem księdza trochę później, ale wtedy nie. Wiadomo,
ksiądz Żołnierkiewicz był cały czas na widelcu –
Langowscy i inni się tam przewijali. My żeśmy tego unikali.
Dlatego tak anonimowi pozostaliśmy do końca.
Pyt. Czy ze sprawą Antonowicza byliście w jakiś sposób
związani?
Odp. O tyle o ile można
było w bibule bieżącej powiedzieć o tym. Tylko tyle. To
zostało tak nagłośnione, że my zostaliśmy zabrani z
tą falą i tutaj nie potrzeba było żadnych naszych
działań. Dla mnie później 1986 roku, poza próbami działania
z Jurkiem, to już była plaża polityczna. Uznałem, że
jest to już tylko zabawa naszym kosztem osobistym. To jest tak: do tego
1985 roku mieliśmy wszyscy nadzieję, że spełni się ten
slogan „zima wasza, wiosna nasza”. Stymulacją tego działania był
ciągle przesuwany przez Bujaka i
kolegów, termin strajku generalnego. I to właściwie stymulowało
działanie. A może jeszcze, a może … Później wszyscy sobie
uświadomiliśmy, że nic nie będzie, żadnego strajku
generalnego, żadnego zrywu. Nikt nie przewidywał takiego
przełomu 1989 roku. Wiedzieliśmy, że stan taki potrwa
dłużej. Każdy z nas widział, że bibuła nie jest
brana, ludzie nie chcą ryzykować, nie ma atmosfery. Myśmy byli
chyba w złym tego słowa znaczeniu „Wallenrodami”. Zawsze
starałem się być trzeźwym człowiekiem i to sobie
uświadomiłem.
Pyt. W sprawy druku był zaangażowany także Zdzisław
Płotek?
Odp. Żeby Wacha
pominąć, to bardzo duże uchybienie. Strasznie aktywny
człowiek. Mnie się wydaje, że on zawsze w naszym zarządzie
był,, a jak on do nas doszedł – Boże mój! Jego ktoś
rekomendował bardzo. On w biurze projektów pracował w budynku dawnej
„Solidarności”. Ja tam chodziłem do niego, rozmawialiśmy,
dawałem mu jakąś bibułę.
Pyt. Czy Jurek Niczyperowicz to też w tym biurze pracował?
Odp. Ja Jurka Niczyperowicza
poznałem bardzo późno i nie wiem gdzie on pracował. Płotek
był w naszym zarządzie do końca. To jest strasznie oddany
człowiek. Wiele roboty dobrej zrobił – bieżącą i
kolportaż. On nigdy nie był związany z drukiem. On bardzo
efektywnie robił kolportaż. Z drukiem z naszego środowiska
związani byli poza mną: Kaziu Wosiek i Michał
Kłosiński. Pomijam drukarzy w Gutkowie. Bo nawet nie brał w tym
udziału np. Wojtek Ruszkowski, raczej nie. W pewnym sensie, ale też
do pewnego momentu Wojtek Niepokulczycki, bo później się
ukrywał. Druk się bardzo chroniło. To była ściśle
odizolowana grupa ludzi.
Pyt. Czyli Płotek zajmował się kolportażem?
Odp. Ale to nie był ten
kolportaż jako jeden z ogniw. On był pierwszy, on był w
zarządzie. To był pierwszy szczebel. On miał swoją
sieć. I z tego co pamiętam, on ją bardzo chronił. Nas w to
nie starał się wtajemniczać. Brał bibułę i
rozprowadzał. Zresztą to jest człowiek skryty – małomówny,
co bardzo procentowało w tej działalności.
Pyt. A czy pan zna Tadka czy Włodka Adamskiego?
Odp. Nie.
Pyt. Czym zajmował się Kłosiński?
Odp. Zajmował się
drukiem, pisał. To jest człowiek dużego intelektu. Był
mózgiem wielu spraw. To były takie czasy, że jak ktoś był
odważny … Wtedy nie było podziału, że jak ktoś był
drukarzem, to musiał sterczeć tylko przy maszynie. On ma duże
pojęcie o politologii i ruchach politycznych itd. Pisał teksty –
był przekonań liberalno-endeckich. W takim dobrym pojęciu tego
słowa. On jest w Niemczech. Byłem u niego kilkakrotnie. On tu
przyjeżdżał.
Pyt. A Ruszkowscy?
Odp. Oni są w Olsztynie,
po rozwodzie niedawno. Wojtek jest wziętym prawnikiem. On wtedy
studiował zaocznie prawo. Jest adwokatem i to wziętym. Głównie
zajmuje się sprawami gospodarczymi, a jego żona jest
nauczycielką w Ekonomiku, jest też wolontariuszką. Nauczyła
się sztuk negocjacji i współpracuje z Amerykanami. Wykłada
sztuki negocjacji.
Pyt. Czy mieliście z kimś kontakty z poza Olsztyna w naszym
regionie?
Odp. Z tych miast
aktywniejszych: Morąg, Ostróda, Iława, Szczytno, Bartoszyce.
Pyt. A z Kętrzyna, Zgorzałka – znał go pan?
Odp. Tak. Jeździłem
ze dwa razy, zawoziłem bibułę Zgorzałkowi. O ile
pamiętam to gdzieś koło dworca zostawiałem w jakimś
budyneczku. Ja nie znam zbyt dużo nazwisk. Np. nawet adresu mojego
mieszkania nie znali, ani Wosiek, ani Ruszkowski, ani Michał
Kłosiński, ani Płotek. Wiedział tylko Sławek Olek, bo
były takie półrodzinne kontakty. Ja mieszkałem do 1983 roku u
matki, gdzie się ożeniłem to od listopada 1983 roku u
teściowej na ul. Hanki Sawickiej. Tam drukowaliśmy też ze dwa,
trzy nakłady – moja żona też pomagała. Na strychu tam
drukowaliśmy. I później już obecne mieszkanie na Jarotach. I oni
nie wiedzieli gdzie ja mieszkam. Chyba Michał wiedział, bo
byliśmy prawie sąsiadami.
Pyt. Od kiedy na Jarotach pan mieszka?
Odp. Chyba od 1990 roku.
Pyt. Czy między panem i Sławkiem nie było rywalizacji?
Odp. Nie. Wtedy w ogóle w tym
środowisku nie było rywalizacji. Oczywiście mógł się
ktoś bardziej lub mniej lubić, ale nie było rywalizacji. Ja
byłem cały czas przewodniczącym. 1983 rok po moim wyjściu,
przejął to Sławek albo Wojtek Ruszkowski i następnego roku
ja wróciłem. Między mną, a Sławkiem było jak najdalsze
od rywalizacji.
Pyt. Czy mieliście kontakty z Wieśkiem Bryckim?
Odp. ……
Pyt. Chyba mieliście podstawy, żeby czuć się
niedocenieni po 1989 roku?
Odp. Mnie naprawdę
mało obchodziło, czy mnie ktoś docenia. Natomiast jestem
świadomy dyskomfortu psychicznego tych ludzi, bo cały czas przed
stanem wojennym jakby obligował ich do robienia czegokolwiek. Ten taki
symptom powstał: z jednej strony tej potrzeby, wewnętrznej
próżności (tak to na pewno czuli), a z drugiej strony z tych czy
innych powodów (nie wnikam) nie robienie pewnych rzeczy, wprowadzało ich w
stan frustracji. Jest to zrozumiałe. Ja nikogo nie oceniam. Te rzeczy nie
nadają się do oceniania. To były tak ekstremalne historie, że
ja tego nie oceniam. Myślę, że to co się stało
później w latach 1988 i 1989, to nie jest zjawisko olsztyńskie. Z
tych czy innych powodów ludzie, którzy byli w podziemiu głębokim
zostali odsunięci. Ja nie mówię o tej wierchuszce jak Bujak, ale o
tych regionalnych wyrobnikach, oni zostali odsunięci. I w 1988 roku
powstaje jakiś Zarząd tutaj do którego wchodzą Langowscy,
Michał Powroźny itd. Odgrzewa się te stare osoby, one się
spotykają i zaczynają coś kreować. Ja nie mówię to z
żadnym wyrzutem. Tak się stało i to nie jest tylko zjawisko
olsztyńskie. Jest pewna prawidłowość, że jak się
zdarzają sytuacje ekstremalne, to one kreują pewien typ
człowieka. Sytuacje, w których już chodzi o pewne gry polityczne,
kreują innych ludzi. Ci ludzie się wykreowali przed stanem wojennym w
innej sytuacji i wrócili do tego. I takie było założenie
zresztą. Mało tego, (nie wiem czy nie pospieszę się z
powiedzeniem tego), ale to środowisko, które zaczęło się
kształtować wokół Jurka Szmita, może trochę mojej
osoby, takich już liberałów wtedy – my żeśmy uważali,
że tego co się działo przy okrągłym stole, nie powinno
być. Jest na to jakby dokument, bo Jurek w którymś z numerów
„Posłańca Warmińskiego” pisał o tym. W tych poszukiwaniach
na pewno znajdzie pan trop pana Krupińskiego. W bibule na pewno pan
znajdzie wywiad mój z Mirkiem Krupińskim – chyba w „Rezonansie”. On wyjeżdżał 1 maja chyba 1984 lub 85 roku.
Ja zabiegałem o wywiad z nim przed wyjazdem. My żeśmy rozmawiali
długo. Dopiero na trzecie spotkanie przyszedłem z magnetofonem. On
już był na walizkach, na kufrach. Rozmawialiśmy 31 kwietnia
(pamiętam, bo pochód miał być) to kufry w przedpokoju
stały.
Komentarz MK:
Wyjezdzalem 7 maja 1987 roku. Na wywiad zgodzilem sie za pierwsza
propozycja, zastrzegajac ze bede go nagrywal rowniez, co po przeczytanuiu tego
tekstu i porownaniu gp z moja tasma
okazalo sie slusznym pomyslem. Mowilem
ze do takiego podziemia i konspiracji przy kawie i wodce sie nie nadaje,
poniewaz jest to marnowanie energii i
zapewnianie informacji SBecji majacej na takich spotkaniach wielu
reprezentantow.
Pyt. Czy cały ten materiał jest opublikowany?
Odp. Nie, tylko fragmenty. Ale
mam tę taśmę.
Pyt. Chciałbym od pana to wypożyczyć.
Odp. Gdzieś to mam,
muszę znaleźć. Jest to diabelnie interesująca sprawa. To
jest ciekawy człowiek. Jego osobowość po wyjściu z
więzienia daleko odbiegała od tego co reprezentowali jego koledzy, z
którymi działał w „Solidarności”. Zupełnie inne wnioski
wyciągał. Zresztą był trochę izolowany.
Pyt. Czy on nie chciał się włączyć w to środowisko,
czy inni go izolowali?
Odp. To można tak
powiedzieć, używając prawie jego słów: to był facet,
który czuł głęboko, że on się do podziemia nie nadaje.
My się nie znalismy wcześniej, ktos mnie z nim poznał po wyjściu
z więzienia. I on prawie już był jedną nogą poza
krajem, to mógł szerzej porozmawiać. On przyjął taką
postawę, że nie nadaje się do działalności podziemnej.
On mówi tak: ja się nie nadaję do takiej działalności,
że nie potrafię zza węgła działać, na nosie
grać władzy i mówić, że nic się nie stało. On
miał wielki szacunek np. dla Bujaka, dla ludzi, którzy to potrafią,
natomiast mówi: „Ja nie potrafię tego robić”. Natomiast wymagano od
niego tutaj – tak mi się wydaje – zachowania takich pozorów, jakie
większość środowiska zachowała, w gruncie rzeczy
niewiele robiąc. Chcieli żeby przychodził do tego biura.
Kiedyś nie przyjął jakichś darów i dlatego go obwiniano i
więcej tam nie przyszedł. Mam do tego szacunek, mimo wszystko, bo on
jako jedyny ze znanych osób po prostu powiedział wprost, że on się
do tego nie nadaje. Bo ja i tak wiedziałem, że
większość tych ludzi się nie nadaje, ale nie było
żadnym uchybieniem powiedzieć, że tak jest.
Pyt. Każdy z tych, którzy się tak głośno zachowywali,
coś tam jednak pozytywnego próbował zrobić np. kolportaż.
Pewne gesty były.
Odp. Był jednak przerost
formy nad treścią. Krupiński natomiast powiedział, że
nie potrafi. To zapamiętałem sobie, bo taka szczerość
buduje.
(Rozmowę
przeprowadził i notował Zenon Złakowski)
Bachnura miał
przekazać:
1.
Akt oskarżenia w swojej
sprawie;
2.
Kasetę z rozmową z
Krupińskim;
3.
Komplet numerów
„Solidarności” ze stanu wojennego.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
dr Józefa Mielnik
Stan wojenny
Pomimo
zafałszowanej historii naszych dziejów, od dawna byłam przeciwna
takiemu obrazowi polskiej rzeczywistości, jaką obserwowaliśmy w
PRL. Zaangażowałam się więc we wszystko, co
towarzyszyło powstaniu „Solidarności”, a zryw ten mógł doprowadzić
do odbudowania tego, co dobre i szlachetne w naszym kraju. Dlatego
ogłoszenie stanu wojennego było szokiem, ciosem wymierzonym w to
wszystko, co dla wielu z nas było najważniejsze.
Dnia 12 grudnia 1981
roku (sobota) około godz. 2400 przed blokiem, w którym
mieszkam, nieznajomy mężczyzna krzyczał, że
„napadnięto na Zarząd Regionu i biją ludzi”. Byłam
zdenerwowana, telefon nie działał, poczułam się osaczona. Z
koleżanką Jadwigą H. udałyśmy się pieszo do
Kortowa. na ulicach było cicho, spokojnie, właśnie spadł
świeży śnieg. Od czasu do czasu ulicami przemykała Nysa
milicyjna, spotkałyśmy też paru, nieświadomych niczego
przechodniów. Nic jednak nie wskazywało, że kraj spotkało
coś złego.
W Kortowie, w
pomieszczeniu Komisji Zakładowej „S” zastałyśmy dr Mariana
Rusieckiego, który pełnił tam dyżur. Nieco wcześniej
odebrał ostatni fax z wiadomością o internowaniu działaczy
„Solidarności”. Telefony kortowskie jeszcze działały, więc
po kontakcie z dr Antonim Trzebiatowskim umówiliśmy się na zebranie
Komisji Zakładowej w godzinach popołudniowych w pokoju 152 w Bloku
Zootechniki. Aby powiadomić kolegów o zebraniu, pojechałam ze
studentami do miasta taksówką, której kierowca wspomniał o zwolnieniu
z Iławy kilku tysięcy więźniów i wyraził
przypuszczenie, że jest to możliwe, iż przygotowano tam miejsca
dla naszych działaczy.
O godz. 700
wysłuchaliśmy przemówienia Wojciecha Jaruzelskiego o motywach
wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Postanowiliśmy ukryć sztandar
„Solidarności”. Najodpowiedniejszym miejscem był jak zwykle
kościół, na który zawsze można było liczyć. Razem ze
Zdzisławem Goździewskim, jego Syrenką wywieźliśmy nasz
sztandar do ks. prałata Juliana Żołnierkiewicza, któremu
należy się serdeczne podziękowanie za przechowanie tego
sztandaru przez okres stanu wojennego.
Na popołudniowym
spotkaniu w bloku Zootechniki obecni byli m.in. Tadeusz Poźniak, Julian
Minicz, Marek Mazur, Antoni Trzebiatowski i ja. Postanowiliśmy przede
wszystkim gromadzić dane o osobach internowanych z Olsztyna, gdyż ich
rodziny mogły potrzebować pomocy. Pod wieczór z WPKM dotarła do
nas opracowana tam ulotka (protest przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego).
należało wykonać matrycę, a potem powielić do
rozprowadzenia ulotek w mieście. matrycę przygotowałam wspólnie
ze studentem V roku Weterynarii Markiem Kaszubskim w bloku Rektoratu w
pomieszczeniu „Solidarności” kortowskiej. W pokoju, usytuowanym na przeciw
naszego pomieszczenia, pełnił dyżur major Budziłek,
był tam również dyrektor administracyjny Uczelni Stanisław
Nazdrowicz, który wszedł do naszego pomieszczenia i obserwował co
piszę. Wkrótce, na jednym z przesłuchań, gdy nie
odpowiadałam na pytania por. Jerzego Cieśli, jeden z obecnych w
pokoju funkcjonariuszy oświadczył, że „Nazdrowicz był tam i
widział co piszę”.
W pomieszczeniu, w którym
przygotowywaliśmy matrycę był również Tadeusz Koziura.
Ponieważ major Budziłek zażądał, abyśmy oddali
klucz i „wynieśli się”, a matryca jeszcze nie była gotowa (na
maszynie piszę wolno), po pewnym czasie zabraliśmy maszynę i
przenieśliśmy się z Tadeuszem Poźniakiem do domu studenta
nr 2, gdzie kończyliśmy przepisywanie w ciemni. Aby nie było
słychać stukania maszyny, studenci nastawili w portierni bardzo
głośną muzykę, a dyżurującego w bloku dr Jana J.
zaprosili na brydża do pokoju na I piętrze. W czasie
sporządzania matrycy, student Mirosław Pyszko przypomniał,
że za to co robimy grozi nam dwa lata, zdenerwowałam się, bo
Marek Kaszubski miał małego synka, czułam się więc za
niego podwójnie odpowiedzialna. Po sporządzeniu matrycy Tadeusz
Poźniak zabrał ją do powielenia. Maszynę
odwieźliśmy do pomieszczenia „Solidarności” i
opuściliśmy Kortowo. Powieleniem ulotki zajęli się studenci
z NZS, a w poniedziałek ulotki zostały rozprowadzone w całym mieście.
W pierwszym tygodniu
stanu wojennego zabrano kilku pracowników do Komendy Wojewódzkiej na
przesłuchanie, m.in. Jerzego Radeckiego, Tadeusza Koziurę, Tadeusza
Poźniaka, Antoniego Jutrzenkę-Trzebiatowskiego i mnie. na
przesłuchaniu najlepiej zachował się Tadeusz Koziura. Na pytanie
czy widział, co przepisywałam w lokalu, gdzie on się
znajdował, odpowiedział, że nie pamięta, czy w ogóle tam
byłam, a po zatrzymaniu na 48 godz. przypomniał sobie jedynie,
że major Budziłek był pod wpływem alkoholu.
Od pierwszych dni stanu
wojennego, różne osoby przynosiły pieniądze na pomoc rodzinom
internowanych. pewnego razu odmówiłam przyjęcia pieniędzy,
dostarczonych przez dwie osoby ze Szpitala Wojewódzkiego, posądziłam
ich bowiem, że chcą mieć dowód przeciwko mnie, e zajmuję się
zbiórką. Byli to jednak najuczciwsi ludzie, a pieniądze zaraz
dotarły do mnie inną drogą. W Kortowie zbiórki pieniędzy
były prowadzone systematycznie, gdyż w krótkim czasie aresztowano
kilku pracowników i studentów. Ja również liczyłam się z aresztowaniem
i każdego dnia zastanawiałam się, czy jeszcze będę
nocować w domu, czy w areszcie, tym bardziej, że zatrzymano na 48
godzin Teresę Kamińską i Tadeusza Poźniaka. Na wszelki
wypadek starałam się jak najszybciej poprawić pracę
dyplomową mojej magistrantki Ireny Piaseckiej. Poprawiałyśmy
tę pracę w jej pokoju, gdzie mieszkała z kilkumiesięcznym
synkiem Kubusiem. mały chorował na zapalenie uszu i bardzo
płakał. Aby ona mogła zdążyć z poprawieniem
pracy, ja nosiłam jej synka i dzięki temu magistrantka obroniła
pracę w terminie, ale podczas mojej nieobecności.
Moje aresztowanie
nastąpiło 22 lutego 1982 roku. Był to poniedziałek,
korytarze Zootechniki zajęli studenci zaoczni. Kiedy wyszłam z
pokoju, napotkałam wzrok dwóch panów, jeden w „wiecznym, brązowym
płaszczu” ortalionowym i berecie, a drugi z nienawistną miną.
Pomyślałam, że to ubecy i nie pomyliłam się. W tym
momencie weszła Wanda Lechowska (ona internowanego członka
zarządu regionu) z chorym jamnikiem i wręcz zmusiła ubeków, aby
ją też zabrali do miasta, miałam więc przynajmniej „swoje”
towarzystwo. W Komendzie Wojewódzkiej zatrzymano mnie najpierw na 48 godz. W
areszcie strażnik, przypominający hitlerowca, wskazał mi
lepiącą się z brudu cienką, plastykową derkę,
leżącą na podłodze, która miała służyć
mi przez trzy tygodnie za materac, i tak samo brudny, leżący na
podłodze koc. W celi zastałam pięć kobiet. Noc
spędziłam na pryczy między piromanką, która spaliła
prawie całą wieś, a kobietą oskarżoną o
zabójstwo. Pierwsza noc jest dla każdego najgorsza, ale
zdążyłam nawet na chwilę spokojnie zasnąć, po
każdym przebudzeniu straszyło mnie nikłe światło z
zakratowanej żarówki. Warunki w celi były okropne: zimno, ciemno,
zimna woda do mycia, a najgorsza wspólna, nieosłonięta toaleta. Nie
miałam żadnych osobistych rzeczy, nawet mydła.
Po 48 godz.
funkcjonariusze przewieźli mnie do Prokuratury Wojskowej bez torebki i
sznurowadeł (miałam sznurowane półbuty). Byłam strasznie
skrępowana, bo przebywający tam ludzie pewnie posądzali mnie,
że jestem przestępcą i marzyłam tylko, by jak najszybciej
wrócić do celi. Dostałam nakaz aresztowania na trzy miesiące.
Muszę tu docenić grzeczne traktowanie przez Prokuratora kpt. Dariusza
Szewirskiego, nie tylko mnie ale i mojej rodziny, a także
przyjaciółek, którzy starali się o zezwolenie na widzenia.
W areszcie Komendy
Wojewódzkiej jeden ze strażników też okazał nam trochę
ludzkich uczuć: stawiał nam pod drzwiami celi swoje radio,
żebyśmy mogły posłuchać muzyki, której tak nam
brakowało. W areszcie spotkało mnie kolejne upokorzenie: zdjęcie
z numerem, jakie wykonuje się przestępcom i odciski palców.
Ponieważ nie
rozmawiałam z funkcjonariuszami SB, przesłuchujący mnie por.
Jerzy Cieśla, chcąc nakłonić do zeznań, pokazał
mi kilkustronicowe zeznanie rzekomo jednego z moich kolegów Antoniego
Trzebiatowskiego, a następnie pokazał mi ostatnią stronę i
zapytał, czy poznaję podpis kolegi. Poznałam podpis,
zachowałam nadal milczenie, ale ogarnęła mnie straszna
złość, ponieważ zeznania były przeciwko mnie i
Tadeuszowi Poźniakowi. Postanowiłam sobie, że po wyjściu na
wolność rozprawię się z nim. To nie były jego
zeznania, tylko wymyślone przez któregoś z funkcjonariuszy SB, wtedy
jeszcze nie wiedziałam, że każda strona powinna być
podpisana. Podczas pobytu w areszcie śniło mi się wielokrotnie, że
jestem w Kortowie i mówię: A teraz porozliczam was za to, co
opowiadaliście na przesłuchaniach. Po wyjściu na
wolność wszystko się wyjaśniło, ale przez parę
miesięcy dręczyła mnie złość.
Po trzech tygodniach
zostałam przewieziona do aresztu śledczego w Ostródzie. O tym
areszcie słyszałam straszne rzeczy, m.in. że kobiety tam
się biją. Byłam tak przerażona, że w drodze do Ostródy
marzyłam, abyśmy się rozbili na drzewie. Teraz wiem, jakim
egoistą jest człowiek, w ogóle nie pomyślałam, że ze
mną są też funkcjonariusze SB, którzy nie mają powodu
umierać. W Ostródzie poczułam się tak, jakby świat
zwalił mi się na głowę. W takim strasznym nastroju
byłam przez trzy doby, co dzień w innej celi z kryminalistkami.
Byłam nieszczęśliwa jak nigdy dotąd i przekonana, że
nie ma większego nieszczęścia niż pozbawienie wolności.
Było to jednak tylko moje odczucie, inne kobiety nie przejmowały
się tak jak ja. Kiedy po trzech dniach trafiłam do celi 68
(nazywałyśmy ją pokojem, co wywoływało
złośliwe uśmiechy i docinki strażników), w której
spotkałam się z Ireną Włudyką i Anną Żurawek,
już było trochę łatwiej, przynajmniej miałyśmy
wspólne tematy do rozmowy. W celi nie wolno było siadać na pryczach,
siedziałyśmy więc przeważnie na podłodze, można
było przynajmniej oprzeć się o prycze. Zanim znalazłam
się w Ostródzie, obawiałam się, że dodatkowym utrudnieniem
życia więźniów jest brud, ale okazało się, że nie
było tak źle; w celi miałyśmy przesadnie czysto, wody nie
brakowało i dosłownie wyrywałyśmy sobie sprzątanie,
aby mieć zajęcie i trochę ruchu. Plagą jednak były
karaluchy, które łaziły po ścianach i nawet pryczach. nastrój
poprawił mi się nieco, gdy ze względu na zły stan zdrowia
przyznano mi drugą godzinę spaceru i gdyby nie kobiety
używające wulgarnego słownictwa, warunki, w jakich się
znalazłam, można by uznać za zupełnie znośne.
Najbardziej jednak podtrzymywały nas na duchu listy oraz częste
wizyty rodziny i przyjaciół. Przy okazji muszę wyrazić
wdzięczność mojej koleżance Jadzi H., za użyczenie
swojego czasu i samochodu, kiedy przywoziła do Ostródy p. mec. Kazimierza
Markowskiego, który bronił mnie bezinteresownie.
W celi bardzo
brakowało nam muzyki, był tam co prawda głośnik, ale
serwowano nam najwyżej przemówienia rządzących dygnitarzy,
wychwalających dobrodziejstwo stanu wojennego. Nie wolno nam było
mieć żadnych kosmetyków. W czasie naszego spaceru strażnicy
mieli prawo przeszukiwać nasze rzeczy i zabierać wszystko, czego ich
zdaniem nie powinnyśmy mieć. Okradano nas także z drobiazgów,
np. z ładniejszych papeterii. Dla wykorzystania czasu
zaczęłyśmy haftować i był to jedyny plus naszego
odosobnienia. Wyjątkową radość sprawiło nam zezwolenie
na spowiedź wielkanocną (co prawda po Wielkanocy), w czasie której
ks. Władysław Ciszewski starał się podtrzymać nas na
duchu. Podobnie poprawiły nam nastrój maleńkie koszyczki ze
święconym, przekazane nam przez ks. Romana Wiśniowieckiego.
W czerwcu na
życzenie rodziny zostałam skierowana na badania do Wojskowego
Szpitala Psychiatrycznego w Elblągu. Tam miałam bardzo dobre warunki;
zarówno lekarze, jak i przebywający na leczeniu wojskowi traktowali mnie
bardzo serdecznie. Mogłam swobodnie wysyłać listy,
przyjmować rodzinę i przyjaciół, nieoficjalnie korzystać z
telefonu i wychodzić do parku. W tym czasie osądzono i skazano moich
kolegów i studentów z Kortowa. (Patrz załącznik do opracowania).
Po powrocie do aresztu
śledczego w Ostródzie dostarczono mi, za zgodą sądu, do
sprawdzenia pracę dyplomową kolejnej magistrantki Zofii
Gałązki, która obroniła ją już w mojej obecności.
Moja rozprawa
odbyła się 7 września 1982 roku w Sądzie Rejonowym w
Olsztynie II Wydział karny. Uznano mnie winną zarzucanego czynu i
skazano na półtora roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata. W tym
czasie sądy wymierzały już znacznie łagodniejsze wyroki,
niż parę miesięcy wcześniej, gdy sądzono moich
kolegów. (Muszę zaznaczyć, że 28 września 1993 roku
Sąd najwyższy w Warszawie Izba Karna uniewinnił mnie.
Po wyjściu z
aresztu (7 .IX.1982r.) rozpoczęłam starania o powrót do pracy na
uczelni (poprzedni stosunek pracy między mną a Uczelnią
wygasł w czasie mojego pobytu w areszcie). Po przeszło dwóch
miesiącach (17 listopada 1982 roku) do pracy przyjął mnie prof.
Piotr Znaniecki na etat specjalisty z tematu zleconego, przy czym musiałam
opuścić Kortowo i przenieść się na Stary Dwór,
ponieważ nie wolno mi było kontaktować się z
młodzieżą, mimo że w wyroku sądowym nie było
takiego postanowienia.
W dalszym ciągu
zajmowałam się zbiórką pieniędzy dal rodzin poszkodowanych.
Na spotkaniach z przyjaciółmi zorganizowaliśmy kolportaż prasy
drugiego obiegu (Rezonans, Biuletyn Mazowsza, Solidarność
Gdańska, Biuletyn Dolnośląski, a także Kultura paryska oraz
pozycje książkowe wydane w drugim obiegu). Za pośrednictwem
zaprzyjaźnionych solidarnościowców z Gdańska, mogliśmy obejrzeć
w grupach wręczenie żonie Lecha Wałęsy, przyznanej mu
Pokojowej Nagrody Nobla.
Aby poszerzyć
swoją wiedzę o Związku Radzieckim, zorganizowaliśmy w
okresie od października 1982 do czerwca 1983 roku, częściowo
przy pomocy p. Andrzeja Drawicza, wykłady na temat zagadnień
dotyczących Rosji, jej tradycji, historii, przejawów współczesnego
totalitaryzmu, odmiany radzieckiej oraz szeroko pojętej rosyjskiej
kultury, literatury i religii. Wykłady, w których każdorazowo
uczestniczyło kilkanaście osób, odbywały się w różnych
mieszkaniach i kończyły dyskusją. Wykładowca doc. Józef
Smaga - pracownik naukowy Akademii Pedagogicznej w Krakowie, swoją
pracę wykonywał bezinteresownie. Po zakończeniu cyklu
wykładów, przynajmniej częściowo zmienił się nasz
stosunek do wschodniego sąsiada; nie był to już tylko kraj
ciemiężycieli i ziemi nieludzkiej, ale także kraj pięknej
przyrody, kraj wielkich pisarzy i poetów oraz zwykłych ludzi, jak my
prześladowanych przez reżim komunistyczny, ludzi, którzy potrafili
okazać naszym rodakom, przebywającym na zesłaniu trochę
współczucia. Wykłady, które również poprawiały nam
samopoczucie odbywały się także w pomieszczeniach domu
parafialnego o.o. Franciszkanów i były prowadzone przez pracowników
naukowych Katedry Prawa Międzynarodowego UMK w Toruniu: doc. dr Tadeusza Jasudowicza
i dr Romana Bäckera, bezinteresownie.
W związku z
aresztowaniem za drukowanie Rezonansu, wiosną 1983 roku trzech synów
gospodarza z Gutkowa - Józefa, Jana i Piotra Szuliów, zachodziła obawa,
że starsi rodzice nie będą w stanie wykonać wszystkich prac
w gospodarstwie. Zorganizowaliśmy więc kilkanaście osób,
głównie z Kortowa, i wszystkie prace wiosenne zostały wykonane w
terminie. W czasie naszej pracy, dwóch pracowników SB przeszło obok nas z
aparatami fotograficznymi, mówiąc: „Tu dziś pracuje Kortowo”. Latem,
przy zbiorze owoców w wymienionym gospodarstwie pracowali członkowie
„Solidarności” z innych zakładów pracy, a prace jesienne wykonywane
były przy pomocy pracowników Kortowa, tak, że aresztowanie
chłopców w niczym nie przeszkodziło sprawnemu funkcjonowaniu
gospodarstwa. Na tym polega solidarność międzyludzka.
Muszę jeszcze raz
wrócić do października 1982 roku gdy moi koledzy i
część studentów przebywała jeszcze w więzieniu w
Braniewie. Zbieraliśmy wówczas podpisy pod opracowaną na Wydziale
Rybactwa Śródlądowego i Ochrony Wód, petycję do Rady
Państwa o zwolnienie z więzienia i
przywrócenie do pracy Tadeusza Poźniaka, Antoniego Trzebiatowskiego
i Stanisława Porca. Trzeba podkreślić, że na Wydziale Zootechnicznym
petycję podpisali zarówno członkowie „Solidarności”, jak i
członkowie partii. Duża liczba podpisów została zebrana
dzięki temu, że akcję przeprowadziliśmy w tym samym czasie
we wszystkich jednostkach Uczelni. Spowodowało to jednak oburzenie
władz uczelnianych. Kiedy złożyliśmy petycję w
Sądzie Wojewódzkim, interesowało się nią wiele osób, ale
nie tyle jej treścią, ile złożonymi podpisami. Trud nasz
nie poszedł na marne, a więzieni pracownicy i studenci znaleźli
się wkrótce na wolności i mogli wrócić do pracy, bądź
na studia. Tadeusz Poźniak i Stanisław Porc zdecydowali się opuścić
kraj, a Antoni Jutrzenka-Trzebiatowski wrócił na uprzednio zajmowany etat.
Ja natomiast,
dzięki prof. Piotrowi Znanieckiemu, na którego mogłam zawsze
liczyć, wkrótce wykończyłam moją pracę
habilitacyjną i w 1984 roku złożyłam w dziale Wydawnictw oraz
przygotowałam wszystkie dokumenty potrzebne do wszczęcia przewodu
habilitacyjnego. Do obrony jednak nie doszło, ze względu na
wstrzymanie do 1990 roku druku mojej pracy. (co
zawdzięczam prof. Jerzemu Strzeżkowi i obecnie prof. Marianowi
Kozłowskiemu zresztą nie są to jedyne osoby, którym to
zawdzięczam). Nieoficjalnie dowiedziałam się, że
„istnieje polityka kadrowa”, a z dniem 31 grudnia 1985 roku wygasła umowa
o prac między mną, a zakładem pracy. Po miesiącu
poszukiwania zajęcia zatrudnił mnie dyrektor Szpitala
Przeciwgruźliczego na znacznie gorszych, niż na Uczelni warunkach.
Rozpoczynając pracę w Laboratorium Analitycznym szpitala
musiałam się „przestawić i uczyć wszystkiego od podstaw.
Służba
Bezpieczeństwa nadal starała się utrudniać mi życie
przez wielokrotne wzywanie lub zabieranie mnie z pracy na tzw. rozmowy.
Przeprowadzanie przeszukań w moim mieszkaniu kończyło się
zabieraniem mi kaset (kasowano je), książek, czasopism i różnego
rodzaju pamiątek, związanych z „Solidarnością”. Przedmioty
te, oprócz skasowanych kaset nigdy do mnie nie wróciły. Nachodzenie mojego
mieszkania odbywało się pod byle pretekstem, legitymowano też
moich gości. Po spotkaniu u mnie na kolacji zdarzyło się nam
spędzić po kilkanaście godzin w areszcie Komendy Wojewódzkiej.
Dziś mimo wszystko
uważam, że lata 19880-1981 były pięknym okresem w
życiu zarówno moim, jak i moich przyjaciół, okresem nadziei choć
nie spełniły się, warto było znaleźć się w
środku tych wydarzeń i nawet okres stanu wojennego nie może ich
przesłonić.
Bilans
represji ze stanu wojennego w załączeniu.
Bilans represji
załącznik do opracowania o stanie wojennym w Kortowie.
kara
żądana wyrok sądu rzeczywisty okres
przez
prokuratora pozbawienia
wolności
Pracownicy (w
tym areszt śledczy)
1. mgr Tadeusz Poźniak 5
lat 2,5 10,5 miesiąca
2. Tadeusz Koziura 5 1 4
3. dr Antoni Jutrzenka
Trzebiatowski 5 2 10
4. mgr Stanisław Porc 5 1,5 9
5. dr Jerzy Radecki 5 uniewinniony 4
6. dr Józefa Mielnik 3 1,5 w zawieszeniu 7
7. Tadeusz Czajkowski internowany 4
8. Tadeusz Kotowicz internowany 8
Studenci
1. Jerzy Szmit dwukrotnie
internowany 9
2. Mirosław Pyszko 3 1,8 6
3. Jan Osiecki 3 1,5 6
4. Wojciech Jaryńki 3 1,5 8,5
5. Marek Kaszubski 3 1 8,5
6. Jacek Nowak 3 1 2
7. Jarosław Kochanek 3 1 3,5
8. Paulina Ber 3 1 r. w zawieszeniu 2
9. Marek Winiarski 3 uniewinniony 3,5
10. Stanisław Piórkowski 2 1,5 w zawieszeniu 5,5
11. Benona Góralczyk 2 1 r. w zawieszeniu 3
12. Wiesław Ciołkowski 2 1 r. w zawieszeniu 3
( Czajkowski
Tadeusz nie był nigdy internowany - przyp. A.P.)
Sprawa prowadzona
była w trybie doraźnym przez Sąd Wojewódzki w II Wydziale Karnym
w składzie:
Przewodniczący: Sędzia Sądu Najwyższego
delegowany do Sądu Wojewódzkiego T. Rink
Sędziowie: Sędzia Sądu
Wojewódzkiego - B. Rost
Sędzia Sądu Wojewódzkiego - A. Jurczyński
Protokolant: T. Mikosza
Wiceprokurator
Wojewódzki Cz. Lewandowski
Obrony oskarżonych
podjęli się:
Leleń
Stefan, Gryczewski Wojciech, Waldemar
Heisler (Gdynia), Kazimierz Markowski, Ewaryst Grygiel, Konrad Urbanowicz,
Andrzej Grabiński (Warszawa), Władysław Kordasiewicz, Stefan
Gąsiorowski (Poznań), Michał Krakowski, Tadeusz Perdyński
(Toruń), Witold Ferfel (Warszawa). tej grupie osób należy się
szczególne uznanie i wdzięczność za ich decyzję, która w
tamtej trudnej sytuacji stanowiła akt odwagi, poza tym bronili
oskarżonych bezinteresownie. Ich postawa miała olbrzymi wpływ na
położenie oskarżonych w trakcie procesu oraz
umożliwiła szybszy ich powrót do społeczeństwa.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
[1] A ja zostałem Tadeuszem.... (moja
uwaga MWPowroźny)
[2] Dzisiaj mason (pono para-) spod znaku
Rotary, a przez jakąś kadencje, nawet szef tego interesu... (moja uwaga MWPowroźny)
[3] Taki raport i dziś jest aktualny, a
po drugie stan każdej inna
dziedziny można tym słowem określić no poza MSW wtedy – ale
dzisiaj – nadal aktualne niestety (moja
uwaga MWPowroźny).
[4] WRONA ? (moja uwaga MWPowroźny)
[5] a może owulował ??? (moja uwaga MWPowroźny)
[6] Jakis bank typu dwa końce w
wodę ? (moja uwaga MWPowroźny)
[7] Gdzie i kiedy, może można
poczytać te archiwalne numery Newsweeka ? (moja uwaga MWPowroźny)
[8] Byłem, gościnnie przyjęty,
ale to było RAZ i na serdecznym pożegnaniu Bobera, który mnie tam
zaprosił. Byłem z śp. moją Żona i ówczesnymi moimi
sąsiadami - Grucelami; Leszkiem i Gośką. (moja uwaga MWPowroźny)
[9] A trzeba.... (moja uwaga MWPowroźny)
[10] Prawda. (moja uwaga MWPowroźny)