ZAMIAST PRZEDMOWY DO PUBLIKACJI KSIĄŻKI
I. CO
SIĘ STAŁO Z AUTORYZOWANYM DO DRUKU TEKSTEM
krete sa historii
sciezki...
http://www.wirtualnapolonia.com/opinie.asp?opinia=70736
|
----- Original Message -----
II.
JAK TEKST ZOSTAŁ AUTORYZOWANY
|
III.
JAK ZOSTAŁ AUTORYZOWANY TEKST POTRAKTOWANY
Kolorem czerwonym oznaczono partie tekstu usuniete (bez poinformowania
mnie) z fragmentu ksiazki na ktorego druk, pisemnie poproszony, wyrazilem uprzednio pisemnie zgode. Autoryzacja obejmowala calosc ponizszego
tekstu:
--------------------------------------
W tym samym dniu, w biurach
Portu Północnego, utworzony został Krajowy Komitet Strajkowy, którego
dwoma głównymi celami było sprzeciwienie się bezprawnie
wprowadzonemu stanowi wojennemu i doprowadzenie do uwolnienia uwięzionych
działaczy. Komunikat o jego powstaniu poszedł na mury miasta i w eter
- załoga Portu miała dostęp do nadajników radiowych.
Noc, dla
bezpieczeństwa, spędziliśmy na holowniku ciągle
zmieniającym miejsce postoju. Henio Mazul, ochrona
przyboczna Wałęsy, był tu
członkiem załogi i pełnił honory domu. Niewiele spaliśmy
tej nocy - ciągle było wiele do zrobienia, a mało czasu. Na
holowniku pracował jeden z ocalonych z pogromu powielaczy, drukujący
całą noc proklamacje Krajowego Komitetu Strajkowego. Dyskutowano
plany i szanse. Radio Wolna Europa nadawało pierwsze reportaże z
Polski i praktycznie było to dla nas podstawowe źródło
informacji. Sytuacja nie była różowa, nie mieliśmy szans
wygrania wojny z WRON-ą, ale “Solidarność” ciągle
istniała i miała żywiołowe poparcie społeczeństwa.
Pół
nocy spędziłem na działaniu, które mogłoby być uznane
za inspirację do późniejszej Gorbaczowskiej “pierestrojki”.
Publicznie wspominam to pierwszy raz - ale tej nocy, w kooperacji ze związanym
z Watykanem doradcą
“Solidarności” pisałem odezwę do naszych wschodnich
sąsiadów. Proponując im zamiast współpracy ze skorumpowaną
i znienawidzoną w Polsce PZPR, współpracę, na zasadach
rzetelnego sąsiedztwa i poszanowania, z klasą robotniczą wolnej
i niepodległej Polski. Nad ranem ten w pełni opracowany dokument
ukryty został pod jednym z oprawionych obrazków lub dokumentów,
wiszących na ścianie kabiny. O jego istnieniu wiedziała, oprócz
mnie, tylko jedna osoba - wspomniany doradca. Nie wiem co się z tym
dokumentem stało - mój wspólkonspirator upoważniony został do
zrobienia z niego użytku. Mógł zostać zniszczony, co jest
najbardziej prawdopodobne, biorąc pod uwagę fakt, że nie
zniszczono mnie. Mógł zostać zatrzymany przez kogoś z dobrze
rozwiniętym instynktem samozachowawczym, ciągle w strefie “nadawcy”.
Mógł zostać doręczony i zignorowany. A może ciągle
wisi ukryty pod obrazkiem lub dokumentem w kabinie holownika.
Rankiem wysadzono
nas na ląd. Naszym zamiarem było dotarcie do Stoczni imienia Lenina,
która z racji historycznej przeszłości przyciągała
największe tłumy i była niejako symbolem “Solidarności”.
Nie nastręczyło to większych kłopotów.
W Stoczni
panował porządek. Warta sprawdzała dokumenty, wydawała
przepustki upoważniające do pobytu na terenie zakładu. Plac
przed bramą, z górującymi nad otoczeniem krzyżami pomnika
poległych stoczniowców, szczelnie wypełniony był tłumem
mieszkańców Trójmiasta, wojskiem i ZOMO. W tyle stały czołgi.
Nie było widocznej agresji pomiędzy wymienionymi frakcjami tworzącymi
tłum. Kuchnia wydawała posiłki i gorące napoje i
często w stołówce widoczne były mundury żołnierzy. Po
otrzymaniu przepustek, rozlokowaliśmy się w biurach, w parterowym
baraku po przeciwnej niż stołówka stronie bramy. Działacze
Stoczni patrzyli na nas trochę zezem, ale szybko dotarliśmy się
- nie mogliśmy ani nie mieliśmy zamiaru konkurować z nikim w
organizacji akcji w Stoczni - to było ich wyłączne prawo. Z
drugiej strony przejmowaliśmy główną odpowiedzialność
za całą akcję protestacyjną, a to było dla nich nie do
pogardzenia w gąszczu paragrafów stanu wojennego.
Jako
wiceprzewodniczący Komisji Krajowej, objąłem w dniu poprzednim
proponowane stanowisko przewodniczącego Krajowego Komitetu Strajkowego,
biorąc tym samym główną odpowiedzialność za jego
poczynania. Szybko okazało się, że sprawa była
organizacyjnie trudna. W całej swojej krótkiej
historii “Solidarność” celowała w rozwlekłym dyskutowaniu
swoich uchwał, a tutaj nie było na to czasu. Drugą
specjalnością naszych działaczy była spirala radykalizacji
wypowiedzi w toku dyskusji, co wynikało zapewne z podświadomej
potrzeby udowadniania sobie i innym lojalności dla sprawy. Pierwszy dzień
działania Komitetu, jeszcze w Porcie, przebiegał podobnie.
Komunikat proklamacyjny zawierał kilka zbędnych moim zdaniem
epitetów, ale w zasadzie odpowiadał potrzebom. Trudniej było z
tworzeniem następnych komunikatów. Każdy forsował swoje zdanie,
problem polegał na tym, że te indywidualne zdania miały być
podpisane w imieniu Komitetu przez jedną osobę - mnie. Nigdy nie
uchylałem się od formułowania radykalnych żądań,
ale nigdy też nie tolerowałem w swoich własnych wypowiedziach
obraźliwych epitetów za którymi nie stały udowadniające je
fakty. Tutaj, w tym pierwszym dniu, doszło do tego, że został
wydany bez mojej wiedzy nieznany mi zupełnie komunikat podpisany moim
nazwiskiem. Tak dłużej nie mogło być i kategorycznie zapowiedziałem,
że komunikaty będę pisał sam lub nie będę ich
podpisywał. Zagroziłem nawet, że w przypadku
powtórnego użycia mojego nazwiska bez mojej wiedzy, opublikuję
dementi. To ostatnie pokutkowało, ale nadmiaru przyjaźni sobie nie
zaskarbiłem.
Pomógł mi
dalszy rozwój wydarzeń. W drugim dniu, już w Stoczni doszło do
obrad, w których uczestniczył jako mediator ze strony władz,
ksiądz Jankowski. Jego stanowisko było bardzo zachowawcze i
umiarkowane, powiedziałbym odbierające ducha strajkującym.
Namawiał do umiarowania, podjęcia dialogu i zaakceptowania pewnych
realiów stanu wojennego. W swoim, nastęującym po jego wypowiedzi,
wystąpieniu oświadczyłem, że to byłoby łatwe do
zaakceptowania, gdyby stan wojenny nie rozpoczął się od
aresztowania przywódcy i innych działaczy Związku. W świetle posierpniowych
porozumień i legalnego statusu “Solidarności” ich stanowiska gwarantowały im nietykalność.
Dalej stwierdziłem, że “Solidarność” nie uchyla się od
dialogu, ale jego rozpoczęcie uzależnione jest od dwóch warunków -
odwołania stanu wojennego, wypowiedzianego własnemu narodowi, i
uwolnienia aresztowanych związkowców.
Wystąpienie
spotkało się z aplauzem, zostało przegłosowane jako decyzja
obecnego gremium i powtórzone w formie pisemnej, celem przekazania
władzom. Informacje o treści wystąpienia szybko przeniknęły
za bramę stoczni i spotkały się z równym aplauzem tłumów
zgromadzonych przed stocznią. Po zakończeniu spotkania z
mediującym księdzem Jankowskim, wywołany przez tłum, wyszedłem
na będący od tej pory
trybuną, dach wartowni i poinformowałem o stanowisku i
polityce “Solidarności” w obliczu stanu wojennego. Wystąpienie
zakończyło się dyskusją na tematy “strategiczne” co
pozwoliło mi przekazać opinie o konieczności strajku w
zakładach, a nie demonstracji na ulicach, które mogłyby stać
się przedmiotem prowokacji i zapoczątkować zbrojną
pacyfikację jak dziesięć lat temu. Zrozumienie było
powszechne, ale w pojęciu mieszkańców Trójmiasta wyjątkiem
był plac przed Stocznią, który ze swoimi krzyżami pomnika
stał się dla nich symbolem długo oczekiwanej demokracji. Nigdy
nie protestowałem przeciwko zgromadzeniu w tym miejscu. Tłum dodawał
otuchy strajkującym, stanowił miejsce pokojowego kontaktu
ludności cywilnej z wojskiem i co było niemniej ważne - był
pod obserwacją i kamerami dziennikarzy zagranicznych. Po tym dniu nikt nie kwestionował mojego prawa do
samodzielnego redagowania podpisywanych przeze mnie dokumentów i
wystąpień, a gromadzące się nad głową coraz
czarniejsze chmury nie zachęcały również zbyt wielu do
udziału w przyjętej przeze mnie jednoosobowej odpowiedzialności.
Jak wspomniałem
uprzednio, wojskowi byli częstymi gośćmi w położonej
przy bramie stołówce i byli przyjmowani serdecznie przez obecnych. Te
przyjazne wizyty dawały ludziom poczucie bezpieczeństwa - nie
wyobrażali sobie aby ich obecni goście mogli w przyszłości
użyć przeciwko nim broni. Jestem przekonany, że mieli
całkowitą rację. Czołgi na dalszym planie otoczone
były również przez przyjaznych, głównie młodych, cywilów. W
drugim dniu stanu wojennego na czołgach pojawiły się przyjazne
napisy i symbole Solidarności. Żołnierze znajdujący
się przed Stocznią to byli “Niebieskie Berety” stacjonujący
stale na wybrzeżu i silnie związani więziami rodzinnymi i symatiami
z tutejszą ludnością.
Rankiem
następnego dnia miałem bardzo budujące spotkanie przy jednej z
bocznych bram Stoczni. W odróżnieniu od bramy głównej – po drugiej
stronie tej bramy nie było cywilów, było natomiast wielu wojskowych,
wojskowe pojazdy. Podszedłem do samej bramy i patrzyłem na nich. Nie
wiem czy zostałem poznany, ale po chwili do bramy podszedł major w
niebieskim berecie. Nie pamiętam jak zaczęła się rozmowa,
ale w toku rozmowy przedstawiliśmy się sobie i bezpośrednio
potem zapytałem: - „Będziecie strzelać do nas?”. Major
popatrzył na mnie bardzo poważnie, odwrócił się i
przywołał jednego z pobliskich żołnierzy, wskazując
gestem aby pokazał swojego Kałasznikowa. – „Otwórz zamek” -
powiedział do zdziwionego, stojącego z bronią w ręku wojaka
i ten posłuchał bez wahania. – „Pokaż”. Żołnierz, tym
razem z zadowolonym zrozumieniem pokazał otwartą komorę nabojową
- bez naboi. Po chwili obustronnego i pełnego powagi milczenia major
zasalutował, odwrócił się i odszedł, żołnierz za
nim. Przyglądała się temu duża grupa żołnierzy po
tamtej stronie bramy. Żałowałem, że po mojej stronie
byłem tylko ja sam.
Pewne jest, że
w pobliżu, lub pomiędzy żołnierzami byli również inni
obserwatorzy. Następnego dnia oddziały Niebieskich Beretów
zostały odwołane sprzed Stoczni. Pomalowane przez tłum jak wielkanocne
pisanki czołgi odeszły również. Na ich miejsce przyszło
inne wojsko i inne czołgi. Było wiele pogłosek o rosyjskich i
esbeckich załogach, prawdopodobnie dalekich od prawdy. Ale nastrój
zbratania już nie powrócił. Zaczęła się natomiast
intensywna akcja przygotowawcza do tego
co nieodzownie miało nastąpić. Głośniki na placu
zaczęły powtarzać skierowane do zgromadzonych w Stoczni
ultimatum, wzywające do jej opuszczenia. Gwarantowano bezpieczeństwo
i “wybaczenie” każdemu, kto zastosuje się do wezwania i surowe kary
stanu wojennego dla nieposłusznych. Na okrągło powtarzano
wezwania i dekrety, wyliczając kary i umiejętnie wplątując
słowa o zdradzie i stanie doraźnym. Tłum przed Stocznią
ciągle był obecny. Wewnątrz oprócz stoczniowców było wielu
“akredytowanych” związkowców -
studentów, pracowników małych bezbronnych instytucji, sympatyków.
W tym dniu wydałem mój “Apel do stoczniowców, gdańszczan i żołnierzy” powtarzający nasze postanowienia i wzywający do stanowczości, spokoju i unikania rozlewu krwi. Przypomniałem żołnierzom, że ich broń skierowana jest przeciwko ich własnym rodzinom i współobywatelom. Jeszcze raz stwierdziłem, że to władza wypowiedziała bezprawnie wojnę własnemu narodowi. “Apel” poszedł na mury, do dystrybucji wśród cywilów i wojska i w eter. Później, będąc już w wiezieniu, dowiedziałem się, iż wielokrotnie był powtarzany przez rozgłośnie zagraniczne. Kurierzy przemycali jego treść do odciętej od nas reszty kraju. Kurierzy i dystrybutorzy wpadali, byli aresztowani, płacili później wiezieniem. Ale apel stał się powszechnie znany i chciałbym wierzyć, że przyczynił się do uniknięcia powtórki masakry. Zdanie to podzielił nawet prokurator wojskowy oskarżający mnie przed Sadem Marynarki Wojennej, sądzącym mnie na wyjazdowej sesji w Bydgoszczy 29 lipca 1982 roku. Ostatnie słowa prokuratora w tej rozprawie były: - „Zgadzam się, że być może oskarżony Krupiński uratował Gdańsk od rozlewu krwi. Ale naruszył on postanowienia stanu wojennego i z tego powodu domagam się kary czterech plus czterech, w połączeniu sześciu lat pozbawienia wolności”. Jeżeli obaj z prokuratorem mieliśmy rację w ocenie skutków apelu, to uważałem i uważam, ze cena nie była zbyt wysoka. Ale to późniejsza historia.
W owym dniu - 15
grudnia 1981 roku - zacząłem odczuwać zmęczenie i
widziałem, że inni też je odczuwali. Nie spałem więcej
niż cztery godziny w ciągu ostatnich dwóch nocy, wydarzenia na to nie
pozwalały. Sprawy polityki związku,
poczynań Krajowego Komitetu Strajkowego w obliczu zachodzących
głównych wydarzeń nie zajmowały wbrew pozorom tak wiele czasu.
Jałowe dyskusje zostały zredukowane prawie do zera, na
większość poczynań WRON-y nie mogliśmy mieć bezpośredniego
wpływu, nasze deklaracje zostały sformułowane w pierwszym dniu.
Planowanie przyszłości chwilowo nie wchodziło w rachubę, o
naszej najbliższej przyszłości praktycznie decydowały dekrety
stanu wojennego; o dalszej - poczynania naszych następców. Ale było
wiele drobnych spraw, na które nie można było nie zwracać uwagi.
Mieliśmy w
Stoczni wielu wpuszczonych z zewnątrz młodych ludzi ze
skłonnościami do zachowań agresywnych. Trudno, nawet z
perspektywy lat, ocenić jak wielu z nich było ”na etacie” z zadaniem
prowokacji, a ilu bezmyślnych. Ale jedni i drudzy byli groźni dla
otoczenia. Pomysły użycia butelek z benzyną, butli tlenowych, przewodów
elektrycznych pod napięciem, nie były jedynymi inicjatywami
wykrzykiwanymi i szeptanymi w zależności od okoliczności.
Stoczniowcy konfiskowali tu i ówdzie gazrurki wypełnione ołowiem czy
nawet zwykłe skarpety z kamieniem wewnątrz. Ci sami Stoczniowcy byli
zmuszeni ściągać z płotów agresywnych krzykaczy wykrzykujących
niewybredne przezwiska pod adresem ludzi w mundurach. To była wyraźna
prowokacja obliczona na wzbudzenie agresji wśród tych, którzy w
najbliższej przyszłości mieli wejść do stoczni z bronią
i pałami w ręku. To wymagało interwencji - komentarzy,
wyjaśnień i publicznego odżegnywania się od prowokatorów.
W nocy z 14 na 15
grudnia grupy SB i ZOMO zostały “podrzucone” na teren Stoczni wodą,
przy pomocy małych jednostek jak kutry czy holowniki. Jak raportowano, część z nich zajęła
bunkry przeciwatomowe, wejścia do których były znane załodze.
Natychmiast pojawiła się prowokacyjna propozycja, aby włazy
zaspawać i bunkry zatopić. Pomijając samą
zbrodniczość pomysłu, kto przy zdrowych zmysłach może
prowokować uzbrojonego po zęby i zdolnego do rozlewu krwi przeciwnika,
którego na smyczy trzyma tylko opinia światowa. Jedynie Ci, którzy po
podrzuceniu idei, byli skłonni wymknąć się ze Stoczni przez
okna stołówki i mówić o swoim bohaterstwie lub liczyć zapłatę.
WRON-a byłaby chętna zapłacić wagę w złocie za
kilku umundurowanych męczenników, uzasadniających krwawy odwet. Na
szczęście nie pomyślano o pełnej powtórce planu
“radiostacja Gliwice” a samą prowokację udało nam się
powstrzymać.
Inne
czasochłonne zajęcie, zapewniali dziennikarze zagraniczni,
żądni wywiadów i fotoreportaży. Na szczęście dla mnie,
w moim najbliższym otoczeniu, zawsze było kilku chętnych, sprawdzających
swój wygląd w lustrze, kolegów, którzy pełnili “honory domu”. Nie
oznacza to, że mam żal do dziennikarzy. Wprost przeciwnie - ich
obecność gwarantowała, że to co robimy będzie
światu znane i że cena jaką zapłacimy za tą
bezbronną demonstrację przekonań nie pójdzie na marne. Ale dobry
dziennikarz, mający wstęp na arenę i za kulisy, powinien
pracować niedostrzegany, co zresztą jest warunkiem dostrzegania
prawdy. Przyznaję, że większość z nich była
dobra. Pamiętam jedno krótkie spotkanie z dziennikarzem, z którym
zamieniłem dosłownie kilka słów w nocy z 15 na 16 grudnia. Na
zakończenie, powodowany niezamierzonym impulsem poprosiłem go o
przekazanie naszych życzeń świątecznych związkowcom
wolnego świata. Nie zapamiętałem wtedy jego nazwiska i zapomniałem
o całym wydarzeniu na długie lata. W roku 1989, już jako
emigrant w Australii, otrzymałem od znajomych egzemplarz
międzynarodowego magazynu “Newsweek” z 4 stycznia 1982 roku. Wewnątrz
- reportaż Alexandra Muenninghoffa zatytułowany “Ostatnie dni
Solidarności w Stoczni Gdańskiej” opisujący ostatnie dni i
godziny przed pacyfikacją Stoczni. W ostatnim zdaniu autor wiernie cytuje
moje wzmiankowane wyżej życzenia. Nie wiem, czy odbiorcy
życzeń przeżywali jakiekolwiek wzruszenia czytając je -
prawdopodobnie uchodziły one uwadze - ale ja czytając moje
własne słowa po latach byłem naprawdę wzruszony. Thanks Alex.
Pożegnanie.15 grudnia był, jak pisał później w “Newsweeku”
Alexander Muenninghoff, dniem powolnego umierania stoczniowego oporu. Do
powtarzanego, głośnikowego ultimatum WRON-y doszło przekazane
przez dyrektora Stoczni: strajkujący mają jedną godzinę na
jej opuszczenie - po tym terminie odpowiedzialność karna jest
nieunikniona. Powoli, lecz we wzrastającym tempie, ponad połowa
załogi opuściła zakład. Tłum przed bramą
próbował ich zatrzymywać - padały słowa otuchy, wyrzuty,
obelgi. Były nawet wypadki szarpaniny. Interweniowaliśmy - każdy
ma moralne prawo decydowania o swoim postępowaniu. W tym dniu, jakby dla
zachęcenia pokornych, czołgi i wojsko wycofano z zasięgu wzroku.
Pozostał tylko wzburzony tłum i ci którzy pozostali w Stoczni. Nikt z
nas tej nocy nie spał. Krążyliśmy po Stoczni
odwiedzając hale gdzie zgromadzeni byli ci uparci i ci “na
służbie”. Okazało się później, że tych ostatnich
było sporo. Już w nocy, w ciemnych halach pełnych ciągle
ludzi, co kilka minut wybuchały niepokoje: - „gdzie są przywódcy -
już zwiali?” Nie sposób było nie odpowiadać na te prowokacyjne
okrzyki, a każda odpowiedź umiejscawiała nas precyzyjnie.
Wczesnym rankiem bramy Stoczni zostały sforsowane przez czołgi, jak
słyszeliśmy - byli ranni. Nie od kul - nie strzelano. Ale czołgi
forsowały barykadujące lory z betonowymi prefabrykatami, a wokół
byli ludzie. Obiektywnie przyznam - nie widziałem ofiar ani nawet
śladów.
Wejście ZOMO i
SB wykazało jak wielu pomocników mieli wmontowanych pomiędzy strajkujących.
Wiedzieli wszystko - gdzie, czego i kogo szukać. Myślę, że
każdy z nas, tych “most wanted”,
miał w najbliższym otoczeniu swojego nieodstępnego
“cienia“. Na wyniosłych dziobach statków, na nadbudówkach i dachach,
pojawili się ludzie w waciakach i kaskach stoczniowców, z radiotelefonami
w rękach, dyrygując ruchem kolumn ZOMO. Napastnicy ignorowali
stłoczone grupy studentów i sprawnie wyławiali jednostki,
wiedząc dokładnie kto jest kto.
Gościem
Jaruzelskiego - Gdańsk. Byłem
łatwy do rozpoznania. W ciągu ostatnich trzech dni, wielokrotnie
pokazywałem się publicznie w tym samym wyszarganym ubiorze i futrzanej
czapce. Ukrywanie się byłoby zresztą bezsensowne. Moje
aresztowanie było oczywiste, było taką samą częścią
demonstracji przekonań, jak podpisywane własnym imieniem i nazwiskiem
dokumenty i apele. Zwolniony od obowiązku czynnego udziału i
myślenia, czułem się zmęczony i wewnętrznie pusty.
Miałem bóle w mostku (od pewnego czasu zażywałem z przepisu
lekarza nitroglicerynę). Ale generalnie fizycznie byłem sprawny i
poruszałem się bez trudu.
Wszystkich nas -
wyselekcjonowanych oficjeli Solidarności - zgromadzono w budynku tej samej
stołówki, w której mieliśmy ostatnie spotkania. Siedziałem w
hollu, o kilka metrów ode mnie mój prywatny stróż, młody umundurowany.
Chciało mi się siusiać, ale nie
chciało mi się ruszać. Kiedy w końcu zmusiłem się
- mój aktualny właściciel grzecznie zaprowadził mnie do toalety,
ale próba siusiania przy otwartych drzwiach nie powiodła się - te
głupie nawyki cywilizowanego człowieka. Wróciliśmy do hollu. Po
drodze zostałem zastopowany przez kogoś znajomego z widzenia,
idącego naprzeciw. Był to Fiszbach. Nie znaliśmy się
osobiście, ale z konieczności działań na tym samym terenie,
wiedziałem jak wygląda. Zatrzymał się o krok i obaj
odruchowo (znów ten cywilizacyjny nawyk) podnieśliśmy do połowy
ręce - do powitania. I obaj z pewnym ociąganiem powstrzymaliśmy
się w połowie odruchu. Myślę, że patrzył na mnie
z rodzajem sympatii, a może zadowolenia z mojego obecnego statusu -
byłem zbyt zmęczony, aby analizować. Staliśmy tak bez
słowa kilka sekund, po czym odszedłem w kierunku najbliższego
krzesła.
W
sąsiednim pomieszczeniu wybuchła jakaś głośna
szamotanina, krzyki, odgłosy uderzeń. Trwało to krotko. Po
pewnym czasie do hollu wepchnięto młodego człowieka z
zakrwawioną twarzą i w poszarpanym, prawie nowym, kożuchu.
Miał chyba skute ręce i zadowolony wyraz twarzy - co za dziwne zestawienie,
pomyślałem wtedy.
Trwało
to dosyć długo zanim nas obszukano i wyprowadzono do parkującej
przed drzwiami milicyjnej ciężarówki. Albo może raczej
więziennej, bo bez okien, ale za to z osiatkowanymi dwoma
przedziałami i rzędem opatrzonych stalowymi drzwiami “szaf” na
przedzie. Pobity też był tutaj i opowiedział, ciągle z
zadowoleniem, co się stało. Jeżeli pamiętam dobrze,
nazywał się Stanisław Kwoka, był miejscowym działaczem
“Solidarności”. W sąsiedniej sali, gdzie go zaprowadzono,
wynikła jakaś drobna przepychanka ze zbyt gorliwą eskortą.
Szybko by to zapomniano, gdyby nie obecny pułkownik, mały kundel, ale
z charakterem pinczera. Zarzucił on eskorcie nieudolność i nakazał
użycie pały. Eskorta, młodzi zomowcy, wyraźnie nie mieli
ochoty na pałowanie i zabierali się do tego z ociąganiem.
Pułkownik się wściekł, nakazał skucie delikwentowi
rąk i zażądał bojowej pały. Pała była chyba
tak duża jak pan pułkownik, ale zabrał się do niej
raźno. Niestety, zanim osiągnął zamierzony wynik,
otrzymał od skutego kopniaka, który posłał jego i pałę
koziołkując po podłodze. Podwładni źle ukrywali
śmiech, co wprowadziło małego sadystę w furie. Dostał
wprawdzie drugiego, równie skutecznego kopniaka, ale w końcu
skaleczył ofiarę i poszarpał kożuch. Kwoka praktycznie
został uratowany przez młodych funkcjonariuszy, którzy markując
bicie, wypchnęli go z sali i przystąpili do udzielania pierwszej
pomocy, zmachanemu i rozmamłanemu sadyście dowódcy. Myślę,
że sława pana pułkownika, skopanego przez skutego
więźnia, została ugruntowana w macierzystej jednostce, do
końca jego kariery. Kwoka w każdym razie był zadowolony.
Więzienna
karetka, w której byliśmy zamknięci na coś czekała. Z
początku nie wiedzieliśmy na co, ale później dotarła do nas
wrzawa spoza murów Stoczni, gdzie tłum coś skandował,
głośniki ryczały, po jakimś czasie zaczęły
pukać odgłosy strzelanych granatów łzawiących. Nawet do
nas, zamkniętych, docierał wiercący w nosie zapach. Trwało
to godziny, cichło i wzmagało się na przemian. W końcu
zaczęły basować czołgowe armaty. Z braku odgłosów
uderzenia lub wybuchu armatniego pocisku, można było
wywnioskować, że strzelano ślepakami lub ładunkami łzawiącymi.
Trwało to bardzo długo - zaczynało robić się szaro. W
końcu samochód ruszył. Pomimo braku okien mogliśmy się
zorientować, że krążymy ciągle po stoczni. W
końcu zaskrzypiała jakaś brama, odgłosy rozmowy - i
zaczęliśmy jechać szybko. Znów krążyliśmy i
trwało to chyba z godzinę zanim samochód stanął. Byliśmy
na ogrodzonym wysokim murem dziedzińcu. Nie znałem Gdańska na
tyle, żeby wiedzieć gdzie to było, ale okazało się,
że to siedziba SB. Pęcherz dokuczał mi
strasznie i zacząłem domagać się wyjścia do toalety.
Nie pozwolono, ale powiedziano, że możemy to robić na
podłogę. Ponownie nic mi z tego nie wyszło i czułem
się naprawdę źle. Jedynie zadowoleniem napawał mnie fakt,
iż zdołałem zniszczyć swoją pieczątkę
wiceprzewodniczącego KK i że nikt nie będzie jej mógł
użyć w moim imieniu. W końcu przetransportowano nas gdzieś
ponownie i wprowadzono do budynku. Znów czekanie, tym razem samotnie i pod strażą.
W końcu zaczęło się przesłuchanie.
Przesłuchujący
przedstawił się jako kapitan Grzybowski z SB, ale swojego nazwiska w
formularzu przesłuchania nie wpisał więc było
prawdopodobnie fałszywe. Przesłuchanie było rozwlekle i chaotyczne,
trwało dosyć długo. Ponieważ moja
działalność była jawna, moje podpisy widniały pod
każdym wydanym dokumentem, ominęły mnie emocje podchodów z
przesłuchującym. Praktycznie podpadałem pod każdy z
głównych paragrafów stanu wojennego i znalazło to odbicie w
formularzu mojego zatrzymania. Na pytanie kogo należy zawiadomić
podałem adres żony z prośbą aby zawiadomienie
(zawierające owe groźne paragrafy) doręczono jej dopiero po
urodzeniu dziecka (to był zaawansowany dziewiąty miesiąc). Po
podpisaniu protokołów wstępnego przesłuchania, poprosiłem
o papier i długopis i napisałem oświadczenie, iż
uważam stan wojenny za nielegalny i sprzeczny z konstytucją.
Przesłuchujący skomentował – „Dlaczego usiłuje pan
zostać męczennikiem” i gestem sugerował wycofanie deklaracji. Ja
jednak nalegałem i w końcu wpiął je w teczkę
przesłuchania. W roku 1986, kiedy procesowałem się z Dowództwem
Marynarki Wojennej o odszkodowanie za mój “aresztowany” jak ja, samochód,
miałem chwilowy dostęp do tej teczki. Mojego oświadczenia w niej
nie było.
Miałem
dwie podstawy do takiego oświadczenia: pierwsza - moje wewnętrzne
przekonanie, na którym do tej pory polegałem i druga - oświadczenie
prawników Trójmiasta stwierdzające to samo w pierwszym dniu strajku. To
było dziwne - ich oświadczenie właściwie nie istniało,
gdyż żaden z nich nie był wystarczająco odważny aby je
podpisać. Była to odpowiedz na moją prośbę o opinie
przekazaną ich reprezentantowi, który pojawił się w Stoczni,
gdzie właśnie zaczęliśmy działać. Zabrał
moje pytanie i osobiście dostarczył pisemną, kolegialną
odpowiedź po kilku godzinach. Był zakłopotany moim zdziwieniem,
że nie jest podpisana. Ja jednak byłem naprawdę zdziwiony -
dopiero następne miesiące i lata przekonały mnie, że
istnieją dwa rodzaje odwagi i uczciwości - jawna i bezwzględna
oraz ta bezpieczna, konspiracyjna - we własnym gronie zaufanych albo pod
fałszywym nazwiskiem. Później to ugruntowujące się przekonanie
stało się jednym z powodów mojej decyzji emigracji.
Okna
pomieszczenia w którym byłem przesłuchiwany, wychodziły na
ulicę i przyległy otwarty teren. Do tej pory nie potrafię
precyzyjnie określić gdzie to było. Prawdopodobnie w rejonie lub
nawet w budynku Aresztu przyległego do Sądu Wojewódzkiego. Za oknami
cały czas trwała potyczka pomiędzy tłumem i
całą tą umundurowaną mieszaniną, którą WRONA
spuściła ze smyczy. Gaz łzawiący, porykiwanie armat czołgowych
strzelających ślepymi ładunkami, ryk głośników,
krzyki. Kilkakrotnie tłum docierał prawie pod okna pomieszczenia.
Był moment, rodzaj przerwy w oficjalnych czynnościach, kiedy
stałem przy oknie. Usłyszałem dźwięk rozbitej szyby w
którymś z pobliskich pomieszczeń i mój esbek pospiesznie
odciągnął mnie od okna, wierzę, że w szczerej trosce o
własność za którą był chwilowo odpowiedzialny.
IV. JAKIE OTRZYMAŁEM WYJAŚNIENIE
18 grudnia b.r. opublikowalem pod adresem:
http://www.wirtualnapolonia.com/opinie.asp?opinia=70736 przytoczona na wstepie
swoja wyslana do Olsztyna korespondencje tytulujac ja „krete sa
historii sciezki”, ktora do tej pory pod tym adresem mozna w calosci przeczytac.
Dzisiaj otrzymalem mail Olsztyna zawierajacy odpowiedz od Andrzeja wraz
z zalacznikiem i propozycja jego opublikowania co niniejszym czynie, nie
dodajac juz zadnego wlasnego komentarza, gdyz uwazam ze jest zbedny:
A. List od Andrzeja:
----- Original Message -----
From: "Andrzej" <anderpa@vp.pl>
To: "Mirosław Krupiński" <miroslaw@iinet.net.au>
Cc: "Anna Kozłowska" <akozlowska@sympatico.ca>
Sent: Tuesday, December 26, 2006 7:36 PM
Subject: Cenzorzy
Długo milczałem, ale zdrowie jest ważniejsze.
Musiałem podjąć kilka
ważnych dla mnie decyzji. Komputer odstawiłem na wiele dni,
przeglądając tylko otrzymywaną korespondencję.
Zrobiło mi się ogromnie przykro po otrzymaniu korespondencji
o przedruku fragmentów Twej książki "ZZ". Po
pierwsze nazywasz
mnie i Zenka cenzorami. A po drugie że upubliczniłeś ten
list na WP.
Pół Olsztyna śmieje się ze mnie, że tak
broniłem Twojej pozycji i opinii
w Olsztynie, gdzie jak zapewne orientujesz się zbyt wielu
wielbicieli
tzw. "opozycji" nie masz, a teraz zrobiłes ze mnie
cenzora swoich książek.
Przy okazji - mam jeszcze parę egzemplarzy "ZZ" (które
otrzymałem
dzięki uprzejmości p. Ani Kozłowskiej) z dyskiem, ale
nie rozdaję ich
na lewo i prawo ludziom niegodnym zaufania.
Dziś jestem obśmiewany. Cóż jakoś to przeżyję. W
załączeniu przesyłam
odpowiedź Zenka Złakowskiego. Może też byś
zechciał ten list upublicznić?
Decyzja należy do Ciebie.
Przesyłam wiele serdeczności i życzeń na Nowy Rok.
Andrzej
B. Zalacznik – list od p. Zenona Zlakowskiego ktory
opublikowal opisywany uprzednio fragment dokonujac w nim opisanych w mojej
opinii cięc (pelny tekst listu):
Pan Mirosław Krupiński
Australia
Szanowny Panie Mirosławie,
Z przykrością
przyjąłem Pana krytyczną opinię na temat opublikowania
przeze mnie w piśmie „Krajobrazy i Wspomnienia” fragmentów Pana
wspomnień z książki „Zaułki zbrodni”. Uczyniłem to za
Pana zgodą, uzyskaną za pośrednictwem Andrzeja
Pawłowskiego. Zgodnie z Pana życzeniem w tekście nie
dokonałem żadnych zmian, zmuszony jednak byłem do pewnych
cięć, gdyż w piśmie mogłem zmieścić
wprawdzie dość obszerną, ale jednak określoną
objętość tekstu. Wydawało mi się sensowne dokonanie
tych skrótów i tym samym pełniejsze ukazanie Pana losów gdy po
wprowadzenia stanu wojennego pełnił Pan funkcję
przewodniczącego Ogólnopolskiego Komitetu Strajkowego do chwili
pacyfikacji Stoczni Gdańskiej oraz dalsze Pana przeżycia gdy po
aresztowaniu przewieziono Pana do siedziby gdańskiej SB. Gdybym nie
dokonał tych cięć, musiałbym przerwać opis niejako
pośrodku tych ważnych wydarzeń. Pragnę przy tym
zaznaczyć, że skróty te nie były podyktowane jakąś
poprawnością polityczną, a wyłącznie moją
subiektywną decyzją i nie uważam, aby pominięte fragmenty
były ważniejsze niż te, które zostały zachowane.
Decydując się na
opublikowanie fragmentów Pana wspomnień w redagowanym przeze mnie
piśmie „Krajobrazy i Spojrzenia”, chciałem przypomnieć
czytelnikom nie tylko te ważne wydarzenia w Gdańsku w pierwszych
dniach stanu wojennego i rolę, jaką Pan w nich odegrał, ale
też w ogóle przypomnieć Pana sylwetkę, o której – z
przykrością to muszę stwierdzić – podobnie jak o wielu
innych ważnych postaciach „Solidarności” niewielu już
pamięta. Takie to czasy i taki to klimat w Polsce. Sądząc po
Pana pozytywnej recenzji mojej książki „Solidarność
olsztyńska w stanie wojennym…” wydawało mi się, że wiele
spraw widzimy i oceniamy podobnie. Wówczas Pana ocena sprawiła mi
dużą radość. Teraz jednak pochopnie próbuje Pan zrobić
ze mnie cenzora. Wygląda na to, że lepiej nie publikować Pana
tekstów, gdyż jest to zbyt ryzykowne. Nie wiem jednak czy jest to dobre
dla Pana i dla prawdy o tamtych tragicznych czasach?
Z poważaniem
Zenon Złakowski
Olsztyn, 20 grudnia 2006 r.